E-book
13.65
Między lasem a rzeką

Bezpłatny fragment - Między lasem a rzeką

Wydarzyło sie na Pogorzelcu


Objętość:
199 str.
ISBN:
978-83-65543-97-4

„Pa­mięć jest straszli­wa. Człowiek może o czymś za­pom­nieć — ona nie. Po pros­tu odkłada rzeczy do od­po­wied­nich przegródek. Przecho­wuje dla Ciebie różne spra­wy, al­bo je przed Tobą skry­wa — i kiedy chce, to ci to przy­pomi­na. Wy­daje Ci się, że jes­teś pa­nem swo­jej pa­mięci, ale to od­wrot­nie

— pa­mięć jest Twoim panem.”

John Irving


*

Drogi czytelniku, oddaję w twoje ręce drugi tom opowiadań z Pogorzelca. Niedawno ukazały się drukiem „Dwie ulice na krzyż”, teraz pora na „Między lasem a rzeką”.

Od lat mieszkam w Bydgoszczy, ale myślę, że zarówno perspektywa czasu jak i odległości powodują, że pewne rzeczy widzi się lepiej. Zabieram Państwa w podróż do miasta, które przez dekady bardzo się zmieniło. Bywam tutaj często i widzę: „teraz i tu” a w pamięci mam „kiedyś” — czyli cytując klasyka: „jak to drzewiej bywało”.

Wszystkie wydarzenia opisane w książce mają w części swoje odbicie w rzeczywistości. To naprawdę wydarzyło się na Pogorzelcu. Oczywiście dodałem coś od siebie, pozmieniałem imiona bohaterów.

Z pewnością niektóre osoby rozpoznają samych siebie na kartach książki, a ci którzy odeszli do lepszego świata spojrzą z góry na moją prozę łaskawym okiem. Taką mam nadzieję.

Korzystając z okazji, jaką daje ten króciutki wstęp, chciałbym podziękować mojej żonie Maryni, za te wszystkie lata cierpliwości i miłości, za wsparcie jakie zawsze w niej miałem. Jest wyjątkowo twardym krytykiem i recenzentem. Przyjaciołom, wszystkim osobom, które przyczyniły się do powstania książki i Bogu, który dał mi siłę i determinację do spisania tych kilku słów o Pogorzelcu pozostającym wciąż w mojej pamięci.

Mam nadzieję, że lektura nie będzie dla Państwa czasem straconym i wniesie w Wasze życie powiew nostalgii za czasem, który pozostaje już tylko w naszej pamięci.


Książkę tę dedykuję mojemu bratu, Jurkowi.


Waldemar Więckiewicz

Święconka

Była sobota. Babcia mówiła, że to Wielka. Na Pogorzelcu zaczynało być zielono, przecież każdy przed lub za domem miał ogródek. Można było przebywać na podwórku, ale nie wolno było grać w piłkę, ani nic z tych rzeczy. Jeszcze tylko duża torba do ręki, kilka złotych do kieszeni i idziemy grupką do Hellmana. Idzie Janek od Tremków, Wiesiek od Bonarów, Hantzlik Gabor i jeszcze kilku kumpli. Jest wesoło bo za chwilę zobaczymy jak pan Hellman, stary piekarz otworzy piec i będzie można zajrzeć do rozgrzanej czeluści, skąd wyjmuje piękne, pachnące bochenki. Kto chce może pokręcić kołem od maszynki do mielenia maku. Wracamy do domu już bardzo ostrożnie, aby nikomu nie upadł na ziemię jakiś bochenek lub żemła. Około południa wszyscy znikają w swoich domach. Jest mycie i ubieranie. Dostałem nowe, białe kolanówki. Koszula świeżo krochmalona i wybiglowana. No i do ręki koszyk przystrojony gałązkami i przykryty ładną serwetką, którą usztrykowała oma. U niektórych była oma a u innych — babcia. A w koszyku, same pyszności. Dwa jajka farbowane w łupinkach cebuli, kawałek wursztu, kawałek chleba, sól, pieprz i kąsek babki, która wczoraj się piekła w bradrurze. — Kołocze zostały upieczone u Hellmana. — Z tymi koszykami, pięknie i czysto ubrani idziemy do miasta, do kościoła św. Mikołaja

Kościół Św. Mikołaja. Zdjęcie z albumu autora.

Idziemy grzecznie, bo już są dziewczyny. Ta od Tremków Grażyna, Maryśka z Krasińskiego, Zośka od Bonarów, no i my — chłopaki. W kościele dużo dzieci. Jest trochę cicho i trochę głośno. Ksiądz Opiela święci potrawy, wszyscy się modlą i możemy wracać do domu. Po przyjściu będziemy mogli nareszcie coś zjeść.

To był święty dzień, zapowiedź Świąt Wielkanocnych. Piękne było to, że w naszej grupie były dzieci urodzone na Pogorzelcu, mimo, że niektórzy dziwnie, nieswojsko się nazywali. Były rodziny z Polski, ze Śląska, z Niemiec, z Francji, z Włoch, Rosji, Rumuni. Nikomu to nie przeszkadzało. Byliśmy wszyscy z Kędzierzyna.

W krótkich galotkach

Wakacje miały się ku końcowi. Powoli parki i ulice zapełniały się młodzieżą, która wracała do miasta. Widać było większy ruch w sklepach, parkach i kawiarniach. Życie nabrało żywszego tempa. Rankiem, grupka składająca się z kilku dzieciaków i tyleż dorosłych, podchodziła do budynku przy ul Paderewskiego, w którym znajdowało się przedszkole państwowe. Wtedy wszystko było państwowe. Prawie wszystko, bo jeszcze piekarnia, czy fryzjer, czy jakiś drobny handel, to były prywatne firmy. Prywaciarze nie cieszyli się zbytnio łaskami ówczesnych władz i firmy te były jak wrzód na dupie w całym systemie gospodarki państwowej. Zatem, przedszkole owo z racji tego, że było państwowe było najlepsze, wspaniałe! Mieściło się w budynku jednopiętrowym, którego cztery mieszkania, dwa na piętrze i dwa na parterze były adaptowane do potrzeb tej placówki.

Zdjęcie z albumu autora.

Na podwórku znajdował się niewielki plac zabaw z piaskownicą, huśtawkami i drabinkami, po których dzieci uwielbiały się wspinać. W otoczeniu rosło kilka drzew i kilka krzaków bzu, z których już dawno opadło kwiecie, bo był to ostatni dzień sierpnia 1956 roku. Mimo, że już minęło 11 lat od czasu gdy wojna trzasnęła drzwiami i jedni uciekli, a drudzy weszli, oraz prawie cztery lata, jak ci drudzy też wyjechali, widać było gdzieniegdzie ślady minionej zawieruchy. Na rzece stał jeszcze drewniany most zbudowany przez saperów, bo ten kamienny leżał w gruzach, wysadzony przez tych uciekających. Nie wszystkie domy były odbudowane. Na Kościuszki brakowało całej jednej klatki w budynku po prawej stronie, a na Piotra Skargi, pozostały tylko fundamenty po dwóch domach. Ulica Paderewskiego wyglądała jakby wojna ją ominęła. Była to przecznica pomiędzy ul Kościuszki a Kozielską, równoległa do Chopina. Patrząc od Kościuszki, po prawej stronie stały przedwojenne wille otoczone parkanami. Po lewej zaś, na pierwszym miejscu, stał ładny domek jednorodzinny, w otoczeniu zabudowań gospodarskich. Była tam jakaś obora, mała stodoła, trochę sadu a całości pilnowały dwa jamniki, które bardzo głośno oznajmiały, kto pilnuje tego domostwa. Kiedyś, przed wojną i jeszcze w czasie wojny był to dom wildhutera. Teraz — gajowego. W dalszej części ulicy, stały jeszcze dwa budynki czterorodzinne, takie same jak budynek przedszkola.

Zdjęcie z albumu autora.

Wspomniana grupka dzieci, oraz ich mamy, weszła przez furtkę na teren ogrodzony siatką, a tam wielkie zamieszanie. Dzieci, wszystkie odświętnie ubrane, stały w grupkach pod opieką pań wychowawczyń. Dziewczynki w białych bluzeczkach, w spódniczkach granatowych, plisowanych, niektóre w sukienkach. Która tylko miała warkoczyki, to obowiązkowo, piękne kokardki. Te dziewczynki, którym rodzice obcięli włosy na krótko, musiały się zadowolić kolorowymi spinkami w kształcie motylka czy jakiegoś kwiatka. Między dziewczynkami kręcili się chłopcy, bo jak się ma siedem lat, to trudno ustać w jednym miejscu. Toteż panie przedszkolanki przywoływały chłopaków do porządku i co chwila poprawiały szereg. Chłopcy też ładnie, odświętnie wyglądali. Tak samo jak dziewczynki, przeważnie w białych bluzkach i granatowych galotkach. Niektórzy mieli westki, a jeszcze kilku miało pod szyją zawiązaną kolorową tasiemkę. Prawie wszystkie dzieci, chłopcy i dziewczynki na nogach miały kolanówki. Co do bucików to było różnie. Były sandały, trzewiki, nawet ktoś był w tenisówkach. To zależało od tego ile tata zarabiał. Lecz na takie szczegóły nikt nie zwracał uwagi. Uwaga wszystkich dzieci, również dorosłych, była skierowana na to, kto miał jaką tytę. Każde dziecko mocno trzymało kartonowy rożek, można byłoby powiedzieć róg oklejony kolorowym papierem w różne wzorki, z wstążkami, czy innymi ozdóbkami. A w środku same pyszności. Mnóstwo bombonów, czekoladki, dropsy, ciasteczka. Niektórzy mieli nawet apfelziny, ale tylko ci, do których zdążyła dotrzeć paczka od tante albo od onkla.

Gwar był wielki. Mamuśki gadały, komentowały zachowanie i ubiory dzieci swoich sąsiadek, dzieci chwaliły się swoimi tytami i nowymi częściami garderoby. Na parapecie okna stał głośnik, tak zwany kołchoźnik, nastawiony na cały regulator, z którego rozbrzmiewała muzyka ludowa, bo właśnie taka podobała się ówczesnym włodarzom miasta. Trzeba powiedzieć, że jeszcze w tamtym roku, miasto było zradiofonizowane. To znaczy, w Urzędzie Miejskim było studio i do każdego domu, no prawie do każdego, po słupach, kablami szła muzyka, lub inna gadka. Nie wszyscy jeszcze mieli odbiorniki radiowe. A ci co je mieli, to musieli bardzo uważać czego słuchają. Jeżeli ktoś chciał posłuchać swojej ulubionej rozgłośni, to musiał robić to w nocy i po cichu. I znowu utrudnienie. Po cichu nic nie było słychać z powodu zakłóceń, a jak było głośno, to też niedobrze, bo mógł to usłyszeć ktoś „życzliwy”. I tak źle i tak niedobrze.

Powoli podwórko przedszkolne całkowicie się zapełniło i pani dyrektorka, Pani Niemies — tak się nazywała — przywitała rodziców i wszystkie dzieci. Najbardziej te, które w tym dniu przyszły się pożegnać z przedszkolem. Jutro pójdą do szkoły.

W tym czasie głośnik został wyłączony, aby wszyscy mogli usłyszeć co pani Niemies im powie. Była to bardzo elegancka kobieta. Wysoka. Charakteryzowała się bujnymi włosami koloru blond oraz tym, że zawsze była uśmiechnięta. Dzieciaki za nią przepadały, a i u dorosłych mieszkańców cieszyła się sympatią i szacunkiem. Jeszcze przez wiele lat prowadziła przedszkole na Paderewskiego, a później na Kozielskiej.

W tamtym dniu wypuszczała z przedszkola kolejną grupkę dzieci. Znała wszystkie bardzo dobrze. Większość dzieciaków chodziła do przedszkola, bo prawie wszyscy rodzice pracowali. Jedni na kolei, drudzy w Azotach, inni jeszcze w Blachowni. Pracowali wszyscy, bo tak trzeba było. Dzieciaki mocno przeżywały dzisiejsze święto. Po krótkiej przemowie pani dyrektor, nakryto stoliki rozstawione na podwórku. Panie wychowawczynie i pani kucharka, wyniosły na tacach ciastka i sok owocowy w dzbankach. Każde dziecko dostało pyszne ciacho a soku mogło wypić do woli. Później, zaczęła się przedszkolna zabawa. Dzieci śpiewały o rolniku co był sam w dolinie i co sobie wziął żonę…, albo o Ojcu Wirgiliuszu, co kochał dzieci swoje, a miał ich bardzo dużo.

Dalej, jedna dziewczynka weszła do środka koła, bo miała nową chusteczkę, a dzieci śpiewały — mam chusteczkę haftowaną, co ma cztery rogi….

Zabawa trwała do południa. Gdy już wyśpiewano wszystkie znane piosenki i wyczerpano repertuar zabaw i pląsów, mamy zabierały swoje pociechy i powoli wszyscy wracali do domów. Rozchodziły się dzieci we wszystkie strony. Budynek przedszkola stał jakby w samym środku osiedla. Część poszła na Kościuszki i dalej, inni na Kozielską, jeszcze inni na Piotra Skargi i na osiedle Azotowe. Dużo dzieci mieszkało na Moniuszki.

Wspomniana wcześniej grupka dzieciaków podążała ul Kościuszki w stronę gdzie było w zimie lodowisko a po drugiej stronie, Ognisko Muzyczne i Plastyczne.

Ul. Moniuszki. Zdjęcie z albumu Heńka Blaucika.

Powoli grupka się rozdzielała. Zaraz za Ogniskiem Muzycznym, Hajna ze swoją mamą skręcili w prawo na ul Moniuszki a w drugą stronę na Słowackiego poszedł Jorguś. Na rogu Kościuszki i Cichej, w małym ładnym domku mieszkał Handzlik, a naprzeciwko Wojtek. Na podwórku już czekali na niego kumple. Starszy brat Jurek był całym szefem, bo on już szedł do trzeciej klasy. Wiesiek szedł do pierwszej, ale on nie chodził do przedszkola bo jego mama nie pracowała. Jego rodzice mieli pierwszą wypożyczalnie sprzętu domowego w mieście. Tata miał znajomości i załatwił sobie wspaniałą nową pralkę „Frania” i tę pralkę za drobną opłatą wypożyczali sąsiadom. Mieli jeszcze stary wózek dziecięcy, który użyczali do transportu pralki, ale to było już gratis.

Byli tam jeszcze, Janek i Rajmund, Grażynka, sąsiadka Wojtka, Marysia z przeciwka, Mietek i jeszcze kilku fajnych chłopaków. Wojtek nie mógł zostać na podwórku, bo musiał się przebrać w zwykłe ubranie — podwórkowe, i musiał pilnować swojej tyty. Każdy liczył na to, że coś dostanie od Wojtka, albo od innego pierwszoklasisty.

W domu babcia czekała z obiadem. Jedli w małym pokoju naprzeciwko kuchni. Do stołu zasiadły dzieci z babcią. Mama z tatą jedli w kuchni dopiero koło czwartej, jak tata wracał z roboty. W tym dniu była zupa szczawiowa z kartoflami. Sąsiedzi, którzy mieszkali naprzeciwko, jedli zupę, ale z ziemniakami. Wojtek nie bardzo rozumiał w czym tkwi ta różnica. Dzień wcześniej razem z Jurkiem byli na wale za rzeką i nazrywali całą tytkę szczawiu. Wszyscy się zajadali. Babcia co chwilę upominała chłopaków — nie chlip, nie garb się, trzymaj łokcie razem i tak w kółko. Babcia gderała, ale i tak była najlepszą Omą pod słońcem. Na drugie były też kartofle z karminadlami i mizerią z ogórków. Wszystko to było mocno posypane koperkiem. Ogórki i koperek rosły na dole w ogródku. Babcia wiedziała co robić, aby wszystko fajnie wyrosło. Do chłopaków należało tylko ogródek podlewać wodą ze szlaufa, i ewentualnie coś ukradkiem zerwać. Najlepiej lubili ogórki, ouberibe i tomaty.

Po skończonym obiedzie należało swój talerz zanieść do kuchni i zostawić na stole. Babcia później nagrzeje wody, bo jeszcze wtedy gazu nie było.

Na podwórku było już słychać głosy kolegów. Zbierali się wszyscy pod domem i biegli na koniec ulicy, na łąkę Tabora i tam grali w fuzbal.

Bramki były zrobione z dwóch kamieni i gole przeważnie się strzelało w górny róg, bo nikt nie był w stanie udowodnić, że bramka się nie liczy. Wyniki takich meczy przyprowadziłyby o zawrót głowy dzisiejszych kibiców. Nigdy nie schodziło poniżej 15:12, lub 18:15, czy coś w tym stylu. Problem był zawsze, kto z kim będzie grał. Zwykle odbywało się to w ten sposób, że dwaj starsi koledzy, np. Jurek i Mietek na przemian, wybierali do swoich drużyn zawodników z całej grupy. Na pierwszy ogień szli najlepsi gracze. Tadziu, Handzlik, Jorguś, Hajna, potem ci słabsi. Najważniejsze, że wszyscy grali. Jeżeli powstała sytuacja, że była nieparzysta liczba zawodników, to ten co został ostatni, robił za sędziego. On miał najgorzej, bo wszyscy mieli zawsze pretensje, a to o faul, a to o korner i w ogóle o wszystko. Najlepsze było też to, że przed rozpoczęciem meczu zawodnicy zaklepywali sobie rzuty karne. Wołało się głośno — pierwsza elwa! (jedenastka) druga elwa! itd. W tamtym pamiętnym dniu, mecz był bardzo zacięty, lecz nie trwał długo.

Pod wieczór chłopcy zmęczeni, spoceni, brudni, wracali do domu. Mietek oglądał sfatygowaną piłkę która miała jeszcze dętkę i była sznurowana. — Ten bal już długo nie wytrzyma i nie wiadomo czym będziemy grać — martwił się.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.