E-book
6.83
drukowana A5
Kolorowa
41
Między krzykiem a ciszą

Bezpłatny fragment - Między krzykiem a ciszą


Objętość:
71 str.
ISBN:
978-83-8245-849-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
Kolorowa
za 41

Między krzykiem a ciszą

Między krzykiem a ciszą

Barbara Gradek to utalentowana poetka, którą wena twórcza bardzo efektownie „prześladuje”.

Jej książka „Między krzykiem a ciszą” zawiera utwory poetyckie należące zarówno do liryki bezpośredniej, jak też do inwokacyjnej czy sytuacyjnej. Warto przeczytać jej utwory, by zaznać czegoś nowego, co pochodzi wprost od autorki, nie jest naśladownictwem cudzych dzieł. Niestety, wielu poetów wzoruje się na twórczości innych, co najczęściej przyczynia się do zakończenia ich kariery. Wyrażam głębokie przekonanie, że po lekturze każdy z czytelników przychyli się do mojej wypowiedzi i poleci te utwory swoim znajomym, by także zaznali niewielkiego dreszczyku, mającego jak najbardziej pozytywny wpływ na każdego odbiorcę. Każdy z nas jest inny, wszyscy się różnimy, ale w tych wierszach znajdziemy coś, co nas łączy. Bo między krzykiem a ciszą mieści się cały zakres naszych przeżyć i niektórzy nazwą go nawet wszechświatem. Da nam ten wszechświat sporo do myślenia — czy to, co robimy na co dzień ze sobą i z innymi, należałoby nieco przemyśleć, poprawić, wyprostować, zjednoczyć? Niewiele jest utworów poetyckich o takiej sile przekazu.

Zachęcam do lektury.

Krzysztof Łuczyk

Krzyk

zegara życia rusza wskazówka

proste komendy przyj jest już główka

z pierwszym oddechem pierwszy krzyk dziecka

tak się zaczyna człowieka wycieczka


przez całe życie człowiek się stara

suną wskazówki jego zegara

pierwsze upadki zbite kolana

guzy na głowie bo twarda ściana


są łzy rozpaczy okrzyk radości

uśmiech na twarzy wybuchy złości

wszystko robimy by być człowiekiem

okres gwarancji przemija z wiekiem


bledną powoli barwy miłości

siadają stawy strzykają kości

ubywa czasu przybywa latek

i na mogile zakwita kwiatek


na krzyk ostatni czasu niestało

cisza i tyle po nas zostało

Uczymy się

od pierwszego krzyku po wieczności kres

błądzimy w ciemności po padole łez

czas nas smaga batem w oczy wieje wiatr

każdy dzień w pamięci pozostawia ślad


od pierwszego kroku po ostatni tchnienie

malujemy życia barwy i odcienie

uczymy się losu stopnie pokonywać

miast prawdy iść szlakiem zaczynamy pływać


bez żagli kapoków fala niesie nas

kiedy los nam sprzyja nie liczy się czas

wreszcie świadomości zabłyśnie żarówka

czas minął została po nas wizytówka


nie starczyło czasu na ostatni krzyk

i miraż o szczęściu jak kamfora znikł

Gdzie jesteś

nauczyłam się bólu na pamięć

cisza krzyczy piaskiem pod powieką

oddech krótki czas sunie powoli

a do świtu tak bardzo daleko


zegar tyka wciąż godzina pierwsza

twoja twarz znów wersem jest wiersza

patrzę w oczy błyszczy w nich światło gwiazd

dusza milczy niedostępna niczym głaz


nauczyłam się milczeć uśmiechem

czasem słowa kreślą place pośpiechem

świt zza okna zagląda ciszy w oczy

karuzela życia wciąż się toczy


tylko czasem kiedy niebo się chmurzy

myśl kłębi się przybierając kształty burzy

dusza krzyczy dusza płacze dusza wyje

dość tej farsy taka poza mnie zabije

Tajemnice losu

co jeszcze nam życie przyniesie

czy zimną czy deszczową jesień

a może obetrze już łzy

samo szczęście zapuka do drzwi


los jest rzadko utkany kwiatami

czasem oczy wypełnią się łzami

pozabierał osoby kochane

w sercu ból pozostawił ranę


co jeszcze przyniesie to życie

czy ktoś zdradzi nam tę tajemnicę

poodkrywa to co niepoznane

uchyliwszy kurtyny firanek


niezbadane przeznaczeń są drogi

a los rzuca nam kłody pod nogi

dalej karta otwarta i czysta

co ukrywa śmiech czy zębiska

Marzycielka

błądzi marzenie ponad przestrzenie

szczęścia buduje piękne złudzenie

żegluje wolna dusza wśród gwiazd

szybko jej ziemski przemija czas

wiosna otwiera szeroko wrota

wraca do życia znowu ochota

ciągnie jak magnes nowa przygoda

pakuję bagaż bo czasu szkoda


piękne widoki foto utrwala

wyniosłe góry widzę już z dala

w ciszy rozpalę małe ognisko

z bliska nareszcie obejrzę wszystko

wejdę na każdy najwyższy szczyt

gór nie zobaczyć po prostu wstyd

gdy się nasycę pięknym widokiem

zejdę łagodnym cudownym stokiem


Morskiego Oka obejrzę tonie

w górskim potoku obmyję dłonie

gwiazdom na nowo wyzwanie rzucę

pójdę w nieznane i nie powrócę

Wirowanie

ciągle jeszcze przemierzam szlak zapomnienia

w planszy życia pojawiają się marzenia

jeszcze piszę jeszcze mówię jeszcze czuję

na krawędzi rozbieżności wciąż wiruję


czas wciąż płynie oblicze ziemi się zmienia

coraz krótszą wydaje się nić istnienia

jeszcze chwilę błąkam się po widnokręgu

nim świadomość zakotwiczy w pierwszym kręgu

Głód wiedzy

co za licho we mnie siedzi

że wciąż szukam źródła wiedzy

zamiast czytać mądre zdania

patrzę i stawiam pytania


przeglądam duszy zakątki

usiłuje łączyć wątki

wszędzie są same przeszkody

kreski kropki oraz kody


niczym alfabet Morse’s

maczkiem zapisane dzieła

żeby zebrać je do kupy

mocnej mi potrzeba lupy


mikroskopijne obrazki

ruchome pod nimi piaski

które w morskiej toni giną

i w nicości myśli płyną


pośród życia wątłych nutek

jest przyczyna oraz skutek

jak złączyć splątane trakcje

by dobre były reakcje

Ciągle w pogoni

zanurzeni w nurcie rzece i materii

zapędzeni zagubieni łatwowierni

próbujemy życia zgłębić tajemnicę

brzęk mamony nas uwodzi i zachwyca


zaplątani w sieciach intryg i mirażach

ludzkie byty pasożyty o dwóch twarzach

wśród zakazów i nakazów trybach losu

ginie wiara serce wcale nie ma głosu


jak odnaleźć nici prawdy wśród chaosu

ziemne oko obserwuje nas z kosmosu

może skryła się w źrenicy pod powieką

może stała się spienioną górską rzeką


młyńskie koło ustawicznie się obraca

słońce wschodzi i zachodzi goni praca

noc otacza snu całunem wśród hałasu

przetwarzamy niczym mantrę nie mam czasu

Szukam

szukam u ludzi serca

w nim iskry miłości

bez fałszu i obłudy

urazów i złości


szukam twarzy pogodnych

co otuchę dają

dłoni co pomocnym

gestem się wspierają


szukam takiej przyjaźni

która z serca płynie

huragan jej nie niszczy

w chaosie nie zginie


szukam ludzi co ludzkie

twarze posiadają

ciepłym spojrzeniem słowem

miłość rozsiewają

Gdybym

Gdybym mogła znaleźć środek jakiś złoty.

Na choroby, niedostatek na tęsknoty.

Gdybym mogła, gdym tylko potrafiła.

Zło ze świata w fali morskiej bym obmyła.


Wszystkie oczy osuszyłabym płaczące.

Aby wszystkim, jasno zaświeciło słońce.

Aby w życiu, pięknie kwiaty zakwitały.

By miłości się kropelki rozlewały.


Szczęścia wszystkim, rozdawałabym — płomienie.

Aby z ziemi pousuwać, fałszu cienie.

Byt człowieka podłączyłabym do źródła

By w płomieniach znikła maska, zła obłudna


Gdybym tylko potrafiła i umiała

Za tę zmianę, własne życie bym oddała

Zaufanie

ty który myśl każdą umiesz ująć w słowa

dusze cierniem zranione potrafisz ratować

myślą ponad nieznane ulatasz przestrzenie

mrok niewiedzy twe jasne rozproszą płomienie


dokładnie zakreśliłeś granice dostępu

utworzyłeś barierę milczenia i lęku

wolnej woli warunków nie da się dyktować

mądrość popartą wiedzą trzeba uszanować


spoglądasz zimnym okiem na duszy rozterki

która zbiera doświadczeń maleńkie kropelki

iluzji most na wodzie chciałaby zbudować

zaufała twej mocy powiedziała prowadź


w mgłach kosmicznych brzmi

w dal rzucone zdanie

milczy niebo ziemia czym jest zaufanie

Nadzieja

zakryto nam twarze

zamknięto nam usta

miłość przesłoniła

czarna smutku chusta


panoszy się chaos

fałsz chciwość niestałość

rozbiegane myśli

trudno zebrać w całość


mamy jeszcze oczy

szczere lustra duszy

życzliwe spojrzenie

obojętność kruszy


patrzmy sobie w oczy

szanujmy wzajemnie

jeszcze szczęście radość

powróci na ziemię

W ramionach wirusa

beznadziejna tęsknota

w ramionach wirusa

noce chłodne bezsenne

budzi się pokusa


senne zjawy ukrywa

nocy czarna chusta

oczy mają płomienne

i gorące usta


otulam cię myślami

i wzrokiem pożeram

pragnień księgę jak okno

na oścież otwieram


mgła gęsta za oknami

myśli w niej szybko tonie

cisza zdaje się krzyczeć

lodowate dłonie


werset rymu nie trzyma

rytm szybko się gubi

w bezsensownym pytaniu

lubi czy nie lubi


niedokończone wiersze

słowa spłoszył świt

z ciała ucieka dusza

a zapytać wstyd


szybko płyną godziny

trawą pachnie łączka

nie ma w tym żadnej winy

to tylko gorączka


migają kadry życia

krajobraz w nich znika

coraz cichsza i cichsza

brzmi serca muzyka

W spirali snu

po spirali błądzę czasu

wśród szumiących myśli lasów

pośród dróg zakodowanych

wśród aspektów niepoznanych

wciąż się światło z mrokiem plącze

tworząc świetne jasne łącze

portal gwiezdny jest otwarty

lśnią na stopach szklane narty


galaktyczny niesie nurt

wśród rajskich ogrodów furt

szybko miga życia klisza

hałas razi dzwoni cisza

wielkie kryształowe lustra

piękno i w około pustka

kryształowa otchłań wód

sen magiczny niczym cud


szklane stropy szklane schody

kryształowe lustro wody

chociaż zorze właśnie gasną

diamentowe widzę miasto

dźwięk budzika się odzywa

chłodna woda z ramion spływa

diamentami mokrej rosy

jeszcze chwilę błyszczą włosy


za oknami wstaje dzień

kończy się magiczny sen

w głębi serca został blask

szybko mija ziemski czas

Zabierz mnie

myśli pnącza poplątane

snu mirażem przetykane

skrzydła wiatru nocną ciszą

wołanie duszy zapiszą


zabierz mnie na szczyty Tatr

gdzie ludzki nie dotarł ślad

zabierz mnie na krótką chwilę

zanim zginę w ziemskim pyle


zabierz mnie nad takie morze

gdzie wieczorne płoną zorze

gdy mnie ukołyszą fale

pozostanę w morskim szkwale

Życie

kim jesteś moje życie

weny cichym echem

czystej wody strumieniem

radosnym uśmiechem


jesteś ciszą i burzą

upałem i cieniem

nocy srebrnym woalem

ulotnym marzeniem


tyś łąką traw soczystych

ciepłych wiatrów śpiewem

perlistą ranną rosą

rozłożystym drzewem


jasnym pasmem energii

co myśli przewodzi

płomieniami miłości

co kusi i zwodzi

Świt

widzę soczyste zielone łąki

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
Kolorowa
za 41