E-book
15.75
drukowana A5
33.03
miastostan/miastoślad

Bezpłatny fragment - miastostan/miastoślad


Objętość:
134 str.
ISBN:
978-83-8440-360-0
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 33.03

GOD MORNING

Bóg usiadł. Zapalił papierosa.

Powróżył z kołowania gołębi.

Chmury układały się w wielkie ryby,

jakby to człowiek tworzył człowieka.

— Bujaj! Bujaj! — ktoś

przemówił nad wodami.

Za plecami bloków kolejny raz

wyrósł gęsty las.

„Posiedzę jeszcze przez chwilę”

— wymyślił.


VENTUS ES ET IN VENTUM REVERTERIS

ptaki nie mają grobów

nie usypują kurhanów

nie stawiają sobie piramid

rozkładają się w powietrzu

pióra zmieniają w wiatr


dusze ptaków unoszą się

w lekkim podmuchu

wróblego zgiełku

w bryzach mew

w huraganach orłów


moc wiatru jest

wprost proporcjonalna

do ptasiego lotu

nieba pochowanego

za horyzontem


(MIASTOSTAN 1.1)

wyjść z domu odprowadzić do szkoły

dojść do pracy w jednym kawałku


z kałacha rozpieprzam łby tych co skrobią szyby

przy włączonym silniku to moja krucjata

w imię ziemi powietrza wody i ognia


resztki mózgów zdobią teraz chodniki

komponują się z rzygami i flegmą

ptasim i psim gównem z mozaiką petów


oddychać można w szalik złapać powietrze

i nie oddawać nikomu z mijanych brnąć

do przodu przez zasieki smrodu do

wielkiego bum do zwykłego nic


a podobno można żyć łatwo tak samo

też umrzeć choć obie te rzeczy

dłużą się nam niemiłosiernie


w okopie z ciepłych myśli zatrzymuje się

na moment mam twoją dłoń schowaną w mojej

przytulam twarz do ziemi co pachnie benzyną


PIERWSZE UMIERAJĄ RYBY

na polu zakwitł pierwszy śnieg

nasiona z nieba skrzypią pod butami

melodie zimy


być pierwszym jak on

niezapamiętanym

niespodzianką

albo


wejść na górę ustawić znak

coś pionowo coś poziomo

połączyć to cierniem gwoździa

potem wracać tu co miesiąc

palić świece składać kwiaty


mówić wszystkim że

pierwszy był tu Bóg


POMYŚLAŁEM O TOBIE PRZY DRUGIM KIELISZKU

w zimową aurę taki styczeń chociaż grudzień

na balkonie przy minus sześć i wszystko białe

wlewam zimne co staje się ciepłe w środku

myślę o tobie przy trzecim kieliszku


ile jeszcze dobrych rzeczy nazwanych zostanie

złymi tylko dlatego że należą do nas że

są jak wybuchające bomby piękne i samotne


mówisz że to kwestia trwania jedna z opcji

prosta metoda na smutek i celebracje

tego wielkiego nic tego co każe mi myśleć

o tobie przy czwartym i piątym kieliszku


INTYMNOŚĆ

zapowiedzieli dziś w radio

zimowe szczytowanie na ostatnią

niezdobytą górę świata

ekipa nepalskich Szerpów

więc trzymam kciuki

za dziewiczy wierzchołek

gdzie ziemia niewinnie całuje niebo


(MIASTOŚLAD 1.1)

na skrzyżowaniu Piłsudskiego i Krzyżowej

chłopiec w bramie dostaje w głowę puszką z nieba

w fabryce nie ma dziewcząt które na nas czekają

i działy się tam też w dzieciństwie takie rzeczy

których nie rozumiem jak choćby

zesztywniały człowiek obleczony pajęczyną

na podwale domu


A CO PANOWIE TAK TU STOJĄ?

przecina się Graniczną płynie Stolarską

Jerozolimską czasem Polną

kroi się plac na pół zerka na Jatki

trochę Tkacką w dół Warszawską

za mostem w Barlickiego

Krzywą przez Borki

pod górę przez Szeroką

w strzeliste betony

Niebrowa


potem się wraca

niespiesznym krokiem Legionów

przegryzając paluszki


czasem wyrwie cię z transu

wino zakopane pod urzędem

odcisk buta na twarzy przy taksówkach

płonąca koszula na rzeźbie przy muszli

czasem coś zewnątrz zada pytanie

na które nie znajdziesz odpowiedzi


wychodzenie i ulotni

miasto pieści nam buty

a za nas stoi święty Antoni

i nikt go nie legitymuje


BARBÓRKA

I.

wiercę się w łóżku szukając

złoża twojej rozkoszy

źródła twoich jęków

głębiej docieram w połyskach

nocy odbijając się od

wilgotnych tuneli

spijam z warg cały urobek


II.

nie znam tego języka

śpiewa mi do mucha zawadiacką balladę

na bar przy kopalni mówią galan

twoje mieszkanie jest nad nim

twoje łóżko jest nad ich głowami

unosi się nami

oni przeważnie są poniżej

leniwi jak dżdżownice po

ciepłym deszczu

gdyby mnie tu znaleźli ich pomruki

huknęłyby z siłą metanu


III.

ciężkie powietrze siedzi ze mną

czekamy na pociąg

nie powiedziałem ci

kiedy wrócę

na powierzchnię


LITZMANNSTADT, 8 MARCA 1940 ROKU

nim się ubierzesz uszyję ci

wiersz ze skrawków snu skroję

miasto na południe od dworca

pusty pokój ze słońcem w sieni


małe sprawy co zatrzymały się

grubymi nićmi przyszyję strach

do piersi trójkątem i gwar ulicy

zanurzę w sepii kawy z cykorii


niech nosi się w oczekiwaniu układa

do twoich ruchów zwrotów i kucnięć

nim on podszyje podwórza i domy

wysokim murem nim wyhaftuje


miasto w mieście nim staniesz się

tylko fastrygą noś go w sobie

ochroni go naftalina i słowa

co nie umierają po przebudzeniu


(MIASTOSTAN 1.3)

miasto rośnie i miasto umiera

wykwity domów bluszcze ulic

ziemia wydeptana asfaltem

i okna na wysokości chodników


miasto woła mnie przez ulicę

i zaprasza do baru na rogu

idziemy noga w nogę czasem objęci

niezliczoną ilością znaków szyldów

bilbordów i reklam rozmawiamy

językiem wieców pochodów i manifestacji

w pustych brzuchach kamienic czujemy głód


siedząc przy barze miasto wlewa

w siebie kolejne kufle deszczówki

pali namiętnie kominami bez filtrów


nocą w pudełkowym pokoju z oknami

na rzekę pełną żółtego światła latarni

miasto szepcze mi do ucha swoje

tajemnice o pustych placach i skrywanych

w ziemi tunelach chemicznych wnętrzności


rano wypluwa mnie

na zewnątrz

w tym kokonie śliny

nie pasuję już

do żadnego lasu


Z LASU

w lesie dorodne sosenki

obok trupów pni schodzę

drogą z krzyża już na łąkach

przyjemny do bólu wzwód

w spodniach może


i mógłbym dojść tą drogą

do końca


WRZOSOWA

drzewa konopne należy w pośpiechu

suszyć na piecu

ponaglać royalem z kiwi

wystarcza

a przecież to tak dużo


zawiadowca daje znak i pociąg

odjeżdża z kolejnego

przystanku młodości


KASKADY

niewidzialne prądy przelatują mi przez palce

gdybym miał druty posiadałbym

wszystko w swojej nieskończoności


i nie chodzi o rażenie przerażenie

czy nawet dobrą zabawę

modlitwę nocną elektrycznych gitar


przepustowość myśli odkłada na bok

twoje małe zachwyty

nieuchwytność strumienia i ból zakoli


kolorowe detonacje powodują

że znów szukam siebie w przedpokoju

i we wczorajszej przepowiedni


PRIMUM PISCES LITTERAE

znów się sobie śnimy na wielkiej łące

członek w milczeniu wskazuje piersi

one sutkami patrzą mi prosto w oczy

a ręce mamy jak spuszczone charty


to są wciągające historie wchodzą przez

nos do mózgu na butach mają naszą ślinę

budzi mnie głowa w kamieniu poduszki

ziemia ciągnie w dół za płuca za serce


ból stoi zdrętwiały w kącie szpitalnego pokoju

olejną farbą ścian listy pisane do ciebie

ciągną się serpentyną czerwonych bandaży

w zamkniętym oknie pływają śnięte ryby


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 33.03