GOD MORNING
Bóg usiadł. Zapalił papierosa.
Powróżył z kołowania gołębi.
Chmury układały się w wielkie ryby,
jakby to człowiek tworzył człowieka.
— Bujaj! Bujaj! — ktoś
przemówił nad wodami.
Za plecami bloków kolejny raz
wyrósł gęsty las.
„Posiedzę jeszcze przez chwilę”
— wymyślił.
VENTUS ES ET IN VENTUM REVERTERIS
ptaki nie mają grobów
nie usypują kurhanów
nie stawiają sobie piramid
rozkładają się w powietrzu
pióra zmieniają w wiatr
dusze ptaków unoszą się
w lekkim podmuchu
wróblego zgiełku
w bryzach mew
w huraganach orłów
moc wiatru jest
wprost proporcjonalna
do ptasiego lotu
nieba pochowanego
za horyzontem
(MIASTOSTAN 1.1)
wyjść z domu odprowadzić do szkoły
dojść do pracy w jednym kawałku
z kałacha rozpieprzam łby tych co skrobią szyby
przy włączonym silniku to moja krucjata
w imię ziemi powietrza wody i ognia
resztki mózgów zdobią teraz chodniki
komponują się z rzygami i flegmą
ptasim i psim gównem z mozaiką petów
oddychać można w szalik złapać powietrze
i nie oddawać nikomu z mijanych brnąć
do przodu przez zasieki smrodu do
wielkiego bum do zwykłego nic
a podobno można żyć łatwo tak samo
też umrzeć choć obie te rzeczy
dłużą się nam niemiłosiernie
w okopie z ciepłych myśli zatrzymuje się
na moment mam twoją dłoń schowaną w mojej
przytulam twarz do ziemi co pachnie benzyną
PIERWSZE UMIERAJĄ RYBY
na polu zakwitł pierwszy śnieg
nasiona z nieba skrzypią pod butami
melodie zimy
być pierwszym jak on
niezapamiętanym
niespodzianką
albo
wejść na górę ustawić znak
coś pionowo coś poziomo
połączyć to cierniem gwoździa
potem wracać tu co miesiąc
palić świece składać kwiaty
mówić wszystkim że
pierwszy był tu Bóg
POMYŚLAŁEM O TOBIE PRZY DRUGIM KIELISZKU
w zimową aurę taki styczeń chociaż grudzień
na balkonie przy minus sześć i wszystko białe
wlewam zimne co staje się ciepłe w środku
myślę o tobie przy trzecim kieliszku
ile jeszcze dobrych rzeczy nazwanych zostanie
złymi tylko dlatego że należą do nas że
są jak wybuchające bomby piękne i samotne
mówisz że to kwestia trwania jedna z opcji
prosta metoda na smutek i celebracje
tego wielkiego nic tego co każe mi myśleć
o tobie przy czwartym i piątym kieliszku
INTYMNOŚĆ
zapowiedzieli dziś w radio
zimowe szczytowanie na ostatnią
niezdobytą górę świata
ekipa nepalskich Szerpów
więc trzymam kciuki
za dziewiczy wierzchołek
gdzie ziemia niewinnie całuje niebo
(MIASTOŚLAD 1.1)
na skrzyżowaniu Piłsudskiego i Krzyżowej
chłopiec w bramie dostaje w głowę puszką z nieba
w fabryce nie ma dziewcząt które na nas czekają
i działy się tam też w dzieciństwie takie rzeczy
których nie rozumiem jak choćby
zesztywniały człowiek obleczony pajęczyną
na podwale domu
A CO PANOWIE TAK TU STOJĄ?
przecina się Graniczną płynie Stolarską
Jerozolimską czasem Polną
kroi się plac na pół zerka na Jatki
trochę Tkacką w dół Warszawską
za mostem w Barlickiego
Krzywą przez Borki
pod górę przez Szeroką
w strzeliste betony
Niebrowa
potem się wraca
niespiesznym krokiem Legionów
przegryzając paluszki
czasem wyrwie cię z transu
wino zakopane pod urzędem
odcisk buta na twarzy przy taksówkach
płonąca koszula na rzeźbie przy muszli
czasem coś zewnątrz zada pytanie
na które nie znajdziesz odpowiedzi
wychodzenie i ulotni
miasto pieści nam buty
a za nas stoi święty Antoni
i nikt go nie legitymuje
BARBÓRKA
I.
wiercę się w łóżku szukając
złoża twojej rozkoszy
źródła twoich jęków
głębiej docieram w połyskach
nocy odbijając się od
wilgotnych tuneli
spijam z warg cały urobek
II.
nie znam tego języka
śpiewa mi do mucha zawadiacką balladę
na bar przy kopalni mówią galan
twoje mieszkanie jest nad nim
twoje łóżko jest nad ich głowami
unosi się nami
oni przeważnie są poniżej
leniwi jak dżdżownice po
ciepłym deszczu
gdyby mnie tu znaleźli ich pomruki
huknęłyby z siłą metanu
III.
ciężkie powietrze siedzi ze mną
czekamy na pociąg
nie powiedziałem ci
kiedy wrócę
na powierzchnię
LITZMANNSTADT, 8 MARCA 1940 ROKU
nim się ubierzesz uszyję ci
wiersz ze skrawków snu skroję
miasto na południe od dworca
pusty pokój ze słońcem w sieni
małe sprawy co zatrzymały się
grubymi nićmi przyszyję strach
do piersi trójkątem i gwar ulicy
zanurzę w sepii kawy z cykorii
niech nosi się w oczekiwaniu układa
do twoich ruchów zwrotów i kucnięć
nim on podszyje podwórza i domy
wysokim murem nim wyhaftuje
miasto w mieście nim staniesz się
tylko fastrygą noś go w sobie
ochroni go naftalina i słowa
co nie umierają po przebudzeniu
(MIASTOSTAN 1.3)
miasto rośnie i miasto umiera
wykwity domów bluszcze ulic
ziemia wydeptana asfaltem
i okna na wysokości chodników
miasto woła mnie przez ulicę
i zaprasza do baru na rogu
idziemy noga w nogę czasem objęci
niezliczoną ilością znaków szyldów
bilbordów i reklam rozmawiamy
językiem wieców pochodów i manifestacji
w pustych brzuchach kamienic czujemy głód
siedząc przy barze miasto wlewa
w siebie kolejne kufle deszczówki
pali namiętnie kominami bez filtrów
nocą w pudełkowym pokoju z oknami
na rzekę pełną żółtego światła latarni
miasto szepcze mi do ucha swoje
tajemnice o pustych placach i skrywanych
w ziemi tunelach chemicznych wnętrzności
rano wypluwa mnie
na zewnątrz
w tym kokonie śliny
nie pasuję już
do żadnego lasu
Z LASU
w lesie dorodne sosenki
obok trupów pni schodzę
drogą z krzyża już na łąkach
przyjemny do bólu wzwód
w spodniach może
i mógłbym dojść tą drogą
do końca
WRZOSOWA
drzewa konopne należy w pośpiechu
suszyć na piecu
ponaglać royalem z kiwi
wystarcza
a przecież to tak dużo
zawiadowca daje znak i pociąg
odjeżdża z kolejnego
przystanku młodości
KASKADY
niewidzialne prądy przelatują mi przez palce
gdybym miał druty posiadałbym
wszystko w swojej nieskończoności
i nie chodzi o rażenie przerażenie
czy nawet dobrą zabawę
modlitwę nocną elektrycznych gitar
przepustowość myśli odkłada na bok
twoje małe zachwyty
nieuchwytność strumienia i ból zakoli
kolorowe detonacje powodują
że znów szukam siebie w przedpokoju
i we wczorajszej przepowiedni
PRIMUM PISCES LITTERAE
znów się sobie śnimy na wielkiej łące
członek w milczeniu wskazuje piersi
one sutkami patrzą mi prosto w oczy
a ręce mamy jak spuszczone charty
to są wciągające historie wchodzą przez
nos do mózgu na butach mają naszą ślinę
budzi mnie głowa w kamieniu poduszki
ziemia ciągnie w dół za płuca za serce
ból stoi zdrętwiały w kącie szpitalnego pokoju
olejną farbą ścian listy pisane do ciebie
ciągną się serpentyną czerwonych bandaży
w zamkniętym oknie pływają śnięte ryby