E-book
23.21
drukowana A5
33.84
Miasto Wspomnień

Bezpłatny fragment - Miasto Wspomnień


4.8
Objętość:
131 str.
ISBN:
978-83-8221-128-3
E-book
za 23.21
drukowana A5
za 33.84

Książkę Tę Dedykuję Mojemu Dziadkowi.

To On zaszczepił we mnie miłość do czytania, to On był i jest zawsze obecny w moim życiu.

Mimo, że sam stał się Moim Wspomnieniem, jestem mu wdzięczna za wszystko..

Szara

Nie chcę żyć. Moje dotychczasowe życie to pasmo złych dni, porażek, niewielkich sukcesów, okupowanych moim ogromnym wysiłkiem i długimi godzinami męczącej pracy. Takie myśli towarzyszyły mi od dwóch tygodni. Były niczym głosy w głowie, które nie mają nic do roboty poza wmawianiem mi, że jestem niczym, że nie mam nic, że świat, w którym żyję, nie istnieje. Dosiadłem do komputera, żeby według zaleceń mojego przyjaciela wyrzucić to z siebie. Nie mam nikogo, z kim mógłbym się podzielić swoimi mrocznymi przemyśleniami. Zarzucił tematem bloga. Więc założyłem, a co mi tam. Może pomoże samo pisanie i wrzucanie tego w internet.


Chłodny niedzielny poranek, każe mi wstać. Nie mam na to najmniejszej ochoty. Ale wiem, że muszę. Muszę, bo obiecałem mamie przyjechać do niej na kawę, i mimo, że mieszka zaledwie cztery przecznice ode mnie, nie mam siły by tam chodzić chociażby te dwa dni w tygodniu. Ale zbieram się z łózka. Miałem ciężką noc. Przekręcałem się z boku na bok w bezsennym tańcu, kiedy otulony zimnym dotykiem bezsilności w końcu zasnąłem. Jeszcze we śnie, wstałem powoli z łóżka i ubrałem się. Jak co poniedziałek, wypiłem kubek czarnej lury, gęstej i ohydnej, nazywanej kawą. Ubrałem się i wyszedłem z domu, ale miasto wyglądało inaczej niż zazwyczaj. Ciemne chmury, potężne, ciężkie, szare, niosły za sobą delikatny półmrok kładący się cieniem na miasto.


W tym momencie otworzyły się mroczne głębie miasta, jakoby rzec, ulice podwójne, ulice sobowtóry, ulice kłamliwe, niczym labirynty, prowadzące tam, gdzie żaden człowiek nie chciałby się znaleźć. Szedłem tak ulicą, można powiedzieć bez celu, ale miałem cel. Szedłem do biura. Niestety, jako że, we śnie umysł całkowicie otwiera bramy naszej mrocznej podświadomości, miasto nie dawało mi do niego dotrzeć. Błądziłem ulicami, mrok opanowywał miasto, powietrze robiło się ciężkie. Bacząc, by nie zmylić drogi, minąłem trzecią i czwartą zapamiętaną przecznicę, które miały mnie zaprowadzić na miejsce, a upragnionej ulicy wciąż nie było. W którymś momencie zawróciłem, chmury sunęły teraz tuż za mną, jakby chciały dopilnować, bym dotarł do domu. Kiedy opustoszałe miasto, zaczęło pulsować, z bloków i kamienic zaczęli wylewać się szarzy ludzie z beznamiętnymi twarzami, zacząłem z lekką paniką biec.


Puściłem się biegiem przez miasto, odprowadzany przez złowrogie, puste spojrzenia szarych ludzi, kiedy obróciłem twarz w tył, by dojrzeć jak blisko znajduje się Szara. Półmrok coraz szybciej opanowywał ulice miasta, deptał mi po piętach. Ucieszony, kiedy zauważyłem własną klatkę schodową, zwolniłem odrobinę, przytłoczony nadmiarem wrażeń. Wpadając do klatki z hukiem zobaczyłem brylantową ciemną masę, okalająca miasto niczym całun. Obudziłem się, nie pamiętając niczego. Wstałem z łóżka, oporządziłem i ruszyłem do matki.


Budzę się zlana potem, ale spokojna. Lampka nocna świeci, książka leży w moich dłoniach, na zaznaczonej stronie. Odkładam ją na biurko, lekko mrużę oczy i klnę pod nosem. Mam ochotę zapalić, ale ta ochota szybko zanika. Patrzę na telefon, gdzie na wyświetlaczu wisi godzina druga w nocy. Wciąż zlana potem, tulę się kocem i ruszam do łazienki, by przemyć twarz. Obmywając zaspane oczy, zastanawiam się jak dalej potoczyłby się sen, i co mnie obudziło. Patrzę przez delikatne krople wody w lustro i widzę, zaspane zielone oczy, delikatny uśmiech. Ale dostrzegam też coś jeszcze..


Mimo oświetlonej łazienki, w drzwiach stoi cień. Jeszcze raz opłukuję twarz letnią wodą i postanawiam ponownie zasnąć. W łóżku tulę się ponownie w koc i kładę głowę, tak pełną myśli na miękkiej poduszce. Zastanawiam się Jak to jest po drugiej stronie lustra? Zapewne inny świat. Inni ludzie. Czy ta dziewczyna, której odbicie widzę w lustrze, jest moją Lustrzaną siostrą? Ale nie bliźniaczką. To na pewno nie. Ona jest inna. Jest Mroczniejsza. Tak. Lustro zawsze pokazuje mroczniejszą stronę duszy, mroczniejszy świat, być może nie mieszka tam wcale Ewa, którą jestem, ale jej mroczna siostra Eva Larro.. Eva Larro, i jej mroczny świat. Czasem, kiedy wieczorami stoję przed tym lustrem, dostrzegam niewielkie, ale ciemniejsze różnice własnego życia. Inne klamki u drzwi, włączniki świateł, po ich drugiej stronie.. Jaki naprawdę jest świat po Drugiej stronie lustra?


Szary. Ciemny. Mroczny. Pochłaniający wszystko, co najlepsze by zmienić to, przerobić w swoją Mroczną strukturę. Meble z salonu nie są takie kolorowe, są obite zmechaconą zamszową tapicerką w kolorze czerwonego, głębokiego wina, zamiast pięknych beżowych kolorów. Eva z lustra, mroczniejsza Eva, nie kocha. Ona z całej swojej siły, z całego, Mrocznego, spętanego cierniami serca nienawidzi. Ale każdego dnia mi towarzyszy. Jej świat jest brzydki, umierający, ohydny. Nie ma w nim pracy, śpiewu ptaków. Ludzie chodzą z poszarzałymi twarzami, zasępionym wzrokiem wlepionym w mokry, na wpół zgniły chodnik. Ulice są brudne, zaułki śmierdzą zepsutą, starą farbą. Wszystko jest stare..


Świat w lustrze opanowała Szara. Ale Szara panuje tam cały czas. To Jej świat. To, że nas odwiedza czasami w naszym świecie, i sieje ogromne spustoszenie, to tylko namiastka tego, co jest po drugiej stronie. W tamtym Szarym świecie, trupioblade dziewczynki bawią się zmurszałymi, lalkami, które nie mają jednego guziczka, który był kiedyś oczkiem, chłopcy biegają z krzykiem, umorusani brudem z ulic, z gnijącymi kijami, strasząc i tak już przestraszonych i na wpół bez życia, przechodniów. W starych kamienicach z odłażącym płatami buro szarym tynkiem, stukają drewniane okiennice, kiedy wyjący wiatr bawi się ostatnimi kawałkami spróchniałego drewna. W tamtym świecie, słońce nie daje ciepła a tylko przenikliwe zimno, wiatr hula między gołymi od liści drzewami w opustoszałych parkach. Księżyc oświetla puste ulice krwistoczerwonym blaskiem. Noce nie są piękne, ale upiorne. Samochody — stare, zardzewiałe gruchoty, zajmują tylko miejsca na parkingach przyrastając coraz bardziej korzeniami, z rozbitymi szybami, bez drzwiczek, z pootwieranymi bagażnikami, gdzie gnijącą tapicerką karmią się szczury wielkości średnich psów. Na trzepakach, na betonowych, zaniedbanych podwórkach starych kamienic i oficyn wiszą stare szmaty, podziurawione dywany. Ze śmietników wylewa się wszystko, co powinno się w nich znaleźć, z tym, że to, co powinno się w nich znaleźć, już powoli zaczyna samo z nich wychodzić.


Eva, mieszka w jednej z właśnie takich jeszcze bardziej obskurnych kamienic, tak jak Ja, tylko nadgryzionymi zębem czasu schodami wchodzi na trzecie piętro. Drzwi od jej mieszkania nie posiadają już zamków. I spotykamy się czasami w tej na wpół pięknej, wyłożonej granatowym i białym linoleum łazience, która po Jej stronie ma zgniłozielony kolor, nie wiedzieć czemu ten kolor te linoleum zasługuje.. Spotykamy się czasem, kiedy obie płaczemy, kiedy obie mamy swoje problemy.


Jest po to, Eva, istnieje tylko, dlatego, żeby mi uświadamiać, że powinnam doceniać to, co mam. Bo u niej nie istnieje coś takiego jak uśmiech. Chyba, że jest to uśmiech drwiący, kpiący, ironiczny. O tak..


Poniedziałek.

Szaro i buro za oknem. Kołdra zdaje się przylepiać do mojego spoconego ciała. Znowu miałem zły sen w nocy. Leżę chwilę na łóżku zastanawiając się, czy jest sens wstawać, w tak cierpki poranek, pić ohydną czarną lurę, nazywaną kawą, patrzeć w brudne lustro na zmizerniałą twarz? Potem założę pogniecione, znoszone, tracące kolor ciuchy, i ruszę z cichego, pustego mieszkania, do pracy, której tak nienawidzę. Będę tyrać przez te pieprzone osiem godzin, słuchać ludzi, którzy mają tylko pretensje, pić kolejne kubki czarnej lury, sztucznie uśmiechać się do moich szarych i nudnych, bezproduktywnych współpracowników.


Po pracy wrócę powolnym krokiem, szarymi ulicami, wpatrując się w chodnik, do mieszkania. Pustego, zionącego zimnem, otoczonego półmrokiem mieszkania i położę się w lodowatym po ośmiu godzinach łóżku. Będę patrzył w czarny sufit, na cienie rzucane na ściany przez blednące zmierzchem słońce. Będę gdybać. Albo i nie. Nie będę w ogóle myśleć. Jest źle, ale nie ma, z kim porozmawiać. Z resztą, nie ma o czym. To pewnie wypalenie zawodowe — myślę, ale nie jestem do tego przekonany. Gdzieś z tyłu głowy, cichy głos, mówi mi, że coś jest nie tak, ale natychmiast ginie pośród gąszczu głosów, mówiących o mnie Zero. — tak. Jestem zerem — przytakuję do sufitu, czując jak łzy zbierają mi się do oczu. Przewracam się na bok i z zaczynającą boleć głową zasypiam.


Wtorek.

Co z tego, że pogoda się poprawiła? Nie mam nastroju. Nie mam chęci. Nie mam najmniejszej siły. Z trudem wstaję i idę do kuchni. Łóżko zdaje się mnie wołać, krzyczeć wręcz, bym wrócił. W głowie łomocze mi jego krzyk, kiedy przemywam twarz nie patrząc w lustro. Nie jem śniadania. Nie mam siły. Ani ochoty. Piję za to ciemną, czarną, niczym otchłań w oczodołach trupa lurę, wcale nieprzypominającą w smaku kawy i ruszam do biura. Po ośmiu godzinach siedzenia przy komputerze z chwilową ulgą wychodzę.


Stoję na chodniku i zaczynam moknąć. Deszcz pada, zacina, wielkie krople lecą na mnie, osadzając się na kurtce, ramionach, twarzy, włosach. Idę tak ulicą, znów gapiąc się w mokry chodnik i próbując znaleźć w sobie siły na resztę dnia. Ani ja się nie uśmiecham, ani też nie uśmiecha mi się, spędzenie kolejnego dnia w łóżku, próbując zasnąć przy akompaniamencie tysiąca głosów, wrzeszczących, kłócących się, dręczących mnie z chorą satysfakcją, w mojej głowie. Idę. Deszcz zacina jeszcze bardziej. Ludzie biegną chodnikiem, spieszą się do domów, do dzieci, do żon, do ciepłego domu. Nawet, jeśli deszcz pada, oni wrócą do domu i na ich twarzach pojawi się, choć cień uśmiechu. Ja tak nie miałem od trzech tygodni.


Ale teraz idę. Brnę, niczym w basenie, po zalanych chodnikach, mijając mrukliwych, szarych, nijakich ludzi. Szarą masę społeczeństwa, która musi zapierdalać, żeby korporacyjni tatuśkowie mieli mnóstwo kasy na nowiutkie mercedesy, żeby jeżdżąc nimi w taką ulewę, bez mrugnięcia okiem, ochlapywać swoich podrzędnych pracowników brudną, śmierdząca wodą z kałuży przy przystanku. Idę, wręcz płynę. Mijam szare, obojętne spojrzenia. Nie podnosząc głowy przechodzę koło witryn sklepowych, nęcących klientów kolorowymi produktami, idę, mijając obskubane bramy starych kamienic. Stoję na przejściu czekając na zielone, pośród tuzina różnych ludzi. Rozglądam się na boki. Każdy z nich ma parasol, lub kaptur. Niektórzy mają parasole w kwiaty, inni zwykłe czarne, dziewczyny w różowych kurtkach, z neonowymi paznokciami kryją swoje smartfony przed deszczem, mężczyźni stoją w dresach, od StoProcent, kolorowo czarnych, w komplecie z wychodzonymi adidasami i kapturami od dresowej bluzy na głowach. Inni w dopasowanych jeansach i sportowych trampkach w neutralnych kolorach. I Ja. Ja pośród kolorowej masy. Szary. Niczego nie wart człowiek. A może już nie.. Już bezkształtna szara masa. Totalnie, nic nie warte, ogromne zero. Szczęście, że deszcz pada wielkimi kroplami. Nikt spośród kolorowej masy wartościowych ludzi, nie widzi, jak wielkie łzy mi lecą, żłobiąc bruzdy, na pomarszczonych brudnych policzkach, niczym woda szlifująca sobie ścieżkę w skale.


Na ciemnej klatce próbuję odszukać klucze. I sens mojego istnienia równocześnie. Nie zapalałem światła, gdyby zobaczył mnie któryś z sąsiadów, nie miałem ochoty się tłumaczyć z mojej zmizerniałej miny. Kiedy już udało mi się znaleźć to pierwsze, (sensu istnienia nie odnalazłem na klatce — a szkoda) nie zapalając w przedpokoju światła, rozebrałem się z kurtki, zdjąłem przemoknięte, brudne buty z zamiarem postawienia ich pod grzejnikiem i oparłem się o drzwi od mieszkania. Stałem tak, ogarnięty przez poczucie zerowej wartości, spowity brylantowym półmrokiem przedpokoju. Schowałem twarz w dłonie i zacząłem cicho płakać.


Łkałem tak, rzucając przekleństwa na siebie i na świat pod nosem, co jakiś czas wybuchając histerycznym, wręcz psychicznym śmiechem, by za chwilę znów zanurzyć twarz w bolących, pomarszczonych od wody dłoniach. Stałem tak chyba pół godziny. Ruszyłem w ciemnościach do łazienki, przemyłem twarz i nie spoglądając w półmroku w lustro ruszyłem do sypialni.

Opadłem na łózko i zasnąłem..


Środa.

Leżę w łóżku. Znowu zlany potem. Kołdra przylepia się mojego ciała, lśniąc od potu w ciemnej sypialni. Błyskające na nią delikatnie wpadające promienie słońca oświetlają ją i w niektórych miejscach zdaje się błyszczeć niczym całun pogrzebowy. Jest ciężka i lepka. Leżę nieruchomo, wsłuchując się w bezdenną ciszę, próbując wyłapać, choć nikłe, oddalone odgłosy ulicy. Ale jest za wcześnie. Godzina szósta. Jest dość ciemno. Wychodząc z sypialni, rzucam na progu okiem na łóżko, i mam wrażenie, że widzę sam siebie, jak zalegam na nim, niczym nieboszczyk w otwartej trumnie. Blada twarz odznacza się w ciemnościach otulających niczym kołdra cały pokój. Mam dziś wyjątkowo dobry humor. Tudzież włączam nawet radio, czarna lura, zaczyna smakować, nie wywołując odruchów wymiotnych. Zdobywam się na przelotne spojrzenie w lustro.


Nie psuje mi humoru nawet widok zmizerniałego, pozbawionego życia w oczach człowieka, którego zdaję się nie poznawać. Zupełnie, jakbym patrzył na ruchomy obraz kogoś innego. Żwawym krokiem ruszam na przystanek. Słońce delikatnie wynurza się zza budynków. Powoli i spokojnie nastaje świt, kiedy stojąc na przystanku, liczę gołębie na dachu kamienicy naprzeciw.


Przyjeżdża mój tramwaj. Rozglądam się w poszukiwaniu miejsca w pustym o tej porze wagonie. Siadam pośrodku, przy oknie i przylepiam twarz do szyby. Jestem jedynym pasażerem tego pojazdu. Zdawałoby się, gąsienicy, mknącej po żelaznych torach, pomiędzy wielkimi wąwozami miasta. Na następnym przystanku, kiedy tylko drzwi się otwierają, odwracam zamyśloną twarz i rzuca mi się w oczy Ona. A dokładniej, jej wielkie, lekko zaspane, zielone oczy, na ładnie skrojonej, bladej, teraz zarumienionej od zimna twarzy, okalanej długimi, wyprostowanymi, kasztanowymi włosami. Patrzy na mnie przelotnie, z mieszanką niepokoju i zaciekawienia w oczach. Uśmiecham się do niej, a ona delikatnie unosi kąciki ust w półuśmiechu. Nagle, uświadamiam sobie, że ten półuśmiech, był najpiękniejszym, co mogło mnie w życiu spotkać. Wysiada przystanek dalej, a ja ponownie wlepiam twarz w szybę, patrząc jak oddala się od tramwaju. Kiedy ten rusza, Ona odwraca się całą sobą, z tym swoim pięknym półuśmiechem i delikatnie macha mi ręką. Kiwam głową, a Ona odwraca się i rusza w swoją stronę. Wysiadam na Bramie portowej i ruszam do biura, pogwizdując pod nosem.


Kiedy tylko dotarłem do biura, przypuściłem szturm na kuchnie dla personelu. Wstawiłem cały dzbanek wody do zagotowania, przygotowałem kubki, łyżeczki i cukier i hurtowo zrobiłem kawę. Nawet smaczna była, kiedy zawołałem Alę, Kamila i Rafała, by wypić razem z nimi poranną kawkę. Alicja, zapytała przy myciu kubków, czy wszystko w porządku, na co opowiedziałem jej o dziewczynie z tramwaju. Spojrzała na mnie i poklepała po ramieniu, życząc więcej takich spotkań.


Leżę teraz w łóżku i przed oczami mam wielkie, zielone oczy i słodki, a zarazem niepewny uśmiech na zarumienionej twarzy. Nie wiem, kim była ta dziewczyna, ale ten jej uśmiech.. To spojrzenie. Od rana miałem lepszy nastrój, ale Ona, zmieniła cały mój dzień.


Przekładam się na drugi bok, zamykam oczy, żegnając uśmiech na ustach. Moja bezsilność odeszła. Nadeszły głosy. To ich czas. I zaczęła się burza w mózgu. Jestem zerem. Nic niewartym facetem. Ta dziewczyna, była zaspana, pewnie nawet mnie nie zauważyła, a to, że mi pomachała? Może motorniczy to jej znajomy? Złe myśli objęły władzę na całą noc. Zapowiadały kolejny koszmar..


Czwartek.

Zaczęło się od delikatnego muśnięcia w policzek, na poranną pobudkę. Mimo samotnego mieszkania, poczułem dotyk chłodnej dłoni na policzku. Nie zerwałem się jednak gwałtownie z łóżka, tylko czekałem, czekałem, na kolejny dotyk.. Co nie nadeszło. Markotny odrzuciłem ciążącą kołdrę na bok i mrucząc pod nosem ruszyłem do kuchni. Zaparzona, czarna niczym otchłań umysłu kawa, poparzyła język. Nie zapaliłem nawet świateł w kuchni, ciemno. Ciemno wszędzie. Nie tylko w kuchni, w sypialni, ale również za oknami. Dzień na dobre się nie zaczął. Nie włożyłem nic więcej do ust. Nie czuje głodu. Czas się zbierać — szepcze ciemność, wstaję, przelotnie i w półmroku spoglądam w lustro i widzę tylko niewyraźny cień swojej twarzy. Zmęczonej życiem, brakiem przyjaciół, pracą. Ruszam do drzwi odprowadzany własną bezsilnością, zmaterializowaną w postaci mgły, która mknie za mną niczym wierny pies.


Jest godzina szósta czterdzieści siedem. Wychodzę w miasto, ponuro przykryte zasłoną sennej mgły. Mijam puste ulice, kolejne brukowane chodniki, zostają zadeptane moim powolnym krokiem. Spotykam nielicznych ludzi, tak samo zaspanych jak Ja, jednak żaden z nich nie idzie powolnym krokiem. Wszyscy gdzieś się spieszą. Ich szarobure twarze, zioną jeszcze pieleszami domowymi. Czują się niewyspani, są ponurzy, nie darzą nikogo sympatią o tej porze dnia. Czy może jeszcze nocy? Staję na środku chodnika na najbliższym skrzyżowaniu. Ludzie wręcz biegną, niczym poganiane bydło, wszyscy szturchają łokciami, kiedy mnie mijają, młoda dziewczyna, ze smutkiem w oczach i słuchawkami w uszach, wpada na mnie. I w czasie, kiedy wszyscy inny mijający mnie ludzie burczą pod nosem, ona uśmiecha się do mnie, tym swoim półuśmiechem i mówi delikatnym głosem przepraszam. Widać, że ma dobry humor, mimo bardzo wczesnej pory. Jej twarz promienieje.


Zagapiłem się na jej zielone oczy, patrzę jak jej policzki rumienią się z zakłopotania — zupełnie jak w tramwaju — myślę. Jeszcze raz przeprasza, posyła uśmiech i tyle ją widzę. Zapewne spieszy się do pracy. Kiedy znika za rogiem, znów otacza mnie bezsilność, otacza szarością dnia codziennego, ponurego miasta, niczym matka okrywająca marznące dziecko własnym szalikiem podczas jesiennego wieczoru.


Ruszam w stronę biura. Czuję na ramionach ten ciężki chłód, który towarzyszy mi jakby od zawsze. Stukot moich butów na chodniku, zdaje się nasilać, z każdą minutą, kiedy miasto zamiast zaczynać żyć — wręcz przeciwnie — pustoszeje. O godzinie ósmej, siedzę już przed biurkiem. Siedzę zamyślony, niczym posąg zastanawiając się nad swoim życiem. Nadal nie miałem nic w ustach. Koleżanka z pokoju mruczy pod nosem zaspane Dzień dobry oraz zapytanie czy chcę kawy. Kolejnej porcji czarnego, smętnego napoju — myślę. Ale odpowiedź jest potwierdzająca.


Wychodząc na papierosa, czuję się odprowadzany przez swoją wierną towarzyszkę — bezsilność. Po odpukanych ośmiu godzinach w pracy, jestem równie wyczerpany, co rano. Słońce powinno siedzieć na najwyższym miejscu na nieboskłonie, rozświetlać ulice, napawać radością, dawać ciepło. Ale mimo to, wszędzie widzę tylko szare ulice, drzewa, szare twarze ludzi. Nikt się nie uśmiecha. Tym razem wszyscy spieszą się do domów. Postanawiam dzisiaj nie wracać za szybko do pustego mieszkania i nie marnować dnia na bezmyślne leżenie przed telewizorem, łapiąc depresję, razem ze swoją oddaną towarzyszką. Nogi kierują mnie w stronę najbliższego parku. Wchodzę niepewnie przez łuk drzewny, jedną z głównych uliczek i nagle… widzę zupełnie inny świat. Wszystko świeci blaskiem kolorów, ożywionych przez ogrzewające twarz słońce.


Niewielu ludzi, których mijam na alejkach, ale jednak, ma na twarzach lekkie, delikatne uśmiechy. Idę dalej, zafascynowany tym cudownym światem w środku wielkiego, pustego, szarego miasta i zachwycam się każdym zzieleniałym liściem, każdym zdrowym, szumiącym drzewem. Zasiadam na drewnianej, pięknie rzeźbionej ławeczce, pośrodku parku i za chwilę znów podchodzi ONA. Siada obok mnie, zapytując uprzednio, czy wolne i wyciąga książkę. Promienieje niczym słońce, które ogrzewa zmizerniałą twarz. Spoglądam na nią z zaciekawieniem, i czuję ciepło na sercu.


Zastanawiam się, kiedy ostatnim razem się tak czułem. I nagle stają mi przed oczami moje poranki, samotne sączenie ohydnej kawy, której tak nienawidzę, chodzenie do pracy, która mnie wykańcza, i tę bezsilność. Właśnie Ją. Moją towarzyszkę życia. Z zamyślenia wyrywa mnie jedwabny, szczery śmiech. Patrzę na nią zdziwiony i uśmiecham się pod nosem. Ona nagle przestaje, patrzy na mnie poważnie. Mówi — przepraszam — i znów zaczyna śmiać się w niebogłosy.


Przechodząca obok para, spogląda na nas z uśmiechami na twarzy. Kiedy odchodzą, dziewczyna bierze mnie za rękę i poważnym tonem proponuje wspólną kawę.


Ale odmawiam. W pośpiechu zbieram się z ławki, i mówię, że muszę już iść. Ruszam speszony, szybkim krokiem spowrotem alejką, która przywiodła mnie do tej ławki. Tuż przy zakończeniu alejki, kiedy zostały trzy ciężkie kroki żeby wyjść z tego ciepłego, otulonego miłością miejsca, odwracam się i dostrzegam ten znany mi już półuśmiech na ławce, na której przed chwilą siedziałem. Obok Niej. Pochylam głowę w dół i pokonuję ostatnie centymetry pięknego, barwnego parku, by wyjść na szarą zalaną mgłą ulicę, wrócić do swojego ponurego świata, gdzie moja bezsilność już czeka. Przystaję na chwilę, by podeszła i razem ruszamy, szarym, zimnym chodnikiem do pustego, ciemnego mieszkania.


Nie zapalając świateł, biorę jakąś przekąskę bez smaku, z buczącej lodówki i zasiadam w szarym salonie przed telewizorem. Czuję, jak po policzku bezsilność smaga mi lodowatą dłonią. Jak zawsze nie ma nic w telewizji. Same wiadomości o wojnach, zabójstwach, podwyższeniu podatków i wzroście bezrobocia. Postanawiam wziąć długą kąpiel w gorącej wodzie.


Kiedy zdejmuję ubrania, lodowaty chłód otacza moje ciało. Gorąca para unosząca się nad wanną, przykryła lustro. Ręką zmazuję parę i dostrzegam swoją szarą, przygnębioną, zaoraną zmarszczkami zmęczenia twarz. Uśmiecham się krzywo do własnego odbicia w poszarzałym lustrze i wchodzę do wanny. Zagłębiam się coraz bardziej w gorącej wodzie. Zamykam oczy. Wszystko jakby jaśnieje. Przed oczami pojawia się Ona. Jej piękne zielone oczy, jej uśmiech i zarumienione z zakłopotania policzki.


Uśmiecham się do siebie w ciemnej łazience, leżąc w pełnej gorącej wody wannie. Jeszcze wczoraj ta wanna nie istniała w formie własnej, maleńkiej oazy spokoju. Dzisiaj przywodzi na myśl tamten dotyk ciepłego słońca, ze spaceru w parku. Jej dotyk. Ciepłą, delikatną dłoń. W głowie słyszę jej słodki, szczery śmiech i czuję jak temperatura wody zaczyna roztapiać ból w sercu. Niechętnie wychodzę z wanny. Jeszcze czuję jej ciepło, słyszę ten delikatny śmiech, kiedy kładę głowę na lodowatej i niewygodnej poduszce. Nie mogąc zasnąć, patrzę w sufit i rozmyślam o tym, co tak naprawdę się dzisiaj stało. Łzy lecą mi po policzkach, ryjąc w nich niczym woda w skale, własne ścieżki.


Tuż przed zaśnięciem uświadamiam sobie, że Ta, którą spotkałem dzisiaj, która przeprosiła, kiedy na mnie wpadła, Ta, która zaprosiła mnie na kawę, ale odmówiłem, bo bałem się tego, wiem, głupi, szczenięcy strach. Ta, która rozjaśnia dzień.. Ta.. Jest Nadzieją. I nagle słyszę w głowie cichy płacz. Bezsilność łka siedząc w fotelu naprzeciw łóżka. Ale zatapiam się we śnie, kolorowym, pełnym barw, ciepła i słońca, bo czuję, że jutro pójdę do pracy i być może w drodze spotkam Ją znowu…


Piątek.

Wstaję z ogromnym bólem głowy z łóżka. Nie mam pojęcia, jak się dzisiaj czuję. Próby przypomnienia sobie, wczorajszego dnia spełzają na niczym. Lekkie jasne przebłyski, prowadzą do migreny. Łykam dwie tabsy ibupromu max i ruszam w drogę do kuchni. Mam wrażenie, że jestem pozbawiony zmysłów i emocji. Obojętnie piję kawę bez smaku, przemywam twarz i ubieram zwykłe ciuchy. Ruszam do biura wcześniej, jakby poganiany przez nieznaną mi siłę. Jak gdyby kazała mi wyjść do pracy już teraz. Natychmiast. Wychodzę, lekko rozdrażniony tym lekkim niepokojem, że coś ma się wydarzyć, ale do końca nie wiem co. Nie lubię być nieświadomy.


Wychodząc na ulicę, przystaję przed bramą i szybko kalkuluję, w którą stronę mam iść. Czy na przystanek, skręcając w lewo, czy dziś iść piechotą, wybierając prawą stronę. Decyduje przejść się spokojnym krokiem do pracy, mimo lekkiego wiatru, i pustek na ulicach. Słońce powoli wynurza się ze swoimi promieniami znad horyzontu, a Ja idę. Idę i idę, jakbym miał nigdy nie dojść do celu.


Tuż przed moim biurowcem postanawiam zajść do parku, by chwile posiedzieć na jednej z ławek i powdychać świeże poranne powietrze. Niewielu ludzi błądzących po parku, uświadamia mi, że jest dość wcześnie. Zerkam na znoszony zegarek i widzę, że do rozpoczęcia zmiany mam jeszcze około trzech kwadransów. Podnoszę się zamyślony z ławki, i ruszam alejką na spacer. Mijam ludzi spacerujących ze swoimi zwierzakami o tak wczesnej porze. Zapewne większość z nich wstąpi również do pobliskiej piekarni po świeże pieczywo na śniadania, korzystając z tego, że musieli wyjść z domu. Ruszam nęcony zapachem świeżego chleba do małego sklepiku wciśniętego między witryny sklepów odzieżowych, wielkich marek, świecących krzykliwymi kolorami niezależnie od pory dnia czy nocy.


Mała lokalna piekarnia kusi zapachem i obrazem. Niczym niezastawiona, niewielka witryna zaprasza do środka ukazując całą ladę świeżych cukierniczych doskonałości, kusząc swoim zapachem, ciepłem (to tłumaczy zaparowane szyby w ladzie chłodniczej) i kształtami. Uchylam szklane drzwi piekarni i na dźwięk dzwonka nad drzwiami, informującego o nadejściu klienta, dwie dziewczyny odwracają się w moją stronę.


Sprzedawczyni, koło czterdziestki, uśmiechnięta kobieta, z kokiem jasnych włosów, i dużymi okularami w rogowych oprawkach wita mnie ciepłym słowem, nie przestając nabijać na kasę produktów kupowanych przez młodą dziewczynę. Przez Nią. Staję wpół kroku na środku piekarenki wpatrując się w piękne zielone oczy, świdrujące mnie spojrzeniem, zupełnie jakby dziewczyna prześwietlała mnie na wylot. Czuję, że na twarzy robię się czerwony, podchodząc do lady i rozglądając się w poszukiwaniu smacznego śniadania. Spod byka obserwuję dziewczynę, jak zgrabnymi, płynnymi ruchami wydobywa niewielką portmonetkę z torebki i płaci za kilka pachnących, jeszcze gorących pączków. Szybkim ruchem kupuję pierwsze pieczywo z brzegu i wychodzę zanim dziewczyna zdąży zniknąć za rogiem. Wypadając na ulicę, widzę tylko jej długie kasztanowe włosy, jak znikają za rogiem kamienicy. Ruszam w tamtą stronę machając jak oszalały papierową torebką, w którą przemiła ekspedientka zapakowała mi pączka. Kiedy wypadam za róg, niestety dziewczyny nie ma. Jakby rozpłynęła się w powietrzu — myślę, całą drogę do biura.


Cały dzień, na szczęście nie było wielkiego ruchu, a na tych zaledwie kilku klientach i ich sprawach, zupełnie nie mogłem się skupić, mając przed oczami obraz dziewczyny w piekarni. Zastanawiam się cały czas, jak to możliwe, że zniknęła tak nagle. Czy wiedziałem w jakiś nieznany mi sposób, że będzie w piekarni, dlatego poszedłem w parku w tamtą stronę, choć bywam w tej piekarni rzadko i od święta? Wszelkie myśli kołatały się w mojej głowie, aż do czasu, kiedy wyszedłem z biura. Postanowiłem, że po pracy pójdę do parku, posiedzieć na ławce, na której zbierałem rano siły na cały dzień, pomyślę trochę i dopiero ruszę do domu.


Siedząc na ławce w parku, rozmyślałem. O swoim życiu, o poznanej dziewczynie, z którą nie zamieniłem słowa, poza „przepraszam”, które padło z jej ust, kiedy na mnie wpadła, parę dni temu. Siedzę tak, rozmyślając o tym, co mnie w moim marnym życiu czeka, z zamkniętymi oczami i twarzą wystawioną na słońce, kiedy czuję się obserwowany. Otwieram oczy, lekko oślepiony słońcem i kącikiem oka zauważam, że ktoś siedzi obok. Odwracam się w tę stronę i widzę.. Ją. To ona. Serce zaczyna mi podrygiwać do nieznanego mi rytmu. Dawno nie słuchałem muzyki. A Ona siedzi obok i zakładając kosmyk kasztanowych włosów za ucho wpatruje się we mnie błyszczącymi oczami z uśmiechem na twarzy. Bierze moją rękę w swoją delikatną dłoń. Czuję jak dreszcz przechodzi mi po plecach. Wpatruje się we mnie, a ja w duchu modlę się tylko, żeby nie palnąć nic głupiego. Nagle ona otwiera usta by coś powiedzieć i słyszę, jak delikatnym głosem pyta „Czy…


* * *


Budzi mnie lodowaty podmuch wiatru z otwartego okna w sypialni. Chwilę siedzę na łóżku lekko zamroczony snem, oszołomiony, niepewny tego, czy to, co przeżyłem, było prawdą, czy tylko snem na jawie. Zamykam okno i czuję lekki zawód i smutek. To, co śniłem, było piękne. Naprawdę. Ale to widocznie był tylko piękny sen. Wstaję z łóżka, zakładam polarowy szlafrok i nastawiam wodę w czajniku, tym razem na herbatę. Po porannej toalecie, ubieram się całkiem schludnie, nawet krawat założyłem, aż dziw, że pamiętam jak go wiązać, i ruszam w drogę do pracy.


Siedzę przed biurkiem, gapiąc się w monitor z rozłożonymi na całym biurku papierami. Stukając o blat długopisem wystukuję rytm, ale nie mam bladego pojęcia, jaka to melodia.


Po chwili już nucąc pod nosem ruszam do naszej kuchni socjalnej i wstawiam wodę na kawę, zasypując kubek cukrem. Kiedy wychodzę z kuchni i ruszam w stronę biurka, nagle do naszego biura wchodzi Ona. Staję jak wryty, kiedy niepewnie podchodzi do Ali, która przytakując głową szepce, wskazując ręką w moją stronę. Ostrożnie stawiam kubek z gorącą kawą na biurku, kiedy dziewczyna podchodzi do niego z drugiej strony, i kładzie na blat papierową torebkę, z ciepłą zawartością. Patrzę na nią, z mieszanką zdziwienia i zachwycenia, kiedy ta kiwa głową na powitanie i mówi — zostawił to Pan w pobliskiej cukierni. Byłam w kolejce za panem, a kiedy wyszłam żeby oddać zakupy, pan zniknął za rogiem. Nie wiedziałam, gdzie szukać, ale ekspedientka powiedziała mi, gdzie prawdopodobnie pana znajdę.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.21
drukowana A5
za 33.84