Rozdział 1. Miasto Urzędnika
W pewnym dużym mieście pełnym wąskich uliczek i wysokich, szarych, ciasno upakowanych bloków mieszkał Urzędnik. Chociaż miasto, w którym żył, było naprawdę bardzo duże, to mieszkanko, w którym samotnie mieszkał, było bardzo małe. Wszystkie meble i sprzęty ciasno poupychano, ponieważ miejsca znalazło się tam naprawdę niewiele. Urzędnikowi to jednak nie przeszkadzało. Już dawno temu przyzwyczaił się do życia w małym mieszkanku i wolał tego nie zmieniać. Poza tym większą część dnia i tak spędzał w pracy.
Prowadził bardzo nudne życie. Nie lubił nigdzie wychodzić ani się bawić. Zamiast pójść na spacer, wolał oglądać samotnie seriale na kanapie i zajadać się słonymi lub słodkimi przekąskami. Odmawiał znajomym wszelkich wspólnych wyjść. Tłumaczył się tym, że jest poważnym, odpowiedzialnym człowiekiem i nie ma ochoty na tracenie cennych chwil na głupoty. Nawet swoich rodziców odwiedzał bardzo rzadko, a w zasadzie tylko wtedy, kiedy musiał.
Urzędnik był bardzo dokładny we wszystkim, co robił w pracy, za to jego mieszkanko było prawdziwą świątynią bałaganu. Gruba warstwa kurzu nieustannie zalegała na starych meblach. Jego ubrania albo leżały na podłodze zebrane w kupkę przypominającą kopiec kreta, albo wisiały na krześle. Działo się tak, ponieważ jedyną szafę w mieszkaniu wypełniały inne przedmioty, których Urzędnik rzadko używał, a jej otwarcie mogło zakończyć się lawiną gratów. Sprzątał tylko wtedy, kiedy już naprawdę brakowało mu miejsca na swobodne poruszanie się.
Bardzo nie lubił, kiedy ktoś przeszkadzał mu w pracy, i nie tolerował pomyłek. Dlatego też wolał wszystko robić samodzielnie. Uważał, że w stu procentach może polegać wyłącznie na sobie, a inni ludzie będą tylko spowalniać jego działania.
Pewnego dnia porządkował stare dokumenty w urzędzie i zanosił je do archiwum. Gotowe kartonowe paczki wypełnione po brzegi papierami znosił do piwnicy, a następnie układał na odpowiednich stalowych regałach. Tego dnia inny pracownik również robił porządki w archiwach. Zapytał Urzędnika, czy pomóc mu przy wnoszeniu paczek na wyższe półki, przy których trzeba było skorzystać z drabiny.
— Nie, dziękuję, dam radę — odpowiedział grzecznie Urzędnik. Trzymał pod pachą karton z dokumentami i wchodził na drabinę.
— Na pewno? Te paczki trochę ważą. Wiem, bo sam też je tu często znoszę — odpowiedział pracownik z wahaniem w głosie.
— Spokojnie, nie pierwszy raz to robię. Już trochę wyrobiłem sobie mięśnie na tych papierach.
— No cóż, w porządku. W razie czego wołaj. Będę się tutaj jeszcze trochę kręcił.
Choć zapewnienia Urzędnika o tym, że da sobie radę sam, brzmiały bardzo przekonywująco, on sam chyba nie do końca w nie wierzył. Czuł się niepewnie, stojąc na drabinie z ciężkimi kartonami w obydwu rękach. Pomimo tego wolał zająć się porządkami sam niż polegać na pomocy innych osób.
Urzędnik wkładał już ostatnią paczkę na najwyższą półkę, stojąc na ostatnim szczeblu drabiny. Pot lał mu się z czoła i spływał na oczy, których nie miał nawet jak wytrzeć. Karton był naprawdę ciężki, a drabina, której używał, nie wystarczała, aby dosięgnąć do najwyższego regału. Dłuższa drabina niestety gdzieś zniknęła, najprawdopodobniej zabrana przez innego pracownika. Urzędnik postanowił się jednak nie poddawać. Mruczał coś pod nosem, stanął na palcach i podniósł paczkę nad głowę najwyżej, jak tylko mógł. Był już blisko wsunięcia kartonu do końca metalowej szafy, kiedy nagle poczuł, że traci równowagę. Chwycił ręką za regał, jednak jego dłonie były całe spocone od wysiłku. Zaczął wymachiwać rękami, aby złapać równowagę, jednak pomimo starań spadł z drabiny i z gromkim hukiem upadł na twardą podłogę. Na dodatek z najwyższej półki zleciał na niego karton i wysypały się wszystkie poukładane wcześniej dokumenty.
— Hej, czy wszystko w porządku? Dzwonić po karetkę? — zapytał spanikowany pracownik, który wcześniej oferował pomoc. Przybiegł od razu, kiedy tylko usłyszał głuche łupnięcie człowieka upadającego na podłogę.
— Ała. Nie, nie trzeba — odpowiedział Urzędnik, wykrzywiając usta w grymasie bólu.
— Na pewno? Spadłeś z naprawdę dużej wysokości. Lepiej nie wstawaj. Pójdę po pomoc.
— Serio, nie trzeba. Już wstaję.
Urzędnik podniósł się powoli, opierając o zimne, stalowe regały. Wyprostował się i otrzepał z kurzu swoją koszulę w kratkę oraz eleganckie spodnie. Poruszył głową i barkami, żeby sprawdzić, czy nic sobie nie uszkodził.
— Widzisz, wszystko ze mną w porządku. Nie ma się o co martwić.
— Uff, to dobrze. Pomogę ci pozbierać te papiery. — Pracownik schylił się i zaczął podnosić rozsypane dokumenty.
— Nie, nie. Sam to zrobię. Muszę je poukładać tak, jak były. Inaczej wszystko się pomiesza — powiedział prędko Urzędnik.
— Dobrze, to nie ruszam. — Zmieszany pracownik odłożył podniesione przedmioty z powrotem na ziemię. — W razie czego będę po drugiej stronie archiwów.
— Dzięki, ja sobie już tutaj poradzę.
Nim Urzędnik się obejrzał, nadszedł koniec pracy. Był zły, że nie udało mu się skończyć przenosić wszystkich starych dokumentów. Wrócił więc niezadowolony do mieszkania i położył się spać do swojego wiecznie niepościelonego łóżka w złym humorze. Na domiar złego wszystko go bolało po upadku z drabiny i nie mógł znaleźć wygodnej pozycji do spania. Wiercił się i kręcił przez długi czas, aż w końcu zasnął, leżąc na plecach.
Rozdział 2. Miasto Dzieci
Noc minęła Urzędnikowi tragicznie. Wiercił się na łóżku i co chwilę się rozbudzał. Czuł, jak wszystko go boli po upadku z drabiny. Do tego śniły mu się koszmary. W jednym z nich dyrektor jego wydziału krzyczał na niego okrutnie z powodu niedokończenia porządków w archiwach. Jako karę za niewykonanie zadania miał samodzielnie posprzątać całą piwnicę, a to i tak nie zwalniało go z jego stałych obowiązków.
Urzędnik obudził się zlany potem, z krzykiem na ustach:
— Nieee, panie dyrektorze! Przecież ja nie dam rady!
— Em, dzień dobry, czy wszystko w porządku?
Przed Urzędnikiem stał mały chłopiec w wieku może dziesięciu lat. Był ubrany w zielony sweterek z podwiniętymi rękawami i szare spodnie. Na głowie miał burzę kruczoczarnych włosów. Wpatrywał się w Urzędnika swoimi dużymi, błękitnymi oczami.
Mężczyzna zorientował się po chwili, że nie jest u siebie w mieszkaniu. Zamiast tego znajdował się na zewnątrz, na świeżym powietrzu, a nad jego głową szumiały zielone liście jakiegoś dużego, rozłożystego drzewa.
— Co jest grane? Gdzie ja jestem?
— Obecnie leżysz na trawie i jesteś w parku — odpowiedział chłopiec bez wahania.
— Tyle to jeszcze widzę. Ale mnie boli głowa. I plecy. W zasadzie to wszystko.
Urzędnik podniósł się i oparł na jednej ręce, a drugą złapał za obolałą głowę. Starał się sobie przypomnieć, jak znalazł się w parku. Jedyne jednak, co pamiętał, to jak położył się w nocy spać. Nie przypominał sobie, żeby wychodził nad ranem z mieszkania. Z resztą ostatnim miejscem, do którego by się udał z własnej woli, byłby właśnie park. Dla niego było to miejsce straszne, w którym nieznajomi ludzie mogli go w każdej chwili zaczepić, a tego wolałby uniknąć. Nagle zdał sobie sprawę, że przed położeniem się do łóżka zażył mocne tabletki nasenne. Podejrzewał, że może z nimi było coś nie tak.
— Może te tabletki są po terminie? — powiedział do siebie po cichu Urzędnik.
— Tabletki po terminie? Oj, niedobrze. Z lekarstwami trzeba uważać. Raz Kacperkowi po zażyciu przeterminowanego leku wydawało się, że jest astronautą, który wylądował na księżycu. Biegał w gorączce w zwolnionym tempie po ogrodzie z kartonem na głowie — odpowiedział poważnym głosem chłopiec.
— Wygadany jesteś, co? Jak masz w ogóle, chłopcze, na imię? — zapytał Urzędnik.
— Nazywam się Antoś. Nie powiedziałbym, że jestem specjalnie wygadany. Odpowiadam po prostu na twoje pytania i staram się być miły. — Antoś uśmiechnął się do Urzędnika, pokazując swoje małe, białe ząbki.
— Zacznijmy od tego, że do starszych powinno się zwracać „proszę pana”, a nie mówić tak bezpośrednio. Gdzie są w ogóle twoi rodzice, co? Nie nauczyli cię, żeby nie zaczepiać nieznajomych?
— Nie wiem, gdzie są. Nigdy ich nie widziałem.
— Co? Co ty do mnie mówisz? — Urzędnikowi zrobiło się trochę głupio. Brnął jednak dalej w tę rozmowę, ponieważ nie mógł uwierzyć, że taki mały chłopiec błąkał się bez opieki nikogo dorosłego.
— A twoi opiekunowie?
— Sam umiem się sobą zająć. Nie potrzebuję opiekunów. — Chłopiec powiedział to z pewnością siebie i przekonaniem, co nie spodobało się do końca dorosłemu.
— Jasne, jasne. Pójdziesz ze mną na policję. Ktoś dorosły musi cię odebrać.
— Z tym może być problem. Aktualnie jesteś tutaj jedynym dorosłym.
— Nie żartuj sobie ze mnie. To już nie jest zabawne. Nie wiesz, że nieładnie jest kłamać?
— Po pierwsze to nie kłamię. — Chłopiec zasmucił się na te słowa i spochmurniał. — Po drugie nieładnie to jest bezpodstawnie posądzać drugą osobę o kłamstwo. A po trzecie rozejrzyj się dookoła, proszę.
Urzędnik prychnął na te słowa, ale mimowolnie podniósł głowę i rozejrzał się. Minęła chwila, zanim otrząsnął się z tego, co zobaczył. Park, w którym się znajdował, był pełen dzieci, jednak w pobliżu nie było faktycznie żadnych dorosłych. Niedaleko znajdowała się ulica, a po jej drugiej stronie — niskie budynki. Po dłuższym przyglądaniu się Urzędnik zdał sobie sprawę, że nie są to zwyczajne zabudowania. Zdawały się one dziwnie małe, jakby przystosowane do krasnoludków. Ich kolorowe drzwi i okna były umiejscowione bardzo nisko. Dopiero po chwili Urzędnik odezwał się znowu do chłopca.
— Antosiu…
— Tak?
— Tu chyba faktycznie nie ma żadnych dorosłych.
— Mówiłem przecież. Wy, dorośli, w ogóle nie słuchacie. Trzeba wam po kilka razy mówić to samo. — Chłopiec westchnął głęboko i pokiwał głową.
— Gdzie ja teraz jestem? Oprócz tego, że w parku.
— Jesteś teraz w Miasteczku Wyśnionych Cudów. Jest to miasteczko zamieszkiwane przez same dzieci.
— Wyśnio… Co? — Urzędnik był mocno skołowany tą odpowiedzią. — Pierwsze słyszę. A czy byli tu kiedyś jacyś inni dorośli oprócz mnie?
— Oczywiście. Od czasu do czasu pojawiają się u nas dorośli, ale nie zostają tutaj zbyt długo. Po jakimś czasie znikają tak samo szybko, jak się pojawili.
— Aha, no tak…
Urzędnik starał się poukładać w głowie zebrane informacje, ale miał jeden wielki mętlik. Myślał z początku, że to nadal sen i że jeszcze śpi, jednak zmysły podpowiadały mu co innego. Był bardzo skołowany całą tą sytuacją.
— Wyglądasz na smutnego. Co się dzieje? — zapytał zmartwiony Antoś.
— Ja… nie wiem. Nie wiem, co mam myśleć.
— Spokojnie, wszystko będzie dobrze. Zaprowadzę cię do mojego domku. Tam będziesz mógł spokojnie pomyśleć. Po drodze wstąpimy do piekarni Zosi. Robi pyszne wypieki. Oprócz pieczywa sprzedaje ręcznie robione ciasta. Prawdziwe niebo w gębie, mówię ci. Kupimy drożdżówki na kolację, ale jakbyś miał ochotę na coś innego, to nie krępuj się i daj mi znać. O nocleg nie musisz się bać, możesz przenocować u mnie. Salon jest duży i będzie ci w nim na pewno wygonie.
— Jak to na kolację?! Już jest tak późno? — zdziwił się Urzędnik. — Przecież dopiero wstałem. Czy przespałem cały dzień?
— Cóż, znalazłem cię dopiero przed chwilą, ale jest taka możliwość — odpowiedział Antoś. — Przez cały dzień była piękna pogoda, więc drzemka w cieniu drzewa, na świeżym powietrzu, nie powinna ci zaszkodzić. Ale powinniśmy się już zbierać, bo za niedługo zacznie się ściemniać. Nic się nie przejmuj. Jutro też jest dzień.
Urzędnik wstał i poszedł za Antosiem. Gdy szli ulicą, mijali wiele budynków, jak w wielu innych miasteczkach, jednak każdy z nich był bardzo mały, zbudowany jakby z myślą tylko o dzieciach. Ściany i dachy miały przeróżne kolory, które czasem gryzły się ze sobą, ale wyglądały przez to dość uroczo.
Antoś i Urzędnik zrobili zakupy w piekarni Zosi. Cukierniczka również okazała się dzieckiem. Miała różowe włosy i była ubrana w czerwony fartuch sprzedawcy. Przywitała ciepło swoich klientów i obsłużyła ich jakby nigdy nic. Urzędnikowi cała ta sytuacja zdawała się bardzo dziwna.
Domek Antosia, jak można się było spodziewać, również przystosowano do rozmiarów dziecka. Wszystkie mebelki w nim były małe. Szafy sięgały Urzędnikowi do szyi, a fotele, krzesła i stoły dostawały ledwo do kolan. Lustro powieszono na takiej wysokości, że dorosły nie widział nawet odbicia swojej twarzy, tylko swoje ciało od ramion w dół. Na szczęście sufity w domku znajdowały się na tyle wysoko, że mógł się spokojnie wyprostować. Musiał jedynie schylać się przy przechodzeniu między pokojami, aby nie zahaczyć głową o futrynę.
Urzędnik rozgościł się w pomarańczowym salonie pełnym eleganckich, biało-brązowych mebli i regałów z książkami. Chłopiec przygotował dla swojego gościa rozkładaną kanapę i przyniósł mu miękką poduszkę oraz koc. Po zjedzeniu wspólnie kolacji Antoś pożegnał Urzędnika i poszedł do swojego pokoju, zostawiając gościa samego w salonie. Dorosłemu wystawały trochę nogi, gdy położył się kanapie, więc musiał się zwinąć w kłębek do spania. Na dłuższą metę nie była to zbyt komfortowa pozycja, jednak pomimo trudności Urzędnikowi udało się zasnąć i przespać jakoś noc.
Rozdział 3. Spacer po okolicy
O poranku Antoś przywitał Urzędnika gotowym śniadaniem na tacy. Znajdowały się na niej talerzyki z jajkami ugotowanymi na twardo, grzanki z masłem czosnkowym oraz sałatka składającą się z pomidora, ogórka, papryki, zielonej sałaty i jakiegoś ziołowego sosu. Obok talerzy stał kubek z jeszcze parującą, gorącą, aromatyczną herbatą.
— Dzień dobry, pora już wstawać. — Przywitał się Antoś, szeroko uśmiechnięty. — Mam tu dla ciebie śniadanie. Jest to najważniejszy posiłek dnia, więc musisz zjeść go w całości, żeby mieć dużo energii. Tym bardziej, że wczoraj chyba zbyt dużo nie zjadłeś.
— Och, dziękuję. — Urzędnik powoli wstał i położył tacę z jedzeniem na kolanach. — Nie mam w zwyczaju jadać śniadań, jem dopiero obiad na przerwie w pracy, ale postaram się zjeść posiłek od ciebie.
— Oj, oj, oj. To bardzo źle. Musisz się przez to bardzo słabo czuć z rana i musi ci często burczeć w brzuchu.
— Cóż, chyba się już do tego przyzwyczaiłem.
Pomimo początkowego narzekania dorosły zjadł całe śniadanie ze smakiem. Po spożytym posiłku Urzędnik i Antoś wybrali się na spacer po miasteczku. Chłopiec chciał oprowadzić dorosłego i pokazać mu okolicę. Założyli więc buty i wyszli z domku.
Kiedy znaleźli się już na głównej ulicy, Urzędnik przeżył wielki wstrząs na widok dzieci siedzących za kierownicami małych, kolorowych samochodów. Wydawało mu się to skrajnie głupie, niebezpieczne i nieodpowiedzialne, że niepełnoletnie osoby prowadzą tutaj auta. Jednak ku jemu zdziwieniu mali kierowcy jeździli bardzo ostrożnie i spokojnie, nigdzie się nie spiesząc. Nikt na nikogo nie trąbił, nie pośpieszał nikogo ani się nie odgrażał, jak to często bywało w jego wielkim i ciasnym mieście. Tu każdy wyglądał tak, jakby na wszystko miał czas. Nawet idący chodnikami przechodnie spacerowali powoli, witali się podczas mijania i życzyli sobie miłego dnia. Ten widok bardzo kontrastował z dorosłymi, których mijał Urzędnik w swoim świecie, ponieważ oni nigdy się do siebie nie odzywali i żyli w ciągłym biegu. Tak przynajmniej uważał sam Urzędnik na podstawie swoich własnych obserwacji.
Lampy na ulicach Miasteczka Wyśnionych Cudów wydawały się dorosłemu cudaczne. Ich klosze miały kształt dużych, różnokształtnych liści lub kwiatów. Dla Urzędnika wyglądało to po prostu śmiesznie i według niego odbierało miastu powagę. Na chodnikach znajdowały się co jakiś czas przepiękne mozaiki poukładane z kolorowej kostki. Dało się tu znaleźć podobizny zwierzątek, takich jak króliki, niedźwiadki, lisy, pieski, koty i motyle. To również zdaniem dorosłego było głupie i niepotrzebne.
Podczas marszu chłopiec niespodziewanie zapytał swojego gościa:
— Kim jesteś?
— Co? Teraz mnie o to pytasz? — Dorosły zdziwił się i roześmiał. — Jak już u ciebie spałem i jadłem z tobą kolację, a potem śniadanie?
— Wcześniej mieliśmy na głowie ważniejsze rzeczy. Nie wyglądałeś najlepiej i potrzebowałeś pomocy. Teraz mamy czas na spokojną rozmowę.
— Cóż, coś w tym jest.
— Poza tym, nie przedstawiłeś mi się przy naszym pierwszym spotkaniu.
— To też racja. — Dorosły zaczerwienił się lekko na twarzy na te słowa.
— A więc jak masz na imię? Czym się zajmujesz?
Urzędnik aż się wyprostował, słysząc pytanie, czym się zajmuje. Był dumny z piastowanego przez siebie stanowiska. Chciał jak najlepiej wytłumaczyć małemu chłopcu, na czym polega jego praca, ale nie mógł znaleźć odpowiednich słów. Bał się, że dziecko może go nie zrozumieć. Spróbował więc bardzo ogólnikowo wyjaśnić, na czym polega jego praca, zapominając całkiem o podaniu swojego imienia.
— No więc jestem Urzędnikiem. Pracuję w bardzo dużym wieżowcu w centrum miasta. Dzięki mojej pracy to miejsce działa nienagannie i skutecznie jak szwajcarski zegarek. Zajmuję się przyjmowaniem petentów, odpowiadaniem na ich pytania, zakładaniem spraw, a później ich archiwizacją. Same ważne rzeczy.
— Czyli jesteś ważniakiem — podsumował chłopiec, zachowując poważną minę i patrząc z dołu w oczy dorosłego.
— Co? Nie! — obruszył się Urzędnik. — Jestem bardzo ważną osobą, dzięki której mieszkańcy miasta mogą żyć w spokoju. Pracuję zgodnie z prawem i pilnuję, aby inni też go przestrzegali. Wszystkie prowadzone przeze mnie sprawy są dokładnie sprawdzane i dokumentowane.
— Z twojej buzi wychodzi wiele słów, z których nic nie wynika.
— Jak możesz tak mówić? Próbuję ci przecież wytłumaczyć, czym się zajmuję.
— Wybacz. Nie chciałem cię urazić — odpowiedział Antoś. — Będę cię więc nazywał Urzędnikiem. I zapamiętam, że praca, którą wykonujesz, jest bardzo ważna.
— Dziękuję. Nie gniewam się. Ciężko jest wytłumaczyć dziecku, czym zajmują się poważni dorośli.
— Cóż, jeżeli nie potrafisz czegoś wytłumaczyć, to znaczy, że sam tego do końca nie pojmujesz.
Urzędnik chciał już coś odpowiedzieć na tę uwagę, jednak zabrakło mu słów i chęci do dalszej dyskusji. Postanowił więc przemilczeć to i skupić się na oglądaniu budynków. Jak zauważył za pierwszym razem, wszystkie budowle zostały skonstruowane pod dziecięce rozmiary. Ważniejsze ośrodki, takie jak szpital, szkoła czy straż pożarna, były większe i miały po kilka pięter. Budynki pomalowano chyba we wszystkie kolory tęczy. Wyglądało to dosyć dziwnie dla dorosłego człowieka, przyzwyczajonego do szarych odcieni wysokich, miastowych bloków.
Urzędnikowi rzucił się w oczy gmach policji. Zastanawiał się, jak taki urząd może funkcjonować w mieście pełnym samych dzieci. Zaczepił więc Antosia, aby rozwiać swoje wątpliwości.
— A jak działa u was policja? Czy ściga przestępców i wymierza kary wśród niegrzecznych dzieci? — zapytał z lekkim uśmieszkiem Urzędnik.
— Raczej nie, przestępców u nas brak. Szkoła dba o to, aby dzieci były dobrze wyedukowane i poprawnie się zachowywały. Oczywiście zawsze trafi się jakiś łobuz, ale nauczyciele już wiedzą, jak sobie z takimi gagatkami radzić. Policja za to pomaga w codziennych trudach mieszkańcom w potrzebie. Policjanci wkraczają do akcji, kiedy na przykład ktoś ma za ciężkie zakupy i trzeba pomóc je przenieść, kiedy sygnalizacja świetlna się zepsuje i trzeba pokierować ruchem albo kiedy ktoś zgubi misia podczas spaceru i trzeba go znaleźć.
— Ciekawe. Czyli mówisz, że nauczyciele pilnują porządku. A czy oni też są dziećmi?
— Ma się rozumieć. Ale to bardzo mądre dzieci, które ukończyły już szkołę, a ich marzeniem było pomaganie i przekazywanie wiedzy kolejnym pokoleniom.
— A to ci dopiero. Dzieci uczą dzieci. — Urzędnik śmiał się z własnego żartu.
— Nie widzę w tym nic śmiesznego. Z tego, co mi wiadomo, dorośli też uczą dorosłych. Na przykład w pracy uczą wypełniania powierzonych im obowiązków. Poza tym, człowiek uczy się całe życie.
— No tak, ale to co innego.
— Jak to innego?
— Nieważne, i tak nie zrozumiesz.
— Jak uważasz. — Antoś westchnął głęboko i przewrócił oczami. — Zabiorę cię kiedyś do szkoły i sam zobaczysz, jak to u nas wygląda.
— Bardzo chętnie, nie mogę się doczekać — powiedział od niechcenia Urzędnik. Miał nadzieję, że zanim do tego dojdzie, już dawno będzie z powrotem w swoim mieszkaniu.
Chłopiec i jego dorosły gość skręcili w stronę parku. Było w nim pełno alejek, wokół których rozciągały się wysokie lampy z kolorowymi żarówkami. Po tęczowych ścieżkach jeździły dzieci na rolkach, hulajnogach i deskorolkach. Urzędnik bał się, że w końcu ktoś w niego wjedzie, jednak na szczęście to się nie zdarzyło. Dzieci co prawda jeździły szybko, ale uważały na przechodniów i zwinnie ich wymijały.
W parku rosło wiele pięknych, zielonych drzew i barwnych, słodko pachnących kwiatów, na których od czasu do czasu siadały pszczoły albo motylki. Było też dużo wolnej przestrzeni, po której dzieci mogły biegać i się bawić. W ogromnej piaskownicy, obok której przechodzili Antoś i Urzędnik, znajdował się wielki statek piracki z wystającymi z niego zjeżdżalniami i huśtawkami, na których bawiło się mnóstwo dzieci. Kiedy Urzędnik przyglądał się statkowi, zauważył po chwili, że łajba powoli sunie po piasku. Było to bardzo dziwne zjawisko. Dorosły zaczął tłumaczyć to sobie w głowie w taki sposób, że pewnie pod ogromną piaskownicą jest skryty jakiś mechanizm, który obraca statkiem. Zdziwił się jednak jeszcze bardziej, kiedy zauważył, że statek piracki nie porusza się regularnie po piaskownicy, tylko kieruje nim dziewczynka w za dużej czapce pirata, stojąca przy sterze. Dorosły postanowił się tym na razie nie zadręczać i ruszył dalej za swoim przewodnikiem. Stwierdził, że jest pewnie przemęczony i po prostu wzrok płata mu figle.
Urzędnik i Antoś przechodzili obok łąki, na której rozkładano właśnie drewnianą scenę. Z plakatu wiszącego na słupie nieopodal wynikało, że za parę dni miał się odbyć jakiś festiwal. Dzieci ubrane w niebieskie, robocze ubrania i żółte kaski układały właśnie na rozległej łące drewniane deski pod scenę oraz duży, blaszany stelaż pod dach i oświetlenie. Dorosły nawet nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby któreś z dzieci spadło z drabiny i zrobiło sobie krzywdę. Kto by wtedy udzielił im pomocy? Wolał odwrócić głowę i udawać, że nic nie widzi.
Nim chłopiec i jego gość się obejrzeli, zbliżało się południe i trzeba było wracać na obiad. Udali się więc do domu chłopca, aby odpocząć po długim i wyczerpującym spacerze. Urzędnik był bardzo zaniepokojony faktem, że nie spotkał ani nie zauważył podczas spaceru nikogo dorosłego. Coraz bardziej zaczynał wierzyć w to, że miasteczko faktycznie zamieszkują same dzieci. Chciał jak najszybciej dowiedzieć się, co tu jest grane, oraz znaleźć sposób na powrót do swojego miasta.
Rozdział 4. Bananowy problem
Po pysznym obiedzie Antoś oznajmił Urzędnikowi, że trzeba dziś zrobić zakupy. Dorosły wolał zostać w domu i obmyślać plan powrotu do siebie, jednak po kilku prośbach chłopca zgodził się mu pomóc. Pozbierali więc siatki na zakupy i udali się do pobliskiego sklepu. Znajdował się on niedaleko domu Antosia, zaledwie kilka minut drogi pieszo, przy głównej ulicy.
Budynek z zewnątrz nie wydawał się zbyt duży. Wyglądał jak zwykły, lokalny sklepik z najpotrzebniejszymi rzeczami. Jednak po wejściu do środka Urzędnik przeżył krótki szok. Sklep okazał się ogromny. Miał kilka pięter z mnóstwem alejek, które pogrupowano tematycznie. Dało się tam znaleźć owoce, warzywa, sery, wędliny, zabawki, środki czystości, garnki, naczynia, miotły, odkurzacze, sprzęty ogrodnicze, meble i pewnie wiele innych rzeczy, których Urzędnik nie był w stanie objąć wzrokiem. Budyneczek mały z zewnątrz był prawdziwym centrum handlowym w środku. I to nie byle jakim centrum. Ponad alejkami latały roboty, które zajmowały się układaniem towaru i uzupełnianiem braków. Wyglądały jak blaszane puszki wyposażone w śmigła i chwytne łapki potrzebne do przenoszenia przedmiotów. Korytarze pomiędzy alejkami wyposażono w ruchome, podświetlane podłogi, aby przyspieszyć poruszanie się po sklepie.
Obsługą sklepu zajmował się Bartuś, twórca sklepowych robotów i wszystkich wynalazków znajdujących się w nim. Był on niewysokim chłopcem, miał kręcone blond włosy i nosił długi, zielony fartuch z wieloma kieszeniami. Na małym nosie opierały mu się wielkie, okrągłe okulary, które zasłaniały prawie całą jego twarz. Był bardzo mądrym i zaradnym dzieckiem, w końcu sam jeden obsługiwał ogromny sklep pełen wszelakich towarów. Bartuś miał jednak jedną wadę, a mianowicie był bardzo roztargniony. Za ladą sklepową powiesił dużą tablicę w całości oklejoną już różnokolorowymi karteczkami z notatkami. Mały sprzedawca często zapominał o wielu rzeczach, więc wolał je zapisywać na kartach, choć ten system nie zawsze zdawał egzamin.
Kiedy Antoś i Urzędnik podeszli do Bartusia, żeby się przywitać, sprzedawca wyglądał na bardzo zabieganego i zdezorientowanego. Krzątał się wokół lady i mówił sam do siebie.
— I po co mi to było? Kiedyś zapomnę zabrać głowy z domu. — Bartuś chodził w kółko i mruczał do siebie pod nosem.
— Cześć, Bartusiu. Przyszliśmy do ciebie na zakupy. To jest mój nowy kolega Urzędnik. — Antoś przywitał się ładnie i przedstawił dorosłego gościa.
— Dzień dobry, yyy… Panie Bartoszu? — przywitał się niepewnie Urzędnik.
— Dzień dobry, dzień dobry. Później odbiorę dostawę. — Bartuś nawet nie popatrzył w stronę klientów i dalej chodził w kółko za ladą.
— Bartku, my przyszliśmy na zakupy, nie z dostawą — wyjaśnił Antoś, podchodząc bliżej lady, aby sprzedawca lepiej go usłyszał.
— A tak. Wybaczcie moje roztargnienie, ale mam teraz pewien problem, który nie wiem, jak rozwiązać.
— Nic nie szkodzi. Jeżeli się nim z nami podzielisz, to chętnie ci pomożemy — zaproponował uprzejmie Antoś.
— Dziękuję, przyjacielu, ale obawiam się, że raczej nie będziecie chcieli odkupić ode mnie dwóch tysięcy kilogramów bananów.
— Ile? Po co by nam było tyle bananów? — zdziwił się Urzędnik.
— Zrobiłem błąd podczas składania zamówienia. Próbowałem zadzwonić do dostawcy, żeby je zwrócić, ale powiedział mi tylko, że jest już na to za późno, a towar płynie do mnie w kontenerach. Boje się teraz, że banany się zepsują, zanim ludzie je wykupią. Nasze miasteczko jest małe i raczej nikt nie kupuje tych owoców w hurtowych ilościach.
— To pewnie przez to, że ciągle chodzisz z głową w chmurach — zaśmiał się Antoś. — Prowadzenie tak wielkiego sklepu samemu na pewno jest trudne. Poza tym każdy popełnia błędy.
— Niby tak, ale przez mój błąd zmarnuje się teraz masa jedzenia. I co ja teraz, biedny, zrobię?
— Faktycznie, słabo to wygląda — powiedział Urzędnik. — Czemu nie zatrudnisz sobie kogoś do pomocy? Tym bardziej że wiesz, że sam nie dajesz rady. Bardzo to nieodpowiedzialne z twojej strony. W urzędzie by coś takiego nie przeszło.
Po tych słowach mały sprzedawca jeszcze bardziej się załamał. Oparł się łokciami o ladę, zdjął okulary i oparł głowę na dłoniach.
— Czemu go jeszcze bardziej dołujesz? — zapytał po cichu Antoś Urzędnika. — Ma już dosyć zmartwień na głowie. Nie ma potrzeby dokładać mu ciężaru.
— Ja tylko stwierdzam fakty. — Dorosły wzruszył ramionami.
— On ma rację, Antosiu. Nie daję już rady. Chyba powinien zamknąć sklep. Przeze mnie tylko marnuje się jedzenie…
— Nie mów tak! — Antoś nie wytrzymał i złapał sklepikarza za ramię. — Jesteś świetnym sprzedawcą. Bez ciebie dzieci z całego miasteczka nie będą miały gdzie robić swoich zakupów. Nie pozwól, by jeden błąd miał wpływ na twój cały sklep.
— To wcale nie jest taki mały błąd. — Bartuś spuścił głowę jeszcze niżej, a łzy pociekły mu po policzkach.
— Wiesz co, mam pomysł. Za niedługo jest festyn. Może udałoby się przygotować coś z tych bananów? Jakiś poczęstunek dla gości. Nasza piekarka Zosia potrafi robić prawdziwe cuda chyba ze wszystkiego. Może upiekłaby jakieś babeczki albo ciasta bananowe?
— A wiesz, to nie jest zły pomysł! — Bartuś włożył z powrotem okulary i otarł łzy w rękaw. — Dzięki, Antosiu, skontaktuję się z Zosią. Ty zawsze wiesz, co powiedzieć.
— Nie ma za co, a teraz wybacz, musimy zrobić zakupy. Do zobaczenia później!
Kiedy dwójka klientów oddaliła się od sprzedawcy, by szukać rzeczy do kupienia na regałach, Urzędnik zaczął rozmowę na osobności z czarnowłosym chłopcem.
— Straszny mazgaj z tego sprzedawcy.
— Bartuś jest bardzo wrażliwy, ale dobrze sobie radzi — odpowiedział Antoś. — Ma siłę, żeby prowadzić samodzielnie taki duży sklep.
— Właśnie widzę, jak świetnie mu idzie — powiedział Urzędnik sarkastycznie. — Jeżeli nie radzi sobie z zamówieniami, to po co prowadzi sklep? Moim zdaniem powinien znaleźć sobie inna pracę. Taką, która będzie wymagała mniej planowania.
— Niepotrzebnie podkreślasz tak jego błędy. Zamiast tego, lepiej skupić się na pozytywach i poszukać wyjścia z trudnej sytuacji, na przykład tak jak nam się dzisiaj udało z bananami.
— To się jeszcze okaże, czy twój pomysł wypali. Teraz skupmy się lepiej na szukaniu rzeczy z twojej listy zakupów.
Kilkanaście minut później zakupy zostały zrobione. Antoś świetnie znał alejki w sklepie i było widać, że nie jest tu pierwszy raz. Wiedział dokładnie, gdzie co leży w labiryncie długich korytarzy. Urzędnik starał się nadążać za biegającym po sklepie chłopcem, ale ruchome podłogi skutecznie mu w tym przeszkadzały. Nie mógł przyzwyczaić się do tej nowości i parę razy nawet przewrócił się z braku równowagi. Chłopiec śmiał się z niezdarnego dorosłego, ale za każdym razem zawracał, aby pomóc mu wstać. Będąc już przy kasie, Antoś zabrał jeszcze dwa lizaki, które razem z Urzędnikiem zjedli w drodze powrotnej do domu.
Rozdział 5. Burza mózgów
Podczas siedzenia w salonie i czekania, aż Antoś skończy się myć, Urzędnik zdał sobie sprawę, że w domku chłopca nie ma telewizora. Nie zauważył też żadnej konsoli do grania, laptopa ani komputera. Nie widział również, aby chłopiec korzystał z telefonu. Miał za to dużo książek poukładanych na regałach. Kiedy Antoś wszedł do salonu, Urzędnik od razu go o to wypytał.
— Czy macie tutaj coś takiego jak telewizor? Albo komputer? Albo telefon? Albo cokolwiek elektronicznego? — zapytał z zaciekawieniem dorosły.
— Mamy tutaj takie rzeczy — odparł krótko Antoś.
— Ooo, to może w internecie uda mi się sprawdzić, gdzie ja właściwie jestem — podekscytował się Urzędnik.
— Intra… co? — Chłopiec się zdziwił.
— Macie latające roboty obsługujące sklep, a nie macie Internetu?
— Niestety nie wiem, co to.
— A czy masz może telefon?
— Mam, ale szczerze mówiąc, nie korzystam z niego zbyt często.
— A czy mógłbyś mi go przynieść? Chciałbym rzucić okiem na mapach, gdzie jesteśmy.
— Ha, ha, a to dobre! — Antoś zaśmiał się na te słowa.
— Co cię tak bawi?
— Przepraszam, nie chciałem tak zareagować. To było silniejsze ode mnie. Chętnie przyniósłbym ci telefon, ale jest przytwierdzony do ściany. O tam, w korytarzu. Obawiam się też, że mapy na nim raczej nie znajdziesz. Ach, dorośli są czasami tacy zabawni.
Urzędnik podszedł do korytarza i zauważył starodawny telefon stacjonarny przytwierdzony do ściany. Nie przypominał on wcale komórki, którą zostawił w swoim świecie.