E-book
39.38
drukowana A5
53.74
Melody

Bezpłatny fragment - Melody

Wydanie Poprawione.


Objętość:
234 str.
ISBN:
978-83-8440-507-9
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 53.74

Rozdział pierwszy

Bolało mnie całe ciało i czułam, jak każda jego komórka dosłownie pulsuje. Dotykając delikatnie czoła, z trudem otwarłam oczy.

Gdzie ja byłam? Co ja tu właściwie robiłam? Nade mną rozpościerały się korony drzew. Czy to był las? Zmuszając się do jakiegokolwiek ruchu, zmieniłam pozycję na siedzącą. Czując, jak coś spływa mi po policzku, ostrożnie tego dotknęłam. Na widok krwi, jęknęłam cicho… O cholera! Co mi się stało?

Ze wszystkich sił, które w sobie miałam, starałam się sobie cokolwiek przypomnieć, ale bezskutecznie. W głowie miałam czarną dziurę. Próbując znaleźć punkt zaczepienia, rozejrzałam się dookoła. Teraz byłam pewna, że to był las. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Odchylając się w bok, zwymiotowałam. Gdy szarpanie żołądka ustąpiło, otarłam usta wierzchem dłoni i jeszcze raz uniosłam głowę, by spojrzeć na korony drzew. Słońce powoli zaczynało się za nimi chować i jeśli chciałam się stąd wydostać, musiałam się pośpieszyć. W przeciwnym razie, spędzę tu noc.

Walcząc o utrzymanie równowagi, stanęłam na nogach. Ręce i kolana drżały od wysiłku, ale nie to było najważniejsze. Kiedy spojrzałam na rozdarte rajstopy i bose stopy głośny szloch wydostał się z mojego gardła. Czy ja zostałam porwana? Nie, to niemożliwe. By nie dopuścić do siebie paniki, wzięłam kilka głębszych wdechów a następnie wolno wypuściłam powietrze z płuc… moje dłonie. One też wyglądały, jakby stoczyły z kimś bitwę. Lewy wskazujący palec miał zerwany paznokieć i sączyła się z niego krew, jednak ja nie czułam żadnego bólu. Pod wpływem emocji, zaczęło kręcić mi się w głowie, która jak na złość nie chciała ze mną współpracować i przypomnieć mi, jak się tu znalazłam. Jedyne wspomnienie, jakie miałam to moment, w którym wysiadałam z samochodu pod jakimś budynkiem, ale on również był zamazany. Czy to był mój dom? Jak daleko od niego byłam? Okręcając się wokół własnej osi, pozwoliłam sobie na łzy.

— Pomocy! — W akcje desperacji krzyknęłam w powietrze mając nadzieję, że ktoś mnie usłyszy. — Ratunku!

Przerażony głos, rozszedł się echem. Po chwili wszystko ucichło i ponownie zapanowała absolutna cisza przerywana jedynie trelem ptaków. Przełamując się w sobie, zrobiłam krok do przodu. Nie wiedziałam, w którą stronę powinnam iść, ale pozostanie tu również nie miało sensu. Właściwie nic mnie tak nie przerażało, jak niewiedza wymieszana ze strachem i bezradnością. Może gdybym miała pewność, że ktoś za chwilę zacznie mnie szukać było by mi nieco lepiej, jednak tego też nie wiedziałam. Byłam zdana sama na siebie i sama musiałam się stąd wydostać. Napędzana determinacją by przed zmrokiem opuścić to miejsce, pozwoliłam nogom mnie prowadzić, aż w pewnym momencie spokojny krok zamieniłam na bieg. Nie przeszkadzał mi z trudem łapany oddech i gałęzie, które biły mnie po twarzy. Wręcz przeciwnie. Odnosiłam wrażenie jakby sam las faktycznie chciał mnie stąd przepędzić. Za każdym razem, kiedy próbowałam się zatrzymać, moje ciało, przestawało mnie słuchać, prowadząc dalej. Dopiero, gdy dotarłam do asfaltowej drogi, wszystko ustało i mogłam się zatrzymać. Z braku sił, opadłam na kolana. Przejechałam poranionymi dłońmi po asfalcie, śmiejąc się w głos. Z dwojga złego wolałam być tu niż na tamtej cholernej polanie. Czy mogłam uznać, że byłam bezpieczna? Tu istniało większe prawdopodobieństwo odnalezienia, chociaż droga wyglądała na mało uczęszczaną albo i wcale.

Tydzień później…

Obok mojej głowy coś piszczało, ale nie otworzyłam jeszcze oczu, żeby przekonać się, co to mogło być. Czując na sobie coś miękkiego, przejechałam po tym dłonią. Materiał był przyjemny w dotyku. Uchyliłam powieki. Zamiast nieba i koron drzew, dostrzegłam biały sufit. Ostatnie wspomnienie miałam z lasu. Co się ze mną działo? Czy ktoś jednak mnie odnalazł? Spróbowałam poruszyć głową, ale w gardle miałam jakiś przedmiot. Niech ten koszmar już się skończy. Wydając z siebie jęk, ściągnęłam na siebie uwagę jakiejś kobiety, która pochyliła się nad moją twarzą. Uśmiechnęła się do mnie.

— Obudziłaś się. Dzięki Bogu! — Dotknęła mojego policzka i pogładziła mnie po nim z czułością. — Nie ruszaj się, zaraz zawołam lekarza.

Mrugnęłam oczami, dając tej miłej kobiecie znać, że ją zrozumiałam. Rzucając mi ostatnie spojrzenie, wyszła z pomieszczenia, w którym leżałam. Po kilku sekundach drzwi znów się otworzyły i byłam pewna, że to wróciła ona, ale zamiast kobiety do sali wszedł mężczyzna.

— Melody — usiadł przy mnie na łóżku i wziął mnie za rękę. — Twoja mama przed chwilą powiedziała mi, że się obudziałaś i musiałem tu przyjść, żeby cię zobaczyć. Nieźle nas wystraszyłaś. Nie rób tego więcej.

Mama? W pamięci od razu zaczęłam jej szukać, ale twarz była zupełnie obca. Tak samo jak tego mężczyzny. Był moim bratem? Tak, jak wcześniej zamrugałam by dać mu znać, że go słyszę. W przeciwieństwie do tej kobiety na jego twarzy nie dostrzegłam żadnego uśmiechu. Był poważny. A może tylko mi się tak wydawało?

— Moja córka — w sali nagle zrobiło się głośno. — Otworzyła oczy. Proszę zabrać jej tę rurkę!

— Alice — mężczyzna siedzący przy mnie, miękko wymówił imię kobiety. — Lekarz wie, co ma robić.

Naprawdę próbowałam przypomnieć sobie które kolwiek z nich, ale nie miałam żadnych wspomnień z nimi związanych. Czy to było normalne? To coś w gardle coraz bardziej zaczynało mi przeszkadzać, uniemożliwiając przełykanie śliny. Wydałam z siebie pomruk niezadowolenia.

— Proszę teraz państwa o wyjście z sali — nagle dostrzegłam trzecią postać ubraną w biały kitel. — Jak tylko zbadam pacjentkę, pozwolę wejść wam ponownie.

Mężczyzna podniósł się z łóżka i biorąc kobietę pod ramię, wyprowadził ją z sali. Gdy zostałam sama z lekarzem, wyciągnął z kieszeni fartucha latarkę i chwytając mnie pod brodę, włączył ją i poświecił mi nią po oczach. Od razu musiałam je zmrużyć. Światło oślepiało.

— Odruch źreniczny zachowany — powiedział bardziej do siebie. — Teraz proszę poruszyć nogami.

Czułam się obolała, ale bez problemu wykonałam polecenie.

— Dobrze — kiwnął głową. — Rękami.

Uniosłam ręce nad łóżko.

— Świetnie — pochylił się nade mną. — Będzie trochę nieprzyjemnie, ale proszę się nie ruszać.

Ostrożnie i z doskonałą precyzją usunął z mojego gardła kawałek plastiku. Poczułam ulgę nie do opisania.

— Proszę spróbować przełknąć ślinę. Przez jakiś czas może występować chrypka i ból gardła, ale to jest naturalny objaw i powinien minąć samoistnie za kilka dni.

Przyjęłam te informacje z wdzięcznością. Teraz, gdy już nic mi nie przeszkadzało kiwnęłam głową. Sekundę później ponownie otworzył drzwi, wpuszczając do sali dwójkę ludzi, których sam wyprosił.

Gdy podeszli do mojego łóżka, spięłam się w sobie. Byli dla mnie obcy.

— Czy wszystko jest z nią w porządku panie doktorze? — Mężczyzna wsadził dłonie do kieszeni spodni.

— Fizycznie, tak — potwierdził. — Psychicznie trudno mi ocenić i będę musiał wezwać neurologa.

Rozmawiali o mnie w taki sposób, jakby mnie tu nie było. Nie podobało mi się to, ale byłam zbyt słaba żeby protestować. Gdy mężczyzna ponownie przy mnie usiadł, przesunęłam się na łóżku bliżej ściany. Podświadomie chciałam, żeby wyszedł. Ona mogła zostać, ale w jego otoczeniu źle się czułam.

— Jesteś już bezpieczna — złapał mnie za rękę. — Nigdy więcej nie dopuszczę do takiej sytuacji. Masz moje słowo.

Sytuacji? Chodziło mu o moje porwanie? Przezwyciężając ból gardła, odezwałam się:

— Przykro mi, ale ja nie wiem o czym mówisz.

— Jak to nie wiesz?

— Nie znam cię.

— Melody — kobieta wtrąciła się w nasza wymianę zdań. — Na litość Boską, nie żartuj sobie.

— Pani też nie znam — odparłam zgodnie z prawdą i z powagą przesuwając po nich wzrokiem. — Nie pamiętam was.

W sali zapadła cisza. Wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia, a ja skupiłam swoją uwagę na tym, w co byli ubrani. Ona miała na sobie czerwoną sukienkę sięgającą do kolan z delikatnym dekoltem w serek, a on w garnitur. Oboje sprawiali wrażenie jakby właśnie wyszli z jakiejś eleganckiej imprezy.

— Max, może będzie lepiej, jeśli jedno z nas poszuka już teraz neurologa?

— Tak — przeniósł wzrok na moją twarz. — To dobry pomysł. Ty pójdziesz czy ja?


Max…

Tym razem zostałam sama z kobietą. Gdy zajęła miejsce na moim łóżku i spróbowała wziąć mnie za rękę, poczułam się, jak w potrzasku.

— Jestem twoją matką — powiedziała, łamiącym się z emocji głosem. — Powiedz, że mnie poznajesz.

Uciekłam spojrzeniem w bok. Gdyby była moją matką, na pewno bym ją poznała. Przecież wiedziałam, jak się nazywa i gdzie mieszka. I to z pewnością nie była ona.

— Przykro mi to mówić, ale — delikatnie zabrałam rękę, ukrywając ją pod kołdrą — musiała mnie pani z kimś pomylić. Ja nie jestem tą osobą, za którą zostałam wzięta. Nazywam się…

Kobieta uniosła brwi w oczekiwaniu, aż się jej przedstawię, ale nawet to przychodziło z trudem. Nie mogłam sobie przypomnieć imienia i nazwiska. Co działo się z moją głową?

— Nazywasz się Melody Cherry — na ustach kobiety pojawił się delikatny uśmiech. — I z nikim cię nie pomyliłam, nie mogłabym.

Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo drzwi do sali kolejny raz się otworzyły.

— To tutaj — wskazał na mnie ręką. — Proszę zbadać moją żonę.

Żona? Nie, to nie prawda. W zasadzie teraz byłam pewna, że zostałam z kimś pomylona. Mogłam się przyznać do tego, że zapomniałam jak się nazywam i ta kobieta rzeczywiście jest moją matką, ale on na pewno nie był moim mężem. Nigdy bym za niego nie wyszła. Wewnętrzny wstręt, który do niego czułam, musiał o czymś świadczyć.

Nie zwracając uwagi na moje przerażenie, lekarz podszedł do krzesła, które stało na końcu sali i podniósł je do góry, a następnie przeniósł bliżej mojego łóżka. Gdy na nim siadał, z kieszeni fartucha wyciągnął notatnik i długopis.

— Zadam ci kilka pytań — poinformował mnie. — Na początek zaczniemy od bardzo prostych i stopniowo przejdziemy do tych trudniejszych. Jesteś gotowa?

Kiwnęłam głową. To czy byłam gotowa czy nie i tak niczego nie zmieniało. Wiedziałam, że prędzej czy później i tak będzie musiał mi je zadać.

— Jaki mamy dzisiaj dzień?

— Wtorek? A może środa? Nie wiem.

Lekarz spojrzał na mnie i chwilę mi się przyglądał. Nie miałam pojęcia jaki jest dzień, dlatego strzelałam w nadziei, że uda mi się zgadnąć.

— Jak masz na imię?

Spojrzałam na kobietę stojącą za plecami mężczyzny. Gdyby nie ona, na to pytanie też nie umiałabym odpowiedzieć.

— Melody.

— Jak się tu znalazłaś?

Musiałam spuścić głowę, bo tego też nie wiedziałam. Właściwie nic nie wiedziałam. Jedynie jak przez mgłę pamiętałam moment, w którym obudziłam się w lesie. Te pytania były bez sensu.

— Nie wiesz — lekarz powiedział to bardziej do siebie niż do mnie. — Więc ja ci powiem. Starsze małżeństwo, przejeżdżało przez las i zauważyli, jak leżysz na drodze. To cud, że ktokolwiek tamtędy jechał, bo droga od dawna była nieużywana.

A więc to rzeczywiście cud. Westchnęłam ciężko i mimowolnie spojrzałam na Maxa, który przestępował z nogi na nogę, zaciskając dłonie w pięści. Trudno było mi wierzyć, że cieszył się z mojego odnalezienia.

— Czy może pan już powiedzieć, co jest mojej żonie?

Lekarz wstał z krzesełka.

— Zlecę jeszcze tomograf, ale na ten moment mogę powiedzieć, że doszło do utraty pamięci długotrwałej a konkretnie deklaratywnej.

— Co to znaczy?

— To znaczy tyle, że umysł ludzki dla lekarzy wciąż pozostaje zagadką i nie mogę dać żadnej gwarancji, że pamięć czy wspomnienia kiedykolwiek wrócą. Nie wykluczam takiej opcji, ale proszę uzbroić się w cierpliwość, bo może to potrwać kilka dni, tygodni, lat albo wcale.

Chłonęłam każde słowo, jak pieprzona gąbka wodę. Mogę już nigdy nie oddzyskać pamięci. Mogę nigdy się nie dowiedzieć, jak właściwie znalazłam się w lesie.

— A jakieś leki?

— Najlepszym lekiem, jest czas. A teraz pozwólcie, że już pójdę. Inni pacjenci czekają.

Gdy zostaliśmy z Maxem i Alice sami, kobieta spojrzała na mnie ze współczuciem.

— Jeszcze dzisiaj przywiozę albumy ze zdjęciami — powiedziała. — Wiem, że to niewiele, ale może to ci w jakiś sposób pomoże i rozjaśni coś w głowie.

Wiedziałam, że chce dobrze, dlatego to doceniałam.

— A ty Max? — Zwróciłam się bezpośrednio do mężczyzny. — Możesz mi również coś przywieźć? Coś, co potwierdzi, że jesteś moim mężem albo chociaż rozjaśni mi w głowie?

Posłał w moją stronę nienawistne spojrzenie, pod wpływem którego ciarki przeszły po kręgosłupie. I to był ten kochający mąż? Jakim cudem za niego wyszłam?

— Melody, proszę cię– przeciągnął dłonią po twarzy. — Alice przywiezie ci albumy, w których są również nasze zdjęcia. Czego jeszcze chcesz?

— Nie wiem — wzruszyłam ramionami. — Coś osobistego, co dostałam od ciebie.

— Mam ci przywieźć całą szafę?

— Wystarczy jedna rzecz.

— Dobrze — wycedził przez zaciśnięte zęby — dostaniesz ją.

Poczułam przypływ satysfakcji. Dopóki nie dostanę jakiegoś dowodu nie będę musiała z nim rozmawiać i będę mogła go ignorować. Nie wiem dlaczego, ale byłam pewna, że nie dotrzyma słowa.

— Max, odwieziesz mnie w takim razie do domu? — Alice zabierając swoją torebkę z mojego łóżka, dotknęła mojej stopy. — Wrócimy z rzeczami.

Wykonał gest zapraszający do wyjścia, a ja odetchnęłam z ulgą. Chociaż na jakiś czas będę od niego wolna.

— Do zobaczenia — powiedział, kładąc rękę na klamce. — Odpocznij.

— Taki mam zamiar — przyznałam niechętnie. — Wróć, gdy już znajdziesz coś mojego.

Czy to była moja wina, że mu nie wierzyłam i byłam w stosunku do niego podejrzliwa? Nie codziennie ktoś się budził i dowiadywał się, że ma męża o którym zapomniał, bo zdążył stracić pamięć. Tylko czemu musiało to spotkać właśnie mnie?

Rozdział drugi

Alice tak jak powiedziała, przywiozła ze sobą albumy ze zdjęciami. Przeglądałam je z ciekawością, ostrożnie obracając każdą stronę i wpatrując się w fotografie. Próbowałam w sobie odnaleźć tę dziewczynę ze zdjęć, ale nie umiałam. Sama sobie wydawałam się obca. Kim ja tak naprawdę byłam? Gdy dotarłam do zdjęć z własnego ślubu, wstrzymałam oddech. Szczęśliwa w objęciach mężczyzny, sprawiałam wrażenie, jakbym poza Maxem nie widziała świata. Szczególnie jedna fotografia przykuła moją uwagę. Staliśmy na tle wielkiego domu. Obejmował mnie w pasie i całował w policzek, a ja z szerokim uśmiechem i błyskiem w oczach, wpatrywałam się w aparat, którym ktoś robił nam zdjęcia. Im dłużej na nas patrzyłam, tym coraz bardziej nie potrafiłam zrozumieć, czemu teraz czułam do niego tylko odrazę. Czy to możliwe, by jeden wypadek wszystko zmienił? A może po prostu zdjęcia, były tylko grą pozorów i od dawna nic między nami nie było?

— Co to za miejsce? — Zapytałam, czując jednocześnie gulę w gardle.

Palcem wskazałam na dom, który znajdował się za naszymi plecami. Wolałam skupić się na budynku, niż mężczyźnie.

— To jest twój prezent — usłyszałam w odpowiedzi. — Max kupił ten dom na tydzień przed waszym ślubem.

— Skąd wziął na niego pieniądze?

Może straciłam pamięć i wielu rzeczy nie wiedziałam, ale na pewno rozum i zdolność do oceny pozostała. Ten dom musiał kosztować fortunę. Alice posłała mi zdziwione spojrzenie, że akurat ta kwestia przyciągnęła moją uwagę i postanowiłam o nią zapytać.

— Max, jest biznesmenem.

— Czym się zajmuje?

— Nie wiem — spojrzała gdzieś ponad moją głową. — Nigdy o to nie pytałam.

Czy jego praca mogła mieć związek z moim zniknięciem? A co jeśli, to właśnie przez nią? Nagle przyszło mi coś do głowy. Jeszcze ani razu to nie zostało poruszone.

— Właściwie, jak długo mnie nie było? — Poprawiłam poduszkę, o którą opierałam się plecami. — No wiesz, zanim tu trafiłam.

— Tydzień — dłonie Alice zaczęły drżeć. — Przez ten czas Max poruszył niebo i ziemię. Wszędzie cię szukał, ale ty zapadłaś się pod ziemię. Dopiero telefon ze szpitala sprawił, że wróciła nadzieja. Jeszcze nigdy tak bardzo nie musiałam się o ciebie martwić.

W oczach kobiety zamajaczyły łzy. Ostrożnie dotknęłam drżącej dłoni Alice i uścisnęłam palce. Na przytulanie nie czułam się jeszcze gotowa. Odnalezienie się w sytuacji jako zaginiona i znaleziona sprawiało mi duże problemy.

Gdy Alice wyszła, postanowiłam spożytkować ten czas na sen. Niestety nie wiem jak długo spałam, bo kiedy ponownie otworzyłam oczy przy moim łóżku siedział nie kto inny, jak Max. Na kolanach trzymał szklaną szkatułkę.

— Więc jednak masz coś dla mnie. — Stłumiłam ziewnięcie.

— Oczywiście — odparł zupełnie spokojnym tonem. — A ty myślałaś, że niczego nie przyniosę?

— Pokaż — wyciągnęłam ręce.

Max podając mi pudełko, dotknął moich dłoni. Pod wpływem tego dotyku prąd przeszedł po skórze, ale to było na tyle przyjemne, że nie cofnęłam rąk. Zamiast tego spokojnie otworzyłam wieczko. Wewnątrz znajdowała się biżuteria i to całkiem sporo. Takiej ilości, mógłby pozazdrościć nie jeden sklep jubilerski.

— To wszystko jest moje? — Zatrzepotałam rzęsami.

— A niby czyje? — Prychnął z lekkim uśmiechem. — Byłem dla ciebie hojny.

— Alice mówiła, że jesteś biznesmenem — postanowiłam zweryfikować tę informację. — To prawda?

— Tak — kiwnął głową.

Między nami zapanowała cisza. Nie wiedziałam, co mogłabym jeszcze powiedzieć. Przeprosić za swoją podejrzliwość? Powiedzieć o swojej niechęci do niego? Westchnęłam ciężko.

— Posłuchaj, jest coś, o czym chciałbym ci powiedzieć jako pierwszy. — Max wstał z krzesełka na którym siedział.

— Tak? A o czym?

— Za drzwiami czeka detektyw. Zada ci tylko kilka prostych pytań, które być może pomogą rozwiązać zagadkę twojego zniknięcia.

Przecząco pokręciłam głową. Lekarz też zadawał mi kilka pytań i nie uzyskał żadnej odpowiedzi. Dlaczego więc nagle przy detektywie miałabym powiedzieć coś więcej? Posłałam Maxowi niechętne spojrzenie.

— Nic nie pamiętam — powiedziałam oskarżycielskim tonem.

— Wiem, ale dopóki sami tego nie potwierdzą, nie dadzą ci spokoju.

— Niech będzie — zgodziłam się po dłuższej chwili — ale obiecaj, że będziesz tu przez cały czas.

— Obiecuję.

Podszedł do drzwi i je otworzył. Po kilku sekundach do sali wszedł detektyw. Patrząc na niego nie byłam pewna, co powinnam myśleć. Przez swój wygląd, budził skrajne emocje i dałabym sobie rękę uciąć, że dopiero wyszedł z więzienia. Ręce i szyja w całości były pokryte tatuażami. Rozbudowane bicepsy chciały wyskoczyć spod bluzki z długim rękawem. W dodatku to spojrzenie. Czułam się jak kawał mięsa, podanego mu na tacy i gotowego do zjedzenia.

— Max — powoli wymówiłam imię swojego męża. — Czy zanim zaczniemy rozmawiać, ten człowiek mógłby pokazać mi jakąś legitymację albo coś w tym stylu?

Obaj zaczęli się śmiać czym wprawili mnie w lekkie zakłopotanie, ale Morris wyciągnął z kieszeni plakietkę. Pokazał mi ją.

— Rozumiem, że na pierwszy rzut oka — zaczął mówić, gdy schował swój dowód — nie wzbudziłem twojego zaufania. To całkowicie normalne i zrozumiałe. Wielu ludzi reaguje podobnie do ciebie. Mam świadomość, że mój wygląd nie pasuje do zawodu, który wykonuję.

— Przez grzeczność nie zaprzeczam. — Założyłam ramiona na piersi.

Musiałam się mocno postarać by nie dać po sobie poznać, że ani plakietka ani jego słowa nie zadziałały na mnie przekonująco. Zamiast detektywa dostrzegałam w nim wygłodniałe i spragnione ludzkiej krwi zwierzę.

— Czy możemy już zacząć? — Zajął miejsce przy moim łóżku.

— Od razu uprzedzę, że nie wiem zbyt wiele i za dużo nie powiem.

— Powiesz tyle, ile wiesz.

— Czyli nic.

Ukradkiem spojrzałam na Maksa. Wyglądał, jakby nad czymś intensywnie myślał.

— Zaraz się przekonamy — mężczyzna uśmiechnął się do mnie. — Pamiętasz moment, w którym znalazłaś się w lesie?

— Pamiętam moment, jak się w nim obudziłam.

— Czy był tam ktoś z tobą?

— Ptaki i drzewa — odparłam z ironią. — To ma być żart? Ja niczego nie pamiętam. Nawet tego, jak się nazywam!

Max przestąpił z nogę na nogę, a ja poczułam, jak złość bierze nade mną górę. Czy oni wszyscy myślą, że udaję? Przecież gdybym cokolwiek pamiętała, już bym powiedziała. Nie ciągnęłabym tego przedstawienia.

— Będzie lepiej, jeśli skończymy tę rozmowę — Max stanął w mojej obronie, wtrącając się do przesłuchania. — Moja żona, gdy poczuje się lepiej sama opowie, jak było.

— Tak — detektyw odsunął się od mojego łóżka. — Bardzo przepraszam. Pójdę już.

Jak tylko wyszedł od razu poczułam się lepiej. Wreszcie mogłam zacząć oddychać.

— Jeśli mam być szczera — zwróciłam się do Maxa. — To chciałabym wyjść już z tego szpitala. Nie wytrzymam tu ani dnia dłużej.

— Obawiam się, że dzisiaj to i tak już niemożliwe, ale jutro z samego rana przyjadę do ciebie i porozmawiam z lekarzem, a potem zabiorę cię do domu.

Miałam wrócić z nim do tego domu ze zdjęć? Nie, tylko nie to. Jeszcze nie teraz.

— Do Alice — powiedziałam. — Chcę przez jakiś czas pomieszkać u niej.

— Dlaczego? — Wsadził ręce do kieszeni. — W naszym domu będzie ci lepiej.

I co ja miałam mu powiedzieć? Zdjęcia ze ślubu i kuferek z biżuterią potwierdzały, że coś nas łączyło, ale to wciąż było za mało, żebym chciała jeszcze kiedykolwiek z nim być. Nawet fakt, że był moim mężem w obecnej sytuacji nie zmieniał zbyt wiele. Nadal w moim odczuciu pozostawał obcym człowiekiem.

— Po prostu tego potrzebuję — powiedziałam w końcu. — Czy to nie jest wystarczające?

— Jesteś moją żoną i twoje miejsce jest przy mnie. Wrócisz ze mną.

Co to miało znaczyć? Zacisnęłam usta w wąską linię. Nie znajdowaliśmy się w kraju muzułmańskim, gdzie kobieta nie ma prawa głosu i jest podległa mężczyźnie w każdej sferze życia. Może Melody sprzed wypadku godziła się na takie traktowanie, ale ja nie zamierzałam.

— W takim razie zostanę tutaj tak długo, aż przypomnę sobie wszystko.– Odparłam buntowniczym tonem. — Nie możesz zabrać mnie stąd siłą. Nie jestem małym dzieckiem, o którego losie możesz decydować.

To było dziwne, ale nie bałam się mówić przy nim tego, co przychodziło mi na myśl. Jakaś część mnie wiedziała, że jest bezpieczna i on nigdy nic mi nie zrobi.

— W porządku — powiedział. — Wygrałaś. Zadzwonię zaraz do Alice i poproszę ją o przygotowanie pokoju dla ciebie. Jestem pewien, że znajdzie się również miejsce dla mnie. Tylko pod takim warunkiem mogę się zgodzić na twoje mieszkanie u niej.

Co za bezczelny dupek? Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie chciałam by razem ze mną przenosił się do Alice. Chciałam, by dał mi spokój. Żebym mogła się od niego uwolnić. Pomimo uśmiechu, jakim go obdarzyłam miałam nadzieję, że Alice nie pozwoli na takie rozwiązanie.

Max, tak jak powiedział, zadzwonił do Alice. W krótkiej rozmowie, która odbywała się przy mnie, powiedział, że jutro najprawdopodobniej wychodzę i zapytał czy mogłabym przez jakiś czas pomieszkać u niej. Czekałam, aż powie, że wprowadza się razem ze mną, ale nie padło żadne słowo na ten temat. Gdy skończył rozmawiać, zmierzyłam go niechętnym spojrzeniem.

— Nie wydaje ci się, że byłoby miło z twojej strony, gdybyś poprosił o pozwolenie? — Zapytałam, przechodząc do ataku.

— Pozwolenie na co? — Zachowywał się, jakby nie zrozumiał, co do niego mówię. — Chyba wracasz do zdrowia, bo robisz się marudna, jak przed wypadkiem.

Zignorowałam tę uwagę, puszczając ją mimo uszu.

— Oznajmiłeś mi, że wprowadzisz się razem ze mną do Alice — cmoknęłam, przejeżdżając językiem po zębach — a jej nawet o tym nie wspomniałeś.

— Powiedziałem, że w domu twojej matki znajdzie się miejsce również dla mnie, a nie że zamieszkam tam razem z tobą. To zasadnicza różnica.

— Nie chcesz u niej mieszkać?

Zrobiłam z siebie idiotkę.

Rozdział trzeci

Max zgodnie z obietnicą przyjechał po mnie do szpitala z samego rana. Zdziwił mnie, kiedy wręczył mi torbę, ale po zajrzeniu do niej, wszystko stało się jasne.

— Pomyślałeś…

— A jak inaczej chciałaś stąd wyjść?

Wyciągnęłam z torby komplet bielizny, granatowe spodnie sportowe i w tym samym kolorze top. Ubrania wyglądały na nowe. Posłałam mężczyźnie zdziwione spojrzenie. Od razu je zauważył.

— Uwielbiałaś, gdy wszystko kolorystycznie do siebie pasowało.

— I w tym celu musiałeś kupić nowe ubrania?

— Nie musiałem — przecząco pokręcił głową. — W garderobie masz bardzo dużo rzeczy, których jeszcze nigdy nie miałaś na sobie. Wystarczyło tam czegoś poszukać.

Chowając ponownie rzeczy do torby, wstałam z łóżka.

— Pójdę do łazienki, przebiorę się.

Nie zdążył odpowiedzieć, bo jego telefon dał o sobie znać. Wyciągnął go z kieszeni i patrząc na wyświetlacz, uśmiechnął się do niego. Byłam ciekawa, czyj telefon tak bardzo go ucieszył, ale nie zadałam tego pytania na głos.

Dom Alice wyglądał tak, jak wyobrażałam sobie, jadąc tutaj. Pomalowane na biało okiennice, kwiaty posadzone wzdłuż podjazdu, idealnie skoszony trawnik. Dom z zewnątrz pomalowany szarą farbą i czarny dach. Już z daleka od tego miejsca biło ciepło i spokój, którego tak bardzo w tej chwili potrzebowałam. Gdy tylko Max zatrzymał samochód od razu chciałam z niego wysiąść, ale mężczyzna zatrzymał mnie, kładąc mi dłoń na kolanie i przesuwając ją wyżej. Odruchowo zacisnęłam uda i chyba to zauważył, bo cofnął rękę.

— Możesz zostać w tym miejscu przez tydzień — jego głos brzmiał stanowczo. — Później zabieram cię do naszego domu.

To było jak uderzenie w twarz. Tydzień. A później mam robić tak, jak on chce? Ani mi się śniło. Przecząco pokręciłam głową. Byłam pewna, że po tym, jak odpuścił w szpitalu, udało nam się dojść do porozumienia.

— Max…

Zdziwiona szeptem wymówiłam jego imię, kiedy pochylił się w moją stronę. Położył dłoń na moim policzku i przysunął swoją twarz do mojej. Z czułością musnął moje usta swoimi. Próbowałam się cofnąć, ale skutecznie mi to uniemożliwił. Przytrzymał moją głowę nieruchomo i wpił się w moje usta, brutalnie i zachłannie. Językiem torował sobie drogę głębiej. Wiedząc, że jestem na straconej pozycji, oddałam pocałunek. Nasz pierwszy kontakt fizyczny od czasu, jak straciłam pamięć.

— Tęskniłem za tym — powiedział, puszczając mnie. — Mam nadzieję, że już nie zapomnisz, że jesteś moją żoną. A teraz chodź. Alice i Paul czekają.

Paul? Wcześniej o nim nie słyszałam. Nie byłam nawet pewna czy widziałam go na którym kolwiek ze zdjęć.

— Kto to jest? — Zapytałam, bojąc się odpowiedzi. — Znam go?

— To twój brat. — Odpowiedź sprawiła, że odetchnęłam z nieukrywaną ulgą. — Jest starszy od ciebie o trzy lata.

Dlaczego Alice wcześniej mi o nim nie mówiła? Dopiero teraz dotarło do mnie, jak niewiele faktów znałam o samej sobie. Przecież, jak tak dalej pójdzie, wmówią mi wszystko, co będą chcieli.

— A ja? — Położyłam dłoń na piersi. — Ile ja mam właściwie lat?

Jeżeli miałam wrogów, o których nie wiedziałam, to nawet im nie życzyłam tego, przez co musiałam przechodzić. Amnezja przypominała chodzenie po omacku z zasłoniętymi oczami.

— Dwadzieścia cztery.

Wciągnęłam głębiej powietrze. To oznaczało, że dosyć wcześnie podjęłam decyzję o zostaniu żoną. Zbyt wcześnie i zbyt młodo.

— Czy my mamy dzieci? — Musiałam to wiedzieć. Tylko ciąża tłumaczyłaby moją decyzję.

— Jeszcze nie — w oczach Maxa dostrzegłam błysk — ale przed twoim wypadkiem, intensywnie nad nią pracowaliśmy.

Więc chyba naprawdę musiałam go kochać, skoro to nie ciąża stała się główną przyczyną ślubu. Z emocji zaczynało brakować mi powietrza. Dusiłam się we własnym ciele.

— Może już lepiej chodźmy do domu — powiedziałam, odwracając wzrok w kierunku drzwi. — Tę rozmowę, dokończymy później.

O ile w ogóle ją dokończymy. Jeżeli miałam wybór wolałam rozmawiać z kimś innym, byle nie z nim. W całym swoim zachowaniu wydawał się nieszczery i tak bardzo sztuczny, nieprawdziwy.

— Oczywiście — usłyszałam w odpowiedzi. — Gotowa na spotkanie z bratem i matką?

Skinęłam potwierdzająco głową i wysiadłam z samochodu. Zrobiłabym wszystko, żeby chociaż na chwilę, móc się do niego uwolnić.


Salon, do którego zostaliśmy zaproszeni, był przytulny. Bezpieczeństwo krzyczało do mnie z każdego kąta. Kanapa w kształcie litery „C” zajmowała większą część pokoju, ale idealnie pasowała do białych ścian, przyozdobionych gdzieniegdzie narysowanymi od szablonu kwiatami. Siedzieliśmy z Maksem blisko siebie, ale tylko dlatego, że nie pozwalał mi się od siebie odsunąć. Alice wyglądała z kolei na zadowoloną z takiego widoku, bo uśmiechała się do nas z życzliwością.

— Jak poszła rozmowa z detektywem? — Zapytała spokojnym tonem.

Skąd ona o tym wiedziała?

— Nijak — Max mnie wyprzedził. — Przez wzgląd na utratę pamięci u Melody, ta rozmowa była bez sensu.

Alice nie wyglądała na zadowoloną, ale byłam ciekawa, jaką miałaby minę, gdyby wiedziała kogo jej ukochany zięć do mnie przyprowadził.

— Bardzo mi przykro — posłała mi smutne spojrzenie — ale może jak wydobrzejesz, wtedy wszystko sobie przypomnisz.

Też na to liczyłam, bo dzięki odzyskaniu pamięci dużo rzeczy stałoby się łatwiejszych.

— Wiem — przytaknęłam. — I też tego chcę.

— Nie od razu Rzym zbudowano — Max, położył rękę na moim kolanie. — Małymi krokami, stopniowo do przodu.

Zsunęłam jego rękę ze swojego ciała. W obecności Alice, czułam się jeszcze bardziej niezręcznie.

— Łatwo ci powiedzieć, bo to nie ty niczego nie pamiętasz — przewróciłam oczami. — Jestem ciekawa, jak ty poczułbyś się, będąc na moim miejscu.

— Spokojnie — Max starał się być uprzejmy. — Nie musisz od razu się denerwować.

— Chcę iść do swojego pokoju.

Paul, który do tej pory siedział cicho i tylko nas obserwował, poderwał się do góry.

— Chodź — wyciągnął rękę w moją stronę. — Zaprowadzę cię.

Nie uszło mojej uwadze, że wymienił spojrzenia z Maxem, a potem mój mąż kiwnął głową jakby dał zgodę na to, żebym poszła z własnym bratem. O co w tym chodziło? Dlaczego zachowywali się tak dziwnie?

Wstałam z kanapy i bez słowa poszłam za Paulem.

Gdy tylko weszliśmy do mojego pokoju, Paul nie tylko zamknął za nami drzwi ale również zamknął mnie w niedźwiedzim uścisku. Stałam nieruchomo z rękoma opuszczonymi wzdłuż tułowia nie bardzo wiedząc, co powinnam teraz zrobić.

— Cieszę się, że nic ci nie jest i że się odnalazłaś — usłyszałam cichy głos. — Nigdy więcej nam tego nie rób. Nie znikaj w ten sposób.

Przyjęłam to milczeniem. On i Max, stawiali mnie w coraz bardziej krępujących sytuacjach. Może poprzednia Melody lubiła być ciągle przytulana i dotykana, ale ta nowa już nie koniecznie.

— Udusisz mnie — powiedziałam po dłuższej chwili, starając się odsunąć na bezpieczną odległość. — Przepraszam, ale wolę chwilowo zachować dystans.

— No tak — chłopak wytarł dłonie w dżinsy. — Przecież ty wcale mnie nie pamiętasz.

— I jest mi z tego powodu cholernie przykro — odparłam zgodnie z prawdą. — Byłoby dużo lepiej, gdyby którekolwiek z was zostało w mojej pamięci, bo przynajmniej miałabym jakiś punkt zaczepienia, ale jest jak jest i musimy sobie z tym poradzić.

Moja odpowiedź chyba go zaskoczyła, bo wytrzeszczył oczy, ale kiwając potakująco głową, zrobił kilka kroków w tył. W przeciwieństwie do mojego męża przynajmniej nie próbował wymuszać na mnie zmiany zdania.


Rano po przebudzeniu dłuższą chwilę zajęło mi zorientowanie się, gdzie jestem. Przez kilka minut leżałam nieruchomo, wpatrując się tylko w sufit i zastanawiając się co dalej. Intuicja podpowiadała mi, bym na własną rękę postarała się poszukać czegoś, co mogłoby mi pomóc odzyskać pamięć. Z drugiej jednak strony, nie miałam pojęcia, skąd powinnam rozpocząć poszukiwania. Polana majaczyła we wspomnieniach, ale wątpiłam w to, bym mogła sama do niej dotrzeć. Mogłabym poprosić Maxa, żeby pomógł mi ją odnaleźć, ale to była ostateczność. Na samą myśl, że musiałabym go poprosić o pomoc, coś mnie powstrzymywało. Po przeleżeniu dłuższego czasu w łóżku, w końcu zdecydowałam się wyjść z pokoju. W domu panowała cisza. Ostrożnie zeszłam po schodach. Dzięki temu, że Alice wczoraj oprowadziła mnie po domu wiedziałam, gdzie znajduje się kuchnia, ale zamiast od razu do niej iść, by zrobić sobie coś do picia i może jedzenia, postanowiłam nieco zboczyć z drogi i poszłam w kierunku pomieszczenia, którego drzwi były uchylone. Podchodząc bliżej, wyciągnęłam rękę i pchnęłam je lekko. Po zajrzeniu do środka, zaniemówiłam.

Przy olbrzmich rozmiarów biurku siedział Max, bez przerwy stukając w klawiaturę. Zajęty pracą nawet nie usłyszał, gdy weszłam do środka i zajęłam miejsce po drugiej stronie drewnianego mebla.

— Co tu robisz? — Warknęłam. — Jednak uprosiłeś Alice, by móc zostać na noc?

Podniósł na mnie wzrok znad otwartego laptopa.

— Jak długo tutaj jesteś? — Zignorował moje pytanie, zadając własne. — Pracuję nad czymś ważnym i nawet nie słyszałem, jak otwierasz drzwi.

— Nie zmieniaj tematu — odparłam zła sama nie wiedząc dokładnie na co.– I odpowiedz na pytanie. Co tu robisz?

— Powiedziałem w pierwszym zdaniu, mam powtórzyć?

— To niewiarygodne! — Podniosłam głos, pełna irytacji. — Jednak ubłagałeś moją matkę, żeby pozwoliła ci tu zostać na noc, chociaż wcześniej mówiłeś, że…

Z hukiem zamknął klapę laptopa. Wstał ze swojego miejsca i w ciągu sekundy pokonał odległość, która nas dzieliła. Znów poczułam się osaczona. Jakbym została zamknięta w więzieniu.

— Nie spałem tutaj — Przerwał mi stanowczym głosem. — Jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, to Alice sama dała mi komplet kluczy, żebym mógł przychodzić tu kiedy zechcę.

— A gdzie ona jest?

— Musiała wyjść.

— Dokąd?

— Skąd mam wiedzieć? Alice nie ma obowiązku się przede mną tłumaczyć.

— A Paul?

— Paul jest w pracy — głos nie stał się nawet na sekundę łagodniejszy. — Podczas gdy ja jestem tutaj, ktoś musi doglądać interesów.

Przez chwilę przetwarzałam w głowie to, czego się dowiedziałam. Czy on i mój brat byli wspólnikami? Bez Alice nie czułam się w tym domu tak dobrze i bezpiecznie.

— Rozumiem. — Kiwnęłam głową.

— Na pewno?

Patrzenie Maxowi prosto w oczy, stawało się coraz cięższe. Pod wpływem twardego spojrzenia, zaczęłam uginać się w sobie. Traciłam pewność siebie.

— Chyba pójdę do siebie — odwróciłam wzrok. — Zawołaj mnie, kiedy moja matka albo brat wrócą.

— Ze mną nie możesz spędzić czasu? — Założył ramiona na piersi. — O co chodzi?

— O nic — potrząsnęłam głową. — Po prostu…

— Nie ma żadnego „po prostu” Melody — niszczył mnie spojrzeniem. — Pozwoliłem ci tu pomieszkać przez tydzień. Wczoraj nie naciskałem, by pokazać ci twój pokój, a dzisiaj rano nie zakradłem się do niego po cichu. Więc dobrze ci radzę, żebyś zaczęła doceniać moją dobroć i przestała trzymać mnie na dystans, jakby nic nas nie łączyło.

Zamurowało mnie. Jakim prawem odzywał się do mnie w ten sposób i kto dał mu do tego prawo? Nawet jeśli był moim mężem, powinien liczyć się ze słowami.

— A jeśli nie zacznę, to co?

Widziałam zaciśnięte dłonie w pięści i nozdrza rozszerzające się przy każdym wciąganiu powietrza. Ledwo nad sobą panował.

— Chodź, zrobię ci śniadanie.

— Nie jestem głodna. — Potrząsnęłam głową.

— To nie była prośba.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, pochylił się nade mną i łapiąc za ramiona, podniósł do góry. W przypływie strachu, przymknęłam oczy.

— A teraz idziemy.

Co to było? Nie chcąc sprawdzać, co jeszcze może zrobić jeśli sprzeciwię mu się kolejny raz, bezwiednie poszłam za nim do kuchni. Usiadłam przy kuchennym blacie i wbiłam wzrok w jego plecy. Przez materiał koszuli widziałam napinające się przy każdym ruchu mięśnie.

Po około piętnastu minutach Max położył przede mną talerz z jajecznicą. Już od samego zapachu, zaczęło burczeć mi w brzuchu. Wzięłam widelec do ręki.

— Wyszła naprawdę dobra — powiedziałam, biorąc ostatni kęs do ust.– Dziękuję.

— Cieszę się, że ci smakowało — Posłał w moją stronę uśmiech. — A teraz ubierz się. W szafie znajdziesz swoje ubrania, których nigdy stąd nie zabrałaś.

— W jakim celu mam się przebrać? — Uniosłam brwi. — Jest mi tak dobrze.

— Zabieram cię na przejażdżkę. — Wytłumaczył cierpliwie. — Chcę ci coś pokazać.

W pierwszym odruchu zamierzałam odmówić. Powiedzieć, że boli mnie głowa i zamknąć się od środka w swoim pokoju, by nie mógł do niego wejść. Wtedy jednak dotarło do mnie, że to być może jedyny sposób bym czegoś się dowiedziała. Nie mogłam stracić takiej okazji.

— Daj mi piętnaście minut. — Wstałam do stołu i wyszłam z kuchni.

Siedząc na tyłku w domu, ciągle będę stała w miejscu i nie zrobię nawet pół kroku do przodu.


Staliśmy na molo. Przed nami na wodzie były zacumowane łodzie. Wszystkie piękne i przepełnione luksusem. Od razu było wiadomo, że nie wszyscy mogli sobie na nie pozwolić.

— Co my tutaj robimy? — Zapytałam, przysłaniając oczy przed słońcem. — Wyciągnąłeś mnie z domu po to, bym popatrzyła sobie na wodę i łódki?

— Melody — pokręcił przecząco głową, wymawiajac przy tym moje imię. — To nie są łodzie, tylko jachty. Jeden z tych jachtów należy do nas.

Nas? Byłam pewna, że teraz nie tylko pamięć, ale i słuch mnie zawodzi. Po cholerę mi łódź czy też jacht? Co niby miałabym z nim robić? Nie zamoczyłam nawet pół stopy w wodzie, a już wiedziałam, że to nie jest miejsce dla mnie. I najchętniej już bym sobie stąd poszła.

— Chcę wracać do domu. — Powiedziałam, zamierzając odejść.

Max chwycił mnie za rękę i pociągnął w kierunku największego jachtu.

— Chodź — powiedział, nadal ciągnąc mnie za rękę. — Zawsze marzyłaś o tym, żeby mieć swój jacht. Spełniłem twoje marzenie.

I tu zaczynał się problem. Mógł wmówić mi cokolwiek tylko chciał. Nawet jeśli nie marzyłam, to nie mogłam mu tego powiedzieć, bo o tym nie pamiętałam. To zaczynało być przerażające.

Rozdział czwarty

Płynęliśmy przeklętym jachtem. Max uparł się, żeby pokazać mi, ile potrafi dać przyjemności przebywanie na wodzie, a ja wiedząc, że nie mam takiej siły przebicia by chciał mnie posłuchać, powiedziałam mu, że może robić co chce pod warunkiem, że ja nie wypadnę za burtę. Zgodził się i szczęśliwy niczym kilkuletni chłopiec stanął za sterem. Ster był oczywiście zmechanizowany i niewiele musiał przy nim robić, ale przynajmniej mogłam go zobaczyć naprawdę szczęśliwego. Nawet prawie zapomniałam, że budził we mnie mieszane uczucia.

— Chodź! — obrócił się w moją stronę, przekrzykując wiatr. — Pokażę ci, co to znaczy mieć kontrolę.

Kontrola. Chyba tego mi brakowało. Nie byłam panią swojego życia, Zależna od innych, zdana na ich łaskę i niełaskę. Poczułam nagły przypływ złości i smutku.

— Nie mam ochoty — warknęłam. — Jest mi dobrze tak, jak jest. Kieruj sam.

— Drugi raz nie powtórzę — usłyszałam w odpowiedzi. — Albo przyjdziesz dobrowolnie, albo cię zmuszę. Twój umysł potrzebuje silnych bodźców do tego, by ponownie zaczął pracować na najwyższych obrotach.

A on skąd mógł to wiedzieć? Był specjalistą w dziedzinie mózgów? Potrafił je naprawiać? Przewróciłam oczami i prychnęłam, ale wstałam i powolnym krokiem podeszłam do mężczyzny. Max przyciągnął mnie do siebie i zrobił mi miejsce przed sobą. Kiedy stał tak blisko nie wiedziałam, jak mam się zachować. Nawet oddychanie przestawało być łatwe.

— Widzisz — położył moje dłonie w sterze. — On wcale nie gryzie.

On może nie. Przewróciłam oczami i okręciłam się wokół własnej osi, by móc spojrzeć Maxowi w twarz.

— Tu nie chodzi o ster — położyłam mężczyźnie dłoń na klatce piersiowej i odepchnęłam na długość ręki. Udało mi się zwiększyć cholerny dystans. — Chodzi o to, że nie mam ochoty na próbowanie rzeczy, których nie chcę. I nie chcę być zmuszana do czegoś, czego nie czuję. — Z trudem powstrzymywałam napływające do oczu łzy. — Dlaczego po prostu mi nie odpuścisz? Nie zostawisz mnie samej i nie poczekasz, aż przypomnę sobie ciebie? Naprawdę nie widzisz, że jesteś dla mnie obcy, a twoje towarzystwo źle na mnie wpływa?

Zdobycie się na szczerość bardzo mi pomogło. Niewidzialny kamień spadł z mojego serca, a ja poczułam się lżejsza. Nie podejrzewałam go o to, że teraz się ode mnie odczepi, ale może przynajmniej da mi więcej brakującej przestrzeni?

— Jestem twoim mężem — w tonie głosu wyczułam zranienie. — Nie mogę sobie ciebie odpuścić i zostawić tak po prostu.

Nie musiał przy każdej okazji przypominać mi o tym, że byliśmy małżeństwem. Wciąż przed oczami miałam ten zasrany album ze zdjęciami z naszego ślubu. On mnie prześladował.

— Chodź ze mną — poprawił marynarkę. — Coś ci pokażę.

I znów to samo. Po co w ogóle miałam się odzywać, skoro moje słowa odbijały się od ściany? Jeśli myślałam, że przestanie mnie do wszystkiego zmuszać, to bylam w błędzie. Widząc, jak na mnie czeka, poszłam za nim. Gdy tylko zeszliśmy po wąskich schodkach na dół i otworzył przede mną drzwi, spanikowałam. Od razu chciałam się wycofać, ale stał tuż za mną i skutecznie odcinał jedyną drogę ucieczki.

— Nie bój się, nic ci nie zrobię — warknął. — Za chwilę stąd wyjdę i zostawię cię samą tylko najpierw chcę, żebyś coś zobaczyła

Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. Chciał mnie tu zamknąć? Zrobi ze mnie swoją zakładniczkę?

— Max — syknęłam ostrzegawczo. — Nie ufam ci.

— Rozumiem, ale daj mi szansę.

Podszedł do łóżka, które się tu znajdowało. Uklęknął przed nim i wyciągnął coś spod niego.

— Zobacz. — Wysunął w moją stronę zakurzone pudełko średnich rozmiarów.

— Co to jest? — Nieufnie przyjęłam od niego prezent.

— Sama zobacz — rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Nie jestem twoim wrogiem i nigdy nie chciałem nim być. Mam nadzieję, że po przejrzeniu zawartości w końcu to zrozumiesz.


Gdy zamknął za sobą drzwi, położyłam pudełko na łóżku. Usiadłam obok niego i opuszkami palców przejechałam delikatnie po nim. Czego mogłam spodziewać się po zawartości? Uniosłam wieko pudełka i zajrzałam do środka. Wewnątrz znajdowały się praktycznie same listy i zdjęcia, ale było też kilka innych rzeczy. Jedną z nich był dyktafon. Sięgnęłam po niego i wcisnęłam na nim przycisk odtwarzania. Po chwili w pomieszczeniu usłyszałam swój własny głos.

— Kocham cię Max. Niezależnie od wszystkiego. Będę przy tobie zawsze, nawet jeśli nie będziesz mnie już chciał. Nie wyobrażam sobie siebie bez ciebie.

Pod powiekami poczułam łzy. Jedna spłynęła po policzku. Otarłam ją wierzchem dłoni. Chwilę później usłyszałam śmiech mężczyzny.

— Ja ciebie też kocham. Ale wiesz, co jest najlepsze? Nie będziesz mogła się wyprzeć własnych słów.

Uśmiechnęłam się, słysząc własny śmiech.

— Nagrałeś to? — Zapytałam z niedowierzaniem. — Jak mogłeś? Max!

— Owszem, zrobiłem to. I będę ci to puszczał codziennie, byś nigdy o mnie nie zapomniała.

— Nigdy o tobie nie zapomnę.

Poczułam się, jak zdrajczyni. Nie dotrzymałam obietnicy. Zapomniałam. Pozwalając płynąć łzom, odłożyłam dyktafon i wzięłam do ręki jeden z listów. Palcami przejechałam po koślawych literach.


„Pamiętasz, jak na początku naszej znajomości, poprosiłaś bym napisał do ciebie, gdy minie pierwszy rok? Oczywiście, że tak. Ty nigdy o niczym nie zapominasz i gdybym tego nie zrobił, wypominała byś mi to do końca moich dni. Nie umiem pisać tak jak ty. Nie umiem mówić tak pięknie, jak ty i właściwie nie wiem, co widzisz w gościu takim jak, ja; ale każdego dnia wstaję z łóżka szczęśliwy, że mogę być z tobą, że mogę patrzeć, jak się uśmiechasz i mogę być przyczyną tego uśmiechu.. Kocham cię Melody i mam nadzieję, że po latach, czytając ten list, uśmiechniesz się, a później przyjdziesz do mnie. Usiądziesz mi na kolanach, przytulisz, pocałujesz i powiesz, że najlepsze lata wspólnego życia, wciąż są przed nami.

Twój Max.

Kocham Cię”.


Z trudem łapałam oddech. Z emocji dławiło mnie w gardle. Zaczęłam przeglądać listy, każdy był w podobnym tonie do tego pierwszego. Zapewnienia o miłości i uczuciach. Brakowało mi słów. Miłość, która miała szansę trwać, a została zniszczona przez wypadek. Jak to teraz naprawić? Podniosłam się z kolan.

— Max! — Zawołałam, naciskając klamkę. — Jestem gotowa.

W tej sytuacji nie mogłam postąpić inaczej. Byłam mu winna rozmowę. Taką, na jaką od początku zasługiwał. Szczerą i bez wyrzutów o to, że chce być blisko.

Kiedy weszłam na górę, zastałam go stojącego przy sterze. Patrzył przed siebie.

— Jestem gotowa na rozmowę — powtórzyłam, bo nie byłam pewna czy wcześniej słyszał, jak go wołałam. — Proszę.

Puścił ster i odwrócił się w moją stronę. Wsadził dłonie w kieszenie czarnych, materiałowych spodni. Na przystojnej, smukłej twarzy dostrzegłam lekki uśmiech. W istocie Max był bardzo przystojnym mężczyzną. Ciemne włosy, kilkudniowy zarost i stalowe tęczówki oczu zlewaly się w doskonałą całość z ciemniejszą karnacją. Jeśli wierzyć mitom i diabeł rzeczywiście miał syna, to chciałam, żeby wyglądał właśnie tak.

— Słucham. — Powiedział, wskazując ręką na kanapę, na której siedziałam zanim postanowił postawić mnie za sterem, a później zaprowadził na dół i pokazał coś, co dało mi obraz naszego związku. Powinnam być mu za to wdzięczna, bo przecież na coś takiego liczyłam. Na jakiś fragment z własnego życia.

— Odsłuchałam nagranie — wytarłam dłonie w spodnie. — I przeczytałam twoje listy. To oczywiście, na razie niczego nie zmienia z mojej strony, ale przynajmniej wiem, że naprawdę mnie kochałeś. Dziękuję za ich pokazanie.

— I wciąż cię kocham — wzruszył ramionami — Te listy i to nagranie miały ci udowodnić, że byłaś ze mną z własnej woli. Do niczego cię nie zmusiłem wbrew temu, co podejrzewałaś.

Skąd on wiedział o moich przypuszczeniach? Przecież nikomu o nich nie powiedziałam. Kiwnęłam potakująco głową. Odnosiłam wrażenie, że zamiast na jachcie, jestem na emocjonalnej karuzeli. Melody, którą kiedyś byłam, zrobiłaby tak jak było napisane w pierwszym liście. Z kolei obecna… Odwróciłam speszona wzrok.

— Wierzę, że kiedyś odzyskam pamięć i między nami będzie tak, jak dawniej.

Nic więcej nie mogłam mu powiedzieć. Dawanie złudnej nadziei, że nawet bez wspomnień jestem w stanie go na nowo pokochać byłoby krzywdzące i nieuczciwe.

— Też tego chcę.

Widziałam, że chciał mnie dotknąć, ale w połowie drogi zatrzymał rękę i po prostu ją cofnął. Powietrze, które nabrałam w płuca, powoli zaczynało ze mnie wychodzić.

Wracaliśmy w milczeniu. Ani ja, ani Max nie mieliśmy ochotę na rozmowę. Cisza pomiędzy nami była zbawienna i nie było sensu jej mącić. Miałam o czym myśleć. Pudełko i całą jego zawartość, wzięłam za sobą. Chciałam o nim porozmawiać z Alice. Paula z uwagi na to, że był mężczyzną nie brałam nawet pod uwagę. Wierzyłam, że tylko kobieta, będzie umiała spojrzeć na te listy podobnym okiem, co ja.

Gdy zatrzymaliśmy się przed domem Alice, Max nie zgasił silnika. Patrzył w milczeniu przez przednią szybę. Podczas gdy ja zdążyłam odpiąć pas, on nawet się nie poruszył.

— A ty? — Zapytałam z czystej ciekawości. — Nie idziesz?

— Nie. — Oparł głowę o zagłówek. — W sumie dobrze się składa, że jesteś u matki. Muszę wyjechać na dwa dni.

Otworzyłam usta, ale po chwili je zamknęłam. Gdybym wysiadła od razu, pewnie nawet by mi o tym nie powiedział.

— Daleko? — Chrząknęłam

— Nie aż tak, jakbyś chciała — odparł, uciekając spojrzeniem. — Idź już.

Czułam, że go zraniłam.

— Max… — szepnęłam. — Ja nie…

— Idź — warknął. — Dobranoc Melody. Śpij dobrze.

Miał prawo czuć się w ten sposób, a ja nie miałam prawa mieć do niego o to pretensji. Pokazał zdjęcia, listy i nagranie w nadziei, że to coś zmieni. Tymczasem nie zmieniło się nic z wyjątkiem tego, że przestałam patrzeć na niego, jak na intruza. Zaczęło kręcić mi się w głowie.


W domu zastałam tylko Alice. Siedziała w salonie i oglądała film. Na mój widok, wstała z kanapy i uśmiechnęła się. Postawiłam pudełko na stoliku przy drzwiach i podeszłam do niej. Wyciągnęła ramiona. Zawahałam się, ale w końcu wtuliłam się w nie.

— Cieszę się, że już wróciłaś — wyszeptała. — Jak było?

Odsuwając się, wzruszyłam ramionami. Starannie ukryłam fakt, że moje serce krwawiło. Dzisiaj je podłamałam.

— Max zabrał mnie na jacht — odparłam spokojnie. — A później pokazał mi pewne pudełko.

Uniosła pytająco brwi.

— Pudełko?

Kiwnęłam potakująco głową i pokrótce wyjaśniłam, co jest w środku. Dzieląc się z nią tym, poczułam się odrobinę lżej.

— I co zamierzasz z nim zrobić?

Wzruszyłam ramionami, przestępując z nogi na nogę.

— Z Maxem? Jeszcze nie podjęłam decyzji.

— Nie mówiłam o Maxie — spojrzała na mnie smutnym wzrokiem. — Sądzę, że z nim jakoś się ułoży. Miałam na myśli pudełko.

— Aaa… — przygryzłam dolną wargę. — Przeglądałam je na jachcie, ale przejrzę je jeszcze raz później.

— W porządku, a jak jacht?

Uśmiechnęłam się.

— Jest imponujący. I jeśli mogę być szczera wewnątrz wygląda lepiej niż na zewnątrz. Max powiedział, że marzyłam o nim.

— Max spełnia każde twoje życzenie — odparła lekko rozmarzonym głosem. — Przed wypadkiem wiele razy mówiłaś, że chciałabyś mieć coś takiego, więc kupił go dla ciebie.

Z trudem przełknęłam ślinę. W gardle poczułam rosnącą gulę. Mężczyzna idealny, a ja najwyraźniej byłam ślepa, bo nie umiałam w nim tego dostrzec.

Rozdział piąty

Dwa dni bez Maxa minęły szybciej, niż sądziłam. Całą uwagę skupiłam na pudełku. Potrafiłam przeglądać je godzinami, aż w końcu treść listów poznałam na pamięć. Sama nie wiedziałam dokładnie czego się w nich doszukuję, ale chyba chodziło o jakiś dowód na to, że jednak nie byłam tak szczęśliwa, jak twierdziła Alice i Max. Paul, którego zdania byłam ciekawa gdzieś zniknął, więc nie mogłam go o nic zapytać..

Późnym popołudniem, w dzień powrotu Maxa, ktoś zapukał do moich drzwi. Akurat wpatrywałam się w zdjęcia analizując mimikę własnej twarzy, by dostrzec na niej, chociaż cień smutku. Bezwiednie powiedziałam “proszę”.

— Twoja mama mówiła mi, że nie powinienem dawać ci tych rzeczy. — Usłyszałam i podskoczyłam do góry.

— Uprzedzała, że nic innego nie robisz, ale postanowiłem samemu to sprawdzić. No i proszę, nie myliła się. Melody, serio?

— Jak minęła podróż? — Zapytałam, ignorując pytanie. — Jak interesy? Udały się?

— Dziękuję — podszedł bliżej i pocałował mnie w czubek głowy. — Wszystko poszło zgodnie z planem. To co robisz, jest niezdrowe i powinnaś przestać.

— Nie wiem, o co ci chodzi — podniosłam głowę. — Po prostu staram się odzyskać pamięć, wspomnienia.

— Świetnie — mlasnął z dezaprobatą. — I uważasz, że to ci pomoże?

Ręką ogarnął porozwalane kartki na łóżku. Westchnął ciężko.

— To narazie wszystko, co mam.

Zauważyłam, że było mi łatwiej z nim rozmawiać. Nie doszukiwałam się już w każdym jego słowie czegoś złego i nie reagowałam agresją.

— Wróć ze mną do domu — poprosił. — Tam znajdziesz więcej wspomnień.

Może to rzeczywiście nie był taki zły pomysł? Zebrałam zdjęcia z podłogi i schowałam je do pudełka. Sama również się podniosłam.


Ekscytacja ogarnęła moje ciało. Dzięki zdjęciom mniej więcej wiedziałam, jak wyglądał dom, ale byłam ciekawa jak został urządzony wewnątrz. Wyobrażałam sobie rozświetlony salon z przytulnymi fotelami i miękką kanapą, z której nikomu nie chciało się wstawać. Nowocześnie urządzoną kuchnię średnich rozmiarów i jadalnie z dużym drewnianym stołem.

— Cieszę się, że podjęłaś taką decyzję — delikatnie wziął mnie za rękę. — Obiecuję, że tam poczujesz się lepiej.

— Mam taką nadzieję — odparłam, zerkając na nasze połączone dłonie. — Powiedz mojej mamie, że wracam z tobą.

Mężczyzna wyszedł z mojego pokoju, a ja zaczęłam przygotowywać się do wyjazdu. Nie miałam zbyt wiele rzeczy, dlatego dość szybko zeszłam na dół i przeszłam do salonu, gdzie Max i Alice rozmawiali o czymś szeptem.

— Idziemy? — Zwróciłam się do mężczyzny, ale już po chwili spojrzałam na kobietę. — Dziękuję, że pozwoliłaś pobyć mi tu przez jakiś czas.

— Jesteś moją córką, a to jest twój rodzinny dom. — Alice wyglądała na rozczarowaną z powodu mojego wyjazdu. — Możesz przyjeżdżać tu kiedy zechcesz.

— Dziękuję. — Kiwnęłam głową.


Nasz dom od domu mojej mamy dzieliło niecałe pół godziny jazdy samochodem. Szczerze, to było mi to na rękę, bo w razie gdybym w swoim domu nie czuła się zbyt dobrze, zawsze mogłam wrócić tam, skąd dzisiaj wyjechałam.

Po dojechaniu na miejsce i opuszczeniu samochodu, rozejrzałam się po okolicy. Dom, który widziałam na zdjęciach stał nieco głębiej, ukryty za drzewami. Wybudowany z czerwonej cegły i przyozdobiony oknami w białej ramie sprawiał wrażenie zapraszającego do środka. Podjazd był wyłożony białym żwirem i ciągnął się aż pod same drzwi.

— Witaj w domu — Max, chwycił moją dłoń i uniósł ją do ust. — Wszystko jest tak, jak zostawiłaś. Niczego nie pozwoliłem zmieniać.

— Wszystko? — Zabrałam rękę, dyskretnie wycierając ją w spodnie — Czyli dokładnie, co?

— Nasza gosposia — rzekł spokojnym głosem. — Pani Morgenstern uwielbia sprzątać i przestawiać różne przedmioty.

Gosposia? Max, rzeczywiście był chyba bogaty, skoro zdecydował się na zatrudnienie kogoś do pomocy. A jaka była moja rola w tym domu?

— To wiele tłumaczy — odparłam z przekorą. — Dlaczego wcześniej o niej nie wspominałeś?

— Chciałem ci zrobić niespodziankę — uśmiechnął się. — Poza tym Pani Morgenstern doradziła mi, żebym nie mówił ci od razu o wszystkim. Jej zdaniem lepiej jest stopniowo przekazywać informacje.

— Miło z jej strony, że jest taka troskliwa.

— Nie mogła się doczekać, aż wrócisz. Kiedy zadzwoniłem, że ze mną wracasz, powiedziała, że przygotuje dla ciebie na kolację twoją ulubioną zapiekankę.

Trochę mi ulżyło na wiadomość, że ja i Max nie mieszkamy sami, ale gosposia? Czy to nie była przesada?

— Niech będzie, ale chyba jednak wolałabym wiedzieć od razu.

— Czy to by coś zmieniło?

— Bardzo dużo.

Wchodząc do domu, zimne powietrze przeszyło moje ciało. Otuliłam się ciaśniej ramionami. Hol, w którym się znaleźliśmy był nieprzyjemny. W oczy rzucały się biało-złote płytki na podłodze i schodach, które prowadziły do góry. Ściany pomalowano beżową farbą. Nic więcej. Żadnego mebla, lustra. Niczego, co wskazywało by na to, że w tym domu mieszka kobieta. Poczułam się źle.

— Nie chcę tu być — szepnęłam. — Nie podoba mi się to miejsce.

— Sama urządzałaś ten dom, ale możesz urządzić go jeszcze raz.

I znów Alice miała rację. Max rozpieszczał mnie i spełniał każdy kaprys.

— Nie ma takiej potrzeby — mruknęłam. — Jakoś się przyzwyczaję.

— W porządku, a teraz — objął mnie w pasie i zawołał: — Jesteśmy!

Po krótkiej chwili usłyszałam kroki, a moim oczom ukazała się pulchna, sporo niższa ode mnie kobieta. Tuż za nią wyłoniły się jeszcze cztery osoby. Kim byli ci ludzie? Jęknęłam w duchu. Znów to samo.

— Moja kochana — Pani Morgenstern wyciągnęła do mnie ręce, ale sprytnie schowałam się za Maxem. — Tak bardzo się bałam o ciebie. Dobrze, że nic ci nie jest.

— Tak, ja też — odparłam, nie odrywając wzorku od osiłków stojących za jej plecami. — A to kto? Też służba?

— To jest nasza ochrona — Max ujął mnie pod łokieć i pociągnął do przodu. — Reed, Aaron, Dexter i Mike.

Kto normalny zatrudnia ochronę? Patrząc na nich, przełknęłam ślinę. Wszyscy dobrze zbudowani i mniej więcej tego samego wzrostu, patrzyli na mnie z obojętnością.

— Jeśli zatrudniłeś ich z powodu mojego wypadku, to nie musiałeś tego robić.

— Mieszkają na tyłach domu. — Max zdawał się nie słyszeć moich słów. — Nie będą ci przeszkadzać.

Kto powiedział, że ja chcę by tu mieszkali? W milczeniu patrzyłam, jak na jedno polecenie Maxa rozchodzą się po domu. Obym nie żałowała za chwilę swojego powrotu.

— To ja może podam kolację? Oboje jesteście pewnie bardzo głodni.

Max pokazał mi, gdzie jest jadalnia. Ona również nie wpisywała się w moje wyobrażenie. Szklany stół zajmował większość miejsca. Krzesła były ustawione w równym rzędzie obok siebie. Podczas gdy Max zajął miejsce u szczytu stołu, ja zajęłam swoje po drugiej stronie. Morgenstern po wejściu do jadalni, obrzuciła nas spojrzeniem i pośpiesznie podała kolację. Jak tylko wyszła, Max rozdzielił jedzenie pomiędzy nas.

— Dziękuję — powiedziałam, odbierając od niego talerz.

— Mam nadzieję, że kubki smakowe ci się nie zmieniły i wciąż lubisz to samo.

— W tej sprawie, to chyba nie ty powinieneś się martwić tylko Morgenstern — uniosłam wymownie brwi. — To w końcu ona gotuje.

Jedząc zapiekankę pasterską, obserwowałam, jak Max ledwo kończąc jedną telefoniczną rozmowę, zaczyna drugą. Słuchając przekleństw, które wychodziły z jego ust, nie wiedziałam co mam myśleć. Ile twarzy, mógł mieć jeden człowiek? Gdy ze mną rozmawiał, uważał na słowa i pilnował się, by nie powiedzieć czegoś przykrego. Z kolei teraz nie zważał na nic.

— Przekaż mu, żeby lepiej jutro nie pokazywał mi się na oczy. W przeciwnym razie wyrwę mu nogi z dupy! — krzyknął do słuchawki. — Czy to jest, kurwa, jasne? Ma naprawić to, co zjebał!

Nagle telefon przeleciał nad moją głową i odbił się od ściany, spadając za moimi plecami na podłogę. Nie wyglądało to zbyt dobrze. Odłożyłam widelec. Usta wytarłam w chusteczkę.

— Max? Wszys…

— Nie teraz, kurwa!

Podskoczyłam na krześle i chociaż to dziwne, musiałam przyznać sama przed sobą, że Max w takim wydaniu podobał mi się znacznie bardziej, niż ten opanowany i spokojny.

— Chciałam tylko…

— Wiem, co chciałaś — z trudem zapanował nad własnym głosem — ale to nie jest dobry moment. Jeśli zjadłaś, idź spać. Ja muszę jechać, żeby dopilnować interesów.

To zabrzmiało groźnie i tajemniczo. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Jakie interesy można było teraz prowadzić? Uniosłam pytająco brwi do góry.

— Nie będzie lepiej, jeśli ty też pójdziesz spać, a jutro rano się tym zajmiesz?

Przecząco pokręcił głową.

— Nie mogę Mel — zdrobnił moje imię. — Jutro będzie za późno. Sama zobacz. Nie było mnie tylko dwa dni, a już potrafili to spierdolić.

Nie bardzo wiedziałam o czym mówić. Intuicja podpowiadała mi, żebym pociągnęła go za język. Dowiedziała się o czym mówi, ale finalnie widząc groźne spojrzenie, wolałam się wycofać. Wstałam od stołu.

— Dobranoc, Max.

— Trafisz sama?

Słysząc pytanie, zatrzymałam się w pół kroku. Już chciałam powiedzieć, żeby mnie zaprowadził albo przynajmniej pokazał drogę jednak wtedy dotarło do mnie, że nie potrzebuję pomocy, bo dobrze wiem gdzie jest sypialnia.

— Tak.

Leżąc w łóżku, nie mogłam zasnąć. Kręciłam się z boku na bok w nadziei, że sen nadejdzie sam. Gdy jednak minuty mijały, a ja nadal nie spałam znudzona położyłam się na wznak i wbiłam wzrok w sufit. W domu Alice nie miałam żadnych problemów ze snem. Dlaczego tutaj musiało być inaczej? Podkładając rękę pod głowę, westchnęłam ciężko.

Nie wytrzymując dłużej bezczynnego leżenia, usiadłam na łóżku i zapaliłam lampkę nocną. Rozjerzałam się po sypialni i wtedy zauważyłam komodę. Wahając się tylko kilka sekund, wstałam z łóżka i podeszłam do mebla. Otworzyłam pierwszą lepszą szufladę. Oprócz kilku dokumentów, nic więcej w niej nie było. Ostrożnie ją zamknęłam. Ciekawość kazała otworzyć kolejną. Też nic. Przy ostatniej ogranęło mnie rozczarowanie. Jaki był sens trzymać puste meble? Dlaczego w komodzie nie było niczego, co teoretycznie mogło należeć do mnie?


Po godzinie chodzenia w kółko po sypialni, w końcu otworzyłam drzwi. Korzystając z ciszy, która panowała w domu, postanowiłam się po nim przejść. Idąc blisko ściany, wyciągnęłam rękę i sunąc po niej dłonią szłam przed siebie, aż dotarłam do schodów. Zeszłam po nich na dół. By się upewnić, że nie jestem przez nikogo obserwowana, odwróciłam się za siebie. Mogłam odetchnąć z ulgą. Będąc na parterze, postanowiłam swoją nocną przechadzkę rozpocząć od zajrzenia do gabinetu. Jakim cudem z taką łatwością przypomniałam sobie rozstaw pomieszczeń? A może nigdy nie zapomniałam? Miałam szczęcie, bo drzwi były uchylone. Pchnęłam je stopą i otworzyły się szerzej. Weszłam głębiej.

— Alice nie mówiła, że masz problemy ze snem.

Na skórzanej kanapie postawionej za drzwiami, siedział Max. W ręku trzymał szklankę do połowy wypełnioną jakimś płynem, a w powietrzu unosił się zapach spalonego tytoniu.

— Bo nie mam — odparłam. — Po prostu nie mogłam zasnąć i postanowiłam…

— Postanowiłaś trochę pomyszkować. — przerwał mi w połowie zdania. — W porządku, to twój dom i masz do tego prawo. Jednak skoro już tu jesteś, to może razem odrobinę pomyszkujemy? Morgenstern zostawiła w kuchni ciasto marchewkowe. Jeśli dowie się, że oboje je zjedliśmy, to nie będzie aż tak bardzo zła.

Zaburczało mi w brzuchu. Ciasto marchewkowe brzmiało kusząco. Podeszłam do Maxa i wyciągnęłam z jego dłoni szklankę. Upiłam z niej łyk. Skrzywiłam się. Smakowało obrzydliwie.

— Jak możesz to pić? — Zapytała, wycierając usta. — To jest okropne.

— Miałem ciężki wieczór — wzruszył ramionami, a ja wtedy zauważyłam ślady krwi na jego koszuli. — Więc jak będzie? Idziemy wspólnie pomyszkować?


Usiadłam obok niego na kanapie. Nogi podkurczyłam pod siebie. Nie potrafiłam oderwać widoku od plam z krwi. To była jego krew? Nie wyglądał na kogoś, kto jest ranny.

— Najpierw powiesz, co ci się stało.

Machnął lekceważąco ręką dając mi w ten sposób do zrozumienia, że mam się tym nie przejmować i nie zajmować.

— Nic takiego — wymruczał. — Po prostu czasami jedynym argumentem są pięści.

Z wrażenia rozszerzyłam oczy. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę.

— Wdałeś się w bójkę?

— Od razu bójkę — mruknął. — Każdy powinien znać swoje miejsce. A teraz chodźmy. Ciasto czeka.

Uważając temat za zamknięty, odstawił szklankę na stolik, wstał z kanapy i podał mi rękę. Chwyciłam ją bez chwili zawachania.

Rozdział szósty

Od wspólnego jedzenia ciasta marchewkowego w kuchni o trzeciej nad ranem minęło kilka dni. W tym czasie ani razu nie rozmawiałam z Maxem, bo robiłam wszystko, żeby jeszcze bardziej zwiększyć dzielący nas dystans. Wychodziłam z sypialni dopiero, kiedy wychodził z domu i zamykałam się w niej, kiedy miał wrócić. Mówiąc wprost, unikałam go. Morgenstern, która starała się nie spuszczać ze mnie wzroku, pewnego dnia zaprosiła mnie do kuchni, gdy akurat gotowała. Usiadłam przy kuchnej wyspie i obserwowałam krojenie warzyw.

— Wszystko w porządku? — Zapytała, biorąc pomidora.

— Sama nie wiem — wbiłam wzrok w czerwone warzywo. — Ostatnio nie robię żadnych postępów, żeby odzyskać pamięć. Mam wrażenie, że to wszystko jest bez sensu.

— Co konkretnie? — Przepołowiła pomidora i zaczęła kroić go na ćwiartki.

— W tym domu miałam poczuć się lepiej, a jak narazie czuję się tylko gorzej. Nie mam żadnego punktu zaczepienia, który chociaż trochę mógłby mi pomóc.

Uśmiechnęła się tajemniczo pod nosem. A później spojrzała mi w oczy. Ciarki przeszły po kręgosłupie.

— Mam twoją sukienkę — powiedziała jakby nigdy nic. — Przed wypadkiem zapytałaś, czy nie mogłabym ci jej poprawić.

O czym ona do cholery mówiła? Spojrzałam na nią podejrzliwie po czym odepchnęłam się rękoma od blatu.

— Moją sukienkę? Gdzie ona jest?

— Poczekaj chwilę, zaraz ci ją przyniosę.

Nie czekajac, wyszła z kuchni. W tym czasie sięgnęłam po ćwiartkę pomidora. Zanim wróciła, zjadłam niemal całego.

— Jesz pomidory? — Obrzuciła mnie zaciekawionym spojrzeniem.

— Tak, a dlaczego nie?

— Przed wypadkiem ich nie lubiłaś.

Morgenstern, położyła na krześle sukienkę. Wytarłam ręce w spodnie i podniosłam ją. Czarna z głębokim dekoltem na szerokich ramiączkach.

— To na pewno moja sukienka? — Uniosłam brwi. — Gdzie miałabym w niej niby iść?

— Na pierwszy punkt zaczepienia powinna wystarczyć — wzruszyła ramionami. — Przed wypadkiem prowadziłaś fundację. Miałaś w planach wystawić bankiet, upamiętniający, że fundacja funkcjonuje już od roku i zdążyła pomóc wielu dzieciom.

Mój umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach. Co tu się działo? Dlaczego nikt mi wcześniej o niej nie powiedział? Dlaczego Max jej istnienie przede mną ukrywał? Moja amnezja coraz bardziej mnie męczyła, dając o sobie znać niemal w każdym ważnym aspekcie.

— Pomagałam dzieciom? — Morgenstern była teraz dla mnie tym, czym mapa dla poszukiwaczy skarbów. — W jaki sposób?

Morgenstern wróciła do krojenia warzyw. Uderzanie noża o deskę, zaczynało mnie uspokojać, wyciszając od wewnątrz.

— Przyznam szczerze, że ja i twoja matka byłyśmy temu przeciwne. Obie ci jej odradzałyśmy. Próbowałyśmy ci tłumaczyć, że taka praca może cię zniszczyć i wykończyć emocjonalnie, ale ty jak zwykle się uparłaś i nikogo nie chciałaś słuchać. W ten sposób powstało coś w rodzaju ośrodka, który miał na celu pomóc najbardziej potrzebującym dzieciom. Załatwiałaś praktyki, prace. Wystawiałaś im referencje i brałaś czynny udział w poszukiwaniu mieszkań. Te dzieci… — głos kobiety nagle zadrżał — kochałaś je tak, jak one ciebie.

Zajmowałam się zbawianiem świata? Jakoś trudno mi było wyobrazić siebie w tej roli. To brzmiało tak nieprawdopodobnie. Nierealnie.

— A Max? — Zapytałam, starając się ukryć emocje, które wywołała we mnie ta informacja. — Nie brał w tym udziału?

— Max ci pomagał — Morgenstern przestała uderzać nożem o deskę. — Wspierał każdy twój krok. Obiecał nawet, że wybuduje dla tych dzieci domy, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. W pewnym momencie drzwi od tego domu przestały się zamykać, bo każdego dnia zapraszałaś kogoś na obiad. A potem zjawił się on i wszystko się popsuło.

Ton Morgenstern zmienił się. Spochmurniała.

— On?

Słuchałam z zapartym tchem i chciałam poznać, jak najwięcej szczegółów. Ta opowieść stawała się coraz bardziej ciekawa. Dotyczyła bezpośrednio mojego życia sprzed wypadku. Coś zaczynało się ruszać. Niewidzialne zębatki w kole rozpoczęły swoją pracę.

— Musisz obiecać, że to zostanie między nami. Jeśli Max dowie się, że ci o tym powiedziałam, zwolni mnie i sprawi, że nie znajdę już pracy w tym mieście.

Niemożliwe, żeby miał aż taką moc. Nikt nie miał tak daleko sięgających znajomości. Nawet on.

— Nie powiem — uniosłam rękę i położyłam ją sobie na piersi. — Przysięgam.

— Był arogancki, bezczelny i uważał, że wszystko mu się należy. — Morgenstern rozpoczęła swoją historię. — Przesiadywał w tym domu całymi dniami i czuł się jakby był u siebie. Ty oczywiście nie widziałaś w tym żadnych problemów, ale Max tak. Coraz mniej mu się to podobało, ale czekał na rozwój sytuacji. Pewnego wieczoru, gdy po poworcie do domu zastał go w swoim gabinecie, uznał, że miarka się przebrała i zażądał od ciebie, by ten chłopak stąd zniknął. Sprzeciwiając się Maxowi, nie chciałaś się na to zgodzić. Wtedy zaczęliście się kłócić, a gnojek zamiast samemu się wycofać tylko podsycał w was wzajemną nienawiść, która z dnia na dzień narastała. Jestem tylko pomocą domową, ale z mojego punktu widzenia, to wyglądało tak, jakby robił to celowo. Umyślnie chciał was rozdzielić i mu się to udało. Pewnego dnia po kolejnej kłótni spakowałaś wszystkie swoje rzeczy. Powiedziałaś, że zamieszkasz w jednym z wynajmowanych mieszkań. A na koniec oznajmiłaś Maxowi, że chcesz rozwodu.

I nagle wszystko stało się jasne. To dlatego początkowo nie chciałam mieć z Maxem nic wspólnego i nie wierzyłam we wspólne szczęście. Ja się z nim rozstałam. Z emocji zrobiło mi się gorąco. Drżącą ręką dotknęłam swojego policzka. Był gorący.

— Jak Max na to zareagował? — Poczucie winy dławiło mnie w gardle.

— A jak myślisz? — Morgenstern posłała mi współczujące spojrzenie. — Na początek zablokował ci dostęp do kont. Uznał, że skoro chcesz żyć bez niego, to będziesz musiała poradzić sobie bez jego pieniędzy. Dobrze pamiętam dzień, w którym zadzwoniłaś do domu i powiedziałaś, że może się udławić swoją brudną forsą, że jej nie potrzebujesz.

— Czy ja i ten chłopak — każde słowo, było jak wymierzony policzek — mieliśmy romans?

Morgenstern spuściła wzrok.

— Przykro mi. — Morgenstern miała smutny wyraz twarzy. — Wiem, że nie powinnam tego mówić, ale narobiłaś niezłego bałaganu. Po twoim odejściu, Max się załamał. Wyglądał jak ktoś, kto stracił sens życia. Nie mam pojęcia, co dalej chcesz zrobić, ale wiem jedno. Będzie ci ciężko to odbudować.

Podczas jednej rozmowy, poznałam zbyt wiele faktów na swój temat. Świadomość, że złamałam serce człowiekowi, który skoczyłby za mną w ogień bardzo bolała. Jakim cudem Max mi to wybaczył? Czemu chciał nadal ze mną być? Nie byłam dobrą żoną.

— Ile lat miał tamten chłopak? — To była w zasadzie ostatnia informacja, której chciałam się od niej dowiedzieć.

— Osiemnaście. — Morgenstern zaparzyła dla nas kawę. — Raz podczas obiadu powiedziałaś, że ze wszystkich podopiecznych, to właśnie on zasługuje najbardziej na twoją pomoc i jesteś szczęśliwa, że zechciał skorzystać z pomocy fundacji. Kiedy Max zapytał dlaczego tak uważasz, nie potrafiłaś odpowiedzieć. Wzruszyłaś tylko ramionami.

Niewiarygodne, że dla jakiegoś małolata postanowiłam przekreślić całe swoje życie, Max dawał mi wszystko, a i tak szukałam czegoś więcej. Nie umiałam znaleźć usprawiedliwienia dla swojego postępowania.

Nie mogłam się doczekać powrotu Maxa do domu. Chciałam z nim porozmawiać. Powiedzieć, że coś rozjaśniło się w mojej głowie. Zamierzałam go przeprosić i prosić, żeby dał mi jeszcze jedną szansę. Morgenstern, miała rację. Odbudowanie tego, co było, zajmie mi miesiące, o ile nie lata. Max w przeciwieństwie do mnie, był dobrym mężem i teraz to byłam tego pewna.

— Jak tylko Max wróci do domu — powiedziałam do gosposi wchodząc do kuchni. — Poproś go, by przyszedł do gabinetu. Chcę z nim porozmawiać.

— Czy ty — westchnęła — po tym co ci powiedziałam, chcesz się z nim ponownie rozstać? To złamie mu serce po raz drugi. W twoim wypadku dostrzegł szansę na to, żebyście znów byli razem.

Przecząco pokręciłam głową.

— Wprost przeciwnie — powiedziałam, pełna wyrzutów sumienia. — Mam zamiar naprawić swoje poprzednie błędy.

Max wrócił do domu kilka minut przed dwudziestą. Siedziałam w jego fotelu i kręciłam się wokół własnej osi, gdy wszedł do gabinetu. Podniosłam się do góry i obeszłam biurko dookoła. Nalałam do szklanki ten sam napój z karafki, który pił kilka dni wcześniej.

— Proszę — podałam mu szklankę. — Ciężki dzień?

Obrócił szkliwo w dłoni, a ja uśmiechnęłam się do niego. Widziałam, że był zaskoczony moim zachowaniem, ale starał się to ukryć, przybierając maskę pozornego chłodu.

— Bywało gorzej. — Gdy się odezwał głos miał wyprany z emocji. — Coś się stało?

— Nie, dlaczego?

— Jesteś miła — wypalił. — Potrzebujesz czegoś?

— Rozmowy.

— A od kiedy chcesz ze mną rozmawiać? — Jego nieufność była niemal namacalna. — Na palcach jednej ręki mogę policzyć, ile razy ze sobą rozmawialiśmy przez ostatnie dni. Zero. Okrągłe zero.

Nie dziwiłam się, że miał do mnie taki stosunek. To przecież ja go ignorowałam. To ja zamykałam się w pokoju i nie chciałam z niego wychodzić, jeśli był w pobliżu. I to ja powinnam się wstydzić za swoje zachowanie.

— Wybacz — powiedziałam, cofając się w kierunku fotela na którym wcześniej siedziałam. — Nie ma w moim zachowaniu twojej winy. To tylko ja.

— Tylko ty — powtórzył.

— Przepraszam.

— Chyba słuch mnie zawodzi. Melody, nauczyła się przepraszać. Coś niesamowitego. — Upił łyk ze szklanki.

— Cuda jednak się zdarzają. — Odparłam, mając nadzieję, że to go odrobinę rozbawi.

— Za co chcesz mnie przeprosić? Bo nie ukrywam, jest tego całkiem sporo.

Cieszyłam się, że znów dzieli nas odległość, ale tym razem z innego powodu. Wzięłam głębszy wdech.

— Za swoje zachowanie po wypadku i sposób, w jaki cię traktowałam. To nie było uczciwe względem ciebie.

— Nie gniewam się– twarz wciąż miał kamienną. — Coś jeszcze?

— Właściwie, to chciałam powiedzieć, że coś sobie przypomniałam.

— Co takiego? — Uniósł pytająco brwi.

— Fundację.

— Spośród tylu wspomnień, wybrałaś akurat to?

Zmrużył oczy i przechylił głowę na bok. Nie wierzył mi. Byłam tego pewna. Co miałam teraz zrobić? Przecież obiecałam Morgenstern, że jej nie wydam. Powiedziała mi to w tajemnicy. Czułam się, jak mała, bezbronna dziewczynka przyłapana na jedzeniu czekolady.

— Nie mam na to wpływu — odparłam. — Nie wybierałam specjalnie tego wspomnienia.

— Coś ci pokażę — wyciągnął telefon z kieszeni i chwilę w nim czegoś szukał — podejdź.

Niepewna tego co znalazł w swoim telefonie, podeszłam. Wtedy pokazał mi nagranie z kuchni. Kamera. Jak mogłam tego nie zauważyć? Byłam zwrócona do niej plecami, a więc musiała być zamontowana nad wejściem. To dlatego ani razu nie zapytał, co robiłam w ciągu dnia. Nie musiał, bo już to wiedział.

— Po twoim zniknięciu a później odnalezieniu — wyjaśnił spokojnie — kazałem zamontować w domu monitoring. Kamery są rozmieszczone w taki sposób, żeby nikt o nich nie wiedział.

Powinnam być zła, ale jakoś nie potrafiłam. Z ciężkim sercem usiadłam obok niego na kanapie.

— Po co kazałeś to zrobić?

— Chciałem sprawdzić czy nikt z osób wchodzących do tego domu, nie maczał palcy w tym, co ci się stało.

— A ochrona? — Miałam w głowie milion pytań — Ona nie wystarcza?

— Ochrona, to co innego. Ochrona ma cię pilnować a kamery mają sprawdzić czy wszyscy pracują tak, jak powinni i nie robią czegoś za naszymi plecami. Rozumiesz?

Wolno kiwnęłam głową. Zachowanie Maxa mogło świadczyć o braku zaufania do ludzi, których sam zatrudniał, ale zwrócenie mu na to uwagi nie przeszłoby mi przez gardło. Miałam niejasne przeczucie, że on dobrze wiedział co robi i podejrzewanie go o działanie na ślepo było by błędem. Kolejnym na mojej długiej liście.

— Więc teraz ze szczegółami powiesz mi, co powiedziała ci Morgenstern. — W tonie głosu wyczułam zmęczenie. — Nie chce mi się odsłuchiwać całego nagrania.

Wzruszyłam ramionami. Skoro i tak kłamstwo się nie udało, nie widziałam powodu, dla którego miałabym iść w zaparte. Po kolei zaczęłam streszczać jej opowieść. Kiedy skończyłam mówić, z twarzy Maxa odpłynęły wszystkie kolory.

— Nie powinienem był ci pozwalać przyprowadzać ich wszystkich do domu. A już na pewno nie tego gnoja, który zniszczył wszystko, co było między nami.

Usiadłam obok niego na kanapie i ostrożnie wzięłam mężczyznę za rękę. Splotłam palce naszych dłoni.

— Wybacz mi — poprosiłam niemal błagalnym tonem głosu. — Nie chcę się usprawiedliwać, bo nie pamiętam, co mną wtedy kierowało ani dlaczego zamiast ciebie wybrałam jego, ale mogę ci obiecać, że to już nigdy więcej się nie powtórzy.

Jedyczne czego w tym momencie chciałam, to zacząć z Maxem wszystko od nowa. Bez tamtej przeszłości i bez tamtych błędów. A biorąc pod uwagę obecną sytuację, to nie mogło być specjalnie trudne.

— Wybaczyłem ci już dawno, tylko czekałem, aż do mnie przyjdziesz.

— Dziękuję — spojrzałam mężczyźnie w oczy — już cię nie zawiodę. Obiecuję.

— Wiem. — Kiwnął głową.

Chciałam zapytać, skąd mógł to wiedzieć, ale im dłużej patrzyłam na Maxa, tym coraz mocniej zaczęłam zdawać sobie sprawę, że pewne pytania w jego przypadku były zbędne i nie należało wypowiadać ich na głos, bo odpowiedź mogła się nie spodobać.

— Wiesz — zmieniłam lekko temat. — Może mógłbyś ponownie skontaktować się z detektywem? Za pierwszym razem nie chciałam z nim rozmawiać, ale teraz dochodzę do wniosku, że może byłoby lepiej gdyby ktoś pomógł mi zrozumieć, co stało się tamtego dnia.

A przy okazji odnajdzie tamtego chłopaka. Chciałam poznać osobę, dla której rozbiłam własne małżeństwo i dowiedzieć się bezpośrednio od niego, dlaczego akurat musiał wybrać mnie, skoro doskonale wiedział, że jestem mężatką.

— Zobaczę, co da się zrobić. — Max opróżnił szklankę i odstawił ją na stolik. — Jeśli to już wszystko, to…

— Nie — powiedziałam pośpieszcznie. — Jest coś jeszcze. Chcę, żebyś wrócił do sypialni. Skoro mamy zacząć od nowa, to nie możesz spać w pokoju dla gości.

W klatce piersiowej poczułam piekący ból. Ten wypadek był drugą szansą. Nie mogliśmy jej zaprzepaścić.

Nieoczekiwanie dla mnie, Max przyciągnął mnie do swojego ciała i zamknął w swoich ramionach. Ostrożnie położyłam dłonie na szerokich plecach. Przez materiał koszuli, czułam ciepło jego skóry, a ostry zapach perfum drażnił przyjemnie moje nozdrza.

Rozdział siódmy

Stałam pod prysznicem. Ciepła woda spływała po moim ciele, zmywając z niego wszystkie troski i zmartwienia. Delektowałam się tą chwilą i nie chciałam wychodzić spod strumienia wody, gdy nagle przed oczami coś mi mignęło. To było tak rzeczywiste, że zaczęłam się temu przyglądać, aż przeniosło mnie w czasie.


Max siedział naprzeciwko mnie, obracając coś w dłoniach. Przechyliłam głowę w bok.

— Co tam masz? — Zapytałam, ciekawa czym się bawił pod stołem.

Czekanie, aż podadzą nam kolację, przeciągało się i najwyraźniej chciał skrócić jakoś ten czas.

— Nic takiego. — Odparł, rzucając mi krótkie spojrzenie.

— Pokaż — wyciągnęłam rękę. –Chcę zobaczyć.

Na mojej otwartej dłoni położył wisiorek w kształcie serca. Wlepiłam w niego spojrzenie i uśmiechnęłam się do błyskotki. Max znał mnie lepiej, niż ktokolwiek inny i dobrze wiedział, co mi się podoba.

— Powinienem dać ci go od razu — Mój chłopak chrząknął, przyciągając moją uwagę– ale zastanawiałem się czy na niego zasłużyłaś.

Udałam obrażoną, bo dobrze wiedziałam, że żartował. Mój mężczyzna miał specyficzne poczucie humoru.

— Jest piękny — zakręciłam łańcuszkiem, wprowadzając zawieszkę w drżenie. Coś wewnątrz niej zagrzechotało. Przystawiłam ją do ucha i potrząsnęłam nią. Posłałam Maxowi podejrzliwe spojrzenie.

— Otwórz ją — polecił mi.

Znalazłam otwarcie i patrząc mężczyźnie w oczy, uchyliłam zawieszkę. Oczy urosły mi do wielkości spodków. W środku znajdował się pierścionek z kamieniem.

— Max…

Mężczyzna podniósł się ze swojego miejsca i podchodząc do mnie uklęknął przede mną na jedno kolano. Po restauracji rozszedł się szum i nagle znaleźliśmy się w centrum zainteresowania wszystkich.

— Od dłuższego czasu szukałem odpowiedniego momentu i doszedłem do wniosku, że w zasadzie każdy jest właściwy. Nie chcę żyć bez ciebie. Nie chcę byś pewnego dnia znudziła się czekaniem na mnie i po prostu odeszła do kogoś innego. Melody Harper, czy zechciałabyś za mnie wyjść? Nie obiecuję ci, że…

— Tak! — Krzyknęłam, wstając ze swojego miejsca — wyszłabym nawet gdybyś nie zapytał tylko od razu ustalił datę ślubu. Kocham cię.


Gdy wspomnienie dobiegło końca, nie mogłam się uspokoić. To było dziwne. Jakbym oglądała film o sobie samej. Drążcymi dłońmi zakręciłam wodę i owijając się szczelnie ręcznikiem, wyszłam spod prysznica. Gdy wychodziłam z łazienki, woda skapywała z moich włosów, tworząc za mną mokre ślady.

— Max! — Zawołałam, stając przy łóżku.

Opierając się plecami o kilka poduszek, pracował nad czymś z laptopem na kolanach. Posłał mi pytające spojrzenie.

— Gdzie jest serce i pierścionek?

Przestał uderzać w klawiaturę, Chrząknął wymownie.

— Chodzi ci o to serce i pierścionek, którymi we mnie rzuciłaś?

Przewróciłam oczami. Czy on musiał być taki szczegółowy? Poprawiłam ręcznik, który zaczynał ze mnie spadać. Dostrzegłam cień uśmiechu na przystojnej twarzy.

— Dałeś mi je, gdy się oświadczałeś. — Przypomniałam mu. — Gdzie są?

Zamknął laptopa, odłożył go na bok i usiadł po turecku.

— Są w szufladzie z bielizną. Miałem zamiar schować je do pudełka, ale… — Przerwał w połowie zdania. — Chwila, czy ty sobie coś właśnie przypomniałaś?

— Na to wygląda — odparłam. — To chyba dobrze.

— Nawet bardzo.

Podchodząc do komody stojącej pod ścianą, czułam na sobie wzrok Maxa. Dosłownie nie spuszczał ze mnie oczu. Odsunęłam drugą od góry szufladę i wyciągnęłam z niej pudełeczko. Wyglądało dokładnie tak, jak w moim wspomnieniu. Czarne, liśniące i aksamitnie gładkie. Trzymając je w dłoni, obróciłam się w stronę mężczyzny.

— Zapniesz mi łańcuszek?

— Zapnę, ale najpierw załóż coś na siebie — machnął dłonią w stronę zsuwającego się ze mnie ręcznika. — Najlepiej coś, co nie będzie pobudzało mojej wyobraźni, chyba że chcesz…

— Chyba że co chcę? — Odparłam prowokującym głosem. — Iść z tobą do łóżka?

Ręcznik spadł ze mnie. Stałam teraz przed nim naga.

Widziałam sposób, w jaki przełknął ślinę. Przesunął wzrokiem po moim nagim ciele i poprawił się na łóżku. Nie czułam się źle z tym, że go prowokowałam. Wręcz przeciwnie. Było mi bardzo dobrze. Kołysząc biodrami, podeszłam bliżej. No dalej, Max. Teraz twoja kolej.

— Dość tego!

Poderwał się z łóżka i łapiąc mnie za rękę, przyciągnął bliżej. Przytrzymując się jego ramion, plecami wylądowałam na miękkim materacu. Max od razu znalazł się nade mną. Chwycił mnie za nadgarstki i przycisnął je do pościeli.

— I co teraz? — Pochylił głowę, przysuwając swoją twarz do mojej.

Wysunęłam czubek języka i oblizałam dolną wargę. Na nagim udzie poczułam twardą męskość, która próbowała przebić się przez bokserki. Rozchyliłam lekko uda, pozwalając na to by wsunął się między nie. Puszczając moje nadgarstki, jednym szarpnięciem Max ściągnał z siebie bokserki i jednym pchnięciem znalazł się we mnie, wypełniając mnie sobą. To było tak nieoczekiwane, że wciągnęłam głęboko powietrze. Spragniony poruszał się we mnie szybko, dobiając do końca. Oplotłam go nogami w tali. Dłonie położyłam na plecach i wbijając w nie paznokcie, poddałam się temu uczuciu. Doskonały sposób na uczczenie powrotu wspomnień.

Po wszystkim leżałam wtulona w ramiona Maxa z głową opartą na jego klatce piersiowej. Dźwięk bijącego serca, działał na mnie uspokajająco. Opuszkami palców wodziłam po tatuażu ze swoją podobizną. Tylko ktoś bardzo zakochany tatuował sobie twarz ukochanej osoby.

— To chyba nie zdarza się zbyt często. — Powiedziałam bardziej sama do siebie, niż do niego.

— To znaczy co? — Podłapał temat.

— Mówię o tatuażu — westchnęłam ciężko. — Zostanie z tobą na zawsze.

— Wiem.

— Usunięcie go będzie trudne.

— Nie planuję go usuwać.

— A ja czemu nie mam żadnego tatuażu? Nie chciałam ich?

— Chciałaś, ale się nie zgodziłem. Masz zbyt piękne ciało, żeby je ozdabiać w ten sposób.

Uniosłam się na łokciu i spojrzałam mężczyźnie w oczy. Nagle coś sobie uzmysłowiłam.

— Dlaczego nie nosisz obrączki?

Uniósł prawą rękę i spojrzał na swój serdeczny palec. Następnie zacisnął dłoń w pięść i powoli opuścił ją na pościel.

— Gdy postanowiłaś ode mnie odejść, świat zawalił mi się na głowę. Zastanawiałem się, gdzie popełniliśmy błąd. W którym momencie zapomnieliśmy o łączących nas uczuciach. Jakaś część mnie miała nadzieję, że wkrótce pójdziesz po rozum do głowy i wrócisz. Czekałem na to bardzo długo, jednak ty miałaś inne plany. Pewnego dnia zakomunikowałaś, że chcesz rozwodu. — Max wziął głębszy wdech. — Byliśmy małżeństwem dopiero rok, a ty postanowiłaś postawić nasze życie na głowie. Takie zakończenie nie mieściło się w żadnym z najczarniejszych scenariuszy, jakie przewijały się przez mój umysł. Wkurwiony wsiadłem w samochód i pojechałem tam, gdzie zabrałem cię, jak mieszkałaś u Alice. Po drodze kupiłem butelkę wódki, żeby przetrawić twoją decyzję. Pod koniec butelki byłem już tak pijany, że ledwo stałem na nogach, ale żal i złość nie ustępowały. Wtedy wyrzuciłem obrączkę do wody i jeśli jakaś ryba jej nie połknęła, leży na dnie jeziora.

To był kolejny powód, dla którego powinnam odnaleźć tamtego chłopaka. Przecież to przez niego postanowiłam zniszczyć sobie i Maxowi życie.

— Ale finalnie nie wzięliśmy rozwodu — powiedziałam — wciąż jesteśmy małżeństwem.

Max odsunął się ode mnie i usiadł na łóżku. Posłał mi obolałe spojrzenie.

— Nie wzięliśmy go, bo w dniu rozprawy zniknęłaś. Umówiliśmy się, że przyjedziesz do domu i razem pojedziemy do sądu, ale się nie pojawiłaś. Na początku myślałem, że on po prostu się tobą znudził i nie wiesz, jak to odkręcić, żeby wyjść z tej sytuacji z twarzą. Ale potem zadzwoniłem do Alice i ona powiedziała, że wyjechałaś od niej ponad dwie godziny wcześniej. Wtedy zapaliła się w moim umyśle czerwona lampka.

Uniosłam brwi. Coś tu było nie tak. Gdzie się podziewałam przez te dwie godziny? Poczułam, jak włosy na rękach stają dęba. Kto jeszcze był zamieszany w moje zniknięcie?

— Nie mieszkałam w wynajmowanym mieszkaniu?

— Kto ci powiedział, że tam mieszkałaś? — Max był zaskoczony moim pytaniem. — Nigdy, nawet po rozwodzie, nie dopuściłbym do tego, byś mieszkała tam, gdzie umieszczałaś dzieciaki z fundacji. Przeprowadziłaś się do Alice.

Morgenstern mówiła coś innego. Jedno z nich kłamało. Ściągnęłam brwi, bo Morgenstern podczas rozmowy nawet słowem nie wspomniała, że zniknęłam dokładnie wtedy, gdy na dobre miałam się rozstać z Maxem. A przecież musiała wiedzieć o tym, że moje zniknięcie zbiegło się ze sprawą rozwodową.

— A co z fundacją? — Przełknęłam gorzką pigułkę. — Po moim zniknięciu zamknąłeś ją?

— Nie — odparł spokojnie. — Jedyną osobą, która może ją zamknąć jesteś ty.

Wstał z łóżka i podał mi rękę. Bez wahania, złapałam ją.

— Chodź ze mną — wymruczał. — Tylko tym razem naprawdę załóż coś na siebie. Morgenstern jeszcze nie śpi i ktoś z ochrony może kręcić się po domu.

Max prowadził mnie za rękę po korytarzu aż doszliśmy do schodów. Po cichu zeszliśmy po nich i poszliśmy prosto do gabinetu. Przez całą drogę Max nie odezwał się ani słowem, ja za to byłam coraz bardziej ciekawa po co tam szliśmy. Po wejściu do gabinetu, zamknął drzwi na klucz a następnie włączył radio. Niezbyt głośno, ale na tyle by ktoś stojący pod drzwiami nie mógł usłyszeć o czym rozmawiamy. Spojrzałam na niego pytająco.

Położył palec na ustach i pochylił się w moją stronę.

— Raz przyłapałem Morgenstern na podsłuchiwaniu — wytłumaczył. — Jest dobrym pracownikiem, ale nie musi wiedzieć o wszystkim, co dzieje się w tym domu.

Dlaczego to wszystko było tak skomplikowane? Przecież nie robiliśmy niczego złego. Byliśmy w swoim domu.

— Rozumiem — skłamałam gładko. — Co tu robimy?

— Chcę ci coś pokazać.

Patrzyłam, jak podchodzi do biurka. Otwiera jedną z szuflad i wyciąga dokumenty, a następnie je rozkłada. Kiedy gestem dłoni dał znak, podeszłam bliżej. Chwilę mi zajęło, zanim zorientowałam się na co patrzę. To były plany.

— Zamierzałem wybudować kilka wielomieszkaniowych budynków — pochylił się nad kartkami. — Chciałem, żeby ci opuszczający fundację nie musieli szukać mieszkań. Każdy z nich dostałby przydział. Oczywiście po spełnieniu kilku warunków.

— A domy?

— Jakie domy? — pstryknął palcami. — Nic nie mów. Morgenstern. Mówiłem, że lubi podsłuchiwać, tylko nie zawsze jej się to udaje.

Poczułam się skołowana. Dokładnie tak samo, jak pierwszego dnia po otworzeniu oczu i dowiedzeniu się, że straciłam pamięć. Wokół było pełno niejasności. Wciągnęłam powietrze i powoli je wypuściłam. Zrobiło mi się słabo i niedobrze.

— Max, chcę wrócić do sypialni — powiedziałam — źle się poczułam.

Pośpiesznie zebrał dokumenty i schował je do tej samej szuflady, z której je wyciągnął. Tuż po tym, jak opuściliśmy gabinet, przekręcił klucz w zamku i schował go do kieszeni spodni.

— Dlaczego zamykasz drzwi na klucz? — To pytanie nie dawało mi spokoju i musiałam je zadać.

— Tylko na noc. Za dużo informacji, które mogłyby wpaść w niepowołane ręce.

Jeśli temu wierzyć, to rzeczywiście miało to sens. Jako biznesmen z pewnością trzymał w gabinecie wiele cennych dokumentów. Wzięłam Maxa za rękę i poszliśmy w stronę naszej sypialni. Będąc u szczytu schodów, wpadliśmy na Morgenstern.

— Jeszcze nie śpicie? — Zapytała wesołym tonem, zatrzymując spojrzenie na mnie.

— Właśnie idziemy — Max objął mnie w pasie. — Dobranoc Betty.

— Widzę, że pogodziliście się.

Jednym stanowczym gestem Max przesunął mnie za swoje plecy. Ta spoufałość ze strony gosposi wzbudziła we mnie nagle czujność.

— Tobie też radzę iść spać.

— Tak, idę — ściągnęła brwi jakby o czymś intensywnie myślała. — Robiłam jeszcze obchód po domu.

— Obchód? — Max wyprostował plecy. — Mamy ochronę, zapomniałaś? To ona jest od tego a nie ty.

— Wiem, ale…

— Żadnego ale — Max wszedł jej w zdanie. — Nie jesteś zatrudniona do pilnowania. Jasne?

— Tak, dobranoc.

Pośpiesznie zeszła po schodach i skierowała się w stronę swojego pokoju, który znajdował się tuż przy kuchni. Oboje z Maxem odprowadziliśmy ją wzrokiem. Gdy zniknęła nam z pola widzenia, poszliśmy do swojego pokoju.

— Czasami nie rozumiem zachowań Morgenstern — Max ściągnął z siebie spodnie. — Nie potrafię jej rozgryźć.

Będzie lepiej, jeśli zacznę na nią uważać. Westchnęłam z rezygnacją.

Rano obudziłam się sama. Na poduszce obok, leżała jedynie kartka. Zaspana wzięłam ją do ręki.

Musiałem wyjść.

Interesy mnie wezwały.

Wrócę niedługo.

Max.


Ziewając, zmięłam kawałem papieru w dłoni. Wciąż niewiele wiedziałam o tych całych interesach i coraz bardziej byłam ich ciekawa. Wstając z łóżka spojrzałam na zegarek stojący na szafce nocnej. Dochodziła siódma rano. O której w takim razie wyszedł Max? Przeciągnęłam się. Wstałam z łóżka i poszłam do łazienki, gdzie wczoraj wieczorem zostawiłam swój dres. Nie czułam potrzeby każdego dnia ubierania na siebie czegoś nowego, skoro i tak kolejny dzień miałam przesiedzieć w domu. Po szybkiej porannej toalecie, miałam wyjść z sypialni i pójść do kuchni na śniadanie, ale zatrzymałam się przy lustrze, które wisiało nad toaletką. Przygładziłam dłonią swoje długie blond włosy. Krytycznym wzorkiem oceniłam bladą cerę i podkrążone oczy. Obrzuciłam wzrokiem ustawione na blacie kosmetyki. Z pewnością należały do mnie. Wzięłam do ręki jeden z kremów. Może to był ten czas, żeby zacząć robić z nich użytek? Odłożyłam kosmetyk, który trzymałam w ręce na swoje miejsce.

Rozdział ósmy

Po zrobieniu makijażu, poczułam się nieco lepiej. Niby wciąż wyglądałam tak samo, a jakby lepiej. I to była kolejna rzecz, która zaskoczyła mnie na przestrzeni kilku tygodni. Umysł nie pamiętał czy lubiłam się malować, ale dłonie wiedziały, co robią. Odsunęłam jedną z szuflad znajdujących się przy toaletce. Wewnątrz były nożyczki. Sięgnęłam po nie i obracając je w dłoniach, westchnęłam. Raz kozie śmierć. Albo teraz, albo nigdy. Patrząc w lustro, zaczęłam obcinać włosy. Kiedy zaczęły sięgać do kości policzkowej, odłożyłam nożyczki. Zadowolona z uzyskanego efektu uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Teraz jedyne co bym w nich zmieniła, to kolor. Blond nie pasował do mnie. Melody sprzed utraty pamięci na każdym ze zdjęć była blondynką, ale ja już nie chciałam nią być.

— Melody?

Na dźwięk głosu Maxa podskoczyłam do góry. Byłam tak bardzo zajęta sobą, że nawet nie usłyszałam, jak wchodzi do sypialni. — Co ty do cholery wyprawiasz?

Wzruszyłam ramionami i odwróciłam się w jego stronę. Liczyłam na to, że zaraz usłyszę jakiś komplement.

— Podoba ci się? Obcięłam włosy. I tak były za długie.

— Za długie? — powtórzył z jękiem. — Dziewczyno, zapuszczałaś je miesiącami. Wydałaś fortunę na różnego rodzaju odżywki, żeby wyglądały tak, jak — ręką omiótł podłogę i moją głowę. — Nie ważne zresztą, ale dlaczego to zrobiłaś?

Wzruszyłam ramionami. To był impuls i musiałam iść za głosem serca.

— Chciałam na dobre zerwać z przeszłością — wyjaśniłam. — Lepiej powiedz czy ci się podobam w takiej wersji.

Posłał mi zrezygnowane spojrzenie. Następnie wyciągnął telefon z kieszeni i wybrał czyjś numer.

— Dzwonię do twojego fryzjera. — Powiedział. — Może uda mu się uratować w jakiś magiczny sposób to, co zostało na twojej głowie.

No jasne. Mogłam się w sumie sama tego domyślić. Wokół mnie skakał sztab wykwalifikowanych ludzi i robili wszystko, bym sama nie musiała brudzić sobie rąk. Idealne życie w idealnie złotej klatce.

Max po krótkiej rozmowie telefonicznej, oznajmił mi, że wyjeżdżamy. Droga nie była długa, ale dla mnie i tak ciągnęła się w nieskończoność. Po wyjściu z samochodu rozejrzałam się po okolicy. Wszędzie były sklepy. Miałam ochotę wejść do każdego z nich, ale Max ujmując mnie pod ramię, skutecznie mi to uniemożliwił i podprowadził pod salon fryzjerski.

— Idź — powiedział. — On już na ciebie czeka.

Podeszłam do drzwi i popychając je lekko, weszłam do środka. Niemal natychmiast zostałam przywitana przez mężczyznę w czarnym fartuchu, który na mój widok zareagował niemal łzami.

— Tak się cieszę, że nic ci nie jest — wziął z obrzydzeniem pasemko moich włosów w palce. — Gorzej z nimi, ale już ja coś wymyślę.

Gdyby chociaż się przedstawił, byłoby mi łatwiej z nim rozmawiać. Jakaś część mnie cieszyła się, że Max zabrał mnie do miejsca, gdzie wcześniej kogoś znałam. To spotkanie mogło okazać się pomocne przy odzyskiwaniu pamięci.

— Powiesz mi, jak masz na imię? — Zapytałam, nieśmiało zerkając na mężczyznę. — Wybacz, ale nic nie pamiętam.

— O mój Boże! Przepraszam! — Przystawił teatralnie ręce do twarzy. — Chuan.

— A więc Chuan, jesteś coś w stanie jeszcze z nimi zrobić?

— Seksowny Bob — posłał mi uśmiech. — Tył krótszy, przód dłuższy. Będzie ci do twarzy.

Jeśli chodziło o mnie, to mógł użyć nawet maszynki do golenia. Dla mnie najważniejsze było to, żebym przestała być blondynką.

— A kolor?

— Kiedyś przymierzałaś czarną perukę — odparł, odsuwając przede mną fotel, żebym na nim usiadła. — I nawet później próbowałem przekonać cię do farbowania włosów, ale nie chciałaś słuchać. Mówiłaś, że farba niszczy włosy. Cóż, to może teraz dasz się namówić na czarny?

To był dobry pomysł. Skinęłam głową, po czym oparłam ją o zagłówek i przymknęłam oczy. Już się nie mogłam doczekać, aż zobaczę w lustrze coś innego, niż jasne włosy.

Dwie godziny później, było po wszystkim. Powoli zaczynałam rozumieć, dlaczego Max postanowił mnie tu przywieźć. Oddał mnie w prawdopodobnie w najlepsze ręce, jakie mogłam trafić. Opuszkami palców przejechałam po włosach. Idealnie proste, lśniące i czarne.

— Nic więcej z nich już nie wycisnę. — Spojrzałam oczarowana na mężczyznę.

Nic więcej od niego nie chciałam. Właśnie dał nowe życie moim włosom, a przy okazji również mi.

— Dziękuję. — Szepnęłam z wdzięcznością.

— I błagam — złożył ręce, jak do modlitwy. — Nic więcej sama z nimi nie rób. Jeden telefon i jestem do twojej dyspozycji.

— W porządku. — Mruknęłam, wciąż nie mogąc napatrzeć się na swoje odbicie w lustrze.

Chuan pomógł mi ściągnąć ochronną pelerynę, którą wcześniej mi nałożył. Następnie wstałam z fotela i chciałam go poprosić, żeby zadzwonił do Maxa, ale wyprzedził mnie swoim wyznaniem.

— Ta dziewczyna, którą mi podesłałaś od jutra zaczyna dla mnie pracę.

— Dziewczyna? — Przechyliłam głowę w bok. — Wybacz, ale…

— No tak, to ja przepraszam — machnął ręką jakby odpędzał muchę. — Chodzi mi o dziewczynę z fundacji. Bardzo jej pomogłaś. Wyciągnęłaś nie tylko z życiowego zakrętu, ale pozwoliłaś uwierzyć, że jest coś warta. Walczyłaś jak lwica, żebym dał jej szansę. Powinnaś być z siebie dumna.

To było bardzo interesujące. Więc udało mi się zrobić coś dobrego, a ta fundacja przydała się do czegoś więcej, niż tylko rozbicia własnego małżeństwa.

— Wiesz o niej coś więcej? — Zapytałam.

— A dlaczego pytasz?

— No wiesz — wzruszyłam ramionami. — W moim obecnym stanie każda informacja jest na wage złota. Chciałabym ją poznać. Może to pomoże mi szybciej odzyskać pamięć?

— Poczekaj.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 39.38
drukowana A5
za 53.74