E-book
16.38
drukowana A5
41.72
Mekkin

Bezpłatny fragment - Mekkin

W drodze do Zsyłacza


Objętość:
284 str.
ISBN:
978-83-65236-65-4
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 41.72

Prolog

Czy zdarzyło się wam być w sytuacji bez wyjścia? Ale mówię tak serio, bez wyjścia, gdzie każda podjęta decyzja prowadziła was w jeszcze większe bagno a wy ugrzęźliście w tym gównie po szyję?

Bagno, tak to właściwe porównanie, im więcej robisz tym gorzej na tym wychodzisz. I kurwa, że też akurat teraz muszę być „tak” mądra by to widzieć, nie mogłam użyć mózgu wcześniej?

Nie no przecież, że nie. Kto by go używał skoro w szkołach klepie się tylko regułki a nie ich zastosowanie…

Wybaczcie język oraz nastawienie ale nie spodziewajcie się po mnie niczego innego, nie teraz gdy beznadziejność mojej sytuacji zaczyna mnie przygniatać

Na obronę mogę dodać, że kiedyś taka nie byłam.

Kiedy byłam dzieckiem lubiłam patrzeć w gwiazdy. Były takie piękne, czyste… A na tle ciemnego nieba otaczała je aura tajemniczości. Sądziłam wówczas, że tylko księżyc zna ich historię.

Później nieoczekiwanie przyszedł „bum kosmiczny” i nagle niemal wszystkie bogatsze państwa zaczęły wysyłać w kosmos rakiety. Po paru latach to nawet najbogatsi ludzie mogli zafundować sobie taką wycieczkę (bo to niemal arystokracja przecież) i nikt nawet się nie spodziewał, że po dekadzie ludzie z sukcesem założą kolonie na Merkurym — zonk, nie? Kto by pomyślał o Merkurym, gdzie Słońce spala wszystko co napotka. Możliwe to było dzięki wiecznie zaciemnionym kraterom gdzie znajdował się lód oraz woda.

Pierwsza osada na nowej planecie była naszym wspólnym osiągnięciem. Zjednoczyliśmy się pod niemal wszystkimi względami. Nie było już więcej aż tak widocznych podziałów na państwa czy rasy. Wybraliśmy jeden oficjalny język, jedną walutę, jedną możliwą dla nas nazwę… Ziemia.

Następne etapy kolonizacji zaczęły się niemal błyskawicznie. Po czterech latach całkowicie opanowaliśmy i przystosowaliśmy sobie Merkurego i było całkiem spoko, aż do momentu, typowego z resztą dla naszej ludzkiej mentalności — chcieliśmy WIĘCEJ. Niby działaliśmy razem, ale wkroczyła polityka i system zaczął podupadać. Dalej do kolejnych projektów wybierano najinteligentniejszych naukowców i inżynierów z całej ziemskiej populacji, ale później mieli oni do wyboru parę różnych programów do badań. Przestaliśmy się zgadzać co do następnego kroku w naszej ekspansji. Każdy proponował inną wizję, każdy chciał zacząć gdzieś indziej…

Straciliśmy naszą jedność głosu i to w niecałe dwadzieścia lat od tak wielkiego sukcesu. Ludzie żyjący na Merkurym zaczęli się odcinać od Ziemi. Byli samowystarczalni i to właśnie wtedy wkraczało w dorosłość ich kolejne pokolenie. Nie dziwie się im. Żyli sobie powoli, bez tego wewnętrznego przymusu, aby uczynić kolejny krok w kosmos. Byli osadnikami bez żadnych zobowiązań. Bez podatku, rządu czy nawet religii. Byli wolni.

Też mogłam tak żyć, wybrać spokojne lenistwo i kosić niebieską trawę… Mogłam udawać, że całe to zamieszanie wokół kosmosu wcale mnie nie interesuje… Mogłam, ale nie chciałam. Wolałam być w centrum tego chaosu i móc decydować (mniej lub bardziej) o następnym kroku ludzkości. To było coś wspaniałego. Władza jest straszną siłą, mówię wam. Potrafi niszczyć i tworzyć w ciągu jednej sekundy. Zapewne dlatego jest taka pociągająca i tyle osób o nią zabiega.

Ja nie byłam lepsza, chciałam mieć wpływy, pragnęłam by ludzie mnie rozpoznawali i niemal ze strachem w oczach podziwiali. Wówczas nie przeszkadzało mi w ogóle, że byłam tylko pionkiem w grze. Dla większości ludzkości miałam stać się symbolem nowej ery a znajomi ze szkół czy otoczenia mieli poczuć się gorsi! Bo nagle ta niepozorna dziewczyna, typowy kujon w okularach na pół twarzy, znaczy tak wiele. Chciałam widzieć i napawać się ich beznadziejnością, wiedzą że są nikim. To ja mogę mieć wpływ na świat, w końcu jestem od nich lepsza, myślałam wówczas.

Któż z was by tego nie pragnął?

Nie oni, ale właśnie JA. I to było takie cudowne.

Teraz, z upływem czasu widzę, jak to z resztą zwykle bywa, że to ja przegrałam życie…


Gwiazdy na tym samym niebie nie świecą już tak samo, od kiedy poznałam ich historię osobiście…

Planeta Mokkirh, Rok 2234

Minął już rok, od kiedy się tu znalazłam… Znowu nadchodził okres godów. Można było go wyczuć w powietrzu, które stało się ciężkie i niemal lepkie od hormonów. Znowu będzie niebezpiecznie, rozmyślałam siedząc po turecku na brunatnej skale. Wzrokiem ogarniałam niemal niekończący się pustynny obszar. Wszędzie był rozgrzany, ciemnobordowy piach i kamienie. Mało roślin, a miejsc z wodą prawie żadnych, że też nie mogłam wylądować na jakiejś zielonej planecie? Z olbrzymią ilością świeżych owoców i bez żadnych potworów czyhających na ciebie jak pułapka na mysz? Spośród tylu planet w kosmosie, ja musiałam trafić właśnie TU, i teraz mi kurwa powiedzcie, że nie mam pecha!

Kiedyś powiedziano mi, że wszystko co się dzieje na tej planecie zależne jest od Ino I, jedno z dwóch słońc planety. Jak chociażby gody, jeśli Ino I schowa się za Ino II, to planeta się ochładza i wszystkie stworzenia skrywające się na co dzień w niekończącym piasku wypełzają na powierzchnię by kopulować. To jest ich czas i niech was ręka Boska broni, by być na otwartej przestrzeni razem z nimi.

Jest ich parę rodzajów, czy jak wolicie odmian, ale wszelkie to plugastwo to jeden i ten sam gatunek, który ewoluował w tysiącach różnych kombinacjach. Niestety zazwyczaj są duże i okropnie śmierdzą. Budową ciała przypominają węże — oczywiście jakżeby inaczej skoro brzydzę się właśnie ich — ale głowa to za to jedna, wielka, obrzydliwa paszcza ze sterczącymi zębami na około otworu. Nie mają oczu czy nosa, przynajmniej to zaobserwowałam będąc w ukryciu, więc jak się odnajdują by kopulować? Nie wiem i z chęcią dałabym nogę z tej planety, aby tylko ponownie nie być świadkiem tej masakry.

Okres godów trwa proporcjonalnie krótko, może dwa dni, ale za to okres PO prawie tydzień. Tydzień walk między sobą, choć nikt nawet nie wie o co. Atakują siebie nawzajem co jest dla mnie nielogiczne. Może bym zrozumiała gdyby były powodowane głodem, ale one nawet nie zjadają ciał ofiar. Ot tak się mordują bez celu. Może chodzi o dominację? Nie wiem. Wiem, że cudem przeżyłam ich ostatnie ekscesy i właśnie teraz, umieram ze strachu, co będzie tym razem.

Niby mam schronienie w jednej z ciasnych wnęk jaskini, którą zamykam potężnym kamieniem, a u spodu w głównej grocie śpi zakopany w piachu mega wąż, więc powinnam czuć się bezpieczniej niż poprzednio ale… rok temu miałam broń do samoobrony, teraz nie mam nic poza owym „ochroniarzem”, rozmyślałam siedząc w tym samym miejscu, czekając już chyba tylko na cud.

Gdybym chociaż jeszcze trochę wierzyła w Boga, to pewnie bym się do niego właśnie rzewnie modliła, ale skoro moja wiara ulotniła się już tak dawno temu, to musiałam liczyć wyłącznie na siebie.

To było na niecały tydzień przed godami.


Właśnie wróciłam do groty, skończywszy szczęśliwie swój taniec dla węża. Tak właśnie — taniec. Mój ochroniarz zawsze budził się ze snu, kiedy tylko coś poruszyło się w jaskini, niczym swoisty alarm.

A jak odkryłam na niego sposób? Za pierwszym razem wiedząc, że zaraz mnie zabije zaczęłam tańczyć w podobny sposób, jak gościu grający wężowi na flecie. Wiem, za banalne by było prawdą, ale co innego byście zrobili, gdybyście ledwo trzymali się na nogach zupełnie niezdolni do ucieczki i nie mieli ze sobą absolutnie żadnej broni? Nie wiem czy jeszcze pamiętacie takie sytuacje, ale chodzi głównie o hipnozę i o uśpienie węża. Wyobraźcie sobie teraz moją reakcję, kiedy zobaczyłam, że mój koślawy taniec przynosi jakiś skutek? Byłam wówczas już taka zmęczona, iż dałam tylko radę wdrapać się nieco wyżej na pobliskie skały i zasnęłam. Po paru dniach, przerażona nie na żarty, postanowiłam opuścić moje schronienie i oczywiście wybudziłam ochroniarza. Po ponownym tańcu zrozumiałam dokładnie co i jak powinnam robić. W taki oto sposób zamieszkałam razem z potworem.

Ułożyłam we wnęce na kamieniach zebrane wcześniej rośliny i z zadowoleniem stwierdziłam, że mam ich już całkiem sporo, miały mi wystarczyć podczas godów, abym nie wychodziła z jaskini tylko przeczekała niebezpieczny czas. Wówczas usłyszałam, jak mój ochroniarz wypełza na powierzchnię, robiąc te same groźne odgłosy, kiedy ja wchodzę bądź wychodzę z jaskini. A to mogło oznaczać tylko jedno, mieliśmy gościa! Bez najmniejszego dźwięku doczołgałam się do wejścia mojej wnęki by się zorientować o co chodzi. Mym oczom ukazał się tak bardzo znienawidzony obraz — WOJOWNIK!

Na moment serce przestało mi bić ze złości. W dodatku wyglądało na to, że zamierza zabić mi węża!

Mając mieszane uczucia do obu stron zdecydowałam się jednak nie ingerować w całe to zajście i po prostu przyjąć wynik walki jakim będzie. Może będzie z korzyścią dla mnie? Z takim postanowieniem wyciągnęłam kamień uwierający mnie w bok i ułożyłam się wygodniej.

Wszystko rozegrało się dosyć szybko. W pewnym momencie wąż zaatakował wojownika kolczastym ogonem robiąc mu poważna ranę na ramieniu. Ten zatoczył się z wyrazem bólu na twarzy i opadł na kamień. Był ledwo co przytomny, a mój ochroniarz zbliżał się nieubłaganie. Kiedy był już w odległości ostatecznego ataku, podniósł się w górę jak to zazwyczaj czynią węże. Czerwone kolce na grzbiecie uniosły się, a paszcza otworzyła. Siarczysto-żółta ślina zaczęła kapać na podłoże, wdzierając się w nie jak prawdziwy kwas. Do tego jeszcze ten warczący dźwięk wydobywający się z jego wnętrza. Zawsze, kiedy go słyszałam, pojawiała mi się między łopatkami gęsia skórka.

Już miał paść decydujący cios, kiedy wojownik minimalnie się poruszył i promień białego światła przeciął węża na pół. Niestety, ale znałam tę broń. Mały, metalowy trójząb jest niezawodny. Poręczny, łatwo się rozkłada i szybko ładuje. Niestety równie szybko ulega zniszczeniu, czego właśnie byłam świadkiem… Obok martwego węża wylądowała również przełamana broń.

Wojownik nie poruszył się nawet o milimetr, jakby niewzruszony zwycięstwem. Leżał z zamkniętymi oczami, oparty bokiem o skały. Każdy mógłby pomyśleć, że umarł od ciosu, ale nie ja. Ja wiedziałam, że żyje, ledwo bo ledwo, ale jednak.

I teraz co? Jak ja mogłam nie przeanalizować takiego zakończenia tylko z góry założyłam, że wąż go pokona, a ja przejmę pozostawioną broń? Jak ja mogłam być aż tak naiwna i wierzyć, że wąż da jemu radę? I co teraz mam zrobić? Bez ochroniarza, który miał zapewnić mi bezpieczeństwo podczas godów, bez broni by samej się ewentualnie obronić i w dodatku z wojownikiem u wyjścia z groty? Miałam przerąbane…

— Dlaczego się nie leczysz? — zapytałam go w myślach pozbawiona złudzeń co do mojej niedalekiej przyszłości.

Wojownicy zawsze, ale to zawsze napakowani są bronią i środkami leczniczymi a ten to po prostu nie miał nic. Jakiś trochę większy nóż i ten trójząb, a po za tym nic. Żadnych magnesów z energią, żadnych kul z ogniem, nawet brakowało mu laserów na prawym przedramieniu. W ogóle był jakby lekko „zapuszczony”. Czarny warkocz, którego wojownicy tak pielęgnują był cały poplątany, nierówny i chyba miał w sobie z pół planety. Zarost, który powinien być równo przystrzyżony, osiągnął miano brody chyba już z pięć lat temu, a jego zbroja była nią już raczej tylko z nazwy. Coś biedny był ten wojownik, pomyślałam i jak głupie ciele nawet przez sekundę się nie zastanowiłam dlaczego nie ma z nim nikogo innego. Wojownicy rzadko wyruszają gdziekolwiek w pojedynkę, a gdybym wtedy dodała fakty, wiedziałabym, że powinnam się trzymać od niego z daleka.

No cóż…


Następnego dnia, jeśli można nazywać dniem coś co nie ma końca, ani początku (a to ze względu na obecność dwóch słońc), obudziłam się przed wojownikiem. Ostrożnie zaczęłam odsuwać kamień blokujący i chyba właśnie ten hałas go obudził. Poruszył się gwałtownie, niepewnie rozglądając się dookoła. Czujnym spojrzeniem niemalże skandował wnętrze groty i tylko mój refleks uchronił mnie przed natychmiastową ekspozycją. Przylgnęłam płasko do nierównej skały i z daleka ciężko byłoby mnie zobaczyć, ale koniec końców nie wiedziałam, jak dobry ma wzrok i równie dobrze mógłby być ślepy jak kret.

W sumie to nie wiedziałam, czy mam się go bać czy nie. Jeśli tylko byłby sam na planecie, to nie stanowiłby aż tak wielkiego zagrożenia, ale jeśli poza nim, jest ktoś jeszcze, to wolałam udawać skałę do końca mych dni, choćby nie wiem co.

Szybko przeleciał po mnie wzrokiem i zakończył swe rozpoznanie terenu. Wstał podejrzanie lekko i zaczął wpatrywać się w niebo jakby szukał punktu odniesienia. W ogóle miałam wrażenie, że on idzie gdzieś w konkretnym celu. Ma jakiś plan i właśnie to mnie zainteresowało. Jak bardzo obawiałam się jego towarzyszy, tak bardzo pragnęłam wrócić do domu i to tylko mnie popchnęło by ruszyć się z miejsca. Tłumacząc sobie, iż zawsze mogę zawrócić, jeśli tylko poczuję zagrożenie, zaczęłam pospiesznie pakować zebrane pożywienie za pasek spodenek. Nim jednak zdecydowałam się wyjść z jaskini, ledwo co mogłam zobaczyć jego postać na horyzoncie. Był szybki, musiałam mu to przyznać.

Goniłam go tak bez odpoczynku przez wiele godzin, aż zobaczyłam jak wchodzi do jednej z jaskiń. Normalnie na milion procent zostałby zaatakowany przez przynajmniej jednego węża, ale nic takiego się nie stało. Nawet podczas naszej wędrówki nikt nas nie atakował, co było nie mniej zaskakujące. Może potwory zbierały po prostu siły na ostateczne starcie? Nie wiem i szczerze powiedziawszy wolałam nie wnikać, skoro dawały nam święty spokój.

Nawet z oddali mogłam dostrzec jak się wspina i kładzie na jednej z wyższych platform w jaskini. Z tej pozycji miał doskonały widok na wejście jak i całe jej wnętrze, a skoro wolał spać na kamieniach, to też był raczej niepewny co do węży. No cóż, mi nie pozostało nic innego jak znaleźć sobie schronienie w okolicy i pozostać czujną na jego osobę.

Skoro nie wie, że go śledzę to nie zawiadomi reszty by mnie zabrali. Chociaż tyle — pomyślałam kładąc się zmęczona na niewygodnym kamieniu.

Pamiętam, że nie mogłam spać tamtej nocy i ciągle się budziłam, może to był po prostu niepokój wywołany jego osobą, może to, że pierwszy raz od taaaaaak dawna spałam pod gołym niebem w otoczeniu, bądź co bądź, węży? Nie potrafię tego określić ale przespałem może za 2—3 godziny i zaczęłam rozmyślać o moim życiu przed wylotem w kosmos. Taka byłam wówczas szczęśliwa, a mimo to i tak chciałam więcej. Jak ja mogłam być aż tak pusta…

Moje użalanie się nad sobą trwałyby bez końca gdybym nie zobaczyła wojownika wychodzącego z jaskini. Stanął przed jej wejściem i ponownie przyglądał się gwiazdom. Zapatrzony obrócił się niemal w koło i poczułam odruch wymiotny. Te same wyrzeźbione mięśnie, tak samo pozbawiona włosów klatka piersiowa i te same świecące tatuaże. Jak ja ich wszystkich nienawidziłam! Złość aż kipiała mi we krwi, chciałam go zabić! Już, właśnie teraz i nieważne jak! Uhh…!

Zważając na to, iż mój atak gniewu nigdy nie pozostawał bez odzewu, musiałam ukryć się by mnie nie zauważył. Zawsze, kiedy adrenalina uderza mi do głowy i agresja próbuje wziąć górę, oczy mi się zmieniają. Stają się całkowicie czarne, a skóra jakby promieniała i nie ma na nią sposobu. Wokół mnie pojawia się bladoniebieska aura, a na twarzy pod lewym okiem, pojawia się również mały tatuaż, symbol niewolnika. Właściwie powinien być tam cały czas, ale moja skóra jakoś go kamufluje do czasu, aż się rozzłoszczę.

Wyobraźcie sobie minę osoby która mi go robiła, „właściciel” chciał oznaczyć swoją własność jak cielaka, a tu nagle po roku znak znikną. I co tu zrobić z takim zjawiskiem? Właścicielowi doradzano by zrobić mi kolejny tatuaż, ale się nie zgodził. Z czasem, jak sądzę, domyślił się części prawdy o mnie, a to tylko spotęgowało jego zachwyt…


Wojownik spoglądał na niebo jeszcze przez chwilę i skierował się w lewo, na skały. Wspinał się z wprawą i dosyć szybko, jakby zranione ramię w ogóle mu nie przeszkadzało. A mi nie pozostało nic innego jak trochę odczekać i ruszyć za nim.

Powietrze stawało się coraz chłodniejsze, poza tym wiał lekki wiatr, co na tej planecie nie zdarzało się nigdy. Pierwsze oznaki godów zaczęły się pojawiać.

I tak bez przerw na odpoczynek czy jedzenie. Czasem musieliśmy się wspinać, czasem szliśmy trochę marszem ale przez większość dnia on wolał biec. No cudownie wręcz, pomyślałam ciężko oddychając i wdrapując się na kolejne wzniesienie. Na szczęście, kiedy już czułam, że serce przestanie mi bić ze zmęczenia oraz złości, wojownik postanowił się zatrzymać. Ostrożnie podeszłam trochę bliżej i wychyliłam się zza fioletowych skał, gdzie ostatnio zniknął „mój” wojownik. Ku mojej największej trwodze, mym oczom ukazał się XITo2 albo 3, nieważne, prościej mówiąc — statek wojowników.

Przestraszyłam się nie na żarty, jeśli faktycznie wojownicy nim przylecieli, to byłoby ze mną tragicznie, gdyby się dowiedzieli o mojej obecności. Cała moja nadzieja na powrót do domu rozwiała się momentalnie. Oparłam się plecami o skały i osunęłam bezwolne na piach… Już nigdy nie zobaczę bliskich mi osób, nigdy nie poczuje zapachu świeżo skoszonej trawy czy nie zjem ukochanej czekolady z orzechami… Poczułam jak smutek ogarnia moją duszę i zaczęłam płakać jak dziecko. Niepohamowanie, mimowolnie i głośno. Już dawno tak nie płakałam, zawsze tłumiłam w sobie tego typu uczucia czy reakcje. Będąc w niewoli nauczyłam się jednego — nie okazuj co cię rani, ukrywaj swoje emocje. To była lekcja pożyteczna, ale niezwykle bolesna. Na dodatek długa, za długa…

Jej finał miał właśnie nastąpić, gdyż, jak sądziłam, nie było innej możliwości niż ta, by wojownik mnie usłyszał i zawołał resztę. Bez żadnego promyka nadziei, siedziałam bez ruchu czekając na cały ich orszak. A tu nic! Minęła nawet niezwykle długa chwila zanim się opanowałam i zdołałam wyjrzeć zza skał. Z ulgą stwierdziłam, że po wojowniku nie było ani śladu, ale też nie musiałam się długo zastanawiać, gdzie się podział. Szedł w dół wzgórza. Lekkim krokiem zbliżał się do statku i nagle ku mojemu największemu zdziwieniu, ze statku wyszła kobieta! Zwykła, ludzka kobieta. Z tej odległości nie mogłam rozpoznać znaczka kolonii przyszytego do munduru, ale pochodziła z Ziemi albo jednego z jej oddziałów. Jakaż ja byłam szczęśliwa tym niespodziewanym zwrotem akcji.

Wyglądała na ostrą, że tak powiem. Jej wysoką i wysportowaną sylwetkę ciasno opinał granatowy kombinezon. Pod prawym ramieniem miała przewieszony żółtawy, spleciony sznur, a pod nim lśniła jakaś blaszka. Do paska miała przypięte dwa różnej wielkości pistolety i coś niebieskiego, jakby zrolowaną chustę, ale równie dobrze mogło to być cokolwiek innego. Czerwone włosy gładko zaczesane do tyłu były widoczne z daleka, zapewne pod czapką z daszkiem znajdował się również mały, idealnie równy kucyk, ale trudno było ocenić z tej odległości. Twarz wydawała się raczej okrągła, chociaż może to przez okulary słoneczne, które miały właśnie taki kształt. Jasnoniebieski kolor ich szkieł przypomniał mi ten typ kobiet z Ziemi, zdeterminowane i nieugięte, ponadto zdecydowane na wszystko, by osiągnąć swój własny cel.

Zaraz po niej, wyszło czterech uzbrojonych mężczyzn. Byli tak różni od siebie, że ciężko było ich nazwać grupą. Wszyscy byli rośli i średnio umięśnieni, ale żeby któryś z nich był w wojsku albo chociażby przeszedł jakiś większy trening wojskowy, to szczerze w to wątpiłam. Może jeden z nich miał jakieś większe doświadczenie z bronią, zresztą szedł zaraz za kobietą, ale za to reszta wyglądała na mechaników, albo zwykłych zbieraczy, którzy akurat przypadkiem znaleźli broń. Wszyscy szli jednak w kierunku wojownika, który nawiasem mówiąc, nic sobie z tego nie robił, że zamiast jego ludzi pojawili się ziemianie. Mężczyźni podchodząc bliżej zaczęli w niego celować z karabinów laserowych, a kobieta niewzruszona szła przodem jakby była ich dowódcą.

Mimo wszystko było coś niepokojącego w ich zachowaniu, a nawet samym wyglądzie. Coś groźnego, ale ciężko mi zdefiniować dokładnie co. Może to był sposób w jaki szli? Zdecydowany, ale i nieprzewidywalny? Wydłużali kroki, a stopy stawiali jakoś mocniej. Nie wiem… Postanowiłam poczekać i zobaczyć co się wydarzy.

Grupa przystanęła równocześnie z wojownikiem pozostając w bezpiecznej odległości. Czyli nawet oni wiedzieli, że dla jednego wojownika taka mała grupka, to raczej żadne wyzwanie. Rozmawiali długo i początkowo wszyscy byli wyraźnie negatywnie nastawieni do siebie, ale później zapanowało ogólne ożywienie i nawet niektórzy się uśmiechnęli. Stałam się przez to jeszcze bardziej podejrzliwa, co do całego zajścia. Jeden z mężczyzn nawet podszedł do wojownika i poklepał go po ramieniu? O co tu chodzi? — pomyślałam. Jak mam to rozumieć? Czyżby to on ich wezwał? Ale jak? Musiałby mieć swój statek by to zrobić, a skoro ich wezwał to znaczy, że potrzebuje ich pomocy, dedukowałam skradając się powoli do małej wnęki w skale. Ale skąd on wiedział, że przylecą ziemianie? W sumie nie był jakoś specjalnie zaskoczony ich obecnością. Nie wolał by go odnaleźli wojownicy? — siadając w cieniu wnęki kontynuowałam swe rozmyślania, kiedy uderzyła mnie jasność sytuacji.

On nie chciał pomocy wojowników! Nadając sygnał s.o.s. nastawił częstotliwość typową dla Ziemian i właśnie dlatego to ICH się spodziewał. A skoro zrezygnował z pomocy braci to znaczy, że jest u nich niemile widziany. Stąd ten zaniedbany wygląd! On od dłuższego czasu jest poza planetą. Zapewne uciekł, a teraz się ukrywa. Tylko dlaczego wezwał Ziemian do pomocy? Mógłby spokojnie się tutaj chować do woli. A może wiedział o godach? Jeśli tak to żyliśmy razem na tej małej planecie przynajmniej rok!

Ta ostatnia myśl mnie zaniepokoiła. Straciłam swój komfort psychiczny. Co innego żyć na obcej planecie z uczuciem, że jest się kompletnie samej, a co innego z kimś kogo się nienawidzi, a w dodatku nawet nie zauważyło. Rozmiar moich przemyśleń oraz wysuniętych wniosków nie polepszył mi humoru.

Drżącymi dłońmi wyciągnęłam zza paska małą roślinę. Pierwszy raz od pobudki mogłam coś zjeść. Spojrzałam na nią przelotnie i pospiesznie włożyłam do ust. Oh, gdybyście tylko widzieli jak ona wyglądała, fuj po prostu. Jak stary na wpół wyschnięty fioletowo-bordowy glon, w dodatku lepki w dotyku z przyklejonym do liści piaskiem. Jak nie patrzyłam co jem to nie miałam problemu z przełykaniem, gdyż nieoczekiwanie smakował nawet nie tak źle, a poza tym miał dużo soków dzięki, którym zdołałam przetrwać tutaj tak długo.

Po posiłku zbudowałam ścianę by się całkowicie odgrodzić od otoczenia. Rozpaczliwie potrzebowałam snu, a patrząc na statek to i oni postanowili uczynić podobnie. Włazy statku zostały szczelnie zamknięte, czym się nie przejęłam ani trochę, gdyż rozstawione czujniki ruchu oznaczały jedno — dłuższy pobyt.

Nastawiałam swój magnes by po dokładnie trzech godzinach i dziesięciu minutach obudził mnie lekkim porażeniem. Czemu akurat tyle czasu sobie ustawiłam? Mózg człowieka działa etapami i by się wyłączył, odpoczął i na spokojnie zrestartował potrzeba mu minimum półtorej godziny. Tyle trwa cały cykl. Jeśli się go zaburzy człowiek budzi się osłupiały i ciężko mu podjąć jakiekolwiek działania, a z racji iż byłam zmęczona, postanowiłam sobie zafundować dwa takie cykle, oczywiście plus dziesięć minut na uspokojenie przed snem. Myślicie pewnie, że zwariowałam, ale będąc jeszcze na Ziemi czytałam raport z jakiś tam badań, który rzeczywiście udowodnił słuszność tej tezy. Ponadto sami wojownicy, którzy nie są aż tak różni od nas, śpią takimi turami. To jest po prostu w ich krwi. Można by się nawet z tego zaśmiać, śpią półtorej godziny potem otwierają jedno oko by ocenić sytuację oraz ewentualne zagrożenie i jeśli wszystko jest okej, to bach, druga tura snu. Poza tym, nie mogłam ryzykować pozostania na tej planecie. Musiałam jakoś dostać się na statek a i to wymagało czasu. Ułożyłam się najwygodniej jak mogłam i zamknęłam oczy. Sen przyszedł szybko choć nie był spokojny…

Oczekiwałam koszmaru, który nie opuszczał mych snów od dobrych paru lat. Jakby okres niewolnictwa, mimo iż już zakończony, wrósł we mnie i stał się całością, był częścią mojego ciała, którą mogłam poczuć fizycznie.

Jednakże tym razem we śnie musiałam zmierzyć się z czymś innym, a mianowicie z ogromnym i przerażającym Uhu-kiem, coś w rodzaju cyklopa jeśli nie wiecie. Z tym, że ten był przeogromny i w dodatku zbudowany z piasku, więc nijak nie mogłam go zabić. Próbowałam się przed nim schować w typowych ziemskich domach ale on je tylko rozwalał, jeden po drugim. Gdzie nie uciekłam, on już tam był i mnie szukał. Czułam jak ze strachu ruszam się na kamieniu swego prowizorycznego legowiska ale nie mogłam się wybudzić. Usiłowałam nawet krzyczeć przez sen ale nic nie pomagało.

Spróbujcie sobie to wyobrazić, jesteście w pustym, obcym dla siebie domu, jest ciemno, a wy zdyszani próbujecie znaleźć najlepsze możliwe schronienie. Wiecie, że on was szuka i nie spocznie aż was nie znajdzie i rozgniecie jak robaka, bo to właśnie z wami by zrobił. Wolno i z lubością by ściskał wasz tułów aż byście słyszeli dźwięk łamanych kości i pękających wnętrzności co wprawiało by go w nieziemską ekstazę. Potem, dokładnie kiedy ostatni promyk waszego nędznego życia by gasł, zostalibyście wypuszczeni z dłoni wprost do ciemnego, śmierdzącego gardła.

Teraz skoro już wiecie co wam zrobi, kiedy was znajdzie, gdzie byście się schowali? W pierwszym domu schowałam się w ubikacji, i nie wiedzieć w jaki sposób, odwróciłam wannę do góry dnem i się nią przykryłam. Czując jak mocno bije mi serce, wierzyłam, że mnie nie znajdzie. Nic z tego…

Gdzie jeszcze byście się próbowali ukryć? Pod łóżkiem? Nie wiem dlaczego ale tak właśnie zrobiłam w kolejnym domu w moim śnie. Kryjówka nędzna, a zachowanie głupie i czysto ludzkie ale co mogłam zrobić innego we śnie? Uhuk bez najmniejszego wysiłku wbił swoje ramię w dom i zaczął w nim grzebać do czasu aż mnie odnalazł. Czułam się jak sparaliżowana nie mogąc uciec od niego, podczas gdy jego ciężkie, popękane palce zaciskały się wokół mnie unosząc jednocześnie do góry…

Obudziłam się przestraszona jak nigdy przedtem. Chyba cała ta sytuacja z godami oraz pojawienie się wojownika, który de facto, mógł żyć obok mnie bez mej wiedzy tak długo, nasiliło tylko odczucie lęku.

— Tak, tak właśnie musi być –powiedziałam do siebie siadając. Oddech wciąż miałam przyspieszony, a serce boleśnie łomotało mi w klatce ale, o dziwo, byłam fizycznie wypoczęta.

Teraz czekała mnie misja, musiałam wkraść się na statek i ocenić sytuację. Dlaczego ziemianie pomagają wojownikowi, co dokładnie dla niego robią i czy jest szansa by zabrali mnie na Ziemię.

Rozburzyłam kamienną ściankę i spojrzałam w dół zbocza. Obraz czarnej „wrony” budził we mnie obrzydzenie w najczystszej postaci. Masywny, kulisty „brzuch” nie dotykał podłoża, został — na czas snu jak mniemam — podniesiony do góry wysoko ponad podłożem. Opierał się on na dwóch, równie masywnych skrzydłach starej generacji, a wszystko tworzyło kształt półkola.

Wokół statku rozstawione zostały wąskie i niezwykle wysokie czujniki ruchu, które nawiasem mówiąc pochodziły z Ziemi czyli, jak dobrze pamiętałam miały dwie wady. Pierwsza — skanują tylko określony obszar przed sobą i delikatnie po bokach, ale za to nic poza sobą jak i ponad. Oznacza to, że jeśli je wyminę, to będę mogła poruszać się swobodnie. Druga wada była aż śmiesznie podstawowa. Jeśli coś porusza się bardzo wolno, ale tak super BARDZO WOLNO, czujniki tego nie wykrywają. Biorą to za element przyrody. Pamiętam jeszcze jak je testowano, a ponieważ koszty produkcji były względnie wysokie, postanowiono pozostawić czujniki jakimi były i przejść do następnego etapu –bo skoro działały to po co? W końcu był to okres zamieszania, kiedy zaczęliśmy się dzielić na grupy i ponownie rozpoczął się wyścig szczurów. Każdy chciał być pierwszy, nieważne gdzie i jak, oraz że niektóre maszyny posiadały wady. „Numer jeden” tylko to się liczyło. Teraz nie pozostało mi nic innego jak wierzyć, że nikt ich nie ulepszył.

Nie pamiętałam na jaką odległość działały, więc swoje podchody zaczęłam względnie daleko. Włosy związałam w ciasny węzeł by nawet one mi nie przeszkadzały, ręce na wszelki wypadek postanowiłam trzymać luźno po bokach. Z myślą, że ludzie na statku na pewno spali rozpoczęłam swój marsz. Nie było w nim nic trudnego poza psychiczną presją, iż gdzieś tam jest wojownik, który może nie spać i mi się przygląda. Brrr… Aż chciałam się zatelepać by otrząsnąć z siebie tę wizję ale nie chciałam „obudzić” czujników.

Zanim dotarłam do statku minęła na pewno godzina. Ostrożnie wyminęłam półkolistą linię czujników. Wszystkie były już nieźle zużyte, a z tego który stał najbliżej mnie, wystawały dwa żółte kabelki sklejone czarną taśmą izolacyjną. Mimowolnie pojawił mi się na twarzy uśmiech, tak jakby nic się nie zmieniło i Ziemia, którą opuściłam dekadę temu pozostała dokładnie tą samą.

Stojąc nieruchomo tuż za czujnikiem, zrobiłam szybszy ruch dłonią. Zero reakcji. Czyli moje przewidywania się sprawdziły, nikt ich nie ulepszył. Uspokojona swoim małym zwycięstwem, trochę się porozciągałam, gdyż mięśnie ramion mi zdrętwiały, i zaczęłam szukać odpowiedniego sposobu by wejść jakoś do środka statku. Nie mogłam przecież zapukać do włazu krzycząc „wpuśćcie mnie! To ja Mekkin z zaginionej stacji badawczej!”

Wolno i ostrożnie obeszłam statek dookoła. Był dość spory i na szczęście wyglądał na nieuszkodzony, więc szansa bym się nim zabrała gdziekolwiek, wzrosła.

Z doświadczenia wiedziałam, że statki wojowników zawsze mają klapy wentylacyjne na skrzydłach by pobierać i gromadzić tlen podczas pobytu na jakiejkolwiek planecie. Ten model statku niczym się nie wyróżniał, musiał więc mieć owe wentylatory, przez które mogłam przejść z łatwością.

Bez większych trudności wspięłam się na jedno z łukowato w dół wygiętych skrzydeł i ostrożnie zbliżyłam do otworu. Pode mną znajdowało się jedno z pomieszczeń, więc stawiałam stopy nad wymiar ostrożnie, musiałam się upewnić czy nikogo akurat w niej nie ma. Zbliżyłam się do samej krawędzi i ku mojemu zdziwieniu byłam świadkiem rozmowy wojownika z kobietą. Usiadłam z boku by lepiej słyszeć i moje gdybania co do niespodziewanego pojawienia się Ziemian zostały całkowicie rozwiane.

— Czyli to przypadek, że się tu znaleźliście? — zapytał wojownik chcąc się upewnić.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 41.72