E-book
31.5
drukowana A5
45.6
Megaświaty

Bezpłatny fragment - Megaświaty


Objętość:
118 str.
ISBN:
978-83-8440-817-9
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 45.6

ROZDZIAŁ 1

Nie pamiętała, kiedy pierwszy raz tu zasnęła

Nie śniło jej się, że spada.

Nie było też światła ani ciemności.

Był dźwięk.

Regularny, głęboki, jakby ktoś oddychał tuż obok niej — zbyt blisko, by był obcy, zbyt spokojnie, by był snem.

Otworzyła oczy.

Stała na środku miasta, którego nie znała, a które mimo to wydawało się boleśnie znajome. Ulice były puste, ale nie martwe. Budynki miały okna, w których paliło się światło, chociaż nigdzie nie było widać ludzi. Powietrze pachniało deszczem, którego nie było.

— Znowu przyszłaś — powiedział głos.

Odwróciła się gwałtownie.

Stał kilka kroków od niej. Mężczyzna. Nie potrafiła określić wieku — jakby był dokładnie taki, jakiego potrzebowała. Nie piękny w oczywisty sposób. Za to niepokojąco znajomy.

— Znamy się? — zapytała.

Uśmiechnął się krzywo.

— Jeszcze nie. Ale już mnie pamiętasz.

Serce uderzyło jej mocniej.

To zdanie było jak klucz do drzwi, których istnienia wolałaby nie zauważyć.

— To sen — powiedziała bardziej do siebie niż do niego. — Zaraz się obudzę.

— Zawsze tak mówisz — odparł. — I zawsze wracasz.

Ruszył w jej stronę. Każdy jego krok sprawiał, że przestrzeń wokół nich lekko drgała, jakby świat nie do końca radził sobie z ich obecnością.

— Kim jesteś? — zapytała.

Zatrzymał się tuż przed nią. Zbyt blisko. Czuła jego ciepło. Czuła zapach skóry, którego nie da się wyśnić.

— Jestem tym, kogo szukasz, kiedy nie możesz spać — powiedział cicho. — A ty… jesteś tą, która śni mnie od dawna.

Dotknął jej dłoni.

I wtedy poczuła ból.

Prawdziwy. Ostry. Nie do pomylenia z niczym innym.

Krzyknęła i cofnęła rękę.

— Sny nie bolą — wyszeptała.

Jego twarz spoważniała.

— Właśnie dlatego nie powinnaś tu wracać.

Miasto zadrżało. Światło w oknach zaczęło gasnąć jedno po drugim, jakby ktoś odliczał czas do końca.

— Co się stanie, jeśli zasnę znowu? — zapytała, czując narastający strach.

Spojrzał jej prosto w oczy.

— Następnym razem — powiedział — nie obudzisz się sama.

Lena nie spała dobrze od miesięcy

Budzik zadzwonił o 6:17.

Lena obudziła się gwałtownie, jakby ktoś wyrwał ją z wody. Serce waliło jej tak mocno, że przez chwilę myślała, że zaraz zemdleje. Przez kilka sekund nie ruszała się wcale, wpatrując się w sufit.

Biały. Popękany w jednym miejscu.

Ten sam od lat.

— To był tylko sen — powiedziała na głos.

Jej głos brzmiał obco. Sucho. Jakby nie należał do niej.

Usiadła na łóżku i spojrzała na dłoń.

Na skórze, tuż przy nadgarstku, widniał czerwony ślad. Delikatny, ale wyraźny. Jak po czyimś dotyku. Jak po bólu, który pamięta ciało, nawet jeśli umysł próbuje zaprzeczyć.

— Nie — wyszeptała.

Dotknęła miejsca palcami.

Zabolało.

Lena wstała i podeszła do lustra w łazience. Twarz miała zmęczoną, oczy zbyt czujne jak na poranek. Spojrzała sobie prosto w oczy.

— Nie jesteś szalona — powiedziała. — Ludzie nie zostają w snach.

Ale w jej głowie wciąż brzmiał jego głos.

Zawsze wracasz.

W pracy była niewidzialna.

Nikt nie zauważył, że trzy razy zapomniała, co miała zrobić. Nikt nie zapytał, dlaczego wpatruje się w przestrzeń, jakby czegoś słuchała. Nikt nie widział, jak jej dłonie lekko drżą, kiedy ktoś przypadkiem ją dotknął.

Bo nikt nigdy naprawdę jej nie widział.

Wieczorem położyła się wcześnie. Zbyt wcześnie. Leżała w łóżku, wpatrując się w ciemność, z sercem bijącym szybciej niż powinno.

— Nie pójdę tam — powiedziała cicho. — Nie dzisiaj.

Zamknęła oczy.

Miasto pojawiło się natychmiast.

Tym razem stał już tam. Czekał.

— Myślałem, że nie przyjdziesz — powiedział.

— Nie chciałam — odpowiedziała zgodnie z prawdą.

Podszedł bliżej. W jego oczach było coś nowego. Coś… ciężkiego.

— To już nie jest tylko sen, Lena.

Zamarła.

— Skąd znasz moje imię?

Uśmiechnął się powoli.

— Bo zaczęłaś je mówić na głos, kiedy śpisz.

Świat wokół nich zadrżał.

A Lena zrozumiała, że najgorsze dopiero się zaczyna.

ROZDZIAŁ 2

Nie powinna go dotykać

Lena stała naprzeciwko niego, a miasto wokół nich było inne niż wcześniej. Jaśniejsze. Jakby ktoś podkręcił kolory. Bruk pod jej stopami był ciepły, a powietrze drgało delikatnie, jak tuż przed burzą.

— To nie jest możliwe — powiedziała, choć jej głos nie brzmiał już pewnie. — Sny nie znają imion.

— Ten zna — odpowiedział spokojnie. — I zna ciebie.

Ruszył wzdłuż ulicy, a ona — po chwili zawahania — poszła za nim. Zauważyła, że miasto reaguje na ich ruchy. Kiedy zwalniała, świat jakby zwalniał razem z nią. Kiedy przyspieszała, echo jej kroków stawało się głośniejsze.

— Kim ty jesteś? — zapytała. — Naprawdę.

Zatrzymał się przy budynku z wielkimi oknami. W środku paliło się światło.

— Jeśli powiem, obudzisz się — odparł.

— Skąd możesz to wiedzieć?

Spojrzał na nią uważnie. Tak, jakby widział coś więcej niż tylko jej twarz.

— Bo już raz uciekłaś.

Serce ścisnęło jej się boleśnie.

— Nie pamiętam tego.

— Właśnie.

Wyciągnął dłoń. Nie dotknął jej jeszcze, ale była blisko. Za blisko. Lena czuła napięcie w całym ciele — znajome i obce jednocześnie.

— Jeśli mnie dotkniesz — powiedziała — wszystko zniknie.

— Albo zacznie istnieć — odpowiedział.

Powinna się cofnąć.

Zamiast tego położyła dłoń na jego palcach.


Bliskość

Dotyk był natychmiastowy. Pełny. Ciepły.

Nie jak w śnie. Jak w rzeczywistości, którą ciało rozpoznaje bez pytania o zgodę.

Lena wciągnęła gwałtownie powietrze. Ulice wokół nich rozszerzyły się, jakby miasto zrobiło dla nich miejsce. Światło w oknach zapaliło się jednocześnie.

— Boże… — wyszeptała.

— Czujesz to — powiedział. Nie pytając. Stwierdzając fakt.

Nie odpowiedziała. Nie musiała.

Jego dłoń przesunęła się po jej nadgarstku. Dokładnie tam, gdzie rano widziała czerwony ślad. Zadrżała.

— Zostawiasz ślady — powiedziała cicho. — To nie jest normalne.

— Ty też — odparł. — Tylko jeszcze o tym nie wiesz.

Zbliżył się. Ich czoła prawie się dotykały. Lena czuła jego oddech. Zbyt równy. Zbyt świadomy.

— Jak masz na imię? — zapytała nagle. — Jeśli znam moje, chcę znać twoje.

Milczał przez długą chwilę.

— Nie lubię swojego imienia — powiedział w końcu.

— Dlaczego?

— Bo przypomina mi, że istnieję też poza tym miejscem.

To zdanie powinno ją przestraszyć.

Zamiast tego poczuła ukłucie ciekawości. I coś jeszcze. Coś, co bolało jak tęsknota za kimś, kogo się nigdy nie miało.

— Powiedz — nalegała.

Spojrzał jej w oczy.

— Noah.

Kiedy wypowiedział swoje imię, miasto zadrżało.


Zasady

— Są zasady — powiedział nagle, odsuwając się o krok. Zbyt gwałtownie. — Musisz je znać.

— Jakie zasady?

— Nie możesz mnie szukać na jawie.

— Nie możesz nikomu o mnie mówić.

— I nigdy… — zawahał się — nigdy nie możesz zasnąć, myśląc o śmierci.

— Dlaczego? — zapytała.

Jego twarz stężała.

— Bo wtedy trafiasz tu szybciej.

— I głębiej.

Zanim zdążyła zapytać o cokolwiek więcej, świat wokół nich zaczął się rozpadać. Dźwięki się rozciągnęły, kolory zgasły.

— Czekaj! — krzyknęła.

Podszedł do niej jeszcze raz. Szybko. Z desperacją.

— Lena — powiedział, obejmując jej twarz dłońmi. — Jeśli kiedykolwiek zobaczysz mnie na jawie…

— Tak?

— Uciekaj.

Miasto zniknęło.

Lena obudziła się z krzykiem.

A na jej ustach wciąż było ciepło, jakby ktoś przed chwilą niemal ją pocałował.

Nie wolno było go szukać

Lena nie spała całą noc.

Leżała na plecach, wpatrując się w sufit, licząc pęknięcia i oddechy. Za każdym razem, gdy zamykała oczy, widziała jego twarz zbyt wyraźnie, by to był tylko sen. Noah. Imię ciążyło jej w ustach, jakby wypowiedzenie go mogło coś uruchomić.

— Nie możesz mnie szukać na jawie.

Powtarzała to w myślach jak zaklęcie.

Jak ostrzeżenie.

Jak obietnicę, którą już zaczynała łamać.

Rano w pracy wpisała jego imię w wyszukiwarkę. Sama nie wiedziała dlaczego. To było irracjonalne, dziecinne. A jednak palce same ułożyły litery.

Noah.

Tysiące wyników. Twarze, które nie miały z nim nic wspólnego. Zamknęła laptopa z ulgą i… rozczarowaniem.

— To tylko sen — powiedziała do pustego mieszkania po powrocie.

Ale kiedy zdjęła płaszcz, zobaczyła coś, co sprawiło, że kolana ugięły się pod nią lekko.

Na lustrze w przedpokoju ktoś zostawił ślad palców.

Nie jej.

Zbyt wysoko. Zbyt szeroko.

Serce zaczęło bić szybciej.

— To niemożliwe — wyszeptała.

Wytarła szkło rękawem. Ślad zniknął. Ale uczucie, że nie jest sama, zostało.


Znaki

Pierwszy raz zdarzyło się to w autobusie.

Stała przy oknie, wpatrzona w swoje odbicie, gdy poczuła zapach. Ten sam, który znała ze snu. Ciepły. Lekko drzewny. Zatrzymała oddech.

— Nie… — wymknęło jej się.

Odwróciła się gwałtownie.

Nikogo znajomego. Tylko obcy ludzie, zmęczone twarze, codzienność. Ale zapach nie znikał. Był jak echo. Jak wspomnienie, które nie chce odejść.

Potem był dźwięk.

Wieczorem, kiedy siedziała na łóżku z kubkiem herbaty, usłyszała oddech. Ten sam, od którego zaczęło się wszystko. Głęboki. Spokojny. Zbyt blisko.

— Noah? — wyszeptała, zanim zdążyła się powstrzymać.

Cisza.

Ale powietrze w pokoju wyraźnie zgęstniało.

Złamała zasadę.

I oboje o tym wiedzieli.


Cena

Tej nocy sen przyszedł gwałtownie.

Miasto było ciemniejsze niż zwykle. Światła w oknach nie paliły się wcale. Noah stał po drugiej stronie ulicy, nieruchomy, z twarzą napiętą gniewem i… strachem.

— Co zrobiłaś? — zapytał bez przywitania.

— Ja tylko… — zaczęła.

— Nie wolno było — przerwał ostro. — Ostrzegałem cię.

— Nie mogłam przestać — powiedziała cicho. — Zaczęłam cię czuć na jawie.

Zbladł.

— To znaczy, że granica się rozszczelnia.

Podszedł do niej szybko. Złapał ją za ramiona. Tym razem jego dotyk nie był ciepły. Był desperacki.

— Słuchaj mnie uważnie — powiedział. — Jeśli to pójdzie dalej, ktoś tu umrze.

— Kto?

Nie odpowiedział od razu.

Spojrzał na miasto. Na ciemne okna. Na pustkę.

— Jeszcze nie wiem — powiedział w końcu. — Ale wiem jedno.

Spojrzał jej w oczy.

— To nie będzie tylko senna śmierć.

Miasto zaczęło się zapadać. Ziemia pod jej stopami pękła, jakby ktoś rozrywał świat od środka.

— Noah! — krzyknęła.

Przyciągnął ją do siebie. Mocno. Jakby chciał ją zapamiętać.

— Jeśli jutro obudzisz się i nie będziesz mnie pamiętać — wyszeptał — to znaczy, że było już za późno.

Lena krzyknęła.

I obudziła się, zalana łzami, z jednym zdaniem wypalonym w głowie:

Coś już zaczęło umierać.

ROZDZIAŁ 3

To nie był zwykły sen

Lena wiedziała, że to sen, zanim cokolwiek zobaczyła.

Nie było przejścia.

Nie było miasta, ulic ani światła.

Była cisza. Gęsta. Przyklejająca się do skóry.

Stała w pomieszczeniu, które przypominało salę szpitalną — ale zbyt czystą, zbyt pustą, zbyt białą. Łóżko pośrodku. Aparatura, która nie wydawała dźwięku.

I ktoś leżał na łóżku.

Zrobiła krok do przodu.

— Nie… — wyszeptała.

To była ona.

Jej ciało leżało nieruchomo, zbyt spokojne, zbyt lekkie, jakby już nie należało do świata. Twarz miała bladą, usta lekko rozchylone, jakby chciała coś powiedzieć, ale zabrakło czasu.

Lena cofnęła się gwałtownie.

— To nie ja — powiedziała. — To nie może być ja.

— Jest — odezwał się głos za nią.

Odwróciła się.

Noah stał pod ścianą, blady jak ściany wokół. Wyglądał… inaczej. Jakby coś z niego odpadało. Jakby sen przestał go chronić.

— Dlaczego mi to pokazujesz?! — krzyknęła.

— Bo to już się dzieje — odpowiedział cicho.

Jak to się stało

Podeszła bliżej łóżka, mimo że całe ciało krzyczało, żeby uciekać. Spojrzała na swoje własne dłonie. Leżały bezwładnie, zimne.

— Jak umieram? — zapytała drżącym głosem.

Noah milczał przez chwilę.

— Zasypiasz — powiedział w końcu. — I nie wracasz.

— To wszystko?

— Najgorsze w tym, Lena — dodał — że nikt się nie domyśli, że to nie był wypadek.

Spojrzała na niego.

— To przez ciebie?

Jego twarz pękła. Dosłownie — przez moment wydawało jej się, że światło rozcina jego rysy jak szkło.

— Przez nas — odpowiedział. — Przez to, że się znaleźliśmy.

— Więc przestanę spać — powiedziała szybko. — Nie będę wracać. Zerwę to.

Pokręcił głową.

— Już nie możesz.

— Dlaczego?!

Podszedł bliżej. Uklęknął przy łóżku, przy jej martwym ciele. Dotknął jej dłoni z czułością, która rozrywała serce.

— Bo to nie sny cię zabijają — powiedział. — Tylko to, że zaczęłaś należeć do dwóch światów naraz.


Wybór

Świat zadrżał.

Aparatura zaczęła nagle wydawać dźwięk. Jednostajny. Ostry. Nie do zniesienia.

— Nie chcę tak skończyć — wyszeptała Lena.

Noah wstał. Podszedł do niej. Spojrzał jej prosto w oczy — i po raz pierwszy zobaczyła w nich prawdziwy strach.

— Jest jeszcze jeden sposób — powiedział.

— Jaki?

— Ale jeśli go wybierzesz… — zawahał się — nie będziesz mogła wrócić do tego, kim byłaś.

— Powiedz.

Zbliżył usta do jej ucha.

— To ja muszę umrzeć.

Krzyk wyrwał się z jej gardła dokładnie w tej samej chwili, w której świat się zapadł.


Lena obudziła się gwałtownie.

Oddychała ciężko. Pokój był ciemny. Cichy.

Sięgnęła ręką po telefon.

Godzina: 3:33.

A na ekranie, wśród powiadomień, było jedno nowe.

Nieznany numer.

Jedna wiadomość.

Nie pozwól mi zasnąć.

Nie powinien tu być

3:33

Lena siedziała na łóżku z telefonem w dłoni jeszcze długo po tym, jak ekran zgasł.

Nie pozwól mi zasnąć.

Nieznany numer.

Bez podpisu.

A jednak… jej ciało zareagowało szybciej niż rozum. Dreszcz przebiegł jej po kręgosłupie dokładnie tak samo jak w śnie, kiedy Noah był blisko.

— To niemożliwe — powiedziała na głos.

Ale palce drżały.

Odpisała.

Kim jesteś?

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.

Jeśli zadam ci pytanie, a ty odpowiesz źle, zniknę.

Serce zaczęło walić.

Jak mam na imię?

Lena poczuła, że brakuje jej powietrza.

Noah.

Minęła sekunda.

Dwie.

Telefon zawibrował.

Otwórz drzwi.


Granica

Stała w przedpokoju, w koszulce do spania, z gołymi stopami na zimnych kafelkach. Ręka zawisła nad klamką. Każdy zdrowy instynkt krzyczał, żeby tego nie robić.

— Jeśli to sen — wyszeptała — obudzę się.

Otworzyła drzwi.

Stał na klatce schodowej.

Nie jak w śnie.

Nie jak wyobrażenie.

Prawdziwy.

Miał na sobie ciemną kurtkę, włosy lekko wilgotne, jakby padał deszcz. Oddychał ciężko. Jego oczy były dokładnie takie same jak tam — zbyt uważne, zbyt świadome.

— Lena — powiedział.

Jej kolana ugięły się lekko.

— Nie… — cofnęła się o krok. — Ty nie istniejesz.

— Właśnie dlatego musisz mnie wpuścić — odpowiedział. — Zanim przestanę.

Spojrzała na jego dłonie. Drżały.

— Jak to możliwe? — zapytała.

— Nie wiem — powiedział szczerze. — Wiem tylko, że jeśli zasnę tutaj… — urwał. — Nie wrócę.

Wpuściła go.

Drzwi zamknęły się za nimi z głuchym kliknięciem, które zabrzmiało jak wyrok.


Ciało pamięta

Stał na środku jej mieszkania, jak ktoś, kto boi się dotknąć czegokolwiek, żeby nie zniknęło. Lena patrzyła na niego, próbując znaleźć choć jeden detal, który by go zdradził. Coś nierealnego. Coś sennego.

Nic.

— Jesteś zimny — powiedziała, zanim zdążyła się powstrzymać.

— Bo tu jest za jasno — odpowiedział. — Za głośno. Za… prawdziwie.

Zrobiła krok w jego stronę.

— Jeśli jesteś tu naprawdę — wyszeptała — to znaczy, że to, co widziałam…

— Tak — przerwał. — To była przyszłość.

Zamknęła oczy. Na sekundę. Kiedy je otworzyła, stał bliżej.

— Nie dotykaj mnie — powiedziała.

— Już to robisz — odparł.

Dopiero wtedy zauważyła, że trzyma go za rękę.

Dotyk uderzył w nią falą. Ciepło. Impuls. Coś, co przeskoczyło jej skórę i wbiło się głęboko pod żebra. Cofnęła dłoń gwałtownie.

— To przyspiesza — powiedział cicho. — Każdy kontakt.

— Więc wyjdź — powiedziała ostro. — Natychmiast.

Spojrzał na nią tak, jakby już wiedział, że to niemożliwe.

— Lena… — zaczął.

— Wyjdź — powtórzyła. — Albo oboje umrzemy.

Przez moment myślała, że się nie ruszy.

W końcu skinął głową.

— Nie zasypiaj — powiedział. — Bez względu na wszystko.

Minął ją, dotykając ramieniem jej ramienia. Tylko musnął.

To wystarczyło.

Świat zawirował.


Lena ocknęła się na podłodze.

Światło w mieszkaniu pulsowało. Zegar w kuchni pokazywał 3:34.

Jedna minuta.

Podniosła się chwiejnie i pobiegła do drzwi. Otworzyła je gwałtownie.

Klatka schodowa była pusta.

Na podłodze leżała tylko jedna rzecz.

Mokra od deszczu.

Ciemna.

Prawdziwa.

Jego kurtka.

ROZDZIAŁ 4

Pierwsza noc

Lena nie położyła się do łóżka.

Siedziała na kanapie z zapalonym światłem, kubkiem zimnej już herbaty i jego kurtką przerzuconą przez oparcie krzesła. Pachniała deszczem. I nim. Za każdym razem, gdy na nią patrzyła, serce przyspieszało, jakby ciało wiedziało coś, czego umysł wciąż nie chciał przyjąć.

— Nie zasnę — powiedziała do pustego mieszkania. — To nie może być takie trudne.

Pierwsze godziny były łatwe.

Zbyt łatwe.

O czwartej nad ranem zaczęły jej drżeć dłonie. O piątej miała wrażenie, że dźwięki są zbyt głośne — lodówka brzmiała jak silnik, zegar jak młot. O szóstej pojawił się ból głowy, pulsujący dokładnie za oczami.

A potem… przyszły obrazy.

Nie sny.

Przebłyski.

Miasto. Okna bez światła. Noah stojący na końcu ulicy, z ustami poruszającymi się bez dźwięku.

— Nie śpię — wyszeptała. — To się nie liczy.

Ale świat nie wyglądał na przekonanego.

Dzień, który się rozsuwa

W pracy pomyliła imiona ludzi, których znała od lat. Złapała się na tym, że wpatruje się w ekran, nie rozumiejąc liter. Kiedy ktoś zapytał ją o coś prostego, odpowiedziała po kilku sekundach za późno.

— Wszystko w porządku? — zapytała koleżanka.

— Tak — skłamała Lena.

Kiedy mrugnęła, na ułamek sekundy zobaczyła ciemne okna zamiast ściany biura. Złapała się krawędzi biurka, żeby nie upaść.

— Nie zasnę — powtórzyła w myślach. — Muszę tylko wytrzymać.

Po południu dostała wiadomość.

Nieznany numer.

Jeszcze nie śpisz?

Zamarła.

Nie.

Powiedziałeś, żebym nie spała.

Odpowiedź przyszła po chwili.

To było ostrzeżenie.

Nie instrukcja.

Serce ścisnęło jej się boleśnie.

Gdzie jesteś?

Trzy kropki pojawiły się i zniknęły kilka razy.

Coraz dalej.

Druga noc

Druga noc była gorsza.

Ciało zaczęło się buntować. Oczy piekły, myśli rwały się jak źle zszyta tkanina. Każde zamknięcie powiek, nawet na sekundę, kończyło się tym samym obrazem.

Szpitalna sala.

Łóżko.

Jej własne ciało.

— Przestań — wyszeptała, wbijając paznokcie w skórę przedramienia.

Ból pomógł. Na chwilę.

O trzeciej w nocy usłyszała kroki w mieszkaniu.

Powolne. Ostrożne.

— Noah? — zapytała, choć serce podpowiadało, że nie powinna.

Kroki ucichły.

Powietrze zgęstniało. Zimno przesunęło się po podłodze jak cień.

— Jeśli to nie ty — powiedziała drżąco — to wyjdź.

Światło zamigotało.

A potem usłyszała głos. Nie jego.

— Za długo nie śpisz, Lena.

Serce stanęło jej w gardle.

— Kto tu jest?!

Cisza.

Ale ona wiedziała już jedno:

to nie tylko Noah przechodził między światami.

Ten, który nie śni

Lena zrozumiała, że nie jest sama, zanim cokolwiek zobaczyła.

To nie był zapach.

Nie był to dźwięk.

To było uczucie, jakby powietrze w pokoju stało się cięższe — jakby ktoś zgasił niewidzialne światło, którego istnienia wcześniej nie zauważała.

— Noah? — zapytała ostrożnie.

Cisza.

Zegar w kuchni tykał nierówno. Jakby gubił rytm. Jakby czas sam nie był pewien, czy powinien iść dalej.

— To nie on — odezwał się głos.

Nie dochodził z jednego miejsca. Był wszędzie. W ścianach. W podłodze. W jej klatce piersiowej.

Lena wstała powoli.

— Kim jesteś? — zapytała.

Światło zgasło.

Nie nagle — raczej tak, jakby ktoś je wyciągał z pokoju. Krok po kroku. Zostawiając ją w półmroku.

— Jestem tym, co zostaje — powiedział głos — kiedy śniący przestają wracać.

Serce waliło jej jak oszalałe.

— To mój sen — powiedziała. — Wynoś się.

Cichy śmiech przeszedł przez mieszkanie jak przeciąg.

— Gdyby to był twój sen — odpowiedział — już byś się obudziła.

Prawda, której nie chciała

Z cienia wyłoniła się postać.

Nie była wyraźna. Jakby świat nie chciał jej do końca narysować. Miała ludzką sylwetkę, ale coś było nie tak — za długie ramiona, zbyt nieruchoma twarz.

— On cię nie ostrzegł — powiedział. — Zawsze tak robi.

— O kim mówisz? — wyszeptała, choć wiedziała.

— O tym, który udaje, że śni razem z tobą.

— Noah nie udaje — warknęła. — On mnie chroni.

Postać przechyliła głowę.

— Chroni? — powtórzyła z czymś, co mogło być rozbawieniem. — Lena… on jest powodem, dla którego granica pęka.

— Kłamiesz.

— On jest kotwicą — ciągnął głos spokojnie. — A ty… jesteś przejściem.

Kolana ugięły się pod nią.

— Nie.

— Każdy sen potrzebuje kogoś, kto nie wraca — powiedział. — On wrócił. To błąd.

— Kim ty jesteś? — wyszeptała.

Postać zrobiła krok bliżej. Świat zadrżał.

— Jestem Strażnikiem Bezsenności.

— A ty… zaczęłaś mnie budzić.

Ultimatum

— Czego chcesz? — zapytała, walcząc o oddech.

— Równowagi.

Zrobił jeszcze krok. Czuła zimno na skórze, jakby ktoś otworzył drzwi do zimy.

— Jedno z was musi zniknąć — powiedział bez emocji. — Na zawsze.

— Nie — wyszeptała.

— Możesz wybrać — dodał. — To twój przywilej. I twoja kara.

— Jeśli wybiorę Noaha? — zapytała drżąco.

— Obudzisz się — odpowiedział. — I zapomnisz, że kiedykolwiek istniał.

— A jeśli wybiorę siebie?

Postać spojrzała na nią uważnie.

— Wtedy zaśniesz — powiedział cicho. — I świat będzie miał spokój.

Światło zamigotało.

Zniknął.

Lena osunęła się na podłogę, łapiąc powietrze jak po długim nurkowaniu.

Telefon zawibrował.

Jedna wiadomość.

On już tu był, prawda?

Łzy spłynęły jej po twarzy.

Tak.

Odpowiedź przyszła po chwili.

W takim razie…

nie mamy już dużo czasu.

ROZDZIAŁ 5

Nie da się nie zasnąć

Lena siedziała na podłodze oparta o łóżko, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Telefon leżał obok niej, ekran wygaszony. Oddech miała płytki, nierówny. Serce biło za szybko, jakby próbowało ją obudzić na zapas.

— Nie zasnę — powtarzała. — Nie zasnę. Nie zasnę.

Powieki piekły. Każde mrugnięcie trwało o ułamek sekundy za długo. Myśli rozjeżdżały się jak słowa zapisane na wodzie.

Ciało nie pytało o zgodę.

Zdrętwienie zaczęło się w palcach. Potem w karku. Ciężar, którego nie dało się zrzucić, opadł jej na ramiona.

— Noah… — wyszeptała. — Jeśli mnie słyszysz…

Telefon zawibrował.

Lena.

Walcz.

Łzy napłynęły jej do oczu.

Przepraszam.

Już nie mogę.

Spadanie

Nie było momentu przejścia.

Jedna sekunda — siedziała na podłodze.

Druga — spadała.

Nie przez powietrze.

Przez ciszę.

Miasto pojawiło się pod nią nagle, brutalnie. Ulice były popękane, budynki pochylone, okna czarne jak puste oczodoły. Świat wyglądał, jakby ktoś go porzucił w połowie istnienia.

— Noah! — krzyknęła.

Echo wróciło do niej zniekształcone. Obce.

— Jestem tu — odezwał się głos za nią.

Odwróciła się.

Stał kilka metrów dalej. Wyglądał gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Jakby sen nie był już jego miejscem. Jakby świat próbował go wypluć.

— Strażnik… — zaczęła.

— Wiem — przerwał. — Przyszedł po ciebie.

— Powiedział, że muszę wybrać.

Noah skinął głową.

— Zawsze tak jest.

Podszedł bliżej. Każdy jego krok sprawiał, że ziemia pod nimi pękała.

— Jeśli zostaniesz tu dłużej — powiedział — twoje ciało na jawie przestanie reagować.

— Widziałam to — wyszeptała. — Widziałam siebie martwą.

Spojrzał na nią z bólem, którego nie dało się udawać.

— To była jedna z wersji — powiedział. — Najłagodniejsza.

To, czego nie powiedział

— Dlaczego mi nie powiedziałeś prawdy? — zapytała nagle. — Kim naprawdę jesteś?

Milczał zbyt długo.

— Noah — naciskała. — Jeśli mam umrzeć albo zniknąć, chcę wiedzieć dla kogo.

Zamknął oczy. Kiedy je otworzył, były inne. Starsze. Cięższe.

— Nie śnię — powiedział cicho. — Od bardzo dawna.

Serce Leny ścisnęło się boleśnie.

— Co to znaczy?

— Kiedyś byłem jak ty — zaczął. — Znalazłem to miejsce. Miasto. Przeszedłem za daleko. Zbyt głęboko.

— I co się stało?

— Obudziłem się — powiedział. — Ale nie do końca.

Spojrzał na swoje dłonie. Drżały.

— Moje ciało żyje. Ale ja… należę tu. Jestem błędem, który nauczył się oddychać.

— A ja? — zapytała drżąco.

Podszedł bardzo blisko. Dotknął jej czoła.

— Ty jesteś kluczem — wyszeptał. — Dlatego Strażnik chce, żebyś zniknęła. Albo żebym ja przestał istnieć.

Ziemia zadrżała gwałtownie.

Za ich plecami coś się poruszyło. Cień oderwał się od ściany.

— Czas minął — odezwał się znajomy, pozbawiony emocji głos. — Wybór należy do ciebie.

Strażnik Bezsenności stanął kilka kroków od nich.

— Wybieraj, Lena.

Noah spojrzał jej w oczy.

— Cokolwiek zrobisz — powiedział — ja już cię nie zapomnę.

Świat zaczął się zapadać.

A Lena zrozumiała, że nie istnieje wybór, który nie złamie jej na pół.

Czego Strażnik nie rozumiał

Lena nie odpowiedziała od razu.

Strażnik Bezsenności stał przed nią nieruchomo, jak wyrok, który już zapadł. Noah był tuż obok, bliski i jednocześnie strasznie daleki. Miasto drżało, jakby nie mogło się doczekać końca.

— Wybieraj — powtórzył Strażnik. — Czas się kończy.

Lena spojrzała na niego uważnie. Naprawdę uważnie.

I po raz pierwszy zobaczyła coś, co wcześniej jej umykało.

On… nie należał do tego miejsca tak jak Noah.

Nie był częścią snu.

Był funkcją. Mechanizmem. Reakcją na błąd.

— Mówisz, że chcesz równowagi — odezwała się cicho. — Ale nigdy nie pytasz, co ją zaburzyło.

Strażnik milczał.

— Powstałeś, bo ktoś przekroczył granicę — ciągnęła. — Ale to nie ja ją stworzyłam.

— Jesteś przejściem — powiedział. — To wystarczy.

— Nie — odparła. — Jestem odpowiedzią.

Noah spojrzał na nią gwałtownie.

— Lena… — wyszeptał ostrzegawczo.

— Jeśli mam wybierać — powiedziała, podnosząc głowę — wybieram inaczej.

Oszustwo

— To niemożliwe — powiedział Strażnik.

— To tylko dlatego, że nie śnisz — odpowiedziała.

Zamknęła oczy.

Nie uciekała.

Nie zasypiała.

Zrobiła coś, czego nikt wcześniej nie próbował.

Przypomniała sobie pierwszy sen.

Dźwięk oddechu.

Miasto, które oddychało.

Dotyk, który bolał.

Skupiła się nie na Noah…

ale na sobie.

Jej ciało w świecie realnym. Jej zmęczenie. Jej strach. Jej pragnienie, żeby nie znikać.

Miasto zareagowało gwałtownie.

Ulice zaczęły się prostować. Okna zapalały się jedno po drugim. Kolory wracały.

— Co robisz? — zapytał Strażnik po raz pierwszy z niepokojem.

Lena otworzyła oczy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 45.6