E-book
24.99
drukowana A5
Kolorowa
75.95
Medytacje szarodzienne

Bezpłatny fragment - Medytacje szarodzienne

teo_yola


Objętość:
165 str.
ISBN:
978-83-8351-959-3
E-book
za 24.99
drukowana A5
Kolorowa
za 75.95

Przedmowa

W naszym codziennym życiu, może przez ciągłe zabieganie i „pędzenie za wiatrem”, zapominamy o duchowym dobrodziejstwie, które niesie ze sobą medytacja. Niemal od wczesnych godzin porannych, aż do późnego wieczora, nim udamy się na senny odpoczynek, otrzymujemy niezliczone informacje za pomocą dźwięków i obrazów. Nad jednymi chwilę się zastanowimy, inne ulecą z taką samą szybkością, z jaką do nas trafiły. W Leksykonie duchowości katolickiej, pracy zbiorowej pod redakcją ks. Marka Chmielewskiego wydanej przez Wydawnictwo „M” w 2002 r., jest wyjaśnione pojęcie medytacji. Łacińskie słowo meditari oznacza: cierpliwie rozważać, otwierać się na tajemnicę, a także ćwiczyć.

We współczesnym świecie cnota cierpliwości i otwarcie się na nowo na tajemnicę zbawienia dokonanego przez Jezusa Chrystusa jest ludziom jak najbardziej potrzebna. Próbujmy więc ćwiczyć naszego ducha i zmysły, aby ciało ochoczo mogło czynić dobro, a przede wszystkim kochać Boga i bliźniego. Tego możemy nauczyć się przez medytację chrześcijańską. W niej człowiek spotka się z Bogiem. Ma możliwość konfrontacji doświadczeń życiowych z lekturą, rozważaniem Pisma Świętego. Przez medytację ma możliwość przełamania szkolnego i katechizmowego pojmowania modlitwy — na sposób wyuczonych, zapamiętanych tekstów. Nie neguję takiego sposobu modlitwy, za pomocą książeczek do I Komunii Świętej, ale zauważam, że potrzebne jest ukierunkowanie na inne sposoby rozmowy z Bogiem.

W szarej codzienności praktyka medytacji jak najbardziej powinna być sposobem na życie pełne żywych kolorów. Medytacja szarodzienna prowadzi do spotkania z Bogiem. Dostrzegania Jego obecności w świecie, który został przez Niego stworzony.

Medytacje szarodzienne dr Jolanty Łaby to publikacja przeznaczona dla osób wierzących, poszukujących, zniechęconych takim czy innym postępowaniem bliźnich, umęczonych trudem dnia codziennego, nie mających czasu na Boga. Niniejsza publikacja powstała dzięki doświadczeniom: macierzyńskiemu, małżeńskiemu, zawodowemu, społecznemu, duchowemu — abyśmy mogli odnajdywać sens wiary, nadziei i miłości.

ks. Robert Szulencki,

Wyszków, 18 lutego 2023 r.

Od autorki

Medytacje szarodzienne to rodzaj bardzo osobistej refleksji rodzącej się na pograniczu modlitwy i reagowania pod jej wpływem na szarą codzienność. Pierwszy tekst Medytacje szarodzienne o drylowaniu czereśni powstał w 2009 r., kiedy zaczęłam prowadzić blog Jorlandia.

Pewnego dnia kupiłam czereśnie. Drylowałam je, aby przygotować konfiturę. Podczas tej czynności przyszły myśli o Bogu. I tak zaczął się cykl, który kontynuuję od lat.

Zauważyłam, że jako teolog mam okazję za pomocą prostych środków i łatwych słów wyjaśnić trudne kwestie. Zwrócić uwagę na coś, czego na pierwszy rzut oka raczej nie kojarzymy z duchowością. I przy okazji podzielić się tym, w jaki sposób możemy zauważyć działanie Boga w zwykłej ludzkiej codzienności. Do pisania zachęcali mnie ludzie, których znałam z bardzo różnych środowisk. Były wśród nich osoby wątpiące w istnienie Boga, jedna wyznawczyni judaizmu, ksiądz, siostra zakonna i osoby świeckie na różnym poziomie formacji duchowej.


Na ich prośbę zaczęłam przygodę z blogowaniem jako teolog. Szczere teksty, bez wielkich słów — o tym, jak Bóg wkracza w moją codzienność i przemienia moje życie.

Potem dowiedziałam się od kolegów teologów, że uprawiam teologię codzienności. Kiedy byłam na studiach teologicznych, nie znałam takiej specjalizacji.

Niech ta garść refleksji z pogranicza medytacji i zmagań z szarodziennością będzie inspiracją do odkrycia obecności Boga w codziennym życiu. I do wyruszenia z Nim w drogę poprzez zwykłe troski i radości.

Jolanta Łaba,

Konstancin Jeziorna,

15 października 2023 r.

O czereśniach

Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym (Mt 3,12).

Kupiłam czereśnie. Bordowe, ładnie błyszczą odbitym światłem dnia. Soczyste, jędrne, bardzo słodkie. Doskonałe w smaku. Lekko gorzkie, bo dojrzałe. Leżały w misce do wieczora. Chciałam z nich zrobić przetwory. Wieczór był długi. Czekały, aż zacznę je drylować.

Kiedy w końcu zaczęłam, wiele czereśni musiałam odrzucić. Gorące powietrze przyspieszyło ich rozkład. Dużo było nadgniłych i uszkodzonych. Drylując je, odcinałam czasem stłuczone fragmenty. Zdrowe owoce łatwiej przerabiać, bo wystarczy tylko usunąć pestkę. A kiedy część jest zepsuta, trzeba każdy owoc najpierw obejrzeć i zdecydować, czy wyrzucić cały, czy tylko jego część. W pewnym momencie zmęczyło mnie uważne drylowanie. Miałam ochotę wyrzucić kilka ostatnich garści.

I wtedy przyszły myśli o Bogu: Czy można porównać czereśnie do ludzi? Czy Bóg też dryluje nas jak czereśnie?

Pestek nie dodaje się do konfitur. Inaczej będą gorzkie. Bóg dryluje nas z jądra grzechu. Usuwa je, abyśmy odzyskali dobry smak. Dodaje cukru łaski, i gotuje nas żarem miłości. Dokładnie tak powstaje konfitura. Związek mnóstwa czereśni, cukru, soków, które pod wpływem ciepła przeobrażają się w coś smacznego. Czasem Bóg musi nas przyciąć, usunąć zgniliznę, to, co się zepsuło i mogłoby popsuć smak konfitury.

Dryluje cierpliwie. Ale może też ma czasem ochotę przerwać nużącą pracę i wyrzucić kilka garści czereśni bez sprawdzenia, czy są dobre?

Jak mogę porównywać pracę Boga Wszechmogącego, Miłosiernego do tej mojej szarej prozy dnia? — pomyślałam. Powinnam odwrócić metaforę, popatrzeć na to inaczej. Pan Bóg ma świętą cierpliwość i nigdy nie odrzuci czereśniowej duszy bez sprawdzenia jej. I ja powinnam być cierpliwa, drylować te czereśnie bez znużenia.

Dokończyłam drylowanie około północy. Czereśnie z cukrem gotowały się dwa dni. I wyszły dwa słoiki pysznych konfitur. Gdybym odrzuciła tamte kilka garści, nie zapełniłabym drugiego słoika do końca.

Pan dryluje nasze dusze. Odcina zgniłe części. Potem długo suszy pestki i mieli je na proszek. Szczyptę sypie każdemu z nas na plecy, czyniąc znak krzyża. Abyśmy mogli rozpoznać gorzki smak pokus i grzechu i uczyli się naśladować Chrystusa. W cierpliwości. I błyszczeć jak czereśnie purpurowe w świetle dnia. To, co zostaje, Pan wrzuca do przeróbki. Abyśmy mogli osłodzeni Jego darami i podgrzani Jego miłością się przemienić, zespolić z innymi. I stać się konfiturą na pajdzie chleba naszego powszedniego. Aby osłodzić życie innym.

I w siebie, w swoją własną słodką „niezgniłość” uwierzyć.

O układaniu garnków

Miałam w kuchni jedną szafkę z dwiema półkami, na których codziennie trzeba było układać zestaw garnków, misek i pojemników do przyrządzania posiłków. Szafka się kurczyła, a garnki rozmnażały, w związku z czym za każdym razem miałam nową zagadkę do rozwiązania: Jak ułożyć te puzzle?

Wiele osób, które na co dzień gotują, musi zmierzyć się z tym zadaniem. Każdy ustala mniej więcej stały wzór — układ, w którym wszystko optymalnie się mieści i nie wystaje, dzięki czemu można domknąć drzwiczki od szafki. Ale staje się coś, co w moim domu zdarza się dość regularnie. Jeden z garnków ulega destrukcji — spalony i do wyrzucenia.

Hurrra, zrobiło się miejsce! Ale i zmienił się układ. Poprzestawianie wszystkiego stało się łatwiejsze. Tyle że spalonego garnka zaczęło brakować jak ręki — jego rozmiar był idealny do zrobienia kisielku dla dzieci, ugotowania jajek na kolację, czy zagrzania mleka na kakao. Inne do takich zadań są za duże.

Zatem w mojej kuchni pojawił się nowy garnek. Niby taki sam, ale miał inny kształt uszek i nieco szersze dno. Nie można było go więc wstawić w miejsce poprzednika. Wszystko trzeba było układać od nowa.

I tak dzieje się za każdym razem, kiedy dostanę w prezencie nową rzecz kwalifikującą się do stałego pobytu w szafce na garnki i miski, czy też kiedy któryś z jej mieszkańców zakończy swój żywot w tragicznych (zazwyczaj ogniowych) okolicznościach.

I przyszła mi do głowy refleksja — porównanie układania garnków w szafce do układania myśli, spraw i przeżyć w naszej duszy. Jak poukładane są sprawy naszej duchowości? Jakie miejsce wybieramy dla garnków i misek, które zawierają nasze przemyślenia, poglądy, ocenę zdarzeń i sytuacji naszego życia? Czy jest to stały układ? Czasem tak nam się wydaje, prawda? A może jednak jest to system umowny, zmieniający się za każdym razem, kiedy w wyniku gwałtownych przeżyć czy życiowej tragedii nasze poglądy, myśli, refleksje ulegają mutacji, zniszczeniu lub przemianie z mniejszych w większe, z szerszych w węższe, z płytszych w głębsze, z okrągłych w kanciaste?

Czy w życiu człowieka jest miejsce na stały układ wartości, czy też może zmienia się on w zależności od tego, ile zbierzemy doświadczeń, wiedzy, łask od Boga, spaczeń będących efektem naszych złych wyborów?

Układając naczynia w mojej szafce, pomyślałam, że warto się nieco zastanowić nad szafą mojej duszy. Pozbyć się niepotrzebnych i porysowanych garnków moich myśli i poglądów, w których już nic pożywnego nie ugotuję. Może w miejsce tych starych, przypalonych, zaśniedziałych myśli warto wstawić coś nowego, bardziej trwałego i ładniejszego?

A może trzeba wymienić szafkę? No tak, w kuchni łatwo to zrobić. Przemalować, przebudować, wyrzucić, przemeblować. Ale z duszą ludzką już nie jest tak łatwo. Zanim się ją przemebluje, trzeba wpuścić nie tylko architekta czy dekoratora wnętrz, który nam podpowie, jak zmienić układ naszej wewnętrznej kuchni, ale też kogoś, kto pomoże przy remoncie — posprząta, oczyści, zedrze stare farby, pomoże zdecydować, co wyrzucić, co zostawić.

Może warto więc najpierw pójść do spowiedzi? A dopiero potem postanowić co dalej?

Nic to, trzeba wymyślić, co zrobić z miejscem po spalonym wczoraj rondelku.

O tym, jak milczeć i wypełniać

Szlag mnie trafi! — To jest zdanie, które często towarzyszy mi pośród codziennych zmagań z rzeczywistością. Począwszy od rozrzuconych po domu zabawek, ubrań i szkolnych akcesoriów (działalność moich dzieci), aż po niekończące się góry naczyń do zmywania, syzyfowe obowiązki typu śniadanie, obiad, kolacja — często jestem zła, zmęczona i rozżalona na zaciskającą się wokół mnie obręcz powinności. To typowe w domu pełnym ludzi, dzieci, w domu, który tętni życiem i planami na przyszłość. Szczęśliwym, wypełnionym krzykiem, smutkiem i radością, obowiązkami, wyzwaniami i porażkami — domu pełnym życia. Zamiast zobaczyć dobre strony tego całego hałasu i bałaganu, mnie przysłowiowy szlag trafia!

Zatrzymałam się pewnego dnia nad Słowem i zapytałam Boga: Dlaczego? Podobno Bóg nie lubi pytań zaczynających się od „dlaczego”. Ale w sumie to pytanie dotyczy raczej mnie niż Jego natury czy jakiejś dogmatyki. Więc zapytałam nieopatrznie:

— No dlaczego Boże mój szlag mnie trafia? Skoro taka Twoja wola? Skoro to moje powołanie? Rodzina i to wszystko, co mi życie przynosi w niespodziewanych propozycjach i nadmiernych proporcjach. Czemu mnie trafia szlag?

I Pan Bóg odpowiedział:

— Milczeć i wypełniać.

Niewykluczone, że właśnie dlatego mnie szlag trafia, bo nie milczę, tylko wypełniam z coraz większą złością jakiś nie mój plan do cholery (tak sobie czasem myślę). Bo mój plan zakłada, że moje dzieci będą posłuszne i grzeczne, że ludzie mi bliscy będą przewidywalni i niekłopotliwi, że praca przynosić będzie tylko radość i satysfakcję, a codzienność będzie błyszczeć i lśnić od efektów mojego wysiłku. Uległam pokusie życia w stylu glamour, życia dla hedonistów i celebrytów.

Tylko mi jeszcze nalepki „made by me” brakuje na pięknie zafoliowanej paczce z moim życiem w środku.

Moje życie to prezent, wszystko, co mnie do tej pory spotkało, było tak niezwykłe i bogate, że sama nie mogłabym się posądzić o taką pomysłowość. Owszem, nie raz się pakuję na własne życzenie w sam środek kipiącego wiru zdarzeń, ale to nie ja wlewam sobie w serce odwagę i siłę, by skoczyć na głębię. W tej głębi trzeba potem po prostu wziąć się pokornie do dzieła! Nie miotać się, tylko płynąć: raz, dwa, raz, dwa, systematycznie i żmudnie, bo inaczej się utonie i tyle.

Milczeć i wypełniać czasem jest trudniej niż wrzasnąć: Koniec tego! Trzeba wziąć się za bary z egzystencją. Przykładowo milczeć i robić swoje jako mama: codziennie pielęgnować małe dzieci, uczyć je zwyczajnych czynności, prozaicznych boleśnie. Bo co poetyckiego jest w reakcji na hasło: Mama, siku! czy w sprzątaniu zabawek dzień po dniu? Co heroicznego jest w nieustannym znoszeniu grymasów córki przy jedzeniu, czy w zmaganiu się z humorami dziewięciolatka? Co to za bohaterstwo pomóc ogarnąć się z emocjami gimnazjalistce czy licealiście? Milczeć i wypełniać jako żona, członek rodziny, pracownik, przyjaciel, działaczka społeczna: dom, praca, dom, praca, przyjaźnie, kontakty z rodziną, porażki towarzyskie, poznawanie nowych ludzi, nauka nowych umiejętności, potknięcia. Zgodzić się na to czy nie? Agresywnie i niespokojnie czy łagodnie i posłusznie, zgodnie z Jego nauką?

Proza życia jest największą przygodą duchową. To tutaj spotykam Boga i Jego wolę. W moim domu, w pracy jest pole walki o wieczność.

Tylko czy mimo zdziwienia i zwykłego Ale jak to?! potrafię milczeć i wypełniać tę przygodę w posłuszeństwie i pokorze? Czy jednak sama wymyślę, co by tu przeżyć i czego by tu doświadczyć?

Przy różnych okazjach tworzymy postanowienia, które często zawierają listę wyzwań i pragnień sięgających szczytów marzeń. A może wystarczy tylko jedno na rok — odpocząć od planowania swojego życia i znów podjąć trud nauki czytania woli Boga ze znaków zapisanych w naszej codzienności. Odpocząć, odnaleźć siebie i Jego wolę.

I dopisać do tego nowe zadanie: MILCZEĆ I WYPEŁNIAĆ.

O domu

Każdy z nas zapewne nie raz uczestniczył w małych i wielkich porządkach swego mieszkania. Zamiatanie kątów, ścieranie kurzy, układanie rozrzuconych rzeczy, mycie naczyń, podłóg… oto co standardowo trzeba zrobić podczas każdego porządnego sprzątania.

Te same zasady dotyczą sprzątania naszych wewnętrznych „domów”, w których dokonują się codzienne wybory i zapadają najważniejsze życiowe decyzje. Mowa o domostwach naszych dusz. Tam także wstawiamy meble, chodzimy po różnych podłogach, zasiadamy na różnorakich fotelach i krzesłach — oto mnóstwo zgromadzonych przez nas mniej lub bardziej potrzebnych myśli, wspomnień, uczuć, wartości. Wylegujemy się na łożach naszych przekonań i patrzymy przez okna na zewnętrzny świat.

Każdy czas jest dobry na duchowe remonty i sprzątanie. Warto się zastanowić nad tym, co w domu naszej duszy może nam się przydać, co trzeba wyrzucić, co należałoby naprawić i co zmienić. Zachęcam do zastanowienia się nad odnowieniem dekoracji, nad zmianą barw i atmosfery tego domu. Poniższe słowa warto przemyśleć w ciszy i skupieniu. Może co jakiś czas warto w ten sposób podsumować dokonania całego dnia, tygodnia, miesiąca, roku… całego dotychczasowego życia?

*

Mój dom…

Drzwi zewnętrzne. Jak wyglądają? Czy zachęcają do wejścia? Czy straszą odrapaną futryną i zabłoconą wycieraczką? Jaki jest ich kolor? Czy otwierając je, słyszę skrzypienie — tak jakby rzadko kto tu wchodził? Czy może są zamknięte i za nimi nikt nie odpowiada na pukanie?

Wchodzę do przedpokoju i co widzę? Czy stoją tam równo ułożone buty? Czy są schowane w szafce? Czy płaszcze wiszą w szafie, czy leżą niedbale rozrzucone na ziemi i krześle? Jak czują się ludzie, z którymi mam kontakt? Czy jestem jak ten zabałaganiony przedpokój, pełen niepotrzebnych uwag i słów, które wprowadzają zamieszanie i zły nastrój? Czy wchodząc do przedsionków mojej duszy, widzi się ład i harmonię, czy może raczej kurz i piach na podłodze, niezmyte błoto i zasuszone kwiaty smutku naprzeciw rozbitego lustra moich marzeń?

Trzeba odmalować ten korytarz. Niech na ścianach wiszą obrazy najpiękniejszych wspomnień, które zaproszą każdego przybysza do otwarcia swego serca. Wyrzucę wszystko, co zagraca przejście do kuchni — serca domu, gdzie możemy usiąść i w spokoju wypić ciepłą herbatę przyjaźni. Pozbędę się nadąsania, niewrażliwości na innych, usunę z drogi złośliwość i dumę. Tych mebli mieć nie muszę, mimo że czasem dodają pozornej atrakcyjności mym wnętrzom. Odmaluję swoje drzwi wejściowe uśmiechem. Nad nimi zawieszę słońce dobrego nastroju, tak by każdy, kto tędy przechodzi, mógł poczuć moją radość. Moje drzwi nie mogą być wiecznie zamknięte dla moich bliskich, dlatego otworzę je niekiedy. Niech rodzina i przyjaciele wejdą tu czasem z wizytą. Niech i ja odczuję ich obecność, zaczerpnę z ich miłości.


Mój dom…

Czy udało mi się go dokładnie posprzątać? Czy nie ma kurzu za szafkami? Czy nie trzeba kogoś przeprosić, podziękować komuś? Czy kurz zapomnienia nie osiada za często na stole, przy którym niegdyś siedziało tylu życzliwych mi ludzi? Czy mam w szufladzie mały poczęstunek dla gości? Słodkości miłych rozmów, kruche ciastka pocieszenia dla zasmuconych czy też filiżankę gorącej czekolady, przy której każda troska zamienia się w odległe wspomnienie? Czy w moim domu można czuć się dobrze? Czy nie zagracają go zbędne rzeczy? Czy potrzebne mi te wszystkie strojne suknie albo sześć garniturów — moja próżność, chęć błyszczenia w tłumie? Czy nie jest czasem tak, że zabiegam tylko o ładną fasadę mojego domu, by ukryć ten cały wewnętrzy bałagan, nieuporządkowanie? By odwrócić uwagę od mojej samotności? Od tego, że czasem nie wiem, jak i czym urządzić domostwo mojego życia?

Ktoś puka. Zaglądam przez wizjer, ciemno. Trzeba było pamiętać o zapaleniu latarni przed wejściem. Biegnę do okien. Nic nie widzę. Brudne szyby. Ich umycie zajmie trochę czasu. Tylko czy ten ktoś poczeka, aż odważę się otworzyć drzwi do mojego nieuporządkowanego domu? Czy poczeka, aż umyję szyby i zobaczę, kim jest i czy mogę Go wpuścić do takiego nieładu?

I kiedy już opanuję ten bałagan, który zasłania widok z okna, odnajdę zapomniany klucz. Ten do malutkiego pokoju gdzieś na strychu, gdzie tak rzadko bywam. Pokoik bez mebli i sprzętów, w którym pośród ciszy, w milczeniu, siedzi moje zapomniane sumienie i tylko czasem puka do drzwi. Czy wypuszczę je z zamknięcia i pozwolę mu się włączyć w sprzątanie?

Wszystko zależy ode mnie. Bo to mój dom.

O twierdzy

Medytację O domu wiele osób wykorzystało na różne sposoby. Oto druga część tej refleksji. Na specjalną prośbę Czytelników.

*

Odkryłam ostatnio, że mój wewnętrzny dom to jednak twierdza. Głęboko ukryta warowna instytucja, w której dzieją się rzeczy, o których nie śniło się filozofom.

Na początku Wielkiego Postu zazwyczaj wietrzymy duszę — nasze wewnętrzne domostwo. Otwieramy okna, drzwi i zamiatamy — tym razem nie pod dywan. Wszystkie śmieci wyrzucamy na zewnątrz, niech odpowiednie służby się tym zajmą. Cieszą nas wysprzątane kąty, wytarte kurze, czyste okna, wytrzepane dywany, błyszczące klamki i kafelki, równo poukładane rzeczy w szafie, odmalowane ściany, naprawione kontakty i załatane dziury w ścianach i na suficie.

Z werwą przystępujemy do rekolekcji, postanowień, retrospekcji, refleksji, wynurzeń w konfesjonałach, do pracy nad sobą. W końcu jest okazja, by rozprawić się z naszymi wadami, doszlifować zalety. Budząca się wiosna też sprzyja zmianom. Wyrzucanie staroci z komórek i piwnic, malowanie płotów, sadzenie pierwiosnków w szarych ogródkach nie ma końca.

Dookoła nas wszyscy sprzątają. Czytają multimedialne rekolekcje dla zabieganych, słuchają psalmów z „audiobuków”, instalują „biblięonlajn”, kupują „dladuszypożyteczneksiążki”.

I ja miałam zamiar coś zrobić, coś poczytać. Ale niestety (tak napisałam to) przypadkiem spotkałam po drodze do księgarni i do marketu z miotłami — samego Jezusa. W kościele siedział. Sam na sam ze Sobą.

— Zatrzymaj się. Posiedź tu ze mną chwilę — poprosił.


Pomyślałam o tych wszystkich rzeczach, których tyle muszę zrobić w Wielkim Poście, żeby Go wreszcie spotkać:

— osądzonego,

— umęczonego,

— ukrzyżowanego,

— pochowanego w grobie,

— zmartwychwstałego.


Bo przecież muszę zasłużyć, aby Go spotkać. Nie mam czasu, by z Nim posiedzieć w ciszy kościoła w centrum miasta.

Ale skoro już poprosił, to zatrzymałam się. Autobus uciekł, miotły wyprzedali, księgarnię zamknęli.

I usiadłam. Na chwilkę — pomyślałam.

Siedzieliśmy tak długo. Zdaje mi się czasami, że siedzę z Nim do tej pory i miło by było tak siedzieć z Nim do końca świata. Ale niestety jest jeszcze wiele do zrobienia, zanim wieczność nas tak zastanie.

Dał mi coś. Poprosił mnie, abym wzięła klucz i otworzyła pewien zamek. Drzwi do twierdzy.

— Do twierdzy? — upewniłam się.

Pokazał gdzie. Oniemiałam. Pokazał mi moje serce. Przypomniałam sobie. Zapomniałam, że mój dom to tak naprawdę nie mój dom. Bo ja mieszkam gdzieś dalej, w tych korytarzach, tych pięknie posprzątanych. Gdzieś dalej niż dom na pokaz, tapeta kupiona pod gust gości, meble z najnowszej wyprzedaży. Mieszkam w twierdzy, do której nikt nie ma dostępu. To tam przechowuję skarb, który Bóg mi powierzył. Moje serce. I sumienie.

No dobra. Mam klucz. Skąd go miał — nie wiem. W końcu nie wypada pytać o takie rzeczy.


Każdy z nas ma takie miejsce, gdzie w końcu Bóg nam każe wrócić i przestać ściemniać. Zrobić porządek tam, gdzie naprawdę jest on niezbędny, potrzebny, konieczny. Staniemy więc pewnego dnia przed wielką bramą, z zardzewiałym zamkiem, opatrzoną wielką metalową uzbrojoną kłódką, może nowoczesnym panelem alarmowym zabezpieczonym kodem.

I może niestety się okazać, że cała nasza służba Bogu, praca nad sobą i wewnętrzne imperatywy kształtujące nasz osobisty system wartości są fikcją. Są sposobem na auto-PR, tworzenie wokół naszego serca barier i murów, które mają nas ubezpieczyć na przyszłość, ocalić przed przeszłością, sprawić, że będziemy mieć poczucie kontroli nad teraźniejszością. A prawdziwy panel sterowania naszym życiem ukrywamy. Aby nikt nie miał do niego dostępu. Nawet Bóg, który utkał nas z własnych marzeń i naszych niepowtarzalnych cech i talentów. Marzenie Boga — moje serce — ukryte w twierdzy.


I stoję tak z tym kluczem obok Jezusa milczącego, samotnego, który prosi:

— Zatrzymaj się i otwórz ze Mną twierdzę. Tylko o to jedno proszę. Nic więcej nie musisz robić w Wielkim Poście.


Co tam znajdę? — pomyślałam. Tam to dopiero syf jest. Tyle lat zamknięcia. Kurz, pleśń, zaduch, pewnie i robactwo. Może duchy? Jakiś zapomniany diabeł w kącie wstydliwych wyobrażeń? Stare malowidła na ścianach, wyblakłe dywany, brudne sztućce — wszystkie te świństwa z młodości, stare, głupie i złe wiersze na dnie szuflady pamięci, zakazane piosenki na kasetach snów, niedokończone obrazy i szkice świetności odrzuconego planu Boga, zaniedbane rośliny relacji w ogrodzie. Mnóstwo chwastów, stosy kompostu w rynsztoku niepotrzebnych słów i złości.

Pycha, lenistwo, gnuśność, zarozumiałość, brak zaufania do Niego — to wszystko zastygłe w warstwach brudu na ścianach mojego zapomnianego serca. Twierdza niepodobna do tej, o której pisała Teresa Wielka. To wszystko, co trzeba było dawno oddać i odrzucić, spalić, ale jakoś tak… no szkoda… może się przyda. W końcu świat wymaga, aby czasem być zwykłą świnią.

Że też nie mógł się zadowolić moim domem codziennym, przecież posprzątane jest. Odmalowane, ładne i schludne miejsce. Prawie prawdziwe. Musiał sobie przypomnieć?… i mi przy okazji?

No właśnie. I co teraz?

Za chwilę znów miałam celebrować Triduum Paschalne, odnawiać przyrzeczenia chrzcielne, powtarzać historię zbawienia w rozbudowanych liturgiach, zagłębiać się w tajemnicę umierającego Mesjasza, w dramat Boga-Człowieka, w nadzieję i radość poranka Zmartwychwstania. W nasze przeznaczenie do wiecznego: BYĆ Z BOGIEM, KTÓRY JEST.

Miałam klucz. Wielki Post się kończył. Ten klucz warto mieć czy warto zgubić? Posiedzieć jeszcze z Jezusem i zaryzykować poddanie Mu twierdzy? Czy pognać dalej, by pracować nad sobą po swojemu i znów zapomnieć po co?

A może jednak otworzyć twierdzę, wejść tam z Nim, nie bać się przeszłości, przyszłości. Żyć. tu i teraz. Wybrać Boga, który prosi tylko o jedno.

— Zatrzymaj się i posiedź tu ze mną. Otwórz twierdzę. Nie bój się. Nie zapomnij kim jestem. I kim jesteś ty.

Oto jest pytanie.

O remontach naszych powszednich

Wakacje rodziny wielodzietnej, która spodziewa się nowego obywatela, często przypominają działania firmy spedycyjnej i remontowej jednocześnie. Polegają na wysyłaniu dzieci w różne strony (a to Tatry, a to wieś pod Krakowem, a to Pomorze) i łataniu w czasie ich nieobecności dziur w ścianach i podłogach mieszkania. Przygotowania do przyjęcia kolejnego członka rodziny to motywacja do REMONTÓW.

Nie wyjeżdżaliśmy wtedy nigdzie, nawet do znajomych czy krewnych. Odpoczywaliśmy w domu między malowaniem ścian, nalepianiem szablonów z księżniczkami i dinozaurami, montażem szafy wnękowej, przestawianiem łóżeczka z tapczanem czy biurka komputerowego z fotelem. Niby drobnostka, takie nieduże remonty, żeby tylko było czysto i funkcjonalnie. A ile z tym roboty!

Do tego miałam nieustanną zadyszkę i coraz większy obwód w pasie. Dobrze, że ten upał się od czasu do czasu oddalał. Po raz pierwszy w życiu kochałam ponure chmury, deszcz i zimne powietrze hulające po domu. Poza zewnętrznymi przygotowaniami odnawiałam też wewnętrzne mieszkanie mojego „ja”. Wróciłam do medytacji, do rozmyślań i spokojnego rozeznawania tego, co teraz jest priorytetem, a co można odłożyć na jakiś czas. Jednak czasem to, co wydaje się być dobre na później, nagle zdarza się tu i teraz. I przyprowadza ze sobą refleksję głębszej treści.

Zabraliśmy się do remontowania przedpokoju. Tego w ogóle nie było w planie. Odkleił się kawałek sufitu i nie można już było patrzeć na brudne ściany (efekt działalności naszych ukochanych dzieci). Po odświeżeniu dziecięcego pokoju i „obliczeniu się” stwierdziliśmy z mężem, że pomalowanie ścian i ewentualne zainwestowanie w rolkę tapety nie będzie chyba zbytnim obciążeniem dla naszej kieszeni. Poza tym od dawna chciałam poszaleć z decoupagem na obdartej toaletce pod lustrem i na szafkach na klucze. Mieliśmy wizję artystycznego przedpokoju, w kolorach jesieni, z liśćmi i kasztanami na meblach, z galerią prac plastycznych naszych pociech i z moimi akwarelami w nowych ramkach na nowej czystej ścianie. No i z sufitem, z którego nic nie spada na głowę.

Po wizycie w sklepie — w towarzystwie naszego najmłodszego synka, który umilał nam wybieranie tapety i farby brykaniem między półkami marketu budowlanego — nasza wizja uległa zmianie. Nie było takiej tapety, jaką sobie wymyśliliśmy, ale znaleźliśmy inną. Niestety nie pasowała nam do niej żadna bordiura, którą sklep miał w ofercie. Nic to — pomyśleliśmy. Są inne sklepy.

— Tylko gdzie? — szepnęliśmy sobie cicho pod nosem, bo rzadko korzystamy z takiego asortymentu.

Wróciliśmy do domu zmęczeni zakupami z naszym rozbrykanym tygryskiem i zaczęliśmy czekać na „panów od szafy”, którzy mieli być o 16.00. Pół godziny po czasie zadzwonili, że się spóźnią godzinkę. Do 19.00 nerwowo sondowałam każdy obcy samochód na moim osiedlu — z okna w kuchni albo z balkonu wszystko było widać jak na dłoni.

W końcu przyjechali. Na szczęście szybko się uwinęli i przed 21.00 skończyli pracę. Moje ledwo żywe i przerażone dźwiękiem wiercenia i przykręcania śrub dziecko mogło wreszcie pójść spać. Następnego dnia mieliśmy zaszpachlowany sufit i załatane dziury w ścianach. Ale okazało się, że jedno opakowanie masy szpachlowej to za mało i musiałam jechać dokupić następne dwa. Z niepokojem myśleliśmy o następnym dniu, gdyż czekało nas malowanie ścian, robienie przecierki i klejenie lamperii z tapety. Jaka niespodzianka na nas czyha? Czy zamówione materiały do decoupage’u przyjdą pocztą, czy będę czekać na nie kolejny tydzień? Czy uda nam się kupić odpowiednią bordiurę w innym sklepie? Czy damy radę w jeden dzień przemalować ściany i poradzić sobie z tapetami? Zobaczymy.

Na szczęście nie było w tym remontowym bałaganie naszych dzieci, były na wakacjach. Obliczyliśmy bowiem koszty i prawdopodobieństwa katastrofy bałaganiarskiej, jaką zawsze generują nasze latorośle. Wizja jesiennego nowego przedpokoju nadal tkwiła w naszych głowach. Będzie nieco inaczej — na pewno. Mimo zmęczenia, cieszył nas wyłaniający się z tego chaosu porządek. To budujące widzieć, jak pająki wynoszą się spod mojej szafki na odkurzacz, a pajęczyny zalegające za lustrem znikają w ferworze sprzątania. Zagracony przedpokój nagle stał się przestronny i duży. Aż żal go było z powrotem zastawiać wyniesionymi rzeczami.

I tak sobie myślałam pośród tych przygód z szafami, farbami, masą szpachlową i dziurami w suficie, wśród rzeczy, które trzeba było wynieść i przejrzeć, posegregować i upchnąć w nowej scenerii remontowej, tak sobie myślałam — o wewnętrznym remoncie mojej duszy.

Niby nic takiego — często robię małe przemeblowanie i remont. Taka regularna spowiedź czy kolejne wieczorne postanowienie poprawy to rodzaj duchowego odświeżenia ściany (czyt. moich postaw i gestów) czy odkurzenia za dawno nieodsuwaną szafką na bibeloty (czyt. moje wady i zalety).

Ale jednak — jeśli zabiorę się do tego solidnie, rzetelnie — może się okazać, że powierzchowne odkurzanie nie wystarczy. Że trzeba zajrzeć głębiej, sięgnąć szmatką rachunku sumienia nieco dalej, wziąć drapak żalu za grzechy mocniej w garść i zedrzeć zaschnięte warstwy farby niewłaściwych przyzwyczajeń i nawyków. Może jak się przyłożę bardziej do tego zwyczajowego odnowienia mojej duszy, to znajdę w ofercie Stwórcy coś nieoczekiwanego, coś nieco ładniejszego niż moja wizja wewnętrznego „ja”? Remont duszy — gdybym miała napisać poradnik odnawiania wnętrza ludzkiego serca, co bym tam napisała? I kto by to w ogóle czytał? Tyle mamy różnych metod pracy nad kształtem swego życia, swej duchowości. Tyle sprawdzonych i przetartych szlaków. Czy warto jeszcze odkrywać nowe?

Kiedy malowałam szafkę na klucze farbą akrylową koloru beżowego, zastanawiałam się, jaki będzie miała odcień, kiedy wyschnie. Ten na puszce zawsze jest inny niż w rzeczywistości. Nasze wizje samych siebie często są zbyt nierealne, nie pasują do tego, jacy faktycznie jesteśmy. To, co sobie wymyślamy na swój temat i nad czym tyle pracujemy, często okazuje się błędnym postrzeganiem rzeczywistości. Ostatnio w jednej z medytacji przeczytałam takie pytania: Czy potrafię swoje życie, zdarzenia z niego, widzieć z perspektywy Boga? Widzieć Jego oczami? I czy mam odwagę to zrobić? No właśnie… ta odwaga widzenia samych siebie takimi jakimi naprawdę jesteśmy. I to, co kryje się w możliwościach takiego widzenia… czy mam na to siłę, żeby to przyjąć i zaakceptować? Podążyć z tym, co zobaczę i co zrozumiem — to nie jest proste. Bo przecież mam swoją wizję, mam swoje kolory i ulubione barwy. I wymarzony kształt siebie samej. Ile razy jeszcze okaże się, że w toku prac nad sobą prowadzi mnie nie tylko mój własny pomysł na życie, ale też coś większego ode mnie? Ile razy ten mały remont duszy okaże się trudniejszy, niż myślałam, bo odkryję, że mam w suficie swoich marzeń o wiele większe dziury niż przewidziałam? Że moje plany są tak nieprawdopodobnie głupie i bezsensowne, że nic tylko szpachlować łaską Bożą i pokorą wymodloną?! Może wtedy w końcu nic mi nie pęknie w zamierzeniach i działaniu? Może wtedy dopiero, zaprawione wolą Boga i Jego kierownictwem, mądrością Jego praw i zasad, które wyrył w mojej naturze, nic nie odpadnie z projektu życia i nie spadnie mi na głowę w najmniej spodziewanej chwili? Wczoraj znalazłam zdanie, które mnie powaliło:

Bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie (Mahatma Gandhi).

Tyle chciałabym czasem zmienić, i na postanowieniu się kończy. A wystarczy po prostu to zrobić. Nie planować w nieskończoność, nie marzyć bez końca. Tylko zwyczajnie wziąć się do roboty. Nawet jeśli tego nie było wcześniej w planie. Dzięki temu mój przedpokój jest inny. Czysty, nowy i zaskakujący nawet dla nas, którzy go odnowiliśmy. Wystarczyło się odważyć. Miesiąc później po tym przedpokoju nosiłam noworodka i pokazałam mu, jakie zmiany wygenerowała jego mimo wszystko cicha, spokojna i niespodziewana obecność. I to jest piękne.

O byciu prawym

A sprawiedliwy, choćby umarł przedwcześnie, znajdzie odpoczynek. Starość jest czcigodna nie przez długowieczność i liczbą lat się jej nie mierzy: sędziwością u ludzi jest mądrość, a miarą starości — życie nieskalane. Ponieważ spodobał się Bogu, znalazł Jego miłość, i żyjąc wśród grzeszników, został przeniesiony. Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy: bo urok marności przesłania dobro, a burza namiętności mąci prawy umysł. Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości. A ludzie patrzyli i nie pojmowali, ani sobie tego nie wzięli do serca, że łaska i miłosierdzie nad Jego wybranymi i nad świętymi Jego opatrzność (Mdr 4,7–15).

Choćby umarł przedwcześnie. Kiedyś usłyszałam zdanie nastolatki, że każdy, kto decyduje się na życie w zakonie, umiera dla swojej rodziny i przyjaciół. Potem człowiek prawie dorosły powiedział, że w ogóle życie według Bożej prawdy jest jakby umieraniem dla świata i przyjemności. A niedawno usłyszałam od osoby bardzo dorosłej, że martwym jest ten, kto próbuje nie korzystać z dobrodziejstw tego świata. Błaganie o nieumieranie w ten sposób jest typowe dla myślenia naszych czasów. Nie umieraj dla przyjemności — korzystaj z nich. Nie umieraj dla braku założenia, że Bóg istnieje, wyobraź sobie, że Go nie ma, i spróbuj żyć tak, jakby Go nie było. Nie umieraj dla swobodnego wyrażania myśli i uczuć, kłam, zdradzaj i mów, co myślisz bez względu na konsekwencje. W końcu życie jest tylko jedno, po co je tracić na jakieś bzdury o Bogu. I o Jego nierealnym, nielogicznym, jak na ludzki rozum, prawie.

Chrześcijanin to ktoś, kto powinien uczyć się umierać przedwcześnie. Korzystanie z mądrości Boga, słuchanie Jego prawa i odgadywanie Jego woli, a potem praca nad sobą i odwaga, by tę wolę przyjąć i wypełnić — to jak przedwczesna śmierć. Dla pewnego sposobu myślenia, który prowadzi do martwicy duchowej i do zaniku układu krążenia moralnego. Lepiej umrzeć przedwcześnie z powodu przyjęcia szczepionki Bożej Obecności, niż żyć tzw. pełnią życia i nagle umrzeć na wieki z powodu braku odpowiedniego składnika egzystencji.

Zabrany został, by złość nie odmieniła jego myśli albo ułuda nie uwiodła duszy: bo urok marności przesłania dobro, a burza namiętności mąci prawy umysł. Zabiera go Bóg, jeśli żyje sprawiedliwie. Zabiera spod wpływów nieprawych, z kręgu oddziaływania zgromadzenia tych, którzy nienawidzą i nie szanują Stwórcy. Sprawiedliwy może wśród nich przebywać, jeść i pracować, ale nigdy nie będzie taki jak oni. Nie zostanie zatruty złem i niewłaściwym sposobem życia. Zawsze będzie wiadomo, że jest z nim Bóg. Jego mądrość i rozsądek to oznaki, że jest zaszczepiony, że idzie dobrą stroną drogi. Nie ma okazji do tego, by ulec złudzeniom, stracić z oczu dobro, zabłądzić na rozdrożu. Bo zawsze, gdy ma podjąć decyzję, pyta Boga: W którą stronę teraz Panie?

Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pośpiesznie wyszedł spośród nieprawości. Jak można nie widzieć w wydarzeniach swego życia momentów, kiedy Bóg nas pośpiesznie wyprowadza z terenów skażonych i niebezpiecznych? Kiedy ogrodnik zauważy, że młody kwiat więdnie albo jego liście zaczynają pleśnieć, od razu przystępuje do ratowania rośliny. Przenosi ją, izoluje od szkodliwych czynników lub używa lekarstw. Wzmacnia ją i pielęgnuje, aby wyrosła na silną i mocną, i nie umarła. Kiedy człowiek miłujący Boga i wypełniający Jego prawo i wolę zachoruje z powodu zła, które go otacza, czyż Bóg nie uratuje jego duszy? Może użyć wielu metod, aby uchronić człowieka sprawiedliwego od wpływu zła i nieprawości.

Może odejście najlepszego przyjaciela nie było stratą, tylko ratunkiem od Boga? Może to było odcięcie złego wpływu, który paraliżował zdrowe mechanizmy mojej osobowości? A decyzja o porzuceniu pracy, która sprawiała wiele satysfakcji, ale niosła za sobą sporo stresu, była decyzją natchnioną i pochodzącą z podszeptu Ducha Świętego? Wyjściem z miejsca niewoli do miejsca, gdzie działać mogę w spokoju i szacunku dla mojej pracy?

Czy nie przeszkadza mi czasem to, że żyję za ochronną szybą Bożej miłości? A może czasem chcę się zbrukać, zanurzyć w rzece nieprawości, spróbować wody zatrutej i przeżyć coś ekstatycznego, z daleka od kochającego Ojca? Może czasem wolę nie czuć opieki i wsparcia, może czasem celowo tonę w zamęcie powszednich dylematów i problemów moralnych? Może wolę czasem być niewierny i mieć to „światowe doświadczenie”, wpływy, władzę, byle tylko nie być poza układem świeckim. Byle tylko dotknąć tego, czego nie wolno. Spróbować owocu zakazanego tylko po to, aby mieć poczucie pełnej kontroli nad moimi wyborami. Jakby poddanie się woli Boga było zniewoleniem.

O śniegu w październiku

Rano spojrzałam przez okno. Witałam dzień słodką latte. I zaskoczyła mnie pogoda. Klon pod moim blokiem zamiast jesiennej złotej czupryny miał czapkę ze śniegu.

Śnieg? W październiku? Ale jak to?

No tak, anomalie pogodowe są wynikiem działań ludzkości w ramach rozwoju cywilizacji. Postęp i technika nie idą w parze z ekologią.

Cóż mi pozostało. Piłam kawę, żegnając jesienne barwy na podwórku. Teraz już czas na futra i kozaki. Żegnajcie bluzeczki, kurteczki i szale. Czas do szafy. I czas na chorowanie — grypa jest stałym gościem w moim domu od pierwszych przymrozków.

Potem poszłam w tę śnieżycę, aby załatwić kilka szarodziennych spraw. Uzbrojona w polar, kurtkę z „goreteksu” i górskie, jak ja to mówię, buty szłam po kostki w śniegu, skrótem, po łące pełnej zwiędniętych astrów utopionych pod śnieżną chlapą. I tak sobie myślałam o tym śniegu nade mną, który mnie zmusił do nasunięcia kaptura tak głęboko, że straciłam szerokie pole widzenia. Nie widziałam nic oprócz czubka butów, czułam zimno na karku, w kolanach i na dłoniach. Jedyne, co mogłam robić, to opatulać się w ubrania, żeby zimny śnieg i wiatr nie zajrzały mi głębiej w oczy. Ktoś mnie minął, nie wiem kto, w końcu nie mogłam podnieść głowy, bo ten wiatr… Potem prawie wpadłam pod samochód, bo go nie zauważyłam, a on zignorował zasadę: Zatrzymać się przed przejściem dla pieszych. Zmokłam, zmarzłam i generalnie zostałam pokonana przez pogodę.

Zastanawiałam się jaki psalm można śpiewać w taką pogodę. No jaki?

I wtedy zamiast psalmu przyszła myśl. Może tak samo jest z naszą duszą, kiedy nam pogoda moralności się psuje, bo i grzech, i słabość, i jeszcze ten duch niespokojny, co nam kłody pod nogi rzuca przy każdej okazji? Bo i nam anomalie duchowe się zdarzają. Kiedy przestajemy dbać o ekologię naszego wnętrza, brakuje wtedy stałości pór roku w kalendarzu naszego duchowego rozwoju. Kiedy zapominamy, że ważny jest Dekalog, nauki Jezusa o miłosierdziu. Kiedy zapomnimy o czujności, kiedy nie pamiętamy o Kazaniu na górze… Może wtedy nagle zaczyna się dziwnie śnieżyć w naszym sercu? Zimno, więc kaptur egoizmu na głowę i już nie muszę widzieć niczego poza czubkiem własnego buta. Może właśnie wtedy brakuje mi czujności i wpadam po kostki w zło, pod pierwsze lepsze auta nieprzewidzianych i niepotrzebnych zdarzeń na drodze do Boga?

Ale nic to. Trzeba podgrzać rosół, dać rodzince obiad, pokrzepić się modlitwą przed posiłkiem, pobyć razem. Zdjąć kaptur, wycisnąć wodę z butów i usiąść przy stole miłości rodzinnej. A potem co mi tam zima w środku jesieni. W końcu Bóg jest Panem pogody. Zwłaszcza tej, która panuje w moim sercu. W końcu mam kompas: Biblię i dobrych towarzyszy podróży — moją wspólnotę.

Dam radę.

O Matce Boskiej

Wieczór powoli zaciera ślady po minionym dniu. Dzień, pełen zdarzeń o mniejszym lub większym znaczeniu, dopiero teraz kreśli zarys sensu, którego poszukuję od rana. Kolejne święto Matki Boskiej upłynęło tak zwyczajnie. Ksiądz na kazaniu powiedział, że trzeba żyć tak, aby Chrystus na koniec zebrał z gałęzi naszego życia jak najwięcej owoców. Opowiadał o Marii: wzorze do naśladowania, jej poświęceniu, mądrości i oddawaniu się w ręce Boga. Znów, jak co roku, znużyło mnie to całe kazanie o powierzaniu się Najlepszej Matce. Tej, która we wspomnieniach z dzieciństwa jest dla mnie wielką biało-błękitną figurą w zimnym kącie gotyckiego kościoła. Stoi smutna w tym swoim niebieskim płaszczu, pod stopami ma kulę ziemską i węża. Ta, która jest w stanie mnie wzruszyć tylko w pieśniach takich jak Pomódl się, Miriam. Stoi na rogach ulic, przy polnych dróżkach zamknięta w szklanych i drewnianych kapliczkach. Namalowana, rzeźbiona, tak utrwalona w polskim krajobrazie, że nie sposób się o nią nie potknąć na niemal każdym zakręcie. Mam do Niej nieustanny dystans. Nie umiem się powierzać.

Bardzo lubię litanię do Niej. Medytuję nad określeniami takimi jak: Wieżo z Kości Słoniowej, Domie Złoty, Różo Duchowna, Zwierciadło Sprawiedliwości, Stolico Mądrości. Zatapiam się w myślach o Jej losach, kiedy przesuwam paciorki różańca. Spotykała ludzi, ale też anioły, i rozmawiała z Bogiem. Trzymała Go w ramionach, gdy spał jako niemowlę. I wtedy, gdy zdjęto Go z krzyża. Jaką była matką, gdy uczył się chodzić, jeść, mówić? Czy Święta Dziewica też miała czasem dość marudzącego bobasa, czy miała po uszy jego nieustannego „a cemu”? Czy bała się, gdy był chory (wtedy nie było antybiotyków), czy niepokoiła się, gdy nie wracał na kolację? Czy może w ogóle jej się to nie zdarzało? W końcu jej synem był człowiek doskonały — Nowy Adam. W Biblii szukam takich właśnie zdarzeń i obrazków z życia Matki Doskonałej. I chyba zrozumiałam ją dopiero wtedy, gdy sama zostałam mamą. Tak troszkę zrozumiałam. I wszystkie te nabożeństwa, zachwyty i westchnienia nad Jej cudownym wstawiennictwem stały się bliższe.

Zrozumiałam. Ale…

Ale czy wierzę? Czy wierzę w to, że została wybrana, ocalona od grzechu i jego skutków, wzięta do nieba? Czy wierzę? Czy tylko… wiem? Co tak naprawdę zaniosłam w bukiecie, który się na tę okazję komponuje z ziół, kwiatów i zbóż? I jakie owoce zbierze kiedyś z korony mojego drzewa Chrystus? Ona wie, co zrobić, aby było ich sporo, i to najlepszej jakości. Żyła najbliżej Niego. Żyje cały czas najbliżej Niego. I pewnie z tego powodu, zamiast zastanawiać się nad głoszonymi o Niej prawami, dogmatami, zamiast wysłuchiwać kolejnej dysputy na temat Niepokalanego Poczęcia, czytać w kółko podręcznik mariologii, trzeba Ją po prostu zaprosić do wspólnego gospodarzenia w ogrodzie duszy. I w domostwie, które tak ciężko czasem ogarnąć myślą, a co dopiero czynem.

Może w końcu przestanę przypalać garnki i zapominać o podlewaniu fiołków? Może przesadzę w końcu draceny?

O czwartej nad ranem

Obudzona — i to nad ranem — chrapaniem rozlicznych członków rodziny.

Przeczołgałam się zaspana i nieprzytomna do salonu. Kanapa i kołderka oraz cisza — to były moje podstawowe potrzeby tego poranka.

Z racji na dość hałaśliwą działalność dywersyjno-nocną gryzonia, którego odziedziczyłam po dzieciach (Tak mamo, przysięgam, że się nim będę zajmować!), klatka na stałe stoi w najdalszym kącie pokoju z zapasową kanapą. Przeniosłam ją zatem do łazienki. Przy okazji hojnie sypnęłam Dzikusowi (bo tak mu na imię) nową mieszankę ziaren, aby się raczył czymś zająć i nie szarżował po obejściu dopóki nie usnę. Gdy przykładałam wreszcie ucho do poduszki z nadzieją na brak dźwięków, nagle otrzeźwiałam. Znów słysząc coś dziwnego.

Kwik, skrzyp, pisk, trzask — wszystko w jednym dźwięku. Oj, chomik udławił się karmą. Woła o pomoc — pomyślałam.

W akcie poświęcenia udałam się zatem nieco żwawiej ku łazience, nasłuchując oznak agonii. Ale rzężenie połączone ze świstem i piskiem nie pochodziło z klatki. Panna chomik (tak, panna Dzikus) miała zbyt zapchany pyszczek ziarnami, aby cokolwiek mi powiedzieć na ten temat.

Spojrzałam na zegarek. Czwarta nad ranem — aż się chciało zaśpiewać. Otóż to! Śpiewać! To zza okna. Coś próbowało swoich sił w śpiewaniu. Efekt był zadziwiający.

Dawniej sporo czasu spędzałam w lasach i głuszy, na łąkach i bagnach, nasłuchując śpiewu ptaków i obserwując ich poczynania. Znajomi wróżyli mi przyszłość przynajmniej ornitologa. Wszystko co dotyczyło ptaków w Polsce, ich wyglądu, śpiewu, kolorów, miejsc zamieszkania — no oprócz kształtu drapieżców, bo przecież nie można wiedzieć wszystkiego — stanowiło dla mnie temat znajomy i powszedni.

Ale co się próbowało udławić własnym trelem na najbliższej sośnie tuż obok mojego domu — nie mam pojęcia. Świt jeszcze stroił barwy przed zalaniem osiedla swym blaskiem i nie mogłam dojrzeć winowajcy. Postanowiłam nagrać komórką osobliwy koncert i poszukać w zasobach sieci odpowiednika aplikacji Shazam dla ptasich przebojów. Niestety zanim zorientowałam się, gdzie kliknąć dyktafon — ptaszysko zamilkło.

I nagle to sobie uświadomiłam.

Przed chwilą byłam ledwo żywa i kompletne niedospana, nie miałam żadnej ochoty na kontakt z życiem i aktywnością — wszystko na rzecz snu. Teraz, o czwartej piętnaście nad ranem — wystrychnięta na dudka przez nieznajome ornitologiczne zjawisko dźwiękowe — stałam na parapecie okna na trzecim piętrze wśród kwitnących storczyków z komórką w ręku. Rękę miałam wystawioną za okno, a do tego: podniesione rolety, ja w piżamie, wschodzące słońce. Bardzo romantyczne. I chyba przedziwne.

Gdyby komuś się chciało o czwartej nad ranem przejść ulicą pod moimi oknami, chyba do końca życia zastanawiałby się, o co mi chodziło.

Uświadomiłam sobie porażkę. No dobra, koniec tego wydurniania się. Idę spać, bo za trzy godziny — do roboty. Ledwo to zrobiłam — zawijając się w ciepłe kołderki — znów się zaczęło. Słuchałam i wydało mi się, że dźwięk jest czystszy. Jakby ptaszysko się rozkręcało. Aż nagle zaczęło śpiewać jak słowik. Tak, to stanowczo słowik.

Ale znów za chwilę zamilkło. Urwało kontakt, jakby mi w myślach skubaniec czytał i nie pozwalał się zidentyfikować. Zatem nadal nie wiem, kim jesteś draniu. Jutro będę na ciebie czekać. I tym razem mi się uda. — To była moja ostatnia myśl przed zapadnięciem w sen.

*

Śniła mi się wielka zielono-żółto-ognistopomarańczowa modliszka chodząca po dywanie w moim pokoju. Owad na moich oczach przeobraził się w jakąś przezroczystą imitację samego siebie. Pozwoliłam mu odpocząć w wielkim słoiku na półce, a spod kanapy wyciągnęłam jego powłokę — pięknie lśniące, zastygnięte zielono-żółto-ognistopomarańczowe ciało. Kiedy wzięłam je do ręki, rozwinęło się jak zwiewna chusta i zmieniło w materiał, który… Prysk! Zanim dotarło do mnie, o co mogłoby chodzić modliszce śpiącej w słoiku — sen się urwał, tak nagle, jak ten śpiew o czwartej nad ranem.

*

Ile spraw naszego życia tak wygląda?

Jedyne, czego czasem pragniemy, to zawinąć się w kłębek na kanapie naszych spraw i spokojnie, w błogim odrętwieniu koczować do rana, do jakiegoś świtu przewidywalnego jak kawa z ekspresu, poranny autobus do fabryki czy odprowadzenie dziecka do przedszkola. Planujemy dźwięk budzika o konkretnej godzinie, potem rytuały codziennego zrywu do prozy życia. Aż tu nagle ktoś nas przebudzi, zezłości chrapaniem, kopaniem po goleniach czy ciosem w żebro — co moje osobiste dzieci mają w niemal codziennym zwyczaju. Wytrąci nas ze snu drapaniem pazurami po kołowrotku czy skomleniem przy drzwiach. Powodując zmianę trajektorii lotu ku świtowi w jakimś innym łóżku, w jakiejś innej przestrzeni, z której dobiegnie nas śpiew ptaka.

Ten poranek był otrzeźwieniem. Przypomniał, że warto czasem nie spać, zmarznąć przy oknie, załzawić oczy wypatrywaniem w ustępującej słońcu ciemności tego drania, co tak rzęzi, przygotowując głos do koncertu. I warto przegrać przygodę detektywistyczną za cenę otrzeźwienia.

Zamiast się złościć, bardziej zdenerwować i przekląć rzeczywistość pełną niespodzianek, warto spojrzeć na takie niezwykłe chwile jak na okazję. Coś, co może stać się szansą. Chwilą, którą trudno zaliczyć do codziennych rytuałów, ale którą na pewno warto mieć w kolekcji wspomnień.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 24.99
drukowana A5
Kolorowa
za 75.95