E-book
9.56
drukowana A5
24.03
Szpunt

Bezpłatny fragment - Szpunt

samouczek dziennikarza


Objętość:
110 str.
ISBN:
978-83-8155-100-7
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 24.03

Zamiast wstępu — WATERGATE NIEUDACZNIKÓW

Jesteś kiepskim dziennikarzem? Piszesz jak nieudolny grafoman? Zerknij do historii Bernsteina i Woodwarda. Jesteś świetny, wszystko ci się układa i zbierasz laury? Przeczytaj ich historię tym bardziej.

To oni rozgryźli największą aferę w historii USA, to po ich tekstach o aferze Watergate poleciały głowy, a prezydent Nixon pożegnał się z Białym Domem. Dziennikarskie śledztwo jest przez wszystkich uznawane za kanon, ideał, wzór niedościgły. Tym bardziej, że osiągnęli oni to co jest dziennikarskim snem — Nagrodę Pulitzera.

Jednak ten posągowy opis dziennikarskich herosów pęka nieco po lekturze tekstu Mariusza Zawadzkiego w Dużym Formacie. „Panowie Woodstein” pokazuje zupełnie przypadkowo powstały dziennikarski tandem, który równie przypadkowo zajął się mało interesującym tematem. Ale, przewrotnie, może właśnie różnorodność ich charakterów i brak predyspozycji do tej roboty spowodowały sukces?

Bernstein pracował w „Washington Post” od sześciu lat, ale cały czas trzymali go w dziale miejskim i kazali pisać o zalanych garażach czy drobnych oszustwach. A on miał już 28 lat, uważał się za bystrzejszego od kolegów i chciał być awansowany do działu krajowego. Nawet prosił naczelnego Benjamina Bradleego, żeby go wysłał do Wietnamu w charakterze korespondenta wojennego. Nie wiedział, że Bradlee zastanawia się nad zwolnieniem go — zauważa Zawadzki.

Jeśli dodać do obrazu Carla Bernsteina to, że był roztrzepanym, chaotycznym i kompletnie niezorganizowanym obiektem docinków kolegów z pracy — można zrozumieć dylematy szefa.

Równie fatalnie prezentują się dziennikarskie początki Boba Woodwarda. Z tym, że był on ułożonym, pedantycznie dbającym o szczegóły przypadkiem pisarskiego beztalencia, którego teksty trzeba gruntownie przerabiać. Do tego obydwaj — jako swoiste przeciwieństwa nie przepadali za sobą.

Do czasu, aż pewnej soboty, gdy nie było nikogo innego na dyżurze — zostali wysłani by zbadać sprawę włamania do hotelu Watergate.

Nie ma co opisywać śledztwa, genialnej pracy, i fantastycznego efektu. Zrobili to, o czym nawet nie śmieli pomyśleć — doprowadzili do wyjawienia sprawy, która przewróciła życie polityczne Stanów Zjednoczonych. Kto nie zna, niech poczyta.

Dla mnie jest ciekawy ten jeden szczegół. Historię która zmieniła losy świata i wyznaczyła nowe standardy „zrobili” dziennikarscy nieudacznicy.

Można powiedzieć — parafrazując wojskowe porzekadła — każdy dziennikarz nosi w plecaku Pulitzera.

Ale to dopiero połowa historii. Druga jest do poczytania dla tych, którzy znają swą wartość i cenę. To teraz modne, bo czasy są takie, że trzeba się wypromować.

Po Watergate losy autorów potoczyły się różnie. Drugiej Watergate już nie było, Pulitzera tym bardziej. Bernstein po 30 latach, gdy sława przycichła, a pieniądze się skończyły zaproponował Woodwardowi, by sprzedali notatki ze śledztwa za 5 mln dolarów do biblioteki uniwersyteckiej w Teksasie. Obydwaj raczej nie przypominają niepokornych dziennikarzy idących pod prąd, a raczej odcinają kupony od dawnej sławy. Ta otworzyła im drogę do najważniejszych gabinetów, mogli napisać ciekawe biografie. Pisali. I choć książki sprzedawały się dobrze, to już nigdy nie były nawet cieniem „Wszystkich ludzi Prezydenta„.

Może jednak lepiej pamiętać, że ten jeden, najważniejszy tekst jest przed nami. Nigdy za…

Nie chciałbym jednak, by z tego tekstu wynikła jedynie marna nadzieja dla dziennikarskich miernot czy kazanie dla pyszałkowatych gwiazdorów. Mimo, że byli wielokrotnie nękani — do samego końca nie zdradzili kim było ich główne źródło informacji. Mark Felt, „Głębokie Gardło” — jak go zawsze określali — ujawnił się sam. Dopiero w 2005 roku w wieku 92 lat.

I jeszcze cytat — za Zawadzkim — do zapamiętania:

Co robi dobry dziennikarz, kiedy dowiaduje się o włamywaczach w Watergate? Dzwoni do FBI? Nie! Sprawdza, gdzie mieszkają włamywacze, jedzie tam, wypytuje sąsiadów, rodziny, dowiaduje się, gdzie chodzą do kościoła i gdzie mają konta… jak porucznik Columbo.

Radość pisania

Burza mózgów

Zaczynamy od kolegium redakcyjnego i poszukiwania pomysłów na intrygujący tekst

Kto z nas nie przeżywa od czasu do czasu wrażenie totalnej pustki w głowie, gdy pada sakramentalne pytanie: co mamy do najbliższego numeru? Oczywiście, wiele zależy od tego jakiego mamy szefa czy szefową.

Typ opiekuńczy zarzuci nas propozycjami do zrobienia. Co więcej, da wybór, a przypadki, z którymi wie, że sobie nie poradzimy — zrobi sam. Będzie miło, sympatycznie i bezstresowo ale nie wyrośniemy ponad stadium pisania krótkich bombek i relacji z imprez. Zdając się na tematy podsunięte masz realną perspektywę pracy w roli dziennikarskiej miernoty, wyrobnika, rzemieślnika obrabiającego swój kawałek kamienia.

Na drugim biegunie jest redaktor preferujący styl pracy wojskowego trepa. Rzuca temat, potem przekleństwo, wreszcie jakieś pojedyncze hasło i czeka na reakcje. Ta oczywiście powinna polegać na precyzyjnym podaniu gotowego pomysłu na tekst, który rozwali konkurencję. A, że zwykle takiego nie dostaje pozostaje wyrazić ból wymownie wskazujący na to z jakimi baranami przyszło naczelnemu pracować. — Jak ja się marnuję! — wyrwie mu się spoglądając głęboko w oczy swych dziennikarzy.

Bez względu na osobowość prowadzącego, albo nawet wbrew niemu warto, by kolegium przeradzało się w rodzaj burzy mózgów, swoistego tygla generującego ciekawe pomysły.

Wszystko po to, by nie powielać tych samych tekstów co rok, nie męczyć się za każdym razem z wymyślaniem nowych pomysłów. Bo przecież co rok mamy te same tematy, które jakoś musimy zrealizować. Ale jeśli pracujesz od dwudziestu lat w gazecie, to co nowego wymyślisz, gdy po raz dwudziesty masz napisać o początku roku szkolnego? Dwudziesty wywiad z pierwszoklasistą, relacja z otwarcia nowej szkoły? Ile kosztuje wyprawka? Wystarczy tylko zaktualizować ceny.


Burza mózgów


Nie odkrywamy Ameryki. Technika jest stara i idealnie można ją wykorzystać podczas kolegium. Najważniejsze, by poddawać jak najwięcej pomysłów — haseł. Mogą być nawet infantylne, najważniejsze, by było ich dużo. Co ważne — rzucanych sugestii nie oceniamy — nie ma głupich pomysłów! I, w odróżnieniu od tego czego uczyła nas szkoła — korzystanie z cudzej pracy jest jak najbardziej na miejscu. W oparciu o pomysły innych buduj swoje!

Tyle teoria. A praktyka? Co burza mózgów może mieć wspólnego z naszym nieszczęsnym początkiem roku? No, to przyjrzyjmy się temu, co mogłoby się pojawić na naszej tablicy z pomysłami. Próbujemy:

— papierosy — gdzie palą gimnazjaliści,

— ile waży tornister,

— typowe miejsca na wagary,

— najlepsze/najgorsze szkoły w okolicy,

— co zrobić, by wychować prymusa — ile i za jakie korepetycje płacą rodzice?

— relacja ze szkolnej akademii,

— najdziwniejsze kółka zainteresowań,

— najdziwniejsze profile klas w liceach,

— najlepszy/najgorszy nauczyciel oczami uczniów,

— sylwetka najlepszego nauczyciela w powiecie,

— miss mokrego podkoszulka nauczycielek/mister nauczycieli,

— najgłupsze odzywki naszych nauczycieli,

— seks w wieku szkolnym,

— jak szkoła pomaga uczennicom — matkom,

— szkoła i bariery dla niepełnosprawnych. Jak pokonać na wózku szkolne schody,

— rankingi szkół — czyli wyścig szczurów po jak najlepszą lokatę Itd. itp.

Pewnie masz w zanadrzu jeszcze sporo innych pomysłów.

Pamiętamy, że lista zawiera także pomysły głupie choć oczywiście nie wartościujemy i nie oceniamy…

Wszystko zależy od czasu i pomysłowości grupy. Najważniejsze, by pomysły rzucali wszyscy, a wybrany sekretarz spisywał wszystko na tablicy. Gdy już lista jest gotowa możemy zastanowić się, które pomysły są obiecujące i te zakreślamy. Z kilku pomysłów wybieram ten, który najbardziej mi odpowiada, oczywiście mogę go jeszcze zmodyfikować.


Dziennikarskie pomysły


Wiadomo, prościej będzie streścić przemówienie burmistrza na otwarcie szkoły. Wierszówka, może i kiepska, ale jakaś będzie. Pozostaje tylko pytanie kto to będzie czytał? Zresztą to pytanie powinno zawsze Ci towarzyszyć, gdy tylko zabierasz się za pisanie jakiegokolwiek artykułu.

Wyobraź sobie konkretnego czytelnika i spróbuj go zainteresować. Patrząc na to zestawienie myślę, że wybrałbym tekst o rankingach, ale jako sposobie na pokazanie nawet najgorszej szkoły z najlepszej strony. Zawsze można znaleźć taki ranking, w którym szkoła będzie dobra. Na drugim miejscu pewnie pociągnąłbym pomysł z papierosami — opowieści uczniów i byłych uczniów, gdzie kurzyli i jak głupio się czaili podane w ironicznym sosie mogłoby rozbawić także tych 40—50 latków, którzy przypomną sobie szkolną głupotę. I tu mamy odpowiedź na pytanie — kto to przeczyta?

A przy okazji naszego kolegium warto spisać sobie wszystkie pomysły. Do wykorzystanie za rok. I dobrze mieć swój kajecik, albo miejsce w kalendarzu, czy internetowej chmurze, gdzie te wszystkie idee bez obciachu będziemy sobie przechowywać. Nigdy nie wiadomo co i kiedy się przyda. Ja przynajmniej zachęcam.

Temat i pomysł czyli najważniejsza jest motywacja

Tylko od Ciebie samego zależy czy będziesz się męczył w skórze dziennikarza. Jeśli pracujesz w lokalnej gazecie wcale nie znaczy, że jesteś skazany na liczenie dziur w drodze.

To był pomysł trochę wariacki. Przyszedł mi do głowy gdzieś nad ranem w bezsenną noc. Wyjazd do Anglii. Przecież mam znajomych, latają tanie samoloty — wypad na 3 dni nie jest więc wielkim wydatkiem dla redakcji Tygodnika Podhalańskiego. Tym bardziej, że mam zapewniony nocleg, a bilety kupię z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem.

Jeszcze tylko znaleźć ciekawy temat do reportażu i mam mocny argument, by przekonać szefa. Przecież górale są wszędzie, więc tekst o tym jak sobie radzą i co osiągnęli na obczyźnie będzie strzałem w dziesiątkę. Poprosiłem krewnego o znalezienie wśród swych znajomych kilku osób, które przyjechały niedawno i pochodzą z Podhala. Z gotową listą wyjechałem do Anglii. Na miejscu znaleźliśmy jeszcze bezdomnego, który mieszkał z miejscowymi menelami gdzieś w krzakach nad rzeką. Co prawda, góralem nie był, ale jakby nie patrzeć — nasz człowiek.

Napisałem reportaż. Niedawno do niego wróciłem. Akurat minęło 5 lat od tamtego tekstu, a ja wyjeżdżałem do Anglii na urlop. Jak tu nie skorzystać z okazji? Powstał więc kolejny artykuł o tym, co dzieje się z naszymi bohaterami sprzed lat. Ciekawa historia — jakoś nie wracają do Polski i idzie im coraz lepiej.

Dla czytelników myślę, że były to ciekawe teksty, a dla mnie wielka przygoda. Ale przecież nie tylko górale są wszędzie! Gdziekolwiek mieszkasz — znajdziesz rodaków za granicą.


Szkoła latania


Czasem człowiek przekombinuje. Miałem zrealizować tekst na rozkładówkę z festynu lotniczego na nowotarskim lotnisku. Jedną z atrakcji były skoki spadochronowe w tandemie. Człowiek bez żadnego doświadczenia doczepia się do instruktora i na specjalnym sprzęcie fikają w dół z samolotu na wysokości czterech tysięcy metrów. Widziałem rozpromienione twarze tych, którzy lądowali. Spodobało mi się. Pomysł wydawał się oczywisty — gdy skoczę i opiszę swoje przeżycia, to tekst będzie na pewno zupełnie inny od wszystkich, które musiałem pisać co roku.

— Fantastyczne — pomyślałem od razu nie bacząc na to, że nigdy wcześniej nawet nie wsiadłem do samolotu.

Próba nie strzelba — poszedłem do człowieka z aeroklubu z tą idealną propozycją — rzuca mnie z samolotu, będzie świetny reportaż na jedynkę czyli lepszej reklamy wymarzyć sobie nie mogą.

Pomysł się spodobał — niestety sprawa rozbiła się o koszty. Zniżka dla dziennikarza — owszem, ale i tak ostateczna kwota przekroczyła moje oczekiwania. A głupio było mi przy gościu z aeroklubu dzwonić do szefa z pytaniem czy redakcja zapłaci.

Jedynki nie było. Zamiast ze spadochronem, pofrunąłem sobie ze skoczkami na fotelu pasażera. Jesteśmy na wysokości czterech tysięcy, otwierają się drzwi — z samolotu wypadają po kolei skoczkowie, którzy dotąd siedzieli na podłodze w części, gdzie nie ma foteli.

— Porób sobie zdjęcia — woła do mnie pilot pokazując pustą przestrzeń samolotu po zniknięciu ostatniego skoczka.

Trzymając się kurczowo metalowej barierki sunę na kolanach po podłodze zastanawiając się czy już się czołgać czy przyjąć odważnie postawę bardziej odpowiadającą istocie ludzkiej. Gdy docieram w pobliże otwartych drzwi pstrykam drżącymi rękami kilka fotek. Jedyne słowa, które byłem w stanie z siebie wydobyć — to wyrażające mieszaninę przerażenia i ulgi, że mnie tam w dole teraz nie ma.


Fire walking czyli dziennikarz na stosie


Znacznie lepszy efekt przyniósł pomysł, do którego się zapaliłem po telefonie od znajomego z Czarnego Dunajca. W jednym z pensjonatów razem z trenerami z firmy szkoleniowej organizują fire walking.

Impreza jest zamknięta, ale może bym chciał popatrzeć i coś napisać? Wizja poparzonych managerów biegających po polance w ramach szkolenia motywacyjnego była wielce obiecująca, więc z podpowiedzi chętnie skorzystałem. Przed wyjazdem poszukałem w internecie, że to wcale nie musi być sekta, narkotyczny amok czy złudzenia iluzjonisty.

Choć do końca nie wiadomo dlaczego — człowiek jest w stanie przejść bosymi stopami po węgielkach rozżarzonych do przeszło czterystu stopni. Pomny lotniczych doświadczeń pojechałem ze znacznie mniej silnym postanowieniem zrobienia czegoś w rodzaju reportażu uczestniczącego. Byłem bardzo zadowolony, że nie składałem żadnych deklaracji widząc regularny stosik drewnianych polanek ułożonych w niewysoki stos na długości ponad czterech metrów.

Czekamy do zmroku, by efekt był lepszy. Przyglądam się jak to zaczyna płonąć, potem równo dogasa, by ułożyć się w równiutką ścieżkę ognia połyskującą czerwonym blaskiem. Gdy płomienie znikają, a żar żarzy się w najlepsze — słyszymy zasady: nie wolno przebiegać, bo można się sparzyć, idziemy równym, miarowym krokiem, stopy stawiamy normalnie.

Nie ma żadnych czarów. Pierwszy przechodzi Paweł, trener. Potem Bogdan — znajomy, który mnie zaprosił. Pokazują stopy — bąbli nie widać, jedynie trochę brudu. Zbliżam rękę do żaru, by sprawdzić czy nie robią sobie jaj — gorąco jak cholera. Obok mnie po węgielkach pomyka starsza pani, potem młoda dziewczyna. A w moim wnętrzu wojna jak u młodocianej dziewicy — chciałbym, a się boję.

Nie chodzi o to, że ktoś się będzie śmiał, przecież ja tu jestem tylko obserwatorem. Ale taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć! Ściągam buty, skarpety, staje na cudownie zimnej trawie już schłodzonej wieczorną rosą. Za chwile wchodzę w ogień. Pierwszy krok, drugi — nic się nie dzieje. Nie zatrzymuję się, nie uciekam — przecież poza widokiem rozżarzonych polan nic mi nie dolega. Piąty, szósty krok — ścieżka ognia się kończy. Znów zimna trawa. Stopy całe, żadnych oparzeń. Wszystko trwa kilka sekund. Ale warto dla tej euforii, która mnie teraz wypełnia. Skoro mogę przejść przez ogień — to mogę wszystko!


Potrafisz!


I z tym przesłaniem Cię zostawiam. Jesteś świetnym dziennikarzem, możesz wszystko — trzeba się tylko odważyć i poszukać swojego tematu. Jeśli uważasz, że bardziej się opłaca pisać bombki z życia działkowców i relacje z sesji, bo to mniej pracy i łatwiejszy zarobek — nie męcz się, zmień zawód.

Ciekawe historie do opisania nie trafiają się co dzień. Ale dla tej jednej, szalonej warto gnieść dupę na twardym stołku podczas przeciągających się w godziny gminnych sesji.

Tylko nie zapominaj: tekst Życia jest wciąż przed Tobą!

Pomysł na news

Każda gazeta ma ten sam problem — czym jest dobry news? Pewnie ty też spierałeś się o to nie raz ze swoimi czytelnikami, a może i w samej redakcji? Tabloidyzujemy się? A może popadamy w nudę i protekcjonalny intelektualizm?

I można dyskutować w nieskończoność. Największą siłę przyciągania zawsze ma jedynka. Od pewnego czasu w Tygodniku Podhalańskim robimy zestawienie jedynek z całego roku. To taki swoisty wykres pokazujący pod zdjęciem pierwszej strony ilość sprzedanych egzemplarzy danego numeru. Niemal regułą jest, że wzrost sprzedaży przynoszą dramaty — wypadki, zabójstwa. Drugi skok przynoszą celebryci, choć wydawałoby się, że to temat zupełnie obcy lokalnej gazecie.

A spadek? Informacje kulturalne, nawet okraszone świetnymi zdjęciami. Paradoksalnie plakatowa jedynka ze zdjęciem z zakopiańskiego Festiwalu Folkloru Ziem Górskich, ze którą TP dostał niegdyś nagrodę — sprzedała się najgorzej w roku!

Dylemat jakiego nie uda się rozstrzygnąć to pogodzenie potrzeby zwiększania sprzedaży z misją jaką powinny pełnić media. Krótko mówiąc — schlebianie gustom jak największej liczby czytelników kontra edukacja i kształtowania upodobań czytelniczych.

Kiedy przed paru laty z Jarkiem Myśliwskim próbowaliśmy przetłumaczyć dziennikarzom w Azerbejdżanie, by nie publikowali sążnistych tekstów o roli demokracji, bo i tak tego nikt nie przeczyta — spotkaliśmy się z oburzeniem.

— Jak to, przecież mamy kształtować świadomość czytelników. Mamy szerzyć demokrację! — przekonywali naczelni z gazet ogólnokrajowych, z których nakład największej nie przekraczał 4 tys. egzemplarzy.

Cóż, jak chcesz trafić do czytelnika, to musisz go mieć! I tu pojawia się dylemat jak pogodzić ogień z wodą czyli schlebianie gustom i zwierzęcym instynktom niektórych z potrzebą wysokich doznań innych.


Dobry temat na newsa


Tony Harcup w swojej książce Dziennikarstwo — teoria i praktyka szczegółowo zajmuje się pojęciem dziennikarskiego newsa. To ważne, by dotrzeć do tematów, które mają największy wpływ na popularność naszej gazety wśród czytelników.

Redaktorzy często określają newsy jako otwieranie okna na świat lub jako ogromne lustro odbijające obraz społeczeństwa, łącznie z jego wadami. Ale to nie może być takie proste, jak się wydaje, ponieważ news przeważnie dotyczy tego, co zdarza się rzadko — dlatego jest newsem — pisze brytyjski dziennikarz.

News może dotyczyć zwierząt, miejsc czy pogody, ale przeważnie dotyczy ludzi. Ludzi zajmujących się różnymi rzeczami, takimi jak: walka, oszczędzanie, zabijanie, leczenie, rozbijanie, palenie, plądrowanie, rabowanie, wzniecanie buntu, kradzieże, śledzenie, porwanie, ratowanie…

I tu zaczyna się lista niemal wszelkich ludzkich aktywności. Jakby policzyć, to Harcup wymienia 68 czasowników wśród których oprócz czynów drastycznych są czynności codzienne jak kupowanie, leczenie czy podróżowanie, uczucia jak kochanie czy nienawidzenie czy czynności zwykle przyjemne jak choćby całowanie.

Każdy z czasowników wspomnianych powyżej może stać się newsem, jeśli jego poszczególne komponenty mają zadatki na stworzenie dobrej historii — dobrej z punktu widzenia odbiorców — dodaje Harcup.

Badania przytoczone przez autora wymieniają najważniejsze czynniki, które sprawiają, że dany temat może być wartościowym. By stać się dobrym newsem temat powinien — według analiz — zahaczać przynajmniej o jedną z kategorii i to bez względu czy chcemy dotrzeć do czytelnika lokalnego czy ogólnokrajowego:

Elita władzy. W naszym wydaniu to lokalni politycy — choć często jak ognia boją się tego określenia mówiąc o sobie „samorządowcy”. Świetnie sprzedają się różnego rodzaju rankingi — poczynając od zarobków po wydawanie pieniędzy na inwestycje. Polscy czytelnicy, mimo deklarowanej niechęci do władzy, chcą za wszelką cenę dowiedzieć się jak najwięcej o ich życiu. I to bez względu na to, ile ci krzyczą o ochronie prywatności. Ta obowiązuje ich odwrotnie proporcjonalnie do sumy pieniędzy jakie pobierają za pełnienie swej funkcji. Jeśli ktoś chce być wójtem, nie może krzywić się, gdy ktoś go pyta o zarobki czy wartość majątku. Oczywiście i tu trzeba ustalić granice — to z kim sypia powinno być jego prywatną sprawą. Chyba, że „rodzina” i „wierność małżeńska” są głównymi hasłami na jego wyborczych sztandarach.

Sława. Celebryci mimo wszystko są również dobrym tematem dla sporej grupy lokalnych czytelników. Zdjęcie sprzed kościoła i krótka wzmianka na jedynce o ślubie Kasi Cichopek w Zakopanem spowodowały znaczny wzrost sprzedaży tego numeru Tygodnika Podhalańskiego. Gorzej było ze ślubem Kasi Figury. Temat dostałem z przydziału — z racji nazwiska. W liceum zawsze chwaliłem się, że to moja kuzynka, więc los mnie pokarał.

Miałem pojechać na ślub przy kapliczce w Dolinie Chochołowskiej. Było kameralnie, gwiazdorsko i… z pełna ochroną. Do tego stopnia, że goryla, który mnie dopadł, gdy przymierzyłam się do zrobienia zdjęcia — sam musiałem uciszać. Anioł stróż w garniturze stał tuż za mną przez całą mszę, żeby nie przyszło mi do głowy zrobienie użytku z aparatu.

Wróciłem do redakcji, a gdy wywołałem film okazało się, że Kasia tak mi się spodobała, że gdy pstrykałem zdjęcia w drodze do kapliczki — na żadnym nie uwzględniłem jej hollywoodzkiego męża. Może podświadomie czułem, że to drań i sadysta, z którym rozwiedzie się po paru latach udręki? Efekt moich początków w roli paparazzi był taki, że niewielki tekst poszedł na drugiej stronie ze zdjęciem kupionym od PAP-u. Czego się nasłuchałem o tym jak można było tak spieprzyć TAKI temat — już nie przytoczę. Na szczęście nie wiem jak gazeta się sprzedała — to było jeszcze zanim zaczęliśmy robić porównania.

Rozrywka. Tony Harcup wrzuca tu do jednego wora historie dotyczące seksu, showbiznesu, ludzkich pasji, zwierząt, historie odsłaniające czyjś dramat, lub stwarzające okazję do humorystycznego potraktowania czy zabawne fotografie. Może trudno się zgodzić na „ludzki dramat” w kategorii „rozrywka”, ale czytając wczorajsze newsy o kobiecie, która żyletką wycięła jądro swemu niewiernemu mężowi — nie sposób nie zauważyć nutki ironii w ustach komentatorów.

Niespodzianka. Zwykle w ramach dość wątpliwej niespodzianki jesienią mamy w redakcjach gości z grzybami — gigantami. Jednak tu o elemencie zaskoczenie trudno mówić. Cóż, nie zawsze można liczyć na to, że trafi się na człowieka, który w samoobronie pogryzł psa.

Złe wiadomości. Te w obiegowej opinii „sprzedają się” najlepiej. Elementem czarnego dziennikarskiego humoru jest stara maksyma — nic tak nie ożywia gazety jak świeży trup na pierwszej stronie. Jednak nie chodzi tu jedynie o epatowanie okrucieństwem. Złe wieści to też historie o utracie pracy, zamknięciu lokalnej fabryki. To podstawowe sprawy dotyczące ludzkiej egzystencji, potrzeby bezpieczeństwa.

Dobre wieści. „Pozytywne historie są dużo bardziej powszechne niż to sugeruje cyniczne twierdzenie, że jedyna dobrą wiadomością jest zła wiadomość” — zauważa Harcup.

Rzeczywiście, jeśli zechcesz policzyć newsy w swojej gazecie, to — jeśli to nie typowy tabloid — tych dobrych wieści będzie więcej. Gdzieś, coś budują, ktoś zdobył nagrodę, wygrał zawody, przekonał innych o swoim talencie. Te teksty są. Tyle, że o nich szybko zapominamy. Bo dobre wieści uważamy za coś naturalnego i normalnego. To nas nie szokuje i nie zapada w pamięć.

Ranga. To wiadomości postrzegane jako ważne ze względu na ilość uczestników. Ile mediów pisało dotąd o chorych na stwardnienie zanikowe boczne? A wystarczyła jedna internetowa akcja, w której setki celebrytów polewa się wodą i wpłaca pieniądze na rzecz SLA i już mamy wydarzenie wysokiej rangi, którego wprost nie sposób pominąć w serwisach.

Doniosłość. Historie dotyczące spraw istotnych dla czytelnika. To, że są plany modernizacji sieci kolejowej niezbyt zainteresuje górala czytającego Tygodnik Podhalański. Ale jeśli napisać o tym zaczynając od zamknięcia linii do Zakopanego — to już jest news. Ważne, by starać się zakotwiczyć przekaz w tematyce dotyczącej naszych czytelników. Założenia drogowej specustawy będą zrozumiałe dopiero wówczas jeśli napiszemy o Jaśku, któremu rozbierają dom pod budowę obwodnicy Nowego Targu. Żadne elaboraty nie przemówią dobitniej.

Kontynuacje. Wbrew pozorom — czytelnicy lubią wracać do historii podjętych wcześniej. Dobrze dla nas, gdy wskutek interwencji gazety uda się załatwić jakiś problem. Często jednak efekty nie są cudowne. Mimo to warto wracać, by pokazać, że nasi czytelnicy są dla nas ważni nie tylko jednorazowo, gdy dostarczają tematu do newsa.

Plany własne mediów. To ostatnia kategoria wymieniona przez brytyjskiego dziennikarza. Wszelkie zmiany w naszej sytuacji, planowane nowości w gazecie, sukcesy/porażki, przegrane/wygrane procesy sądowe, zmiany własnościowe — wszystko jest ważne. Tym bardziej w przypadku gazety lokalnej, w której chcemy stworzyć aurę członka rodziny — kogoś, kto stale jest obecny w życiu czytelników.


Pamiętaj o czytelniku


Czy dobieranie tematów pod kątem wymienionych kategorii zapewni nam sukces? Oczywiście — to nie wszystko, to dopiero wstęp. Ważne jednak, by nie traktować tego etapu pracy nad tekstem pobieżnie. Myśl o swoim czytelniku, wyobrażaj sobie jak przegląda gazetę i zastanów się co zrobić, by zatrzymał wzrok na tekście, który właśnie ty napiszesz.


I jeszcze jeden, ważny cytat:

News to jest coś, co chce przeczytać facet, który wszystko olewa

— Evelyn Waugh

Źródła czyli z kapci wyskakiwanie

Pomysły pomysłami — musisz na bieżąco być zorientowany co w trawie piszczy.

Poza genialnymi pomysłami na reportaże, wywiady czy felietony musisz wypełniać codzienną, rzemieślniczą niemal rolę informatora. Musisz robić wszystko, by twoja gazeta była niczym słup ogłoszeniowy na którym czytelnik znajdzie wszystko co powinno go zainteresować.

Oczywiście najważniejsze, by newsy były nie tylko składnie napisane, ale przede wszystkim świeże!

Jeśli będziesz wyłącznie klepać informacje o remontowanych drogach, powielać urzędowe doniesienia o inwestycjach czy przechwałki wójtów o tym co zrobili, chcieli zrobić, bądź zrobią jak ich ludzie znów wybiorą — zmień pracę. Na stronie twojego ulubionego wójta pewnie będzie jakieś ogłoszenia o konkursie na wolne stanowisko pracy. Tam twoje miejsce.

Masz pisać o tym, co interesuje twoich czytelników, a nie o tym, co chcieliby czytać wójtowie i burmistrzowie.

Zakładasz kapcie w redakcji? Uważaj, by ci się za dobrze w nich nie siedziało. Jeśli jesteś dziennikarzem, a nie sekretarzem/sekretarką — twoje miejsce jest w terenie. Oczywiście w granicach rozsądku — kiedyś musisz wszystko spisać. Wtedy kapcie się przydadzą. Ale nie przyzwyczajaj się do nich. Tym bardziej, że internet ze swym bogactwem treści skłania do lenistwa. Przecież tak fajnie przerobić bombkę ze strony urzędowej na informację… Nie ruszając dupy zza biurka możesz też poprosić znajomego urzędnika, by podrzucił ci fotkę. Da się? Da się, może nawet — jeśli się postarasz — nikt nie zauważy, że wystarczyło przerobić urzędniczy bełkot na język polski. Teraz możesz z satysfakcją przeliczyć w myślach ile wierszówki skapnie ci za ciężką, nikomu niepotrzebną pracę. Jeszcze pogmeraj paluszkami w ciepłych kapciach i pomyśl o emeryturze. A najlepiej już na nią się udaj. Zestarzałeś się i zramolałeś bez względu na to ile masz lat. Sensem dziennikarstwa jest bycie z ludźmi i wśród ludzi!

Lubię rozpoczynać tydzień od spaceru. Oczywiście nie chodzi mi o poniedziałek, ale początek „tygodnikowego” tygodnia. Czyli dzień po tym jak gazetę wysyłamy do druku. Nawet jak nie masz potrzeby, nic się nie działo, nikt nie dzwonił, naczelny nie podrzucił tematu. Po prostu poszwendaj się. Choćby godzinę. Przejdź znane i mniej znane uliczki. Porozmawiaj z ludźmi. Zapytaj w kiosku jak się gazeta sprzedała i co ludzi mogło zainteresować.

Nic się nie dzieje? To przynajmniej sfotografuj widoczki — mogą się przydać. Jeśli i to masz — nie martw się. Przynajmniej będziesz zdrowszy. I kapcie ci nie przyrosną do pięt.

— Nie truj stary, spacerkami gazety nie zapełnię — rzekniesz przytomnie. I masz rację, w końcu, by przeżyć, w tydzień musisz natrzaskać przynajmniej kilkanaście newsów. Skąd je brać?

Spróbujmy poszukać źródeł.

Internet zamiast książki telefonicznej. Lata temu, gdy naprawdę nic nie przychodziło do głowy brało się książkę telefoniczną (było coś takiego!) i przeglądało się bazę firm i instytucji z nadzieją, że coś zaświta w głowie. Nadleśnictwo? Może zapytać co tam na froncie walki z motocrossowcami, albo kornikiem.

Izba gospodarcza? A może popytać jak tam kondycja lokalnych firm i nastroje wśród przedsiębiorców. Oczywiście nie wspominam o oczywistej oczywistości jaką jest telefon na policję, do prokuratury czy straży pożarnej.

Dziś książkę telefoniczną zastępuje nam cudowne narzędzie leniwych dziennikarzy — internet. Jednak przegląd stron urzędowych czy innych instytucji powinieneś traktować bardziej pod kątem poszukiwania punktu zaczepienia niż samej informacji. Jeśli coś cię zaintryguje — dzwoń, pytaj, rozmawiaj. Czasem okaże się, że pozornie proste sytuacje mają jakieś ciekawostki,

Fora internetowe/komentarze. Niestety, zwykle trzeba będzie się przedzierać przez morze hejtu i bzdur. Ale możemy natrafić na ciekawy ludzki problem Oczywiście to źródło, na którym w żadnym wypadku nie można polegać. Sprawdzaj wszystko z podwójną dokładnością. Jeśli punktem wyjścia był komentarz na stronie twojej gazety nie zapomnij o tym nadmienić — ludzie lubią być zauważani. No, chyba, że z tekstu wyjdzie, że komentator to idiota.

Sesje. Rady miejskie, powiatowe, sejmiki, a nawet zebrania sołeckie. Bezcenne. Uwaga! Nie rób sobie wyrzutów, gdy przyśniesz podczas wyjaśniania budżetowych niuansów przez skarbnika. Ale bądź czujny podczas interpelacji i wolnych wniosków. Szczególnie gdy na koniec dopuszczają do głosu wkurzonych mieszkańców. Ostatnio jednak zauważam, że w wielu gminach radni się wycwanili i najostrzejsze dysputy zostawiają sobie na komisje. Często lepiej więc chodzić na komisje.

Rozmowa z młodym współpracownikiem, który wrócił z sesji.

— I co, będziesz miał coś ciekawego?

— Eee, właściwie to nie ma o czym pisać, prawie cały czas się kłócili…

Można się załamać, prawda? Pamiętaj, że spory, awantury podczas wszelkich obrad są prawdziwą wisienką na torcie. Ludzie chcą wiedzieć za co płacą swoim politykom! Nie po to na nich głosowali, żeby cztery lata pobierali dietę jedynie za podnoszenie ręki w głosowaniu. A jeśli tak jest — to też masz temat.

Radni, posłowie, eurodeputowani. Nie traktujmy się jak wrogowie. Choć pewnie niejeden raz zaleziesz im za skórę. Przestaną się obrażać wraz z upływem kadencji, a przed samymi wyborami prawie się polubicie. Jest tylko małe „ale”. W żadnym wypadku nie spoufalaj się. A jak chodziliście z burmistrzem razem do szkoły to lepiej poproś innego dziennikarza, by z nim rozmawiał. Unikniesz dwuznacznych sytuacji w stylu: przecież koledze tego nie zrobisz…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 24.03