„Tym, którzy wciąż szukają swojego miejsca na ziemi….”
Telegram z Parczewa
Ania Pawińska, młoda lekarka z warszawskiego szpitala, siedziała zamyślona w przytulnej kuchni, wspominając ostatnie półrocze. Zdawała sobie sprawę, że 4 grudnia 1986 roku zapamięta na długo. Przygotowywała wtedy kolację z okazji imienin przyjaciółki, Basi, która od wielu lat z nią mieszkała. Miało przyjść kilkoro znajomych, a wśród nich niedawno poznany przez Basię Janek. Koleżanka cieszyła się na to spotkanie od dawna.
To był drugi dzień ich urlopu. Nazajutrz obydwie miały wyjechać do Karpacza na dwa tygodnie zasłużonego wypoczynku. Wówczas zadzwonił domofon.
— Anka, odbierz! — zawołała z łazienki solenizantka. — Kogo o tej porze niesie? Jeszcze się nie zdążyłam nawet wykąpać.
— Poczta! Telegram!
— Pewnie do ciebie, Basiu, z życzeniami — mówiła wesoło, przekręcając klucz w zamku.
To nie był jednak telegram z życzeniami. Gdy tylko dotknęła szarego papieru, jego szelest wydał się jej złowrogi, a treść okazała się jeszcze gorsza: „Rodzice nie żyją! Przyjeżdżaj natychmiast! Kacprowa”.
Nogi ugięły się pod nią i jak przez mgłę usłyszała krzyk Basi. Zostawiły mieszkanie pod opieką sąsiadki i po godzinie były już w drodze. Podróż pociągiem do Radomia i dalej niebieskim autobusem do Parczewa odbyły niemal w milczeniu. Na miejscu zastały wierną gospodynię, panią Czesławę Zaczyk, którą od imienia zmarłego męża nazywano Kacprową. Dopiero w jej ramionach Ania rozpłakała się na dobre.
— Anulka, dziecko, płacz. Będzie ci lżej na sercu.
„Dziecko” — tak zawsze do niej mówiła i była dla Ani niczym najukochańsza matka. Usiadły przy kuchennym stole i Kacprowa opowiedziała im o wypadku. Rodzice wracali właśnie od znajomych z Radomia swoim dużym Fiatem, kiedy z niewyjaśnionych przyczyn samochód uderzył w przydrożne drzewo. Zginęli obydwoje na miejscu. Spekulowano tylko, że przyczyną mogła być śliska jezdnia lub ich odwieczne dyskusje, które prowadzili zawsze z niezwykłą pasją.
Większość formalności była już załatwiona i następnego dnia odbył się pogrzeb. Jej rodzice byli dobrze znani całej okolicy. Julian Pawiński pracował jako lekarz w miejscowym ośrodku zdrowia, a matka uczyła w szkole podstawowej w Parczewie. Sama ceremonia była bardzo uroczysta, ale zaraz po niej przy mogile została już tylko mała grupka.
Z bliskiej rodziny młoda lekarka nie miała już nikogo oprócz babci Anny — matki ojca. Jej jednak nie było tego dnia z nimi, gdyż dla staruszki taka podróż była za daleka. Babcia całe życie mieszkała we Frycowej, małej miejscowości w Bieszczadach. Właśnie wtedy, tuż po pogrzebie, Ania postanowiła pojechać do niej zamiast do Karpacza.
— Czy babcia nie będzie miała nic przeciwko temu, abym i ja przyjechała z tobą? — zapytała niepewnie Basia.
— Może pojedziesz do Karpacza z Jankiem? Szkoda tych miejsc, a tak się cieszyłaś na myśl o pobycie w górach.
— Sama nie pojadę, a z Jankiem za mało się jeszcze znamy — odrzekła stanowczo Basia. — A poza tym Bieszczady to też, o ile mi wiadomo, góry.
Stanęło na tym, że obydwie wyjeżdżają w sobotę z Parczewa do Frycowej. Kacprowa, która już od trzydziestu lat była związana z jej rodzicami, miała się spakować, szukać kupca na ich posiadłość, a później zamieszkać z dziewczynami w Warszawie. Ten pomysł nie przypadł jej jednak do serca. Wolałaby zostać na wsi, gdzie zawsze czuła się najlepiej.
— Myślałam, że może ty, Anulka, przeniesiesz się na wieś. Ośrodek jest teraz bez lekarza — namawiała nieśmiało swoją pupilkę.
— Ale ja jestem reumatologiem, a tu potrzebny jest lekarz ogólny lub pediatra. Zresztą wiesz, że nigdy nie czułam się tu zbyt dobrze. W Warszawie mam duże mieszkanie i we trzy będzie nam tam wygodnie.
Z tkliwością w sercu myślała zawsze o tym warszawskim mieszkaniu, w którym spędziła tyle szczęśliwych lat — najpierw w liceum, potem na studiach i wreszcie podczas dorosłego życia. Mieszkało tam najpierw sześć dziewczyn z różnych miast i wsi. Powoli jednak zaczęły się wykruszać, aż rodzice Ani wykupili to mieszkanie na własność. Tylko Basia została z nią po ukończeniu szkoły pielęgniarskiej i teraz pracowały na jednym oddziale w szpitalu. Od początku się zaprzyjaźniły, a ich więź przetrwała próbę czasu.
— Jesteśmy jak stare, dobre małżeństwo — żartowały niejeden raz.
Bieszczadzki zmierzch
Kiedy w sobotnie popołudnie wysiadły z autobusu w Zakolu, Ania poczuła się zupełnie zagubiona. W tym momencie uświadomiła sobie, że nie wie nawet, w którą stronę trzeba iść do gospodarstwa babci. Przyjeżdżała tu tylko w wakacje z rodzicami, a od kilku lat ani razu nie odwiedziła staruszki.
Nieoczekiwanie w małym sklepiku obok kościoła dostrzegły słabe światło. Drzwi były otwarte, więc weszły i grzecznie zapytały o drogę. Kobieta zza lady uśmiechnęła się smutno.
— Do pani Pawińskiej Andrzej Korzycki zawiózł lekarza, powinien zaraz wracać.
Dopiero po chwili, kiedy do sklepu weszło dwóch mężczyzn i sklepowa ich przedstawiła, Ania wydusiła z siebie krótkie pytanie:
— Co z nią?
— To tylko grypa, ale w tym wieku trzeba uważać. Dobrze, że właśnie objeżdżałem ten teren — odparł młody lekarz, który przyjechał aż z Cisnej.
— Czy ktoś jest z babcią?
— Moja matka — odezwał się mężczyzna stojący przy drzwiach.
— Jestem jej wnuczką, a to moja przyjaciółka — przedstawiła się Ania.
— Wracam do domu, to zabiorę panie ze sobą — dodał mężczyzna i zaraz zawrócił do wyjścia.
— Dzięki Bogu — westchnęła Basia.
Zrobiły jeszcze zakupy, pożegnały się z lekarzem i wyszły na dwór. Przed sklepem stały pięknie rzeźbione sanki zaprzężone w dwa gniade konie. Korzycki pomógł im usadowić się w saniach i okrył nogi grubym kożuchem. Sam usiadł z przodu, cmoknął, a konie natychmiast ruszyły. W zapadającym zmroku słychać było delikatne dzwonienie janczarów. Ich kojąca melodia i ciepłe okrycie szybko uśpiły zmęczoną podróżą Basię. Natomiast Ania nieśmiało zapytała po chwili:
— Daleko jeszcze?
— Nie — odparł krótko Korzycki. — Widać już zabudowania.
— Czy pan daleko mieszka od babci?
— Drogą to jakieś dwa kilometry — tłumaczył. — Jesteśmy najbliższymi sąsiadami.
Dom było widać coraz wyraźniej. Wielkie drewniane gmaszysko, zbudowane niegdyś przez jej dziadka. To tutaj urodził się i wychował jej ojciec. Pamiętała, że były w nim wszystkie wygody. Na parterze znajdowała się duża, jasna kuchnia, jadalnia z tarasem, łazienka i trzy pokoje. U góry łazienka i cztery gościnne pokoje, a nad nimi strych, gdzie jako dziecko Ania lubiła się bawić w deszczowe dni.
— Jesteśmy na miejscu — mocny, męski głos wyrwał ją ze wspomnień.
Przed dom wyszła tęga kobieta opatulona kożuchem. Na głowie miała kolorową chustkę zawiązaną do tyłu.
— O Boże! Anusia! — krzyknęła.
Dopiero wtedy Ania przypomniała sobie panią Korzycką.
— Dzień dobry, pani Sabino! — wyskoczyła z sanek i podbiegła do niej.
— Dobrze, że przyjechałaś. Anna musi poleżeć. Słyszałam o twoich rodzicach… Bardzo mi przykro, dziecko.
Z sanek wygrzebała się druga pasażerka i podeszła do nich.
— To moja przyjaciółka, Basia — Ania przedstawiła koleżankę.
— Wiem, Anna czytała mi twoje listy. Chyba nie będziesz miała nam tego za złe? — zapytała z uśmiechem pani Sabina.
— Ależ skąd, cieszę się, że nie była tutaj samotna.
— Chodźcie do domu, dziewczyny, a ty, Jędruś, wyprzęgnij konie. Dziś już nie pojedziemy do domu, zanocujemy u Anny — zwróciła się do syna.
W domu było ciepło i przytulnie. Ogrzały się chwilę i dopiero wtedy cicho weszły do pokoju babci. Starsza pani Pawińska spała ułożona na plecach, z lekko rozchylonymi ustami. Basia usiadła przy gorącym grzejniku, a Ania rozglądała się po znajomej sypialni. Nie było jej tu pięć lat, ale wszystko pozostało jak dawniej. Nawet kwiaty na oknie stały te same, tylko serwetek na półkach trochę przybyło. Babcia pięknie haftowała, a jej robótki znajdowały się w wielu polskich domach.
— Anulka… — usłyszała cichy głos babci.
Przykucnęła przy łóżku i ucałowała kochaną, spracowaną dłoń.
— Babuniu kochana — szepnęła, a łzy pociekły jej po policzkach.
— Zostałyśmy same, Anulka. A i na mnie zasadza się już ta z kosą.
— Nie wolno ci tak mówić, babciu!
— Jestem już stara, dziecko, mam osiemdziesiąt pięć lat. Ale oni… oni mogli jeszcze pożyć.
Ania przytaknęła tylko, bo i cóż mogła powiedzieć. To prawda, rodzice mieli dopiero po sześćdziesiąt lat i właśnie zamierzali przejść na emeryturę. Ojciec pragnął zamieszkać razem z matką we Frycowej, jednak Celina nigdy nie lubiła tego „zadupia” — jak zwykła nazywać tę okolicę.
— Twoje miejsce jest tutaj — głos babci zabrzmiał nagle mocno i uroczyście, aż Ania drgnęła. Nigdy nie myślała o domu babci w ten sposób i te słowa nie wywarły na niej wtedy większego wrażenia. Zaskoczył ją tylko ten nagły, silny ton.
— Nie jesteś poważnie chora, skoro potrafisz tak donośnie mówić — zauważyła Ania.
— Racja. Grypa to normalna rzecz o tej porze roku.
— Poznaj Basię, babciu, chociaż znasz ją już z moich listów — przedstawiła przyjaciółkę.
— A jakże! Ciągle same, dwie stare panny, cholera jasna — zaśmiała się staruszka, podając jej rękę.
— Widać tak nam pisane, pani Anno — odparła wesoło Basia.
— Takie ładne dziewuchy i żaden chłop się za wami nie obejrzał? — dociekała Pawińska.
— My czekamy na prawdziwą miłość — wtrąciła Anka, próbując utrzymać powagę.
— Trzeba jej szukać, wy leniuchy! — babcia nie dawała za wygraną.
— Gdzie? — dziewczyny zapytały niemal jednocześnie i wszystkie trzy roześmiały się głośno.
— Idźcie coś zjeść i spać, na pewno jesteście zmęczone. Jutro porozmawiamy dłużej — dodała jeszcze staruszka i przymknęła oczy.
Wyszły, zamykając cicho za sobą drzwi. W kuchni pani Sabina z uśmiechem szykowała właśnie kolację. Gdy weszły, odezwała się z pewnością w głosie:
— Teraz Anna szybko dojdzie do siebie.
— Miejmy nadzieję — Ania odwzajemniła jej uśmiech.
— Długo zostaniecie? — zapytała sąsiadka.
— Na święta Bożego Narodzenia musimy być z powrotem w Warszawie — wtrąciła Basia.
— Szkoda, ale cóż, takie jest życie.
Usiadły do stołu. Biały ser i wiejskie masło smakowały wspaniale. Piły jeszcze gorące mleko, kiedy do kuchni cicho wszedł Korzycki. Przyglądały mu się przez chwilę w milczeniu. Bez kożucha i czapki wyglądał zupełnie inaczej. Był wysoki i znacznie szczuplejszy, niż sądziły początkowo. Jego surową twarz okalały czarne, błyszczące włosy, które sięgały prawie do ramion. Poruszał się zgrabnie i zupełnie nieskrępowany usiadł przy stole z kubkiem mleka w dużych, zadbanych dłoniach.
Skończyły posiłek i pani Sabina wyszła, by pokazać Basi łazienkę oraz pokój. Ania została jeszcze w kuchni i zadumana obserwowała mężczyznę. Czarne włosy opadały mu na wysokie czoło, kiedy pochylił się nad stołem.
— O czym pan tak intensywnie myśli? — próbowała przerwać przedłużającą się ciszę, ale nie otrzymała odpowiedzi. Po chwili podniósł głowę, jednak jego niebieskie, głęboko osadzone oczy były nieobecne.
— Jak to się stało, że ja pana nie pamiętam? — spróbowała ponownie.
— Mieszkam tu z powrotem dopiero od czterech lat — padła szybka odpowiedź.
— To nic dziwnego, ja nie byłam tu od pięciu.
— Wcześniej też pani rzadko bywała — odparł z wyraźnym wyrzutem.
— To prawda — powiedziała bardziej do siebie niż do niego. Podniosła się energicznie i mówiąc „dobranoc”, szybko opuściła kuchnię.
Pani Korzycka pomogła im jeszcze rozgościć się na piętrze i pożegnała się. Ona z synem miała spać tej nocy na dole, w pokoju gościnnym. Basia po gorącej kąpieli zasnęła natychmiast. Anka, mimo zmęczenia, długo jeszcze stała w oknie, obserwując niebo gęsto usłane gwiazdami i świecący księżyc. Na podwórzu było widno jak w dzień. Widziała, jak Korzycki szedł do stajni, a wracając, spojrzał w okno jej pokoju. Serce zabiło jej wtedy tak mocno, że obie ręce przycisnęła odruchowo do piersi, sama nie wiedząc dlaczego. Niewidoczna zza firanki przyglądała się jego dziwnie przygarbionej sylwetce.
„Cóż za ciężar dźwigasz na swoich ramionach, smutny człowieku?” — pomyślała.
Ogarnęła ją wówczas jakaś niezrozumiała nostalgia i mimo że wcześniej czuła się urażona jego zachowaniem, wiedziała już, co go dręczy. Tej właśnie nocy Anka przypomniała sobie wszystko, co babcia pisała w listach na temat syna pani Sabiny. Znała dobrze jego tragedię i wiedziała, czym zajmuje się teraz. Wiedziała, że w każdą niedzielę wozi obydwie panie do pobliskiego kościoła, a w ładną pogodę lubi jeździć konno po okolicy. Ponadto był dobrym sąsiadem, zawsze chętnie służył radą i pomocą, ale nigdy się nie narzucał. Był zamknięty i małomówny, przez co ktoś, kto go nie znał, mógłby go łatwo wziąć za nieokrzesanego gbura. Jednak tak nie było. Babcia zawsze miała dla niego wiele szacunku. Szczerze mu współczuła, kiedy jego żona zginęła w wypadku. To była śliczna dziewczyna i kochał ją nad życie. Ona jednak nie chciała zamieszkać w Bieszczadach, podczas gdy dla niego nie było piękniejszego miejsca na ziemi. Ania położyła się spać z pewnością w sercu, że zawsze będzie go szanować, chociaż jego zachowanie — tak jak dzisiejszego wieczoru — mogło budzić chwilowe wątpliwości.
Andrzej też nie mógł zasnąć tej nocy. Słysząc spokojny oddech matki, zazdrościł jej tego daru. Zimowe noce były dla niego najbardziej męczące. Wiosną, latem czy jesienią, kiedy pracy w gospodarstwie było znacznie więcej, zasypiał bez trudu. Czasami jednak śniła mu się Maria i koszmar tamtych dni powracał. Pracował wtedy na Węgrzech, a żona jak zawsze była przy nim. Na budowie osunęły się betonowe płyty pod rusztowaniem, na którym stał. Skręcił wówczas nogę i konieczny był gips na dwa tygodnie. Po tygodniu miał już dość siedzenia w hotelowym pokoju. W niedzielę wybrali się nad Balaton, wynajęli łódkę i wypłynęli na spokojne jezioro. Zarzucił wędkę, a Maria pływała w pobliżu. Była świetną pływaczką, zawsze podziwiał ją w wodzie. Tego dnia również nie mógł oderwać wzroku od jej zgrabnej sylwetki w zielonym kostiumie. Woda była bardzo ciepła i Maria odpływała dalej niż zwykle. Czasami tracił ją zupełnie z oczu, ale zaraz wypływała znacznie bliżej. W pewnym momencie ujrzał uniesioną w górę rękę… i już nigdy nie zobaczył jej żywej. Spędził kilka godzin na łódce wraz z ratownikami, zanim pozwolił się wysadzić na brzeg. Zwłoki Marii płetwonurkowie wydobyli dopiero czwartego dnia. Gdyby nie przyjaciele, nie wiedziałby, jak przeżyć tamten czas. Miał wówczas trzydzieści lat, a Maria dwadzieścia sześć. Spędził jeszcze cztery lata z grupą budowlaną w świecie, ale dopiero w domu, u rodziców, znalazł upragniony spokój. Po ośmiu latach ból stał się znośny. Czasami w snach wciąż widział wyciągniętą rękę żony; szukał wtedy zapomnienia w ciężkiej pracy, aby skierować myśli na inne tory.
Na szczęście w gospodarstwie rodziców pracy było pod dostatkiem. Pół roku po jego powrocie ojciec zmarł na raka żołądka. Matka przepisała na niego ziemię i przeszła na emeryturę. Zainwestował swoje ciężko zarobione pieniądze w gospodarstwo i zmienił je całkowicie. Wybudował dużą, nowoczesną oborę, w której hodował młode bydło oraz krowy mleczne. Z upadającego PGR-u zatrudnił na stałe dwa małżeństwa i zapewnił im dach nad głową. We czworo doskonale dawali sobie radę przy zwierzętach. Spełniając marzenia ojca oraz swoje, rozbudował znacznie pasiekę, z której dochód wystarczał już na bieżące potrzeby. Dużo czasu spędzał też z matką w ogrodzie warzywnym, który podziwiali sąsiedzi i znajomi. Często odwiedzali go przyjaciele z dawnych lat, rozsiani po całym świecie. Z domem pani Anny jego rodzice zawsze utrzymywali bliskie kontakty, a teraz i on stał się tu częstym gościem. Pani Pawińska po śmierci męża sprzedała Korzyckim prawie całą ziemię. Z dużego niegdyś gospodarstwa zostało zaledwie pięć hektarów, które okalały zabudowania, a w większości były to nieużytki. Jej dom od wiosny do jesieni tętnił życiem, pełen wczasowiczów. Zaczęło się od znajomych, a później oni przywozili swoje rodziny. Jednak w tym roku pani Anna nie przyjmowała już nikogo.
— Czuję swoje lata — mówiła. — A na chleb mi nie brakuje.
Utrzymywała ciągłą korespondencję z wieloma osobami, korzystając coraz częściej z pomocy Korzyckich.
Powrót w góry
Powoli zbliżały się Święta Wielkanocne, a Ania wciąż wracała myślami do tamtego zimowego pobytu u babci. Wypowiedziane przez nią słowa, na które wówczas nie zwróciła uwagi, teraz nieustannie dźwięczały jej w uszach.
„Twoje miejsce jest tutaj” — powtarzała wielokrotnie.
I przez te kilka dni zdołała zasiać niepokój w sercu wnuczki. Ostatnio Ania coraz częściej zastanawiała się nad tym i wciąż nie była pewna, gdzie tak naprawdę jest jej miejsce. Miała przed oczami zadbaną zagrodę, na którą nakładał się obraz pomarszczonej, sympatycznej staruszki. Marzyła wtedy, że jest przy niej, a babcia uśmiecha się zadowolona. Spędziły przecież wiele godzin w kuchni, słuchając wspomnień z jej dzieciństwa. Pamiętała niemal każde słowo i pragnęła usłyszeć jeszcze tak wiele.
Z zadumy wyrwał ją powrót Basi. Już od drzwi zaczęła mówić o remoncie szpitala, który planowany był od trzech lat.
— Aniu, reumatologia będzie zamknięta do końca maja.
— Kiedy podjęto decyzję? — zapytała zaskoczona. — Rano, gdy kończyłam dyżur, nikt nic nie mówił.
— Ja w południe musiałam już podjąć decyzję. Ordynator kazał mi zadeklarować, czy przechodzę na inny oddział, czy biorę zaległy urlop.
— I co zdecydowałaś?
— Biorę urlop. A ty?
— Ja też — odparła bez namysłu Ania.
Zapadła cisza, której żadna z nich nie umiała przerwać. Długo siedziały zamyślone, a obiad stał nietknięty na kuchni. Przerwały ją dopiero ciężkie kroki Kacprowej. Elegancko ubrana, przyglądała im się przez chwilę, zanim powiedziała:
— Idę do kościoła. Dziś jest ostatni dzień rekolekcji, może wybrałybyście się ze mną?
Zerwały się obydwie jak na komendę. Basia szybko założyła skórzaną kurtkę i krótkie botki, w których była w pracy.
— Załóż ten chabrowy płaszcz, Aniu — zwróciła się do przyjaciółki. — Tak ładnie w nim wyglądasz i pasuje do twoich oczu.
Ania nigdy nie przywiązywała wagi do swojego ubioru, to Basia najczęściej podejmowała za nią decyzje. Teraz też jej posłuchała. Krótką drogę do kościoła przemierzyły w całkowitym milczeniu. Zakonnik, który głosił kazanie kończące rekolekcje, w pewnym momencie powiedział głośno:
— Szukajcie, a znajdziecie!
Ania odebrała te słowa tak dosłownie, że bez chwili wahania podjęła decyzję.
— Tegoroczny urlop spędzę w Bieszczadach — wyszeptała sama do siebie.
Zrobiło się jej jakoś lekko na sercu i do końca mszy niewiele już słyszała. Myślami była daleko od Warszawy. Milcząc, wracały, wlokąc się wolno za Kacprową. Zachmurzone od rana niebo przejaśniało się, a zza chmur nieśmiało wyglądało wiosenne słońce. Nagle Kacprowa odwróciła się, mówiąc:
— Autobus do Sanoka jest o szóstej rano.
— O szóstej trzydzieści pięć — poprawiła ją Basia.
Ania, zaskoczona, stała chwilę z uchylonymi ustami i patrzyła na nie nieobecnym wzrokiem. Tyle pytań cisnęło jej się na usta, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu, tylko łzy popłynęły jej po policzkach.
„Skąd one wiedziały?” — pomyślała wzruszona.
Natychmiast po powrocie zaczęły szykować się do wyjazdu. Ania powiadomiła szpital o swojej decyzji i wraz z Kacprową zajęła się pakowaniem walizek. Basia była nieoceniona w takich sytuacjach. Błyskawicznie załatwiła rezerwację biletów na Dworcu Zachodnim, a z poczty nadała telegram do babci z prośbą, aby pan Andrzej wyjechał po nie na przystanek w Zakolu.
Rano wszystkie trzy siedziały w zatłoczonym autobusie. Przez brudne szyby obserwowały w milczeniu przesuwający się wiosenny krajobraz. Do Sanoka dotarły o trzynastej. Miały dwie godziny do odjazdu następnego autobusu. Zostawiły więc bagaże w przechowalni i wybrały się na spacer wąskimi uliczkami miasta. O tej porze ruch był niewielki. Chodziły wolno, zaglądając do sklepów z pamiątkami, gdzie wybrały dla siebie parę drobiazgów. Ania zatrzymała się na chwilę przed zakładem fryzjerskim, czym przeraziła przyjaciółki.
— Chcesz obciąć włosy?
— Zgłupiałaś? — naskoczyły na nią i zagrodziły jej drogę do uchylonych drzwi.
Nawet o tym poważnie nie pomyślała, ale patrząc na ich miny, odparła przekornie:
— Myślę, że powinnam je trochę skrócić.
Uśmiechała się, słuchając ich argumentów, po czym udając obrażoną, odsunęła się od wejścia. Czasami naprawdę miała dosyć swojego warkocza, ale widząc reakcję przyjaciółek, szybko zrezygnowała ze zmiany fryzury. Nigdy nie była u fryzjera i dziś zajrzała tam z czystej ciekawości. Swój jasny warkocz nosiła, odkąd pamiętała, a zniszczone końcówki obcinała jej najpierw Kacprowa, a później koleżanki. Splecione luźno włosy sięgały jej poniżej pasa. Basia swoje czarne, proste włosy nosiła zawsze elegancko ścięte i ułożone.
Oglądały wystawy, zjadły smaczny obiad w małym, przytulnym barze, który poleciła im zapytana na targu kobieta, po czym wróciły na dworzec. Teraz był już pełen ludzi powracających z pracy i szkoły. Obładowane bagażami, wyprowadzały z równowagi zarówno pasażerów, jak i kierowcę.
— Lepiej z Cisnej niech panie jadą oddzielnie z tymi tłumokami, bo w prywatnym transporcie ludzie was oskalpują — rzucił im ze złością na pożegnanie kierowca autobusu.
Na przystanku stały cztery Nysy z napisem „przewóz osób”. Pytały po kolei, lecz dopiero ostatni kierowca zgodził się po nie przyjechać, gdy rozwiezie już umówionych klientów. Wrócił po dwóch godzinach. Zaczęło się ściemniać, kiedy rozklekotane auto wyjechało z Cisnej.
— Pan Andrzej pomyśli, że zrezygnowałyśmy i pojedzie do domu — cicho powiedziała Basia.
— Mój Boże, obedrę go ze skóry, jeśli to zrobi — rzuciła ostro Kacprowa, która była już wyraźnie zmęczona tą podróżą.
Czekał jednak na nie pod tym samym sklepem w Zakolu. Uśmiechnął się wesoło, kiedy z Basią wysiadały z Nysy. Jego uśmiech nikł jednak w miarę przybywania bagażu, który Kacprowa podawała z samochodu. Jęknął tylko cicho:
— O cholera…
Nawet nie próbował upchać tego w swojej Wołdze. Jego ostre słowa zabrzmiały jak wojskowa komenda:
— Weźcie panie tylko podręczne rzeczy, resztę zaniosę na plebanię i jutro przywiozę.
Nie oglądając się za siebie, ruszył z częścią waliz w ciemność. Wrócił jednak szybko i zrobił kolejny kurs. Pozostałe rzeczy wcisnęły ze sobą do samochodu. Wyboista droga wydawała się nie mieć końca, jednak ten ostatni odcinek podróży trwał zaledwie piętnaście minut. Za to w kompletnej ciszy.
Przed domem zapalone było mocne światło. Andrzej pomógł im wyjść z auta i powrócił szybko za kierownicę.
— Dziękuję — szepnęła Ania, sama nie wiedząc, dlaczego właśnie tak cicho mówi.
— Nie ma za co.
— Za podróż bez słów — dokończyła również szeptem i zanim się odwróciła, ujrzała, jak drżą jego ramiona. On się śmiał. Była zaskoczona. Z poprzedniego pobytu pamiętała jego smutną twarz, brak jakiegokolwiek uśmiechu. A dziś to już drugi raz.
Babcia jeszcze nie spała. Czekała na nie w kuchni z gorącą herbatą. Z Kacprową od razu przypadły sobie do gustu. Opowiedziały jej o swoich tobołach, a babcia śmiała się do łez.
— Andrzej będzie się zastanawiał teraz nad wypełnieniem najmniejszej mojej prośby. I to przez was, miejskie stare panny. Teraz już trzy.
I śmiała się dalej, a one razem z nią. Zmęczenie jednak szybko zaczęło brać górę. Widząc to, babcia jako gospodyni wygoniła je z kuchni.
— Kacprowa będzie spała na dole, myślę, że tak będzie wygodniej.
— Co za ulga. Już myślałam, że będę musiała wlec swoje stare nogi codziennie na górę — odetchnęła.
Babcia wskazała jej pokój i pożegnała wszystkie cichym „dobranoc”.
Bieszczadzkie tajemnice
Był piękny wiosenny poranek, kiedy Ania otworzyła oczy, a promienie słońca tańczyły wesoło na ścianie jej pokoju. Wstała bez namysłu i szybko przeszła do łazienki. Obmyła twarz lodowatą wodą, wciągnęła dres i rozczesała warkocz. Na nogi nałożyła gumowe botki babci i energicznie pchnęła ciężkie drzwi. Cała weranda zastawiona była ich bagażami.
„Kiedy on to przywiózł?” — pomyślała i ostrożnie je omijając, powoli ruszyła przed siebie.
Z kurnika przy stajniach słychać było ciche gdakanie drobiu, a w budzie leniwie przeciągał się stary Mikuś. Pomachał tylko puszystym ogonem na jej widok, ale nawet nie wyszedł na zewnątrz. Słaby wiatr zabujał lekko gołymi jeszcze gałązkami drzew w geście powitania i potargał jej rozpuszczone włosy. Z uśmiechem na twarzy rozglądała się chwilę po całym obejściu, na którym zieleniła się już trawa. Wyszła wolno za podwórze, gdzie za stajniami rozciągał się cudowny widok. Cała zagroda babci stała na sporym wzniesieniu, toteż w ten bezchmurny poranek widoczna była nawet odległa Solinka. Rzeka wystąpiła ze swoich brzegów i płynęła szerokim korytarzem. Wąską, wydeptaną ścieżką dotarła do dużego ogródka. Pięknie przygotowany warzywniak czekał już na nowe ziarna. Otoczony był młodymi drzewami owocowymi i różnymi krzewami, które, świeżo pobielone, kontrastowały ładnie z ciemnym podłożem. Okręciła się wokół własnej osi jak rozbawione dziecko i szła dalej w kierunku rzeki.
Jakże inaczej wyglądała ta okolica zimą, kiedy rozległe pola pokryte były śniegiem i otoczone ponurym świerkowym lasem. Teraz wydawały jej się zielonym dywanem rozpostartym między ciepłymi ścianami domu. Zewsząd otaczała ją zupełna cisza, która kiedyś tak ją przerażała. Teraz ta cisza była dla niej niezrozumiałym ukojeniem. Spokój, który trwał wokół, przenikał do jej wnętrza, wyciszał wszystkie niepokoje, zapraszał i utulał jak kochająca matka.
„Czyżby naprawdę to było moje miejsce na ziemi?” — myślała.
„Co ja bym tu robiła?”
„Komu poza babcią mogłabym być tutaj potrzebna?”
„Gdzie wykonywałabym swoją pracę zawodową?”
Zadawała sobie te nieme pytania i nie potrafiła na nie odpowiedzieć.
„Zawód…” — zamyśliła się znowu. Zawód, którego nie zdążyła jeszcze polubić i kto wie, czy w ogóle potrafi go polubić. Chciała studiować ekonomię, uległa jednak rodzicom. Spełniła ich marzenia, ale nie swoje. Właśnie tu i teraz dotarło to do niej z taką wyrazistością. Jakże zazdrościła czasami Basi! Ona kochała być pielęgniarką i z radością znosiła trudy swojego zawodu. Ania zdawała sobie sprawę z tego, że potrzebny jest jej jakiś cel w życiu i wyzwanie, które wymagałoby dużej energii. Wiedziała, że ona w niej tkwi — niewyzwolona, skryta za nieśmiałością jak aktor za teatralną kurtyną.
„Czyżby już było po spektaklu, a może premiera ma się dopiero odbyć?” — uśmiechnęła się smutno do swoich myśli.
„Ale czy sama energia mi wystarczy? Przecież ja tak niewiele potrafię i tak mało jeszcze wiem o życiu, mimo że w tym roku kończę trzydziestkę. To moje życie było do tej pory takie nieciekawe, zwykłe i szare. Może naprawdę nadszedł już czas, aby coś zmienić”.
Otrząsnęła się w końcu i poszła dalej krętą ścieżką, aż na drewniany most nad Solinką. Oparta o balustradę, obserwowała rwący potok.
— Ty potrafisz wyzwolić swoją energię — szepnęła.
Z każdą chwilą czuła się coraz szczęśliwsza, a wyobraźnia podsuwała jej coraz nowsze obrazy.
— Nie za lekko się pani ubrała, pani Aniu? — mocny, męski głos Korzyckiego wyrwał ją z odrętwienia, ale nie odpowiedziała od razu.
Patrzyła, jak stał przy moście: wysoki, lekko zgarbiony, ubrany w dżinsy i granatową kurtkę, spod której wystawał gruby, niebieski golf. Kiedy podszedł bliżej, przyglądała się jego twarzy o ostrych rysach, która nie była może piękna, ale widać było na niej wyraźnie zgodność z otoczeniem. Tak, on był synem tej ziemi. Stanął tuż przed nią i wtedy zobaczyła wyraźnie jego niebieskie oczy, otoczone długimi, czarnymi rzęsami. Widać w nich było tyle smutku i cierpienia, aż zadrżała. Zrozumiała, że on do tej pory nie poradził sobie z tamtą tragedią.
— Jednak jest pani zimno — powiedział, grzecznie się witając.
— Tak, to prawda. Wychodząc z domu, nie pomyślałam, że mój spacer będzie taki długi. Zafascynowana szłam coraz dalej i dopiero tu, nad rzeką, poczułam chłód. Nie wiem, czy w ogóle myślałam — dodała jeszcze.
Uśmiechnął się tylko i podał jej lekką, puchową kurtkę. Założyła ją i zebrała rękami włosy, splatając je w luźny warkocz. Nie odzywając się do siebie, szli wolno w kierunku babcinego domostwa. Jego milczenie nie przeszkadzało jej zupełnie. Odnosiła wrażenie, że zna go bardzo dobrze i rozumie bez słów. Odezwał się dopiero przy warzywniaku, wymieniając gatunki posadzonych tam drzew. Opowiadał, jak pomagał je babci sadzić — tak zwyczajnie, bez przechwalania się. Doszli do werandy i na widok stojących wciąż tam walizek wybuchnęli obydwoje głośnym śmiechem.
— Jesteście nareszcie, Anka! — Basia wybiegła na ganek i potknęła się o ciężką torbę Kacprowej. Gdyby nie refleks, leżałaby jak długa. — Dziękuję! Chodźcie na gorące kakao do kuchni, tym zajmiemy się później.
Kacprowa w kolorowym fartuszku babci szalała przy stole.
— To jest dopiero frajda. Taka kuchnia, takie smaczne pieczywo i ser. Ja się stąd już nigdzie nie ruszam. Powiedziałam już pani Annie, a ona zgadza się ze mną. Do Warszawy już nie wracam — dodała stanowczo.
Słowa Kacprowej odebrały im na chwilę mowę. W milczeniu skubały chleb, a okruchy spadały na dębowy kuchenny stół. Basia pierwsza wstała od stołu, zwracając się do siedzącego mężczyzny:
— Panie Andrzeju, pomoże mi pan z tymi walizami?
Kiedy wyszli, Ania patrzyła na Kacprową, a ona uśmiechała się, mówiąc:
— Tak, Anulka, może i ty byś tu zamieszkała?
W tej chwili usłyszały głośny krzyk Basi:
— Anka! Babcia!
Starsza pani leżała w drzwiach swojego pokoju. Ania podbiegła do niej i zbadała puls — był ledwo wyczuwalny. Korzycki wziął ją na ręce i zaniósł na łóżko. Okryła babcię puchową kołdrą i usiadła obok, trzymając ją za rękę. Staruszka otworzyła po chwili oczy i poruszyła ustami w słabym uśmiechu.
— Czas na mnie. Spędziłam tutaj całe życie i taką spokojną starość…
To były jej ostatnie słowa, wypowiedziane szeptem, ale bardzo wyraźnie. Teraz Anka nie miała już nikogo z rodziny. Została sama, ale nie samotna, miała bowiem przy sobie przyjaciółki.
— Proszę pozwolić mi się zająć wszystkim, przyślę też mamę do pomocy — powiedział cicho Korzycki i wyszedł.
Po godzinie przywiózł panią Sabinę. Kiedy razem z Kacprową weszły do pokoju babci, dziewczyny, zaskoczone ich podobieństwem, wymieniły między sobą znaczące spojrzenia. Basia nie wytrzymała długo i zaraz głośno wyraziła swoje myśli:
— O matko, jesteście podobne do siebie jak dwie krople wody!
Kobiety, zdziwione jej słowami, spojrzały uważnie na siebie.
— Rzeczywiście — powiedziały niemal równocześnie.
Jednak obowiązki szybko odwróciły ich uwagę od tego tematu. Ubrały ciało Pawińskiej w ładny, granatowy kostium i uczesały starannie jej siwe włosy. Jej wygładzona twarz wyglądała pogodnie i znacznie młodziej. Wydawało się, że za chwilę obudzi się z przyjemnego snu.
— Ona wiedziała, że koniec jest już bliski — tłumaczyła im pani Sabina. — Andrzej w niedzielę przywoził jej księdza, który udzielił jej wszystkich sakramentów. Później kazała mi przygotować wszystkie potrzebne rzeczy. Ucieszyła się, kiedy przysłałyście telegram, pewnie tylko czekała na wasz przyjazd. Lekarz podczas ostatniej wizyty w marcu mówił, że świąt może nie doczekać.
Minęła trzecia po południu, kiedy przyjechał Korzycki z lekarzem. Był zmęczony, a wokół oczu miał ciemne cienie. Lekarz również wszedł ociężałym krokiem i skierował się prosto do pokoju.
— Smutne spotkanie — powiedział, witając się z nimi — ale takie jest życie. Wiedziałem, że pani Pawińska długo już między nami nie wytrwa. Ta grudniowa grypa mocno nadszarpnęła jej serce, które i tak pracowało już słabo. Mówił mi pan Andrzej, że zmarła bardzo spokojnie — zwrócił się do Anki.
— To prawda, pożegnała się z nami i zasnęła spokojnym snem, po którym człowiek się już nie budzi.
— Akt zgonu będzie do odbioru jutro w Cisnej — dodał jeszcze doktor.
Po obiedzie i krótkim odpoczynku mężczyźni odjechali, a one zajęły się przygotowaniem domu na wieczorne spotkanie z sąsiadami. Kacprowa z panią Sabiną popłakiwały cicho, znosząc dodatkowe krzesła. Przy łóżku zapaliły dwie duże świece i pozdejmowały z podłóg chodniki, aby nikogo nie krępowały.
Zaczęło się ściemniać na dworze, kiedy nadjechali pierwsi sąsiedzi. W ciągu niespełna godziny dom Pawińskiej zapełnił się ludźmi. Część zajęła miejsca w pokoju babci, a reszta zasiadła w przyległej jadalni. Starsza kobieta rozpoczęła jakąś nieznaną Ani modlitwę, a później następną i następną. Śpiewano też pieśni, których nigdy wcześniej nie słyszała. Siedziała w zaciemnionym kącie jadalni i nie mogła się temu wszystkiemu nadziwić.
„Jestem dorosłą kobietą” — myślała. „Od tylu lat znałam babcię, czasami przyjeżdżałam tu i do końca pisałyśmy do siebie listy, a tak mało o niej wiem. To, co babcię otaczało, wydawało mi się normalne i nic poza tym. Nigdy nie pytałam jej o przyjaciół, znajomych czy sąsiadów. Bliżej znałam tylko panią Sabinę”. Patrząc na tych nieznanych ludzi siedzących w domu babci Anny, uświadomiła sobie, jak bardzo pasują do niej słowa: „wiem, że nic nie wiem”.
Basia z panią Sabiną późnym wieczorem podały wszystkim gorącą herbatę i kanapki. Na chwilę ucichły pieśni i modlitwy, zaczęto wspominać babcię taką, jaka była za życia. Starsi opowiadali o trudnych latach wojennych i powojennych. Młodzi, bo i tych wśród zebranych nie brakowało, mówili, jak to pomogła im zorganizować działający do dziś Dom Kultury Bieszczadzkiej. Słuchając tych wspomnień, Ania zrozumiała, że popełniła niewybaczalny błąd. Nigdy nie pytała babci o jej młodość, małżeństwo, otoczenie, a wszystko to było warte poznania i zapamiętania. Zadawała sobie w myślach pytania:
„Kto teraz mi o tym opowie?”
„Kto przybliży mi świat babci, tak inny od tego, w którym się wychowałam i żyłam do tej pory?”
Podeszła do niej Basia i podała herbatę, a siadając, szepnęła cicho:
— Widzisz, Aniu, tutaj nawet czyjaś śmierć jest powodem do okazania szacunku. Ci prości ludzie mają w sobie tyle godności, że czuję się przy nich tak mało warta. Tu nieważne jest wykształcenie i stanowisko, lecz człowiek. To piękne i godne naśladowania. Nie sądzisz, że dobrze by nam tu było między nimi?
— Na pewno, tylko czy oni by nas zaakceptowali?
— Na to trzeba pewnie sobie zasłużyć.
— A czym my, miastowe, możemy się tu zasłużyć?
Basia podniosła się i odeszła, przywołana przez Kacprową do kuchni, a Ania została znowu sama w kącie jadalni. W głowie miała zamęt nie do opisania. Kolejne pytania krążyły jej po głowie: Co zrobić z tym domostwem? Czy sprzedać je obcym ludziom? Czy otworzyć może hotel dla turystów? Czy ktoś pomoże jej podjąć decyzję? Nie rozmawiała o tym z babcią, tak jak i o wielu innych sprawach. Nie znała jej marzeń, nie wiedziała, czego ona pragnęła, czego spodziewała się po niej. Próbowała powiedzieć to wnuczce w ostatnim liście, ale nie napisała niczego dosłownie.
Dalej przyglądała się otaczającym ją ludziom. Przez chwilę zatrzymała wzrok na Korzyckim, który rozmawiał z matką, i właśnie w tej chwili pomyślała, że może to oni znają marzenia babci Anny. Postanowiła ich o to później zapytać.
Kiedy udali się na spoczynek, zaczynało już świtać. Pani Sabina została z nimi, a jej syn miał jechać do Cisnej, aby kupić trumnę i wieńce, a także wstąpić do lekarza. Za tę pomoc Anka była im bardzo wdzięczna. Następny wieczór podobny był do poprzedniego, tylko dom przepełniony był zapachem igliwia. Składane przy trumnie wieńce ozdobione były szerokimi szarfami z napisami. Ich treść nie była zwyczajna i lakoniczna. To były słowa płynące z głębi ludzkich serc — „w podzięce za miłość, trud, oddanie i szacunek; z wyrazami miłości, smutku, bólu, rozstania i wiecznej pamięci”.
Dzień pogrzebu był piękny, słoneczny i cichy. Uroczystość żałobna zgromadziła ludzi, którzy byli związani z babcią od lat. Jednak Ania nie czuła się między nimi wyobcowana, tak jak w swoim rodzinnym Parczewie. Pan Andrzej opiekował się matką i Kacprową, a z dziewczynami stał Sosnowski — lekarz z Cisnej. Z mowy wygłoszonej przez kierowniczkę Domu Kultury dowiedziała się, że między innymi dzięki babci niewielka grupa młodzieży, jaka została w tej okolicy, jest dobrze zorganizowana. Tylko starsi, których jest wielu, nie bardzo wiedzą, co teraz ze sobą począć. To ona była ostoją i wspierała ich w trudnych chwilach. Potrzebny im jest jakiś cel, aby chciało się jeszcze trochę pożyć. Zadawała pytania, kierując wzrok na Ankę:
— Kto im go teraz wskaże, kiedy zabrakło pani Anny? Kto im poda pomocną dłoń, kiedy przyjdzie choroba?
Powrotną podróż odbyli w milczeniu. Pani Sabina z synem wróciła do siebie, obiecując odwiedzić je w niedzielę.
Spadek przeszłości
Następnego dnia, wypoczęte, wszystkie trzy wzięły się za wiosenne porządki. Wprawdzie dom był zadbany, ale żadna z nich nie znała dokładnie jego tajemnic. Zaczęły od strychu, ponieważ uważały, że tam powinno być najwięcej rzeczy mówiących o przeszłości gospodyni. Nie znalazły jednak nic takiego i czuły się ogromnie rozczarowane. Pośrodku stał tylko kołowrotek oparty o rzeźbioną kołyskę i kilka starych sprzętów kuchennych, przykrytych zakurzonym, starym obrusem. Zeszły więc na piętro, gdzie zawsze było czyściutko w każdym kącie, i otworzyły szeroko okna. Dziewczyny zajęły się wietrzeniem puchowej pościeli na balkonach, a Kacprowa udała się do kuchni przygotować obiad.
Zaplanowała, że dziś poda ziemniaki okraszone słoniną i zsiadłe mleko. Przygotowując taki posiłek, zawsze popadała w zadumę. Także i tego dnia przypomniała sobie swój pierwszy posiłek w radomskim sierocińcu. Do teraz pamiętała jego specyficzny smak. Od tego czasu nigdy nie była głodna. Spędziła tam pięć długich lat, a na swoje jedenaste urodzin, które przypadały dwudziestego czwartego grudnia, zamieszkała u państwa Syców. Jej przybrani rodzice pracowali w sierocińcu. On był ogrodnikiem i palaczem, a żona pracowała w kuchni. Nie mieli własnych dzieci. To Sycowa nauczyła Czesławę gotować, piec i robić weki na zimę.
W czwartym miesiącu wojny pełnoletnia już Czesia wyszła za mąż. Przedwojenny narzeczony, Kacper Zaczyk, wrócił do rodziców tylko na chwilę. Ślub wzięli w dramatycznym pośpiechu — Niemcy polowali na Kacpra, a jedynym ratunkiem przed aresztowaniem była natychmiastowa ucieczka do leśnej partyzantki. Nigdy więcej nie zobaczyła swojego męża. Otrzymała tylko krótki list od jego kolegów, informujący o śmierci na polu walki, gdzieś w Górach Świętokrzyskich. Zaraz po ślubie sąsiedzi i rodzice zaczęli się do niej zwracać „Kacprowa” i tak już zostało do dziś. Po śmierci swoich rodziców sprzedała ich mały domek i przeniosła się do Parczewa, gdzie prowadziła gospodarstwo młodemu małżeństwu. Pawińscy byli zamożnymi i wykształconymi ludźmi, mieszkali w dużej, nowej kamienicy. Pracy miała dużo, ale nigdy nie narzekała.
Kiedy na świat przyszła Ania, pokochała ją jak własne dziecko, którego nigdy nie miała. Cieszyła się każdym jej sukcesem i martwiła każdym problemem. Mimo że Ania jest dziś lekarzem, a ona ma ukończone tylko pięć klas, zawsze miały wspólny język i tak jest do dzisiaj. Praca przy garach zawsze sprawiała, jej ogromną przyjemność, a w tej pięknej kuchni czuła się jak ryba w wodzie. Prosiła Boga, aby tylko zdrowie jej dopisało, to jeszcze przez długie lata będzie dla Ani pomocą.
Polubiła też jej przyjaciółkę, która często przyjeżdżała z Anią do rodzinnego domu. Miały z Basią podobną przeszłość. Dziewczyna również była wychowanką domu dziecka, a jej przybrani rodzice — starsi już ludzie — nie potrafili nawiązać z nią kontaktu. Kacprowa marzyła po cichu, aby obydwie zdecydowały się tu zamieszkać, ale nie miała odwagi tego głośno powiedzieć.
„Dziewczyny będą tu jeszcze przez sześć tygodni — myślała. — To dużo czasu, aby dostrzec piękno tego domu i okolicy. One mają dobre i wrażliwe serca, ale czy to wystarczy?” Zrozumiała, że trzeba też odwagi do podjęcia takiej decyzji. To by zmieniło ich całe życie, a większość spędziły w mieście. Żeby tak pani Anna pożyła dłużej… jeszcze może by zdołała przekonać wnuczkę.
Ziemniaki dogotowywały się i zeszła do piwnicy po mleko. Kilka razy była już w tych pomieszczeniach i nie mogła się nadziwić zapasom zrobionym przez gospodynię. Wszystko poustawiane równo na mocnych półkach i opisane tak, że nawet obcy po chwili wiedziałby, gdzie szukać potrzebnych potraw. Grzyby i ogórki poszykowane na wiele sposobów. Przeciery, konfitury, powidła i różne sałatki warzywne. W oddzielnym pomieszczeniu, ułożone rocznikami, leżały butelki wina domowej roboty. Zaraz przy wygodnych schodach znajdowała się też piekarnia z dużym piecem. Wspaniałe placki i chleb z tego pieca dziewczyny jadły już niejednokrotnie. Pani Korzycka obiecała, że nauczy ją z niego korzystać. Wzięła ciężki, gliniany gar z mlekiem i wyszła z piwnicy. Basia stawiała już na stole okraszone ziemniaki, a Ania przecierała talerze i łyżki.
— To dopiero jest jedzenie! — zachwycone dziewczyny ostrożnie nalewały na talerze zsiadłe mleko.
— Zakończyłyście już przegląd całego domu? — zwróciła się do nich Kacprowa.
— Został tylko pokój babci, ale jeśli się nie pogniewacie, chciałabym najpierw sama go obejrzeć — odparła Ania. — A wy możecie zwiedzić obejście i ogródek.
Szybko uwinęły się w kuchni ze sprzątaniem po obiedzie i Ania, zamyślona, udała się do pokoju babci, aby przejrzeć to, co po niej zostało. Zaczęła od fotografii, które już niejednokrotnie oglądała razem z nią. Dotykała wszystkich drobiazgów ustawionych na półkach i starodawnym kredensie. Przy łóżku stały jeszcze jej grube, ciepłe kapcie z kolorowym haftem. W ładnym, drewnianym kufrze leżało mnóstwo pięknej, białej i kolorowej bielizny pościelowej.
Jednak przez cały czas jej wzrok przyciągała wielka, trzydrzwiowa szafa. Otworzyła pojedyncze drzwi, gdzie nisko ustawione były czyste buty — jedne z nich były długie i sznurowane. Wyżej leżało kilka różnych nakryć głowy i kolorowe chusty. Dopiero gdy otworzyła podwójne skrzydło szafy, ujrzała rzecz, której się tutaj zupełnie nie spodziewała. Na wieszaku, obok znoszonej już jesionki, wisiał piękny damski strój ludowy, okryty cienką, przezroczystą folią. Spódnica i serdak były już trochę wyblakłe, ale biała zapaska z delikatnym, ażurowym haftem u dołu z pewnością była nowa. Długi sznur czerwonych korali, zawieszony równo na pięknym serdaku, wyraźnie odcinał się od materiału. Długo przyglądała się kunsztownie wykonanemu odzieniu, nim delikatnie zamknęła drzwi szafy i podeszła do sekretarzyka babci.
W jego niewielkich szufladach panował, jak wszędzie, idealny porządek. Nie było tu żadnych luźnych notatek czy zbędnych szpargałów, co ogromnie ją zdziwiło. Zawsze uważała, że starzy ludzie ciułają różne, nikomu niepotrzebne drobiazgi. Okazało się, że babcia Anna taka nie była. „To znaczy, że nie można wszystkich oceniać na podstawie utartych schematów” — pomyślała.
— Ciekawe stwierdzenie, pani doktor. Proszę to sobie zapamiętać — szepnęła do siebie.
Ostatnia szuflada po prawej stronie sekretarzyka była zamknięta. Przypomniała sobie o kluczyku, który leżał w małym, drewnianym pudełeczku na kredensie. Otworzyła nim szufladę i wyjęła z niej trzy grube, oprawione w skórę zeszyty. Na każdym z nich wytłoczone były złotym kolorem rzymskie cyfry. Wiedziała, że babcia zapisywała tam ważniejsze wydarzenia. Teraz, wertując strony, znajdowała zanotowane fakty, które w większości były jej już znane.
Jeden z zeszytów zawierał jednak skryte myśli kobiety. Anię szczególnie zaciekawiły te pisane tuż po śmierci jej rodziców: „Myślałam, że Julian i Celina zamieszkają tu ze mną po przejściu na emeryturę. Stało się jednak inaczej… Teraz została mi już tylko Ania…”. W połowie zeszytu zapiski kończyły się listem skierowanym bezpośrednio do niej:
„Kochana Aneczko! Dziś jest trzydziesty marca 1987 roku. Czuję się bardzo słaba i nie wiem, czy się jeszcze spotkamy. Ostatnia wizyta lekarza tylko mnie w tym utwierdziła. Ten młokos był zbyt miły. Chętnie powiem ci, że bardzo cię kocham. To, co mam, należeć będzie do ciebie. Wiem, że nie jest to żaden majątek, i zrób z tym, co ci się tylko podoba. Pragnę, abyś swoje życie spędziła szczęśliwie i nic nie będę ci narzucać. Ja swoje spędziłam tak, jak chciałam, a starość miałam spokojną. Niewielu ludziom się to udaje. W szafie jest bojkowski strój, w którym brałam ślub z twoim dziadkiem. Może i ty go założysz w taki dzień. Dla ciebie uszyłam nowy fartuszek, ale jeśli go nie będziesz chciała, oddaj zespołowi z Domu Kultury. Babcia”.
Drżącymi rękami zamknęła zeszyt i wraz z innymi włożyła go z powrotem do szuflady. Nie zamykała już biurka na klucz. Wiedziała, że i tak opowie o wszystkim Kacprowej i Basi.
One tymczasem weszły do wielkiego budynku, który przez wszystkich nazywany był stajnią. Być może dlatego, że dziadek Ani trzymał w nim niegdyś konie. Budynek stał na grubym, ceglanym fundamencie, a mury miał wzniesione z okrągłych, drewnianych bali. Cały dach pokrywała blacha pomalowana na czerwono. Dziś lewą stronę obiektu zajmował przestronny kurnik z dużym wybiegiem, ogrodzonym wysoką siatką i otoczonym smukłymi modrzewiami. Duży, karmazynowy kogut spacerował dumnie pośród licznego stada kur. Para indyków piła wodę z okrągłego pojemnika, a przy korycie z ziarnem siedziało kilka białych kaczek. Nie płosząc drobiu, kobiety wycofały się i przeszły dalej.
Otworzyły ciężkie, drewniane wrota i weszły obejrzeć konne bryczki, o których Ania tyle im opowiadała. Stały tam cztery sztuki, wszystkie przykryte plandekami, a na ścianie wisiały uprzęże dla koni. W głębi, również pod przykryciem, stały sanki podobne do tych, którymi powoził Korzycki. Wszystko to pokrywała gruba warstwa kurzu — widać było wyraźnie, że dawno nie korzystano z tego sprzętu.
Dalej, za tym małym muzeum, znajdowała się stajnia dla koni. Było to duże, widne pomieszczenie, gdzie bez trudu można było postawić dziesięć koni, każdego w oddzielnym boksie. W lewym rogu, odgrodzone schodami, stały paki na ziarno, ale tylko w jednej znajdowała się pszenica dla drobiu. Basia weszła po schodach na strych, gdzie po jednej stronie leżało ułożone siano. Na pozostałej, pustej części poddasza harcowały cztery biało-czarne koty, które wystraszone natychmiast umknęły za stóg.
— Już ja was oswoję! — zawołała ze śmiechem Basia, schodząc po schodach i opowiadając Kacprowej o mieszkańcach strychu.
W następnym pomieszczeniu znajdowały się puste cztery kojce dla trzody chlewnej, wzdłuż których biegł wąski korytarz. Na samym końcu budynku mieścił się skład narzędzi ogrodniczych i gospodarskich. W kącie stał duży, elektryczny parnik do ziemniaków, a przy nim głębokie koryto. Do stajni przylegała przepastna piwnica, w której przechowywano ziemniaki i warzywa. Zrobiło się chłodno, więc zrezygnowały już z oglądania warzywniaka. Kacprowa pogłaskała jeszcze Mikusia, poszczekującego wesoło przy budzie, po czym zawróciły do domu.
Przy gorącej herbacie w kuchni wszystkie trzy opowiadały sobie o wrażeniach. Kacprowa, nawykła do gospodarowania na wsi, odzywała się najmniej. Za to Basia, dla której praktycznie wszystko tutaj było nowością, pomagała sobie gestami rąk, gdy słowa nie potrafiły wyrazić jej myśli. Zachwycała się każdym detalem. Słuchając jej, żadna z kobiet się nie dziwiła. Wiedziały bowiem, że Basia, porzucona przez biologiczną matkę przed Domem Dziecka w Płocku jako niemowlę, spędziła tam pierwsze sześć lat życia. Zaadoptowana później przez bezdzietne małżeństwo z tego miasta, miała swój maleńki pokoik w ich skromnym mieszkaniu. Do momentu ukończenia Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Małachowskiego to był jej cały świat. Życie nabrało dla niej barw dopiero wtedy, gdy zamieszkała z Anią w Warszawie. Zabrakło dla niej miejsca w internacie i była zmuszona szukać prywatnej kwatery. Trafiła pod pierwszy adres, jaki jej podano — i jakże szczęśliwy okazał się ten traf!
— Gdybym ja została spadkobierczynią takiego pięknego miejsca, zostałabym tu na zawsze — wypaliła na zakończenie Basia.
— Ja też — przywtórzyła jej natychmiast Kacprowa. — A ty, Anulka, co z tym chcesz zrobić?
— Sama nie wiem, chyba jak wszystkie stare panny… Chciałabym i boję się.
— Babcia by ci na pewno tak powiedziała — zaśmiała się Basia.
— Albo jeszcze dosadniej — dodała Kacprowa.
Kiedy pani Sabina wchodziła po schodach, słyszała radosny śmiech kobiet. Trochę zdziwiona zapukała do drzwi, ale ponieważ nikt jej nie odpowiedział, weszła nieproszona do kuchni. Zerwały się wszystkie trzy, zapraszając ją serdecznie. Wyraźnie zadowolone z jej wizyty, podsunęły krzesło.
— Ale tylko na chwilę, Andrzej czeka na mnie w samochodzie — zastrzegła. — Wstąpiłam zapytać, czy mamy was zabrać jutro do kościoła.
— Jeśli tylko można… Przecież jutro Niedziela Palmowa — poprosiła Ania.
— Przygotuję i dla was palemkę, a po kościele zapraszam do nas na obiad.
— Dziękuję. Niech się tylko pani nie gorszy naszą nagłą wesołością, pani Sabinko, ale właśnie rozmawiałyśmy o tym, co mam z tym wszystkim zrobić i jak babcia podsumowałaby moje wątpliwości.
— Rozumiem. Ja to bym się cieszyła, jakbyście zostały, babcia pewnie też. Będzie jednak tak, jak sama uznasz. Anna, gdyby tu była z nami, użyłaby pewnie podwórkowej łaciny, żeby przekonać cię do pozostania. A to, że nie rozpaczacie po niej, na pewno by jej nie przeszkadzało.
Podniosła się i pożegnała, a one zostały jeszcze przez chwilę w kuchni. Ania zmywała właśnie szklanki, kiedy Basia nagle zapytała Kacprową:
— Pani Czesiu, czy wy naprawdę nie jesteście siostrami?
— Bo ja wiem? Nigdy nic nie słyszałam o swojej rodzinie, a sama też niewiele pamiętam — odparła Czesława. — Muszę wam się jednak przyznać, że w jej obecności czuję się jakoś dziwnie. Zawsze, kiedy ją widzę, serce zaczyna mi bić dużo szybciej. Aż się boję, żeby to nie było jakieś zboczenie na stare lata.
Tym razem śmiech dziewczyn był tak gwałtowny, że echo odbiło się od ścian.
— A niech cię, Kacprowa! Co ty wygadujesz! — Basia aż dostała czkawki.
Udały się w końcu każda do swojego pokoju, ale ich myśli wciąż krążyły wokół poruszonego w kuchni tematu. Czesława usadowiła się wygodnie w fotelu, ułożyła nogi na pufie i pogrążyła się w głębokiej zadumie. Próbowała odtworzyć dziecięce lata spędzone w sierocińcu. Pamiętała koleżanki, wychowawczynie, stołówkę i pana Antoniego, który palił w piecach z brązowych kafli, a którego później nazywała ojcem. Skupiona w ciszy pokoju, doznała nagle olśnienia. Zobaczyła starą kobietę pochyloną nad łóżkiem, stojącą na glinianej podłodze w drewnianych chodakach. Z pościeli dobiegał wyraźny płacz dziecka. Ten płacz przerwał to dziwne widzenie, a Czesława zapadła w spokojną drzemkę.
Basia, która zawsze była marzycielką, wyciągnęła się wygodnie na łóżku i zaczęła puszczać wodze fantazji. Już widziała oczami wyobraźni, jak pani Sabina i Kacprowa padają sobie w ramiona, wzruszone i szczęśliwe, że w końcu się odnalazły.
Jedynie Anka nie mogła znaleźć sobie miejsca w pokoju. Zeszła do sypialni babci, usiadła przy sekretarzyku i wyciągnęła papier listowy. Postanowiła napisać do Domu Dziecka w Radomiu. Wiedziała, że placówka ta istnieje do dnia dzisiejszego w tym samym miejscu, co dawniej. Czasem bywała w Radomiu z Kacprową i wtedy przechodziły obok niej. Słuchała wówczas uważnie jej wspomnień, ale jako małe dziecko szybko o nich zapominała. Starannie dobierając słowa, podała w liście wszystkie znane dane pani Czesławy Syc. Prosiła o odpowiedź — chociażby miała zawierać niewiele więcej faktów ponad te, które już znały — na adres we Frycowej. Miała nadzieję, że może jeszcze przed wyjazdem doczekają się jakichś wiadomości.
Bieszczadzkie drogi
Nazajutrz po kościele pojechali prosto do Korzyckich. Ogrom ich obejścia wywarł na kobietach duże wrażenie. Pani Sabina obiecała, że po obiedzie oprowadzi je i pokaże całe gospodarstwo. W jej głosie słychać było wyraźną dumę, ale nie była to wyniosłość — tego były pewne. Korzycki podjechał samochodem pod sam ganek i pomógł im wysiąść. Odprowadził swoją dobrze utrzymaną, kremową Wołgę do garażu, a kobiety weszły do środka. W kuchni wszystkie zajęły się pracą i wkrótce zasiedli do stołu w dużym gościnnym pokoju.
Ten pokój, tak jak i kuchnia, umeblowany był nowocześnie i elegancko. Widać było, że gospodarze tego domu są ludźmi obytymi i zamożnymi. To nie była zwykła wiejska zagroda, jakie spotykały, podróżując po Polsce. Piękny, parterowy dom miał prawie dwieście metrów kwadratowych powierzchni. Cały był podpiwniczony, a wieńczył go rozłożysty dach pokryty czerwoną dachówką. Trzyramowe okna zapewniały dużo światła wewnątrz i piękne widoki ze wzgórza, na którym stał budynek.
Obiad upłynął w bardzo przyjemnej atmosferze. Wszyscy zgromadzeni przy stole czuli się dobrze w swoim towarzystwie. Młode kobiety pierwsze podniosły się od posiłku i zajęły sprzątaniem, a gospodarz na prośbę matki zszedł do piwnicy po butelkę wina domowej roboty. Pani Sabina z Kacprową nakroiły ciasta i zaniosły je na wielki, oszklony taras znajdujący się na tyłach domu. Widać było z niego pięknie utrzymany ogród, choć o tej porze roku niewiele jeszcze było w nim zieleni i kwiatów. Siedząc przy dobrym trunku i smacznej szarlotce, słuchali wspomnień gospodyni. Nawet Andrzej, zdziwiony nieco gadatliwością matki, słuchał w głębokim skupieniu.
Korzycka na co dzień była kobietą bardzo skrytą i zamkniętą w sobie. Jedynie z Anną Pawińską przypadły sobie do gustu od samego początku — traktowała ją jak starszą siostrę, której zwierzała się ze wszystkiego. Od kiedy pamiętała, mieszkała z rodzicami w Rabce. Straciła ich na samym początku wojny. Pracowała wtedy w uzdrowisku dla dzieci chorych na astmę, ale wkrótce placówka została zamknięta. Niemcy utworzyli tam szpital dla rannych na froncie oficerów. Pod koniec 1943 roku uciekła z Rabki i po długiej wędrówce wstąpiła do tworzącej się I Armii Wojska Polskiego jako sanitariuszka. Tam poznała Korzyckiego, ojca Andrzeja.
Po wojnie pobrali się i zamieszkali we Frycowej. Wcześniej było to gospodarstwo ciotki jej męża. Rok później urodziła syna — była to jedyna miłość w jej życiu. Z mężem, który tak jak ona był mało rozmowny, niewiele miała wspólnego. Przez wszystkie lata ciężko pracowali i rzadko gdzie bywali. To przez Annę poznała ludzi i pomagała, jak mogła. Kiedy Andrzej się ożenił, cieszyła się bardzo, że doczeka wnuków.
Po tragedii na Węgrzech rozchorowała się na serce i przez trzy miesiące leżała w szpitalu. Wtedy przekonała się, jacy są tutejsi ludzie. To był środek żniw, później drugie sianokosy, a u nich wszystko zrobione było na czas. Jej dom był zawsze uprzątnięty, a mąż nigdy nie chodził głodny. Po powrocie nie mogła się nadziwić. Korzycki ze łzami w oczach opowiadał o sąsiadach. Nie mogła ich, po tym, co dla nich zrobili, unikać. Ten trudny okres miał również wpływ na jej małżeństwo. Łatwiej im się rozmawiało ze sobą i zaczynała żałować, że nigdy nie próbowała zbliżyć się bardziej do męża. Zrozumiała wtedy, że ta ich wspólna droga mogła być o wiele przyjemniejsza. On też chyba myślał o tym, ale trudno było po tylu latach zmienić się z dnia na dzień.
Korzycki zaczął niedługo chorować, narzekał na silne bóle jelit i żołądka, ale do lekarza nie poszedł. Napisała list do Andrzeja, prosząc go o powrót do domu. Po jego przyjeździe z ojcem było coraz gorzej. Zawiózł go wprawdzie do lekarza, jednak na leczenie było już za późno. Poświęcił mu cały swój czas, prowadząc długie rozmowy. Sam podawał mu różne środki przeciwbólowe, a później już morfinę. Syn musiał złożyć ojcu obietnicę, że będzie dbał o matkę lepiej niż on.
— Jak widzicie, dba o mnie dobrze, ale sam nie jest szczęśliwy — zakończyła pani Sabina.
— Ależ jestem, mamo! — żachnął się, wstając z fotela. — Niech mama pokaże paniom dom i obejście, tak jak obiecała, a ja trochę pojeżdżę konno.
— Panie Andrzeju, czy mogłabym się z panem przejechać? Znam trochę wasze gospodarstwo, ale tej okolicy nigdy nie widziałam — Anka zwróciła się do gospodarza.
— Oczywiście! Tylko może wypijemy jeszcze po lampce wina i moglibyśmy mówić sobie po imieniu. Tak będzie łatwiej nam się rozmawiało. A jak mi się wydaje, żadne z nas nie choruje na pańską chorobę.
Poważny nastrój wywołany wspomnieniami pani Sabiny ulotnił się natychmiast. Wzniesiony toast przypieczętowany został uściskami dłoni.
— Panią Czesławę też proszę, aby zwracała się do mnie po imieniu — dodał, obracając się w stronę Kacprowej.
— A pewnie, stara już jestem, to i mnie wypada.
Korzycki roześmiał się głośno. Musiało to nieczęsto się zdarzać, bo na twarzy pani Sabiny przez moment widać było zdziwienie, które jednak szybko zniknęło, a pojawił się radosny uśmiech. Widać było, że brak jej jest tej radości syna.
Andrzej podał Ani kurtkę, tę samą, którą już miała na sobie, i wyszli przed dom. Schowała pod nią warkocz, a głowę okręciła szalikiem. Spodnie i płaskie półbuty nie powinny zbytnio ucierpieć. Jej strój do konnej jazdy został w Warszawie, rzadko go ostatnio używała. Jako studentka często jeździła konno z przyjaciółmi. Konie lubiła od dziecka, ale teraz niewiele czasu miała dla siebie.
— Gdzie uczyłaś się jeździć? — zapytał Andrzej, kiedy byli już w stajni.
— Jeszcze w Parczewie miałam koleżankę, której rodzice hodowali konie pod siodło, a później w Warszawie.
— Amatorsko?
— Wyłącznie, dlatego też wolałabym spokojnego konia, jeśli takiego masz.
W stajni stały cztery gniade konie, które zarżały wesoło na ich powitanie.
— Niewiele miałem dla nich czasu ostatnio, wszystkie by chętnie pobiegały. Dzięki tobie chociaż dwa rozprostują nogi.
— I ja się cieszę, od listopada nie siedziałam w siodle.
— O cholera…
— Co się stało?! — zapytała wystraszona, patrząc, że Andrzej stanął jak wryty.
— Ja nie mam siodła, zawsze zarzucam tylko derkę i strzemiona.
— Nie mam nic przeciwko temu.
— Żartujesz?
— Nie, mówię poważnie. Sama tak zaczynałam i, szczerze mówiąc, wolałam to niż sztywne siodło.
— Nie okłamujesz mnie? — spytał poważnie.
Anka zjeżyła się na to pytanie — kłamstwo było dla niej czymś, co budziło wstręt. Sama z konieczności uznawała tylko takie, które zmniejszają ból lub mu zapobiegają. Jednak jako lekarz nawet tego rodzaju wytłumaczenie ciążyło jej na sercu i rzadko z niego korzystała.
— Nigdy! Zapamiętaj sobie, i nigdy nie posądzaj mnie o kłamstwa.
Zapanowała nieprzyjemna cisza. Ance, kiedy już ochłonęła, zrobiło się głupio. Przecież to było tylko zwykłe pytanie, a ona nie wiadomo z jakiej przyczyny naskoczyła na niego.
— Przepraszam, nie powinnam się tak zachować.
— Ja też przepraszam, ale chciałem być pewien, że nie zrobisz sobie krzywdy, dlatego tak dopytywałem.
— A ja zareagowałam jak wariatka — jęknęła. — Wstyd mi teraz, jeszcze raz przepraszam.
— Już dobrze, przeprosiny przyjęte, wyprowadzę konie.
— Może ja zrezygnuję? Pewnie i tak odechciało ci się jazdy ze mną.
— Nie ma mowy! I nie pleć głupstw bez potrzeby.
— Jak chcesz, poddaję się.
Przez długi czas jechali w milczeniu, najpierw wolno, a później lekkim stępem. Z ubitej drogi zjechali wkrótce na leśny dukt — była to ulubiona trasa Andrzeja, którą znał na pamięć. Biegła aż do strażnicy, przez około kilometr niemal prostego szlaku. Puścił luźno cugle swojego ulubionego wierzchowca, a ten, jakby tylko na to czekał, natychmiast przeszedł w ostry kłus. Anka, z początku zdenerwowana, szybko się uspokoiła i jak urzeczona pomknęła za nim. Dzielił ich dystans zaledwie kilku metrów, gdy mknęli przez przyjemny półmrok leśnego traktu. Miała wrażenie, że znalazła się w zupełnie innym świecie. Obserwowała sylwetkę Andrzeja, lekko pochyloną nad końskim kłębem.
W końcu las zaczął się przerzedzać, a szlak stał się szerszy i jasno oświetlony promieniami słońca. Jeździec przed nią ściągnął wodze i teraz stępowali wolno obok siebie. Konie zbliżyły się na tyle, że Andrzej wyciągnął rękę i delikatnie dotknął dłoni Ani. Poczuła, jak ciepło jego dotyku rozlewa się po całym ciele. Rozluźniona, uśmiechnęła się do niego.
— Już dobrze, Aniu — powiedział cicho, jakby nie chciał zakłócić tego nastroju, który tu panował.
— Wiem — szepnęła — czuję to.
Wyjechali na pustą przestrzeń i Andrzej, wskazując ręką, powiedział:
— Obejrzyj się teraz za siebie, zobaczysz Łopiennik.
Wolno zawróciła konia i skierowała wzrok we wskazanym kierunku. Przed nią wyrósł szczyt góry, oświetlony chylącym się już ku zachodowi słońcem. Odniosła wrażenie, że wokół nagle zapanował uroczysty nastrój.
— To miejsce jest chyba zaczarowane — powiedziała cicho.
— Tak, tu można przyjść, aby odzyskać spokój, a spokojny człowiek łatwiej rozwiązuje swoje problemy.
— Ładnie to ująłeś. Może i ja rozwiążę swoje, kiedy już jestem spokojna.
— A cóż ty masz za problemy?
Odpowiedziała dopiero po długiej chwili milczenia. Przez cały ten czas czuła na swojej twarzy intensywny wzrok Andrzeja.
— Takie, które jak powiedziałeś, muszę rozwiązać sama.
— W czym mogę ci pomóc?
— We wszystkim i w niczym. Nie mogę cię wciąż obarczać swoimi problemami. Myślę, że jak na jedno życie dość już zrobiłeś dla mnie i mojej babci.
— Nie robiłem niczego z przymusu! — żachnął się. — Pytam poważnie, w czym mogę ci pomóc. Pomogę bardzo chętnie, zapewniam cię.
— W podjęciu decyzji, w zrealizowaniu zamiaru… sama nie wiem, w czym jeszcze. Czuję, że jestem na rozstaju dróg, a życie, które dotychczas prowadziłam, było nieciekawe. Ot, płynęło sobie do przodu. Chciałabym z tym wszystkim, co spadło mi na głowę, zrobić coś pożytecznego, zostawić jakiś ślad na ziemi po sobie. Może właśnie tu, w Bieszczadach.
— Mówisz poważnie, widzę to po twojej minie — patrzył na nią z radością i niedowierzaniem jednocześnie. — Zostałabyś tu na zawsze, poważnie?
— Jak najpoważniej — odparła. — Daleka droga byłaby przede mną do pokonania, dlatego też prosiłabym cię o radę jak przyjaciela.
Zeskoczyła z konia, aby rozprostować nogi, a mężczyzna zaraz stanął na ziemi obok niej. Delikatnie ujął ją za rękę i powoli ruszyli pieszo w powrotną drogę. Konie ze spuszczonymi łbami, noga za nogą, wlokły się za nimi.
— Więc słucham, co ci chodzi po głowie?
— Chciałabym rozbudować tę posiadłość i założyć tu Dom Spokojnej Starości — wypowiedziała jednym tchem. — Nie chcę, abyś od razu mi odpowiadał, co o tym sądzisz, ale dopiero, jak się nad tym dobrze zastanowisz.
— Aniu, jestem zaskoczony, jednak jedno mogę ci powiedzieć już teraz. To piękny cel, ale i ogromna odpowiedzialność. Odpowiedzialność za ludzi z różnymi wadami i całą ich przeszłością. W zdrowiu i chorobie.
— Zabrzmiało to trochę jak małżeńska przysięga, ale zapewniam cię, że odpowiedzialności się nie boję.
Andrzej zatrzymał się i odwrócił Ankę do siebie. Była niższa od niego o kilkanaście centymetrów, zadarła trochę do góry głowę i spojrzała mu poważnie w oczy.
— Pomożesz mi, Andrzeju?
— Jeśli się zdecydujesz, pomogę ci we wszystkim. Prawdę mówiąc, życie zaczynało robić się tutaj trochę nudne — zażartował. Podniósł do góry jej rękę i przyłożył do swojej piersi.
— Czujesz, jak bije moje serce? — zapytał tym razem bardzo poważnie.
Przytaknęła tylko głową, a na jej twarzy wystąpiły mocne rumieńce.
— Dopóki będzie biło, jestem twoim przyjacielem.
Powoli schylił się i pocałował ją delikatnie. Nie broniła się przed tym dotykiem. Był to zupełnie naturalny odruch, ale kiedy poczuła już smak jego ust, zapragnęła więcej i więcej. Puściła wodze, zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła mocno do jego ciała. Ciepłe, męskie wargi raz po raz dotykały jej twarzy, a serce dziewczyny biło jak szalone.
— O Boże, Andrzeju! — zakłopotana oderwała się w końcu od niego.
— Co, Aniu? — głos Andrzeja zabrzmiał jakoś niepewnie.
Przytulił ją znowu do siebie i stali tak przez długą chwilę. Było im obojgu tak dobrze. Ania, z głową opartą na jego piersi, przeżywała raz jeszcze te kilka cudownych momentów. Nigdy nie odczuła w ten sposób zwykłego pocałunku. Ręce jeszcze jej drżały, kiedy nieśmiało dotknęła twarzy Andrzeja.
— Jedźmy już, robi się późno — szepnęła.
— Jedźmy.
Pocałował ją jeszcze delikatnie w zarumieniony policzek i wypuścił z ramion. Poczuła się nagle samotna i opuszczona. Chciała z powrotem czuć na sobie jego mocne ręce i słuchać rytmu serca z głową wtuloną w jego pierś. Czas jednak uciekał nieubłaganie i trzeba było już wracać. Jej koń stał tuż obok i spokojnie skubał trawę. Andrzej pomógł Ani dosiąść wierzchowca i sam mocnym odbiciem wskoczył na grzbiet swojego. Pomknęli z powrotem tą samą drogą.
Zmierzchało już, kiedy dotarli do gospodarstwa. Andrzej sam zaprowadził konie do stajni, a Ania, opanowana, z lekarskim uśmiechem na twarzy, wolno wchodziła na schody werandy, kiedy ją dogonił.
— Nie gniewaj się na mnie, Aniu.
— To było dla mnie zbyt piękne, abym się gniewała — odparła szczerze.
— Dziękuję.
— Ja również.
Teraz już obydwoje, spokojni i uśmiechnięci, weszli do domu. Kobiety siedziały w kuchni przy herbacie i oglądały zdjęcia.
— Jesteśmy — powiedział Andrzej. — Możemy się do was przysiąść?
— Siadajcie, już wam robię herbatę — pani Sabina energicznie podniosła się od stołu.
— Coś wam długo zeszło na tej wycieczce, Anka — szepnęła Basia, ale tak, aby wszyscy słyszeli.
Anka uśmiechnęła się. Wprawdzie nie miała ochoty teraz przekomarzać się z przyjaciółką, ale nie mogła tej zaczepki zostawić bez odpowiedzi.
— To była piękna wycieczka i o wiele za krótka jak dla mnie. I ty też mogłaś się na nią zabrać.
— Przecież wiesz, że za nic w świecie nie posadziłabym swojego cennego tyłka na końskim grzbiecie.
— To następnym razem zaprzęgniemy konie do bryczki — wtrącił gospodarz.
— Cieszę się, Anusiu, że ci się tutaj podoba — powiedziała szczerze pani Sabina, stawiając na stole gorącą herbatę.
— Czy mogę zdradzić im twoje zamiary? — zapytał Andrzej, patrząc znacząco na Anię.
Przytaknęła, uśmiechając się ciepło do niego. Kiedy zaczął mówić, kobiety najpierw zamilkły, ale zaraz jedna przez drugą zaczęły piszczeć, krzyczeć, śmiać się i płakać.
— Naprawdę?! Anka?! Wspaniale!
— Anulka! Dziecko! Kochana moja!
— Cieszę się, Anusiu, i życzę ci powodzenia — pani Sabina ściskała ją mocno. — To Anna wiedziała, czego się po tobie spodziewać. Muszę przyznać, że mnie nie chciało się wierzyć, kiedy o tym wspominała. To było jej marzenie, ale zabrakło już sił i odwagi.
Ania słuchała skupiona i łzy pociekły jej po twarzy. Andrzej obserwował ją przez stół i wprost oczom nie wierzył. Delikatna, miejska kobieta, wykształcona, nowoczesna, a taka cicha, skromna i pełna ciepła. Poznał dzisiejszego dnia jeszcze inne cechy jej charakteru. Ta delikatna na zewnątrz kobieta ma silny charakter — tego był już pewien. Potrafi być twarda jak skała i krucha jednocześnie. Kiedy broni prawdy, zmienia się w skałę, ale wystarczy okazać jej serce — wzrusza się do łez. Nie wstydzi się płakać, a on się wstydził. Tam, przy zwłokach Marii, płakał jak dziecko, a później nie mógł spojrzeć kolegom w oczy. Ojciec zawsze mu powtarzał, że prawdziwy mężczyzna nigdy nie płacze. Od tamtej pory nie płakał, ale widział w swoim życiu już tyle nieszczęścia, że czasami wątpił w jego słowa, także i dziś.
Była ciemna noc, kiedy odwoził sąsiadki do domu. Nie chciały skorzystać z zaproszenia na nocleg.
— Drób jeszcze trzeba zamknąć i Mikusiowi dać coś jeść — wykręcała się Kacprowa.
— Nie będziemy robić kłopotu z noclegiem, i tak cały dzień siedzimy pani na głowie — zapewniała Basia.
— Dziękuję za wszystko, pani Sabino. To dopiero początek naszego sąsiedztwa, jeśli ulegnę swoim marzeniom. Bo muszę przyznać, że trochę się obawiam, czy poradzę sobie z tym wszystkim.
— Poradzisz sobie, dziecko, tylko trzeba na spokojnie to przemyśleć.
— Wiem, Andrzej obiecał mi swoją pomoc, nie wiem tylko, czy powinnam go o to prosić. Przecież on i bez tego ma wiele pracy.
— Dobrze zrobiłaś, on lubi być potrzebny, poradzi sobie.
Pożegnał je przed bramą wjazdową, całując w rękę Kacprową i Basię, czym wywołał uśmieszki na ich twarzach. Nie były przyzwyczajone do takiego traktowania przez mężczyzn. Andrzej wprawdzie też mało miał okazji ostatnio bawić się w dżentelmena, ale dziś zrobił to z rozmysłem. Kiedy ujął dłoń Ani, trzymał ją znacznie dłużej, a pocałunek złożył na niej gorącymi ustami. Jeszcze w łóżku ta dłoń paliła ją żywym ogniem.
Zmęczone, niewiele już rozmawiały tego wieczora i szybko udały się na spoczynek. W pustych pokojach mocno się ochłodziło.
— Trzeba będzie zwiększyć ogrzewanie, bo gotowa któraś mi się przeziębić i uciec stąd — powiedziała na dobranoc Ania.
„Nie pozbędziesz się nas tak łatwo” — pomyślały obydwie. Miały już pewność, że jeśli Anka tu zostanie, one będą przy niej. Kacprowa od pierwszej chwili pokochała to miejsce. Nawet w Parczewie nie czuła się tak dobrze jak tutaj. W Warszawie brakowało jej powietrza, chociaż cieszyła się bliskością Ani. Basia również, mimo pracy, którą lubiła wykonywać, marzyła o tym skrycie, aby zamieszkać tu z przyjaciółką i pracować w tym pięknym zakątku Polski.
„Ile czasu musi jeszcze upłynąć, zanim spełnią się te marzenia?” — dumała. Mogła zrezygnować z pracy w stolicy w każdej chwili, nic ją tam nie trzymało. Myślała czasami o Janku, jednak nie tęskniła za nim wcale. Ta rozłąka upewniała ją tylko, że to nie było nic poważnego.
Anka tej nocy nie zasnęła nawet przez chwilę. Tyle spraw musiała przemyśleć, ale trudno było jej się skupić na czymkolwiek. Każdy wątek rwał jej się na kawałki, kiedy tylko dobiegał swoim torem do osoby Andrzeja. Czuła zamęt w głowie i była chwilami zła na samą siebie za tę słabość. Jednocześnie na wspomnienie jego gorących ust i mocnych ramion uśmiechała się błogo w mroku.
— Boże! Czyżby to ten, na którego czekałam tyle lat? — zadawała sobie to pytanie półgłosem, przyciskając do rozpalonego policzka dłoń, którą Andrzej pocałował na dobranoc. — W lipcu skończę trzydzieści lat, a on trzydzieści dziewięć. Czy to nie za późno na miłość? Co on czuje w tej chwili? Czy dla niego to tylko okazja na przelotny romans?
Ta myśl przeraziła ją, ale tylko na moment, bo kiedy przypomniała sobie jego oczy wtedy na mostku i tamten ból, który w nich gościł, wiedziała już, że to nie jest ktoś szukający okazji do zabawy. Pamiętała dobrze, że już podczas ich pierwszego spotkania zaintrygował ją. Jego prostolinijność była widoczna na każdym kroku. Nie miał w sobie nic sztucznego, a przy tym zawsze był gotowy pomóc każdemu, kto tego potrzebuje. Nie robił tego z przymusu, na pewno, tylko z dobroci serca. Zrozumiała, że takiemu człowiekowi można spokojnie oddać serce — tylko czy Andrzej zechciałby je wziąć?
— Uspokój się, dziewczyno, będzie, co ma być. Nie musisz zaraz całemu światu ujawniać swych uczuć. Zajmij się ważniejszymi teraz sprawami — zganiła samą siebie.
Powróciła w końcu myślami do swoich planów związanych z tym domem. Zdawała sobie doskonale sprawę, że pieniądze uzyskane ze sprzedaży posiadłości rodziców wystarczą na wybudowanie ładnego budynku, ale czy wystarczy też na jego wyposażenie w niezbędny sprzęt i urządzenia gabinetu lekarskiego? Czy kuchnia w istniejących zabudowaniach spełni potrzeby domowników i przyszłych pensjonariuszy? W końcu — ile osób miałoby w nim zamieszkać i czy w ogóle znajdą się chętni? Te i tysiące innych pytań kłębiło jej się w głowie. Na żadne z nich nie miała jasnej odpowiedzi.
Zastanawiała się także, co będzie z jej pracą w szpitalu. Umowa o pracę w Warszawie obowiązywała jeszcze do grudnia tego roku. Pewna była, że na otwarcie Domu Spokojnej Starości potrzebna będzie zgoda Ministerstwa Zdrowia.
„Ciekawe, czy ich to w ogóle zainteresuje? Co będzie, jeśli trafię na jakiegoś urzędnika formalistę, który zamiast pomóc, zacznie piętrzyć trudności?” Bo to, że w Polsce nie ma jeszcze takiego ośrodka, było dla niej oczywiste. Owszem, są Domy Pomocy Społecznej czy Domy Starców finansowane w całości przez państwo, ale tam umieszczano ludzi, którzy potrzebują ciągłej opieki, a nie mają nikogo, kto by im to zapewnił. Po prostu są zmuszeni tam przebywać.
Zamiarem Ani było stworzyć tu takie miejsce, w którym starsi ludzie chcieliby zamieszkać z własnej woli. Stworzyć dla nich taką wspólną rodzinę, aby nie czuli się samotni i opuszczeni. Oazę, którą mogliby nazwać swoim domem i gdzie nie byliby gośćmi. Każdy z nich musiałby mieć też swój własny zakątek, gdyby pragnął odrobiny samotności i spokoju. Konieczna też będzie wspólna, duża jadalnia i świetlica, gdzie mogliby spotykać się wszyscy razem.
— Czy to nie przerasta moich możliwości? — zadała sobie kolejne pytanie. — A może powinnam powiedzieć: naszych? — dodała, bo przecież była pewna, że sama sobie z tym wszystkim nie poradzi.
Świt nowych nadziei
Na dworze był już jasny dzień, kiedy Ania wstała z łóżka i odsunęła zasłony. Nie położyła się z powrotem. Ubrała się w dresowe spodnie, ciepłą bluzkę i zeszła do kuchni, żeby zrobić sobie mocną kawę. Wypiła gorący, tęgi płyn i wyszła na podwórze. Z zachodu nadciągały ciemne chmury, choć jeszcze godzinę temu dzień zapowiadał się tak pogodnie. Spojrzała w kierunku gospodarstwa Korzyckich i pomyślała o Andrzeju.
„Dzień dobry — powiedziała mu w myślach. — Co porabiasz w ten pochmurny poranek?”.
Andrzej Korzycki już od dwóch godzin chodził po sadzie, próbując zebrać myśli, które od wczoraj krążyły mu po głowie. Wieczorem zasnął szybko jak nigdy, ale ten wypoczynek był wyjątkowo krótki. Przyśniła mu się Maria, jednak jakże inaczej niż zawsze. W tym śnie szła wolnym krokiem przez łąkę w stronę mgły gęstej jak mleko. Jej uśmiechnięta twarz, którą ciągle tak dobrze pamiętał, zdawała się szeptać:
— Andrzej, pozwól mi odejść, na mnie już czas. Życzę ci szczęścia, zasługujesz na nie.
Pomachała mu jeszcze ręką i zniknęła w bieli. Obudził się natychmiast, ale nie był zdenerwowany ani zlany zimnym potem, jak to bywało dotychczas. Zaskoczył go spokój, który odczuwał po przebudzeniu. Chciał znowu przywołać w pamięci rysy Marii, ale już nie potrafił. Zamiast niej przed oczami miał obraz Ani. Jej jasny warkocz rozplatał się na wietrze, który zerwał się nagle i rozwiał resztki mgły nad łąką.
Rozbudzony na dobre, nawet nie próbował już zasnąć. On, którego od tylu lat gnębił ból i smutek, poczuł się na nowo wolnym człowiekiem. Chciał znowu żyć, pracować i kochać. Do tej pory pracował ciężko, aby jak najmniej myśleć o przeszłości. Uciekał nieustannie we wspomnienia, gdy tylko brakowało mu zajęcia dla rąk. Tej noce przeszłość odeszła, uwolniła go od ciężaru, który leżał mu na sercu. Chociaż upłynęło już tyle lat, dopiero dziś poczuł się na nowo młody. Ania… czy to ona sprawiła ten cud?
Już zimą, kiedy zobaczył po raz pierwszy w sklepie jej zatroskaną twarz, poczuł potrzebę zaopiekowania się nią. Na Basię nie zwrócił wówczas w ogóle uwagi. Dziś wie, że ona też jest wartościową kobietą, dobrą przyjaciółką Ani, bezpośrednią i ładną. Jednak to nie ona przyciągnęła jego wzrok i nie o niej myślał, kiedy wyjechały.
Jakże ucieszył się, kiedy pani Anna prosiła go, aby przywiózł je teraz, w kwietniu. Trochę się przeraził, bo kiedy ujrzał Anię, myślał, że serce wyskoczy mu z piersi. Dobrze, że te cholerne tłumoki odwróciły wtedy jej uwagę, bo chyba by się zdradził ze swoją radością. Potem, kiedy zobaczył ją nad Solinką, ubraną tylko w dres, niemal biegiem zawrócił do domu po kurtkę. Cały czas bał się, że już jej nie zastanie nad rzeką, ale ona tam była. Stała z wdziękiem, oparta o drewnianą balustradę mostu, zapatrzona w rwącą wodę. Odezwał się, może zbyt głośno, bo kiedy odwróciła się w jego stronę, odniósł wrażenie, że myślami była daleko stąd. Przyglądała mu się taksującym wzrokiem, gdy szedł wolnym krokiem w jej kierunku. Patrzyła mu prosto w oczy, a on nie był w stanie spojrzeć w bok. Jej chabrowe tęczówki hipnotyzowały go z niewiarygodną wprost siłą. Zauważył jednak, jak zadrżała, i wtedy, witając się, podał jej puchową kurtkę. Patrzył w milczeniu, jak splatała swoje długie, jasne włosy.
Nie pamiętał, jak doszli do gospodarstwa pani Anny. Dopiero przy warzywniaku odzyskał głos, ale od wczorajszego dnia niewiele rozmawiali ze sobą. Mimo to przez cały czas czuł jej bliskość, a ukryte myśli przywoływały uśmiech na jego poważną zazwyczaj twarz. Widział ją przed swoim domem, z rozpuszczonymi włosami i uśmiechem na twarzy. Stała oparta o drewnianą poręcz schodów, a przy jej nogach warował Saba — bernardyn, którego dostał od swojego znajomego ze Słowacji. Ta wizja potrafiła być tak realna, że potrzebował nieraz kilku minut, by powrócić do rzeczywistości.
Chociaż po śmierci pani Pawińskiej marzył, aby Ania została we Frycowej na zawsze, nawet przez chwilę nie spodziewał się usłyszeć tego, co mu wczoraj powiedziała. Ucieszył się, kiedy poprosiła, aby zabrał ją na tę przejażdżkę. Obserwował ją na werandzie i widział, że chwilami była bardzo zamyślona. Nie znał jednak jej myśli, chociaż tak pragnął je znać. Kiedy tak nagle wybuchła przy stajni, zrozumiał, jak bardzo jest zdenerwowana. Miał ochotę wziąć ją wtedy w ramiona i przytulić, ale zabrakło mu odwagi. Dopiero pod Łopiennikami, kiedy zwierzyła mu się ze swoich planów, pomyślał, że serce wyskoczy mu z piersi.
„Ona tu chce zamieszkać na stałe!” — wszystko w nim krzyczało z radości. Dopytywał jeszcze, nie wierzył, ale kiedy z powagą w głosie potwierdziła swoją decyzję, ujął delikatnie jej dłoń dla sprawdzenia realności tej chwili i powoli zawrócili w kierunku domu. Tak naprawdę zaskoczyła go dopiero wtedy, gdy powiedziała, co chce tu zrobić. Przecież on sam myślał o tym od dawna, miał zamiar odkupić od niej ten dom, jeśliby zdecydowała się go sprzedać. Teraz może wspólnymi siłami wraz z Anią realizować te marzenia. To było wprost niesamowite i niewiarygodne.
Odruchowo schylił się i pocałował ją, kierowany radością. Kiedy w odpowiedzi zarzuciła mu ręce na szyję i wpiła się w jego usta, bał się, że oszaleje. Chciał scałować z jej twarzy wszystkie troski ostatnich dni i dźwigać je za nią. Brakowało mu tchu i nie był w stanie wypowiedzieć nawet jednego słowa. Wtedy odepchnęła go lekko od siebie, mówiąc coś niewyraźnie, co sprawiło mu przez moment przykrość, bo tak dobrze było być blisko niej. Przytulił ją jeszcze mocno do siebie i mógłby tak stać jeszcze długo. Dotknęła wtedy drżącą ręką jego twarzy i przywróciła go do rzeczywistości.
Ile radości sprawiła mu swoimi słowami przed domem, a potem jeszcze w kuchni, kiedy powiedziała głośno, że dla niej te chwile były piękne i o wiele za krótkie! Chodząc teraz po sadzie, przeżywał je na nowo, jak młody, zakochany chłopak. Zadawał sobie w milczeniu pytania, na które nikt oprócz niego samego nie mógł znać odpowiedzi. Czterdziestoletni chłop, który myślał, że jego życie upłynie już w samotności, zdał sobie w tej chwili sprawę ze swojego uczucia. Kochał Anię. Tak, znał już to uczucie i jednocześnie bał się, aby i tej miłości nie stracił. Bo już raz nie stanął na wysokości zadania i nie był pewien, czy Ania czuje to samo oraz czy potrafi mu zaufać. Wiedział jednak, że zrobi wszystko, aby tak było. Z tą myślą zawrócił do domu.
Pani Sabina, która od dłuższego czasu obserwowała syna przez kuchenne okno, w pośpiechu uciekła do łazienki. Znała go od tylu lat i umiała wszystko wyczytać z jego twarzy. Rozumiała dobrze, co teraz się z nim dzieje. Pragnęła dla niego szczęścia bardziej niż czegokolwiek na świecie. Tylko ona zauważyła wczoraj zmianę, jaka w nim zaszła po tej wyprawie z Anią.
— O Boże, może nie wszystko jeszcze stracone… — modliła się od tylu lat. Chciałaby bardzo mieć taką synową jak Ania. Rozmawiały nieraz o tym z Anną, jeszcze kiedy Andrzej był kawalerem. Jego małżeństwo wiele zmieniło w ich marzeniach na całe lata. Dopiero kiedy Ania przyjechała zimą, każda z nich modliła się gorąco, żeby los połączył tych dwoje.
Kiedy wróciła z łazienki, Andrzej siedział przy stole ze spuszczoną nisko głową. Usiadła cicho przy nim ze szklanką słabej herbaty w dłoni. Zawsze rozmawiali ze sobą szczerze, ale tego dnia matka nie mogła znaleźć właściwych słów. To on pierwszy się odezwał.
— Kocham ją, mamo — powiedział spokojnie.
— Wiem, synku, i życzę ci dużo szczęścia.
Korzyckiej łzy napłynęły do oczu, kiedy przyglądała się jedynakowi.
— To z radości, Jędruś, nie gniewaj się na mnie.
Ujął jej twardą, spracowaną rękę i mocno ucałował.
— Jak myślisz, czy ona zechce, czy… — jąkał się, nie potrafiąc wyrazić słowami swoich pragnień i myśli.
Pani Sabina długo jeszcze siedziała z synem przy kuchennym stole, próbując normalnie rozmawiać. Żadne z nich nie umiało jednak złożyć całego zdania. Rozmowa ta, jak żadna inna, prowadzona była wyjątkowo chaotycznie i przerwał ją listonosz, który przywiózł odpowiedź z Telekomunikacji. Andrzej już po raz trzeci w imieniu całej wsi zwracał się z prośbą o założenie telefonu, chociażby u sołtysa czy na plebanii. Podniósł się szybko zza stołu i wziął kopertę do ręki. Odpowiedź niestety ponownie była odmowna.
— Niech was pokręci! — rzucił ze złością pismo na stół.
— Przykro mi, Andrzej — powiedział listonosz.
— To nie twoja wina, Tadek. Kiedyś się doczekamy, mam nadzieję, że wszyscy.
Tadeusz Kęsy był listonoszem w Cisnej już od ośmiu lat. Objeżdżał rozległy teren motorem, zimą i latem, a mieszkał we Frycowej wraz z rodzicami. Skończył Technikum Samochodowe, ale po wojsku żal mu było zostawić rodziców samych. Podjął pracę na poczcie i chociaż jej nie lubił, wypełniał sumiennie swoje obowiązki. Po pracy pomagał matce i ojcu w domu i zagrodzie. Tylko sobotnie popołudnia spędzał w Domu Kultury. Chciał zrezygnować z działalności w zespole, ale brakowało chłopaków i on, trzydziestoletni mężczyzna, dalej śpiewał i tańczył z młodzieżą.
Wypił herbatę u Korzyckich, pożegnał się i pojechał dalej. Wprawdzie nie padało, ale przez trzy dni utrzymywała się brzydka pogoda. Andrzej z matką robili wiosenne porządki w domu i omawiali przy tym pomysł Ani. Dopiero w środę wybrali się do niej z wizytą.
Wielkanocne przymierze