E-book
9.56
drukowana A5
29.7
Maszyny księcia Raimondo

Bezpłatny fragment - Maszyny księcia Raimondo

Opowieść neapolitańska


5
Objętość:
175 str.
ISBN:
978-83-8189-592-7
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 29.7

Moim Dzieciom Dedykuję

Wstęp

Słońce zalewa ulice neapolitańskiego Centro Storico, największego kompleksu staromiejskiego Europy. Jest sierpień, upał sięga trzydziestu czterech stopni, ludzie suną sobie powolutku wąskimi uliczkami, sączą kawę przy rozstawionych wprost na chodnikach stoliczkach lub przy kontuarach maleńkich barów. Turystów nie ma tu wielu. Czasami jacyś młodzi wędrowcy z plecakami przycupną na przykościelnych schodach, czasami grupka z przewodnikiem mrużąc oczy spogląda w górę, by zajrzeć w twarz kamiennemu bohaterowi na marmurowym cokole. Przed sklepami stoją ich właściciele paląc papierosy, zagadując przechodniów, niektórych częstując specjałami wprost ze sklepowej półki. Tak na zachętę… może wrócisz tu i zrobisz zakupy? Może zatrzymasz się na chwilę, żeby pogadać. Ale bez narzekania. Nikt tu nie oczekuje, że opowiesz mu o „swojej starej bidzie”, o ataku wyrostka cioci Zeni, pensji zbyt małej wobec twych umiejętności, wiedzy i kompetencji i o ogólnej niesprawiedliwości społecznej. Wolą usłyszeć, co ciekawego Cię spotkało od wczoraj, w czym Ci się poszczęściło i co rozbawiło Cię do łez.

A wokół — zabytki, zabytki, zabytki, zabytki….. W głowie może się zakręcić. Już pewnych rzeczy nie jesteś w stanie dostrzec, docenić, zachwycić się, taka tu tego mnogość. I wszystko takie jakieś… codzienne, przybrudzone nieco, zamieszkałe, oswojone. Ludzie mieszkają w kamienicach, które w innych miejscach oglądałoby się jako muzea architektury średniowiecznej, renesansowej, barokowej… A tu… pranie z okien się zwiesza, gary szczękają zza kuchennych żaluzji, motorynki brzęczą, uliczni muzycy śpiewają dla kasy i dla własnej przyjemności, klaksony, sygnały karetek mieszają się z głośnym szumem ulicznych rozmów, prowadzonych pełnym głosem, bez robienia zbędnych tajemnic z życia swojego i najbliższych sąsiadów.

Wśród tego rozgwaru, na upalnym, gorącym od słońca cokole, leży sobie Nil. Bo jesteśmy na Piazzetta del Nilo. Posąg brodatego boga pochodzi, bagatela, z przełomu II i III wieku. Stał dokładnie w tym samym miejscu już w epoce rzymskiej. Macie pojęcie? I ludzie chodzą sobie wokół niego, jak gdyby nigdy nic. Możesz przejść i nie zauważyć. Więc spójrz proszę, bo warto.

W średniowieczu wyproszono boga z jego legowiska. Wiadomo, nie były to czasy przyjazne dla pogańskich świętości.

Ale szczęśliwie nadszedł renesans i odnaleziono posąg, niestety… bez głowy. I ta okoliczność doprowadziła do poważnego nieporozumienia. Otóż, zachowały się postaci dzieci otoczone przez boga opiekuńczym ramieniem. I neapolitańczycy uznali, że oto mają przed sobą symbol miasta, kobiety zatem, roztaczającej opiekę nad swym ludem. Do dziś funkcjonuje w Neapolu nazwa posągu Corpo di Napoli, czyli Ciało Neapolu.

Jakież było zdumienie mieszkańców miasta, gdy dwieście lat później odnaleziono głowę posągu… i okazało się, że to brodaty chłop.

Idąc wzdłuż Vico San Domenico Maggiore i mijając z lewej strony Piazza san Domenico Maggiore idźmy prosto zacienioną uliczką, gdzie gwar maleje, fasady są nieco bardziej odrapane a sznury z praniem coraz gęściej zasnuwają słoneczne i bezchmurne niebo. To Via de Sanctis Francesco. Po dwustu, może dwustu pięćdziesięciu metrach skręcamy w uliczkę jeszcze ciemniejszą, gdzie promienie słońca nie mają jak zajrzeć. To Calata S. Severo Pietrasanta. I tu czeka na nas niespodzianka. To Museo Capella San Severo.

Kaplica wyłania się z mroków ciemnych zaułków będąc dla nieuprzedzonego spacerowicza nie lada niespodzianką. Bowiem nagle, wśród zwykłych, po neapolitańsku zaniedbanych kamienic potykasz się o brylant. Piękna tego miejsca żadne słowa nie opiszą. Ja tylko opowiem, co tam znaleźć można.

Ale najpierw legenda. W 1590 roku prowadzono w pobliżu pałacu rodziny de Sangro więźnia, a właściwie aresztanta, na sądową rozprawę. Nie wiem, jakie zarzuty ciążyły na podsądnym, ale jakie by nie były, on sam utrzymywał, że jest niewinny. Przechodząc koło pałacowego ogrodu ujrzał wizerunek Matki Boskiej w jednej z ulicznych kapliczek. Widok Madonny wlał nadzieję w jego serce. Prosząc o uwolnienie obiecał Maryi, że jeśli wysłucha błagań skołatanej duszy, kupi srebrną lampę, by oświetlała wizerunek w kapliczce.

Madonna wysłuchała próśb niedoszłego skazańca, któremu winy nie udowodniono, tym samym puszczając na wolność. Srebrna lampa zabłysła w kapliczce. Wieść rozeszła się wśród ludu lotem błyskawicy. Tłumy zaczęły oblegać pałacowe ogrody, ludzie modlili się dniami i nocami, czyniąc z jednej strony niemałe zamieszanie, z drugiej — wprowadzając atmosferę dokonanego przez Maryję cudu. Dopełniło go jeszcze jedno niezwykłe wydarzenie. Jeden z członków rodu de Sangro, Giovanni Francesco, zapadł był na ciężką, nieuleczalną, zdawało się chorobę. Modlił się przed znanym nam już wizerunkiem Madonny i koniec końców prośby księcia zostały wysłuchane.

Książę postanowił w miejscu cudownej kapliczki postawić większy przybytek i tak oto powstała kaplica nazwana wówczas Pietellą.

Po latach syn uzdrowionego Francesco, Alessandro, który był biskupem Benewentu, przekształcił niewielką kaplicę w obiekt, który możemy dzisiaj podziwiać.

150 lat po cudownych wydarzeniach, w 1749 roku, kolejny przedstawiciel rodu de Sangro, Raimondo, postanowił gruntownie przebudować wnętrze kaplicy. Tytuł księcia brzmiał: Raimondo de Sangro, VII książę di Sansevero. Stąd dzisiejsza nazwa przybytku, będącego kaplicą grobową rodu de Sangro — Capella di Sansevero.

Rzeźby, które tu znajdziemy uważam za najpiękniejsze, jakie widziałam kiedykolwiek w życiu. Aż dziw, że nie są najsłynniejszymi dziełami tego typu na świecie, że znane są wyłącznie tym, którzy zaplączą się w gąszcz neapolitańskich uliczek i szczęśliwym zrządzeniem losu trafią w to miejsce. Nazwisko autora, Giuseppe Sammartino, winno być przywoływane w podręcznikach sztuki, historii, kultury wszystkich typów szkół we wszystkich krajach świata bez względu na system oświaty tam panujący.

Przede wszystkim — Cristo Velato, czyli Chrystus Zawoalowany. I nie ma znaczenia, czy jesteś wierzący, wątpiący czy sprawy wiary są Ci kompletnie obce. Wizerunek leżącego na środku kaplicy Chrystusa jest tak bajecznie piękny, że w każdym wypadku wstrzymasz oddech. Masz bowiem do czynienia z samym czystym pięknem. Geniusz artysty pozwolił ukazać wspaniałego, niezwykłej urody człowieka, który choć martwy, bo całunem przykryty, wygląda, jakby spokojnie spał. Całun jest przezroczysty, z tak cienkiego muślinu, że widać każdy szczegół twarzy, każdą żyłę na dłoniach, każdy włos. Muślin zaś utkany jest z marmuru. Nawet maleńki, jakże realistyczny kawałeczek koronki wystający spod Chrystusowej nogi jest wyraźnie jedwabny, choć przecież marmurowy. Dla tych, którzy przyjdą tu nie tylko szukać kunsztu artysty, lecz czegoś więcej, spotkanie z tak pięknie wyobrażonym Bogiem z pewnością będzie przeżyciem głęboko mistycznym.

Antonio Corradini, to drugi artysta, którego nazwiskiem należy uzupełnić podręczniki szkolne. Jego rzeźby są wyeksponowane wzdłuż ścian kaplicy. Najpiękniejsze z nich to Skromność i Rozczarowanie. Są tak realistyczne, że powieszono kartki z zaleceniem „Non toccare”, bo niektórzy dowcipnisie próbowali zdjąć tiul z nagiej damy, tak bardzo wydawał się on prawdziwy. I dama też…

Książę Raimondo, ostatni arystokratyczny właściciel kaplicy zajmował się alchemią, komponował różne mikstury, sprawdzał na ludziach działanie swoich specyfików. Wydawało mu się, że jest Leonardem aż w końcu Kościół obłożył go ekskomuniką. Z tym, że na Raymondzie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia.

Urodził się w 1710 roku i po wczesnej śmierci matki i opuszczeniu go przez ojca pozostawał pod wpływem wychowującego go dziadka — Paola, mieszkającego w Neapolu. Tutaj zaczął pobierać pierwsze nauki. Okazał się nadzwyczaj zdolnym chłopcem, który już w wieku dziewięciu lat został przyjęty na nauki do kolegium jezuickiego w Rzymie. To nie lada wyczyn, gdyż jezuici byli zawsze bardzo wymagający jeśli chodzi o walory intelektualne swoich podopiecznych. Młody człowiek okazał się wdzięcznym słuchaczem. W krótkim czasie opanował biegle osiem języków (nie udało mi się dowiedzieć, jakich, niestety). Jednak celował w naukach przyrodniczych i te sprawiały mu najwięcej radości.

Był autorytetem w wielu dziedzinach, także w astronomii, architekturze wojskowej, chemii, hydrostatyce….

Był pierwszym Mistrzem Loży Masońskiej w Neapolu, a zarazem cieszył się z początku podziwem i zaufaniem papieża Benedykta XIV, który udzielił mu zezwolenia na czytanie pozycji z Indeksu Ksiąg Zakazanych.

Jednak kolejne eksperymenty naukowe księcia zaczęły budzić w kręgach kościelnych niepokój. A kiedy Raymond zaczął popisywać się swoimi przemyśleniami nader dalekimi od dogmatów Kościoła Katolickiego, zwłaszcza przemyśleniami dotyczącymi pochodzenia człowieka, jego fizyczności i psyche, papież powiedział: Basta! Uznał księcia za zło wcielone i obłożył go ekskomuniką, co — jak już wspominałam — kompletnie uczonego arystokratę nie obeszło.

Jego eksperymenty budziły tyle zainteresowania co i grozy. Jednym z pierwszych wynalazków okrytych złą sławą była lampa. „Wieczna lampa”, która przy użyciu minimalnej ilości oliwy paliła się przez bite trzy miesiące. Na czym rzecz polegała, książę nigdy nie zdradził. Natomiast z przyjemnością chwalił się tym, że podstawa lampy wykonana została z kości, jak się wyraził — „najszlachetniejszego ze zwierząt na Ziemi”. I nawet, jeśli miał na myśli lamparta czy słonia — niesmak pozostał.

Nigdy nie dowiemy się do końca, jaka była prawda ani w sprawie rzeczonej lampy, ani w żadnej innej, ponieważ książę przed śmiercią zniszczył całe swoje naukowe archiwum. Sam zmarł w wieku 61 lat w wyniku zatrucia chemikaliami, które stosował do eksperymentów.

Był neapolitańczykiem. Mieszkańcem miasta, które trwa w swojej niezmienności od prawie trzech tysięcy lat.

* * *

Kiedy jesteś w Neapolu nie możesz oprzeć się wrażeniu, że to miejsce zostało stworzone wyłącznie po to, by sprawić ci osobistą przyjemność. Jeśli jadąc tu myślisz, że będą to kolejne urocze wakacje w turystycznym miejscu, że główną atrakcją będą zabytki i poranki na plaży plus pizza., nie mylisz się. I nie daj się przestraszyć tym, co mówią niektórzy: że to miasto złodziei i że kamorra urządza strzelaniny na ulicach, na których walają się tony śmieci. Za to spotkasz się ze zjawiskiem, o którym nikt nigdy ci nie wspomni — z ludźmi, którzy są inni niż w krajach, które znasz, łącznie z twoim własnym. Jeśli szukasz prawdy o nich i mieście, wynajmij maleńkie mieszkanko w Centro Storico, najlepiej na ostatnim piętrze, dzięki czemu ponad dachami dojrzysz skrawek zatoki z majaczącą w oddali Capri.

Jeśli wydaje ci się, że jesteś we współczesnej, ogromnej metropolii, to oczywiście masz rację. Ale kiedy przyjdzie chwila, gdy zda ci się, że świat cofnął się o całe wieki wiedz, że jesteś miejscu, gdzie wiek XXI walczy tu z XVIII stuleciem, a antyczne bóstwa wyzierają zza murów katolickich świątyń.

Grupa wyrostków, która właśnie Cię mija biegnąc w sobie tylko znanym kierunku i celu to obraz, który mieli przed oczami i Wergiliusz, i Tomasz z Akwinu i Gustaw Herling-Grudziński. Te dzieci były tu zawsze, umorusane, spalone słońcem, czasem głodne, nie zawsze szczęśliwe, zawsze pełne nadziei.

Elegancki, szpakowaty pan, w doskonale skrojonym garniturze, który nosi się z gracją południowego arystokraty jest nim w istocie. Od pokoleń. Przemierza via Chiaia tak, jak jego ojciec, dziadek, pradziadek… Nie znajdziesz w jego wzroku nagany wobec krzykliwych lazzaroni, przeciwnie — uśmiecha się życzliwie, poprawiając okulary od Prady.

Szeroka limuzyna zaparkowała na środku ulicy dokładnie tam, gdzie zwykły niegdyś zatrzymywać się powozy przed Palazzo Reale. Nie znajdziesz na niej śladu zarysowań, żadnych wgnieceń. Stoi blokując przejazd. Z tylnego siedzenia wydobywa się wielki grubas w skórzanej kurtce. Czarne włosy, przerzedzone na czubku głowy ma spięte w kitkę na karku. Trzaska drzwiczkami i daje znać kierowcy, że może odjechać. Sam kieruje się wprost do jednej z najdroższych kawiarni Neapolu — „Il Gambrinus”. Tej samej, która zaopatrywała pałac królewski w świeże pieczywo w czasach, gdy królowie jeszcze tu mieszkali.

Przed kawiarnią przechadza się przebrany w wojskowy mundur z czasów burbońskich kuglarz. Gra na instrumencie podobnym nieco do mandoliny. W ten sposób sam akompaniuje sobie do śpiewanej pieśni, w rytm której maszeruje za nim grupa muzykantów. Powoli przyłączają się do nich rozbawieni przechodnie. Kuglarz tak prowadzi taniec, by jak najwięcej osób znalazło się przed wejściem do Gambrinusa.

Na Piazza Carolina stoi oszklony wózek, z którego mężczyzna w białym fartuchu i czapce kucharza sprzedaje rogale z czekoladowym nadzieniem.

— Ciao, Rafaello! — ktoś go pozdrowił. Dzieciaki kłębią się wokół wózka. Piekarz daje każdemu z nich rogalik.

— Grazie, Rafaello — i już ich nie ma.

Rafaello wygląda jak archetyp Włocha z filmu klasy B: brunet z cienkim wąsikiem nad zbyt pełnymi ustami. Wielkie, czarne oczy zdradzające naturę tyleż romantyczną co psotną.

Piazza Gesu to swoiste wrota do Centro Storico. Kiedy miniesz wielką bryłę kościoła Santa Chiara zobaczysz kamienicę, której wejście ozdobione jest jedną z miliona neapolitańskich kapliczek. Stara, zabytkowa, pamiętająca wiek osiemnasty jest schronieniem dla wizerunku patrona miasta — świętego Januarego. I od wieków ogląda te same sceny. Tuż obok niej, oparty plecami o ścianę domu stoi młody mężczyzna w nieco zbyt szerokiej marynarce i rozmawia przez telefon. Najwyraźniej rozmowa nie jest miła, bo mężczyzna mówi głosem podniesionym i szeroko gestykuluje wolną od aparatu ręką. Pojawia się chłopak z grupki, która minęła cię już dzisiaj kilka razy. Facet z telefonem wyciąga rękę i łapie jednego dzieciaka za kołnierz. Skończył rozmowę, włożył telefon do kieszeni spodni i zaczyna coś mówić do chłopcu ucha. Kiedy go puszcza, ten ucieka mu z pola widzenia..

Wchodzisz do kaplicy. Jest niewielka. Tonie w mroku rozświetlonym punktowymi lampami skierowanymi na poszczególne rzeźby i obrazy. Wśród setek ornamentów i symboli dostrzegasz gołębia z niesionym w dziobie trójkątem. Umieszczono go w centralnym punkcie sklepienia, z rozpostartymi skrzydłami, by niósł symbol pełen znaczeń — od chrześcijańskiego uniwersum opartego na wierze w Trójcę Świętą poprzez pitagorejską Deltę odsyłającą do zdobyczy nauki aż po charakterystyczny znak masoński. Na środku leży On, Christo Velato.

A na półpiętrze od trzystu lat stoją — oni.

Neapol, 22 marca 1765

Gigi biegnie wzdłuż muru pałacu starając się nie robić rumoru. Tu, w przeciwieństwie do ulic, gdzie odbywa się codzienny handel, zawsze jest cicho i dość pusto. Od czasu do czasu przechodzi jakaś kobieta niosąc z targu ryby, warzywa, czy butelki z winem. Czasem przemknie jakiś dzieciak, jakiś pies szuka wśród śmieci czegoś do zjedzenia, kot wygrzewa się na plamie słońca.

Teraz zbliża się północ i jest cicho, jak w grobie. Gigi ma na sobie za dużą, białą koszulę i za krótkie spodnie związane złotym sznurkiem. Znalazł ten sznurek na śmietniku przy pałacu. Leżał porzucony przez pokojówkę po zmianie starych wiązań do zasłon i Gigi uznał go za coś niebywale cennego. I było. Dzięki temu złotu przytroczonemu do podartych portek znacznie wzrósł jego autorytet wśród małych lazzaroni. Choć i bez tego dwunastoletni Gigi wiedzie życie szefa niemałej, bo siedmioosobowej bandy podobnych oberwańców. Razem chodzą w miasto na polowanie. A to buchną kubek mleka z okna starej Valentiny, a to pomarańczę z wozu handlującego nimi Giuseppe, a to wyżebrzą bułkę czy kawałek placka u Rafaella, kiedy przebiegają obok jego piekarni. To wszystko stanowi premię, którą sobie przyznają po udanym połowie. Lazzaroni specjalizują się w podkradaniu nocą, nad brzegiem zatoki, łódek rybaków, przywiązanych do wbitych w ląd kołków. A każdej nocy któraś z nich kołysze się samotnie przy brzegu. Zawsze jest przecież ktoś, kto akurat nie wypływa. Lazzaroni łódkę odwiązują, wpychają do wody i odpływają od brzegu by jakieś 40, 50 metrów w głąb zatoki zarzucić swoją zdobyczną sieć. Zwykle udaje się złapać tyle ryb, by każdy miał co jeść następnego dnia. Zdarzały się już i takie szczęśliwe noce, gdy rano chłopcy mogli pójść z na targ i co nieco sprzedać.

Dzisiaj w nocy jednak Gigi postanowił zająć się czym innym. Od kilku dni ludzie w okolicy mówią, że u księcia w pałacu dzieją się dziwne rzeczy. Okna na parterze szczelnie zasłonięto. Wieczorami na dziedzińcu pojawiają się wozy wypełnione nie wiadomo czym, szybko opróżniane i jeszcze szybciej znikające w czeluściach uliczek tak wąskich, że nie trzeba wielkiej sztuki by splunąć z okna do sąsiada z przeciwka.

Gigi umówił się Antoniem, że spotkają się przy pałacu i spędzą noc na czuwaniu pod oknami. Może wreszcie coś wypatrzą. Antonio jest dwa lata starszy od Gigiego. Wysoki, chudy. Z jego pociągłej twarzy nie schodzi uśmiech. Całymi dniami a czasami i nocami włóczy się, jak wszyscy lazzaroni po ulicach Neapolu, wypływa na połowy i handluje rybami na targu. Dziwne są tylko dwie rzeczy: cały utarg zawsze oddaje kolegom i nigdy nikogo nie zaprosił do siebie do domu. Jeśli wstydzi się biedy, to głupio robi, bo nikt tu nie mieszka w pałacach. I czemu oddaje wszystkie zarobione pieniądze? Niepojęte.

Z mieszkania wymknął się Gigi cichutko, jak zwykle. Siostra, Simona, spała już dawno. Wychowywała go od roku, od chwili, gdy matka zmarła na coś, co najpierw zabrało jej mowę, potem władzę w nogach a na koniec możliwość złapania oddechu. Ojciec wypłynął trzy lata temu w piękną, spokojną noc i nigdy nie wrócił. Simona była dumą Gigiego, choć czasem go ta piękna siostra złości okropnie. Jest starsza zaledwie sześć lat, a myśli, że może rządzić i domem, i bratem.

— Pssst — usłyszał, gdy znalazł dobre miejsce pod murem, skąd dziedziniec pałacu było widać jak na dłoni. To Antonio dojrzał go w ciemnym kącie pod krzakiem opuncji.

 Uważaj na krzaki. Okropnie kłują.

— Wiem… coś się dzieje?

 Zasłonili okna, ale między żaluzjami błyszczy światło. I to nie są świece.

— Dlaczego?

— Za jasno.

— E, jak bardzo dużo, to może być bardzo jasno. Na balach tak salony oświetlają. Tysiące świec się pali i jest widno, jak w dzień.

— E tam… tysiące. Zwariowałeś? By się spalili z gorąca.

— Patrz! Ktoś wyszedł przed pałac! — Antonio aż podskoczył z wrażenia.

— Oj! — jęknął Gigi. — Przecież miała być w domu. Jak wychodziłem, to była.

Z drzwi pałacu wyszła Simona. Trudno właściwie powiedzieć, że wyszła. Wybiegła w jakimś popłochu i nie rozglądając się wiele, umknęła do wyjścia, gdzie przyczaili się chłopcy.

— Auuuu — syknął Gigi, który chcąc się schować przed siostrą wcisnął się w kłującą opuncję.

Simona jednak się nie zatrzymała tylko biegiem umknęła w kierunku ulicy, na której mieszkali.

— Antonio, muszę lecieć żeby być w domu przed nią. Ty!? — przysunął swoją twarz do twarzy przyjaciela — co ona tu robiła w nocy? Co ona tu w ogóle robiła?

Neapol, 23 marca 1765

Książę Raimondo wstał dzisiaj późno. Położył się spać nad ranem, bo praca w laboratorium pochłonęła go tak, że nie zauważył, kiedy zaczęło świtać. Nie po raz pierwszy brzask zastał go przy pracy. Od lat bowiem ślęczał nad różnymi projektami. Nauka, eksperymenty, obserwacje pochłaniały go bez reszty.

W pałacu di Sangro bywali różni ludzie, ale z pewnością nikt, kto rozumiałby księcia wystarczająco dobrze. Z wyjątkiem Bernarda Tanucciego. Królewski regent, toskańczyk, był zawsze miłym gościem w progach pałacu. Wielki, gruby, z twarzą czerwoną, jakby się zaraz miał udusić w swoim wytwornym surducie, był przebiegły, dowcipny, złośliwy i pewny siebie. Ten były profesor uniwersytetu w Pizie był nader uciążliwym władcą dla Kościoła neapolitańskiego, na który nałożył podatki, co niezmiernie bawiło księcia Raimonda i umacniało go w przyjaźni do Bernarda. Uzyskane z podatków środki Tanucci przeznaczał na budowę dróg, reprezentacyjnych pałaców i siedzib urzędów.

Raimondo poznał go wiele lat temu i od razu stali się sobie potrzebni. Obaj wykształceni, zdecydowani, bezwzględni w dążeniu do celów i zawsze z siebie zadowoleni. Bernardo był dla księcia rękojmią dobrych relacji z pałacem królewskim. Zażyłość z księciem zapewniała Bernardowi wpływy u bankierów i najnowsze wieści prosto z miasta. Bo ten dziwny książę utrzymywał kontakty z ulicą, bywał w trattoriach, na bazarach i na miejskim cmentarzu. Znał ludzi z Szacownego Towarzystwa a służbę traktował jak domowników. Był obłożony kościelną ekskomuniką i nic sobie z tego nie robił. Nie można było go ignorować ani towarzysko lekceważyć — był mistrzem Neapolitańskiej Loży Masońskiej i wiedział wszystko o wszystkich. Nie mówiąc już o zasługach księcia dla rozwoju królewskiej armii.

Dzisiaj Bernardo postanowił zajechać do pałacu księcia by pomówić o ostatnim projekcie ultralekkiej armaty, którą ten przygotowywał od kilku miesięcy. Gdzieś w świecie taka wizyta musiałaby być poprzedzona liścikiem, czy posłańcem, który zapowiedziałby przyjazd samego regenta. Ale to przecież Neapol. Tu czas płynie inaczej, ludzie z ludźmi żyją inaczej, a losy królów i sprzedawców ryb czasami odległe od siebie o cały nieboskłon, przecinają się w najbardziej nieprzewidywalny sposób.

Późnym więc popołudniem kareta ozdobiona herbem Burbonów zajechała na pałacowy dziedziniec. Lokaje podbiegli by otworzyć drzwiczki, w których po chwili ukazał się Bernardo Tanucci. Z trudem przecisnął się przez nie i odtrąciwszy usłużną dłoń Giovanniego — ulubionego służącego księcia Raimonda, wykaraskał się z rzeźbionej, złotem barwionej karocy. Na pierwszy rzut oka Bernardo wyglądał na gbura i marudę, jednak gdy się mu uważniej przyjrzało, spod krzaczastych, czarnych brwi nie dotkniętych wciąż siwizną spoglądały oczy człowieka zabawnego, ciekawego świata i upartego.

Stanął, wytarł chusteczką spływający z czoła pot, sapnął, rozejrzał się po dziedzińcu. Wydawało mu się, że w krzaku opuncji za murkiem coś się rusza. Uśmiechnął się, gdy zobaczył dwóch chłopaków czmychających spod tłustych liści. Jeden miał portki przewiązane złotym sznurkiem. Na widok drugiego uśmiechnął się pod nosem, chrząknął i pokręcił rozbawiony głową.

— Prowadź do księcia — rzucił do odtrąconego przed momentem sługi. Giovanni, wysoki, żylasty, o twarzy, która nie pozwalała o sobie zapomnieć żadnej napotkanej kobiecie, i to niekoniecznie kobiecie z pospólstwa, spojrzał na burbońskiego regenta z sympatią ale bez przesadnego poddaństwa.

— Jego Królewska Mość zna drogę, ale proszę za mną. Książę już wstał.

— Eh… — Bernardo uniósł podbródek w geście, który przejął od neapolitańczyków — Jest szósta wieczorem i książę już wstał. Mam szczęście. — Przy drzwiach do prywatnych komnat księcia regent odsunął Giovanniego i sam otworzył sobie drzwi.

— Raimondo! Książę! — zagrzmiał — Dzień ucieka!

Na progu pokoju stanął gospodarz, po którym w ogóle nie poznałbyś nieprzespanej nocy — elegancki, w peruce równie wyszukanie utrefionej jak ta należąca do regenta, w wytwornym, błękitnym kaftanie, pachnący i świeży. Przy tym, niespecjalnie przystojny. Trochę zbyt pulchny, z drugą brodą nad wykrochmaloną kryzą nie wyglądał ani na salonowego lwa, ani tym bardziej — na umysł mogący stawać w szranki z samym mistrzem Leonardem.

— Jestem i witam uniżenie. Właśnie przygotowano posiłek. Mam nadzieję, że Wasza Wysokość zechce mi towarzyszyć.

— Zechcę, zechcę. Dziękuję — dodał Bernardo, bo zorientował się, że może zachowuje się jednak trochę zbyt obcesowo. W końcu ma do czynienia z księciem i to nie byle podrzędnym księciem a samym di Sangro, geniuszem Neapolu.

* * *

Maleńkie mieszkanko, w którym żyli Gigi i Simona, było własnością ich dziadków, zanim zamieszkała tu matka z ojcem, którzy byli parą kłótliwą, ale nie wyobrażającą sobie życia ani bez siebie ani bez wzajemnych połajanek. Ich matka, Camilla zgodnie ze starym zwyczajem neapolitańskich panien wymodliła sobie swojego Beniamino. Najpierw, zgodnie z tradycją przez pierwsze dziewięć dni odmawiała modlitwę do świętego Jana, stojąc na balkonie. Nie miała własnego balkonu, więc chodziła do domu przyjaciółki, która mieszkała na piętrze w sąsiedniej kamienicy. Ostatniego wieczoru na niebie miał się pojawić obraz tańczącej Salome, wypowiadającej imię wybranka. Salome się wprawdzie nie sprawiła, ale ktoś na ulicy wrzasnął „Beniamino! Beniamino do cholery, pośpiesz się!!!” Camilla nie zobaczyła w tym okrzyku żadnego tajemnego znaku, zirytowana zbiegła na ulicę i wróciła do domu, by rzucić się ze złością na łóżko, odwrócić do ściany i zasnąć z żalu, że żadnej wróżby święty Jan jej nie zesłał. Nie, to nie! Camilla z determinacją kontynuowała procedurę. Patronem drugiej części modlitw miał być święty Paschalis. Należało prosić go o zesłanie męża poprzez wygłoszenie zdania: „Daj mi męża urodziwego, jak ty jesteś, o święty Paschalisie!” Gdy tak stała przy kapliczce i mruczała komplementy pod adresem świętego, przebiegł koło niej chłopak, który ją potrącił, nawet tego nie zauważył i znikł za rogiem kamienicy. I kiedy już, już miała się poddać, kiedy zaczynało ogarniać ją przerażenie, że może jest zbyt małej wiary i Bóg ukaże ją staropanieństwem, ojciec przybył do domu z nowym kompanem, z którym ostatnio wypływał na ryby. Miał na imię — Beniamino i był piękniejszy po stokroć od Paschalisa.

Żyli ze sobą szesnaście lat, kochając się, kłócąc, rzucając w siebie czym popadnie i wpadając sobie w ramiona. Wszędzie chodzili razem, a kiedy Beniamino wypływał w morze, Camilla czekała bezsennie na jego powrót. Kładła spać dzieci, gasiła świece i siadała w oknie, przy którym zawsze znajdował ją mąż wracając do domu z rybami czy bez nich. Któregoś ranka obudziła się z głową opartą o okienną ramę. Zasnęła. Po raz pierwszy od lat — zasnęła. Dlaczego zostawił ją przy tym oknie? Czemu nie zaprowadził jej do łóżka? Wstała, rozejrzała się i zamarła. Dzieci spały spokojnie, miarowo oddychając, ale małżeńskie łóżko Camilli i Beniamina było puste. Gdy wybiegła nad morze, spotkała rybaków… wracali sami. Jej mąż walcząc z falą i ratując sieci by ich nie porwała, stracił równowagę… nie było szans… tak mówili, ale nie słyszała. Krzyczała, krzyczała, krzyczała…

Po dwóch latach, nie mając sił ani ochoty na walkę z chorobą, poszła za swoim Beniaminem. Dzieci odchowała i mogła do niego dołączyć.

Dzisiaj w maleńkim, parterowym mieszkanku na via Benedetto Croce, w pobliżu piazza Domenico Maggiore Gigi, który czmychnął spod opuncji, siedzi naburmuszony w domu i patrzy spode łba na siostrę, która radośnie podśpiewuje sobie kręcąc się przy kuchni. Do domu wchodzi się bezpośrednio z ulicy. Nad drewnianymi, szerokimi drzwiami zwisa ozdobny gzyms, jedyna zbytkowna rzecz, jaką mają. Dwa pomieszczenia podzielili w ten sposób, że duże stanowi kuchnię, jadalnię i sypialnię Gigiego, zaś maleńki pokoik w głębi należy do Simony. Kiedy żyli rodzice, pokoik ten zajmowali Gigi i Simona pospołu. Później matka, która tam oddała ostanie tchnienie. Dzisiaj, gdy pozostali sami, próbują sobie radzić.

Kuchnia ma sklepienie krzyżowe, które przywołuje na myśl wnętrza świątyń. Nie jest to jednak niczym szczególnym w mieszkaniach centralnych dzielnic Neapolu. Nawet najbiedniejsi, bywa, że żyją w takich właśnie domach kompletnie nie widząc w tym niczego niezwykłego. Pod majestatycznym sufitem stoi kuchnia opalana drewnem, prosty stół, trzy krzesła, łóżko z poduszką i lnianą narzutą. Na ścianie wisi obraz z wizerunkiem świętego Januarego, patrona miasta. Podłoga jest czarna, zimna, kamienna, dokładnie taka, jak nawierzchnia ulicy przed domem.

Gigi i Simona starają się, by było schludnie, by dom był azylem i przystanią. Dzięki nocnym połowom Gigiego mają co jeść. Jedzą ryby, często płacą nimi za mąkę, owoce czy jarzyny.

Simona odwróciła się od parującego na kuchni garnka i wsparłszy ręce na biodrach mruży oczy patrząc uważnie na brata.

— Ej, Gigione! A ty co? Nie wyspałeś się dzisiaj?

— A ty?! — odparował.

— Ja się wyspałam. A ty wyglądasz jak siedemnaste nieszczęście. — w Neapolu liczba siedemnaście była zawsze synonimem największego pecha, najstraszniejszych i niezasłużonych kłopotów.

Znowu odwróciła się do kuchni, by odstawić garnek z gorącą wodą, która bulgocze i kapiąc na rozgrzane fajerki okropnie hałasuje.

Gigi podbiega i szarpie siostrę za ramię.

— Ej!!! Chcesz mnie poparzyć!?

— Widziałem cię w nocy, jak wychodziłaś z pałacu.

— No to ciesz się, że ja cię nie zobaczyłam. Gdzie się włóczysz po nocy?

— A ryby to skąd masz, mądralo?

— Pod pałacem je łowisz?

— A ty co tam robiłaś?

Simona siada przy stole, wyciera ręce w fartuch i uśmiecha się figlarnie.

— A powiedz mi, braciszku, ty tak z troski czy z ciekawości pytasz?

* * *

Książę Raimondo z Bernardem Tanuccim po posiłku przeszli do północnego skrzydła pałacu, gdzie mieściły się komnaty zwane przez służbę tajemnymi. Wszystko przez to, że właściwie nikt nie miał tu prawa wstępu, poza samym księciem i starą, zaufaną ochmistrzynią Cristiną oraz pokojówką Carmelą. Obie były dyskretne i bardzo poważnie traktowały przysięgę, którą złożyły księciu — ochmistrzyni dwadzieścia lat temu, gdy książę wrócił z Rzymu i przejął majątek po swoim dziadku, Carmela w ubiegłym roku. Oczywiście, wstęp miały tu także te wszystkie osoby, które książę sam zaprosił.

Teraz stoją z Bernardem przy blacie ogromnego stołu. Na samym środku tego blatu znajduje się marmurowa misa pełna białego proszku z zanurzonym w nim mosiężnym tłuczkiem. Z lewej strony — stojak z probówkami. Dzisiaj probówki są puste i do czysta wymyte. Regały przy ścianach mają szerokie półki wypełnione butelkami, słoikami, pojemniczkami, skrzyneczkami. Na innych półkach — rzędy książek i papierów gotowych do zapisania. Typowa pracownia człowieka zajmującego się na co dzień nauką.

Bernardo stoi przy jednym z regałów i wertuje z uwagą zapisane kartki.

— Piszesz, książę, że to regularność, szybkość i liczba oddawanych salw ma większe znaczenie niż celność wystrzału. Czyżby?

— Tak uważam. Celność ma tylko wpływ fizyczny. Liczba zabitych i rannych żołnierzy to ważna sprawa. Ale wpływ psychiczny jest jeszcze ważniejszy.

Bernardo unosi brwi.

— Ja myślę, że wroga skuteczniej jest zabić niż przestraszyć.

— Przestraszony wróg staje się nieskuteczny.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.56
drukowana A5
za 29.7