E-book
20.48
drukowana A5
67.86
Maskarada

Bezpłatny fragment - Maskarada


3
Objętość:
499 str.
ISBN:
978-83-8126-038-1
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 67.86

Jeśli znasz siebie i swego wroga, przetrwasz pomyślnie sto bitew. Jeśli nie poznasz swego wroga, lecz poznasz siebie, jedną bitwę wygrasz, a drugą przegrasz. Jeśli nie znasz ni siebie, ni wroga, każda potyczka będzie dla Ciebie zagrożeniem.


Kiedy nieprzyjaciel atakuje, cofamy się; kiedy nieprzyjaciel zatrzymuje się, nękamy go; kiedy nieprzyjaciel chce uniknąć bitwy, atakujemy; kiedy nieprzyjaciel uchodzi, następujemy za nim.


— Sun Zi

Prolog

Toruń, Polska


Zegar ratuszowy wybijał właśnie drugą w nocy, gdy samotna postać przemierzała wąskie, brukowane uliczki Starego Miasta. Szła szybkim krokiem, trzymając się mniej oświetlonych miejsc, by skutecznie wtopić się w ciemność. O tej porze roku większość ulic była wyludniona, co stanowiło zupełne przeciwieństwo tego, co działo się tu latem. Choć z natury była samotniczką, pomyślała, że właśnie teraz przydałby się jej tłum, z którym mogłaby się zmieszać. Bez niego było ją widać jak na tacy. Nie mogła jednak nic na to poradzić, bo nie ona stawiała tu warunki.

Nie tym razem.

Oczywiście doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nic nie było tu przypadkowe. Wybrał wszystko z rozmysłem, począwszy od pory roku, pozbawiając ją osłony; poprzez niby losowo wybrane miasto, aż do samego miejsca spotkania. Z trudem powstrzymała chęć zazgrzytania zębami ze złości. Wiedziała, jakie były zasady i że oboje musieli się ich trzymać, lecz wyraźnie grały na jego korzyść, nie jej. A wszystko przez ten cholerny ranking.

Na placu Rapackiego minęło ją trzech pijanych chłopaków, nieco młodszych od niej. Mieli szczęście, że nie próbowali jej zaczepiać. Nie, żeby ją to obchodziło; nie znała też polskiego. Była po prostu w takim stanie napięcia nerwowego, że nie ręczyła za siebie i swoje reakcje, a tej nocy miała zginąć z jej ręki tylko jedna osoba.

Powoli zbliżała się do celu. Znała miasto dość dobrze, bo w dzieciństwie często odwiedzała z rodzicami jednego z kolegów ojca, który od trzydziestu lat mieszkał w Toruniu. Jednak Siergiej nie wiedział nic o jej dzisiejszej wizycie. Prawdę mówiąc, poza jej wrogiem, tylko najbliższy i w zasadzie jedyny przyjaciel dziewczyny miał pojęcie, gdzie jej szukać. Zapewne umierał ze strachu, czekając na wiadomość w której miała oznajmić mu, że wciąż żyje. Mimowolnie uśmiechnęła się do siebie kwaśno. Powiedziała Igorowi o dzisiejszym pojedynku tylko dlatego, by wiedział skąd ewentualnie ma sprowadzić jej ciało. Biedak pewnie zużył już kilka ziołowych tabletek uspokajających, jednak równie dobrze jak ona wiedział, że nie mogła nie podjąć wyzwania. Takie były zasady. Gdy ktoś znajdujący się w rankingu wyżej niż ty wyzywał cię, nie istniało coś takiego jak prawo odmowy. Pakowałeś manatki i jechałeś w wyznaczone miejsce. I tyle.

Dotarła do końca długiej, gęsto oświetlonej latarniami alei i skręciła w mroczny wjazd, prowadzący do kilku opuszczonych, starych kamienic. Doskonale znała topografię terenu, co było wielką zasługą Igora, który jako pierwszorzędny haker wykradł dla niej plany architektoniczne budynków z najbliższej okolicy. Była doskonale przygotowana i wiedziała o tym. Nie pozostawało do zrobienia już nic więcej. Nic poza jednym — przeżyciem tej nocy.

Skontrolowała, czy wszystkie elementy uzbrojenia znajdują się tam, gdzie powinny i skierowała się ku wejściu do obdartego budynku. Jak na ironię była pełnia, a światło księżyca padało dokładnie na częściowo wyrwane z zawiasów drzwi. Czyżby i ta iluminacja została zaplanowana? Nie przyjechała tu jednak podziwiać ani piękna natury, ani starego budownictwa. Starając się zachować niezmąconą ciszę, podeszła do jednego z zasłoniętych tekturą okien, które znajdowały się w mroku. Nie zamierzała mu niczego ułatwiać.

Dostanie się do środka nie stanowiło żadnego problemu, w końcu robiła bardziej skomplikowane rzeczy i to setki razy. Bez przeszkód dotarła do klatki schodowej i zachowując wzmożoną czujność zaczęła wspinać się na górę. Umówili się na dachu o drugiej trzydzieści. Była druga dwadzieścia pięć, a więc nadszedł najwyższy czas, by założyła kominiarkę.

Jej przeciwnik już na nią czekał. Oparty swobodnie o jeden z kominów z rękoma założonymi na piersi, wyglądał niemal nonszalancko. Ubrał się podobnie jak ona — czarny, dopasowany strój, kominiarka. I broń, oczywiście. Podczas pojedynku wolno im było używać tylko noży, pistoletów z tłumikiem oraz własnego ciała. Jakiekolwiek ulepszenia — rzutki shuriken czy azjatyckie miecze chociażby — były zakazane. Kto by pomyślał, że płatni mordercy mają swój kodeks honorowy? Cóż, owszem. Mieli. Przynajmniej ci najlepsi, do których grona oboje należeli.

— Przed czasem — zaśmiał się — A myślałem, że dziewczyny mają w zwyczaju się spóźniać.

— Nie ja — ucięła, płynnie przechodząc na angielski. Na szczęście już dawno pozbyła się charakterystycznego dla swoich rodaków akcentu — Trochę się różnię od innych dziewczyn. Mamy inne definicje zabawy.

— Skoro tak twierdzisz, numerze dwa. Czy może wolisz: Meduzo?

— To nieistotne, Seth — powiedziała z naciskiem. Prędzej rzuciłaby się z dachu, niż nazwałaby go numerem jeden. Oczywiście doskonale o tym wiedział — Nie mam ochoty na jałowe gadki. Lepiej przejdźmy do rzeczy.

— Pewnie — wzruszył ramionami — Chciałem tylko nieco rozluźnić atmosferę zanim cię zabiję.

— Dzięki za chęci, ale zamierzam się z tobą uwinąć jak najszybciej. Wiesz, umówiona jestem — odparła z zimnym uśmiechem i wyciągnęła nóż. Natychmiast poszedł w jej ślady.

— Nie martw się. Usprawiedliwię twoją nieobecność — rzekł uprzejmie i wyprowadził cios.

Spodziewała się wyrównanej walki, w końcu dzieliła ich tylko jedna pozycja w rankingu. Była jednak i realistką. Znała reputację Setha. Pojawił się w branży stosunkowo niedawno, co nie przeszkadzało mu piąć się po kolejnych szczeblach hierarchii z prędkością błyskawicy. Bali się go nawet starsi mordercy, zwłaszcza ci, którzy znajdowali się przed nim w rankingu ogólnym; do tego stopnia, że gdy wyzywał ich na pojedynek, odwlekali konfrontację jak najdłużej się dało. Niestety, ona sama nie miała takiej możliwości, lecz mimo wszystko ani myślała się poddawać. Jak umierać, to z honorem. A nie zamierzała jeszcze odchodzić z tego świata.

Wymienili kilka szybkich uderzeń, jednak żadne nie spowodowało u drugiego większej szkody. Ponownie starli się na środku dachu, porzuciwszy noże. Więc mimo wszystko mieli coś wspólnego — ona również wolała walkę bez dodatkowej broni. Wyprowadziła parę kopniaków, dokładnie tak, jak uczył ją jej mentor, lecz przeciwnik był na to przygotowany i z łatwością je blokował. Nie musiała długo czekać na kontratak. Broniła się długo i zaciekle, ale w końcu jeden z ciosów dosięgnął jej twarzy i runęła na ziemię, czując jak jej skroń ostro pulsuje a materiał kominiarki staje się wilgotny. Najwyraźniej rozwalił jej łuk brwiowy.

Nie było jednak czasu na kontemplację. Natychmiast po upadku zerwała się na równe nogi, w ostatniej chwili unikając kolejnego ataku, tym razem mającego ostatecznie ją znokautować.

— Niezły refleks, mała — pokiwał głową z uznaniem — Kto cię uczył? Chciałbym wiedzieć, komu złożyć kondolencje.

— Mój mentor nie żyje — odparła lodowato — Niebawem do niego dołączysz. Zrób coś dla mnie i pozdrów go, jeśli się spotkacie.

Rzuciła się w przód, wyciągając zza paska drugi nóż i celując w jego brzuch. W ostatniej chwili zdążył się uchylić, lecz ostrze drasnęło mu ramię; nie powstrzymało go to jednak przed złapaniem jej w pół i przygwożdżeniem do ziemi. Nie wiedziała jak to się stało, ale sekundę później trzymał własny scyzoryk przy jej gardle, a jego usta wykrzywiał wyjątkowo okrutny uśmieszek.

— Musisz się jeszcze wiele nauczyć. Wielka szkoda, że nie zdążysz, bo masz potencjał.

Zacisnęła usta w wąską kreskę, sztyletując go wzrokiem. Musiała wybrnąć z tej sytuacji, zanim poderżnie jej gardło. Problem leżał w tym, że nie bardzo wiedziała jak to zrobić. W tym momencie księżyc oświetlił ich niczym gigantyczny reflektor i dostrzegła lodowaty błękit jego oczu, dotąd skrytych w cieniu. Widziała w nich wyłącznie spokój oraz wyrachowanie i nie miała wątpliwości, że zegar ratuszowy właśnie odliczał ostatnie sekundy jej życia. Zdała sobie sprawę, że oboje wstrzymują oddech i wtedy postawiła wszystko na jedną kartę.

Płynnym ruchem zrzuciła go z siebie, czując jak ostrze rozcina jej skórę na szyi. Była świadoma, że krwawi, jednak nie zwracała na to uwagi. Musiała działać szybko. Wyprowadziła kopniak z półobrotu celując prosto w rękę, w której nadal trzymał nóż. Broń upadła z brzękiem na beton, a jej wróg z wściekłością ponownie ruszył do walki. Wymienili całą serię uderzeń, lecz jej głowę wypełniała tylko jedna myśl — musiała to szybko skończyć, bo traciła coraz więcej krwi. Powoli zaczynała odczuwać zawroty głowy, jednak z całych sił walczyła o zachowanie koncentracji, uparcie ignorując narastającą wilgoć okalającego jej szyję golfu.

Wtedy wydarzyło się kilka rzeczy naraz. Po pierwsze, jego kopniak sprawił, że się zachwiała. W normalnych okolicznościach natychmiast odzyskałaby równowagę, ale teraz była dość osłabiona, co pogłębiała każda dodatkowa sekunda wysiłku. Po drugie, próbując stabilnie stanąć na nogach niebezpiecznie zbliżyła się do krawędzi dachu. Niestety, zapomniała o występie oddzielającym gzyms. Jak w zwolnionym tempie zobaczyła wyziewającą zza niego czarną pustkę, która zbliżała się do niej nieubłaganie.

A więc tak to się skończy. Umrę, stoczywszy się z dachu, pomyślała z ironią, po czym zaczęła spadać. Nie miała nawet szansy chwycić się gzymsu — był zbyt daleko. Z ust mimowolnie wyrwał się jej krótki krzyk.

Nagle poczuła na swoim przedramieniu mocny, pewny chwyt. Zawisła w powietrzu, dwadzieścia parę metrów nad ziemią, ze zdumieniem spoglądając w górę. Dostrzegła tam postać w kominiarce, wpatrującą się w nią intensywnym, nieodgadnionym wzrokiem. Przez chwilę żadne z nich nie wykonywało najmniejszego ruchu, aż zaczęła się zastanawiać, czy zamierza ją puścić. Wtedy jednak wzmocnił uchwyt i zaczął ją wciągać z powrotem na dach.

Kiedy ponownie poczuła pod plecami stabilną powierzchnię, odetchnęła z ulgą. Lecz nie na długo. Miejsce ulgi zastąpiła nienawiść, gdy zobaczyła swojego przeciwnika zbliżającego się do niej z pistoletem.

— Chyba sobie jaja robisz — warknęła — Po jakie licho mnie ratowałeś, skoro…

— Nie lubię łatwych rozwiązań — wzruszył ramionami i bezceremonialnie uderzył ją w głowę, natychmiast pozbawiając przytomności.

Rozdział 1
Sny

Każdy sen, ten czarowny i piękny,

zbyt długo śniony zamienia się w koszmar.

A z takiego budzimy się z krzykiem.


— Andrzej Sapkowski

Nowosybirsk, Rosja; rok później


W jednej chwili wpatrywała się w jego błękitne tęczówki, a w następnej poczuła dziwne potrząsanie. Niby kto miałby nią potrząsać? Przecież na dachu byli sami. I dlaczego ktoś wykrzykuje jej imię, u diabła?! Co, jeśli on usłyszy? Przecież musiała pozostać anonimowa…

— Nina! Nina, obudź się! — krzyk stawał się coraz wyraźniejszy i ustał dopiero, gdy gwałtownie otworzyła oczy, siadając na łóżku wśród rozrzuconej pościeli. Spojrzała ze zdziwieniem na Igora, który wpatrywał się w nią ze skrajnym przerażeniem.

— I czego mną trzęsiesz? — burknęła, rozmasowując sobie ramię, za które musiał ją trzymać — To był tylko głupi sen.

— Głupi sen. Pewnie, Nina. Wrzeszczałaś jak opętana i prawie wybiłaś mi zęby, kiedy próbowałem cię obudzić, ale co tam. To tylko głupi sen — zakpił.

Widziała, że jest zły, ale co miała na to poradzić? Każdy miewał czasem koszmary; niektórzy częściej niż reszta.

— Nic mi nie jest, Igor — uśmiechnęła się i poklepała przyjaciela pocieszająco po ramieniu — Ale dzięki za troskę. Która godzina?

— Parę minut po piątej.

— Świetnie — wygramoliła się ze skotłowanej pościeli, unikając jego wzroku. Miała świadomość, że się o nią martwi; oczywiście zupełnie niepotrzebnie — Pora na kawę.

Zeszła do kuchni i uruchomiła ekspres, wybierając caffè latte. Minutę później dołączył do niej Igor, zamawiając jak zwykle waniliowe cappuccino. Wystarczył rzut oka na jego twarz by zrozumiała, że jeszcze jej nie odpuścił.

— Wiesz, że to nie jest normalne — powiedział, przełamując ciszę — Minął już rok. Nie możesz tak żyć.

Westchnęła ciężko, podając przyjacielowi kubek z parującą kawą. Nie miała ochoty na kłótnie z rana i to z jedyną osobą na całym świecie, która była jej przyjazna. Odgarnęła więc swoje blond włosy z twarzy i odparła:

— Owszem. Ale oboje wiemy też, że nie mogę pójść z tym do specjalisty. Poza tym, nie zamierzam otumaniać się lekami. Jeśli znajdę jakiś odpowiedni sposób, by pozbyć się tych koszmarów, niezwłocznie z niego skorzystam. Obiecuję.

Chłopak tylko pokiwał głową, niechętnie przyznając jej rację. Nina Konstantinowa, jego najlepsza przyjaciółka od zawsze, miała tylko dwa koszmary. Pierwszy z nich dotyczył nocy, w czasie której zginęła jej matka. W dodatku z ręki jej ojca, który uniknął odpowiedzialności za swój czyn z braku wystarczających dowodów. Wszystkim co go obciążało, były zeznania jedynego naocznego świadka całego zajścia — ośmioletniej Niny. Igor doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo wpłynęło to na dalsze życie dziewczyny. Aleksandr Konstantinow był najbardziej wpływowym człowiekiem w całym Nowosybirsku, co również pomogło mu uniknąć więzienia, choć do dziś zarzekał się, że jest niewinny. Nina odcięła się od niego zaraz po procesie, jednak w pełni usamodzielniła się, gdy miała piętnaście lat. Wtedy właśnie jej ojciec kupił nową posiadłość, do której przeprowadził się wraz z drugą żoną i jej synem, zostawiając córce do dyspozycji rodzinną willę. Z chwilą osiągnięcia pełnoletności Nina stała się jej wyłączną właścicielką; ponadto jej konto zasilił dość pokaźny spadek po matce. Chcąc nie chcąc, mianowano ją także zastępczynią ojca w jego firmie, lecz stanowisko to sprawował obecnie w jej imieniu zaufany pełnomocnik. Jedynym powodem, dla którego nie zrezygnowała dotąd z pełnienia jakiejkolwiek funkcji w przedsiębiorstwie był fakt, że swoje stanowisko również odziedziczyła po matce, jego współzałożycielce. Wewnętrznie czuła, że jej rodzicielka nie chciałaby, żeby Aleksandr położył swoje łapy na wszystkich aspektach dotyczących firmy i dziewczyna nie zamierzała do tego dopuścić.

Drugi koszmar wiązał się natomiast z pracą Niny. Igor długo nie mógł pogodzić się z faktem, że jego przyjaciółka, a od sześciu lat współlokatorka, zdecydowała się zostać płatną morderczynią. Obwieściła mu to, gdy oboje mieli po szesnaście lat i początkowo myślał że żartuje, lecz mówiła jak najbardziej poważnie. Dziś, w wieku dwudziestu trzech lat, była jedną z najlepszych na świecie w swoim fachu. Biorąc pod uwagę, że Igor był znakomitym hakerem, wspólnie stanowili swojego rodzaju dream team; to jednak nie znaczyło, że w pełni akceptował jej zajęcie. Bardzo martwił się o Ninę i stan jej psychiki, zwłaszcza po tym co przeszła rok temu, kiedy jej najgroźniejszy rywal wyzwał ją na pojedynek do teraz śniący się dziewczynie po nocach. Wbrew wszelkim regułom oboje przeżyli spotkanie, co nie miało prawa się wydarzyć. Seth, największy wróg Niny, uratował jej życie, gdy nieomal spadła z dachu. Następnie ją ogłuszył, opatrzył jej ranę na szyi i zostawił na polu walki całkowicie żywą, choć strasznie osłabioną. Mimo, że minął już rok, wciąż nie mogła uwierzyć, że tak po prostu jej odpuścił i żyła w ciągłym strachu, że podczas gdy była nieprzytomna zdjął jej kominiarkę, przez co mógł ją z łatwością zidentyfikować. Igor momentami dostrzegał znamiona paniki przemykające przez jej twarz, gdy ktoś obcy dzwonił do drzwi. O tak, Nina Konstantinowa jak każdy miała swoje demony — byli nimi jej ojciec oraz Seth. Poza tym niewiele było w stanie wytrącić ją z równowagi i właśnie dzięki temu wyćwiczonemu wyrachowaniu była znakomita w tym, co robiła.

Igor rozdmuchał piankę w swoim cappuccino, po czym zapytał nonszalancko:

— Jakie masz plany na dziś?

— Po południu wybieram się na aukcję — odparła spokojnie — Chcesz iść ze mną?

— Nie dam rady, robota czeka. Ale mam nadzieję, że upolujesz coś fajnego.

— Ja też. Mam nawet cel — uniosła rękę na znak, by chwilę zaczekał i wyszła z kuchni, po minucie wracając z laptopem. Przez moment czegoś szukała, aż w końcu odwróciła komputer w jego stronę — Metaloryt z 1460 roku. Jedyny w swoim rodzaju.

— Całkiem, całkiem — pokiwał głową z uznaniem. Nina była historykiem sztuki i miłośniczką grafiki. Gdy już natrafiła na jakiś okaz, niewiele mogło ją powstrzymać przed zdobyciem go. Igor uważał to za jej skrzywienie zawodowe, tak samo jak swoje uzależnienie od programowania i ciągłe inwestycje w sprzęt.

— Mało powiedziane — uśmiechnęła się — To jeden z niewielu zachowanych do dzisiaj egzemplarzy. Niedługo jego wartość…

Jej słowa przerwał znajomy sygnał dzwoneczków, sygnalizujący powiadomienie z portalu zabójców, jak Igor zwykł go nazywać w myślach. Skryty w odmętach darknetu, pozostawał niemożliwy do wykrycia dla osób nieupoważnionych — nawet on miałby problem z namierzeniem tej strony, gdyby nie wiedział, gdzie dokładnie jej szukać. Portal nie miał nazwy, jednak wcale jej nie potrzebował. Kiedy Nina wprowadzała Igora w temat, zażartowała, że to taki Facebook dla najlepszych morderców. I faktycznie, wszyscy liczący się zabójcy na zlecenie mieli tu konto.

Najważniejszą zaletą oferowaną przez stronę była anonimowość. Każdy użytkownik posiadał swój unikatowy nick, a jego profil zawierał niezbędne minimum informacji — płeć, cennik usług, liczbę zlikwidowanych celów i pozycje rankingowe zabójcy, a więc wszystko to, czym najczęściej kierowali się zleceniodawcy przy wyborze mordercy do wynajęcia. Zwykle im wyższa pozycja rankingowa, tym bardziej się ceniono — to właśnie względy finansowe, poza prestiżowymi, stanowiły główny powód pojedynków między zabójcami.

Rankingi istniały dwa. Pierwszy, ogólny, uwzględniał wszystkich zarejestrowanych na portalu, niezależnie od wieku. Drugi miał kilka podkategorii, wydzielonych na podstawie tego właśnie kryterium. Nina należała do grupy do trzydziestu lat i już od roku była jej wiceliderką. Poza tym istniały dwa inne przedziały wiekowe: od trzydziestu jeden do pięćdziesięciu lat oraz pięćdziesiąt jeden lat plus. Głównym kryterium, które decydowało o pozycji rankingowej była liczba zlikwidowanych celów. Każde przyjęte zlecenie skrupulatnie zapisywano w bazie danych, a po potwierdzeniu przez zleceniodawcę jego zrealizowania — dopisywano do licznika danego zabójcy. Dzięki temu unikano fałszerstw i innych manipulacji.

Z każdym zarejestrowanym można było skontaktować się na dwa sposoby: poprzez przycisk zatrudnij przeznaczony dla zleceniodawców lub drugi, opatrzony napisem wyślij wiadomość. Za pomocą pierwszego z nich przesyłano szczegóły zlecenia, a zabójca potwierdzał lub nie jego przyjęcie i w razie potrzeby uzgadniano potrzebne detale. Druga opcja umożliwiała zaś komunikację bezpośrednią między zarejestrowanymi mordercami. Jednak nie oznaczało to, że w wolnym czasie rozmawiali ze sobą jak na czacie; obowiązywały bowiem pewne reguły, do których należało się stosować.

Kontakt nawiązywać można było tylko i wyłącznie wyzywając kogoś na pojedynek i uzgadniając jego szczegóły, jeśli wyzwanie zostało przyjęte. Pojedynki były popularną formą walki o miejsce w rankingu, szeroko praktykowaną. Można było wyzwać osobę znajdującą się bezpośrednio przed lub za sobą, mając na uwadze, że temu, kto plasuje się wyżej przysługuje możliwość dwukrotnej odmowy stanięcia do walki. Za trzecim razem musiało dojść do starcia, ale na warunkach osoby zajmującej lepsze miejsce w rankingu. Rzadziej wyzywano kogoś plasującego się niżej, chyba, że był ku temu ważny powód. W takiej sytuacji detale pojedynku również ustalał ten, kto zajmował wyższą pozycję w hierarchii. Wyzwanemu nie przysługiwało też prawo do odmowy — to właśnie miało miejsce, gdy Seth zdecydował się zmierzyć z Niną. Do dziś zastanawiała się, czy uznał ją za zagrożenie i chciał się jej pozbyć zanim ona wyzwałaby jego, czy raczej zrobił to dla rozrywki? Nie mogła jednak do niego napisać i zapytać o to wprost, w stylu: Hej, Seth, zastanawiałam się jakie były twoje motywacje, gdy zdecydowałeś się na walkę ze mną. Może przy okazji wyjaśnij mi jeszcze, dlaczego nadal żyję.

W zależności od sytuacji, zwycięzca pojedynku awansował o pozycję zwolnioną przez przegranego i podnosił swoją liczbę zlikwidowanych celów o jeden lub tylko zwiększał wartość swojego licznika, podczas gdy na miejsce pokonanego awansował ten, kto dotychczas plasował się tuż za nim. Nina i Igor określali takie sytuacje mianem dyskwalifikacji, jak w sporcie. W ciągu ostatnich kilku lat wypracowali cały system określeń, których prawdziwe znaczenie rozumieli tylko oni. Na przykład, gdy Igor pytał dziewczynę czy sprawdza Facebooka, tak naprawdę chodziło mu o tajny portal zabójców.

Zasady klasyfikacji i pojedynków dotyczyły tak rankingu ogólnego, jak wiekowego. Nie, żeby Ninie robiło to wielką różnicę — w obydwu pozycję przed nią zajmował Seth, a nie miała ochoty na kolejną konfrontację z nim.

— Co tam? Nowe zlecenie? — zapytał Igor, zaglądając jej przez ramię.

— Nie — pokręciła głową — Awansowałam o jedno miejsce w głównym. Seth wyeliminował Lady Makbet. Teraz jest światową dziewiątką.

— A ty dziesiątką — uniósł kubek w geście toastu — Gratki, siostro.

Nina jednak się skrzywiła.

— Niewielka w tym moja zasługa. Cóż, jeśli uda mu się wyrżnąć jeszcze tych ośmiu, to zostanę dwójką. A wtedy pewnie wyzwie mnie ponownie.

— Zrób to pierwsza, należy ci się rewanż. Może kiedy Seth opuści ziemski padół, wraz z nim znikną twoje koszmary?

— Nie zamierzam tego robić w najbliższym czasie. Jest za dobry — mruknęła z oporem. Nie lubiła przyznawać, że ktoś był w czymś od niej lepszy i robiła to bardzo rzadko — Poza tym chcę jeszcze trochę pożyć. Wolę już dobrze znane koszmary niż kolejne manto.

— To może napisz mu, że śnisz o jego błękitnych oczach — zażartował Igor, za co otrzymał solidnego kopniaka.

— Najlepiej z emotikonką serduszka — wywróciła oczami i zamknęła laptop — Dzięki, ale nie.

— Może zszedłby na zawał i miałabyś go z głowy? — zamyślił się chłopak — Powinnaś spróbować, mówię ci.

— Miło, że starasz się pomóc, ale dobrze wiesz, że nie lubię łatwych rozwiązań. Dlatego wykończę go własnoręcznie — dopiła kawę i wstawiła kubek do zlewu, uśmiechając się kwaśno — Jednak wszystko w swoim czasie.

Rozdział 2
Duchy przeszłości

Na cienie trzeba uważać. Bo inaczej mogą im

wyrosnąć zęby. Naprawdę mogą. A czasem,

kiedy chcesz zapalić światło żeby je odpędzić,

nagle okazuje się, że nie ma prądu.


— Stephen King

Nina zaparkowała przed domem aukcyjnym. Bez trudu znalazła wolne miejsce dla swojego kremowego fiata mini, bo jak to miała w zwyczaju, przyjechała na miejsce prawie czterdzieści minut przed rozpoczęciem licytacji. Nienawidziła się spóźniać, podobnie jak nie tolerowała spóźnialskich. Wysiadając, owinęła się ciaśniej płaszczem i chwyciwszy torebkę ruszyła w kierunku wejścia.

Znajome wnętrze działało kojąco na jej nerwy. To tutaj odbywała swoje studenckie dwumiesięczne praktyki, które uważała za jedno z najlepszych doświadczeń w swoim życiu. Zza biurka pomachał jej Michaił, podstarzały portier, z którym lubiła toczyć długie dyskusje o średniowiecznej broni.

— Nina! Dobrze cię widzieć. Rekreacyjnie, czy coś sobie upatrzyłaś? — zapytał, wskazując ruchem głowy wejście do sali aukcyjnej.

— Upatrzyłam — uśmiechnęła się — I to duże coś, bo metaloryt z piętnastego wieku. Nie mogę się doczekać licytacji.

— Powodzenia w takim razie — portier uniósł ręce, by pokazać jej zaciśnięte kciuki — Przyjdź na kawę, jak będziesz miała czas. Dawno nie gadaliśmy, trzeba wymienić ploteczki.

Nina parsknęła śmiechem.

— Jasne, gdy tylko znajdę chwilę. Ostatnio mam dużo roboty, ale postaram się wpaść — odparła i skierowała się w stronę półotwartych drzwi.

Sala była wypełniona mniej więcej w jednej czwartej, więc od razu zajęła miejsce w pierwszym rzędzie i zaczęła dla zabicia czasu przeglądać dobrze znany katalog. Pozostali uczestnicy aukcji zaczęli się schodzić w miarę upływu kolejnych minut. Kiedy wybiła szesnasta na podium wyszedł inny jej znajomy, Borys, który tego dnia miał prowadzić licytację.

— W imieniu naszego domu aukcyjnego pragnę powitać państwa na pierwszej licytacji w tym roku! — oznajmił entuzjastycznie — A że nowy rok należy zacząć wyjątkowo, to i w naszej ofercie znalazły się unikatowe przedmioty. Życzę wszystkim udanych zakupów! A oto pozycja numer jeden, cena wywoławcza dwieście dolarów…

Nina odprężyła się i ze spokojem śledziła przebieg wydarzeń. Jej metaloryt był dwudziesty piąty w katalogu, więc przy dobrym układzie powinna wrócić do domu przed Igorem. Może ugotowałaby coś na kolację? Wiedziała, że chłopak martwi się o nią bardziej, niż to pokazuje i wypadałoby mu to jakoś, choćby częściowo, wynagrodzić. Tak, może zrobi jego ulubione ravioli ze szpinakiem…

— Pozycja numer dwadzieścia pięć. Wyjątkowo rzadki metaloryt z 1460 roku. Grafika pochodzi zapewne z książki dewocyjnej. Bardzo dobrze zachowana, nieliczne pęknięcia na brzegach. Cena wywoławcza osiem tysięcy dolarów.

Nina czekała, cierpliwie obserwując rozwój sytuacji. Oprócz niej dwie osoby okazały się być zainteresowane grafiką; reszta zebranych nie włączyła się do licytacji.

— Dwadzieścia tysięcy dolarów po raz pierwszy, po raz drugi…

— Dwadzieścia pięć tysięcy — odezwała się, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Drugi licytator rzucił jej złe spojrzenie, po czym uniósł ręce w geście kapitulacji. To było łatwiejsze niż przypuszczała.

— Panna Konstantinowa, dwadzieścia pięć tysięcy dolarów. Po raz pierwszy, po raz drugi… po raz trze…

— Trzydzieści tysięcy — wtrącił w tym momencie męski głos.

Dziewczyna zamarła, czując jak budzi się w niej paląca wściekłość. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć kto wszedł jej w paradę. Zanim Borys zdążył cokolwiek powiedzieć, odparła zdecydowanie:

— Trzydzieści jeden tysięcy.

— Trzydzieści jeden po raz…

— Trzydzieści pięć tysięcy — przerwał Borysowi głos. Nina zamknęła oczy, walcząc z wybuchem.

— Trzydzieści osiem — wiedziała, że w jej głosie słychać wściekłość.

— Czterdzieści — rozbawienie w głosie drugiego licytatora działało na nią niczym płachta na byka.

— Pięćdziesiąt tysięcy — warknęła, odrzucając pozory. W sali zaczęły rozbrzmiewać szepty, ale nie dbała o to. Ten metaloryt był jej. Nawet Borys wyglądał na spoconego z emocji.

— Po raz pierwszy, po raz drugi…

— Sto tysięcy.

Na sali zapadła głucha cisza. Nina czuła na sobie ciekawskie spojrzenia sąsiadów, ale tylko zacisnęła zęby. Myśl racjonalnie. To się nie opłaca. Odpuść, usłyszała w myślach głos rozsądku. Nie wygrasz, zawsze cię przebije.

— Sto dwadzieścia — oznajmiła, zaciskając pięści tak mocno, że aż zbielały.

— Sto pięćdziesiąt — mężczyzna po raz kolejny nie czekał na reakcję Borysa.

Dziewczyna wysłała w myślach soczystą wiązankę przekleństw w kierunku przeciwnika, lecz nawet ona wiedziała, kiedy należy się opamiętać. Poczuła złość zmieszaną z rezygnacją. Powinna się tego spodziewać, w końcu zawsze wszystko jej odbierał. Matkę, poczucie bezpieczeństwa, resztkę dzieciństwa. A teraz nawet i cholerną grafikę.

— Sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów po raz pierwszy, po raz drugi… — Borys rzucił niepewne spojrzenie w jej kierunku, jednak nie zareagowała — Po raz trzeci. Sprzedane panu Konstantinowowi.

Nie zważając na znaczące szepty i spojrzenia zebranych, Nina wstała i patrząc prosto przed siebie wyszła z sali, przechodząc bez słowa obok stojącego w drzwiach ojca.


*


Igor pracował w kawiarence internetowej, jednej z niewielu jakie się ostały po rozpowszechnieniu dostępu do sieci. Interes kręcił się bardzo dobrze, głównie dzięki temu, że w lokalu oferowano też usługi poligraficzne i wyśmienitą kawę. Rzecz jasna chłopak nie musiał pracować, by się utrzymać — jako haker zarabiał wystarczająco dużo — mimo to lubił chociaż na parę godzin wyrwać się z domu, by poczuć się jak normalny człowiek. Właśnie nalewał jednemu z klientów czarną kawę z mlekiem, gdy drzwi kawiarenki otworzyły się gwałtownie i do środka weszła zarumieniona od zimna Nina. Wystarczył mu rzut oka na jej twarz, by wiedzieć, że coś jest nie tak. Jego przyjaciółka wygladała jak chmura gradowa. Z hukiem położyła torebkę na ladę i gwałtownym ruchem rozpięła płaszcz.

— Widzę, że ktoś potrzebuje dużej, mocnej kawy — stwierdził z niepokojem, obserwując jej zachowanie.

— Nawet nie wiesz, jak bardzo — mruknęła, rzucając mu ponure spojrzenie.

— Jechałaś w takim stanie? Mam nadzieję, że nie spowodowałaś żadnego wypadku.

— Uwierz, że bardzo chcę w tym momencie przeprowadzić pewien niewypadek.

Chłopak zmarszczył brwi.

— Co się stało? Jak aukcja? Grafika okazała się fałszywką?

— Nie. Po prostu wpadł mój kochany tata — oznajmiła kwaśno, biorąc duży łyk kawy.

Igor z wrażenia upuścił ścierkę do naczyń. Zdawał sobie sprawę, że Nina i jej ojciec w jednym pomieszczeniu to katastrofa gwarantowana. Z tego właśnie powodu obydwoje unikali się, jak tylko mogli. Przynajmniej zazwyczaj.

— I co? Znowu próbował z tobą gadać?

— Nie. Sprzątnął mi grafikę sprzed nosa — burknęła i streściła przyjacielowi przebieg aukcji — Cokolwiek bym nie zrobiła i tak zaoferowałby więcej. Oczywiście wszystko wyłącznie po to, żeby doprowadzić mnie do szału — zaśmiała się gorzko — Przecież on nie znosi sztuki! Jestem przekonana, że wrzuci ten metaloryt do piwnicy, gdy tylko dostanie go w swoje brudne łapy.

— Pewnie tak. No nic, nie załamuj się. Niedługo trafi się jakaś inna fajna okazja.

— Tak, masz rację — zgodziła się z nikłym uśmiechem i zapatrzyła się w okno — Wiesz, tak sobie myślałam… Może zrobię na kolację ravioli?

— Z podwójnym szpinakiem! — zgodził się entuzjastycznie.

— Dobra — parsknęła z rozbawieniem — Może być i potrój… — w tym momencie gwałtownie urwała i wypuściła z rąk szklankę, która z hukiem uderzyła o posadzkę, rozbijając się w drobny mak.

Chłopak spojrzał na nią ze strachem.

— Nina? Dobrze się czujesz? — z rosnącym przerażeniem wpatrywał się w jej pobladłą, kredowobiałą twarz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 67.86