E-book
13.65
drukowana A5
29.88
drukowana A5
kolorowa
52.76
Marzec

Bezpłatny fragment - Marzec

Polski Kalendarz Obyczajowo-Gospodarski


Objętość:
95 str.
ISBN:
978-83-8126-715-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.88
drukowana A5
kolorowa
za 52.76

Martius oznacza „miesiąc Marsa”, w którym ta planeta świeci najjaśniej. U nas jest zapowiedzią wiosny.

Gdy w marcu deszcz pada, wtedy rolnik biada, gdy słońce jaśnieje, to rolnik się śmieje.

Ile w marcu dni mglistych, tyle w żniwa dni dżdżystych.

Jak nie ma śniegu w marcu, deszczu w maju, to nie ma urodzaju.

Marzec, czy słoneczny, czy płaczliwy, listopada obraz żywy.

Mokry marzec rolnika boli, suchy marzec sprzyja roli.

W marcu, choć słota, rzucaj zboże do błota.

W marcu, gdy grzmoty, urośnie zboże ponad płoty.

Marzec zimny i słoneczny, plon zaręcza ostateczny.

2 marca

Jak Helena w swoje święto radosna — za progiem stoi już wiosna

19 marca

Cóż Święty Józef niesie? Kaczka pierwsze jaja zniesie.


21/22marca następuje przesilenie wiosenne, równonoc wiosenna, początek wiosny na półkuli północnej.

Piotr Stachiewicz, Wiosna — portret wiejskiej dziewczyny

***

Maria Dąbrowska, Uśmiech dzieciństwa

Na każdym skraweczku dnia i na każdej piędzi przestrzeni działy się rzeczy przeraźliwe albo zachwycające. Działo się tysiąc wydarzeń głębokich i nieśmiertelnych w swej błahości, jednakowo godnych, żeby z nich rodziły się piorunujące nienawiści, figle i nagłe zakochania.

A cóż dopiero, kiedy drzewa zaczynały się w niezrozumiały sposób odziewać puchem wiosennej zieloności.

Najpierw były takie same jak przez wszystkie miesiące zimy. Taczały się i biły czarną wicią po niebie.

Aż wtem, pamiętasz, zaczynały się szamotać w istnym tańcu. To namiętny wiatr południowy pląsał po ich ubogiej nagości.

Nic jeszcze nie było z wiosny oprócz zacieku wody na rudej łące. Ale ten wiatr, ten wiatr…

Jak myśmy go łykali, pędząc nie wiadomo po co i dokąd śród gwiżdżącego pod stopą mokradła.

A na drugi dzień gałęzie drzew mieniły się; srebro, złoto i krew zdawały się płynąć w ich gibkim wnętrzu.

Znowu biegliśmy okręgiem, to wszyscy razem, to każde swoim manowcem, a zimny oddech roztopów uderzał w twarze. Żeby nic nie działo się bez naszych oczu, żeby widzieć to mgnienie, gdy z rozkładu śliskiej zgnilizny rozkwita wiosna. Chcieliśmy zobaczyć to, jak chcieliśmy zobaczyć chwilę, gdy się zasypia. I nie mogliśmy. Tak tajemniczo ginął ten blask czasu, gdy poruszając się jak zwierzątka, wychodzić musiały z obsłony pączków liście.

Goniąc wiosnę, dostawaliśmy chrypy. Nie mogliśmy głosu wydobyć z gardła ciętego iskrami bólu. Wtenczas świat cały, wiosna sama, wszystko zmieniało się w czułość mamy.

A potem jedna z nas była już zdrowsza i grała na fortepianie. Przylaszczki jaśniały w garnuszku na mahoniowym stoliku. Za oknem płynęły fale powietrza — różowe, niebieskie, fiołkowe — i kiwała się w zadumie sękata gałąź jesionu. Otwieraliśmy na gwałt oczy, ale sen chwytał nas nagle, na złość, żebyśmy właśnie nie widzieli, jak się to liść wywinie z jej czarno — czerwonych pęków.

Wieczorem piliśmy sok malinowy z rąk mamy i gdy patrzyła na nas trwożnie i pytała, czy nam nie zimno, wołaliśmy z grymasem: — Mamo, nam zawsze ciepło! Nam nigdy nic się nie stanie!

Mama siedziała przy nas jak mniszka, koło której świat przepływa z daleka. Nam to było wszystko jedno. Chcieliśmy najprędzej sobie iść.

Choroba nie trzymała nas długo. Znów lecieliśmy rozpryskując chybką stopą szafiry kałuż po łące i po drodze.

Ale już wszystko się stało. Nie wiadomo kiedy, bez nas przebudziła się wiosna. Może w nocy. Bo wszystkie najdziwniejsze rzeczy dzieją się nocą.

(…)I tak spiesznie rosło to wszystko.

Już wprędce brunatna droga wjazdu i trawniki całe były w gwiazdach żółtego kwiatu i wszystkie ścieżki sadu leżały pod zachwycającym skrzydłem zieleni.

Ach, ty cudowna alejo, gniecionym jedwabiem gorzko pachnącej majowej zieleni odgrodzona od stawu.

Ty, alejo, pod mroczne kasztanów sklepienia wśliznięta i w zęby wyciętą falbaną ich liści szczelnie okryta. Biegaliśmy po tobie, wrzeszcząc — a opierałaś się o sam szlak nieba.

(…)Nie zdążyliśmy się, jak to mówią, obejrzeć, gdy drzewa stawały w kwiatach.

Pośród świerków, na trawniku czeremchy bez pamięci perfumowały powietrze zapachem migdałowym uderzającym do głowy.

Czereśnie i grusze kwitły swą niewytłumaczoną, senną bielą, którą zwiewał najlżejszy wiatr. Mocno białe, uroczo różowe, tęgie i wonne jaśniały kwiaty jabłoni.

I niepojęta była miękkość powietrza, w którym jak śród białego atłasu niewinnie spoczywały wszystkie kwitnące gałęzie.

Patrząc i nie patrząc, płonęliśmy bezużyteczną, nieokrzesana uciechą w cieniu tych drzew rozwijających się na wiosnę.

Ale z zachwytu umieliśmy się tylko tarzać po trawie, rwać młode rózgi wierzby i świstać nimi po powietrzu. Umieliśmy tylko obejmować nogami i rękami te cudne pnie i piąć się po nich na sam szczyt, i tam w pachnącym szumie młodych liści otwierać usta, gdy nadchodziła chmura, i pić majowy deszcz.

***

Władysław Reymont, Chłopi


Hej! Zwiesna ci to szła przeciech nieobjętymi polami, skowronkowe pieśnie głosiły ją światu i to słońce święte, i ten wiater pieszczący, słodki a ciepły kiej matczyne całunki, i to przytajone jeszczech dychanie ziemic, tęsknie czekających na pługi i ziarno, i to wrzenie wesela unoszące się wszędy, i to powietrze ciepłe, orzeźwiające i jakoby nabrzmiałe tym wszystkim, co wnetki się stanie zielenią, kwiatem i kłosem pełnym.

Hej! Zwiesna ci to szła, jakoby ta jasna pani w słonecznym obleczeniu, z jutrzenkowa i młoda gębusią, z warkoczami modrymi wód, od słońca płynęła, nad ziemiami się niesła w one kwietniowe poranki, a z rozpostartych rąk świętych puszczała skowronki, by głosiły wesele, a za nią ciągnęły żurawiane klucze z klangorem radosnym, a sznury dzikich gęsi przepływały przez blade niebo, że boćki ważyły się nad łęgami, a jaskółki

świegotały przy chatach i wszystek ród skrzydlaty nadciągał ze śpiewaniem, a kędy tknęła ziemię słoneczna szata, tam podnosiły się drżące trawy, nabrzmiewały lepkie pęki, chlustały zielone pędy i szeleściły listeczki nieśmiałe, i wstawało nowe, bujne, potężne życie, a zwiesna już szła całym światem, od wschodu do zachodu, jako ta wielmożna Boża wysłanniczka, łaski i miłosierdzie czyniąca….

(…)Ziemia się rozdzwaniała życiem kieby ten dzwon umarły, gdy mu nowe serce uwieszą, serce ze słońca uczynione, że bije górnie, dzwoni, huczy radośnie, budzi struchlałe i śpiewa takie rzeczy i sprawy, takie cuda i moce, aże serca biją do wtóru weselnego, aże same łzy leją się z oczu, aże dusza człowieka zmartwychwstaje w nieśmiertelnych mocach i klęczący ze szczęścia ogarnia sobą oną ziemię, ów świat cały, każdą grudkę napęczniałą, każde drzewo, każden kamień i chmurę każdą, wszystko ano, co uwidzi i co poczuje…


ROZWAŻANIA WIELKOPOSTNE

***


Nie będzie nigdy uczestnikiem nieba ten, co głodnemu pożałuje chleba.


***

Ks. Julian Antoni Łukaszewicz, Warszawa 1931

Żywoty Świętych z dodatkiem rozmyślań, modłów i rycin

Według rozmaitego stopnia potrzeby bliźniego, odmiennym jest nasz obowiązek wspierania go.

W potrzebie „ostatecznej”, gdy grozi bliźniemu wielkie nieszczęście lub śmierć głodowa, obowiązani jesteśmy ratować bliźniego, choćby trzeba było sprzedać suknie lub sprzęt jaki.

W potrzebie „ciężkiej”, gdy niewspomożony bliźni straciłby urząd, został uwięziony — wtedy obowiązany jesteś dać jałmużnę z dóbr nad stan zbywających.

W potrzebie „zwyczajnej” są np. żebracy i chodzący od drzwi do drzwi. Lepiej gdy im dasz jałmużnę, aniżeli gdy powiesz, może cię w drugim domu opatrzą.

Palmowa Niedziela

Adam Setkowicz, Palmowa Niedziela

Ostatnia niedziela Wielkiego Postu. Nazywano ją też Kwietną lub Wierzbną.

W całej Polsce święci się kolorowe, ozdobione baziami palmy. Tradycyjna palma przygotowywana jest z gałązek wierzby, która jest symbolem zmartwychwstania i nieśmiertelności duszy. Dodatkiem są gałązki malin i porzeczek, które trzyma się w wodzie od Środy Popielcowej, by puściły pączki. W kompozycje roślin wplecione są też gałązki bukszpanu, barwinka, borówki i cisa. Palmy wileńskie są niewielkich rozmiarów, uplecione z suszonych kwiatów, zbóż, traw i mchu.

Józef Ryszkiewicz, Przed Palmową Niedzielą

Pogoda w Kwietną Niedzielę, wróży urodzaju wiele.

***

Zygmunt Gloger, Rok polski w życiu, tradycyi i pieśni

Już we Wstępną Środę wycinano zwykle rózgi wierzbowe albo z malin i porzeczek i wstawiano do dzbanuszka z wodą w mieszkaniu, aby rozwinęły się, rozkwitły, czyli jak po staropolsku mówiono „rozksciały” na Palmową Niedzielę. Gdy dzień ten uroczysty nastąpił, kto wstał raniej, ten z „palmą” w ręku biegł budzić innych, a budząc i chłostają ich żartobliwie wołał:

Wierzba (lub Palma) bije, nie ja biję,

Za tydzień — Wielki Dzień,

Za sześć noc — Wielka — Noc.

Wierzono…, że połknięcie pączka wierzbowego z palmy wielkanocnej zdrowie przynosi. Aby dobytek nie uległ chorobie i zarazie podczas lata, gospodarz wypędza go pierwszy raz w pole na wiosnę z palmą w ręku. Palmy przechowywane w domu zwykle zatknięte za obrazami świętych, z nadejściem zimy, albo Wielkiejnocy w roku następnym, rzucone są w płomień.

***

Oskar Kolberg, Krakowskie, część I


Każdy(…)palmę niesie do chałupy i zakłada za obraz. W lecie palma ta ma odganiać chmurę gradową; gdy chmura taka nadciągnie, rzucają gałązki z tej palmy (a raczej wbijają ją w ziemię) na czterech rogach zagrożonego pola.


WIELKI TYDZIE


OBJAŚNIENIA OBRZĘDÓW WIELKOTYGODNIOWYCH


Wydawnictwo Diecezjalnej Kurii Kieleckiej, 1946 rok


N i e d z i e l a P a l m o w a rozpoczyna Wielki Tydzień, czas poświęcony chronologicznemu rozpamiętywaniu i przeżywaniu męki, śmierci i zmartwychwstania Pana Jezusa.

Na pięć dni przed swoją męką Pan Jezus odbył uroczysty wjazd do Jerozolimy. Tłumy ludzi towarzyszyły Mu w tej uroczystej chwili, rzucając pod nogi szaty i gałązki palmowe. Tryumfalny pochód Niedzieli Palmowej, to tylko dowód, że Pan Jezus dobrowolnie poddaje się męce i śmierci, w tym celu, aby odkupić ludzi.

NA NA

NA [ięć


Na pięc dni przed swoja męką Pan Jezus odbył uroczyst

C i e m n a j u t r z n i a jest to publiczna modlitwa Kościoła, śpiewana wieczorem w Wielką Środę, Wielki Czwartek oraz Wielki Piątek. Towarzyszy jej symboliczne gaszenie świec na ołtarzu, mające uzmysłowić fakt, że wszyscy bliscy opuścili Chrystusa, a łoskot powstający przez uderzenie książkami o ławki sprawia wrażenie grozy…


W Wielki Czwartek w kościołach parafialnych i klasztornych odprawiana jest tylko jedna uroczysta msza święW W W i e l k i C z w a r t e k odprawiana jest tylko jedna Msza Święta tzw. krzyżma, będąca rocznicą ustanowienia Najświętszego Sakramentu podczas ostatniej wieczerzy. W trakcie mszy święcony jest olej używany do namaszczeń.

Krzyż ołtarza osłonięty jest białą materią, na „Gloria” biją dzwony i grają organy, które milkną do Wielkiej Soboty. Odtąd słychać tylko głuchy łoskot drewnianych kołatek.

Po mszy następuje ceremonia obnażenia ołtarzy. Kapłan usuwa obrusy, krzyż i umywa ołtarz wodą. Najświętszy Sakrament przenoszony jest do kaplicy adoracji zwanej ciemnicą

Z kościoła usuwa się wodę święconą z kropielnic. Brak ozdób na ołtarzu i światła stwarza atmosferę smutku i opuszczenia. Chrystus cierpi — to już Jego ostanie chwile na ziemi.

Umycie nóg dwunastu ubogim mężczyzną (mandatum) ma miejsce tylko w katedrze i po klasztorach. Przypomina podobną scenę z Ostatniej Wieczerzy. Jest lekcją czynnej miłości bliźniego — Gdzie jest miłość wzajemna i jednomyślność — tam jest Bóg.


W i e l k i P i ą t e k jest jedynym dniem w roku, w którym nie odprawia się mszy św., gdyż w tym dniu Jezus Chrystus umarł na Kalwarii. W Kościele panuje smutek. Czarne szaty kapłańskie, brak światła, nie słychać organów ani dzwonów. Liturgia upamiętnia mękę i śmierć Jezusa, a jej punktem kulminacyjnym jest adoracja krzyża. Celebrans rozpoczyna obrzęd prostracji (leżenia krzyżem). Jest on wyrazem szczególnego uniżenia się wobec Boga. Potem następuje obrzęd uroczystego odsłonięcia zakrytego krzyża oraz jego adoracja przez wiernych.

Ceremonia adoracji Krzyża pochodzi z Jerozolimy, w której uroczyście w Wielki Piątek adorowano relikwie Krzyża św. Ponieważ krzyż jest dzisiaj wyobrażeniem Pana Jezusa, dlatego w dramatycznej formie zostaje przedstawiony moment ukrzyżowania. Celebrans zdejmuje ornat i wstępuje przed ołtarz, odsłania powoli ukrzyżowanego, po czym zanosi krzyż na miejsce przygotowane po środku kościoła i całuje rany Zbawiciela. Wszyscy obecni czynią to samo, wynagradzając Chrystusowi w ten sposób wszystkie poniżenia. W czasie adoracji krzyża chór śpiewa skargi Ukrzyżowanego: „Ludu mój ludu, cóżem ci uczynił…”

Odprawiana jest modlitwa za wszystkie stany i potrzeby Kościoła, będąca zabytkiem, sięgającym początkami II wieku. Celebrans modli się za potrzeby całego świata, by „Bóg choroby odwrócił, głód oddalił, więzienia otworzył, rozerwał więzy niewolników, podróżnym szczęśliwy powrót, chorym zdrowie i żeglującym port zbawienia dać raczył”.

Na zakończenie nabożeństwa, podczas uroczystej procesji Najświętszy Sakrament osłonięty welonem przenoszony jest do Grobu Pańskiego.

W W i e l k ą S o b o t ę odbywa się poświęcenie pokarmów,

ognia, paschału i wody chrzcielnej. Wierni adorują ciało Chrystusa przeniesione do grobu.

Następuje też palenie poświęconych palem, by otrzymanym z nich popiołem posypać głowę w Środę Popielcową z przyszłym roku.

W i e l k a n o c rozpoczyna się w Wielką Niedzielę, o świcie, uroczystą mszą zwaną rezurekcją. Rezurekcje poprzedza procesja z Najświętszym Sakramentem wyniesionym z Grobu Pańskiego. Wierni trzykrotnie okrążają kościół. Procesja ta uświadamia wiernym obecność Chrystusa zmartwychwstałego w eucharystii. Triumfalne pieśni, huk petard, wystrzałów i dźwięk dzwonów oznajmiają światu radosna nowinę — Chrystus z martwych powstał, Alleluja, Alleluja, Alleluja!

***

Wielkanoc jest świętem ruchomym. Wyznaczenie daty jest zależne od faz księżyca. Święto przypada w pierwszą niedzielę, po pierwszej wiosennej pełni.

Wielkanocne obyczaje

Z listów Zygmunta Krasińskiego.

Gdzie nadzieja wasza ludzie kiedy Syn Boży zniknął i niema Go!… Ale trzeciego dnia On zmartwychpowstanie i świat ten zbawi!

***

Jędrzej Kitowicz, Opis obyczajów

W Wielką Środę, po odprawionej jutrzni w kościele, która się nazywa ciemną jutrznią, dlatego iż za każdym psalmem odśpiewanym gaszą po jednej świecy, jest zwyczaj na znak tego zamięszania, które się stało w naturze przy męce Chrystusowej, że księża psałterzami i brewiarzami uderzają kilka razy o ławki, robiąc mały tym sposobem łoskot; chłopcy swawolni, naśladując księży, pozbiegawszy się do kościoła z kijami, tłukli nimi o ławki z całej mocy, czyniąc grzmot po kościele jak największy tak długo, poki dziadowie i słudzy kościelni, przypadłszy z gandziarami, nie wyparowali ich z kościoła. Ale chłopcy szybciejsi w nogach od starych dziadów, urwawszy tego i owego po plecach kijem, sami zdążyli przed gandziarą umknąć z kościoła. Toż dopiero zrobiwszy bałwan z jakich starych gałganów, wypchany słomą na znak Judasza, wyprawili z nim na wieżę kościelną jednego lub dwoch spomiędzy siebie, a drudzy z kijami na pogotowiu przed kościołem stanęli. Skoro Judasz został zrucony z wieży, natychmiast jeden, porwawszy za postronek, uwiązany u szyi tego Judasza, włóczyli go po ulicy biegając z nim tu i ówdzie; a drudzy goniąc za nim bili go kijami, nieprzestannie wołając co z garła: „Judasz!”, poki owego bałwana wniwecz nie popsuli. Jeżeli Żyd jakowy niewiadomy tej ceremonii nawinął się im — porzuciwszy zmyślonego Judasza — prawdziwego Judę tak długo i szczerze kijami obkładali, poki się do jakiego domu nie salwował. Lecz i ta swawola chłopców w zwyczaj wprowadzona, jako pokrzywdzająca domy boskie, sługi kościelne i biednych żydków, za wdaniem się w to szkolnych profesorów i rządców publicznych pobywszy lat kilka, nareszcie ustała.

Zostały się chłopcom do zabawki grzechotki; te miały początek w Wielki Czwartek, a koniec w Wielką Sobotę; trwały przez ten czas, przez który Kościół nie używa dzwonów do dzwonienia, tylko klekotów do kołatania. (…)Grzechotka było to narzędzie małe, drewniane, w którym deszczka cienka, obracając się na walcu, także drewnianym, pokarbowanym, przykry i donośny hałas czyniła. Im tężej ta deseczka była do walca przystrojona, tym głośniejszy czyniła łoskot; jedni ją sami sobie robili, drudzy kupowali gotowe, kupami na rynku jak jaki towar od wieśniaków przedawane.

(…)W każdym kościele na wniściu do grobu siedziały panienki albo damy wyższej rangi z tacami srebrnymi, kwestujące jałmużnę od przechodzących na pożytek tego kościoła, w którym takową kwestę czyniły. Nie wołały ony na nikogo o jałmużnę usty swymi, ale tylko brzękiem tacy o ławkę trącanej, i czym kto znaczniejszy lub lepiej ubrany przechodził, tym większy brzęk na niego czyniły. Urodziwsze kwestarki zazwyczaj więcej ukwestowały niż te, którym na urodzie schodziło, przez wrodzoną ku urodzie skłonność nawet w pobożnej szczodrobliwości.

(…)Rezurekcyja albo procesyja w Dzień Wielkanocny cum Sanctissimo z grobu wyjętego bywała taka, jaka jest i dzisiaj, trzy razy obchodząca dokoła po kościele wewnątrz albo dokoła kościoła po cmentarzu lub krużgankach kościelnych, według sposobności, jaka gdzie była. Zaczynała się ta procesyja w miastach wielkich zazwyczaj o godzinie północnej z soboty na niedzielę. Gdzie atoli były katedry, zaczynała się w wieczór w sobotę o godzinie dziewiątej. Po wsiach i miasteczkach małych, do których parochij należały wsie, zaczynała się do dnia w niedzielę albo też na wschodzie słońca. Niemal wszędzie po wsiach i małych miasteczkach podczas tej uroczystej procesyi strzelano z moździerzów, z harmatek, z organków, tj. kilku lub kilkunastu rur w jedno łoże osadzonych, w jednym rzędzie żłobkowatym zapały mających, lontem jak harmatki i moździerze zapalanych, albo też z ręcznej strzelby, pod którą w niektórych miejscach stawali żołnierze, gdzie mieli konsystencyje, a gdzie nie było żołnierzy mieszczankowie z różnych cechów lub na wsiach parobcy. A że ci ludzie nie wyćwiczeni w taktyce częstokroć nie razem, lecz po jednemu lub po kilku wydali ognia, co się czasem i żołnierzom trafiało, przeto urosło przysłowie między myśliwymi, kiedy w kniei gęsto do zwierza strzelano: strzelają jak na rezurekcyją.

***

Józef Szczypka, Kalendarz polski

Jeszcze na początku XIX wieku widywało się w Wielkim Poście kapników. Nakryci kapturami szczelnie zasłaniającymi im twarze z wyjątkiem oczu, w białych, czerwonych, zielonych czy błękitnych kapach, niegdyś bosi a zawsze z krzyżami, świecami i pochodniami, zawsze z dyscyplinami, którymi chłostali się aż do krwi, przechodzili dróżkami i ulicami, kierując się ku kościołom. Bywało że co możniejsi spośród nich (a byli kapnikami nawet Zygmunt III, Władysław IV, Jan Kazimierz) sadzili się na wystawne szaty. (…)W Wielki Piątek ciągnęły ku kościołom pochody biczujących się kapników.

Wielki Piątek to Groby. Odwiedzano je tłumnie, panowie całymi familiami po południu, służba zazwyczaj przychodziła nocą. (…)Tradycja krakowska nakazywała odwiedzić przynajmniej siedem.

(…)Ale Wielki Piątek nie był… jedynie dniem smutków i ascez. Już z rana gosposie lubiły chłostnąć rózeczką swoich mężów i dostawały też czasem zwyczajowe lanie dzieciaki. Zanurzano się gromadnie w rzekach, zjeżdżając tam również konno, jako że ta kąpiel miała chronić przed krostami tak ludzi, jak zwierzęta. Doznawał zniewagi śledź: wieszano go na przydrożnych konarach, ponieważ zbyt długo dręczył żołądki swą postną naturą. Znęcano się także nad żurem: rozbijano garnki z tym jadłem i zakopywano wszystko w ziemi, tworząc przedtem niby — pogrzebowe orszaki.

Rezurekcyjne dzwony rozlegały się dawniej już w Wielką Sobotę o północy czy nawet wieczorem. Dopiero w czasach stanisławowskich, chcąc oszczędzić ludziom nie zawsze bezpiecznych powrotów po ciemku, przeniesiono uroczystość Zmartwychwstania na niedzielny świt. Dzwonom wtórowały armaty, moździerze, strzelby i pistolety, a także bardziej domorosłe instrumenty huku. Palono też obok kościołów smołę w beczkach, obdarowywano się pisankami i składano sobie pierwsze życzenia. Zdarzały się wyścigi na drogach, by jak najprędzej dopaść stołu ze święconką.

Wszędzie Poniedziałek Wielkanocny był dniem, kiedy polewano przede wszystkim dziewczęta i mężatki. Mężczyźni musieli się mieć na baczności dopiero od wtorku, a wszyscy pamiętali, że — do Zielonych Świątek można się lać w każdy piątek. Wędrowały znowu od domu do domu rozśpiewane kompanie przebierańców.

Michał Elwiro Andriolli, Dyngus


Jeśli ktoś mieszkał w Krakowie, czekała go jeszcze „rękawka” w powielkanocny wtorek… Zbierano się na kopcu Krakusa. Można tam było złapać któreś ze zwyczajowo rzucanych jajek, spadały również na tłum pierniki, orzechy, jabłka czy choćby poczciwe ziemniaki, a kiedyś jeden z hrabiów — jak pisze Maria Estreicherówna — sypał nawet pieniążkami i wykupywał dla gawiedzi towar ze wszystkich kramów, by mieć przyjemność bycia hojnym.

***

Zygmunt Gloger, Encyklopedia staropolska.

Rękawka jest pamiątką starożytnej polsko — słowiańskiej stypy pogrzebowej, czyli ugoszczenia ludu, zebranego na obrzęd pogrzebowy Krakusa dla usypania mu potężnej mogiły. Sypano ją ręjkami, noszono ziemię rękawami, a „rękawka” oznacza górę ziemi, rekami usypaną. (…)Po przyjęciu chrześcijaństwa wiosenne stypy mogilne przeniesiono na dzień zaduszny w jesieni, a tylko w Krakowie, przez cześć i pamięć dla jego założyciela, oparł się powodzi kilkunastu wieków piękny zwyczaj praojców i dochował w postaci rozdawania święconego ubogim, przy grobie małego wodza. I bodajby nie poszedł w zapomnienie u warstw, które w słowach podnoszą wysoko sztandar tradycyi, a w czynie i życiu domowem zapierają się bogatej mowy i obyczaju praojców.

***

Mikołaj Rej

A iż w poniedziałek z panią po uszy w błoto nie wpadnie, a we wtorek kiczką w łeb, aż oko wylezie, nie weźmie, to już nie uczynił dosyć powinności swojej.

***

Praktyczna Pani, 20 marca, 1937 roku

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 29.88
drukowana A5
kolorowa
za 52.76