E-book
7.88
drukowana A5
48.26
Martwy sezon

Bezpłatny fragment - Martwy sezon


Objętość:
272 str.
ISBN:
978-83-293-0005-6
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 48.26

Prolog. Obcy pokój

Pierwsze, co poczuła, to ból całego ciała. Najmocniej kolan i bioder. Ciało pamiętało noc lepiej niż ona.

Otworzyła oczy. Przez kilka sekund patrzyła w sufit, próbując ustalić, gdzie jest i która może być godzina. Światło wpadające przez szczelinę między zasłonami było ostre, obce.

Leżała naga. Po jednej stronie spał mężczyzna, po drugiej kobieta. Oboje również byli nadzy. Oddychali spokojnie, jak ludzie po długiej imprezie. Ten spokój tylko pogłębiał jej dezorientację.

Zamknęła oczy i spróbowała odtworzyć wieczór. Światła. Muzyka. Kieliszek. Czyjaś dłoń. Winda. Potem obrazy rwały się, zanim zdążyła je połączyć. Nie potrafiła nawet przypomnieć sobie imienia mężczyzny leżącego obok.

Wstała ostrożnie. Ubrań nie znalazła ani przy łóżku, ani na fotelu. W łazience wisiał hotelowy szlafrok. Narzuciła go, przemyła twarz i podeszła do drzwi apartamentu.

Klamka ustąpiła, zamek nie. Spróbowała jeszcze raz, potem podeszła do okna. Pokój znajdował się wysoko. Za szybą rozciągało się miasto pełne szkła i szerokich ulic. Nie rozpoznawała go.

Na stoliku leżała hotelowa broszura. Podniosła ją. Pierwszy tekst zapisano po arabsku.

Dopiero wtedy zrozumiała, jak daleko jest od domu.

Wróciła do łazienki i weszła pod prysznic. Gorąca woda była jedyną rzeczą, która nie wymagała decyzji. Stała pod strumieniem, próbując wydobyć z pamięci cokolwiek po windzie.

Drzwi kabiny otworzyły się.

Mężczyzna z łóżka wszedł do środka. Uśmiechnął się swobodnie, jak do kogoś dobrze znajomego, i przesunął palcami po jej policzku.

Patrzyła na niego z bliska. Nadal nie pamiętała jego imienia.

Rozdział 1. U siebie

Nina wróciła z łazienki z mokrymi włosami i usiadła na brzegu łóżka. Na podłodze została cienka smuga wody. Maks podsunął jej kubek z kawą. Nie musiał pytać, jaką. Od dawna piła u niego mocną z odrobiną mleka. Nie słodziła.

Przez uchylone okno wpadało chłodne powietrze. Wrocław dopiero się budził. Na ulicy ktoś zatrzasnął drzwi samochodu, niżej przejechał autobus, a w mieszkaniu Maksa panował ten szczególny rodzaj porannego bałaganu, który powstawał wtedy, kiedy dwoje ludzi mieszka razem, choć jedno z nich uparcie twierdzi, że wcale tak nie jest.

Maks patrzył na kosmetyczkę Niny leżącą na komodzie.

— Wiesz, że to zaczyna wyglądać absurdalnie? — powiedział.

— Co?

— To twoje niewprowadzanie się.

Nina rozejrzała się. Jej kosmetyki stały w łazience. Dwie sukienki wisiały w szafie Maksa, obok jego marynarek. Na stoliku leżał podręcznik z psychologii społecznej, który miała przeczytać na zajęcia. Nawet suszarkę do włosów kupiła drugą, żeby nie wozić jej między mieszkaniami. W kuchni miała własny kubek, choć nigdy go nie kupowała. Maks któregoś dnia po prostu postawił go obok swoich.

— Lubię swoje mieszkanie.

— Bywasz w nim cztery noce w miesiącu.

— Czasami pięć.

— To zmienia wszystko.

Uśmiechnęła się, ale po chwili spoważniała. Maks znał ten moment. Żart dotknął czegoś, czego Nina nie chciała nazywać.

— Po prostu lubię wiedzieć, że mam swoje miejsce — powiedziała.

— Nie każę ci go sprzedawać.

— Wiem.

— Ani wypowiadać umowy jutro rano.

— Wiem.

— I nie pytam, czy jutro bierzesz ze mną ślub.

— Całe szczęście.

Maks oparł się o zagłówek.

— To czego bronisz?

Nina wzięła łyk kawy. Brak oskarżenia w jego tonie tylko utrudniał odpowiedź.

— Drzwi — powiedziała po chwili.

— Jakie drzwi?

— Swoje. Takie, które mogę zamknąć od środka i wiem, że nikt nie ma prawa zapytać, dlaczego.

Maks patrzył na nią przez chwilę.

— Ja pytam tylko, dlaczego płacisz czynsz za mieszkanie, w którym twoja lodówka żyje własnym życiem.

Nina parsknęła.

— Widzisz? I już prawie zrobiło się poważnie.

— To był wypadek.

Odłożyła kubek. Pod cienkim prześcieradłem widziała fragment jego boku. Przesunęła palcami po starej bliźnie. Widziała ją setki razy, ale tego ranka zatrzymała na niej dłoń dłużej.

— Kula?

— Tak.

— Ta też?

— Odłamek.

— A ta mała?

— Druga kula.

Nina uniosła brwi.

— Ty naprawdę miałeś interesującą pracę.

— Miewała nudne dni.

— Z dwiema kulami?

— Nie tego samego dnia.

— Uspokoiłeś mnie.

Maks uśmiechnął się tylko kącikiem ust.

— Dlaczego odszedłeś?

Przez chwilę patrzył w sufit. Nina poczuła pod palcami, jak mięśnie jego boku lekko się napinają.

— Bo któregoś dnia zrozumiałem, że bardziej interesuje mnie rozwiązanie sprawy niż to, kto komu podlega i kto ma dostać zasługę. A później wydarzyło się kilka rzeczy, które przyspieszyły decyzję.

— Te dziury?

— Między innymi.

— Ktoś zginął?

Maks spojrzał na nią.

Nie odpowiedział.

Nina nie naciskała. Wiedziała, że gdy Maks nie chce mówić, każde kolejne pytanie tylko zamknie go bardziej. Z czasem nauczyła się odróżniać jego milczenie od uniku. Unik oznaczał, że jeszcze wróci do tematu. Milczenie — że na razie nie ma tam dla niej miejsca.

— A tobie naprawdę nigdy nie przeszkadzało? — zapytała nagle.

— Co?

— Wiesz co.

Maks przesunął wzrok z sufitu na nią.

— Dubaj? To, co robiłaś wcześniej?

— Wszystko. Ilu ich było. Co robiłam. Kim byłam.

— Znałem cię jeszcze zanim wyjechałaś.

— Dlatego pytam.

Maks usiadł trochę wyżej.

— Nina, gdyby mi przeszkadzało, nie leżałabyś teraz w moim łóżku i nie prowadziłabyś ze mną tej rozmowy po raz pięćdziesiąty.

— Nie prowadzę jej po raz pięćdziesiąty.

— Czterdziesty dziewiąty.

Parsknęła śmiechem i rzuciła w niego poduszką. Złapał ją jedną ręką.

— To nie jest odpowiedź — powiedziała.

— Jest. Tylko nie taka długa, jakiej oczekujesz.

— A gdyby ktoś ci kiedyś powiedział coś o mnie? Pokazał zdjęcie? Film? Opowiedział historię, której nie znasz?

Maks odłożył poduszkę.

— Zapytam ciebie.

— A jeśli nie będę chciała odpowiedzieć?

— To zdecyduję, czy potrafię żyć bez odpowiedzi.

Nina przyjrzała mu się uważnie.

— Tak po prostu?

— Nie. Pewnie będę wściekły, zazdrosny albo ciekawy. Może wszystko naraz. Ale to nadal będzie mój problem z tym, co czuję, a nie twoja kara za to, co robiłaś przede mną.

Przez kilka sekund nic nie mówiła.

— Czasami jesteś nieznośnie rozsądny.

— Mówiłaś to już.

— To też liczyłeś?

— Nie mam aż tyle czasu.

Temat zniknął, ale nie do końca. Maks rozumiał, że jej mieszkanie było częścią tego samego pytania. Nina nie bała się jego przeszłości. Bała się, że któregoś dnia jego zacznie uwierać jej własna. Jeszcze bardziej bała się sytuacji, w której sama uzna, że dla spokoju lepiej czegoś nie powiedzieć.

W Dubaju widziała zbyt wiele kobiet, które najpierw oddawały komuś drobne decyzje, bo tak było łatwiej, a później orientowały się, że ktoś uważa wszystkie następne za swoje. Nikt nie zabierał im wolności jednego dnia. Czasami wystarczało, że przez pół roku wszystko było wygodniejsze, kiedy ktoś inny wybierał hotel, samochód, godzinę spotkania, ubranie.

Maks nigdy tego nie robił i może dlatego Nina tak uparcie zachowywała własne mieszkanie.

Telefon na stoliku zawibrował.

Maks sięgnął po telefon, przeczytał wiadomość i od razu spoważniał. Coś w nim przestawiło się z poranka na pracę.

— Koniec poranka. Mamy klienta.

— My?

— Jeżeli nadal pracujesz ze mną.

— Zależy, ile płaci.

— Bogaty ojciec zgubił córkę.

Nina sięgnęła po kawę.

— Zgubił?

— Dwudziestoletnia. Pełnoletnia. Tydzień temu wyjechała do Karpacza i nie wróciła.

— Może nie chce wrócić.

— Możliwe.

— Policja?

— Zgłoszona. Wymeldowała się z hotelu. Samochodu nie znaleźli. Telefon milczy.

Nina przestała pić.

— Kiedy ostatnio ktoś z nią rozmawiał?

— Ojciec twierdzi, że dzień przed wyjazdem. Policja ma zgłoszenie, ale nie widzi na razie śladu przestępstwa.

— A ojciec?

— Twierdzi, że policja robi za mało.

— Bogaci ojcowie często tak twierdzą.

— Dlatego przyjdzie do nas.

Nina spojrzała na mokre włosy opadające jej na ramiona, potem na zegarek.

— Za ile?

— Czterdzieści minut.

— Oczywiście.

Wstała.

— Gdzie idziesz?

— Przestać wyglądać jak kobieta, która nie mieszka u ciebie.

Maks spojrzał na porozrzucane ubrania.

— To może potrwać.

Nina pokazała mu środkowy palec i zniknęła w łazience.

Telefon został na łóżku. Na ekranie nadal widniało nazwisko klienta.

Aleksander Rogowski.

Rozdział 2. Ojciec

Aleksander Rogowski wszedł punktualnie, w ciemnym płaszczu i z dobrą skórzaną teczką. Dopiero zegarek zdradzał, ile pieniędzy mógł wydawać bez zastanowienia. Nie rozglądał się po pomieszczeniu ani nie komentował jego wielkości; usiadł, położył telefon na stole i przeszedł do rzeczy.

Nina zauważyła jednak, że zanim usiadł, raz sprawdził ekran telefonu, jak człowiek od tygodnia czekający na wiadomość, która nie nadchodziła.

— Weronika ma dwadzieścia lat. Wyjechała do hotelu w Karpaczu. Miała wrócić po trzech dniach. Minął tydzień.

Maks otworzył notes.

— Sama?

— Miała jechać z chłopakiem. Pokłócili się.

— Przed wyjazdem czy w trakcie?

— Przed.

— Skąd pan wie, że pojechała mimo to?

— Płatność kartą. Hotel. Paliwo. Mam dostęp do rachunku, który jej zasilam.

Nina siedziała z boku, z nogą założoną na nogę. Rogowski ani razu nie powiedział „boję się”. Trzymał się dat i przelewów, jakby przedstawiał problem w firmie. Każde zdanie było krótkie i miało początek oraz koniec. Żadnego zawahania, dopóki pytania dotyczyły faktów.

— Kiedy pierwszy raz zorientował się pan, że coś jest nie tak? — zapytała.

— W dniu, w którym miała wrócić. Kilkanaście razy dzwoniłem, później napisałem wiadomość.

— Co dokładnie pan napisał?

Rogowski spojrzał na nią.

— To ma znaczenie?

— Jeśli pan napisał „gdzie jesteś, martwię się”, to jedno. Jeśli „natychmiast wracaj do domu”, to drugie.

Przez twarz mężczyzny przeszedł cień irytacji.

— Napisałem, żeby się odezwała.

— Tylko tyle?

— Pani mnie przesłuchuje?

— Szukamy pańskiej córki. Ludzie zwykle nie znikają w próżni. Znikają z czyjegoś życia, po jakiejś rozmowie, konflikcie albo decyzji.

Maks nie przerywał, kiedy Rogowski przesunął palcem po krawędzi telefonu.

— Napisałem: „Odezwij się. Dość tych przedstawień”.

Nina skinęła głową.

— Czyli spodziewał się pan, że może nie wrócić na czas.

— Weronika lubiła robić sceny.

— Jakie?

— Znikała. Nie odbierała. Potem pojawiała się i zachowywała tak, jakby wszyscy inni przesadzali.

— Na jak długo zwykle znikała?

— Zdarzały się weekendy. Tydzień nigdy.

Maks zapisał pierwszą różnicę między wcześniejszymi zniknięciami a obecnym przypadkiem.

— Jakie miała relacje z panem? — zapytała Nina.

— Normalne.

— Co to znaczy?

— Jak ojciec z dorosłą córką.

— To nadal nic nie znaczy.

Rogowski spojrzał na nią po raz pierwszy uważniej. Do tej pory rozmawiał głównie z Maksem, jakby to on był właściwym usługodawcą, a Nina dodatkiem. Teraz najwyraźniej uznał, że dodatek może być problemem.

— Weronika jest uparta. Lubi stawiać na swoim.

— To już trochę znaczy.

— Chce pani portret psychologiczny?

— Nie. Chcę wiedzieć, co zrobi, kiedy ktoś mówi jej „nie”.

Rogowski odchylił się na krześle.

— Zrobi coś odwrotnego.

— Nawet jeśli to głupie?

— Szczególnie wtedy.

— Po kim to ma?

Maks podniósł wzrok znad notesu. Rogowski nie uśmiechnął się.

— Po nikim.

Nina nic nie powiedziała. Odpowiedź była zbyt szybka.

— Ma wrogów? — zapytała.

— Dwudziestoletnia dziewczyna nie ma wrogów.

— Może mieć ludzi, których skrzywdziła.

— W tym wieku ludzie obrażają się o związki, imprezy i głupoty. To nie są wrogowie.

— Czasem wystarczy jedna głupota.

Maks milczał, a Rogowski zacisnął szczękę.

— Miała burzliwe życie osobiste.

— Chłopaków?

— Tak.

— Jeden stały związek czy kilka równolegle?

— Nie prowadzę jej kalendarza.

— Ale ma pan dostęp do rachunku.

— To moje pieniądze.

Nina uniosła lekko brwi.

— Właśnie.

Rogowski wytrzymał jej spojrzenie.

— Weronika dostaje ode mnie pieniądze na studia i życie. To nie znaczy, że ją kontroluję.

— Nie powiedziałam, że kontroluje.

— Zasugerowała pani.

— Pan usłyszał.

Maks zamknął na chwilę długopis.

— Nina.

Jedno słowo wystarczyło, żeby rozmowa wróciła na tor. Nie brzmiało jak upomnienie.

— Żonaci mężczyźni? — zapytała.

Rogowski odwrócił głowę.

— Nie wiem.

— Pańscy znajomi?

— Możliwe.

— Kontrahenci?

Tym razem Rogowski spojrzał na nią chłodno.

— Kto pani to powiedział?

— Pan. Przed chwilą.

Cisza wystarczyła Ninie za odpowiedź. Maks ponownie otworzył notes.

— Ilu?

— Nie wiem.

— Jeden?

— Co najmniej.

— Nazwisko.

— To nie ma znaczenia.

— Zdecydujemy później.

Rogowski napiął policzki.

— Paweł Kędzierski. Pracował kiedyś dla firmy, z którą robiłem interesy. Żonaty. Czterdzieści kilka lat. Dowiedziałem się po wszystkim.

— Sam pan to odkrył?

— Kędzierski sam przyszedł przeprosić.

Nina zaczynała rozumieć irytację Rogowskiego. Romans córki dotknął ludzi, z którymi robił interesy.

— Co pan zrobił?

— Zakończyłem współpracę z jego firmą.

— Z powodu córki?

— Z powodu braku lojalności.

Nina prawie się uśmiechnęła.

— Czy Weronika wiedziała?

— O czym?

— Że dla pana to był problem biznesowy.

Maks tym razem nie przerwał, a Rogowski przesunął telefon o kilka centymetrów.

— Nie przyszliśmy tutaj analizować mojego ojcostwa.

— Przyszedł pan, bo pańska córka zniknęła. Jej ojcostwo jest częścią sprawy.

Po raz pierwszy jego głos zrobił się twardszy.

— Płacę za znalezienie Weroniki, nie za ocenę mojej rodziny.

Maks odezwał się spokojnie.

— Jeszcze pan nie płaci.

Rogowski przeniósł na niego wzrok.

— Słucham?

— Najpierw chcę wiedzieć, czy przyjmę sprawę.

— Każdy przyjmuje sprawę, jeżeli cena jest właściwa.

— Nie każdy.

Maks powiedział to tak zwyczajnie, że zabrzmiało gorzej niż demonstracyjne stawianie warunków.

— Jeżeli mamy jej szukać — ciągnął — potrzebujemy wersji, której pan nie opowiada policji ani żonie. Nie interesuje mnie reputacja rodziny. Interesuje mnie, kto wiedział, gdzie Weronika jedzie, kto miał do niej żal i kto mógł na niej albo na panu zarobić.

Rogowski patrzył na niego przez kilka sekund.

— Na mnie?

Nina zauważyła zmianę: zamiast zdziwienia pojawiła się ostrożność.

— Ma pan pieniądze — powiedział Maks. — To zawsze tworzy dodatkowy wariant.

— Nie było żądania okupu.

— Jeszcze.

— Policja powiedziała to samo.

— I dlatego pan tu siedzi.

Rogowski odchylił się na krześle.

— Ile?

— Nie rozmawiam teraz o stawce.

— Każdy rozmawia.

— Powtarza się pan.

Nina zobaczyła, jak Rogowski zaciska dłoń na podłokietniku. Człowiek przyzwyczajony do tego, że pieniądze skracają rozmowy, właśnie trafił na kogoś, kto celowo je wydłużał.

— Przyjmie pan tę sprawę czy nie?

Maks zamknął notes.

— Tak. Pod warunkiem, że od tej chwili przestanie pan filtrować informacje według tego, co może źle wyglądać.

— Niczego nie filtruję.

— Pańska córka spała z pańskim kontrahentem. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero po kilku pytaniach. To jest filtrowanie.

Rogowski wstał.

— Wyślę panu dokumenty, zdjęcia, historię płatności i dane samochodu.

— I kontakty do chłopaka, matki oraz najbliższych znajomych.

— Oczywiście.

— Bez uprzedzania ich, co mają mówić.

Rogowski zatrzymał rękę na oparciu krzesła.

— Nie mam zwyczaju instruować ludzi, co mają mówić.

Nina pomyślała, że prawdopodobnie właśnie to robił przez całe życie, tylko nazywał inaczej.

Przy drzwiach odwrócił się jeszcze.

— Znajdziecie ją?

Pierwszy raz użył liczby mnogiej bez chłodnego dystansu. Maks odpowiedział dopiero po chwili.

— Spróbujemy ustalić, co się z nią stało.

— To nie jest to samo.

— Wiem.

Rogowski skinął głową i wyszedł. Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Nina spojrzała na Maksa.

— Bogaty ojciec zgubił córkę.

— Nadal tak to widzisz?

— Teraz bardziej widzę ojca, który długo wierzył, że skoro płaci za drogę, to wie, dokąd ona prowadzi.

Maks otworzył notes ponownie.

— A ja widzę kilka nazwisk do sprawdzenia.

— Oczywiście, że widzisz nazwiska.

— Dlatego ze mną pracujesz.

— Nie. Pracuję z tobą, bo robisz kawę.

— Dzisiaj zrobiłaś ją sama.

Nina wstała.

— Czyli twoja pozycja w firmie słabnie.

Rozdział 3. Chłopak

Kamil mieszkał na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty. Drzwi otworzył niemal od razu, jakby od kilku minut stał po drugiej stronie i czekał na dzwonek.

Wyglądał na niewyspanego, z zaczerwienionymi oczami i kilkudniowym zarostem; T-shirt założył na lewą stronę. W mieszkaniu śmierdziało papierosami. Na stoliku stały dwa niedopite energetyki obok popielniczki, a telefon był podłączony do ładowarki.

Nina zauważyła, że ekran był pęknięty w jednym rogu.

— To przez Weronikę? — zapytała, wskazując telefon.

— Nie. Przeze mnie.

— Rzuciłeś?

— W ścianę.

— Przez Weronikę.

Nie odpowiedział. Na pytanie o dziewczynę zareagował złością szybciej niż strachem.

— Zdradzała mnie — powiedział. — Ile razy miałem jeszcze udawać, że nic się nie dzieje?

Maks usiadł przy stole, a Nina została przy parapecie.

— Dlatego się pokłóciliście? — zapytał Maks.

— Między innymi.

— Co było tym razem?

— Kolega.

— Twój? — zapytała Nina.

— Tak.

— Pierwszy?

Kamil zaśmiał się krótko.

— Chciałbym.

Przetarł twarz dłońmi.

— Ona tak miała. Potrafiła przez miesiąc być normalna, naprawdę. Kolacja, kino, weekend u mnie. Potem nagle coś jej odwalało. Impreza, ktoś nowy, jakiś facet, którego znała od dwóch godzin. I następnego dnia zachowywała się, jakbym to ja robił problem.

— Co znaczy „normalna”? — zapytała Nina.

Kamil spojrzał na nią z irytacją.

— No… normalna. Ze mną.

— Czyli wierna?

— Tak.

— Dostępna?

— Co?

— Odbierała telefon, mówiła gdzie jest, wracała kiedy się umawialiście?

— Tak.

— A kiedy robiła inaczej, przestawała być normalna.

— Pani próbuje zrobić ze mnie psychola?

— Nie. Próbuję zrozumieć, co dokładnie pana doprowadzało do szału.

— To, że mnie zdradzała. To chyba wystarczy.

— Wystarczy.

Nina nie ciągnęła. Kamil był napięty, ale nie wyglądał jak ktoś, kto układa wersję pod przesłuchanie. Bardziej jak ktoś, kto od tygodnia powtarza sobie te same zdania i z każdym powtórzeniem staje się w nich pewniejszy.

Opowiadał chaotycznie. Weronika potrafiła zniknąć na weekend, później wrócić i zachowywać się, jakby nic się nie wydarzyło. Raz przyłapał ją z sąsiadem. Innym razem dowiedział się o wyjeździe z jego kolegą. Wybaczał jej, a potem wszystko zaczynało się od nowa.

— Dlaczego? — zapytała Nina.

— Co dlaczego?

— Dlaczego wracałeś?

— Bo ją kochałem.

— To wyjaśnia jeden powrót.

Kamil odwrócił wzrok.

— I chyba ciągle myślałem, że w końcu wybierze mnie naprawdę.

Powiedział to bez wcześniejszej złości; Nina odsunęła się od parapetu.

— A ona ciebie kochała?

— Jej zapytaj.

— Pytałeś?

— Sto razy.

— Co mówiła?

— Że tak. A potem robiła swoje.

— A jeśli ona po prostu chciała innego związku niż ty?

Kamil spojrzał na nią ostro.

— Serio?

— Pytam, czy kiedykolwiek ustaliliście, że oczekujecie od siebie tego samego.

— Ona wiedziała, czego chcę.

— A pan wiedział, czego chce ona?

— Chciała robić wszystko po swojemu.

Nina skinęła głową.

— To akurat zaczynamy słyszeć od każdego.

Maks położył na stole zdjęcie Weroniki.

— Komu powiedziałeś, że jedzie do Karpacza?

Kamil nie spojrzał na fotografię.

— Nikomu.

Maks odczekał kilka sekund.

— Jeszcze raz.

— Powiedziałem kilku osobom. Byłem wkurzony.

— Komu konkretnie?

— Kumplom.

— Nazwiska.

Kamil podał dwa nazwiska, które Maks zapisał.

— Ktoś jeszcze?

— Jeden gość z klubu. Zna ludzi.

Nina zobaczyła, że jego prawa noga zaczęła poruszać się pod stołem.

— Jakich ludzi? — zapytała.

— Takich… no… ochroniarzy, bramkarzy. Kogoś, kto potrafi załatwić sprawę.

— Jaką sprawę?

— Nic wielkiego.

Maks spojrzał na niego.

— Kamil.

Chłopak zacisnął usta.

— Chciałem ją nastraszyć.

Nina przestała opierać dłoń o parapet.

— Jak?

— Nie wiem. Mieli podejść, zrobić jej parę zdjęć, może powiedzieć, że ktoś wie, co robi. Tyle.

— Co znaczy „wie, co robi”?

— Że nie może bez końca robić ze mnie idioty.

— Czyli chciałeś, żeby poczuła, że ktoś ją obserwuje.

— Chciałem, żeby przez chwilę poczuła się tak, jak ja się czułem.

— Obserwowany?

— Upokorzony.

Nina przyjrzała mu się.

— To nie jest to samo.

— Dla mnie wtedy było.

Maks nie podniósł głosu.

— Podałeś hotel?

Kamil milczał.

— Podałeś — powiedział Maks.

— Tak.

— Co dokładnie mu powiedziałeś?

Kamil wreszcie spojrzał na zdjęcie Weroniki.

— Nazwę hotelu, mniej więcej termin i to, że pojechała beze mnie.

— Czyli wszystko, czego ktoś potrzebował, żeby ją znaleźć — powiedziała Nina.

— Nie miało jej się nic stać.

— Co dokładnie zleciłeś?

— Niczego nie zlecałem. Powiedziałem temu gościowi, że chciałbym, żeby ktoś ją trochę ustawił.

— Zapłaciłeś?

Kamil zawahał się.

— Dałem zaliczkę.

— Ile?

Podał kwotę.

Nina spojrzała na Maksa. To nie była suma za żart kolegów pod hotelem.

— Jak się nazywa? — zapytał Maks.

— Borys.

— Imię czy pseudonim?

— Nie wiem.

— Numer.

Kamil sięgnął po telefon i nerwowo otworzył historię połączeń, a potem komunikator.

— Tu.

Maks zapisał numer i zrobił zdjęcie ekranu za zgodą Kamila.

— Kiedy ostatnio rozmawialiście?

— W dniu wyjazdu Weroniki. Powiedział, że się tym zajmie i żebym przestał wydzwaniać.

— Próbowałeś się jeszcze z nim skontaktować?

— Kilka razy. Raz odebrał i powiedział, że Weronika wyjechała, więc nie ma tematu.

Maks podniósł głowę.

— Kiedy?

— Chyba następnego dnia po jej wymeldowaniu.

Pierwszy nowy punkt na osi czasu.

— Skąd wiedział, że wyjechała? — zapytała Nina.

Kamil otworzył usta i zamknął je z powrotem.

— Nie pytałeś — powiedział Maks.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo wtedy jeszcze myślałem, że wróci.

Nina patrzyła na niego przez chwilę. Po raz pierwszy zobaczyła u niego strach, ale nie o siebie. Bał się, że jedna głupia decyzja uruchomiła coś, czego nie potrafił zatrzymać.

— Od tej chwili nie kasujesz żadnej wiadomości i nie kontaktujesz się z tym człowiekiem — powiedział Maks. — Jeżeli zadzwoni, odbierasz i informujesz mnie. Jeżeli napisze, robisz zrzut ekranu. Jeżeli pojawi się tutaj albo pod pracą, dzwonisz do mnie i na policję.

— Myślisz, że on jej coś zrobił?

— Nie wiem.

— Ale może?

— Każdy może. Mnie interesuje, czy miał okazję.

Kamil zacisnął dłonie.

— Ja naprawdę chciałem ją tylko postraszyć.

Maks schował notes.

— Wiem, co chciałeś. Teraz ustalamy, co uruchomiłeś.

Kiedy wyszli na klatkę schodową, Nina nie odezwała się od razu.

Dopiero piętro niżej powiedziała:

— „Chciałem, żeby poczuła się tak, jak ja”.

— Słyszałem.

— Ludzie uwielbiają to zdanie.

— Bo dzięki niemu zemsta brzmi jak lekcja wychowawcza.

Nina spojrzała na niego.

— Czasem jesteś psychologiem bardziej ode mnie.

— Nie rozgłaszaj. Zepsujesz mi reputację.

Rozdział 4. Marta

Marta przyszła na spotkanie już zdenerwowana, choć była dziesięć minut przed czasem. Napięcie przyniosła ze sobą.

Usiadła sztywno, torebkę położyła na kolanach i przez pierwszą minutę mówiła prawie wyłącznie do Maksa. Dopiero kiedy Nina powiedziała nazwisko Weroniki, złość dostała konkretny kierunek.

— Była moją najlepszą przyjaciółką. Była. Czas przeszły.

— Co się stało? — zapytała Nina.

Marta popatrzyła na nią tak, jakby pytanie było zbyt proste.

— Przespała się z moim narzeczonym.

— Raz?

— Dwa razy. Za pierwszym mogłabym jeszcze uwierzyć w głupotę. Alkohol, impuls, cokolwiek. Drugi raz był komunikatem.

— Jakim?

— Że może.

Nina pozwoliła jej mówić.

Marta wyrzucała kolejne historie o chłopakach Weroniki i starszych mężczyznach, także kontrahentach Rogowskiego. Mówiła szybko, ale precyzyjnie. W przeciwieństwie do Kamila nie mieszała dat ani osób. Gniew trzymał ją w porządku.

Nie wszystko musiało być prawdą. Ważniejsze było to, jak wiele osób mogło uważać, że Weronika przekroczyła ich granicę.

— Jej matka miała jej dość. Ojciec też. Chłopak też. Ja też. Chyba wszyscy.

— A mimo to tylko ojciec wynajął ludzi, żeby jej szukali.

Marta zamilkła.

— Co pani sugeruje?

— Nic. Zauważam.

— Może dlatego, że tylko on ma pieniądze.

— Albo dlatego, że najbardziej potrzebuje mieć kontrolę.

Marta spojrzała na Ninę uważniej.

— Zna go pani pięć minut.

— A pani kilka lat.

— I dlatego mówię, że pieniądze.

Maks siedział z boku i pozwalał im prowadzić rozmowę.

— Życzy jej pani śmierci? — zapytała Nina.

Marta zacisnęła usta.

— W złości? Tak. Sto razy.

— Teraz?

— Teraz chcę, żeby wróciła i żebym mogła jej powiedzieć, że nadal jej nienawidzę.

To była pierwsza odpowiedź Marty, w której pojawiło się coś poza gniewem.

Nina odnotowała to bez komentarza.

— Zrobiła pani coś, żeby ją skrzywdzić?

— Nie.

— Powiedziała komuś, gdzie jedzie?

— Nie wiedziałam, gdzie jedzie.

Marta odpowiedziała szybko, ale bez charakterystycznego pośpiechu człowieka, który właśnie wymyśla odpowiedź.

— Kiedy ostatni raz rozmawiałyście?

— Trzy miesiące temu.

— Po Tomku?

— Dużo po.

— Po co?

Marta zaśmiała się krótko.

— Bo przyszła do mnie jak gdyby nigdy nic. Z winem. Powiedziała, że nie chce stracić przyjaźni przez faceta.

— Co pani odpowiedziała?

— Że nie straciła przyjaźni przez faceta. Straciła ją przez siebie.

Nina skinęła głową.

— I poszła?

— Najpierw się pokłóciłyśmy. Potem płakała. Potem zaczęła się śmiać. Weronika zawsze potrafiła zmienić temperaturę rozmowy, kiedy przestawało jej być wygodnie.

— Przeprosiła?

Marta zastanowiła się chwilę.

— Powiedziała „przepraszam”. Ale nie wiem, czy za to, co zrobiła, czy za to, że ja mam z tym problem.

— Jest różnica.

— Ogromna.

Nina pochyliła się trochę do przodu.

— Jak było z Tomkiem?

Twarz Marty znowu stwardniała.

— Chce pani wiedzieć naprawdę?

— Dlatego tu jestem.

Marta opowiedziała początek. Później znała szczegóły z dwóch wersji: Tomka, który próbował się tłumaczyć, i Weroniki, która kilka tygodni później mówiła o tym niemal bez wstydu. Obie relacje różniły się w drobiazgach. Zgadzały się w jednym: Weronika zrobiła pierwszy krok.

Rok wcześniej, latem, zaparkowała przed blokiem Marty. Poszła na piętro, ale okazało się, że przyjaciółka jest na zajęciach. Drzwi otworzył jej narzeczony, Tomek.

— Chodź, Marta jeszcze na uczelni.

— A ty tak sam?

— Hm. Mam telefon i czekam.

Weronika przez ułamek sekundy zauważyła, że oglądał film dla dorosłych. Tomek wyłączył go i odłożył telefon na szafkę. Zaczerwienił się, co rozbawiło ją bardziej, niż powinno.

Był taki sobie. Przystojny wystarczająco, żeby na niego spojrzeć, ale nie taki, którego zapamiętałaby w klubie pełnym ludzi. Jedyną zaletą było to, że należał do kogoś innego. I chyba właśnie to ją kręciło. Wszystko należało do kogoś: mężczyźni, samochody, stoliki w najlepszych restauracjach, cudze zasady. Niewiele zaś chciało należeć do niej na jej warunkach.

Nie wiedziała, co ją tknęło. Świadomość, że jest z nim sama, film na telefonie czy może właśnie to, że był Marty, a nie jej. Zawsze była spontaniczna, szybciej robiła i mówiła, niż myślała. Była bardzo ładna, szczupła, ciemnowłosa, z długimi włosami do ramion. Podobała się chłopakom i bardzo wcześnie zrozumiała, jak niewiele trzeba, żeby ich pewność siebie zaczęła zależeć od jednego jej spojrzenia.

— Uff, jak gorąco — powiedziała i zdjęła koszulkę, zostając w samym staniku.

Tomek zamarł

— Co ty robisz?

— Jest gorąco.

— Weronika…

— Co?

— Marta zaraz wróci.

— No i?

Powiedziała to z uśmiechem, jakby naprawdę nie rozumiała problemu.

Wstała i kucnęła przy niższej półce biblioteczki, oglądając książki. Zrobiła to tak, żeby jej biodra były doskonale widoczne. Potem wyprostowała się przy środkowej części regału. Odpięła guzik szortów ostentacyjnie, tak żeby Tomek widział.

— Przestań — powiedział, ale nie wstał.

Weronika spojrzała na niego przez ramię.

— Mam przestać?

Tomek nie odpowiedział.

W zasadzie nie lubiła młodszych mężczyzn. Początkowo miała tylko takich pod ręką. Z czasem wolała starszych, bo uważała ich za bardziej doświadczonych i mniej niezręcznych. Z młodymi często najsilniejszy był moment przed. Samo wydarzenie szybko przestawało być interesujące.

Tomek wyglądał, jakby chciał wyjść i zostać jednocześnie.

Weronika odpięła stanik.

— Fajne? Zobacz.

— Jesteś nienormalna.

— To patrz gdzie indziej.

Nie spojrzał.

Całe ich zbliżenie trwało krótko. To był pierwszy raz i Weronika nie zmieniła zdania o młodszych mężczyznach. Zanim zdążyła naprawdę wejść w tę chwilę, dla niego wszystko było już skończone.

Później Tomek siedział na brzegu kanapy i wyglądał bardziej na przerażonego niż zadowolonego.

— Co my teraz zrobimy?

Weronika zapinała szorty.

— Ty nic.

— A Marta?

— Nie wiem. Jest twoją narzeczoną.

— Weronika, kurwa.

Spojrzała na niego.

— Przecież mogłeś powiedzieć nie.

To zdanie miało wrócić do nich wszystkich jeszcze wiele miesięcy później.

Tomek powiedział Marcie o wszystkim dopiero po drugim razie.

Drugi raz Weronika wróciła świadomie, bez wcześniejszego przypadku i wymówek. Jakby chciała sprawdzić, czy pierwsze zdarzenie było wypadkiem, czy dowodem, że cudze granice ustępują, kiedy odpowiednio mocno się je dotknie.

Marta skończyła mówić i zacisnęła dłonie na torebce.

— Za drugim razem wiedziała już dokładnie, co robi.

— Skąd pani wie? — zapytała Nina.

— Bo sama mi powiedziała.

— Kiedy?

— W tej ostatniej rozmowie. Powiedziała: „Za pierwszym razem chciałam zobaczyć, czy mogę. Za drugim chciałam wiedzieć, czy nadal mogę”.

Nina poczuła nieprzyjemny ciężar tego zdania.

— A Tomek?

— Nie jesteśmy razem.

— Przez Weronikę?

Marta potrząsnęła głową.

— Przez Tomka. Weronika nie była z nim zaręczona.

Nina spojrzała na nią z uznaniem, choć nic nie powiedziała.

— To nie znaczy, że jej wybaczyłam — dodała Marta.

— Nie musi pani.

— Ale chce pani wiedzieć, czy mogłam jej coś zrobić.

— Tak.

— Mogłam. Wiedziałam, gdzie mieszka, gdzie bywa, z kim się spotyka. Przez miesiąc miałam fantazje, że rozwalam jej samochód, wrzucam zdjęcia do internetu, mówię ojcu o wszystkim. Nie zrobiłam nic.

— Dlaczego?

Marta spojrzała na zdjęcie Weroniki leżące na stole.

— Bo złość mija, kiedy trzeba naprawdę coś zrobić. Przynajmniej moja.

Po wyjściu Marty Nina przez chwilę siedziała bez ruchu.

Maks zebrał kartki.

— Co?

— Nic.

— To twoje „nic” ma zwykle trzy strony.

Nina spojrzała na fotografię Weroniki.

— Każdy mówi o niej tak, jakby cała była zrobiona z cudzych granic.

— A może była.

— Albo wszyscy pamiętają tylko te momenty, kiedy im je naruszyła.

Maks schował zdjęcie do teczki.

— Dlatego rozmawiamy z następną osobą.

— Matką.

— Matką.

Nina wstała.

— To może być przyjemne.

— Dlaczego?

— Bo matki zawsze mają prostą wersję swoich córek.

Maks spojrzał na nią.

— To miała być ironia?

— Bardzo.

Rozdział 5. Matka

Dom Rogowskich znajdował się na spokojnym osiedlu, gdzie żywopłoty wyglądały, jakby ktoś mierzył je linijką. Brama otworzyła się, zanim Maks zdążył drugi raz nacisnąć domofon.

Ewa Rogowska czekała w drzwiach.

Była przeciwieństwem męża. Aleksander próbował kontrolować rozmowę nawet wtedy, kiedy tracił nad nią przewagę. Ewa wyglądała jak ktoś, kto dawno przestał wierzyć, że kontroluje cokolwiek w tej rodzinie.

Ewa była bez makijażu, z niedbale zebranymi włosami. Na stoliku w salonie leżała filiżanka z zaschniętym śladem kawy i trzy różne ładowarki do telefonu. Jedna z nich prowadziła do aparatu leżącego ekranem do góry.

Nina dostrzegła na ekranie kilkanaście nieodebranych połączeń do Weroniki; Ewa podążyła za jej wzrokiem.

— Wiem, że to nic nie da — powiedziała. — I tak dzwonię.

To było pierwsze zdanie któregokolwiek z rodziców, które brzmiało jak strach.

— Kiedy ostatni raz z panią rozmawiała? — zapytała Nina.

— Dwa dni przed wyjazdem.

— Pokłóciłyście się?

Ewa zaśmiała się cicho.

— To zależy, co uznamy za kłótnię.

— Krzyk?

— Nie. U nas krzyczał głównie Aleksander. Ja z czasem nauczyłam się mówić ciszej.

Maks wymienił z Niną spojrzenie, które nie umknęło Ewie.

— Proszę się nie martwić. Mąż mnie nie bije. Po prostu uważa, że ton głosu rośnie razem z racją.

— A Weronika?

— Uważa dokładnie odwrotnie. Im ktoś mówi głośniej, tym bardziej ona chce zrobić po swojemu.

Nina usiadła na brzegu fotela.

— Pani córka miała z kimś konflikt?

— Zawsze z kimś miała.

— Z panią?

— Oczywiście.

Ewa podeszła do okna; za szybą ogród wyglądał idealnie, ani jednego liścia na trawniku.

— Weronika robiła rzeczy po to, żebyśmy je zobaczyli. Nie tylko dla przyjemności. Czasami miałam wrażenie, że wybierała mężczyzn, bo wiedziała, iż jej ojciec się dowie.

— Jego znajomych?

— Zdarzało się.

— Kontrahentów?

Ewa zamknęła oczy na sekundę.

— Tak.

— Dlaczego?

— Nie wiem. Może chciała go zranić. Może chciała pokazać, że nie ma nad nią władzy. Może sprawdzała, jak daleko może wejść w jego świat i nadal pozostać poza jego kontrolą.

— A pani jak to odbierała?

Ewa odwróciła się od okna.

— Jak matka, która od lat sprząta po wojnie dwojga ludzi przekonanych, że każde z nich walczy o wolność.

Nina usłyszała w tym coś więcej niż krytykę córki.

— A dlaczego miałaby chcieć zranić ojca?

— Proszę jego zapytać.

— Pytaliśmy.

— I odpowiedział?

— Nie.

Ewa uśmiechnęła się bez radości.

— To odpowiedział.

Maks nie pytał już o tajemnice Aleksandra. Zamiast tego wrócił do ostatnich miesięcy życia Weroniki.

— Pracowała? — zapytał.

Ewa pokręciła głową.

— Ojciec próbował ją wciągnąć do firmy. Odmówiła po tygodniu. Potem zaczynała studia, rzucała, wracała, zmieniała kierunek. Nigdy nie brakowało jej pieniędzy, więc mogła sobie na to pozwolić.

— A chciała mieć własne?

— Bardzo. Tylko nie chciała czekać pięciu lat na awans i kredyt. Śmiała się, że normalna praca zabiera człowiekowi najlepszą część dnia.

Nina oparła łokcie o kolana.

— Lubiła luksus?

— Lubiła wszystko, czego ojciec nie mógł jej dać bez przypominania, że to od niego. Drogie hotele, samochody, restauracje. Ale najważniejsze było to, żeby mogła powiedzieć: zapłaciłam sama.

— Skąd miała własne pieniądze?

— Sprzedawała rzeczy w internecie, robiła zdjęcia do reklam, kilka razy pracowała przy eventach. Czasami wracała po weekendzie z kwotą, której nie zarabia się przez dwa dni przy rozdawaniu ulotek.

Maks podniósł wzrok.

— Wiedziała pani, co robiła?

— Nie zawsze. I nie zawsze chciałam wiedzieć.

Ewa wypowiedziała to bez dumy i bez oskarżenia. Nina pozwoliła jej mówić dalej.

— Raz powiedziała, że była tylko przy stoliku z klientami. Innym razem, że pojechała z kimś na dwa dni. Kiedy pytałam o szczegóły, odpowiadała, że jest dorosła. Miała rację, co nie znaczy, że dobrze mi się z tym żyło.

— Ojciec wiedział?

— O części. O reszcie chyba wolał nie wiedzieć.

— Zna pani nazwę agencji, przez którą pracowała?

Ewa przez chwilę myślała.

— Nie jednej. Pamiętam Lumen. Nazwa była na wiadomości, którą kiedyś zobaczyłam na jej telefonie. Weronika powiedziała, że to zwykłe hostessy i modeling. Mogła mówić prawdę.

Nina i Maks spojrzeli na siebie. Po raz pierwszy od wejścia do domu pojawiła się nazwa, którą można było sprawdzić.

— Kiedy to było? — zapytał Maks.

— Kilka miesięcy temu. Może pół roku. Nie jestem pewna.

Nina spojrzała na Maksa. Dotychczas nie mieli potwierdzenia związku agencji z wyjazdem do Karpacza.

— Mamy sygnał, że jej ostatni wyjazd był związany z Lumen — powiedział Maks. — Czy mówiła pani coś o takim zleceniu?

— Nie wiem. Przed wyjazdem była podekscytowana. Powiedziała, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, po powrocie nie będzie już musiała prosić ojca o pieniądze na nic.

— Trzy dni miały to zmienić?

Ewa wzruszyła ramionami.

— Z Weroniką trzy dni potrafiły znaczyć więcej niż dla innych miesiąc.

Nina pomyślała o zdjęciach, starszych mężczyznach i o dziewczynie, która nie lubiła czekać.

— Miała kogoś, kto organizował jej takie zlecenia?

— Nie wiem. Kiedyś zadzwonił do niej mężczyzna. Słyszałam tylko końcówkę rozmowy. Niemiecki albo ktoś mówiący po polsku z obcym akcentem. Weronika po rozmowie była w świetnym humorze.

— Nazwisko?

— Nie usłyszałam.

Ewa spojrzała na telefon z nieodebranymi połączeniami.

— Nie róbcie z niej dziewczyny, którą ktoś musiał zwabić cukierkiem. Jeżeli weszła w coś dla pieniędzy albo zabawy, zrobiła to dlatego, że chciała. Ja tylko chcę wiedzieć, czy nadal może powiedzieć, że chce wrócić.

Nina skinęła głową.

— To samo chcemy ustalić.

Kilka minut później, już przy pożegnaniu, Ewa zatrzymała Ninę w drzwiach.

— Pani była kiedyś taka jak ona?

Pytanie przyszło nagle.

— Jaka?

— Pewna, że skoro sama coś wybiera, to nic złego nie może się wydarzyć.

Nina poczuła ukłucie pod żebrami.

— Bywałam.

— I?

— Czasem się myliłam.

Ewa skinęła głową.

— Proszę ją znaleźć, zanim też się pomyli.

Na zewnątrz było chłodniej niż wcześniej.

Nina szła obok Maksa do samochodu i milczała. Dopiero kiedy znaleźli się przy drzwiach, zatrzymała się.

— Blefowałeś.

— Tak.

— Bez żadnego punktu zaczepienia.

— Miałem kilka.

— Nie miałeś żadnego dowodu.

— To nie to samo.

Nina skrzyżowała ręce.

— Mogłeś mnie uprzedzić.

— Chciałem zobaczyć również twoją reakcję.

— Bardzo śmieszne.

— Zadziałało.

Nina otworzyła drzwi samochodu, ale nie wsiadła.

— Problem w tym, że zadziałało.

— Wiem.

— Nie, Maks. Nie wiesz. Jeżeli pracujemy razem, nie używasz mnie jako części przesłuchania bez uprzedzenia. Nie chcę się dowiadywać po fakcie, że moje zdziwienie miało być dla kogoś sygnałem.

Maks przez chwilę nic nie mówił.

— Masz rację.

Nina spodziewała się, że Maks zacznie się bronić, więc proste przyznanie jej racji na moment ją rozbroiło.

— Tyle?

— Tyle.

— Bez „ale”?

— Bez.

— To podejrzane.

— Mogę dodać, że zrobiłbym to jeszcze raz, gdybym uznał, że nie ma innego wyjścia.

Nina westchnęła.

— Już lepiej. Zaczynałam się martwić, że cię podmienili.

Wsiadła za kierownicę, ale nie uruchomiła silnika. Maks usiadł obok.

— Mamy chłopaka, który podał komuś hotel — zaczęła Nina. — Ojca z tajemnicą. Matkę, która o niej wie. Przyjaciółkę, która jej nienawidzi. I dziewczynę, która sama robiła wszystko, żeby ludzie mieli do niej pretensje.

— To ostatnie jest interpretacją.

— Masz rację.

Nina spojrzała na niego.

— Nie zaczynaj.

— Nic nie powiedziałem.

— Tym gorzej.

Maks oparł łokieć o drzwi.

— Za dużo motywów.

— Albo za dużo szumu.

— Kamil jest pierwszy do sprawdzenia. Ma bezpośrednie połączenie z człowiekiem, który miał działać w Karpaczu.

— Borys.

— Tak.

— A Rogowski?

— Rogowski zostaje klientem. Na razie interesuje nas tylko droga Weroniki i ludzie, którzy wiedzieli, gdzie jedzie.

Nina wreszcie uruchomiła silnik.

— Czyli co teraz?

— Najpierw człowiek od ostrzeżenia.

— Potem Karpacz.

— Jeżeli będzie powód.

Nina wrzuciła bieg.

— Wreszcie.

Rozdział 6. Człowiek od ostrzeżenia

Borys, człowiek od ostrzeżenia, okazał się Bartoszem Boryckim, właścicielem firmy ochroniarskiej obsługującej kluby, zamknięte eventy i kilka hoteli na Dolnym Śląsku. Numer, który Kamil podał Maksowi, należał do jego firmy.

Według rejestrów firma działała legalnie: miała aktualne zezwolenia, płaciła podatki i zgłaszała pracowników. Jej strona internetowa była pełna fotografii ludzi w czarnych garniturach stojących przy wejściach do sal konferencyjnych.

Maks patrzył na ekran dłużej, niż wymagała tego strona.

— Znasz ten typ? — zapytała Nina.

— Znam model. Ochrona jest legalna, dopóki chroni lokal. Potem zaczynają się usługi, których nie wpisuje się na fakturę.

— Kamil mówił, że chciał tylko nastraszyć Weronikę.

— I znalazł człowieka, który wiedział, gdzie jest, kiedy będzie sama i w jakim hotelu śpi.

Nina usiadła na krawędzi biurka.

— Czyli jedziemy do Boryckiego.

— Najpierw sprawdzamy, czy Borycki był w Karpaczu w tym samym czasie.

Maks znalazł zdjęcia z eventu organizowanego dwa dni przed przyjazdem Weroniki. Przy wejściu do sali stało dwóch ochroniarzy z logo Borycki Security. Na kolejnym ujęciu, zrobionym przez uczestnika, w tle było widać samego właściciela.

— Był — powiedziała Nina.

— Był.


Borycki przyjął ich w biurze nad magazynem sprzętu ochroniarskiego. Nie zaproponował kawy ani nie zapytał, po co przyszli. Od razu spojrzał na Maksa tak, jak ludzie z branży patrzą na kogoś, kogo kiedyś widzieli po drugiej stronie policyjnej taśmy.

— Nowak — powiedział. — Już nie policja.

— Już nie.

— To po co pytasz jak policjant?

Maks położył na biurku zdjęcie Weroniki.

— Kamil dał ci pieniądze, żeby ją nastraszyć.

Borycki nawet nie dotknął fotografii.

— Kamil dał pieniądze chłopakom, którzy czasem robią głupoty za gotówkę. Nie mnie.

— Numer był twój.

— Numer firmowy. Mam pracowników.

Nina patrzyła na niego spokojnie.

— Byłeś w hotelu.

— Pracowałem.

— Lumen też tam pracowało.

Po raz pierwszy jego wzrok przesunął się z Maksa na Ninę.

— I co z tego?

— Nic. Na razie.

Borycki uśmiechnął się krótko.

— To dobrze. „Na razie” to bardzo zdrowe słowo.

Maks nie odpowiedział na zaczepkę.

— Weronika Rogowska. Widziałeś ją?

— Nie pamiętam każdej dziewczyny w hotelu.

— Kamil podał ci jej zdjęcie.

— Kamil dużo gadał.

— A ty dużo unikasz odpowiedzi.

Borycki odsunął krzesło.

— Skończyliśmy?

Nina wstała razem z Maksem.

— Prawie. Lumen Models & Events.

Borycki zatrzymał się na sekundę.

— Legalna firma.

— Nie pytałam, czy legalna.

— To o co?

— Kto ją chroni.

Borycki roześmiał się bez humoru.

— Przecież właśnie powiedziałaś nazwę mojej firmy.


Na parkingu Maks nie ruszył od razu.

— Zareagował na Lumen — powiedziała Nina.

— I na ciebie.

— Jestem zachwycająca.

— Nie o to chodzi.

— Wiem.

Maks spojrzał na budynek w lusterku.

— To nie jest człowiek, który organizuje wyjazdy kobiet. On pilnuje, żeby lokal działał spokojnie.

— I żeby nikt za dużo nie pytał.

— Możliwe.

Nina zapięła pas.

— Karpacz?

— Karpacz.


Dwa dni później Maks spotkał dawnego kolegę z policji w kawiarni przy stacji benzynowej. Nie prosił o dostęp do baz. Chciał tylko potwierdzić nazwisko, które pojawiało się przy Boryckim zbyt często.

— Marek Bielecki — powiedział były policjant. — Oficjalnie inwestycje, konsulting i nieruchomości. Nieoficjalnie człowiek, z którym właściciele klubów wolą się nie kłócić.

— Wyroki?

— Brak.

— Sprawy?

— Były. Kończyły się szybciej niż kawa.

— Dlaczego?

Mężczyzna spojrzał na Maksa.

— Przecież wiesz, jak działa małe miasto. Jeden patrol dorabia na bramce, drugi zna ochroniarzy od szkoły, ktoś ma kuzyna w prokuraturze. Nie potrzebujesz wielkiej mafii. Wystarczy kilka osób, które wiedzą, kiedy niczego nie widzieć.

— Borycki pracuje dla Bieleckiego?

— Powiedzmy, że Borycki wie, czyje lokale wymagają szczególnej troski.

Maks zapamiętał sformułowanie.

— A Lumen?

Kolega wzruszył ramionami.

— Nazwa obiła mi się o uszy przy eventach. Nic więcej.

— To wystarczy.

— Nie, Maks. To jeszcze nic.

— Wiem.

Nie zamierzał od razu robić z Boryckiego centrum sprawy. Potrzebował drogi Weroniki, nie wojny z każdym człowiekiem, który brał pieniądze za ochronę.

Wieczorem pojechali jeszcze pod jeden z klubów obsługiwanych przez Boryckiego. Nie mieli zamiaru wchodzić. Maks chciał tylko zobaczyć, jak wygląda „szczególna troska”, o której mówił dawny kolega.

Przed wejściem stało dwóch ochroniarzy w kurtkach z firmowym logo. Kolejka była krótka. Około północy przy krawężniku zatrzymał się oznakowany radiowóz.

Nina spojrzała na Maksa.

— Kontrola?

— Zobaczymy.

Policjanci nie weszli do lokalu. Jeden wysiadł, podszedł do ochroniarza i przywitał się z nim uściskiem dłoni. Rozmawiali może dwie minuty. Ochroniarz podał mu butelkę wody, policjant coś powiedział, obaj się roześmiali.

— To jeszcze nie korupcja — powiedziała Nina.

— Nie.

— Ale wygląda znajomo.

— Za bardzo.

Kilka minut po odjeździe radiowozu pod klub podjechał czarny SUV. Borycki wysiadł i podszedł prosto do wejścia, gdzie ochroniarz odsunął barierkę i wpuścił go poza kolejką.

— Robimy zdjęcie? — zapytała Nina.

— Tak. Tylko zdjęcie.

Maks wykonał kilka fotografii z samochodu. Chciał udokumentować, jak swobodnie ludzie Boryckiego i miejscowi policjanci poruszają się w tym samym środowisku.

— Nadal jedziemy do Karpacza? — zapytała Nina.

— Tym bardziej. Jeśli Weronika weszła w ten obieg przez hotel, musimy zobaczyć pierwszy punkt styku. Borycki może być tylko bramkarzem większego interesu.

— A Bielecki?

— Zostawiamy na później. Nie będziemy ścigać każdego nazwiska, zanim nie wiemy, gdzie prowadzi Weronika.

Nina oparła głowę o zagłówek.

— Dobrze. Jedna droga.

— Jedna.

Rozdział 7. Weronika

Kawa wystygła, zanim zdążyli wypić po połowie.

Maks przesunął na środek stołu fotografię Weroniki, tę samą, którą pokazywali Kamilowi i Marcie. Nina odwróciła ją ekranem telefonu do góry i przez chwilę porównywała z kilkoma zdjęciami znalezionymi w publicznych profilach.

— Nie podoba mi się to — powiedziała.

— Co?

— Że już ją znamy.

Maks spojrzał na nią.

— Nie znamy.

— Właśnie. Ale po rozmowie z nimi człowiek zaczyna mieć wrażenie, że zna. Rozpuszczona córka bogatego ojca. Zdradza chłopaka. Sypia z cudzymi facetami. Robi matce wstyd. Uwodzi narzeczonego przyjaciółki. Wygodny obraz.

— I częściowo prawdziwy.

— Być może. Tylko że z takiego obrazu bardzo łatwo zrobić wyjaśnienie wszystkiego. Nie wróciła? Bo jest nieodpowiedzialna. Pojechała z obcym? Bo lubi facetów. Zniknęła? Pewnie sama chciała.

Maks wziął czystą kartkę.

— Dobrze. Bez ocen. Co wiemy?

Nina zaczęła od najprostszych danych: wieku i przerwanych studiów. Potem przeszła do finansów. Samochód był częściowo opłacony przez ojca, a kartę regularnie zasilał Aleksander Rogowski. Sprawdziła też wyjazdy z ostatniego roku oraz aktywność Weroniki w mediach społecznościowych, która była regularna, ale daleka od obsesyjnego publikowania.

Im dłużej układali dane, tym bardziej Nina widziała różnicę między życiem Weroniki a jego publiczną wersją. Na zdjęciach było dużo miejsc, mało ciągłości. Restauracja pojawiała się bez osoby siedzącej naprzeciwko. Hotelowa łazienka bez informacji, z kim przyjechała. Samochód, kieliszek, fragment czyjegoś ramienia. Weronika pokazywała wystarczająco dużo, żeby ludzie patrzyli, ale rzadko tyle, żeby wiedzieli naprawdę.

— To nie jest pamiętnik — powiedziała Nina.

— Media społecznościowe rzadko są.

— Bardziej witryna. Ona wybierała, co ma zostać zobaczone. Nawet kiedy udawała spontaniczność.

Maks przejrzał kilka zdjęć.

— Czyli nie wiemy, czego nie publikowała.

— I to może być ważniejsze od tego, co publikowała.

Nina otworzyła listę obserwowanych profili. Dominowały miejsca i marki związane z rozrywką oraz podróżami. Byli też fotografowie i organizatorzy imprez. Zwykła mieszanina dla kogoś w jej wieku i z jej możliwościami finansowymi.

— Sześć tysięcy osób mogło widzieć, że jest sama — powiedziała. — Ale tylko część mogła wiedzieć, jak do niej podejść.

— Właśnie tego szukamy.

Na osobnej kartce Nina napisała: „co ją zatrzymywało przy rozmowie”. Maks nic nie powiedział. Tego nie dało się sprawdzić przelewem ani billingiem, a mimo to oboje wiedzieli, że może okazać się ważniejsze niż lista ludzi, którzy jej nie lubili.

Maks zapisywał.

— Związki?

— To już ocena.

— Liczba partnerów jest faktem, jeżeli ją potwierdzimy.

— Nie potwierdzimy wszystkich.

— Więc zapisuję: niestabilne relacje.

Nina skrzywiła się.

— Brzmi jak karta pacjenta.

— Masz lepsze?

— „Nie przywiązywała dużej wagi do wyłączności”.

Maks uniósł wzrok.

— Brzmi jak karta pacjenta napisana przez psychologa.

— Dlatego studiuję.

Zapisał po swojemu.

Na drugiej kartce powstała lista osób. Kamil. Marta. Tomek. Ewa Rogowska. Aleksander Rogowski. Dwóch mężczyzn, których nazwiska pojawiły się w rozmowie z matką. Jeden z kontrahentów ojca. Sąsiad, o którym wspominał Kamil. Borycki.

Nina patrzyła, jak lista rośnie.

— Za dużo.

— Ludzi?

— Motywów. Jeżeli będziemy sprawdzać każdego, kto miał powód, żeby być na nią wściekły, skończymy na połowie Wrocławia.

— Dlatego robimy selekcję.

Maks podzielił kartkę pionową linią.

— Motyw i możliwość.

Przy Kamilu postawił znak przy obu kolumnach.

— Był wściekły i znał hotel.

Przy Marcie zaznaczył tylko motyw.

— Nie wiedziała o wyjeździe.

— O ile mówi prawdę.

— Na razie nie mamy powodu twierdzić, że nie.

Tomek dostał znak zapytania. Ojciec i matka zostali bez oznaczeń.

— Rodzice wiedzieli, dokąd jedzie — powiedziała Nina.

— To nie jest jeszcze możliwość.

— Jeżeli komuś powiedzieli?

— Wtedy będzie.

Nina odsunęła kartkę.

— Cały czas patrzymy od złej strony.

Maks przestał pisać.

— Mów.

— Pytamy, kto miał powód, żeby ją ukarać. A przecież ktoś, kto chciał ją wykorzystać, wcale nie musiał jej nienawidzić.

— Borycki.

— Nie tylko. Kto wiedział, że będzie sama? Nie że jedzie do Karpacza. Że jedzie sama.

Maks spojrzał na pierwszą kartkę.

Kamil wiedział. Rodzice prawdopodobnie również. Być może hotel, jeśli rezerwacja została zmieniona z dwóch osób na jedną.

— I ktoś, komu powiedziała sama — dodał.

Nina wzięła telefon.

— Właśnie.

Przeglądanie profilu Weroniki zajęło im prawie godzinę. Tym razem skupiali się na planie wyjazdu, a nie na mężczyznach.

Na kilka dni przed Karpaczem Weronika opublikowała zdjęcie sportowej torby na tylnym siedzeniu samochodu. Bez lokalizacji. Podpis: „Trzy dni bez ludzi”.

Dzień później pojawiła się fotografia kubka kawy i fragment rozmowy z kimś, kogo nazwę zasłoniła.

„Nie jedź sama.”

Odpowiedź Weroniki:

„Po to jadę.”

Nina zatrzymała ekran.

— To już jest informacja.

— Publiczna?

— Relacja zniknęła. Ktoś zrobił zrzut i wrzucił później w komentarzu. Ale pierwotnie widzieli ją obserwujący.

— Ilu?

Nina sprawdziła.

— Ponad sześć tysięcy.

Maks westchnął.

— Czyli nasza lista właśnie przestała mieć sens.

— Nie. Tylko informacja nie musiała wyjść od Kamila.

— Borycki nadal zadzwonił do niego po naszej obserwacji.

— Tak. To go nie oczyszcza. Ale nie możemy zakładać, że to Kamil uruchomił wszystko.

Maks dopisał na kartce: „informacja publiczna — wyjazd solo”. Nina przewinęła dalej.

Weronika lubiła być fotografowana. Na większości zdjęć patrzyła prosto w obiektyw. Czasem prowokacyjnie, czasem z uśmiechem, czasem z miną sugerującą znudzenie. Restauracje, samochody, wyjazdy, hotelowe łazienki, siłownia, imprezy.

— Marta miała rację w jednej rzeczy — powiedziała Nina.

— W której?

— Weronika lubiła, kiedy ludzie patrzyli.

— To widać.

— Próżność była tylko częścią. Zobacz.

Pokazała mu kilka zdjęć.

— Na każdym jest jakiś komunikat. Tu pokazuje ojcu, że siedzi z jego znajomymi. Tu Kamilowi, że świetnie się bawi bez niego. Tu Marcie…

Urwała.

Na fotografii Weronika siedziała przy stoliku z Tomkiem. Zdjęcie było wykonane kilka miesięcy przed ich konfliktem. Marta stała obok, ale Weronika patrzyła wyłącznie na obiektyw.

— To niczego nie dowodzi — powiedział Maks.

— Wiem. Nie diagnozuję jej. Mówię tylko, że reakcja innych była dla niej ważna.

— Czyli ktoś, kto chciał ją do czegoś przekonać, nie musiał oferować pieniędzy.

— Mógł zaoferować uwagę. Dostęp. Wyjątkowość. Coś, czym mogła później komuś zrobić na złość.

Maks popatrzył na nią.

— To brzmi znajomo?

Nina nie odpowiedziała od razu.

— Trochę.

— Z Dubaju?

— Z wielu miejsc.

Przez chwilę patrzyła na ciemny ekran telefonu, jakby odbicie własnej twarzy było bezpieczniejszym tematem niż to, co miała powiedzieć.

— W Dubaju też wszystko zaczynało się bardzo zwyczajnie — odezwała się. — Ktoś przedstawiał kogoś. Ktoś zapraszał do stolika, do lepszego klubu, na zamkniętą imprezę. Pierwsza rzecz zwykle była łatwa. Ładna restauracja, dobry hotel, ludzie z pieniędzmi. Człowiek miał wrażenie, że po prostu dostał wejście tam, gdzie inni go nie mają.

Maks słuchał. Nie zadawał pytań.

— Pieniądze nie zawsze były najważniejsze — ciągnęła. — Czasem ważniejsze było to, że ktoś mówił: „ty pasujesz”. Albo że zapamiętał imię. Że przy setce kobiet wybrał właśnie ciebie do rozmowy. To działa szybciej, niż ludzie chcą przyznać.

— Na ciebie też działało?

Nina uniosła wzrok.

— Oczywiście.

Nie było w tym wstydu. Maks nie próbował go dopisać.

— Różnica zaczyna się później — dodała. — Kiedy orientujesz się, że zaproszenie miało następny poziom, o którym na początku nikt nie mówił. Możesz wejść albo nie. Problem jest wtedy, kiedy ktoś uważa, że skoro weszłaś przez pierwsze drzwi, to zgodziłaś się na wszystkie następne.

Maks spojrzał na słowo „Selekcja”, które przed chwilą zapisał.

— Myślisz, że Weronika szukała drzwi?

— Myślę, że mogła szukać miejsca, do którego nie wpuściliby Kamila, Marty ani jej rodziców. To nie to samo.

— Ale człowiek, który to zauważył, miał przewagę.

— Tak.

Odłożyła telefon.

— Ludzie myślą, że dziewczyna idzie z facetem, bo jest przystojny albo ma pieniądze. Czasami wystarczy, że sprawi, że przez pół godziny czuje się najważniejszą kobietą w pokoju. Jeżeli dobrze wybierze moment, resztę zrobi ona sama.

— Weronika była podatna?

— Nie wiem. Ale lubiła wygrywać. A człowiek, który lubi wygrywać, łatwo wchodzi do gry, jeżeli ktoś przekona go, że stawka jest dla niego.

Maks zapisał jedno słowo: „Selekcja”. Nina zauważyła.

— Właśnie.

Telefon Maksa zawibrował. Wiadomość przyszła od Aleksandra Rogowskiego, a nie od Kamila.

„Znalazłem potwierdzenie rezerwacji. Przesyłam.”

Załącznik zawierał mail z hotelu: pobyt dla dwóch osób z pakietem SPA oraz zapisem na „sesję relacyjną” i „wieczór sensoryczny”.

Dzień przed przyjazdem Weronika zmieniła rezerwację na jedną osobę. Nina przeczytała wiadomość dwa razy.

— Kto zmieniał?

Maks sprawdził nagłówek.

— Weronika. Ze swojego adresu.

— Czyli hotel wiedział, że przyjeżdża sama.

— Tak.

— I wiedział wcześniej.

Maks otworzył stronę obiektu.

Hotel reklamował się spokojem, prywatnością i pobytami dla osób potrzebujących odcięcia od codzienności. Zdjęcia przedstawiały basen, strefę saun, gabinety masażu, apartamenty i taras z widokiem na góry. Oferta była zwyczajna, niemal bezosobowa.

Nina czytała opisy.

— „Program dla osób wysoko wrażliwych”. „Weekend odbudowy bliskości”. „Indywidualne sesje wyciszające”. „Wieczory poznawcze dla gości podróżujących solo”.

— Marketing.

— Oczywiście.

Przewinęła niżej.

— Ale bardzo dobry.

— Dlaczego?

— Bo każdy może tu przyjechać z innym powodem i nikt nie musi się tłumaczyć, po co jest sam.

Maks przejął mysz.

W zakładce z wydarzeniami znajdowały się fotografie niewielkich grup przy winie, zajęcia oddechowe, joga, kolacje tematyczne i warsztaty prowadzone przez ludzi podpisanych jako trenerzy relacji, terapeuci albo konsultanci.

— Sprawdzimy kwalifikacje — powiedział.

— Wszystkich?

— Tych, którzy byli tam w tygodniu Weroniki.

Nina wstała i przeciągnęła się.

— Czyli jednak Karpacz.

— Jeszcze jeden krok.

— Maks…

— Samochód.

— Co samochód?

— Jeżeli Weronika wymeldowała się z hotelu, musiała albo wyjechać swoim autem, albo zostawić je gdzieś w okolicy. Policja go nie znalazła, ale ojciec powiedział tylko, że nie stoi przy hotelu.

— Chcesz szukać samochodu po parkingach?

— Chcę wiedzieć, kiedy ostatni raz ktoś go widział.

Nina spojrzała na zegarek.

— Jest po północy.

— Wiem.

— Miałeś zrobić kawę godzinę temu.

Maks spojrzał na nietknięty ekspres.

— Zapomniałem.

— Świetny partner.

— Zawodowy czy prywatny?

— W tej chwili obydwa warianty są zagrożone.

Maks wstał.

— Zrobię.

— Już nie chcę.

— To po co marudzisz?

Nina uśmiechnęła się i ponownie usiadła. Przez następne pół godziny układali oś czasu. Dwa dni przed wyjazdem — kłótnia z Kamilem.

Dzień przed wyjazdem — zmiana rezerwacji z dwóch osób na jedną.

Tego samego dnia — informacja w mediach społecznościowych, że jedzie sama.

Dzień pierwszy — płatność za paliwo. Później hotel.

Karta Weroniki została użyta jeszcze dwukrotnie podczas pobytu. Restauracja w hotelu. Zabieg SPA.

Ostatnia transakcja pochodziła z dnia wymeldowania: sklep przy stacji benzynowej. Nina nachyliła się nad wydrukiem.

— Gdzie?

Maks sprawdził adres. Nie przy trasie do Wrocławia.

Stacja znajdowała się po przeciwnej stronie miasta, przy drodze prowadzącej dalej w góry.

— Mogła zatankować przed powrotem — powiedziała Nina.

— Mogła.

— Ale pojechała w złą stronę.

— Na kilka kilometrów. To jeszcze nic.

— Wszystko jest „jeszcze nic”.

— Tak działa śledztwo.

Nina spojrzała ponownie na zdjęcie Weroniki.

— Albo z kimś się umówiła.

Maks zaznaczył stację na mapie.

— I właśnie od tego zaczniemy.

— Myślałam, że od hotelu.

— Hotel nie ucieknie. Na stacji ktoś mógł ją widzieć, a monitoring po tygodniu może już być nadpisany albo za chwilę będzie.

— Nie dostaniemy nagrania.

— Być może nie. Ale możemy zapytać.

Nina zamknęła laptop.

— Czyli jutro Karpacz.

— Jutro Karpacz.

— Jako detektywi?

Maks popatrzył na zdjęcia hotelu.

— Nie.

— Para?

— Najprościej.

— Wspólny pokój?

— Jeżeli zamówię dwa, będziemy wyglądać dziwnie.

— Przecież i tak śpię u ciebie większość miesiąca.

— Właśnie próbuję ci to od rana powiedzieć.

Nina rzuciła w niego długopisem. Maks złapał go w locie.

— Zapiszę jako zgodę.

— Spróbuj.

Przez chwilę oboje się śmiali. Potem Nina spoważniała.

— Maks.

— Co?

— Jeżeli ona pojechała dalej sama…

— To ją znajdziemy i zapytamy, czy chce wrócić.

— A jeśli nie?

— Jest dorosła.

Nina nie odwróciła wzroku od zdjęcia.

— Czyli jeżeli znajdziemy ją w hotelu z jakimś facetem i powie, że ma wszystkich dość, pakujemy się i wracamy?

— Jeżeli jest bezpieczna i mówi to sama, bez kogoś stojącego nad nią — tak.

— A Rogowski?

— Płaci nam za ustalenie, co się z nią stało. Nie kupił prawa do jej decyzji.

— Powiesz mu, gdzie jest?

— Tylko jeśli ona się zgodzi. Mogę powiedzieć, że żyje i że nie chce kontaktu. Jeżeli będzie chciała nawet tego nie przekazywać, sprawa robi się trudniejsza, ale nadal nie zamierzam jej pakować do samochodu.

Nina spojrzała na niego uważnie.

— Dobrze.

— To był test?

— Trochę.

— Zdałem?

— Na razie.

Uśmiechnął się krótko. Dla Niny odpowiedź miała większe znaczenie, niż chciała pokazać. Całe śledztwo coraz mocniej obracało się wokół cudzych wyobrażeń o tym, co Weronika powinna zrobić. Każdy czegoś od niej chciał; coraz mniej osób pytało, czego chciała ona sama.

Nina skinęła głową. Odpowiedź była właściwa, ale nie usuwała niepokoju, więc jeszcze raz spojrzała na Weronikę.

Na jednym ze zdjęć dziewczyna stała przed lustrem w hotelowym korytarzu. Uśmiechała się do własnego odbicia. Za nią przechodzili ludzie, rozmyci i nieważni.

— Ona na każdym zdjęciu wygląda tak, jakby chciała, żeby wszyscy patrzyli właśnie na nią — powiedziała Nina.

— I co z tego?

— Takie osoby łatwo zauważyć.

Maks czekał. Nina odłożyła telefon.

— I łatwo wybrać.

Rozdział 8. Kierunek: Karpacz

Nina zasnęła dopiero po drugiej. O siódmej siedziała już w samochodzie Maksa z kubkiem kawy między kolanami i miną człowieka, który nie zamierzał przyznać, że pięć godzin snu to za mało.

— Mogłeś zarezerwować hotel później — powiedziała, kiedy wyjeżdżali z Wrocławia.

— Mogłem.

— Mogliśmy wyjechać o dziewiątej.

— Mogliśmy.

— Bardzo cię bawi ta rozmowa?

— Jeszcze nie.

Nina pociągnęła łyk kawy.

— Nienawidzę ludzi, którzy rano są funkcjonalni.

— Pracowałaś kiedyś w nocy.

— Tym bardziej wiem, że rano należy spać.

Maks nie odpowiedział. Droga była mokra, ale deszcz ustał. Nad polami wisiała niska szara warstwa chmur, a im bliżej byli gór, tym bardziej krajobraz tracił płaskość.

Na tylnym siedzeniu leżała niewielka torba Maksa i większa Niny. Kiedy zobaczył ją rano, zapytał tylko, czy jadą na dwa dni, czy ona planuje emigrację. Nina odpowiedziała, że kobieta jadąca do hotelu SPA z jedną koszulą na zmianę wzbudza większe podejrzenia niż detektyw z aparatem fotograficznym.

— Jeszcze raz — powiedział Maks. — Na stacji nie jesteśmy detektywami, dopóki nie będzie potrzeby. Pytamy o drogę, kawę, cokolwiek. Jeżeli ktoś pamięta Weronikę, wtedy decydujemy, co dalej.

— A w hotelu?

— Para na weekendzie.

— Weekend jest od piątku.

— Para w kryzysie nie musi znać kalendarza.

— Jesteśmy w kryzysie?

— Jeżeli chcesz.

— To brzmi jak zaproszenie.

Maks zerknął na nią.

— Ty masz studiować ludzi. Ja sprawdzam miejsca.

— Czyli klasyczny podział. Ty beton, ja emocje.

— Ty rozmawiasz za dużo.

— A ty za mało. Dlatego działamy razem.

Kilka kilometrów dalej Nina wyjęła telefon i otworzyła rezerwację.

— Skoro mamy być parą, ustalmy wersję.

— Jaką wersję?

— Taką samą. Recepcjonistka zapyta, od kiedy jesteśmy razem, a ty odpowiesz „długo”, ja „trzy lata” i będziemy wyglądać jak para z problemami jeszcze zanim zaczniemy udawać.

— To akurat mogłoby pomóc.

— Maks.

— Dobrze. Trzy lata.

— Mieszkamy razem?

Spojrzał na nią kątem oka.

— Praktycznie.

— Nie pytałam o praktykę.

— To po co pytasz?

Nina schowała telefon.

— Nie mieszkamy razem. Ja studiuję psychologię. Ty prowadzisz konsulting bezpieczeństwa. Przyjechaliśmy odpocząć po kiepskim miesiącu.

— Dlaczego kiepskim?

— Bo dużo pracujesz.

— Bardzo wiarygodne.

— I próbujesz decydować za dwoje.

— To już zaczyna brzmieć mniej jak przykrywka.

Nina uśmiechnęła się i odwróciła do szyby.

— Dlatego zapamiętasz.

Przez kilka minut jechali w ciszy. Góry rosły przed nimi, a niskie chmury zaczynały zasłaniać grzbiety. Nina pomyślała, że ich fałszywa wersja związku różni się od prawdziwej głównie tym, że trzeba ją było streścić w czterech zdaniach.

Pierwszy przystanek zrobili na stacji, na której karta Weroniki została użyta w dniu wymeldowania. Obiekt był niewielki, przy drodze wychodzącej z Karpacza w stronę gór. Dwa dystrybutory, sklep, myjnia i kilka miejsc parkingowych. Nic, co samo w sobie zapadało w pamięć.

Nina wysiadła pierwsza.

— Kawa? — zapytała.

— Przecież masz.

— To rekwizyt.

W sklepie pracowała kobieta po pięćdziesiątce. Nina kupiła wodę i gumy do żucia. Maks stanął przy regale z mapami. Nie spieszył się.

— Przepraszam — zaczęła Nina. — Mamy trochę głupie pytanie. Szukamy znajomej, która była tutaj w zeszłym tygodniu. Zostawiła coś w samochodzie i próbujemy ustalić, gdzie później pojechała.

Kobieta spojrzała na nią bez zainteresowania.

— Tutaj dziennie jest kilkaset osób.

— Jasne. Młoda, ciemne włosy, srebrny samochód.

Kasjerka tylko zerknęła na zdjęcie Weroniki, które pokazała jej Nina.

— Nie pamiętam.

Maks podszedł bliżej.

— Kto pracował w środę rano?

Kobieta spojrzała na niego uważniej.

— A pan kto?

Maks wyjął wizytówkę. Nie legitymację.

— Prywatne biuro detektywistyczne. Rodzina zgłosiła zaginięcie. Nie prosimy o żadne dane klientów. Chcemy tylko wiedzieć, czy ktoś mógł ją widzieć.

Ton kobiety zmienił się odrobinę.

— Rano była Basia. Ja przyszłam na drugą.

— Możemy z nią porozmawiać?

— Dzisiaj ma wolne.

Nina już chciała podziękować, kiedy kobieta ponownie spojrzała na zdjęcie.

— Zaraz. Ten samochód…

Maks nie poruszył się.

— Co z nim?

— Nie wiem, czy to ta sama dziewczyna. Ale srebrne audi stało tu długo przy myjni. Nie przy dystrybutorze.

— Kiedy?

— W zeszłym tygodniu. Chyba rano.

— Ktoś był w środku?

— Nie pamiętam. Zwróciłam uwagę, bo stało bez sensu. Później już go nie było.

Maks pokazał fotografię samochodu Weroniki przesłaną przez Rogowskiego. Kasjerka zmrużyła oczy.

— Podobne. Ale nie powiem panu, że to ten.

— I bardzo dobrze — powiedział Maks. — Nie chcę, żeby pani zgadywała.

Nina zauważyła, że kasjerka odrobinę się rozluźniła. Maks nie próbował wcisnąć jej własnej wersji wspomnienia. To było drobne, ale ważne. Ludzie chcieli pomagać i właśnie przez to potrafili po kilku pytaniach pamiętać rzeczy, których wcześniej nie pamiętali.

Kobieta jeszcze raz spojrzała na zdjęcie samochodu.

— Srebrnych audi jest pełno. Ale tamto stało długo. Może dlatego je kojarzę.

— To wystarczy — powiedział Maks. — Jeżeli przypomni sobie pani coś sama, proszę zadzwonić. Nawet jeśli wyda się nieważne.

— A co mam sobie przypomnieć?

— Niczego konkretnego. Kto był przy aucie, czy ktoś czekał, czy odjechało. Ale proszę tego teraz nie wymyślać.

Kasjerka spojrzała na niego z lekkim zdziwieniem, po czym skinęła głową.

Na zewnątrz Nina powiedziała cicho:

— Właśnie poprosiłeś świadka, żeby nam nie pomógł.

— Poprosiłem, żeby nie pomagał za bardzo.

— Psycholog społeczny byłby z ciebie niezły.

— Wolę kawę.

Nina obserwowała twarz kobiety.

— Czy ktoś mógł je stąd zabrać? Laweta?

— Nie pamiętam.

— A monitoring?

Kasjerka wskazała kamerę nad wejściem.

— Jest. Ale ja nie mam do niego dostępu.

— Jak długo przechowujecie nagrania?

— Nie wiem. Kierownik będzie po dwunastej.

Maks zostawił numer i nie naciskał. Na zewnątrz Nina oparła się o samochód.

— Czyli auto mogło tu zostać.

— Mogło.

— I ktoś mógł ją stąd zabrać.

— Mógł.

— Znowu „mógł”.

— Dopóki nie mamy nagrania, właśnie tak.

Nina popatrzyła na drogę. Kilkaset metrów dalej zaczynały się zabudowania, później droga wspinała się między drzewa.

— Jeżeli przyjechała tutaj swoim samochodem i zostawiła go przy myjni, to po co?

— Spotkanie. Przesiadka. Awaria. Ktoś ją odebrał. Możliwości jest dużo.

— Albo miała wrócić po niego później.

— Tak.

Maks sfotografował otoczenie stacji, skupiając się na wjeździe i drodze, a nie na ludziach.

— Jedziemy do hotelu.

Hotel wyglądał dokładnie tak, jak na stronie internetowej, tylko drożej. Dominowały szkło i ciemny kamień. W lobby pachniało cedrem. Za recepcją znajdowała się ściana z ciemnego kamienia, po której spływała cienka warstwa wody.

Nina znała ten rodzaj miejsca. Luksus, który nie miał krzyczeć ceną. Żadnych złotych kolumn, wielkich żyrandoli ani ludzi w liberii. Pieniądze były ukryte w ciszy, w miękkim domykaniu drzwi, w tym, że ktoś zabierał pustą filiżankę, zanim gość zdążył zauważyć, że ją zostawił.

— Zły hotel do szukania świadków — powiedziała cicho.

— Dlaczego?

— Bo dobrą obsługę szkoli się, żeby była dyskretna. Gość ma mieć wrażenie, że nikt go nie obserwuje.

Maks spojrzał na kamerę nad wejściem.

— System obserwuje za nich.

— System nie odpowiada na pytania.

— Człowiek, który ma do niego dostęp, już może.

Przeszli przez lobby. Nina widziała, że Maks liczy wejścia i wyjścia bez poruszania głową, sama zaś obserwowała gości. Przy kominku siedziała starsza para, a przy barze samotna młoda kobieta. Nikt nie zwracał na siebie uwagi.

Nina weszła pierwsza. Miała na sobie jasny płaszcz i duże okulary przeciwsłoneczne wsunięte we włosy. Maks pomyślał, że w przeciwieństwie do niego nie musi udawać kogoś, kto pasuje do takiego miejsca.

Recepcjonistka uśmiechnęła się zawodowo.

— Dzień dobry. Rezerwacja?

— Na nazwisko Nowak — odpowiedział Maks.

Nina spojrzała na niego dopiero wtedy. Nowak. Nie skomentowała.

Podczas meldowania Nina rozglądała się po lobby. Zauważyła kamerę przy wejściu i drugą skierowaną na recepcję. Drzwi do części SPA otwierały się kartą; restauracja i niewielki bar zajmowały przeciwne strony holu.

— Państwa pobyt obejmuje śniadanie oraz dostęp do strefy wellness — wyjaśniała recepcjonistka. — Jeżeli chcieliby państwo skorzystać z zabiegów, najlepiej zarezerwować je wcześniej. Wieczorem mamy też spotkanie dla gości podróżujących solo, ale oczywiście państwa to nie dotyczy.

Nina uśmiechnęła się.

— Jeszcze nie.

Maks odwrócił głowę, żeby recepcjonistka nie zobaczyła jego reakcji.

— Przepraszam? — zapytała kobieta.

— Żartuję.

Dostali pokój na trzecim piętrze. Kiedy drzwi windy się zamknęły, Maks spojrzał na Ninę.

— Jeszcze nie?

— Chciałam zobaczyć reakcję.

— I?

— Żadnej. Profesjonalistka.

— Albo słyszy gorsze rzeczy codziennie.

Nina oparła się plecami o lustro.

— Zauważyłeś spotkanie dla samotnych?

— Tak.

— Weronika zmieniła rezerwację na jedną osobę.

— Wiem.

— I miała „wieczór sensoryczny”.

— Też wiem.

— Czyli zaczynamy od tego.

— Najpierw pokój.

Nina uniosła brwi.

— Maks, jesteśmy w pracy.

— Chcę zostawić rzeczy.

— Oczywiście.

Pokój był duży, z balkonem wychodzącym na zbocze. Jedno szerokie łóżko zajmowało centralną część sypialni. Nina rzuciła torbę na fotel.

— Wybrałeś jedno łóżko specjalnie?

— System wybrał.

— System zna nas lepiej niż my sami.

Maks podszedł do okna. Z balkonu widział fragment parkingu.

— Samochód Weroniki stał podobno tutaj.

Nina podeszła obok.

— Skąd wiesz?

— Rogowski przesłał zdjęcie z hotelu. W tle widać oznaczenia miejsc.

Wyjął telefon i pokazał fotografię. Weronika zrobiła sobie selfie przy samochodzie pierwszego dnia pobytu. Za nią widniał numer sektora parkingowego.

— P4 — powiedziała Nina.

— Dokładnie.

Z ich balkonu sektor P4 był częściowo widoczny.

— Kamera?

— Przy wjeździe. Nie wiem, czy obejmuje miejsca.

Nina popatrzyła na niego.

— Recepcja nam nie pokaże monitoringu.

— Nie musi. Na razie chcę wiedzieć, czy Weronika wyjechała stąd swoim samochodem.

— A stacja sugeruje, że tak.

— Jeżeli to był jej samochód.

Nina usiadła na brzegu łóżka.

— Dobra. Co robimy?

Maks wyjął z torby mały notes.

— Ty idziesz do SPA.

— Sama?

— Tak.

— To jest ta część pracy, za którą dostaję wynagrodzenie?

— Jeżeli będziesz miała rachunek.

— Kocham tę firmę.

— Weronika korzystała z zabiegu ostatniego dnia. Personel SPA ma większą szansę ją pamiętać niż recepcja. Szczególnie jeżeli dużo mówiła.

— A ty?

— Parking, bar, obsługa techniczna.

Nina zdjęła płaszcz.

— Mamy udawać parę, a po pięciu minutach się rozdzielamy.

— Pary też się rozdzielają.

— Szczególnie w kryzysie.

— Sama to zaproponowałaś.

Nina wyjęła z torby kosmetyczkę.

— Jak długo mam być w SPA?

— Tak długo, jak potrzebujesz.

— To może być bardzo kosztowne śledztwo.

— Rogowski zapłaci.

— W takim razie będę dokładna.

Maks pokręcił głową.

Dwadzieścia minut później Nina zeszła na dół w hotelowym szlafroku. Włosy związała wysoko, telefon zostawiła w pokoju. Nie chciała wyglądać jak ktoś, kto przyszedł zadawać pytania.

Niewielki basen zajmował większość przestrzeni, a za przeszklonymi drzwiami zaczynała się część saun.

— Dzień dobry. Mam pytanie — powiedziała Nina. — Była tutaj ostatnio moja znajoma i strasznie zachwalała jeden z masaży. Tylko oczywiście nie pamiętam nazwy.

— Jak się nazywała? Może znajdziemy zabieg w systemie, jeżeli poda pani datę.

Nina uśmiechnęła się.

— Weronika Rogowska. Była w zeszłym tygodniu.

Kobieta przestała pisać.

Zmiana była niewielka. Palce zawisły nad klawiaturą może na sekundę.

Ale Nina ją zobaczyła.

— Zna ją pani? — zapytała.

— Nie możemy udzielać informacji o gościach.

— Jasne. Nie pytam o nic prywatnego. Chodzi tylko o nazwę masażu.

— Proszę zapytać znajomą.

Nina nie zmieniła tonu.

— Chętnie. Tylko nie mam z nią kontaktu.

Kobieta spojrzała na nią ponownie. Tym razem dłużej.

— Przepraszam, nie mogę pomóc.

Nina skinęła głową.

— Rozumiem. W takim razie poproszę coś relaksacyjnego. Najdłuższego, co macie.

Recepcjonistka odetchnęła niemal niezauważalnie.

— Mamy dziewięćdziesięciominutowy masaż całego ciała.

— Idealnie.

Kiedy kobieta zaczęła wprowadzać rezerwację, zza drzwi jednego z gabinetów wyszła starsza masażystka. Spojrzała na Ninę, potem na ekran recepcji.

— Rogowska? — zapytała.

Młoda kobieta natychmiast podniosła głowę.

— Aniu…

Masażystka zrozumiała, że powiedziała za dużo. Nina uśmiechnęła się spokojnie.

— Tak. Weronika. Znała ją pani?

Starsza kobieta zawahała się.

— Miałam z nią zabieg.

— Zapamiętała ją pani?

— Trudno było nie zapamiętać.

Nina nie pytała od razu dlaczego. Pozwoliła, żeby cisza zrobiła to za nią.

Masażystka poprawiła ręczniki trzymane na przedramieniu.

— Dużo mówiła.

— O czym?

— O sobie. O chłopaku. O tym, że wreszcie robi coś dla siebie.

Młoda recepcjonistka wstała.

— Nie powinniśmy rozmawiać o klientach.

— Nie pytam o zabieg ani o nic intymnego — powiedziała Nina. — Weronika zaginęła. Jej rodzina jej szuka.

Starsza kobieta pobladła.

— Zaginęła?

— Tak.

— Ale ona…

Urwała, a Nina czekała.

— Co?

Masażystka spojrzała na koleżankę, potem na Ninę.

— Ona miała się z kimś spotkać.

— Tutaj?

— Nie wiem. Powiedziała tylko, że może jednak zostanie dzień dłużej, bo poznała kogoś interesującego.

— Mężczyznę?

— Nie powiedziała.

— Kiedy to było?

— W dniu, kiedy się wymeldowała. Rano.

Nina poczuła, że wszystkie luźne elementy przesunęły się o kilka milimetrów bliżej siebie.

— Była zdenerwowana?

— Nie. Właśnie przeciwnie. Podekscytowana.

— Bała się?

— Nie wyglądała.

— Mówiła dokąd jedzie?

Masażystka pokręciła głową.

— Powiedziała coś jeszcze?

Kobieta zastanowiła się.

— Że czasem wystarczy przyjechać samemu, żeby zaczęły się dziać ciekawe rzeczy.

Nina podziękowała. Nie naciskała dalej.

Masażystka zaprosiła ją do gabinetu kilka minut później. W półmroku pachniało olejkiem cytrusowym. Nina położyła się na stole i przez pierwsze minuty próbowała naprawdę przestać analizować wszystko dookoła.

Nie potrafiła.

Zwróciła uwagę na półkę z ręcznikami, szafkę zamykaną bez klucza, mały głośnik, miskę z kamieniami. Zastanowiła się, czy Weronika leżała na tym samym stole i mówiła o chłopaku, ojcu, o tym, że wreszcie robi coś dla siebie. Tutaj człowiek mówił łatwiej. Leżał twarzą w dół, nie widział reakcji rozmówcy, cisza domagała się wypełnienia.

— Dużo osób opowiada pani swoje życie? — zapytała Nina.

Masażystka zaśmiała się cicho.

— Więcej niż fryzjerowi. Tutaj przynajmniej nie trzeba patrzeć sobie w oczy.

— Weronika też?

Dłonie na plecach Niny zatrzymały się na ułamek sekundy.

— Mówiłam już, co pamiętam.

— Wiem. Nie pytam o tajemnice. Próbuję tylko zrozumieć, w jakim była stanie.

Kobieta wróciła do masażu.

— Lekka. Tak bym powiedziała. Jak po decyzji, której jeszcze nikomu nie trzeba tłumaczyć.

— Decyzji o czym?

— Tego nie wiem.

Nina zamknęła oczy. Ze wszystkich informacji najdłużej zostało z nią jedno określenie: „lekka”.

Po chwili masażystka dodała:

— Powiedziała, że ludzie za bardzo komplikują rzeczy. Że czasami wystarczy przestać pytać innych o zgodę.

Nina nic nie odpowiedziała.

To mogło oznaczać wiele rzeczy, od wyjazdu po rozstanie z Kamilem. Z jednego zdania nie wolno było robić proroctwa tylko dlatego, że dziewczyna później zniknęła.

Przez resztę zabiegu Nina próbowała rozluźnić ramiona. Udało się dopiero pod koniec. Wyszła z gabinetu z informacją, której nie dało się wpisać do tabeli, ale która zmieniała sposób patrzenia na Weronikę: kiedy opuszczała hotelowy pokój tamtego dnia, mogła czuć się bardziej wolna niż kiedykolwiek wcześniej.

Kiedy wróciła do pokoju półtorej godziny później, Maks siedział przy stoliku z laptopem.

— Masz minę — powiedział.

— Jaką?

— Taką, z którą wracasz, kiedy coś znalazłaś.

Nina zdjęła szlafrok i rzuciła go na fotel. Pod spodem miała hotelowy strój kąpielowy i T-shirt.

— Weronika w dniu wyjazdu powiedziała masażystce, że poznała kogoś interesującego. Była podekscytowana. Rozważała zostanie dzień dłużej.

Maks zamknął laptop.

— Mężczyzna?

— Nie wiadomo.

— Nazwisko?

— Nie.

— Gdzie się mieli spotkać?

— Nie wiadomo.

— Czyli mamy…

— Nie mów „jeszcze nic”, bo wyrzucę cię z balkonu.

Maks oparł się wygodniej.

— Mamy potwierdzenie, że plan Weroniki zmienił się podczas pobytu. To dużo.

Nina usiadła naprzeciwko.

— A ty?

Maks odwrócił ekran laptopa.

Na zdjęciu z telefonu widać było boczny korytarz na parterze i drzwi oznaczone jako „zaplecze techniczne”. Obok znajdował się czytnik kart.

— Firma serwisowa przyjeżdżała tutaj regularnie, także po modernizacji. Recepcjonista pamięta wizyty mniej więcej raz w miesiącu.

— Był tutaj wtedy?

— Tego nie powiedział.

— Nie wie czy nie chce?

— Jeszcze nie wiem.

Maks przesunął kolejne zdjęcie.

— Ale znalazłem coś innego.

Na fotografii była niewielka tablica przy wejściu do sali konferencyjnej. Lista wydarzeń z tygodnia, w którym przebywała Weronika.

Nina przeczytała. Warsztaty oddechowe. Degustacja. Spotkanie dla gości solo. Wieczór sensoryczny. I jeszcze jedno wydarzenie.

„Closed Meeting — Lumen Agency”.

— Agencja? — zapytała Nina.

— Zamknięte spotkanie. Tego samego wieczoru, kiedy Weronika miała wieczór sensoryczny.

Nina nachyliła się nad ekranem.

— Lumen…

— Znasz?

— Nie. Ale nazwa brzmi jak sto innych agencji modelek.

Maks otworzył stronę znalezioną w wyszukiwarce.

Strona była pełna zdjęć młodych kobiet z eventów i kampanii reklamowych.

Nina czytała bez słowa.

Na dole strony widniało hasło:

„Nie czekaj, aż świat cię zauważy.”

Nina cofnęła się na krześle.

— Weronika chciała, żeby świat ją zauważył.

Maks spojrzał na nią.

— I ktoś właśnie prowadził tutaj casting.

Za oknem zaczęło padać. Krople uderzały o szybę, a góry po drugiej stronie doliny znikały w szarej mgle.

Nina jeszcze raz przeczytała nazwę agencji.

— Teraz już wiemy, od czego zaczniemy jutro.

Maks pokręcił głową.

— Nie jutro.

— Co?

— Spotkanie dla gości solo jest dzisiaj o dziewiętnastej.

Nina spojrzała na zegarek. Była siedemnasta czterdzieści.

— Przecież jesteśmy parą.

— W kryzysie.

Nina uśmiechnęła się powoli.

— Wreszcie zaczynasz rozumieć, jak działa przykrywka.

Rozdział 9. Para w hotelu

Wieczorne spotkanie dla samotnych gości odbywało się w części hotelu, która w ciągu dnia wyglądała jak zwyczajny salon wypoczynkowy. Teraz przygaszono światło, odsunięto dwa fotele i ustawiono kilka niskich stolików. Na jednym stały kieliszki, butelki wina i karafki z wodą. Z głośników płynęła muzyka tak dyskretna, że bardziej wypełniała ciszę, niż ją przerywała.

Nina zatrzymała się przed wejściem.

— Jesteśmy parą — powiedziała.

— Wiem.

— A to jest spotkanie dla samotnych.

— Dlatego idziesz sama.

Spojrzała na Maksa.

— A ty?

— Będę samotny gdzie indziej.

— Brzmi podejrzanie.

— Taki zawód.

Maks poprawił mankiet koszuli. Pasował do gości hotelu: wspólne śniadanie, SPA, krótki spacer, późny obiad. Od przyjazdu utrzymywali rolę pary przyjeżdżającej odpocząć. Pytania o Weronikę pojawiały się pojedynczo, w zwykłych rozmowach, a resztę dopowiadali ludzie.

Nina poprawiła włosy.

— Jak mam wytłumaczyć, że mój partner siedzi piętro wyżej?

— Pokłóciliśmy się.

— O co?

— Wymyśl coś wiarygodnego.

— Że jesteś uparty.

— Nikt nie uwierzy.

— Że kontrolujesz wszystko.

— To już bardziej.

Uśmiechnęła się.

— Jeżeli za godzinę nie wrócę, nie wpadaj tutaj z odznaką.

— Nie mam odznaki.

— Tym bardziej.

Weszła.

Maks poczekał, aż drzwi się zamkną, i ruszył w przeciwną stronę.

Nina weszła w rolę, zanim zrobiła trzy kroki. Zwolniła, pozwoliła sobie obejrzeć salę bez pośpiechu i przestała układać pytania. Ludzie szybciej wyczuwali zainteresowanie niż kłamstwo. Jeżeli chciała czegoś dowiedzieć się o Weronice, najpierw musiała być kobietą, która przyszła tu dla siebie.

Wzięła wodę z cytryną i stanęła przy stoliku tak, żeby nie wyglądać ani na samotną, ani na kogoś, kto desperacko szuka towarzystwa. Szybko zauważyła, że część osób znała się wcześniej, a jedna z kobiet częściej obserwowała wejście niż rozmówców.

W Dubaju nauczyła się, że najciekawsze rozmowy rzadko zaczynają się od pytań. Zaczynają się od tego, że przez chwilę jest się obok.

Nina naliczyła jedenaście osób: sześć kobiet i pięciu mężczyzn w wieku od mniej więcej trzydziestu do sześćdziesięciu lat. Niektórzy naprawdę wyglądali na ludzi, którzy przyjechali sami i chcieli z kimś porozmawiać. Inni zachowywali się zbyt swobodnie jak na pierwsze spotkanie.

Przy wejściu stała kobieta około czterdziestki w czarnej sukience. Nie miała identyfikatora hotelowego.

— Pierwszy raz? — zapytała.

— Aż tak widać?

— Jeszcze patrzysz na wszystkich, zamiast udawać, że nikogo nie obserwujesz.

Nina roześmiała się.

— Nina.

— Laura.

Uścisnęły dłonie.

Laura miała jasne włosy przycięte do ramion i spokojny sposób patrzenia. Nie była najgłośniejszą osobą w pomieszczeniu, a mimo to kilka osób przywitało ją po imieniu.

— Przyjechałaś sama? — zapytała.

— Teraz tak.

— To znaczy?

— Przyjechałam z facetem.

Laura uniosła kieliszek.

— Czyli jednak spotkanie działa szybciej, niż myślałam.

— Pokłóciliśmy się.

— To też się liczy jako samotność. Tylko krótkoterminowa.

Nina wzięła wodę zamiast wina.

— Bywasz tu często?

— Kilka razy w roku. Hotel jest dobry, SPA przyzwoite, a poza sezonem człowiek nie musi walczyć o leżak z rodziną z trójką dzieci.

— Martwy sezon.

— Najlepszy. Obsługa ma czas, ceny spadają, a ludzie, którzy przyjeżdżają, zwykle wiedzą po co.

Ostatnie zdanie zabrzmiało odrobinę inaczej.

— Po co? — zapytała Nina.

Laura spojrzała na nią z uśmiechem.

— Ty mi powiedz. Pokłóciłaś się z facetem i zamiast siedzieć w pokoju przyszłaś na spotkanie dla samotnych.

— Może chcę sprawdzić, czy nadal potrafię zwrócić na siebie uwagę.

— Potrafisz.

Laura powiedziała to bez flirtu, jak stwierdzenie faktu.

Dołączył do nich mężczyzna w granatowej marynarce. Laura przedstawiła go jako Marka. Rozmowa przez kilka minut krążyła wokół restauracji, nart i pogody. Nina nie próbowała jej kierować. Zauważyła natomiast, że Laura znała obsługę. Kelner bez pytania podał jej konkretną wodę. Kobieta przy wejściu skinęła do niej, kiedy w salonie pojawiła się nowa para.

Wtedy zauważyła parę.

— Myślałam, że to dla samotnych.

Laura wzruszyła ramionami.

— Oficjalnie.

— A nieoficjalnie?

— Hotel nie sprawdza aktów małżeństwa.

Marek zaśmiał się.

— Laura zna wszystkie nieoficjalne regulaminy.

— Bo oficjalne są nudne.

Nina spojrzała na kobietę.

— Są jeszcze jakieś?

Laura napiła się wina.

— Zależy, czego szukasz.

— Na razie ciszy.

— To źle trafiłaś.

Marek odszedł do znajomych. Laura poczekała, aż znajdzie się poza zasięgiem normalnej rozmowy.

— Jeżeli naprawdę pokłóciłaś się z facetem, nie rób dziś niczego tylko po to, żeby mu coś udowodnić.

Nina uniosła brwi.

— Brzmi jak doświadczenie.

— Brzmi jak obserwacja.

Nina przez chwilę ważyła odpowiedź. Laura mówiła lekko, ale patrzyła uważnie. Była pierwszą osobą w hotelu, która nie zachowywała się jak pracownik, świadek ani przypadkowy gość. Sama wybierała, ile chce pokazać.

— Zazdrość bywa użyteczna — powiedziała Nina. — Człowiek dowiaduje się, co naprawdę uważa za swoje.

Laura spojrzała na nią z większym zainteresowaniem.

— A ty uważasz tego faceta za swojego?

— Nie.

— Szybka odpowiedź.

— Jest ze mną. To nie to samo.

Laura uniosła kieliszek.

— Dobra różnica.

Nina poczuła, że właśnie zdała jakiś mały egzamin, choć nie wiedziała, kto go ułożył. Ta rozmowa mogła zostać przy winie i hotelowych zdradach. Mogła też otworzyć coś więcej. Nie próbowała przyspieszać.

— Zdarza się tutaj?

— Wszędzie się zdarza.

— Kobieta przyjeżdża z facetem, kłócą się, ona poznaje kogoś…

— I rano oboje mają większy problem niż wieczorem.

Nina zakręciła szklanką.

— Była tu ostatnio dziewczyna, która właśnie tak zrobiła.

Laura spojrzała na nią.

— Dużo tu dziewczyn.

— Ciemne włosy. Młoda. Bardzo ładna. Przyjechała sama, chociaż rezerwację miała wcześniej na dwie osoby.

Twarz Laury nie zmieniła się gwałtownie. Zniknął tylko lekki uśmiech.

— Znasz ją?

Nina wyjęła telefon i pokazała zdjęcie Weroniki.

— Szukam jej.

— Jesteś z policji?

— Nie.

— Detektyw?

— Współpracuję z detektywem.

— Tym, z którym się pokłóciłaś?

— Nie pokłóciliśmy się.

Laura parsknęła śmiechem.

— Wiedziałam.

— Aż tak źle gram?

— Za mało jesteś wściekła.

Nina schowała telefon.

— Pamiętasz ją?

Laura przez chwilę obserwowała ludzi w salonie.

— Pamiętam.

— Rozmawiałyście?

— Trochę.

— O czym?

— O tym miejscu. O ludziach. Pytała, czy zawsze jest tak spokojnie.

— I?

— Powiedziałam, że zależy, gdzie się trafi.

Nina czekała.

Laura westchnęła.

— Weronika szybko się nudziła. To było widać po pięciu minutach. Normalne SPA, kolacja i spacer po górach nie były tym, po co przyjechała.

— Po co przyjechała?

— Może sama jeszcze nie wiedziała.

— Kogo poznała?

Laura popatrzyła na nią dłużej.

— Dlaczego jej szukacie?

— Rodzina nie ma z nią kontaktu.

— Ile ma lat?

— Dwadzieścia.

— Czyli może nie chcieć mieć kontaktu z rodziną.

— Może. Jeżeli tak jest, chcemy tylko to ustalić.

— I zostawicie ją w spokoju?

— Jeżeli jest bezpieczna i sama tego chce — tak.

Laura przyjęła odpowiedź.

— Było tu wtedy spotkanie. Nie to. Prywatne.

— Lumen?

Tym razem Laura naprawdę się zdziwiła.

— Już wiesz.

— Wiem nazwę.

— To legalna agencja.

— Nie powiedziałam, że nie.

— Hostessy, modelki, eventy. Czasami szukają nowych twarzy. Weronika pasowała.

— Kto z nią rozmawiał?

— Dziewczyna z agencji. Później jakiś mężczyzna.

— Nazwisko?

— Nie znam.

— Jak wyglądał?

Laura zmrużyła oczy.

— Czterdzieści kilka lat. Może pięćdziesiąt. Dobrze ubrany. Niemiecki akcent albo po prostu długo mieszkał za granicą.

Nina poczuła pierwsze przyspieszenie.

— Rozpoznałaby go pani na zdjęciu?

— Prawdopodobnie.

— Weronika wyszła z nim?

— Nie tamtego wieczoru.

— A później?

— Następnego dnia widziałam ją przy recepcji. Była zadowolona. Powiedziała, że może pojedzie na zdjęcia.

— Gdzie?

— Berlin chyba. Albo najpierw Wrocław. Nie pamiętam.

Nina nie naciskała od razu.

— Sama?

— Z tego, co mówiła, z grupą.

— Mówiła o pieniądzach?

Laura uśmiechnęła się krzywo.

— Oczywiście. Młoda dziewczyna, agencja, wyjazd. Pytała, ile można zarobić.

— I ile?

— Więcej niż na kasie w markecie. Mniej niż w opowieściach ludzi, którzy chcą cię gdzieś wysłać.

— Brzmisz, jakbyś znała ten świat.

— Znam różne światy.

Nina nie pytała dalej.


W tym samym czasie Maks zszedł do recepcji i poprosił o listę firm obsługujących zamknięty event z tygodnia pobytu Weroniki. Nie dostał listy. Dostał za to nazwę firmy ochroniarskiej, bo recepcjonistka uznała ją za informację nieszkodliwą.

Borycki Security.

To wystarczyło.

Przy bocznym wejściu wisiała jeszcze mała tablica z logotypami podwykonawców hotelu. Lumen nie było wśród stałych firm, ale na archiwalnym wydruku wydarzeń widniało jako organizator jednego z zamkniętych spotkań. Ochronę zapewniała firma Boryckiego.

Maks zrobił zdjęcie tablicy i wrócił na górę.

Kiedy Nina weszła do pokoju, siedział przy stoliku z otwartym laptopem.

— Nie wyglądasz na samotnego — powiedziała.

— Ty nie wyglądasz na pokłóconą.

— Laura też tak stwierdziła.

— Laura?

Nina zdjęła buty.

— Mamy ją.

Usiadła naprzeciwko i opowiedziała rozmowę; Maks słuchał bez przerywania, a dopiero przy wzmiance o Berlinie uniósł głowę.

— Powiedziała Berlin?

— „Chyba Berlin”. Nie robiłabym z tego jeszcze biletu lotniczego.

— I grupa.

— Tak.

— To pasuje do Lumen.

— Pasuje. Ale jest coś jeszcze. Laura nie zachowuje się jak ktoś przypadkowy. Zna ludzi, eventy, zasady. I nie jest przestraszona.

— Czyli może nam powiedzieć więcej.

— Jeżeli uzna, że nie przyszliśmy ratować dorosłych kobiet przed ich własnymi decyzjami.

Maks zamknął laptop.

— Dobrze.

— Co ty masz?

Pokazał jej zdjęcie tablicy.

— Ochronę eventu robił Borycki.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 48.26