E-book
20.48
drukowana A5
58.11
MARS 2112 CZERWONY BLIŹNIAK

Bezpłatny fragment - MARS 2112 CZERWONY BLIŹNIAK


Objętość:
226 str.
ISBN:
978-83-8467-719-3
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 58.11

Mars miał być drugim domem ludzkości. Ale nikt nie przypuszczał, że stanie się lustrem.

Rok 2112. Na Czerwonej Planecie żyje już niemal sto tysięcy ludzi. Kolonie rozrastają się z każdym rokiem, a Mars przestaje być niebezpieczną granicą cywilizacji. Wszystko działa. Wszystko jest pod kontrolą.

Do chwili, gdy umiera człowiek, który nie powinien istnieć.

Komisarz bezpieczeństwa Lena Cross zostaje wezwana do pozornie rutynowego śledztwa. W tunelu transportowym znaleziono ciało doktora Michaela Reyesa. Problem polega na tym, że Reyes zginął trzy lata wcześniej. Jego szczątki odnaleziono, zidentyfikowano i pochowano na Ziemi.

Analiza DNA nie pozostawia wątpliwości.

To ten sam człowiek.

Nie klon.

Nie sobowtór.

Nie oszust.

Ten sam.

Coś nauczyło się ich kopiować.

„CZERWONY BLIŹNIAK” to inteligentny thriller science fiction łączący kosmiczną tajemnicę, psychologiczne napięcie i niepokojące pytania o naturę człowieczeństwa. To opowieść o świecie, w którym największym zagrożeniem nie jest obca inteligencja.

Największym zagrożeniem jest możliwość, że obcy potrafią być nami lepiej niż my sami.

Jeżeli istnieje twój idealny bliźniak…

to skąd masz pewność, że to właśnie ty jesteś oryginałem?

Rok 2112. Ares Prime

Mars nie pachniał już wyłącznie metalem, filtrowanym powietrzem i laboratoryjną sterylnością. To było może największe zaskoczenie dla tych, którzy przylatywali tu po raz pierwszy. W oficjalnych materiałach promocyjnych kolonii pokazywano rozległe moduły mieszkalne, ogrody hydroponiczne, dzieci biegnące po miękkich korytarzach i ludzi pracujących z uśmiechem w czerwonym świetle świtu. Nikt jednak nie umiał dobrze oddać tego jednego, szczególnego wrażenia, które ogarniało człowieka po kilku dniach pobytu. Mars zaczynał mieć własną codzienność. A codzienność, wcześniej czy później, zawsze wypracowuje własny zapach, własny rytm i własne drobne irytacje.

W Kolonii Ares Prime poranek zaczynał się nie od śpiewu ptaków, bo ptaków nadal nie było, i nie od szumu drzew, bo drzewa wciąż rosły tylko w kontrolowanych sektorach biologicznych. Zaczynał się od miękkiego rozjaśnienia paneli sufitowych, od lekkiego drżenia pomp ciśnieniowych, od odległego turkotu transportu towarowego w niższych tunelach. Ludzie uczyli się traktować te dźwięki jak dawniej deszcz za oknem albo odgłos pierwszego autobusu na ulicy.

Lena Cross budziła się zwykle kilka minut przed alarmem. Miała ten rodzaj snu, który nigdy nie bywał głęboki, bo lata pracy w bezpieczeństwie kolonii nauczyły jej organizm dziwnej czujności. Nawet w mieszkaniu służbowym, na dwudziestym poziomie mieszkalnym sektora północnego, pod przezroczystą kopułą z warstwowego kompozytu, nie potrafiła wyłączyć tej części siebie, która bezustannie liczyła zagrożenia. Spadek ciśnienia. Awaria systemu filtracji. Pożar elektryczny. Konflikt w porcie. Błąd nawigacyjny drona. Niewłaściwie zabezpieczony śluzowiec. Człowiek może przywyknąć do niemal wszystkiego, myślała często Lena, ale nie do odpowiedzialności za tysiące istnień. Z nią się nie zasypia. Z nią się tylko układa na chwilę rozejm.

Usiadła na brzegu łóżka i przez moment patrzyła na panoramiczny panel ścienny. Nie był to prawdziwy widok zewnętrzny, lecz obraz pobierany z kamer ulokowanych na szczycie kopuły, lekko korygowany, by wyrównać drgania i pył. Mimo to prezentował się uczciwie. Na horyzoncie leżały długie grzbiety ciemnoczerwonych wzgórz. W świetle poranka regolit przypominał sproszkowaną rdzę, rozsypaną ręką jakiegoś olbrzyma. Dalej połyskiwały maszty komunikacyjne i sylwetki paneli energetycznych, ustawionych w geometrycznych rzędach. Jeszcze dalej, niemal niewidoczny, rysował się cienki ślad unoszonego pyłu, tam, gdzie po powierzchni sunął poranny konwój serwisowy.

Ares Prime była największą z pięciu wielkich kolonii Marsa i, co za tym szło, najgłośniejszą, najbardziej ambitną i najbardziej skłonną uważać się za centrum świata. Jeśli zapytać mieszkańców Helios Junction, odpowiedzieliby z rozbawieniem, że Ares Prime to stolica biurokracji, plotek i przesadnego samozachwytu. Mieszkańcy Nowego Lowell twierdzili, że to miejsce, w którym każdy nosi zbyt czyste buty i zbyt duże ego. Ale prawda była taka, że wszystkie kolonie zazdrościły Ares Prime jednego: poczucia stabilności. Tutaj frontier naprawdę zaczynał się zmieniać w społeczeństwo.

Na Marsie żyło już prawie sto tysięcy ludzi. To nie był eksperyment. Nie była to stacja badawcza rozciągnięta ponad rozsądne granice. To nie była też heroiczna opowieść dla archiwów i podręczników. To było życie. Zwyczajne, uparte i czasem nudne. Rodzono tu dzieci, kłócono się o przydziały wody dla prywatnych ogrodów, organizowano wybory do rad dzielnic, składano wnioski o rozwód, otwierano małe piekarnie i zamawiano części do drukarek ceramicznych z takim samym zniecierpliwieniem, z jakim kiedyś zamawiało się nowy ekspres do kawy.

Lena wstała, przeciągnęła ramiona i podeszła do niewielkiej wnęki kuchennej. Ekspres wydał z siebie niski pomruk, po czym wypuścił strumień kawy tak cierpkiej, że według złośliwej opinii połowy kolonii nadawała się bardziej do czyszczenia przewodów niż do picia. Lena jednak piła ją codziennie i uważała to za oznakę charakteru.

Na ścianie migotał już poranny raport skrócony. Bezpieczeństwo infrastruktury: zielony. Port orbitalny: zielony. Magistrale energetyczne: zielony. Ruch międzysektorowy: zielony z jednym opóźnieniem technicznym. Sektor szkolny: zaplanowana ewakuacja próbna o trzynastej. Sektor rolny: drobne odchylenie wilgotności w module dziewiątym. Drobiazgi. Drobiazgi były dobre. Drobiazgi świadczyły o tym, że świat działa.

Założyła mundur komisarza bezpieczeństwa, który nie był efektowny. Mars szybko oduczał ludzi sentymentu do paradnych strojów. Mundur Leny był praktyczny: ciemny, lekko elastyczny, z tkanym znacznikiem urzędu na ramieniu, z kieszeniami tam, gdzie ręce odruchowo ich szukały, i z cienką warstwą termoizolacyjną pozwalającą przejść krótkie odcinki techniczne bez potrzeby zmiany odzieży. Do pasa przypięła terminal, identyfikator, moduł medyczny pierwszej odpowiedzi i wielofunkcyjne narzędzie, które częściej służyło jej do otwierania zaciętych paneli niż do czegokolwiek spektakularnego.

Stała przez chwilę nieruchomo, słuchając oddechu mieszkania. To też był marsjański zwyczaj: nauczyć się słuchać ścian. Kiedy mieszka się pod kopułą i ufa się życiu tysiącom ton materiału, zaworom, uszczelkom i algorytmom, wyrabia się dziwną czułość wobec technicznych odgłosów. Nie dlatego, że człowiek popada w obsesję. Raczej dlatego, że na Marsie technologia nigdy nie była niewidzialna. Była jak pogoda. Obecna zawsze, czasem łagodna, czasem wymagająca szacunku.

Gdy wyszła na korytarz, minęła sąsiadkę z trzeciego modułu, starszą botanik imieniem Yu Sen, która prowadziła przed sobą mały wózek z pojemnikami na sadzonki.

— Komisarz Cross, jeśli ktoś jeszcze raz ukradnie mi miejsce przy oknie w kantynie, złożę oficjalny protest dyplomatyczny.

Lena uniosła brew.

— Przeciwko komu?

— Przeciwko barbarzyńcom z administracji wodnej. Oni nie zasługują na poranne słońce.

Lena uśmiechnęła się krótko.

— Zanotuję to jako zagrożenie strategiczne.

Tak wyglądał Mars po dekadach kolonizacji. Ludzie żartowali o miejscach przy oknie, choć za tym oknem nie było jeziora ani ulicy, tylko kamień, pył i przepaść temperatur. I może właśnie dlatego te żarty brzmiały cieplej. Bo każda normalność na tej planecie była osiągnięciem.

Kiedy drzwi windy zamknęły się za Leną i kapsuła ruszyła ku poziomom administracyjnym, zobaczyła swoje odbicie w polerowanym panelu. Twarz spokojna. Oczy czujne. Krótkie włosy w nieładzie, którego nie dało się już zrzucić na pośpiech. Miała trzydzieści osiem lat i ten rodzaj obecności, który nie domaga się uwagi, a jednak ją przyciąga. W kolonii mówiono o niej różnie. Że jest rozsądna. Że jest nieprzyjemnie skuteczna. Że potrafi uspokoić tłum jednym zdaniem albo doprowadzić dyrektora sektora do jąkania samym milczeniem. Ona sama myślała o sobie prościej. Była kobietą, która pilnowała, żeby to wszystko się nie rozpadło.

I tego ranka nic jeszcze nie zapowiadało, że zwykła zmiana skończy się inaczej.

Biuro komisarza bezpieczeństwa nie przypominało centrum dowodzenia z dawnych filmów science fiction. Nie było półokrągłych ekranów, teatralnego półmroku ani operatorów z twarzami oświetlonymi dramatycznie migającymi alarmami. Było to jasne, funkcjonalne pomieszczenie z dużym stołem operacyjnym, ścianą danych, trzema stacjami analitycznymi i nieśmiertelnym automatem z napojami, który od miesięcy twierdził, że potrafi przyrządzać herbatę jaśminową, choć nikt nie zdołał tego potwierdzić empirycznie.

Lena lubiła to biuro właśnie za brak widowiskowości. Prawdziwe bezpieczeństwo rzadko wyglądało ekscytująco. Najczęściej polegało na tym, żeby ktoś na czas zauważył małą nieprawidłowość, zanim ta rozrośnie się do rangi nagłówka i katastrofy. To była praca dla ludzi cierpliwych, odpornych na nudę i nieco nieufnych wobec słowa rutyna. Rutyna była potrzebna, ale bywała też podstępną formą samozadowolenia.

Na miejscu czekał już jej zastępca, Arun Velasquez, wysoki, szczupły i wiecznie sprawiający wrażenie człowieka, który właśnie wrócił z biegu, choć w rzeczywistości poruszał się z matematyczną oszczędnością ruchów. Trzymał w ręku tablet i pił coś, co wyglądało jak sok pomidorowy, ale na Marsie mogło być równie dobrze białkową zawiesiną.

— Dzień dobry, szefowo. Mamy trzydzieści dwa zgłoszenia drobne, cztery umiarkowane i jedno absurdalne.

— W tej kolejności?

— Tak uznałem za pedagogicznie słuszne.

Lena zdjęła rękawiczki i odłożyła je na stół.

— Zaczynaj od absurdalnego. Rano trzeba ustawić właściwy poziom rozczarowania gatunkiem ludzkim.

Arun przesunął dane na centralny ekran.

— Obywatel Dorian Krell twierdzi, że robot konserwacyjny w sektorze mieszkalnym H-12 śledzi jego kota.

Lena milczała przez sekundę.

— Mamy kota?

— Oficjalnie nie. Nieoficjalnie mamy kota od sześciu miesięcy. Nazywa się Newton i należy do córki inżynierki z recyklingu atmosferycznego. Dokumentacja adopcyjna utknęła między wydziałem weterynaryjnym a bioasekuracją.

— A robot?

— Robot wykonuje standardowy objazd korytarza. Kot najwyraźniej uznał to za wyzwanie strategiczne i od tygodnia go prowokuje.

Lena parsknęła cicho.

— Zamknąć zgłoszenie jako konflikt międzygatunkowy niskiego ryzyka. Co dalej?

To był właśnie ten rodzaj humoru, który wyrastał w zamkniętych społecznościach, gdzie wszyscy wiedzieli o sobie za dużo i jednocześnie za mało. Na Marsie dramat i komedia często mieszkały drzwi w drzwi. Jednego dnia dyskutowano o aktualizacji protokołów ewakuacji, a następnego trzeba było rozstrzygnąć, czy prawo kolonialne obejmuje hałas powodowany przez nieautoryzowaną drukarkę instrumentów muzycznych po północy.

Lena przeszła przez raporty. Dwie sprzeczki transportowe. Jedna niezgodność w ewidencji narzędzi górniczych. Uszkodzony czujnik ciśnienia w szkole technicznej, już wymieniony. Zgłoszenie od rodziców z sektora rodzinnego, że symulacja alarmu pożarowego była zbyt realistyczna i przestraszyła dzieci. Zapis z monitoringu pokazujący, że przestraszyła również troje nauczycieli oraz jednego urzędnika, który próbował wyjść awaryjnym wyjściem z kubkiem zupy. Normalny dzień.

Ares Prime miała rozbudowany układ bezpieczeństwa, lecz Lena nie ufała wyłącznie systemom. Algorytmy były użyteczne. Człowiek jednak wciąż lepiej wyłapywał pewne detale: ton głosu, zawahanie, spojrzenie wymienione o ułamek sekundy za szybko. Szczególnie w miejscu, gdzie wszyscy żyli w ciągłej bliskości. Kolonia nie była miastem w ziemskim sensie. Była organizmem. Moduły mieszkalne, centra logistyczne, szpitale, szkoły, ogrody, laboratoria, strefy przemysłowe i tunele transportowe tworzyły jeden układ, ciasno spleciony, wzajemnie od siebie zależny. Kto pracował w bezpieczeństwie, musiał rozumieć ten organizm lepiej niż mapę.

O dziewiątej odbyła się krótka odprawa z kierownikami sektorów. Na ścianie pojawiły się twarze z innych części kolonii, a także dwa połączenia zewnętrzne, bo Mars nauczył ludzi, że odległość jest pojęciem względnym, jeśli kable i satelity działają jak należy. Lena prowadziła spotkanie rzeczowo, bez zbędnej emfazy. Zapytała o stan śluz portowych, planowane prace przy południowej magistrali i spodziewany ruch pasażerski po przybyciu popołudniowego wahadłowca z orbity.

Połączenia między Ziemią a Marsem były już regularne, lecz nadal miały w sobie coś z rytuału. Każdy przylot oznaczał nie tylko dostawy i nowych ludzi. Oznaczał także przesunięcie nastroju. Ktoś wracał do domu po kontrakcie. Ktoś inny przyjeżdżał pierwszy raz, z bagażem wyobrażeń. Ktoś przywoził wiadomości, plotki, dokumenty, prezenty, rozstania, pojednania. Życie między planetami nie zlikwidowało dawnych ludzkich spraw. Tylko rozciągnęło je na miliony kilometrów.

Po odprawie Lena obeszła biuro, zatrzymując się przy poszczególnych stanowiskach. Miała zwyczaj pytać ludzi nie tylko o to, nad czym pracują, ale też czy jedli śniadanie, czy spali, czy ich dzieci przestały już budować z klocków kopie reaktorów fuzyjnych na środku salonu. Nie była sentymentalna. Po prostu wiedziała, że przemęczony analityk popełnia błędy, a błąd analityka na Marsie może kosztować więcej niż czyjś urażony profesjonalizm.

Przy stanowisku młodej operatorki monitoringu, Safii Imani, zatrzymała się dłużej. Safia miała talent do wyłapywania wzorców w ruchu publicznym i jednocześnie nawyk przepraszania za każde zdanie, nawet jeśli było bezbłędne.

— Komisarz, przepraszam, to pewnie nic, ale od wczoraj wieczorem w strefie handlowej ósmego pierścienia mamy trochę wyższy przepływ niż zwykle.

— Bez przepraszania. Wyższy jak bardzo?

— O dwanaście procent. Głównie między piekarnią, punktem nadawczym i sklepem z częściami osobistych filtrów.

Lena spojrzała na dane.

— Ktoś puścił plotkę o brakach w filtrach?

— Tak sądzimy. W sieci lokalnej krąży wpis, że nowa partia z Ziemi utknęła na orbicie i będzie racjonowanie.

— A prawda?

— Dostawa jest opóźniona o osiem godzin. Magazyny są pełne.

Lena westchnęła lekko.

— Wspaniale. Cywilizacja międzyplanetarna i nadal potrafi nas przestraszyć pogłoska o brakach papieru, tylko teraz zamiast papieru mamy filtry oddechowe. Opublikuj sprostowanie. Krótko, konkretnie, bez tonu, który brzmi jak kłamstwo urzędnika.

Takich spraw było dziesiątki. Niewielkie fale napięcia, które przewalały się przez kolonię każdego tygodnia i które należało rozbroić, zanim zamienią się w zbiorową nerwicę. Mars był bezpieczniejszy niż dawniej, lecz nadal nie wybaczał paniki. Na Ziemi ludzie mogli sobie pozwolić na większą ilość chaosu. Tutaj chaos trzeba było trzymać na krótkiej smyczy.

Lena wróciła do swojego gabinetu i na chwilę usiadła w ciszy. Lubiła ten moment między pierwszą falą zgłoszeń a południem, kiedy dzień zdawał się ustalać własny charakter. Można było wtedy odnieść wrażenie, że wszystko jest pod kontrolą. Doświadczenie uczyło jednak, że ten stan bywa złudzeniem równie przyjemnym, co krótkotrwałym.

Na razie jednak nic nie wskazywało na kłopoty. Ares Prime oddychała równo. Monitory świeciły spokojnie. Systemy pracowały. Ludzie się spieszyli, żartowali, spóźniali się, donosili na sąsiadów, planowali zakupy i wieczorne spotkania. To właśnie miała chronić Lena Cross: nie abstrakcyjne procedury, lecz delikatną, drogocenną zwyczajność życia na planecie, która wciąż pozostawała obca.

Po dziesiątej Lena wyszła z biura na obchód. W teorii nie musiała tego robić codziennie. Mogła dowodzić z centrum, analizować dane i interweniować tylko wtedy, gdy system sygnalizował problem. Jednak od początku kadencji powtarzała, że bezpieczeństwo nie rodzi się w ekranach, lecz w obecności. Ludzie muszą widzieć, że ktoś patrzy nie tylko na wykresy, ale i na nich samych. Że komisarz bezpieczeństwa umie przejść przez korytarz bez eskorty, zatrzymać się przy stoisku z owocami z hydroponiki, wysłuchać skargi o niesprawnej windzie i zapamiętać imię dziecka, które właśnie zgubiło szkolny identyfikator.

Ares Prime była zbudowana warstwowo i promieniście zarazem, jakby kilka filozofii urbanistycznych pokłóciło się ze sobą, a potem zawarło rozsądny kompromis. Centralny rdzeń administracyjno-techniczny otaczały pierścienie mieszkalne, handlowe i usługowe, połączone siecią korytarzy, śluz, wind i tuneli. Wyżej znajdowały się sektory z dostępem do kopuł widokowych i stref biologicznych. Niżej ciągnęły się zaplecza, magazyny, systemy uzdatniania, transport surowców i labirynty techniczne, bez których cała ta piękna kolonialna codzienność byłaby zaledwie drogim snem.

Lena szła wolno, nie dlatego, że się nie spieszyła, ale dlatego, że pośpiech odbierał jej część informacji. W strefie handlowej ósmego pierścienia pachniało pieczonym ciastem z mąki z alg i przyprawami, których uprawa na Marsie długo uchodziła za ekstrawagancję. Obecnie kolonia miała już własnych producentów bazylii, kolendry, mięty, a nawet niewielkie eksperymentalne plantacje szafranu. Kiedy ludzie zaczynają uprawiać przyprawy, pomyślała kiedyś Lena, to znaczy, że przestali walczyć tylko o przetrwanie. Zaczynają walczyć o smak.

Na skrzyżowaniu korytarzy Lena spotkała patrol dwuosobowy. Wymieniła z nimi kilka krótkich uwag o porannym ruchu i stanie śluz lokalnych. Potem skręciła ku sektorowi edukacyjnemu. Przechodziła obok przeszklonych sal, w których dzieci różnych roczników siedziały przy modułowych stołach. Na jednej ze ścian wisiała mapa Układu Słonecznego wykonana rękami uczniów. Słońce było zbyt duże, Saturn miał wyraźnie za dużo pierścieni, a Marsa oznaczono sercem i napisem: „Tu mieszkamy”.

Przed południem Lena skierowała się do portu wewnętrznego, który łączył Ares Prime z orbitalnym systemem przesiadkowym oraz z ruchem powierzchniowym między koloniami. Port był sercem o szczególnym rytmie. Tu najmocniej czuło się, że Mars nie jest już odciętym przyczółkiem, ale węzłem w większej sieci ludzkiego świata. Statki z orbity przywoziły ludzi i ładunki z Ziemi, z księżyców przemysłowych, z pasów przeładunkowych i z innych marsjańskich osad. Stąd odchodziły transporty surowców, modułów medycznych, nasion, części konstrukcyjnych, a czasem również trumny.

Port pachniał chłodnym metalem i smarem. Był szerszy niż inne sektory, z wysokimi sklepieniami i ciągami świateł prowadzącymi przyjezdnych ku strefom odpraw. Słychać było komunikaty, szum taśm logistycznych, stuk kół transportowych i charakterystyczny pogłos kroków na kompozytowej posadzce. Lena lubiła to miejsce z ostrożnością człowieka, który zna statystyki wypadków. Port bywał piękny, ale był też naturalnym skupiskiem napięcia. Gdzie są przyloty i odloty, tam są oczekiwania. A oczekiwania należą do najbardziej niestabilnych substancji we wszechświecie.

Po powrocie do centrum bezpieczeństwa Lena odebrała późny lunch, który składał się z ryżu hodowanego w sektorach wilgotnych, duszonych warzyw i czegoś, co według etykiety miało być filetem białkowym w sosie pieprzowym. Na Marsie nauczyła się nie zadawać nadmiernie dociekliwych pytań o pochodzenie filetów białkowych, jeśli smak pozostawał akceptowalny. Usiadła przy stole konferencyjnym z terminalem obok i przez chwilę jadła w milczeniu, przeglądając aktualizacje.

Dzień wciąż wyglądał dobrze. Zbyt dobrze, pomyślała bez szczególnego dramatyzmu. Mars nie potrzebował wielkich awarii, żeby przypomnieć ludziom o swojej naturze. Wystarczył źle skalibrowany zawór, przemęczony technik, mikropęknięcie niewidoczne w pierwszym odczycie, nieścisłość w transporcie substancji reaktywnych. Lena widziała już kariery, małżeństwa i całe plany urbanistyczne wykolejone przez rzeczy teoretycznie drobne.

Arun usiadł naprzeciwko z własną tacą.

— Dostałem odpowiedź od administracji mieszkalnej. Robot nie śledzi kota. Kot śledzi trasę robota z dokładnością do dziewięćdziesięciu dwóch procent.

— Ambitne zwierzę.

— Administracja pyta, czy uznać to za zachowanie adaptacyjne.

— Uznaj za typowe dla lokatorów kolonii. Niezależnie od liczby nóg.

Po chwili żartów wrócili do spraw poważniejszych. Arun wspomniał o serii drobnych zakłóceń w jednym z ciągów danych technicznych prowadzących do niższych poziomów transportowych. Nic alarmującego. Pakiety spóźniały się o ułamki sekund, kilka odczytów przyszło z błędnym znacznikiem czasu. System skorygował większość automatycznie.

Lena odłożyła widelec.

— Skąd dokładnie?

— Węzeł łączący pierścień logistyczny z tunelem południowo-wschodnim. Prawdopodobnie kwestia obciążenia albo brudny bufor. Zgłoszone do technicznych.

To nadal mogło znaczyć wszystko i nic. W ogromnej infrastrukturze kolonii takie fluktuacje zdarzały się regularnie. Dane podróżowały bez ustanku, a ich drobne poślizgi nie musiały oznaczać niczego złego. A jednak coś w tonie Aruna, może samo zestawienie miejsca i czasu, poruszyło w Lenie ten cichy mechanizm czujności, którego nie umiała wyłączyć.

— Chcę pełen log z ostatnich dwunastu godzin — powiedziała. — I porównanie z ruchem fizycznym w tamtym korytarzu. Tylko nie rób z tego alarmu. Na razie patrzymy.

— Jasne.

Po lunchu odbyła jeszcze dwa spotkania. Jedno z przedstawicielem rady mieszkańców w sprawie nowych procedur identyfikacyjnych dla prywatnych dronów dostawczych. Drugie z lekarzem naczelnym, który prosił o zwiększenie obecności patroli przy nocnym wejściu do kliniki, bo od kilku tygodni przychodzili tam krewni pacjentów w stanie wysokiego napięcia. Żadnych wielkich kryzysów, tylko zbiór drobnych korekt, z jakich składało się dojrzałe społeczeństwo.

Między spotkaniami Lena zajrzała do archiwalnych statystyk. Otworzyła mapę tuneli transportowych. Na ekranie rozpostarła się sieć jasnych linii biegnących pod kolonią i dalej ku zewnętrznym stacjom powierzchniowym. Tunele były tętnicami miasta. Przewoziły ludzi, towary, części, odpady, wodę procesową, narzędzia, czasem sekrety. Większość mieszkańców rzadko o nich myślała, chyba że akurat ich kapsuła się spóźniała. Dla Leny tunele zawsze pozostawały miejscem szczególnej uwagi. Były zbyt ważne, zbyt rozległe i zbyt łatwe do przeoczenia przez tych, którzy mieszkali wyżej, bliżej światła kopuł i zieleni ogrodów.

Przypomniała sobie własny pierwszy miesiąc na Marsie, wiele lat wcześniej, kiedy jeszcze nie była komisarzem, tylko młodą oficer śledczą przydzieloną do wspólnego zespołu bezpieczeństwa. Wtedy tunel transportowy wydawał jej się cudem inżynierii i jednocześnie miejscem niepokojącym. Długie, zamknięte arterie biegnące przez skałę, gdzie dźwięk pracujących systemów odbijał się jak oddech wielkiego zwierzęcia. Tam szczególnie silnie czuło się, że człowiek nie mieszka tu naprawdę, tylko wynegocjował z planetą bardzo skomplikowaną umowę najmu.

Terminal zamigotał nowym powiadomieniem. Safia przesłała sprostowanie o filtrach. Ruch w strefie handlowej wracał do normy. Dobra wiadomość. Zaraz potem przyszła odpowiedź z technicznych: zakłócenia danych w węźle południowo-wschodnim prawdopodobnie wynikają z przeciążenia po aktualizacji map ruchu. Inspekcja zaplanowana na późne popołudnie. Standardowa formuła, rozsądna i uspokajająca.

Lena jednak nie zamknęła sprawy w myślach. Zbyt często widziała, jak rzeczy opisywane jako prawdopodobnie domagają się później długich raportów i niewygodnych pytań. Nie chodziło o paranoję. Chodziło o pamięć. Pamiętała pożar magazynu sprzed siedmiu lat, który też zaczął się od niegroźnej anomalii termicznej. Pamiętała śmierć trzech techników w awarii śluzy, poprzedzonej tygodniem ignorowanych mikroodchyleń. Pamiętała, że systemy często krzyczą za późno, a ludzie zbyt wcześnie się uspokajają.

Wstała od biurka i podeszła do szerokiego okna wychodzącego na wewnętrzny dziedziniec administracyjny. Pod przeźroczystym sklepieniem przesuwali się ludzie. Ktoś niósł wiązkę rur. Ktoś ciągnął dziecko za rękę. Ktoś stał przy automacie i wyglądał na człowieka, który właśnie zrozumiał, że jego dzień będzie dłuższy, niż zakładał. Wszystko zwykłe. Wszystko pozornie bezpieczne.

W pomieszczeniu było cicho. Tylko wentylacja, odległe kroki, miękki szmer terminali. Spokojne tło codzienności. Lena nabrała oddechu i sięgnęła po kubek z zimną kawą.

Wtedy zawibrował jej komunikator.

Nie był to alarm ogólny. Nie zawyły syreny, nie przygasły światła, nie rozległ się komunikat o ewakuacji. Właśnie dlatego Lena zareagowała natychmiast. Ludzie z jej działu rzadko używali bezpośredniego kanału priorytetowego bez wyraźnej potrzeby. Kiedy komunikator zadrżał drugi raz, już miała go w dłoni.

Na ekranie pojawił się identyfikator operacyjny z niższego poziomu logistyki. Połączenie głosowe, szyfrowane, oznaczone jako pilne. Nie czerwone. Jeszcze nie. Ale o ton bardziej napięte niż zwykła prośba.

— Cross — odezwała się krótko.

Przez ułamek sekundy odpowiedziała jej tylko warstwa szumu. Potem usłyszała głos dyżurnego nadzoru transportowego, zbyt opanowany, by było to naturalne.

— Komisarz, potrzebujemy pani na miejscu. Natychmiast.

Lena wstała tak szybko, że krzesło odsunęło się z cichym zgrzytem.

— Gdzie dokładnie?

— Tunel transportowy południowo-wschodni. Odcinek trzeciego węzła serwisowego.

Jej spojrzenie odruchowo powędrowało ku mapie na ekranie, jakby sama geometria kolonii mogła podpowiedzieć coś więcej.

— Co się stało?

Tym razem pauza była odrobinę dłuższa.

— Proszę przyjść osobiście, komisarz.

To wystarczyło. W takich sytuacjach ton mówił więcej niż raport. Nie było paniki. Nie było chaosu. Ale było coś gorszego dla doświadczonego funkcjonariusza: kontrola napięta do granic, za którą kryło się coś niepasującego do procedur.

Arun poderwał głowę znad stanowiska, kiedy Lena chwytała kurtkę operacyjną.

— Co mamy?

— Wezwanie do tunelu południowo-wschodniego. Trzeci węzeł serwisowy. Jadę na miejsce.

— Jaki kod?

— Nie podali. A to mi się nie podoba.

Arun już wstawał.

— Biorę zespół?

— Tak. Dwóch ludzi, medyk w gotowości, pełny zapis z kamer i logów na mój kanał. I Arun…

— Tak?

— Bez rozgłosu. Na razie.

Skinął głową bez pytań. Właśnie za to go ceniła. Za umiejętność rozpoznawania chwil, w których ciekawość musi ustąpić szybkości.

Lena ruszyła do drzwi. Korytarz za nimi wydawał się taki sam jak kilka sekund wcześniej. Ludzie pracowali, rozmawiali, nieśli dokumenty i pojemniki, śmiali się przy automacie z napojami. A jednak coś już się przesunęło. Wewnętrzny ciężar dnia zmienił położenie. To było niemal fizyczne odczucie, jak pierwszy podmuch przed burzą, której jeszcze nie widać.

Szła szybko ku windzie technicznej prowadzącej na niższe poziomy. W głowie układała listę możliwości. Awaria infrastruktury. Wypadek. Sabotaż. Nieautoryzowana obecność. Błąd systemu. Zdarzenie medyczne. Każda opcja miała własny zestaw procedur, ale wszystkie zaczynały się od tego samego: zobaczyć na własne oczy.

Kiedy drzwi windy zamknęły się przed nią i kapsuła ruszyła w dół, Lena Cross po raz ostatni tego dnia miała jeszcze złudzenie, że wie, dokąd jedzie.

Człowiek, który umarł dwa razy

Lena dotarła na miejsce wezwania szybkim, równym krokiem, który zdradzał pośpiech tylko tym, którzy znali ją naprawdę. Korytarz prowadzący do śluzy numer siedemnaście był już odcięty. Czerwone znaczniki awaryjne pulsowały na ścianach miękkim, niemal sennym światłem, a jednak w tej senności było coś złowieszczego. Marsjańska kolonia miała swoje odgłosy. Cichy szum filtrów. Daleki stuk pomp ciśnieniowych. Dyskretny przepływ energii przez przewody. Dla większości mieszkańców był to po prostu dźwięk tła. Dla Leny był to puls żywego organizmu. Kiedy ten puls się zmieniał, wiedziała, że coś jest nie tak.

Tu wszystko było nie tak.

Obok Aruna zaraz stanęła też Safia Imani. Milcząca, skupiona, z tabletem wsuniętym pod ramię jak tarcza. Jej oczy, zwykle chłodne i precyzyjne, teraz co chwilę wracały w jedno miejsce. Na ciało.

Lena zatrzymała się pół kroku przed strefą oznaczoną przez techników. Nie pytała od razu. Najpierw spojrzała.

Mężczyzna leżał na metalowej kratownicy podłogi, częściowo przykryty termiczną płachtą ratunkową, która niczego już nie ratowała. Twarz była odsłonięta. Skóra miała ten szczególny odcień, jaki pozostawia nagła dekompresja. Nie szarość śmierci, lecz bladość brutalnego odebrania świata. Usta pozostawały lekko rozchylone, jakby ostatni oddech zdążył zamienić się w pytanie, ale nie w odpowiedź. Na skroni połyskiwały mikrokryształki zamarzniętej wilgoci.

Lena przyjrzała się uważnie twarzy. I poczuła, jak coś lodowatego przesuwa jej się wzdłuż kręgosłupa.

Znała tę twarz. Nie osobiście, nie na tyle, by pamiętać ton śmiechu czy sposób trzymania kubka z kawą. Znała ją z raportów, archiwów, z procedur zamknięcia sprawy. Z akt opatrzonych pieczęcią oficjalności. Z fotografii wykonanych pośmiertnie i z ujęć sprzed ekspedycji. Doktor Michael Reyes. Geolog. Specjalista od formacji wulkanicznych i osadów podpowierzchniowych. Człowiek, który trzy lata wcześniej zginął podczas ekspedycji badawczej w rejonie Olympus Mons.

Oficjalnie zginął. Oficjalnie jego szczątki odnaleziono. Oficjalnie przeprowadzono identyfikację genetyczną. Oficjalnie pochowano go na Ziemi. A nieoficjalnie leżał teraz przed nią, martwy po raz drugi, do tego młodszy o kilka lat.

— Powiedz mi, że jestem niewyspana — odezwała się Lena cicho.

Arun wydął policzki, jakby przez sekundę rozważał kłamstwo z litości.

— Gdybym powiedział, nic by to nie zmieniło.

— To on?

Safia odpowiedziała od razu, jak ktoś, kto już trzy razy sprawdził dane i wciąż ma nadzieję, że za czwartym wyjdzie coś innego.

— Wstępne rozpoznanie twarzy daje dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek osiem. Skan siatkówki niepełny z powodu uszkodzeń, ale zgodny. Implant medyczny przy obojczyku ma numer przypisany doktorowi Reyesowi. Krew też się zgadza.

— Za dobrze się zgadza — mruknął Arun.

Lena przykucnęła przy ciele. Nie dotykała go od razu. Przyjrzała się dłoniom. Paznokcie czyste, krótko obcięte. Na opuszkach drobne stwardnienia, jak u człowieka, który pracował fizycznie częściej, niż wynikałoby z opisu stanowiska. Potem spojrzała na twarz jeszcze raz. Nie było w niej śladów starzenia, które powinny istnieć. Trzy lata na Marsie, trzy lata w stresie, trzy lata pod czerwonym niebem zostawiają ślady nawet na najbardziej zdyscyplinowanej skórze. Tutaj ich nie było. To była twarz człowieka zatrzymanego w czasie albo wyjętego z niego na siłę.

— Kto go znalazł?

— Dwie osoby z sekcji logistycznej — odparł Arun. — Śluza przeszła w tryb awaryjny. Kiedy dotarli, było już po wszystkim. Zabezpieczyli miejsce i wezwali nas. Według odczytów zginął jakieś sześć, może siedem minut przed przybyciem pierwszego patrolu.

— Kamery?

Safia skrzywiła się lekko. To był u niej odpowiednik przekleństwa.

— Tym właśnie będziesz zachwycona. Osiem minut luki. Nie całkowita ciemność. Raczej nakładające się pętle diagnostyczne. Ktoś podmienił obraz na systemowy szum. Ładnie, czysto, bez paniki. Ktoś, kto znał architekturę monitoringu albo miał dostęp wyżej niż powinien.

Lena uniosła głowę.

— Czyli nie wypadek.

Wstała i rozejrzała się po śluzie. Wewnętrzny panel sterujący był otwarty. Nie wyłamany. Otwarty. Ktoś pracował przy nim z precyzją, nie z siłą. Na jednej z poręczy widać było ślad ręki przeciągniętej przez cienką warstwę pyłu. Marsjański pył był wszędzie. Wchodził do butów, do uszczelek, do przekleństw. Tutaj wyglądał jak podpis zostawiony przez kogoś zbyt pewnego siebie.

— Zespół kryminalny?

— W drodze — powiedziała Safia. — Ale zanim przyjdą, musisz to zobaczyć.

Podała Lenie tablet. Na ekranie widniał profil personalny Michaela Reyesa. Zdjęcie. Wiek w chwili śmierci. Numer identyfikacyjny. Status: zmarły. Archiwum zamknięte. Pod spodem otwarte zostało nowe okno z bieżącego skanu medycznego ciała. Parametry biologiczne wskazywały wiek młodszy niż w chwili rzekomego zgonu sprzed trzech lat. Gęstość tkanek. Stan mięśni. Mineralizacja kości. Wszystko mówiło jedno.

Ten człowiek nie przeżył trzech ostatnich lat tak, jak powinien je przeżyć człowiek żyjący publicznie na Marsie.

Albo nie przeżył ich tutaj.

— To niemożliwe — powiedziała Lena.

— Tak — odparła Safia spokojnie. — A jednak bardzo nieuprzejmie leży na podłodze i się z tobą nie zgadza.

Lena oddała tablet. Przez krótką chwilę w śluzie panowała cisza, która nie była ciszą techniczną, tylko ludzką. Taką, która pojawia się wtedy, gdy rozsądek cofa się o krok i mówi: teraz wy radźcie sobie sami.

— Zabezpieczyć pełne archiwum Reyesa — powiedziała w końcu. — Wszystko. Raport z ekspedycji. Identyfikację szczątków. Łańcuch transportu do Ziemi. Kontakty. Wiadomości. Dostępy do laboratoriów. Każdy zapis medyczny z ostatnich pięciu lat.

— Już to robię — odpowiedziała Safia.

— Arun, chcę listę wszystkich, którzy wiedzieli, że śluza siedemnaście miała dziś niestandardowe obciążenie ruchem. Jeśli ktoś go tu przyprowadził, nie zrobił tego losowo.

— Jasne.

Lena spojrzała raz jeszcze na martwego geologa. Było w tym spojrzeniu coś więcej niż zawodowa uwaga. Nie współczucie. Jeszcze nie. Bardziej niechęć do zagadki, która od pierwszej sekundy pachniała czymś większym niż pojedyncza śmierć.

— Michael Reyes — powiedziała cicho, jakby testowała ciężar tego nazwiska w powietrzu. — Jeśli to naprawdę ty, to przez trzy lata ktoś bardzo się starał, żeby świat o tobie zapomniał. A teraz ktoś równie mocno się postarał, żebyś znowu umarł.

Światła śluzy mignęły raz, wracając do stałego poziomu. Jak mrugnięcie. Jak odruch. Jakby sama kolonia nie była pewna, co właśnie zobaczyła.

Godzinę później Lena siedziała w sali analitycznej bezpieczeństwa, gdzie powietrze miało zawsze ten sam chłodny smak recyklingu i długich nocy. Na ścianie przed nią rozpięto wielowarstwowy profil doktora Michaela Reyesa. Setki danych. Daty. Trasy. Uprawnienia. Zdjęcia z konferencji, raportów terenowych i badań przesiewowych. Biurokracja potrafiła być nudna aż do chwili, kiedy nagle stawała się gotycką literaturą grozy.

Arun oparł się o stół i przesuwał kolejne okna gestem dłoni.

— Zacznijmy od rzeczy, które nie chcą współpracować z rzeczywistością — powiedział. — Trzy lata temu ekspedycja Reyesa ruszyła na zachodni stok Olympus Mons. Oficjalny cel: mapowanie niestabilnych struktur podpowierzchniowych po serii mikrowstrząsów. Zespół liczył dwanaście osób. Burza pyłowa odcięła ich od głównego kanału komunikacji. Po czterdziestu dwóch godzinach odzyskano sygnał awaryjny. Dziesięciu wróciło. Reyes nie.

— Szczątki znaleziono po dziewięciu dniach — wtrąciła Safia, siedząc przy konsoli. — Tak mówi raport.

Lena patrzyła na zdjęcie z akcji poszukiwawczej. Rozmyta sylwetka w skafandrze. Obsypane pyłem rumowisko skalne. Miejsce tak niegościnne, że samo patrzenie męczyło płuca. Pod zdjęciem widniała adnotacja: identyfikacja potwierdzona przez materiał kostny i implant znacznikowy.

— Materiał kostny — powtórzyła Lena. — Nie całe ciało.

— Nie — przyznał Arun. — Warunki terenowe i uszkodzenia były na tyle ciężkie, że wydobyto fragmentaryczne szczątki. Ale procedura identyfikacyjna przeszła bez zastrzeżeń.

— Bez zastrzeżeń na papierze — powiedziała Safia. — A papier ma tę cudowną cechę, że bardzo rzadko protestuje.

Lena odchyliła się w fotelu. W głowie układała prosty schemat, a schemat uparcie się psuł. Jeśli ktoś sfingował śmierć Reyesa, musiał podmienić materiał biologiczny albo zmanipulować proces identyfikacji. To oznaczało zasoby, dostęp i motyw. Jeśli zaś śmierć nie była sfingowana, to miała przed sobą człowieka, który nie powinien istnieć. Lena pracowała w bezpieczeństwie kolonii wystarczająco długo, by wiedzieć, że druga opcja zwykle prowadzi do pierwszej, tylko bardziej okrężną drogą.

— Co z rodziną?

Safia wyświetliła kolejne okno.

— Rozwiedziony. Jedna siostra na Ziemi, Elena Reyes-Moreno, mieszka w Quito Arcology. Kontakty sporadyczne. Brak dzieci. Brak oficjalnego partnera w chwili śmierci. Ale tu zaczyna się coś ciekawszego.

— Lubię słowo „ciekawsze”, kiedy nie oznacza eksplozji — mruknął Arun.

— Michael Reyes przed śmiercią złożył trzy wnioski o dostęp do zamkniętych danych geologicznych z regionu Tharsis. Odrzucono dwa. Trzeci cofnięto bez wyjaśnienia przez centralę badawczą Ares Prime. Potem zaczął prowadzić prywatny dziennik szyfrowany. Nie pełny szyfr wojskowy, raczej coś własnego. To zawsze wzruszające, kiedy naukowcy uważają, że są lepszymi kryptografami niż kryptografowie.

— I są? — zapytała Lena.

— Czasem przez piętnaście minut — odparła Safia.

Na ekranie pojawiły się fragmenty korespondencji Reyesa z miesięcy poprzedzających ekspedycję. Służbowe, suche, rzeczowe. Pomiędzy nimi pojedyncze wiadomości prywatne, zaskakująco ostrożne. Jakby pisał człowiek, który zakłada, że ktoś czyta mu przez ramię. Nie było w nich nic wprost oskarżycielskiego. Nic, co można by nazwać alarmem. Była za to konsekwentna nuta napięcia.

„Jeśli mapy są poprawne, nie chodzi tylko o złoża.”

„Nie chcę tego wysyłać przez oficjalny kanał.”

„Jeżeli się mylę, wyjdę na paranoika. Jeżeli mam rację, ktoś już wie, że patrzę.”

Lena przeczytała ostatnie zdanie dwa razy.

— Do kogo pisał?

— Do doktorki Nadii Sato — odpowiedziała Safia. — Xenogeolożka. Dwa lata temu przeniesiona na orbitę Jowisza. Według akt nie utrzymywali już później kontaktu. W realnym życiu ludzie rzadko pytają siebie o rzeczy tak ostrożnym tonem, jeśli nic ich nie łączy poza arkuszem kadrowym.

— Znajdź ją — poleciła Lena. — Nawet jeśli jest po drugiej stronie Układu.

Safia skinęła głową.

Arun otworzył raport medyczny z obecnego ciała. Dane przesuwały się kolumnami. Wskaźniki telomerów, poziom regeneracji tkanek, mikrouszkodzenia mięśni, ślady po dawnych złamaniach. Lena słuchała, jak medycyna sądowa opowiada niemożliwą historię głosem liczb.

— Wiek biologiczny mniej więcej trzydzieści sześć lat — powiedział Arun. — Czyli mniej więcej tyle, ile miał podczas ekspedycji. Organizm nie wykazuje typowych zmian z ostatnich trzech lat życia na Marsie. Mniejsza ekspozycja na promieniowanie, inny profil obciążeń, nawet mikroflora skóry jest… dziwna.

— Dziwna technicznie czy dziwna w stylu „zamykam drzwi i nie śpię”? — zapytała Lena.

— Oba. Są ślady środowiska sterylniejszego niż główne moduły kolonii. Jak laboratorium. Albo habitat o bardzo wysokim poziomie filtracji.

To zdanie zawisło nad stołem ciężej niż poprzednie. Laboratorium. Habitat. Miejsce odizolowane. Miejsce ukryte. Miejsce, w którym człowiek formalnie martwy mógł istnieć bez pytania administracji o przepustkę i nową kartę do stołówki.

— Czyli przez trzy lata ktoś go trzymał? — spytał Arun.

— Albo chronił — powiedziała Lena.

— Brzmi romantyczniej.

— Tylko do chwili, kiedy kończy się dekompresją — odparła chłodno.

Safia uniosła dłoń. Na jej ekranie błysnęło nowe powiadomienie.

— Mam coś jeszcze. Na dwadzieścia trzy minuty przed śmiercią Reyes… albo ktoś z jego identyfikatorem biologicznym… próbował uzyskać dostęp do archiwum zabezpieczonego poziomu sigma. To dane sprzed trzech lat. Dokładnie z tygodnia jego pierwszej śmierci.

Lena pochyliła się do przodu.

— Udało się?

— Nie. Próba została zablokowana. Ale sam fakt jest interesujący. Martwi ludzie zwykle mają słabą dyscyplinę administracyjną.

— Co było w archiwum sigma?

Safia zawahała się na sekundę.

— Częściowo utajnione raporty terenowe z Olympus Mons. Odczyty sejsmiczne. Mapy pustek podpowierzchniowych. I… notatka o nieautoryzowanej strukturze wykrytej przez skanery głębinowe.

— Jakiej strukturze?

— Tego jeszcze nie wiem. Ktoś zablokował dokument po samych metadanych.

Arun gwizdnął cicho.

— Idealnie. Mamy martwego geologa, który wrócił z grobu młodszy, próbował otworzyć tajne archiwum i zginął, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. To już nie śledztwo. To złośliwość losu z grantem badawczym.

Lena nie odpowiedziała od razu. Patrzyła na twarz Reyesa na ekranie. Uśmiechał się na zdjęciu z konferencji. Nie szeroko. Bardziej tak, jak uśmiecha się człowiek inteligentny, który wie, że większość sali mówi rzeczy oczywiste z wielką dumą. Tacy ludzie często drażnią innych, zanim jeszcze zaczną zadawać właściwe pytania.

— Jeśli odkrył coś pod Olympus Mons — powiedziała w końcu — to mogło wystarczyć, żeby ktoś upozorował jego śmierć. Albo może sam zgodził się zniknąć. Tylko dlaczego wrócił?

Safia spojrzała na nią spokojnie.

— Może nie wrócił. Może uciekł.

To była różnica, którą należało zapamiętać.


Dostęp do pełnych materiałów z ekspedycji Olympus Mons wymagał autoryzacji, której zwykle nie uruchamiano bez politycznego bólu głowy. Ares Prime była kolonią naukowo-przemysłową, co w praktyce oznaczało, że każda tajemnica należała jednocześnie do działu badań, zarządu, bezpieczeństwa i grupy ludzi, którzy twierdzili, że nie mają z tym nic wspólnego. Lena znała ten taniec aż za dobrze. Im bardziej ktoś zapewniał, że jakaś sprawa jest czysto techniczna, tym większa była szansa, że za ścianą siedzi już prawnik.

Siedzieli z Arunen i Safią w wydzielonej komorze dostępu, kiedy system po raz trzeci poprosił o potwierdzenie uprawnień. Safia westchnęła z zawodowym niesmakiem.

— Uwielbiam, kiedy system próbuje mnie ochronić przede mną samą. To buduje więź.

— Kiedyś go poślubisz — powiedział Arun.

— Tylko jeśli podpisze intercyzę i przestanie pytać o moje tokeny dostępu.

Drzwi logiczne wreszcie ustąpiły. Na głównym ekranie pojawiły się katalogi wyprawy. Nagrania z hełmów. Logi pojazdów terenowych. Odczyty georadarowe. Raport medyczny po powrocie pięciu członków zespołu. A także coś, co natychmiast przykuło uwagę Leny: kilkanaście fragmentów oznaczonych jako uszkodzone lub niekompletne.

— Naturalne? — zapytała.

Safia już sprawdzała.

— Niby tak. Burza, zakłócenia, utrata synchronizacji. Ale wzór jest zbyt elegancki. Braki występują głównie wokół dwóch momentów. Pierwszy: odkrycie anomalii sejsmicznej. Drugi: ostatnie trzy godziny przed zaginięciem Reyesa.

Lena włączyła nagranie z hełmu jednego z techników terenowych. Obraz drżał od ruchu. Czerwono-brunatny krajobraz Olympus Mons rozciągał się martwo i majestatycznie. Góra nie wyglądała jak miejsce z legendy. Wyglądała jak geologiczna obojętność doprowadzona do doskonałości. W słuchawkach rozległy się głosy członków ekspedycji. Zmęczenie, rutyna, półżarty. A potem głos Michaela Reyesa.

Reyes: „Zatrzymaj skan. Jeszcze raz. Głębiej.”

Głos drugi: „To pewnie pęknięcie lawowe.”

Reyes: „Nie. Pęknięcia nie dają tak regularnej odpowiedzi.”

Obraz zamarł na sekundę, poszatkował się, po czym wrócił. Safia uniosła brew.

— O, proszę. Klasyka. Kiedy ktoś wypowiada ważne zdanie, system nagle dostaje czkawki moralnej.

Następny plik zawierał odczyt georadaru. Linie, impulsy, warstwy gruntu. Lena nie była geolożką, ale znała się na wzorach na tyle, by zauważyć to, co zauważył Reyes. Wśród chaotycznych, naturalnych sygnatur pojawiał się kształt niemal geometryczny. Owalna pustka. Gładkie granice. Powtarzalność, której przyroda zwykle unika, jeśli nikt jej do tego nie zmusi.

— To mogła być naturalna komora? — spytał Arun.

— Mogła — odpowiedziała Safia. — A ja mogłabym zostać tancerką baletową.

Lena przesunęła dalej. Otworzyła raport z adnotacją prywatna korekta robocza, autor: M. Reyes. Dokument miał uszkodzone nagłówki, ale część tekstu przetrwała.

„Anomalia nie jest pustką pochodzenia wulkanicznego. Sygnał odbity sugeruje warstwy o różnej gęstości, ułożone w sposób niezgodny z lokalną geologią. Jeśli pomiary są prawidłowe, pod osadami znajduje się struktura zamknięta. Nie wpisuję tego do oficjalnego raportu, dopóki nie sprawdzę źródła zakłóceń.”

Arun przeczytał to na głos wolniej, niż trzeba było, jakby każde słowo miało dodatkową wagę.

— „Nie wpisuję tego do oficjalnego raportu”. Pięknie. To jest właśnie ten moment, w którym wszyscy w horrorze idą do piwnicy osobno.

Lena przeszła do ostatnich godzin. Tutaj materiał był najbardziej poszarpany. W jednym z nagrań grupa kłóciła się przy pojeździe terenowym. Słowa nakładały się na szum, ale nazwisko Reyesa padało wyraźnie. W innym ktoś mówił o naruszeniu protokołu. W kolejnym słychać było tylko oddech i szybkie kroki po pyle, po czym nagranie urywało się gwałtownie, jak przecięta nić.

— Kto dowodził ekspedycją? — zapytała Lena.

— Doktor Elias Vonn — odparła Safia. — Obecnie kierownik sekcji zasobów podpowierzchniowych tutaj, w Ares Prime. I teraz najlepsze. Po śmierci Reyesa awansował dwa razy szybciej niż przewiduje standard kadrowy.

— Cudownie. Czy mamy w kolonii choć jednego podejrzanego, który nie wyglądałby źle po pobieżnym sprawdzeniu? — zapytał Arun.

Safia otworzyła ostatni katalog. Nosił nazwę: incydent medyczny po ekspedycji. Pięciu ocalałych członków zespołu przeszło izolację i badania po kontakcie z niestabilnym środowiskiem. Wyniki były niemal idealne. Za idealne. Lena dostrzegła to od razu, choć nie była lekarką. Wszystkie opisy miały ten sam ton. Te same sformułowania. Tę samą oszczędność. Jakby pisała je jedna osoba dla pięciu różnych organizmów, które z jakiegoś powodu należało szybko zamknąć w segregatorze.

— Kto podpisał raport medyczny zespołu?

— Doktor Hyejin Park — powiedziała Safia. — Ale trzy miesiące później złożyła rezygnację i poleciała na Ziemię. Od tamtej pory brak aktywności zawodowej. Brak publikacji. Brak nowych kontraktów. Albo wygrała na loterii i nigdy o tym nie słyszeliśmy, albo ktoś bardzo skutecznie zniknął jej życie.

Lena milczała przez moment. W śledztwach zawsze przychodzi chwila, kiedy pojedyncze niejasności zaczynają układać się nie w obraz, ale w czyjś wysiłek, by tego obrazu nie było. Tutaj ten wysiłek był wyczuwalny prawie fizycznie. Uszkodzone pliki. Zbyt gładkie procedury. Za szybki awans. Przeniesienia. Rezygnacje. Martwy człowiek, który wrócił nie w opowieści, lecz w mięsie i krwi.

— Odtwórz ostatni dostęp Reyesa do systemu — powiedziała.

Safia zrobiła to natychmiast. Na ekranie pojawiła się trajektoria poruszania się po danych. Reyes, lub ktoś używający jego biologii, wszedł do sieci przez terminal techniczny niskiego poziomu. Potem przeskoczył przez trzy wewnętrzne zabezpieczenia z wprawą człowieka, który nie powinien mieć takich umiejętności albo nauczył się ich, bo nie miał wyboru. Szukał nie ogółu danych o sobie. Szukał konkretnie jednego katalogu: surowych skanów podpowierzchniowych i notatek medycznych z tygodnia po jego zaginięciu.

— Medycznych? — powtórzyła Lena.

— Tak — odpowiedziała Safia. — To mnie niepokoi bardziej niż geologia. Jakby nie interesowało go tylko to, co odkrył, ale to co zrobiono z ludźmi po tym, gdy to odkrył.

Arun skrzyżował ramiona.

— Czyli możliwy scenariusz brzmi: Reyes odkrywa coś pod Olympus Mons. Dochodzi do konfliktu. Oficjalnie ginie. Nieoficjalnie znika. Trzy lata później wraca po odpowiedzi i ktoś otwiera mu śluzę na próżnię.

— Tak — powiedziała Lena. — Ale nadal brakuje najważniejszego. Gdzie był przez trzy lata. I po co wrócił.

Safia spojrzała na boczny panel. Na ekranie mignął nowy pakiet danych. Uśmiechnęła się tym swoim cienkim, niebezpiecznie zadowolonym uśmiechem.

— Mogę nie znać odpowiedzi na drugie pytanie. Ale na pierwsze właśnie znalazłam coś, co warto polubić. W ciągu ostatnich trzydziestu sześciu miesięcy w kolonii odnotowano serię nieregularnych poborów energii i wody w nieaktywnym segmencie serwisowym pod starym laboratorium materiałowym. Oficjalnie obiekt jest wyłączony z użytku.

— Nieaktywny segment, który pije wodę i prąd — mruknął Arun. — Mars naprawdę powinien zacząć płacić podatki od nawiedzeń.

Lena już wstawała.

— Przygotuj mapę dojścia. I nikogo więcej na razie nie informujemy. Jeśli ktoś ukrywał Reyesa, nie chcę, żeby wiedział, że właśnie znaleźliśmy jego piwnicę.


Segment serwisowy pod dawnym laboratorium materiałowym nie pojawiał się na codziennych trasach nikogo rozsądnego. Był reliktem wcześniejszej fazy rozbudowy kolonii, kiedy Ares Prime była jeszcze bardziej improwizacją niż systemem. Korytarze miały tu niższe stropy. Oświetlenie reagowało z opóźnieniem, jak starszy człowiek budzony o złej porze. Na ścianach zachowały się ślady po dawnych oznaczeniach, zamazanych i przemalowanych tak wiele razy, że wyglądały jak palimpsest błędów.

Lena szła pierwsza. Arun trzymał się pół kroku za nią, a Safia maszerowała z tabletem w dłoni i słuchawką komunikacyjną przy uchu. Nie zabrali dużego zespołu. Tylko dwóch zaufanych funkcjonariuszy jako osłonę na końcu kolumny. Jeśli miejsce było puste, nie chcieli wzbudzać alarmu. Jeśli nie było puste, również nie chcieli wzbudzać alarmu. Bezpieczeństwo bywało sztuką wybierania rodzaju kłopotów.

— Lubię takie spacery — powiedział Arun, gdy minęli kolejną śluzę techniczną. — Ciemno, ciasno, wszędzie może siedzieć tajny projekt. Dokładnie po to wstąpiłem do służby.

— Mogłeś zostać poetą — odparła Lena.

— Próbowałem. Ale poezja rzadko daje dostęp do broni służbowej.

Safia uniosła dłoń, każąc im zwolnić. Na ekranie miała mapę zużycia energii. Wskazywała niewielkie, ale regularne impulsy za ścianą końcowego modułu konserwacyjnego. Drzwi, które do niego prowadziły, były oficjalnie nieczynne. Miały plombę cyfrową sprzed osiemnastu miesięcy. Plomba była nienaruszona.

— To zła wiadomość — powiedziała Safia cicho.

— Bo? —

— Bo jeśli plomba jest cała, a ktoś tam wchodził, znaczy, że nie używał drzwi.

Arun pokiwał głową z powagą, która zdradzała, że chętnie zamieniłby się teraz na zwykły magazyn z kontrabandą.

Lena przesunęła dłonią po krawędzi ściany. Czuła ledwie dostrzegalny podmuch. Nieszczelność? Nie. Mikrowentylacja. Panel techniczny obok wyglądał jak martwy, ale po otwarciu ujawnił nowsze okablowanie, prowadzone poza standardowym schematem. Ktoś nie tyle ukrył dodatkowe wejście, ile dopisał je do kolonii jak fałszywą linijkę do starego kodu.

— Odsuńcie się — powiedziała.

Arun użył narzędzia serwisowego. Panel ustąpił z cichym sykiem. Za nim kryło się wąskie przejście techniczne, a dalej, po kilku metrach, mała komora z ręcznym zamkiem. Nie był fabryczny. Ktoś zamontował go później. Starannie. Prawie elegancko.

Weszli. Pierwsze wrażenie było absurdalnie zwyczajne.

Nie tajne laboratorium rodem z paranoicznych raportów. Nie cela. Nie sterylna kapsuła eksperymentalna. Raczej ukryte mieszkanie człowieka, który żył długo w miejscu, gdzie nie powinno być nikogo. W niewielkim pomieszczeniu stało łóżko polowe, moduł oczyszczania powietrza, składany stół, dwa pojemniki na wodę, przenośny analizator medyczny i ścienny ekran odłączony od głównej sieci. Na jednej z półek leżały papierowe notatniki. Prawdziwy papier. Na Marsie papier był luksusem albo obsesją.

— No dobrze — szepnął Arun. — To jest ten moment, kiedy oficjalnie przyznaję, że rzeczywistość wygrała ze mną przez nokaut.

Lena obeszła pomieszczenie powoli. Kurz był minimalny. Ktoś mieszkał tu do niedawna. Może do dzisiejszego ranka. Na kubku przy zlewie zostały ślady po napoju bogatym w minerały, stosowanym przy niedoborach po długiej izolacji. Na stole leżał rozebrany nadajnik krótkiego zasięgu. W rogu znajdowała się zamykana skrzynka medyczna. Safia skanowała wszystko po kolei, mrucząc pod nosem listę znalezisk jak modlitwę do świętych patronów dowodów.

Lena podeszła do notatników. Otworzyła pierwszy. Pismo było równe, ciasne, nerwowo zdyscyplinowane. Na wewnętrznej stronie okładki zapisano tylko jedno nazwisko.

Michael. Bez nazwiska. Jakby autor przestał go potrzebować.

Czytała szybko, ale nie na tyle szybko, by tracić rytm zdań. To nie był dziennik człowieka prowadzącego badania. To był dziennik człowieka próbującego nie zgubić samego siebie. Pierwsze wpisy były krótkie, urywane, pełne luk. Opisywały ból głowy, dezorientację, problemy z pamięcią bezpośrednio po „przebudzeniu”. Słowo to powracało kilka razy, zawsze zapisane jak coś, czego autor sam nie chce do końca nazwać.

„Jeżeli to czytam jutro, przypomnij sobie: nie ufaj pierwszym wspomnieniom. Zostawiają je celowo.”

„Mam twarz Michaela Reyesa, jego bliznę nad lewym łukiem brwiowym, jego głos, jego wiedzę. Ale wspomnienia z Olympus urywają się jak przecięte światłowody.”

„Powiedzieli mi, że umarłem. Potem pokazali mi dowody.”

Lena poczuła, jak żołądek zaciska się w twardy węzeł. Arun stał już obok niej i czytał przez ramię. Tym razem nie rzucił żadnego komentarza. Safia spojrzała od ekranu, wyłapując napięcie bez słów.

— Co jest? —

Lena podała jej notatnik.

W kolejnych wpisach „Michael” opisywał kobietę, która utrzymywała go przy życiu. Nie podawał nazwiska. Nazywał ją tylko Doktorką. Pisał, że twierdziła, iż uratowała go z projektu, którego nie rozumiał do końca. Że przez długi czas był przekonany, że jest więźniem. Potem, gdy zaczęła pokazywać mu fragmenty danych, doszedł do wniosku, że był raczej świadkiem, którego nie można wypuścić ani zabić bez konsekwencji dla czyjegoś planu.

— To może być Park — powiedziała Safia cicho. — Lekarka z ekspedycji. Ta, która zniknęła po powrocie na Ziemię.

Lena przewróciła kilka stron dalej. Pojawiały się bardziej konkretne informacje. Wspomnienie o „strukturze pod kalderą”. O „próbach biologicznej rekonstrukcji zapisów pamięciowych”. O tym, że ktoś wykorzystał materiał pozyskany po wypadku, by odtworzyć człowieka, zanim zdecydowano, czy człowiek ten ma być dowodem, narzędziem czy odpadem.

Arun pierwszy odzyskał głos.

— Chwileczkę. Czy ja dobrze rozumiem, że mamy do czynienia z… kopią?

— Biologicznym odtworzeniem — powiedziała Lena, ważąc słowa. — Jeśli notatki mówią prawdę.

— Czyli źle rozumiałem. To wcale nie brzmi lepiej.

Safia studiowała wyniki z przenośnego analizatora medycznego znalezionego w pomieszczeniu.

— Sprzęt był używany do monitorowania neuroregeneracji i stabilności pamięci epizodycznej. Bardzo specjalistyczny zestaw jak na człowieka, który rzekomo mieszkał tu i pił samotnie napoje mineralne.

Lena przeszła do końca notatnika. Ostatnie wpisy były wyraźnie świeższe, bardziej zdecydowane. Michael pisał, że odzyskuje coraz więcej wspomnień. Że rozpoznaje nazwiska. Że „Doktorka” bała się, iż ktoś zorientował się, że przeżył. Albo raczej, że istnieje. Że przygotowała mu trasę do archiwum. Że jeśli uda się zdobyć surowe dane medyczne i sejsmiczne, będzie mógł udowodnić, co znaleźli pod Olympus Mons i co zrobiono później.

Na ostatniej stronie zapisano tylko kilka zdań, pośpiesznych, niemal wbitych w papier.

„Jeśli nie wrócę, to znaczy, że wiedzieli.”

„Nie jestem pewien, czy jestem oryginałem, ale jestem wystarczająco prawdziwy, żeby pamiętać strach.”

„Niech Lena Cross przeczyta akta z kodem EREBUS.”

W pomieszczeniu zaległa cisza.

— To miłe — powiedział Arun po chwili. — Lubię, kiedy martwi ludzie osobiście dopisują nas do listy zadań.

Lena jednak zamarła. Nie z powodu samej wiadomości. Z powodu nazwiska i kodu. EREBUS nie figurował w żadnym z ogólnych rejestrów, które przeglądali. Jeśli Michael znał taki znacznik, to musiał dotrzeć głębiej, niż sądzili. Albo ktoś mu powiedział.

— Przeszukajcie wszystko — powiedziała. — Każdy nośnik, każdą próbkę, każdy ślad DNA. I sprawdźcie, czy są oznaki drugiej osoby. Jeśli ta „Doktorka” żyła, mogła jeszcze dziś rano tu być.

Safia skinęła głową. Po chwili podniosła niewielki przedmiot spod stołu. Był to identyfikator personelu medycznego, częściowo przepalony przy chipie. Wciąż dało się odczytać fragment nazwiska.

— „…Park”.

Arun zamknął oczy na sekundę.

— Oczywiście. Bo czemu nie.

Lena zabrała identyfikator i schowała do kieszeni wewnętrznej. Czuła, że znaleźli nie tylko kryjówkę. Znaleźli pęknięcie w oficjalnej historii kolonii. A pęknięcia mają to do siebie, że kiedy włoży się w nie rękę, często odpada cała ściana.


Jeszcze tego samego cyklu Lena zaczęła przesłuchania członków dawnej ekspedycji na Olympus Mons. Nie oficjalne, nie jeszcze. Rozmowy w trybie bezpieczeństwa wewnętrznego, prowadzone tak, by rozmówcy nie zdążyli uzgodnić wspólnej wersji kolejnych kłamstw. Arun przejął dwoje techników. Safia analizowała ich mikroreakcje i krzyżowała wypowiedzi z archiwami. Lena zostawiła sobie człowieka najważniejszego. Doktora Eliasa Vonna.

Gabinet Vonna był urządzony w manierze ludzi, którzy chcą wyglądać na praktycznych, ale jednak lubią, gdy otoczenie subtelnie przypomina o ich randze. Żadnych zbędnych ozdób. Tylko drogie, idealnie zintegrowane materiały, prywatny model topografii Tharsis pod szkłem i ściana z wynikami badań oprawionymi tak, by nauka brzmiała jak zwycięstwo. Vonn wstał, gdy Lena weszła. Miał twarz wypolerowaną spokojem. Zbyt gładką jak na człowieka, którego przed chwilą poinformowano, że geolog uznany za zmarłego pojawił się martwy w śluzie transportowej.

— Komisarz Cross — powiedział. — Domyślam się, że to nie kurtuazyjna wizyta.

— Gdyby była kurtuazyjna, przyniosłabym kawę. Siadajmy.

Usiadł. Ręce położył na blacie równo, niemal symetrycznie. Ludzie niewinni też tak czasem robią. Ale u winnych ten porządek pachnie częściej ćwiczeniem.

— Doktor Michael Reyes nie żyje — powiedziała Lena.

Vonn skinął głową, jakby to wciąż była informacja historyczna.

— Od trzech lat.

— Od kilkudziesięciu minut również.

To był dobry cios. Nie efektowny. Precyzyjny. Spokój Vonna pękł nieznacznie przy lewym oku. Tylko na moment, ale Safia, słuchająca przez kanał, pewnie już zaznaczała go w danych.

— Nie rozumiem — powiedział.

— To częsty początek użytecznej rozmowy.

Lena położyła na stole zdjęcie z miejsca zdarzenia. Nie przesunęła go gwałtownie. Pozwoliła, by obraz sam dotarł do adresata. Vonn spojrzał. Jego wzrok zatrzymał się o pół sekundy za długo.

— To niemożliwe — powiedział cicho.

— Dziś słyszałam to już kilka razy. Proszę opowiedzieć mi o ostatnich godzinach ekspedycji.

Vonn odchylił się w fotelu.

— Wszystko zawarłem w raporcie.

— Raport ma luki.

— Burza pyłowa uszkodziła zapis.

— Oraz pamięć wszystkich obecnych? To wygodne zjawisko meteorologiczne.

Vonn zacisnął usta. Niewiele. Tyle, by pokazać irytację bez otwartego konfliktu.

— Reyes był świetnym geologiem, ale stawał się… impulsywny. Uważał, że natrafiliśmy na coś przełomowego. Chciał zmienić trasę i zejść niżej do niestabilnego rejonu. Nie zgodziłem się. Doszło do sprzeczki.

— W nagraniach słychać więcej niż sprzeczkę.

— W terenie ludzie podnoszą głos. To nie przestępstwo.

— Nie. Ale zatajanie faktów po śmierci członka zespołu już może nim być.

Lena obserwowała go uważnie. Nie grała teraz na agresję. Grała na zmęczenie. Pozwoliła ciszy pracować. Dla wielu ludzi cisza jest jak próżnia. Muszą ją czymś wypełnić, nawet jeśli własnym błędem.

— Reyes znalazł sygnał, którego nie potrafiliśmy od razu wyjaśnić — powiedział w końcu Vonn. — To prawda. Ale takich anomalii w danych jest mnóstwo. Chciał drążyć temat bez zgody centrali. Był przekonany, że ktoś blokuje odkrycie.

— A blokował?

Vonn spojrzał prosto na nią.

— Komisarzu, na Marsie wszystko ktoś blokuje. Pytanie brzmi: czy z powodu spisku, czy dlatego, że dwa działy nie potrafią uzgodnić formularza. Michael miał talent do wybierania pierwszej odpowiedzi.

Prawie przekonujące. Prawie.

— Czy wiedział pan o projekcie EREBUS?

Tym razem reakcja była natychmiastowa i niemożliwa do ukrycia. Sztywność barków. Skurcz żuchwy. Odruch źrenic.

— Nie wiem, o czym pani mówi.

— To źle. Bo pańska twarz właśnie twierdzi coś przeciwnego.

Vonn milczał. Lena pochyliła się lekko nad stołem.

— Znaleźliśmy miejsce, w którym ktoś ukrywał człowieka o biologii Michaela Reyesa. Znaleźliśmy sprzęt do monitorowania niestabilności pamięci. Znaleźliśmy ślad doktorki Park. I znaleźliśmy wiadomość zostawioną specjalnie dla mnie. Proszę nie marnować mojego czasu na źle zagrane zdziwienie.

Przez kilka sekund Vonn wyglądał, jakby rozważał trzy różne kłamstwa i żadne nie miało wystarczająco mocnych nóg. W końcu westchnął.

— EREBUS nie był oficjalnie projektem kolonii — powiedział. — To był program badawczy sponsorowany z zewnątrz. Częściowo medyczny, częściowo wojskowy, częściowo… eksploracyjny.

— „Częściowo” jest pięknym słowem dla rzeczy, których nikt nie chce podpisać pełnym nazwiskiem.

— Nie byłem decydentem.

— Ale wiedział pan.

— Wiedziałem tyle, ile musiałem. Po zaginięciu Reyesa odzyskano materiał biologiczny. Jednocześnie jego skany neurokognitywne z poprzednich lat były wyjątkowo kompletne, bo pracował przy wysokostopniowych modelach przestrzennych. Ktoś uznał, że to okazja do testu. Rekonstrukcji. Odtworzenia ciągłości osobowej na bazie zapisu i tkanek.

Arun, słuchający przez kanał z innego pokoju, wtrącił się cicho do ucha Leny.

— To się robi coraz mniej legalne nawet jak na Marsa.

Lena nie dała po sobie poznać reakcji.

— Kto zatwierdził test?

— Nie wiem.

— Proszę spróbować odpowiedzi ambitniejszej niż „nie wiem”.

— Naprawdę nie wiem. Dokumentacja była rozproszona. Park prowadziła część medyczną. Ja miałem tylko ocenić, czy odzyskane wspomnienia dotyczą odkrycia pod Olympus Mons.

— Czy dotyczyły?

Vonn zamilkł na dłużej.

— Tak — powiedział wreszcie. — Reyes twierdził, że pod kalderą znajduje się sztuczna struktura. Nie obcego pochodzenia, jeśli o to pani pyta. Raczej ludzka. Stara instalacja. Znacznie starsza, niż powinna istnieć w oficjalnej historii obecności na Marsie.

Lena poczuła ukłucie zimna w karku.

— Czyja instalacja?

— Tego nie ustaliliśmy. Ale ktoś na Ziemi bardzo nie chciał, by to pytanie padło publicznie.

— A więc upozorowano śmierć? Odtworzono człowieka? Ukrywano go przez trzy lata?

— Nie tak miało być. Projekt wymknął się spod kontroli. Park zaczęła uważać, że obiekt badania… że Michael… jest osobą, nie materiałem. Chciała go wyprowadzić spod nadzoru. Potem straciliśmy z nią kontakt.

— „Straciliśmy kontakt” brzmi prawie niewinnie.

— Nie kazałem nikogo zabijać — powiedział ostro Vonn.

— Tego jeszcze nie ustaliłam.

Kiedy wyszła z gabinetu, Arun czekał na korytarzu z miną człowieka, któremu świat właśnie dołożył nową kategorię problemów.

— I jak? —

— Mamy projekt rekonstrukcji osoby, tajną strukturę pod Olympus Mons i naukowca, który twierdzi, że prawie nic nie wiedział, co oznacza, że wiedział wystarczająco dużo, by źle spać przez resztę życia.

Arun wypuścił powietrze.

— Czyli zwykły dzień.

— Nie. Zwykły dzień kończy się papierologią. Ten dopiero się rozpędza.

Niemożliwy profil

Laboratorium medyczne Ares Prime miało własny dźwięk. Nie był to zwykły szum urządzeń. Bardziej oddech kolonii przepuszczony przez filtry, schłodzony, oczyszczony i zamieniony w ciche buczenie, które z czasem zaczynało przypominać natrętną myśl. Lena Cross stała nieruchomo przy transparentnej przegrodzie i patrzyła, jak kolejne warstwy danych układają się na ekranie nad stołem sekcyjnym. Arun Velasquez opierał dłonie o biodra z tą pozorną swobodą, która u niego zwykle oznaczała tylko jedno: pracował właśnie bardzo ciężko, żeby nie zacząć przeklinać.

Safia Imani stała krok za nimi, z tabletem przyciśniętym do piersi. Nie odzywała się od dłuższej chwili, a to już samo w sobie było sygnałem alarmowym. Safia milczała tylko wtedy, gdy wszystko, co chciała powiedzieć, brzmiało zbyt źle, by wypowiedzieć to na głos.

Lekarz sądowy, doktor Hyeon Park, przesunął dwa okna diagnostyczne obok siebie. Na lewo ciało znalezione w śluzie. Na prawo archiwalny profil doktora Michaela Reyesa. Oba zbiory danych migały na zmianę: struktura kości, skany gęstości, stare urazy, mapowanie naczyń siatkówki, markery DNA, mikropęknięcia w obrębie lewego nadgarstka, ślad po spiralnym złamaniu piszczeli sprzed lat, nierównomierne zrosty dwóch żeber, subtelne uszkodzenie przyczepu mięśnia obręczy barkowej.

Nie trzeba było znać medycyny, by zobaczyć, że coś jest nie tak. A może właśnie za bardzo tak.

— Powiedz to jeszcze raz — odezwała się Lena.

Park nie odwrócił wzroku od ekranu.

— Powiedziałem to już trzy razy i za każdym razem chciałem, żeby za czwartym zabrzmiało rozsądniej. Nie brzmi. Materiał genetyczny zgadza się całkowicie. Nie na poziomie zgodności rodzinnej. Nie na poziomie zgodności bliźniaczej. Nie na poziomie klonalnym, jaki znamy z legalnych i nielegalnych procedur hodowlanych. Tak. To jest ten sam osobnik.

Arun parsknął krótko, bez cienia wesołości.

— Świetnie. Czyli mamy albo przełom naukowy, albo awarię rzeczywistości.

— Nie skończyłem — powiedział Park.

To było zdanie, którego nikt w tej chwili nie chciał usłyszeć.

— Gdyby chodziło tylko o DNA, szukałbym manipulacji. Gdyby chodziło tylko o twarz, mówiłbym o rekonstrukcji. Gdyby chodziło tylko o wzrost i proporcje, uznałbym to za doskonałe oszustwo. Ale tutaj zgodne są także mikrouszkodzenia kości. Te same stare złamania. Te same nieregularności w procesie gojenia. To samo bliznowacenie siatkówki prawego oka. Nawet ślady po drobnych przeciążeniach stawów, charakterystyczne dla kogoś, kto latami pracował w obniżonej grawitacji, ale wcześniej przeszedł intensywny trening w warunkach ziemskich. Takiej zgodności nie da się zbudować kostiumem. Tego nie da się podrobić chirurgicznie bez pozostawienia nowych śladów. A nowych śladów brak.

Safia przełknęła ślinę.

— Czyli…

Park odwrócił się wreszcie i spojrzał kolejno na wszystkich troje.

— Czyli jeśli archiwum nie kłamie, a nie kłamie, to człowiek, którego śmierć oficjalnie zarejestrowano trzy lata temu, zmarł dziś po raz drugi.

W laboratorium zrobiło się tak cicho, jakby sama kolonia na moment przestała oddychać.

Lena czuła, jak umysł próbuje znaleźć bezpieczną półkę. Jakąkolwiek. Sabotaż. Fałszerstwo. Błąd systemu. Sfałszowane archiwa. Niewidoczna ingerencja. Cokolwiek. Ale każda z tych dróg kończyła się przy tej samej ścianie: ciało nie zachowywało się jak oszustwo. Ciało zachowywało się jak dowód.

— A czas śmierci? — zapytała.

— Między drugą trzynaście a drugą trzydzieści osiem — odparł Park. — Są też ślady walki. Obrażenia szyi, podbiegnięcia na przedramionach, uszkodzenia dłoni wskazujące na obronę. Ale to też nie jest najdziwniejsze.

Arun uniósł brwi.

— Naprawdę podziwiam ludzi, którzy w takich chwilach potrafią stopniować napięcie.

Park zignorował uwagę.

— W tkankach widzimy ślady długotrwałego stresu fizjologicznego. Niedobory, okresową sedację, nieregularne żywienie, kontrolowaną ekspozycję na sztuczne oświetlenie. Krótko mówiąc: przez długi czas nie żył swobodnie. Jeśli mam zgadywać, był przetrzymywany. Co więcej, nie od trzech dni i nie od trzech tygodni.

— Tylko? — spytała cicho Lena.

— Miesiące. Być może lata.

Lena podeszła bliżej. Powietrze laboratorium miało metaliczny chłód sterylizacji. Spojrzała na zmarłego. Twarz doktora Michaela Reyesa nie miała w sobie nic widowiskowego. Żadnego teatralnego grymasu. Żadnego patosu. Wyglądał raczej tak, jakby ktoś wyrwał go z połowy zdania i nie pozwolił dokończyć myśli.

— Potrzebuję pełnego raportu — powiedziała. — I kopii surowych danych. Bez filtrów. Bez skrótów. Jeśli ktoś próbował coś ukryć, znajdziemy to tylko w śmieciach pod warstwą elegancji.

— Już szykuję — odparł Park.

Arun odsunął się od stołu.

— Mamy zmarłego, który nie powinien żyć, i dowód, że żył na tyle długo, żeby ktoś zdążył go urządzić.

Lena patrzyła dalej na ciało i wiedziała już, że sprawa właśnie wyszła z obszaru morderstwa. Weszła w teren, w którym prawo, medycyna i zdrowy rozsądek przestają mówić wspólnym językiem. A kiedy to się dzieje, zawsze pojawia się ktoś, kto twierdzi, że ma gotowe wyjaśnienie. Problem polegał na tym, że gotowe wyjaśnienia zwykle należały do ludzi, których należało bać się najbardziej.


Rejestrator był mały. Tani, niemal prymitywny jak na standardy Ares Prime. Tego rodzaju urządzeń używało się wtedy, kiedy nie chciało się zostawiać śladu w sieci kolonii. Bez automatycznej synchronizacji. Bez zdalnych kopii. Bez uprzejmego algorytmu, który zapisze wszystko za ciebie, a potem równie uprzejmie udostępni to komuś wyżej.

Znaleziono go w wewnętrznej kieszeni roboczego kombinezonu Reyesa, wsuniętego pod fałd materiału jak coś, co miało przetrwać nawet pobieżne przeszukanie. Urządzenie było obtarte, zarysowane, nosiło drobne ślady pyłu i wilgoci skondensowanej wewnątrz śluzy. Ale działało.

Odtworzenie nagrania Lena zarządziła nie w centrum operacyjnym, lecz w małej sali przesłuchań numer dwa. Pomieszczenie miało grube drzwi, lokalny obieg danych i ten rodzaj ascetycznej prostoty, który z jakiegoś powodu skłania ludzi do mówienia rzeczy, których potem żałują. Przy stole siedzieli tylko we troje: Lena, Arun i Safia. Na ścianie pulsowała pojedyncza linia gotowości odtwarzacza.

— Nagranie trwa czterdzieści siedem sekund — powiedziała Safia. — Ostatnie jedenaście to zakłócenia, dźwięk tła i coś, co brzmi jak gwałtowna szamotanina. Nie ma śladu edycji. Sprawdzałam trzy razy. Gdybym miała sprawdzić czwarty, zaczęłabym obrażać urządzenie.

— Zapisz to do raportu językiem urzędowym — odparł Arun. — „Operatorka monitoringu wyraziła uzasadnioną wrogość wobec elektroniki.”

Safia spojrzała na niego bez uśmiechu.

— Będziesz pierwszy na liście, kiedy maszyny przejmą władzę.

— Wspaniale. Byle miały lepszą kawę.

Lena uniosła dłoń. Cisza wróciła natychmiast, bardziej z przyzwyczajenia niż z dyscypliny. Nacisnęła odtwórz.

Najpierw rozległ się oddech. Nierówny. Za szybki. Człowiek mówiący do rejestratora próbował zachować kontrolę, ale był już o krok za późno. W tle dało się słyszeć jednostajny szmer wentylacji i odległe metaliczne stuknięcie. Potem pojawił się głos.

„Jeżeli to oglądacie, nie ufajcie ludziom, którzy wrócili z Ekspedycji Perseusz. Nie są tymi samymi ludźmi. Znajdźcie mojego bliźniaka. On już wie, że go szukam.”

Na końcu zdania słowo szukam urwało się odrobinę zbyt ostro, jakby mówiący obrócił głowę. Przez sekundę nic się nie działo. Tylko oddech. Później nagle nastąpił gwałtowny trzask, szurnięcie buta po podłodze, głuchy uderzeniowy rezonans. Ktoś sapnął. Coś ciężkiego upadło. Rejestrator przetoczył się chyba po powierzchni, bo dźwięk zmienił perspektywę, zrobił się stłumiony i krzywy. Dało się wyłowić dwa krótkie odgłosy walki, jeden urwany okrzyk, a potem ciszę. Długą i nieprzyjemnie zwyczajną. Nagranie skończyło się delikatnym kliknięciem.

Safia pierwsza odwróciła wzrok od ściany. Jej twarz pobladła, ale głos miała pewny.

— To on. To znaczy głos zgadza się z archiwami. Analiza fonetyczna daje wysoki poziom pewności. Gdyby ktoś to preparował, wykonał robotę tak dobrą, że powinien pracować dla teatru, nie dla morderców.

Arun siedział odchylony, jednak palce zaciskał na oparciu krzesła tak mocno, że pobielały mu knykcie.

— „Mojego bliźniaka”. Pięknie. Jak już mamy koszmar, to przynajmniej literacki.

— Nie chodzi o bliźniaka biologicznego — powiedziała Lena. — On mówi o kimś takim jak on. O kopii. O drugim sobie. Albo o człowieku, który wygląda jak on i ma jego życie.

— Jeszcze jeden Reyes? — mruknął Arun.

Lena puściła nagranie drugi raz. Tym razem słuchała nie słów, tylko pauz między nimi. Nieufność. Pośpiech. Strach, który nie był paniką, lecz czymś gorszym: wiedzą. Reyes nie brzmiał jak człowiek, który widział coś dziwnego. Brzmiał jak ktoś, kto zrozumiał zasady, według których działa pułapka, i wie już, że czasu starczy mu najwyżej na ostrzeżenie.

— „Próbuje wrócić” — przypomniała Safia cicho. — To wspominał świadek ze śluzy. Technik, który widział go kilka godzin wcześniej. Mówił, że Reyes był zdezorientowany, ale powtarzał jedno zdanie. Że próbuje wrócić.

— Wrócić skąd? — spytał Arun.

— Lepsze pytanie — odpowiedziała Lena. — Wracać do czego.

To zawisło między nimi na dłuższą chwilę.

Bo jeśli człowiek mówi, że próbuje wrócić, nie zawsze chodzi o miejsce. Czasem chodzi o nazwisko. O twarz. O to, by świat znowu uznał cię za ciebie.

Safia pochyliła się nad tabletem i przewinęła zapis częstotliwości.

— Mam jeszcze coś. W tle, tuż przed walką, jest króciutki impuls. Zbyt regularny jak na przypadkowy dźwięk. Może otwarcie zamka, może sygnał identyfikatora, może aktywacja ręcznego narzędzia. Potrzebuję czasu, żeby to wyczyścić.

— Dostajesz czas — powiedziała Lena. — I priorytet najwyższy.

Arun wstał, przeszedł dwa kroki i wrócił. Jak drapieżnik uwięziony w klatce o wymiarach procedury.

— Jeśli nagranie jest prawdziwe, mamy kilka opcji. Każda zła. Albo część ludzi wróciła z wyprawy odmieniona i ktoś to ukrywał. Albo wrócili inni ludzie pod tymi samymi nazwiskami. Albo Reyes zwariował po długim więzieniu i wskazał na grupę związaną ze swoją traumą. Tylko że ta trzecia wersja jest najwygodniejsza, a wygodne wersje zwykle okazują się karmą dla głupców.

— Słusznie — powiedziała Lena.

— Dziękuję. Zanotuję ten dzień.

Tym razem Safia wydobyła z siebie coś pomiędzy westchnieniem a cieniem śmiechu. I dobrze. Bo rejestrator mówił jednym językiem. Strachu.

Lena schowała urządzenie do osłoniętego pojemnika dowodowego. Gest miał w sobie niemal ceremonialną ostrożność. Nie dlatego, że bała się uszkodzić plastikową obudowę. Bała się raczej tego, co zacznie się dziać, gdy ten głos wyjdzie z małej sali i zacznie krążyć po kolonii. W zamkniętej społeczności plotka nie rozprzestrzenia się jak ogień. Rozprzestrzenia się jak pęknięcie ciśnienia.

— Na razie nikt poza nami, Parkiem i technikiem od śluzy nie słyszy tego nagrania — powiedziała. — I tak ma zostać.

— Chcesz zatrzymać panikę — stwierdził Arun.

— Chcę zatrzymać czyjąś przewagę. Ktokolwiek go uciszył, zakładał pewnie, że nagranie nie wyjdzie na jaw od razu. Nie odbiorę mu tej pomyłki.

Safia skinęła głową.

— A jeśli ten „bliźniak” już wie, że go szukamy?

Lena spojrzała na wygaszony ekran.

— To tym lepiej. Niech też się trochę boi.


Archiwa personalne Ekspedycji Perseusz otwierały się warstwami, jakby same nie chciały przyznać, ile mają do ukrycia. Oficjalna dokumentacja była schludna, niemal wzorowa: skład załogi, harmonogram działań, przydziały zadań, raporty terenowe, logistyka transportu, standardowe procedury bezpieczeństwa, końcowe podsumowania z zaznaczonymi stratami i rekomendacjami. Wersja dla przełożonych. Wersja dla komisji. Wersja dla potomnych.

Nieoficjalna część zaczynała się tam, gdzie urywała się konsekwencja. Braki w metadanych. Dziwne opóźnienia przesyłu. Czasowo wyłączane sensory. Fragmenty logów oznaczone jako uszkodzone, choć system diagnostyczny nie wykazywał awarii nośnika. Safia przesiewała to wszystko w centrum monitoringu, siedząc w półmroku rozjaśnianym ścianami ekranów. Lena stała za nią z kubkiem zimnej już kawy. Arun chodził między stanowiskami, przeglądając nazwiska jakby szukał na liście dawnego znajomego, który akurat teraz postanowił okazać się potworem.

— Ilu wróciło? — zapytała Lena.

Safia przywołała tabelę.

Łączna załoga ekspedycji — 12

Oficjalnie zmarli podczas misji — 2

Powracający do Ares Prime — 10

— Dwa oficjalne zgony — powiedziała. — Reyes i operator terenowy Chen. Dziesięciu wróciło do kolonii. W tym dowódca misji, doktor Elias Vonn.

Po chwili kontynuowała.

— Przejrzałam dane medyczne po ich powrocie. I tu zaczyna się ciekawie. Wszyscy przeszli obowiązkową kwarantannę i ocenę stanu zdrowia. Z pozoru standard. Ale wyniki części badań są dziwnie ubogie. Jakby ktoś celowo ograniczył zakres. Nie ma pełnych skanów siatkówki dla czterech osób. Gęstość kostna u trzech zarejestrowano tylko częściowo. Markery neurologiczne zawierają luki. Formalnie nic nie narusza procedur, ale praktycznie… ktoś zadbał, żeby nie było za dużo pytań.

— Kto autoryzował? — spytała Lena.

— Podpisy cyfrowe prowadzą przez dwa poziomy administracyjne i kończą się na zgodzie specjalnej wydanej z działu nadzoru ekspedycyjnego. Nazwisko urzędnika nic mi nie mówi. Może figurant.

Arun pochylił się nad ekranem.

— A zachowanie po powrocie? Transfery stanowisk, konflikty, nagłe zmiany przyzwyczajeń? Cokolwiek, co nie pasuje do ludzi, którzy wrócili z długiej i ciężkiej misji, ale jednak wciąż są sobą?

Safia spojrzała na boczny panel notatek.

— Troje poprosiło o zmianę kwater w ciągu dwóch pierwszych tygodni. Dwie osoby zerwały długoletnie relacje niemal od razu po powrocie. Jeden członek załogi złożył skargę, że jego współpracownik „reaguje jak ktoś, kto uczy się go od nowa”. Skarga została odrzucona jako objaw stresu poekspedycyjnego. I jeszcze to: dwie osoby zaczęły unikać miejsc, które wcześniej odwiedzały rutynowo. Jedna osoba przestała korzystać z lewej ręki przy prostych czynnościach, mimo że przed ekspedycją była leworęczna.

Lena odstawiła kubek.

— Nazwiska.

Safia wyświetliła listę. Kilka nazwisk mignęło obok siebie, obojętnych, urzędowych, a przez to jeszcze gorszych. Ludzie, którzy mijali ich codziennie na korytarzach. Ludzie, z którymi jedli, pracowali, wymieniali suchą uprzejmość i półżarty o filtrach wody.

— Chcesz ich od razu ściągać na przesłuchania? — zapytał Arun.

— Nie. Jeszcze nie. Jeśli Reyes mówił prawdę, to ktoś po tamtej stronie tej układanki już wie, jak szybko potrafimy działać. Gwałtowny ruch tylko ich spłoszy.

— „Ich” — powtórzył Arun. — Właśnie przeszliśmy od pojedynczego mordercy do grupy, i tego nawet nie zauważyłem.

— Ja zauważyłam — powiedziała Lena. — I nie podoba mi się to bardziej niż tobie.

Safia przygryzła wargę i przez chwilę wahała się, czy mówić dalej. W końcu jednak otworzyła nowy plik.

— Jest jeszcze jeden problem. Monitoring z okresu ich powrotu ma luki. Nie całej kolonii. Tylko wybranych sektorów. Korytarze medyczne, strefa dekontaminacji, magazyn transferowy i dwa ciągi serwisowe między laboratoriami a modułem administracyjnym. Luki są krótkie, po kilkanaście sekund, czasem pół minuty. Wystarczająco małe, żeby przejść przez audyt. Wystarczająco duże, żeby przeprowadzić człowieka z punktu A do punktu B bez twarzy w kadrze.

Arun gwizdnął cicho.

— To już nie wygląda na bałagan. To wygląda na choreografię.

— Dokładnie — powiedziała Safia.

Lena patrzyła na zestawienie nazwisk i próbowała myśleć nie jak funkcjonariusz, tylko jak ktoś, kto wraca z miejsca, z którego nie powinien wrócić taki sam. Co by zdradzało człowieka, który nie jest człowiekiem? Co zdradza człowieka, który jest człowiekiem, tylko nie tym, za którego się podaje? Nawyk ręki? Odruch przy czyimś imieniu? Zawahanie przed wejściem do własnego pokoju? A może nic z tych rzeczy. Może najgorsze podróbki są tak dobre właśnie dlatego, że nie próbują być idealne.

— Chcę pełne mapy ich poruszania się z ostatnich sześciu miesięcy — powiedziała. — Spotkania, prywatne wejścia, wszelkie sektory o ograniczonym dostępie. I wyciągnij wszystkie stare skargi, nawet te odrzucone jako stres, paranoja, adaptacja po traumie. Ludzie widzą rzeczy wcześniej niż systemy. Systemy tylko ładnie to ignorują.

Safia skinęła głową. Arun oparł się o konsolę.

— Zakładając, że Reyes mówił prawdę, jeden z „wróconych” mógł być jego bliźniakiem. Albo oryginałem. Albo kimś, kto zajął miejsce oryginału. Jak chcesz to rozróżnić bez wywołania politycznego trzęsienia gruntu?

Lena spojrzała na listę jeszcze raz.

— Najpierw sprawdzę, kto najbardziej boi się dokładnych badań.

Arun uniósł kącik ust.

— To już brzmi jak plan.

— Nie — odparła. — To brzmi jak początek planu. Prawdziwy plan zaczyna się tam, gdzie ktoś próbował zbudować nową tożsamość z cudzej twarzy, a potem uznał, że wystarczy zastraszyć wszystkich, którzy pamiętają różnicę.

Safia odchyliła się w fotelu i spojrzała na mrowie danych. Na ekranach przesuwały się linie tras, znaczniki czasu, zamazane miniatury twarzy. Kolonia Ares Prime wyglądała teraz jak organizm, którego krwiobieg ktoś po cichu przepisał.


Pierwszy świadek, który widział Reyesa żywego na kilka godzin przed śmiercią, nazywał się Tomas Heller i był technikiem śluz z talentem do zapamiętywania drobiazgów oraz nieszczęśliwym nawykiem przepraszania za własną obecność. Siedział naprzeciwko Leny i Aruna w pokoju przesłuchań, obracając w dłoniach czapkę roboczą tak długo, aż materiał zaczął wydawać cichy, nerwowy szelest. Mówił szybko, ale nie chaotycznie. Jak człowiek, który boi się, że jeśli na moment przerwie, wspomnienie rozsypie mu się na kawałki.

— Najpierw pomyślałem, że to pijany geolog albo ktoś po ataku paniki — zaczął. — Wie pani, czasem ludzie po długiej zmianie wyglądają, jakby ich ktoś odłączył od rzeczywistości i podłączył byle jak z powrotem. Tylko że on… on był skupiony. Roztrzęsiony, tak, ale skupiony. Jak ktoś, kto biegnie po linie i wie, że nie może spojrzeć w dół.

Lena nie przerywała. To też była część pracy. Pozwolić, żeby świadek sam znalazł rytm. Arun siedział z boku, notując tylko pojedyncze słowa. Twarz miał spokojną, lecz jego spokój zwykle działał jak narzędzie. Ludzie przy nim mówili więcej, bo wydawało im się, że niczego nie ocenia. To nie była do końca prawda, ale bywała użyteczna.

— Co dokładnie powiedział? — zapytała Lena.

Heller zmarszczył czoło.

— Najpierw spytał, jaka jest dziś data. Nie godzina, tylko data. Odpowiedziałem. Wtedy zrobił taką minę, jakby ktoś go uderzył. Potem spytał, kto obecnie dowodzi bezpieczeństwem kolonii. To mnie zdziwiło, bo przecież każdy wie. Kiedy powiedziałem, że komisarz Cross, od razu kazał mi… nie, nie kazał. Poprosił. Żebym skontaktował się z panią natychmiast. Mówił, że musi wrócić, zanim tamten zauważy.

— Tamten? — powtórzył Arun.

— Tak. Tego słowa użył. „Tamten”. A później dodał: „On nosi moje imię.”

Safia, która słuchała przesłuchania zdalnie przez łącze, przesłała w tym momencie krótką adnotację na panel Leny: Zbieżne z treścią nagrania.

— Co jeszcze? — spytała Lena.

Heller odetchnął płytko.

— Powtarzał, że próbował wrócić. Kilka razy. Dokładnie tak. „Próbuję wrócić.” Myślałem, że chodzi o jakiś transport albo wejście do strefy mieszkalnej. Ale on mówił to tak… dziwnie. Jakby wracał do miejsca, które niby istnieje, tylko już nie jest dla niego dostępne. Potem zapytałem o nazwisko. Powiedział: Michael Reyes. No i wtedy mnie przeszło zimno, bo nazwisko znałem z archiwów ekspedycji. Każdy technik zna. Nie od razu skojarzyłem twarz, ale nazwisko tak.

— Jak się zachowywał fizycznie? — zapytała Lena. — Chód, oddech, orientacja?

— Był wyczerpany. Jak po długiej chorobie albo po tym, jakby długo nie chodził normalnie. Czasem tracił równowagę, ale nie jak pijany. Raczej jak ktoś, kto znowu uczy ciało prostych rzeczy. Co chwila oglądał się za siebie. Miał rozcięcie przy skroni. Brud pod paznokciami. I jeszcze…

Zawiesił głos.

— Co? — zachęcił łagodnie Arun.

— Spojrzał na panel śluzy i nie wiedział, jak go użyć. To znaczy chwilę później wiedział. Jakby sobie przypomniał. Ale przez sekundę patrzył na interfejs jak ktoś, kto pamięta starszą wersję systemu. Dla mnie to było dziwne. Takie rzeczy zauważa się odruchowo, jeśli pracuje się przy śluzach.

Lena zanotowała to natychmiast.

— Pomogłeś mu?

— Chciałem. Ale wtedy powiedział, żebym nikogo nie wpuszczał, jeśli przyjdą po niego „z jego twarzą”. Przepraszam, wiem, jak to brzmi.

— Jak człowiek przestraszony i przekonany, że mówi prawdę — powiedziała Lena. — Brzmi dokładnie tak, jak powinno.

Heller spojrzał na nią z wyraźną ulgą.

— Dałem mu wodę. Usiadł na skrzynce serwisowej i przez chwilę milczał. Potem zapytał, czy transmisje wewnętrzne są monitorowane. Odpowiedziałem, że oczywiście. Na to powiedział coś… chyba bardziej do siebie niż do mnie. „Więc on usłyszy szybciej niż ty.”

W pokoju zapadła cisza.

— Kto jeszcze go widział? — spytał Arun.

— Dwie osoby przechodziły korytarzem, ale nie wiem, czy zwróciły uwagę. Ja poszedłem po awaryjny terminal, żeby wysłać wezwanie poza standardowym kanałem. Nie ufałem już sieci, skoro on tak reagował. To trwało może minutę. Gdy wróciłem, zniknął. Jakby wyparował. Później znaleziono ciało w śluzie serwisowej.

Lena przyjrzała mu się uważnie.

— Dlaczego nie zgłosiłeś od razu wszystkiego przełożonemu dyżuru?

Heller zarumienił się z zakłopotania.

— Bo przełożony dyżuru był na liście ludzi, którzy wrócili z Perseusza.

To zdanie opadło ciężko jak stalowy właz. Arun przestał notować.

— Który? — zapytał.

Heller podał nazwisko. Jedno z tych, które Safia już oznaczyła wcześniej jako potencjalnie problematyczne.

Lena wymieniła z Arunem krótkie spojrzenie. Bez słów. Nie było potrzeby. Oboje wiedzieli, że właśnie zniknęła jeszcze jedna warstwa ochronnej niepewności. To już nie był tylko bełkot przestraszonego człowieka. To zaczynało się zazębiać.

— Tomas — powiedziała Lena spokojnie. — Od tej chwili nie wracasz do swoich zwykłych obowiązków. Dostaniesz tymczasowe przeniesienie do strefy administracyjnej pod pretekstem audytu technicznego. Nie mów nikomu, co widziałeś. Jeśli ktoś zapyta, odpowiadasz, że procedura. Jeśli coś wyda ci się choć odrobinę dziwne, zgłaszasz bezpośrednio do mnie lub do zastępcy Velasqueza. Rozumiesz?

— Tak, pani komisarz.

— I jeszcze jedno. Czy miałeś wrażenie, że Reyes znał ciebie?

Heller zastanowił się.

— Nie mnie. Ale wiedział, jak rozmawiać z technikiem. Używał właściwych skrótów, znał układ serwisowy, wiedział, gdzie w śluzach są martwe pola monitoringu. Tyle że mówił o nich tak, jakby były aktualne, a część zmieniono po modernizacji dwa lata temu.

— Czyli znał kolonię, ale nie obecną kolonię — podsumował Arun.

— Tak. Dokładnie.

Po wyjściu Hellera pokój na chwilę opustoszał, choć Lena i Arun wciąż w nim byli. Tak działały niektóre zeznania. Zabierały ze sobą powietrze.

— On naprawdę próbował wrócić — powiedział cicho Arun. — Nie do miejsca. Do własnego życia.

Lena oparła dłonie o stół.

— A ktoś zrobił wszystko, żeby się spóźnił.

— Wiesz, co mnie najbardziej drażni? — mruknął Arun. — Że jeśli ten drugi istnieje, to też się musi ukrywać od trzech lat. — po chwili dodał — Może masz jakieś rozwiązanie.

Lena wyprostowała się.

— Rozwiązanie zaczyna się tam, gdzie przestaniemy pytać, czy to możliwe, a zaczniemy pytać, kto korzystał z tego, że wszyscy uznawali to za niemożliwe.


Kiedy śledztwo wchodzi w fazę, w której każdy korytarz wydaje się prowadzić do cudzego sekretu, najtrudniejsze staje się nie zbieranie informacji, lecz dawkowanie zaufania. Lena znała ten moment dobrze. W zwykłej sprawie oznaczał, że należy odsunąć część personelu i budować zespół wokół twardych kompetencji. W kolonii marsjańskiej sytuacja wyglądała gorzej, bo każdy specjalista był jednocześnie zasobem krytycznym. Nie da się po prostu zamknąć połowy ludzi w areszcie, jeśli ta połowa odpowiada za zasilanie, oczyszczanie wody i stabilność ciśnienia.

Dlatego odprawa odbyła się w zamkniętym składzie, w małej sali operacyjnej z ręcznie odłączonym dostępem do głównej sieci. Lena, Arun, Safia i doktor Park. Cztery osoby, cztery zestawy wiedzy, cztery różne sposoby reagowania na absurd.

Na ścianie wisiała rozpisana siatka nazwisk z Perseusza, linii czasowych, anomalii medycznych i luk w monitoringu. Im dłużej się na nią patrzyło, tym bardziej przestawała wyglądać jak mapa sprawy, a zaczynała jak diagram infekcji.

— Potrzebujemy hipotez roboczych — powiedziała Lena. — Nie wiary. Nie teorii ulubionych. Hipotez, które można testować.

Arun uniósł palec.

— Hipoteza pierwsza: Reyes przeżył wypadek sprzed trzech lat, został uwięziony przez ludzi związanych z wyprawą, a do kolonii wrócił ktoś, kto przejął jego miejsce. To tłumaczy nagranie, jego stan fizyczny i słowa o „bliźniaku”.

Park dodał:

— Hipoteza druga: podczas wyprawy doszło do procedury medyczno-biotechnologicznej niezgłoszonej oficjalnie. Czegoś, co umożliwiło stworzenie doskonałego biologicznego odpowiednika. Problem: obecna wiedza nie tłumaczy zgodności dawnych mikrourazów bez długotrwałej, skrajnie precyzyjnej ingerencji. To byłoby technologicznie… nie niemożliwe, ale wykraczające poza jawne możliwości kolonii.

— Hipoteza trzecia — podjęła Safia. — Część załogi po powrocie była podmieniona lub zmodyfikowana, a administracja pomogła zamknąć sprawę. Dowodem pośrednim są luki w monitoringu, uboższe badania medyczne i nietypowe zachowania po kwarantannie.

Arun odchrząknął.

— Hipoteza czwarta, mniej romantyczna, za to często śmiertelnie skuteczna: ktoś wykorzystuje legendę wokół ekspedycji, by ukryć coś znacznie bardziej przyziemnego. Na przykład nielegalny program, handel dostępem, eksperymenty na personelu. Reyes mógł być tylko niewygodnym świadkiem, a cała historia z „tym samym człowiekiem” to szczyt góry lodowej wykonanej z cudzej pychy.

Lena skinęła głową.

— Dobrze. A teraz praktyka. Co możemy sprawdzić w ciągu najbliższych sześciu godzin?

Safia od razu przesunęła pakiet danych.

— Identyfikatory dostępu wszystkich powracających z Perseusza. Zwłaszcza wejścia do magazynów chłodniczych, stref medycznych i zamkniętych pomieszczeń serwisowych. Jeśli ktoś gdzieś kogoś trzymał, musiał zapewnić logistykę. Nawet geniusz potrzebuje listy zakupów.

— Ja chcę powtórzyć badania części „wróconych” — powiedział Park. — Oficjalnie pod pretekstem przesiewu po ekspozycji na nietypowy patogen pyłowy. To da nam legalną podstawę do pełniejszych skanów.

Arun uśmiechnął się krzywo.

— Uwielbiam medycynę. Potrafi tak elegancko powiedzieć: „Chcemy zajrzeć wam do środka, bo coś nam śmierdzi”.

Park nawet nie mrugnął.

— To dlatego studiowałem tyle lat.

Safia przez moment wyglądała, jakby zamierzała się uśmiechnąć, ale powstrzymała ten odruch, wracając do pracy.

— Jest jeszcze kwestia nagrania — powiedziała. — Wyczyściłam tło na tyle, by wyodrębnić impuls tuż przed walką. To sygnał z ręcznego autoryzatora starego typu. Taki model mieli głównie kierownicy terenowi i część personelu ekspedycyjnego przed modernizacją. Ma charakterystyczny podwójny ton przy aktywacji.

— Ilu użytkowników? — spytała Lena.

— Oficjalnie piętnaście aktywnych sztuk w kolonii. Nieoficjalnie? Jeśli ktoś nie oddał urządzenia po wymianie, więcej.

— Świetnie — mruknął Arun. — Czyli zawęziliśmy krąg podejrzanych z „cały Mars” do „niewygodnie wielu ludzi z dostępem i motywem”. To już prawie komfort.

Lena podeszła do tablicy i zaznaczyła trzy nazwiska czerwonym znacznikiem. Dowódca misji, przełożony dyżuru wskazany przez Hellera oraz jedna osoba z wyjątkowo rozchwianymi danymi poekspedycyjnymi.

— Tę trójkę obejmujemy ścisłą obserwacją. Niejawną. Safia, chcę wszystkie ich trasy z ostatnich dwóch tygodni i wszelkie spotkania, których nie tłumaczy przydział służbowy. Arun, sprawdź ich sieć społeczną. Nie oficjalną. Faktyczną. Kto z kim jada, pije kawę, wymienia przysługi, kogo unika. Największe tajemnice na takich placówkach nie są w sejfach. Są między ludźmi.

— Rozumiem — powiedział Arun.

Park spojrzał na nazwisko Vonna.

— Jeśli Elias Vonn jest zamieszany, uderzamy wysoko. Ma ochronę polityczną, granty, historię zasług. Dotknięcie go bez dowodów uruchomi pół administracji przeciwko nam.

— Dlatego najpierw nie dotykamy — odparła Lena. — Najpierw patrzymy, słuchamy i pozwalamy, żeby sam zrobił błąd.

Arun westchnął.

— Wolałbym prostsze czasy. Takie, w których zbrodniarz po prostu zostawia odciski palców i głupi liścik.

— Zostawił liścik — zauważyła Safia. — Tylko był nagrany i wyjątkowo nieuprzejmy.

Arun spojrzał na nią z cieniem uznania.

— O, proszę. Wróciłaś do żywych.

— Nie przesadzaj. Tylko na chwilę.

To krótkie spięcie rozluźniło napięcie na ledwie sekundę, ale wystarczyło. Lena wiedziała, że ludzie nie mogą zbyt długo patrzeć w otchłań tożsamości bez jakiejś małej kotwicy codzienności. Nawet jeśli tą kotwicą ma być suchy żart o liścikach od zbrodniarzy.

Po odprawie została sama z tablicą. Nazwiska, strzałki, luki, wspólne punkty. Układanka była zbyt precyzyjna, by powstać spontanicznie. Ktoś przez lata dbał o to, żeby właściwe pytania brzmiały jak szaleństwo. To najskuteczniejszy rodzaj ukrycia. Nie zacierasz wszystkich śladów. Zostawiasz je tak nieprawdopodobne, że nikt rozsądny nie chce od nich zaczynać.

Lena wpatrywała się w czerwone znaczniki i myślała o słowie „wrócili”. Jak łatwo je wypowiedzieć. Jak dużo może ukrywać. Na Ziemi powrót bywał metaforą. Na Marsie był logistyką, procedurą, podpisem, skanem, przeliczeniem zapasów. A jednak nawet tutaj można było wrócić w sposób, który omijał wszelkie formularze i zostawiał po sobie tylko drżenie w cudzym głosie.

I właśnie to drżenie zamierzała teraz ścigać.


Nocny cykl oświetlenia w Ares Prime zawsze oszukiwał. Światła przygasały do łagodniejszych barw, część ruchu zamierała, systemy przechodziły na bardziej ekonomiczne profile, ale kolonia nigdy naprawdę nie spała. Pod jej skórą stale krążyły pompy, wymienniki ciepła, skrypty nadzoru, ludzie na dyżurach i ci, którzy nie potrafili zasnąć, bo Mars robił z bezsenności osobną gałąź przemysłu. Lena szła jednym z bocznych korytarzy technicznych w kierunku modułu archiwów materiałowych. Nie w mundurze paradnym bezpieczeństwa, tylko w prostym stroju roboczym z narzuconą kurtką serwisową. Czasem autorytet otwierał drzwi. Czasem je zamykał. Arun szedł obok niej.

— Dobra wiadomość? — zapytał. — Mamy nietypowe transfery materiałów medycznych z ostatnich trzech lat. Zła wiadomość? Są sprytnie ukryte pod zamówieniami dla kilku różnych działów. Ktoś rozrzucał elementy układanki tak, żeby żaden pojedynczy audyt nie zobaczył całości.

— Co dokładnie? — spytała Lena.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 58.11