I. ciało
atlas wewnętrznego nieba
na pierwszej stronie
moje serce zapisane jest jak gwiazdozbiór lwa,
pulsuje w rytmie czerwonego słońca.
w rozdziale o płucach
znajduję mgławicę powietrza,
rozciągniętą między żebrami jak most z dymu.
moje nerki — dwie bliźniacze planety,
krążą wokół księżyca pępka,
utrzymując wodę w stanie wiecznej podróży.
ognisko żołądka
pali się językiem marsa,
każdy płomień opowiada inną historię głodu.
a na końcu księgi
czeka mapa powrotu do źródła,
czysta kartka,
na której mogę narysować siebie,
bez kości, bez skóry,
tylko jako światło w ruchu.
zero dni
ranek,
na stole — kromka światła
i kubek wody.
nie liczę kalorii,
licząc oddechy
między pokusą a pragnieniem,
każdy łyk staje się wyborem,
każdy krok w tył — przypomnieniem,
że byłem tam zbyt długo.
zero dni,
to miejsce, gdzie wszystko się zaczyna,
bez fanfar,
bez świadków.
tylko ja
i ciało, które chcę odzyskać,
nie jako ciężar,
ale dom.
a więc wstaję,
ważę się,
nie ważę już tego, co było.
drzewo, które rośnie w górę i w dół
u źródła stoi litera,
z której spływa światło,
dziesięć razy spada we mnie,
dziesięć razy wraca do góry,
jakby oddychało od początku.
każda gałąź niesie imię,
którego nie wolno wypowiedzieć,
a jednak woła także mnie.
na najniższej gałęzi
wiążę czerwoną nić na nadgarstku,
żeby nie zgubić drogi.
nade mną — sefira za sefirą
krople blasku układają się w rzekę,
która płynie w górę, ku korzeniom.
i tam, gdzie drzewo dotyka nieba,
litera znów staje się ciszą,
z której wszystko zaczęło się
i nic się nie kończy.
formuła
nie liczby mnie tworzą,
lecz szept, który powtarzam w ciemności.
nie ma równania
na ból i ulgę,
na pragnienie i oddech.
piszę kredą na ścianie:
jedno ciało = tysiąc przerwanych myśli.
jedna cisza = wiele imion,
których nikt nie wypowie.
wszystko sprowadza się
do prostego znaku:
być — albo zniknąć.
formuła jest krótka.
nie rymuje się.
nie zbawia.
tylko trwa,
jak równanie bez wyniku,
które nie pozwala zasnąć.
chakra
w ciele świeci mapa,
kręgi z energii,
jak siedem zatrzymanych świateł.
każde ma swój kolor,
swój język,
swoje ukryte imię.
czerwień przy ziemi
płonie jak żar węgla,
pomarańcz — rozlewa się jak owoc
dojrzały pod skórą.
żółty — głód i słońce,
zielony — serce,
które próbuje wyrosnąć
na gałęziach krwi.
błękit mówi ciszą gardła,
indygowy wir,
widzi, zanim pojawi się obraz.
a na końcu —
fiolet, który nie ma końca,
otwarta brama,
gdzie ja i świat
stajemy się jednym oddechem.
chakra (drugi oddech)
czerwień — ziemia.
czerwień — korzeń.
czerwień — początek.
pomarańcz — płynę.
pomarańcz — pragnę.
pomarańcz — rodzę.
żółty — ogień.
żółty — głód.
żółty — siła.
zielony — serce.
zielony — oddech.
zielony — miłość.
błękit — głos.
błękit — cisza.
błękit — prawda.
indygo — widzę.
indygo — śnię.
indygo — wiem.
fiolet — jestem.
fiolet — płonę.
fiolet — wszystko.
joga
zginam się,
ale to nie ukłon,
to próba spotkania z samym sobą.
ciało staje się linią,
która łączy ziemię i oddech.
kręgosłup — most,
żebra — otwarte drzwi,
ramiona — dwa skrzydła,
które pamiętają, że są kośćmi.
nie chodzi o doskonałość,
lecz o trwanie w napięciu,
w równowadze,
która drży jak płomień świecy.
wdech,
jakby ktoś wpuścił światło do środka.
wydech — jakby odpływała ciemność.
na końcu zostaje cisza,
nie poza mną,
lecz we mnie.
jak mantra,
która nie potrzebuje słów.
placebo
cichy blister,
wyjęty o świcie z plastikowego łoża
w kształcie zapomnienia.
łykam.
nie z potrzeby — z rytuału.
moje ciało to maszyna,
a maszyny lubią powtarzalność.
b₁ — dla pamięci,
b₆ — dla nerwów,
b₁₂ — żebym nie krzyczał,
kiedy dźwięk lodówki
znowu przypomina mi o umieraniu.
omega?
ryba w kapsule
sama nie wie, gdzie płynie.
ale moje żyły błyszczą
jak zatoki pełne ropy.
ashwagandha,
mój święty spokój w żelatynowej skórze.
kładzie się na moim języku
jak szept kogoś,
kto nie wrócił z pracy.
to nie modlitwa,
to zarządzanie systemem.
tabletka jak hasło do bios-u:
oddech bez awarii.
mantra (ekspresyjna)
nie śpię,
nie śnię,
nie milczę.
uderzam sercem o ścianę,
aż zadrży tynk,
aż popęka lustro,
aż ktoś powie: „ciszej”.
nie ma ciszy,
jest rytm,
jest zgrzyt,
jestem ja.
moja krtań jak dzwon,
biorę to ciało,
wyprowadzam na dach,
wyję jak pies,
aż gwiazdy się cofają.
nazywam to mantrą,
choć wiem, że to zaklęcie
na nieumieranie,
w miejscu,
gdzie umiera się
codziennie,
po trochu.
serce
liczy mnie,
to ono mnie liczy,
bije,
jakby wiedziało więcej.
każdy puls
to krok w stronę światła,
każdy puls
to zgoda na ciemność.
serce — bęben,
który gra mantrę,
nawet gdy śpię.
II. obraz
ręka sushruty
ostrze nie jest moim wrogiem,
tylko światłem, które otwiera ciało,
jak świt odsłania rzekę.
w moich żyłach płynie mapa,
zaznaczona cieniem liści i ogniem przypraw.
każdy zakręt naczynia
jest sylabą w języku,
którym mówi moja krew.
rana — jeśli jest,
staje się bramą,
przez którą wraca oddech.
patrzę nie tylko w głąb mięśnia,
patrzę w głąb historii człowieka,
aż do miejsca, gdzie ból spotyka się z sensem.
a potem,
nicią z włókna lotosu,
zszywam skórę i modlitwę
w jedną linię życia.
wimana
nad ziemią unoszę pałac z oddechu,
jego ściany buduję z mantr,
które rozplatają noc jak warkocz.
wchodzę do środka,
w korytarzach płyną rzeki światła,
każda kropla pamięta inną erę.
wimana rusza beze mnie,
płynnie, jak myśl,
która zna drogę, zanim ją pomyślę.
przelatuję nad miastami,
które śnią o bogach,
i nad górami, które znają ich prawdziwe imiona.
w środku czuję,
że nie lecę w stronę gwiazd,
tylko wracam tam,
skąd nigdy nie odszedłem.
ajurwedyjska księga
strony pachną kurkumą i dymem z sandałowca,