Dedykuję tę historię rodzicom, którzy borykają się z utratą swoich nienarodzonych dzieci.
Sytuacje przedstawione w książce pokazują, że więź z nienarodzonymi dziećmi jest silniejsza niż śmierć. To moja historia, w której los nie był łaskawy, doprowadzając mnie do utraty pięciu pociech. Wydawałoby się, że po tych traumatycznych doświadczeniach pogrążę się w depresji, w moim życiu wydarzyło się jednak coś, co przyniosło ukojenie i wielką nadzieję.
Rozdział 1: Wiera Natalia
W 2005 roku spotkałam na swej drodze chłopaka, w którym się zakochałam, lecz nasz związek nie przetrwał próby czasu. Pod koniec tamtego roku poczułam, że z moim ciałem coś jest nie tak, ale cały czas odsuwałam od siebie myśl, że mogę być w ciąży. Aż do końca długiego cyklu miesiączkowego. 7 stycznia 2006 roku, gdy już wydawało mi się, że w końcu przyszedł spóźniony okres, głęboko w podświadomości zaczęłam rozumieć, że tracę swoje upragnione dziecko.
Wierzę, że nienarodzone dzieci komunikują się ze swoimi przyszłymi rodzicami — na przykład w snach. 29 lipca 2007 roku miałam właśnie taki sen, którego już nigdy nie zapomnę. Jego akcja toczyła się na pokładzie samolotu.
Śniło mi się, że weszłam do środka i gdy podeszłam do wyznaczonego fotela, zobaczyłam na sąsiednim siedzeniu dziesięciomiesięczną dziewczynkę. Moją pierwszą reakcją było zdziwienie, że ktoś zostawił taką malutką istotkę bez opieki. Nikt do niej nie wracał, więc ja się nią zajęłam.
W czasie karmienia poczułam z nią silną więź — taką, jaka rodzi się między matką a dzieckiem. Obserwując ją, zauważyłam, że dziewczynka patrzy w kierunku nieba i wskazuje na nie swoją rączką. Na zmianę spoglądała to na chmury, to na mnie. Jej gest był bardzo wymowny i czułam, że chce mi przekazać, iż w tej chwili jest tu, a jednocześnie należy do Nieba. Nagle delikatnym głosikiem powiedziała: „mama”. Było to tak wzruszające, że żadne słowa nie są w stanie opisać, co wtedy poczułam. Zaczęłam rozumieć, że jest ona moją córeczką. Była szczuplutka, miała krótkie ciemne włoski i jasną karnację. Jej brązowe oczka były wąsko rozstawione i wesołe. Miała zgrabny nosek i usta podobne do moich i mojego byłego. Uświadomiłam sobie wtedy, że gdyby moje dziecko żyło, miałoby właśnie dziesięć miesięcy…
We śnie zapragnęłam dać malutkiej na imię Wiera — od „wiary” — a na drugie Natalia — „ta, która oczekuje ponownych narodzin w życiu po śmierci”. Wiera, czyli Wiara, wysyłała swojej mamie delikatne sygnały, że istnieje. Zrozumiałam, że moje dziecko naprawdę żyło, choć krótko, pod moim sercem.
Bardzo głęboko przeżyłam pierwsze spotkanie ze swoją córeczką. Dzięki temu snowi mogłam upamiętnić swoje dziecko, nadając mu imię, i zachować je w sercu. Od tego momentu byłam „anielską mamą”. Nie miałam wtedy pojęcia, że zobaczę jeszcze swoje maleństwo, ale o tym w innym rozdziale.
Rozdział 2: Dominik Antoni