E-book
13.65
drukowana A5
40.04
drukowana A5
kolorowa
64.45
Malezja, prawdziwa Azja

Bezpłatny fragment - Malezja, prawdziwa Azja

Objętość:
187 str.
ISBN:
978-83-8126-920-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.04
drukowana A5
kolorowa
za 64.45

Malezja

Pierwszy raz zetknąłem się z, jakże dla mnie egzotycznie brzmiącą, nazwą tego Azjatyckiego kraju, gdy na układach scalonych oraz podzespołach komputerów pojawiły się napisy „Made in Malaysia”. Tak Malezja dołączyła do grona państw nazywanych Azjatyckimi tygrysami. Szybki rozwój gospodarczy, wielki boom inwestycyjny i równie spektakularny kryzys w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Potem, gdy za sprawą Roberta Kubicy, zasmakowałem w oglądaniu Formuły 1, podziwiałem bolidy mknące po torze Sepang pod Kuala Lumpur. Na dodatek, głównym sponsorem zespołu Roberta był Malezyjski koncern Petronas, kojarzący się przede wszystkim z dwoma bliźniaczymi wieżami w centrum stolicy, Petronas Towers. Kto nie zna tego widoku, jeśli tylko ma w sobie turystyczną żyłkę? Czy myślałem o tym, żeby zobaczyć je osobiście? Chyba jeszcze nie miałem takiej wyobraźni. Ale gdy zacząłem jeździć do Azji, było tylko kwestią czasu, kiedy na moim szlaku pojawią się osławione dwie wieże. I stało się tak w 2012 roku, gdy zrobiliśmy sobie w Kuala Lumpur przystanek w drodze z Bali do Tajlandii. No i poszło, teraz mam problem, bo chciałbym tam jeździć co roku, tylko możliwości nie ma. W następnych latach udało mi się jednak, nie tylko lepiej poznać samo Kuala Lumpur, ale także zobaczyć inne regiony kraju. I wszędzie było i za mało i za krótko.

Malezja jest krajem o zbliżonej do Polski populacji a także niemal bliźniaczym wskaźnikiem PKB na mieszkańca. Również między Kuala Lumpur a Warszawą są zasadnicze podobieństwa. Oba miasta są stolicami, a na dodatek posiadają bardzo podobną ilość mieszkańców. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Kuala Lumpur to piękne i fascynujące miasto, a Warszawa, jaka jest, każdy widzi. Również waluta Malezji, Malaysian Ryngitt, ma na rynku wartość w stosunku do PLN oscylującą koło jedności. Można czuć się jak u siebie w domu, ceny są po prostu w złotówkach.

Dominującą religią jest islam, ale nie jedyną. Mieszka tu sporo buddystów, chrześcijan i hinduistów. To jedyny mi znany kraj muzułmański, gdzie religia ta nie odciska swojego piętna na życiu codziennym mieszkańców. Nie zobaczysz tu kobiet zawiniętych od stóp do głów w czarne zawoje, chyba że turystki z Zatoki Arabskiej. Za to nikogo nie zdziwi kobieta prowadząca miejski autobus w Kuala Lumpur.

Długo by można, ale może przejdę do konkretów, a na koniec drogi czytelniku, mam nadzieję, że zrozumiesz, dlaczego Malezja (Truly Asia), tak mnie uwiodła.

Pierwsze spotkanie, czyli 02 AM or 02 PM

Do Malezji trafiłem po raz pierwszy w 2012 roku- na chwilę- i właściwie był to taki dłuższy „stop over” w Kuala Lumpur, w drodze z Bali na Koh Samui. Nie chciałem latać, jak w roku poprzednim, dwa razy dziennie i na dodatek na zasadzie rano na północ, po południu na południe. Tak więc, zamiast lotu z Denpasar do Bangkoku, a potem do Surat Thani, kupiliśmy bilety do Kuala Lumpur, a stamtąd złapaliśmy bezpośredni samolot na Samui.

Nie wychodziło to tanio, bo każdy lot na Samui jest drogi z powodu opłat wymuszanych przez lotnisko, za to zaoszczędzał nam masę czasu, a dodatkowo gdy policzyło się ceny przelotu do Bangkoku, potem do Surat Thani, autobusu do Donsak i promu do Nathon, to różnica nie była taka wielka. Oczywiście pod warunkiem, że uda się kupić lot KUL-USM w linii Firefly w promocyjnej taryfie, czyli dobre dziewięć miesięcy przed podróżą.

Uff, pewnie już masz czytelniku dosyć tej gmatwaniny, ale chciałem pokazać jak trzeba kombinować i kiedy, żeby przy naszym budżecie i ograniczeniach czasowych jak najwięcej „wyrwać” z wakacji. „Plus dodatni” z tego był taki, że mogliśmy zatrzymać się w Kuala Lumpur, choć na chwilę żeby „zaliczyć” kolejne bardzo znane, nie tylko w Azji, miasto. Z Denpasar lot mieliśmy mocno wieczorny, biorąc pod uwagę, że lotnisko międzynarodowe Kuala Lumpur International Airport, czyli po prostu według lokalnej gwary KLIA, znajduje się 65 kilometrów od miasta, przyjazd do hotelu przewidywałem na drugą w nocy. Tak też wpisałem do formularza rezerwacji, „Arrival time 02”.

Już w Denpasar złapaliśmy ponad godzinę opóźnienia, co znów nas „posunęło” w czasie. Wylądowaliśmy gdzieś o pierwszej trzydzieści. W Malezji nie ma wiz dla obywateli UE, noc była późna, poza nami nikt inny już nie przyleciał, więc odprawa poszła gładko. Odebraliśmy bagaże i poszliśmy wynająć transport.

Z tym też nie ma żadnego problemu, bo przy wyjściu z hali przylotów jest centrum transportu, gdzie można uzyskać dokładne informacje a także na przykład zamówić taksówkę, czy kupić bilet na autobus lub pociąg do miasta.

Było nas trochę, wiec wzięliśmy całego busa i ruszyliśmy siecią autostrad oplatających Kuala Lumpur do miasta. Piszę siecią, bo krążyliśmy, jak po wielkiej pajęczynie, co rusz pokonując kolejne płatne bramki.

Gdzieś koło trzeciej nad ranem obudziłem Hindusa śpiącego w recepcji hotelu Winsin w Chinatown, podałem, jak zwykle, wydruk z krótkim wytrenowanym tekstem „we have a reservation”. Akurat, najpierw czytał, albo udawał że czyta, albo jedno i drugie. Potem spojrzał mi głęboko w oczy i ze stoickim spokojem zameldował „we have no rooms, sir”. Nie wdając się w szczegóły dalszych dyskusji na temat standardów zapisu czasu, stref czasowych, GMT i tak dalej, problem podobno wynikał z tego, że jak napisałem 02:00, to chodziło o godzinę druga w nocy czy po południu? Według „KL Winsin Hotel Time Zone” bez żadnej wątpliwości była to nasza godzina 14:00. A teraz jest owszem 16 lipca, ale godzina 03:30 w nocy, a moja rezerwacja będzie „o czasie”, więc czego ja się denerwuję.

A ja się denerwuję, bo jesteśmy w Chinatown Kuala Lumpur, co tak naprawdę niewiele nam mówi i nie mamy gdzie spać. Udało się ustalić, ze jest jeden pokój z trzema pojedynczymi lóżkami, więc jakieś minimum mamy- w razie co przetrwamy, jak dawniej w akademiku bywało i to nie raz, nie dwa. Zostawiamy „młodą parę”, czyli Aleksandra i Kingę, i lecimy po Chinatown szukać lóżka. Sądząc po ich minach oraz księżycowo bladej twarzy Kingi było to najlepsze wyjście.

Pozostałą czwórką przekraczamy bramę słynnej „Petaling Street”. Ciemno i głucho, wszystko pozamykane, stoiska handlowe porozkładane na kawałki, za to na samym środku ulicy przy kulawym stoliku i pod rozchybotaną lampą siedzą Chińczycy- jedzą, popijają piwkiem i dyskutują jakby to wieczór a nie prawie poranek był. Ostatni raz taką scenę widziałem na filmie z Jacki Chanem, czyli jak się okazuje Azja naprawdę tak wygląda, jak ją w filmach gangsterskich malują. Wkoło plączą się kurwy i złodzieje, a za resztkami kramów leżą narkomani w towarzystwie bez krępacji biegających szczurów. Ledwo ruszające się zwłoki właśnie przypalają „browna” patrząc na nas nic niewidzącym wzrokiem. Krajobraz z „Czasu Apokalipsy”, czyli Sajgon po prostu. Wchodzimy do Le Hotel Chinatown, ale szumna nazwa, Chińczyk w recepcji mówi po angielsku równie dobrze jak ja po chińsku i ten akcent „no way to understand”. Są jakieś pokoje, ale jakie trudno z niego wydobyć, zresztą w tej sytuacji, czy to ma dla nas znaczenie?

Dobra, Wiesław każe mu je wstępnie zarezerwować i szukamy dalej- dochodzi czwarta rano. Im dalej tym gorzej, nie ma nic wolnego nigdzie indziej. Wracamy do Winsin. „Teleccy”, czy jak ich tam zwał „młodzież” windą na górę, a my za walizy i do Le Hotel. Nocleg 90 MYR, pokoje bez okien, u Wieśków karaluchy latają już po drzwiach wejściowych, dalej strach zaglądać, a na dodatek w ustach po tym wszystkim sucho jak na pustyni. Wody z kranu nie polecam, więc chcąc nie chcąc trzeba iść do sklepu- jest już 4:30

Sklepy spożywcze owszem czynne i świetnie zaopatrzone, więc kupujemy napoje i wracamy. Wytrąbiłem od razu litr soku z resztkami pomarańczy, Gosia niebieski Cheers Extra, myjemy się i próbujemy przygotować do snu. Ja jak zwykle rozwaliłem rezerwuar, więc musiałem go naprawić. Do tego coś źle ustawiłem w klimatyzacji i jest zdecydowanie za gorąco. Wreszcie doszedłem, co trzeba pilotem przestawić i lulu. „Jutro” będzie nowy dzien.

Budzący się dzień zwykle wypędza upiory, więc po koszmarach nocy powinno być już tylko lepiej. Wstałem o dziewiątej, poszedłem do toalety, ostrożnie obchodząc się z rezerwuarem oczywiście, wziąłem szybką kąpiel i poszedłem po śniadanie. Jest absolutnie cudownie, takiego Chinatown jeszcze nie widziałem. W tym zwłaszcza sklepy na Petaling Street- obawiam się, ze żona stąd nie wyjedzie nigdy. Co krok to lepiej, szalony azjatycki tygiel pulsuje życiem, uwielbiam takie klimaty. Będzie dobrze, resztę mogę sobie kupić za Master Card. Po 50 metrach staję na ulicy i myślę, co dalej, to znaczy w lewo czy w prawo.

Stoję tak, stoję i myślę, bo po tym wszystkim otumaniony jestem do końca, aż nagle słyszę za sobą wesoły głos „Mister do You want Siew Pau”? To … Aleksander. Chciałem go niemalże wycałować, ale na szczęście się powstrzymałem, bo taki nowoczesny to ja jednak nie jestem. Idziemy razem do 7/11, gdzie wreszcie kupujemy KAWĘ. Zaczynam powoli wracać do życia. KL nabrało koloru, wokół tłum ludzi, zapachów, jest już zupełnie inaczej i można żyć. Teraz idziemy do „piekarni” po Siew Pau- jest jak na zdjęciach, które oglądałem w sieci. Bułeczki do koloru do wyboru. Powoli z rozmysłem kompletujemy śniadanie- sama przyjemność wybierania bezcenna. Obok jest wspaniała jadłodajnia pełna ludzi, więc zgodnie z zasadą, jedz tam gdzie tłok zapamiętujemy, tu można jeść, ceny przystępne, w okolicach od 4 do 6 MYR za danie. Jest dobrze. Aleksander zawraca po kawę dla Kingi, więc się rozstajemy. Sprawy w hotelu przybrały dobry obrót. Młodzież zostaje w swoim pokoju a my nasze dostaniemy o 02:00 PM!!! oczywiście. Postanawiamy zostawić majdan u nich i koło południa w miasto.

KL, czyli Kuala Lumpur

Malezyjczycy o swojej stolicy nie mówią inaczej niż „Kej El”- znaczy to pewnie, że maja na myśli jakąś azjatycką wersję „LA”, ale piosenki „KL Woman” nie słyszałem. Myślę, że cała ta sprawa wynika z oczywistej dumy jego mieszkańców, którzy słusznie przyrównują swoja stolicę do innej światowej metropolii. KL nie jest dużym miastem, bo liczy tylko nieco ponad półtora miliona mieszkańców, więc jak na warunki azjatyckie nie za wiele, w Chinach to by było prowincjonalne miasteczko. Za to wyglądem zdecydowanie imponuje, zwłaszcza centrum. Inna sprawa to fakt, że Kuala Lumpur owszem jest bytem fizycznym, ale nie do końca. Na przykład na autobusach międzymiastowych, które kursują do Puduraya ( dworzec autobusowy w Chinatown, zwany też Pudu Central) próżno szukać tabliczki z napisem Kuala Lumpur. Stolicę administracyjną też dawno przeniesiono do Putrajaja. Samo Kuala Lumpur to właściwie okręg administracyjny, składający się z wielu jednostek. Warto o tym pamiętać, bo można pojechać nie tam, gdzie trzeba. Oprócz nowoczesnego centrum, tak dumnego ze swoich drapaczy chmur, z Petronas Towers na czele, miasto składa się z wielu, czasem izolowanych od siebie dzielnic, w większości mieszkalnych, położonych w dolinach pięciu rzek pośród niewielkich gór. Zapewne to właśnie położenie geograficzne zdefiniowało ów dualizm, o którym pisałem wyżej. Jest tu także mnóstwo parków i zieleni wciskającej się gdzie się tylko da- jest nawet prawdziwa dżungla w samym środku City Center. Poza tym możemy odwiedzić wiele klimatycznych miejsc, takich jak Chinatown, Little India czy Kumpung Baru, czyli malajską wioskę z widokiem na Petronas Towers. Właściwie to całe KL jest z widokiem na słynne dwie wieże, będące obecnie symbolem miasta. Jakby zresztą na to wszystko nie patrzeć w końcu jesteśmy po prostu w Kuala Lumpur. Będąc w Azji nie sposób tego miasta ominąć, byłoby to, co najmniej bardzo nierozsądne. Być w Azji a KL nie widzieć, absurdalna sytuacja.

KLCC

KLCC oznacza ni mniej ni więcej tylko „Kej El” City Center i to jest nasz pierwszy punkt programu zwiedzania miasta. Stoimy przed hotelem Winsin w Chinatown, pracowicie dłubiąc w smartfonach i tabletach, żeby uruchomić GPS, wypozycjonować nasz punkt startowy, określić punkt końcowy i wreszcie wyznaczyć trasę. Szamotanina makabryczna. Na szczęście Aleksander przerwał całą tę zabawę, bo jak był łaskaw podnieść głowę znad swojego Samsunga (to nie jest lokowanie produktu), zobaczył TO sterczące znad domów prosto przed nami. Idziemy, więc do celu bez tej cholernej elektroniki.

Mieszkamy w samym centrum Chinatown, które diametralnie odbiega od reszty miasta, więc gdy opuszczamy je- a granica jest prawie jak nożem uciął, zamiast znanych nam azjatyckich kramów, tłumów na ulicach i wszechogarniającego chaosu pojawia się uporządkowanie i elegancja. Żadnych walających się śmieci, czyste ulice, pięknie utrzymana zieleń i „szklane domy”, nie tylko biura, ale też, a może przede wszystkim, budynki mieszkalne.

KL Tower, czyli Menara


Stajemy wreszcie pod Menarą, Ja mam już dość, jest koszmarnie gorąco i parno a przed nami góra, na której postawiono to „maleństwo”. Na szczęście jest darmowy bus z klimatyzacja, tylko trzeba trochę przy bramie poczekać, na specjalnym przystanku oczywiście. Wjeżdżamy samochodem na górę. Najpierw z tarasu wokół wieży robimy sobie zdjęcia na tle wieżowców KLCC, potem spacer dookoła Menary i wchodzimy na chwilę do mini-wioski turystycznej(ja to nazywam cepeliadą dla turystów). Stoją tam małe drewniane domki i chatki z bambusa, pozbierane z różnych regionów kraju. A nad nimi wznosi się symbol obecnej potęgi Malezji, co daje do myślenia. Tu przypominam, że to właśnie w Malezji umieszczono pierwsze po USA i Japonii fabryki układów scalonych. Kto chce może potrzymać za ogon jaszczura, bo dwa posadzili na stole i płacą im za to, że cierpliwie znoszą okrzyki „o popatrz, jaszczur” i dają się „miziać” za ogony, z jaszczurczym spokojem, nawet paszczy nie otwierając.


Do ciekawostek należy zaliczyć wiatraki zamontowane na tarasie widokowym, które chyba mają wiatr zastępować. W każdym razie pierwszy raz w życiu spotkałem coś takiego w niezabudowanym miejscu, ale faktycznie, jak się przed nim stanie, to naprawdę chłodzą. A, jak widać na zdjęciach słońce naprawdę tego dnia nie żartowało. Z wieży można podziwiać panoramę KL lepiej niż ze słynnego tarasu w Petronas Towers, ale ta przyjemność kosztuje 52 RM a „open deck” 105 RM, więc dałem sobie spokój, reszta też.

Co do Menary, to stanowi ona, wraz z sąsiednimi dwiema wieżami, znakomity punkt orientacyjny, gdyż widać ją z każdego punktu miasta. Widać ją było też z okien naszego pokoju w Winsin, a gdy nocowaliśmy w hotelu Pacific Express, mieliśmy ją za oknem jak na dłoni. Wieczorem od czasu do czasu Menara pokazuje świetlisty spektakl zmieniając kolory i błyskając światłami, aż przyjemnie popatrzeć. W Warszawie też mamy na szczęście, czym błyskać- mamy, bo byli tacy, co chcieli Pałac Kultury rozebrać. A teraz miga jak się patrzy i mamy jedną turystyczną atrakcję więcej.


Bukit Nanas Forest Reserve


Wokół wieży, gdy budowano KLCC, zostawiono całkowicie pierwotną dżunglę, co stanowi kompletny ewenement w czasach, gdy lasy wycina się wszędzie. Las deszczowy, pozostawiony w samym środku metropolii, jawi się, więc pewnie wszystkim „inwestorom”, jako straszliwe marnotrawstwo. Ile można by na tym zarobić, ale jak widać nie zawsze o wszystkim i wszędzie decydują pieniądze, a może tylko jeszcze nie. Dlatego dziś z tarasu KL Tower możemy zejść na dół stromą ścieżką przez prawdziwy las tropikalny.

Przy samym końcu widzę w oddali małpę siedzącą na drodze. Bratowa jak zwykle, krzyczy „małpecka, małpecka, jaka ślicna”. Puszczamy kobietę, jak to dżentelmen, przodem, jak by co to ją pogryzie nie nas. Małpa oczywiście dała dyla w krzaki i tyle. Na nasze nieszczęście nie nazbyt daleko. Ja wypatrzyłem młody egzemplarz na najbliższym drzewie i filmuje zawzięcie, bo co jak co, ale małpy to mocno filmowy element jest. Bratowa pcha się „miziac” małpeczkę, rozgardiasz jak cholera. I wtedy się zaczęło. Stary orangutan zdenerwował się na poważnie, zaczął szczekać i rzucać w nas, czym popadło, w tym pewnie i gównem, a całe stado zaczęło się drzeć i skakać aż las falował. Wiej, kto ile siły ma w nogach. Wrzeszcząc wniebogłosy ludzkie stado rzuciło się jak najdalej od przodków. Moja żona aż buty pogubiła. Na szczęście mądrzejsza, czyli małpia strona, szybko dała nam spokój i została w swoim lesie. Jak jeszcze raz usłyszę „małpecka, małpecka”, to od razu wieję w druga stronę, a brat niech się o swoja połowę jabłka martwi sam. Poszliśmy w kierunku Petronas Towers. A Gosia po drodze umyła stopy i buty w fontannie jakiegoś wielce szykownego budynku.


Suria KLCC

Malezja to kraj bogaty, wiec najbardziej reprezentacyjna galeria w mieście położona u stop Petronas Towers też wygląda „na bogato”. Jak w każdym „szanującym” się mieście, tak też w KL musi być wyeksponowane miejsce, gdzie mieszczą się wszystkie najdroższe marki ze świata mody. Kiedyś były to „prestiżowe” ulice, a teraz, w ramach wszechogarniającej koncentracji wszystkiego i wszędzie, powstają gigantyczne domy towarowe żeby klienci nie musieli za dużo chodzić, zwłaszcza, że może padać deszcz. Buduje się je na każdą kieszeń. W reprezentacyjnych miejscach centra dla super bogatych, i to jest właśnie Suria KLCC, dla klasy średniej są marki tańsze i takie właśnie sklepy znajdziemy w Bukit Bintang oraz KL Sentral, a dla reszty tzw. „Fashion Mall”, rozlokowane na obrzeżach centrum miasta, oraz uliczne bazary. Tak ta „struktura” sprzedaży wygląda w każdej z odwiedzanych przeze mnie metropolii. Najbardziej komiczne jest to, że w tych pierwszych i tych ostatnich można kupić to samo, na przykład okulary Ray Ban czy torebki Luis Vitton. Argumentów o złej jakości „podróbek” nie przyjmuję, bo często można je odróżnić dopiero w warunkach laboratoryjnych. Należy też wspomnieć o procederze produkcji „po godzinach”, bardzo w Azji rozpowszechnionej, wtedy produkt na pewno jest ten sam, a cena? Kilkadziesiąt razy niższa.

Wchodzimy do świątyni drożyzny ponad wszystko. Pierwszy sklep, na jaki trafiliśmy zaraz po wejściu, to Luis Vitton. Czekałem aż brat ze swoja Dinners Club Card tam wejdzie, niestety nic z tego nie wyszło, więc nie miałem, z czego się śmiać. Bratowa zadowoliła się wczoraj wieczorem torebka „Bureberrys” z Petaling Street. „Vittony” też były i to w bardzo przystępnych cenach.

W przypadku luksusowych domów towarowych, występuje jeszcze jedna prawidłowość. Nie ma tam specjalnych tłumów, co nie dziwi z uwagi na poziom cen, ale ci, którzy w nich są, też tylko te je zwiedzają i nic nie kupują. Z tego względu nazwa galeria jak najbardziej odzwierciedla ich charakter. Z jednym wszakże wyjątkiem, tymi klientami, którzy kupują wszystko, co leci, bez wybierania. Są to potomkowie proroka, zwani przeze mnie „Ludem Zatoki”. Dla nich pojęcie cena oznacza zupełnie co innego- pracą nigdy się w życiu nie zhańbili, a bogactwo spływa na nich prawie dosłownie prosto z nieba. Więc kupują wszystko i snują się po Suria KLCC, jak ich własne wielbłądy, obładowane na karawanę. Klasyczna widok to „ninja woman”, czyli mieszkanka jednego z krajów Zatoki, wpychająca swoją wielgachną nogę w czerwone szpilki La Boutina, scena niczym z Kopciuszka tyle, że to dzieje się naprawdę. I gdzie ona będzie w tych szpilkach balować, w tym czarnym stroju Batmana na dodatek?

Porozłaziliśmy się jak muchy. Ja musiałem kupić baterie do aparatu, bo jak zwykle przed głównym punktem programu padły mi oba zestawy akumulatorów. Oczywiście nikt nic nie kupił, za to od tego biegania jeść nam się zachciało. Całe 4 piętro Suria KLCC zajmuje Reza Food Center, gdzie za marne 10 MYR można się najeść, a za 6 napić- kup dwa napoje mango z lodem po 3, a trzeci dostaniesz darmo. Więc kupiłem, do tego patelnię z kluskami, kurczakiem i grzybami w ciemnym sosie. Pytanie, dlaczego w najdroższym sklepie w mieście jest zwykła „żarciownia” z cenami na każdą kieszeń? Bo to tak naprawdę nie jest sklep tylko właśnie galeria do oglądania i teraz wszystko się zgadza.

Petronas Towers

Różne są symbole wielkich miast- może nim być Pałac Kultury i Nauki, może też być Petronas Towers. Jaka stolica, taki symbol. Dalej tym tropem nie idę, bo mnie coś na wątrobie uciska ze złości. Dwie Wieże są po prostu piękne a zdjęcie na ich tle bezcenne, do kolekcji „tu byłem”, która zawiera sto najbardziej znanych widoków na świecie. No to kolejny znaczek z pierwszej strony klasera zaliczony. Tego nie ma jak komentować, tu trzeba stanąć, zadrzeć głowę i usta rozdziawić, same się rozdziawiają bezwiednie, „creme de la crème”. Teraz każdy musi koniecznie mieć zdjęcie na tle wież i idziemy na spacer po parku.

Koniecznie trzeba też zobaczyć Petronas Towers nocą. Udało się to dopiero za trzecim razem, bo kto głupi będzie jechał przez pół miasta żeby zrobić kilka zdjęć i wracać. A mnie na tym zależało i miałem oczywiście, jak zwykle, rację.

Nocą dwie wieże wyglądają jeszcze bardziej imponująco, inne budynki też są pięknie, oświetlone a na dodatek można w nich zobaczyć odbicie Petronas Towers. Niestety zdjęcie mi się nie udało, za słaby mam aparat, mówi się trudno. Drugą nocną atrakcją są pokazy kolorowych fontann i właśnie to też koniecznie chciałem zobaczyć. I też nie wyszło, bo akurat tego dnia był tam koncert kończący weekend ulicznych wyścigów samochodowych. Grali coś z pogranicza muzyki hard core, kompletnie nie dla mnie, mam więc powód żeby przyjechać do KL jeszcze raz i zobaczyć te pokazy, podobno bardzo fajne, zaczynają się o 20:00 i trwają do 22:00 z przerwami oczywiście.

Niejako po „drugiej” stronie kompleksu Petronas jest park, z sadzawką, w której odbijają się wieże (na zdjęciu). Tu właśnie odbywają się pokazy „światło-dźwięk”. Jest także kilka innych oczek wodnych otoczonych drzewami. Coś akurat na mały spacer lub piknik. Z parku jest wspaniały widok na wieże i wyraźnie oznaczony punkt, z którego zdjęcia Petronas Towers wychodzą najlepiej. My trafiliśmy niestety na bardzo pochmurny dzień, więc zdjęcia wyszły powiedzmy tak sobie. Ale jak na Olimpiadzie, nie liczy się wynik, liczy się uczestnictwo. Za to obok nocnego widoku wież, możecie zobaczyć też ich odbicie w tej właśnie sadzawce. Też ładne.

KLCC Aquarium

W budynku kongresowym, zaraz koło Twin Towers, od strony parku mieści się morskie akwarium. Można bez schodzenia pod wodę udać się na tropikalna rafę, aby obejrzeć cuda podmorskiej fauny w pełnej okazałości. Oprócz standardowych atrakcji jak akwarium z piraniami, Arafajna z Amazonii i tym podobnymi, najważniejszy jest 95 metrowy tunel szklany, na dnie gigantycznego zbiornika wypełnionego słoną wodą. Nawet schodząc pod wodę gdzieś w tropikach, nie jest łatwo zobaczyć to, co tu pływa obok zwiedzającego lub nad jego głową.

Żeby zobaczyć manty, musiałem do Egiptu jeździć wielokrotnie, a tu miałem wreszcie nie tylko swoje manty olbrzymie, ale także żółwie i rekiny, których mimo rozlicznych wypraw do Egiptu albo nie widziałem albo spotykanie trwało raptem parę sekund. Iluzja „uczestnictwa” jest spora, ilość pływających w basenie gatunków i osobników naprawdę robi wrażenie, dość powiedzieć, że zregresowaliśmy się do poziomu szkolnej wycieczki wykrzykując do siebie, a zobacz to, a zobacz tamto. Darliśmy się jak przedszkolaki na pierwszej wycieczce do ZOO. To chyba najlepiej wydane 45 PLN w moim życiu. Wszyscy wyszli stamtąd z lekka oszołomieni-gorąco polecam.


Chinatown

Stanowczo polecamy nocleg w okolicach China Town- to miejsce dla prawdziwych miłośników obcowania z kultura miejsc, które się odwiedza. To nie jednorodne chłodne wnętrza sieciowych hoteli, nie do odróżnienia, niezależnie od tego gdzie je postawiono. To nie mdłe jedzenie „kuchni międzynarodowej” czy inne żarcie dla białasów. Nie zmienia to faktu, że mój dom jak na razie, pozostaje na Thanon Rambuttri w Bangkoku, ale Chinatown w KL trafiło na podium, na pewne drugie miejsce. Jest to ostatnia prawdziwa azjatycka enklawa w KL. Poza nią miasto rośnie do nieba. Obok bardzo już nielicznych jedno- lub dwupiętrowych ruder, wyrastają nowe drapacze chmur- za lat kilka po starym Kuala Lumpur nie zostanie śladu. Mam nadzieje, że zostawią, chociaż China Town, bo to moim zdaniem zabytek klasy zerowej. A na pewno dotyczy to Lai Foong Restaurant ze zdjęciu poniżej.

Każde wyjście z hotelu teleportuje człowieka w azjatycki tygiel multikulti. Na ulicy są przedstawiciele wielu ras, narodowości, religii, chyba trzeba uwierzyć Malezyjczykom, że ich kraj, choć muzułmański, jest przykładem tolerancji, której powinniśmy zazdrościć i naśladować. Co do „islamskości” właśnie, to jest ona prawie nie wyczuwalna. Meczety są bardzo nieliczne, pięknie utrzymane i można je odwiedzać bez żadnych problemów. Uwaga: wpuszczają wszystkich ( w odpowiednim stroju oczywiście) nie dzieląc ludzi na facetów i pod rasę zwaną kobietami. Nieliczne „ninja”, to przybysze z Bliskiego Wschodu i pasują tu jak pieść do nosa. Najczęściej można je spotkać w najdroższych galeriach, gdzie kupują wszystko, co tylko im się nawinie, im droższe tym lepsze. Niech Allach pozatyka im szyby naftowe i odeśle z powrotem na pustynię, tam jest ich miejsce.

Rdzenni mieszkańcy KL są absolutnie normalni, tak jak to definiujemy otwartych społeczeństwach, nie epatują swoja „innością”, nie nawracają każdego na „jedyną prawdziwą wiarę” i nie maja pretensji do całego świata, że im się nie wiedzie, lub, że nie są rozumiani. W Chinatown stoją koło siebie świątynie chińskie i hinduskie, restauracje halal a zaraz obok chińskie bułki na parze nadziane najtłustszą wieprzowiną, jaką jadłem. I nikomu to nie przeszkadza. Sklepy, sklepy wszędzie, od małych ulicznych stoisk po markety i wielkie domy towarowe dla „tubylców” — z tych ostatnich polecam szczególnie Kota Raya i Mydin na ulicy Jalan Sultan. Nikt nie wzbudzi tu żadnego zainteresowania, ani kolorem skóry ani ubraniem, ani zachowaniem, może dlatego tak dobrze się tu czuję, nawet czasem mam wrażenie, że nie jestem żadnym obcym, a po prostu jednym z tłumu ludzi żyjących w tym mrowisku.

Cały ten tygiel narodów, religii i kultur ma swoje proste przeniesienie na to, co można w Chinatown zjeść. To królestwo kuchni, szaleństwo smaków i zapachów. Stanowczo nie polecam tym, którzy są na diecie. Lepiej niech omijają Chinatown z daleka.

Petaling Street

W samym środku Chinatown, od strony Jalan Sultan, pod ozdobnym chińskim dachem znajduje się wejście na najważniejszą turystyczno-handlową ulicę Kuala Lumpur. Jest jeszcze oczywiście Bukit Bintang, Bricfields i kilka innych miejsc, gdzie robi się zakupy, ale Petaling Street jest tylko jedna.

Zakupy można robić od rana, do prawie następnego rana. Ruch zamiera tu dopiero koło trzeciej w nocy, a o ósmej rano zaczyna się z powrotem. Dzień i noc przewalają się niezliczone tłumy turystów. Tu można kupić najtaniej wszystkie najnowsze i „firmowe” towary, służące do ubrania i ozdoby. To samo, co w Suria KLCC, tylko za cenę nieporównywalnie niższą. Do tego oczywiście pamiątki, gadżety, walizki (to wszędzie w Azji towar pierwszej potrzeby) i co się jeszcze da turystom sprzedać.

Stoiska zajmują całą ulicę, ale ja zachęcam do odwiedzenia sklepów mieszczących się w budynkach. Towary tam są ciekawsze, bardziej azjatyckie, można znaleźć coś naprawdę wyjątkowego. Środek ulicy, to towar „galeryjny”, to samo, co w każdej galerii na świecie. Warto też spróbować ulicznego jedzenia- można tu zjeść pieczone kasztany, świeże owoce, uliczny „fast food” oraz chińskie i malajskie specjały. Ostrzegam jednak, tanio na Petaling Street nie jest, zwłaszcza w chińskich knajpach, już dwie ulice dalej można zjeść i napić się za zdecydowanie mniejsze pieniądze.

Zapraszam wszystkich do zabawy, bo tu można się ubrać od stóp do głów w ciuchy od Prady, Hugo Bossa i innych „dyktatorów mody”, założyć zegarek Rolexa i okulary Ray Bana a na koniec nawet nie zauważyć, że z portfela coś ubyło. Tak ja to przynajmniej traktuję, nie chodzę w żadnych „markowych” ciuchach, bo kompletnie nie rozumiem potrzeby oblepiania się napisami, ale gdy są wakacje, czemu nie. Można się od czasu do czasu zabawić.

Gdy chcę naprawdę kupić sobie coś ciekawego do ubrania, to jednak wychodzę z „głównego nurtu” i szukam sklepów oferujących rzeczy zaprojektowane i wytworzone według miejscowych wzorów i z miejscowych materiałów. W rezultacie mam całą szafę ciuchów, z których w moim mieście każdy jest absolutnie niepowtarzalny, nie do kupienia w żadnej galerii. Tak czy siak, Petaling Street jest miejscem, gdzie po prostu przyjść trzeba i radzę trochę czasu sobie zarezerwować. Aha, można tu kupić najtańszy alkohol w okolicy- szukajcie sklepu 101, łatwo poznać, bo zwykle przy wejściu leży co najmniej jedna ofiara tego co tam sprzedają.

Central Market

Bardzo stary dom towarowy położony tylko pięć minut spacerem od Petaling Street, również zasługuje na uwagę turysty. Kupujących tu zdecydowanie mniej, a na stoiskach znacznie więcej towarów charakterystycznych nie dla „światowych” marek, ale przede wszystkim wyrobów azjatyckich, w tym głównie malezyjskich. Ileż my na przykład już kupiliśmy kolorowych chustek u starszej Hinduski, na pewno będzie tego więcej niż pięćdziesiąt. Ale skoro sprzedaje je po 15 MYR, to kupimy pewnie jeszcze drugie tyle. Jak widzicie na zdjęciu sam budynek powstał naprawdę dawno temu.


Jest sam w sobie bardzo klimatyczny, bo w środku jest klimatyzacja. To doskonałe miejsce także do pooglądania, a jak widzicie na drugim zdjęciu jest co. Któregoś razu zostawiliśmy tu moją żonę prawie na cały dzień, a jak wróciliśmy to jeszcze nie skończyła oglądania. Na pierwszym piętrze można też zjeść typowe malezyjskie potrawy- jadłem tam Nasi Goreng Ajam, czyli kurczak z ryżem, typowa potrawa na Malezyjskie śniadanie. I są tam bankomaty, choć już kilka razy widziałem, że nie wypłacały pieniędzy. Nie żeby się popsuły, po prostu pieniędzy zabrakło, co świadczy o tym, że sklep ma powodzenie. Wzdłuż budynku jest zadaszony pasaż ze stoiskami handlowymi. Polecam szczególnie stoisko z kawą- jak wszędzie tutaj jest naprawdę dobra, ale ta konkretnie jest jeszcze lepsza. Tu też znajduje się nasza, nie tylko, ulubiona restauracja Yusoof Dan Zakhir, którą polecam szczególnie. Z parkingu przy wejściu z Marketu jeździ też darmowy autobus do wielkiego centrum ze „szmatami”, żyć nie umierać, tylko kupować.

Batu Caves

Dzień dobry KL. Mieszkamy w hotelu Winsin China Town, wiec pobudka gwarantowana. Pod naszym oknem jeżdżą autobusy miejskie, ruch jest ogromny, ulice wąskie, a trąbki w autobusach mocne. Trzeba mieć zdrowy sen żeby się o świcie nie obudzić. Tu przypomniała mi się opowieść naszej koleżanki, która swego czasu pojechała do Stambułu. W hotelu zameldowała się późnym wieczorem i bardzo zmęczona poszła spać. Obudził ją, jak się wydawało w środku nocy, głos wykrzykujący na całe gardło coś po arabsku. Przekonana, że wybuchł pożar i wzywają do ewakuacji, już prawie w gaciach wybiegała z hotelu, gdy głos nagle się urwał. Rozejrzała się po pokoju, po korytarzu i na zewnątrz, nic nie wskazywało na jakieś nadzwyczajne wydarzenia związane z hotelem. Gdy spoglądała na ulicę wychylona przez okno, głos znów ryknął, tym razem jeszcze głośniej, mało na dół nie spadła. Okazało się, że zaraz koło okna ma przyczepiony głośnik, przez który muezzin właśnie wzywał wiernych na pierwszą modlitwę poranną. Na szczęście w Kuala Lumpur, owszem słychać nawoływania muezzinów, ale po pierwsze trzeba się dobrze wsłuchać, żeby je w tym ruchu ulicznym usłyszeć, a po drugie nikt na to nie reaguje. To chyba jakaś inna wersja islamu. Jakoś dosypiamy i powoli stajemy do pionu. Na śniadanie, jak zwykle bułki, tym razem Big Pau, Pang Pork Pau i Siew Pau. Po takim jednym Big Pau mam dość, resztę zjem oczami. Ale żeby za dobrze nie było, to wczoraj była taka historia- poszedłem rano do „muslimanów” kupić Roti, studiuję listę, ale z nazw nic nie rozumiem, zamawiam więc pierwsze z brzegu Roti Canai i co? Sorry Sir, NO ROTI. I tak po kolei we wszystkich knajpach na ulicy, czy oni w tej Malezji wszyscy poszaleli. Nigdzie nie ma CHWILOWO Roti? Nie złamię się, będę latał po całym KL aż Roti zjem, oni jeszcze Polaka poznają.

No ale w końcu się zebraliśmy, dziś jedziemy do Batu Caves. Najpierw spacerek na stację; jakieś 800 metrów do KL Station KTM. To dawny dworzec centralny KL, znany też, jako Malayan Railway Station. Dziś zastąpił go monstrualny KL Sentral nieopodal. Sam dworzec zasługuje na to, żeby go zobaczyć, nawet jak się człowiek nigdzie nie wybiera. Zbudowany w stylu kolonialnym, naprawdę może zachwycić swoją architekturą, bardziej przypomina hinduski pałac Radży niż dworzec kolejowy. W środku jest już zupełnie normalnie, jeśli oczywiście za normę uważamy idealną czystość i porządek. Dziś służy wyłącznie, jako dworzec kolei dojazdowej KL KTM. Bilety bez problemu można kupić w kasie, koszt dojazdu do stacji Batu Caves to 1.40 MYR, jest to ostatnia stacja linii o tej samej nazwie, nie sposób się pomylić.

Jeszcze jedna uwaga. W Malezji są osobne wagony dla kobiet i dzieci, to znaczy, że wsiadać mogą tylko samotne kobiety albo kobiety z dziećmi, małżeństwo z dziećmi nie. Pozostałe są normalnie koedukacyjne- kolejny przykład „miękkiego” islamu praktykowanego w Malezji. W środku góra 16 stopni, czyli maksymalna wydajność klimatyzacji, inaczej nie można. Tajlandia, Malezja wszystko jedno. Jak jest klimatyzacja, to ma działać tak żeby było czuć.

Panie ubrały się w szmaty od stop do głów- może to taki sposób na bardziej „muzułmański” wygląd. Jedziemy, podziwiamy widoki, ale nie takie, do jakich przywykliśmy na przykład na trasie Warszawa — Wołomin- wszystko czyste i porządne, żadnych typowych „kolejowych krajobrazów”.

Po kilku przystankach koniec trasy- Batu Caves. A właściwie to można by to nazwać Monkey Place, bo nasze Panie przez całe peregrynacje po jaskiniach zajmowały się wyłącznie małpami, małpeczkami i małpiątkami, których tu jest bez liku. Jest jeszcze jedna rzecz wyróżniająca to miejsce bardziej niż wystrój i przeznaczenie, schody.

Oczywiście nikomu nie mówiłem, że trzeba wspiąć się na 370 schodów żeby wejść do środka. Gdy je zobaczyli, to padli i prosili Wisznu o wsparcie. Gdyby nie małpy, to pewnie nasze panie nie weszłyby do jaskini ale im wyżej tym małp było więcej.

Tak zajęte obserwowaniem małpeczek, nawet jednak nie zauważyły, gdy było już wspinaczce. Po drodze jeszcze żona uratowała hiszpańskiej turystce okulary, wymieniając je u małpy złodziejki na banana. Trzeba naprawdę bardzo uważać i trzymać wszystko przy sobie. Lepiej też unikać jakichkolwiek kontaktów fizycznych z nimi, bo po ugryzieniu małpy pobyt w szpitalu jest w zasadzie gwarantowany.

W środku mamy dwa poziomy jaskiń. W pierwszej grocie można na początek zrobić zdjęcie Kuala Lumpur z perspektywy wejścia, można kupić jakąś kiczowatą pamiątkę w kiosku, można też obejrzeć kilka figur i rysunków. I to by było na tyle. Dalej są znowu schody, prowadzące do wyższej groty, wyróżniającej się tym, że nie ma sklepienia. Zamiast niego mamy nad głową olbrzymią dziurę w górze, na brzegu porośniętą roślinnością. Wszędzie pełno ptaków, nietoperzy i oczywiście małp. W centralnej części znajduje się mały ołtarz, gdzie od czasu do czasu odbywają się „nabożeństwa”. Nie mam zielonego pojęcia o hinduizmie, więc się wymądrzać nie będę, dodam tylko, że nam się trafiło, a moja żona nawet dostała błogosławieństwo i czerwona kropkę na czole. Kropkę postawił hinduski „ksiądz”, który latał koło ołtarza i głośno krzyczał, i latał i krzyczał, a na końcu kropki stawiał. Bardzo nas to uduchowiło, a jakże

Po „małpeckach” poszliśmy do hinduskiej knajpy, u stóp schodów na lunch. I wiecie co? Był wreszcie ROTI, w wielu postaciach, jak hinduskie bóstwa, tyle tego było, że wybrać nie mogłem. W końcu zdecydowałem się na roti canai, żona na thosai z serem panir, wszyscy wzięliśmy napoje owocowe. Bardzo fajna, całkowicie w hinduskim stylu, restauracja. Czysta, a jedzenie pierwsza klasa. I tanie, roti kosztuje 5 RM, inne dania podobnie. Za 12 RM „jesz ile chcesz” na „banana leaf”, napoje ze świeżych owoców po prostu bajeczne. Po pielgrzymce schodami w górę i na dół zdecydowanie polecam spędzić tu trochę czasu i nabrać sił do dalszego biegania od zabytku do zabytku.

Dataran Merdeka

Tego dnia, gdy moja żona postanowiła cały dzień „zwiedzać” Central Market i Petaling Street, poszedłem z resztą wycieczki zobaczyć stare centrum administracyjne, (jak wcześniej wspomniałem centralne urzędy przeniesiono z KL do Putrajaja) oraz coś, nazwane w przewodniku „little India”, które nawet na mapie było bardzo „little”.

Idziemy od Central Market na zachód, przechodzimy przez Market Street Bridge i kierujemy się na północ, w okolice Dataran Merdeka, gdzie można obejrzeć kilka z najbardziej znanych zabytków KL. Miasto jest nowe, więc i zabytki raczej do prastarych nie należą, ale wybrać się na spacer w tę okolicę naprawdę warto, tym bardziej, że nachodzić się specjalnie nie trzeba, wszystko co jest do zobaczenia, praktycznie znajduje się w jednym miejscu.

U zbiegu Klang River i Gombak River ukrywa się jeden z najstarszych meczetów w mieście, bo trzeba mieć dobry wzrok żeby go wypatrzeć na tle otaczających go szklanych wieżowców.

To bardzo charakterystyczne dla tego miasta, że dawne parterowe Kuala Lumpur pozostało w postaci nielicznych, często samotnych budowli, czasem jeszcze ukrytych w zieleni. Nad nimi piętrzą się „szklane domy”, dominując nad niewielkimi obiektami, co jeszcze bardziej „ukrywa” je przed oczami turystów. Zdjęcie mówi zresztą samo za siebie.

Przy placu Merdeka jest kilka bardzo pięknych budynków, z najbardziej znanym i fotografowanym Sultan Abdul Samad Building. Strzelamy foty jak Japończycy, na 5 sztuk „broni”. Od małego „pistoleciku” Kingi po „bazukę” Aleksandra. Plac Merdeka z wielkim masztem, na którym dumnie powiewa olbrzymia flaga Malezji, i gdzie odbywają się wielkie uroczystości państwowe, to także boisko do krykieta, gry, której nikt spoza Commonwealthu nie rozumie, ja też. Na szczęście dziś nie grali, a może szkoda, gdyż warto byłoby popatrzeć. Kiedyś obejrzałem w telewizji cały mecz baseball’a, prawie pięć godzin, a i tak nic nie zrozumiałem. Przez cały czas robili tylko dwie rzeczy, jeden rzucał piłkę, drugi usiłował ją kijem odbić, a trzeci złapać. Jak gdzieś poleciała, to inni biegali w kółko. Co by się nie działo sto tysięcy Jankesów darło się z uciechy. Krykiet to coś podobnego, ale tego sportu nawet Amerykanie nie rozumieją. No dobra, obejdzie się bez sportowych „emocji”

Miejsce to jest na liście obiektów, które każda wycieczka musi zobaczyć, toteż pełno tam autokarów- głowę dam, że w sezonie naszych tam też nie brakuje. W każdym razie, jak przy każdym zabytku „klasy światowej”, na parkingu stoją wielkie, klimatyzowane autobusy, z których wysiadają tłumy turystów każdego autoramentu, jaki w świecie można spotkać, robią sobie pamiątkowe zdjęcia i jadą dalej. Malezja w pigułce, jak dla mnie to wolę „Mentos The Freshmaker”. Dla tych, którzy chcieliby tu jednak dojechać i zdjęcia zrobić, można tu łatwo dotrzeć ze stacji Masjid Jamek aż trzema liniami metra, na przykład z KL Sentral.

A oto właśnie ów najczęściej, po Petronas Towers, budynek w Kuala Lumpur. W kadrze widzimy nie tylko piękną budowlę w kolonialnym stylu ale także wyrastające nad nią banki, znak naszych czasów oraz w oddali wszechobecną w krajobrazie KL Menarę a nawet fragment wież Petronas. KL w pigułce.

Niby Little India

Idziemy na północ do czegoś, co na mapie i w przewodniku nazywa się Little India. To tylko jedna ulica Masud Jamad India i mały tandetny bazar, na którym kompletnie nie ma co kupić, więc poszło szybko, zatrzymaliśmy się tylko gdy bratowa na jednym ze stoisk wypatrzyła małe „kotecki”.

W końcu trafiamy, to znaczy jesteśmy trafieni na ulicy przez naganiacza z indyjskiej knajpy. Brat skoczył na zwiad do środka i za chwilę macha ręką, co oznacza nie tylko „droga wolna”, ale też poziom cenowy dla nas zaakceptowany, więc wchodzimy.

Restoran Makaran Islam ABC, czyli Always Best Choice. Szumnie powiedziane, ale nie bez powodu. Czysto, miło, a to co nam podali było smaczne w każdym kąsku każdej potrawy. Miałem do wyboru Roti i Nan z różnymi sosami, a „kurcak” z serem panir Aleksandra i sajgonki bratowej, użyczone wspaniałomyślnie każdemu po łyżeczce, wysłały mnie do Brahmy, Wisznu i Sziwy naraz. I ta kawa, która była słodka jak ulepek, a mocna jak ruska wódka. Można się najeść i napić. W ogóle, gdy ktoś tam zabłądzi, niech wali jak w dym. Specjalnie tam jechać nie warto, prawdziwa hinduska dzielnica nazywa się „Brickfields” i jest zupełnie gdzie indziej. Po posiłku nie mogłem wstać ze stołka, a za pięć osób zapłaciliśmy tylko 85 MYR.

Brickfields

Większe „Małe Indie” odwiedziliśmy cztery lata później, prawie w tym samym składzie, uzupełnionym tym razem także przez moja żonę. Pojechaliśmy metrem z Pasar Seni dwie stacje, bo nie chciało nam się iść piechotą. To tylko niecałe dwa kilometry z Chinatown, więc młodszych zapraszam na spacerek. Brickfields jest równo w połowie drogi między stacją Bangsar a KL Sentral, więc uznałem, że lepiej będzie pojechać dalej i pójść w kierunku KL Sentral, a nie łazić tam i z powrotem, jak jaki Hobbit za przeproszeniem. Bangsar to takie jakieś nic, stacja metra, wokół której nie ma nic, poza torami kolejowymi i autostradą- pewnie służy mieszkańcom licznych tu willowych osiedli, które doskonale widać z wysokości peronu. A peron jest naprawdę wysoko, aby zejść na dół trzeba się dobrze natupać i uważać, żeby się nie pomylić, bo wtedy znów sto schodów w górę i sto na dół. Ze stacji trzeba się kierować na północ w kierunku Jalan Tun Sambanthan, kolejnego miejsca w KL, gdzie każdy „musi” być i „sweet focię” na tle kolorowej ulicy sobie zrobić. Po drodze udało nam się, prawie na jednym skrzyżowaniu, zobaczyć malutką hinduską świątynię, chrześcijański kościół i muzułmański meczet. Znów byłem zdziwiony, że tak można, pomny doniesieniom o nieustających rzeziach wyznawców tych religii gdziekolwiek się spotkają. Widocznie w Malezji naprawdę jest inaczej, przynajmniej do tej pory.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.04
drukowana A5
kolorowa
za 64.45