E-book
13.65
drukowana A5
40.04
drukowana A5
Kolorowa
64.45
Malezja, prawdziwa Azja

Bezpłatny fragment - Malezja, prawdziwa Azja

Objętość:
187 str.
ISBN:
978-83-8126-920-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.04
drukowana A5
Kolorowa
za 64.45

Malezja

Pierwszy raz zetknąłem się z, jakże dla mnie egzotycznie brzmiącą, nazwą tego Azjatyckiego kraju, gdy na układach scalonych oraz podzespołach komputerów pojawiły się napisy „Made in Malaysia”. Tak Malezja dołączyła do grona państw nazywanych Azjatyckimi tygrysami. Szybki rozwój gospodarczy, wielki boom inwestycyjny i równie spektakularny kryzys w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Potem, gdy za sprawą Roberta Kubicy, zasmakowałem w oglądaniu Formuły 1, podziwiałem bolidy mknące po torze Sepang pod Kuala Lumpur. Na dodatek, głównym sponsorem zespołu Roberta był Malezyjski koncern Petronas, kojarzący się przede wszystkim z dwoma bliźniaczymi wieżami w centrum stolicy, Petronas Towers. Kto nie zna tego widoku, jeśli tylko ma w sobie turystyczną żyłkę? Czy myślałem o tym, żeby zobaczyć je osobiście? Chyba jeszcze nie miałem takiej wyobraźni. Ale gdy zacząłem jeździć do Azji, było tylko kwestią czasu, kiedy na moim szlaku pojawią się osławione dwie wieże. I stało się tak w 2012 roku, gdy zrobiliśmy sobie w Kuala Lumpur przystanek w drodze z Bali do Tajlandii. No i poszło, teraz mam problem, bo chciałbym tam jeździć co roku, tylko możliwości nie ma. W następnych latach udało mi się jednak, nie tylko lepiej poznać samo Kuala Lumpur, ale także zobaczyć inne regiony kraju. I wszędzie było i za mało i za krótko.

Malezja jest krajem o zbliżonej do Polski populacji a także niemal bliźniaczym wskaźnikiem PKB na mieszkańca. Również między Kuala Lumpur a Warszawą są zasadnicze podobieństwa. Oba miasta są stolicami, a na dodatek posiadają bardzo podobną ilość mieszkańców. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Kuala Lumpur to piękne i fascynujące miasto, a Warszawa, jaka jest, każdy widzi. Również waluta Malezji, Malaysian Ryngitt, ma na rynku wartość w stosunku do PLN oscylującą koło jedności. Można czuć się jak u siebie w domu, ceny są po prostu w złotówkach.

Dominującą religią jest islam, ale nie jedyną. Mieszka tu sporo buddystów, chrześcijan i hinduistów. To jedyny mi znany kraj muzułmański, gdzie religia ta nie odciska swojego piętna na życiu codziennym mieszkańców. Nie zobaczysz tu kobiet zawiniętych od stóp do głów w czarne zawoje, chyba że turystki z Zatoki Arabskiej. Za to nikogo nie zdziwi kobieta prowadząca miejski autobus w Kuala Lumpur.

Długo by można, ale może przejdę do konkretów, a na koniec drogi czytelniku, mam nadzieję, że zrozumiesz, dlaczego Malezja (Truly Asia), tak mnie uwiodła.

Pierwsze spotkanie, czyli 02 AM or 02 PM

Do Malezji trafiłem po raz pierwszy w 2012 roku- na chwilę- i właściwie był to taki dłuższy „stop over” w Kuala Lumpur, w drodze z Bali na Koh Samui. Nie chciałem latać, jak w roku poprzednim, dwa razy dziennie i na dodatek na zasadzie rano na północ, po południu na południe. Tak więc, zamiast lotu z Denpasar do Bangkoku, a potem do Surat Thani, kupiliśmy bilety do Kuala Lumpur, a stamtąd złapaliśmy bezpośredni samolot na Samui.

Nie wychodziło to tanio, bo każdy lot na Samui jest drogi z powodu opłat wymuszanych przez lotnisko, za to zaoszczędzał nam masę czasu, a dodatkowo gdy policzyło się ceny przelotu do Bangkoku, potem do Surat Thani, autobusu do Donsak i promu do Nathon, to różnica nie była taka wielka. Oczywiście pod warunkiem, że uda się kupić lot KUL-USM w linii Firefly w promocyjnej taryfie, czyli dobre dziewięć miesięcy przed podróżą.

Uff, pewnie już masz czytelniku dosyć tej gmatwaniny, ale chciałem pokazać jak trzeba kombinować i kiedy, żeby przy naszym budżecie i ograniczeniach czasowych jak najwięcej „wyrwać” z wakacji. „Plus dodatni” z tego był taki, że mogliśmy zatrzymać się w Kuala Lumpur, choć na chwilę żeby „zaliczyć” kolejne bardzo znane, nie tylko w Azji, miasto. Z Denpasar lot mieliśmy mocno wieczorny, biorąc pod uwagę, że lotnisko międzynarodowe Kuala Lumpur International Airport, czyli po prostu według lokalnej gwary KLIA, znajduje się 65 kilometrów od miasta, przyjazd do hotelu przewidywałem na drugą w nocy. Tak też wpisałem do formularza rezerwacji, „Arrival time 02”.

Już w Denpasar złapaliśmy ponad godzinę opóźnienia, co znów nas „posunęło” w czasie. Wylądowaliśmy gdzieś o pierwszej trzydzieści. W Malezji nie ma wiz dla obywateli UE, noc była późna, poza nami nikt inny już nie przyleciał, więc odprawa poszła gładko. Odebraliśmy bagaże i poszliśmy wynająć transport.

Z tym też nie ma żadnego problemu, bo przy wyjściu z hali przylotów jest centrum transportu, gdzie można uzyskać dokładne informacje a także na przykład zamówić taksówkę, czy kupić bilet na autobus lub pociąg do miasta.

Było nas trochę, wiec wzięliśmy całego busa i ruszyliśmy siecią autostrad oplatających Kuala Lumpur do miasta. Piszę siecią, bo krążyliśmy, jak po wielkiej pajęczynie, co rusz pokonując kolejne płatne bramki.

Gdzieś koło trzeciej nad ranem obudziłem Hindusa śpiącego w recepcji hotelu Winsin w Chinatown, podałem, jak zwykle, wydruk z krótkim wytrenowanym tekstem „we have a reservation”. Akurat, najpierw czytał, albo udawał że czyta, albo jedno i drugie. Potem spojrzał mi głęboko w oczy i ze stoickim spokojem zameldował „we have no rooms, sir”. Nie wdając się w szczegóły dalszych dyskusji na temat standardów zapisu czasu, stref czasowych, GMT i tak dalej, problem podobno wynikał z tego, że jak napisałem 02:00, to chodziło o godzinę druga w nocy czy po południu? Według „KL Winsin Hotel Time Zone” bez żadnej wątpliwości była to nasza godzina 14:00. A teraz jest owszem 16 lipca, ale godzina 03:30 w nocy, a moja rezerwacja będzie „o czasie”, więc czego ja się denerwuję.

A ja się denerwuję, bo jesteśmy w Chinatown Kuala Lumpur, co tak naprawdę niewiele nam mówi i nie mamy gdzie spać. Udało się ustalić, ze jest jeden pokój z trzema pojedynczymi lóżkami, więc jakieś minimum mamy- w razie co przetrwamy, jak dawniej w akademiku bywało i to nie raz, nie dwa. Zostawiamy „młodą parę”, czyli Aleksandra i Kingę, i lecimy po Chinatown szukać lóżka. Sądząc po ich minach oraz księżycowo bladej twarzy Kingi było to najlepsze wyjście.

Pozostałą czwórką przekraczamy bramę słynnej „Petaling Street”. Ciemno i głucho, wszystko pozamykane, stoiska handlowe porozkładane na kawałki, za to na samym środku ulicy przy kulawym stoliku i pod rozchybotaną lampą siedzą Chińczycy- jedzą, popijają piwkiem i dyskutują jakby to wieczór a nie prawie poranek był. Ostatni raz taką scenę widziałem na filmie z Jacki Chanem, czyli jak się okazuje Azja naprawdę tak wygląda, jak ją w filmach gangsterskich malują. Wkoło plączą się kurwy i złodzieje, a za resztkami kramów leżą narkomani w towarzystwie bez krępacji biegających szczurów. Ledwo ruszające się zwłoki właśnie przypalają „browna” patrząc na nas nic niewidzącym wzrokiem. Krajobraz z „Czasu Apokalipsy”, czyli Sajgon po prostu. Wchodzimy do Le Hotel Chinatown, ale szumna nazwa, Chińczyk w recepcji mówi po angielsku równie dobrze jak ja po chińsku i ten akcent „no way to understand”. Są jakieś pokoje, ale jakie trudno z niego wydobyć, zresztą w tej sytuacji, czy to ma dla nas znaczenie?

Dobra, Wiesław każe mu je wstępnie zarezerwować i szukamy dalej- dochodzi czwarta rano. Im dalej tym gorzej, nie ma nic wolnego nigdzie indziej. Wracamy do Winsin. „Teleccy”, czy jak ich tam zwał „młodzież” windą na górę, a my za walizy i do Le Hotel. Nocleg 90 MYR, pokoje bez okien, u Wieśków karaluchy latają już po drzwiach wejściowych, dalej strach zaglądać, a na dodatek w ustach po tym wszystkim sucho jak na pustyni. Wody z kranu nie polecam, więc chcąc nie chcąc trzeba iść do sklepu- jest już 4:30

Sklepy spożywcze owszem czynne i świetnie zaopatrzone, więc kupujemy napoje i wracamy. Wytrąbiłem od razu litr soku z resztkami pomarańczy, Gosia niebieski Cheers Extra, myjemy się i próbujemy przygotować do snu. Ja jak zwykle rozwaliłem rezerwuar, więc musiałem go naprawić. Do tego coś źle ustawiłem w klimatyzacji i jest zdecydowanie za gorąco. Wreszcie doszedłem, co trzeba pilotem przestawić i lulu. „Jutro” będzie nowy dzien.

Budzący się dzień zwykle wypędza upiory, więc po koszmarach nocy powinno być już tylko lepiej. Wstałem o dziewiątej, poszedłem do toalety, ostrożnie obchodząc się z rezerwuarem oczywiście, wziąłem szybką kąpiel i poszedłem po śniadanie. Jest absolutnie cudownie, takiego Chinatown jeszcze nie widziałem. W tym zwłaszcza sklepy na Petaling Street- obawiam się, ze żona stąd nie wyjedzie nigdy. Co krok to lepiej, szalony azjatycki tygiel pulsuje życiem, uwielbiam takie klimaty. Będzie dobrze, resztę mogę sobie kupić za Master Card. Po 50 metrach staję na ulicy i myślę, co dalej, to znaczy w lewo czy w prawo.

Stoję tak, stoję i myślę, bo po tym wszystkim otumaniony jestem do końca, aż nagle słyszę za sobą wesoły głos „Mister do You want Siew Pau”? To … Aleksander. Chciałem go niemalże wycałować, ale na szczęście się powstrzymałem, bo taki nowoczesny to ja jednak nie jestem. Idziemy razem do 7/11, gdzie wreszcie kupujemy KAWĘ. Zaczynam powoli wracać do życia. KL nabrało koloru, wokół tłum ludzi, zapachów, jest już zupełnie inaczej i można żyć. Teraz idziemy do „piekarni” po Siew Pau- jest jak na zdjęciach, które oglądałem w sieci. Bułeczki do koloru do wyboru. Powoli z rozmysłem kompletujemy śniadanie- sama przyjemność wybierania bezcenna. Obok jest wspaniała jadłodajnia pełna ludzi, więc zgodnie z zasadą, jedz tam gdzie tłok zapamiętujemy, tu można jeść, ceny przystępne, w okolicach od 4 do 6 MYR za danie. Jest dobrze. Aleksander zawraca po kawę dla Kingi, więc się rozstajemy. Sprawy w hotelu przybrały dobry obrót. Młodzież zostaje w swoim pokoju a my nasze dostaniemy o 02:00 PM!!! oczywiście. Postanawiamy zostawić majdan u nich i koło południa w miasto.

KL, czyli Kuala Lumpur

Malezyjczycy o swojej stolicy nie mówią inaczej niż „Kej El”- znaczy to pewnie, że maja na myśli jakąś azjatycką wersję „LA”, ale piosenki „KL Woman” nie słyszałem. Myślę, że cała ta sprawa wynika z oczywistej dumy jego mieszkańców, którzy słusznie przyrównują swoja stolicę do innej światowej metropolii. KL nie jest dużym miastem, bo liczy tylko nieco ponad półtora miliona mieszkańców, więc jak na warunki azjatyckie nie za wiele, w Chinach to by było prowincjonalne miasteczko. Za to wyglądem zdecydowanie imponuje, zwłaszcza centrum. Inna sprawa to fakt, że Kuala Lumpur owszem jest bytem fizycznym, ale nie do końca. Na przykład na autobusach międzymiastowych, które kursują do Puduraya ( dworzec autobusowy w Chinatown, zwany też Pudu Central) próżno szukać tabliczki z napisem Kuala Lumpur. Stolicę administracyjną też dawno przeniesiono do Putrajaja. Samo Kuala Lumpur to właściwie okręg administracyjny, składający się z wielu jednostek. Warto o tym pamiętać, bo można pojechać nie tam, gdzie trzeba. Oprócz nowoczesnego centrum, tak dumnego ze swoich drapaczy chmur, z Petronas Towers na czele, miasto składa się z wielu, czasem izolowanych od siebie dzielnic, w większości mieszkalnych, położonych w dolinach pięciu rzek pośród niewielkich gór. Zapewne to właśnie położenie geograficzne zdefiniowało ów dualizm, o którym pisałem wyżej. Jest tu także mnóstwo parków i zieleni wciskającej się gdzie się tylko da- jest nawet prawdziwa dżungla w samym środku City Center. Poza tym możemy odwiedzić wiele klimatycznych miejsc, takich jak Chinatown, Little India czy Kumpung Baru, czyli malajską wioskę z widokiem na Petronas Towers. Właściwie to całe KL jest z widokiem na słynne dwie wieże, będące obecnie symbolem miasta. Jakby zresztą na to wszystko nie patrzeć w końcu jesteśmy po prostu w Kuala Lumpur. Będąc w Azji nie sposób tego miasta ominąć, byłoby to, co najmniej bardzo nierozsądne. Być w Azji a KL nie widzieć, absurdalna sytuacja.

KLCC

KLCC oznacza ni mniej ni więcej tylko „Kej El” City Center i to jest nasz pierwszy punkt programu zwiedzania miasta. Stoimy przed hotelem Winsin w Chinatown, pracowicie dłubiąc w smartfonach i tabletach, żeby uruchomić GPS, wypozycjonować nasz punkt startowy, określić punkt końcowy i wreszcie wyznaczyć trasę. Szamotanina makabryczna. Na szczęście Aleksander przerwał całą tę zabawę, bo jak był łaskaw podnieść głowę znad swojego Samsunga (to nie jest lokowanie produktu), zobaczył TO sterczące znad domów prosto przed nami. Idziemy, więc do celu bez tej cholernej elektroniki.

Mieszkamy w samym centrum Chinatown, które diametralnie odbiega od reszty miasta, więc gdy opuszczamy je- a granica jest prawie jak nożem uciął, zamiast znanych nam azjatyckich kramów, tłumów na ulicach i wszechogarniającego chaosu pojawia się uporządkowanie i elegancja. Żadnych walających się śmieci, czyste ulice, pięknie utrzymana zieleń i „szklane domy”, nie tylko biura, ale też, a może przede wszystkim, budynki mieszkalne.

KL Tower, czyli Menara


Stajemy wreszcie pod Menarą, Ja mam już dość, jest koszmarnie gorąco i parno a przed nami góra, na której postawiono to „maleństwo”. Na szczęście jest darmowy bus z klimatyzacja, tylko trzeba trochę przy bramie poczekać, na specjalnym przystanku oczywiście. Wjeżdżamy samochodem na górę. Najpierw z tarasu wokół wieży robimy sobie zdjęcia na tle wieżowców KLCC, potem spacer dookoła Menary i wchodzimy na chwilę do mini-wioski turystycznej(ja to nazywam cepeliadą dla turystów). Stoją tam małe drewniane domki i chatki z bambusa, pozbierane z różnych regionów kraju. A nad nimi wznosi się symbol obecnej potęgi Malezji, co daje do myślenia. Tu przypominam, że to właśnie w Malezji umieszczono pierwsze po USA i Japonii fabryki układów scalonych. Kto chce może potrzymać za ogon jaszczura, bo dwa posadzili na stole i płacą im za to, że cierpliwie znoszą okrzyki „o popatrz, jaszczur” i dają się „miziać” za ogony, z jaszczurczym spokojem, nawet paszczy nie otwierając.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 40.04
drukowana A5
Kolorowa
za 64.45