drukowana A5
36.15
Małe, słodkie codzienności

Bezpłatny fragment - Małe, słodkie codzienności

Objętość:
258 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8126-847-9

W podziękowaniu dla tych, którzy byli,

pocieszali, dali natchnienie

i którzy we mnie uwierzyli

Herbata z cytryną

***

Pod zwałami białej pościeli, niby porwany przez lawinę narciarz, leżał Yuuri, okazjonalnie wydając z siebie przytłumiony kaszel. Obłożony poduszkami i przykryty pod sam nos powoli dochodził do siebie po tym, jak nagle na lodowisku urwał mu się film. Na szczęście był już bezpieczny, a zbliżające się szuranie kapci oznajmiło, że do sypialni wkraczał jego ratownik, lekarz, a teraz także opiekunka w jednym.

— Yuuri, nie strasz mnie tak więcej. Myślałem, że dopadł cię atak serca. — Widząc, że mężczyzna już nie śpi, Viktor przysiadł bokiem na łóżku i odłożył na stolik kubek z parującym napojem. — Czy to są właśnie te wasze słynne, japońskie przeziębienia?

— Nie wiem, czy słynne, ale na pewno skuteczne — wychrypiał Yuuri, odsuwając kołdrę znad ust. — Nie martw się. Do jutra wszystko powinno wrócić do normy.

Rosjanin nachylił się nad leżącym mężczyzną i przytknął czoło do jego czoła, próbując sprawdzić temperaturę. Nie widział, że takie starania mogły przynieść odwrotny skutek, a czuła opieka, jakiej Katsuki po raz pierwszy doświadczał od kogoś innego niż mama, z pewnością miała wpływ na zupełnie niezwiązane z chorobą podniesienie się gorączki o jakieś kilka dziesiątych stopnia.

— Wydaje mi się, że jest odrobinę lepiej — uznał jednak Viktor, odsuwając się znad pacjenta. — Chce ci się pić?

— Trochę — przyznał Yuuri.

— Przyjąłem.

Viktor pomógł mu usiąść, troskliwie asekurując plecy, a potem sięgnął po przyniesiony kubek, ściągnął usta i zaczął dmuchać, odganiając leniwie unoszącą się nad naczyniem parę. Było w tej scenie coś niebywale ujmującego, coś, co uszczęśliwiło chorego chyba bardziej niż przygotowany napar.

— A teraz powiedz „aaa” — zażartował Rosjanin, po czym przyłożył do ust ukochanego kubek i ostrożnie go przechylił.

— Mm, dziwne. Ale dobrze — skrzywił się Japończyk, kiedy już przełknął łyk rozgrzewającego napoju. — Co to?

— Herbata z cytryną. Stary, babciny sposób na przeziębienia.

Dla potwierdzenia Viktor podetknął kubek pod twarz Yuuriego, aby ten mógł zobaczyć pływający we wnętrzu plasterek cytrusa.

— Chcesz jeszcze? — upewnił się.

— Mhm.

Yuuri przylgnął wargami do brzegu naczynia, by duszkiem wypić przyjemnie ciepłą herbatę aż do samego dna. I kiedy tak spijał ostatnie krople płynu z przechylonego kubka, jego ust nieoczekiwanie dotknął plasterek cytrusa. Japończyk chwycił go w zęby, a potem, niewiele myśląc, ostrożnie wyjął cytrynę z naczynia. Jednocześnie lekko przygryzł wilgotny kawałek, przez co nieco soku wypłynęło z rozerwanego miąższu i pociekło po spierzchniętych gorączką ustach.

Viktor mruknął. Yuuri swoimi niekontrolowanymi zagrywkami regularnie doprowadzał go na skraj wytrzymałości.

— Ej, tego się tak nie robi — zganił, zabierając kubek, by w jego miejsce przysunąć do Katsukiego twarz. — Oddaj — poprosił nieprzekonująco.

— Ne — wydukał Yuuri, jakby spodziewał się, co zaraz nastąpi.

Viktor westchnął, po czym zbliżył się i złapał zębami za drugi koniec cytryny, chcąc wymusić prowokacyjnym zachowaniem, aby Yuuri się wycofał. Gdy jednak zauważył, że przeciwnik się nie poddaje i wciąż dzielnie trzyma swą zdobycz, Rosjanin zmrużył oczy, rozchylił szerzej wargi i zgarnął większą część plastra, niespodziewanie przyciskając usta do ust Japończyka.

Choć pocałunek sam w sobie wydawał się słodki i może odrobinę pikantny, to gdy kwaśny sok wypłynął z owocu i dostał się między języki obu mężczyzn, bogactwo doznań zupełnie oszołomiło Yuuriego. Było mu gorąco i za gorąco, przyjemnie, ale trochę duszno, miło, lecz jednocześnie brakło tchu… Ostatecznie Yuuri wytrzymał tak może kilka sekund, zanim skrzywił się pod wpływem cierpkiego posmaku i odsunął się od ukochanego, pozwalając, by to Viktor zjadł cytrynę w całości. I to jak zjadł — powieka mu nawet przy tym nie drgnęła, a nawet się oblizał, wyraźnie zadowolony z takiego obrotu spraw.

— Na zdrowie — podziękował Viktor, ocierając kciukiem usta Yuuriego, po czym wstał z łóżka. — A teraz wracaj się kurować.

— A ty gdzie idziesz?

Tymczasowy pielęgniarz uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo do zakopującego się w pościeli, na wpół ozdrowiałego pod wpływem pieszczoty pacjenta.

— Kupić więcej cytryn. Dużo więcej.

Most

***

— Viktor! Gdzie ty mnie znowu zabierasz?! — jęknął Yuuri, dając się ciągnąć za rękę podśpiewującemu pod nosem Rosjaninowi.

— Ta-je-mni-ca! — odpowiedział melodyjnie Viktor, zadowolony i dumny z siebie jak paw. A kiedy był zadowolony i dumny z siebie (jak paw), to nigdy nie chodziło o coś tak trywialnego jak spacer czy kino. Że już o pójściu na zakupy spożywcze, o które Katsuki upraszał się od jakichś dwóch dni, nie warto było nawet wspominać.

Japończyk przewrócił więc oczami i pozwolił prowadzić się podekscytowanemu partnerowi, aż nie dotarli na jeden z licznych mostów, rozsławiających Petersburg jako Wenecję Północy.

— Proszę! Oto nasza przystań! — sprezentował Viktor, stając na środku i wskazując rozłożonymi dłońmi żeliwne słupki z dziesiątkami przypiętych do nich kłódek.

Coś w brzuchu Yuuriego zatrzepotało, kiedy uświadomił sobie, o co w tym wszystkim chodziło. W końcu nawet tak przewlekle aspołeczny człowiek jak on zdawał sobie sprawę, co oznaczało powieszenie przez zakochanych kłódki na moście.

— I popatrz, jaką ładną nam wybrałem! — Viktor przyskoczył do Yuuriego, po czym wyciągnął z kieszeni płaszcza zgrabną, niebieską kłódkę. — Ma kolor twoich okularów, prawda?

— A… masz marker? — zareagował pytaniem na pytanie, próbując ukryć za rozmową rozczulenie, jakie wywołał w nim najnowszy pomysł ukochanego.

— Oczywiście.

— Niezmywalny?

— Niezmy… — Niepewność, z jaką uśmiechnięty Viktor to wyznał, mogła śmiało stanowić odpowiedź samą w sobie. — A to są jakieś inne?

Japończyk pochylił się i zlustrował wzrokiem pisak. No tak… Powiedzieć czy nie powiedzieć? Oto jest pytanie.

— Viktor — zaczął łagodnie, co już powinno zaalarmować pomysłodawcę. — Wziąłeś zwykły. To flamaster dla dzieci.

— Żartujesz? — zawołał Nikiforov, a potem jęknął z zawodem, stanowczo zbyt mocno biorąc do siebie tę, bądź co bądź, uroczą pomyłkę. — Yuuri, co ja najlepszego zrobiłem! Zabiłem nasz związek!

„Gdyby ludzie naprawdę rozstawali się z powodu pisaków, ten świat powinien wybuchnąć już wieki temu” pomyślał Katsuki, ale na głos tego nie powiedział.

— Znaczy, bez dramatu. Na dwa maźnięcia spokojnie wystarczy — stwierdził pogodnie, jednak to nie podziałało. Viktor wciąż wyglądał, jakby to całość jego przedmałżeńskich planów runęła, a nie tylko randka na moście. No i bez przesady z tym runięciem…

— Ale przecież pierwszy lepszy deszcz zmyje napis — zauważył Viktor, po czym zwiesił cierpiętniczo głowę. — Przepraszam cię, Yuuri. Zawaliłem sprawę.

— Tak, tak. Wszyscy umrzemy — odpowiedział spokojnie Japończyk, przechwytując z dłoni Rosjanina kłódkę oraz marker.

Zębami zdjął skuwkę i pomrukując pod nosem rosyjski alfabet, wymalował na metalowej powierzchni oklepany tekst złożony z ich imion oraz iksa. Do głowy przyszła mu jeszcze jedna myśl, dlatego obrócił kłódkę i dopisał na jej odwrocie w bardziej zrozumiałym dla siebie angielskim „Viktuuri”, tak jak niedawno przechrzcił ich łyżwiarski fandom.

— Gdzie przypiąć? — zapytał po chwili Yuuri, zamykając pisak i spoglądając na osowiałego Viktora, jednak ten nie zareagował, nadal podłamany rozmiarem pomyłki.

Katsuki westchnął. Czyli decyzja należała całkowicie do niego… Yuuri rozejrzał się szybko po moście i niemal od razu znalazł przyzwoite miejsce pod solidną, metalową kłódą. Gdy tylko zrobił z niej prowizoryczny daszek, łyżwiarz przyczepił do kraty małą, niebieską kłódkę, po czym zadowolony z efektu musnął zapięcie po raz ostatni i bez zastanowienia wyrzucił kluczyk do wody — miał tylko nadzieję, że nie podpadało to pod żaden paragraf dotyczący zaśmiecania rzeki.

Na koniec Yuuri podniósł się, a potem podszedł do wciąż lekko zawiedzionego Viktora, który właśnie rozpoczynał deklamować listę obietnic, mającą zadośćuczynić jego nieuwagę.

— Yuuri, ja cię najmocniej przepraszam. Jeszcze dziś pójdę i kupię nam znacznie większą i ładniejszą kłódkę, żebyś nie myślał, że mi nie zależy. I ze dwadzieścia markerów, permanentnych na amen, takich, co to ich nawet kwaśny deszcz nie tknie. I…

— Viktor.

Wypowiedziane spokojnym, niemal chłodnym tonem imię wystarczyło, aby uciszyć Rosjanina. Japończyk pokręcił głową.

— Jeśli deszcz zmyje napis, to tu wrócimy i poprawimy. Jak zmyje jeszcze raz, to wrócimy tu jeszcze raz. Razem. — W trakcie mówienia Yuuri ujął twarz mężczyzny w dłonie, nakazując mu patrzeć na siebie i tylko na siebie. — Będziemy tu przychodzić dzień w dzień, rok w rok, aż topniejące lodowce nie zaleją Petersburga, a mostu nie zeżre rdza. Ale naszej kłódki nic nie ruszy. Zrozumiano?

Viktor gorąco pokiwał głową, tak jakby procesy chemiczne naprawdę leżały w jego jurysdykcji, a lodowce zamarzały na każde skinienie. Ale dla takiego zdeterminowanego partnera chyba gotów byłby się tego nauczyć.

— Nie sądzisz, że lepszym wyjściem jest to, aby codziennie dbać o naszą miłość, niż żeby raz zawiesić jakąś kłódkę i nie zawracać sobie nią więcej głowy? — ofukał go Yuuri, przysuwając usta do ust Viktora. — O czymś takim też chciałbyś zapomnieć?

Zbliżył się i ostrożnie pocałował ukochanego. Co prawda jeszcze nie radził sobie z publicznym okazywaniem uczuć na tym poziomie, ale wiedział, że to akurat był stan wyższej konieczności. Znaczy… bo po takiej deklaracji… że na zawsze…

Yuuriemu zmiękły kolana, ale na szczęście Viktor w porę zareagował, chwytając go w pasie.

— Wow, Yuuri. Jesteś pewien, że nigdy tu nie byłeś? — zapytał, spoglądając w oczy Katsukiego, które były uroczo odsłonięte z powodu zsuniętych na skraj nosa okularów. — Że nigdy wcześniej nie robiłeś takich płomiennych przemów ani nie wiedziałeś, że zapięcie kłódki trzeba potem… skonsumować?

Japończyk pokręcił głową, stanowczo zaprzeczając.

— Przecież nawet nie wiem, jak się nazywa ten most.

— Pocalujew Most — odpowiedział Viktor, a potem przymknął oczy, zbliżając się do warg Yuuriego. — Most Pocałunków.

Rękawiczki

***

Zapomniał. On, Japończyk, człowiek zawsze świetnie przygotowany na wypadek tajfunów, trzęsień ziemi oraz szalejących przeziębień, zapomniał o czymś tak trywialnym jak rękawiczki. Oczywiście spodziewał się, że przy okazji przeprowadzki do mieszkania Viktora coś wyleci mu z głowy, jednak czuł się jak ostatni idiota, nie przewidując, że tym, co najbardziej różniło Rosję od Japonii, to właśnie klimat. I chociaż do tej pory Yuuri jakoś dzielnie stawiał opór zimnu, to dziś pogoda w Petersburgu postanowiła nie okazywać litości, nie brać jeńców i w ogóle mieć w nosie chłód, jaki w tym momencie skuwał lodem jego palce. Opatulony zewsząd, tylko nie od tego końca co trzeba mężczyzna drżał więc, cierpiąc w milczeniu. I choć starał się wcisnąć dłonie jak najgłębiej w płytkie kieszenie, płaszcz sprawiał wrażenie równie nieprzyjaznego co mroźna aura. Jeśli nie bardziej.

— Yuuri, zimno ci? — zapytał troskliwie Viktor, obserwując praktycznie skulonego wpół narzeczonego.

— Nie, w porządku. Tylko ręce mi trochę zmarzły — wymruczał, zgrywając twardziela. Kiedy jednak mlecznobiały obłoczek odpowiedzi wzbił się ponad szalik, Yuuri dość dobitnie udowodnił tym, że panująca minusowa temperatura była trochę bardziej niż bardzo minusowa.

— Daj.

Nie czekając na dalsze tłumaczenia, Viktor pospiesznie zdjął swoje skórzane rękawiczki, wepchnął je bezceremonialnie do kieszeni i wyciągnął dłonie w kierunku Yuuriego. Chwycił go za nadgarstki, wyciągając ręce mężczyzny z felernego płaszcza, po czym delikatnie przesunął palcami wzdłuż ich grzbietów, aż wreszcie okrył je swoimi.

Viktor nie miał wiele większych dłoni, ledwie odrobinę, a mimo to starał się jak najciaśniej i jak najdokładniej osłonić go przed mrozem, jednocześnie masując kciukami skostniałe ciało, by rozgrzać fragmenty, których nie zdołał już objąć. Kości knykci, doskonale widoczne pod jasną skórą, poruszały się przy każdym muśnięciu jak w jakimś nieznanym, hipnotyzującym tańcu. Yuuri czuł ciepło niezwiązane w żaden sposób z intensywnością głaskania, a choć zaledwie trzymali się za ręce, odniósł wrażenie, że pieszczota sięgała o wiele, wiele dalej.

Wydawało mu się, że poznał dłonie Viktora z każdej strony i każdym zmysłem: wzrokiem, węchem, smakiem… Każdego dnia, po trochu, w zwykłych, małych czynnościach. Kiedy wyciągali do siebie ręce po upadkach na lodowisku, kiedy przygotowywali wspólnie kolacje, instruując nawzajem, jak należy kroić to nieznośne awokado albo zlizując z palców resztki sosu, kiedy po posiłku zaczytywali się we wspólnej książce, leżąc jeden na drugim, i kiedy po wszystkich tych codziennych rozrywkach oddawali się znacznie intymniejszym przyjemnościom, dotykiem zaspokajając swe najgłębsze pragnienia.

A jednak wiedząc to wszystko, Yuuri wciąż przeżywał na nowo fascynację rękami Viktora, które teraz czule unosiły złożone ze sobą dłonie do ust, by otoczyć je ciepłym, białym oddechem. Rosjanin chuchał nieprzerwanie, raz za razem składając niewinne pocałunki na opuszkach lub na obrączce, aż wreszcie poczuł, że udało mu się przywrócić właściwe krążenie.

Wtedy Yuuri poruszył palcami i niepewnie wsunął je między palce ukochanego. Viktor nie zaprotestował. W ciszy trzymali się za ręce i czekali, aby przedłużające się milczenie magicznie przywoła (przepowiadaną już w porannych wiadomościach, to fakt) zmianę pogody. W ten sposób zachmurzony, zimny Petersburg zaskoczył Yuuriego raz jeszcze, gdy z nieba zaczął powoli padać ledwie widoczny w świetle dnia śnieg. Ale ani to, ani siarczysty mróz nie były już takie ważne. Liczyły się tylko obejmujące go dłonie.

I jeśli Yuuri mógł się zakochać w Viktorze jeszcze trochę bardziej, to dziś znalazł ku temu idealną wymówkę.

Kupon

***

— Yuuri…! — Ubrany w same spodnie Viktor pomachał zachęcająco dłonią, trzymając w garści jakiś bliżej niezidentyfikowany zwitek papieru. — Popatrz, co tu mam!

Katsuki, wyciągnięty na łóżku jak pan i władca na swoich włościach, uniósł wzrok znad czytanej książki. No naprawdę… W tych nielicznych chwilach między toaletą a wtuleniem się w Viktora Yuuri zwykł oddawać się niezobowiązującej rozrywce przeglądania papierowej literatury, której Rosjanin miał na stanie prawdziwie hurtowe ilości. Zakłócanie naturalnego rytmu wieczora przed ustalonym kwadransem wprawiło go w niemałe zdziwienie.

— Viktor, pewnie się jeszcze nie domyśliłeś, ale wiesz… — Nie skończył myśli, tylko wskazał na swoje okulary. — Powiesz mi, czy mam wracać do czytania?

Rosjanin wybrał jednak trzecie wyjście, bo bezceremonialnie wręczył ukochanemu karteluszek, na którym niewprawnym, dziecięcym pismem ktoś nasmarował po angielsku „Kupon na Yuuriego”. Bazgroły zostały opatrzone również pucołowatą buźką z czarną czupryną i niebieskimi okularami, co nie tylko dobitnie wskazywało na adresata karteczki, ale też zdradzało tożsamość nadawcy.

— Trojaczki — stwierdził Yuuri, kręcąc głową. — I co to niby ma być?

— Jak sama nazwa wskazuje. Kupon na ciebie. — Viktor uśmiechnął się beztrosko. — Dostałem takie na spóźnione urodziny, kiedy po narodowych byliśmy w Hasetsu.

— Ej, ja w tym udziału nie brałem! — jęknął Yuuri, kiedy po okazaniu bileciku Viktor natychmiast zabrał mu z rąk tomiszcze, odłożył je na stolik obok łóżka, a potem wpakował się na miejsce książki, sadowiąc wygodnie na piersi narzeczonego. — To było dwa miesiące temu! Przeterminowany!

Viktor odwrócił karteczkę, na której domazano zapobiegawczo, acz nie bez błędów: „do wykorzystania do pszyszłych urodzin”. Katsuki złapał się za czoło.

— Normalnie jakby wiedziały, co z tego będzie…

— Miałem tego cały zwitek, na każdego z Yu-topii — wyznał wesoło Viktor, wsuwając dłonie pod brodę. — Wszystkie zużyłem, ale ten jeden odłożyłem na czarną godzinę. No i akurat dziś znalazłem go w koszuli.

Yuuri westchnął, poddając się naporowi spojrzenia ciężkiej, rosyjskiej artylerii. Tym cięższej, bo leżącej na jego brzuchu.

— I co zrobiłeś z pozostałymi? — spytał zrezygnowany, odkładając na bok okulary.

— Mogłem poprosić każdą osobę o spełnienie jakiegoś małego życzenia. Dziewczynki dały mi świnkowe origami. U twojej mamy zamówiłem podwójnego katsudona. Takeshi naostrzył mi łyżwy — wyliczał.

— Sama słodycz — przyznał Yuuri i spojrzał kpiąco na Viktora. — Podejrzewam jednak, że autorki nie miały na myśli tego, co tobie krąży teraz po głowie.

— Och… Kto wie?

Viktor zacisnął dłoń Yuuriego na kartce, a sam przysunął się nieco bliżej jego twarzy, niemal trącając nosem o nos ukochanego, po czym spojrzał na niego zalotnie. No właśnie. Katsuki spodziewał się chyba każdego polecenia, nawet takiego najbardziej wyuzdanego i gorszącego, a jednak usłyszana prośba zaskoczyła go czułym tonem, jakim została wypowiedziana.

— …pocałuj mnie.

Yuuri zamrugał kilkukrotnie, jakby wciąż z trudem analizował sytuację. Co? Tylko? W jego głowie zdążyła się nawet narodzić myśl, aby sprzedać soczystego buziaka w czoło i skwitować to wesołym „reszty nie trzeba”… Ale kiedy tylko zobaczył, jak Viktor przymknął powieki, ufnie czekając na odpowiedź, nieco zmiękł. Japońskie geny dotrzymywania obietnic (nawet tych cudzych) zwyciężyły nad chęcią zażartowania.

— Dobrze. Ale masz nie patrzeć.

Najpierw Yuuri zbliżył prawą dłoń do twarzy Viktora, muskając opuszkami czoło, na co mężczyzna drgnął, po czym znów zamarł w bezruchu, czekając na rozwój wydarzeń. Ręka przemieściła się dalej, bardziej w bok, wsuwając pod grzywkę i rozczesując lekko splątane włosy. Yuuri czuł w przestrzeniach między palcami przyjemne łaskotanie przesuwających się, miękkich, szarych kosmyków. Odgarnął je za ucho, odsłaniając cienką brew i powiekę, za którą kryło się piękne, niebieskie oko. Niestety nie mógł mu się przyjrzeć, ale za to tuż obok na serdecznym palcu dłoni Yuuriego błysnęła obrączka, jakby w zastępstwie przypatrując się poczynaniom Japończyka.

W końcu Katsuki nachylił się, po czym wciąż trzymając dłoń na policzku ukochanego, dotknął ustami jego ust. Ciepłe, nieco wilgotne od balsamu wargi smakowały jak wszystko co najlepsze na świecie, nie pozwalając ani na chwilę się od nich oderwać. Słodki pocałunek przedłużał się z sekundy na sekundę, powoli obracając w nicość plany czytania czegokolwiek poza czytaniem z ruchu ust, szeptających kolejne słowa zachęty.

— Wszystkiego najlepszego, Vitya — powiedział Yuuri między jednym muśnięciem a drugim.

Zdradziecki kupon. Teraz sam miał ochotę na więcej.

Komórka

***

Komórka. Trywialna rzecz w dzisiejszych czasach. Coś, dzięki czemu można było się komunikować, spędzać wolny czas, pisać, czytać, słuchać muzyki i tak dalej, i tak dalej. Zwykłe urządzenie. Nic ciekawego.

W przypadku Yuuriego telefon również stanowił do tej pory jedynie narzędzie do załatwiania zupełnie nieciekawych z punktu widzenia pobocznego obserwatora spraw. Godzinami przeglądał na Instagramie zdjęcia swojego idola, odtwarzał w nieskończoność utwory pochodzące z występów, ewentualnie kontaktował się z Phichitem lub z rodziną. Więc owszem, był to miły gadżet, szczególnie kiedy sprawił sobie uroczy pokrowiec w niebieskie pudle, ale w gruncie rzeczy smartfon nie miał dla niego jakiegoś ogromnego znaczenia… choć jednocześnie zastępował mu realnych ludzi bardziej, niż zdawał sobie sprawę.

Zmiany nastąpiły wraz z pojawieniem się Viktora w jego domu. Komórka przestała wtedy stanowić cały świat, a zaczęła służyć bardziej okazjonalnie i głównie do jednego, bardzo precyzyjnego zadania — sprawdzania godziny. Yuuri nie mógł się bowiem doczekać każdego kolejnego dnia i jakby miało to w czymś pomóc, niemal maltretował przycisk podświetlania, upewniając się raz za razem, czy to już czas na trening, na umówiony spacer, na wspólną kolację w Yu-topii czy też może na pobudkę.

A skoro o pobudkach mowa, to funkcja ta przeszła chyba największą metamorfozę. Na początku Yuuri miał ogromne problemy ze wstawaniem i regularnie zdarzało mu się zaspać, podczas gdy Viktor, jak na porządnego trenera przystało, już od najwcześniejszych godzin śmigał wte i wewte niczym skowronek. Budzik natomiast uparcie odmawiał współpracy, czy to po ustawieniu głośniejszej muzyki, czy kilku alarmów pod rząd. Potem do porannej gry dołączyła dodatkowa para rąk, która czasami omyłkowo wyciągała niebieską komórkę spod poduszki. Właściciel telefonu oburzał się wtedy lub obruszał, zależnie od nastroju, i albo przy akompaniamencie śmiechu wyrywał urządzenie z niepowołanych dłoni, aby ukryć pozapisywane tam zdjęcia, albo zbywał absurdalnie wczesną pobudkę mruknięciem „nawet nie próbuj uciekać”, po czym wtulał się ustami w obojczyk obejmującego go Rosjanina. Ostatecznie jednak wraz z przeprowadzką do nowej strefy czasowej budzik odszedł do lamusa, a zamiast niego w rolę alarmu wcielał się półnagi, pochylający się nad wspólnym łóżkiem mężczyzna, który całował czule niczym te wszystkie postacie z końcówek hollywoodzkich romansów, oznajmiając: „Yuuri, kawa”.

Aparat natomiast przeżywał swój osobisty, elektroniczny renesans. Choć Japończyk nigdy nie należał do osób, które uwielbiały uwieczniać każdy moment życia na filmie (nie wyłączając nawet śniadania czy wyjścia do toalety), teraz miał ochotę zamówić dodatkową kartę pamięci, aby zachować wszystkie fotki, które mniej lub bardziej potajemnie robił Viktorowi. Ale najcenniejsze i tak wydawały mu się te zdjęcia, na których znajdowali się razem: roześmiani, objęci albo przyłapani w intymnej chwili, kiedy Phichitowi akurat zachciało się robić za paparazzi. A czasami, gdy Yuuriemu jakimś cudem udawało się ocknąć wcześniej niż Viktorowi, sięgał po starego, sprawdzonego przyjaciela do spraw dokumentacji i po cichu robił zdjęcie za zdjęciem, myśląc, że chyba właśnie nieświadomie walczył o tytuł najszczęśliwszego człowieka na Ziemi. Szybko jednak dochodził do wniosku, że na co mu wirtualna radość, skoro miał obok siebie całkiem realny skarb. Odkładał wtedy komórkę z powrotem na stolik, po czym ostrożnie muskał wargami znajome czoło, policzki, usta, aż wreszcie ukochany otwierał oczy i porywał go w objęcia, rozpoczynając pobudkę innego, nieco bardziej gwałtownego rodzaju.

I kiedy wydawało się, że wobec łyżew oraz miłości elektronika nie ma już żadnych szans, całkowicie zepchnięta na drugi plan życia, Yuuri przypominał sobie o komórce spokojnymi, zimowymi wieczorami. Wpinał w port dobrze znany kabel, po czym razem z Viktorem siadali na kanapie, wkładali po jednej słuchawce do uszu i ramię w ramię, przytuleni, odpoczywali przy akompaniamencie muzyki. Trwali tak dopóty, dopóki we trójkę powoli nie zapadali w letarg — ludzie w sen, a telefon w ogrzewany ciepłem obejmującej ją dłoni stan czuwania.

Zabawne. Niby taka trywialna rzecz, ta komórka, a taka przyjemna…

Konsola

***

— W lewo! Biegnij w lewo! — wrzeszczał Yurio, nie mogąc się zdecydować, czy schować się pod kocem, przechwycić pada, czy może zacząć podduszać Makkachina. I choć starał się jak mógł zachować fason, ilość niekontrolowanych ruchów, jakie wykonywał, świadczyły o dość mocno zszarganych już nerwach. — Szlag, zaraz cię dopadnie!

— Całe życie w kłamstwie… — Oczy Viktora robiły się coraz większe, gdy widział, jak z każdym kolejnym strzałem jego życiowy partner, namiętny narzeczony i troskliwy katsudon bez mrugnięcia okiem rozwalał zastępy człekopodobnych monstrów. — Yuuri, ty tak naprawdę nie masz uczuć.

— To tylko gra, serio. Robicie z igły widły — odparł spokojnie Katsuki, naciskając kombinację prawo-prawo-góra-dół, by otworzyć ekwipunek i zmienić broń na karabin.

W samą porę, bo nagle na ekranie wraz przeraźliwym łoskotem zjawił się wielki stwór. Makkachin zaszczekał ciekawsko, widząc szaleńczo migoczący obraz w ograniczonej palecie barw, jednak pozostali obserwatorzy już nie byli tak zadowoleni z wizyty nowego indywiduum. Niespodziewana kakofonia psich oraz nadnaturalnych dźwięków spowodowała, że Viktor z jękiem objął Yuuriego, ciasno przywierając do jego okrytych pledem pleców, a Yurio wybrał bramkę numer trzy i wcisnął nos w sierść pudla.

— Co za koszmarnie straszne diabelstwo! Kto to w ogóle produkuje?! — Chłopak oskarżycielsko wskazał dłonią na telewizor.

— My. — Yuuri uniósł dwa palce, przyjmując na swoje barki ciężar przewin całej branży japońskich gier. Zaraz jednak pożałował tego gestu, bo gdy tylko opuścił gardę, niespodziewanie otrzymał od przeciwników serię obrażeń. — Cholera.

Viktor i Yurio spojrzeli po sobie nawzajem. Ta noc była jakimś jednym, wielkim nieporozumieniem.

— Powiedział przekleństwo — nie dowierzał nastolatek.

— Ktoś zrobił mu pranie mózgu — próbował wyjaśnić mężczyzna.

— Raczej porwali go kosmici.

— Myślisz, że to przez Erosa? No wiesz, że niby najlepiej podtrzyma im gatunek…

— Chłopaki, przeszkadzacie — mruknął Yuuri, zupełnie ignorując zastraszająco niski poziom komentarzy, jakimi wymieniali się dwaj Rosjanie. — Jak nie chcecie mi pomagać, to idźcie spać do siebie.

— Nie! Mowy nie ma! Nie zmrużę dziś oka po tych wszystkich obślizgłych i charczących rzeczach, jakie zobaczyłem! — zaperzył się Yurio. — A chyba najbardziej bałbym się tego, że przyjdziesz w nocy i mnie zadźgasz!

Yuuri westchnął ciężko i po raz pierwszy od dwudziestu minut zastopował grę. Potem przy wtórze niepokojącej muzyki z menu zaczął bardzo powoli obracać się za siebie. Oczy miał ukryte za szkłami, w których odbijała się poświata mrugającego telewizora, a z lekko uchylonych ust wydobywał się szmer z trudem wypuszczanego powietrza.

— Ach… Więc poznaliście mój sekret… — mruknął. — A tak dobrze się z wami mieszkało…

— Ty chyba nie zamierzasz…? — szepnął Yurio.

— Zamierzam? — zdziwił się Japończyk, mówiąc dziwnie beznamiętnym głosem. — Nie, nie zamierzam. Ja to zwyczajnie zrobię.

— Wooon! — Nastolatek zerwał się na równe nogi i potykając się o rozrzucone koce, wybiegł z salonu, by czmychnąć do sypialni.

— A ty, Nikiforov? — zapytał równie ozięble Katsuki. — Śmierć ci nie straszna? Czy może wolisz… Viktor?

Ale mężczyzna nie odpowiedział, bo zaledwie kilka sekund przed ucieczką Yurio padł na plecy, natychmiastowo tracąc przytomność. Artystycznie wymięta yukata opadała mu z jednego ramienia, a rozrzucone na boki ręce nadawały całej scenie charakteru miejsca zbrodni, która przecież ostatecznie się nie wydarzyła.

Yuuri przez chwilę przyglądał się temu ze zdziwieniem, aż w końcu parsknął cichym, niepowstrzymanym śmiechem.

— Głupki — rzucił, chwytając kraniec porzuconego koca, by troskliwie okryć nim śpiącego Viktora. Po krótkim namyśle nachylił się jednak na jeszcze jeden, ostatni moment i pocałował ukochanego w czoło. — Życz mi szczęścia przy walce z bossem.

Stopy

***

Jeden z wieczornych treningów przed Mistrzostwami Czterech Kontynentów nie skończył się tak, jak powinien — z tego też powodu Yuuri musiał siedzieć na ławce w opustoszałej szatni i czekać na wyrok od Viktora, który na tę chwilę postanowił przybrać maskę poważnego trenera.

— Znowu przesadziłeś z ćwiczeniem? — Klęczący mężczyzna bardziej spostrzegł niż zapytał, bo nie czekając na odpowiedź, odrzucił wilgotny ręcznik i sięgnął po gazę.

— Przepraszam. Po prostu… strasznie chciałem włączyć tego poczwórnego flipa do krótkiego. Jeśli JJ będzie w formie, to inaczej mu nie podołam. — Yuuri pokornie zwiesił głowę. — Nie skakałem do upadłego, przysięgam.

— Widzę. Ale i tak zszedłeś o godzinę za późno.

Po tym prostym stwierdzeniu nastąpiła cisza. Bolała chyba bardziej niż ostra reprymenda czy nawet same fizyczne rany, które Viktor obmywał z pomocą wody utlenionej. Choć szczypało, Yuuri nie powiedział ani słowa skargi, czując się odpowiedzialny nie tylko za swój stan, ale też za zawód, jaki sprawił partnerowi. Oczywiście nie skręcił kostki ani nie zdarł stóp do krwi, jednak i tak wiedział, że na dzień czy dwa będzie musiał dać sobie z łyżwami spokój, aby opuchlizna zdołała zejść, a otarcia zagoić.

— Viktor, czy ty się… gniewasz? — Yuuri w końcu przerwał ciężkie milczenie. Przełknął ślinę, przygotowany na każdą najgorszą ewentualność. Właściwie tylko takie brał pod uwagę. „Pewnie myśli, że zrobiłem to specjalnie, żeby mógł się skupić na własnych przygotowaniach, a nie na trenowaniu mnie”.

— Nie wiem — odpowiedział z powagą Rosjanin, odkładając na bok gazę. Wziął jedną ze stóp Japończyka w ręce i uniósł ją, sprawdzając, czy aby na pewno została odpowiednio zdezynfekowana. — W końcu zraniłeś bardzo ważną część siebie. Dla mnie bardzo ważną.

Ale to nie słowa okazały się najbardziej zaskakujące. Yuuri gwałtownie wciągnął powietrze, gdy Viktor niespodziewanie pochylił się odrobinę bardziej i delikatnie pocałował otarte miejsce. Potem odsunął się na jakiś centymetr i znów złożył na stopie czuły pocałunek, tuż obok pierwszego. Po nim nadszedł kolejny. I kolejny. Po ósmym całusie Viktor podniósł wzrok i, nie odrywając warg od skóry, spojrzał badawczo na ukochanego.

Yuuri już od jakiegoś czasu zaciskał dłonie na ławce, a teraz jeszcze dodatkowo się zaczerwienił. To miała być kara? Czy pocieszenie? Bo chyba nie powinno go to tak podniecać… prawda? Przecież Viktor już tak robił, i to nawet na wizji. Co prawda wtedy całował łyżwę, więc tak naprawdę Yuuri niczego nie czuł, ale jednak w swoim ogólnym zarysie sytuacja przedstawiała się tak samo. Chyba. I właśnie to wątpliwe „chyba” sprawiło, że Japończyk postanowił zapobiegawczo wstrzymać się od jakiegokolwiek komentarza, czekając na dalszy rozwój wypadków.

Zgodnie z przewidywaniami brak sprzeciwu ze strony Yuuriego Viktor zinterpretował na własną korzyść i od razu wrócił do pieszczenia obolałej nogi — jedną dłonią masował mięśnie od strony podeszwy, a palcami drugiej muskał kostkę, niby książę oswajający Kopciuszka przed założeniem szklanego pantofelka. To jednak byłaby zbyt niewinna historia jak na złaknionego bliskości Rosjanina. Zupełnie jakby na przekór słodkim porównaniom Viktor wysunął w pewnym momencie język i zaczął lizać grzbiet stopy, powoli przesuwając się w dół. Katsuki nie mógł powstrzymać jęku, kiedy mężczyzna dotarł do palców i wziął trzy z nich do ust, prowokująco naciskając na nie zębami, jakby w groźbie ugryzienia. Potem jednak złagodniał i wsunął język między dwa najmniejsze palce, pieszcząc przestrzeń między nimi z podobnym zaangażowaniem, jak robił to w trakcie głębokich pocałunków.

Dotyk warg i gorący oddech na rozpalonej gorączką stopie sprawił, że Yuuri ledwie powstrzymywał się przed poproszeniem o więcej, dalej, szybciej i głośniej. I kiedy ucisk w podbrzuszu zaczął stawać się nieznośnie dokuczliwy, Viktor wreszcie puścił nogę, pozostawiając na niej wilgotny szlak swej namiętnej wędrówki. Prostym, wymownym gestem otarł wierzchem dłoni kąciki ust i jak gdyby nigdy nic sięgnął po mokry ręcznik, by zetrzeć ze stopy podopiecznego ślady niedawnych, dość mocno niestosownych czułości.

— Masz na siebie uważać, bo inaczej już nigdy więcej tego nie zrobię — powiedział, a Yuuri przytaknął, z trudem łapiąc oddech.

— Viktor? — odezwał się po chwili, kiedy udało mu się odzyskać panowanie nad głosem. — Skoro jutro i tak nie przyjdę na trening, to może…?

Nie dokończył, lecz Viktor uśmiechnął się, w lot pojmując słowa ukochanego oraz jego spragnione spojrzenie.

Lekcja została przyswojona.

Koc

***

Viktor mruknął pod nosem, powoli zamykając drzwi szafy. Coś było nie tak, stanowczo nie tak… A co dokładnie nie tak, to już zrozumiał, gdy rozejrzał się po mieszkaniu — Makkachin na widok pańcia podniósł ogon i radośnie nim zamerdał, ale okazało się, że po Yuurim nie było najmniejszego śladu. Zakładający marynarkę Viktor w te pędy postanowił wszcząć dochodzenie w tej sprawie.

Najpierw poszedł do łazienki i mimo ewidentnie zgaszonego światła zajrzał do jej wnętrza, upewniając się, że mężczyzny tam nie było. Potem wsunął głowę do sypialni, ale nie zastał tam żadnych śladów bytności — czy to Złotowłosej, czy Śpiącej Królewny, czy też ubóstwianego narzeczonego. Z rosnącym niepokojem Viktor przeszedł przez salon do kuchni i już miał całkiem poważnie rozważyć sprawdzenie piekarnika oraz przerzucenie resztki mrożonek w lodówce, kiedy coś mu się przypomniało. Zaraz, czy ich kanapa zawsze wydawała się taka… pełna? Rosjanin cofnął się o kilka kroków i spojrzał na mebel jeszcze raz, uważniej.

Góra kraciastego, czerwonego koca lekko zachybotała.

— Yuuri? — Viktor nachylił się na wypukłością, odkrywając zakopanego pod nią Japończyka. Siedzący w kucki i opatulony szczelniej niż Beduin w czasie burzy piaskowej mężczyzna spojrzał smętnie na swojego partnera. I całe w tym szczęście, że wciąż miał odkrytą twarz, inaczej Nikiforov byłby zmuszony zlecić ekspertyzę składu tego tajemniczego człowieka-koca.

— Zimno — odparł zwięźle Yuuri.

— Nie jesteś chory? — Viktor przyłożył dłoń do czoła, ale nie wyczuł żadnej anomalii. Czyżby to był tylko zwykły, rozpowszechniony i nieuleczalny syndrom lenia? — Przecież mieliśmy iść na zakupy.

— Nigdzie się nie ruszam. Zimno. — Katsuki jeszcze bardziej wpełzł pomiędzy zwoje pledu, tak że widać już było tylko małe okienko z okularami.

Viktor westchnął. Rozumiał, że klimat Petersburga nie każdemu odpowiadał, ale stan Yuuriego wydawał mu się już lekką przesadą. Znaczy — ciężką przesadą. W końcu dla Rosjanina tyle kilo koca przypadające na jednego człowieka stanowiło dawkę śmiertelną.

— Wyolbrzymiasz — stwierdził więc, zdejmując marynarkę, po czym rzucił ją na oparcie kanapy i zaszedł mebel od przodu.

— Wcale nie. To nie ty byłeś pół godziny temu na spacerze z Makkachinem — mruknął niewyraźnie Yuuri, lecz po napotkaniu problemów komunikacyjnych nieco się odwinął i odsłonił usta. — Jestem łyżwiarzem, więc śnieg i lód nie są dla mnie żadną pierwszyzną, ale tak przenikliwego zimna jeszcze nigdy nie czułem!

— I właśnie dlatego na złość pogodzie postanowiłeś zaryglować się w domu i umrzeć z głodu? — zapytał wesoło Viktor, pochylając nad Yuurim. Spojrzał na niego troskliwie, ale nie bez pewnego rozbawienia.

— Mamy całkiem pokaźne zapasy kefiru, makaronu i szampana. Chociaż to ostatnie to naprawdę nie wiem, jak się u nas znalazło — zauważył rzeczowo Katsuki. — A, i jeszcze karmę Makkachina. Coś się skleci.

— No dobrze już, dobrze. Niech będzie. Jeden dzień nas nie zbawi. — Viktor musiał się poddać, ale nie zrobił tego całkowicie za darmo, bo zdołał pocałować Yuuriego w czubek nosa. Dla świętego spokoju wolał jednak nie poruszać tematu, że szampan to akurat jego sprawka, a karma pupila była średnio smaczna. — A teraz się przesuń. Chcę dołączyć do twojego uroczego wigwamu.

— Ale ten koc jest za mały dla nas dwóch — odpowiedział z wahaniem Yuuri.

— „Ten koc” jest w pierwszej kolejności mój, a więc do mnie należy też cała jego zawartość — zaśmiał się Viktor, łapiąc za poły materiału i unosząc go w górę.

Przy akompaniamencie japońskiego jęku oraz rosyjskiego chichotu dwójka mężczyzn przez dobrą minutę dzielnie walczyła o dominację nad pledem, aż wreszcie doszli do rozwiązania, w którym Viktor z narzuconym na plecy kocem wygodnie rozparł się na kanapie, a między jego nogami usiadł Yuuri, objęty w pasie przez otoczone materiałem ręce.

— I co? Nie cieplej? — zagadnął Viktor, przysuwając nos do szyi ukochanego. Z zadowoleniem poczuł na własnej skórze, że ruch oraz bliskość rozgrzały Yuuriego skuteczniej niż najbardziej włochaty pled świata.

— Cieplej — przyznał Katsuki i westchnął lekko. — Chociaż właściwie to… przepraszam, Viktor. Trochę cię oszukałem.

— Niby jak? — Mężczyzna nie zrozumiał, gdzie tu było miejsce na jakikolwiek podstęp, dlatego przechylił głowę i spojrzał z uwagą na nieśmiało uśmiechającego się Yuuriego.

— Bo właśnie o to mi od samego początku chodziło — odszepnął, wtulając się policzkiem w jego pierś. — Żebyś mnie objął.

Viktor zaśmiał się jeszcze raz, głośno i szczerze.

A niech to. Jego świnka stawała się coraz sprytniejsza.

Powrót

***

Przebrany w yukatę Viktor nie do końca przytomnie odwiesił do szafy przyniesione z łazienki ubrania, a potem bezwładnie legł na łóżko, tuż obok przysypiającego na siedząco Yuuriego. W odpowiedzi Katsuki drgnął i otworzył oczy, spoglądając niepewnie na boki, aż w końcu jego wzrok natrafił na wzdychającego narzeczonego. Zamrugał kilkukrotnie, odganiając sen z powiek. Ach, no właśnie. Kiedy Viktor w najlepsze walczył z flipami i loopami, on musiał czekać na powrót Rosjanina po przeciągającym się treningu, tęskniąc przy tym tak niezdrowo, że nie potrafił nawet oddać się bezmyślnemu przeglądaniu tweetów. Nic więc dziwnego, że po dwóch godzinach trwania w bezruchu Japończyk poddał się i zaczął drzemać ze ściśniętą w dłoni komórką, oparty o zagłówek w niewygodnej pozie.

Yuuri dotknął ekranu, aby podświetlić zegar. Wpół do pierwszej — oznajmił niewzruszenie. Szlag. Znów wrócił późno. Mężczyzna mruknął z niezadowoleniem, odkładając na stolik nocny okulary oraz smartfon, a potem wrócił na miejsce i pomasował nasadę nosa. Jeśli Viktor myślał, że ze względu na porę Yuuriemu nie należało się chociaż czułe przywitanie… A zresztą. Sam je odbierze.

Na wpół lunatykujący Katsuki wydostał się z pościeli, po czym podpełznął w stronę wyczerpanego ukochanego. Jednym, śmiałym ruchem przerzucił nad nim nogę, usiadł okrakiem na biodrach i pochylił się, aby skraść pocałunek.

— Przepraszam, Yuuri — wyznał Viktor, gdy już odsunęli się od siebie. — Wiem, że obiecałem romantyczny wieczór, ale nie jestem w stanie nawet kiwnąć palcem. Yakov chyba chce mnie prześwięcić za te wszystkie tygodnie, które poświęciłem tobie.

— Spodziewałem się tego. Nie szkodzi — odpowiedział spokojnie Yuuri.

— Jesteś pewien? — Rosjanin jakby się zawahał, dostrzegając trudną w zinterpretowaniu, poważną minę Japończyka. — Bo to nie tak, że nie chciałbym. Po prostu zupełnie nie mam sił.

— Wiem. Zresztą… — Yuuri odgarnął włosy do tyłu i spojrzał na niego swoim pożądliwym, zarezerwowanym tylko na program krótki oraz łóżko wzrokiem. — Do tego, co chcę zrobić, i tak nie musisz się ruszać.

I zanim Viktor zdążył zapytać, co właściwie miał na myśli, Yuuri znów zbliżył się do warg ukochanego. Tym razem jednak dalekie to było od niewinności — kiedy złączyli się w pocałunku, Yuuri od razu przylgnął językiem do języka Viktora, bawiąc się i naciskając na niego prowokująco. Zadowolony Katsuki przymknął oczy, rozsmakowując się w ciepłych, miękkich ustach. Wreszcie tutaj, cały dla niego. Choćby miał stracić resztki godności, nie pozwoli wymknąć mu się z rąk, dopóki nie spełni swojego obowiązku. Nieprzyzwoite dźwięki zaczęły stopniowo przybierać na sile, aż zagłuszyły cicho tykający zegar ścienny oraz odległy szum ulicy. Wkrótce nie było słychać już nic innego poza wilgotną melodią pieszczot.

Zduszone westchnienie wydobyło się z gardła Viktora w momencie, gdy dłoń wsunęła się pod ubranie, a paznokcie zahaczyły o jeden z sutków. Wtedy Yuuri postanowił przenieść się z pocałunkami niżej. Usta zaliczały kolejne przystanki na podbródku, szyi, obojczyku… Na dłużej przylgnął wargami do piersi, centymetr po centymetrze pozostawiając zaróżowione ślady. Zachłannie lizał Viktora po torsie, słuchając spazmatycznych jęków oraz coraz głośniejszych próśb o więcej. Teraz to więcej… A przecież mógł nie przyjeżdżać. Mógł się nie zakochiwać. A przede wszystkim mógł nie rozbudzać w nim pożądania, które teraz nieznośnie paliło go w piersi, nie pozwalając choćby na chwilę oderwać się od ukochanego mężczyzny. Palce przesunęły się niżej i wprawnie rozsupłały węzeł paska podtrzymującego górę yukaty. Nowe, niezbadane rejony odsłoniły się przed spragnionym językiem, a on zjeżdżał pocałunkami coraz niżej i niżej.

Światło lampki nocnej z zapałem uczestniczyło w tym spektaklu, ujawniając i ukrywając w półcieniach kolejne fragmenty nagiego ciała Viktora, po których kusząco sunęły ręce Yuuriego. Kochankowie dyszeli i szeptali do siebie, coraz mniej składnie, a coraz częściej monosylabami, przerywając deklamację jedynie na chwile powtarzania imion dwóch aktorów. To było szalone, niewłaściwe, niezdrowe… A jednak wciąż w to brnęli, uzależnieni od wzajemnego dotyku. Zresztą — przegrali już dawno temu, w dniu, kiedy spróbowali po raz pierwszy.

Gdy dłoń wreszcie natrafiła na barierę w postaci spodenek, Yuuri nie zawahał się i posłał ostatni element ubioru do diabła. Niekontrolowanie oblizał wargi, widząc odsłoniętą, sztywną męskość. Mimowolnie unoszone biodra. Palce wbijające się w pościel, tworzące szare bruzdy między białymi fałdami. Cudowny. Jak zawsze.

Nachylił się, przylegając do spragnionego, wyginającego się pod najlżejszym dotykiem ciała. Jeden z mruczących głosów umilkł, a drugi krzyknął rozdzierająco, nie mogąc wytrzymać nadmiaru rozkoszy.

— Yuuri… czy ty mnie chcesz… doprowadzić… do zawału? — jęknął Rosjanin, łapczywie chwytając powietrze.

— Nie — odpowiedział Japończyk, na chwilę odrywając usta od wilgotnego przyrodzenia. Zamiast tego prowokująco przesunął po nim palcem. — Chcę cię tylko doprowadzić do o-

— Nie kończ. — Viktor wgryzł się w swoją dłoń. — Po prostu… to zrób.

Odgłos kochających się mężczyzn wypełnił całą sypialnię.

Bluza

***

Łyżwiarz zerknął w komórkę, jakby upewniając się, czy tajemnicza koniunkcja gwiazd nie spowodowała nagłego przyspieszenia czasu, a linia zmiany daty nie przeskoczyła o kilkanaście południków za dużo. Ale nie, ten sam napis wciąż tam był. Pierwszy marca.

Jurij odłożył smartfon i zdjął łyżwy, muskając palcami ciemne płozy wykonane z węglowego nanokompozytu. Miał nadzieję, że z tych zbyt szybko nie wyrośnie, co przy postępującym dojrzewaniu stanowiło ryzyko porównywalne do grania w rzut monetą. I to wykonywanego co kilka tygodni. Oczywiście to nie tak, że nie chciał wyglądać bardziej męsko, ale jednocześnie obawiał się, że zmiany w jego ciele będą miały zbyt wielki wpływ na zdolności łyżwiarskie. A przecież moment, w którym nie będzie już w stanie wykonywać piruetu Biellmann, tak czy siak zbliżał się nieuchronnie…

Nastolatek spakował łyżwy do plecaka, naciągnął trampki i ruszył do szatni po resztę rzeczy. Specjalnie przyszedł na trening wcześniej, żeby wieczorem móc bez problemów zasiąść przed kompem i z Potyą na kolanach spędzić kilka niezobowiązujących godzin, gadając przez Skype’a z Beką. To wszystko o czym marzył — żadnych piszczących fanek, żadnych ckliwych, lukrowanych tortów ani żadnych chóralnych życzeń…

— Yurio! — rozbrzmiał głos Viktora. Najwyraźniej usłyszał dobiegający z korytarza, charakterystyczny, żywiołowy krok nastolatka i dlatego postanowił wyjść naprzeciw z powitaniem.

…żadnych, do kuźwy nędzy, a już szczególnie od tych dwóch. Chyba wyraził się dostatecznie jasno, nie?

— Czego? — rzucił Plisetsky, przestępując próg szatni. Że też musieli mu przeszkadzać akurat-

I właśnie wtedy Jurij zamarł i wytrzeszczył oczy, dostrzegając, że dwóch znajomych mężczyzn stało na środku pomieszczenia z tymi swoimi nieprzyzwoicie szerokimi uśmiechami przyklejonymi do twarzy. Okej, to jeszcze nie wydawało się aż tak niespodziewane, bo w gruncie rzeczy zawsze szczerzyli się jak głupi do sera (albo nawet gorzej), szczególnie kiedy wlepiali w siebie te rozmaślone spojrzenia, śledząc się nawzajem na ćwiczeniach. Ale absolutnie nieoczekiwane było to, jak wyglądali. Katsudon i Łysol mieli bowiem na sobie bluzy, które — po naciągnięciu na głowy — ukazywały kaptury z doszytymi do nich, kocimi uszkami.

— Wszystkiego najlepszego, Yurio! — odpowiedział Yuuri, wyciągając przed siebie płaską, prostokątną paczkę. Pakunek owinięto papierem w koci rzucik, a całość ozdobiono tradycyjną, soczystą, czerwoną kokardą.

— Mam nadzieję, że jesteśmy pierwsi, co? — dorzucił Viktor, biorąc się pod boki. — Znaczy, dziadka wybaczę, ale jako że jesteśmy rodziną…

— Odwal się! — warknął chłopak, a Katsuki westchnął cierpiętniczo.

— ...duchową, oczywiście, duchową, ale czymże są geny czy wnioski adopcyjne wobec prawdziwego porywu serca? Więc jako że jesteśmy JAK rodzina, musieliśmy cię zobaczyć w tak ważnym dla ciebie dniu. — Rosjanin skończył wzniosłą przemowę, kładąc palec na ustach i mrugając żartobliwie. — W końcu szesnaście lat kończy się tylko raz.

— Nie uwierzysz, ale każde urodziny ma się tylko raz — odparł Jurij, łypiąc spod grzywki na spoglądającą na siebie dwójkę.

— Viktor chciał po prostu powiedzieć, że jesteś dla nas bardzo ważny — poprawił Yuuri, kręcąc głową w reakcji na żarty narzeczonego. Potem zrobił niewielki krok do przodu i zachęcająco poruszył pakunkiem. — Nie daj się prosić. To od nas.

Plisetsky zacisnął usta, wciąż zerkając z napięciem to na Katsudona, to na kokardę, ale nawet Lodowy Tygrys nie był przecież takim niewdzięcznikiem, żeby nie docenić faktu, że pamiętali o jego urodzinach. Ostatecznie po chwili wahania przeszedł przez szatnię i przystanął przed swoimi przyszywanymi (bardzo grubymi nićmi) ojcami.

— Jeśli to bomba, to zaraz wykopię ją z powrotem — przestrzegł zapobiegawczo, chwytając za prezent. Ale na tym groźby się skończyły.

Na ponaglające skinienia Yuuriego i Viktora nastolatek z prawdziwą urodzinową pasją rozerwał pakunkowy papier, odsłaniając żółte, miękkie zawiniątko. Po rozłożeniu okazało się, że była to bliźniacza bluza do tych, które nosili starsi łyżwiarze.

— Podoba ci się? — zapytał niepewnie Katsuki, drapiąc się po policzku. — W sumie nie byliśmy pewni koloru, więc wybraliśmy żółty, bo przypomina odcieniem lwa, ale jeśli jednak wolałbyś którąś z naszych, to nie ma najmniejszego-

— Nie. Jest spoko — wszedł mu w słowo. Yuuri uniósł brwi, a Viktor wydał z siebie ciche „wow”, kiedy ujrzeli niewielki uśmiech na twarzy młodszego kolegi. — Dzięki.

Jurij szybko zmienił treningowe ciuchy na dżinsy oraz czystą, czarną koszulkę, po czym narzucił na siebie urodzinową bluzę. Z zadowoleniem wepchnął ręce do kieszeni, podziwiając nadrukowane na nich, jasnożółte odciski zwierzęcych łapek.

— W takim razie czy dasz się jeszcze porwać na wspólny lunch? — zaproponował Viktor, a potem drgnął, jakby coś jeszcze przyszło mu do głowy. Pochylił się nieco do przodu i zwijając dłonie w pięści, wygiął je na podobieństwo kocich łap. — Jeśli miau-byś ochotę.

Dotychczasowy łagodny uśmiech Jurija szybko zmienił się w grymas boleści.

— Ciebie zapraszam. — Chłopak skinął głową w stronę Yuuriego, jednocześnie naciągając na grzbiet kurtkę oraz plecak z treningowymi rzeczami. — Łysol zostaje.

— Ale jak to? Yurio! — zdziwił się Nikiforov, w czasie gdy uśmiechnięty Katsuki ściągnął z głowy kaptur i ruszył za wychodzącym nastolatkiem. Nawet się za siebie nie obejrzeli; wiedzieli, że Viktor i tak zaraz do nich dołączy. — A ja was chciałem zabrać do takiej dobrej pierogarni!

— Jeszcze czego! Tylko wstyd przynosisz! — odgryzł się Jurij, ale zaraz złagodniał, kiedy podczas poprawiania kołnierza wyciągnął na wierzch koci kaptur i w mimowolnym odruchu go pogładził. — Uch… Dobra, kapuję! Zakładaj ten płaszcz i przestań jęczeć! Jak raczysz wyciągnąć swoją platynową kartę, to się może zastanowię!

Jeśli myślał, że zdoła w ten sposób odstraszyć Viktora od wyprawy, to się przeliczył — mężczyzna od razu zrównał się z pozostałą dwójką i podał Yuuriemu jego kurtkę, jakby był już święcie przekonany co do rezultatu negocjacji. Idący w środku pochodu Jurij wzruszył na to ramionami, w milczeniu słuchając rozpoczynającej się dyskusji co do położenia i znamienitości wspomnianej pierogarni. Głupki. Jeśli chcą się szarpać na koszty, to ich sprawa. Przecież nikomu nic nie kazał. Mogli siedzieć na tyłkach i zająć się swoimi sprawami. I ten…

Chłopak wsunął do kieszeni bluzy komórkę, zapominając o urządzeniu na kilka najbliższych godzin.

...może jednak te urodziny nie zapowiadały się wcale tak źle.

Zdzierać

***

Jasne dłonie sunące po odsłoniętych plecach. Chłód powietrza na nagiej skórze i przejmujące gorąco, które sprawiało, że nie mógł wytrzymać już ani chwili dłużej. Uczucie, jakby coś rozpalało go od wewnątrz, nie pozwalając zachować zdrowych zmysłów.

Viktor to wiedział, a Yuuri wiedział, że wiedział Viktor. Proste i frustrujące.

Japończyk był zdany na łaskę i niełaskę pochylającego się nad nim mężczyzny. Mężczyzny, który z całkowitą świadomością erotyzmu sytuacji bawił się z nim, dotykając palcami sterczących łopatek i przemykając opuszkami z kręgu na kręg, jakby analizował przyjemną fakturę cudzego, drżącego ciała.

— Viktor, nie zaczynajmy… — Katsuki wcisnął twarz w trzymaną poduszkę, starając się zignorować wstyd związany z tym, że leżał w samej bieliźnie, odwrócony plecami do przebranego w yukatę Rosjanina. — Nie wytrzymam…

— Wiem, Yuuri, ale nie możemy zostawić cię z tym problemem na noc — wyjaśnił Viktor i pocałował go w bark; na przyjemnie długą chwilę przywarł do skóry, językiem muskając umykające pod wpływem pieszczoty ramię. — Obiecuję, że zaboli tylko przez chwilę. Potem będzie dużo lepiej.

— Więc zrób to… szybko… — szepnął zaczerwieniony Japończyk, zaciskając zęby w obawie przed nadchodzącym.

I chociaż nie chciał angażować w to Viktora, prawda była taka, że sam nie umiałby sobie z tym poradzić, bo bolałoby jeszcze bardziej, a poza tym… Poza tym nie mógł już dłużej zwlekać, inaczej gotów byłby spłonąć żywcem.

Zgodnie z cichym poleceniem ręce Viktora zjechały niżej, wzdłuż kręgosłupa, aż do samej talii. Jedna z dłoni chwyciła Yuuriego za bok, a druga pogładziła miejsce, gdzie granica między plecami a pośladkami zaczynała się łagodnie zacierać. Mężczyzna powoli, ale uważnie przesuwał palce, szukając najlepszego miejsca, od którego mógłby zacząć… Och, a może tutaj… ten fragment wydawał się całkiem zachęcający… Paznokcie lekko zadarły kraniec materiału, a Yuuri w jednej chwili wstrzymał powietrze. Świadomość, co nastąpi, była chyba najgorsza.

A potem w jednej sekundzie rozbłysła feeria bólu porównywalna ze zdzieraniem skóry…

— AAA! — wrzasnął Yuuri, a łzy momentalnie stanęły mu w oczach.

...co wcale nie było takie dalekie od prawdy.

— I po krzyku — powiedział zadowolony Viktor, pokazując oderwany plaster rozgrzewający, powiewający niczym prostokątne trofeum.

Tylko że Yuuri wcale nie wydawał się szczęśliwszy z tego powodu. Zacisnął powieki i ponownie schował twarz w poduszce, próbując zignorować kłucie w dole pleców. Choć gorąco pod wpływem działania kapsaicyny już tak nie doskwierało, teraz to podrażniona skóra boleśnie dawała o sobie znać.

— To nigdy nie jest przyjemne — westchnął Yuuri, kiedy wreszcie opanował grymas cierpienia i obrócił głowę w prawo, by zerknąć na wyrzucającego plaster mężczyznę.

— I nie ma być. Kontuzja to kontuzja. — Viktor sięgnął po pościel i delikatnie okrył nią Yuuriego, a potem sam wsunął się do łóżka, kładąc na brzuchu tuż obok cierpiącego narzeczonego. — Nie martw się, wydobrzejesz. Do wesela się zagoi.

— Czyjego? — zapytał, czując na włosach uspakajające głaskanie.

— To tylko takie powiedzenie… — odparł Rosjanin, ale zaraz uśmiechnął się filuternie. — A co? Martwisz się, że nasze nadejdzie tak szybko, że nie zdążysz?

Katsuki spoważniał jeszcze bardziej.

— Jak nie wyzdrowieję do kolejnych zawodów, to nie będzie żadnego wesela.

— Yuuri! Tylko żartowałem! — Nikiforov wtulił się nosem w ramię ukochanego, na co ten westchnął z rezygnacją. Dowcipy okołoślubne niezmiennie stanowiły czuły punkt Viktora. — W takim razie jutro wymasuję cię jak należy.

— Nie trzeba — podziękował, krzywiąc się nieznacznie, jakby sugestie partnera były utrapieniem równie irytującym co ból w plecach. — Twoje zabiegi nigdy nie kończą się dobrze.

— O, wypraszam sobie. Kończą się wspaniale — obruszył się Rosjanin, zapominając o napadzie chandry sprzed zaledwie chwili. — Zresztą sam wielokrotnie słyszałem, jak krzyczałeś, jak ci dobrze.

— Viktor, jesteś nieznośny. — Yuuri zmierzył go pozbawionym okularów wzrokiem, jednak narzeczony, nawet jeśli w duchu czuł przyjemny dreszcz lęku, nie dał po sobie niczego poznać.

— Mów co chcesz — zaśmiał się zamiast tego i ostrożnie przytulił się do swojego biednego, mruczącego pod nosem kochanie. — Ale gwarantuję ci, że następnym razem zedrę z ciebie coś innego niż plaster…

Bursztyn

***

Każdemu przeciętnemu człowiekowi Walentynki kojarzyły się z wielkim festiwalem kiczu, czerwonych serduszek, romantycznych komedii klasy M oraz całym okolicznościowym rozgardiaszem. Natomiast w przypadku Yuuriego data ta regularnie związana była z Mistrzostwami Czterech Kontynentów, które rok w rok wypadały około połowy lutego. Kiedyś przez bite pięć dni Japończyk okupował telewizor, zachwycając się rodzimymi sportowcami (bo rosyjscy łyżwiarze, na nieszczęście złaknionego nastolatka, występowali na konkursach europejskich), a przez kilka ostatnich lat sam zaczął brać udział w tych zawodach. Jedno się jednak nie zmieniło — czternasty lutego wydawał się pracowitym dniem jak każdy inny. Do dziś.

Yuuri wrócił do mieszkania z wizyty u Yakova, któremu na czas ich wyjazdu do Gangneung przekazał pod opiekę Makkachina. Trener oczywiście burczał, że „on nie jest żadnym psim hotelem”, ale w uspokojeniu go pomogła ostatecznie pani Lilia, mówiąc, że skoro dla Yurio i jego kota znalazło się miejsce, to jeden zwierzak wte czy wewte nie zrobi w ciągu tych kilku dni żadnej różnicy. W każdym razie stało się tak, że na to popołudnie, tak przypadkiem walentynkowe, Viktor i Yuuri zostali sami, bez swojej futrzanej przyzwoitki.

Katsuki roztarł lekko ścierpnięte dłonie i przystanął przy wieszaku, ściągając z siebie przemarzniętą kurtkę. W tej chwili jedyne, czego pragnął, to usiąść na kanapie i z kubkiem gorącego naparu w dłoni oraz narzeczonym opartym o ramię spędzić czas na niezobowiązującej rozmowie. Może wizjonerzy romantycznych kolacji w drogich restauracjach by go wyśmiali, ale dla Japończyka zwyczajne nicnierobienie stanowiło najlepszą „randkę”, jaką tylko mógł sobie wymarzyć.

Lecz nie wszystko okazało się takie proste w realizacji. Kiedy odwracający się Yuuri już miał rzucić pytaniem o herbatę, niezwykła scena zatrzymała go w miejscu.

Viktor stał przy oknie, tęsknie spoglądając przed siebie.

Samo to nie było jakoś szczególnie nadzwyczajne, jednak postawa mężczyzny sprawiała wrażenie już dość nietypowej — wyciągał przed siebie rękę i łapał promienie słoneczne w coś, co trzymał między palcami. Wydawało się też, że szeptał półgłosem do siebie, ale oddalony o kilka metrów Katsuki zupełnie nie potrafił zrozumieć słów. Właściwie to nawet zawahał się, czy powinien przeszkadzać narzeczonemu w chwili zadumy, ale wreszcie stwierdził, że mają przed wylotem stanowczo zbyt mało czasu, żeby nie wykorzystać go w lepszy sposób.

— Viktor? — Japończyk zaszedł Rosjanina od tyłu i zerknął zza jego pleców. — Co tam trzymasz?

— O, Yuuri. — Viktor od razu się rozpromienił, po czym obrócił się w stronę Katsukiego i pokazał mu na otwartej dłoni swoje znalezisko: mały, troszkę nierówny owal w czerwonobrązowym odcieniu. — To bursztyn. Pamiątka z Mistrzostw Europy w Sztokholmie.

— Ładny. — Yuuri uśmiechnął się, delikatnie głaskając kamyk palcem.

Najwyraźniej jednak widok wpatrującego się w bursztyn ukochanego o wiele bardziej poruszył Rosjanina, bo nie mógł się powstrzymać przed powiedzeniem na głos:

— Nie tak ładny jak ty.

— Viktor… — westchnął Yuuri. Cieszył się, że melancholia okazała się tylko przelotnym złudzeniem, ale wciąż nie do końca wiedział, jak powinien reagować na ckliwe komplementy. — Frazesujesz.

— Cichaj. To jeszcze nie koniec. — Viktor zamknął znalezisko w pięści i zbliżył się do Yuuriego. — I wiesz co? Choćbym miał przejść cały Bursztynowy Szlak wzdłuż i wszerz, nigdzie nie znalazłbym kamieni równie wspaniałych co twoje oczy.

— Naprawdę, teraz to już się wygłupiasz. — Japończyk mimowolnie się zaczerwienił, szczególnie gdy poczuł, że atmosfera święta zakochanych zaczynała się udzielać również jemu.

— Wcale nie. — Viktor uśmiechnął się, zbliżając dłonie do twarzy ukochanego. — Nie dziś.

Chwycił okulary i ściągnął je z nosa, odsłaniając pełne uroku oczy, okolone wyraźnymi, czarnymi rzęsami. Zawstydzony Yuuri ostrożnie spojrzał na Viktora, a ten w milczeniu kontemplował drżący, niepewny wzrok, zatapiając się w jego barwie.

— Widziałem — stwierdził w końcu, delikatnie odgarniając znad czoła długie, niepokorne kosmyki. — Kiedy w pudełku na spinki znalazłem ten kamyk, od razu pomyślałem, że ma podobny kolor, ale… myliłem się. Twoje są znacznie, znacznie piękniejsze.

A potem Viktor przylgnął czołem do czoła Yuuriego i cichym, pełnym miłości głosem zaczął szeptać:

— Tysiącleci przestrzał, morza ogrom i natury tchnienie,

Wszystko to niedoskonałe przez jedno tylko spojrzenie,

Ciemne oczu twych bursztyny, bez skazy…

Deklamację zwieńczył pocałunek, ciepły i naturalny, jakby Viktor przez całe życie tylko recytował wiersze i kradł nimi serca. Ale Yuuriemu to nie przeszkadzało, bo swoje oddał już dawno temu.

— Czyje to? — zapytał za to, kiedy odsunęli się nieco od siebie. Jak na ogrom literatury, którą wieczorami prezentował mu Rosjanin, chyba nigdy wcześniej nie słyszał czegoś podobnego.

Viktor zaśmiał się krótko.

— Moje. Myślałem nad tym przed chwilą, ale zabrakło mi czasu, żeby ułożyć epopeję — odpowiedział z nieukrywaną dumą. — A co? Podoba ci się taki prezent walentynkowy?

— Może być. — Yuuri skinął głową, a potem spojrzał nieco śmielej na obejmującego go mężczyznę. — Ale tylko wtedy, jeśli będziesz dodawał co roku kolejne wersy.

— Stu-zwrotkowy wiersz? — Viktor uśmiechnął się przebiegle, znów zbliżając się do warg ukochanego. — Brzmi jak cudowne wyzwanie.

Rynna

***

— Yuuri, pośpiesz się! — Podtrzymujący rynnę Viktor wyglądał jak wcielenie wszystkich nieszczęść hydraulicznego świata. — Dłużej nie wytrzymam!

— Zaraz! Pobiegnę po tatę! — Yuuri starał się zachować zimną krew, ale w trakcie ulewy, podczas której wiatr szarpał ubraniami mocniej niż dziecko domagające się słodyczy, każdy musiał prędzej czy później dać za wygraną.

Po Mistrzostwach Czterech Kontynentów zachciało im się wpaść do Yu-topii na kilka dni i akurat w trakcie ich małego urlopu w Hasetsu dzień w dzień panowała nieszczególnie piękna aura. Apogeum pogoda osiągnęła jednak dziś, kiedy z nieba lunął deszcz tak wielki, że kanalizacja z trudem radziła sobie z nadmiarem opadów, a rury z głośnym jękiem postanowiły dać znać o fakcie, że stary zajazd miał nie mniej zabytkową infrastrukturę kanalizacyjną. I jak na złość jedna z rynien — akurat ta znajdująca się przy pokoju Katsukiego juniora — podczas pobytu z rzadka widzianego domownika postanowiła odmówić dalszej współpracy.

W pewnym momencie na zewnątrz rozległ się więc głośny zgrzyt, a potem woda zaczęła się lać szerokim strumieniem wzdłuż okiennej ramy. Viktor i Yuuri, oderwani od popołudniowych zajęć, kiedy to… cóż… starali się zagłuszyć deszcz własnymi, romantycznymi dźwiękami, wypadli w pośpiechu na zewnątrz. W ogrodzie zastali przerwaną w połowie rynnę, której dolna część wyskoczyła z obejmy znajdującej się jakieś trzy metry nad ziemią. Teraz rura sterczała na ukos, uniemożliwiając górnej części na odprowadzanie deszczu grzecznie obranym torem. Było jasne, że sędziwemu zajazdowi groziła mała, architektoniczna katastrofa.

Właśnie dlatego Viktor w porywie rycerskości, rosyjskiej pasji i Bóg wie, czego tam jeszcze, przyskoczył do rynny i ramieniem starał się wepchnąć ją z powrotem na stare miejsce. Kiedy jednak ta sztuka mu się nie powiodła, musiał poprosić ukochanego o wsparcie. A ten znów postanowił w trybie natychmiastowym udać się do nestora rodu po narzędzia.

Yuuri wpadł do przedsionka, gdzie urzędowała cała reszta jego familii. I to jak raptownie wpadł — Mari spojrzała z dezaprobatą na rozmokłego, rozglądającego się w lekkiej panice brata, a mama przystanęła wpół kroku, niosąc tacę z pustymi miskami.

— Yuuri! — zawołała pani Hiroko, widząc przemoczonego i potarganego jak nieboskie stworzenie syna. — Co się stało?

— Rynna wypadła — wysapał, podchodząc do wychylającego się zza kontuaru ojca. — Tato, potrzebuję pomocy. Sznur, taśmę czy coś w tym stylu.

— Chodźmy.

Pan Toshiya, doświadczony ratownik rodzinnego ryokanu, sprawnie wyciągnął ze składziku drabinę, młotek oraz nową obejmę, a potem razem z synem naciągnęli płaszcze (ten drugi stanowczo poniewczasie) i wyszli w szarugę. Kiedy dotarli do odpowiedniej części domostwa, ratujący ścianę Viktor, choć wciąż trzymał się dzielnie, zaczynał niebezpiecznie dygotać w kolanach.

— Viktor, już jesteśmy! — zawołał Yuuri, na co ten zareagował instynktowną radością oraz chęcią rzucenia się w objęcia ukochanego. I to był błąd.

Kiedy tylko drgnął, puszczona rynna wyskoczyła z miejsca, a z góry popłynął gwałtowny strumień wody, lecący wprost na znajdującego się pod nią Rosjanina. Deszczówka chlusnęła, dokonując finalnego dzieła zniszczenia i tak już przemokniętej kreacji Viktora — i nawet jeśli chwilę wcześniej wydawało się, że był z którejś strony suchy, to po takiej prysznicowej masie nie miał absolutnie żadnych szans na zachowanie choćby resztek godności. Pasiasty sweter oraz ciemne spodnie przylgnęły do zziębniętego ciała niczym futro do mokrego kota, a po srebrzystych włosach, zawsze pięknych i lśniących, smętnie spływał deszcz.

— Viktor! — zawołał Yuuri i niespodziewanie zaczął się śmiać, zupełnie jakby gwałtowna pogoda czy nieszczęście partnera stanowiły sprawę drugorzędną. — Viktor! O matko! Wyglądasz… wyglądasz… okropnie!

Zaraz potem Yuuri przypadł do mężczyzny, który niepewnym krokiem ustąpił miejsca panu Katsukiemu, i założył mu na ramiona porwaną z przedsionka kurtkę. Teraz jednak było stanowczo za późno na ratunek, a okrycie, zamiast pomóc, tylko spotęgowało odczucie przenikliwej wilgoci.

— Idźcie do środka i się ogrzejcie! Ja się tym zajmę! — zawołał tata, na co syn skinął głową i pociągnął oniemiałego Rosjanina z powrotem do środka Yu-topii.

— Yuuri, dlaczego się śmiejesz? — mruknął Viktor, kiedy już wrócili do domu, do bezpiecznej łazienki. Japończyk nie odpowiedział od razu, tylko zarzucił ręcznik na głowę rozebranego narzeczonego i siadając naprzeciw niego, zaczął raźno wycierać szarą czuprynę. — Ej, Yuuri… Już nic z tego nie rozumiem… Dlaczego…?

— No bo wreszcie zacząłeś wyglądać jak człowiek, a nie jak bóstwo — odparł w końcu Katsuki z niestosownie szerokim uśmiechem.

A potem Yuuri złapał za końce ręcznika i przyciągnął Viktora do siebie, całując go w drżący, mokry nos.

Piosenka

***

Przygaszone światła. Blask pojedynczej lampy znad okapu. Słodki, głęboki zapach roznoszący się z kuchni niezbadanymi prądami powietrza. I głos — cichy, łagodny, rozbrzmiewający dzięki sprzyjającej akustyce petersburskiego mieszkania.

Viktor przystanął w drzwiach i zamarł, zanim zdążył wesołym okrzykiem oznajmić o dostępności łazienki. Zamknął usta, z rosnącym zainteresowaniem wsłuchując się w piosenkę. Nie znał tej melodii. W ogóle średnio pamiętał, by kiedykolwiek słyszał w radiu cokolwiek podobnego w wykonaniu a capella

...ach.

Rozpoznał ten nastrojowy ton. Słyszał go do tej pory zaledwie raz, niecałe trzy miesiące wcześniej, w Hasetsu, kiedy na jego spóźnionych urodzinach pewna osoba z uroczym rumieńcem na twarzy rozpoczęła chóralny wykon Happy Birthday. Teraz jednak ten sam głos brzmiał trochę inaczej, pewniej, przepełniony spokojem i radością. Najprawdopodobniej właściciel dał się ponieść chwili, zapominając o współlokatorze albo nawet nie zdając sobie sprawy, że strumień wody z prysznica właśnie przestał go zagłuszać.

— Z pewnością — dla nas — najlepszą możliwością do świętowania

Jest nie kartka z kalendarza, ale zaśnieżona ulica, po której szedłem wraz z tobą

I dlatego tak wiele uczuć znajduje się wewnątrz tej paczki:

Słodkie, bolesne i odrobinę gorzkie, jak najlepszy prezent o zapachu miłości.

Najciszej jak tylko mógł Viktor zbliżył się do kuchni i, ukryty w cieniu ścianki działowej, rozkoszował się śpiewem ukochanego. Pojedyncze krople wody zadrżały na niedosuszonych ramionach i spłynęły po pokrytej dreszczem skórze. To nie była taka sobie pierwsza lepsza piosenka. Zbyt dobrze pasowała, brzmiała zbyt nostalgicznie. Zbyt mocno słyszał w niej Yuuriego.

Rosjanin wychylił się ostrożnie zza rogu i zerknął w stronę narzeczonego. Katsuki właśnie obsypywał orzechami własnoręcznie przygotowaną czekoladkę — małe, oblane białą polewą, ułożone w papilotce serce. Pracował nad nim do ostatniej chwili, starając się utrzymać niespodziankę w tajemnicy mimo mieszkania pod jednym dachem z odbiorcą podarunku. Ta mała świnka… Nieustannie go zaskakiwała. Ale Viktor nie był pewien czy bardziej niż przygotowywany deser nie rozczulił go tęskny w swej wymowie utwór.

— Z pewnością — dla nas — połowa życia istnieje po to

Żeby stworzyć historię wraz ukochaną osobą, prawda?

Dlatego zawartość tej paczki nie należy tylko do mnie

Ale jest symbolem życia — łzami i miłością, dzielonymi między nami.

Miłość i życie. Love and life. Viktor uśmiechnął się mimowolnie, zdając sobie sprawę, że Yuuri przywoływał w swojej piosence najważniejsze dwa słowa, których nauczył go w ciągu ostatniego roku. Poczuł, że klatkę piersiową wypełnia nie tylko dojmujące ciepło romantycznych uczuć, ale też o wiele głębsze wrażenie uniesienia. „Chyba mówi się na to… soulmates” pomyślał Viktor, przymykając oczy. Od zawsze dla siebie. Na zawsze ze sobą.

A kiedy kolejne ciche wersy rozpłynęły się w przeszłości, Rosjanin stwierdził, że już dłużej nie wytrzyma w ukryciu. Musiał dołączyć do ukochanego nie tylko duchem, ale i ciałem, zanim ten gotów byłby zniknąć wraz z powoli zamierającą melodią. W samą porę.

— Viktor? — zawołał Yuuri, przerywając piosenkę. Włożył czekoladkę do pudełka i zamknął wieczko, ponawiając okrzyk. — Viktor! Długo jeszcze? Chyba nie zamierzasz zostać płetwonurkiem? Vik…

Zanim jednak zdołał się odwrócić i pójść do łazienki, silne dłonie chwyciły go w pasie, a reszta ciała przylgnęła swym ciepłym ciężarem do pleców, wtulając mokry nos w suchą szyję.

— ...tor!

Rumieniec rozlał się na jasnych policzkach niby polewa po czekoladowym sercu. Rosjanin uniósł głowę i mruknął z rozbawieniem, widząc sztandarową minę Japończyka, a potem obrócił go ku sobie, by w pełni przypatrzeć się tej uroczej reakcji.

— Słyszałeś? — Yuuri zasłonił usta dłonią, jakby chodziło nie o romantyczną piosenkę, ale co najmniej o stek wyzwisk.

— Czy słyszałem? — Viktor pokręcił z niedowierzaniem głową, odsuwając ręce sprzed spłonionej twarzy. Zbliżył się tak bardzo, że mógł dokładnie zobaczyć, jak źrenice Yuuriego rozszerzyły się niekontrolowanie na jego widok. Słyszał, że działo się tak, gdy człowiek widział miłą sercu osobę. — Yuuri, ja się zakochałem. Całkowicie. Nieodwołalnie. Na amen.

Z każdą kolejną frazą muskał wargami nos, policzki, aż wreszcie dotarł do ust, skąd skradł najdłuższy pocałunek. Yuuri próbował się opierać jeszcze przez chwilę, ale w końcu rozluźnił zaciśnięte na przedramionach narzeczonego dłonie i poddał się pieszczocie.

— To twoja piosenka, prawda? — Viktor bardziej stwierdził niż zapytał, na co Yuuri wykonał jakiś dziwny taniec głową, ni to przytakując, ni to wzruszając ramionami.

— Ketty kiedyś skomponowała tę melodię… Ostatnio ją znalazłem i w sumie pomyślałem, żeby coś napisać… Bo twój wiersz na Walentynki… — plątał się, wciąż niepewny, do czego się przyznać, a co zachować w mrokach tajemnicy zawodowej. — Chociaż to nawet nie ma rymów…

— Tak jak wszystkie japońskie piosenki — zauważył z uśmiechem Rosjanin. — I co z tego? Jak dla mnie mógłbyś śpiewać nawet o katsudonie.

— Ach, Viktor… zepsułeś — jęknął Yuuri, wtulając się w ramię mężczyzny. Na szczęście czułe głaskanie po plecach nieco go uspokoiło. — Chciałem być pierwszy, który cię zaskoczy, a ty jak zwykle mnie uprzedziłeś.

— Nic straconego. Wciąż masz szansę to zrobić, tłumacząc mi, co ty tam właściwie przygotowałeś?

Yuuri uniósł głowę i zerknął w stronę blatu, na który wskazywał palec Viktora.

— Cudownie. Na śmierć bym zapomniał. — Katsuki wyswobodził się z objęć i sięgnął po pudełeczko. Po chwili wahania przerywanej niezdecydowanymi westchnieniami wyciągnął ręce przed siebie. — Viktor, to dla ciebie. Z okazji Białego Dnia.

Mężczyzna delikatnie wsunął palce pod kartonik i przejął podarek.

— Bardzo mi miło, ale nawet nie wiem, co to za okazja — przyznał, na co Yuuri klepnął się w czoło, dając upust swojemu dzisiejszemu rozproszeniu.

— Wybacz, wszystko zaczynam od końca — przeprosił. — W Japonii to święto, w którym mężczyźni rewanżują się za czekoladki otrzymane w Walentynki. Ale że w naszym przypadku sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana, to nie wiedziałem, co i kiedy powinienem dać…

— Teraz rozumiem. — Kiedy tylko Viktor otworzył pudełko i z bliska zerknął na słodkość, jego usta rozciągnęły się w charakterystycznym uśmiechu. Czekoladowe serce było takie w stylu Yuuriego: trochę nadkruszone na brzegach, obsypane mnóstwem orzechów, jakby w ramach rekompensaty za pewną torbę z Barcelony, i pełne uczucia. — Cóż, każda okazja jest dobra, żeby świętować razem. A jeszcze lepsza jest taka, kiedy mogę ci powiedzieć „dziękuję”.

Viktor odłożył pudełko na stół. W tej chwili miał jednak inne priorytety.

— A czy mimo tak wspaniałego prezentu mogę być jeszcze odrobinę samolubnym człowiekiem? — Katsuki spojrzał pytająco na narzeczonego, ale ostatecznie skinął głową, nawet jeśli prośba była z gatunku tych mocno niejasnych. — Yuuri? Zaśpiewasz mi dziś na dobranoc?

Brwi uniosły się odrobinę, skrywając się pod ciemną grzywką, a potem powoli, powoli, piękny uśmiech zagościł na twarzy szczęśliwego Yuuriego. Był odpowiedzią samą w sobie i jednocześnie najlepszym możliwym prezentem.

— Oczywiście.

Knajpa

***

Między kolejnymi kęsami stygnących pierogów Viktor uważnie przyglądał się przysypiającemu Yuuriemu — uroczo zarumieniony towarzysz obiadowej niedoli właśnie opierał głowę o stół i z nosem niemal wetkniętym w talerz ruskich, mamrotał coś do siebie w niezidentyfikowanym narzeczu angielsko-japońskim. Rosjanin westchnął, na wpół z rozbawieniem, a na wpół smętnie, gdy pomyślał, że to on będzie musiał to słodkie, nieporadne nieszczęście zataszczyć z powrotem do domu.

A wszystko zaczęło się tak niewinnie… Po popołudniowym treningu razem z Yuurim wybrali się na obiad do niewielkiej, przytulnej knajpki niedaleko ich mieszkania. Najpierw Viktor miał w planach zabrać ukochanego do najlepszego (i w sumie jedynego) w Petersburgu baru serwującego katsudony, ale wtedy Yuuri stwierdził, że o wiele chętniej spróbowałby czegoś bardziej lokalnego niż to, co już dobrze znał. Nikiforov od razu przystał na tę prośbę, ciesząc się z każdej okazji, kiedy jego kochanie oznajmiało bez owijania w bawełnę przychodzące mu do głowy pomysły.

Takim oto sposobem skończyli w zaciszu miłej pierogarni i może wszystko byłoby dobrze, gdyby za chęcią zasmakowania potraw Yuuriego nie naszła ochota na lokalne napitki… w tym oczywiście na słynną, rosyjską wódkę. Japończyk nie musiał nawet pić do upadłego — alkohol o tym stężeniu każdego niewprawnego degustatora rozłożyłby na łopatki, a co dopiero mówić o rodzie Katsukich, których najmłodszy członek familii wysiadł po zaledwie dwóch kieliszkach. Ale za to z jaką ułańską fantazją wychylonych!

— Yuuri. Chyba już dość zabawy na dziś. — Viktor, który jak nikt inny wiedział, jaki tryb załączał się w narzeczonym po degustacji alkoholu, zapobiegawczo nie wypił nic. Nie chodziło jednak o to, jaki był troskliwy i odpowiedzialny, ale przede wszystkim nie chciał stracić ani sekundy z cennych wygłupów ukochanego prosiaczka. Mimo to nie był też bezduszny, więc delikatnie nachylił się i potrząsnął ramieniem Yuuriego. — Zbieramy się.

Yuuri podniósł się jak na komendę, jakby zapomniał, że przed chwilą złapał go ostry przypadek fizycznej niemocy, i spojrzał radośnie na Viktora.

— Sień dopry! — zawołał na cały głos, unosząc rękę w geście powitania. Rosjanin zaśmiał się, złapał dłoń i spokojnie ją opuścił.

— Raczej dobranoc, Yuuri. Chodź, wracamy do domu — odparł łagodnie.

Adresat prośby rozejrzał się niepewnie po lokalu.

— Yuu… co? Kim ja jessem?

— Yuuri. — Viktor nie mógł powstrzymać uśmiechu. Zawsze lepszy wywiad w garści od publicznego striptizu na dachu. Chociaż… — Katsuki Yuuri. Lat dwadzieścia cztery. Najlepszy japoński łyżwiarz. Drugi na świecie.

— Aha, aha… Faktyyycznie. — Mężczyzna przez kilka sekund dzielnie łączył kropki na mapie swojej tożsamości, aż wreszcie zmarszczone brwi uniosły się, a mętny wzrok wbił się w rozmówcę. — A ty to so?

— Viktor Nikiforov. Też łyżwiarz.

Z przyswojeniem tej informacji poszło znacznie szybciej. Wręcz błyskawicznie. Jak śmigający panczenista.

— Ooo, więs to ty jesseś Vikutoru? Ale suuuper. — Yuuri jęknął przeciągle i z takim rozmarzeniem w głosie, jakby właśnie spełniło się jego największe fanowskie marzenie. No, i poniekąd tak w istocie było, tylko jakiś rok wcześniej, siedem tysięcy kilometrów dalej i dwie złote obrączki mniej.

Ale tego Japończyk zupełnie nie pamiętał, dlatego po chwili zawieszenia systemu drgnął, nachylił się i skinął ręką, nakazując Rosjaninowi się do niego przybliżyć.

— Ej, ej, Vikutoru… — mruknął konspiracyjnym, lekko spirytusowym szeptem. — To suuudownie, sze tu jesseś, bo wiesz… Ktoś ma mnie posałować jak sdobędę słoto w łysz… w łyszfsz… no, jak wykram.

Katsuki umilkł i wyszczerzył się na mgliste wspomnienie obietnicy. Viktor odwzajemnił uśmiech, podtrzymując głowę na opartej o stół ręce. Więc o tym też mu się zapomniało… Ciekawe.

— No? I co w związku z tym? — zapytał cicho Viktor, nie zdradzając ani słowem o lekkiej dezaktualizacji ich złotej umowy.

— Bo sam nie dam rady… — Na potwierdzenie tych słów Yuuri lekko się zakołysał, jakby tracąc kontakt z grawitacją. — I dlatego mam taki plaaan… Zossaniesz moim trenerem?

Tak trudno było zachować powagę. Och, tak trudno…

— A ty ciągle o tym samym. — Viktor mrugnął okiem, kryjąc za maską opanowania wesołość, jaka targała jego wnętrzem na widok tej małej powtórki z rozrywki. — Jestem. Od jakiegoś roku.

— Nie mosze byś! — Katsuki zamrugał i wlepił w niego oczy, jakby ujrzał przed sobą nie spokojnego, lekko rozbawionego sytuacją rosyjskiego łyżwiarza, a co najmniej rodzące się galaktyki.

Przez chwilę nawet liczył coś na palcach, jakby próbował odgadnąć, ile miesięcy życia zgubił w trakcie alkoholowej nieświadomości, jednak szybko się poddał, gdy po raz trzeci dotarł do końca dłoni, nie mogąc znaleźć dalszego ciągu liczydła.

— Szesz… S-s-cokolwiek… Ale spoko, mam plan z-z-zapasowy! — Japończyk zdołał wejść na wyższy poziom ogarnięcia w mowie, co pozwalało mieć nadzieję, że wódka powoli traciła moc. — To co ty na to, żeby zostać moim chłopakiem? — Uśmiechnął się sprytnie.

— Wybacz, spóźniłeś się. Jesteśmy zaręczeni. — Viktor pokazał prawą rękę.

— Łooo… — Yuuri rozdziawił usta w niemym zachwycie, po czym przysunął dłonie nad obrączkę i zaczął poruszać nimi hipnotycznie niczym wróżbita nad szklaną kulą.

…ilość informacji przyswajana przez biedną, rozmiękczoną etanolem, japońską głowę już od początku wydawała się zbyt duża, ale teraz przekroczyła wszelkie normy emisji i limity bezpieczeństwa. Yuuri poczuł, że tak dalej być nie może. Jego idol wyskakiwał z kolejnymi, sensacyjnymi nowinkami, a on nie mógł sprostać jego oczekiwaniom…

— W takim razie… w takim razie… — powtarzał jak mantra, próbując wykombinować coś bardziej zaskakującego.

I chyba wreszcie na to coś wpadł, bo niespodziewanie wyprostował plecy, zupełnie jakby sam nie dowierzał swojej pomysłowości. Po kilku sekundach pełnego napięcia bezruchu Yuuri w końcu poderwał się z miejsca, wyszedł zza stołu, a potem zrobił tak zamaszysty przyklęk, że Viktora aż zabolało na ten widok w kolanach. Japończyk wyglądał jednak na zupełnie nieporuszonego tym faktem, a nawet lepiej — mimo silnego rumieńca, który upodabniał jego twarz do kwitnącego maku, spojrzenie miał pełne determinacji i bliżej nieokreślonego spokoju.

— Viktor… — zaczął podniośle, po czym wyciągnął rękę ku ukochanemu. Tak wyciągało się rękę tylko z jednego powodu. — Czy zostaniesz moim mężem?

„Przecież na tym polega narzeczeństwo, że mamy wziąć ślubu” pomyślał Viktor, kładąc dłoń na rozpalonym od rozczulenia policzku. Tym razem doskonale zdawał sobie sprawę, że Katsuki w stanie upojenia alkoholowego ma pamięć złotej rybki i następnego dnia zapomni o absolutnie wszystkim, co się tutaj wydarzyło, ale jednak… jednak… Uśmiechnął się, trochę poprzez łzy, wzruszony i rozbawiony absurdalnością sytuacji. Dlaczego ten chłopak zawsze robił wszystko na wpół świadomie? Jak on mógł rozkochiwać go wciąż i wciąż na nowo przez zupełny przypadek? Viktor nie wiedział. Ale nawet gdyby wiedział, miałby to wszystko gdzieś.

— Tak — odpowiedział, a potem wyciągnął ręce, żeby pochwycić w ramiona padającego pod wpływem wyczerpania Yuuriego.

Rosjanin parsknął cichym śmiechem, głaskając pochrapującego tuż przy jego piersi mężczyznę po rozwichrzonej, czarnej czuprynie. Ale niech sobie jego Urocza Spontaniczność nie myśli, że zawsze będzie się wykazywał taką inicjatywą. Następnym razem, tym naprawdę poprawnym razem, już po złotym medalu Grand Prix, to Viktor będzie pierwszym, który poprosi go o rękę.

Bałwan

***

Rosyjska zima nie byłaby sobą, gdyby nie zaatakowała rodzinnego miasta mistrza zaskakiwań jeszcze ten jeden, ostatni, niespodziewany raz. I tak w nocy z soboty na niedzielę sypnęło śniegiem na tyle solidnym, że czwórka łyżwiarzy wraz z nieodłącznym psim pomagierem postanowiła wykorzystać wolne popołudnie i wybrać się z tej okazji na wspólny spacer… Czy może — jak się okazało po półgodzinie zaciętego przekomarzania się — na rekonesans celem odnalezienia miejsca spoczynku dla pokonanych przeciwników. Poza lodowiskiem mogli zachowywać się jak najlepsi kumple, odkładając na bok sportową rywalizację, ale nawet niezobowiązujące rozmowy i uszczypliwe żarty musiały pójść w odstawkę, kiedy przychodził moment prawdy.

Moment rozstrzygnięcia czyja racja powinna być na wierzchu.

Pośród popiskujących dzieci oraz nie mniej popiskujących dorosłych, którzy okrzykiwali rozrabiające pociechy, że mają „nie tam!”, „nie tędy!” i „nie tak głośno!”, grupie udało się znaleźć zaciszny fragment pokrytego puchem parku. Makkachin ruszył na skoczny obchód okolicy, natomiast ludzie zbili się w ciasny czworokąt: dwóch mężczyzn stanęło naprzeciwko siebie i mierzyło się wzrokiem, natomiast pozostała dwójka odsunęła się kilka kroków w tył, spoglądając z politowaniem na domorosłych, ortalionowych kowbojów.

— Zatwierdzam pole bitwy — mruknął Yurio, wojowniczo unosząc podbródek. — Jakieś obiekcje?

— Żadnych. — Viktor uśmiechnął się z wyższością, zakładając ręce na piersi.

Yuuri pokręcił głową i położył dłoń na zakrytym czapką czole, a Mila robiła zdjęcie za zdjęciem, dokumentując scenę rodem z westernu. Zimowego, bo zimowego, ale westernu.

— Czy naprawdę nie możemy załatwić tego w inny sposób? Przecież chodzi tylko o wybór filmu na wieczór — próbował pertraktować Katsuki.

Jedyna dziewczyna w zespole najwidoczniej w nosie miała łagodzący wpływ płci niewieściej na spory, bo zamiast poprzeć pakt o nieagresji, oparła się dość lekceważąco na ramieniu Yuuriego.

— Lepiej się z tym pogódź — poradziła, chowając komórkę do kieszeni płaszcza, a w zamian wyciągnęła puchate rękawiczki. Po ich założeniu uniosła dłonie i dość bojowym ruchem poprawiła białe nauszniki. — Tak się załatwia sprawy u nas, w Petersburgu. Na twoim miejscu już lepiłabym nagrobek.

Potem klepnęła Japończyka po plecach, a sama wyprostowała się, przyjmując pełną gotowości pozycję. Była wytrawną, wieloletnią zawodniczką w bałwanowych zawodach i czterokrotną czempionką bitew na śnieżki, więc jak nikt inny wiedziała, kiedy należało podnieść rzuconą rękawicę… czy tam rękawiczkę. Wełnianą.

Odetchnęła przez nos, czując w powietrzu zbliżającą się wojnę oraz mróz na poziomie minus siedmiu stopni. Tak. To był idealny dzień na małe mordowanko.

— Nadchodzi zima — mruknęła podniośle.

Viktor uśmiechnął się, słysząc znany mu tekst, za to Yurio przewrócił oczami, powstrzymując się przed oczywistym komentarzem z rodzaju „przecież się kończy, głupia babo”.

— Tylko żeby nie było tak nudno, chciałbym wprowadzić nową zasadę — zaznaczył Viktor i kiwnął dłonią na stojącą na uboczu dwójkę, przywołując ją do siebie. — Zamiast robić bałwany samych siebie, wymienimy się wewnątrz drużyn.

— Co?! Mam lepić Milę? — obruszył się młody, spoglądając z pewną niechęcią na dziewczynę. — Przecież wystarczy utoczyć opasłą, pięciometrową kulę i wylać na wierzch kubeł czerwonej faaa… aaa! Zjeżdżaj, zołzo!

Mila otrzepała ręce z resztek śniegu, który starała się wepchnąć koledze za kołnierz. Viktor ze śmiechem podparł się pod boki i spojrzał na złorzeczącego Yurio.

— Za trudne? — zagadnął, kiedy nastolatek uspokoił się na tyle, że wspaniałomyślnie nie zabijał wzrokiem wszystkich dookoła, skupiając żądzę krwi jedynie na Mili.

— Znowu stosujesz te durne zagrywki. — Mimo to Yurio zacisnął dłoń w pięść i pogroził nią Viktorowi. — Dobra! I tak jesteś stary, głupi i masz Parkinsona, więc pokonamy cię z palcem w… w śniegu!

Po trzech zgodnych skinięciach głowami oraz jednym mniej zgodnym poprawieniu okularów, duety rozdzieliły się na różne strony parku i zabrały się do pracy. Już po chwili cztery pierwsze kule sprawnie potoczyły się po zaśnieżonej ziemi, każda w innym kierunku oraz w swoim tempie przyrostu, a uradowany Makkachin obskakiwał je w znanej tylko sobie, tajnej kolejności. Yuuri, do którego zwierzak podbiegł jako pierwszy, zażartował, że może psiak zachowuje się jak maskotki typujące zwycięzców przed meczami piłki nożnej, na co Viktor od razu mu przytaknął. Yurio natomiast odkrzyknął, że to pobite gary, bo przecież pies należy do jaśnie państwa narzeczeństwa i to oczywiste, że to do nich garnie się najbardziej, a w ogóle jak mają robić takie jawne machlojki, to on się zaraz odwoła do Rzecznika Praw Zwierząt. Mila natomiast, słysząc dość standardową już kłótnię w wydaniu rosyjsko-japońskiej rodzinki, uśmiechnęła się tylko pod nosem i wróciła do układania w głowie długiej, barwnej relacji, jaką zamierzała później zdać Bece.

Po utoczeniu potrzebnych kul i podzieleniu się każdą wątpliwością odnośnie kompetencji Makkachina jako bezstronnego arbitra (Mila parsknęła „sędzia-kalosz z Petersburga!” i zaniosła się niemal histerycznym śmiechem), zawodnicy zajęli się układaniem śniegowych wież. Mila i Yurio przyjęli model działania w całkowitej separacji, natomiast Viktor cały czas starał się dopomagać Yuuriemu, na co ten najpierw próbował łagodnie odgonić się od narzeczonego, a potem zaczął obrzucać go śnieżkami, byleby tylko dał mu święty spokój. W końcu Viktor skapitulował i z lekkim poślizgiem zajął się swoją rzeźbą.

Po dobrym kwadransie wytężonej pracy młodzież jako pierwsza skończyła swoje bałwany, dlatego po wymianie porozumiewawczych spojrzeń ruszyła na całkowicie jawne przeszpiegi do drużyny przeciwnej.

— Ty chyba nie rzeźbisz mu talii? — zapytał z niesmakiem Yurio, widząc, jak Viktor śmiało szorował dłońmi po pasie figury. Trudno było ocenić, czy jeszcze się bawił, czy może już molestował Bogu ducha (o ile takowego miał) winnego bałwana.

— Nawet w tej formie Eros pozostaje Erosem — stwierdził jednak beztrosko Viktor, zjeżdżając rękami jeszcze niżej, gdzieś w okolice siedzenia postaci.

Yurio jęknął z niesmakiem.

— Ortopeda płakał, jak badał — palnął, a kuląca się ze śmiechu Mila gorąco mu przytaknęła.

— Te biodra wyglądają jak oznaka galopującej lordozy — Dziewczyna parsknęła w rękawiczkę, nie mogąc powstrzymać salw chichotu. Dzisiejszy spacer zdecydowanie nie oszczędzał ani jej, ani jej przepony. — Wybacz, Yuuri, ale dzieci z tego nie będzie. To już jest medycznie niemożliwe z co najmniej dwóch powodów.

— Weź tak nawet nie żartuj! — Zaczerwieniony od mrozu i wstydu Yuuri wychylił się zza swojego bałwana.

— No tak, przepraszam. — Dziewczyna natychmiast spoważniała. — Nie powinniśmy mówić o tym przy Juriju. Jeszcze się biedak dowie, że jest adoptowany…

— Czy możecie przestać błaznować?! Idioci! — Yurio w pośpiechu skleił śnieżkę i rzucił ją w zaśmiewającą się na cały głos nastolatkę. — Sama lepiej pokaż, co zmajstrowałaś, bo jakoś kompletnie nie wierzę w twoje kompetencje!

— A proszę cię bardzo. — Mila otarła łzy, a potem kiwnęła zachęcająco głową w stronę swojego bałwana. — Patrz, płacz i płać za wstęp, bo już niedługo będą tu walić całe pielgrzymki Aniołków Jurija.

Dumna z siebie autorka rozłożyła ręce, prezentując szerokim gestem dzieło swego życia… a przynajmniej ostatnich dwudziestu minut. Czubek bałwana zdobiła para sterczących w szpic uszek, a z wygrzebanych spod śniegu patyczków Mila zrobiła kocie wąsy oraz zarys grzywki, która opadała na lewe oko.

— Jest naprawdę podobny — przyznał Yuuri, podchodząc do tworu, po czym wskazał na wygięte w odwrócone „V” usta. — Szczególnie ta część.

— No ba. W szkole byłam mistrzynią rzeźbienia zwierzaków w szarym mydle. — Dziewczyna uniosła dwa palce na znak zwycięstwa.

Yurio natomiast milczał, nie wiedząc, czy powinien się wkurzyć za sparodiowanie go, czy może rzucić jakimś czerstwym komplementem na znak uznania za stworzenie całkiem ładnej, kociej podobizny… Ale zanim zdążył podjąć decyzję, ile hejtu w hejcie zawrzeć, Mila błyskawicznie wcieliła się w rolę przewodnika i zaprowadziła resztę wycieczki do kolejnego dzieła. Jego dzieła.

Bałwan autorstwa Yurio był muskularny, a oczy zostały zrobione tak, że wskazywały na ewidentnego zeza zbieżnego. W tym przypadku trudno było stwierdzić, czy twórca miał wyjątkowo paskudny humor, czy może nie posiadał absolutnie żadnych zdolności plastycznych oraz gustu. Czy wszystko naraz.

— Juriiij? — zaśpiewała Mila, mrużąc oczy jak snajper biorący ofiarę na cel. — Tak mi się coś wydaje, że chyba niedokładnie przyjrzałeś się mojej sylwetce. Chodź, pokażę ci dokładnie, jak silne mam ręce…

Rosjanka już chciała objąć chłopaka w pasie, ale ten w porę uskoczył, zanim żelazny chwyt zmiażdżył mu jelita i resztę przyległości. Jeszcze przez dobrą chwilę Mila i Yurio skakali wokół siebie dla draki, wymachując rękami na wszystkie strony i wykonując piruety w imitacji ciosów kung-fu, aż wreszcie przestali, gdy z pewnym opóźnieniem spostrzegli, że Viktor z Yuurim zupełnie ich zignorowali i podążyli do ostatniego przystanku.

Twór Katsukiego był typowym stworzeniem wywodzącym się z klasycystycznego nurtu japońskich bałwanów dwuczęściowych, niepozbawionym jednak charakterystycznych rosyjskich cech, które ani przez moment nie pozwalały zwątpić, że ma się przed sobą śniego-Viktora. Usta ułożone w charakterystyczne serduszko oraz oczy zaznaczone jako wesoło zmrużone kreseczki stanowiły kwintesencję zimowego zadowolenia.

— O, o, o. Cały Viktor. Normalnie wypisz-wymaluj. — Mila wskazała palcem na głowę bałwana. — Czy to ten wasz japoński gen odpowiedzialny za rysowanie? Bo normalni ludzie potrafią co najwyżej oddychać albo stać na dwóch nogach.

— Ale przecież nawet nie jest skończony. Trzeba mu dorobić włosy… — tłumaczył Yuuri, próbując strząsnąć łaszącego się do niego Viktora, jednak ten dzielnie się nie dawał i okazywał wdzięczność, pocierając nosem o policzek ukochanego.

— Zostaw. Niech będzie łysy. — Yurio uśmiechnął się podstępnie. — Przy tym postępie starości jego wysokie czoło zaraz będzie sięgać karku.

— Ale ja wcale nie mam wysokiego czoła — zaprzeczył od razu Viktor, mimowolnie poprawiając grzywkę, tak jakby chciał się upewnić, że wszystko wciąż było na swoim miejscu.

— Cicho, dziadu. I tak cię to czeka. — Chłopak pokazał język, a potem skinął na bałwana. — W końcu nawet Katsudon to dostrzegł.

Uwaga trafiła w mężczyznę celniej niż najlepiej ubita śnieżka, przez co komizm sytuacji osiągnął swoiste apogeum. Kiedy więc Yuuri uspokajał kucającego Viktora, a Yurio śmiał się na głos, mając z obu łyżwiarzy regularną polewkę, Mila po cichu wyciągnęła komórkę. Nie mogła przecież przepuścić takiej cudownej okazji na pobicie popularności fotek Phichita! Ustawiła obiektyw telefonu tak, aby obejmował ich czwórkę oraz śnieżną figurę Katsukiego, a potem strzeliła grupowe selfie.

Od kiedy ich paczka rozrosła się o jeszcze jednego łyżwiarza, nawet trywialne powroty z lodowiska stały się o wiele weselsze. Z wiecznie uprzejmego Viktora wreszcie wylazło duże dziecko, Yurio zaczął z kimkolwiek rozmawiać na tematy inne niż konieczne, a Yuuri… Zerknęła na załamanego Japończyka, który był niemal o krok od rozerwania przez ciągnących go w przeciwne strony Rosjan. On chyba wreszcie znalazł swoje miejsce na ziemi. Trochę zmarznięte, ale swoje.

I tak przy akompaniamencie jęków i chichotów Mila wrzuciła fotkę na Instagrama i z niemałym uśmiechem dołączyła do niej krótki, acz wieloznaczny opis.

„Takie tam — z bałwanami”.

Wiśnia

***

Nadeszła wiosna… jak to wiosny miały w zwyczaju robić co roku. Czasem wpadały wcześniej, czasem ociągały się do ostatniej chwili, czasem przy wtórze wiatru, słoty lub ostatnich podmuchów mrozu robiły istne wejście smoka. Ale prędzej czy później każda musiała zapukać do drzwi świata.

Nadeszła wiosna. Nieodwołalnie.

Spadające płatki wiśni przypominały trochę śnieg, którego w Petersburgu nigdy szczególnie nie brakowało. I może właśnie dlatego spacerowicze, korzystający coraz chętniej i liczniej z poprawiającej się pogody, mijali drzewo bez szczególnego zaaferowania. Nie kontemplowali wczesnomajowej aury, która wraz z szepczącym w jasnej koronie wiatrem nadawała całej scenerii szczególnego uroku. Nie zwracali uwagi na sypiący się z nieba, łagodny deszcz różowego kwiecia. I nie robił na nich wrażenia ani lekko zielony dywan trawnika, obsypany nieregularnym wzorem z płatków, ani też sama wiśnia, znajdująca się w pełnym rozkwicie i kołysząca gałęziami w rytm łagodnych, południowych podmuchów…

...ani tym bardziej nie robiła wrażenia obłuszczająca się z farby ławka, którą właśnie okupowało dwóch mężczyzn — jeden zapatrzony w górę i podziwiający piękno Matki Natury, a drugi nieco zawstydzony, że pojedyncze, nieszczególnie rosłe drzewo miało być obiektem zachwytu ich dzisiejszego, pospiesznie zarządzonego hanami.

— W Japonii to prawdziwe święto — zaczął Yuuri, spoglądając na skaczącego wesoło Makkachina, który próbował pochwycić w pysk różowe drobiny. — Ludzie całymi rodzinami przychodzą do parków, rozkładają się na kocach i wspólnie zjadają domowe bento, obserwując niebo, po którym szybują płatki. Nawet specjalnie sadzi się wiśnie na wzgórzach albo nad rzekami, żeby widoki były jeszcze piękniejsze…

Viktor, w odpowiedzi na idylliczną wizję Yuuriego, wskazał tabliczkę, na której napisano po rosyjsku „nie deptać trawników”, jednocześnie podając ukochanemu bidon z wodą, który pozostał im po treningu. Dwoma swobodnymi ruchami zniszczył tę resztkę nadziei, jaką Katsuki jeszcze posiadał, wierząc, że nawet jeśli krajobrazy nie porażały swoim przepychem, to zdoła chociaż wprowadzić odpowiednio bogaty nastrój.

Japończyk zwiesił głowę, niemal bijąc czołem w trzymaną butelkę.

— Przepraszam, Viktor — wydukał. — To nie ma sensu. Tyle się nabiegałem na spacerach z Makkachinem, żeby znaleźć jakieś odpowiednie miejsce, ale to drzewo było jedyne, jakie…

I kiedy Yuuri już zaczął się unosić, żeby rzucić błagalno-przepraszające spojrzenie, napotkał usta Viktora, które natychmiast spacyfikowały wszelkie próby podniesienia larum. Zdołał jeszcze niewyraźnie zamruczeć coś między „a” i „mmm”, by w następnej sekundzie poddać się pieszczocie. Wraz z niespodziewanym pocałunkiem Viktor położył prawą dłoń na twarzy Yuuriego, nieco zasłaniając ich przed spojrzeniami i tak chwilowo wymarłych przechodniów, zaś lewą ręką odebrał ściskany bidon, odłożył go za siebie, a potem dotknął palcami drugiego z niesamowicie zaczerwienionych policzków.

Ciepło na wargach oraz łagodnie opadające płatki doszczętnie rozmiękczyły japońskie serce, sprawiając, że Yuuri wreszcie zaczął cieszyć się chwilą zamiast wynajdywać coraz to nowe powody niezadowolenia. Odpowiednia sceneria zasługiwała wszak na odpowiednią oprawę, a najbardziej właściwym zwieńczeniem spotkania pod kwitnącą, nawet najbardziej doświadczoną przez los wiśnią wydawał się wyłącznie pocałunek. Co z tego, że robili to codziennie, że nie było to dla nich już nic nadzwyczajnego? Każdy całus był wyjątkowy na swój mały, wdzięczny sposób.

W końcu mężczyźni odsunęli się od siebie, ale nie dalej niż na kilka centymetrów, by móc choć chwilę dłużej popatrzeć na ukochaną osobę.

— Yuuri, ty głuptasie. Chyba muszę zrobić ci jeszcze raz szczegółowy wykład na temat przepraszania. Taki, w którym dużo razy mówisz „proszę” — zganił radośnie Rosjanin, po czym zbliżył się i ucałował narzeczonego w kącik ust. Potem grzecznie się wycofał i wrócił do kontemplacji kwiecistych widoków. — Jestem przeszczęśliwy, gdy mogę z tobą być, a co dopiero mówić o sytuacjach, gdy przedstawiasz mi japońskie zwyczaje. Więc nie twierdź, że to bez sensu. Po prostu pozwól mi cię słuchać.

Po tych słowach Viktor ujął znajdującą się tuż obok rękę Yuuriego i wplótł palce między jego palce. Kciukiem zaczął gładzić grzbiet dłoni tak delikatnie, jakby pragnął zachować choć namiastkę bliskości. Dalsze pocałunki mogły przecież wydusić z nich ostatni dech, a nieśmiałość zabić Yuuriego w trybie natychmiastowym, a tego Viktor zdecydowanie nie chciał.

— To jak? Znasz może jeszcze jakieś ciekawostki? — zapytał, zerkając zza grzywki na siedzącego po jego lewej stronie Katsukiego.

Yuuri odchrząknął, nie wiedząc, czy ma się speszyć, czy może uśmiechać się jak głupi do sera. Albo raczej jak głupi do wiśni.

— Chyba tak… — odpowiedział, powoli odwzajemniając drobne ruchy muskającej go dłoni. — To może… Wiesz, że istnieją specjalne prognozy pogody, które mówią, kiedy będą zakwitać wiśnie? A w Hasetsu zaczyna się to właściwie najwcześniej, jeszcze w marcu…

Wrócił do snucia opowieści o szczegółach japońskiego święta. Choć sam od dawna nie brał udziału w hanami i w ogóle nigdy specjalnie go ono nie obchodziło, teraz odczuwał jakąś nieznaną wcześniej przyjemność, opowiadając żywo zainteresowanemu Rosjaninowi o tajnikach nieznanej mu kultury. I chyba szczególnie mocno podobały się Yuuriemu te błyszczące, niebieskie oczy, które mężczyzna otwierał szerzej, kiedy tylko usłyszał coś zaskakującego.

Ach, no tak. Zaskakujące. Zupełnie jak ich codziennie, rodzinne życie… i jak przybycie trzeciego z zaproszonych na wspólne świętowanie łyżwiarzy.

— Siema, złamasy! — Yurio pomachał do nich z daleka, a gdy tylko się zbliżył, bezceremonialnie przysiadł na krótkiej ławce, niemal lądując tyłkiem na kolanach Yuuriego. Efekt domina szybko przeszedł na Viktora i teraz to on musiał się ewakuować ze swojego miejsca, zepchnięty barkiem na sam skraj siedziska.

Gdy wreszcie udało im się dojść do porozumienia, nastolatek rozejrzał się dookoła, oceniając przygotowane atrakcje… czy może raczej ich brak. W jego skali ławkowe sitting-party dla emerytów zasługiwało pewnie co najwyżej na kulawe trzy na dziesięć. Tysięcy.

— I co? To świętowanie polega na siedzeniu i gapieniu się w drzewo? — Pokręcił głową, idealnie podsumowując w jednym zdaniu efekt ostatnich pięciu minut rozmowy. Chłopak nie czekał jednak na dalsze wyjaśnienia, tylko sięgnął do plecaka i wyjął stamtąd pachnące, papierowe zawiniątko. — Wiedziałem, że spieprzycie, wy niereformowalni kucharze. Macie, przygotowałem pirożki. Żeby nie było tak totalnie drętwo.

— Yurio, jesteś wspaniały! — Yuuri rozpromienił się, kiedy ujrzał znajomy, wepchnięty mu w ręce wypiek. Młody Rosjanin burknął na to dość niewyraźnie, chyba wahając się z odpowiedzią między „dzięki”, a „naprawdę kiedyś ci przywalę za to Yurio”.

— No i widzisz, Yuuri. Mamy gdzie usiąść… — Viktor poklepał sprawdzoną, choć nie pierwszej świeżości ławkę. — Mamy nasze domowe puento…

— Bento — poprawił z uśmiechem Yuuri.

— Tak, punto — ciągnął niezrażony pomyłką Viktor, po czym mrugnął porozumiewawczo. — Mamy rodzinny spęd… Mamy nawet wiśnię. Czego więcej chcieć od życia?

— Powiedziałbym, że wam obu oleju w głowach i więcej ogłady — przyczepił się Yurio, połykając kęs wciąż ciepłego pirożka — ale łaskawie to zmilczę.

Ostatecznie nie zmilczał, bo przez tę chwilę nieuwagi chłopak nie zauważył, że na jego pirożek opadł płatek wiśni. Dość gwałtownie się jednak o tym fakcie dowiedział, gdy wraz z kolejnym gryzem do podniebienia przylgnął również niechciany kawałek kwiatu. Yurio zaczął więc pluć i kląć na czym świat stoi, wypominając durną miejscówkę i nie mniej durnych pomysłodawców, a Yuuri współczująco uniósł brwi, jednocześnie podając Viktorowi torbę z wypiekami. Mężczyzna podziękował skinięciem głowy i wyciągnął porcję dla siebie.

— Właściwie jeśli bardzo chcesz, to w przyszłym roku po Mistrzostwach Świata możemy od razu pojechać do Hasetsu — stwierdził Viktor, oddając pakunek ciskającemu gromy Yurio. — Powinniśmy jeszcze zdążyć na jakieś spóźnione wiśnie, prawda?

Zamyślony Yuuri oparł się wygodniej o ławkę. Racja, powinni zdążyć. Ciężko było zapomnieć, że w zeszłym roku wraz z kwitnącymi wiśniami oraz opatulającym je śniegiem w Yu-topii zjawił się Viktor, a skoro kwiaty były łaskawe wtedy, mimo tak późnej daty zawodów… Nie, inaczej. To właściwie nie o kwiaty chodziło. Najprzyjemniejsze w planowaniu kolejnego hanami było nie miejsce, ale coś zupełnie innego. To, o co w tym święcie przecież chodziło. Powód, dla którego stresował się małą wiśnią i cieszył przyciasną ławeczką.

— Mogę jechać gdziekolwiek — wyznał wreszcie Yuuri i delikatnie objął znajdujących się po obu bokach łyżwiarzy. — Wszędzie, byle z wami.

Matrioszka

***

Nie minęło jeszcze wiele czasu, od kiedy Yuuri wprowadził się do Viktora, a już ich wspólne życie zaczęło obrastać w pierwsze, trywialne problemy. Drobne niesnaski zaczęły przede wszystkim dotykać domowych kwestii: kto ma wychodzić z Makkachinem na spacery, gdy każdy z nich chciał zagarnąć miłość czworonoga dla siebie, co przyrządzić na śniadanie, kiedy zdolności kulinarne jednego z nich w skali od zera do dziesięciu istniały gdzieś w przestrzeni ułamków, a drugi gotować umiał, owszem, ale głównie jajka i chleb smarowany masłem, czy w jaki sposób przekonać, że szafa złożona głównie z wyciągniętych, szarych dresów, gargantuicznej ilości kurtek oraz jednego, pamiętnego krawata to nie jest pomysł na życie. Na swoje szczęście byli jednocześnie tak zapatrzeni w siebie nawzajem, że na poranno-wieczorne psie wędrówki postanowili chodzić naprzemiennie, a w ciągu dnia wspólnie, pojednawczo trzymając się za ręce, pichcenie, nawet jeśli kończyło się zwęgleniem posiłku, od razu było przyprawiane śmiechem oraz kilkoma buziakami, a garderoba, jako rzecz zupełnie podatna matematyce, stała się zbiorem wspólnym, dzielonym wedle potrzeb i fantazji.

No a Yuuri tak cudownie wyglądał w jego koszulkach…

Ale nadszedł dzień klęski, gdy jednym z takich kłopotów zaczęło być systematycznie ubywające miejsce. Yuuri do Petersburga przywiózł dość ograniczony posag, a i chomikiem przesadnym nigdy nie był, więc wydawało się, że wszystko pozostanie pod kontrolą. Mimo to ograniczona ilość półek i szafek, jaką posiadał w swoim mieszkaniu Viktor sprawiła, że po kilkunastu wypadach na miasto, z których regularnie przynosili zabawki dla Makkachina (Yuuri), prezenty dla Yuuriego (Viktor) czy książki (wszyscy… za wyjątkiem psa, oczywiście), wreszcie zaczęło brakować wolnej przestrzeni.

— Viktor, co robisz? — zapytał więc Yuuri, opierając się o tył kanapy. Aktualnie przyglądał się temu, jak siedzący na podłodze Viktor z wahaniem oceniał, czy marmurowe popiersie, z którym nie rozstał się nawet na czas ośmiomiesięcznego pobytu w Hasetsu, było mu wciąż absolutnie niezbędne do życia.

— Robię porządki — odpowiedział, przesuwając rzeźbę na stertę rzeczy „do namysłu”. Takie kupki nigdy nie kończyły tam, gdzie naprawdę powinny. — Odkąd mieszkamy tu we dwóch… znaczy, we trzech, zrobiło się nieco ciaśniej. Dlatego chcę się pozbyć kilku zbędnych gratów.

— Ej, ale tego chyba nie wyrzucasz! — Yuuri przyskoczył i w pośpiechu złapał partnera za rękę, kiedy ten chciał odłożyć do śmietnikowego pudła niewielkie, jaskrawo pomalowane rękodzieło, które tak samo jak popiersie pamiętał z Yu-topii. Matrioszka.

— A czemu nie? Daj spokój, jesteśmy w Rosji. — Mężczyzna spojrzał obojętnie na lalkę, jakby widział już takich tysiące. I pewnie tak właśnie było. — To tylko fanowski upominek z czasów juniorskich…

— Wiem. Mistrzostwa świata, Ostrawa, drugie miejsce. Po programie krótkim — wyrecytował Yuuri.

Viktor na chwilę zapomniał języka w gębie, a nie przytrafiało mu się to zbyt często. Prawdę mówiąc, zdarzało mu się to bardzo rzadko, ale jeśli już, to zawsze z powodu tego konkretnego człowieka.

— Yuuri, to chyba nawet ja potrzebowałbym z pół minuty, żeby sobie przypomnieć. — Spojrzał na Japończyka z lekkim przestrachem. Niby zdawał sobie sprawę, że jego kariera miała spory wpływ na ukochanego, ale z taką wiedzą mógłby startować w łyżwiarskiej edycji „Milionerów”, gdyby tylko takowa istniała. — Nie mów mi, że ją chcesz?

— A mogę? — Yuuriemu zaświeciły się oczy.

— Znaczy… W sumie to żaden problem. Co prawda nie na tym polega sprzątanie, ale… — Wzrok Viktora na chwilę utkwił w marmurowym popiersiu, aż wreszcie mężczyzna westchnął i wyciągnął rękę z matrioszką w stronę narzeczonego. — A zresztą. Proszę, jest twoja.

— Dziękuję! — Radość wydawała się nieproporcjonalnie duża do wielkości i wartości przedmiotu, ale z jakiegoś powodu Yuuri wyglądał na znacznie bardziej szczęśliwego niż po kupieniu urodzinowego garnituru w Barcelonie. Pieszczotliwie gładził kciukiem lalkę i uśmiechał się do niej z czułością. — Jest śliczna. O rany, to trochę głupio zabrzmi, ale czuję się tak, jakbym dorwał jakąś super okazję na wyprzedaży twoich gadżetów.

— Chyba naprawdę jesteś moim największym fanem. — Viktor pokręcił z niedowierzaniem głową, zakładając ręce na piersi. Tak, właśnie za tę uroczą niewinność i prostotę reakcji go kochał. I za wiele, wiele więcej. — A jeszcze biorąc pod uwagę to, że udało ci się zdobyć najbardziej limitowany okaz z kolekcji…

— Że matrioszkę? W takim razie dlaczego chciałeś się jej pozbyć? — nie zrozumiał, na co Rosjanin zaśmiał się na głos.

— Nie to, głuptasie — odparł, obejmując jedną z nóg Yuuriego i przytulając się do niej. — Mnie.

Poduszki

***

Nic nie może przecież wiecznie trwać… za co Yuuri był szczerze wdzięczny niebiosom.

Po trzech dniach wypełnionych śmiechem, międzynarodowymi rozmówkami, pożeraniem katsudonów w ilościach hurtowych, wyciąganiem trojaczek spod chyba każdego mebla i niebagatelnym milionie zdjęć na Instagramie, w Yu-topii wreszcie nastała błoga cisza. Dla niektórych może zbyt cicha cisza, ale dla japońskiego łyżwiarza była ona niezwykle odświeżająca. „Hasetsu na lodzie” pod wieloma względami stanowiło nowe doświadczenie, a największym z nich było chyba goszczenie pod swoim dachem tak licznej grupy znajomych. Na wskroś introwertyczny Yuuri nie przypuszczałby nawet, że tylu posiada. Oraz że są tak głośni… Oczywiście nie to, że nie lubił kolegów z lodowiska, jednak limit spędzania z nimi czasu, który jeszcze sprawiał mu przyjemność, a nie przysparzał bólu głowy, wynosił kilka godzin. Nie kilkanaście i na pewno nie kilkadziesiąt.

Do dzielenia się całym czasem życia wystarczył mu zaledwie jeden człowiek.

— Kąpiel w gorących źródłach jest najlepsza! — Viktor przeciągnął się i ruszył na piętro zaraz za raźno poczłapującym Yuurim. — Aż trudno mi uwierzyć, że to już koniec.

— Mi też, w pewnym sensie — przyznał, zatrzymując się na szczycie schodów. Spokój, jaki nastał po tym stwierdzeniu, niezakłócany na dodatek żadnym odległym sprzeczaniem się o wyższość Neapolu nad Ostrawą, stanowił tak miłą odmianę, że Yuuri nie mógł się nie uśmiechnąć. Mało tego, kiedy tylko Viktor do niego dołączył, sprzedał narzeczonemu szybkiego buziaka w policzek, jakby to jemu dziękował za obecny stan rzeczy. — A w czwartek wracamy do Petersburga.

— Hmm… Czy mi się wydaje, czy słyszę w twoim głosie zadowolenie? Tęsknisz za naszym mieszkaniem? — mruknął Rosjanin, chwytając Japończyka w talii i kładąc dłoń na jego biodrze.

— Może odrobinę. Ale na pewno marzy mi się odpoczynek, taki na serio. Wiesz… ty, ja… — Yuuri uniósł brew i spojrzał znacząco znad okularów. — …i ten niedokończony tomik poezji, który został na Kindle’u.

Viktor zachichotał i przyciągnął Yuuriego bliżej siebie.

— Brzmi jak cudowne wakacje — przyznał radośnie.

— Wiem. — Yuuri nie pozostał dłużny i również objął Viktora w pasie. — Ale mam nadzieję, że do czasu naszego wspólnego powrotu Yurio trochę się rozchmurzy. Dziś wydawał się strasznie markotny.

— Przecież był jeszcze bardziej rozjuszony niż zwykle — stwierdził ze zdziwieniem Viktor.

— No właśnie — przytaknął, jakby ta uwaga wyjaśniała wszystko, a rynsztokowy język stanowił naturalne wytłumaczenie na młodzieńczą depresję. Yuuri wyswobodził się z objęć, po czym skoordynowanym, niespiesznym krokiem ruszył wraz z narzeczonym do znajdujących się na końcu korytarza pokoi. — To przez wylot Otabeka.

— W takim razie może powinniśmy go jakoś pocieszyć? Albo chociaż zająć czymś innym? — Nieosłonięte szarą grzywką oko rozszerzyło się momentalnie. — Już wiem! Co ty na to, żeby usiąść w kółku, zarzucić na głowy koce i urządzić noc strasznych opowieści?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.