drukowana A5
32.87
Małe, słodkie codzienności

Bezpłatny fragment - Małe, słodkie codzienności

Objętość:
258 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, druk czarno-biały
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8126-847-9

W podziękowaniu dla tych, którzy byli,

pocieszali, dali natchnienie

i którzy we mnie uwierzyli

Herbata z cytryną

***

Pod zwałami białej pościeli, niby porwany przez lawinę narciarz, leżał Yuuri, okazjonalnie wydając z siebie przytłumiony kaszel. Obłożony poduszkami i przykryty pod sam nos powoli dochodził do siebie po tym, jak nagle na lodowisku urwał mu się film. Na szczęście był już bezpieczny, a zbliżające się szuranie kapci oznajmiło, że do sypialni wkraczał jego ratownik, lekarz, a teraz także opiekunka w jednym.

— Yuuri, nie strasz mnie tak więcej. Myślałem, że dopadł cię atak serca. — Widząc, że mężczyzna już nie śpi, Viktor przysiadł bokiem na łóżku i odłożył na stolik kubek z parującym napojem. — Czy to są właśnie te wasze słynne, japońskie przeziębienia?

— Nie wiem, czy słynne, ale na pewno skuteczne — wychrypiał Yuuri, odsuwając kołdrę znad ust. — Nie martw się. Do jutra wszystko powinno wrócić do normy.

Rosjanin nachylił się nad leżącym mężczyzną i przytknął czoło do jego czoła, próbując sprawdzić temperaturę. Nie widział, że takie starania mogły przynieść odwrotny skutek, a czuła opieka, jakiej Katsuki po raz pierwszy doświadczał od kogoś innego niż mama, z pewnością miała wpływ na zupełnie niezwiązane z chorobą podniesienie się gorączki o jakieś kilka dziesiątych stopnia.

— Wydaje mi się, że jest odrobinę lepiej — uznał jednak Viktor, odsuwając się znad pacjenta. — Chce ci się pić?

— Trochę — przyznał Yuuri.

— Przyjąłem.

Viktor pomógł mu usiąść, troskliwie asekurując plecy, a potem sięgnął po przyniesiony kubek, ściągnął usta i zaczął dmuchać, odganiając leniwie unoszącą się nad naczyniem parę. Było w tej scenie coś niebywale ujmującego, coś, co uszczęśliwiło chorego chyba bardziej niż przygotowany napar.

— A teraz powiedz „aaa” — zażartował Rosjanin, po czym przyłożył do ust ukochanego kubek i ostrożnie go przechylił.

— Mm, dziwne. Ale dobrze — skrzywił się Japończyk, kiedy już przełknął łyk rozgrzewającego napoju. — Co to?

— Herbata z cytryną. Stary, babciny sposób na przeziębienia.

Dla potwierdzenia Viktor podetknął kubek pod twarz Yuuriego, aby ten mógł zobaczyć pływający we wnętrzu plasterek cytrusa.

— Chcesz jeszcze? — upewnił się.

— Mhm.

Yuuri przylgnął wargami do brzegu naczynia, by duszkiem wypić przyjemnie ciepłą herbatę aż do samego dna. I kiedy tak spijał ostatnie krople płynu z przechylonego kubka, jego ust nieoczekiwanie dotknął plasterek cytrusa. Japończyk chwycił go w zęby, a potem, niewiele myśląc, ostrożnie wyjął cytrynę z naczynia. Jednocześnie lekko przygryzł wilgotny kawałek, przez co nieco soku wypłynęło z rozerwanego miąższu i pociekło po spierzchniętych gorączką ustach.

Viktor mruknął. Yuuri swoimi niekontrolowanymi zagrywkami regularnie doprowadzał go na skraj wytrzymałości.

— Ej, tego się tak nie robi — zganił, zabierając kubek, by w jego miejsce przysunąć do Katsukiego twarz. — Oddaj — poprosił nieprzekonująco.

— Ne — wydukał Yuuri, jakby spodziewał się, co zaraz nastąpi.

Viktor westchnął, po czym zbliżył się i złapał zębami za drugi koniec cytryny, chcąc wymusić prowokacyjnym zachowaniem, aby Yuuri się wycofał. Gdy jednak zauważył, że przeciwnik się nie poddaje i wciąż dzielnie trzyma swą zdobycz, Rosjanin zmrużył oczy, rozchylił szerzej wargi i zgarnął większą część plastra, niespodziewanie przyciskając usta do ust Japończyka.

Choć pocałunek sam w sobie wydawał się słodki i może odrobinę pikantny, to gdy kwaśny sok wypłynął z owocu i dostał się między języki obu mężczyzn, bogactwo doznań zupełnie oszołomiło Yuuriego. Było mu gorąco i za gorąco, przyjemnie, ale trochę duszno, miło, lecz jednocześnie brakło tchu… Ostatecznie Yuuri wytrzymał tak może kilka sekund, zanim skrzywił się pod wpływem cierpkiego posmaku i odsunął się od ukochanego, pozwalając, by to Viktor zjadł cytrynę w całości. I to jak zjadł — powieka mu nawet przy tym nie drgnęła, a nawet się oblizał, wyraźnie zadowolony z takiego obrotu spraw.

— Na zdrowie — podziękował Viktor, ocierając kciukiem usta Yuuriego, po czym wstał z łóżka. — A teraz wracaj się kurować.

— A ty gdzie idziesz?

Tymczasowy pielęgniarz uśmiechnął się i mrugnął porozumiewawczo do zakopującego się w pościeli, na wpół ozdrowiałego pod wpływem pieszczoty pacjenta.

— Kupić więcej cytryn. Dużo więcej.

Most

***

— Viktor! Gdzie ty mnie znowu zabierasz?! — jęknął Yuuri, dając się ciągnąć za rękę podśpiewującemu pod nosem Rosjaninowi.

— Ta-je-mni-ca! — odpowiedział melodyjnie Viktor, zadowolony i dumny z siebie jak paw. A kiedy był zadowolony i dumny z siebie (jak paw), to nigdy nie chodziło o coś tak trywialnego jak spacer czy kino. Że już o pójściu na zakupy spożywcze, o które Katsuki upraszał się od jakichś dwóch dni, nie warto było nawet wspominać.

Japończyk przewrócił więc oczami i pozwolił prowadzić się podekscytowanemu partnerowi, aż nie dotarli na jeden z licznych mostów, rozsławiających Petersburg jako Wenecję Północy.

— Proszę! Oto nasza przystań! — sprezentował Viktor, stając na środku i wskazując rozłożonymi dłońmi żeliwne słupki z dziesiątkami przypiętych do nich kłódek.

Coś w brzuchu Yuuriego zatrzepotało, kiedy uświadomił sobie, o co w tym wszystkim chodziło. W końcu nawet tak przewlekle aspołeczny człowiek jak on zdawał sobie sprawę, co oznaczało powieszenie przez zakochanych kłódki na moście.

— I popatrz, jaką ładną nam wybrałem! — Viktor przyskoczył do Yuuriego, po czym wyciągnął z kieszeni płaszcza zgrabną, niebieską kłódkę. — Ma kolor twoich okularów, prawda?

— A… masz marker? — zareagował pytaniem na pytanie, próbując ukryć za rozmową rozczulenie, jakie wywołał w nim najnowszy pomysł ukochanego.

— Oczywiście.

— Niezmywalny?

— Niezmy… — Niepewność, z jaką uśmiechnięty Viktor to wyznał, mogła śmiało stanowić odpowiedź samą w sobie. — A to są jakieś inne?

Japończyk pochylił się i zlustrował wzrokiem pisak. No tak… Powiedzieć czy nie powiedzieć? Oto jest pytanie.

— Viktor — zaczął łagodnie, co już powinno zaalarmować pomysłodawcę. — Wziąłeś zwykły. To flamaster dla dzieci.

— Żartujesz? — zawołał Nikiforov, a potem jęknął z zawodem, stanowczo zbyt mocno biorąc do siebie tę, bądź co bądź, uroczą pomyłkę. — Yuuri, co ja najlepszego zrobiłem! Zabiłem nasz związek!

„Gdyby ludzie naprawdę rozstawali się z powodu pisaków, ten świat powinien wybuchnąć już wieki temu” pomyślał Katsuki, ale na głos tego nie powiedział.

— Znaczy, bez dramatu. Na dwa maźnięcia spokojnie wystarczy — stwierdził pogodnie, jednak to nie podziałało. Viktor wciąż wyglądał, jakby to całość jego przedmałżeńskich planów runęła, a nie tylko randka na moście. No i bez przesady z tym runięciem…

— Ale przecież pierwszy lepszy deszcz zmyje napis — zauważył Viktor, po czym zwiesił cierpiętniczo głowę. — Przepraszam cię, Yuuri. Zawaliłem sprawę.

— Tak, tak. Wszyscy umrzemy — odpowiedział spokojnie Japończyk, przechwytując z dłoni Rosjanina kłódkę oraz marker.

Zębami zdjął skuwkę i pomrukując pod nosem rosyjski alfabet, wymalował na metalowej powierzchni oklepany tekst złożony z ich imion oraz iksa. Do głowy przyszła mu jeszcze jedna myśl, dlatego obrócił kłódkę i dopisał na jej odwrocie w bardziej zrozumiałym dla siebie angielskim „Viktuuri”, tak jak niedawno przechrzcił ich łyżwiarski fandom.

— Gdzie przypiąć? — zapytał po chwili Yuuri, zamykając pisak i spoglądając na osowiałego Viktora, jednak ten nie zareagował, nadal podłamany rozmiarem pomyłki.

Katsuki westchnął. Czyli decyzja należała całkowicie do niego… Yuuri rozejrzał się szybko po moście i niemal od razu znalazł przyzwoite miejsce pod solidną, metalową kłódą. Gdy tylko zrobił z niej prowizoryczny daszek, łyżwiarz przyczepił do kraty małą, niebieską kłódkę, po czym zadowolony z efektu musnął zapięcie po raz ostatni i bez zastanowienia wyrzucił kluczyk do wody — miał tylko nadzieję, że nie podpadało to pod żaden paragraf dotyczący zaśmiecania rzeki.

Na koniec Yuuri podniósł się, a potem podszedł do wciąż lekko zawiedzionego Viktora, który właśnie rozpoczynał deklamować listę obietnic, mającą zadośćuczynić jego nieuwagę.

— Yuuri, ja cię najmocniej przepraszam. Jeszcze dziś pójdę i kupię nam znacznie większą i ładniejszą kłódkę, żebyś nie myślał, że mi nie zależy. I ze dwadzieścia markerów, permanentnych na amen, takich, co to ich nawet kwaśny deszcz nie tknie. I…

— Viktor.

Wypowiedziane spokojnym, niemal chłodnym tonem imię wystarczyło, aby uciszyć Rosjanina. Japończyk pokręcił głową.

— Jeśli deszcz zmyje napis, to tu wrócimy i poprawimy. Jak zmyje jeszcze raz, to wrócimy tu jeszcze raz. Razem. — W trakcie mówienia Yuuri ujął twarz mężczyzny w dłonie, nakazując mu patrzeć na siebie i tylko na siebie. — Będziemy tu przychodzić dzień w dzień, rok w rok, aż topniejące lodowce nie zaleją Petersburga, a mostu nie zeżre rdza. Ale naszej kłódki nic nie ruszy. Zrozumiano?

Viktor gorąco pokiwał głową, tak jakby procesy chemiczne naprawdę leżały w jego jurysdykcji, a lodowce zamarzały na każde skinienie. Ale dla takiego zdeterminowanego partnera chyba gotów byłby się tego nauczyć.

— Nie sądzisz, że lepszym wyjściem jest to, aby codziennie dbać o naszą miłość, niż żeby raz zawiesić jakąś kłódkę i nie zawracać sobie nią więcej głowy? — ofukał go Yuuri, przysuwając usta do ust Viktora. — O czymś takim też chciałbyś zapomnieć?

Zbliżył się i ostrożnie pocałował ukochanego. Co prawda jeszcze nie radził sobie z publicznym okazywaniem uczuć na tym poziomie, ale wiedział, że to akurat był stan wyższej konieczności. Znaczy… bo po takiej deklaracji… że na zawsze…

Yuuriemu zmiękły kolana, ale na szczęście Viktor w porę zareagował, chwytając go w pasie.

— Wow, Yuuri. Jesteś pewien, że nigdy tu nie byłeś? — zapytał, spoglądając w oczy Katsukiego, które były uroczo odsłonięte z powodu zsuniętych na skraj nosa okularów. — Że nigdy wcześniej nie robiłeś takich płomiennych przemów ani nie wiedziałeś, że zapięcie kłódki trzeba potem… skonsumować?

Japończyk pokręcił głową, stanowczo zaprzeczając.

— Przecież nawet nie wiem, jak się nazywa ten most.

— Pocalujew Most — odpowiedział Viktor, a potem przymknął oczy, zbliżając się do warg Yuuriego. — Most Pocałunków.

Rękawiczki

***

Zapomniał. On, Japończyk, człowiek zawsze świetnie przygotowany na wypadek tajfunów, trzęsień ziemi oraz szalejących przeziębień, zapomniał o czymś tak trywialnym jak rękawiczki. Oczywiście spodziewał się, że przy okazji przeprowadzki do mieszkania Viktora coś wyleci mu z głowy, jednak czuł się jak ostatni idiota, nie przewidując, że tym, co najbardziej różniło Rosję od Japonii, to właśnie klimat. I chociaż do tej pory Yuuri jakoś dzielnie stawiał opór zimnu, to dziś pogoda w Petersburgu postanowiła nie okazywać litości, nie brać jeńców i w ogóle mieć w nosie chłód, jaki w tym momencie skuwał lodem jego palce. Opatulony zewsząd, tylko nie od tego końca co trzeba mężczyzna drżał więc, cierpiąc w milczeniu. I choć starał się wcisnąć dłonie jak najgłębiej w płytkie kieszenie, płaszcz sprawiał wrażenie równie nieprzyjaznego co mroźna aura. Jeśli nie bardziej.

— Yuuri, zimno ci? — zapytał troskliwie Viktor, obserwując praktycznie skulonego wpół narzeczonego.

— Nie, w porządku. Tylko ręce mi trochę zmarzły — wymruczał, zgrywając twardziela. Kiedy jednak mlecznobiały obłoczek odpowiedzi wzbił się ponad szalik, Yuuri dość dobitnie udowodnił tym, że panująca minusowa temperatura była trochę bardziej niż bardzo minusowa.

— Daj.

Nie czekając na dalsze tłumaczenia, Viktor pospiesznie zdjął swoje skórzane rękawiczki, wepchnął je bezceremonialnie do kieszeni i wyciągnął dłonie w kierunku Yuuriego. Chwycił go za nadgarstki, wyciągając ręce mężczyzny z felernego płaszcza, po czym delikatnie przesunął palcami wzdłuż ich grzbietów, aż wreszcie okrył je swoimi.

Viktor nie miał wiele większych dłoni, ledwie odrobinę, a mimo to starał się jak najciaśniej i jak najdokładniej osłonić go przed mrozem, jednocześnie masując kciukami skostniałe ciało, by rozgrzać fragmenty, których nie zdołał już objąć. Kości knykci, doskonale widoczne pod jasną skórą, poruszały się przy każdym muśnięciu jak w jakimś nieznanym, hipnotyzującym tańcu. Yuuri czuł ciepło niezwiązane w żaden sposób z intensywnością głaskania, a choć zaledwie trzymali się za ręce, odniósł wrażenie, że pieszczota sięgała o wiele, wiele dalej.

Wydawało mu się, że poznał dłonie Viktora z każdej strony i każdym zmysłem: wzrokiem, węchem, smakiem… Każdego dnia, po trochu, w zwykłych, małych czynnościach. Kiedy wyciągali do siebie ręce po upadkach na lodowisku, kiedy przygotowywali wspólnie kolacje, instruując nawzajem, jak należy kroić to nieznośne awokado albo zlizując z palców resztki sosu, kiedy po posiłku zaczytywali się we wspólnej książce, leżąc jeden na drugim, i kiedy po wszystkich tych codziennych rozrywkach oddawali się znacznie intymniejszym przyjemnościom, dotykiem zaspokajając swe najgłębsze pragnienia.

A jednak wiedząc to wszystko, Yuuri wciąż przeżywał na nowo fascynację rękami Viktora, które teraz czule unosiły złożone ze sobą dłonie do ust, by otoczyć je ciepłym, białym oddechem. Rosjanin chuchał nieprzerwanie, raz za razem składając niewinne pocałunki na opuszkach lub na obrączce, aż wreszcie poczuł, że udało mu się przywrócić właściwe krążenie.

Wtedy Yuuri poruszył palcami i niepewnie wsunął je między palce ukochanego. Viktor nie zaprotestował. W ciszy trzymali się za ręce i czekali, aby przedłużające się milczenie magicznie przywoła (przepowiadaną już w porannych wiadomościach, to fakt) zmianę pogody. W ten sposób zachmurzony, zimny Petersburg zaskoczył Yuuriego raz jeszcze, gdy z nieba zaczął powoli padać ledwie widoczny w świetle dnia śnieg. Ale ani to, ani siarczysty mróz nie były już takie ważne. Liczyły się tylko obejmujące go dłonie.

I jeśli Yuuri mógł się zakochać w Viktorze jeszcze trochę bardziej, to dziś znalazł ku temu idealną wymówkę.

Kupon

***

— Yuuri…! — Ubrany w same spodnie Viktor pomachał zachęcająco dłonią, trzymając w garści jakiś bliżej niezidentyfikowany zwitek papieru. — Popatrz, co tu mam!

Katsuki, wyciągnięty na łóżku jak pan i władca na swoich włościach, uniósł wzrok znad czytanej książki. No naprawdę… W tych nielicznych chwilach między toaletą a wtuleniem się w Viktora Yuuri zwykł oddawać się niezobowiązującej rozrywce przeglądania papierowej literatury, której Rosjanin miał na stanie prawdziwie hurtowe ilości. Zakłócanie naturalnego rytmu wieczora przed ustalonym kwadransem wprawiło go w niemałe zdziwienie.

— Viktor, pewnie się jeszcze nie domyśliłeś, ale wiesz… — Nie skończył myśli, tylko wskazał na swoje okulary. — Powiesz mi, czy mam wracać do czytania?

Rosjanin wybrał jednak trzecie wyjście, bo bezceremonialnie wręczył ukochanemu karteluszek, na którym niewprawnym, dziecięcym pismem ktoś nasmarował po angielsku „Kupon na Yuuriego”. Bazgroły zostały opatrzone również pucołowatą buźką z czarną czupryną i niebieskimi okularami, co nie tylko dobitnie wskazywało na adresata karteczki, ale też zdradzało tożsamość nadawcy.

— Trojaczki — stwierdził Yuuri, kręcąc głową. — I co to niby ma być?

— Jak sama nazwa wskazuje. Kupon na ciebie. — Viktor uśmiechnął się beztrosko. — Dostałem takie na spóźnione urodziny, kiedy po narodowych byliśmy w Hasetsu.

— Ej, ja w tym udziału nie brałem! — jęknął Yuuri, kiedy po okazaniu bileciku Viktor natychmiast zabrał mu z rąk tomiszcze, odłożył je na stolik obok łóżka, a potem wpakował się na miejsce książki, sadowiąc wygodnie na piersi narzeczonego. — To było dwa miesiące temu! Przeterminowany!

Viktor odwrócił karteczkę, na której domazano zapobiegawczo, acz nie bez błędów: „do wykorzystania do pszyszłych urodzin”. Katsuki złapał się za czoło.

— Normalnie jakby wiedziały, co z tego będzie…

— Miałem tego cały zwitek, na każdego z Yu-topii — wyznał wesoło Viktor, wsuwając dłonie pod brodę. — Wszystkie zużyłem, ale ten jeden odłożyłem na czarną godzinę. No i akurat dziś znalazłem go w koszuli.

Yuuri westchnął, poddając się naporowi spojrzenia ciężkiej, rosyjskiej artylerii. Tym cięższej, bo leżącej na jego brzuchu.

— I co zrobiłeś z pozostałymi? — spytał zrezygnowany, odkładając na bok okulary.

— Mogłem poprosić każdą osobę o spełnienie jakiegoś małego życzenia. Dziewczynki dały mi świnkowe origami. U twojej mamy zamówiłem podwójnego katsudona. Takeshi naostrzył mi łyżwy — wyliczał.

— Sama słodycz — przyznał Yuuri i spojrzał kpiąco na Viktora. — Podejrzewam jednak, że autorki nie miały na myśli tego, co tobie krąży teraz po głowie.

— Och… Kto wie?

Viktor zacisnął dłoń Yuuriego na kartce, a sam przysunął się nieco bliżej jego twarzy, niemal trącając nosem o nos ukochanego, po czym spojrzał na niego zalotnie. No właśnie. Katsuki spodziewał się chyba każdego polecenia, nawet takiego najbardziej wyuzdanego i gorszącego, a jednak usłyszana prośba zaskoczyła go czułym tonem, jakim została wypowiedziana.

— …pocałuj mnie.

Yuuri zamrugał kilkukrotnie, jakby wciąż z trudem analizował sytuację. Co? Tylko? W jego głowie zdążyła się nawet narodzić myśl, aby sprzedać soczystego buziaka w czoło i skwitować to wesołym „reszty nie trzeba”… Ale kiedy tylko zobaczył, jak Viktor przymknął powieki, ufnie czekając na odpowiedź, nieco zmiękł. Japońskie geny dotrzymywania obietnic (nawet tych cudzych) zwyciężyły nad chęcią zażartowania.

— Dobrze. Ale masz nie patrzeć.

Najpierw Yuuri zbliżył prawą dłoń do twarzy Viktora, muskając opuszkami czoło, na co mężczyzna drgnął, po czym znów zamarł w bezruchu, czekając na rozwój wydarzeń. Ręka przemieściła się dalej, bardziej w bok, wsuwając pod grzywkę i rozczesując lekko splątane włosy. Yuuri czuł w przestrzeniach między palcami przyjemne łaskotanie przesuwających się, miękkich, szarych kosmyków. Odgarnął je za ucho, odsłaniając cienką brew i powiekę, za którą kryło się piękne, niebieskie oko. Niestety nie mógł mu się przyjrzeć, ale za to tuż obok na serdecznym palcu dłoni Yuuriego błysnęła obrączka, jakby w zastępstwie przypatrując się poczynaniom Japończyka.

W końcu Katsuki nachylił się, po czym wciąż trzymając dłoń na policzku ukochanego, dotknął ustami jego ust. Ciepłe, nieco wilgotne od balsamu wargi smakowały jak wszystko co najlepsze na świecie, nie pozwalając ani na chwilę się od nich oderwać. Słodki pocałunek przedłużał się z sekundy na sekundę, powoli obracając w nicość plany czytania czegokolwiek poza czytaniem z ruchu ust, szeptających kolejne słowa zachęty.

— Wszystkiego najlepszego, Vitya — powiedział Yuuri między jednym muśnięciem a drugim.

Zdradziecki kupon. Teraz sam miał ochotę na więcej.

Komórka

***

Komórka. Trywialna rzecz w dzisiejszych czasach. Coś, dzięki czemu można było się komunikować, spędzać wolny czas, pisać, czytać, słuchać muzyki i tak dalej, i tak dalej. Zwykłe urządzenie. Nic ciekawego.

W przypadku Yuuriego telefon również stanowił do tej pory jedynie narzędzie do załatwiania zupełnie nieciekawych z punktu widzenia pobocznego obserwatora spraw. Godzinami przeglądał na Instagramie zdjęcia swojego idola, odtwarzał w nieskończoność utwory pochodzące z występów, ewentualnie kontaktował się z Phichitem lub z rodziną. Więc owszem, był to miły gadżet, szczególnie kiedy sprawił sobie uroczy pokrowiec w niebieskie pudle, ale w gruncie rzeczy smartfon nie miał dla niego jakiegoś ogromnego znaczenia… choć jednocześnie zastępował mu realnych ludzi bardziej, niż zdawał sobie sprawę.

Zmiany nastąpiły wraz z pojawieniem się Viktora w jego domu. Komórka przestała wtedy stanowić cały świat, a zaczęła służyć bardziej okazjonalnie i głównie do jednego, bardzo precyzyjnego zadania — sprawdzania godziny. Yuuri nie mógł się bowiem doczekać każdego kolejnego dnia i jakby miało to w czymś pomóc, niemal maltretował przycisk podświetlania, upewniając się raz za razem, czy to już czas na trening, na umówiony spacer, na wspólną kolację w Yu-topii czy też może na pobudkę.

A skoro o pobudkach mowa, to funkcja ta przeszła chyba największą metamorfozę. Na początku Yuuri miał ogromne problemy ze wstawaniem i regularnie zdarzało mu się zaspać, podczas gdy Viktor, jak na porządnego trenera przystało, już od najwcześniejszych godzin śmigał wte i wewte niczym skowronek. Budzik natomiast uparcie odmawiał współpracy, czy to po ustawieniu głośniejszej muzyki, czy kilku alarmów pod rząd. Potem do porannej gry dołączyła dodatkowa para rąk, która czasami omyłkowo wyciągała niebieską komórkę spod poduszki. Właściciel telefonu oburzał się wtedy lub obruszał, zależnie od nastroju, i albo przy akompaniamencie śmiechu wyrywał urządzenie z niepowołanych dłoni, aby ukryć pozapisywane tam zdjęcia, albo zbywał absurdalnie wczesną pobudkę mruknięciem „nawet nie próbuj uciekać”, po czym wtulał się ustami w obojczyk obejmującego go Rosjanina. Ostatecznie jednak wraz z przeprowadzką do nowej strefy czasowej budzik odszedł do lamusa, a zamiast niego w rolę alarmu wcielał się półnagi, pochylający się nad wspólnym łóżkiem mężczyzna, który całował czule niczym te wszystkie postacie z końcówek hollywoodzkich romansów, oznajmiając: „Yuuri, kawa”.

Aparat natomiast przeżywał swój osobisty, elektroniczny renesans. Choć Japończyk nigdy nie należał do osób, które uwielbiały uwieczniać każdy moment życia na filmie (nie wyłączając nawet śniadania czy wyjścia do toalety), teraz miał ochotę zamówić dodatkową kartę pamięci, aby zachować wszystkie fotki, które mniej lub bardziej potajemnie robił Viktorowi. Ale najcenniejsze i tak wydawały mu się te zdjęcia, na których znajdowali się razem: roześmiani, objęci albo przyłapani w intymnej chwili, kiedy Phichitowi akurat zachciało się robić za paparazzi. A czasami, gdy Yuuriemu jakimś cudem udawało się ocknąć wcześniej niż Viktorowi, sięgał po starego, sprawdzonego przyjaciela do spraw dokumentacji i po cichu robił zdjęcie za zdjęciem, myśląc, że chyba właśnie nieświadomie walczył o tytuł najszczęśliwszego człowieka na Ziemi. Szybko jednak dochodził do wniosku, że na co mu wirtualna radość, skoro miał obok siebie całkiem realny skarb. Odkładał wtedy komórkę z powrotem na stolik, po czym ostrożnie muskał wargami znajome czoło, policzki, usta, aż wreszcie ukochany otwierał oczy i porywał go w objęcia, rozpoczynając pobudkę innego, nieco bardziej gwałtownego rodzaju.

I kiedy wydawało się, że wobec łyżew oraz miłości elektronika nie ma już żadnych szans, całkowicie zepchnięta na drugi plan życia, Yuuri przypominał sobie o komórce spokojnymi, zimowymi wieczorami. Wpinał w port dobrze znany kabel, po czym razem z Viktorem siadali na kanapie, wkładali po jednej słuchawce do uszu i ramię w ramię, przytuleni, odpoczywali przy akompaniamencie muzyki. Trwali tak dopóty, dopóki we trójkę powoli nie zapadali w letarg — ludzie w sen, a telefon w ogrzewany ciepłem obejmującej ją dłoni stan czuwania.

Zabawne. Niby taka trywialna rzecz, ta komórka, a taka przyjemna…

Konsola

***

— W lewo! Biegnij w lewo! — wrzeszczał Yurio, nie mogąc się zdecydować, czy schować się pod kocem, przechwycić pada, czy może zacząć podduszać Makkachina. I choć starał się jak mógł zachować fason, ilość niekontrolowanych ruchów, jakie wykonywał, świadczyły o dość mocno zszarganych już nerwach. — Szlag, zaraz cię dopadnie!

— Całe życie w kłamstwie… — Oczy Viktora robiły się coraz większe, gdy widział, jak z każdym kolejnym strzałem jego życiowy partner, namiętny narzeczony i troskliwy katsudon bez mrugnięcia okiem rozwalał zastępy człekopodobnych monstrów. — Yuuri, ty tak naprawdę nie masz uczuć.

— To tylko gra, serio. Robicie z igły widły — odparł spokojnie Katsuki, naciskając kombinację prawo-prawo-góra-dół, by otworzyć ekwipunek i zmienić broń na karabin.

W samą porę, bo nagle na ekranie wraz przeraźliwym łoskotem zjawił się wielki stwór. Makkachin zaszczekał ciekawsko, widząc szaleńczo migoczący obraz w ograniczonej palecie barw, jednak pozostali obserwatorzy już nie byli tak zadowoleni z wizyty nowego indywiduum. Niespodziewana kakofonia psich oraz nadnaturalnych dźwięków spowodowała, że Viktor z jękiem objął Yuuriego, ciasno przywierając do jego okrytych pledem pleców, a Yurio wybrał bramkę numer trzy i wcisnął nos w sierść pudla.

— Co za koszmarnie straszne diabelstwo! Kto to w ogóle produkuje?! — Chłopak oskarżycielsko wskazał dłonią na telewizor.

— My. — Yuuri uniósł dwa palce, przyjmując na swoje barki ciężar przewin całej branży japońskich gier. Zaraz jednak pożałował tego gestu, bo gdy tylko opuścił gardę, niespodziewanie otrzymał od przeciwników serię obrażeń. — Cholera.

Viktor i Yurio spojrzeli po sobie nawzajem. Ta noc była jakimś jednym, wielkim nieporozumieniem.

— Powiedział przekleństwo — nie dowierzał nastolatek.

— Ktoś zrobił mu pranie mózgu — próbował wyjaśnić mężczyzna.

— Raczej porwali go kosmici.

— Myślisz, że to przez Erosa? No wiesz, że niby najlepiej podtrzyma im gatunek…

— Chłopaki, przeszkadzacie — mruknął Yuuri, zupełnie ignorując zastraszająco niski poziom komentarzy, jakimi wymieniali się dwaj Rosjanie. — Jak nie chcecie mi pomagać, to idźcie spać do siebie.

— Nie! Mowy nie ma! Nie zmrużę dziś oka po tych wszystkich obślizgłych i charczących rzeczach, jakie zobaczyłem! — zaperzył się Yurio. — A chyba najbardziej bałbym się tego, że przyjdziesz w nocy i mnie zadźgasz!

Yuuri westchnął ciężko i po raz pierwszy od dwudziestu minut zastopował grę. Potem przy wtórze niepokojącej muzyki z menu zaczął bardzo powoli obracać się za siebie. Oczy miał ukryte za szkłami, w których odbijała się poświata mrugającego telewizora, a z lekko uchylonych ust wydobywał się szmer z trudem wypuszczanego powietrza.

— Ach… Więc poznaliście mój sekret… — mruknął. — A tak dobrze się z wami mieszkało…

— Ty chyba nie zamierzasz…? — szepnął Yurio.

— Zamierzam? — zdziwił się Japończyk, mówiąc dziwnie beznamiętnym głosem. — Nie, nie zamierzam. Ja to zwyczajnie zrobię.

— Wooon! — Nastolatek zerwał się na równe nogi i potykając się o rozrzucone koce, wybiegł z salonu, by czmychnąć do sypialni.

— A ty, Nikiforov? — zapytał równie ozięble Katsuki. — Śmierć ci nie straszna? Czy może wolisz… Viktor?

Ale mężczyzna nie odpowiedział, bo zaledwie kilka sekund przed ucieczką Yurio padł na plecy, natychmiastowo tracąc przytomność. Artystycznie wymięta yukata opadała mu z jednego ramienia, a rozrzucone na boki ręce nadawały całej scenie charakteru miejsca zbrodni, która przecież ostatecznie się nie wydarzyła.

Yuuri przez chwilę przyglądał się temu ze zdziwieniem, aż w końcu parsknął cichym, niepowstrzymanym śmiechem.

— Głupki — rzucił, chwytając kraniec porzuconego koca, by troskliwie okryć nim śpiącego Viktora. Po krótkim namyśle nachylił się jednak na jeszcze jeden, ostatni moment i pocałował ukochanego w czoło. — Życz mi szczęścia przy walce z bossem.

Stopy

***

Jeden z wieczornych treningów przed Mistrzostwami Czterech Kontynentów nie skończył się tak, jak powinien — z tego też powodu Yuuri musiał siedzieć na ławce w opustoszałej szatni i czekać na wyrok od Viktora, który na tę chwilę postanowił przybrać maskę poważnego trenera.

— Znowu przesadziłeś z ćwiczeniem? — Klęczący mężczyzna bardziej spostrzegł niż zapytał, bo nie czekając na odpowiedź, odrzucił wilgotny ręcznik i sięgnął po gazę.

— Przepraszam. Po prostu… strasznie chciałem włączyć tego poczwórnego flipa do krótkiego. Jeśli JJ będzie w formie, to inaczej mu nie podołam. — Yuuri pokornie zwiesił głowę. — Nie skakałem do upadłego, przysięgam.

— Widzę. Ale i tak zszedłeś o godzinę za późno.

Po tym prostym stwierdzeniu nastąpiła cisza. Bolała chyba bardziej niż ostra reprymenda czy nawet same fizyczne rany, które Viktor obmywał z pomocą wody utlenionej. Choć szczypało, Yuuri nie powiedział ani słowa skargi, czując się odpowiedzialny nie tylko za swój stan, ale też za zawód, jaki sprawił partnerowi. Oczywiście nie skręcił kostki ani nie zdarł stóp do krwi, jednak i tak wiedział, że na dzień czy dwa będzie musiał dać sobie z łyżwami spokój, aby opuchlizna zdołała zejść, a otarcia zagoić.

— Viktor, czy ty się… gniewasz? — Yuuri w końcu przerwał ciężkie milczenie. Przełknął ślinę, przygotowany na każdą najgorszą ewentualność. Właściwie tylko takie brał pod uwagę. „Pewnie myśli, że zrobiłem to specjalnie, żeby mógł się skupić na własnych przygotowaniach, a nie na trenowaniu mnie”.

— Nie wiem — odpowiedział z powagą Rosjanin, odkładając na bok gazę. Wziął jedną ze stóp Japończyka w ręce i uniósł ją, sprawdzając, czy aby na pewno została odpowiednio zdezynfekowana. — W końcu zraniłeś bardzo ważną część siebie. Dla mnie bardzo ważną.

Ale to nie słowa okazały się najbardziej zaskakujące. Yuuri gwałtownie wciągnął powietrze, gdy Viktor niespodziewanie pochylił się odrobinę bardziej i delikatnie pocałował otarte miejsce. Potem odsunął się na jakiś centymetr i znów złożył na stopie czuły pocałunek, tuż obok pierwszego. Po nim nadszedł kolejny. I kolejny. Po ósmym całusie Viktor podniósł wzrok i, nie odrywając warg od skóry, spojrzał badawczo na ukochanego.

Yuuri już od jakiegoś czasu zaciskał dłonie na ławce, a teraz jeszcze dodatkowo się zaczerwienił. To miała być kara? Czy pocieszenie? Bo chyba nie powinno go to tak podniecać… prawda? Przecież Viktor już tak robił, i to nawet na wizji. Co prawda wtedy całował łyżwę, więc tak naprawdę Yuuri niczego nie czuł, ale jednak w swoim ogólnym zarysie sytuacja przedstawiała się tak samo. Chyba. I właśnie to wątpliwe „chyba” sprawiło, że Japończyk postanowił zapobiegawczo wstrzymać się od jakiegokolwiek komentarza, czekając na dalszy rozwój wypadków.

Zgodnie z przewidywaniami brak sprzeciwu ze strony Yuuriego Viktor zinterpretował na własną korzyść i od razu wrócił do pieszczenia obolałej nogi — jedną dłonią masował mięśnie od strony podeszwy, a palcami drugiej muskał kostkę, niby książę oswajający Kopciuszka przed założeniem szklanego pantofelka. To jednak byłaby zbyt niewinna historia jak na złaknionego bliskości Rosjanina. Zupełnie jakby na przekór słodkim porównaniom Viktor wysunął w pewnym momencie język i zaczął lizać grzbiet stopy, powoli przesuwając się w dół. Katsuki nie mógł powstrzymać jęku, kiedy mężczyzna dotarł do palców i wziął trzy z nich do ust, prowokująco naciskając na nie zębami, jakby w groźbie ugryzienia. Potem jednak złagodniał i wsunął język między dwa najmniejsze palce, pieszcząc przestrzeń między nimi z podobnym zaangażowaniem, jak robił to w trakcie głębokich pocałunków.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.