E-book
4.1
drukowana A5
17.68
Maison de sante nr 1

Bezpłatny fragment - Maison de sante nr 1


5
Objętość:
66 str.
ISBN:
978-83-8189-414-2
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 17.68

„- … Niech pan nie ufa temu, co pan słyszy, a tylko w połowie polega na tym, co pan widzi. Otóż, jeżeli chodzi o nasze maison de sante, to widocznie jakiś ignorant wprowadził pana w błąd. Ale po obiedzie, gdy pan należycie wypocznie po trudach swojej przejażdżki, będę miał zaszczyt oprowadzić pana po zakładzie i zapoznać z systemem, który nie tylko w mym przeświadczeniu, ale także w przeświadczeniu wszystkich osób obeznanych z jego wynikami jest nierównie skuteczniejszy od wszelkich innych, jakie dotychczas stosowano.

— Czy to pański system? — zapytałem. — System wynaleziony przez pana?

— Jestem dumny — odparł — iż mogę go uważać za swą własność, przynajmniej w pewnej mierze.”

— Edgar Allan Poe — „System doktora Smoły i profesora Pierza”

„Akrobata jesienny”

Akrobata jesienny

drży liną

niepewny

krokami przed sobą

balansuje słowami

dla niej

słowami

na wiatr


ona

w pierwszym rzędzie

siada od lat

dziurawy wachlarz

uschnięta róża

spogląda w górę


lecz w słońcu

widzi

tylko cień


a on tam

sam na linie

a on tylko

cieniem

„Aralskoje morje”

Aralskoje morje

ty moje morje

palcem przesuwam po spierzchniętych ustach

spękana skóra przyjmuje słoną łzę

pochylony nad tobą

przesypuję w dłoniach wzniesienia

tu były piersi

tam brzuch

tam …

wiatr wygładził włosy

loki dawno zapomnianych fal

„Bezpowietrznie”

Bezpowietrznie

dusząco

oplatam siebie

pnączem

wydrążonym

pustosłownym

moim jak ja

bez znaczenia

uschniętym

jak ty

kolczastym

jak ja

wzniecam pył

w bruzdach myśli

wierzgam

jeszcze sercem

by

wyschniętą ziemią

wspomnieć deszcz

co

kroplił

nas

gdy staliśmy sobą w zachwycie

„Białą ścieżką”

Białą ścieżką

zachłannie

monochromatycznie oddycham

czarna sukienka

zsuwa się mgłą

zasłony powiek

oczy mrużę

iskrzenie witraży

ulicznych lamp


okręcone

wygięte ciało

tańczy biodrami


mężczyźni

przechodzą wzdłuż

swego napięcia


czerwień wystaw

nabrzmiałe usta

rozchylone uda za szkłem


jestem dziwką

śniegiem na czubku języka

płomieniem słońca


boga rodzicą

„Chodzą za mną”

Chodzą za mną

stopnie klatki schodowej

idę wciąż w górę

(stara kobieta mówi że do nieba bezbożnego)

tłum stopni minionych

zajmuje już ponad czterdzieści pięter


pierwszych stopni nie pamiętam

może to cukierki albo pruskie wychowanie

później były oceny przy tablicy

stopnie za lojalność, gotowość,

przysposobienie do życia

sprzedaż duszy i zapach pieniądza


ciężkim krokiem wzwyż

unoszę kołatanie serca

coraz szybsze

klatką ściśnięte


myślami błądzę


spocona dłoń

zimną poręcz chwyta

co krawędź pustki oddziela


mosiądz obślizgły od ocen

stopniowań stopni wytartych


jak dobrze że mieszkasz

pod tym samym numerem

i co rano

budzisz mnie

wśród ptaśków

uśmiechem

„Ciała”

Ciała

rzeźnią zduszone

strach w kolejce

przeczuwa boga milczenie

elektryczność brzęczy łagodnie

sterylna biel glazury

zakrwawia się tłumnie


mięso człowiecze


mcdonald’s

opłatek do ust

„Cień”

Cień

świetli się

zachłannie

kamieniem ciężarnym

oknu

spojrzenie zaczernia

drzwiom

bezwyjściowość wmawia

siedzę cicho

czekając aż przejdzie

„Ciszo cicho”

Ciszo cicho

skradaj dni

słońce kryj

siądę nad rzeką

łódź fale przetnie

kapitanie mój kapitanie

tobie

wyszepczę

a ty

ciszo cicho

deszczem łkaj

„Człowiek”

Człowiek

mówi że mówi

patrzy nie widzi

zdaniem złudnie odrębnym wzbudza och

czasem ach

siada na tronie w koronie

głowa oparta o pięść

gdyż

myśli że myśli


i jest w tym władaniu

jedynie

wycinanką kolorową


propagandą

siebie

„Emocjonalnie”

Emocjonalnie

niezrównoważeni

szarpiemy płótnem

kaftan wiąże


jesteśmy jakże niemiłosiernie natchnieni


zduszone dusze

strzępy

nitki niedoskonałości

synapsy na rozdrożach


próbujemy jeszcze skowytem się wznieść


pochwyceni

lizolem korytarzy


srebrne nożyczki

papierowa wycinanka w świecie limbicznym

sterylna igła

zszywa puste przestrzenie


wyjałowieni

za drzwiami Rockland


stajemy naprzeciwko

słodka garsonka

garnitur z marketu

bezdusznie związani


wypełnia nas

bełkot

pełen

farmakologicznej doskonałości

„Grzeszne tory”

Grzeszne tory

pociągów

do siebie

zapełniamy

coraz częstszymi

stacjami

przy polnych peronach


są tam

rozpalone latarnie

w kwiecistych abażurach

semafory ramion splątanych

żurawie wodne

podające czarną kawę

senności naszej bezbożnej


po tym

gdy

koła torami

tory kroplami

„Ja syn”

Ja syn

ukrzyżowany myślami

wątpiąc

na słupie

przydrożnym

zawisłem


zmierzch


zapaliłeś ojcze

żarówkę

nakazując

iść w swoją stronę


lumeny zatańczyły

jedynie powidokiem

nim zmartwychwstałem

prądem płynącym

„Jestem zmęczony”

Jestem zmęczony

nie potrafię już

myśli

udźwignąć


w ekstrapolacji

siebie

poza zakresem

mnie


gwiazd

puste przestrzenie

„Krok lekko zainteresowany”

Krok lekko zainteresowany

takim się wydaje


pozory

pozory

nadzieje

złudne


na ogół

szuranie znudzone

ciche

grzeczne

wzdłuż gablot


dostrzegam

wysokością katafalku

ruch

zbliżenie


opuszki palców

szybę musną

palec wskazujący powie OCH

lecz oddech pochylony

w pocałunek się nie skropli


leżę w czterech gablotach

w każdej sześć szpilek wbitych

to w skrzydło już nielotne

to w serce wysuszone

to w myśli wyskrobane


napis na drzwiach wejściowych

„wystawa objazdowa — ćma poetyczna, martwa”

„Kto z was kopie mój grób?”

Kto z was kopie mój grób?

głęboki na dwa metry

jakbym miał powstać gdy padnę

wąski na metr

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 4.1
drukowana A5
za 17.68