E-book
23.63
drukowana A5
Kolorowa
42.42
MAGICZNE ZAPISKI SŁOWIAŃSKIEJ KAPŁANKI

Bezpłatny fragment - MAGICZNE ZAPISKI SŁOWIAŃSKIEJ KAPŁANKI


Objętość:
48 str.
ISBN:
978-83-8455-616-0
E-book
za 23.63
drukowana A5
Kolorowa
za 42.42

Słowiańska Kapłanka

Doświadczenia zbierane przez eony czasu

Jestem teraz na Ziemi. Żyję wśród Was, moi słowiańscy bracia i siostry. Mój duch doświadczył już bardzo wiele, a teraz pragnie przekazać tę mądrość każdemu, kto poszukuje prawdy o istnieniu — prawdy, która drzemie w każdym z nas.

Przebudzenie mojego ducha na tej planecie nastąpiło w niezwykłych, wręcz niespotykanych okolicznościach…

Gdzieś w głębi kosmosu

Do olbrzymiej, zapierającej dech w piersiach planety zbliżają się komety, ziejące ognistym żarem. Świat ten został pozbawiony jakiejkolwiek osłony. Z biegiem czasu jego tarcza skurczyła się do formy ulotnej mgiełki. Ta ochronna bariera, która niegdyś stanowiła bezpieczny pancerz, teraz bezradnie przepuszcza wszystko, co nadciąga z kosmicznej otchłani.

Ochrona stała się dziurawa. Nie zdoła już powstrzymać katastrofy, która nieuchronnie nadciąga. Ta wspaniała planeta została zupełnie bezbronna.

Ci, którzy jeszcze utrzymała się przy życiu, z niepokojem wpatrują się w niebo. W pośpiechu i panicznym lęku wchodzą na pokłady gigantycznych statków kosmicznych, zdolnych pomieścić tysiące równie potężnych, potężnych istot.

To początek wielkiej wyprawy w nieznane, ku zupełnie nowemu światu. Maszyny unoszą się w powietrze, żegnając na zawsze rzeczywistość, którą dotąd znali — świat, którego istnienie za chwilę zostanie bezpowrotnie wymazane.

Odlatują.

Z okien odlatujących statków kosmiczni podróżnicy dostrzegają nagle olbrzymi, oślepiający rozbłysk. To ich dom — ich planeta właśnie została rozerwana na strzępy, stając się jedynie chmarą kosmicznego pyłu. W głębi serca niejeden z uciekinierów marzy o tym, by te drobinki — pozostałości po ich dawnym życiu — podążyły wraz z nimi w stronę nowego jutra.

Potężne statki suną przez nieskończony kosmos, gorączkowo namierzając planety, które mogłyby nadawać się do życia.

Wtem, niczym przyciągane niewidzialnym, gigantycznym magnesem, wpadają w kosmiczny lej. Na jego samym końcu bije blask tak potężny, że rozświetla całą przestrzeń wokół. Światło to działa jak międzygalaktyczna latarnia morska dla wszystkiego, co znajduje się w jej zasięgu.

Nie napotykając żadnych przeszkód, statki dają się porwać temu jasnemu strumieniowi. Mijają galaktyki, które zachwycają feerią barw i niezwykłymi kształtami. Są jeszcze młode, a żar tworzenia dopiero zaczyna od nich bić.

Nikt nie jest w stanie zapanować nad potężną siłą, która przejęła kontrolę nad statkami. Podróżnicy poddają się tej nieoczekiwanej mocy. Niesieni kosmicznym wiatrem, dryfują przez gwieździstą nieskończoność.

***

Gdy czas nie istniał

Plaża tonęła w słonecznym żarze. Morskie fale z łagodnym szumem obmywały brzeg ze złocistego piasku.

Pod palmą, która dawała upragnione schronienie przed upałem, siedziała mała dziewczynka. Miała niezwykle jasne, długie włosy, a jej oczy, przypominające szafiry zatopione w cudnej buzi, odbijały blask oceanu i słońca połyskującego tysiącem iskier.

Dziewczynka czekała. Jej wzrok błądził daleko poza linią horyzontu.

Cierpliwie wypatrywała dziadka, który już tak dawno temu wypłynął na głębokie wody w daleką podróż. Teraz jednak podświadomie czuła, że starzec wraca do domu. Był już blisko. W swoich żywych wspomnieniach niemal czuła jego oddech i widziała uśmiechniętą twarz. Przychodziła na plażę codziennie. Wypatrywała na falach łodzi — tej pięknej, misternie wykonanej przez niego samego łodzi.

„Dziaduniu, wróć do nas” — prosiła w myślach.

Mijały kolejne wschody i zachody słońca. Dziewczynka dorastała, aż w końcu zmieniła się w piękną kobietę. Przez te wszystkie lata niezmiennie, z wielką cierpliwością czekała na dziadka. Wiedziała, że wróci. Przecież jej to obiecał.

Nagle z oddali dobiegł potężny, niosący się po falach dźwięk.

To był sygnał. „Tak! To on, wrócił!” — pomyślała z ekscytacją. Młoda kobieta wybiegła na sam brzeg. Z uśmiechem wpatrywała się w błękitne fale, które na tym olbrzymim akwenie były dziś wyjątkowo łagodne. „Mój ukochany dziadek naprawdę wrócił!”

W końcu dostrzegła znajomą łódź. Jednak im bliżej była brzegu, tym większe budziła zdziwienie. Kto jeszcze na niej był? Cały pokład tętnił życiem — mnóstwo zwierząt i ptaków siedziało cierpliwie na rufie, która wydawała się wręcz przepełniona nieznanymi dotąd na tym skrawku planety roślinami.

„Co to ma znaczyć?” — pomyślała zaskoczona.

Obok dziadka stał dumny, niezwykle przystojny i wysoki mężczyzna o silnej, muskularnej sylwetce. W jego oczach już z daleka lśniły iskry radości. W dłoni trzymał cudowny, niespotykany kwiat.

Gdy łódź w końcu przybiła do brzegu, piękny nieznajomy bez wahania wyskoczył na złocisty piasek. Podszedł prosto do kobiety i wręczył jej upajająco pachnący kwiat.

— To dla ciebie. Bądź ze mną już na zawsze — odezwał się niskim, ciepłym głosem.

Kobieta wzięła kwiat w dłonie, głęboko wchłaniając jego odurzający zapach. Bez słowa wpięła go w swoje jasne włosy, które rozwiewał lekki, morski wiatr, a potem przyciągnęła mężczyznę do siebie.

— To na ciebie czekałam. To ciebie wypatrywałam — szepnęła.

Wtedy odezwał się starzec: — Taro, moja misja dobiegła końca. Oto twój towarzysz ziemskiego istnienia, Jowisz. Wypełnijcie to miejsce wszystkim, co ze sobą przynieśliście. Ta Ziemia należy teraz do was. Macie tu wszystko, co niezbędne do życia: zwierzęta, ptaki i rośliny również znajdą tu swój dom. Dbajcie o ten świat, ponieważ od tego, co dziś otrzymaliście, będzie zależeć wasz los.

Dziadek uścisnął mocno wnuczkę oraz jej towarzysza, po czym bez zbędnej zwłoki wyruszył w dalszą drogę. Odpłynął na wody czystego istnienia, podążając za złotym promieniem prosto do krainy marzeń. Patrzył na pozostawioną na brzegu parę i czuł głęboki spokój — wiedział, że będą tu szczęśliwi, dając początek nowemu życiu.

Spoglądając na zacierający się horyzont, staruszek uśmiechał się na myśl o swoich kolejnych, licznych powrotach.

To miejsce miało stać się szczególne. To tutaj ich lud miał wzrastać, obdarzony niezwykłą mocą i światłem. Prząśniczka już teraz zaczęła prząść złotą nić, wyznaczając bezpieczną ścieżkę dla ich dzieci i dzieci ich dzieci… aż po sam kres czasu. Przyszłe pokolenia na zawsze zachowają w pamięci wiedzę o tym, gdzie był ich początek i gdzie mogą powrócić, by czerpać z czystej mądrości.

Spotkanie z samotnym żeglarzem stało się radosną chwilą spełnienia dla człowieka, który przez kolejne wieki miał zaludniać tę Ziemię — planetę tak bogatą w dary przodka z dawno minionych czasów.


***

Ja, Tara. Jestem zawieszona w przestrzeni istnienia niczym chmura białych iskier. Jestem samą miłością — czystym uczuciem do wszystkiego, co ze mnie powstaje, co powstało i co zamanifestowało się w materii oraz energii.

Jestem twardą skałą i pustynnym wiatrem. Jestem zieloną trawą i wysokim drzewem, które ramionami dotyka chmur. Jestem ptakiem, który swoim śpiewem zaczarowuje przestrzeń, ale bywam też potężnym, groźnym sępem, wypatrującym ofiar w palącym żarze pustyni. Jestem milutkim, mruczącym kotkiem wtulonym w ludzką dłoń i potężnym lwem, władającym swoim terytorium. Jestem też samym człowiekiem.

Tak, jestem wszystkim. Ponieważ wszystko na tej błękitnej planecie narodziło się z moich iskier.

To mój ukochany świat. Wszystko jest tu ze sobą trwale połączone. Choć te więzi bywają niewidoczne w materii, na poziomie energii stanowią nierozerwalną całość.

Zanim jednak Tara dorosła i spłynęło na nią pełne zrozumienie, była tylko dzieckiem.

— Obudź się, Taro — usłyszała ciepły głos.

Nad kołyską ślicznej dziewczynki stał jej dziadek. Pochylał się nad wnuczką, otaczając jej malutką postać bezgraniczną miłością.

— Dzyń, dzyń… — usłyszała. — Słyszysz te miliony dzwoneczków, maleńka? One właśnie zaczynają istnieć. Wstawaj, otwórz swoje jasne oczęta.

Dzyń, dzyń, dzyń…

Dźwięk malutkich dzwoneczków dotarł do uszu dziecka. Był tak czysty, uroczy i bliski, że natychmiast poruszył jej małe serduszko.

— Dziadku, czy one są we mnie? — spytała w myślach. — Słyszę tak wiele istnień. Wszystkie śpiewają pieśń o nowym życiu.

— Moje ty maleństwo — uśmiechnął się starzec. — Jesteś jeszcze taka malutka, a Twój własny dzwon skrywa w sobie niesamowitą głębię. Jego dźwięk niesie się w przestrzeń i rodzi te małe dzwoneczki. Będziecie dorastać razem.

— Tak, dziadku. Jestem gotowa spełnić rolę, jaką wyznaczyło mi Jedyne Światło. Ja i te dzwoneczki zaczynamy wspólne istnienie, tworząc piękny świat obudzony z głębokiego snu.

— Będę zawsze przy tobie, wnuczko. Będę wspierał twoje dzieła i podtrzymywał je swoją mocą.

— Dziękuję, dziadku. Kocham cię na wieki.

Dziewczynka powoli zaczęła wstawać z łóżeczka. Najpierw nieporadnie raczkowała, potem stanęła na własnych nóżkach, aż w końcu z jej ust popłynęły pierwsze słowa. Wraz z nią wszystkie inne istnienia przechodziły niezwykłe przemiany. W każdej z nich odnajdywały czystą radość, rozwijały się i pogłębiały swoją mądrość dzięki nowym doświadczeniom.

W końcu Tara stała się dojrzałą kobietą — matką dla wszystkiego, co zdołało powołać do życia jej łono. Tuliła do siebie każde stworzenie, otaczając je olbrzymią miłością. Malutkich dzwoneczków wciąż przybywało, a ich delikatne dźwięki z czasem zaczęły zamieniać się w głębokie, potężne tony.

„Och, dziadku, który jesteś samym światłem… dziękuję ci za to życie” — pomyślała.

***

Na niebie rozbłysła Gwiazda Północna. To była noc absolutnej jasności, a nieboskłon przypominał potężną, rozświetloną latarnię. Istnienia, które pogubiły się na swoich drogach, wracały teraz do Źródła, nieśmiało rozbłyskując na niebie jako nowe gwiazdy.

***

Przestrzeń Ziemi tętniła życiem.

Nagle z samego wnętrza planety wyłoniła się Bogini Wód. Tak narodził się wspaniały, jasny duch wszystkich rzek, mórz i oceanów. Choć wciąż był jeszcze zatopiony w ogniu stworzenia, z każdą chwilą dojrzewał i nabierał mocy. Rósł, tryskając radością i mądrością. W jego wnętrzu narodziła się kosmiczna miłość, która zaczęła promieniować na cały świat.

Z tych świetlistych promieni powstawały małe, szczęśliwe duszki, przepełnione czystą energią. Duch Wód tańczył swój taniec istnienia, a wokół niego krążyły nowo narodzone iskry. To był porywający, pełen światła spektakl. Wirowali razem, połączeni setkami niewidzialnych nici. W tym szalonym wirze iskry zyskiwały potężną moc, a im szybciej tańczyły, tym większy płomień rozpalał się w nich samych i w duchu ich stwórcy.

Do tego mistycznego tańca dołączały skały, pył piasku, rośliny i zwierzęta — wszystko, co tylko pragnęło zamanifestować się na tej planecie. Tara z zachwytem obserwowała stworzenia wirujące w upojnym tańcu, gotowe, by zacząć żyć. Z potężnych duchów wykluwały się kolejne i kolejne istnienia.

Efektem tej niezwykłej kreacji stało się wszystko, co widzialne w materii — jedno stworzenie rodziło się dla drugiego. Lasy zapełniły się drzewami, krzewami, trawą i dzikim zwierzem. Oceany zatętniły różnorodnością istot zachwycających kształtami, kolorami i obyczajami. Wszystko idealnie do siebie pasowało, tworząc na poziomie biologii nierozerwalny łańcuch powiązań.

Wielka kreacja zdawała się nie mieć końca. Potężne duchy, przepełnione radością, tańczyły i tworzyły, śpiewając pieśni chwały.

Tara zapragnęła jednak czegoś więcej. Marzyła o sile, która zostanie usłyszana przez każde powołane do życia stworzenie. Zanurzyła się więc w głębiny oceanu, kierując się ku dnu, które było najbliższe jej sercu. Płynąc przez krystalicznie czystą wodę, dostrzegła w oddali promieniującą, białą skałę. Kamień przyciągał ją do siebie niczym gigantyczny magnes.

Gdy dotknęła niezwykłego głazu, ze zdumieniem poczuła bijące od niego ciepło. Położyła na nim obie dłonie. Przez gładką powierzchnię wyczuła miarowy, głęboki puls i oddech. Zauroczona, zaczęła oddychać w rytm białej skały. Magia tego miejsca całkowicie ją przepełniła — wdychała i wydychała powietrze, które mieniło się wstęgami we wszystkich kolorach tęczy.

Nawet nie zauważyła, kiedy jej ciało wtopiło się w połyskujący srebrzystą bielą kamień. Jego wnętrze było wypełnione tysiącami skrzących się minerałów. Wewnątrz tej kamiennej skorupy siedziała mała dziewczynka, skupiona na tajemniczym obrazie. Tara, nie chcąc mącić jej spokoju, usiadła cichutko obok. Dziewczynka jednak doskonale wiedziała o obecności gościa. Nie odrywając wzroku od swojej wizji, ujęła dłoń Tary i przycisnęła ją do swojego serduszka.

— Kim jesteś, dziewczynko zatopiona w tym niezwykłym świecie? — szepnęła Tara.

— Jestem dźwiękiem, który płynie w tobie, duchu błękitnej planety. To ze mnie rodzi się muzyka wiatru, szum wody, śpiew ptaków i ryk dzikich zwierząt.

— A więc jesteś mną? — zrozumiała Tara. — Czy to znaczy, że każde stworzenie, które ze mnie powołano, również słyszy ten dźwięk?

— Połączyłaś wszystko w tej planetarnej przestrzeni. Twój głos usłyszy absolutnie każdy.

Uradowana Tara wypłynęła z oceanu i usiadła na złocistym piasku, dając się porwać pięknym marzeniom.

***

W jej snach ze wzgórza schodziła niezwykła postać. Była dwunożna, wyprostowana, dumna i silna, a jej krok był pewny. Mimo swojej potęgi, istota ta z niezwykłą delikatnością dotykała wszystkiego, co spotkała na drodze. Zwierzęta ufnie się do niej tuliły, a ptaki siadały na jej ramionach, umilając wędrówkę radosnym śpiewem.

Gdy Tara obudziła się z tego głębokiego snu, usiadła na wysokiej skale. Spojrzała na ocean, którego krople mieniły się w świetle zachodzącego słońca — olbrzymiej kuli ognia i złota.

— Dziadku? — zawołała w przestrzeni. — Kim była ta postać z mojego snu?

— To człowiek — odpowiedział głos dziadka. — Przybędzie, gdy nadejdzie właściwy czas, i weźmie w opiekę wszystko, co stworzyłaś. Stanie się twoim najmilszym opiekunem. Wypatruj go wśród gwiazd skąpanych w mroku nocy. Ta postać spłynie na ziemię jasnym błyskiem, niczym wody wodospadu płynące nurtem rzeki czasu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
Kolorowa
za 42.42