E-book
27.3
Magia Bloody Lake

Bezpłatny fragment - Magia Bloody Lake

Objętość:
224 str.
ISBN:
978-83-8221-496-3


Pragnę podziękować moim przyjaciółkom,

które zawsze były przy mnie i wspierały mnie we wszystkim co robiłam.


Dziękuję, że we mnie wierzyłyście!


Rozdział 1
Layonel Aims

Cześć,


Nazywam się Layonel Aims i jestem wampirem.


Tak, dobrze słyszałeś WAMPIREM.


Wszystkie opowieści i książki o nadludzkich stworzeniach pijących krew, które w swoim życiu przeczytałeś są prawdziwe. Na świecie istnieją setki wampirów. Żyją w koloniach lub jak to niektórzy nazywają klanach.


Ja również do jednego z nich należę. Klan Irish, setki lat temu osiedlił się na obrzeżach jednego z amerykańskich miasteczek — Bloody Lake…. i mieszka tam do dziś, choć w nieco okrojonym składzie.


Jeden dzień sprawił, że ponad połowa klanu nie doczekała nocy…


Wszystko zaczęło się ostatniego dnia lata. Księżyc powoli wznosił się na niebie. Leniwym krokiem szedłem wzdłuż jednego z licznych korytarzy dworu. Na ścianach wisiały portrety wielkich przywódców klanu zwanych Cethih.

W naszej historii było ich aż trzech, nie licząc założyciela. To duża liczba biorąc pod uwagę naszą długowieczność. Każdy z nich powoływał swoją radę, czyli swoich doradców. Podłogi wyściełane czerwonymi dywanami tłumiły odgłosy kroków. Pomieszczenie wypełniała jasna poświata bijąca ze starych klinkietów. Z rękoma w kieszeniach zmierzałem, ku głównemu wejściu. Nie miałem zamiaru siedzieć zamknięty w tym przeklętym domu. Właśnie schodziłem po szerokich, marmurowych schodach, usłyszałem czyjś niski głos, który wyrwał mnie z zamyślenia.

— Dokąd to Layoney? — tuż za mną pojawił się niewysoki chłopak.

— Na spacer Panie Poruczniku — powiedziałem głupkowato się uśmiechając i salutując.

— Wiesz, że trwa zebranie.

— No i co z tego? — zapytałem znudzony.

— To, że w tym czasie nie wolno opuszczać budynku.

— Strażnik teksasu się znalazł. Skoro tak się przejmujesz zasadami, to czemu sam nie jesteś na zebraniu co?

— Urlich domyślił się, że będziesz próbował się urwać ze spotkania, dlatego wysłał mnie po Ciebie.

— Fajnie to powiedz mu, że nic z tego. Nie mam zamiaru siedzieć w zamknięciu i uwierz mi, nie powstrzymasz mnie.

— Zobaczymy — powiedział chłopak chwytając mnie za ramię. Próbował chyba mnie zaciągnąć na zebranie, ale marnie się to dla niego skończył. Nie byłem grzecznym i posłusznym chłopcem. Od pewnego czasu chodziłem własnymi ścieżkami. Spojrzałem wściekłym wzrokiem na towarzysza. Jego przeciętny wzrost i wygląd powodował, że nie za bardzo go szanowałem. Czarny kombinezon ze złotymi zdobieniami nie wyróżniał go z tłumów przechodzących się codziennie po salach dworu, lecz był wyjątkowo uparty… jak osioł… przepraszam, to obraza dla osłów… Jego uścisk był coraz silniejszy, a moja wściekłość rosła z każdą sekundą. Chwyciłem jego rękę i wykręciłem ją łamiąc przy okazji kości oraz stawy mężczyzny. Uwolnioną dłonią złapałem za drugie ramię Lucas’a i podkładając mu nogę przewróciłem go na podłogę. Następnie z lekkością piórka rzuciłem nim o najbliższą ścianę. Facet upadł z hukiem na podłogę. Mimo, że nie użyłem za dużo siły, mury dworu jak i wiszące obrazy roztrzaskały się, jakbym rzucił w nie stutonowym słoniem. Zdążyłem się już przyzwyczaić do większej siły niż posiada przeciętny człowiek. Niestety Lucas nie dawał za wygraną. Biliśmy się przez kilka minut, niszcząc przy okazji hol rezydencji. W końcu tak mocno rzuciłem nim o ścianę, że zwaliła mu się na głowę. Chyba stracił przytomność, więc szybko wyszedłem z dworu. Zarzuciłem na głowę ciemnoszary kaptur przypięty do czarnej skórzanej kurtki i skierowałem się na skraj lasu. Trawa przed dworem nadal była wilgotna po deszczu, zostawiając drobne ślady na moich miodowych traperach. Mimo, że nie szedłem zbyt szybko, po dosłownie kilku sekundach znalazłem się w środku głuchej puszczy. Zielone konary drzew poruszane były przez delikatny wieczorny wiatr. Paprocie muskały moje spodnie zostawiając na nich kolejne mokre ślady. Starałem się iść wolno, mniej więcej tempem normalnego człowieka, chociaż przychodziło mi to z trudem. Popatrzyłem na niebo, po którym nagle przeleciało stado czarnych kruków. Po chwili sięgnąłem do kieszeni kurtki wyciągając z niej mój ulubiony ludzki przysmak. Zdjąłem szeleszczącą folię i włożyłem do ust żółto-czerwonego lizaka. Każdy taki smakołyk pomagał mi zebrać myśli — mimo, że wampiry nie powinny jeść ludzkiego jedzenia. Idąc w ciszy próbowałem przypomnieć sobie swoje życie sprzed przemiany, lecz nie było to takie proste. Wiedziałem tylko, że pochodziłem z Chin, ojciec był handlarzem a matka nauczycielką. Reszta poprzedniego życia była jak jedna, wielka gęsta mgła… jak zupa mleczna… Bardzo często przechadzałem się po lesie, aby odpocząć od despotycznej “rodziny”… o ile można klan nazwać rodziną. Mieszkałem z nimi już ponad 250 lat. Przeżyłem rządy poprzedniego Cethih — Helgard’a Rehenwilde’a, ale obecny jest sto razy gorszy. Bardziej okrutny od Hitlera podczas drugiej wojny światowej. Kiedyś ślepo podążałem za jego słowami i rozkazami. Wampiry od wieków walczyły z Łowcami Shotto. Polowali oni na większość z nas, ale czarownicom, wilkołakom i demonom też nie było łatwo. Tropili i zabijali wszystkich mrocznych w męczarniach, próbując zlikwidować każdy klan i stado na świecie. Razem ze specjalnie wybraną jednostką walczyłem z nimi, by klan mógł przetrwać. Zabijałem bez skrupułów. Chociaż pracowałem sam, byłem w tym całkiem niezły. Moje stosunki do Cethih Urlich’a, zmieniły się diametralnie za sprawą jednego rozkazu. Po nim zacząłem się buntować. Zrezygnowałem z bycia zabójcą, co bardzo zdenerwowało klan… nie czarujmy się byłem przecież jednym z najlepszych. Klan od wieków narzucał nam odpowiedni wygląd, aby nikt nic nie podejrzewał. Nie mogliśmy wyróżniać się z tłumu, mieliśmy być niewidzialni, niezauważalni… ja złamałem tą zasadę… pofarbowałam włosy na RÓŻOWO… Jak się pewnie domyślasz nie odbiło się to bez echa. Klan próbował zatrzymać mnie w murach dworu, aby nikt mnie nie zauważył. Próbowali nawet ściąć mi włosy… oczywiście na próżno. Moim największym wybrykiem było pójście do ludzkiego LICEUM… wyobrażasz sobie wampira w szkole?… no może tak, jeśli chociaż raz w życiu czytałeś książkę lub oglądałeś film, dotyczący wampirów… Mimo tego postanowiłem nie zmieniać swojego wyglądu. Nadal miałem różowe włosy, do tego dorzuciłem styl mrocznego samotnika. Długo nim jednak nie pozostałem… szedłem przez las nadal próbując przypomnieć sobie swoją przeszłość. Dotarłem tylko do strzępów wspomnień, gdyż nagle poczułem dziwny, nieznajomy zapach. Szybko pogryzłem lizaka i pozbywając się białego, plastikowego patyczka wśród paproci, przyspieszyłem kroku. Prowadził mnie teraz mój nadzwyczajnie dobry węch. Wyczułem grupę nastolatków, lecz nie o nich mówię. Poczułem dziwnie słodki zapach brzoskwiń i zapach lawendy w jednym… skądś go znałem. Z każdym kolejnym krokiem zapach stał się mocniejszy… przestałem się martwić, że ktoś mógł zauważyć, że nie poruszam się już jak przeciętny człowiek. Dla mnie był to tylko lekki bieg, ale dla ludzi, wyglądałem jak mgła przemieszczająca się po lesie. W końcu dobiegłem do brzegu klifu na skraju małego jeziora, nieopodal miasta. Wokół ogniska siedziało kilkoro nastolatków. Moją uwagę przykuła jednak inna postać. Dziewczyna stojąca nieopodal, oparta plecami o stary dąb. Rozmawiała przez telefon… nie mogłem się skupić na jej słowach, mimo że dobrze je słyszałem, będąc po drugiej stronie brzegu. Jej aksamitny głos wypełniał teraz moją głowę. Czułem się jak na haju po całkiem niezłym towarze. Musiałem podejść bliżej… musiałem ją zobaczyć z bliska. Ruszyłem wzdłuż klifu, pozostawiając za sobą odciśnięte w mchu ślady. Zajęło mi to sekundy może minuty, aż w końcu podbiegłem na tyle blisko, aby móc ją zobaczyć. Nieznajoma była dość niską dziewczyną o rudych, krótkich włosach. Przednie pasma fal spięła z tyłu głowy. Miętowa kurtka przeciwdeszczowa wyróżniała ją z tłumu przeciętnych ludzi, z którymi przyszła nad jezioro. Nie mogłem oderwać od niej wzroku i miałem wrażenie, że i ona na mnie patrzy… choć wątpię, żeby dostrzegła coś wśród gęstwiny lasu. Po chwili dziewczyna wróciła do znajomych, a ja próbowałem odejść w głąb lasu, tak by mnie nikt nie widział… nie było to łatwe. Minęło sporo czasu, nim ochłonąłem po tej sytuacji. Jeszcze przez kilka minut spacerowałem po lesie z lizakiem w ustach, aż byłem na tyle spokojny, aby wrócić do dworu. Przemknąłem na tyły posiadłości, żeby niezauważalnie przeskoczyć mur. Po efektownym wyjściu, raczej nikt mnie ciepło nie przywita przy frontowych drzwiach. Wolałem już na dzisiaj oszczędzić sobie dodatkowych problemów. Ze spokojem przemierzyłem szklarnię, która stała tuż przy granicy. Oranżeria wypełniona była donicami oraz przeróżnymi kwiatami, dla których zabrakło miejsca w ogrodzie. Nagle za brudną ścianą zauważyłem cień dwóch mężczyzn. Wstrzymałem oddech i schowałem się za najbliższym regałem. Odczekałem kilka minut, by mieć pewność, że nikt mnie nie złapie. Niestety prostując się trąciłem tyłkiem drewnianą ławkę. Nagle usłyszałem bardzo głośny huk. Spojrzałem za siebie…. Layonel coś ty narobił, powiedziałem do siebie, próbując lepiej się ukryć.

— Słyszałeś to?

— Niby co? — zapytał jeden z mężczyzn, którzy pojawili się znikąd.

— Ktoś jest w szklarni — dosłownie sekundę później do wnętrza pomieszczenia weszli nieznajomi.

— Przecież nikogo tu nie ma — powiedział jeden z nich rozglądając się po pomieszczeniu.

— Mówię Ci, że słyszałem hałas.

— Pewnie to zwykły szczur.

— Myślisz, że gryzoń mógłby rozwalić donicę? — zapytał strażnik wskazując szczątki naczynia.

— Dobra, ty sprawdź przód a ja pójdę na tył — mężczyźni rozdzielili się i rozpoczęli poszukiwania intruza. Gdy tylko oddalili się od wejścia, cicho opuściłem kryjówkę, wyślizgnąłem się z oranżerii i szybko pobiegłem w stronę dworu. Tył budynku wyglądał jeszcze bardziej upiornie, niż jego przód, ale nie miałem czasu podziwiać renesansowej architektury. Zacząłem wspinać się po gzymsach i rzeźbach próbując namierzyć okno mojego pokoju.

— BINGO — powiedziałem do siebie i z uśmiechem wślizgnąłem się do środka. Gdy tylko moja noga stanęła na bordowym dywanie, usłyszałem znajomy, toksyczny głos.

— Gdzie tym razem się włóczyłeś Layonel? — w tym samym momencie oślepił mnie blask lampy stojącej tuż obok biurka. Skórzany fotel obrócił się, a ja ujrzałem siedzącą w nim blondynkę. Dziewczyna ubrana była w długą, czarną suknię z wielkim dekoltem, idącym aż do pępka. Po chwili dziewczyna założyła założyła z gracją nogę na nogę, a zalotnym ruchem dłoni pozbyła się materiału, który odsłonił jej ponętne uda.

— Rebecca co ty tutaj robisz? Rozwaliłem dziś z Lukiem pół holu, więc daruj sobie kablowanie. — powiedziałem delikatnie drapiąc się kciukiem skroń.

— O co ci chodzi Layonel? Ja tylko chciałam się odwdzięczyć — niewinnym tonem próbowała zagrać grzeczną dziewczynkę, chociaż cały klan uważał ją za, ładnie mówiąc „dziewczynę lekkich obyczajów”.

— I przy okazji wpakować mnie w kłopoty? Nic z tego.

— Nigdy nie zrobiłabym ci czegoś takiego. Kochany za kogo mnie uważasz, ja tylko chcę być miła… a tak z ciekawości gdzie tym razem się wybrałeś?

— Nie twój interes. Może lepiej leć się przymilać do szefa. Mi daj wreszcie święty spokój… a i jeszcze jedno, nigdy więcej nie mów do mnie kochanie.

— Oj naprawdę chcesz żebym wyszła? Moglibyśmy bardzo mile spędzić czas.

— Rebecca nie chcę cię tu widzieć, weź spadaj stąd. — powiedziałam już lekko poirytowany.

— Layonel przestań udawać. Przecież oboje wiemy, że ci się podobam — odpowiedziała dziewczyna podchodząc do mnie.

— Wcale mi się nie podobasz. Idź już… tam są drzwi — wskazałem ręką wyjście z pokoju mając nadzieję, że dziewczyna wreszcie sobie odpuści.

— A co to za zapach?

— Daruj sobie

— Pachniesz… lasem… pewnie byłeś na polowaniu.

— Już mówiłem, że to nie twoja sprawa.

— Jest jeszcze coś… — Rebecca okrążyła mnie wąchając moją kurtkę — zapach… człowieka…

— Wyjdź natychmiast!

— Znalazłeś kogoś… a ja? — dziewczyna udawała zasmuconą, tym że raczyłem spojrzeć na inną dziewczynę. Niestety na samą myśl o rudowłosej dziewczynie, sprawiło, że jej postać znów zagościła w mojej głowie.

— Wyjdziesz w końcu!? — krzyknąłem wściekły.

— Już dobrze, nie wściekaj się tak, złość piękności szkodzi.

— To ty musisz być wściekła od wieków, skoro tak wyglądasz — odpowiedziała zamykając za Rebecc’ą drzwi.

Rozdział 2
Fay Warren

Cześć,


Nazywam się Fay Warren


Na pewno nie raz słyszałeś, że jesteś wyjątkowy… ja dałabym wszystko, żeby nigdy nie usłyszeć tych słów.


Te dwa słowa, zmieniły na zawsze moje życie.


Byłam zwykłą szesnastolatką, przeciętną uczennicą liceum dla „grzecznych dziewczynek”. Razem z rodzicami od wielu lat mieszkaliśmy w San Francisco, w sumie to nie pamiętam abyśmy kiedykolwiek mieszkali gdzieś indziej. Miałam tam swoich przyjaciół, ulubioną kawiarnię i nawet nauczyciele nie byli najgorsi… ale wszystko się zmieniło dwa tygodnie przed końcem lata. Razem z Lucy i Marinn’ą siedziałam na plaży Baker Beach, obmyślając plan przeżycia ostatniego roku liceum. Do równoległej klasy chodziła Samantha i od samego początku nie przypadłyśmy sobie do gustu. Był to typ księżniczki, która wszędzie musiała chodzić ze swoją świtą Natalie oraz Patricia. Może i była jedną z bogatszych dziewczyn w szkole, ale mózgu nie miała za grosz. Siedziałyśmy na plaży i plotkowałyśmy, popijając naszą ulubioną oranżadę. Nie widziałyśmy się ponad miesiąc. Lucy wyjechała do rodziny w Europie, a Marinna pojechała do San Antonio na obóz jeździecki. Rozmawiałyśmy jedynie przez komunikator, a to nie dawało takiej radości, jak rozmowa nad rzeką. Gadałyśmy chyba kilka godzin, aż rozległ się dzwonek mojej komórki.

— Tak mamo — powiedziałam odbierając połączenie.

— Gdzie jesteś?

— Nad rzeką z Lucy i Marinn’ą,

— Dzień dobry Pani Warren! — dziewczyny krzyczały z radością, jakby upiły się samą oranżadą.

— Jeszcze tam siedzicie? — zapytała mama. W jej głosie wyczułam lekką irytację.

— Dziewczyny w końcu wróciły, więc chciałyśmy się wygadać.

— Dobrze, ale wróć już do domu, musimy porozmawiać.

— Wszystko w porządku mamo? — nagle mama spoważniała. Rzadko tak do mnie mówiła… no chyba, że coś przeskrobałam — mogę jeszcze godzinkę posiedzieć? Marina opowiadała właśnie o zawodach, które wygrała na obozie.

— Nie, masz natychmiast wracać, to bardzo ważne — odpowiedziała mama. Teraz w jej głosie wyczułam gniew i zarazem strach. Nie wiedziałam co się dzieje.

— Dobrze, już wracam — odpowiedziałam i rozłączyłam się. Przyjaciółki patrzyły na mnie nie wiedząc co się dzieje… ja niestety też nic nie wiedziałam… dlaczego mama tak nagle chce, żebym wróciła do domu i co ją tak przestraszyło? Po chwili pożegnałam się z przyjaciółkami i ruszyłam w stronę zatłoczonej ulicy. Słońce powoli zachodziło, ale mimo to tłumy ludzi zmierzały na brzeg rzeki. Większość z nich zabrała ze sobą koce i przenośne grille. Na sam widok, aż ciekła ślinka. Żałowałam, że musiałam już wracać do domu. Ludzie wokół zazwyczaj częstowali pysznymi kiełbaskami. Mimo, że wszędzie pełno nieznajomych, to i tak czuło się tam jak w domu. Na przystanku spotkałam, profesor O’Neil, która uczy mnie historii. Chyba wracała z muzeum, bo w ręce trzymała mały odcinek z biletu, a z kieszeni kraciastej spódnicy, wystawała ulotka, o wystawie średniowiecznych zbroi.

— Witaj Fay, i jak ci mijają wakacje? — zapytała dziarskim tonem nauczycielka. — ja właśnie wracam z niesamowitej wystawy. Trafiony, zatopiony, pomyślałam słysząc słowa profesorki. Dziwnym trafem umiałam dostrzegać pewne rzeczy, które nie są oczywiste dla innych. Tą zdolność chyba odziedziczyłam po tacie, który była całkiem niezłym detektywem w tutejszym wydziale kryminalnym.

— Bardzo fajnie pani profesor. Razem z rodzicami pojechałam na tydzień pod namiot do Black Hills i zwiedziłam Mount Ruchmore.

— Naprawdę? To bardzo interesujące, zbadałaś historię tego miejsca? Musiałaś tam zobaczyć jakieś ciekawe rzeczy.

— To był tylko biwak nad jeziorem Horse Thief Lake, ale bardziej pojechaliśmy na koncert Rushmore Music Camp. Jak przechodziliśmy się po parku i spotkaliśmy duże stado wilków.

— Ale nic wam się nie stało, prawda? — zapytała z przejęciem nauczycielka.

— Nie nic nam nie jest. Tata zaczął strzelać w niebo, żeby je spłoszyć. O dziwo zadziałało.

— Fascynujące, a czy wiesz, że wilk, a dokładniej wilczyca jest symbolem stolicy starożytnego imperium rzymskiego. Pamiętasz zapewne legendę o Romulusie i Remusie?

— Tak, oczywiście proszę pani — odpowiedziałam z uśmiechem, ale najchętniej powiedziałabym, że co mnie obchodzi jakaś stara opowiastka. Historia niestety nie była moim konikiem. Ze wszystkich zajęć najbardziej uwielbiałam literaturę, szczególnie, kiedy mogłam pisać o fantastycznych stworzeniach. Na biwaku nawet napisałam krótkie opowiadanie po naszym spotkaniu z wilkami.

— Świetnie, a czy wiesz…

— Przepraszam pani profesor, to mój autobus — powiedziałam widząc nadjeżdżające wybawienie. Pani O’Neill była dość specyficzną kobietą. Jak tylko zaczęła opowiadać coś o historii to nie dało się jej zatrzymać. Kiedy lekcja się skończyła, zdarzało się, że jeszcze przez kilka minut pani profesor mówiła do pustych ławek. Podbiegłam na początek przystanku i szybko wsiadłam do autobusu. W środku był bardzo duży ścisk, a w powietrzu unosił się smród potu wymieszany z zapachem bajgli. Wcisnęłam się w najdalszy kąt i zatkałam nos, by nie czuć przykrego zapachu potu otaczających mnie ludzi… nie było to łatwe. Po kilku minutach spędzonych w pojeździe, miałam wstręt do otaczających mnie ludzi. Najgorsze było to, że na każdym przystanku, wsiadający ludzie jeszcze bardziej się pchali na innych. Nie mogąc dłużej wytrzymać, wysiadłam dwa przystanki wcześniej. Jeśli zostałabym tam dłużej, zwróciłabym ulubioną oranżadę. Do domu dotarłam po około 15 minutach. Mieszkaliśmy w starej, ceglanej kamienicy z dużą metalową bramą. Z ulicy weszłam do małego korytarza prowadzącego na podwórze. Po drodze zajrzałam do skrytki pocztowej numer 47.

— Nic nie ma, no trudno — cicho powiedziałam do siebie zamykając metalową klapę. Ruszyłam przez plac. Po prawej stronie znajdowała się klatka schodowa, przy której zawsze siedziała najstarsza mieszkanka kamienicy.

— Dobry wieczór Pani Johnson — powiedziałam grzecznie. Pani Aida Johnson miała około 90 lat, i całkiem nieźle się trzymała, oczywiście jak na swój wiek. Kobieta uśmiechnęła się do mnie, delikatnie machając ręką. Na środku podwórza zawsze można było spotkać gromadkę dzieci, które wesoło grały w klasy.

— Cześć Fay! — krzyknęły, gdy tylko mnie zobaczyły.

— Cześć dzieciaki — odpowiedziałam, skacząc raz przez wszystkie pola gry. Ruszyłam dalej machając smykom. Weszłam do jednej z oficyn, na przeciwko bramy, przy której pan Garcia posadził w donicach pelargonie. Codziennie chodził po całym podwórzu sprzątając i podlewając kwiatki. Zawsze miał na głowie czapkę kapitańską, dlatego nie bez powodu nazwaliśmy go Kapitan Garcia. Był to bardzo wesoły, starszy pan, który nie umiał usiedzieć na miejscu. Każdą wolną chwilę spędzał na świeżym powietrzu. Przyszedł czas na wspinaczkę pomyślałam widząc przeklęte, strome schody. Nigdy nie lubiłam po nich chodzić, bo zawsze się potykałam i nabijałam guza. Nie raz udało mi się zjechać po paru stopniach lądując tym samym na tyłku. Kiedy weszłam na drugie piętro, jak pocisk przeszedł obok mnie wysoki mężczyzna. Ubrany w czarne ciuchy, wyglądał jak jakiś mafioso. Dostrzegłam dziwny tatuaż na jego szyi. Był to czarny okrąg, przecięty dwiema strzałami w poziomie i jedną w pionie. Niestety nie zdążyłam przyjrzeć się jego twarzy, bo prawie uderzyłam twarzą o drzwi mieszkania numer 47. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Od samego wejście przywitało mnie szczekanie psa. Elvis mój golden retriever podbiegł do mnie, radośnie machając ogonem. Oczywiście pierwsze co zrobiłam, to zaczęłam go głaskać, na chwilę zapomniałam o dziwnym typie spotkanym na klatce schodowej. Kiedy skończyłam zabawę z psiakiem, przeszłam bardzo krótki korytarzyk i znalazłam się w salonie. Mieszkanie, jak na kamienicę było duże i przestronne.

Z kuchni otwartej na salon dochodził zapach lecza. Mama uwielbiała gotować przy muzyce… w sumie nic bez niej nie robiła. Nawet podczas sprzątania musiało grać radio, ale tym razem było dziwnie cicho.

— Mamo, już jestem! — krzyknęłam ale nikt mi nie odpowiedział. Tuż za salonem znajdowała się sypialnia rodziców. Zajrzałam tam, ale jedyne co znalazłam to porozrzucane na łóżku ubrania oraz walizki.

— Co u licha się dzieje — pomyślałam i jeszcze raz zawołałam mamę. Nagle usłyszałam coś na piętrze. Pobiegłam do salonu w którym znajdowały się schody, ze szklaną poręczą. Wbiegłam na górę lotem błyskawicy. Dźwięki dochodziły z mojego pokoju. Powoli podeszłam do drzwi. Usłyszałam, jak ktoś grzebie w moich szafach. Wzięłam stojący na stoliku wazon i chicho odsunęłam drzwi.

— AAAAA!!!! — wbiegłam do pokoju z krzykiem, chcąc znokautować nieproszonego gościa. Na szczęście to była tylko mama.

— Mamo, co ty robisz? — zapytałam rozglądając się po pokoju. Tutaj również znalazłam walizki na łóżku i pośpiesznie pakowane rzeczy. — Jedziemy gdzieś?

— Tak, musimy pilnie wyjechać z San Francisco — mama nawet na mnie nie spojrzała, tylko ciągle pakowała walizkę.

— Możesz mi powiedzieć co się dzieje? Nagle każesz mi wracać do domu, a kiedy już jestem, okazuje się że wyjeżdżamy.

— Nie mogę ci tego teraz powiedzieć.

— Ale przecież chciałaś ze mną porozmawiać.

— Tak wiem, ale wydarzyło się coś… nie mogę ci teraz wyjaśnić. — powiedziała mama, kładąc mi rękę na ramieniu — Spakuj resztę najpotrzebniejszych rzeczy. Jak tylko tata wróci to wyjeżdżamy.

— Dobrze, skoro musimy — podejrzewam, że mama wyczuła w moim głosie niezadowolenia. Pocałowała mnie w głowę i szybko wyszła z pokoju. Szybko przejrzałam, spakowane przez nią ubrania. Związałam moje rude loki w kucyk i spakowałam jeszcze kilka ciuchów, kosmetyki, tablet no i oczywiście zdjęcie z Lucy i Marnne. Tata wrócił jakieś pół godziny później. Jak tylko usłyszałam otwieranie wejściowych drzwi, podeszłam do barierki na piętrze. Tuż obok mnie stanął Elvis. Widziałam, że i on był poddenerwowany. Rzucił swoją skórzany neseser na kanapę i szybko poszedł do biura. Po kilku minutach przeszedł do sypialni pomóc mamie. Zabrałam walizkę oraz jeansowy plecak i zeszłam do salonu. Cicho podeszłam do drzwi sypialni rodziców. Miałam nadzieję, że dowiem się o co chodzi.

— Wszystko gotowe?

— Tak, jeszcze tylko to — odpowiedziała mama drżącym głosem. Trzymała coś w ręce, ale przez małą przerwę między drzwiami a framugą, nie widziałam co to jest.

— Dobrze, a powiedziałaś jej?

— Nie, na razie nie powinna wiedzieć.

— Alisa, i tak będzie musiała się dowiedzieć. Pewnie już coś podejrzewa, widząc nasz pośpiech — powiedział cicho tata. Nie słyszałam wyraźnie ich rozmowy, ale wiem jedno… nie dotyczyła kolejnego wakacyjnego biwaku. Szybko usiadłam na kanapie, tak jakbym nic nie słyszała i wyciągnęłam z kieszeni telefon.

— Spakowana?

— Tak

— To dobrze, za chwilę wyjeżdżamy.

— Dobrze… tato, co się dzieje? Gdzie jedziemy? — zapytałam nieśmiało widząc zdenerwowanie taty.

— Jedziemy na wycieczkę — jego odpowiedź była wymijająca.

— Coś nerwowa ta wycieczka.

— Widzę, że udzielił ci się dobry humor. W takim razie weź walizkę i zanieś ją do samochodu. Przy okazji weź ze sobą Elvis’a.

— OK

— A i daj mi telefon — powiedział tata wyciągając rękę po sprzęt.

— Muszę?

— Tak musisz i nie dyskutuj.

— Dobrze, niech ci będzie — odpowiedziałam i ruszyłam z walizką w stronę drzwi. Z niechęcią zeszłam z nią do samochodu. Garaż znajdował się tuż obok grających w klasy dzieci. Otworzyłam bagażnik suva i włożyłam do środka walizkę.

— Co znowu wyjeżdżacie? — jak tylko usłyszałam ten piskliwy głos, wiedziałam, że nie obejdzie się bez przesłuchania. Za mną pojawiła się niewysoka, starsza kobieta. Miała długie siwe włosy spięte w bardzo ciasny kok. Jej niebieski, podziurawiony fartuch miał już swoje lata. Przypominał on raczej bardzo cienką podomkę, którą zakładała na swoje równie zniszczone ubrania.

— Dzień dobry pani Bert’o, tak jedziemy na krótką wycieczkę — odpowiedziałam chcąc szybko zakończyć niechcianą rozmowę. Pani Bert’a była bardzo wścipską osobą. Nic nie uchodziło jej uwadze. Jak tylko coś działo się u jednego z sąsiadów, to po kilku minutach wiedziała już cała kamienica.

— A dokąd?

— Nie wiem, to niespodzianka

— Ale kundla to bierzecie ze sobą? Nie chcę, żeby mi tu szczekał całymi dniami.

— Elvis to nie kundel. Dla pani informacji, tak jedzie z nami — odpowiedziałam oburzona i otworzyłam drzwi pasażerów z tyłu samochodu — Wskakuj.

Pies oczywiście mnie posłuchał i po chwili już siedział na swoim miejscu. Oczywiście nasłuchałam się jeszcze tysiąca pytań pani Bert’y, zanim pojawił się ratunek. Jak tylko rodzice zeszli na podwórze, pani Turner dała mi spokój.

— Gotowa? — zapytał szybko tata.

— Tak, walizka w bagażniku a Elvis na swoim miejscu.

— Dobrze, w takim razie wsiadaj. Jeszcze będziemy musieli gdzieś wstąpić. Pytania pani Bert’y dały mi trochę do myślenia. Nadal nie wiedziałam dokąd jedziemy. Po chwili wyjechaliśmy z podwórza i ruszyliśmy zatłoczonymi ulicami San Francisco. Po drodze próbowałam się czegoś dowiedzieć od rodziców.


Dlaczego tak nagle wyjeżdżamy?


Kim był nieznajomy mężczyzna?


A co najważniejsze, GDZIE jedziemy?


Te pytania kłębiły się w mojej głowie, a rodzice oczywiście migali się od odpowiedzi. Nie wiedziałam już jak mam z nich coś wyciągnąć, ale po chwili domyśliłam się, że nie jest dobrze. Tata zaparkował tuż, przy jednym z licznych hoteli dla zwierząt.

— Tato chyba nie chcecie zostawić tu Elvis’a? — zapytałam wściekła.

— Kochanie nie chcemy, ale musimy — mama próbowała mnie uspokoić, chociaż jej na to nie pozwalałam swoimi krzykami.

— Nie, nie zgadzam się!

— Fay, uwierz mi też nie było łatwo podjąć tą decyzję, ale Elvi’s nie może z nami pojechać — powiedział tata, chcąc załagodzić sytuację.

— Jakby było ci ciężko to nie zostawiał byś go tutaj.

— Ale musimy.

— Niby dlaczego…. DLACZEGO TATO!

— Bo już nie wrócimy już do San Francisco.

Rozdział 3
Fay Warren

— Co to ma znaczyć!!

— To, że się wyprowadzamy.

— Ale przecież zostawiliśmy połowę rzeczy w mieszkaniu, musimy wrócić!

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.