Słowem wstępu
Nie każda miłość rodzi się w świetle dnia. Nie każda zaczyna się spojrzeniem, przypadkowym dotykiem czy czułym słowem. Są takie, które budzą się ze snu starszego niż pamięć, z mroku, który przetrwał pokolenia. Łzy Nadziei opowiadają właśnie o takiej miłości — nieśmiertelnej, przeklętej, a jednak prawdziwej. Ta opowieść otwiera trylogię, w której każdy kolejny tom odsłania coraz głębsze warstwy mroku, pamięci i nadziei.
Jest wiek XVIII. Wysoko w górach Beskidu, gdzie ludzie wierzą bardziej w szept wiatru niż w słowa księgi, a noc nie kończy się wraz ze wschodem słońca, codzienność nieustannie splata się z tym, co niewidzialne. To świat pełen ciszy, w której ukrywają się tajemnice starsze niż czas. W takich właśnie miejscach rodzą się opowieści, których nie sposób spisać, bo żyją w oczach świadków i bliznach, jakie pozostawiają na duszy. W tej historii spotkasz wilki, które porozumiewają się wyciem, potwory, które tęsknią za światłem, oraz ludzi, którzy gubią drogę, zanim ją odnajdą naprawdę. Spotkasz kobietę, której serce było silniejsze niż śmierć, i istotę, która przez wieki nie znała innego uczucia poza gniewem i żalem. A jednak — ich losy splotły się, by pokazać, że nawet w świecie zbudowanym z mroku i bólu, iskra miłości potrafi zapłonąć.
To nie jest baśń. To nie jest romans. Łzy Nadziei to opowieść o walce: z samym sobą, z cieniem praojców, z przeznaczeniem. To opowieść o człowieczeństwie — o tym, jak łatwo je utracić i jak trudno je odzyskać. To także hymn na cześć nadziei, która płacze, lecz nie umiera.
Jeśli zdecydujesz się wejść w ten świat — pamiętaj, nie wyjdziesz z niego taki sam. Bo nie jest to miejsce, które pozwala przejść obok obojętnie. Każda strona tej historii jest jak kamień rzucony w taflę wody — wywołuje kręgi, które sięgają głębiej, niż się spodziewasz. To opowieść, która nie tylko otwiera oczy na cudowność i okrucieństwo rzeczy niewidzialnych, ale przede wszystkim każe spojrzeć w lustro własnej duszy. Tutaj miłość nie jest lekka. Jest ciężarem, który niesie się przez wieki. Prawda rani, ale i oczyszcza. A nadzieja — choć często tonie w krwi i łzach — nie przestaje świecić, nawet gdy cały świat pogrąża się w ciemności. Spotkasz tu nie tylko bohaterów, lecz także samego siebie, ukrytego gdzieś pomiędzy wersami: w ich wahaniach, w ich upadkach, w ich cichym pragnieniu bycia kochanym mimo wszystkiego.
Kiedy zamkniesz tę książkę, może przez chwilę wydawać się, że wszystko wróciło do normy. Ale głęboko w tobie coś zostanie. Jak cień, który porusza się nie wtedy, gdy pada światło — ale wtedy, gdy coś w tobie się przebudzi.
Kamil Ligocki
Biały tumult
11 i 12 stycznia 1691 roku
Otulona kożuchem, niepewnie stąpała po zaśnieżonej drodze. Ciemność spowijała mroczną dolinę, ale jej twarz nie odzwierciedlała tego mroku. Odepchnęła strach, mróz i złowieszcze wycie wilków, z matczyną miłością ciągnąc sanki z małym człowiekiem w środku. Przekraczając stromą przepaść, poślizgnęli się na zniszczonych deskach, które utworzyły pomost między doliną a ich małym domem bez przyszłości. W trzasku drewna było coś magicznego. Dźwięk zwiastował wiele nieszczęść, ale i sprzyjających chwil. Przypomniało jej to o rozbiciu stołu, na którym rodziła, który już dawno wyrzuciła z pamięci, oraz w płomieniach domowego kominka. Z ciężkich wspomnień powoli wybudził ją kolejny dźwięk. Doznała gęsiej skórki, a mały człowieczek wtulił się w jej podarte i znoszone buty. Nie była to melodia cicha i monotonna. Przypominało to raczej tumult tysiąca galopujących koni niesionych przez siłę nie z tego świata… przybrał fizyczną postać znienawidzonego śniegu i przykrył dach ich małej górskiej chaty, pozostawiając grymas i niesmak na twarzach zmęczonych wędrowców.
Zabrała się od razu za odśnieżanie wejścia. Wiedziała, że jeśli nie oczyści przynajmniej kilku kroków, nie zdołają nawet otworzyć drzwi. Palcami, które ledwo czuła, odgarniała ciężkie, mokre zaspy. Udało się. Wsunęli się do środka. Zatrzasnęła drzwi i opadła plecami na futrynę. Serce waliło jej jak młot. A wtedy usłyszała szelest. W kącie, przy kominku, ktoś klęczał. Nie krzyknęła. Zamiast tego zamarła, instynktownie zasłaniając dziecko ciałem. Mężczyzna był wysoki, poruszał się z dziwną gracją. Jego skóra była jasna niczym świeży śnieg, włosy długie, jasnyblond, opadające w złotych pasmach na ramiona. Oczy — lodowate, błękitne, ale w jakiś sposób głębokie, smutne.
— Kim jesteś? — zapytała cicho.
Mężczyzna podniósł ręce w uspokajającym geście.
— Wladimir. Szukałem schronienia przed śniegiem. Drzwi były otwarte. Przepraszam. Nie chciałem was wystraszyć.
Przyglądała mu się przez chwilę. Jakaś część niej krzyczała, że powinna go wyrzucić. A jednak… coś w jego głosie sprawiło, że ten krzyk zamilkł. Dziecko, zamiast się rozpłakać, z ciekawością przyglądało się nieznajomemu.
— I nie umiesz nawet rozpalić ognia — mruknęła, podchodząc do kominka. — Co za mężczyzna z ciebie, Wladimirze.
On tylko uśmiechnął się lekko. Wspólnie rozniecili płomień. Siedzieli potem przy ogniu, susząc ubrania i rozmawiając. O rzeczach zwykłych, nieważnych, o zamieciach, wioskach, samotności.
Ona w końcu wyznała:
— Nie przyjmuję nieznajomych. — Ale dodała po chwili, jakby sama siebie nie poznawała: — Ale tobie… nie wiem. Nie umiem ci powiedzieć „idź”.
Śmiali się. Nawet dziecko chichotało. Kiedy zapadła noc, Wladimir obiecał: — Rano zajmę się tą zamiecią. Uprzątnę cały ten śnieg.
Parsknęła śmiechem.
— No to powodzenia, Wladimirze od cudów, lecz nie od rozpalania ognia.
Obudziła się sama. Dom był cichy. Kominek wygasł. Po mężczyźnie nie było śladu. Na stole leżał krótki liścik, napisany drobnym, pięknym pismem:
„Dziękuję za gościnę. Przepraszam, że cię wystraszyłem. Masz pięknego syna. Mądrego. Będzie z niego ktoś wielki. Widzę to w jego oczach”
Elizabeth wyszła na zewnątrz i zamarła. Śnieg zniknął. Całe podwórze, droga aż po kraniec wzgórza, była czysta, sucha, jakby słońce grzało to miejsce nieprzerwanie przez kilka dni. Tylko jej dach był nadal biały. Wszystko wokół wyglądało, jakby ktoś palcami wymazał ślady zimy — dokładnie tam, gdzie stał jej dom.
Lukrecja, drzeworyt i pościg
11 stycznia 1691 roku
Wnikliwie zbadał wnętrze sakiewki wypełnionej brzęczącymi monetami. Niewiele zostało, a tyle musiał kupić.
— Czy było coś jeszcze? — syknął głos, pozornie kobiecy, ale tak ochrypły, że trudno go określić jako kobiecy. Twarz sprzedawczyni była pozbawiona wyrazu. Głęboko zapadnięte oczy, z wyraźnymi oznakami zmęczenia, kryły w sobie nieokreślone pokłady smutku. Przez chwilę patrzył jej w oczy, lecz z letargu wyrwało go kolejne chrząknięcie kobiety.
— Tak, proszę spakować do torby żywność i lekarstwa — odpowiedział mimowolnie, zwracając się w stronę dużego słoika z lukrecją. Był to wyjątkowy rarytas w centrum Wisły, a tym bardziej w jego rodzinnej osadzie położonej na grzbiecie Baraniej Góry.
Natłuszczonymi dłońmi otworzył pokrywkę dużego, pięknie zdobionego słoika i wziął do ręki jeden kawałek. W jego rękach wydawało się, że zlewa się w kolory i tworzy czarny, nierozróżnialny śluz. Jego dłonie pociemniały od zbyt długiego przebywania na mrozie. Od razu zjadł kawałek lukrecji, był stosunkowo miękki, co świadczyło o jego świeżości, ale jednocześnie lekko podrażniał mu dziąsła, co ponownie świadczyło o dużej zawartości lukrecji w tej słodkiej przekąsce. Był również lekko słony i miał anyżowy posmak. Nie był to jednak powód, dla którego chciał go kupić. Jego dziecko cierpiało na łuszczycę, tę samą chorobę, na którą cierpiał także on, ale dla niego nie było już ratunku. Mały nie chciał pić naparu, ale jadł lukrecje ze smakiem.
— Ile za 3 kg? — zapytał rozkazującym tonem. Rzeczywiście miał poszarpaną twarz, ale był przystojny. Skóra łuszczyła się głównie na dłoniach i prawdopodobnie na innych częściach ciała, ale jego twarz nie była dotknięta chorobą.
— 3 talary za kilogram — wyjąkała sprzedawczyni — ale nie sprzedam więcej niż 0,5 kg, bo mam zarezerwowaną partię dla Hrabiego na określoną ilość.
— Może moglibyśmy się czymś wymienić? — wskazał na stertę skór różnych zwierząt w rogu sklepu obok swojego plecaka. Kobieta wstała, strzepnęła okruchy opium z sukni i podeszła do skór.
— Z lisa i borsuka mogę sama sobie oprawić skóry. Widzę, że masz jedną skórę niedźwiedzia, dwie skóry jelenia i dwie skóry dzika. Hmm… wezmę wszystko i zapłacisz równowartość rezerwacji czyli 3 talary.
— Sama skóra niedźwiedzia jest warta co najmniej 8 talarów, nie mówiąc już o pozostałych skórach. Nie mogę zgodzić się na tak nieuczciwą wymianę.
— Twoja strata i nie nazwałbym tego nieuczciwą ceną. Jako jedyna mam lukrecję, która ma w sobie praktycznie całą moc tego zioła. Tak dobrego nie znajdziesz nigdzie indziej w okolicy.. W każdym razie… Mam korzeń lukrecji świeży i suszony po 1 denar za kilogram.
— Nie chcę rośliny, to musi być słodka lukrecja……
Usiadł obok swoich plecaków na podłodze. Za oknem wichura szalała coraz bardziej i robiło się ciemno. Wilczury przywiązane do sań szczekały mocno. Wyciągnął z kieszeni małe, cienkie drewniane pudełko. Otworzył. Wewnątrz znajdował się drzeworyt przedstawiający małego chłopca i kobietę. W milczeniu patrzył na obraz. Kobieta zauważyła podobieństwo i zrozumiała problem. Nagle drzwi otworzyły się z hukiem. Wiatr wyrwał maleńki rygiel trzymający je. Mężczyzna podbiegł do drzwi i szybko je zamknął. Drewniana skrzynia z drzeworytem upadła na ziemię. Kobieta podniosła je, gdy mężczyzna próbował naprawić zamek.
— Musisz sobie sprawić lepszy zamek, najlepiej z twardego dębu.
— Czy mógłbyś to zrobić? — zapytała kobieta nieco zmienionym głosem, już mniej ostrym i gorzkim.
— Właściwie to mam kilka kawałków drewna na saniach, mogę się tym zająć.
Szybko wyskoczył w śnieżycę i zaczął szukać drewna, uspokajając jednocześnie przerażone psy.
— Uspokójcie się, niedługo będziemy w drodze do domu.
Tymczasem sprzedawczyni wciąż wpatrywała się w drzeworyt. Trudno było to rozpoznać, ale na ciele chłopczyka można było dostrzec maleńkie, czarno-białe plamki. Coś ścisnęło ją w gardle, choć bardziej przypominało serce. Nie czuła się źle, ale wyraźnie była wzburzona. Jej wzrok na chwilę powędrował na frontową ścianę. Nad drzwiami wisiał duży drzeworyt przedstawiający trzech małych chłopców, jedną dziewczynkę i krępego, wysokiego mężczyznę. Łzy same zaczęły spływać po jej przygnębionej twarzy. Nie chciała wspominać przeszłości. Jednak ten letarg nie trwał długo. Wytarła twarz i podeszła do słoika z lukrecją. Wyjęła ją ze słoja i położyła na wagę. Było tego równo 5 kg. Była to świeża, niewzruszona partia zarezerwowana dla hrabiego Wincentego Habsburga, protektora ziem Śląska Cieszyńskiego w imieniu swego wuja cesarza Leopolda I Habsburga. Wiedziała, że Hrabia przychodził tu tylko po dwie rzeczy: kobiety i lukrecję. W tych trudnych i biednych czasach XVII wieku nie było w Wiśle niczego innego.
Jednak nie wahała się. Wsypała 3 kilogramy do płóciennego worka i włożyła do dużego plecaka mężczyzny. Kiedy wszedł, podeszła do niego i podała drzeworyt.
— Dziękuję. To jest moja rodzina, jak można się domyślić. — powiedział i szybko zamontował dwa bardzo solidne rygle do drzwi.
— Teraz powinno wytrzymać. Ale może dałaby się Pani namówić na sprzedaż tej lukrecji? — zapytał zmartwiony
— Spakowałem ci 3 kilo, jak chciałeś.
— Hrabia nie będzie zły? — zapytał zszokowanym tonem.
— Bądź spokojny, są jeszcze stare sztuczki, które wygrywają z takimi jak on — odpowiedziała, uśmiechając się lekko.
— Rozumiem. W takim razie bardzo dziękuję, proszę 9 talarów za lukrecję — wyciągnął ostatnie pieniądze jakie miał, ale ona je odepchnęła.
— Nie przyjmę od ciebie pieniędzy. Rozumiem Twój ból. Części tego doświadczyłam sama. Pomogłeś mi z drzwiami. Lukrecja jest na mój koszt. Proszę zaopiekuj się swoją rodziną. — wypowiadając te słowa, szybko odwróciła wzrok od wielkiego obrazu wiszącego nad drzwiami i odeszła, odwracając się plecami do mężczyzny za ladą.
Mężczyzna podniósł wzrok i przez chwilę wpatrywał się w drzeworyt. Po długim milczeniu i cichym łkaniu sprzedawczyni mężczyzna poszedł po swoje paczki. Odchodząc, zatrzymał się przy sprzedawczyni, która stała tyłem do niego. Była bardzo pochylona i cała się trzęsła. Wziął dwie najlepsze i największe skóry jakie miał i owinął ją wokół niej. Kiedy już miał wychodzić, złapała go za rękę i powiedziała:
— Nie pozwól im zginąć na tej pustyni, wyjedźcie i nigdy tu nie wracajcie. Obyś ocalił siebie i swoją duszę. — wypowiadając te ostatnie słowa upadła na ziemię i szybkim łykiem przyjęła dużą dawkę opium.
— Taki jest mój zamiar, ale dopiero na wiosnę. Zima w górach jest niestety nie do pokonania. Dziękuję za wszystko, bardzo mi pomogłaś — dotknął jej ramienia i posłał pogodny uśmiech.
— To ja dziękuję, przypomniałeś mi o tym, co zawsze było dla mnie najważniejsze — rzuciła, odwracając się do ściany i jeszcze bardziej płacząc.
Mężczyzna zrozumiał, że czas się pożegnać. Powoli wyszedł z budynku i skierował się w stronę sań. Psy szczekały przeraźliwie. Były to 4 wilczury. Załadował wszystkie paczki na sanki. Sprawdził, czy sanie są dobrze zamocowane i czy nie ma luzu w wiązaniach między psami. Założył rękawiczki i czapkę ze skóry borsuka, po czym jeszcze raz wyciągnął drewniany obrazek, żeby mu się przyjrzeć. Nie napawał się długo. Gdy wyciągnął drzeworyt, rozległ się potężny huk. Miał wrażenie, jakby stado tysiąca koni przebiegło przez szczyty gór i rozbiło się gdzieś w pobliżu. Lawina. Zawaliło wejście na samą górę! Nie tylko nie było drogi, ale wichura się nasiliła. „Ale….czy oni wyszli z domu do miasta?” — pomyślał zmartwiony nagłą zmianą sytuacji. Ale ona nie mogła tego zrobić, przecież obiecała mu, że będzie blisko domu Z drugiej strony wiedział, że jest wybuchowa i piekielnie uparta. I wtedy przypomniał sobie, że chcieli jechać do miasta na festiwal. Nie było go już 3 dni, a był dzien trzecu! W dniu, w którym miał się odbyć festyn! Bez chwili wahania machnął wodzami i rzucił się do przodu. W amoku sytuacji wypadł mu drzeworyt, o którym zupełnie zapomniał. Wcisnął kantar w miękki śnieg i wstał ze śniegu jak pierwsza trawa na wiosnę czekając na pierwszą owcę.
Próżność władzy
11 stycznia 1691 roku
Powóz jechał po bruku. Nie był to przyjemny masaż dla mężczyzn siedzących w powozie. Oprócz wyglądu pojazdu, wszyscy od razu zgadli, kto toczy się po wyboistej drodze. Z rozlewisk Ustronia, gdzie główna droga biegła przez slumsy miejscowych drwali, słychać było pomruki niezadowolenia i określenia w miejscowej gwarze, wyrażające żywą niechęć do władzy. Każdy z mężczyzn pluł na karawane gęstą, żółtą flegmą, dobrze wyssaną z płuc. Pomijając „życzliwość tubylców”, to i tak cud, że udało im się przejść. Zimą jest to bardzo trudne, gdyż kręte leśne drogi często pokrywał śnieg o grubości ponad 2 metrów.
Od majątku cieszyńskiego, a właściwie od ruin „Góry Zamkowej” (obecnie zwanej „Górą Zamkową w Cieszynie”) magnaci mieli do pokonania około 3 godzin krętymi, bardzo wąskimi drogami. Pałac, z którego wyruszyli, nie był już tak piękny jak wcześniej. W wyniku „wojny trzydziestoletniej” (konfliktu europejskiego trwającego od 23 maja 1618 r. do 24 października 1648 r. pomiędzy I Rzeszą a dynastią Habsburgów) z majątku pozostała głównie „Rotunda św. Mikołaja w Cieszynie, wątłe fortyfikacje po stronie południowo-zachodniej, rynek główny i zniszczona, choć niegdyś piękna, siedziba powszechnie znana do dziś jako „Pałac Myśliwski Habsburgów”. Arystokraci udawali się w to samo miejsce, ale tylko z nazwy. W XVII w. w Wiśle nie istniał żaden oficjalny majątek rodowy Habsburgów, choć nie ze względów gospodarczych, lecz politycznych. Byłoby niedopuszczalne, aby władcy i cała śmietanka polityczna identyfikowali się z ludźmi wywodzącymi się z niższej klasy społecznej. Aby uniknąć niepotrzebnych podejrzeń, po wojnie trzydziestoletniej zaczęto tworzyć małe domki myśliwskie, które miały służyć jako punkty, do których można było udać się na polowanie, aby oddać sprawiedliwość wielowiekowej tradycji łowieckiej. Taki drewniany domek powstał także w Wiśle i właśnie przy szlaku na Baranią Górę na polanie Przysłop (900 m n.p.m.). Jednak nie to było ich celem podczas tej ostrej zimy. Nawet gdyby tam dotarli, nie polowaliby na nic w środku zimy. Po co więc jechali do tej wioski? Na to pytanie szybko odpowiedział jeden z trzech mężczyzn jadących powozem.
— „Zgodnie z listem mamy „sprowadzić co najmniej 500 mężczyzn, silnych, młodych i zdrowych, do włączenia do armii na mocy cesarza rzymskiego, króla Niemiec i arcyksięcia Austrii Leopolda I Habsburga. Po zdumiewającym zwycięstwie pod Wiedniem w roku Pańskim 1683, wojska jedynego prawdziwego króla Europy Środkowej, Leopolda I Habsburga, pokonawszy parszywych i brudnych Osmanów (tj. Turków), doprowadziły do prawomocnego katolickiego werdyktu. Każdy wierzący i dobry człowiek stanie na wezwanie do poboru do odparcia kolejnych ataków, które przygotowuje dla nas obrzydliwy lud, który czci nieistotnego i niegodziwego boga Allaha.” — warknął, przybliżając kartkę papieru do swojego grubego, czerwonego jak zimna pizda nosa — „ale tu jest błąd, Allah powinien być pisany małymi literami, dlaczego wielkimi, co za imbecyle. Podobno wielcy skrybowie, znający kilkanaście języków, a nie znający podstawowych zasad ortografii” — śmiał się, aż podskoczył, a wewnątrz wagonu uniósł się kwaśny smród źle strawionej ryby, a dokładniej śledzia, który zjadł przed wyjazdem. Był starszy, brody nie było widać, ale brzuch wyraźnie sterczał i wyróżniał go z grupy mężczyzn. Był gładko ogolony, ale pulchny na twarzy, a policzki miał czerwone od brandy, którą popijał, trzymając w jednej ręce pełną szklankę, a w drugiej ściskając list z królewską pieczęcią.
— „Wasza Wysokość” — zabrzmiał anielski głos sekretarza, skryby, a właściwie prawej ręki protektora, siedzącego obok niego — „nie martw się. To tylko formalność. Na jednym z większych drzew na rynku w każdej wiosce przybijemy dekret Królewskiej Mości o przymusowym poborze do wojska. Minęliśmy już Ustroń. Pozostała już tylko Wisła, a potem możemy jechać do Żywca na doskonałe piwo, które Jego Wysokość tak uwielbia” — dodał, uśmiechając się sztucznie, ale sugestywnie w stronę obrzydliwie grubego spadkobiercy nazwiska Habsburgów. Właściwie nic nie wskazywało na to, że pochodził z tak znanej i walecznej dynastii. Jego wygląd sugerował 3 rzeczy: szybką śmierć z powodu otyłości, analfabetyzm i pychę, która wylewała się z niego tak samo, co tłuszcz z za ciasnej koszuli.
— Żywiec tak, tam chcę być. Tam mamy przynajmniej zamek, posiadłość godną mnie, a nie jakieś hujowe miejsce, w którym nie ma nawet dobrych drinków, a co dopiero kobiet! — parsknął, wkładając rękę do spodni i poprawiając za ciasną koszulę, która go krępowała.
— „Czy żadna z kobiet nie zadowoliła Cię wczoraj wieczorem w tawernie w Ustroniu?” — rzucił mocnym tonem siedzący naprzeciw nich mężczyzna. Był krępy, miał blond włosy, bardzo bujne i niebieskie, przenikliwe oczy. Nie mógł mieć więcej niż 30 lat. Jego wzrok wbił się w obrońcę niczym sztylet w ciało ofiary. Było coś niepokojącego w jego posturze i ciele. Pasażerowie o tym wiedzieli i każdy z nich na chwilę zamilknął.
Po długiej pauzie i czerwieni na twarzy starego księcia, którą można było uznać za zakłopotanie, odezwał się surowy głos:
— Na twoim miejscu nie odważyłbym się. Żyjesz dzięki mnie i mojemu dobremu sercu. Gdyby nie ja, dawno temu brudni Turcy gościliby cię w jakimś burdelu w Turcji!! Mogłem zostawić cię w Transylwanii na śmierć! — krzyknął tak głośno, że woźny odwrócił się — Zatrzymaj powóz! Zarządzam przerwę — nie zaczekał, aż woźny całkowicie zatrzyma powóz i otworzy drzwi. Mimo swojej otyłości z wdziękiem wyskoczył z powozu i stanął na nogi. Grawitacja mu pomogła. Szybko odszedł na bok z pełną butelką przeklinając pod nosem.
— I nadal robisz swoje? Po co dolewasz oliwy do ognia? Wiesz, po co tu jedziemy i co musisz zrobić. Nie trzeba mi utrudniać zadania, więc mam już dość odgrywania dobrego i posłusznego lokaja, który jest na każde jego zawołanie” — mówił takim tonem, że nie można było wyczuć, kto ma do czynienia z karty tutaj. Miał śnieżnobiałą twarz, nie był albinosem, ale był strasznie blady i chudy. Z wyglądu przypominał chłopca, bardzo młodego. Był jednak starszy od blondyna stojącego naprzeciwko niego. Jego włosy były czarne i długie, lekko kręcone, ale bujne. Ubrany w czarny strój i długi płaszcz, wyglądał jak wampir. W dłoni trzymał kielich z winem. Zawsze pił wino i zawsze musiało być czerwone jak krew.
— Tak, dalej robię swoje, bo już dawno chciałem go zabić. Ty ciągle mówisz, że to za wcześnie i że to mi nic nie da, a ja Ci mówię, że jego śmierć dobrze mi zrobi”. — wymamrotał i wychylił się przez małe okienko do woźnicy — „E! Bogdanie! Chodź tu.”
Woźnica zszedł z powozu i powoli ruszył w stronę swego pana. Bogdan był z blondynem od początku jego wyprawy, czyli od objęcia władzy w Rumunii przez Habsburgów (lata 80. XVII w.). Był prostym człowiekiem, nie umiał czytać ani pisać, ale był bardzo uczciwy i szczery. Typowy rumuński przedstawiciel klasy robotniczej. Dobrze zbudowany, czarne oczy, twarz po przejściach, mnóstwo blizn i kilka zębów — tak można go było opisać na pierwszy rzut oka. Był jednak ciekawie ubrany. Nosił lekką zbroję, popularną na Węgrzech i w Rumunii, wykonaną z odlewanego brązu i żelaza. Była jasna i błyszcząca, co w połączeniu z brakiem zębów, gdy się uśmiechał, tworzyło dość komiczną całość. U pasa niósł pokaźny nóż myśliwski i szablę.
— „Jak długo już ze sobą podróżujemy, Bogdanie?” — zapytał blondyn oczami penetrującymi biednego człowieka niczym szakal w swoją ofiarę.
Bogdan głośno przełknął ślinę. Śnieżnobiały człowiek usłyszał jego jęczenie i włączył się do rozmowy, nie podnosząc się z siedzenia:
— „Nie odpowiadaj na to pytanie i wracaj do siebie, jeśli życie ci miłe” — rzucił chłodnym, ale krwiożerczym, stanowczym tonem.
Woźnica jeszcze bardziej bał się „Białego Pana”, jak go nazywał, więc skłonił się i szybko odszedł zajmując się końmi.
— Dlaczego psujesz mi wszystkie rozmowy?! Przecież nawet nie wiesz, o co chciałem zapytać! — poskarżył się urażony jak dziecko, gdy zabrano mu zabawkę. Skrzyżował ramiona i spojrzał na niego. Nie trwało to jednak długo i przeniósł wzrok na otaczające łono natury. Padał lekki śnieg i zachodziło słońce. Gdzieś w oddali dostrzegł jelenia poszukującego skrawka roślinności. Wydawało mu się nawet, że widział dzika, ale nie był pewien.
— Nie oszukuj się. Wiem, o czym myśli każdy człowiek. Nie jesteś wyjątkiem. Wiem, że chciałeś z nim porozmawiać o zamachu na Protektora Vincenta. Wiem też, że chciałeś mu hojnie zapłacić, żeby uniknąć brudzenia sobie rąk.......Musisz uzbroić się w cierpliwość. Już niedługo będziemy mogli zrealizować mój plan” — powiedział, patrząc na wracającego do powozu grubego wieprza, którego miał nazwać swoim Panem, „Nigdy więcej tego nie rób, bo zabiję”. ” — dodał to już w myślach.
Młody blondyn nagle zbladł i przypomniał sobie, dlaczego bał się mężczyzny, który na pozór wydawał się słaby fizycznie. Zaczął się pocić i dławić.
— „Obiecuję, że przestanę!” — zawył i nagle koszmar trzymający go za serce uciekł. Mógł normalnie oddychać. Złapał się za pierś i szybko przechylił kieliszek z winem, który podał mu dręczyciel.
Tymczasem hrabia wszedł do powozu. Usiadł z prawie pustą butelką i kazał woźnicy prowadzić. Powóz ruszył.
— „Widzę, że przemyślałeś swoje zachowanie, bo jesteś blady, jakbyś rozmawiał z duchem” — zaśmiał się patrząc na siedzącego obok niego asystenta. Jednak uśmiech szybko zniknął, bo zobaczył, że jego asystent jest poważny jak muzyka poważna.
— No, nic, napijmy się, bo trochę czasu minie, zanim dotrzemy do tawerny w centrum Wisły. Bogdanie! Pamiętajcie, że chcę tam dotrzeć przed zmrokiem, bo potem ciężko o dobry pokój”.
Resztę drogi przebyli w milczeniu. Im bliżej byli Wisły, tym droga stawała się coraz gorsza. Nawet lawina, którą dobrze słyszeli i widzieli, nie wyrwała ich z milczenia. Tylko blondyn pomyślał: „A jeśli ktoś tam mieszka, to ma straszne życie. Taka lawina, to musi być straszne. Jak odśnieżyć? Nie, na pewno tam nie mieszka nikt, chyba że dzikie zwierzęta.”
„Zdziwiłbyś się, gdzie można żyć” — dodał głos w jego głowie, ponury i zimny. Nie myślał już więcej, aby jego blady towarzysz nie mógł włamać mu się do głowy. W sumie często to robił i blondynowi nie przeszkadzało to, ale dzisiaj przesadził…
Tylko na rynku było trochę lepiej oprócz dróg. Dotarli do jedynej tawerny, w której zawsze się zatrzymywali, minęła ich powoza konna z kilkoma psami i poganiającym je mężczyzną, bezlitośnie krzyczącym w mało znanym magnatom dialekcie.
Co za zapach, kto to jest? Zapach człowieka z lasu, wyraźnie dzikusa, ale zapach jest aksamitnie delikatny, jakby był kimś innym niż tubylcem” — myślał blady arystokrata, przygryzając wargę, próbując ukryć podekscytowanie. Coś jest nie tak, stara krew dawno wymarła, przynajmniej mnie tego nauczono, chyba że… to niemożliwe.…”
Z amok zachwytu wyrwał go głos woźnicy Bogdana:
— „Wysokość, przybyliśmy!” — wykrzyknął zadowolony z siebie na równi, gdy dziecko zorientowało się, że dobrze połączyło litery, pisząc pierwsze słowa.
— „Wreszcie…” — mruknął hrabia — „przedstaw mnie tym zwykłym ludziom, żeby wiedzieli, kto przybył” — dodał, poprawiając tłustą od potu koszulę.
— ' Oczywiście, Wasza Wysokość, proszę nie wychodzić, dopóki nie przedstawię hrabiego tej osobie” — odpowiedział blady mężczyzna z uśmiechem.
Blondyn i „Biały Pan” opuścili powóz. Bogdan zajął się eskortowaniem koni do stajni. Rynek był zupełnie pusty. Był już częściowy mrok. Część osób zebrała się w tawernie. Głównie pracownicy tawerny i prostytutki, na widok których hrabia ślinił się, a oni robili odwrotnie.
Blady pan mruknął:
— „Drodzy obywatele tej ziemi! Przedstawiam Państwu jedynego właściwego magnata, który może sprawować władzę na ziemiach Śląska Cieszyńskiego w imieniu wuja tej osoby, cesarza i króla Europy Środkowej Leopolda I Habsburga, wybitnego, wyjątkowego, szlachetnego i dobrego serca hrabiego i protektora te ziemie, książę Wincenty Habsburg! — lukier w ten sposób, hrabia uśmiechnął się do siebie i gdy zaczął wychodzić z powozu, ludzie powoli zaczęli klaskać. Wymowny wygląd bladego mówcy pobudził wszystkich i nagle oklaski stały się gwałtowne i bardzo żywe. Hrabia długo zwlekał z gromkimi brawami. Po kilku minutach wszedł do środka i zniknął wraz z kilkoma kobietami w jakimś pomieszczeniu.
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Bogdan zaczął zbierać bagaże i zaniósł je do domu, gdzie chłopiec je odebrał i zaniósł do odpowiednich pokojów. Biały pan i blondyn zapalili fajkę na polu. W świetle gwiazd próbowali rozrzedzić swoje myśli, żeby się zrelaksować. Nie chcieli rozmawiać, ale też, jak widać, nie chcieli spać. Obserwowali pojedynczych ludzi odpoczywających. Na rynku nie było zbyt wielu budynków. Było tam kilka kramów z płodami rolnymi, bar, jedna restauracja, stajnie, zbrojownia, kowal, szewc i kilka mniejszych domów mieszkalnych. Karczma była, obok kościoła, co bardzo niepokoiło Białego Pana, największym budynkiem w całej Wiśle. Jednorazowo mógł pomieścić 200 osób i posiadał całkiem sporo apartamentów klasy magnackiej, czyli z łazienkami i wygodnymi łóżkami.
Zza rogu otworzyła kobieta w średnim wieku. Zaniosła nieczystości zwierzętom. Blondyn siedział na werandzie i dotykał fajki. Biały Dżentelmen poczuł dziwnie znajomy zapach, który wyczuł, gdy minęły go sanie dzikiego nieznajomego. Powoli zbliżył się do kobiety. Karmiła swoje psy, które były w kojcu. Kiedy mężczyzna podszedł na odległość kilku metrów, psy zaczęły uciekać i pobiegły do swoich bud. Kobieta odwróciła się i była lekko przestraszona, ale szybko opanowała się, gdyż mężczyzna skojarzył jej się z barwną mową.
— „Nie chciałem cię przestraszyć, ale z tobą porozmawiać” — powiedział z szarmanckim uśmiechem na ustach.
— „Jeśli to ma być pochwała hrabiego, to podziękuję za taki dialog” — odpowiedziała.
— „Hahahaha, nie w życiu. Chciałem wiedzieć, czy nie ma pan dla nas pokoju — wskazał palcem na blondynkę — „jakiś pokój w mniej hałaśliwym miejscu?” — zapytał, patrząc oczami w jej serce, a nie w oczy. Wyczuwał, że to nie jej zapach go sprowadził, ale raczej to ona miała kontakt z tym kimś. Musiał dowiedzieć się, kto to był, „ale przydałoby się, żeby było mniej tajemniczo” — pomyślał.
— „Skąd wpadłeś na pomysł, że wynajmuję pokoje w tawernie?”
— Wyszedłeś wejściem dla pracowników i jesteś ubrany inaczej niż reszta. Na pewno jesteś właścicielką lub współwłaścicielką tawerny — próbował się z tego wykręcić, bo rzeczywiście czytał jej w myślach, że jest współwłaścicielką z inną kobietą.
— „Właściwie jestem współwłaścicielką tawerny… co Ci się nie podoba w naszych pokojach? Hrabia zawsze ich chwalił. Jesteś u nas po raz pierwszy? Nie przypominam sobie, żebyś kiedykolwiek tu był. Skąd więc wiesz, jakie mamy pokoje? — dodała, patrząc podejrzliwie na bladego mężczyznę. Nie bała się go, ale była raczej ciekawa, o co mu naprawdę chodzi.
— „Nie byłem tu wcześniej, to prawda, ale mój przyjaciel, który podróżuje z hrabią, był tu już wcześniej” — ponownie wskazał palcem na blondyna. Kobieta wytężyła wzrok.
— „Wydaje mi się, że… Pan. Lucjan de Pomelo? Był tu kilka razy jako myśliwy i pomagał hrabiemu w polowaniu na zwierzęta, bo on nie umie nic zrobić” — dodała, rzucając mocno sarkastyczną wypowiedź.
— „Haha, no cóż, widzę, że uwielbiasz hrabiego tak jak ja” — uśmiechnął się, wyłapując w rozmowie z nią wspólną interpretację. — „Prawie wszystko się zgadza, tyle tylko, że ma na imię Lucio i jest myśliwym magnackim, polującym w imieniu Jego Cesarskiej Mości Leona…” — przerwała mu:
— „Więc czego tak naprawdę ode mnie chcesz?”
— „Szanowna pani, według Lucio goście robią dużo hałasu i muszę tego unikać”. — właściwie to w nocy dobijał go nadmiar myśli. — Mówi się, że masz sklep, w którym Lucio kupował różne rzeczy dla hrabiego, a nad nim masz kilka odosobnionych pokoi. Czy mógłbym wynająć dwa zamiast jednego dużego apartamentu w tawernie? — on zapytał.
— „Możemy to zrobić, ale cena pozostaje ta sama, proszę się nie targować” — zażądała.
— Nie mam zamiaru, dziękuję uprzejmie. Pójdę po bagaż i udam się tam z moją towarzyszką — powiedział odchodząc.
— Przepraszam, ale muszę przepisać pańskie dane osobowe z jednego rejestru do drugiego. Jak tam twoja godność? — zapytała z nieukrywaną ciekawością.
— Gdzie są moje maniery. Proszę wybaczyć mi takie zachowanie. Tyle, że dzisiaj moje myśli krążą i nie jestem sobą — powiedział z zapałem — „nazywam się Włodzimierz i jestem wpisany na listę sekretarzy generalnych hrabiego Wincentego Habsburga. Jaka jest twoja godność?
— Jestem Magdalena Fiodor. A twoje pełne imię i nazwisko? Na kartce wpisujemy gości z pełnego imienia i nazwiska, a mam tu kilku Włodzimierza” — dodała zaskoczona, że nie dał ani jednego.
— „Nie mam, ale mówią na mnie Władimir Blady, więc pewnie tak jest zapisane”. — Odszedł szybkim krokiem, jakby urażony tym, co powiedziała.
Kobieta zniknęła w tawernie, a Vlad zaczął szukać tego zapachu, który tak bardzo go niepokoił. Szepnął do Łucji, żeby zadzwonił do Bogdana i zabrał ich rzeczy do domu pani Fiodora, która ma sklep spożywczy. Vlad natomiast poszedł za zapachem. Zdziwił się, kiedy przybył do domu pani Fiodora. Zapach był bardzo silny, ale nie wydobywał się z żadnego budynku. To było na zewnątrz. Podchodził coraz ostrożniej i po chwili w coś uderzył. Pochylił się i poczuł ekstazę. Na ziemi leżał drzeworyt. Niezbyt duży. Wieko było otwarte i szybko zorientował się, że było to zdjęcie jakiejś rodziny. Wziął go do ręki. Wciągnął zapach drzeworytu do płuc, jakby miał za chwilę zanurzyć się w głębinach oceanu. Do jego nozdrzy wszedł cudowny zapach: elementy pożądania, walki, ale także strachu, które tak bardzo kochał, były w tym zapachu obecne. Skupił swoje czarne jak smoła oczy na zdjęciu. Jego gałki oczne zaczęły się powiększać jak u kota przygotowującego się do skoku na ofiarę. Zaczął zgrzytać zębami i wbijać wydłużone teraz pazury w śnieg. Przeanalizował drzeworyt i zdał sobie sprawę, że zostawił go ktoś z tym zapachem. Musiał się gdzieś spieszyć, bo przecież widać, że to pamiątka. Zapach nie zapewnił mu jednak spokoju ducha.
— „Co znowu robisz Vlad?” — zapytał zdziwiony Lucio.
— „Eeee… Patrzę na ślady zwierząt. Coś tu musiało przebiec” — starannie włożył drzeworyt do kieszeni, zwracając się do Lucia i Bogdana.
— „Pffff… Znawca tematu.” — Parsknął, gdy zbliżył się do schodów. — „Wilczarz czechosłowacki w ilości …1,2,3,4. Cztery duże wilczarze. Wiek do 3 lat. Bardzo młode, ale silne stworzenia. Jednoosiowe sanie, zrobione z popiołu, zdecydowanie dobre do ścigania psów.
— „Dlaczego powiedziałeś, że musi być dobrym ścigaczem psów”? — zapytał zaciekawiony Vlad.
— „Widzę po wielkości psich łapek, że umieścił je z przodu, od najsłabszego do najsilniejszego, niekoniecznie parami obok siebie”.
— Co masz na myśli mówiąc: nie obok siebie?
— Widzisz, odległość od każdej łapy jest inna, ale mają one zasadniczą wspólną cechę, że nie zachodzą na siebie w linii poziomej. Zrobił to po to, aby podczas wspinaczki w górach psy mogły odpychać się nawzajem na boki, co pozwala mu dobrze kierować, ale co najważniejsze, daje mu siłę potrzebną do wspinania się na strome, zaśnieżone zbocza.
— „Niesamowity. Rozumiem, dlaczego jesteś imperialnym łowcą. Najważniejsza jest wiedza praktyczna.”
— „Więcej opowiem jutro rano” — dodał, wchodząc z Bogdanem do chaty pani Fiodora.
— Kimkolwiek jesteś, gdziekolwiek jesteś! Wędrowiec o smaku słodkim jak kwiat hibiskusa! Znajdę cię i sam cię pochłonę! — obiecał, wrzucając te słowa w ogłuszającą ciszę.
Wyciągnął słonkę z kieszeni i ponownie skupił się na jej zapachu. Wzrok skierował go na strome zbocze jakiejś odległej góry, którą ledwo widział nawet swoim nadprzyrodzonym wzrokiem.
— Chodź Vlad! Nie wiem, czy wziąłem właściwą walizkę” — krzyknął Lucio, wybiegając na ganek.
Przerwał mu rozmyślanie, które brzmiało mniej więcej tak:
— Jeśli to stara krew, bez względu na pochodzenie, to muszę ją mieć. Może wtedy poczuję się tak jak wtedy z tobą, moja droga Elizabeth….
Mistrz i Uczeń
8 stycznia 1691 roku
Ślady wskazywały na niedźwiedzia. Były duże, ale skupione w kręgu, co mogło sugerować, że mają do czynienia z niedźwiedziem. Zwierzęta kopytne spotykane w Ostrawie, takie jak jelenie i dziki, były tak powszechne, jak susze na Saharze. Niedźwiedź to jednak zupełnie inna historia. Za panowania Habsburgów te majestatyczne zwierzęta były na skraju wyginięcia. Problemem nie była sama rodzina rządząca, ale jej mania polowania na największe możliwe zwierzęta. Panujący obecnie król Leopold Habsburg I nie różnił się w tym sporcie od swoich przodków. Ilekroć nadarzyła się okazja, by zapolować na niedźwiedzia, sam wyruszał na polowanie, nie dbając o to, czy ma u boku ochroniarza, czy nie. Być może był tak odważny, jak twierdzili biedni mieszkańcy zaściańskich przedmieść Ostrawy. Wydaje się jednak, że przyczyną odwagi arystokraty był jego wierny towarzysz, a w istocie posłaniec Watykanu, Gabriel Van Helsing. Znany jako utalentowany detektyw, traper, odkrywca zaginionych artefaktów i pogromca potworów działający w imieniu Watykanu, Van Helsing nigdy nie opuścił boku swego pana. Takie były rozkazy, które otrzymał z Watykanu. Powód ochrony cesarza był jednak zupełnie inny niż przyziemna troska o zdrowie Cesarskiej Mości. Van Helsing otrzymał cynk, że Lycanthropeszaczęli gromadzić się w Ostrawie i polowali na Leopolda Habsburga I.…
Van Helsing miał nadzieję, że dzięki żarliwej miłości cesarza do polowań uda mu się w końcu podczas takiej wycieczki wyśledzić legowisko Lykanów. Problem polegał jednak na tym, że miał przy sobie tylko jednego ze swoich protegowanych, a legowisko Lykanów mogło być spore. Lucio — najstarszy z jego uczniów — powinien przebywać w Transylwanii, walcząc z hordami wampirów i upiorów z niższej klasy, a być może już wrócił do Budy-Pestz dobrymi wieściami dla Zakonu, a za chwilę Van Helsing usłyszy o jego brawurowych poczynaniach. Gabriel jednak przeczuwał, że coś jest nie tak, bo od zeszłej wiosny nie dostał od Lucio znaku życia, a w końcu mamy już styczeń, więc minął już prawie rok, odkąd dostał od Lucio głos życia. Lucio. Nie mógł jednak zadręczać się tą myślą, gdyż od niemal dziewięciu miesięcy tropi Lykanów po całej środkowej i południowej Europie.
— „Mistrzu, kolejne ślady prowadzą na wzgórze.” — blondynka o jadeitowych oczach wskazała miękkim głosem. Była taką pięknością. Jej twarz była blada, ale nie blada, co w połączeniu z niebieskimi oczami tworzyło przyjemny widok. Mogła mieć około 20 lat. Ubrana była w długi, ciemnoniebieski płaszcz. Jej buty były umazane błotem, ale widać było, że pokrywa je dobra lisa skóra. Spoza kaptura, patrząc wstecz, wystawał długi miecz, a właściwie jego rękojeść. Ostrze było dziwnie zdobione, przypominało polską szablę z XVII wieku, ale było zakrzywione jak pirackie i miało ochronną pochwę na dłoń. Był to miecz jednoręczny, ale budził podziw, biorąc pod uwagę, że ochroniarz cesarza nosił jedynie drewniane łopaty z ostrymi żelaznymi końcówkami i lekką zbroję oraz hełmy wykonane z lekkiego stopu żelaza.
Van Helsing zsiadł z konia i przywiązał klacz do włókien dębu wijącego się po i tak już stromej drodze na przedmieściach Ostrawy. Pogłaskał konia i dał mu kawałek jabłka, sam gryząc po kawałku. Rzucając skórkę na ziemię, ruszył w stronę oddalonej o kilkadziesiąt metrów eskorty cesarza.
Ubrany był w kapelusz z czarnej skóry cielęcej. Jego długie, kruczoczarne włosy falowały na plecach. Jego płaszcz był wykonany ze skóry bydlęcej, również w kolorze czarnym, ale pod spodem miał kamizelkę wykonaną z połączenia skóry i żelaza. Sprawiał wrażenie potężnego mężczyzny, silnie zbudowanego i zdecydowanego. Jego twarz kontrastowała jednak z tym opisem. Było pokryte zmarszczkami i kilkoma drobnymi bliznami. Choć gładko ogolony, wykazywał oznaki doskonałej starości. Mógł mieć 50 lat, może więcej. Jego skórzane, wysokie buty wojskowe tonęły w błocie. Minął 6 strażników i 2 królewskich traperów z łukami, karabinami i zimnymi spojrzeniami.
— „Wasza Wysokość Cesarzu, musimy zostawić konie i na nogach udać się w góry, jeśli chcemy wyśledzić zwierzynę” — powiedział grzecznie Van Helsing cesarzowi.
— „Gabriel, czy nie byłoby lepiej wysłać z tobą moich dwóch traperów i wytropić niedźwiedzia? Twój uczeń zostanie z nami, a my odetniemy drogę uciekającemu zwierzęciu na koniu. — powiedział cesarz, uśmiechając się do blondyna i zalotnie kręcąc swoje krzaczaste i spiczaste wąsy.
Van Helsing spojrzał na swojego ucznia. Miała płomienie w oczach i wiedział, że gdyby ją zostawił, mogłoby się to źle skończyć, gdyby nie sam cesarz i jego ludzie.
— „Z całym szacunkiem, cesarzu, potrzebuję Cecylii u swego boku w polowaniu.” — odpowiedział pewnie Gabriel, uśmiechając się do Cecylii, co nie umknęło uwadze traperów.
— „Po co ci kobieta w lesie, wielki Van Helsing?” — zachichotał jeden z brudnych i brudnych traperów z ogromną blizną na połowie twarzy — „Nie możesz upolować jednego niedźwiedzia, mając u boku tyle zabawek?”
Cecilia położyła dłoń na małym sztyfcie i zagryzła wargi. Van Helsing jednak chwycił ją za rękę. Uspokoiła się i poczuła, że nogi znów robią jej się jak z galarety. „Dlaczego tak bardzo go pragnę?” — zadawała sobie retoryczne pytanie w myślach, zasłaniając swą młodą twarz fioletowym znakiem zawstydzenia.
— „Nie sądzę, że mamy do czynienia tylko z niedźwiedziem. Gdyby tak było, wysłałbym was obu” — zwrócił się do traperów — „na polowanie na zwierzynę” — wszyscy spojrzeli na wielkiego myśliwego z wielkim zdziwieniem w oczach.
— „Ale… co masz na myśli Gabrielu?…” — zapytał król Leopold niepewnie przełykając ślinę.
— „Być może trafiliśmy do wilczej nory. Spójrz na ślady stóp pomiędzy śladami wielkiego niedźwiedzia. Widać, że na tych samych śladach znajdują się dosłownie inne ślady. Są podłużne i mniejsze, ale głębsze niż ślady niedźwiedzia. Nie mają długich pazurów, ale kilka mniejszych, bardziej masywnych. — Powiedział, milcząc na chwilę. — „Myślę, że mamy do czynienia ze stadem co najmniej 10 wilków.”
— „Hahahaah” — zaśmiał się jeden z traperów, ten z większym brzuchem — „10 wilków i jeden niedźwiedź i wielki Van Helsing boi się takiego starcia? Prawdopodobnie niedźwiedź jest już zjedzony, a wilki są wyczerpane. Cóż za żałosne wymówki. Mój brat i ja sami na nie polujemy. — powiedział ruszając z bratem traperem przez las.
„Proszę, przynieście mi głowę i futro niedźwiedzia!” — krzyknął cesarz do odchodzących traperów.
— „Królu! To nie są zwykłe wilki, powstrzymajcie je, bo…” — Van Helsingowi przerwał król:
— „Strażnik! Razem z nimi 4 mężczyzn. Jeśli Van Helsing tak bardzo boi się moich wybitnych traperów, to w 6 myślę, że poradzą sobie z parą wilków i wyczerpanym niedźwiedziem.” — powiedział dumnie król, a jego straż już podążała za dwoma traperami. Konie zostały i maszerowały.
Dwóch pozostałych strażników zbliżyło się do Leopolda i stanęło na baczność, strzegąc swojego króla przed niewidzialnym jeszcze celem.
Van Helsing chciał dokończyć, ale nie miał czasu, bo wyprzedziły go przenikliwe krzyki ludzi. Wszyscy, z wyjątkiem wielkiego myśliwego, zamarli ze strachu. Cecilia wiedziała, z czym się zmagają, lecz Van Helsingowi nie udało się wyjaśnić reszcie załogi, z czym mogą się spotkać. Z tego powodu król Leopold Habsburg I był w wielkim szoku.
W oddali słychać było przerażające krzyki. Wydawało się, że się od nich oddalają, co zaskoczyło szczególnie Van Helsinga. „Czy to możliwe, że traperzy i żołnierze stawiali opór i wpędzali zwierzynę w głąb lasu? Skąd więc te krzyki?” — pomyślał myśliwy. Szybko jednak otrzeźwiał i zwięźle wyjaśnił, z czym się borykają:
— „To nie są zwykłe wilki! Nie wiedziałem, jak ci to powiedzieć, żebyś się nie przestraszył, ale kilku z nich to prawdopodobnie Lykanie, którzy wmieszali się w stado wilków, aby polować na myśliwych w lasach” — powiedział załamany Van Helsing.
— „Masz na myśli wilkołaki?!!! — wykrzyknął Leopold — „Dlaczego nie powiedziałeś od razu!!!?Strażnicy przyprowadzają konie. Gabrielu, ratuj ich w imię Boga, a ja ze strażnikiem szybko udam się do miasta i wyślę wiadomość do Watykanu”.
— „Cecilia będzie ci towarzyszyć i chronić.” — powiedział, przyprowadzając dla niej konia i szepcząc jej do ucha: „Jedź do Budy-Pestu i poślij po Luciana i nie czekaj na mnie w Ostrawie”.
— „Ale Mistrzu, nie opuszczę Cię. Chcę walczyć! Pozwól mi w końcu się wykazać” — jej oczy nabrały wodnistego koloru od siły łez.
— „Ceci” — objął ją dwoma ramionami mocno ściskając — „proszę, posłuchaj mnie i nie bądź uparty jak twój brat. Znajdź go i przyjdź tu z odsieczą Watykanu. Nie martw się o mnie, przezwyciężałem gorsze sytuacje. — Odwrócił się i chciał wsiąść na konia. Ona jednak podbiegła i go przytuliła. Cecylia chciała go pocałować, ale wiedziała, że śluby czystości i obecność cesarza na to nie pozwalają.
Otarła łzy — „Mistrzu, pokonaj ich w imię Boga Jedynego” — odwróciła się i dosiadła rumaka.
— „Gabriel” — Leopold uścisnął dłoń myśliwego i dodał — „Spotkamy się później w Budzie-Pest na drinka.” — dodał szepcząc mu do ucha: — „Nie martw się o utratę życia, złap je stworzenia” — brzmiało to bardziej jak rozkaz niż przyjacielska rada. Obaj uśmiechnęli się i ruszyli dalej.
Cecilia ostatni raz widziała Van Helsinga w deszczowe południe 11 stycznia 1691 roku. Patrzyła, jak odjeżdżał na swoim wierzchowcu po stromym zboczu, posuwając się coraz szybciej do przodu.
Wiatr muskał jej włosy i ocierał łzy. Nie wiedziała, dlaczego była smutna, czy z powodu możliwej śmierci swojego pana, czy może dlatego, że dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak ważny był dla niej i że może go już nigdy więcej nie zobaczyć..…
Do ostatniej kropli krwi
Po południe 8 stycznia 1691 roku
Rumak nie wytrzymał długo, nie tyle tempa pościgu, co stromego zbocza. Van Helsing czuł drżenie mięśni swojego zwierzaka. Zwalniając, wspiął się na ostatnie metry stromego zbocza i wychodząc ze stromego, obficie pokrytego śniegiem wąwozu, zatrzymał się w otwartej dolinie. Choć był styczeń, słońce znad południowego stoku przebijało się soczystymi promieniami ogrzewającymi całą dolinę. Było mało śniegu i mnóstwo dzikiej przyrody. Krajobraz wydawał się idylliczny i nic nie zapowiadało rzezi, jakiej spodziewał się Van Hesling. Myśliwy zsiadł z konia i po chwili upadł na trawę. Jego kopyta były w złym stanie od walenia o twarde zbocza. Van Helsing wiedział jednak, że koń jest silny i może przeżyć, jeśli da mu chwilę odpoczynku i odpowiednio się nim zaopiekuje. To była góra piękna i inteligencji. Kolor jego białej sierści zlewał się z pojedynczymi stertami śniegu w dolinie. Van Helsing wyciągnął z plecaka znajdującego się w tylnej kieszeni siodła duży zbiornik na wodę. Napełnił swój skórzany zbiornik wodą i powoli wlał resztę do pyska zwierzęcia. Zwierzę piło łapczywie, ale po chwili uspokoiło się, a nawet wyrównało oddech. Myśliwy oczami szukał traperów i żołnierzy. Był pewien, że co najwyżej dotarli do doliny, bo przecież tę odległość przeszli pieszo, a on jechał konno. Nie potrafił określić, dokąd poszli. Nie tracąc czasu, zaczął rozglądać się po dolinie. Miał kilka akrów szerokości. Od wschodu i zachodu otaczały go strome góry czeskie. Kierunek południowy, wyraźnie docelowy Van Helsinga, był zdecydowanie inny. Dolina nie była szeroka, ale bardzo ciągnęła się w kierunku południowym. Kilkaset metrów dalej dostrzegł starą stodołę, prawdopodobnie chatę pasterską — pozostałość po tułających się Wołochach z Bałkanów, którzy osiedlili się w tych okolicach i przywieźli ze sobą kulturę i szaleństwo pasterskie już w XIII wieku. Z daleka trudno było ocenić, nawet oko sokoła myśliwego nie było w stanie odpowiedzieć, czy jest zamieszkane, czy nie. Wyciągnął teleskop z wewnętrznej kieszeni płaszcza. Przymocował go do lewego oka, nad którym jedna z blizn tworzyła na jego twarzy zabawny okrąg. Zaczął się rozglądać. Po chwili zadrżał, co zdarza mu się rzadko. Przednia część chaty wyglądała normalnie, lecz z boku widać było zwłoki ludzi. Koń wyczuł niepewność swego pana. Zaczął się podnosić. Van Helsing chwycił wodze konia i pomógł mu wstać. Nogi konia drżały. Nie wiadomo, czy ze strachu, czy z trudów podróży. Van Helsing wyciągnął z jednej z mniejszych kieszeni siodła dwie duże marchewki i kawałek suszonej wołowiny. Połamał marchewki, ogrzał je w dłoni i dał do zjedzenia swemu rumakowi. Koń potrzebował chwili, żeby się pokolorować, ale Van Helsing, podczas żucia mięsa intensywnie kontemplował.
— Jakie to ma znaczenie? Czy zamordowany wieśniak ma coś wspólnego z pościgiem? A co z traperami i żołnierzami? — wiele pytań zadawał sobie myśliwy, ale nie znał odpowiedzi.
Van Helsing zauważył, że w dolinie, w krzakach na wschód od nich, znajdował się kolejny budynek. Była to ambona myśliwska, a tuż obok niej znajdował się niewielki magazyn. Postanowił zaprowadzić tam konia, schować go i rozejrzeć się z ambony. Pociągnął konia i powoli zaczęli iść w stronę ambony. Pogoda była piękna, ale było już dobrze po południu i Van Helsing wiedział, że ma mało czasu na wyśledzenie zwierzyny i ofiary, pomijając to, kto jest kim w tym momencie. Po kilku minutach dotarli do ambony. Był ogromny i wysoki na 10 metrów. Z takiej wysokości można swobodnie ocenić sytuację. Magazyn znajdujący się obok ambony był niewielki. Mógł mieć kilka metrów kwadratowych. Wewnątrz nie było nic godnego uwagi poza sianem dla zwierząt, skromną ilością warzyw i beczkami wody. Van Helsing wprowadził konia do środka, który szybko chwycił za wodze. Korzystając z okazji, Gabriel zaopiekował się kopytami klaczy. Ubrał ich w dwie rolki czystych szmat, które znalazł w magazynie. „Obym nie musiał korzystać z twoich usług, ponieważ nie zajedziesz daleko ani nie pospieszysz, przyjacielu” — powiedział. — powiedział głośno głaszcząc konia. Wkrótce z tej przyjemnej sceny wyrwał go krzyk mężczyzny. Było lekko zniekształcone i niosło się niczym echo przez warstwy gęstej roślinności w dolinie.
Wybiegł na zewnątrz. Słońce złowieszczo schowało się za kapryśnymi chmurami, tworząc nieprzyjemną scenę. Van Helsing próbował wyśledzić, skąd dochodzi dźwięk. Jednak było to trudne. Wspiął się na ambonę. Wewnątrz znalazł jeden duży muszkiet, garść naboi i trochę prochu. Zmarszczył brwi, patrząc na swój sprzęt. Za pasem miał przywiązane dwa tomahawki, 10 noży do rzucania umieszczonych w pochwach na piersi myśliwego, 2 naładowane pistolety ze srebrnymi nabojami, 2 małe noże w schowkach w butach i jeden duży miecz wykonany ze srebra. Oprócz tego miał przy sobie muszkiet, który zostawił przy koniu, a także proch i srebrne kule w ładownicy u pasa. Wiedział, że tylko srebrne kule mogą coś zrobić, tak samo jak jego srebrny miecz. Żałował, że nie ma wszystkich przedmiotów wykonanych ze srebra, ale nie miał na to czasu. Do Watykanu dotarły pogłoski, że nora Lykanów faktycznie może znajdować się w Ostrawie, ale nie było to wcale pewne. To też nie był czas na takie dylematy.
Wziął muszkiet do ręki i szybko dokonał niezbędnego przeglądu broni. Tyłkę wykonano z orzecha włoskiego. Piękne ciemne drewno dobrze komponowało się z metalową lufą. Wsypał uncję czarnego proszku, mierzoną na oko. Umieścił starannie odbity gwóźdź, który wyciągnął z małej kieszeni czarnego płaszcza. Wbił mocno gwóźdź w gardziel lufy. Wyciągnął srebrną kulę z woreczka, który miał przy pasku. Kula zamigotała, a jej odbicie oświetliło ponurą scenerię zapomnianej przez Boga czeskiej polany. Postawił broń pionowo kolbą w dół i palcem wcisnął nabój do wnętrza lufy, gdyż nie miał smaru ułatwiającego zadanie. Uderzeniem wepchnął kulę do środka, ale nie użył zbyt dużej siły, bo wiedział, że może przebić przebicie. Podniósł broń i wytężył wzrok. Krzyki ucichły. Jego pozostałe dwa pistolety były naładowane. Uzbrojony, ustawił pistolet w pozycji strzeleckiej, a dokładniej pozycji snajperskiej — przyklęknął na jedno kolano, aby strzał był stabilny, oparł koniec lufy o balkon, po czym płynnie przesunął pistolet pod lepsze lewe oko mrużąc oczy w prawo. Tak przygotowany, wypatrywał swojej ofiary lub kata, a może i jednego i drugiego. Jego celem była stodoła, co już było podejrzane, biorąc pod uwagę obecność obok niej zmasakrowanego ciała wieśniaka. Ciała jednak już nie było. Dzięki lepszemu widokowi, jaki zapewniała skrzynka myśliwska i muszka karabinu, zobaczył, co właściwie znajdowało się teraz obok stodoły. Tam, gdzie przed chwilą leżało ciało, teraz leżało ubranie. Były obdarte i pełne krwi, skrawków mięsa, skóry i futra. Plama krwi, która pozostała na ziemi, coraz bardziej zlewała się z otoczeniem pod wpływem padającego śniegu. Słońce już zaszło i Van Helsing miał lepszy widok. Widział teraz wyraźnie, że ciało zniknęło, ale nie było prawie żadnych śladów krwi, które pozostałyby po przeniesieniu zmasakrowanego ciała. Wkrótce zobaczył, że drzwi stodoły, które pierwotnie były zamknięte, otworzyły się i jeden z żołnierzy króla Leopolda wyszedł, a raczej potoczył się w konwulsjach. Próbował krzyczeć, bo poruszał ustami, ale były pełne krwi. Najwyraźniej to on krzyczał. Van Helsing po prostu nie wiedział, kto lub co go zaatakowało. Żołnierz padł na kolana i wskazał w stronę Van Helsinga. Myśliwy odsunął broń, bo nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Ze stodoły wyszło coś tak dziwnego, że Van Helsing poczuł dziwny przypływ nieznanej lub zapomnianej dotąd adrenaliny. Potwór, bo tak go można opisać, miał co najmniej 2,5 metra wzrostu. Ledwo zmieściła się w drzwiach, ale na szczęście drzwi do stodoły były szerokie i wystarczyło się lekko pochylić, żeby się wydostać. Stworzenie miało szare zabarwienie, duży, podłużny pysk przypominający zdeformowany lis i ogromne pazury na łapach. Stał na dwóch nogach. To musiał być Lykan.Van Helsing nie wahał się długo. Zaczął celować w bestię. Tymczasem żołnierz został nagrodzony przez bestię soczystym ugryzieniem w podbrzusze. Żołnierz upadł na ziemię i zaczął mieć drgawki. Gabriel wiedział, że nie jest świadkiem zwykłej śmierci, ale przemianę. Poczuł też na sobie przenikliwe i mrożące krew w żyłach spojrzenie bestii. Wiedział jednak od braci Zakonu, że przemiana będzie dość szybka i brutalna. Nie dało mu to dużo czasu na obmyślenie dobrego planu obrony. Poczuł nagły przypływ energii i postanowił wykorzystać ten zwierzęcy impuls, aby zaskoczyć bestię, która najwyraźniej szukała Van Helsinga i przy pomocy żołnierza udało mu się go wyśledzić. Szybko, ale z anielskim spokojem, po raz kolejny postawił lufę na framudze balkonu. W mgnieniu oka wycelował. Nabrał do płuc rześkiego powietrza i po chwili zaczął stopniowo wypuszczać przefiltrowane powietrze. Wydawało mu się, że trwało to całą wieczność. Bestia wyczuła jego zamiary, lecz było już za późno. Napięło się i chciało skoczyć. Z ostatnim tchnieniem wydychanego powietrza Van Helsing wypuścił kulę ze starego, ale potężnego muszkietu. Spust wydał metaliczny dźwięk i zapłon o sile, która przestraszyła strzelca, przeszła przez patelnię. Nieplanowany odrzut skierował celownik broni delikatnie w dół, od pyska bestii do jego tułowia. Strzał był potężny i szybki jak błyskawica pośród bezlitosnej górskiej burzy. Lycan nie miał czasu na unik, ale odrzut uchronił go przed śmiertelnymi obrażeniami. Kula wbiła się w jego twardą skórę. Bestia została uderzona w prawą stronę klatki piersiowej. Upadł na ziemię i zawył bardziej ze wściekłości niż ze strachu o życie. Van Helsing już przeładowywał. Dzięki zręczności zdobytej przez lata służby dla Zakonu, Gabriel zrobił to w mniej niż minutę. Bestia przeczuwała, że drugi strzał, jeśli do niej dojdzie, może być ostatnim. Wydało z siebie przenikliwy ryk. Ten głos był inny niż poprzedni. Długi i piskliwy, toczył się w dół doliny, odstraszając całą otaczającą zwierzynę. Van Helsing jednak już celował w oblężoną głowę bestii. Już naciskał spust lecz w tej samej chwili z lasu za nim wybiegła wataha pięciu wilków i jeden wilkołak, wspinając się na łapach na ambonę. Różnił się od zakrwawionej bestii leżącej kilkadziesiąt metrów od nich. Był koloru czarnego, mniejszy, ale wciąż masywny, około 2 metrów wyższy od Van Helsinga. Jego uzębienie jednak zdecydowanie różniło się od uzębienia myśliwego. Zacisnął zęby, wspinając się powoli, ale zdecydowanie po starym drewnie wieży myśliwskiej. Drewno pękło i uświadomiło Van Helsingowi zbliżające się niebezpieczeństwo. Nie chciał jednak pozwolić Lykanowi uciec. Zawahał się. Wiedział, że może zabić Lykana, ale jednocześnie mógł zapłacić za to życiem, z drugiej strony mógł zmagać się z wilkołakiem i mieć nadzieję, że jeśli go zabije, wataha głodnych wilków, najwyraźniej kontrolowanych przez Lykana, ucieknie w popłochu. Skupił się jednak na szarej bestii, która powoli zaczynała iść w stronę północnego wąwozu doliny. Wilkołak był już w połowie wysokości wieży, ale napinając mięśnie i wykorzystując swoją niezwykłą siłę, wskoczył do gniazda Van Helsinga. Gabriel wycelował i pociągnął za spust, ale w tej samej chwili wielka łapa kruczoczarnego wilkołaka szturchnęła jego muszkiet. Kula spadła zdecydowanie raniąc szarego Lykana w stopę. Zawył tak głośno, że na chwilę czarny wilkołak odwrócił się, żeby na niego spojrzeć. Wymieniali bez słów myśli. Lykan zaczął coraz szybciej oddalać się od stodoły, tuląc ugryzionego mężczyznę. Był nieprzytomny i gruchał całym ciałem o stwardniałą od mrozu ziemię. Van Helsing nie tracił czasu. Wyciągnął jeden pistolet i strzelił do wilkołaka. Bestia jednak, wciąż stojąca na framudze balkonu gniazda, wykonała zwinny unik i wspięła się na dach. Zawyło bezlitośnie ze strachu. Wilki zaczęły wyć i warczeć w odpowiedzi na jego ryk. Van Helsing nie wiedział, co robić. Został mu tylko jeden naładowany pistolet. Przerzucił muszkiet przez plecy, korzystając z paska, do którego był przymocowany. Wyciągnął drugi pistolet, chowając za pasem ten, z którego wystrzelił. Wiedział, że nie ma sensu ładować broni, gdyż wilkołak w każdej chwili może zaatakować. Jednakże nastąpił atak, gdy z południowego zachodu, z drogi, którą Van Helsing przybył na tę polanę, wyłoniło się więcej wilków, a na czele stanął jeden duży wilkołak. Był bardziej masywny, również w kolorze czarnym, ale z domieszką szarości. Był to wilkołak, ponieważ biegał na czterech łapach, nie wykazując zbytniej inteligencji. Z drugiej strony, ten wilkołak, który był teraz nad Gabrielem, nie atakował w amoku, więc miał jakąś świadomość lub był kontrolowany. — Może to właśnie ten Lykan ich przywołał i wydał konkretne rozkazy? — pomyślał kłótliwie myśliwy. W głowie miał już jednak ułożony plan obrony. Od razu przystąpił do jego realizacji. Z gniazda były trzy wyjścia: dolne, przez które wszedł Van Helsing, ale zablokowane, aby nikt nie mógł wejść, wejście przez balkon gniazda, który był największym oknem w pomieszczeniu, oraz średniej wielkości okno po prawej stronie, z którego wychodziło się bezpośrednio na magazyn, w którym znajdowała się akcja ratunkowa Van Helsinga. Owinął płaszcz muszkietem, zapinając go na guziki. Wewnątrz włożył kilka kawałków drewna, aby lalka wyglądała bardziej przekonująco. Aby lalka wyglądała bardziej przekonująco, włożył do środka kilka kawałków drewna. Rzucił pakunek tak mocno, jak tylko mógł. Gdy tylko dotknął ziemi, wilki rzuciły się na niego i zaczęły wściekle gryźć i rzucać na ziemię. Wilkołak zaczął patrzeć w dół, aby zrozumieć spektakl, który miał miejsce. Wychylił się z dachu, a jego ślina spadła na framugę balkonu. Van Helsing wycelował pistolet w bestię. Głowa jednak nie wystawała. Potrzebował tego, żeby bardziej się wychylić. Wiedział, że reakcja nie potrwa długo. Nie mógł liczyć na to, że bestia wychyli się bezmyślnie, ponieważ bestia posiadała pewien rodzaj inteligencji. Van Helsing próbował oszacować, gdzie mniej więcej może znajdować się głowa bestii. Zmierzył odpowiednią odległość i przymierzył ją. Wiedział, że największą zaletą srebrnych kul jest to, że gdy przebiją jakiekolwiek miejsce w skórze wilkołaka lub Lykana, ulegają rozkładowi, jeśli nie zostaną szybko usunięte. Konstrukcja samego pocisku gwarantuje, że rozpadnie się on na małe fragmenty w ciele ofiary, co stwarza możliwie największe ryzyko późniejszej śmierci. Dla tych stworzeń był to rodzaj trucizny. Van Helsing wiedział, że kula może zmienić trajektorię, gdy przebije się przez drewno. Wyczuwał, że wilkołak poruszał się od czasu do czasu, gdy ślina kapała wahadłowo na framugę balkonu. Naśladując podobny ruch pistoletem, wycelował i strzelił. Pocisk przeniknął, ale musiał nieznacznie zmienić trajektorię ze względu na opór drewna, gdyż zwierzę upadło na ziemię i zaczęło przeraźliwie wyć. Van Helsing nie czekał, aż sytuacja się skończy. Zaczął uciekać i wyskoczył przez okno. Wylądował na dachu magazynu. Wilki, przestraszone konwulsjami swojego przywódcy, rozbiegły się w przerażeniu do lasu. Wilkołak chwycił się za gardło dwoma futrzanymi łapami. Jego tylne łapy wyginały się komicznie, kopiąc grób w twardej ziemi. Van Helsing nie czekał. Rzucił się na bestię wykonując kilka skoków do przodu. Wyciągnął tomahawk i wbił ostre jak brzytwa ostrze prosto w mózg konwulsyjnej bestii. Zobaczył bestię z wilkami zatrzymującą się kilkadziesiąt metrów przed nim. Pocisk przeniknął, ale musiał nieznacznie zmienić trajektorię ze względu na opór drewna, gdyż zwierzę upadło na ziemię i zaczęło przeraźliwie wyć. Van Helsing nie czekał, aż sytuacja się skończy. Zaczął uciekać i wyskoczył przez okno. Wylądował na dachu magazynu. Wilki, przestraszone konwulsjami swojego przywódcy, rozbiegły się w przerażeniu do lasu. Wilkołak chwycił się za gardło dwoma futrzanymi łapami. Jego tylne łapy wyginały się komicznie, kopiąc grób w twardej ziemi. Van Helsing nie czekał. Rzucił się na bestię wykonując kilka skoków do przodu. Wyciągnął tomahawk i wbił ostre jak brzytwa ostrze prosto w mózg konwulsyjnej bestii. Zobaczył bestię z wilkami zatrzymującą się kilkadziesiąt metrów przed nim. Pocisk przeniknął, ale musiał nieznacznie zmienić trajektorię ze względu na opór drewna, gdyż zwierzę upadło na ziemię i zaczęło przeraźliwie wyć. Van Helsing nie czekał, aż sytuacja się skończy. Zaczął uciekać i wyskoczył przez okno. Wylądował na dachu magazynu. Wilki, przestraszone konwulsjami swojego przywódcy, rozbiegły się w przerażeniu do lasu. Wilkołak chwycił się za gardło dwoma futrzanymi łapami. Jego tylne łapy wyginały się komicznie, kopiąc grób w twardej ziemi. Van Helsing nie czekał. Rzucił się na bestię wykonując kilka skoków do przodu. Wyciągnął tomahawk i wbił ostre jak brzytwa ostrze prosto w mózg konwulsyjnej bestii. Zobaczył bestię z wilkami zatrzymującą się kilkadziesiąt metrów przed nim.
Van Helsing wyciągnął tomahawk i trzema ciosami odciął wilkołakowi wielką głowę. Złapał go za futro na głowie i ostentacyjnie pokazał go obżartym wilkom i rozwścieczonemu wilkołakowi. Van Helsing miał nadzieję, że pokazanie swojej dominacji i pokazanie tego, co zrobił swojemu towarzyszowi, ostygnie entuzjazm całej stada. Gabriel zdjął kapelusz i uniósł nad siebie głowę wilkołaka. Kapała z niego strużka bordowej krwi. Zakrywała całą twarz myśliwego i łączyła się z jego czarną kamizelką i koszulą, teraz czerwoną. Van Helsing strasznie krzyknął. Pokazał zęby. Śmiał się bez przerwy. Wilki stały niepewnie, skomląc za swoim przywódcą. Wilkołak jednak nie chciał puścić, lecz Van Helsing potwornie mocno rzucił głową wilkołaka w wilcze stado. Głowa spadła przed ogromnym wilkołakiem. Wilkołak chwycił go w nienaturalnie ogromne łapy. W międzyczasie z lasu od północno-zachodniej części wyłoniło się kilka osób. Trudno powiedzieć, kim byli, ale Van Helsing zauważył w jednym z nich czerwonego rabusia, co mogło oznaczać jedynie żołnierzy króla Leopolda I. Van Helsing założył kapelusz i ruszył w stronę wilków. W dłoni trzymał dwa tomahawki. Szedł pewnie swoimi krokami, śmiejąc się złowieszczo. Wilkołak rozejrzał się kilka razy. Wiedział, że musi odpuścić, ale jego zwierzęcy instynkt nie chciał odpuścić. Biorąc głowę poległego wilkołaka, kopnął dwa najbliższe mu wilki i rzucił się do północnego lasu, w to samo miejsce, w którym był Lykan.
Van Helsing poczuł nagły spadek sił. Adrenalina zniknęła. Schował tomahawki za pasem. Usiadł na niewielkim kamieniu praktycznie na środku polany. Odetchnął głęboko. Zdjął kapelusz i poprawił włosy. Wyjął drewnianą fajkę z hebanu. Była to pamiątka kilkuletniej służby Zakonowi w Afryce. Wsypał do środka trochę tytoniu. Wyciągnął długą zapałkę i zapalił ją od krzemienia jednego z noży. Dym powoli tlił się w czarnej jak smoła rurze. Van Helsing zawsze uwielbiał palić po wygranej bitwie. Po przegranej często nie było szans, bo leczył swoje rany lub próbował wydostać się z jakiejś trudnej sytuacji. Nie tylko cieszył się piękną pogodą, ale także oddał się głębokiej kontemplacji. W tym momencie analizował, czy postąpił słusznie, czy każdy ruch był właściwy. Można to porównać do ruchów w szachach. Na podstawie obliczeń matematycznych możemy określić, czy nasz ruch był dobry, przeciętny, kiper czy tragiczny. Według Gabriela nie było genialnych posunięć. Każdy ruch zawierał jakąś słabość. Sztuka natomiast polegała na tym, aby wybrać te najmniej natrętne i znaleźć luki w strategii przeciwnika.
Podmuchy gęstego dymu unosiły się wokół Van Helsinga niczym burza piaskowa nad zapomnianą przez Boga Afryką. Idylliczną chwilę przerwało jednak trzech mężczyzn powoli czołgających się w stronę myśliwego. Dało się w nich rozpoznać dwóch traperów i żołnierza Jego Królewskiej Mości.
Grubszy z traperów został ciężko ranny. Z jego ramienia sączyła się krew, mimo że miał mocno zaciśnięty bandaż. Opierał się na traperze, który miał bliznę na połowie twarzy. Obok nich schylił się przerażony żołnierz z włócznią w rękach.
— „Ty debilu!” — wrzasnął mężczyzna z blizną — „Ty tu leżysz, a my umieramy!” — dodał przerażony traper.
— „To ty, nie poznałem cię z tak daleka. Wygrałem dla nas szansę ucieczki, więc nie narzekaj. Mam konia w zanadrzu, co w sumie może doprowadzić do skrzyżowania, gdzie zostawiono twoje konie.” — dyszał Van Helsing z zimnym spojrzeniem i twarzą pokrytą krwią wilkołaka.
Traper na chwilę ustąpił i zmienił ton:
— „Czy możemy się stąd wydostać?” — wskazał na brata
— „Kto go zranił?” — zapytał władczo Van Helsing
— " Zaatakowało nas stado wilków. To były wilki. — powiedział niepewnie traper
— „A czy przypadkiem nie ugryzł go wilkołak?” — Zapytał bardziej stwierdzając