E-book
13.65
drukowana A5
35.51
Ludzie, dokąd wyście przyjechali

Bezpłatny fragment - Ludzie, dokąd wyście przyjechali


Objętość:
146 str.
ISBN:
978-83-8189-128-8
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 35.51

Wstęp

W grudniu 1959 roku wraz z rodzicami wyemigrowałem do Australii. Miałem wtedy szesnaście lat i z Polski wyjeżdżałem wbrew własnej woli. Swoje doznania i odczucia tego trudnego okresu notowałem, tak powstał dziennik obejmujący okres dwóch lat.

Zapisany brulion przeleżał w szufladzie przeszło pół wieku, aż ktoś zasugerował, że należało by „z tym coś zrobić, szkoda żeby przepadło”.

Wersja drukowana odbiega nieco od manuskryptu, nie ma tu zdjęć, rysuneczków, uwag na marginesie oraz… błędów ortograficznych, za to pismo jest bardziej czytelne. Oryginalny tekst wymagał również mocnej ręki redaktora, może bardziej niż zazwyczaj, ale wybaczmy autorowi, przecież był wtedy nastolatkiem. Esencja i nastrój oryginału nie zmieniły się. Pozostały także wyrażenia już dziś niemodne, które rozpozna starszy czytelnik takie jak „babka” czy „chała”.

Należy pamiętać, że wyjeżdżałem z Polski komunistycznej, kraj Gomułki był często szary i ponury, paryska „Kultura” była publikacją nielegalną, a sklepy świeciły pustymi półkami.

Warto także podkreślić, jak ogromny wpływ na postrzeganie świata wywarła technologia. Wiemy, że dzisiaj samolot pokonuje drogę z Warszawy do Melbourne w niespełna dobę, email dochodzi w sekundę i między dwoma kontynentami można bezpłatnie rozmawiać, korzystając ze Skype’a.

Kiedy wyjeżdżałem do Australii, była ona praktycznie białą plamą na mapie. Podróż odbywała się statkiem i trwała przeszło miesiąc, list lotniczy szedł dwa tygodnie, o telefonowaniu nie było mowy. Był to dosłownie i w przenośni koniec świata, miejsce, z którego się nie wracało. Przynajmniej nie było to łatwe.


Przeklęty czwartek, 10 grudnia 1959

W domu tłum znajomych, straszny bałagan i puste ściany. Nie ma już stołu, mebli, pozostały jedynie walizki. Ludzie wchodzą i wychodzą, uściski, szepty, łzy, zapewnienia i ostatnie pożegnalne prezenty. Wreszcie spakowaliśmy się, jedziemy samochodem na dworzec. Ostatnia przejażdżka po Warszawie, białej w śnieżnej szacie, cichej i uroczystej. Bo niby to zwykły dzień, a przecież zupełnie inny. Żegnaj domu, żegnajcie Nowolipki, żegnaj Warszawo!

Dworzec. Znowu przyjaciele i znajomi, coraz więcej ludzi. W domu piłem, ale mało, pozostała tylko chińska anyżówka w glinianej butelce z papierowym korkiem. Proszę kolegów, żeby mnie upili. Idziemy do knajpy. Jest obskurna, zadymiona, zapite gęby, zachrypnięte głosy i gruba bufetowa. Pijemy i palimy. Ziemia kołysze mi się pod nogami, pierwszy raz w życiu mam poczucie wstrętnego alkoholowego niesmaku. W ustach cierpka gorycz. Ta chińska anyżówka to potworne świństwo, Zbyszek może to potwierdzić. Zbiera mi się na wymioty. Jestem trzeźwy, ale niezupełnie.

Przyszła Basia. Była zła, że się upiłem, ale przecież dzisiaj mam prawo. Chyba mi wybaczy. Przy pociągu zaczynają się łzy. Płacz, płacz, płacz. Rozpacz i koszmar. Tych ludzi już nigdy w życiu nie zobaczę, pozostanie tylko korespondencja. Dobrze, że byłem trochę pijany i nie bardzo zdawałem sobie sprawę z tego wszystkiego. Jeszcze do tej chwili nie bardzo dociera to do mojej świadomości. Kiedy ruszał pociąg, Basia wcisnęła mi do ręki mały talizman na drogę. Nie chcę pisać, co było potem. Nie potrafię, nie pamiętam, nie mogę… Dopiero po jakimś czasie położyłem się i długo szlochałem. Mama zdjęła mi buty i przemoczone skarpetki. Wreszcie zmęczony usnąłem.

Godzina 16.30. Kontrola celna. Bez problemów. Potem Czechosłowacja. Ta sama nędza, co u nas. Tylko, że na dworze piękna, słoneczna jesień i pociągi z czerwonymi gwiazdami.

Ciężko mi idzie to pisanie, nie oddaje kłębowiska myśli, które mi się kołaczą po głowie. Nie jestem w stanie, nie potrafię wypowiedzieć całego rozmiaru przeżyć. Muszą już tam pozostać niewypowiedziane. A pociąg pędzi. W przeciwną stronę.


11 grudnia, południe

O tej porze byłbym już w pracy. Pewnie by mnie wysłali po grahamki i kefir, wiadomo, najmłodszy — tylko się za dziewczynami nie oglądaj, zwłaszcza za barmanką. Koledzy w szkole. Piątek, WF na sali. Na zewnątrz za zimno. Zresztą w sali też może być różnie, zależy, czy działa ogrzewanie. W Warszawie dzień jak co dzień. Nie dla mnie.

Austria. Na samej granicy po czeskiej stronie zasieki z drutu kolczastego pod wysokim napięciem. Po austriackiej stronie — nic. Wjeżdżamy do kraju „zgniłego kapitalizmu”. Duże pola pokryte nierównymi łatami brudnego śniegu. Krajobraz niby ten sam. Celnicy w hitlerowskich czapkach, czyści, spięci pasami, szwargoczą po niemiecku. Często mijają nas wagony z napisem PKP. Na polach dużo buraków cukrowych.

Ciągle nie dociera do mnie, co się dzieje. Jestem przygnębiony i potwornie samotny. Nie ma kolegów, koleżanek. Nie mam domu, miejsca, do którego się powraca, klucza w kieszeni, bazy, gniazda. Nagle jestem zawieszony w próżni. Czy kiedyś będę jechał tą samą drogą w przeciwną stronę? Myśl ta jest całkowicie abstrakcyjna, równie dobrze mogę zapytać czy polecę na księżyc? Albo na Marsa.

W pociągu nie ma wody. Mam brudne i lepkie ręce, pragnienie i parę złotówek na pamiątkę. Pisanie jest dla mnie jedyną ucieczką, rozmową, może ułomnym, ale dialogiem. To mój jedyny kontakt ze światem.

Za oknem dym. Za dymem cysterny, mnóstwo cystern. Po co jest ich tak dużo? Niby jadę tym cholernym pociągiem, ale przecież ciągle jestem tam… Basia wróciła ze szkoły, może je obiad? Może wybiera się do kina? Może przez chwilę pomyślała o mnie? Zbyszek, jaki to dzień? Pewnie na kursie samochodowym. Janusz, jak to on, pracuje z harcerzami, przygotowuje letni obóz. Jola — na pewno odrabia lekcje, ma dużo nauki. Może zamyślona patrzy przez okno? Widzi swoją twarz w szybie, dwa odbicia, w dwóch szybach. Patrzy na nagie badyle drzew, na zabłąkanego ptaka i słucha ulubionej płyty Chopina. Za pół godziny wyszedłbym z pracy.

Koła miarowo stukają, tylko na moście jest głośniej, albo kiedy mijamy pociąg pędzący w przeciwną stronę. W przedziale cisza, nikt nic nie mówi, jak byśmy jechali konduktem żałobnym.

Za dwadzieścia minut będziemy w Wiedniu. Pić, pić. Za oknem, za dymem mijają szare pola, zmarznięte konary drzew skurczyły się w sobie. Jakiś szlaban, zupełnie absurdalna budka kolejowa, murowany domek i cienki dymek z komina. W sadzie owinięte szmatami jabłonie. Trzęsie tym pociągiem, trudno jest pisać. Nucę piosenkę z filmu Pociąg. Szarość tam i szarość tu, w środku. Ciemna szarość. Bardzo ciemna.

Wiedeń. Dworzec. Jestem ponury. Denerwuje mnie to niemieckie szwargotanie i schludny dworzec, wszystko mnie denerwuje. W autobusie co chwilę kłócę się z rodziną. Nie ma szansy na porozumienie, jesteśmy z innych światów, tylko pozornie mówimy tym samym językiem.

Wieczorem wychodzę na miasto. Wiedeń, wspaniała europejska stolica, Zachód, wolny świat — wszystko to powinno cieszyć, a jednak… Łażę po pustych uliczkach. Są kolorowe neony i luksusowe samochody, radia, magnetofony, jednak nic mnie nie cieszy. Tramwaje — ohydne, warszawskie są dużo ładniejsze. I można z nich wyskakiwać, jeździć na gapę. Autobusy — nie chciałbym nawet, żeby moją trumnę takim wieźli. Najbardziej denerwują mnie te hitlerowskie kapelusze z piórkiem. Każdego takiego wrzuciłbym z mostu do rzeki. Na rogu jakaś babina piecze kasztany, też jakiś dziwoląg. Kasztany? Jeść? Z tego się robi ludziki i zabawki, ale żeby jeść? Ojciec kupił banany, czyli słodkie kartofle. Może to i egzotyczne, ale bo ja wiem. Do cholery z tą całą zagranicą, inne to wszystko i obce.

Ostatnie wydarzenia to jakiś przewlekły, koszmarny sen. Nie chce mi się wierzyć, że już nie pójdę do Pałacu na basen, nie pojadę tramwajem na gapę i co najważniejsze, już nigdy nie zobaczę swoich bliskich, kolegów. Strach. A może jeszcze wrócę do Polski?

Przeczytałem te pierwsze kartki i już widzę, że wszystko co piszę, to zaledwie czubek góry lodowej, nie potrafię ująć w słowa tego, co się we mnie dzieje. Nieudolnie rzucam na papier chaotyczne myśli.

Rozmowa z panem Zbyszkiem, zaledwie parę dni temu, ot, rękę wyciągnąć. Widzę jego uśmiechniętą twarz, słowa otuchy — „życie przed tobą, świat cały otworem, a nie ta zgnilizna tutaj w kraju zniewolonym czerwonym knutem. Głowa do góry chłopie! Zapomnij o krótkiej nostalgii. Minie. Zostanie życie w cywilizowanym świecie, gdzie jest nadzieja i przyszłość”. Mógł sobie tak gadać, a ja wiedziałem swoje, chociaż dobrze mi życzył.

Albo spotkanie z Basią. Odnaleźliśmy się po latach, nagle tak bliscy, jak byśmy byli sobie przeznaczeni. A wszystko dlatego, że przyszedłem się z nią pożegnać. Kiedy pukałem do tak dobrze znanych drzwi, serce waliło mi jak młotem. Na mój widok oniemiała. Dopiero po chwili uśmiechnęła się i powiedziała niemal szeptem.

— Nie stój w drzwiach, wejdź.

— Za dwa dni wyjeżdżam. Do Australii.

— Gdzie?

— Do Australii.

— Do jakiej Australii? Ty? Zwariowałeś? A musisz?

Przez dwa dni i dwie noce błądziliśmy ośnieżonymi ulicami, trzymając się za ręce, jak dzieci. Tylko pocałunki były dorosłe. Odprowadzała mnie do domu. Potem ja ją. Zadzieraliśmy głowy do góry, połykając wolno opadające płatki śniegu. Wynurzały się spoza świateł latarni niczym puch z wielkiego wora. A my śmialiśmy się głośno, śnieg głuszył nasz śmiech i nie wiedzieliśmy czemu mieliśmy wilgotne oczy. Nie chcieliśmy wiedzieć.

Gdyby nie ten wyjazd, wczorajszy dzień byłby najszczęśliwszy w moim życiu. A teraz to, tu. Czuję się bardzo samotny. Nie mam do kogo powiedzieć słowa. A to dopiero początek, co mnie jeszcze czeka? Bo to podróż w nieznane, na kraj świata. Wczoraj wysłałem pocztówkę do Janusza z pozdrowieniami dla wszystkich.

Wiedeń, perła Europy, ciemna i chmurna jak ta noc. Kończy się dzień. Wiatr zacina grudniowym deszczem, miarowo stukają koła. Żegnaj Austrio. Zmęczony i ponury kładę się spać. Będę o Was myślał. Co mi przyniesie dzień jutrzejszy? Nie mam złudzeń.


12 grudnia

Jeszcze wczoraj wieczorem ukazały się piękne widoki: w dole przepaść, w dali ośnieżone szczyty. Ciągnące się bez końca tunele dudniące echem w ciemności. Potem senne wioski, jakby namalowane, jakby wyrzeźbione ręką artysty, doskonałe w swoim bezładzie. Siedzę w kącie, podciągam rękawy piżamy, w rogu pali się fioletowe światełko. Pociąg pędzi, coraz dalej od Polski.

Budzą mnie okrzyki kolejarza na stacji. Ten język znam tylko z filmów i piosenek. Na peronie kolorowe stragany na kółkach. Obsługa, nawet przy brudnych robotach, wygląda czysto i schludnie. W ogóle Włosi są przystojni i bardzo eleganccy. Zwłaszcza policjanci wyglądają imponująco: czarny, dopasowany mundur, białe rękawiczki, biały zgrabny kask, spluwa. Widziałem także parę ładnych dziewcząt.

Za oknem wiosna. Zielono, jasno, bezchmurnie. Ulica tętni życiem. Dźwięk klaksonów, pędzą skutery, rowery, samochody. Tam ktoś biegnie, tu ktoś przywołuje dzieci, policja, stragany, aż nagle biją dzwony, hen z góry, z wież kościołów. Obok przycupnięte domki, na sznurach schnie bielizna. Potem mijamy lotnisko i fabryki. Dachy naszpikowane antenami telewizyjnymi — szkaradne jeże XX wieku.

Zatrzymujemy się na stacji. Coś mówią przez głośniki, ale nic nie rozumiem. Dlaczego nie mówią normalnym językiem? Na budynku duża reklama, nie wiem o co tam chodzi. Do przedziału weszła kobieta z chłopcem, ona Włoszka, on Francuz. Jadą niedaleko, do Wenecji, kobieta otarła oczy chustką, jedzie pochować syna. Dalszych szczegółów nie udało nam się zrozumieć. W przedziale zapanowała cisza.

Tuż obok torów biegnie szosa, po obu stronach woda. Z niej wyrastają słupy telegraficzne, domy — jakieś to wszystko nierealne. W oddali kołyszą się na fali łódki. Inna planeta, mimo woli staję się „światowcem”.

Piękna, słoneczna pogoda, jest ciepło. Chowamy zimową odzież. Trudno uwierzyć, że gdzie indziej, zupełnie niedaleko, jest zima i że byłem tam zaledwie dwa dni temu. Pociąg mija wielką górę, na niej czarująca wioska, na szczycie średniowieczny zamek, w oddali ośnieżone szczyty Alp, jak na widokówce, na filmie, jak w bajce.

Mijamy małe miasteczka. Uderza mnie ich architektura, różnorodność. Nigdzie nie widzę muranowskich punktowców. Panuje uroczy chaos, jakby zaplanowany, żeby wyglądało chaotycznie. Domki porozrzucane pomiędzy polami, winnicami, tu i ówdzie wieża kościółka, rzeczka. W Polsce bywały długie płaszczyzny szarych pól, zamglonych, opuszczonych, tu ciągle coś się zmienia.

Przejechaliśmy przez Mediolan, z pociągu niewiele można było zobaczyć, miasto jak miasto. Godzina 17.00. Za godzinę Genua, cel naszej podróży, to znaczy pierwszego jej etapu. Za oknem ponownie ukazują się śnieżne łaty, błota i rozlewiska. Chyba jakaś powódź, domy i pola zalane wodą. Smutno, samotnie.

Przemknął pociąg towarowy. Wiózł nowe, lśniące samochody. Dalej jakieś armatury, potem czołgi. Też nowe, ale nie lśniące. Potem był most nad spienioną, brunatną wodą. Brzegi obłożone kamieniami, za nimi rzędy wierzb, jakby celowo posadzonych. Dziwne są tu rzeki.

Kiedy wjeżdżamy do Genui, jest już ciemno. Mnóstwo neonów i fiatów. Przysłuchuję się rozmowom, zupełnie jak w filmach Vitoria De Siki. To dziwne nagle znaleźć się w świecie, który dotąd istniał tylko w kinie. Już mówię „grazie”, „scarpa” i „dove”.

Nasz hotel jest średniej klasy, ale gdzież tam naszym pierwszym kategoriom, schludny, zadbany. Obsługuje piękna Włoszka. Nie przypuszczałem, że oprócz Polek mogą być inne ładne kobiety, a jednak. Podaje nam smaczne bułki, pomarańcze. Ojciec przyniósł trochę lirów, brzydkie. Jeszcze krótki spacer, zielone tramwaje, inne niż nasze. Dobranoc — jeszcze tego nie umiem po włosku.


13 grudnia

Śniadanie — biednie i mało. Patrzę przez okno, przechadza się policjant. Czarny płaszcz, spodnie, czarne buty i biały kask. To jest policjant, ciągle nie mogę wyjść z podziwu, przyjemnie popatrzeć. Wyszedłem na miasto. Obok głównej ulicy, małe wąskie uliczki, cztero-, nawet dwumetrowej szerokości. W górze rozwieszona bielizna, pod oknem i w poprzek. Co krok jakiś barek, bistro, czasem ponura speluna, w niej podejrzane typy, zresztą podobnie jak w wąskich uliczkach. Kręcą się, coś mamroczą albo wykrzykują — „Cigareta americana”. Niby to niedziela, jasny dzień, a w interesie nieustanny ruch. Wszystko można kupić lub sprzedać, włącznie z miłością. Panienki kuszą klientów swoim wątpliwym czarem, jedna nawet kiwnęła do mnie. Oczywiście odwróciłem się z pogardą.

Ojciec miał parę paczek waweli na sprzedaż. Pokazał je grubej handlarce. Ta wskazała gestem, żeby iść za nią i zaprowadziła nas do jeszcze mroczniejszego typa. Ten spojrzał na paczkę papierosów, rozejrzał się nieufnie i zaprowadził nas do pobliskiej kamienicy. Poszliśmy za nim wąskimi, brudnymi schodami na trzecie piętro. Handlarz stanął przed drzwiami, gwizdnął dwa razy i wszedł do mieszkania. Tu raz jeszcze wyjrzał przez okno, przeliczył paczki i wyjął z lodówki pieniądze. Transakcja zakończona.

Potem już sam kluczyłem wąskimi uliczkami, patrzyłem na jakże odmienny świat, nieznany mi ani z filmów, ani z opowiadań, ani ze snów. Gwar, krzyczące neony, handlarze, prostytutki, małe fiaty i trzykołowe skutery-ciężarówki. Wszystko to połączone totalnym chaosem, raz brzydkim, raz urokliwym. Z pobliskiego baru dochodził głos Tommy’ego Steele’a. To była grająca szafa, jakich tu pełno, a dla mnie kolejne odkrycie.

W kolorowej wystawie naprzeciwko istna orgia noży: finki, sprężynowce, scyzoryki, sztylety dla komandosów, bagnety — obłęd. Nigdy nie widziałem takiej kolekcji! Przeliczam ceny na złotówki, na dolary — drogo. Podchodzi do mnie Cyganka.

— Americano?

— No, Polaco — odchodzi.

Wieczorem ponownie wyszedłem na spacer. Dopiero teraz zrobił się prawdziwy ruch i gwar: śpieszący przechodnie, przekupki nawołujące do kupna, prostytutki, skutery, rowery, neony, muzyka, klaksony aut i tłok, harmider — to nie Warszawa.

Chciałem sprzedać chińskie znaczki ze swojej kolekcji, ale nie było chętnych. Za to sprzedałem organki. I tak grać nie umiem (z wyjątkiem Asturio), a za zdobyte pieniądze będę mógł wysłać parę kartek. Jestem zmęczony.


14 grudnia, poniedziałek

Dzisiaj widziałem powszedni dzień zachodniego miasta. Ranek — ruch, gwar, mnóstwo pędzących samochodów, często po wariacku. W górę lecą żaluzje wystaw, kwiaciarki rozstawiają kosze, otwierają sklepiki, aptekę. Kupiliśmy z ojcem po parze butów, włoskich butów. A wieczorem pojechaliśmy do „city”. Tu dopiero był obłęd: ogromne neony, gigantyczne plakaty reklamujące kawę, alfa romeo, najnowsze filmy. Tu Indianin atakuje trzymetrowym tomahawkiem, naprzeciwko dwie kuszące kowbojki. Na skrzyżowaniach co chwila korki i sprawnie kierująca ruchem policja.

Wszędzie sklepy; wielkie, oświetlone wystawy i towar w całej krasie i przepychu. A ceny — bardziej imponujące niż wystawy. Sukienki, futra, buty, zabawki, meble, radia. I jaki wybór, jakie cacka, czego dusza zapragnie.

Są także pistolety. Na początku myślałem, że to zabawki, ale okazało się, że są prawdziwe, można zabić człowieka. No, ładnie. Na skrzyżowaniach budki z gazetami, istny oczopląs kolorów i kształtów; samochody, sport, magazyny dziecięce, kobiece i… kobiety, te skąpo odziane. Kapitalizm, nie stać je na więcej. Po Warszawie takie miasto robi wrażenie, ale mnie nie zaszokowało. Tak sobie właśnie wyobrażałem Zachód. Owszem, ciekawy, ale czy chciałbym tu mieszkać na stale? Aha, jeszcze na zakończenie dodam, że chińskich znaczków nikt nie chce kupić i że czasami w niektórych uliczkach strasznie śmierdzi.


15 grudnia

Rano poszedłem do portu. To była wspaniała wycieczka: przycumowane statki, małe i ogromne, pasażerskie i towarowe. Jedne tankowały paliwo, inne wodę. Ruch i gwar, kolorowe traktory przywoziły towar. Pośród nich krążyła policja portowa. Taki pogodny rozgardiasz.

Wiał chłodny, północny wiatr i świeciło słońce. Siadłem na żelaznych schodkach, takich przenośnych, na kółkach. Poczułem miłe ciepło. Dobiegały mnie odgłosy portu: jakieś stuki, warkot motorów, dalekie okrzyki, trzaski. Zauważyłem wielki statek o dumnej nazwie — „Sydney”. Jakimś instynktem poczułem, że to właśnie nasz (jak się potem okazało, nie zawiodło mnie przeczucie).

Ogarnął mnie błogi nastrój. Wszystko mi zaczęło zwisać, o niczym nie chciałem myśleć, jakiś bezwład, rozkoszne lenistwo, no i jeszcze to słońce, te odgłosy. Oparłem głowę na ręku. Powieki wolno opadły. Jeszcze ujrzałem sylwetki dwóch policjantów i usnąłem. Właściwie nie był to sen, a coś wspanialszego, rodzaj rozkosznej drzemki, letargu. Zniknął mój realny świat, znalazłem się w beztroskim niebycie. Przed oczami, a właściwie za nimi, przesuwały się jakieś obrazy nieobrazy, ni to nici, ni włókna. Płynęły barwnie, leniwie, splatały się, to znów rozwijały, a wszystko było nieme i bez słów. Mógłbym tak siedzieć bez końca…

Dopiero ostre wycie syreny okrętowej przywróciło mnie do rzeczywistości. Szkoda. Przyszła pora wracać. Szedłem wolnym krokiem, ciągle pod urokiem chwili, leniwie, bezmyślnie, lekko. Po drodze widziałem, jak w barku jedzą ślimaki — chlup i nie ma. Na koloniach bawiliśmy się winniczkami, robiliśmy wyścigi, wkładaliśmy je dziewczynom za kołnierz. Starsi chłopcy powiadali, że Francuzi je jedzą, ale nikt tak na prawdę w to nie wierzył. No bo jak można jeść ślimaki, takie miękkie i śliskie?

Po południu wysłałem pocztówki.


17 grudnia

Tydzień temu wyruszaliśmy. Tym razem czwartek okazał się łaskawszy. Przystań okrętowa, załatwianie spraw i… wejście na statek. Cumę rzuć! Arrivederci Genova! Statek nazywa się „Sydney” i podobno mieści tysiąc pasażerów. Wraz z ojcem jesteśmy w ośmioosobowej kabinie, co nie zmienia faktu, że statek jest luksusowy: kawiarnie, restauracje. Obsługa wygląda bardzo elegancko, zwłaszcza kelnerzy w białych koszulach i czarnych spodniach przepasanych szerokim pasem. A pierwsza klasa — w życiu nie widziałem takiego przepychu i luksusu.

Statek jest jak małe miasteczko: mnóstwo kajut, sal, schodów, toalet i… ludzi. Wszystko to pulsuje ruchem niczym w ulu. We wszystkich drzwiach progi, w kajutach okrągłe wodoszczelne okienka, pasy ratunkowe (mierzyłem) i ten miarowy, przytłumiony warkot silnika.

Dzisiaj zawarłem nowe znajomości; poznałem młodego Polaka, kilku Jugosłowian i Włochów, sympatyczne i wesołe towarzystwo. Było dużo śmiechu. Rozmawialiśmy po polsku, niemiecku, rosyjsku, angielsku, włosku i… na migi. Zwłaszcza na migi. Szczególnie łatwo dogadujemy się w męskich sprawach. Włosi są bardzo mili i pogodni. Wbrew moim protestom postawili mi dwa soki pomarańczowe i piwo.

Całą grupką usiedliśmy na górnym pokładzie i snuliśmy te nasze koślawe rozmowy. Ktoś powiedział, że w Australii brakuje kobiet, ale Jugosłowianie wyjaśnili, że problemy dotyczą bardziej wsi, w większych miastach jest dużo kobiet. Trochę to nas uspokoiło, ale nie wszyscy byli przekonani i przez chwilę zapanowała cisza.

Potem oglądałem angielski film, z którego nic nie rozumiałem. Bardzo szybko uświadomiłem sobie, że lubię stłumiony warkot okrętowego silnika, lekkie drżenie statku i widok wody za burtą. Powiadają, że jeśli w nocy nagle ustanie to drżenie, to marynarze budzą się z niepokojem.

Jest wieczór. Statek sunie łagodnie. Na horyzoncie rysują się wierzchołki Alp. Księżyc odbija się blado na powierzchni wody. Przez głośniki słychać canzony Dominika Modunio. Z dziobu statku widać, jak rozpruwa on gładką taflę wody, rzucając na boki białą pianę. Mogę tak stać i patrzeć bez końca. A ile się myśli nasuwa, a ile piosenek, wspomnień…


18 grudnia

Neapol. Cały dzień stoimy w porcie. Oglądałem miasto. Jeszcze więcej samochodów niż w Genui, dużo ładnych dziewczyn. Przypadkowo trafiłem do biednej dzielnicy. Potworne rudery i znowu ci natrętni handlarze. Sprzedają swetry, zegarki, buty, garnki, żywność — wszystko.

Droga do Neapolu była bajecznie piękna, z morza wyrastały strome, urwiste skały. Na ich szczytach zamki, pałace, małe osady. Wszystko to spowite lekką mgiełką. W dali ośnieżone wierzchołki gór, nieco bliżej masywna sylwetka Wezuwiusza. Leżę sam w kabinie, dochodzą odgłosy portu i znowu ogarnia mnie tęsknota. Przypominam sobie kolegów, dziewczynę, bliskich, którzy teraz oddalają się ode mnie.

Piszę chaotycznie, niezdarnie, ale w końcu nie jest to książka, a ja nie jestem pisarzem. Teraz nie bawi mnie ani statek, ani muzyka, nic mi się nie chce. Albo inaczej, chciałbym wrócić, ale nie jest to takie proste. Mam właściwie odciętą drogę powrotu, wstydziłbym się pokazać w pracy, kolegom. Gdybym wrócił, to w żadnym wypadku do Warszawy. Wyjechałbym gdzieś na zabitą wieś. Pamiętam, w szkole była kiedyś moda na uciekanie z domu właśnie gdzieś na prowincję. W naszej klasie było paru takich buntowników, z kilkoma złotymi w kieszeni tłukli się jakimiś pociągami na gapę, aż ich wreszcie łapała milicja i po paru dniach dostarczała do domu. Nie chciałbym tak skończyć. Z drugiej strony, wyjeżdżając, na pewno straciłem w oczach bliskich. Ciężko. Zresztą nic nie wiadomo, może jeszcze kiedyś wrócę.

Wieczorem opuściliśmy Neapol. Przybyło wielu nowych pasażerów, zapewne emigrantów. Dużo było płaczu i szlochania. Z brzegu dochodziły zawodzenia bab, zwłaszcza w momencie, kiedy statek powoli odbijał od brzegu. Żadne rozstanie nie wygląda tak dramatycznie — ani odjazd pociągiem, ani samochodem. Odpływanie okrętu to film w zwolnionym tempie. Rzucone serpentyny, ostatnie nitki łączące odpływających z lądem, naprężają się, aż w końcu pękają, wreszcie przeszywające wycie syreny ostatecznie przesądza sprawę.

Potem zmiana nastroju, obejrzałem amerykański film, było dużo strzelania i jazdy na koniach. Tak umierali nieśmiertelni kowboje.


19 grudnia

Zapomniałem napisać, że do każdego posiłku wypijam parę szklaneczek wina. Stopniowo przyzwyczajam się do włoskiej kuchni — dużo klusek, jakieś dziwne przystawki z octu, salami, serki, rzadkie zupki i w ogóle inne smaki. No i oczywiście wino w karafkach.

Byliśmy w Mesynie, ale ja jeszcze spałem, nie ma się co spieszyć. Potem leżałem w kajucie i słuchałem muzyki. A dzisiaj trochę buja i jest pochmurno. Piove.


20 grudnia, niedziela

Przesunęliśmy zegarki o pół godziny do przodu. Znowu mam dołek. Czuję niechęć do wszystkich i do wszystkiego. Nie wierzę w żadnych przyjaciół ani miłości. Bzdura. Unikam towarzystwa, jestem sam i chcę być sam. Jest niedziela rano, wszyscy są na pokładzie, w kawiarni, jest wesoło. Położyłem się w kajucie, wcisnąłem łeb w poduszkę i ryczę jak dziecko.

Lekko kiwa. Na zewnątrz świeci słońce, jest jasno i pogodnie. Do kajuty sączy się cienka strużka światła. Piszę przy małej lampce i jest mi dobrze. Teraz pojąłem klimat egzystencjalistów — ból istnienia, nicość. Nucąc sobie marsz pogrzebowy, wkomponowuję się w ten obraz. Tracę wiarę w ludzi i ich przyjaźń.

Wieczorem znów byłem ponury. Ojciec spił się z jednym facetem, bredzili jakieś głupoty o polityce, o żonach. Potem stary strasznie na mnie narzekał i wypominał jakieś sprawy. Jak ja będę pił, to sam, nie będę się ludziom pokazywał na oczy.

Wyszedłem na górny pokład. Było ciemno, wiał silny wiatr i padał deszcz. Byłem sam. Ciemność za burtą rozjaśniały jedynie pieniące się fale. Zimno. Usiadłem na ławce. Usiłowałem sobie przypomnieć filmy morskie, ale myśli przebiegły setki kilometrów i powracały do Polski. Długo tak siedziałem, nim wróciłem do kajuty.


21 grudnia

Port Said był niesamowity. Nim przybiliśmy do brzegu, do statku podpłynęły kolorowe łódki z towarem na sprzedaż. Czego tam nie było? Krzesła, radia, bicze, piszczałki, bębenki, wypchane wielbłądy, dywaniki — cały jarmark. Pływające stragany kołysały się na wodzie, podczas gdy arabscy sprzedawcy głośno zachwalali swoje towary. Patrzyliśmy na to zjawisko z mieszaniną podziwu i pobłażliwości.

A miasto? Głód, smród, nędza i ubóstwo. Obok luksus i przepych, trudno to ogarnąć. Wielkie amerykańskie krążowniki: chevrolety, fordy, buicki. Baza wojskowa i mnóstwo imponująco wyglądających amerykańskich żołnierzy.

Pośrodku chodnika leży modlący się Arab, kilka kroków dalej uliczny cyrk — jakiś klown skacze przez płonące pierścienie prosto w… kupę śmieci. Przechodzący policjant nie zwraca na to uwagi, widocznie to normalna rzecz.

Niedaleko meczetu paru facetów okutanych w te ich chałaty zaprosiło mnie i kolegę na colę. Pomimo szerokich uśmiechów nie wzbudzali zaufania. Czuliśmy się trochę niepewnie, więc daliśmy spokój. Obok licznych wrażeń pozostała mi para butów i portmonetka od kolegi, zresztą bardzo ładna.

Mój nowy kolega nazywa się Franco. Jest Włochem, ma ciemną karnację, czarne włosy i jest bardzo sympatyczny. Franco ma osiemnaście lat i jest bramkarzem. Ma dwóch równie miłych braci i śliczną dziewięcioletnią siostrzyczkę Ritę. Taka mała signorina. Ich rodzice są również bardzo życzliwi. Pochodzą z Sycylii i płyną do Adelajdy, gdzie mają pozostać. Szkoda, że nie do Melbourne. Poza tym jest tu jedna ładna dziewczyna, Włoszka. Ale mam na tyle rozsądku, by rozumieć, że nie mam szansy. Trudno, tak już jest.


22 grudnia

Dzisiaj po raz pierwszy przygrzało. I to zdrowo. Przepływamy przez jakiś Kanał Sueski, jakieś morza. Wokół mnóstwo statków. Często czekamy. Obok jakieś piaszczyste brzegi, jakieś Egipty, Izraele — diabli wiedzą. Nucę sobie Karawanę. Gram w karty, bawię się z Ritą i z Franco.

Ale to wszystko nie to, w Polsce zima, śnieg. Jest wieczór, leżę na łóżku w spodenkach gimnastycznych i piszę. Dzisiaj dużo myślałem. Zaczyna mnie to wnerwiać. Taka cholera, Niemiec, poderwał fajną babkę. Inni też chodzą objęci, patrzą sobie w oczy, a tu człowiek sam i tylko sobie przypomina Warszawę. I szlag go trafia. Nie chcę patrzeć na te głupie, roześmiane gęby, toteż patrzę na morze. Ono nigdy nie zawodzi.

Wieczorem znowu wyszedłem na pokład. Pusto, zimno, ciemno, chłód przyjemnie koi. Gwiazdy, Warszawa, Zbyszek, Janusz, Australia, pieczone kasztany, to znów migawki z Włoch — śnieżne Alpy, pędzące skutery i pistolety na wystawie. Na dole w barze gwar, wesoło, irytujące głupie pary, żarty, uśmiechy, uściski. Szafa gra, liry lecą — nie mam lirów. Tupię nogami.

Wróciłem na pokład, stanąłem na rufie, wtuliłem głowę w ramiona, zamknąłem oczy — szum morza. Przeniosłem się do Warszawy. Jak w filmie, zmienia się obraz i oto jestem tam. Raz jeszcze przeżywam spotkanie z Basią, czuję smak jej pocałunków. Żegnam się z kolegami, z Warszawą. Szkoła, praca, basen, kino… Poprzez szum morza usłyszałem rozmowę po włosku. Obok przystanęli jacyś ludzie. Skończył się sen.

Statek uparcie płynie na południe, bliżej Australii, dalej od Polski. Nie umiem pisać, szkoda. Można by książkę napisać, jest o czym. 22.30, w Warszawie śpią. Statek lekko kołysze się na fali. Gorąco. Dobranoc przyjaciele.


23 grudnia

Kolejny upalny dzień. Otworzyli basen. Wskoczyłem w gimnastyczne spodenki, potem do basenu. Jest w nim cholernie słona woda. Basen mały, możne tylko skakać, i to kiepsko, albo leżeć na dnie. Kiedyś, jak tak leżałem, wskoczył jakiś facet, żeby mnie wyciągnąć, myślał, że utonąłem.

Była lekcja angielskiego, potem dancing. Najwięcej tańczyłem z małą Ritą.


24 grudnia

Ledwo chodzę. Nauczyłem się skakać do basenu, robiąc salto do tyłu, ale przy jednym ze skoków zawadziłem stopą o poręcz basenu i niemal nie złamałem nogi. Teraz spuchła i z trudem kuśtykam. Nie poszedłem na lekcję angielskiego, cały dzień przeleżałem w łóżku. Na statku odprawiano mszę. W jednej z salek wystawili śliczną szopkę.

Dopiero wieczorem poszedłem na pokład. Bezchmurne niebo zasypane było gwiazdami. Statek płynął niezwykle łagodnie, wydawało się, że nie płynę, a leżę w namiocie. Zestawiłem kilka krzeseł, położyłem się i po chwili byłem w Polsce. Widziałem przyjaciół przy wigilijnych stołach, śnieg za oknem i pachnącą, jodłową choinkę (tu też jest, ale plastykowa). Rozmawiałem z każdym osobno i z wszystkimi razem. Słuchałem opowieści, dowcipy, podnosiłem sztangę, śmiałem się, tańczyłem, byłem na zabawie. CDT, Pałac, Nowolipki… Alek! Podszedł do mnie Franco i śmieszne, pocałował mnie w czoło. W milczeniu.


25 grudnia

Jak nie urok, to… Ból nogi powoli ustępuje, ale za to spaliłem się na słońcu. Twarz piecze mnie niemiłosiernie, nie pomaga żaden krem. Za to wieczorem było wesoło, wraz z trzema kolegami poszliśmy na rufę. Wiał silny wiatr. Najpierw leżeliśmy na pokładzie i śpiewaliśmy, potem tańczyliśmy do taktu śpiewanych piosenek.


26 grudnia

Aden. Nie wpłynęliśmy do portu, statek zakotwiczył na redzie. Za 500 lirów można było przepłynąć łodzią do miasta. Nie skorzystaliśmy, nie było nas na to stać.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 35.51