E-book
5.46
drukowana A5
52.67
Łuczniczka

Bezpłatny fragment - Łuczniczka


5
Objętość:
411 str.
ISBN:
978-83-8104-102-7
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 52.67

Prolog

— Musimy wyjść im naprzeciw!

— Bracie, nikt nie zdoła przekroczyć naszych granic. Ich czary chronią nas od tysięcy lat… — Generał nie był przekonany do teorii swojego młodszego brata.

— Nie zdołają nas ochronić przed czarną magią!

— Co zatem proponujesz? — Do rozmowy wtrąciła się Rządząca.

— Musimy stawić im czoło. Jeśli zdołają dostać się na nasze ziemie, nikt już nie będzie w stanie ich powstrzymać — odparł zrezygnowany młodszy brat.

— A więc musimy walczyć — podsumowała Rządząca.

— Przypominam ci, matko, że nasze wojsko pozostaje niekompletne — wytknął jej generał, po czym zwrócił się do młodszego brata. — Miałeś znaleźć kogoś, by cię zastąpił, skoro ty nie potrafisz…

— Znalazłem — wszedł mu w słowo młodszy. Brat spojrzał na niego zdumiony. — Jest gotowa.

— Z której krainy pochodzi? — spytała Rządząca.

— Właściwie… — Zawahał się przez chwilę. — Ona nie pochodzi z Berlas — wyznał ledwie słyszalnym szeptem, ale wszyscy w pomieszczeniu doskonale go słyszeli. Popatrzyli na niego zdumieni. — Ale jest najlepsza w swoim świecie i jestem pewien, że będzie w stanie dorównać naszym, a może nawet ich przewyższyć — dodał pewniejszym głosem.

— Chcesz sprowadzić człowieka do naszej krainy? — spytał z niedowierzaniem mag, który do tej pory nie brał udziału w dyskusji. Nie interesowały go kwestie militarne, tylko czary obronne.

— Ona jest wyjątkowa. Dajcie jej szansę, a udowodnię wam, że się nie mylę.

— To szaleństwo — skwitował generał. — Trzeba wysłać posłańca do Białej Krainy i stamtąd kogoś sprowadzić.

— Nie — zaprotestowała Rządząca i zwróciła się do młodszego syna. — Ariusie, jesteś pewien, że ta dziewczyna nam pomoże?

— Tak — odparł stanowczo Arius.

— Chcesz ryzykować, marnując cenny czas? — wycedził generał.

— Revanie, ufam moim synom — powiedziała stanowczo Rządząca. — I ufam, że Arius dopełni swojego obowiązku. Przypominam ci, że to jemu powierzyliśmy znalezienie godnego zastępcy na swoje miejsce w pierwszym szeregu.

Arius spojrzał wyzywająco na brata, ale ten już nic nie powiedział, tylko łypał na niego groźnie.

Rządząca westchnęła i zwróciła się do maga:

— Ardalu, czy możesz przygotować Przeniesienia Ariusa?

— Oczywiście, Agaretto, ustalę wszystko z Radą Magów na dzisiejszym posiedzeniu — odrzekł uprzejmie mag. — Myślę, że czary będą gotowe w przeciągu kilku dni.

— Wspaniale — oznajmiła zadowolona. — Ariusie, przygotuj się do podróży.

— Nie martw się, nie zawiodę i przyprowadzę ci nową łuczniczkę — odparł z uśmiechem.

I Pierwsze spotkanie

Nie istnieje na tym świecie nic lepszego od naprężonych mięśni, oczu wymierzonych prosto w cel i… tego najważniejszego momentu, jakim jest wypuszczenie z dłoni cięciwy. Widok lecącej strzały, charakterystyczny świst, z jakim przebija powietrze, by przebić tarczę dokładnie w środku, tam gdzie zawsze trafiam.

Nie zamierzam być sztucznie skromna. Jestem dobra, może nawet najlepsza. Nigdy się jednak tego nie dowiem, bo nie zamierzam brać udziału w bezsensownych zawodach i poddawać się krytyce sędziów. Nie potrzebuję tego, to nie jest powód, dlaczego to robię. Robię to, bo muszę. To jest część mojego życia i jest nim od ośmiu lat, czyli odkąd skończyłam trzynaście i zobaczyłam to na jakimś filmie fantasy… Nie przepadam za wymyślonymi krainami, ponieważ lubię twardo stąpać po ziemi, ale łucznik z dziwnie długimi uszami mi zaimponował. Od tego czasu nie rozstaję się z moim łukiem i robionymi na zamówienie strzałami. Kiedy jeszcze byłam w szkole, moi rodzice myśleli, że zrobię z tego karierę i wszystkie wydatki na trenerów, nowe łuki i tysiące strzał się zwrócą. Ja jednak byłam uparta i nie zamierzałam zmieniać tego, kim jestem, a jestem samotniczką z łukiem, która w piątek wieczór stoi i puszcza strzały na hali treningowej. Zapewne dla większości studentów to okropna wizja, ale dla mnie to właśnie jest zabawa i najlepszy sposób na odreagowanie trudnego tygodnia. Tutaj wyrzucam swoje frustracje, dlaczego świat jest taki, a nie inny. I czemu właśnie ja muszę się w nim męczyć?

Treningi kończą się o dziewiętnastej, mam jednak zaufanie tutejszych właścicieli, więc posiadam własny klucz. Zwykle zostaję aż do północy. Do tego czasu hala zawsze pustoszeje i zostaję sama. Aż do dzisiaj, bowiem tego wieczoru ktoś mnie odwiedził.

Zbierając strzały z tarczy zauważyłam, że na trybunach siedzi młody chłopak, na oko dwudziestopięcioletni. Był ubrany na czarno i miał czapkę zasłaniającą prawie pół jego twarzy, której nikt normalny już nie nosił. Do tej pory nikt tu nie przychodził, żeby popatrzeć na treningi, nawet na mistrzostwach świata jest mała widownia. W końcu to nie piłka nożna, za którą, z niewiadomych powodów, szaleje cały świat.

Nieznajomy, który na swój sposób mógłby być uznany za urokliwego, patrzył się prosto na mnie z wyrazem… satysfakcji. Nie uznania dla moich umiejętności, ale jakby znalazł coś interesującego na wystawie, sprawdził, czy działa i z satysfakcją kiwał głową, myśląc: „wiedziałem, że to dobry wybór”. Przeraziło mnie jego zachowanie. Postanowiłam zebrać sprzęt i jakby nigdy nic pójść do domu najbardziej oświetloną ulicą. Po chwili jednak stwierdziłam, że najrozsądniej będzie, jeśli pojadę taksówką.

Zbierając sprzęt, wezwałam taksówkę przez specjalną aplikację (chwała za nowoczesne telefony, z których nawet nie trzeba dzwonić, żeby coś załatwić!) i spokojnie skierowałam się do wyjścia, starając się podejrzanie nie spieszyć i sprawiać wrażenie wyluzowanej.

Już miałam wyjść (i zamknąć go w środku, w końcu to jego wina, że przychodzi po godzinach), a tu nagle usłyszałam:

— Adiano, zaczekaj! Chciałaś mnie tu zostawić?!

Tego imienia nie zna nikt z moich znajomych, nawet moi wykładowcy zwracają się do mnie Ana. Nie cierpię mojego imienia, jest dziwne i brzmi jak nie z tego świata, nienowoczesnie… Osiemnaście lat walczyłam z rodzicami, żeby mnie tak nie nazywali, a jak mówili, że to przecież takie piękne imię, ja odpowiadałam:

— Paryż to piękne miasto, ale kto nazywa swoje dziecko Paris?

Także, kiedy nieznajomy nazwał mnie moim pełnym imieniem, zamarłam. Nawet się nie odwróciłam, tylko stałam i czekałam na rozwój wydarzeń.

— To bardzo nieładnie z twojej strony. Słyszałem, że takie zachowanie jest zupełnie do ciebie niepodobne… Ja tu siedzę i podziwiam twoje umiejętności, a ty chciałaś mnie zostawić? Żeby wyjść, musiałbym zniszczyć drzwi. Właściciele nie byliby zadowoleni. — Nieznajomy sprawiał wrażenie, jakby chciał mi dać naganę i nauczyć poprawnego zachowania… Jakby był co najmniej pięćdziesiąt lat starszy.

— Przepraszam, ale po pierwsze w ogóle cię nie znam. To musi być pomyłka. Mam na imię Ana, a tu nie wolno przebywać po godzinach treningów. — Starałam się ukryć zdenerwowanie, ale niestety głos mi trochę zadrżał. Skąd on mnie znał? W dodatku chyba rozbawiłam go swoją odpowiedzią.

— Ana? To dopiero dziwne imię. Mówili mi, że masz na imię Adiana. Może coś ci się pomyliło albo zapomniałaś? Wy wszyscy macie godną pożałowania pamięć. ­

— My wszyscy? Jacy my? — spytałam zdziwiona.

— Ludzie. Znaczy my wszyscy, oczywiście — odparł zmieszany i chyba zły na siebie, że coś palnął. O rany, trafiłam na wariata, która zapewne jest przekonany, że jest kosmitą. Zaraz zacznie gadać, że ma na imię Ka–El i pochodzi z Kryptonu. Dlaczego mnie to spotyka? Spróbowałam delikatnie wystukać numer alarmowy na telefonie tak, by ten dziwak tego nie zauważył, ale on tylko popatrzył na mnie z rozbawieniem i powiedział:

— Nie można się przejęzyczyć? Czy to od razu musi oznaczać, że uważam się za kosmitę?

— Przepraszam? — Stanęłam jak wryta. Skąd on wiedział, o czym pomyślałam?

— I po co ci policja? Naprawdę szkoda ich narażać. Lepiej pozwól mi powiedzieć, co muszę i potem zdecydujesz, co zrobisz. Ludzie są naprawdę niecierpliwi. Wiem, że życie jest krótkie, ale bez przesady. — Przewrócił oczami. Wyglądał na zniecierpliwionego, ale i odrobinę rozbawionego. Znowu mówił tak, jakby sam nie był człowiekiem.

— Niby co mi masz tak ważnego do powiedzenia, że przychodzisz tu po godzinach i czekasz na mnie? I skąd do diaska znasz moje pełne imię?

— Czyli jednak je pamiętasz? To świetnie. — Zaśmiał się, a potem uśmiechnął szeroko i z odrobiną ulgi. Może on też pomyślał, że jestem chora umysłowo? Jednakże to nie ja miałam problem. — Adiano, czekałem na ciebie bardzo długo, ale było warto.

— Ana. Mogłeś podejść wcześniej, jestem tu od szesnastej.

— Adiana to twoje imię, nie wolno go zmieniać. Poza tym jest piękne i żywię nadzieję, że jest dla ciebie odpowiednie. Miałem na myśli dwadzieścia jeden lat twojego życia. Tyle czekałem, abyś stała się najlepszą łuczniczką w tym świecie.

Zdecydowałam, że pominę wszystko, co w jego wypowiedzi zabrzmiało dziwnie i odpowiem na to, co zrozumiałam.

— Nie jestem najlepsza, nigdy nie wygrałam zawodów. Nawet w żadnych nie startowałam, nie zależy mi na tym.

— I właśnie to czyni cię najlepszą. — Spojrzał na mnie z dumą. Najpierw grał mojego dziadka, a teraz ojca?! Muszę się stąd jak najszybciej wydostać. — Zależy ci na tym, to całe twoje życie. Moim też powinno, ale niestety… — Spochmurniał i przygarbił się. Aż zrobiło mi się go żal… A dokładniej zrobiłoby się, gdyby mnie tak nie przerażał. Choć nie była to do końca prawda. Nie on mnie przerażał, tylko ta cała dziwna sytuacja. On, gdy już chwilę pobyłam w jego towarzystwie, napełniał mnie spokojem i paradoksalnie tylko dzięki niemu jeszcze nie uciekłam z krzykiem, a przecież jednocześnie z jego powodu chciałam to zrobić. Jednak coś mówiło mi, że powinnam go wysłuchać. Zwykle szósty zmysł, zwłaszcza co do zamiarów ludzi, nigdy mnie nie zawiódł, ale może powinnam przestać mu ufać?

— Niestety co? — Zabrzmiałam o wiele cieplej i przyjaźniej, niż chciałam.

— Nie jest mi to pisane. Powinienem być tak dobry jak ty, a nawet lepszy, ale coś jest nie tak. Nic nie wyszło tak, jak powinno. Zawiodłem moją rodzinę i cały lud brakiem tak ważnych umiejętności, dlatego przyszedłem do ciebie. Jesteś idealna, aby mnie zastąpić — oświadczył.

Pomyślałam, że to najdziwniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałam i mimo że mówił w naszym języku, niczego z jego wypowiedzi nie zrozumiałam. Wtedy spojrzał mi prosto w oczy… Przepełniała go nadzieja, że mu pomogę. Nie mogłam nie zauważyć, jak niesamowite były to oczy. W pierwszej chwili mogłyby się wydawać błotniste, ale potem zauważyłam świetlistozielone przebłyski, jakby refleksy w jego oczach. W całym moim życiu nie widziałam nic podobnego. Brązowe oczy są piękne, ale na te nie ma słowa w żadnych ze słowników tego świata. Zamarłam oczarowana. Tak się zapatrzyłam, że zapomniałam, iż zwykle w trakcie rozmowy oczekuje się od nas odpowiedzi. Teraz z pewnością uzna mnie za wariatkę. Tylko czemu tak się tym przejęłam?

— Wybacz, wydajesz się osobą godną zaufania. Powinienem zacząć od początku i stopniowo cię wtajemniczyć. Zapominam się. Czy możesz mi wybaczyć? — Spojrzał na mnie pytająco, ewidentnie oczekując odpowiedzi.

— Ee… Tak, oczywiście — odparłam niepewnie. — Wybaczam, chcę usłyszeć resztę historii.

— Historii? Cała opowieść właśnie się zaczyna.

— W takim razie skąd w ogóle znasz moje imię? I jak tobie na imię?

— Mówiłem, wybraliśmy cię, to znaczy moja rodzina cię wybrała, na moją następczynię. Posiadasz umiejętności, którymi ja z niewiadomych przyczyn nie władam. Jednakże masz rację, że się nie przedstawiłem. Wybacz mi brak manier, na imię mam Arius.

Pomyślałam, że wreszcie ktoś ma dziwniejsze imię ode mnie. Mimo to stwierdziłam, że jest ładne i pasuje do właściciela… Może dlatego, że i imię, i ten, kto je nosi, są jedyni w swoim rodzaju.

— A mogę wiedzieć, czemu twoja rodzina mnie obserwuje i skąd pochodzicie? Gdzie mieszkacie? I przede wszystkim czego ode mnie chcecie?

— Nie jesteś gotowa, aby usłyszeć odpowiedź na każde postawione przez ciebie pytanie. Chociaż na pierwsze odpowiedziałem już wcześniej. Mojej rodzinie zależy na twoich umiejętnościach. — Wyczułam ton rodzica tłumaczącego coś opóźnionemu dziecku. Świetnie, teraz uważa mnie za idiotkę. Nawet mówiąc to, pochylił się i lekko przekręcił głowę. Widać było, że miał przy tym świetną zabawę. Kiedy się wyprostował, uderzyło mnie jaki jest wysoki, na oko miał metr osiemdziesiąt pięć, a dla mnie to sporo zważywszy, że sama mierzę tylko sto sześćdziesiąt pięć centymetrów. — Mimo że nie mamy zbyt wiele czasu, muszę cię wtajemniczać stopniowo. Zależy nam na twojej pomocy, bez ciebie nie wygramy… W każdym razie wszystko w swoim czasie. — Widziałam, że powiedział o wiele więcej, niż planował. Zmieszał się i trochę spiął, a przynajmniej tak mi się zdawało, bo nadal nie widziałam połowy jego twarzy. Rany, jakież to irytujące, nie móc zobaczyć jego włosów spod tej głupiej czapki. Nie wiedziałam, czemu to dla mnie takie istotne. Można mnie oskarżyć o wiele rzeczy, ale na pewno nie jestem próżna. — Wpuścisz mnie na górę? Nie chcę się napraszać, ale czas ucieka.

Nawet nie zauważyłam, jak wyszliśmy z hali treningowej i kierowaliśmy się w stronę mojego domu. Kiedy zupełnie odjęło mi rozum?! Nieznajomy tak zajął mnie rozmową, że kompletnie tego nie zauważyłam. Poza tym skąd wiedział, gdzie mieszkam? Musiałam się go natychmiast pozbyć. Znów poczułam strach.

— To chyba nie jest najlepszy pomysł, jutro mam mnóstwo roboty. Wiesz, kolokwium w poniedziałek. — Starałam się zabrzmieć swobodnie, ale oczywiście nie dał się tak łatwo zbyć.

— Mam nadzieję, że weekend mi wystarczy, żeby cię przekonać do wyjazdu ze mną. — Zamyślił się na chwilę. — Tak, myślę, że tak. W związku z tym nie musisz się już uczyć. Wiedza, którą chcę ci przekazać, jest teraz o wiele ważniejsza.

Przybrał poważny wyraz twarzy i ze zdecydowaniem próbował mnie wyminąć, żeby dostać się do drzwi. Tego już było za wiele! Wyciągnęłam gaz pieprzowy, psiknęłam mu prosto w oczy i uciekłam na górę, szybko zatrzaskując za sobą drzwi wejściowe. W domu poczułam się bezpiecznie, ale kiedy wyjrzałam za okno, zaskoczyło mnie, że mój nowy nie–znajomy nie wycierał oczu, nie miotał się. Wyglądał raczej na zdezorientowanego, jakbym zachowała się nie tak, jak powinnam. Może jego chora rodzina, która na mnie poluje, powiedziała, że nie będę się opierać? To na pewno jakaś sekta. Kto inny obserwuje ludzi przez całe życie? Postanowiłam teraz pójść spać, bo byłam bardzo zmęczona, a rano zadzwonić na policję.

Nie mogąc zasnąć (nic dziwnego!), wstałam i chciałam wyjrzeć przez okno, by popatrzeć na gwiazdy. Może to banalne, ale obserwowanie nieba nocą jest drugą w kolejności, po strzelaniu z łuku, czynnością, która naprawdę mnie uspokaja. Wyjrzałam przez okno w mojej sypialni, spojrzałam w dół (sama nie wiem dlaczego), a tam stał on! Na ramieniu miał mój kołczan. W ręku trzymał łuk i dokładnie go oglądał. Z podziwem i smutkiem. Nie rozumiałam jego rozterek, z pewnością ma inne talenty. Co to za sekta, która jest zawiedziona brakiem umiejętności strzeleckich? Cóż, nazajutrz zamierzałam się tego dowiedzieć na policji. Ale najpierw musiałam odzyskać mój skarb z rąk tego bezczelnego złodzieja.

***


Po trzech godzinach niespokojnego snu w końcu się poddałam i zwlekłam z łóżka. Śniły mi się przedziwne rzeczy. Uczyłam Ariusa strzelać z łuku, a później siedzieliśmy razem pod drzewem i oglądaliśmy gwiazdy. Jak tylko załatwię sprawę z nim raz na zawsze, będę musiała się przebadać u specjalisty. Moja reakcja nie była normalna. Powinnam uciekać z krzykiem i obudzić się zlana potem ze strachu. Wprawdzie się spociłam, ale z zupełnie innych przyczyn, do tej pory zupełnie mi obcych.

Wzięłam prysznic i ubrałam się w swoje ulubione jeansy i koszulkę w słodkie kotki, które dodają mi otuchy. Tak, mentalnie lubię mieć czasem pięć lat, to mnie uspokaja. Założę się, że każdy tak robi, tylko nikt nie chce się do tego przyznać. Do tego, mimo lipcowego upału, włożyłam tenisówki. Latem wszyscy chodzą w krótkich spodenkach i bluzkach na ramiączka, ale mi nigdy nie jest za gorąco. Marzę o zamieszkaniu w jakimś ciepłym kraju i może po studiach mi się uda. W końcu politolog może pracować wszędzie.

Zanim wyszłam, wyjrzałam przez okno. Chciałam sprawdzić, czy mój prześladowca jeszcze tam stoi, ale nikogo nie zauważyłam. Arius zniknął razem z moim łukiem! Zła na siebie, że mu go dałam (chociaż tego nie pamiętam), wzięłam torebkę i wyszłam z mieszkania, trzaskając przy tym drzwiami. Jeszcze bardziej się wściekłam, kiedy zorientowałam się, że zatrzasnęłam klucze w mieszkaniu. Postanowiłam obwinić o wszystko Ariusa, przecież to przez niego byłam kłębkiem nerwów. Wzięłam głęboki wdech i zdecydowałam, że wezwę ślusarza, kiedy już wyjdę z komisariatu. Uznałam, że nie będę szukać Ariusa, prosząc go o zwrot łuku. To by było zbyt niebezpieczne, lepiej zostawić sprawę policji.

Mieszkałam niecałe pięć minut drogi od najbliższego komisariatu. Prosto z mojego bloku skierowałam się w odpowiednią stronę. Nie uszłam jednak nawet trzech kroków, kiedy poczułam, że ktoś za mną idzie. Nie usłyszałam nikogo, ale po prostu go wyczułam, jakbym posiadała dodatkowy zmysł.

Odwróciłam się z impetem, wyciągając gaz pieprzowy z torebki i celując nim w potencjalnego napastnika, którym okazał się Arius we własnej osobie. Tak szybko wybiegłam z domu, że musiałam go nie zauważyć. Zachowałam się wyjątkowo bezmyślnie, co jest do mnie zupełnie niepodobne. Ponownie za wszystko obwiniłam jego, więc psiknęłam mu prosto w oczu, ale uchylił się w ostatniej chwili. Dosłownie zrobił unik w ułamku sekundy. Przez chwilę czułam podziw, a potem już tylko złość. Wywoływał u mnie wiele emocji, co wcale mi się nie podobało, bo burzyło moje poukładane życie. Dla niektórych mogło wydawać się nudne, ale mi odpowiadało. Jedyne emocje, które akceptowałam, pochodziły od mojego ukochanego łuku, inne co najwyżej tolerowałam. A ten oto chłopak nie dość, że trzymał mój skarb, to jeszcze sprawiał, że czułam… no cóż, cokolwiek i wcale mi się to nie podobało, a przynajmniej nie zamierzałam się do tego przyznawać.

— Znowu psikasz mi tym łaskoczącym płynem w oczy. To wprawdzie nie boli, ale jest irytujące. Nie rób tego więcej. Naprawdę zaczynam myśleć, że nie spełniasz swojego imienia! Adiano, ja na ciebie czekam całą noc, bo mnie nie wpuściłaś, dbam o twój łuk, a ty nawet się ze mną nie przywitasz? Bardzo nieładnie z twojej strony. Znowu — powiedział, kręcąc głową z dezaprobatą.

Całkowicie odebrało mi mowę. Znowu zamienił się w mojego dziadka i strofował mnie za brak manier. Tego już było za wiele.

— Za kogo ty się uważasz, żeby tak do mnie mówić?! Nawet cię nie znam, a ty wystajesz pod moim domem jak jakiś psychopata. Ale to się zaraz skończy! Właśnie idę na policję i powiem im o waszej „rodzinie”! Dowiedzą się o tej całej sekcie i oni już się wami zajmą!

Jeszcze nigdy w życiu tak nie krzyczałam, aż sama się przestraszyłam. Arius także wyglądał na zszokowanego, ale po chwili się otrząsnął.

— Jesteś jedyną osobą, która może się nami zająć i nam pomóc. Daj mi dwa dni, a wszystko ci wyjaśnię, a wtedy sama zdecydujesz, co zrobisz. Jeśli będziesz chciała, odejdę. Uszanuję twoją decyzję, ale najpierw powinnaś mnie wysłuchać. Czy za wiele wymagam? — Spojrzał na mnie błagalnie, ale wiedziałam, że muszę być twarda.

— Nie martw się, policja z pewnością cię wysłucha — odparłam stanowczo, ale kiedy już miałam się odwrócić i kontynuować drogę na komisariat, usłyszałam jego łamiący się głos. Spojrzałam na niego i zobaczyłam łzę spływającą po jego, jak teraz zauważyłam, idealnie gładkim policzku.

— Oni nas wszystkich zabiją.

II Przysięga

Nie wiem, jak to się stało, że zamiast na komisariacie, znalazłam się w swoim domu, parząc herbatę dla Ariusa. Coś w jego oczach kazało mi wierzyć, że mówił prawdę. Pomyślałam, że może ktoś naprawdę groził jego rodzinie. To nie jego wina, że miał problemy i zamiast iść na policję, upierał się, że tylko ja mogę ich uratować. Postanowiłam więc, że wpuszczę go do domu i spróbuję przekonać, że nie u mnie powinien szukać pomocy, ale u specjalnych służb. Strach w jego głosie nie był udawany, a w połączeniu z bardzo przekonującymi oczami (z sekundy na sekundę coraz bardziej iskrzącymi) po prostu mu uwierzyłam.

— Powiedz mi, kto chce was zabić? Twoja rodzina zdenerwowała mafię? Macie długi? — spytałam. Musiałam ustalić wszystkie szczegóły, żeby wiedzieć, co dokładnie potem zrobić z tą wiedzą.

— Kogo? Nie, nie mamy żadnych długów, nie o to chodzi. Jeszcze nie mogę ci zdradzić, kto i dlaczego nas zaatakuje, ale to nastąpi, i to już wkrótce — odparł, zbijając mnie z pantałyku.

— Nie wiesz, co to mafia? Zorganizowana grupa przestępcza. Z takimi radzi sobie policja, a przynajmniej powinna. — No tak, mają długi lub to jakiś były członek mafii, którego nie chcieli na świadka koronnego.

— Nie, to nie grupa. Wroga mojemu ludowi kraina podejmie decyzję o ataku już niedługo. — Ważył każde słowo, najwyraźniej bojąc się mojej reakcji. Zaraz, czy właśnie użył czasu przyszłego?!

— Jakieś państwo chce zaatakować twoje? Skąd wiesz, skoro to się jeszcze nie wydarzyło? Jesteś jasnowidzem? — Wszystko wracało do jego problemów z psychiką. Twardo stąpam po ziemi, nie wierzę w tarota i wróżbiarstwo, czy nawet duchy.

— Nie, coś ty. — Nareszcie trochę się rozchmurzył, za to zdenerwował mnie. Śmiał się ze mnie, nawet nie wiedziałam, który już raz. — Nie można przewidzieć przyszłości, jest zbyt zmienna i zależna od decyzji wielu osób. Są tacy, co widzą urywki, ale nie są zbyt pewne, nie należy więc na nich polegać.

— W takim razie skąd wiesz, co się wydarzy? Jasno wyraziłeś się, że zaatakują w przyszłości. — Nie dam się tak łatwo zwieść.

— Mamy szpiegów, jesteśmy inteligentni i przewidzieliśmy ich strategię. Znamy ich cel i uwierz mi, pewnym jest, że wkrótce będą chcieli go zrealizować, a atak jest jedyną znaną im formą osiągnięcia swojego celu. Jednak zapewniam cię, że nasi stratedzy nie używają do planowania kryształowej kuli. — Zaśmiał się głośno.

— Taka jestem zabawna? Chciałam ci pomóc, ale zaraz zmienię zdanie i wylądujesz za kratkami za prześladowanie! — Może trochę przesadziłam, ale musiał wiedzieć, że nie dam się tak traktować. Potrafię wymusić szacunek, a jeśli zaistnieje taka potrzeba, to nawet groźbą. Wprawdzie rzadko mi się to zdarza, na ogół jestem opanowana, ale wszystko ma swoje granice. Znajdował się w moim domu. Sądząc po minie Ariusa, chyba do niego dotarłam, bo spojrzał na mnie niepewnie. Przyszło mi do głowy, że rzeczywiście zbytnio się uniosłam. — Przepraszam, zwyczajnie nie lubię, kiedy ktoś się ze mnie śmieje. Powiedziałeś tyle dziwnych rzeczy, że nietrudno zapędzić się z fantazją, co, uwierz mi, jest dla mnie zupełnie nowe.

— To ja przepraszam. Wybaczysz mi moje zachowanie? Absolutnie nie powinienem obrażać cię w twoim domu ani nigdzie indziej. — Spojrzał na mnie skruszony, a ja już z wczorajszego wieczoru pamiętałam, że oczekiwał odpowiedzi.

— Wybaczam. Ale kto i dlaczego chce was skrzywdzić? Jeśli mi nie powiesz, nie będę mogła wam pomóc.

— Mówiłem ci, jeszcze nie mogę. Ale nie martw się. Przyjdzie na to czas i to prędzej, niż myślisz. — Znowu przybrał swoją tajemniczą minę i lekko się uśmiechnął, unosząc tylko jeden kącik ust. Wciąż jedna rzecz nie dawała mi spokoju…

— Mógłbyś zdjąć tę czapkę? To nieładnie siedzieć w pomieszczeniu w nakryciu głowy. — Próbowałam mówić jak moja babcia, żeby mu pokazać, jak głupio to brzmi, ale zamiast tego zabrzmiałam jak skrzecząca baba z serialu o czarownicach. Uśmiechnął się do siebie pod nosem. Wspaniale, już po raz setny zrobiłam z siebie głupią. Oczywiście nie zależało mi na zrobieniu wrażenia na Ariusie… I zamierzałam to sobie powtarzać, aż uwierzę.

— Niedługo. — Zauważył moją zdziwioną minę, bo szybko dodał: — Trochę mi zimno w uszy. — Ma kompleksy na punkcie uszu? Tylko dlaczego, ma tak idealną twarz (chociaż mnie to nie ruszało), a przejmował się odstającymi uszami. — Wróćmy do sprawy, czas ucieka. Mój lud czeka wojna i potrzebujemy żołnierzy.

Przypomniało mi się, że wczoraj mówił coś o zastąpieniu go, bo jego rodzina jest nim zawiedziona z powodu braku jakichś ważnych umiejętności. Czy on sobie wyobrażał, że pójdę za niego na wojnę?! Tego już było za wiele, oszalał i tyle. Owszem, zawsze interesowała mnie walka o pokój na świecie, ale jako dyplomatę, mówcę. Nigdy nie pomyślałabym o walce na froncie! I to pomijając fakt, że moi rodzice w reakcji na taką wiadomość zamknęliby mnie w piwnicy. Poza tym w ogóle się do tego nie nadaję, jestem za słaba. Wprawdzie mam silne mięśnie rąk od strzelania z łuku, ale moje ciało określiłabym raczej mianem elastycznego, smukłego. Na pewno nie było silne, wytrwałe, czy zdolne do walki i życia w trudnych warunkach. W dzieciństwie byłam raz na obozie i kazałam przyjechać rodzicom już po trzech dniach, żeby zabrali mnie do domu. To jeden z niewielu razy w życiu, kiedy płakałam i poddałam się niemalże od razu. Ten człowiek po prostu zwariował. Zamiast rumianku powinnam mu podać… Nie, nie ma herbaty na problemy psychiczne. Przeszło mi przez myśl, że może to ja postradałam zmysły i wszystko sobie wyobraziłam?

A jednak Arius siedział w mojej kuchni i popijając rumianek, czekał spokojnie, aż mu odpowiem. A więc proszę bardzo…

— Czy tobie się wydaje, że przywdzieję mundur i będę biegać z karabinem po polu bitwy?! Oszalałeś, aż brak mi słów. — Jasno wyraziłam się tym samym, że powinien już sobie pójść.

— Karabinem? I to ja oszalałem. — Pokręcił głową z dezaprobatą. — Z łukiem. Jesteśmy żołnierzami, którzy walczą z łukiem. U nas nie ma broni palnej, mechanicznej. Na całe szczęście u nas nie działa żaden tego typu wynalazek. Chociaż czasem jestem ciekaw, co jest takiego fascynującego w migoczących obrazkach w pudle. Powinniście wyjrzeć za okno, a zobaczylibyście, ile tracicie, ale chyba sama wiesz. Widziałem, jak patrzysz w gwiazdy. Jeśli pójdziesz ze mną, zobaczysz gwiazdy i krajobrazy, jakich tu w życiu nie doświadczysz — oświadczył z dumą.

O matko, brak telewizji, gwiazdy. Rozmawiałam z Amiszem. Ale przecież oni nie uznają wojny. To niemożliwe, pora wyłożyć karty na stół, z tym że nie moje.

— Skąd jesteś? I kim jest twój lud? — Sądząc po wyrazie twarzy Ariusa, wreszcie miałam szansę czegoś się dowiedzieć.

— Tak, to jest właściwe pytanie. Na tę odpowiedź nadszedł czas. Musisz nas poznać, żeby zdecydować, czy nas chronić, to zrozumiałe. Jesteśmy Sagittariusami, czyli, jak już mówiłem, żołnierzami z łukiem. Potrafimy posługiwać się mieczem i inną bronią, ale łuk to nasza specjalność. — Mówił, jakby pochodził z jakiegoś plemienia, ale nie wydawał się… Wprawdzie nie można go było nazwać nowoczesnym, ale coś w nim mówiło mi, że reprezentuje wielką cywilizację. Znów zaczęłam mu wierzyć. Czasami po prostu czuje się, kiedy ktoś w potrzebie mówi prawdę. Może to rozpacz w głosie, a może wyraz oczu, ale w pewnym momencie coś we mnie przeskoczyło… Nie mogłam pozwolić, aby komukolwiek stała się krzywda. Pomogę im, tylko najpierw dowiem się, co mnie czeka.

— Nazwa twojego ludu nic mi nie mówi, a znam wszystkie państwa. Słyszę przecież, że wziąłeś tę nazwę z łaciny. Jeżeli mam wam pomóc, musisz być ze mną szczery.– Pora, by zaczął mnie respektować, skoro ja już zaczęłam poważnie traktować jego problem.

— To raczej Rzymianie wzięli od naszego języka podstawy łaciny. To nasza nazwa, ale w Rzymie oznacza to samo, co w naszej krainie. — Oczywiście, starożytni Rzymianie ukradli komuś język. Znów poczułam lekką irytację, ale i zarazem ciekawość.

— Raczej oznaczało, łacina to martwy język. — Spojrzał na mnie zdumiony. Zaskoczyłam go tym? To raczej nie jest wielka nowina. — Nawet ją lubię. Nie znam jej jednak płynnie, nie jest potrzebna w życiu. — Na razie nie dał się sprowokować. — Chcesz mi powiedzieć, że w twoim kraju nadal obowiązuje? Nie wierzę, wiedziałabym o tym.

— Mamy mało czasu, musisz uważniej słuchać. — Wyglądał na zmęczonego moją głupotą. Znowu się mną zawiódł. Odniosłam wrażenie, że zaraz wstanie i wyjdzie, stwierdzając oczywistość, że się pomylił i absolutnie nie nadawałam się do zadania, jakie chciał mi powierzyć. Złapałam się na tym, że ta wizja mnie przeraziła. — Powiedziałem, że Rzymianie, których odwiedziliśmy, czerpali z naszego języka, by stworzyć własny, czyli łacinę. Odwiedzamy was czasami, ale nie zauważyliśmy tego, że łacina przestała być używana. Nie wiem, dlaczego tak się stało, ale później wszystko mi opowiesz. Ale jeśli znasz jej podstawy, łatwiej ci się będzie nauczyć naszej mowy. Niewielu z nas interesuje się tym światem i uczy waszego języka. Ja musiałem, dla ciebie. Przyjdzie jednak czas na naukę, jeśli oczywiście wyrazisz taką wolę. — Wreszcie przybrał łagodniejszy ton. — Wiem, że jesteś wyjątkowo bystra. Poznanie ogromu wszechświata i jego tajemnic wymaga nie tylko otwartości, ale i czasu, którego niestety nie mamy zbyt wiele. — Uśmiechnął się zachęcająco i już wiedziałam, że mogłam pytać dalej.

— Dobrze, więc jak nazywa się twój kraj?

— Kraina. U nas są krainy z widokami, na które w twojej mowie nie ma słów. Jesteśmy podzieleni ze względu na różniące się warunki, w których żyjemy. To one mają wpływ na nasze specjalne umiejętności i zwyczaje. Natura, w której przyszło nam żyć, ma na nas niezwykły wpływ, kształtuje nas. Nie lubimy tu przybywać i odwiedzać krainy, które odrzucają i niszczą przyrodę, która jako jedyna może ukształtować świat żyjący w harmonii, gdzie każdy znajdzie idealną dla siebie rzeczywistość. Dopóki tego nie zrozumiecie, nic się nie zmieni, a nie trzeba być jasnowidzem, żeby widzieć brak chęci do zmian. — Spojrzał na mnie znacząco.

— W takim razie skąd wojna, skoro żyjecie w takiej harmonii? — spytałam z ironią. Sam sobie zaprzeczał. Oni są idealni, bo nie oglądają telewizji, a my niszczymy naszą planetę.

— Bo ci, którzy nas zaatakują, buntują się przeciwko ukształtowaniu naszego świata. Chcą zaprowadzić w mojej krainie swój porządek i wprowadzić w niej mrok. A u nas jest świetliście i słonecznie, nawet noc jest przystępna dla każdego oka. Wiem, że to zabrzmi dla ciebie abstrakcyjnie, ale pod pojęciem mrok mam na myśli dosłowną ciemność, zmianę otoczenia. To zmieni nasz pokojowy lud. Nie wiemy, co się dokładnie stanie i jakie będzie niosło ze sobą konsekwencje, ale z pewnością nie pozytywne.

— Myślałam, że chodzi ci o walkę z elektrycznością. — Zrobiło mi się głupio, bo w myślach już oskarżyłam go o terroryzm.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 52.67