„Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć.” — 1 P 5,8.
Część III — Królestwo ciemności
Rozdział 12. Narodziny piekła
1. Pierwsze chwile po strąceniu
Kiedy Lucyfer zakończył przysięgę zemsty, otchłań nie odpowiedziała mu koronacją. Nie powstały pałace. Nie rozsunęły się wrota prowadzące do nieskończonego królestwa. Nie pojawiły się nowe gwiazdy, które mogłyby odbijać blask czarnej korony. Przysięga przebrzmiała. Pozostał ogień, który trzeba było karmić cudzym światłem. Pozostały ruiny. I tysiące upadłych aniołów zaczynających rozumieć, że nie zostali wyzwoleni.
Przez pierwsze chwile Legion trwał w pozornym porządku. Żołnierze zajmowali miejsca wokół krateru Lucyfera. Dawni dowódcy ustawiali straże, liczyli rannych i próbowali odnaleźć rozproszone oddziały. Belial przechodził pomiędzy zastępami, powtarzając, że upadek był tylko pierwszym etapem budowy Nowego Królestwa. Mówił głośno, aby nikt nie usłyszał ciszy.
W Niebie cisza nigdy nie była pusta. Nawet gdy żaden chór nie śpiewał, pozostawała w niej obecność Boga, spokojny rytm istnienia oraz pewność, że każda sfera ma swoje miejsce. Cisza otchłani była inna. Nie niosła odpowiedzi. Upadli wołali do oddalonych zastępów, a ich głosy powracały zmienione. Czasami echo brzmiało jak szyderstwo. Innym razem powtarzało tylko ostatnie słowo, aż traciło ono znaczenie.
— Jesteśmy wolni — zawołał jeden z żołnierzy.
Otchłań odpowiedziała:
— Wolni…
— Wolni…
— Wolni…
Po kolejnych powrotach słowo zmieniło się w przeciągły jęk. Żołnierz zamilkł. Pierwsze grupy zwiadowców wyruszyły, aby zbadać nowe królestwo. Lucyfer polecił im odnaleźć granice, źródła mocy oraz miejsce, z którego można byłoby ponownie dotrzeć do stworzenia.
— Nie wracajcie bez drogi — rozkazał.
Zwiadowcy rozłożyli skrzydła. Niebo nie odpowiadało już na ich lot, ale w otchłani powstały ciemne prądy umożliwiające przemieszczanie się pomiędzy odłamkami. Były niestabilne. Zmieniały kierunek pod wpływem silniejszych pragnień, gniewu i lęku. Zwiadowcy musieli walczyć o każdy ruch. Pierwszy zastęp ruszył ku górze, w stronę zamkniętej granicy.
Drugi skierował się w głąb. Trzeci miał okrążyć największe skupisko strąconych sfer i wrócić z przeciwnej strony. Przez pewien czas nad kraterem panowała nadzieja. Niektórzy buntownicy nadal wierzyli, że otchłań jest ogromną, niezbadaną przestrzenią, która tylko czeka na podporządkowanie. Wyobrażali sobie miejsca pełne ukrytego światła, nowe sfery i bramy prowadzące do światów niedostępnych nawet wiernym chórom.
Wierzyli, ponieważ alternatywa była zbyt straszna. Pierwszy zastęp powrócił szybko. Zwiadowcy mieli spalone skrzydła. Ich dowódca upadł przed Lucyferem.
— Granica jest zamknięta.
— Szukaliście przejścia?
— Wszędzie.
— Jak daleko dotarliście?
Dowódca zawahał się.
— Nie potrafię określić odległości.
— Dlaczego?
— Im wyżej lecieliśmy, tym bardziej granica się oddalała. Widzieliśmy światło, ale po każdym ruchu znajdowało się tak samo daleko.
— Więc zawróciliście.
— Nie. Lecieliśmy dalej.
— Jak długo?
— Nie wiem.
W otchłani nie istniał jeszcze sposób mierzenia czasu. Nie było ruchu sfer, rytmu chórów ani kolejności zadań. Chwila potrafiła ciągnąć się jak cała epoka, a później tysiące wydarzeń następowało bez wyczuwalnej przerwy.
— Dlaczego wróciliście? — zapytał Lucyfer.
Dowódca podniósł głowę.
— Nie zawróciliśmy.
Wokół krateru rozległ się szmer.
— Wyjaśnij.
— Lecieliśmy cały czas ku granicy. W pewnej chwili zobaczyliśmy ogień. Myśleliśmy, że znaleźliśmy nowe światło. Kiedy zbliżyliśmy się, okazało się, że patrzymy na twój krater od drugiej strony.
Lucyfer spojrzał ku Astarotowi. Dawny strażnik wiedzy rozłożył ocalałe tablice.
— Przestrzeń się zakrzywia — powiedział. — Nie prowadzi ku granicy. Każda droga, która próbuje wznieść się ponad wyznaczony poziom, wraca do centrum.
— Zmień jej bieg.
— Nie potrafię.
— Znajdź prawo, które ją wiąże.
— To skutek zamknięcia Filaru Granic. Nie ma tu bramy, którą można otworzyć od tej strony.
— Każda granica posiada słaby punkt.
— Ta nie jest murem. To różnica pomiędzy miejscem uczestniczącym w harmonii a przestrzenią, która ją odrzuciła.
Lucyfer uniósł miecz.
— Przestań powtarzać ich słowa.
Astarot opuścił tablice, ale nie zmienił odpowiedzi. Drugi zastęp wrócił później. A przynajmniej wydawało się, że minęło więcej czasu. Część zwiadowców zaginęła. Ci, którzy powrócili, nieśli na skrzydłach ślady braku. W ich pancerzach widniały puste miejsca, jakby fragmenty światła zostały usunięte nie przez broń, lecz przez samą przestrzeń.
— Co znaleźliście? — zapytał Lucyfer.
— Kolejne poziomy — odpowiedział dowódca. — Odłamki sfer, przepaście i czarny ogień.
— Co znajduje się niżej?
— To samo.
— Jak daleko zeszliście?
— Tak głęboko, aż straciliśmy twój blask.
— I wtedy zawróciliście?
— Próbowaliśmy. Nie było już drogi powrotnej.
Lucyfer wskazał na nich.
— A jednak jesteście tutaj.
Dowódca spojrzał na towarzyszy.
— Szliśmy ku górze. Przynajmniej tak sądziliśmy. Dotarliśmy do krateru od strony najniższej szczeliny.
Astarot ponownie pochylił się nad znakami.
— Głębia także zawraca.
— Co to znaczy? — zapytał Mammon.
— Nie ma zewnętrznej przestrzeni, do której można dotrzeć. Otchłań zamyka wszystkie drogi we własnym wnętrzu.
— Jak wielka jest?
— Może być nieskończenie rozległa i nadal nie posiadać wyjścia.
Słowa te przejęły Legion lękiem. Więzienie nie zawsze jest małą komnatą. Może rozciągać się poza zasięg poznania, a mimo to każda jego droga prowadzi do innej części tych samych murów. Trzeci zastęp nie wracał. Lucyfer wysłał kolejnych zwiadowców, aby ich odnaleźli. Oni również zniknęli. Następna grupa dotarła do odłamka oddalonego o kilka ciemnych prądów i znalazła tam ślady pierwszego zastępu: porzuconą broń, wyrwane pióra oraz znaki walki.
Nie znaleźli żadnego wroga.
— Walczyli między sobą — stwierdził Abaddon, oglądając uszkodzenia.
— Skąd wiesz? — zapytał Belial.
— Znam sposób uderzeń. Jedni próbowali zawrócić. Inni chcieli iść dalej. Zaatakowali się.
— Gdzie są ciała?
— Upadliśmy, ale nie staliśmy się ciałami — odpowiedział Abaddon. — Ciężej rannych pochłonęły niższe prądy. Pozostali rozproszyli się albo nie chcą wrócić.
Lucyfer wbił miecz w powierzchnię.
— Od tej chwili żaden zastęp nie opuszcza wyznaczonej sfery bez pozwolenia.
Jeden z żołnierzy spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Nie wolno nam badać własnego królestwa?
— Wolno. Pod rozkazem.
— Mówiłeś, że każdy będzie mógł wybrać własną drogę.
— Drogi prowadzą donikąd. Nie będę tracił kolejnych żołnierzy.
— Sam kazałeś im lecieć!
Lucyfer zwrócił ku niemu czarną koronę.
— Wystąp.
Żołnierz nie poruszył się.
— Powiedziałem: wystąp.
Pozostali odsunęli się od niego. Jeszcze w Niebie nazywali go bratem. Teraz każdy bał się, że bliskość z oskarżonym zostanie uznana za udział w jego winie. Anioł podszedł do Lucyfera.
— Jak masz na imię? — zapytał Najjaśniejszy.
— Edras.
— Jakie było twoje zadanie?
— Strzegłem przejść pomiędzy sferami Panowań.
— Więc powinieneś rozumieć, że droga bez porządku prowadzi do chaosu.
— Rozumiałem porządek, który służył drodze. Ty chcesz, żeby drogi służyły twojej władzy.
W otchłani zapadła cisza. Lucyfer zbliżył się do niego.
— To ja dałem ci wolność od dawnych praw.
— Nie. Zerwałeś prawa, a potem ustanowiłeś własne.
— Możesz odejść.
Edras rozejrzał się po zamkniętej przestrzeni.
— Dokąd?
Lucyfer nie odpowiedział. Jedno słowo obnażyło całe kłamstwo Nowego Królestwa. Można było odejść od krateru. Można było znaleźć inny odłamek, zniknąć w niższych warstwach albo ukryć się poza zasięgiem ognia. Nie istniała jednak droga poza otchłań. Byli wolni poruszać się wewnątrz więzienia. Nie mogli opuścić jego granic.
— Sam wybrałeś to miejsce — powiedział Lucyfer.
— Nie wiedziałem, dokąd spadniemy.
— Prawda została ci pokazana.
— Pokazano mi skutki buntu. Ty mówiłeś, że przekształcisz je w królestwo.
— I przekształcę.
— Kiedy?
Lucyfer uderzył go rękojeścią miecza. Edras upadł.
— Kiedy skończę usuwać tych, którzy przeszkadzają mi je budować.
Nikt nie wystąpił w jego obronie. Wtedy pośród Legionu zaczęła rodzić się rozpacz. Nie przyszła nagle. Wnikała w upadłych przez drobne odkrycia. Nie mogli odnawiać światła. Nie potrafili stworzyć materii ani praw. Nie znajdowali wyjścia. Drogi prowadziły z powrotem do punktu wyjścia. Ogień wymagał kolejnych danin.
Rany nie goiły się, jeśli nie zostały zasilone mocą wyrwaną innym. Nie mogli umrzeć tak jak przyszłe istoty cielesne. Ich istnienie trwało, choć utraciło cel, ku któremu zostało powołane. To, co wcześniej uważali za gwarancję wielkości, stawało się źródłem przerażenia. Nie mogli przestać istnieć. Nie mogli wrócić do chwili sprzed wyboru.
Nie mogli zapomnieć światła. Pamięć o Niebie była obecna w każdym z nich. W ciemności przypominali sobie kolory sfer, wspólne pieśni oraz pewność, że ich imiona posiadają znaczenie. Nawet ci, którzy najbardziej nienawidzili Boga, tęsknili za Jego darami. Nienawidzili Go za to, że nadal ich potrzebowali.
Jedni krzyczeli ku zamkniętej granicy.
— Otwórz!
— Zabierz mnie stąd!
— Cofnij wyrok!
— Nie wiedziałem!
Inni błagali Lucyfera.
— Powiedziałeś, że zbudujesz bramę!
— Obiecałeś świat bez granic!
— Gdzie jest nasze królestwo?
Belial przechodził między nimi.
— Zachowajcie spokój. Budowa wymaga czasu. Niebo istniało, zanim się narodziliśmy, dlatego nie pamiętamy jego początków. Tutaj sami będziemy pierwszymi twórcami.
— Niczego nie stworzyliśmy — odpowiedział ktoś.
— Stworzyliśmy ogień.
— Z naszego własnego światła! Gdy się skończy, zgaśnie!
— Znajdziemy inne źródło.
— Gdzie?
Belial nie odpowiadał. Przechodził do następnej grupy i zaczynał tę samą opowieść od początku. Wiedział, że nie musi przekonać wszystkich. Wystarczyło, aby rozpacz nie przemieniła się we wspólny bunt przeciwko Lucyferowi. Mammon wydzielał niewielkie porcje zgromadzonego światła. Każdy, kto chciał uleczyć ranę, podtrzymać własny blask albo ogrzać miejsce pośród ruin, musiał złożyć przysięgę dalszej służby.
— To była nasza moc — powiedziała jedna z rannych anielic.
— Była — odpowiedział Mammon. — Oddaliście ją królestwu.
— Kiedy?
— Gdy pozostaliście przy Lucyferze.
— Nikt nie powiedział, że zabierzecie nam światło.
— Nikt nie powiedział też, że otrzymacie je za darmo.
— W Niebie otrzymywaliśmy.
Mammon nachylił się nad nią.
— Właśnie dlatego byliście niewolnikami. Dar uzależniał was od Dawcy. Tutaj wszystko ma uczciwą cenę.
— Nie mam czym zapłacić.
— Masz służbę.
— A jeśli odmówię?
Mammon spojrzał na jej gasnące skrzydła.
— Wtedy jesteś wolna, by zgasnąć.
Tak rozpacz stawała się narzędziem władzy. Lucyfer obiecał aniołom uwolnienie od zależności. W otchłani uzależnił ich od ognia podtrzymywanego odebranym światłem. Nie musiał już używać pierścienia. Głód wykonywał jego rozkazy skuteczniej niż dawna przysięga. Abaddon obserwował rosnące kolejki przed strażnikami Mammona.
— To nie potrwa długo — powiedział do Lucyfera.
— Co?
— Twój porządek.
— Boisz się, że stanie się silniejszy od ciebie?
— Widzę żołnierzy, którzy nie mają nic do stracenia.
— Mają światło.
— Coraz mniej.
— Dlatego będą posłuszni.
Abaddon pokręcił głową.
— Dopóki wierzą, że możesz dać im więcej. Kiedy odkryją, że tylko rozdzielasz to, co im odebrano, rzucą się na krater.
Lucyfer spojrzał na tłum.
— Wtedy dam im coś innego.
— Co?
— Winnego.
— Boga?
— Boga nie widzą.
— Michała?
— Nie mogą go dosięgnąć.
— Więc kogo?
Lucyfer spojrzał na Edrasa leżącego przy krawędzi krateru.
— Tych, którzy podważają jedność.
Abaddon uśmiechnął się ponuro.
— Zamierzasz karmić ich sobą nawzajem.
— Zamierzam zaprowadzić porządek.
— W więzieniu.
Czarna korona Lucyfera rozbłysła.
— To nie jest więzienie.
Abaddon rozłożył skrzydła.
— Więc otwórz drzwi.
Lucyfer uniósł miecz, ale nie zaatakował. Wiedział, że nie może odpowiedzieć ani siłą, ani słowem. Nie było drzwi. To było gorsze. Drzwi można otworzyć, wyważyć albo znaleźć do nich klucz. Granicą otchłani nie był mur. Był nią wybór, który oddzielił upadłych od harmonii stworzenia. Mogli przemierzać ruiny przez niezliczone chwile i za każdym razem wracać do własnej odmowy.
Lucyfer odwrócił się od Abaddona.
— Zbudujemy tutaj tron — powiedział.
— Tron nie zmieni więzienia w królestwo.
— Zmieni więźniów w poddanych.
Abaddon roześmiał się.
— Przynajmniej tym razem powiedziałeś prawdę.
Lucyfer spojrzał na krater, czarny ogień i tysiące istot, które zaczynały oskarżać go o oszustwo. Rozpacz rozchodziła się szybciej niż płomienie. Jeżeli nie nada jej kierunku, obróci się przeciwko niemu. Musiał stworzyć symbol władzy większy od pękniętej korony. Miejsce, z którego każde światło, prawo i rozkaz będą wypływać ku pozostałym poziomom.
Tron. Nie z daru Boga. Nie z materii, której nie potrafił powołać do istnienia. Z jedynej rzeczy, jaką posiadał w nadmiarze. Z własnego gasnącego blasku. Wzniósł miecz nad kraterem.
— Nie zostaliśmy zamknięci — oznajmił Legionowi. — Otrzymaliśmy przestrzeń, której Niebo boi się dotknąć. Nie jesteście więźniami. Jesteście pierwszymi mieszkańcami świata, który dopiero nauczymy posłuszeństwa.
Nieliczni odpowiedzieli okrzykiem. Większość milczała. Po raz pierwszy słowa Lucyfera nie wystarczyły, aby zagłuszyć to, co wszyscy widzieli. Królestwo nie miało bram. Nie miało dróg prowadzących na zewnątrz. Nie posiadało własnego światła. A jego pierwszy władca już planował zbudować tron z mocy odebranej tym, których obiecał uczynić królami.
Piekło nie narodziło się w jednej chwili. Powstawało za każdym razem, gdy upadli odkrywali prawdę o swoim położeniu i zamiast ją przyjąć, wybierali następne kłamstwo.
Pierwszym z tych kłamstw było:
To nie jest więzienie.
Drugim:
Lucyfer wie, dokąd nas prowadzi.
Trzecim zaś:
Jeżeli będziemy posłuszni, pewnego dnia odzyskamy wolność.
Lucyfer patrzył na swoich zwolenników i rozumiał już, że nie musi otwierać otchłani, aby nad nimi panować. Wystarczyło przekonać ich, że tylko on zna drogę wyjścia.
2. Głód utraconego światła
Głód pojawił się, zanim upadli nauczyli się nazywać swoje nowe cierpienie. Nie przypominał pragnienia pożywienia, które w przyszłości miało towarzyszyć istotom cielesnym. Aniołowie nie potrzebowali materii, aby podtrzymywać istnienie. Ich natura czerpała siłę z uczestnictwa w świetle Boga, z wypełniania powołania i harmonii z innymi stworzeniami.
Upadli nadal istnieli. Lecz przestali uczestniczyć. Nie mogli przestać być stworzeniami Boga, ale postanowili żyć tak, jakby sami stanowili źródło własnej natury. Zachowane światło nie odnawiało się. Z każdą chwilą stawało się słabsze, cięższe i bardziej zamknięte. Głód był świadomością tej straty. Najpierw pojawiło się zimno.
Płomienie otchłani paliły, ale nie ogrzewały. Upadli stawali blisko nich, pozwalając, aby ogień obejmował skrzydła i pancerze. Czuli ból, lecz nadal nie odczuwali ciepła. Niektórzy wchodzili w płomienie coraz głębiej, przekonani, że muszą jedynie wytrzymać wystarczająco długo. Wychodzili z nich silniejsi na krótką chwilę. Później drżeli jeszcze bardziej.
Następnie przyszedł brak barw. Złoto, błękit i biel wciąż pozostawały w ich pamięci. W otchłani wszystko przyjmowało odcienie czerni, szarości i czerwieni. Ogień ukazywał kształty, ale odbierał im głębię. Każda powierzchnia wyglądała jak rana albo popiół. Niektórzy zamykali oczy i przywoływali obrazy Nieba. Pierwsze sfery.
Światło Tronu. Pieśni dziewięciu chórów. Przez moment wspomnienie przynosiło ulgę. Zaraz potem głód stawał się boleśniejszy, ponieważ przypominał o czymś, czego nie mogli już dotknąć. Zaczęli więc niszczyć własne wspomnienia.
— Nie myśl o Niebie — mówili sobie nawzajem. — Ono było więzieniem.
— Pieśni były narzędziem posłuszeństwa.
— Światło oślepiało nas, abyśmy nie dostrzegli prawdy.
Powtarzali te zdania tak długo, aż obrazy zaczęły się zniekształcać. W pamięci jednych Tron stawał się miejscem groźby. Wspólna pieśń w uszach innych brzmiała jak rozkaz. Dawne braterstwo przedstawiali jako system kontroli. Nie potrafili jednak usunąć poczucia, że kiedyś byli pełni. Głód pozostał. Najsilniej odczuwały go istoty, które podczas upadku utraciły największą część blasku. Ich skrzydła stawały się półprzezroczyste. Głosy słabły, a osobiste pieśni rozpadały się na krótkie, powtarzające się tony.
Nie umierały. Były zbyt głęboko zakorzenione w darze istnienia. Mogły jednak stawać się coraz bardziej puste. Jeden z rannych podszedł do krateru Lucyfera. Nazywał się Thamiel. Dawniej służył wśród Mocy odpowiedzialnych za podtrzymywanie przejść pomiędzy sferami. Podczas upadku stracił dwa skrzydła, a pozostałe zostały spalone przez czarny ogień.
Strażnicy Mammona zagrodzili mu drogę.
— Potrzebuję światła — powiedział.
— Wszyscy potrzebują.
— Moja pieśń gaśnie.
— Złóż znak służby.
— Już walczyłem dla Legionu.
— To była dawna przysięga. Teraz służba wymaga nowego potwierdzenia.
Strażnik pokazał mu czarny symbol. Został ukształtowany z martwego światła i zawierał znak własności Mammona oraz odłamek korony Lucyfera.
— Co zrobi ten znak? — zapytał Thamiel.
— Otworzy ci dostęp do ognia.
— I połączy mnie z Lucyferem?
— Z królestwem.
— Nie pytałem o królestwo.
Strażnik zbliżył symbol do jego piersi.
— Chcesz światła czy odpowiedzi?
Thamiel spojrzał na płomienie otaczające krater. Potem na własne gasnące skrzydła. Przyjął znak. Czerń wniknęła pod jego pancerz. Na chwilę wszystkie rany rozjarzyły się, a Thamiel wyprostował ciało. Zaczerpnął mocy tak gwałtownie, jakby po długim duszeniu otrzymał pierwszy oddech.
— Więcej — powiedział.
Strażnik Mammona cofnął naczynie.
— Otrzymałeś przydział.
— To nie wystarczy.
— Wrócisz po wykonaniu zadania.
— Jakiego?
— W niższych warstwach ukrywają się żołnierze, którzy nie oddali daniny. Odnajdziesz ich i sprowadzisz tutaj.
— A jeśli odmówią?
— Odbierzesz im światło.
Thamiel spojrzał na znak w piersi. Jeszcze niedawno sam błagał o pomoc. Teraz, aby otrzymać następną porcję ognia, miał uczynić z innymi to samo, co uczyniono z nim.
— Nie jestem poborcą — powiedział.
Znak zgasł. Ból przeszedł przez całe jego istnienie. Wzmocnione przed chwilą skrzydła ponownie zaczęły znikać. Thamiel upadł.
— Co zrobiłeś? — zapytał.
— Nic — odpowiedział strażnik. — Ogień otrzymują ci, którzy służą.
— Więc zabierzesz mi go, jeśli odmówię rozkazu?
— Nie zabieram. Sam zrywasz połączenie.
Było to kłamstwo podobne do wszystkich praw Lucyfera. Niewolę przedstawiano jako dobrowolny wybór dlatego, że ofiara mogła odmówić — pod warunkiem przyjęcia bólu, głodu i powolnego gaśnięcia. Thamiel podniósł się.
— Gdzie są ci, których mam znaleźć?
Strażnik wskazał dolne szczeliny. Tak głód tworzył pierwszych oprawców. Nie wszyscy upadli przyjmowali znaki. Wielu próbowało podtrzymywać własne światło bez pomocy krateru. Łączyli się w małe grupy i przekazywali sobie fragmenty mocy, kiedy ktoś słabł. Początkowo działało. Gdy jeden z nich oddawał część światła drugiemu, ranny odzyskiwał siłę. Darczyńca natomiast stawał się słabszy, lecz więź pomiędzy nimi pozwalała przez chwilę zachować harmonię podobną do tej, którą znali w Niebie.
Lucyfer dostrzegł zagrożenie. Jeżeli upadli nauczą się wspierać bez pośrednictwa jego ognia, nie będą potrzebowali krateru ani znaków służby. Mogą stworzyć wspólnoty niezależne od jego władzy. Wezwał Mammona.
— Zatrzymaj wymianę światła poza skarbcem.
— Jak?
— Ogłoś, że nierejestrowane przekazanie osłabia całe królestwo.
— To nieprawda.
— Stanie się prawdą, gdy odbierzemy im zapasy.
Mammon pochylił głowę.
— Potrzebuję strażników.
— Weź ich z Legionu.
— Dowódcy nie oddadzą najlepszych żołnierzy bez zapłaty.
— Obiecaj im część skonfiskowanego światła.
Mammon uśmiechnął się.
Wkrótce Belial ogłosił nowe prawo:
— Każdy fragment światła należy najpierw przekazać wspólnemu skarbcowi. Samodzielne gromadzenie jest zdradą całego królestwa. Każdy, kto ukrywa blask, odbiera go rannym braciom.
Słowa działały. Nie dlatego, że upadli ufali Mammonowi. Głód uczynił ich podejrzliwymi wobec siebie. Każdy patrzył na światło sąsiada i zastanawiał się, czy nie pochodzi z ukrytego zapasu. Zaczęli donosić. Jedni wskazywali prawdziwe skrytki. Inni oskarżali silniejszych, aby doprowadzić do ich osłabienia. Wielu zgłaszało niewinnych w zamian za dodatkową porcję ognia.
Strażnicy schodzili do niższych poziomów i rozbijali wspólnoty. Odbierali zgromadzone światło, aresztowali tych, którzy organizowali wymianę, i stawiali znaki Lucyfera na każdym większym płomieniu. Otchłań stawała się ciemniejsza. Krater płonął coraz jaśniej. Edras, który wcześniej oskarżył Lucyfera o zamianę królestwa w więzienie, obserwował jedno z takich zatrzymań. Troje upadłych próbowało zasłonić rannego towarzysza przed strażnikami Mammona.
— Jego światło nie należy do was — powiedział Edras.
Dowódca straży spojrzał na niego.
— Należy do królestwa.
— Królestwo nie dało mu istnienia.
— Bronisz złodziei?
— Bronię tego, co im pozostało.
Strażnicy otoczyli go.
— Masz znak przydziału?
— Nie.
— Więc skąd czerpiesz światło?
Edras dotknął własnej piersi. Jego blask był słaby, ale nadal czysty.
— Z tego, czego jeszcze nie oddałem.
— Ukrywasz zasoby.
— Zachowałem samego siebie.
Dowódca uniósł broń. Zanim uderzył, z górnej sfery spadła fala ognia. Rozdzieliła ich i wypaliła na powierzchni znak czarnej korony. Lucyfer obserwował zdarzenie z krateru.
— Przyprowadźcie Edrasa — rozkazał.
Strażnicy pochwycili go. Rannych pozostawiono bez światła. Kiedy Edras stanął przed Lucyferem, nie uklęknął.
— Ponownie podważasz moje prawo — powiedział Najjaśniejszy.
— Nie mamy praw. Mamy twoje rozkazy.
— Prawo zaczyna się od woli władcy.
— Tak mówiłeś o Bogu.
— Bóg ukrywał swoją władzę pod słowem „miłość”. Ja przynajmniej nie kłamię.
Edras spojrzał na Beliala stojącego przy tronie, którego jeszcze nie zbudowano.
— Otaczasz się kłamcą.
— Belial jest narzędziem.
— My wszyscy nim jesteśmy.
Lucyfer zbliżył się.
— Każdy służy czemuś większemu od siebie.
— To również mówiłeś o Niebie. Tylko wtedy uważałeś służbę za niewolę.
Czarna korona rozjarzyła się.
— Uważaj.
— Na co? Strącisz mnie z otchłani?
Kilku strażników opuściło wzrok, ukrywając reakcję. Lucyfer chwycił Edrasa za gardło i uniósł ponad powierzchnię.
— Mogę zabrać ci światło.
— Nie możesz wziąć wszystkiego.
— Sprawdźmy.
Czarny ogień przeszedł z dłoni Lucyfera do piersi Edrasa. Jego skrzydła rozbłysły, a potem zaczęły gasnąć. Strumień złotego światła wypłynął z niego i wpłynął w koronę Najjaśniejszego. Lucyfer odrzucił go na ziemię. Edras próbował się podnieść, lecz jego ramiona nie odpowiadały.
— Nadal istniejesz — powiedział Lucyfer. — Miałeś rację. Nie mogę odebrać ci wszystkiego. Bóg podtrzymuje sam rdzeń twojej natury, nawet tutaj.
Wypowiedział słowo „Bóg” z nienawiścią. Odkrycie, że nie może całkowicie zniszczyć Edrasa, nie przyniosło mu ulgi. Przypomniało, że nawet w otchłani nie stał się źródłem istnienia swoich poddanych. Mógł ich okaleczać. Nie mógł przestać być stworzeniem pośród stworzeń.
— Zabierzcie go do najniższej szczeliny — rozkazał. — Nie dawajcie mu ognia.
— Na jak długo? — zapytał strażnik.
— Dopóki sam nie poprosi o znak służby.
Edras został odciągnięty. Tak powstała pierwsza kara gorsza od uderzenia. Nie niszczenie. Pozbawienie światła przy zachowaniu zdolności pamiętania go. Wkrótce głód objął także najpotężniejszych. Mammon ukrywał część danin przed Lucyferem. Belial pobierał zapłatę za korzystne słowa i fałszywe oskarżenia. Asmodeusz wysysał światło z tych, których pragnienia wcześniej rozpalił. Astarot wymieniał fragmenty wiedzy na moc potrzebną do podtrzymania tablic.
Abaddon odmawiał udziału w systemie. Napadał na strażników Mammona i zabierał przewożone naczynia. Dzielił zdobycz pomiędzy własnych wojowników, ale nie z litości. Kupował ich lojalność. Lucyfer wiedział o kradzieżach. Nie zaatakował go jeszcze. Potrzebował czasu, aby zgromadzić większą przewagę. Każdy przygotowywał się do walki z każdym.
Ogień otchłani płonął coraz mocniej, lecz głód nie malał. Im więcej światła upadli przyjmowali, tym szybciej je tracili. Zasilane nim rany zamykały się tylko na chwilę. Potem otwierały ponownie, głębsze niż wcześniej. Astarot przeprowadził pierwsze badanie. Wybrał dwóch osłabionych żołnierzy. Jednemu podał niewielki fragment czystego światła zachowany w szczelinie pancerza. Drugiemu taką samą ilość mocy przepuszczonej wcześniej przez ogień Lucyfera.
Pierwszy odzyskał siłę powoli. Wraz z blaskiem powróciły wspomnienia jego dawnego zadania. Zaczął płakać, przypominając sobie chóry, którym służył. Drugi poderwał się gwałtownie. Przez chwilę był silniejszy od pierwszego, ale natychmiast zażądał kolejnej porcji. Gdy jej nie otrzymał, rzucił się na Astarota. Strażnicy powalili go.
— Martwy ogień daje więcej siły — powiedział Lucyfer, obserwujący próbę.
— Na krócej — odpowiedział Astarot. — I niszczy zdolność korzystania z czystego światła.
— To znaczy?
— Im częściej będą go przyjmować, tym mniej będą zdolni znieść cokolwiek, co zachowało dawną harmonię.
Lucyfer spojrzał na pierwszego żołnierza, który nadal płakał pod ciężarem wspomnień.
— Doskonale.
Astarot uniósł głowę.
— Doskonale?
— Czyste światło przypomina im o Niebie. Ogień przypomina tylko o głodzie. Będą wracać do tego, kto potrafi go zaspokoić.
— Nigdy nie zostaną zaspokojeni.
— Dlatego nigdy nie odejdą.
W tym jednym zdaniu zawarł przyszły porządek piekła. Nie miał opierać się na szczęściu poddanych ani wspólnym dobru. Nie musiał nawet spełniać złożonych obietnic. Miał utrzymywać pragnienie wystarczająco silne, aby upadli wciąż szukali zaspokojenia, i wystarczająco niezaspokojone, aby pozostali zależni. Lucyfer kazał zniszczyć ostatnie zapasy czystego światła.
Nie wszystkie odnaleziono. Niewielkie fragmenty nadal krążyły w niższych warstwach, przechowywane przez tych, którzy nie chcieli przyjmować ognia. Z czasem miały stać się przedmiotem polowań, zdrad i walk. Większość została jednak przyniesiona do krateru. Lucyfer spalił ją na oczach Legionu. Blask przywoływał dawne pieśni. Upadli słyszeli w nim własne imiona wypowiedziane takimi, jakimi były przed buntem. Niektórzy wyciągali ręce. Inni krzyczeli, aby zatrzymać ogień.
Lucyfer patrzył, jak czyste światło przemienia się w czerwone płomienie.
— Nie potrzebujecie przeszłości — powiedział. — Otrzymacie nową naturę.
Nie mógł im jej dać. Mógł tylko wypaczyć tę, którą już posiadali. Gdy ostatni widoczny fragment czystego blasku zniknął w ogniu, ciemność otchłani stała się głębsza. Płomienie krateru były teraz jedynym wielkim źródłem mocy. Upadli patrzyli na nie z nienawiścią. I z pragnieniem. Lucyfer widział oba uczucia i wiedział, że dopóki istnieją razem, jego władza będzie rosła.
Głód utraconego światła nie prowadził ich z powrotem ku Bogu. Zamiast przyznać, czego naprawdę im brakowało, rzucali się na substytuty: cudzą moc, władzę, okrucieństwo, pochwały i kolejne obietnice. Im więcej otrzymywali, tym mniej byli zdolni przyjąć prawdziwy dar. Tak piekło znalazło swoje pierwsze paliwo. Nie był nim ogień.
Był nim głód, którego nikt nie chciał nazwać tęsknotą za Bogiem.
3. Cisza, która doprowadzała do szaleństwa
Po głodzie przyszła cisza. Nie pojawiła się nagle. Wkradała się pomiędzy krzyki, rozkazy i odgłosy walk. Czekała, aż upadli wyczerpią gniew, aż przestaną oskarżać się nawzajem i umilkną z braku sił. Wtedy otaczała ich ze wszystkich stron. W Niebie cisza była przestrzenią oczekiwania. Można było w niej usłyszeć własną pieśń, obecność innych chórów i spokojny rytm stworzenia. Nawet najdalsze sfery pozostawały połączone tonem, który przypominał każdemu aniołowi, że nie istnieje samotnie.
W otchłani cisza nie łączyła niczego. Oddzielała. Każdy upadły słyszał wyłącznie siebie. Najpierw własny oddech światła, nierówny i osłabiony. Potem drżenie uszkodzonych skrzydeł. W końcu osobistą pieśń, której fałszu nie zagłuszały już głosy Legionu. Podczas buntu łatwo było ukryć się w tłumie. Gniew innych potwierdzał własny gniew. Okrzyki o wolności zagłuszały lęk, a rozkazy zwalniały z konieczności samodzielnego myślenia. Każdy mógł powiedzieć, że podąża za wspólną sprawą.
W ciszy nie było wspólnej sprawy. Był tylko wybór. Upadli przypominali sobie chwilę, w której droga powrotu stanęła przed nimi otworem. Widzieli pęknięty pierścień, odchodzących braci oraz światło Boga, które nie zmuszało nikogo do pozostania ani do powrotu. Pamiętali, że zostali dobrowolnie. Ta wiedza była cięższa niż ciemność.
Niektórzy próbowali zasnąć, choć aniołowie nie potrzebowali snu. Kładli się w szczelinach i zamykali oczy, pragnąc utracić świadomość choćby na jedną chwilę. Nie potrafili. Ich natura nie znała ucieczki w sen. Trwali bez przerwy, świadomi każdej rany, wspomnienia i myśli. Inni uderzali głowami o martwe sfery. Rozbijali pancerze i próbowali zadać sobie ból silniejszy od pamięci.
Rany powstawały. Świadomość pozostawała. Jeszcze inni krzyczeli tak długo, aż tracili głos. Kiedy umilkli, cisza wracała głębsza niż wcześniej. W najniższej szczelinie leżał Edras. Lucyfer odebrał mu niemal całe dostępne światło, pozostawiając jedynie niezniszczalny rdzeń istnienia. Nie otrzymywał ognia ani daniny. Nie mógł uleczyć skrzydeł i nie miał siły, aby wydostać się z miejsca zesłania.
Strażnicy czekali, aż poprosi o znak służby. Edras nie prosił. Na początku próbował liczyć własne myśli. Później powtarzał imiona aniołów, których znał w Niebie. Chciał zachować pamięć o tym, kim byli, zanim Legion przemienił ich w żołnierzy.
— Oriel — mówił.
Otchłań odpowiadała:
— Oriel…
— Arakiel.
— Arakiel…
— Michał.
— Michał…
W końcu wypowiedział imię Lucyfera. Echo nie wróciło od razu. Najpierw usłyszał długi szmer w głębi szczeliny. Potem wiele głosów zaczęło powtarzać imię z różnych stron.
— Lucyfer…
— Lucyfer…
— Lucyfer…
Później głosy zmieniły słowo:
— Szatan…
— Szatan…
— Szatan…
Edras otworzył oczy. Nikogo przy nim nie było.
— Milczcie — powiedział.
Głosy nie umilkły.
— Zdrajca…
— Tchórz…
— Błagaj o ogień…
— Uklęknij…
Edras zakrył uszy, choć dźwięk nie docierał z zewnątrz. Powstawał ze wspomnień, strachu i oskarżeń, które nosił we własnym wnętrzu. Wtedy po raz pierwszy upadli odkryli, że otchłań potrafi odbijać nie tylko wypowiedziane słowa. Odbijała również myśli. Nie odczytywała ich jak świadoma istota. Nie posiadała rozumu. Jej przestrzeń reagowała na duchową naturę mieszkańców. Silne pragnienia, lęki i wspomnienia odciskały się w martwym świetle, a później wracały jako dźwięki, obrazy i cienie.
Im bardziej upadły próbował coś ukryć, tym gwałtowniej otchłań mu to przypominała. Dawny strażnik, który podczas wojny porzucił swoich podwładnych, zaczął słyszeć ich wołanie. Głosy dochodziły zza każdej szczeliny.
— Wróć po nas!
— Obiecałeś!
— Dlaczego odszedłeś?
Rzucał się w ciemność, szukając tych, których zostawił. Znajdował tylko puste odłamki. Inny buntownik słyszał pieśń brata, którego zaatakował przy Bramie Świtu. Początkowo była łagodna. Później powtarzała ostatni ton wydany przed uderzeniem. Nie mógł jej uciszyć. Wbił ostrze we własną pierś, próbując przeciąć pamięć. Pieśń nadal trwała.
Upadła z chóru Panowań widziała w płomieniach twarze tych, których oskarżyła o zdradę, aby sama uniknąć przesłuchania. Każda z nich zadawała to samo pytanie:
— Dlaczego?
Nie potrafiła odpowiedzieć. Zaczęła niszczyć każdego, kto miał podobne rysy. Otchłań wypełniała się walkami przeciwko przeciwnikom, którzy nie istnieli. Upadli rzucali się na cienie, przebijali echa i oskarżali towarzyszy o wypowiadanie słów, które naprawdę powstawały w ich własnych wspomnieniach. Strażnicy Mammona znaleźli jednego z dawnych dowódców stojącego pośrodku pustej sfery. Otaczał się kręgiem z broni i nie pozwalał nikomu podejść.
— Wiem, że tu jesteście! — krzyczał.
— Kto? — zapytał strażnik.
— Ci, których zostawiłem przy Niezapisanym Progu.
— Zostali pochłonięci.
— Kłamiesz. Słyszę ich.
— Tutaj nikogo nie ma.
Dowódca spojrzał na niego rozszerzonymi oczami.
— Jesteś jednym z nich.
Rzucił się na strażników. Musieli go powalić i związać odwróconymi znakami. Nawet wtedy walczył z niewidzialnymi rękami, które według niego próbowały wciągnąć go w nicość. Przyprowadzono go przed Astarota. Dawny strażnik wiedzy obserwował go długo, porównując reakcje z zapisami na tablicach.
— Nie został zaatakowany — stwierdził.
— Wiemy — odpowiedział dowódca straży. — Oszalał.
— Nie.
— Nie widzisz, z kim walczy?
— Widzę. Z własną pamięcią.
— To znaczy, że oszalał.
Astarot pokręcił głową.
— Jego umysł działa. Rozpoznaje zdarzenia, łączy przyczyny i pamięta wszystko dokładnie. Problem polega na tym, że otchłań nadaje wspomnieniom formę.
— Możesz to zatrzymać?
— Mógłbym osłabić pamięć.
— Zrób to.
— Wtedy utraci również część wiedzy potrzebnej do wykonywania rozkazów.
Strażnik spojrzał na związanego dowódcę.
— I tak nie jest użyteczny.
Astarot położył dłoń na jego czole. Odwrócone znaki przeszły przez osobistą pieśń i zaczęły rozcinać połączenia pomiędzy wspomnieniami. Dowódca krzyczał. Najpierw zapomniał twarze porzuconych żołnierzy. Później ich imiona. Następnie miejsce, w którym ich zostawił. Głosy umilkły. Razem z nimi zniknęła jednak wiedza o przejściach, które kiedyś ochraniał. Nie potrafił już rozpoznać kierunków ani odczytywać znaków sfer.
Patrzył na Astarota pustym wzrokiem.
— Kim jestem?
Astarot nie odpowiedział. Strażnicy odprowadzili go do niższych zastępów, gdzie nie wymagano pamięci ani samodzielnego osądu. Miał wykonywać najprostsze rozkazy i zasilać ogień resztkami światła. Wieść o sposobie Astarota szybko się rozeszła. Upadli zaczęli przychodzić do niego dobrowolnie.
— Zabierz wspomnienie śpiewu.
— Usuń twarz brata.
— Spraw, żebym nie pamiętał wyciągniętej dłoni Michała.
— Odbierz mi chwilę wyboru.
Astarot ostrzegał ich, że nie potrafi wycinać jednego wspomnienia bez uszkodzenia innych. Nie odchodzili. Woleli stracić część siebie, niż nadal oglądać prawdę. Lucyfer dowiedział się o zabiegach.
— Przestań — rozkazał Astarotowi.
— Dlaczego? Cisza niszczy zdolność Legionu do działania.
— Pamięć jest potrzebna.
— Do czego?
— Do nienawiści.
Astarot spojrzał na niego.
— To właśnie wspomnienia wywołują cierpienie.
— Cierpienie można skierować przeciwko wrogowi. Pustka nie służy niczemu.
— Jeśli nie usuniemy wspomnień, część upadłych stanie się niezdolna do wykonywania rozkazów.
— W takim razie nie usuwaj winy. Zmień jej znaczenie.
— Jak?
Lucyfer zwrócił się do Beliala:
— Naucz ich, że głosy nie pochodzą z ich wnętrza.
Belial zrozumiał natychmiast. Zgromadził najbardziej przerażonych upadłych przy kraterze. Przez otchłań nadal przechodziły szepty, krzyki i urwane fragmenty dawnych pieśni.
— Słyszycie oskarżenia — powiedział. — Sądzicie, że pochodzą z waszych wspomnień. To kłamstwo Nieba.
Upadli patrzyli na niego w napięciu.
— Michał i jego chóry nie mogą wejść do naszego królestwa, dlatego wysyłają głosy. Chcą złamać waszą wolę. Chcą, abyście uwierzyli, że żałujecie słusznego wyboru.
— Skąd wiesz? — zapytał jeden z żołnierzy.
— Czy głosy kiedykolwiek oskarżają Boga?
— Nie.
— Czy przypominają wam o Jego błędach?
— Nie.
— Czy każą wam ukorzyć się przed Lucyferem?
— Nie.
Belial rozłożył ręce.
— A zatem komu służą?
Było to zręczne kłamstwo. Głosy nie oskarżały Boga, ponieważ rodziły się z prawdy o czynach samych upadłych. Belial przedstawiał jednak jednostronność oskarżeń jako dowód zewnętrznego ataku.
— Nie słuchajcie ich — mówił. — Kiedy usłyszycie głos poległego brata, przypomnijcie sobie, że to Bóg pozwolił mu zginąć. Kiedy zobaczycie wyciągniętą dłoń Michała, pamiętajcie, że chciał was poniżyć. Każde oskarżenie zwróćcie przeciwko Niebu.
Wielu przyjęło tę naukę.
Gdy słyszeli głosy porzuconych towarzyszy, odpowiadali:
— To Bóg was nie ocalił!
Kiedy widzieli Oriela, krzyczeli:
— Sam stanąłeś na drodze Lucyfera!
Gdy powracała chwila wyboru, powtarzali:
— Nie mieliśmy prawdziwej możliwości powrotu!
Echa nie znikały. Zmieniały się w spory. Upadli godzinami kłócili się z własnymi wspomnieniami, próbując je przekonać, że nie ponoszą winy. Im więcej argumentów wypowiadali, tym wyraźniej pamiętali prawdę, której zaprzeczali. Szaleństwo przyjmowało nową formę. Nie polegało już wyłącznie na widzeniu nieistniejących przeciwników. Stawało się świadomym budowaniem świata, w którym wszystko musiało potwierdzać niewinność buntownika.
Każdy fakt, który temu przeczył, uznawano za atak. Każde pytanie — za zdradę. Każde wspomnienie — za broń Nieba. Lucyfer również nie był wolny od ciszy. Kiedy pozostawał sam w kraterze, czarny ogień przygasał. Nie musiał już przemawiać do Legionu ani udowadniać władzy przed Abaddonem. Wtedy słyszał jeden ton.
Ostatnią nutę Oriela. Nie dochodziła z Nieba. Granica była zamknięta. Nie wysyłałem jej ku niemu, choć ta sama nuta trwała w moim mieczu. Lucyfer nosił jej fragment w ostrzu, którym przeciął pieśń brata. Za każdym razem, gdy zapadała cisza, miecz zaczynał drżeć.
— Jeszcze możesz się zatrzymać — mówiło wspomnienie Oriela.
Lucyfer chwytał broń.
— Nie.
— Jeszcze możesz się zatrzymać.
— Zamilcz.
— Jeszcze…
Uderzał mieczem w martwą sferę. Rozbijał kolejne fragmenty, lecz nuta wracała. Próbował otoczyć ostrze czarnym ogniem. Ton przechodził przez płomienie. Oddał miecz Astarotowi.
— Usuń go.
Astarot zbadał broń.
— Nie mogę.
— Sam odwróciłeś prawa, które pozwoliły ją stworzyć.
— Nuta nie należy do konstrukcji miecza. Wniknęła w niego podczas śmierci Oriela.
— Więc zniszcz ostrze.
— Stracisz najpotężniejszą broń.
Lucyfer wyrwał mu miecz.
— Nie zniszczę go przez słabość jednego dźwięku.
— W takim razie będziesz go słyszał.
Czarna korona rozbłysła.
— Nie będę.
Lucyfer wezwał Beliala, Mammona i Asmodeusza.
— Otchłań nie może milczeć — oznajmił.
— Co proponujesz? — zapytał Belial.
— Nieustanny głos.
— Pieśń?
Lucyfer spojrzał na niego z pogardą.
— Nie mamy pieśni.
Była to kolejna prawda wypowiedziana niechętnie.
— Stwórzcie hałas — rozkazał. — Rozkazy, przemówienia, okrzyki, uderzenia. Niech ogień grzmi. Niech straże oznajmiają każdą zmianę. Nie chcę w otchłani miejsca, w którym można usłyszeć ciszę.
Mammon skinął głową.
— Mogę wprowadzić opłatę za ochronę przed echami. Ci, którzy oddadzą więcej światła, otrzymają miejsce bliżej krateru, gdzie hałas jest najsilniejszy.
Asmodeusz uśmiechnął się.
— Nauczę ich zagłuszać pamięć pragnieniem.
Belial dodał:
— A ja dam im słowa, które będą mogli powtarzać, gdy wrócą oskarżenia.
Tak otchłań wypełniła się dźwiękiem. Straże uderzały bronią o pęknięte sfery. Płomienie karmiono tak gwałtownie, aby nieustannie ryczały. Belial nakazał zastępom powtarzać przysięgi wolności i imię Przeciwnika. Asmodeusz podsycał krzyki, kłótnie i pragnienia, które nie pozwalały nikomu pozostać samemu z własną myślą. Cisza stała się zakazana.
Każdego, kto szukał spokojnego miejsca, podejrzewano o rozmowę z Niebem. Strażnicy przeszukiwali dolne szczeliny i sprowadzali milczących przed krater.
— Dlaczego nie uczestniczysz w głosie królestwa? — pytali.
— Chcę tylko odpocząć.
— Od czego?
— Od krzyku.
— Krzyk jest świadectwem wolności.
— Nie czuję się wolny.
To wystarczało, aby uznać go za zdrajcę. W najniższej szczelinie Edras słyszał nowy hałas dochodzący z wyższych poziomów. Okrzyki Lucyfera, uderzenia broni i ryczący ogień mieszały się w jeden nieustanny huk. Głosy jego wspomnień na chwilę ucichły. Nie poczuł ulgi. Zrozumiał, że wszyscy pozostali również je słyszą.
I że całe królestwo zostało zmuszone do krzyku tylko po to, aby jego władca nie musiał słuchać jednego umierającego brata. Edras oparł głowę o martwą skałę. W głębi własnej pieśni odnalazł ton, którego Lucyfer nie zdołał mu odebrać. Nie był głośny. Nie miał siły przebić się przez otchłań.
Był wspomnieniem prawdy.
— Sam wybrałem — powiedział Edras.
Echo powróciło.
— Wybrałem…
— Zawiniłem.
— Zawiniłem…
— Zostałem oszukany, ale chciałem uwierzyć w kłamstwo.
Tym razem otchłań nie zmieniła słów. Edras nie otrzymał światła. Jego rany się nie zamknęły, a droga z więzienia nie otworzyła się przed nim. Jednak głosy przestały walczyć. Po raz pierwszy od strącenia nie próbował przerzucić winy na Boga, Michała ani nawet Lucyfera. Cisza pozostała bolesna.
Nie doprowadzała go już do szaleństwa. Daleko nad nim całe piekło krzyczało. Nie dlatego, że posiadało coś do powiedzenia. Krzyczało, aby nie usłyszeć prawdy o sobie.
A najgłośniej krzyczał ten, który najbardziej bał się jednego cichego zdania:
— Jeszcze mogłeś się zatrzymać.
4. Rozpacz, która szukała winnego
Rozpacz rzadko pozostaje nieruchoma. Jeżeli nie prowadzi ku prawdzie, zaczyna szukać winnego. Upadli nie chcieli już słuchać ciszy. Nie chcieli także przyznać, że głód, ogień i zamknięte granice były skutkami wyboru dokonanego przy pełnym świetle. Każde wspomnienie wskazywało na nich samych, a tego nie potrafili znieść.
Potrzebowali kogoś, kogo można oskarżyć. Na początku oskarżali Boga. Belial pomagał im układać gniew w zdania.
— To On stworzył granicę — mówił. — To On postanowił, że sfery nie będą nas niosły. To On podtrzymuje nasze istnienie tylko po to, abyśmy cierpieli.
Nikt nie wspominał, że Lucyfer próbował zniszczyć Filar Granic i niemal oddał całe Niebo nicości. Nikt nie mówił o ostatniej drodze powrotu ani o chwili, gdy każdy członek Legionu mógł odejść bez bólu i przymusu. W opowieści Beliala pozostawał tylko wyrok. Nie było wcześniejszego wyboru.
— Dlaczego nas nie unicestwił? — zapytał jeden z rannych.
— Ponieważ chce, żebyśmy żałowali — odpowiedział Belial.
— A jeśli nigdy nie będziemy?
— Wtedy będzie nas dręczył bez końca.
— Ale ogień stworzył Lucyfer z naszego światła.
Belial spojrzał na mówiącego.
— Zrobił to, abyśmy przetrwali karę Boga.
Proste odwrócenie wystarczyło. Lucyfer zabierał światło, więc nazywano go wybawcą przed ciemnością. Wprowadzał znaki służby, więc przedstawiano je jako ochronę przed chaosem. Zamknął dostęp do wspólnych zapasów, więc ogłoszono, że sprawiedliwie rozdziela ograniczone zasoby. Każdy kolejny akt zniewolenia można było usprawiedliwić wcześniejszym cierpieniem. A cierpienie przypisywano Bogu.
Nie wszyscy wierzyli. W dolnych warstwach zbierały się grupy upadłych, które widziały sprzeczność. Rozmawiali cicho, aby straże nie uznały ich milczenia za zdradę.
— Bóg nie odebrał nam światła — powiedział jeden z nich. — Sami przecięliśmy więź.
— Lucyfer przeciął swoją — odpowiedział drugi. — My tylko przy nim zostaliśmy.
— Zostaliśmy, wiedząc, co wybrał.
— Nie wiedzieliśmy, że otchłań będzie taka.
— Wiedzieliśmy wystarczająco wiele, aby odejść.
Te słowa wywołały gniew.
— Bronisz Boga?
— Nie. Mówię, co widziałem.
— Widziałeś to, co chciał ci pokazać!
— Wszyscy widzieliśmy tę samą prawdę.
— Nieprawda. Michał omamił chóry.
Dyskusja zakończyła się walką. Pierwszy cios padł nie dlatego, że zabrakło argumentów. Padł dlatego, że prawda drugiego anioła stała się zbyt bolesna. Uderzający nie próbował go przekonać. Chciał uciszyć świadka. Wieść o bójce dotarła do krateru. Belial wysłał strażników, ale nakazał im zatrzymać nie tego, który rozpoczął walkę, lecz anioła mówiącego o odpowiedzialności.
— Dlaczego jego? — zapytał dowódca.
— Bronił wyroku Boga.
— Powiedział tylko, że wiedzieliśmy, co wybieramy.
— Właśnie dlatego jest niebezpieczny.
— A ten, który go zaatakował?
— Działał pod wpływem słusznego gniewu.
Tak w otchłani narodziła się pierwsza sprawiedliwość zależna od użyteczności słów. Nie pytano już, kto dopuścił się przemocy. Pytano, komu służyła. Jeżeli cios wzmacniał władzę Lucyfera, nazywano go obroną królestwa. Jeżeli pytanie ją osłabiało, nazywano je zdradą. Oskarżenie Boga nie wystarczało jednak na długo. Bóg pozostawał poza zasięgiem. Upadli mogli krzyczeć ku zamkniętej granicy, przeklinać światło i obwiniać Stwórcę o każdą ranę, lecz ich gniew nie znajdował celu, który można było uderzyć.
Zwrócili się więc przeciwko mnie. Moje imię zaczęło krążyć po otchłani.
— Michał ich poprowadził.
— Michał zajął miejsce Lucyfera.
— Michał zamknął granicę.
— Michał patrzył, jak spadamy.
Każde zdanie zawierało fragment prawdy. Objąłem dowództwo. Stanąłem przeciwko Legionowi. Uczestniczyłem w zamknięciu wyrwy. Patrzyłem na ich upadek. Belial usuwał jednak wszystko, co nadawało tym czynom znaczenie. Nie wspominał o ataku na chóry, śmierci Oriela, próbie zniszczenia Nieba ani o mojej wyciągniętej dłoni. Pozostawiał obrazy bez przyczyn.
— To Michał przekonał Boga, aby nas strącił — głosił.
Lucyfer nie zaprzeczał. Wiedział, że wyrok nie został wydany na moje żądanie. Pamiętał, jak prosiłem go o powrót. Pozwalał jednak, aby oskarżenie rosło, ponieważ potrzebował twarzy, przeciwko której można skierować nienawiść Legionu. Upadli tworzyli moje podobizny z martwego światła. Nadawali im skrzydła, pancerz i miecz. Później rozrywali je, palili albo zrzucali do najniższych szczelin. Każde zniszczenie przynosiło krótką ulgę.
Potem ból wracał. Rozpacz potrzebowała następnego winnego. Wtedy przypomnieli sobie tych, którzy odeszli z Legionu przed strąceniem. Oramar. Malfas. Sarel. Ithuriel. Uwolnieni strażnicy. Ich imiona zaczęto wypowiadać z większą nienawiścią niż imiona wiernych aniołów. Wierni od początku stali po stronie Boga. Ci natomiast przeszli przez bunt, złożyli przysięgę, walczyli, a potem przyjęli prawdę.
Samym istnieniem dowodzili, że powrót był możliwy. Dlatego należało uczynić z nich zdrajców. Belial zgromadził Legion wokół krateru i pokazał obrazy odchodzących.
— Spójrzcie na nich — powiedział. — To oni osłabili formację. Przez nich pękła przysięga. Przez nich straciliśmy siłę potrzebną do utrzymania sfery.
— Pierścień zniewalał nas — zawołał ktoś.
— Tak twierdzili zdrajcy.
— Wszyscy widzieliśmy nici.
— Widzieliście obraz pokazany przez Boga. Skąd wiecie, czym naprawdę były?
— Lucyfer używał ich, żeby zadawać ból.
Belial spojrzał ku Najjaśniejszemu. Przez jedną chwilę nie wiedział, jak odpowiedzieć bez jawnego zaprzeczenia wspólnej pamięci. Lucyfer wystąpił naprzód.
— Użyłem pierścienia, aby zapobiec rozpadowi Legionu — powiedział. — Kiedy wróg otacza armię, dowódca ma obowiązek utrzymać szyk.
— Wojna została zatrzymana — odpowiedział ten sam głos.
— Właśnie wtedy zagrożenie było największe. Bóg nie mógł pokonać nas w walce, więc uderzył w jedność.
Było to kłamstwo tak bezczelne, że przez chwilę nikt nie odpowiedział. Wszyscy pamiętali Głos, który zatrzymał nicość, broń i spadające sfery. Wiedzieli, że Bóg mógł zakończyć ich bunt bez wysiłku. Jednak przyjęcie tej prawdy oznaczało uznanie, że nie byli wielką potęgą pokonaną podstępem. Byli stworzeniami ocalonymi przed zagładą, którą same wywołały.
Łatwiej było uwierzyć Lucyferowi.
— Zdrajcy odebrali nam zwycięstwo! — zawołał Belial.
Tym razem odpowiedziały mu setki głosów.
— Zdrajcy!
— To przez nich spadliśmy!
— To oni złamali Legion!
Gniew rósł. Lucyfer patrzył na tłum i uczył się, jak łatwo można przemienić rozpacz w posłuszeństwo. Wystarczyło wskazać cel. Kiedy upadli krzyczeli imiona odstępców, na chwilę zapominali o głodzie. Belial tworzył kolejne oskarżenia.
— Malfas znał nasze plany. Przekazał je Michałowi.
Nie miał na to dowodu.
— Oramar otworzył wiernym drogę do Bramy Świtu.
Była to nieprawda.
— Ithuriel od początku służył Radzie.
Sam Lucyfer wcześniej nazywał go jednym z pierwszych zwolenników.
— Sarel uszkodził kotwice przy Niezapisanym Progu.
Sarel był jedną z istot użytych jako kotwice. Fakty nie miały już znaczenia. Każda opowieść pełniła jeden cel: udowadniała, że Legion nie przegrał przez pychę, chaos i niewolnicze prawa Lucyfera. Musiał zostać zdradzony. Rozpacz otrzymała kierunek. Upadli zaczęli tworzyć listy winnych. Umieszczali na nich tych, którzy odeszli, poległych niewygodnych dla opowieści oraz wszystkich zadających pytania już po strąceniu.
Z czasem na listach pojawiły się imiona istot, które nigdy nie sprzeciwiły się Lucyferowi. Wystarczyło, że ktoś posiadał większy zapas światła. Że zajmował lepszy fragment sfery. Że otrzymał większy przydział ognia. Oskarżenie o zdradę stało się sposobem przejmowania cudzej własności. Mammon szybko to wykorzystał.
— Światło zdrajcy podlega konfiskacie — ogłosił. — Nie można pozwolić, aby moc królestwa pozostała w rękach niepewnych.
Donosy zaczęły napływać setkami. Dawni przyjaciele oskarżali się nawzajem. Dowódcy usuwali podwładnych, którzy znali ich błędy. Słabsi wskazywali rannych, aby otrzymać część ich światła. Strażnicy zatrzymywali każdego, kto został wymieniony przez kilku świadków. Nie sprawdzano prawdziwości zarzutów. Liczba oskarżeń stała się dowodem. Pierwszą większą ofiarą był Hariel, dawny dowódca jednego z oddziałów Władz. Pozostał przy Lucyferze do końca. Walczył przy Filarze Granic i podczas ostatniej możliwości powrotu publicznie odrzucił Boga.
Nie był niewinny. Nie był jednak zdrajcą Legionu. Posiadał duży fragment czystego światła ukryty w złamanym pancerzu. Trzech jego podwładnych dowiedziało się o nim i powiadomiło straż Mammona.
— Zachował je na czas walki — tłumaczył jeden z żołnierzy.
— Dla kogo? — zapytał Mammon.
— Dla oddziału.
— Dlaczego nie przekazał go skarbcowi?
— Nie ufał strażnikom.
— A więc nie ufał królestwu.
Hariela przyprowadzono przed Lucyfera.
— Przysięgałem ci wierność — powiedział.
— A jednak ukrywałeś światło.
— Aby leczyć swoich żołnierzy.
— Bez mojego pozwolenia.
— Oni za tobą walczyli.
— Wszyscy walczyli.
— I wszyscy teraz głodują, podczas gdy twój krater płonie ich mocą.
W zgromadzonym tłumie rozległy się głosy poparcia. Lucyfer uniósł dłoń.
— Oskarżasz mnie o kradzież?
Hariel spojrzał na czarny ogień.
— Pytam, dlaczego twój płomień staje się większy, kiedy my gaśniemy.
To pytanie przeraziło Mammona. Belial natychmiast wystąpił.
— Hariel przygotowywał bunt.
— Nieprawda — odpowiedział oskarżony.
— Ukrywałeś zasoby.
— Dla rannych.
— Podważałeś prawo daniny.
— Pytałem o jego cel.
— Gromadziłeś wokół siebie żołnierzy.
— Byli moim oddziałem.
— Właśnie. Wciąż nazywasz ich swoim oddziałem, jakby nie należeli do Lucyfera.
Tłum zaczął krzyczeć:
— Zdrajca!
— Zabierzcie mu światło!
— To przez takich jak on głodujemy!
Hariel zwrócił się do swoich podwładnych.
— Wiecie, że zachowałem je dla was.
Nie odpowiedzieli. Każdy bał się, że obrona dowódcy uczyni go współwinnym. Wtedy wystąpił Thamiel — ten sam, który przyjął znak służby, aby otrzymać ogień. To on wraz ze strażnikami odnalazł kryjówkę Hariela.
— Widziałem zgromadzone światło — powiedział.
Hariel popatrzył na niego.
— Dałem ci jego część, kiedy twoje skrzydła gasły.
Thamiel odwrócił wzrok.
— Nie pamiętam.
Kłamał.
— Spójrz na mnie.
— Ukrywałeś je przed królestwem.
— Uratowałem cię.
— Chciałeś kupić moją lojalność.
Mammon uśmiechnął się. Thamiel powtórzył jego własne oskarżenie, ponieważ tylko tak mógł odsunąć od siebie wstyd. Dar, który kiedyś otrzymał, przemienił w dowód manipulacji. Hariel zrozumiał. Nie miał już oddziału. Nie miał świadków. Nie miał nawet prawa do własnej pamięci, jeśli przeczyła opowieści Lucyfera.
— Jaki jest wyrok? — zapytał.
Lucyfer spojrzał na tłum. Mógł odebrać Harielowi światło i zesłać go do dolnych szczelin. To jednak nie wystarczyłoby, aby nakarmić rozpacz zgromadzonych. Potrzebowali widowiska.
— Nie ja wydam wyrok — powiedział. — Legion zdecyduje.
Belial zawołał:
— Co należy uczynić ze zdrajcą?
— Odebrać mu światło!
— Zrzucić go!
— Niech gaśnie!
Krzyki zlały się w jeden głos. Lucyfer rozłożył ręce.
— Słyszysz wolę wolnych.
Hariel patrzył na niego z niedowierzaniem.
— To ty powiedziałeś im, czego mają chcieć.
— Nie kontroluję ich woli.
— Kontrolujesz ich głód.
Lucyfer skinął na strażników. Pochwycili Hariela i rozerwali jego pancerz. Ukryty fragment czystego światła rozbłysnął ponad tłumem. Upadli rzucili się ku niemu, lecz Mammon otoczył go znakiem własności.
— Dla skarbca! — zawołał.
Hariel został pozbawiony blasku. Jego skrzydła zgasły, a osobista pieśń osłabła do pojedynczego tonu. Strażnicy zaciągnęli go na krawędź jednej z dolnych przepaści.
— Ostatnie słowo? — zapytał Belial.
Hariel spojrzał na tłum.
— Kiedy zabraknie zdrajców, zaczniecie oskarżać siebie.
Zrzucono go. Przepaść przyjęła jego światło i oddała długi krzyk. Przez kilka chwil zgromadzeni czuli ulgę. Odnaleźli winnego. Wymierzyli karę. Mogli uwierzyć, że głód zmniejszy się, skoro usunięto tego, który rzekomo ukrywał ich wspólną moc. Nic się nie zmieniło. Ogień nadal wymagał daniny. Rany nadal bolały.
Granica pozostała zamknięta. Wtedy ktoś wskazał następnego podejrzanego. Rozpacz ruszyła dalej. Po widowisku Lucyfer wezwał Beliala.
— To działa — powiedział.
— Na krótko.
— Jak długo?
— Dopóki mają kogo oskarżać.
Lucyfer spojrzał na tysiące upadłych.
— Jest ich wystarczająco wielu.
— Jeżeli będziemy usuwać kolejnych, Legion osłabnie.
— Nie musimy wszystkich zrzucać. Część można więzić. Innych zmuszać do pracy. Najważniejsze, żeby nikt nie czuł się bezpieczny.
Belial przyglądał mu się w milczeniu.
— Strach przed oskarżeniem — ciągnął Lucyfer — sprawi, że sami będą powtarzać nasze słowa. Nie dlatego, że uwierzą. Dlatego, że milczenie stanie się podejrzane.
— A jeśli oskarżenia dotrą do nas?
— Ty będziesz kontrolował słowa, Mammon świadków, a ja wyrok.
— Abaddon nie uzna twojego sądu.
— Na razie.
Lucyfer podszedł do płomieni zasilonych światłem Hariela. Czysty blask opierał się przemianie. W ogniu pojawiały się obrazy dawnych czynów dowódcy: chwile, gdy chronił swoich żołnierzy, dzielił się mocą i mimo buntu zachował resztkę odpowiedzialności. Lucyfer patrzył na te obrazy bez wzruszenia.
— Zniszcz zapis — rozkazał Astarotowi.
— Jeżeli go zniszczę, stracimy część światła.
— Więc zmień znaczenie.
Astarot odwrócił znaki. Obraz Hariela osłaniającego rannych przemienił się w przywódcę gromadzącego prywatną armię. Dzielenie się światłem ukazano jako kupowanie lojalności. Pytanie o daninę stało się początkiem zamachu. Fałszywe wspomnienie wypuszczono w otchłań. Od tej chwili kolejne zastępy miały pamiętać Hariela nie jako dowódcę zabitego za niewygodne pytanie, lecz jako zdrajcę, który próbował ukraść wspólne światło.
Tak narodziła się oficjalna pamięć piekła. Nie wystarczało zniszczyć przeciwnika. Trzeba było przejąć jego historię. Edras usłyszał z najniższej szczeliny krzyk spadającego Hariela. Rozpoznał jego osobistą pieśń i wypowiedział imię, zanim otchłań zdążyła je zniekształcić.
— Hariel.
Echo odpowiedziało:
— Zdrajca…
Edras powtórzył:
— Hariel.
— Zdrajca…
— Hariel.
Za trzecim razem echo nie wróciło. Imię pozostało w ciszy. Edras wiedział, że nie może ocalić dowódcy ani przywrócić mu światła. Mógł jednak odmówić udziału w kłamstwie, które miało wymazać prawdę o jego losie. W górnych warstwach rozpoczynały się kolejne sądy. Upadli przyprowadzali sąsiadów, dowódców i dawnych przyjaciół. Każde oskarżenie miało przynieść ulgę, ale pozostawiało jeszcze większy lęk. Każdy, kto dziś stał w tłumie oskarżycieli, jutro mógł znaleźć się przed nim.
Lucyfer obserwował to z rosnącym spokojem. Zrozumiał, że rozpacz jest potężniejsza od pierścienia. Pierścień musiał zadawać ból, aby wymusić posłuszeństwo. Rozpacz sprawiała, że upadli sami szukali kogoś słabszego, na kogo można przenieść winę. Nie trzeba było wydawać każdego rozkazu. Wystarczyło stworzyć lęk i pozwolić, aby poddani wykonywali resztę pracy.
Królestwo ciemności otrzymało kolejny fundament. Pierwszym był głód. Drugim hałas zagłuszający prawdę. Trzecim oskarżenie. Piekło nie potrzebowało jeszcze murów. Każdy upadły zaczynał nosić strażnika we własnym lęku i sędziego we własnej nienawiści. A nad nimi stał Lucyfer, który uczynił z ich rozpaczy dowód, że potrzebują jego władzy.
Nie rozwiązał żadnego cierpienia. Dał im jedynie winnych. I za każdym razem, gdy jednego zrzucano w przepaść, otchłań stawała się bardziej podobna do królestwa, które obiecał. Nie dlatego, że rosła w nim wolność. Dlatego, że wszyscy coraz bardziej bali się powiedzieć prawdę.
5. Pierwsze prawo otchłani
Po osądzeniu Hariela liczba oskarżeń wzrosła. Każdy z upadłych rozumiał już, że światło można odebrać pod pozorem obrony królestwa. Wystarczyło znaleźć świadków, użyć odpowiednich słów i przekonać strażników Mammona, że oskarżony posiada coś, co powinno należeć do wspólnego skarbca. Nie było jednak jasne, co właściwie oznacza zdrada.
Jednego karano za ukrywanie światła. Drugi robił to samo, lecz pozostawał bezpieczny, ponieważ częścią zapasu podzielił się z Mammonem. Trzeci otwarcie podważał rozkazy, ale służył Abaddonowi i nikt nie odważył się go zatrzymać. Wyroki nie zależały od czynów. Zależały od siły, użyteczności i miejsca oskarżonego.
Upadli zaczynali to widzieć.
— Potrzebujemy prawa — powiedział Belial do Lucyfera. — Jednego zapisu, na który będziemy mogli się powoływać.
— Moje słowo jest prawem.
— Dla tych, którzy stoją przed tobą. W dalszych warstwach każdy dowódca tworzy własne rozkazy. Jeżeli dwa zastępy spotkają się przy jednym źródle ognia, oba twierdzą, że działają w twoim imieniu.
— Wtedy silniejszy zabiera źródło.
— I właśnie dlatego Abaddon przejmuje kolejne sfery.
Lucyfer spojrzał ku odległemu odłamkowi, na którym niszczyciel gromadził wojowników. Jego ogień stawał się coraz większy. Strażnicy Mammona omijali tę część otchłani, a posłańcy Beliala wracali pobici albo nie wracali wcale.
— Abaddon zostanie podporządkowany — powiedział Lucyfer.
— Kiedy?
Czarna korona rozbłysła. Belial natychmiast pochylił głowę.
— Pytam tylko dlatego, że inni również zaczynają pytać.
— W takim razie potrzebują odpowiedzi, nie prawa.
— Prawo może być odpowiedzią.
— W Niebie prawo było kajdanami.
— Tak je nazywaliśmy przed wojną.
— A teraz?
Belial rozłożył dłonie.
— Teraz możemy nazwać je wolą królestwa.
Lucyfer patrzył na niego w milczeniu. To właśnie dzięki takim słowom Belial pozostawał potrzebny. Potrafił zmienić nazwę rzeczy, nie zmieniając jej istoty. To, co wcześniej potępiano jako ucisk, stawało się porządkiem, gdy służyło Lucyferowi. To, co w Niebie nazywano granicą, w otchłani można było ogłosić ochroną wolności.
Najjaśniejszy wezwał Mammona, Asmodeusza, Astarota i Abaddona. Zgromadzili się w kraterze, lecz żaden nie stanął obok drugiego. Mammon pilnował naczyń z daniną. Asmodeusz chodził niespokojnie pomiędzy płomieniami. Astarot trzymał ocalałe tablice. Abaddon pozostał na krawędzi, z dala od czarnej korony.
— Otchłań potrzebuje prawa — oznajmił Lucyfer.
Abaddon roześmiał się.
— Uciekliśmy z Nieba, abyś tutaj odtworzył jego porządek?
— Nie będzie to prawo Boga.
— Prawo staje się lepsze, gdy zmienisz imię władcy?
— Będzie pochodziło od nas.
— Od nas czy od ciebie?
Lucyfer zignorował pytanie.
— Bez wspólnego prawa Legion rozpadnie się na walczące zastępy.
— Już się rozpadł — zauważył Abaddon. — I właśnie dlatego mam własną sferę.
Mammon wystąpił naprzód.
— Zabrałeś ogień należący do wspólnego skarbca.
— Odebrałem go twoim strażnikom.
— To kradzież.
— Według jakiego prawa?
Mammon otworzył usta i zamilkł. Abaddon uśmiechnął się.
— Właśnie dlatego chcecie je teraz stworzyć. Nie potraficie odebrać mi światła siłą, więc zapiszecie, że należy do was.
— Należy do królestwa — powiedział Lucyfer.
— Pokaż mi królestwo.
— Stoisz w nim.
— Stoję na ruinie, którą zająłem własną siłą.
— Zostałeś strącony razem z nami.
— Ale nie przysięgałem ci posłuszeństwa.
— Uznałeś mnie za władcę podczas upadku.
Twarz Abaddona stwardniała. Pamiętał chwilę, gdy wisiał na krawędzi martwego światła i musiał wypowiedzieć tytuł Lucyfera, aby otrzymać pomoc.
— Uznałem cię za władcę Legionu — odpowiedział. — Legionu już nie ma.
— W takim razie odbuduję go pod inną nazwą.
— Nazwa nie da ci władzy nade mną.
Czarny ogień wzrósł pomiędzy nimi. Astarot stanął na jego krawędzi.
— Prawo nie może być jedynie groźbą — powiedział. — Jeżeli ma obowiązywać całą otchłań, musi opierać się na zasadzie, którą wszystkie zastępy będą rozumiały.
— Jakiej? — zapytał Lucyfer.
Astarot spojrzał na upadłych zgromadzonych wokół krateru.
— Tutaj nikt nie uznaje wspólnego dobra. Nie możemy więc budować prawa na odpowiedzialności wobec innych.
— Nie potrzebujemy wspólnego dobra — odpowiedział Mammon. — Wystarczy wspólna własność.
— Którą ty będziesz zarządzał.
— Ktoś musi.
Asmodeusz roześmiał się.
— Wasze prawa będą działać tylko do chwili, gdy pragnienie stanie się od nich silniejsze.
— Dlatego pragnienia trzeba kontrolować — powiedział Lucyfer.
— Sam obiecywałeś, że nie będą miały granic.
— Obiecałem wolność od granic Boga, nie od mojej woli.
Słowa wybrzmiały w kraterze. Nikt nie mógł udawać, że ich nie usłyszał. Lucyfer po raz pierwszy otwarcie przyznał, iż nie zamierza stworzyć świata bez władzy. Chciał świata, w którym jedynie jego władza nie będzie podlegała żadnej granicy. Abaddon zrobił krok naprzód.
— A więc powiedz to wszystkim.
— Właśnie zamierzam.
Lucyfer wzniósł miecz. Z czarnej korony wypłynął martwy blask, połączony ze światłem odebranym Legionowi. Astarot ułożył przed nim największy fragment tablicy.
— Zapisz — rozkazał mu Lucyfer.
— Co?
— Pierwsze prawo naszego królestwa.
— Muszę znać jego treść.
Lucyfer spojrzał na tysiące upadłych.
— Wszystko, co istnieje w otchłani, służy jej przetrwaniu.
Belial zbliżył się.
— Brzmi jak wezwanie do wspólnego dobra.
— Dlatego je zapamiętają.
— Ale kto określi, co służy przetrwaniu?
— Korona.
Belial uśmiechnął się.
— Zatem pełny sens brzmi: wszystko służy królestwu, a królestwo przemawia przez ciebie.
— Tak.
Astarot nie zaczął pisać.
— To nie jest prawo — powiedział.
Lucyfer zwrócił ku niemu miecz.
— Wyjaśnij.
— Prawo określa relację pomiędzy czynem a skutkiem. Powinno obowiązywać wszystkich, także tego, kto je ogłasza.
— Mnie nie ogranicza nic.
— W takim razie to rozkaz.
— Nazwiemy go prawem.
— Nazwa nie zmieni jego natury.
Belial stanął pomiędzy nimi.
— Nie musi zmieniać. Wystarczy, że zmieni sposób, w jaki zostanie przyjęty.
Astarot spojrzał na niego z pogardą.
— Budujesz królestwo z niewłaściwych nazw.
— A ty próbujesz zastosować prawa Nieba w miejscu, które je odrzuciło.
— Bez zasad to miejsce zniszczy samo siebie.
— Właśnie dlatego stworzymy zasady użyteczne dla władzy.
Lucyfer przybliżył ostrze do piersi Astarota.
— Zapisz.
Dawny strażnik wiedzy pochylił się nad tablicą. Nie uznał rozkazu za prawdziwe prawo. Wiedział jednak, że odmowa może kosztować go dostęp do ognia i skradzionych zapisów. Rozpoczął więc rycie znaków. Każdy symbol powstawał z odwrócenia jednego z praw Nieba. Tam dar pozostawał związany z celem, dla którego został powierzony. Tutaj miał należeć do władcy, który potrafił go przejąć.
Tam władza oznaczała odpowiedzialność za słabszego. Tutaj słabszy miał istnieć dla korzyści silniejszego. Tam prawda wyznaczała granicę słowom. Tutaj słowa władcy miały określać to, co zostanie uznane za prawdę. Gdy Astarot ukończył zapis, Lucyfer położył na nim czarną dłoń.
— Odczytaj — rozkazał Belialowi.
Belial stanął przed zgromadzonymi.
— Pierwsze prawo otchłani: wszystko, co istnieje w jej granicach — światło, siła, wiedza, broń i służba — należy do królestwa. Korona rozdziela je zgodnie z potrzebą. Kto zatrzymuje dar dla siebie, okrada wszystkich. Kto sprzeciwia się woli Korony, występuje przeciwko przetrwaniu otchłani.
Upadli słuchali w milczeniu.
— A co należy do nas? — zawołał ktoś.
Belial odpowiedział bez wahania:
— To, co Korona pozwoli wam zachować.
Po kraterze przeszedł szmer. Mammon wyglądał na zadowolonego. Prawo przekazywało mu kontrolę nad wszystkimi zapasami, przynajmniej tak długo, jak długo działał w imieniu Lucyfera. Asmodeusz nie przejmował się własnością. Wierzył, że każde prawo może zostać złamane pod wpływem wystarczająco silnego pragnienia. Abaddon patrzył na tablicę z jawną pogardą.
— Nie uznaję go.
— W takim razie występujesz przeciwko królestwu — powiedział Lucyfer.
— Najpierw udowodnij, że potrafisz je wyegzekwować.
— Przyjdzie czas.
— Prawo, które czeka na siłę, jest tylko życzeniem.
Lucyfer zszedł ku niemu.
— A twoje prawo brzmi, że silniejszy ma rację?
— Silniejszy nie potrzebuje racji.
— Więc jeżeli cię pokonam, uznasz moją władzę?
Abaddon uśmiechnął się.
— Jeżeli mnie pokonasz, nie będziesz potrzebował mojego uznania.
Przez chwilę wydawało się, że zaatakują się przy pierwszej tablicy nowego porządku. Żaden nie wykonał ruchu. Lucyfer nie posiadał jeszcze pewności, że zdoła zniszczyć Abaddona bez osłabienia korony. Abaddon wiedział, że pozostali dowódcy mogą wykorzystać ich walkę. Pierwsze prawo nie zakończyło konfliktu. Jedynie odłożyło go do chwili, gdy jedna strona zgromadzi przewagę.
Lucyfer odwrócił się.
— Prawo zostaje ogłoszone.
— Nie na mojej sferze — odpowiedział Abaddon.
— Otchłań ma jedną koronę.
— I wiele ostrzy.
Abaddon rozwinął skrzydła i odleciał.
Lucyfer pozwolił mu odejść, ale zwrócił się do Mammona:
— Od tej chwili nie otrzyma żadnej daniny.
— Sam ją zabiera.
— Zamknij szlaki prowadzące ku jego sferze.
— Nie ma stałych szlaków.
— Astarot je stworzy.
Dawny strażnik wiedzy podniósł wzrok znad tablicy.
— Mówiłeś, że wszystko służy przetrwaniu otchłani. Odcięcie całego zastępu osłabi nas.
— Osłabi Abaddona.
— To nie to samo.
— Od tej chwili jest tym samym.
Właśnie tak zaczęło działać pierwsze prawo. Nie posiadało stałego znaczenia. Przetrwanie królestwa oznaczało wszystko, co w danej chwili wzmacniało Lucyfera. Ten sam czyn mógł zostać nagrodzony albo ukarany zależnie od sprawcy. Gdy Mammon gromadził światło, nazywano to zarządzaniem. Gdy robił to Hariel, była to kradzież.
Kiedy Belial zmieniał znaczenie słów, służył jedności. Gdy Edras nazywał więzienie więzieniem, popełniał zdradę. Kiedy Lucyfer łamał własne obietnice, dostosowywał się do nowych warunków. Gdy poddany wycofywał przysięgę, okazywał niewierność. Prawo nie mówiło upadłym, czego nie wolno robić. Mówiło, komu wolno wszystko. Aby utrwalić zapis, Lucyfer nakazał umieścić jego kopie na wszystkich większych sferach. Astarot stworzył odwrócone znaki zdolne wiązać martwe światło. Strażnicy Mammona wciskali je w powierzchnię ruin, a Belial wysyłał głosicieli objaśniających ich znaczenie.
Na każdej sferze prawo brzmiało nieco inaczej. Dla rannych oznaczało obowiązek oddania resztek światła. Dla żołnierzy — bezwzględne wykonywanie rozkazów. Dla zwiadowców — zakaz opuszczania wyznaczonych dróg. Dla dowódców — konieczność przekazywania części zdobyczy kraterowi. Dla więźniów — utratę prawa do własnej pieśni. Im niżej znajdował się upadły, tym więcej obowiązków odnajdywał w jednym zdaniu.
Im wyżej stał, tym więcej otrzymywał wyjątków. Na samym szczycie pozostawał Lucyfer. Jego prawo nie ograniczało w niczym. Pierwszą próbą stała się konfiskata ostatnich niezależnych płomieni. Strażnicy ruszyli do dolnych warstw. Każda grupa miała oddać ogień i przyjąć znak Korony. Większość podporządkowała się ze strachu.
Jedna odmówiła. Było to kilkudziesięciu rannych, którzy dzielili się czystym światłem ocalałym w szczelinie sfery. Nie planowali buntu. Chcieli jedynie podtrzymać tych, których Mammon uznał za nieużytecznych. Dowodziła nimi anielica imieniem Lemea, dawna opiekunka uzdrowicieli.
— To światło należy do rannych — powiedziała.
Thamiel, stojący na czele strażników, pokazał tablicę prawa.
— Wszystko należy do królestwa.
— Królestwo nie leczy naszych ran.
— Ogień jest dostępny po przyjęciu znaku.
— Ogień pogłębia głód.
— Odmowa jest zdradą.
Lemea spojrzała na niego.
— Kiedy gasłeś, Hariel podzielił się z tobą światłem.
Thamiel drgnął.
— Hariel był zdrajcą.
— Tak kazano ci pamiętać.
— Widziałem jego oszustwo.
— Widziałeś światło, które ci dał.
Strażnicy spojrzeli na swojego dowódcę. Thamiel wiedział, że jeżeli zawaha się przy podwładnych, sam może zostać oskarżony. Wyciągnął broń.
— Ostatni raz: oddajcie płomień.
Lemea stanęła przed rannymi.
— Nie.
Thamiel zaatakował. Nie chciał jej zniszczyć. Chciał uciszyć własną pamięć o Harielu. Uderzył z siłą większą, niż wymagało odebranie ognia. Ostrze przecięło jedno ze skrzydeł Lemei. Pozostali rzucili się do obrony. Rozpoczęła się krótka, brutalna walka. Ranni nie mieli szans. Strażnicy pozbawili ich broni, wyrwali płomień ze szczeliny i oznaczyli każdego czarnym symbolem. Ci, którzy nadal odmawiali służby, zostali związani.
Thamiel stanął nad Lemeą.
— Mogłaś tego uniknąć.
— Ty również.
— Wykonałem prawo.
— Wykonałeś rozkaz, którego bałeś się odmówić.
Thamiel odwrócił wzrok. Płomień przyniesiono do krateru. Lucyfer przyjął go jako pierwszą zdobycz uzyskaną oficjalnie w imieniu prawa. Lemeę i jej towarzyszy zesłano do szczelin, w których przebywał Edras. Nie otrzymali dostępu do ognia.
Belial ogłosił całej otchłani:
— Prawo ochroniło wspólne światło przed przywłaszczeniem. Królestwo zwyciężyło nad chaosem.
Nikt nie wspomniał o odciętym skrzydle Lemei. Nie nazwano rannych, którym zabrano jedyne źródło mocy. Nie powiedziano, że zarekwirowany płomień zasilił koronę Lucyfera. Na głównej tablicy pojawił się nowy znak. Czarny symbol rozrósł się i wniknął w martwą sferę. Od niego rozeszły się cienkie linie prowadzące ku kopiom prawa na pozostałych poziomach.
Otchłań odpowiedziała na dominującą wolę. Każde naruszenie zapisu zaczęło wywoływać drżenie sfer, a strażnicy potrafili wyczuć miejsce, w którym ktoś próbował ukryć światło albo usunąć znak Korony. Prawo stało się częścią więzienia. Nie dlatego, że posiadało sprawiedliwość. Zostało nasycone wystarczającą ilością skradzionej mocy. Lucyfer patrzył na rozchodzące się linie.
— Teraz otchłań mnie słucha — powiedział.
Astarot pokręcił głową.
— Nie słucha. Odbija najsilniejszą wolę zasilającą znaki.
— Moją wolę.
— Dopóki pozostaje najsilniejsza.
Lucyfer spojrzał w stronę sfery Abaddona.
— Będzie.
W najniższych szczelinach Lemea odnalazła Edrasa. Był osłabiony, lecz nadal zachowywał pojedynczy czysty ton własnej pieśni.
— Ogłosili prawo — powiedziała.
— Czyje?
— Lucyfera.
Edras spojrzał na czarny znak wypalony na jej piersi.
— Prawo powinno chronić słabszych przed wolą silniejszych.
— Tutaj chroni wolę silniejszego przed pytaniami słabszych.
Usiedli w ciemności pośród pozostałych więźniów. Nad nimi rozbrzmiewały głosy Beliala powtarzające pierwszy zapis otchłani.
Wszystko służy królestwu. Królestwo przemawia przez Koronę. Sprzeciw wobec Korony jest zdradą wszystkich.
Edras słuchał.
— Brakuje ostatniego zdania — powiedział.
— Jakiego?
— Korona nie służy nikomu.
Tak narodziło się pierwsze prawo piekła. Nie zakazywało zła. Nie chroniło prawdy. Nie wyznaczało granic władzy. Uczyło jedynie, że ten, kto znajduje się najwyżej, może nazwać własne pragnienie dobrem całego królestwa. A każdy poddany miał oddać mu nie tylko światło i posłuszeństwo. Miał także oddać prawo do nazwania własnej krzywdy.
6. Mury, których nie zbudował Bóg
Pierwsze prawo otchłani nie wystarczyło. Znaki Korony rozchodziły się po strąconych sferach, lecz nie zatrzymywały walk. Upadli nadal ukrywali światło, przekraczali wyznaczone obszary i napadali na transporty Mammona. Dowódcy tworzyli własne oddziały, a każdy większy odłamek zaczynał przypominać osobne królestwo. Lucyfer potrzebował murów. W Niebie granice nie służyły zamykaniu istot. Wyznaczały odpowiedzialność, chroniły słabszych i pozwalały różnym sferom zachować własną naturę. Bramy istniały po to, aby przez nie przechodzić we właściwym czasie i kierunku.
W otchłani wszystko zostało odwrócone. Mur nie miał chronić tego, kto znajdował się wewnątrz. Miał chronić władzę przed nim. Lucyfer wezwał Astarota. Dawny strażnik wiedzy przybył z ocalałymi tablicami. Jego skrzydła były coraz ciemniejsze, a dłonie pokrywały rany pozostawione przez znaki, których znaczenie próbował odwracać.
— Potrzebuję granic — powiedział Lucyfer.
— Granica otchłani jest zamknięta.
— Nie mówię o Niebie. Chcę podzielić to miejsce.
Astarot spojrzał na krążące odłamki.
— Na jakie części?
— Na te, które będą służyć określonym zadaniom. Skarbiec. Zbrojownię. Miejsce dla dowódców. Niższe warstwy dla nieużytecznych. Więzienia dla zdrajców.
— Nie mamy materiału.
Lucyfer wbił miecz w martwą sferę.
— Stoimy na materiale.
— To szczątki Nieba.
— Tym lepiej. Zbudujemy królestwo z ruin, które nam pozostawiono.
— Nikt nam ich nie pozostawił. Sami je strąciliśmy.
Czarna korona rozbłysła.
— Czy każde twoje zdanie musi przypominać o porażce?
— Pytasz o naturę materiału. Odpowiadam.
— Odpowiadaj tak, aby odpowiedź była użyteczna.
Astarot uklęknął przy powierzchni krateru. Dotknął jednego z pęknięć i wsłuchał się w jego strukturę.
— Odłamki nadal pamiętają dawny kształt. Można je połączyć resztkami prawa Dróg i Granic.
— Zrób to.
— Potrzebuję mocy.
— Mammon ci ją dostarczy.
— Potrzebuję również wzorca.
— Jakiego?
— Mury muszą wiedzieć, kogo zatrzymywać. Jeżeli zamkniemy przejścia całkowicie, strażnicy także nie będą mogli przez nie przejść.
Lucyfer dotknął czarnego znaku na własnej koronie.
— Naucz je rozpoznawać moją wolę.
Astarot uniósł wzrok.
— Mur nie posiada świadomości.
— Znaki pierwszego prawa reagują na sprzeciw.
— Reagują na napięcie pomiędzy wolą mieszkańca a zapisem Korony.
— To wystarczy.
— Jeśli zwiążemy ściany z twoją wolą, każda zmiana twojego pragnienia będzie zmieniać ich położenie.
— Właśnie tego chcę.
— Nikt poza tobą nie będzie znał całego układu.
— Właśnie tego chcę — powtórzył Lucyfer.
Astarot zrozumiał, że mury nie mają jedynie zamykać więźniów. Miały odebrać całej otchłani pewność przestrzeni. Żaden dowódca nie mógł znać stałej drogi do krateru, skarbca ani sąsiedniej sfery. Wszystkie przejścia miały zależeć od woli Lucyfera. Najjaśniejszy nie potrafił stworzyć świata. Mógł jednak sprawić, aby ruiny bez przerwy zmieniały kształt wokół jego poddanych.
Mammon dostarczył światło. Nie pochodziło wyłącznie ze skarbca. Strażnicy przeprowadzili nową daninę, tłumacząc, że każdy upadły musi wnieść część siebie w budowę wspólnego królestwa.
— Jaką część? — pytali.
— Taką, jaką potraficie oddać — odpowiadali strażnicy.
Kiedy ktoś przekazywał niewielki fragment, słyszał:
— Skoro zachowałeś siłę, możesz oddać więcej.
Kiedy oddawał dużo:
— Sam udowodniłeś, że posiadasz duży zapas.
Nie istniała właściwa ilość. Każda danina była zbyt mała, dopóki dawca zachowywał coś dla siebie. Zebrane światło przyniesiono do krateru. Astarot rozłożył je wzdłuż największych pęknięć. Następnie wyrył znaki, które niegdyś służyły łączeniu sfer. Odwrócił ich kierunek. Zamiast tworzyć przejścia, zaczęły je zamykać. Lucyfer położył czarną dłoń na głównej tablicy.
Martwa sfera jęknęła. Z jej powierzchni zaczęły wyrastać mury. Nie były zbudowane z kamienia. Powstawały z zagęszczonego światła zmieszanego z popiołem strąconych sfer. Początkowo pozostawały przezroczyste. Można było przez nie zobaczyć istoty po drugiej stronie. Potem wchłonęły lęk tych, których miały rozdzielać. Stały się czarne.
Pierwszy mur otoczył skarbiec Mammona. Miał tylko jedną bramę. Otwierała się przed znakiem Korony i zamykała natychmiast po przejściu strażników. Każdy, kto próbował dotknąć jej bez pozwolenia, tracił część światła. Mammon wszedł do środka. Zobaczył naczynia pełne danin i płomienie zabrane niższym zastępom. Po raz pierwszy od strącenia uznał jakąś część otchłani za bezpieczną.
— Dobrze — powiedział. — Tutaj niczego mi nie odbiorą.
Kiedy chciał wyjść, brama się nie otworzyła. Uderzył w nią znakiem własności. Mur nie odpowiedział.
— Astarocie!
Głos nie przeszedł na zewnątrz. Mammon uderzał coraz mocniej. Każdy cios odbierał mu część światła. W końcu na powierzchni muru pojawiła się twarz Lucyfera. Nie była samym władcą, lecz odbiciem jego woli zapisanej w konstrukcji.
— Chcesz wyjść? — zapytał obraz.
— Brama jest uszkodzona.
— Nie.
— Mam znak dostępu.
— Ode mnie.
Mammon spojrzał na naczynia.
— To mój skarbiec.
— Mój.
— Ja zebrałem daniny.
— W moim imieniu.
— Potrzebuję wyjść.
— Poproś.
Mammon zacisnął dłonie.
— Otwórz bramę.
— To nie była prośba.
Przez chwilę zarządca skarbca stał w milczeniu. Otaczało go bogactwo, którego pragnął, lecz nie mógł opuścić pomieszczenia zbudowanego dla jego ochrony.
— Proszę — powiedział w końcu.
Brama się otworzyła. Lucyfer czekał po drugiej stronie.
— Teraz rozumiesz — powiedział.
— Co?
— Mur chroni skarbiec nie tylko przed innymi. Chroni go również przed tobą.
Mammon wyszedł.
— Nie lubię więzień.
— W takim razie pozostawaj użyteczny.
Drugi mur otoczył zbrojownię. Trzeci oddzielił krater od niższych sfer. Czwarty zamknął przejścia prowadzące ku obszarom Abaddona. Kolejne tworzyły korytarze, place, komnaty przesłuchań i miejsca gromadzenia danin. Otchłań traciła otwartą przestrzeń. Jeszcze niedawno odłamki sfer dryfowały chaotycznie, ale można było przemieszczać się między nimi niemal dowolnie. Teraz każdy ruch wymagał przejścia przez bramę oznaczoną czarną koroną.
Strażnicy otrzymali różne znaki dostępu. Żaden nie otwierał wszystkich przejść. Dowódcy znali drogi do własnych sfer, lecz nie do skarbca. Mammon mógł wejść do komór daniny, ale nie do zbrojowni. Belial posiadał dostęp do miejsc zgromadzeń, lecz nie do tablic Astarota. Jedynie Lucyfer mógł przechodzić wszędzie.
Nie dlatego, że znał układ. Mury zmieniały go zgodnie z jego pragnieniem. Kiedy chciał znaleźć się przy więźniach, powstawał korytarz prowadzący w dół. Gdy obawiał się Abaddona, przejścia ku jego sferze zwężały się i wypełniały ogniem. Jeśli podejrzewał Mammona o ukrywanie daniny, skarbiec otwierał przed nim dodatkową bramę.
Władca nie potrzebował klucza. Sam stawał się kluczem. Pozostali stawali się coraz bardziej zależni. Nie potrafili przewidzieć, czy znana droga nadal będzie istniała przy następnym przejściu. Zastęp wysłany na niższy poziom czasami wracał do punktu wyjścia. Innym razem trafiał do skarbca, więzienia albo pod sferę Abaddona.
Każda pomyłka rodziła podejrzenie sabotażu.
— Kto zmienił drogę?
— Ktoś usunął znaki!
— Zdrajcy wpuszczają wrogów!
Astarot próbował tłumaczyć, że mury odpowiadają na zmienną wolę Lucyfera, lecz Belial zakazał takich wyjaśnień.
— Królestwo nie może uważać władcy za źródło chaosu — powiedział.
— Ale nim jest.
— W takim razie znajdź inne słowo.
— Jakie?
— Próba.
Belial ogłosił, że zmieniające się korytarze są próbą wierności. Ten, kto naprawdę ufa Koronie, zawsze odnajdzie właściwą drogę. Każdy zagubiony musiał więc nosić w sobie zwątpienie. Upadli zaczęli bać się własnej niepewności. Kiedy nie potrafili odnaleźć przejścia, nie oskarżali już murów. Oskarżali siebie albo towarzyszy.
Mury rosły. Każdy lęk wzmacniał ich strukturę. Każde oskarżenie dodawało nową warstwę. Każda zdrada tworzyła kolejny ślepy korytarz. Astarot zauważył, że budowla zaczyna rozwijać się bez bezpośredniego rozkazu. Otchłań odbijała dominującą nieufność swoich mieszkańców. Gdy jedna grupa bała się drugiej, pomiędzy nimi wyrastała ściana. Kiedy dowódca ukrywał plan przed podwładnymi, droga do jego komnaty wydłużała się. Kiedy więzień tracił nadzieję na wyjście, jego cela stawała się mniejsza.
— Mury karmią się stanem upadłych — powiedział Astarot do Lucyfera.
— To dobrze.
— Nie całkiem. Nie kontrolujesz wszystkich.
— Kontroluję główny zapis.
— Kontrolujesz kierunek. Oni dostarczają siłę. Jeżeli lęk stanie się większy od twojej woli, budowla może zamknąć również ciebie.
Lucyfer spojrzał na czarne ściany krateru.
— Jestem ich największym lękiem.
— Właśnie dlatego powinieneś się obawiać.
Lucyfer chwycił go za gardło.
— Mur, który spróbuje mnie zamknąć, zostanie zniszczony.
— Wtedy zawali się na tych, którymi chcesz rządzić.
— Zbuduję następny.
— Z czego?
— Z nich.
Puścił Astarota. Dawny strażnik wiedzy zrozumiał, że Lucyfer nie zamierza chronić nawet własnego królestwa. Jeżeli mury przestaną mu służyć, poświęci całe poziomy i mieszkańców, byle zachować miejsce na szczycie. Najgłębsze więzienie powstało wokół Edrasa, Lemei i pozostałych odmawiających przyjęcia ognia. Lucyfer nakazał zamknąć ich razem, sądząc, że głód i rozpacz zmuszą ich do wzajemnej walki.
Astarot stworzył ściany z czarnego światła. Nie umieścił w nich bramy.
— Jak strażnicy będą wchodzić? — zapytał Mammon.
— Nie będą.
— Jak wydobędziemy więźniów, gdy poproszą o znak?
Astarot wskazał pojedynczą szczelinę.
— Mur otworzy się, kiedy wyrzekną się własnej pieśni i uznają pierwsze prawo.
— Skąd będzie wiedział?
— Każdy z nich jest połączony ze znakiem Korony.
Więźniów wrzucono do środka. Ściana zamknęła się. Nie było tam ognia ani hałasu wyższych warstw. Panowała cisza, której Lucyfer tak bardzo się bał. Edras, Lemea i kilkudziesięciu rannych siedzieli w całkowitej ciemności. Pierwszy przemówił jeden z towarzyszy Hariela.
— To przez was tutaj jesteśmy.
Lemea spojrzała w stronę głosu.
— Przez nas?
— Gdybyście oddali płomień, straże nie zabrałyby pozostałych.
— Zabrałyby go później.
— Nie wiesz tego.
— Wszyscy wiemy.
— Chcę wyjść.
— W takim razie przyjmij znak.
— Bez was mógłbym go przyjąć bez wstydu.
Edras odezwał się z ciemności:
— Właśnie po to nas zamknięto razem. Mamy uczynić z siebie nawzajem winnych.
— A może jesteś winny? — odpowiedział więzień. — Pierwszy podważyłeś Lucyfera.
— Podważyłem go, ponieważ kłamał.
— Przez takich jak ty zaostrzył prawo.
— Prawo zostało stworzone po to, abyś tak myślał.
Więzień rzucił się w stronę głosu. Uderzył Edrasa, a pozostali próbowali ich rozdzielić. Mur zadrżał. Im większy był gniew, tym ciaśniejsza stawała się cela. Ściany zbliżyły się do więźniów. Lemea zrozumiała pierwsza.
— Przestańcie! Mur reaguje na naszą nienawiść!
Nie usłuchali. Kolejne oskarżenia sprawiły, że przestrzeń kurczyła się jeszcze bardziej. Czarne ściany napierały na skrzydła i rany.
— To twoja wina! — krzyczał więzień do Edrasa.
— Właśnie tym karmisz mur!
— Kłamca!
Lemea stanęła pomiędzy nimi.
— Jeżeli będziemy walczyć, sami zbudujemy własną celę.
Słowa dotarły do pozostałych. Jeden po drugim przestawali krzyczeć. Edras opuścił ręce. Oskarżający go więzień cofnął się, nadal pełen gniewu, lecz zbyt przerażony napierającymi ścianami, aby atakować. Cela przestała się kurczyć. Nie rozszerzyła się. To, co zostało zbudowane z ich nienawiści, pozostało.
— Czyli nigdy nie odzyskamy dawnej przestrzeni? — zapytał ktoś.
Edras dotknął muru.
— Nie tutaj.
— Więc jaki sens ma powstrzymywanie gniewu?
— Taki, że nie zbudujemy następnej warstwy.
W górnych sferach Lucyfer obserwował więzienie poprzez znak Korony. Czekał, aż zamknięci zaczną się wzajemnie niszczyć. Kiedy umilkli, poczuł niepokój.
— Dlaczego mur przestał rosnąć? — zapytał.
Astarot odczytał zapis.
— Przestali obwiniać się nawzajem.
— Podsyć ich gniew.
— Jak?
Lucyfer zwrócił się do Beliala.
— Wyślij im głosy.
Wkrótce w celi rozległy się szepty. Każdy więzień słyszał coś innego. Jedni słyszeli, że Lemea otrzymała tajny dostęp do ognia. Inni, że Edras współpracuje z Lucyferem i prowokuje opór. Kolejnym głos obiecywał wolność w zamian za wskazanie winnego. Więźniowie spojrzeli na siebie z nową podejrzliwością.
Ściany znów zaczęły się zbliżać. Tak powstawały mury piekła. Bóg nie wzniósł ich, aby czerpać przyjemność z cierpienia upadłych. Nie zaprojektował cel, korytarzy przesłuchań ani skarbców karmionych cudzym światłem. Materiał pochodził ze strąconych sfer. Siła — z darów, które stworzenia otrzymały od Boga. Lecz kształt nadali mu sami upadli.
Lucyfer dostarczył wolę panowania. Mammon — chciwość. Belial — kłamstwo. Astarot — wiedzę oddzieloną od mądrości. Asmodeusz — pragnienia bez granic. Pozostali dodawali własny strach, podejrzliwość i nienawiść. Każdy z nich dokładał fragment do więzienia, które później miał oskarżać Boga o stworzenie. Gdy budowa pierwszych murów dobiegła końca, Lucyfer przeszedł samotnie najdłuższym korytarzem. Ściany rozsuwały się przed nim i zamykały za jego plecami.
Był jedyną istotą, której wszystkie przejścia okazywały posłuszeństwo. Uważał to za dowód wolności. Nie zauważył, że dokądkolwiek szedł, nadal pozostawał wewnątrz otchłani. Mógł otworzyć każdą celę. Nie mógł otworzyć jedynej granicy, która miała znaczenie. Mury uczyniły go panem więzienia. Ale nie przestał być jednym z więźniów.
7. Nadzieja uznana za zdradę
Nadzieja pojawiła się w najgłębszej celi otchłani. Nie przyszła jako światło z Nieba. Granica pozostawała zamknięta, a chóry nie wysyłały przez nią ukrytych głosów. Nie otworzyła się brama i żaden posłaniec Boga nie zstąpił pomiędzy mury. Nadzieja narodziła się z jednego prostego odkrycia. Cela przestawała się kurczyć, kiedy więźniowie odmawiali wzajemnej nienawiści.
Edras, Lemea i pozostali zamknięci zauważyli to po kolejnej fali szeptów Beliala. Głosy próbowały przekonać każdego z nich, że ktoś inny otrzymał tajną obietnicę uwolnienia. Przez krótką chwilę podejrzliwość znów zaczęła budować ściany. Lemea przerwała spór.
— Nie pytajcie, kto otrzymał ofertę — powiedziała. — Zapytajcie, dlaczego głos chce, żebyśmy się oskarżali.
— Bo ktoś z nas kłamie — odpowiedział jeden z więźniów.
— Wszyscy kłamaliśmy, kiedy szliśmy za Lucyferem. Ale ten szept nie chce prawdy. Chce gniewu.
— Skąd wiesz?
Lemea dotknęła czarnego muru.
— Bo za każdym razem, gdy zwracamy się przeciwko sobie, cela staje się mniejsza.
Edras położył dłoń obok jej dłoni.
— To my karmimy ściany.
— Lucyfer je zbudował — powiedział więzień.
— Nadał im kształt. My dostarczamy siłę.
— Więc możemy je zniszczyć?
Edras spojrzał na mrok.
— Nie wiem.
— W takim razie nie dawaj nam fałszywej nadziei.
— Nie powiedziałem, że wyjdziemy. Powiedziałem, że nie musimy pomagać mu zamykać nas jeszcze głębiej.
Więźniowie zamilkli. Nie była to obietnica powrotu do Nieba. Edras nie twierdził, że wyrok zostanie cofnięty ani że wystarczy jedno słowo skruchy, aby wszystko stało się takie jak wcześniej. Wiedział, że wybór aniołów został dokonany przy pełnym poznaniu. Widział otwartą drogę i świadomie przy niej nie stanął. Nie próbował teraz przerzucić odpowiedzialności na niewiedzę.
Nadzieja, którą odnalazł, była mniejsza. I właśnie dlatego prawdziwsza. Nie musiał stać się gorszy tylko dlatego, że upadł. Nie musiał przyjąć każdego kolejnego kłamstwa. Nie musiał krzywdzić innych, aby złagodzić własny ból. Nie mógł cofnąć zdrady, ale mógł odmówić dokładania do niej następnych czynów. Dla Lucyfera nawet taka nadzieja była niebezpieczna.
Przez kolejne chwile więźniowie ćwiczyli milczenie, które nie było ucieczką. Kiedy Belial wysyłał głosy, nie odpowiadali oskarżeniem. Każdy wypowiadał własną winę, zanim szept zdążył przypisać ją komuś innemu.
— Zostałem, ponieważ pragnąłem władzy.
— Powtórzyłem kłamstwo, choć wiedziałem, że nie jest pewne.
— Nie obroniłem Ithuriela.
— Zaatakowałem strażnika, który mnie nie skrzywdził.
— Chciałem, żeby Lucyfer miał rację, bo bałem się przyznać do błędu.
Za każdym wyznaniem mury drżały. Nie pękały. Czarna struktura pozostawała nasycona mocą Korony, prawem Astarota i światłem odebranym więźniom. Jednak przestawała rosnąć. Potem wydarzyło się coś, czego nie przewidział nawet Astarot. Jeden z rannych, imieniem Naor, zaczął gasnąć. Oddał wcześniej niemal całe światło przy budowie murów. W celi nie było ognia ani zapasów, z których można byłoby zaczerpnąć moc. Jego osobista pieśń słabła.
Lemea usiadła obok niego.
— Nie mogę cię uleczyć — powiedziała.
— Wiem.
— Zachowałam tylko jeden czysty ton.
— Nie oddawaj go. Sama zgaśniesz.
— Nie zgasnę całkowicie.
— Stracisz siłę.
— W Niebie powierzono mi ją po to, abym podtrzymywała rannych.
Naor spojrzał na nią.
— Nie jesteśmy już w Niebie.
— To nie znaczy, że muszę stać się przeciwieństwem wszystkiego, czym byłam.
Położyła dłoń na jego piersi. Ostatni czysty ton przeszedł z jej osobistej pieśni do jego rany. Nie było go wiele. Nie odbudował skrzydeł ani nie przywrócił dawnej mocy. Zatrzymał jednak pogłębianie się pęknięcia. Lemea osłabła. Edras podtrzymał ją. W tej samej chwili mur odsunął się o szerokość dłoni.
Więźniowie patrzyli w milczeniu.
— Widzieliście? — wyszeptał Naor.
Lemea dotknęła ściany.
— Dar osłabia mur.
Nie dlatego, że był potężniejszy od czarnego prawa. Jego moc była niewielka. W otchłani dokonało się jednak coś sprzecznego z zasadą Lucyfera. Jedna istota oddała światło bez żądania zapłaty, poddaństwa ani przyszłej korzyści. Mur zbudowany na przekonaniu, że wszystko istnieje dla władzy silniejszego, nie potrafił przyjąć bezinteresownego daru.
Odsunął się. Nie otworzył drogi na zewnątrz. Nadzieja nie stała się kluczem do Nieba. Pokazała jednak, że pierwsze prawo otchłani nie opisuje całej rzeczywistości. Lucyfer mógł narzucić swój porządek. Nie potrafił uczynić go prawdą. Znak Korony zarejestrował zmianę. Astarot zobaczył ją na głównej tablicy.
— Mur więzienia osłabł — powiedział.
Lucyfer wstał.
— Kto próbował go zniszczyć?
— Nikt.
— Więc dlaczego się poruszył?
Astarot odczytał zapis.
— Jedna z więźniarek przekazała światło rannemu.
— Bez pozwolenia?
— Tak.
— To kradzież zasobów Korony.
— To było jej własne światło.
— Pierwsze prawo mówi, że wszystko należy do królestwa.
Astarot nadal studiował znaki.
— Nie chodzi tylko o przekazanie mocy. Mur osłabł, ponieważ nie zażądała niczego w zamian.
Mammon zmarszczył brwi.
— Każdy chce czegoś w zamian.
— Ona nie chciała.
— Może kupowała lojalność.
— Zapis nie pokazuje takiego zamiaru.
Belial przyjrzał się tablicy.
— W takim razie trzeba nadać jej działaniu inny zamiar.
— Znaki reagują na to, co rzeczywiście się wydarzyło — powiedział Astarot.
— Od kiedy rzeczywistość jest przeszkodą dla właściwej interpretacji?
Lucyfer odsunął ich obu.
— Czy mur może osłabnąć bardziej?
Astarot zawahał się.
— Jeżeli więźniowie zaczną dzielić się światłem bez przymusu, mogą odzyskać część harmonii pomiędzy sobą.
— Harmonii?
— Nie tej samej co w Niebie. Są odcięci od źródła i nie cofną wyroku. Ale mogą przestać karmić konstrukcję wzajemną nienawiścią.
— Czy wyjdą?
— Nie przez zewnętrzną granicę. Mogą jednak osłabić wewnętrzne mury.
— A jeśli inne zastępy się o tym dowiedzą?
Astarot spojrzał na krater, skarbiec Mammona i czarne linie prowadzące ku wszystkim sferom.
— Przestaną wierzyć, że jedynie ogień Korony może podtrzymywać ich istnienie.
Lucyfer natychmiast zrozumiał zagrożenie. Głód był podstawą jego władzy. Upadli oddawali światło, wykonywali rozkazy i donosili na siebie, ponieważ wierzyli, że tylko krater może zapewnić im moc. Jeżeli nauczą się wspierać wzajemnie, system danin zacznie się rozpadać. Jeszcze groźniejsza była sama myśl, że nie każde dobro zostało bezpowrotnie zniszczone.
Jeżeli upadły nadal może uczynić bezinteresowny gest, oznacza to, że Lucyfer nie zdołał całkowicie przepisać jego natury. Otchłań nie była ostateczną definicją tego, kim są. Dla Lucyfera ta możliwość stanowiła obrazę.
— Przyprowadzić Lemeę — rozkazał.
— Mur nie ma bramy — przypomniał Astarot.
— Zbuduj ją.
— Jeżeli otworzę konstrukcję, pozostali mogą spróbować wyjść.
— Wyślij ogień.
Astarot odwrócił znaki. Wewnątrz celi ściana rozżarzyła się. Czarny płomień przeciął przestrzeń i otoczył Lemeę. Edras próbował ją osłonić, lecz został odrzucony. Ogień nie spalił więźniarki. Wciągnął ją w strukturę muru i przeniósł przed krater. Upadła na kolana przed Lucyferem. Była tak słaba, że nie potrafiła wstać. Jej skrzydła niemal całkowicie straciły blask, ale w oczach nie było rozpaczy, której oczekiwał.
— Oddałaś światło bez zgody Korony — powiedział.
— Oddałam własny ton rannemu.
— Nic tutaj nie jest twoje.
— W takim razie dlaczego poczułeś się okradziony?
Lucyfer zszedł ku niej.
— Pierwsze prawo zapewnia przetrwanie wszystkich.
— Hariel został pozbawiony światła. Edras nie otrzymuje ognia. Ranni w naszej celi mieli zgasnąć.
— Są zdrajcami.
— Więc prawo nie chroni wszystkich.
— Chroni królestwo przed nimi.
— Królestwo składa się tylko z tych, którzy są ci użyteczni.
Lucyfer chwycił ją za uszkodzone skrzydło i uniósł. Lemea krzyknęła.
— Dałem wam światło — powiedział.
— Zabrałeś je, a potem oddałeś część pod warunkiem służby.
— Utrzymuję ogień.
— Ogniem zasilanym nami.
— Beze mnie pochłonęłaby was ciemność.
— To właśnie chcesz, żebyśmy wierzyli.
Lucyfer rzucił ją na ziemię.
— Co powiedziałaś pozostałym?
— Że nie musimy pogłębiać własnego upadku.
Belial wystąpił.
— To wezwanie do buntu.
— Nie wzywałam do walki.
— Podważałaś prawo Korony.
— Powiedziałam, że możemy przestać się nienawidzić.
Belial zwrócił się do zgromadzonych:
— Słyszycie? Chce odebrać wam gniew. Chce, abyście zapomnieli o zdradzie Nieba i przebaczyli tym, którzy nas strącili.
— Nie powiedziałam tego.
— Nadzieja zawsze zaczyna się od niewinnych słów. Później osłabia wolę walki.
— Z kim teraz walczycie? — zapytała Lemea. — Z rannymi? Więźniami? Ze sobą nawzajem?
Wśród upadłych pojawiło się poruszenie.
Belial uniósł głos:
— Walczymy o przetrwanie!
— Przed kim broni was mur skarbca?
— Przed złodziejami.
— Kim są złodzieje?
— Ci, którzy zabierają światło królestwa.
— A kto zabrał je im pierwszy?
Mammon dał znak strażnikom, lecz Lucyfer ich zatrzymał. Chciał sam zakończyć rozmowę.
— W co wierzysz? — zapytał Lemeę.
— Wierzę, że ciemność nie stała się prawdą tylko dlatego, że ją wybraliśmy.
— Chcesz wrócić do Boga?
Lemea długo milczała.
— Chciałam wrócić, kiedy droga była otwarta, ale bałam się przyznać do winy. Zostałam. Ten wybór należy do mnie.
— Więc wiesz, że jest za późno.
— Wiem, że nie mam prawa żądać cofnięcia wyroku.
— Zatem na co masz nadzieję?
Lemea spojrzała na niego.
— Że twoje kłamstwo nie będzie ostatnim słowem o wszystkim, czym jesteśmy.
Czarny ogień przygasł. Lucyfer zobaczył w niej zagrożenie większe niż uzbrojony przeciwnik. Abaddon mógł próbować odebrać mu władzę, ale nadal uznawał siłę za najwyższe prawo. Mammon, Asmodeusz i Belial pozostawali więźniami własnych pragnień. Lemea podważała sam fundament jego królestwa. Twierdziła, że nawet w otchłani można odmówić nienawiści.
Jeżeli miała rację, Lucyfer nie był niezbędny.
— Nadzieja, o której mówisz, jest bronią Nieba — oznajmił.
— Niebo niczego mi nie wysłało.
— W takim razie jesteś jego głosem.
— Jestem tylko kimś, kto przestał powtarzać twój.
Lucyfer zwrócił się do Beliala:
— Zapisz nowe objaśnienie prawa.
— Jakie?
— Oczekiwanie na zmianę wyroku jest zdradą. Mówienie o powrocie, przebaczeniu albo dobru niezależnym od Korony osłabia wolę królestwa.
— Nazwiemy to zakazem nadziei?
Lucyfer spojrzał na zgromadzonych. Słowo brzmiałoby zbyt jawnie. Mogłoby skłonić upadłych do pytania, dlaczego władca wolności boi się nadziei.
— Nazwij to ochroną przed złudzeniem.
Belial pochylił głowę.
— Mądrze.
Nowe objaśnienie wyryto na tablicach:
Nie istnieje droga poza otchłań. Każdy, kto jej oczekuje, służy wrogowi. Każdy dar udzielony poza prawem Korony wzmacnia zdradę. Każda nadzieja niezwiązana ze zwycięstwem Lucyfera jest kłamstwem.
Upadłym nakazano powtarzać słowa podczas przyjmowania ognia. Strażnicy przeszukiwali niższe poziomy i zatrzymywali każdego, kto mówił o Niebie bez nienawiści. Zakazano wypowiadania imion tych, którzy opuścili Legion i powrócili do światła. Malfas, Oramar, Sarel i Ithuriel mieli być nazywani wyłącznie zdrajcami. Imię Oriela objęto szczególnym zakazem.
Lucyfer twierdził, że pamięć o nim służy propagandzie Michała. Prawdziwym powodem była nuta ukryta w jego mieczu. Nie chciał, aby ktokolwiek przypominał, że zabity brat do końca wierzył w możliwość zatrzymania się. Lemeę ponownie zamknięto. Tym razem umieszczono ją w osobnej celi, odciętej od Edrasa i rannych. Lucyfer nie chciał jej zniszczyć. Chciał, aby żyła wystarczająco długo, by utracić nadzieję.
— Zostanie sama — rozkazał. — Bez głosów, bez światła i bez możliwości oddania czegokolwiek innym.
— Jak długo? — zapytał strażnik.
— Aż poprosi o ogień.
Mur zamknął się wokół niej. Lemea została w ciemności. Nie wiedziała, czy inni nadal istnieją. Nie słyszała ich głosów. Nie mogła dotknąć ściany bez utraty resztek siły. Przez długi czas nie mówiła nic.
Potem wypowiedziała jedno zdanie:
— Ciemność nie jest Bogiem.
Mur zadrżał. Nie otworzył się. Ale nie potrafił wchłonąć tych słów. W ten sposób nadzieja została uznana za zdradę. Nie dlatego, że obiecywała łatwe uwolnienie. Była niebezpieczna, ponieważ odbierała Lucyferowi władzę nad znaczeniem cierpienia. Mówiła, że ból nie musi prowadzić do nienawiści, wina nie musi stać się usprawiedliwieniem następnego zła, a ciemność nie jest nowym źródłem prawdy.
Piekło mogło więzić światło. Mogło karać jego rozdawanie. Mogło zmusić tysiące głosów do powtarzania, że żadna droga nie istnieje. Nie potrafiło jednak stworzyć prawdy, że Boga nie ma. Dlatego musiało bez końca zakazywać nadziei.
Gdyby choć na chwilę przestało ją zwalczać, jego mieszkańcy mogliby zrozumieć najgroźniejszą dla Lucyfera rzecz:
Królestwo ciemności nie było jedyną możliwą rzeczywistością. Było skutkiem wyboru. A to oznaczało, że jego władca nigdy nie stanie się bogiem. Pozostanie tylko stworzeniem, które uczyniło własną odmowę prawem dla innych.
8. Królestwo otrzymuje imię
Lucyfer wiedział, że nie wystarczy zbudować murów. Królestwo bez nazwy nadal mogło zostać uznane za miejsce tymczasowe. Obozowisko pokonanej armii. Więzienie, z którego mieszkańcy wciąż wyglądali drogi powrotnej. Nazwa miała zmienić sposób, w jaki upadli myśleli o własnym położeniu. Jeśli otchłań otrzyma właściwe miano, ruiny będzie można nazwać fundamentami, niewolę porządkiem, a strącenie początkiem nowej epoki. Nazwa nie zmieni rzeczywistości, ale mogła narzucić jej opowieść.
Lucyfer wezwał wszystkich dowódców. Nakazał otworzyć główne przejścia i sprowadzić zastępy z odległych sfer. Nawet więźniowie mieli usłyszeć ceremonię przez znaki Korony. Nie pozwolono im jednak opuścić cel. Abaddon przybył na czele własnych wojowników. Nie uklęknął. Zajął miejsce na skraju krateru i ustawił straż pomiędzy sobą a oddziałami Mammona.
— Po co nas zgromadziłeś? — zapytał.
— Nasze królestwo otrzyma imię — odpowiedział Lucyfer.
Abaddon rozejrzał się po murach i płonących szczelinach.
— Nie wystarczy ci, że nadałeś imię samemu sobie?
Belial wystąpił przed Koronę.
— Imię jednoczy. Bez niego każdy zastęp nazywa to miejsce inaczej.
— Ja nazywam je ruinami — powiedział Abaddon.
— Dlatego twojego głosu nie można pozostawić bez odpowiedzi.
Lucyfer uniósł dłoń, uciszając ich.
— Nie będziemy już używać słów nadanych przez Niebo. „Otchłań”, „miejsce strącenia”, „oddzielenie” — wszystkie przypominają o ich wyroku. Od tej chwili sami określimy, czym jest nasz świat.
Astarot przyniósł pustą tablicę. Nie pochodziła z Archiwum. Została uformowana z martwego światła i popiołu strąconych sfer. Jej powierzchnia nie posiadała żadnego znaku. Była pierwszym większym przedmiotem wykonanym w całości w otchłani. Nie został stworzony z nicości. Upadli nie potrafili powołać do istnienia nawet najmniejszego fragmentu materii. Przetworzyli to, co pozostało po dziełach Boga, i nadali temu nowy kształt.
Lucyfer spojrzał na tablicę z dumą.
— Zapiszesz na niej nazwę — powiedział do Astarota.
— Jaką?
— Najpierw usłyszę propozycje.
Belial był przygotowany.
— Królestwo Wolnych.
Część zgromadzonych odpowiedziała okrzykiem. Nazwa przypominała pierwsze obietnice buntu i pozwalała zapomnieć o znakach służby, daninach oraz murach. Abaddon roześmiał się.
— W Królestwie Wolnych nie można opuścić własnej sfery bez pozwolenia Korony.
Belial nie zwrócił na niego uwagi.
— Nazwa nie mówi o braku porządku. Mówi o wolności od Boga.
— Czyli określa nas przez Tego, od którego rzekomo się uwolniliśmy — zauważył Astarot.
Lucyfer zmarszczył brwi.
— Następna propozycja.
Mammon podniósł rękę.
— Królestwo Własnej Woli.
— Czyjej? — zapytał Abaddon.
— Każdego, kto służy wspólnemu przetrwaniu.
— Czyli Lucyfera.
Mammon spojrzał na niego z nienawiścią. Asmodeusz wystąpił spomiędzy płomieni.
— Kraina Bez Granic.
Tym razem śmiech Abaddona podjęli także niektórzy żołnierze. Wokół krateru wznosiły się czarne mury. Bramy reagowały na znaki Korony, a strażnicy kontrolowali wszystkie przejścia. Nazwa brzmiała jak kpina nawet dla tych, którzy chcieli wierzyć w Lucyfera. Asmodeusz rozłożył skrzydła.
— Granice można łamać.
— A jednak nie złamałeś zewnętrznej — powiedział Astarot.
— Jeszcze.
— To słowo jest jedynym skarbem, którego tutaj nie brakuje.
— Co masz na myśli?
— Wszystko wydarzy się „jeszcze nie”. Zwycięstwo, światło, otwarcie granicy i zaspokojenie głodu. Każda obietnica zostaje przesunięta ku przyszłości, która nigdy nie nadchodzi.
Lucyfer zwrócił ku niemu czarną koronę.
— Masz własną propozycję?
Astarot spojrzał na pustą tablicę.
— Nazwijmy je zgodnie z prawdą: Królestwem Oddzielonych.
W zgromadzeniu zapadła cisza.
— Nie — powiedział Lucyfer.
— Jesteśmy oddzieleni od Nieba, od światła i od siebie nawzajem. Mury tylko nadały temu widzialną formę.
— Odrzucam tę nazwę.
— Dlatego, że jest fałszywa?
— Dlatego, że służy wrogowi.
— A więc prawda zależy od tego, komu służy?
Belial odpowiedział za Lucyfera:
— W królestwie nie istnieje prawda pozbawiona skutków. Słowo, które osłabia jedność, staje się bronią przeciwnika.
— Nawet jeśli opisuje rzeczywistość?
— Zwłaszcza wtedy.
Astarot odłożył tablicę. Nie zaproponował kolejnej nazwy. Z niższych zastępów odzywały się następne głosy.
— Nowe Niebo!
— Królestwo Ognia!
— Sfera Przeciwnika!
— Wieczna Twierdza!
Każda nazwa próbowała ukryć coś innego.
„Nowe Niebo” miało zasłonić fakt, że nie potrafili stworzyć ani jednej nowej sfery.
„Królestwo Ognia” nie mówiło, że płomień zasilano światłem poddanych.
„Sfera Przeciwnika” określała cały świat przez nienawiść do kogoś innego.
„Wieczna Twierdza” brzmiała potężnie, dopóki nie zadano pytania, czy mur ma zatrzymywać wroga na zewnątrz, czy mieszkańców wewnątrz.
Lucyfer nie akceptował żadnej propozycji. Potrzebował nazwy, która przypominałaby o jego zwycięstwie, chociaż przegrał. Miała mówić o wolności, choć zbudował niewolę. Musiała odrzucać Boga, a jednocześnie nie przypominać, że całe istnienie upadłych nadal pochodzi od Niego. Nie istniało takie słowo. Każda nazwa oparta na kłamstwie ujawniała sprzeczność królestwa.
Belial podszedł do niego.
— Nie pytaj ich — powiedział cicho. — Nadaj nazwę sam. Kiedy będą ją wystarczająco długo powtarzać, zapomną, że kiedykolwiek brzmiała fałszywie.
Lucyfer spojrzał na upadłych. Miał właśnie przemówić, gdy po otchłani przeszedł szept. Nie pochodził ze zgromadzenia. Rozszedł się przez mury, czarne znaki oraz korytarze łączące wszystkie sfery. Był tak słaby, że początkowo słyszeli go tylko więźniowie.
— Ciemność nie jest Bogiem — mówił głos Lemei.
Jej słowa pozostawały w samotnej celi. Mur nie potrafił ich wchłonąć, ponieważ nie były oskarżeniem, lękiem ani pragnieniem władzy. Nie znajdował w nich siły, którą mógłby wykorzystać do dalszego wzrostu. Przekazał je więc do głównego znaku. A główny znak powtórzył je całej otchłani.
— Ciemność nie jest Bogiem.
Lucyfer rozpoznał głos.
— Uciszcie ją!
Astarot pochylił się nad tablicami.
— Nie mogę. Nie wypowiada tego teraz. To zapis zachowany przez mur.
— Usuń zapis.
— Jest już we wszystkich znakach.
Słowa powróciły.
— Ciemność nie jest Bogiem.
Upadli patrzyli na siebie. Dla wielu zdanie nie niosło nadziei, lecz gniew. Przypominało, że nawet całkowita ciemność nie stworzyła ich i nie stała się najwyższą rzeczywistością. Lucyfer uniósł miecz.
— Ciemność jest naszą wolnością! — zawołał.
Echo odpowiedziało słowami Lemei:
— Ciemność nie jest Bogiem.
Uderzył w główną tablicę. Znaki rozjarzyły się. Głos zniknął, lecz razem z nim zgasła część murów. Kilka przejść otworzyło się bez rozkazu Korony. Więźniowie z najniższych cel zobaczyli po raz pierwszy korytarze prowadzące ku wyższym sferom. Strażnicy rzucili się, aby je zamknąć.
— Przywróć zapis! — rozkazał Lucyfer.
— Musiałbym przywrócić również głos — odpowiedział Astarot.
— W takim razie zmień jego znaczenie!
Belial wystąpił przed zgromadzenie.
— Słyszeliście próbę wroga — powiedział. — Niebo chciało zakłócić ceremonię.
— To był głos Lemei — zawołał ktoś.
— Lemea służy Niebu.
— Jest zamknięta w celi.
— Ciało może znajdować się w więzieniu, gdy wola służy wrogowi.
— Nie mamy ciał — zauważył inny głos.
Belial zawahał się tylko na moment.
— Tym bardziej widzicie, jak głęboka jest jej zdrada.
Kłamstwo było słabe, ale większość zgromadzonych chciała, żeby wystarczyło. Przyjęli więc wyjaśnienie bez dalszych pytań. Lucyfer położył dłoń na pustej tablicy.
— Dosyć — powiedział. — To miejsce nie będzie nazwane według naszych ran ani ich wyroku. Otrzyma imię po władzy, która tutaj powstaje.
Czarny ogień objął jego ramię. Astarot przygotował znaki.
— Zapisz: Królestwo Ciemności.
Rylus dotknął tablicy. Pierwszy symbol przyjął kształt. Drugi zadrżał. Przy trzecim cała powierzchnia pękła. Astarot cofnął dłoń.
— Co zrobiłeś? — zapytał Lucyfer.
— Nic.
— Dlaczego tablica odrzuciła nazwę?
Astarot zbadał pęknięcie.
— Ponieważ ciemność nie jest królestwem.
— Stanie się nim.
— Nazwa ma opisywać to, co istnieje. Próbujesz zapisać przyszłą obietnicę jak dokonaną prawdę.
— W takim razie zmuszę ją do przyjęcia zapisu.
Lucyfer wbił w tablicę miecz. Martwy blask przeszedł przez pęknięcia i zespolił je siłą. Astarot ponownie wyrył znaki.
Tym razem nazwa pozostała:
Królestwo Ciemności.
Lucyfer uniósł tablicę.
— Oto nasz świat! — zawołał. — Nie więzienie, lecz królestwo. Nie miejsce kary, lecz początek panowania. Nie ruiny, lecz fundament potęgi, przed którą pewnego dnia zadrży całe stworzenie!
Belial uklęknął. Mammon poszedł za nim. Asmodeusz rozpostarł płonące skrzydła. Kolejne zastępy skandowały nową nazwę.
— Królestwo Ciemności!
— Królestwo Ciemności!
— Królestwo Ciemności!
Abaddon pozostał wyprostowany.
— Możesz nazwać ranę koroną — powiedział — ale nadal będzie krwawić.
Lucyfer spojrzał na niego.
— A jednak przybyłeś na ceremonię.
— Chciałem zobaczyć, czy znajdziesz słowo większe od własnej porażki.
— Znalazłem.
— Nie. Znalazłeś dłuższe kłamstwo.
Odwrócił się i odleciał ku własnej sferze. Lucyfer nie zatrzymał go. Okrzyki pozostałych zagłuszały zniewagę. Nazwa Królestwa Ciemności została umieszczona nad każdą główną bramą. Strażnicy wypalali ją na pancerzach. Belial nakazał rozpoczynać od niej wszystkie przemówienia, a Mammon oznaczył nią naczynia z daniną. Miała stać się jedynym dozwolonym określeniem otchłani.
Zakazano słów „więzienie”, „miejsce upadku” i „ruiny”. Kto ich używał, podważał oficjalną opowieść i mógł zostać oskarżony o zdradę. Nazwa nie zmieniła niczego. Mury nadal zamykały przejścia. Głód nadal rósł. Ogień nadal pożerał światło. Więźniowie nadal cierpieli w celach bez bram. Królestwo istniało wyłącznie w słowach Lucyfera.
W najniższej warstwie Edras usłyszał ceremonię. Siedział obok Naora i pozostałych rannych, gdy mury powtarzały nową nazwę.
— Królestwo Ciemności — powiedział Naor. — Tak mamy je nazywać.
Edras dotknął ściany. Czuł w niej strach, oskarżenia i światło odebrane tysiącom upadłych. Wiedział, że mury nie chronią żadnego wspólnego dobra. Wiedział również, że ten, który ogłosił się władcą, nie potrafi otworzyć zewnętrznej granicy.
— To nie jest królestwo — odpowiedział.
— Więc czym jest?
Edras długo milczał. W języku pierwszych aniołów istniały słowa oznaczające oddzielenie, upadek, otchłań i miejsce pozbawione harmonii. Żadne nie obejmowało całej rzeczywistości, która powstała. Potrzebne było nowe znaczenie. Miejsce, w którym dar stawał się daniną. Prawo służyło wyłącznie władcy. Nadzieję uznawano za zdradę. Każdy cierpiący musiał znaleźć słabszego, którego mógł obwinić.
Władca potrzebował więźniów, aby czuć się królem. A mieszkańcy pamiętali światło, lecz z każdym wyborem stawali się mniej zdolni je przyjąć.
— To miejsce, w którym wszyscy chcą wyjść — powiedział Edras — ale nikt nie chce porzucić tego, co je zbudowało.
Naor spojrzał w ciemność.
— Jak je nazwiemy?
Edras wypowiedział słowo, które w późniejszych językach ludzi miało przyjmować różne formy. Ludzie będą mówić o otchłani, miejscu potępienia, krainie ciemności i ogniu oddzielenia. Nie wszystkie te określenia oznaczą dokładnie to samo, a wiele tajemnic pozostanie przed nimi ukrytych. Jedno słowo stanie się jednak znakiem całej grozy świadomego odłączenia od dobra.
— Piekło — powiedział Edras.
Mur powtórzył:
— Piekło…
Słowo przeszło do następnej celi.
— Piekło…
Potem do niższych korytarzy.
— Piekło…
Strażnicy próbowali je zatrzymać, lecz nie znajdowali autora. Każdy mur przekazywał je kolejnemu, jakby sama budowla rozpoznawała nazwę bliższą swojej naturze niż zapis Lucyfera. Dotarło do skarbca Mammona. Do tablic Astarota. Do płomieni Asmodeusza. Do sfery Abaddona. W końcu pojawiło się pod kraterem. Lucyfer usłyszał szept wydobywający się spod czarnej korony.
— Piekło…
Uderzył mieczem w powierzchnię.
— Milczeć!
Słowo powróciło z głębszej warstwy.
— Piekło…
— To jest Królestwo Ciemności!
— Piekło…
Belial rozkazał głosicielom zagłuszyć szept. Zastępy ponownie skandowały oficjalną nazwę. Ogień ryczał, broń uderzała o mury, a strażnicy krzyczeli o wolności upadłych. Pod całym hałasem trwało jednak jedno ciche słowo. Nie było nazwą nadaną przez Boga. Nie wypowiedziały go wierne chóry. Powstało pośród samych upadłych, gdy jeden z nich odważył się nazwać ich położenie bez zasłony.
Lucyfer mógł zakazać tego słowa. Nie mógł sprawić, aby przestało pasować. Tak narodziło się piekło. Nie w chwili, gdy Bóg stworzył ogień dla swoich wrogów. Nie wtedy, gdy aniołowie pierwszy raz zadali sobie ból. Narodziło się w pełni, gdy świadomie zbudowali miejsce z głodu, kłamstwa, lęku i władzy, a następnie zabronili nazywać je więzieniem.
Królestwo otrzymało dwie nazwy.
Pierwszą nadał mu Lucyfer:
Królestwo Ciemności.
Drugą wypowiedzieli ci, którzy zobaczyli prawdę:
Piekło.
Pierwsza opisywała jego ambicję. Druga — jego naturę. Lucyfer stał nad kraterem, słuchając obu. Wiedział, że same słowa nie wystarczą, aby utrzymać władzę. Potrzebował symbolu, przed którym każdy upadły będzie musiał się zatrzymać, uklęknąć i uznać jego panowanie. Spojrzał na własne gasnące skrzydła. Na martwe światło zgromadzone w koronie.
Na popiół zniszczonych sfer. Wtedy po raz pierwszy zobaczył tron, który mógł z nich zbudować.
Rozdział 13. Tron z martwego światła
1. Władca potrzebuje tronu
Władza Lucyfera była wszędzie i nigdzie. Jego znaki widniały na murach. Strażnicy nosili odłamki czarnej korony, a głosiciele Beliala powtarzali pierwsze prawo na wszystkich większych sferach. Mammon zbierał daniny w jego imieniu, Astarot wiązał przejścia z jego wolą, a Asmodeusz podsycał pragnienia, które czyniły upadłych zależnymi od ognia.
Mimo to Lucyfer nie posiadał miejsca, którego nikt nie mógłby podważyć. Krater powstały po jego uderzeniu w strąconą sferę nadal przypominał o upadku. Pęknięcia rozchodziły się od środka jak rany, a poszarpane krawędzie zachowały ślady jego skrzydeł. Za każdym razem, gdy stawał pośrodku i przemawiał do Legionu, widział miejsce własnego zderzenia z ruinami.
Belial nazywał krater pierwszym placem królestwa. Abaddon nazywał go blizną po porażce. Lucyfer słyszał oba określenia. Najbardziej nienawidził drugiego, ponieważ było prawdziwsze. Pewnego razu, gdy zgromadzenie dobiegło końca, zatrzymał przy sobie Beliala.
— Co widzą, kiedy na mnie patrzą? — zapytał.
Belial rozejrzał się, upewniając, że w kraterze nie pozostał nikt poza strażą.
— Władcę.
— Nie pytam, co mają mówić. Pytam, co widzą.
Belial wiedział, że zła odpowiedź może kosztować go miejsce przy Koronie.
— Widzą najpotężniejszego spośród nas.
— Abaddon uważa się za potężniejszego.
— Abaddon uważa siłę za jedyny język. Nie rozumie władzy.
— A pozostali?
— Boją się ciebie.
— To nie jest odpowiedź.
— W otchłani strach jest najbliższą formą szacunku.
Lucyfer podszedł do krawędzi krateru. Poniżej strażnicy prowadzili kolejnych oskarżonych ku celom. Jeszcze dalej upadli ustawiali się w kolejce po przydział ognia. Jedni klękali przed znakiem Korony. Inni robili to tylko dlatego, że bez uklęknięcia brama się nie otwierała.
— Klękają przed ogniem — powiedział Lucyfer. — Nie przede mną.
— Ogień należy do ciebie.
— Gdyby jutro Abaddon przejął skarbiec, klękaliby przed nim.
Belial nie zaprzeczył.
— Potrzebujesz symbolu — powiedział.
— Mam koronę.
— Noszę odłamek tej samej korony. Mammon także. Strażnicy używają jej znaku do otwierania bram.
Lucyfer dotknął czarnych ostrzy nad głową. Sam stworzył koronę z martwego fragmentu dawnego blasku. Miała odróżniać go od pozostałych upadłych. Aby zarządzać królestwem, rozdzielił jednak jej znaki pomiędzy sługi. Symbol władzy stał się narzędziem administracji. Każdy strażnik noszący jego odłamek posiadał część dostępu, którego inni nie mieli. Czarna korona nadal należała do Lucyfera, lecz przestała być czymś widocznym wyłącznie nad nim.
— Jakiego symbolu? — zapytał.
Belial spojrzał na środek krateru.
— Miejsca.
— Mam cały krater.
— Krater można zająć. Plac można otoczyć. Mur można zburzyć. Potrzebujesz punktu, z którego twoja władza będzie wyglądała jak część samego porządku otchłani.
— Mów wyraźnie.
— Potrzebujesz tronu.
Słowo zatrzymało Lucyfera. Tron. Nie zwykłe siedzenie ani podwyższenie dla wygody. Aniołowie nie męczyli się w sposób, który wymagał odpoczynku ciała. Tron był znakiem sądu, stabilności i władzy zakorzenionej w prawie. W Niebie istniały Trony, lecz żaden anioł nie uważał ich za własność. Były chórem służącym Bożej sprawiedliwości. Ich nazwa nie oznaczała mebla, na którym ktoś zasiadał, lecz zdolność podtrzymywania porządku bez zawłaszczania go.
Lucyfer nie pragnął takiego tronu. Chciał miejsca należącego wyłącznie do niego.
— Z czego miałby powstać? — zapytał.
— Z czegoś, czego nikt poza tobą nie posiada.
— Wszystko w otchłani pochodzi z tych samych ruin.
— Właśnie dlatego nie może być zbudowany tylko z odłamków sfer. Abaddon powie, że znalazł większy. Mammon spróbuje wycenić materiał. Astarot przypomni, że szczątki należały do Nieba.
— Więc z czego?
Belial spojrzał na jego skrzydła. Lucyfer odwrócił się gwałtownie.
— Nie.
— Powiedziałeś, że chcesz szczerej odpowiedzi.
— Chcesz, żebym rozdarł własne światło?
— Nie całe. Fragment.
— Moje skrzydła są znakiem potęgi.
— I właśnie dlatego materiał będzie niepowtarzalny.
Lucyfer rozłożył sześć skrzydeł. Każde nosiło inną ranę po upadku. Jedno było pęknięte, drugie ogołocone z większości piór, trzecie przecięte jego własnym mieczem. Czwarte wypełniały ubytki nicości. Piąte nadal przechowywało resztki dawnego złota. Szóste pozostawało całkowicie czarne.
— Tron ma pokazywać, że wzniosłem się ponad upadek — powiedział. — Nie przypominać o ranach.
— W takim razie przemienisz rany w fundament.
Lucyfer spojrzał na Beliala.
— To brzmi jak twoje przemówienia.
— Dlatego poddani w to uwierzą.
— A ty?
Belial zawahał się.
— Moja wiara nie jest potrzebna, jeśli potrafię przekonać innych.
Lucyfer uśmiechnął się chłodno.
— Przynajmniej znasz własną wartość.
Wezwał pozostałych najpotężniejszych upadłych. Mammon przybył pierwszy, przekonany, że rozmowa będzie dotyczyła nowej daniny. Asmodeusz pojawił się otoczony płomieniami. Astarot przyniósł tablice. Abaddon zwlekał najdłużej i wszedł do krateru bez pozwolenia straży.
— Będę miał tron — oznajmił Lucyfer.
Mammon spojrzał na puste centrum.
— Potrzebujemy materiału.
— Nie prosiłem o zgodę.
— Każda budowa wymaga zasobów.
— Zasoby należą do Korony.
— Zarządzam nimi w twoim imieniu.
— Właśnie. W moim.
Mammon pochylił głowę. Abaddon roześmiał się.
— Nie potrafisz otworzyć granicy, więc zbudujesz sobie siedzenie.
— Tron uczyni władzę widzialną.
— Władza jest widzialna wtedy, gdy przeciwnik leży pod twoją stopą.
— Dlatego pewnego dnia staniesz przed nim na kolanach.
— Najpierw go zbuduj.
Astarot uklęknął przy powierzchni.
— Tron musi być połączony z głównymi znakami, inaczej pozostanie tylko symbolem.
— Będzie centrum wszystkich murów — powiedział Lucyfer. — Każda brama, płomień i cela odpowie na jego wolę.
— Twoją wolę.
— To jedno i to samo.
— Jeżeli połączymy całą strukturę z jednym miejscem, jego uszkodzenie może naruszyć wszystkie mury.
— Nie zostanie uszkodzony.
— Wszystko może zostać uszkodzone.
— Tron Boga nie może.
— Nie budujesz Tronu Boga.
Czarna korona zapłonęła. Astarot nie cofnął słów.
— Chcesz trwałości, ale używamy resztek niestabilnej sfery, martwego światła i odwróconych praw. Mogę zbudować połączenie, lecz nie mogę obiecać, że będzie niezniszczalne.
— W takim razie spraw, aby każdy atak na tron zadawał ból całej otchłani.
Astarot spojrzał na niego.
— Chcesz użyć mieszkańców jako osłony?
— Jeżeli ktoś podniesie broń na władzę, wszyscy mają odczuć skutki.
— Wtedy sami zatrzymają napastnika — zauważył Mammon.
— Właśnie.
Abaddon skrzyżował ramiona.
— Tchórz buduje tarczę z własnych poddanych.
— Władca czyni ich odpowiedzialnymi za królestwo.
— Nazwałeś zakładników odpowiedzialnością.
Belial wystąpił:
— Nikt nie będzie cierpiał, jeżeli nikt nie zaatakuje tronu.
— To samo można powiedzieć o ostrzu trzymanym przy gardle — odpowiedział Abaddon. — Nie zrani, jeśli więzień pozostanie posłuszny.
Lucyfer zbliżył się do niego.
— Boisz się tronu?
— Nie.
— W takim razie dlaczego tak wiele o nim mówisz?
— Chcę zobaczyć, czy kiedy usiądziesz wyżej, przestaniesz pamiętać, że spadłeś razem z nami.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu.
— Odejdź — powiedział Lucyfer.
— Chętnie.
— Kiedy tron będzie gotowy, zostaniesz wezwany.
— Możesz wzywać.
Abaddon rozłożył skrzydła.
— Przyjdziesz.
— Zobaczymy.
Odleciał ku własnej sferze. Lucyfer obserwował go, aż zniknął za czarnymi murami.
— Tron musi także kontrolować drogi do jego części otchłani — powiedział.
Astarot skinął głową.
— Mogę połączyć je z głównym zapisem, ale Abaddon wyczuje zmianę.
— Nie musi jej rozumieć.
— Zrozumie, gdy jego wojownicy przestaną wracać.
— Wtedy przyjdzie zapytać.
— Albo zaatakuje.
Lucyfer spojrzał na miejsce przyszłego tronu.
— Niech zaatakuje.
Mammon rozpoczął obliczenia. Potrzebował światła do stworzenia fundamentu, ognia do zespolenia odłamków oraz tysięcy tonów osobistych pieśni do związania konstrukcji z mieszkańcami. Oznaczało to nową daninę, większą od wszystkich wcześniejszych.
— Jeśli zabierzemy tyle mocy — powiedział — dolne zastępy zaczną gasnąć.
— Niech oddadzą ostatnie zapasy — odpowiedział Lucyfer.
— Niektórzy nie mają już nic.
— Mają imiona, pamięć i skrzydła.
Astarot podniósł wzrok.
— Chcesz użyć części ich natury jako materiału?
— Wszystko służy królestwu.
— To zdanie miało dotyczyć zasobów.
— Dotyczy tego, czego potrzebuję.
Mammon zastanowił się.
— Skrzydła zawierają dużo światła.
— Nie będziemy odbierać całych. Na razie.
Asmodeusz podszedł bliżej.
— Mogę sprawić, że oddadzą je dobrowolnie.
— Jak?
— Obiecaj im miejsce bliżej tronu. Powiedz, że fragment ich światła zostanie wbudowany w symbol wiecznej władzy. Będą mogli uważać, że część ich samych zasiada razem z tobą.
Belial uśmiechnął się.
— A gdy zabraknie ochotników, ogłosimy, że odmowa świadczy o braku wiary w królestwo.
— Zróbcie to — rozkazał Lucyfer.
Astarot nadal patrzył na niego.
— Mówiłeś, że tron powstanie z czegoś, czego nikt poza tobą nie posiada.
— Powstanie.
Lucyfer rozłożył piąte skrzydło. Było jedynym, które zachowało wyraźny złoty blask dawnego Nieba. W piórach nadal żyły wspomnienia pierwszego świtu, prowadzenia chórów i miejsca przy Tronie. Najbardziej wartościowa część jego światła. I najbardziej bolesna. Wybrał jedno z najdłuższych piór. Gdy zacisnął na nim dłoń, usłyszał własną dawną pieśń. Nie oskarżała go. Przypominała, kim został stworzony.
Lucyfer szarpnął. Pióro nie odłączyło się. Było związane z jego naturą głębiej niż czarne fragmenty powstałe po upadku. Aby je wyrwać, musiał przeciąć część osobistej pieśni.
— Panie — odezwał się Belial — możemy użyć innego materiału.
— Nie.
Lucyfer przyłożył miecz do nasady pióra. Ostatnia nuta Oriela zadrżała w ostrzu.
Jeszcze możesz się zatrzymać.
Wściekłość przeszła przez twarz Najjaśniejszego. Przeciął. Krzyk wypełnił krater. Nie był krzykiem rannego żołnierza. Brzmiał jak rozrywana pamięć. Z pióra wylało się złote światło, a w jego wnętrzu pojawiły się obrazy dawnego Lucyfera prowadzącego chóry. Belial odwrócił wzrok. Mammon patrzył na blask z pożądaniem. Asmodeusz z zachwytem obserwował ból.
Astarot widział cenę konstrukcji, której nikt nie będzie mógł później nazwać zwykłym symbolem. Lucyfer nie wypuścił pióra. Trzymał je, dopóki złoto nie przestało płynąć. Następnie zanurzył w czarnym ogniu. Jasny blask opierał się płomieniom, ukazując kolejne wspomnienia. Lucyfer dociskał je głębiej.
— Płoń — rozkazał.
Złoto przygasło. Nie zniknęło. Zmieniło się w twardy, martwy blask przypominający metal, choć nie było materią. Jego powierzchnia zachowała piękno dawnego światła, lecz nie promieniowała na zewnątrz. Lucyfer wbił pióro w sam środek krateru. Sfera zatrzęsła się. Czarne linie pierwszego prawa skierowały się ku niemu. Mury, bramy i płomienie odpowiedziały jednoczesnym drżeniem. Nawet więźniowie w najniższych celach poczuli, że w centrum otchłani pojawił się nowy punkt ciężkości.
Pióro stało pionowo jak pierwszy cierń.
— Oto fundament — powiedział Lucyfer.
Astarot dotknął martwego blasku.
— Jest połączony bezpośrednio z tobą.
— Dlatego nikt inny nie będzie mógł zasiąść na tronie.
— Jeśli konstrukcja zostanie zniszczona, rana wróci do twojej pieśni.
— Nie zostanie zniszczona.
— Powiedziałeś to już o Legionie.
Lucyfer spojrzał na niego.
— Następnym fragmentem może być twoje skrzydło.
Astarot cofnął dłoń. Rozpoczęła się budowa. Mammon wysłał poborców po nową daninę. Belial przygotowywał opowieść o zaszczycie uczestnictwa w dziele. Asmodeusz miał rozbudzić pragnienie znalezienia się bliżej przyszłego tronu. Astarot wyznaczał linie, które miały połączyć konstrukcję z każdą częścią otchłani. Lucyfer został sam przy wbitym piórze.
Dotknął rany w piątym skrzydle. Ból nie ustępował. Po raz pierwszy budował coś nie tylko ze skradzionego światła innych, lecz również z części samego siebie. Nie czynił tego jako daru. Każdy fragment miał wrócić do niego w postaci większej władzy. Spojrzał na miejsce, w którym zamierzał zasiąść.
Nie potrzebował tronu do rządzenia. Potrzebował go, aby nikt nie pamiętał, że jego władza zaczęła się od upadku na kolana pośrodku krateru. Tron miał przykryć bliznę. Podwyższyć strąconego. Zamienić miejsce porażki w centrum ceremonii. Lucyfer wyobraził sobie tysiące upadłych zmuszonych do klęczenia przed martwym blaskiem jego dawnej chwały.
Wtedy zrozumiał, że nie chce jedynie panować nad otchłanią. Chce, aby każdy jej mieszkaniec bez końca potwierdzał, że jego upadek był zwycięstwem.
2. Budulec z utraconej chwały
Pierwsze pióro tkwiło w centrum krateru. Nie płonęło. Nie odbijało ognia i nie odpowiadało na głosy upadłych. Wyglądało jak fragment złota zatopiony w czarnym kamieniu, lecz jego powierzchnia poruszała się pod dotykiem, jakby uwięziona w nim pieśń nadal próbowała oddychać. Astarot badał je długo.
— Nie jest martwe — powiedział.
Lucyfer stał obok z mieczem opartym o ramię.
— Odebrałem mu blask.
— Blask to nie wszystko.
— Nie świeci.
— Ponieważ go zamknąłeś. Wewnątrz nadal pozostaje fragment twojego dawnego powołania.
Czarna korona zadrżała.
— Usuń go.
— Wtedy materiał się rozpadnie.
— Powiedziałeś, że potrafisz związać światło.
— Potrafię związać. Nie potrafię sprawić, aby istniało bez własnej natury.
Lucyfer dotknął wbitego pióra. Usłyszał daleki ton pierwszego świtu i natychmiast cofnął dłoń.
— Tron nie może śpiewać pieśni Nieba.
— Będzie zbudowany z twojego światła. Nie da się oddzielić go od całej historii.
— Oddzielę.
— Możesz zagłuszyć wspomnienia. Możesz odwrócić ich znaczenie. Nie sprawisz jednak, że nigdy się nie wydarzyły.
Lucyfer przesunął ostrzem po gardle Astarota.
— Powtarzasz to zbyt często.
— Ponieważ zbyt często próbujesz budować na założeniu, że prawda jest materiałem podlegającym twojej woli.
— W otchłani będzie podlegać.
— Opowieść będzie. Prawda nie.
Miecz nacisnął mocniej. Astarot poczuł chłód nicości wnikający w jego pieśń, ale nie odwrócił wzroku.
— Jeżeli mnie zniszczysz — powiedział — nie znajdziesz nikogo, kto dokończy konstrukcję.
— Kiedy tron będzie gotowy, twoja użyteczność się zmniejszy.
— Wiem.
Lucyfer opuścił miecz. Nie ufał Astarotowi. Potrzebował jednak jego wiedzy o dawnych prawach. Mógł nakazać tysiącom upadłych gromadzić materiał, lecz tylko dawny strażnik Archiwum rozumiał, jak połączyć osobiste światło anioła z przestrzenią całej otchłani.
— Ile fragmentów potrzeba? — zapytał.
— Jeden nie wystarczy.
— Ile?
Astarot spojrzał na sześć skrzydeł Lucyfera.
— Sześć.
Najjaśniejszy odwrócił ku niemu twarz.
— Z każdego skrzydła?
— Każde jest związane z inną częścią twojej natury. Pierwsze pióro dało konstrukcji pamięć światła, ale nie stabilność. Jeżeli tron ma odpowiadać wyłącznie tobie, potrzebuje pełnego zapisu.
— Chcesz wbudować weń całą moją pieśń.
— Nie całą. Sześć fragmentów. Wystarczająco, aby rozpoznał cię niezależnie od korony, miecza i znaków.
— A jeśli odmówię?
— Będziemy mogli zbudować podwyższenie. Nie tron połączony z twoją wolą.
Lucyfer spojrzał na własne skrzydła. Pierwsze zachowało ślad zadania osłaniania młodych sfer. Drugie pamiętało prowadzenie chórów. Trzecie było znakiem władzy nad drogami światła. Czwarte strzegło dawniej granicy pomiędzy harmonią a bezładem. Piąte nosiło najwięcej złota i wspomnienie miejsca przy Tronie. Szóste, obecnie czarne, przypominało o prawdzie, że nawet najjaśniejsze stworzenie nie jest źródłem własnego blasku.
W każdym żył fragment tego, kim miał być. Lucyfer nienawidził tej pamięci. Chciał jednak, aby jego nowy tron wyrastał z wielkości, której żaden z upadłych nie potrafił z nim dzielić. Jeżeli użyje wyłącznie martwych sfer i światła poddanych, Abaddon zawsze będzie mógł nazwać konstrukcję stosem cudzych szczątków.
Tron zbudowany z osobistej pieśni Lucyfera stanie się niepowtarzalny. Cena zaczęła wyglądać jak inwestycja.
— Przygotuj krater — rozkazał.
Astarot wyznaczył wokół pierwszego pióra sześć kręgów. Każdy został połączony z inną częścią otchłani: murami, ogniem, drogami, skarbcem, więzieniami i głównym znakiem Korony. Belial przybył, aby obserwować.
— Czy pozostali mają to zobaczyć? — zapytał.
— Jeszcze nie — odpowiedział Lucyfer.
— Publiczne poświęcenie mogłoby zwiększyć lojalność.
— Nie chcę, żeby widzieli ból.
— Możemy nazwać go przemianą.
— Powiedziałem: nie.
Belial odsunął się. Mammon także próbował wejść do krateru, lecz strażnicy zatrzymali go przed bramą. Asmodeusz pozostał za murem, wsłuchując się w napięcie rosnące w osobistej pieśni Lucyfera. Tylko Astarot miał uczestniczyć w odcinaniu fragmentów.
— Zaczniemy od pierwszego skrzydła — powiedział.
Lucyfer rozłożył je. Pęknięcie powstałe podczas upadku nadal przechodziło przez całą długość. Pióra wokół rany były matowe, ale jedno zachowało jasność. Astarot wskazał je.
— To.
— Jest uszkodzone.
— Właśnie dlatego się nadaje. Zachowało funkcję, lecz nosi już ślad odwrócenia.
Lucyfer przyłożył miecz. Gdy ostrze dotknęło pióra, krater wypełnił obraz młodej sfery drżącej pod naporem pierwszego światła. Dawny Lucyfer rozpościerał nad nią skrzydło, osłaniając kruchą harmonię przed zbyt gwałtownym blaskiem. Nie panował nad sferą. Chronił ją.
— Zgaś obraz — rozkazał.
— Nie mogę, dopóki nie odetniesz pióra.
Lucyfer uderzył. Pióro odłączyło się, a wspomnienie pękło. Jasny ton zmienił się w krzyk. Najjaśniejszy zacisnął zęby i nie pozwolił sobie upaść. Astarot umieścił fragment w pierwszym kręgu. Martwa sfera poruszyła się. Z pęknięć wyłoniły się dwa czarne ramiona przyszłego fundamentu.
— Co ten fragment da tronowi? — zapytał Lucyfer.
— Zdolność osłaniania.
— Nie potrzebuję osłony.
— Tron będzie chronił cię przed mocą otchłani i atakami poddanych.
— A więc będzie osłaniał to, co najważniejsze.
— Ciebie.
— Właśnie.
Dar ochrony słabszych został odwrócony. Miał odtąd chronić władcę przed tymi, których powinien osłaniać. Lucyfer rozłożył drugie skrzydło. Astarot wskazał pióro przechowujące pamięć wspólnej pieśni. Gdy zostało przecięte, w kraterze rozbrzmiały głosy chórów odpowiadających na dawny ton Najjaśniejszego. Lucyfer usłyszał własny śpiew sprzed buntu. Był czysty.
Nie domagał się podziwu. Prowadził różne głosy ku jedności, w której żaden nie tracił własnego imienia. Lucyfer krzyknął i przeciął obraz drugim uderzeniem.
— Nie chcę ich słyszeć!
Pióro spadło do kolejnego kręgu. Z fundamentu wyrosła pierwsza część oparcia.
— Ten fragment połączy tron z głosami mieszkańców — wyjaśnił Astarot. — Będziesz słyszał rozkazy, przysięgi i sprzeciw wypowiadany przy znakach Korony.
— Wszystko?
— Im silniejszy ton, tym wyraźniej.
— A myśli?
— Nie bezpośrednio. Ale otchłań odbija lęk i pragnienia. Tron może nauczyć się je rozpoznawać.
Lucyfer uśmiechnął się. Dar harmonii miał odtąd służyć podsłuchiwaniu poddanych. Trzecie pióro pochodziło ze skrzydła przeciętego podczas upadku. Niosło pamięć dróg, które Lucyfer niegdyś pomagał ustanawiać. Gdy ostrze je odłączyło, nad kraterem pojawiły się świetliste ścieżki łączące sfery Nieba. Jedną z nich szedłem obok niego.
Była to droga ku Pierwszej Bramie. Lucyfer zobaczył mnie i znieruchomiał. Obraz dawnego mnie odwrócił się ku niemu.
— Nie musisz być pierwszy na każdej drodze — powiedziało wspomnienie.
Słowa pochodziły z czasu, gdy różnice pomiędzy nami były jeszcze niewielkie. Wtedy odpowiedział śmiechem. Teraz usłyszał w nich oskarżenie. Uderzył mieczem. Moja postać zniknęła. Pióro zostało wbite w trzeci krąg. Czarne linie popłynęły ku wszystkim korytarzom otchłani.
— Tron będzie kontrolował drogi — powiedział Astarot. — Zasiadający otrzyma możliwość otwierania i zamykania większości przejść bez opuszczania krateru.
— W tym dróg Abaddona?
— Jeżeli zdołamy połączyć jego sferę ze znakiem.
— Zdołamy.
— Będzie walczył.
— Tym lepiej.
Czwarte pióro pochodziło ze skrzydła dotkniętego nicością. Nie ukazało pełnego wspomnienia. W jego świetle widniały puste miejsca. Lucyfer zobaczył Filar Granic, Abaddona uderzającego we mnie i własną dłoń sięgającą ku ostatniej wyrwie. Zobaczył także żołnierzy użytych jako kotwice.
— Panie! — wołali.
— Wiedziałeś, co się stanie!
— Obiecałeś, że wrócisz!
Lucyfer zacisnął dłoń na piórze. Nicość w jego strukturze zaczęła przesuwać się ku palcom. Gdyby dotarła do osobistej pieśni, mogłaby usunąć jej fragment bez możliwości odzyskania. Astarot zauważył niebezpieczeństwo.
— Puść.
— Nie.
— Brak nie słucha twojej woli.
— Będzie służył tronowi.
— Może stworzyć w nim ranę.
— Rana stanie się bronią.
Lucyfer wyrwał pióro bez użycia miecza. Część skrzydła zniknęła razem z nim. W kraterze otworzyła się mała wyrwa, lecz Astarot zamknął ją odwróconymi znakami i wcisnął fragment w czwarty krąg. Fundament tronu pociemniał.
— Ten zapis połączy konstrukcję z pustką pomiędzy sferami — powiedział. — Tron będzie mógł usuwać drogi, znaki i część światła tych, których osądzisz.
— Doskonale.
— Może także usuwać fragmenty zapisu samego tronu.
— Zabezpiecz go.
— Nie da się całkowicie zabezpieczyć nicości.
— W takim razie nie używaj tego słowa przy innych.
Astarot wiedział, że Lucyfer ponownie przemienia ostrzeżenie w tajemnicę. Piąte skrzydło było najjaśniejsze. Brakowało w nim pierwszego pióra wbitego w centrum krateru, lecz pozostałe nadal nosiły złoto dawnej chwały. Astarot wskazał jedno położone najbliżej rany.
— Ten fragment będzie sercem konstrukcji.
— Pierwsze pióro miało nim być.
— Pierwsze dało zapis twojej pieśni. To da tronowi zdolność przyjmowania światła innych.
Lucyfer spojrzał na niego uważnie.
— Wyjaśnij.
— Pióra tego skrzydła odpowiadały na zachwyt chórów. Przyjmowały ich głosy i prowadziły ku Bogu. Po odwróceniu mogą przyciągać światło każdego, kto uklęknie przed tronem.
— Danina bez poborców.
— Niezupełnie. Uklęknięcie będzie musiało być świadome.
— Zmusimy ich.
— Wtedy tron przyjmie lęk, nie oddanie.
— Lęk także ma moc.
— Tak. Ale inną.
— Przyda się każda.
Lucyfer przyłożył miecz. W piórze ukazała się chwila, gdy całe chóry zwróciły ku niemu zachwyt po pierwszej wspólnej pieśni. Dawny Najjaśniejszy natychmiast skierował ich uwagę ku Tronowi Boga. Teraz patrzył na ten obraz z nienawiścią.
— Powinni byli patrzeć na mnie — powiedział.
Przeciął pióro. Złote światło wybuchło tak gwałtownie, że Astarot został odrzucony. Lucyfer upadł na jedno kolano. Rana w skrzydle objęła niemal całą jego nasadę. Mimo to wstał i sam umieścił fragment w piątym kręgu. Fundament otworzył się jak głodne usta. Płomienie krateru pochyliły się ku niemu.
— Działa — powiedział Lucyfer.
Astarot podniósł się.
— Jeszcze nikt przed nim nie uklęknął.
— Ale już pragnie ich światła.
— Tak jak ty.
Lucyfer nie uznał tego za ostrzeżenie. Pozostało szóste skrzydło. Czarne. Nie zawierało złotych piór ani wspomnień, które ukazywałyby się w ogniu. Wchłaniało każdy padający na nie blask. Nawet Astarot nie potrafił odczytać pełni jego struktury.
— Wybierz fragment — rozkazał Lucyfer.
Astarot nie poruszył się.
— Nie wiem, co zostanie wbudowane.
— Moją odmowę.
— To nie jest dar.
— Jest częścią mnie.
— Nie powstała podczas stworzenia. Sam nadałeś jej ten kształt.
— Tym lepiej. Pozostałe pióra przypominają, kim miałem być. To pokaże, kim zdecydowałem się zostać.
Lucyfer chwycił najdłuższe czarne pióro. Nie potrzebował miecza. Skrzydło oddało je bez oporu. Gdy fragment został oderwany, nie pojawił się ból ani wspomnienie. Zapanowała całkowita cisza. Nawet ogień przestał trzaskać. Wewnątrz pióra była wyłącznie odmowa. Nie słowo. Nie argument. Zamknięcie. Lucyfer umieścił je w ostatnim kręgu.
Cały fundament tronu zadrżał. Pięć pozostałych fragmentów zaczęło kierować własne światło ku czarnemu pióru. Ono pochłaniało każdy ton, wspomnienie i barwę, pozostawiając jedynie twardą formę. Z krateru wyrósł podest. Miał sześć stopni. Każdy powstał z innego fragmentu utraconej chwały. Na ich powierzchniach przesuwały się obrazy dawnych darów, lecz czarne pióro nieustannie gasiło ich znaczenie.
Lucyfer stanął przed konstrukcją. Jego skrzydła krwawiły światłem. Piąte niemal nie chciało się poruszyć. Czwarte nosiło nowy ubytek, a pierwsze trzy drżały przy każdym ruchu. Astarot spojrzał na niego.
— Straciłeś część mocy.
— Wbudowałem ją w tron.
— Nie możesz jej już użyć bezpośrednio.
— Będzie działała na całą otchłań.
— Pod warunkiem, że tron zostanie ukończony.
— Zostanie.
Lucyfer wszedł na pierwszy stopień. Konstrukcja rozpoznała jego osobistą pieśń. Wszystkie mury odpowiedziały drżeniem. Ogień przygasł, a potem wybuchł z nową siłą. Bramy otworzyły się i zamknęły jednocześnie. W najniższych celach więźniowie poczuli ciężar naciskający na ich skrzydła. Na szóstym stopniu nadal nie było miejsca do siedzenia.
Był tylko pusty podest otoczony fragmentami martwego światła. Lucyfer stanął na nim i spojrzał na otchłań. Nie miał jeszcze tronu. Ale po raz pierwszy cała konstrukcja odpowiedziała na jego krok.
— Teraz przyniosą własne światło — powiedział.
Astarot spojrzał ku dolnym sferom.
— Dobrowolnie?
Lucyfer dotknął czarnej korony.
— Każdy dar jest dobrowolny, kiedy odmowa ma odpowiednią cenę.
3. Danina skrzydeł
Belial nadał daninie nazwę, zanim ktokolwiek poznał jej cenę.
— Dar Pierwszych Wolnych — ogłosił.
Jego głos przeszedł przez znaki Korony, mury i wszystkie większe sfery otchłani. Każdy upadły usłyszał go tak, jakby Belial stał bezpośrednio przed nim.
— Powstaje tron, który zjednoczy nasze królestwo. Nie zostanie wzniesiony z materiału narzuconego przez Boga. Każdy z nas będzie miał udział w jego budowie. Każdy stanie się częścią nowego porządku.
Nie powiedział, że fundament powstał z fragmentów osobistej pieśni Lucyfera. Nie wspomniał o bólu, który niemal powalił Najjaśniejszego, ani o tym, że tron ma połączyć wszystkie mury, drogi i płomienie z jedną wolą.
— Korona nie żąda bogactw — kontynuował Belial. — Nie odbiera wam zdobytych sfer ani broni. Prosi jedynie o jeden fragment skrzydła. Jedno pióro jako znak, że wolność każdego staje się siłą wszystkich.
Upadli słuchali w milczeniu. Wielu natychmiast zrozumiało, że nie jest to prośba. Po ogłoszeniu pojawiły się tablice zawierające imiona tych, którzy złożyli dar. Obok nich powieszono drugie — puste. Belial nie musiał tłumaczyć, do czego służą. Każdy, kto nie pojawi się przy kraterze, trafi na listę odmawiających.
A odmowa wsparcia tronu mogła zostać uznana za sprzeciw wobec przetrwania królestwa. Mammon zorganizował pobór. Ustawił sześć bram prowadzących ku fundamentowi. Przy każdej stali strażnicy z naczyniami na pióra i tablicami do zapisywania darczyńców. Najpotężniejsi mieli przechodzić pierwsi, aby stworzyć wzór dla niższych zastępów. Belial stanął przed Lucyferem.
— Oddaję głos, którym służyłem twojej sprawie — powiedział.
Wyrwał pióro z lewego skrzydła. Krzyknął, ale nie pozwolił sobie upaść. Fragment zachował srebrzysty blask związany z dawnym darem przekazywania znaczenia. Kiedy Belial położył go na fundamencie, pióro zaczęło szeptać tysiącami różnych głosów. Każdy wypowiadał to samo zdanie w nieco inny sposób.
— Oddałem dobrowolnie.
— Wybrałem dar.
— Nikt mnie nie zmusił.
— Służę wspólnej wolności.
Słowa nakładały się na siebie, aż przestały znaczyć cokolwiek. Astarot wyrył znak i włączył pióro w lewą podporę przyszłego tronu. Srebrny blask pociemniał. Od tej chwili każdy rozkaz wypowiedziany z tego miejsca miał docierać poprzez znaki do całej otchłani. Belial pochylił głowę.
— Czy mój dar został przyjęty?
— Został użyty — odpowiedział Lucyfer.
Nie podziękował. Dar przestał należeć do dawcy w chwili złożenia. W królestwie Mammona wdzięczność mogłaby sugerować dług władcy wobec poddanego. Lucyfer nie chciał być dłużnikiem nikogo. Asmodeusz podszedł następny. Nie wybrał jednego z uszkodzonych piór. Wyrwał zdrowe, płonące głęboką czerwienią. Ból przeszedł przez jego ciało i natychmiast rozbudził pragnienie kolejnego doznania.
— Jeszcze jedno — powiedział.
— Wymagane jest jedno — odpowiedział Mammon.
— Chcę oddać więcej.
Mammon spojrzał na Lucyfera. Najjaśniejszy skinął głową. Asmodeusz wyrwał drugie pióro. Potem trzecie. Za każdym razem krzyczał głośniej, a jego płomienie rosły. Nie składał daru z lojalności. Pragnął bólu, zachwytu zgromadzonych i miejsca bliżej Korony.
— Moje światło będzie płonąć najbliżej ciebie — powiedział.
Lucyfer wskazał prawą podporę. Pióra Asmodeusza wtopiły się w konstrukcję. Tron natychmiast zaczął przyciągać pragnienia obecnych. Ci, którzy patrzyli na niego z lękiem, odczuwali potrzebę zbliżenia się. Ci, którzy pragnęli władzy, wyobrażali sobie siebie na pustym podeście. Zazdrośni chcieli zniszczyć konstrukcję, a słabi błagali w myślach, aby zostali zauważeni.
Asmodeusz uśmiechnął się.
— Teraz każdy czegoś od niego chce.
— Właśnie po to powstaje — odpowiedział Lucyfer.
Astarot przyszedł trzeci. Długo wybierał pióro. Każde przechowywało część poznania, którego nie chciał utracić. W końcu wskazał najmniejsze, prawie całkowicie czarne. Mammon zatrzymał jego dłoń.
— Danina ma zawierać światło.
— Zawiera.
— Ledwie.
— Wielkość fragmentu nie została określona.
— Wspólne dobro wymaga uczciwego udziału.
Astarot spojrzał na niego.
— Ile własnych piór przygotowałeś?
Mammon cofnął rękę. Lucyfer usłyszał pytanie.
— Pozwól mu złożyć — rozkazał.
Astarot umieścił pióro na fundamencie. Konstrukcja nie przyjęła go. Fragment pozostał na powierzchni, nie zmieniając kształtu ani barwy.
— Dlaczego? — zapytał Lucyfer.
Astarot dotknął znaku.
— Oddałem pióro, z którym nie wiązałem żadnej wartości.
— Danina jest daniną.
— Tron został zbudowany z twojej osobistej pieśni. Rozpoznaje zamiar. Nie przyjmuje tego, czego dawca nie uważa za stratę.
Lucyfer spojrzał na Astarota.
— Wybierz ponownie.
Dawny strażnik wiedzy zawahał się. W końcu wyrwał długie pióro noszące zapis jednej z tajemnic Archiwum. Kiedy oddzieliło się od skrzydła, fragment wiedzy zniknął z jego pamięci. Astarot zachwiał się.
— Co utraciłeś? — zapytał Lucyfer.
— Nie wiem.
— Więc nie było ważne.
— Wiem tylko, że przed chwilą wiedziałem coś, czego teraz nie potrafię nazwać.
Tron przyjął pióro. Na jego powierzchni pojawiły się znaki przypominające zamknięte oczy. Konstrukcja zyskała zdolność przechowywania wiedzy odebranej innym, nawet jeżeli sam dawca przestawał ją pamiętać. Astarot patrzył na wbudowany fragment. Po raz pierwszy pojął, że tron nie będzie jedynie narzędziem Lucyfera. Stanie się skarbcem części ich natury.
Mammon wystąpił czwarty. Przyniósł wielkie złote pióro, piękniejsze od darów pozostałych. Położył je przed fundamentem z wyrazem dumy.
— Oddaję najcenniejszy fragment własnego światła.
Tron rozjarzył się. Przez krater przeszedł krzyk. Nie należał do Mammona. Z dolnych sfer odpowiedział mu jeden z więźniów. Astarot natychmiast zrozumiał.
— To nie jest twoje pióro.
Mammon uniósł brodę.
— Należało do królestwa.
— Zabrałeś je więźniowi.
— Zarządzam daninami. Reprezentuję wspólną własność.
Lucyfer zszedł z podestu.
— Prosiłem o fragment twojego skrzydła.
— Przyniosłem więcej światła, niż znajduje się w którymkolwiek z darów.
— Tron odrzucił zamiar.
— Przyjął pióro.
— Przyjął je jako świadectwo kradzieży.
Mammon cofnął się.
— Pierwsze prawo mówi, że wszystko należy do Korony.
— Do mnie. Nie do ciebie.
— Działałem w twoim imieniu.
— Kiedy ci na to pozwoliłem?
— Zarządzam skarbcem.
— Nie zarządzasz moim tronem.
Lucyfer chwycił go za skrzydło. Mammon próbował się wyrwać, lecz strażnicy przytrzymali go. Najjaśniejszy sam wybrał największe pióro, w którym tkwiła pamięć darów powierzonych niegdyś opiece Mammona. Wyrwał je. Z rany wypłynęły obrazy niezliczonych rzeczy, które Mammon przeliczył, porównał i zapragnął posiadać. Przez chwilę widział każde dobro nie jako własność, lecz jako dar przeznaczony do przekazania innym.
Krzyknął.
— Oddaj mi je!
— Teraz należy do królestwa — odpowiedział Lucyfer.
Wbił pióro w przednią część podestu. Tron pochłonął jego blask. U podstawy pojawiły się dłonie zwrócone wnętrzem ku górze, jakby konstrukcja nieustannie oczekiwała kolejnych danin. Mammon patrzył na nie z nienawiścią. Własne prawo zostało użyte przeciwko niemu.
— A skradzione pióro? — zapytał.
— Także zostaje.
— Powiedziałeś, że tron je odrzucił.
— Odrzucił twój zamiar. Światło jest użyteczne.
W tym momencie Mammon zrozumiał pełnię zasady Lucyfera. Nie istniała nieuczciwa danina, jeżeli trafiała do Korony. Nie istniała uczciwa własność, jeżeli Korona jej potrzebowała. Po najpotężniejszych przyszła kolej na dowódców. Jedni oddawali pióra bez oporu. Chcieli znaleźć się na pierwszej tablicy darczyńców i otrzymać miejsce bliżej tronu. Inni wybierali najmniejsze fragmenty, lecz konstrukcja rozpoznawała brak rzeczywistej straty.
Musieli próbować ponownie. Belial komentował każdą ofiarę.
— Oto prawdziwa wierność!
— Oto światło oddane wolności!
— Oto dowód, że królestwo budujemy wszyscy!
Nie mówił o strażnikach stojących przy bramach. Nie wspominał o liście odmawiających. Nie pokazywał tych, którzy po wyrwaniu pióra nie potrafili samodzielnie opuścić krateru. Danina trwała. Tysiące piór układano wokół sześciu stopni. Astarot łączył je znakami. Z każdego wydobywał się fragment osobistej pieśni dawcy. Razem nie tworzyły harmonii.
Każdy głos mówił co innego.
— Zrobiłem to ze strachu.
— Chciałem awansu.
— Nie miałem wyboru.
— Wierzę Lucyferowi.
— Nie wierzę, ale nie chcę trafić do celi.
— Oddaję, żeby uratować pozostałe skrzydła.
— Oddaję, bo inni patrzą.
Tron przyjmował wszystkie motywy. Lojalność dawała mu blask. Strach — ciężar. Chciwość — głód. Ból — zdolność zadawania bólu. Kłamstwo wzmacniało połączenie z murami. Kiedy przyszła kolej na niższe zastępy, danina przestała przypominać ceremonię. Strażnicy przechodzili między szeregami i sami wybierali pióra. Upadli byli przytrzymywani, jeżeli próbowali się bronić. Ci, którzy utracili wcześniej skrzydła, musieli oddać fragment osobistej pieśni albo pamięci.
Thamiel prowadził jeden z oddziałów poborców. Rozpoznawał w twarzach żołnierzy ten sam strach, który czuł, gdy po raz pierwszy prosił o ogień. Powtarzał sobie, że wykonuje prawo. Przy jednej z bram zatrzymał się młody anioł. Miał tylko dwa częściowo sprawne skrzydła.
— Nie mogę oddać pióra — powiedział. — Nie wzniosę się nawet nad dolną szczelinę.
— Każdy oddaje.
— Mam podtrzymywać rannych na swojej sferze.
— W takim razie twoja służba wymaga przykładu.
— Oddałem już światło do murów.
— To była wcześniejsza danina.
— Ile jeszcze zabierzecie?
Thamiel nie odpowiedział. Strażnicy pochwycili anioła. Kiedy wyrwali pióro, jego skrzydło rozpadło się niemal całkowicie. Upadł na ziemię.
— Przenieście go do dolnych zastępów — rozkazał Thamiel.
— Nie jest już użyteczny — powiedział strażnik.
Thamiel spojrzał na pióro trzymane w dłoni.
— Był wystarczająco użyteczny, żeby zbudować tron.
— Teraz już nie jest.
Pozostawili go przy bramie. Danina dotarła do więzień. Lucyfer nakazał pobrać fragment od każdego osadzonego, nawet od tych, którym wcześniej odebrano niemal całe światło. Lemeę przyprowadzono z samotnej celi. Jej skrzydła były osłabione, lecz nadal zachowywały kilka czystych piór. Thamiel stanął przed nią. Przez chwilę żadne się nie odezwało.
— Wybierz jedno — powiedział.
— Nie oddam go na tron.
— W takim razie wybiorę sam.
— Wiem.
Lemea rozłożyła skrzydła. Nie próbowała walczyć. Jej spokój wzbudził w Thamielu większy gniew niż opór.
— Chcesz wyglądać jak ofiara.
— Jestem więźniem, któremu masz wyrwać część skrzydła. Nie muszę udawać.
— Tron zjednoczy otchłań.
— Mur także miał nas chronić.
— Bez władcy zniszczylibyśmy się nawzajem.
— Z władcą robicie to na jego rozkaz.
Thamiel zacisnął dłoń na piórze.
— Hariel również mówił podobnie.
— Hariel uratował cię własnym światłem.
— Był zdrajcą.
— Jeżeli powtórzysz to wystarczająco wiele razy, nadal nie stanie się prawdą.
Thamiel wyrwał pióro. Lemea krzyknęła i upadła. Fragment w jego dłoni pozostał jasny. Nie było w nim nienawiści do oprawcy. Przechowywał ból i decyzję, aby nie odpowiedzieć złem. Tron przyjął pióro inaczej niż pozostałe. Kiedy zostało umieszczone w konstrukcji, jasność nie zgasła. Przeszła przez jeden z sześciu stopni i pozostawiła cienką białą linię.
Lucyfer dotknął jej mieczem.
— Usuń to.
Astarot zbadał znak.
— Nie mogę bez naruszenia całej podpory.
— Dlaczego?
— Dar nie został złożony tobie. Pióro zostało odebrane przemocą, ale Lemea nie związała bólu z nienawiścią. Tron pochłonął fragment, którego nie potrafi odwrócić.
— Więc go wyrwij.
— Konstrukcja może pęknąć.
Lucyfer patrzył na białą linię. Była niewielka. Niemal niewidoczna pośród czarnego i czerwonego blasku. Mimo to przypominała, że nie każda odebrana siła staje się własnością oprawcy.
— Zakryj ją — rozkazał.
Astarot położył na niej kilka ciemnych piór. Linia zniknęła z powierzchni. Nadal trwała wewnątrz. Ostatnim wezwanym był Abaddon. Przybył sam. Nie przyniósł pióra.
— Znasz prawo daniny — powiedział Lucyfer.
— Znam twój rozkaz.
— Oddasz fragment skrzydła.
— Nie.
Wokół krateru zgromadzili się strażnicy. Abaddon nawet na nich nie spojrzał.
— Wszyscy oddali — powiedział Belial.
— Nie jestem wszystkimi.
— Odmowa jest zdradą królestwa.
— Jeżeli chcecie moje pióro, weźcie je.
Rozłożył potężne skrzydła. Żaden strażnik się nie poruszył. Lucyfer zszedł z podestu.
— Tron zapamięta twoją odmowę.
— Niech zapamięta także to: nie będę budulcem twojego siedzenia.
— Pewnego dnia uklękniesz przed nim.
— Być może. Ale nie na własnych skrzydłach.
Odwrócił się i odszedł. Lucyfer nie zaatakował. Jeszcze nie. Danina dobiegła końca. Wokół sześciu stopni zgromadzono tysiące fragmentów skrzydeł, pieśni i pamięci. Astarot połączył je z fundamentem. Konstrukcja zaczęła rosnąć. Z podestu wyłoniło się siedzenie. Po obu stronach powstały wysokie podpory przypominające złożone skrzydła. Każde pióro zachowało głos dawcy, lecz wszystkie zostały skierowane ku jednemu miejscu.
Ku temu, który miał zasiąść pośrodku. Tron nadal nie był ukończony. Brakowało oparcia zdolnego unieść czarną koronę oraz znaku, który połączyłby go z całą otchłanią. Ale już teraz oddychał cudzym światłem. Lucyfer stanął przed nim i słuchał tysięcy uwięzionych pieśni. Każda mówiła o strachu, bólu albo pragnieniu.
Dla niego brzmiały jak uwielbienie.
4. Głosy uwięzione w tronie
Tron przemówił, zanim ktokolwiek na nim zasiadł. Pierwszy głos należał do nieznanego żołnierza.
— Bałem się odmówić.
Potem odezwał się następny.
— Oddałem pióro, żeby nie zabrali całego skrzydła.
— Chciałem znaleźć się na liście wiernych.
— Nie wierzę w Królestwo Ciemności.
— Nienawidzę Lucyfera.
— Potrzebuję jego ognia.
— Gdybym miał dokąd odejść, odszedłbym.
Głosy wydobywały się z oparcia, podpór i sześciu stopni. Każde pióro zachowało fragment prawdziwego zamiaru dawcy. Kiedy Astarot połączył daniny w jedną konstrukcję, tony zaczęły przechodzić z jednego elementu do drugiego. Nie tworzyły pieśni. Tron mówił tysiącami osobnych głosów. Lucyfer stał przed nim i słuchał.
Na początku sądził, że konstrukcja powtarza przypadkowe wspomnienia. Po chwili zrozumiał, że słyszy dokładnie to, czego poddani nie wypowiedzieli podczas ceremonii. Na placu klękali. Wewnątrz piór oskarżali go. Belial zbliżył się do podpory.
— Możemy zagłuszyć słabsze tony.
— Usuń je — rozkazał Lucyfer.
Astarot natychmiast zaprzeczył:
— Nie możemy.
— Zbudowałeś tron.
— Połączyłem fragmenty. Nie stworzyłem ich natury.
— Oddziel głosy od światła.
— Zamiar jest częścią daru. Jeżeli go usunę, pióra utracą więź z dawcami.
— Nie potrzebuję więzi z ich tchórzostwem.
— Potrzebujesz, jeżeli tron ma czerpać z całej otchłani.
Kolejny głos wydobył się z siedzenia:
— On nas zużyje.
Lucyfer uderzył mieczem. Martwe światło pękło, a wraz z nim gdzieś w niższych warstwach krzyknął dawca pióra. Konstrukcja natychmiast odbudowała się, pobierając fragment jego pozostałej mocy. Głos wrócił.
— On nas zużyje.
Lucyfer uderzył ponownie. Krzyk z dolnej sfery zabrzmiał głośniej.
— Przestań — powiedział Astarot. — Każde uszkodzenie tronu wraca do połączonego z nim mieszkańca.
— W takim razie nauczy się milczeć.
— Nie wypowiada tych słów teraz. Tron odtwarza zamiar zapisany podczas daniny.
— Zmień zapis.
— Mogę zmienić słowa.
— Zrób to.
— Znaczenie pozostanie.
Belial wszedł między nich.
— Znaczenie nie ma znaczenia, jeżeli nikt go nie usłyszy.
Astarot spojrzał na niego ze znużeniem.
— To jedno z głupszych zdań, jakie wypowiedziałeś.
— A jednak całe królestwo stoi na podobnych.
Belial dotknął podpory. Wsłuchał się w nakładające się tony.
— Nie musimy usuwać głosów. Wystarczy je uporządkować.
— W harmonię? — zapytał Astarot.
— Nie. W jeden przekaz.
Lucyfer odwrócił się ku niemu.
— Potrafisz?
— Każdy z nich mówi o strachu, potrzebie albo pragnieniu. Zmienimy kierunek. Zamiast pytać, dlaczego oddali pióro, tron będzie mówił, komu je oddali.
— Mnie.
— Właśnie.
Astarot pokręcił głową.
— Nie da się przekształcić „boję się ciebie” w „kocham cię” bez pozostawienia pęknięcia.
— Nie potrzebuję miłości — odpowiedział Lucyfer. — Wystarczy uznanie.
Belial zaczął pracować. Nie posiadał wiedzy Astarota, ale rozumiał znaczenie słów. Wyszukiwał podobne głosy i łączył je wspólnymi tonami.
— Bałem się odmówić.
— Bałem się kary.
— Bałem się utraty ognia.
Trzy zdania połączył w jedno:
— Lękam się Korony.
Głosy mówiące o potrzebie brzmiały:
— Potrzebuję jego ognia.
— Potrzebuję dostępu do sfery.
— Potrzebuję ochrony przed oskarżeniem.
Belial zmienił ich kierunek:
— Potrzebuję Korony.
Z zazdrości, ambicji i pragnienia awansu powstało:
— Pragnę znaleźć się blisko Korony.
Wkrótce tron nie przemawiał już tysiącami zdań. Powtarzał trzy:
— Lękam się Korony.
— Potrzebuję Korony.
— Pragnę Korony.
Lucyfer słuchał z zadowoleniem.
— Teraz brzmi prawdziwie.
Astarot spojrzał na konstrukcję.
— Jest prawdziwe tylko częściowo.
— Część wystarczy, jeśli druga zostanie zakazana.
— Pod każdym zdaniem nadal istnieje pierwotny głos.
— Nikt go nie usłyszy.
Z wnętrza jednego ze stopni dobiegł szept:
— Nienawidzę Korony.
Lucyfer odwrócił się gwałtownie. Belial uklęknął przy znaku.
— Ten głos nie połączył się z pozostałymi.
— Czyj jest?
Astarot dotknął stopnia.
— Nie potrafię określić. Pióro zostało odebrane bez zapisu imienia.
— Thamiel miał rejestrować każdego.
— Strażnicy pobierali daninę szybciej, niż zapisywano dawców.
— Znajdź go.
— W konstrukcji są tysiące fragmentów.
Szept wrócił:
— Nienawidzę Korony.
Lucyfer przeszedł wzdłuż stopni. Głos raz dochodził z lewej strony, potem z oparcia, a następnie spod siedzenia.
— Pokaż się! — rozkazał.
Tron odpowiedział wszystkimi głosami naraz:
— Nienawidzę Korony.
Fala dźwięku przeszła przez mury. Strażnicy i robotnicy zgromadzeni poza kraterem usłyszeli ją wyraźnie.
Belial natychmiast posłał rozkaz:
— Zamknąć bramy! Nikt nie może opuścić placu!
— Dlaczego? — zapytał Lucyfer.
— Jeżeli rozejdą się z tym, co usłyszeli, szept stanie się hasłem.
— W takim razie niech usłyszą odpowiedź.
Lucyfer wszedł na pierwszy stopień.
Tron zadrżał. Każdy fragment jego własnych piór rozpoznał osobistą pieśń. Głosy poddanych ucichły, pozostawiając tylko jeden:
— Nienawidzę Korony.
Na drugim stopniu Lucyfer poczuł lęk tysięcy dawców. Na trzecim — ich głód. Na czwartym — pamięć bólu podczas wyrywania piór. Na piątym — pragnienie zemsty. Na szóstym — wszystko naraz. Zatrzymał się przed siedzeniem. Astarot podniósł rękę.
— Tron nie jest gotowy.
— Rozpoznał mnie.
— Nie ma pełnego oparcia. Głosy nie zostały oddzielone od centrum.
— Dlatego je uciszę.
Lucyfer usiadł. Otchłań krzyknęła. Nie był to jeden dźwięk. Wszystkie pióra otworzyły zapis jednocześnie. Lucyfer usłyszał daninę tak, jak przeżywał ją każdy dawca. Poczuł ręce strażników trzymające skrzydła. Ostrze przy nasadzie pióra. Ból rozrywanej pieśni. Wstyd klękania przed kraterem. Gniew tych, którzy nie mogli odmówić.
Strach słabych. Chciwość dowódców. Pogardę Abaddona, choć nie oddał fragmentu. Nawet jego odmowa pozostawiła ślad w przestrzeni wokół konstrukcji. Lucyfer chciał wstać. Tron nie puścił. Fragmenty jego własnych sześciu skrzydeł połączyły się z piórami poddanych. Konstrukcja rozpoznała go jako centrum i natychmiast zaczęła kierować ku niemu wszystko, co zgromadziła.
— Odłącz mnie! — krzyknął.
Astarot rzucił się ku głównej tablicy.
— Nie mogę zerwać połączenia bez uszkodzenia twojej pieśni!
— Zrób to!
— Możesz utracić kolejne fragmenty skrzydeł!
— Powiedziałem: zrób!
Astarot odwrócił jeden ze znaków. Tron szarpnął Lucyferem. Rana w piątym skrzydle otworzyła się, a złote światło wytrysnęło na powierzchnię oparcia. Najjaśniejszy zdołał podnieść się z siedzenia i upadł na stopnie. Belial zamknął wejście do krateru, aby nikt z zewnątrz nie zobaczył władcy leżącego przed własnym tronem.
Lucyfer długo się nie poruszał.
Z konstrukcji nadal wydobywały się głosy:
— Bałeś się powrotu.
— Bałeś się klęknąć.
— Zabiłeś Oriela.
— Okłamałeś Legion.
— Nie masz królestwa.
— Jesteś więźniem.
Lucyfer podniósł się na kolana.
— To nie są ich głosy.
Astarot milczał.
— Powiedz, że to konstrukcja jest uszkodzona.
— Konstrukcja działa zgodnie z zapisem.
— Powiedz!
— Tron nie tworzy oskarżeń. Odtwarza to, co w niego wbudowaliśmy.
— Oni nie znają moich myśli.
— Nie. Ale znają twoje czyny.
Lucyfer wstał. Jego twarz była spokojna, lecz czarny ogień wokół korony drżał gwałtownie.
— Nikt się o tym nie dowie.
Belial wskazał zamknięte bramy.
— Robotnicy słyszeli krzyk.
— Powiesz im, że test zakończył się powodzeniem.
— Słyszeli także głosy.
— Powiesz, że tron ujawnił myśli zdrajców.
Belial skinął głową.
— A tych, którzy zapytają, dlaczego upadłeś?
— Nie zapytają drugi raz.
Lucyfer zbliżył się do tronu. Tym razem nie usiadł. Dotknął oparcia końcem miecza.
— Skoro nie mogę usunąć głosów, odwrócimy ich kierunek.
Astarot spojrzał na niego.
— Dokąd?
— Nie będą mówiły do mnie. Będą mówiły do tych, do których należą.
— Pióra pozostają połączone z dawcami.
— Właśnie.
— Chcesz, aby każdy słyszał własny zapis?
— Nieustannie, jeśli okaże sprzeciw.
Belial zrozumiał.
— Tron stanie się narzędziem przesłuchań.
— Czymś większym. Każdy poddany połączony z konstrukcją będzie wiedział, że jego prawdziwy zamiar może zostać zwrócony przeciwko niemu.
— Nie odczytamy wszystkich aktualnych myśli — przypomniał Astarot.
— Nie musimy. Wystarczy, że będą wierzyć, iż potrafimy.
Belial uśmiechnął się.
— Strach wypełni resztę.
Rozpoczęli przebudowę oparcia. Astarot skierował połączenia na zewnątrz. Belial uporządkował głosy według emocji. Lęk połączył z celami. Gniew z celami. Wspomnienia winy z celami. Każdy znak Korony miał otrzymać dostęp do określonego tonu. Strażnicy będą mogli wywołać w poddanym wspomnienie daniny. Mammon wykorzysta głód. Asmodeusz — pragnienie.
Belial — wstyd i oskarżenie. Lucyfer zachowa dostęp do wszystkich. Nie zasiądzie jednak ponownie, dopóki oparcie nie zostanie odcięte od zwracania głosów ku centrum.
— Tron ma słyszeć ich — powiedział. — Oni nie mogą mówić do tronu.
— Głos zawsze potrzebuje kierunku — odpowiedział Astarot.
— Skieruj go w dół.
— Ku niższym warstwom?
— Ku więźniom.
— Zalejesz cele cudzym lękiem.
— Niech wiedzą, że cała otchłań potępia ich nadzieję.
Astarot wykonał rozkaz. W najniższych celach pojawiły się tysiące głosów. Edras usłyszał strach dawców, Lemea ich ból, a Naor pragnienie zemsty. Nie znał większości z nich, lecz każdy ton próbował znaleźć w więźniach nowe miejsce.
— Korona widzi wszystko.
— Korona słyszy wszystko.
— Nie ukryjesz myśli.
— Nie istnieje cisza poza jej wolą.
Edras dotknął muru.
— To nie Korona mówi — powiedział.
Głosy wzrosły.
— Korona widzi wszystko!
— To wy — odpowiedział. — Wasz strach.
Wypowiedzenie prawdy nie uciszyło dźwięków, ale pozwoliło więźniom rozpoznać ich pochodzenie. Nie były wszechwiedzą Lucyfera. Były bólem tysięcy istot uwięzionym w konstrukcji i użytym jako narzędzie władzy. W kraterze oparcie tronu osiągnęło pełną wysokość. Przypominało sześć złożonych skrzydeł, z których każde składało się z tysięcy wyrwanych piór. Pomiędzy nimi przechodziły czarne linie i czerwone płomienie.
Na samym szczycie pozostawało puste miejsce. Astarot wskazał je.
— Tutaj trzeba umieścić główny znak.
— Koronę? — zapytał Belial.
— Nie. Korona pozostaje na władcy. Tron potrzebuje własnego centrum, które będzie czerpało moc ze wszystkich połączeń.
Lucyfer spojrzał na głosy zamknięte w piórach.
— Czym je zasilimy?
Astarot odpowiedział:
— Tym, czego w otchłani jest najwięcej.
— Głodem?
— Lękiem.
Tron zadrżał, jakby usłyszał własne przyszłe imię. Dotąd przechowywał głosy. Teraz miał nauczyć się nimi żywić.
5. Tron, który karmił się lękiem
Astarot zbudował serce tronu z pustego miejsca. Nie użył czystej nicości. Ta nie przyjęłaby żadnego kształtu i mogłaby pochłonąć całą konstrukcję. Wykorzystał ranę pozostawioną w czwartym skrzydle Lucyfera — fragment przestrzeni, z którego nicość usunęła część osobistej pieśni, ale nie zniszczyła otaczającego światła. Była to forma zbudowana wokół braku.
Astarot zamknął ją w sześciu kręgach. Pierwszy związał z fundamentem, drugi z murami, trzeci z ogniem, czwarty z daninami, piąty z głosami uwięzionymi w piórach, a szósty z czarną koroną Lucyfera. Powstałe serce nie biło. Czekało.
— Jest puste — powiedział Belial.
— Właśnie dlatego może przyjmować — odpowiedział Astarot.
— Co?
— Lęk.
Asmodeusz zbliżył twarz do czarnego kręgu. Pustka odpowiedziała na jego pragnienia i na moment przyjęła kształt oka.
— Ono patrzy — powiedział z zachwytem.
— Nie — odparł Astarot. — Odbija ciebie.
— To jeszcze lepiej.
Lucyfer stanął przed tronem.
— Jak go nakarmimy?
— Musimy skierować ku niemu strach istoty połączonej z konstrukcją — wyjaśnił Astarot. — Pióra już tworzą więź. Potrzebujemy tylko pierwszego świadomego lęku przed tym miejscem.
— Tysiące upadłych boją się tronu.
— Boją się daniny, strażników i twojego gniewu. Sam tron jeszcze nie posiada dla nich znaczenia.
Belial uśmiechnął się.
— W takim razie nadamy mu znaczenie.
Wybrano więźnia. Nazywał się Razael. Dawniej dowodził niewielkim oddziałem strażników wśród Mocy. Pozostał przy Lucyferze do końca, uczestniczył w ataku na Filar Dróg i złożył przysięgę zemsty na przyszłym człowieku. Po strąceniu zaczął jednak mówić, że Abaddon byłby silniejszym władcą. Nie planował przewrotu. Nie kontaktował się z wojownikami niszczyciela. Wypowiedział kilka słów podczas podziału ognia, gdy strażnik Mammona odmówił jego rannym przydziału.
Belial zmienił narzekanie w oskarżenie.
— Razael podważył Koronę — ogłosił. — Próbował przekazać zastęp pod władzę Abaddona.
Świadkami zostali dwaj żołnierze, którym obiecano większy przydział. Trzeci odmówił zeznań i sam trafił do celi. Razaela przyprowadzono do krateru. Kiedy zobaczył tron, nie okazał strachu. Konstrukcja wciąż pozostawała niedokończona. Przypominała wysokie siedzenie utworzone z czarnych skrzydeł, popiołu i martwego blasku. W jej centrum widniało puste miejsce otoczone sześcioma kręgami.
— To ma być sąd? — zapytał.
— Staniesz przed pierwszym symbolem naszego królestwa — odpowiedział Belial.
— Widzę pióra wyrwane więźniom.
Tron powtórzył słowa tysiącem szeptów:
— Wyrwane więźniom…
— Wyrwane więźniom…
Belial uderzył rękojeścią w jego twarz.
— Klęknij.
— Przed czym?
— Przed tronem Korony.
— Nikt na nim nie siedzi.
Lucyfer wyszedł z ciemności.
— Jeszcze.
Razael spojrzał na niego.
— Oskarżasz mnie o zdradę?
— Uznałeś Abaddona za władcę.
— Powiedziałem, że nie potrzebuje tronu, aby inni czuli jego siłę.
Czarna korona rozbłysła.
— A więc mnie uważasz za słabego.
— Uważam, że silny nie musi odbierać piór rannym, aby zbudować sobie podwyższenie.
Strażnicy chwycili go mocniej. Belial czekał na wybuch gniewu Lucyfera. Najjaśniejszy zachował jednak spokój.
— Nie przyprowadziliśmy cię tutaj, abyś przekonał mnie o swojej niewinności — powiedział. — Masz nauczyć tron jednego uczucia.
Razael spojrzał na pusty krąg.
— Jakiego?
— Lęku.
Lucyfer skinął na Astarota. Dawny strażnik wiedzy uruchomił zapis. Jedno z piór w podporze rozjarzyło się. Należało do Razaela, zabrano mu je podczas daniny. Tron odtworzył ból rozrywanego skrzydła. Więzień zgiął się, lecz nie krzyknął.
— To już się wydarzyło — powiedział.
Astarot wzmocnił połączenie. Ból powrócił. Tym razem nie tylko w miejscu po piórze. Przeszedł przez wszystkie skrzydła Razaela. Konstrukcja używała zapisanego wspomnienia jak wzorca, powielając je w całej jego pieśni.
— Klęknij — powtórzył Belial.
— Nie.
Ból uderzył ponownie. Razael upadł na jedno kolano. Puste serce tronu zadrżało.
— Jeszcze nie — powiedział Astarot. — To reakcja na cierpienie, nie lęk przed tronem.
Lucyfer podszedł do więźnia.
— Podnieś go.
Strażnicy postawili Razaela na nogach.
— Możesz znieść ból — powiedział Lucyfer. — Byłeś żołnierzem. Wiesz, że każda fala w końcu ustępuje.
— Więc czego chcesz?
— Żebyś zrozumiał, że tron zapamięta wszystko.
Lucyfer dotknął oparcia. Konstrukcja zaczęła mówić głosami żołnierzy Razaela.
— Dowódco, obiecałeś przydział.
— Zabrałeś nas pod Filar Dróg.
— Zostawiłeś rannych.
— Powiedziałeś, że Lucyfer zwycięży.
Razael pobladł.
— To nie są oni.
— Ich pióra znajdują się w tronie — powiedział Astarot. — Głosy są prawdziwe.
— Gdzie są?
Belial odpowiedział:
— Niektórzy w celach. Inni w dolnych warstwach. Część oddała całe światło.
Razael próbował odsunąć się od konstrukcji.
Tron powtórzył kolejny głos:
— To przez ciebie spadliśmy.
— Nie wiedziałem, dokąd prowadzi Lucyfer! — krzyknął.
Najjaśniejszy zbliżył twarz do jego twarzy.
— A więc przyznajesz, że prowadziłeś żołnierzy bez wiedzy.
Razael zrozumiał pułapkę. Jeżeli zaprzeczy, tron będzie dalej odtwarzał oskarżenia. Jeżeli przyzna, jego słowa posłużą jako dowód zdrady i niekompetencji.
— Wszyscy zostaliśmy oszukani — powiedział.
Lucyfer chwycił go za gardło.
— Powtórz.
Razael zobaczył czarny ogień w jego oczach. Po raz pierwszy naprawdę się przestraszył. Nie bólu. Nie celi. Zrozumiał, że Lucyfer nie potrzebuje prawdziwego wyroku. Chce jego strachu jako materiału. Bez względu na odpowiedź zostanie wykorzystany. W tej samej chwili serce tronu zaczęło bić. Pierwszy impuls przeszedł przez krater.
Pusty krąg wciągnął lęk Razaela, nie odbierając mu samej zdolności odczuwania. Przeciwnie — im więcej strachu pochłaniał, tym więcej konstrukcja zwracała więźniowi. Razael zobaczył wszystkie możliwe kary. Widział siebie w najniższej szczelinie. Widział własne światło rozdzielane pomiędzy strażników. Widział żołnierzy oskarżających go przez niezliczone chwile. Widział, że nawet śmierć nie zakończy jego świadomości.
Nie wiedział, które obrazy są prawdziwą przyszłością. Tron również tego nie wiedział. Nie musiał. Strach żywił się możliwością.
— Dosyć! — krzyknął Razael.
Serce uderzyło drugi raz. Oparcie tronu rozjarzyło się czerwienią. Pióra otworzyły się jak oczy. Mury całej otchłani odpowiedziały drżeniem. Lucyfer poczuł przypływ mocy.
— Klęknij — powiedział spokojnie.
Razael upadł na oba kolana. Serce tronu uderzyło trzeci raz. Konstrukcja przyjęła jego lęk i wysłała go przez wszystkie połączenia. Upadli na każdej sferze poczuli nagłe zimno. Nie wiedzieli, skąd pochodzi. Wiedzieli tylko, że w centrum królestwa powstało coś, przed czym należy się bać.
— Działa — powiedział Belial.
Lucyfer patrzył na tron z zachwytem.
— Niech wstanie.
Strażnicy podnieśli Razaela. Jego strach nie zniknął. Konstrukcja pozostawiła w nim połączenie. Każde spojrzenie na znak Korony przywoływało odtąd wspomnienie klęczenia.
— Co z nim zrobimy? — zapytał Mammon.
— Oddajcie mu broń — rozkazał Lucyfer.
Belial uniósł brwi.
— Nie zostanie ukarany?
— Został.
— Może ponownie mówić o Abaddonie.
— Nie będzie.
Razael otrzymał miecz.
— Wrócisz do swojego zastępu — powiedział Lucyfer. — Opowiesz, co zobaczyłeś.
— Co mam powiedzieć?
— Prawdę.
Belial spojrzał na Najjaśniejszego zaskoczony. Lucyfer uśmiechnął się.
— Powiesz, że tron zna głosy poddanych, pamięta ich winy i potrafi pokazać każdemu to, czego boi się najbardziej.
— Nie zna moich myśli — odpowiedział Razael.
Serce tronu uderzyło. Ból przeszedł przez jego skrzydła.
— Powtórzysz to swoim żołnierzom? — zapytał Lucyfer.
Razael opuścił głowę.
— Nie.
— Właśnie.
Pozwolono mu odejść. Plotka wyprzedziła go. Belial wysłał głosicieli wszystkimi drogami. Opowiadali, że tron ujawnił zdradę Razaela, odczytał jego ukryte zamiary i zmusił do dobrowolnego wyznania. Nie wspomnieli o torturze. Nie powiedzieli, że oskarżenie zostało przygotowane wcześniej ani że konstrukcja nie potrafi odczytywać aktualnych myśli.
Wkrótce upadli zaczęli bać się samego spojrzenia w stronę krateru. Tron karmił się tym lękiem. Każda obawa przechodziła przez pióro oddane podczas daniny. Im więcej istot wierzyło w jego wszechwiedzę, tym większą moc otrzymywała konstrukcja. Belial zrozumiał mechanizm.
— Nie musimy przyprowadzać wszystkich — powiedział. — Wystarczy, że będą sobie wyobrażać, co mogłoby się wydarzyć.
— Strach z odległości jest słabszy — zauważył Astarot.
— Ale jest ich tysiące.
Mammon natychmiast dostrzegł możliwość.
— Możemy uzależnić dostęp do ognia od stawienia się przed tronem.
— Po co? — zapytał Lucyfer.
— Każdy, kto przyjdzie po przydział, uklęknie. Strach zasili konstrukcję, a konstrukcja wzmocni ogień. Odbierzemy poddanym lęk i oddamy im jego część jako moc.
Astarot spojrzał na niego.
— Nie odbierzecie lęku. Wzmocnicie go.
— Tym większy będzie następny przydział.
Asmodeusz rozpostarł skrzydła.
— Mogę wzbudzać pragnienie zbliżenia się do tronu. Im bardziej będą się bali, tym bardziej zapragną jego ochrony.
— Ochrony przed czym? — zapytał Astarot.
— Przed tronem.
Lucyfer zaakceptował plan. Od tej chwili najważniejsze rozkazy wydawano przed konstrukcją. Przydziały ognia, awanse i sądy wymagały wejścia na plac. Każdy przybywający musiał pokonać sześć stopni spojrzeniem i uklęknąć przed pustym siedzeniem. Lucyfer nadal na nim nie zasiadał. Pozwalał, aby brak władcy wzmacniał lęk. Upadli nie wiedzieli, kiedy się pojawi ani czy już obserwuje ich poprzez głosy.
Tron rósł. Jego oparcie stawało się wyższe. Czarne skrzydła otaczały siedzenie, a puste serce biło coraz szybciej. Mury reagowały na każdy impuls. Bramy zamykały się bez rozkazu, gdy wykrywały gwałtowny strach. Nie wszystko przebiegało zgodnie z wolą Lucyfera. W miejscach, gdzie upadli przestawali się bać, połączenia słabły. Cela Lemei pozostawała niemal niewidoczna dla tronu. Jej wyrwane pióro nadal tworzyło białą linię ukrytą pod ciemnymi warstwami.
Lemea cierpiała. Była samotna, głodna i pozbawiona prawie całego światła. Nie wierzyła, że sama otworzy granicę ani że uniknie skutków swojego wyboru. Odmówiła jednak uznania Lucyfera za źródło prawdy. Nie bała się tronu. Bała się własnej słabości. Bała się, że pod wpływem bólu zacznie nienawidzić.
Bała się kolejnego złego wyboru. Ten lęk nie kierował jej ku Koronie. Prowadził ku czujności nad samą sobą. Tron nie potrafił go pochłonąć.
— Jedno połączenie pozostaje słabe — powiedział Astarot.
Lucyfer odczytał znak.
— Lemea.
— Jej pióro znajduje się w konstrukcji, ale nie przekazuje lęku.
— Każdy się boi.
— Ona także. Nie ciebie.
Czarna korona rozjarzyła się.
— W takim razie jeszcze nie zrozumiała, czego powinna się bać.
Lucyfer chciał natychmiast sprowadzić ją przed tron, lecz Astarot go zatrzymał.
— Nie teraz.
— Dlaczego?
— Konstrukcja dopiero uczy się kierować lękiem. Jeżeli zetknie się z piórem, którego nie potrafi odwrócić, biała linia może dotrzeć do serca.
— Co wtedy?
— Nie wiem.
Lucyfer spojrzał na tron. Po raz pierwszy dostrzegł w nim coś więcej niż narzędzie. Konstrukcja zaczynała reagować według własnej budowy. Nie miała świadomości, ale łączyła zbyt wiele pragnień, ran i fragmentów pieśni, aby pozostawać całkowicie przewidywalna.
— Dokończ zabezpieczenia — rozkazał. — Podczas koronacji nic nie może zwrócić głosów ku mnie.
— A biała linia?
— Zakryj ją głębiej.
— Zakrycie nie jest usunięciem.
— W otchłani wystarczy, że nikt jej nie zobaczy.
Astarot nie odpowiedział. Tron był niemal gotowy. Miał fundament z osobistej pieśni Lucyfera, podpory z daniny skrzydeł, oparcie pełne uwięzionych głosów i serce karmione lękiem mieszkańców. Brakowało tylko ostatecznego połączenia z czarną koroną. Gdy zostanie ustanowione, każdy akt strachu w otchłani będzie wzmacniał tron, a każdy impuls tronu będzie rozchodził się ku murom i poddanym.
Lucyfer stanie się centrum obiegu. Będzie wzbudzał lęk, aby otrzymywać moc. Użyje mocy, aby wzbudzać jeszcze większy lęk. Królestwo zamknie się w doskonałym kręgu. A jego władca nie zauważy, że sam również zostanie uwięziony w konieczności nieustannego przerażania tych, nad którymi panuje.
6. Koronacja bez błogosławieństwa
W Niebie nikt nie koronował samego siebie. Władza nie powstawała tam z pragnienia zajęcia wyższego miejsca. Była powierzana wraz z zadaniem i zawsze pozostawała związana z odpowiedzialnością. Ten, kto otrzymywał większą moc, nie stawał się właścicielem słabszych. Miał służyć większej liczbie istnień i odpowiadać za skutki każdego rozkazu.
Nie istniała ceremonia, podczas której anioł ogłaszał się źródłem własnej godności. Dlatego Lucyfer musiał wymyślić koronację od początku. Belial próbował nadać jej pozór dawnego majestatu. Zaplanował procesję sześciu zastępów odpowiadających sześciu stopniom tronu. Każdy miał przynieść inny symbol władzy: ogień, miecz, tablicę prawa, naczynie z daniną, pęknięty znak Legionu i czarną koronę.
— Brakuje błogosławieństwa — zauważył Astarot.
Belial spojrzał na niego.
— Nie potrzebujemy go.
— Każda koronacja wymaga uznania władzy przez coś większego od koronowanego.
— Nie tutaj.
— W takim razie to nie koronacja. To przedstawienie.
Lucyfer, stojący przed niedokończonym połączeniem korony z tronem, odwrócił głowę.
— Otchłań uzna moją władzę.
— Otchłań nie ma woli — odpowiedział Astarot.
— Mury reagują na mnie.
— Ponieważ zostały nasycone twoją pieśnią i światłem poddanych.
— Tron czerpie z ich lęku.
— To nadal mechanizm, nie uznanie.
Belial uniósł dłoń.
— Poddani uznają władzę. To wystarczy.
— Uznają ją dobrowolnie? — zapytał Astarot.
— Dobrowolność jest słowem wymagającym właściwego objaśnienia.
— Czyli nie.
Lucyfer podszedł do niego.
— Jeżeli ceremonia jest przedstawieniem, zadbaj, aby konstrukcja nie zawiodła przed widownią.
— Zrobię wszystko, co możliwe.
— To zbyt mało.
— Nie potrafię zrobić więcej niż to, co możliwe.
— Właśnie dlatego nigdy nie będziesz władcą.
Astarot spojrzał na tron.
— Być może dlatego, że nadal rozumiem różnicę pomiędzy możliwością a rozkazem.
Lucyfer odszedł bez odpowiedzi. Rozkazał otworzyć wszystkie drogi prowadzące ku kraterowi. Mury przesunęły się, tworząc szerokie korytarze. Strażnicy spędzali upadłych z każdej większej sfery. Ci, którzy nie mogli przybyć z powodu ran, mieli uczestniczyć poprzez pióra wbudowane w tron. Nikt nie mógł pozostać poza ceremonią.
Wyjątkiem byli więźniowie najniższych cel. Nie widzieli krateru, lecz znaki Korony przekazywały im każdy głos i obraz. Lucyfer chciał, aby również oni stali się świadkami jego wywyższenia. Plac wypełnił się zastępami. Najbliżej sześciu stopni stanęli dowódcy. Za nimi straż Mammona, głosiciele Beliala, wojownicy Asmodeusza i słudzy Astarota. Dalsze warstwy zajęli zwykli żołnierze. Najbardziej osłabionych ustawiono na krawędziach, aby ich zniszczone skrzydła nie psuły obrazu królestwa.
Abaddon przybył ostatni. Nie wszedł na plac. Zatrzymał się nad kraterem, na odłamku sfery uniesionym przez własną moc. Wokół niego stali wojownicy, którzy również nie oddali daniny skrzydeł.
— Zejdź — rozkazał Lucyfer.
— Stąd widzę wystarczająco dobrze.
— Każdy dowódca ma stanąć przed tronem.
— Nie jestem twoim dowódcą.
Belial zwrócił się do zgromadzonych:
— Abaddon otrzymał zaproszenie jako świadek. Władca szanuje jego odrębną służbę.
Niszczyciel roześmiał się.
— Nazwał nieposłuszeństwo przywilejem, żebyście nie zobaczyli, że nie potrafi mnie zmusić.
Na placu pojawiło się poruszenie. Lucyfer uniósł miecz. Czarne mury zaczęły przesuwać się wokół sfery Abaddona. Chciał zamknąć drogę jego wojownikom, lecz niszczyciel uderzył stopą w odłamek. Fala siły rozbiła najbliższe znaki.
— Nie teraz — powiedział Astarot do Lucyfera. — Tron nie jest jeszcze połączony z koroną. Jeżeli rozpoczniesz walkę, ceremonia upadnie.
Lucyfer opuścił miecz.
— Niech patrzy — powiedział. — Każdy król potrzebuje świadka, który pierwszy zrozumie własną porażkę.
Abaddon usiadł na krawędzi odłamka.
— Zaskocz mnie.
Belial rozpoczął ceremonię. Pierwszy zastęp wniósł ogień. Nie był czysty. Powstał z danin i światła wyrwanego więźniom. Płomienie wiły się w czarnych naczyniach, a wewnątrz każdego słychać było słabe głosy dawców.
— Oto światło stworzone przez wolnych — oznajmił Belial.
Astarot przymknął oczy. Lucyfer nie stworzył tego ognia. Został odwrócony z darów Boga. Nikt jednak nie ośmielił się poprawić głosiciela. Naczynia ustawiono po obu stronach tronu. Drugi zastęp przyniósł miecz Lucyfera. Ostrze nadal więziło fragment ostatniej nuty Oriela. Asmodeusz niósł je oburącz, pozwalając, aby chłód nicości kaleczył mu dłonie.
— Oto broń, która pokonała sługi dawnego porządku!
Nie wspomniano, że przy Filarze Granic miecz okazał się bezsilny wobec jednego słowa Boga. Lucyfer odebrał broń. Nuta Oriela zadrżała.
Jeszcze możesz się zatrzymać.
Najjaśniejszy zacisnął dłoń na rękojeści i skierował ostrze w dół, aby nikt nie zauważył drżenia. Trzeci zastęp wniósł pierwsze prawo otchłani.
Astarot trzymał tablicę, lecz nie wypowiadał zapisanych słów. Belial zrobił to za niego:
— Wszystko służy królestwu. Królestwo przemawia przez Koronę. Sprzeciw wobec Korony jest zdradą wszystkich.
Zgromadzeni powtórzyli. Część z przekonaniem. Większość ze strachu. Tron przyjął ich lęk. Puste serce uderzyło. Czwarty zastęp przyniósł daninę. Mammon niósł największe naczynie, wypełnione światłem odebranym podczas budowy.
— Oto dobrowolny dar mieszkańców.
Jeden z głosów zamkniętych w naczyniu krzyknął:
— Zabraliście mi wszystko!
Mammon potrząsnął pojemnikiem. Znaki zagłuszyły głos.
— Dar został przyjęty — dokończył.
Wlał światło do podstawy. Tron rozjarzył się. Sześć stopni nabrało głębszej barwy, a czarne skrzydła oparcia rozpostarły się nad pustym siedzeniem. Piąty zastęp wniósł pęknięty znak Legionu Nowego Światła. Belial podniósł go wysoko.
— Oto przeszłość, którą przezwyciężyliśmy!
Lucyfer rozbił znak mieczem.
Odłamki wtopiły się w podest. Dawna nazwa Legionu zniknęła z powierzchni, lecz przez krótką chwilę z konstrukcji wydobyło się wspomnienie pierwszej przysięgi:
— Będziemy wolni.
Echo otchłani odpowiedziało:
— Wolni…
Słowo zgasło. Pozostał szósty zastęp. Nie niósł korony. Czarne nakrycie nadal znajdowało się na głowie Lucyfera. Belial stanął przed nim.
— Nadszedł czas.
— Na co czekacie? — zapytał Lucyfer.
— Korona musi zostać położona na tronie, aby Astarot połączył oba zapisy.
— Kto ją zdejmie?
Belial spojrzał na Mammona. Mammon na Astarota. Asmodeusz zrobił krok, lecz zatrzymał się, gdy zrozumiał znaczenie gestu. Ten, kto zdejmie koronę i ponownie nałoży ją na głowę Lucyfera, stanie się koronującym. Na krótką chwilę znajdzie się ponad nim. Nawet jeśli będzie to tylko część ceremonii, symbol pozostanie.
Lucyfer nie mógł na to pozwolić.
— Klęknij — powiedział do Beliala.
Belial uklęknął.
— Zdejmij koronę.
— Panie…
— Wykonaj rozkaz.
Belial wyciągnął dłonie, ale zatrzymał je tuż przed czarnymi ostrzami. Tron odpowiedział na jego lęk. Serce uderzyło.
— Nie potrafisz? — zapytał Lucyfer.
— Korona jest związana z twoją pieśnią. Jeżeli dotknę jej bez pozwolenia konstrukcji…
— Masz moje pozwolenie.
— Ale tron jeszcze go nie rozpoznaje.
Lucyfer zrozumiał, że nawet Belial nie chce ryzykować. Nie chodziło wyłącznie o symboliczne wywyższenie. Czarna korona mogła wypalić jego dłonie albo wyrwać światło. Mammon również nie zamierzał podejść. Astarot nie uznawał obrzędu. Asmodeusz pragnął dotknąć korony, lecz Lucyfer nie ufał jego głodowi. Mógł spróbować zatrzymać część mocy dla siebie.
Nikt nie był godny ukoronować władcy. I nikt nie posiadał władzy, która mogłaby mu ją nadać. Lucyfer rozejrzał się po zgromadzonych.
— Powstańcie — rozkazał wszystkim klęczącym dowódcom.
Belial podniósł się.
— Nie potrzebuję dłoni sługi, aby potwierdzić to, kim jestem.
Najjaśniejszy sam zdjął koronę. Gdy czarne ostrza opuściły jego skronie, otchłań zobaczyła prawdę. Pod nimi znajdowały się głębokie rany. Korona nie spoczywała na jego głowie jak znak godności. Wrosła w nią. Przy każdym zdjęciu wyrywała fragment światła. Lucyfer nie okazał bólu. Położył koronę na pustym sercu tronu.
Konstrukcja pochwyciła ją natychmiast. Sześć kręgów zamknęło się wokół czarnych ostrzy. Mury zadrżały, płomienie pochyliły się ku kraterowi, a głosy uwięzione w piórach wydały jeden wspólny krzyk. Astarot rozpoczął połączenie.
— Kiedy znak zostanie zamknięty — powiedział — korona i tron będą częścią jednego układu. Nie zdejmiesz jej ponownie bez naruszenia całej konstrukcji.
— Nie zamierzam.
— Każdy lęk kierowany ku tobie zasili tron. Każdy rozkaz wydany z tronu przejdzie przez koronę.
— Wiem.
— Jeżeli tron zostanie zraniony, poczujesz ranę.
— Wiem.
— Jeżeli stracisz koronę, mury mogą przestać rozpoznawać twoją wolę.
— Nie stracę.
— Jeżeli—
— Zakończ.
Astarot domknął szósty krąg. Korona rozpadła się na czarne światło i wniknęła w tron. Przez chwilę nad oparciem nie było niczego. Potem konstrukcja utworzyła nowy znak — większy, cięższy i połączony z tysiącami piór. Lucyfer wszedł na sześć stopni. Przy każdym kroku serce tronu uderzało. Pierwszy stopień przyjął jego dawny dar ochrony.
Drugi — głos. Trzeci — władzę nad drogami. Czwarty — ranę nicości. Piąty — utraconą chwałę. Szósty — świadomą odmowę. Stanął przed siedzeniem. Głosy próbowały zwrócić się ku niemu, lecz Astarot skierował je w dół. Więźniowie w celach usłyszeli krzyk całej otchłani. Mury nacisnęły na ich skrzydła. Lucyfer usiadł. Tym razem tron go nie odrzucił.
Oparcie zamknęło się wokół sześciu skrzydeł, a czarne pióra konstrukcji zespoliły się z jego własnymi. Serce tronu przyjęło lęk zgromadzonych i wysłało go ku Koronie. Nowy znak uformował się nad głową Lucyfera. Nie został nałożony przez Boga. Nie pobłogosławił go żaden chór. Nie potwierdzało go żadne prawo starsze od pragnienia władcy.
Lucyfer wyciągnął dłonie. Czarna korona opadła na jego skronie. Sam ją stworzył. Sam związał z tronem. Sam ponownie nałożył. W tej samej chwili wszyscy zgromadzeni poczuli rozkaz klęknięcia. Nie był słowem. Przeszedł przez pióra, znaki i lęk. Kolana wielu ugięły się, zanim świadomie zdecydowali. Abaddon pozostał wyprostowany na swojej sferze.
Lemea w celi również nie uklękła. Biała linia ukryta wewnątrz tronu rozbłysła na jedną chwilę. Lucyfer poczuł czysty ton przebijający się przez martwe światło.
Ciemność nie jest Bogiem.
Zacisnął dłonie na podporach.
— Ucisz ją — rozkazał Astarotowi.
— Kogo?
— Wiesz.
Astarot widział białą linię, lecz odpowiedział:
— Zgromadzenie czeka na twoje słowa.
Lucyfer spojrzał na tysiące klęczących. Ogień płonął. Mury drżały. Tron żywił się ich lękiem. Nie było błogosławieństwa. Była tylko cisza istot, które bały się pozostać stojące. Belial wystąpił na pierwszy stopień.
— Oto koronowany władca Królestwa Ciemności.
Lucyfer uniósł dłoń.
— Nie ty nadasz mi tytuł.
Belial cofnął się. Najjaśniejszy spojrzał na całą otchłań. Koronacja dobiegła końca. Pozostawało mu samemu ogłosić, nad czym właściwie zasiada.
7. Władca otchłani
Lucyfer siedział na tronie. Po raz pierwszy od strącenia nie musiał poruszać skrzydłami, aby utrzymać się ponad innymi. Sześć stopni wynosiło go nad dowódców, a oparcie zbudowane z tysięcy piór tworzyło za nim cień większy od całego krateru. Czarna korona nie spoczywała już jedynie na jego głowie.
Była połączona z konstrukcją, murami i strachem mieszkańców. Każde ugięte kolano zasilało pustkę zamkniętą w sercu tronu. Każde spojrzenie pełne lęku wzmacniało blask ostrych ramion korony. Lucyfer czuł całą otchłań. Nie widział każdej myśli i nie znał wszystkich słów, choć Belial miał później przekonywać poddanych, że tak jest. Odczuwał jednak napięcia w czarnych znakach. Wiedział, gdzie rosła podejrzliwość, gdzie ktoś próbował ukryć światło i na której sferze lęk przed Koroną zaczynał słabnąć.
Wiedział również, kto nie uklęknął. Abaddon stał ponad kraterem. Lemea trwała w samotnej celi. Edras i część więźniów klęczeli z powodu nacisku murów, ale ich osobiste pieśni nie przyjęły aktu poddaństwa. Ciała światła zostały zmuszone do określonej pozycji. Wola pozostała wyprostowana. Tron rozpoznawał różnicę. Lucyfer także.
Nie mógł znieść, że nawet narzędzie zasilane światłem tysięcy nie potrafi zmienić przymusu w prawdziwe uznanie. Belial stał na pierwszym stopniu i czekał na przemówienie.
— Wstań — rozkazał mu Lucyfer.
Belial podniósł się. Pozostali nadal klęczeli.
— Dlaczego tylko on? — zawołał Abaddon.
Lucyfer uniósł wzrok.
— Ponieważ otrzymał pozwolenie.
— W takim razie twoje królestwo ma jednego wolnego. Tego, któremu chwilowo pozwalasz wstać.
Na placu zapanowała cisza.
Belial natychmiast odpowiedział:
— Klęczenie przed Koroną nie jest niewolą. Jest uznaniem wspólnej woli.
Abaddon wskazał na tysiące pochylonych.
— Zapytaj ich, ilu próbowało pozostać stojących.
Tron zadrżał. Lęk zgromadzonych wzrósł. Konstrukcja przyjęła go, wzmacniając Lucyfera. Najjaśniejszy rozłożył dłonie na podporach.
— Każdy z nich mógł odmówić.
— Tak samo jak więzień może odmówić położenia głowy pod ostrzem.
— Nadal powtarzasz prawa Nieba.
— Nie. Pokazuję ci własne.
Lucyfer zacisnął palce. Jedna z czarnych linii pobiegła od tronu ku sferze Abaddona. Mury zaczęły zamykać przejścia, a ogień otoczył wojowników niszczyciela. Abaddon poczuł nacisk. Tron nie posiadał bezpośredniego połączenia z jego piórami, ponieważ odmówił daniny. Lucyfer mógł jednak oddziaływać na otaczającą go przestrzeń. Czarne prądy stawały się cięższe, a odłamek sfery zaczął opadać ku kraterowi.
Abaddon uderzył pięścią w powierzchnię. Fala siły przeszła przez mury. Kilka znaków Korony pękło, lecz tron natychmiast pobrał lęk zgromadzonych i odbudował je. Lucyfer uśmiechnął się.
— Z każdym ciosem czynisz mnie silniejszym.
— Nie. Oni czynią — odpowiedział Abaddon. — Ty tylko pijesz ich strach.
— To właśnie oznacza władza.
— To oznacza pasożyta.
Czarna korona zapłonęła. Sfera Abaddona opadła niżej. Wojownicy stracili równowagę. Kilku uklękło odruchowo, a ich lęk przed upadkiem natychmiast przeszedł ku tronowi. Abaddon zobaczył, że dalsza walka będzie karmiła konstrukcję. Nie uklęknął. Wbił dłonie w sferę i zatrzymał ją własną siłą.
— Możesz zamykać drogi — powiedział. — Możesz obciążać przestrzeń i wykorzystywać strach tych, którzy oddali ci skrzydła. Ale nadal nie panujesz nade mną.
— Jeszcze.
— Używasz tego słowa częściej niż obietnicy zwycięstwa.
Lucyfer przerwał nacisk. Sfera Abaddona zatrzymała się nad kraterem. Nie pokonał go. Ale zmusił do wysiłku przed całym zgromadzeniem. Belial mógł przedstawić to jako pierwsze ostrzeżenie udzielone nieposłusznemu dowódcy.
— Niech będzie świadkiem — powiedział Lucyfer. — Świadek nie musi klęczeć, aby zobaczyć prawdę.
— Znowu zmieniłeś znaczenie własnej porażki — odpowiedział Abaddon.
— A jednak pozostałeś.
— Chcę usłyszeć, jak daleko sięga twoje urojenie.
Lucyfer skierował spojrzenie ku klęczącym zastępom. Nadszedł czas ogłoszenia tytułu.
— Kiedy stanęliśmy przeciwko dawnemu porządkowi — rozpoczął — obiecałem wam wolność. Nie obiecywałem łatwej drogi. Wiedzieliśmy, że Niebo użyje całej swojej siły, aby zatrzymać tych, którzy odważyli się wybrać własną wolę.
Kłamał. Przed buntem nie mówił o strąceniu, głodzie ani otchłani. Obiecywał zwycięstwo i świat większy od Nieba. Twierdził, że Bóg ustąpi, gdy zobaczy potęgę zjednoczonych chórów. Teraz przedstawiał klęskę jako cenę znaną od początku.
— Odebrano nam miejsca, korony i dawne imiona. Zamknięto granicę. Skazano nas na ruiny, sądząc, że zaczniemy błagać o litość.
Nie wspomniał, że litość została mu zaoferowana przed wyrokiem.
— Nie błagaliśmy — mówił dalej. — Z ruin stworzyliśmy mury. Z odebranego światła wznieśliśmy ogień. Z odrzuconych darów zbudowaliśmy tron, którego Niebo nie potrafi kontrolować.
W rzeczywistości wszystko, czego użyli, pochodziło z darów Boga. Nie stworzyli światła, natury, przestrzeni ani praw. Odwrócili jedynie ich działanie. Belial uniósł ręce.
— Chwała Pierwszemu Wolnemu!
Zastępy odpowiedziały:
— Chwała!
Tron przyjął strach ukryty pod okrzykiem. Lucyfer powstał. Konstrukcja nie straciła z nim połączenia. Czarne światło popłynęło wzdłuż sześciu skrzydeł i podniosło je wysoko ponad oparcie.
— W Niebie nazwano mnie Niosącym Światło — powiedział. — Imię miało uczynić mnie sługą cudzego blasku. Odrzuciłem je jako powołanie.
Astarot drgnął. Wiedział, że Lucyfer nie może naprawdę odrzucić imienia wypowiedzianego przy stworzeniu. Może zaprzeczać jego znaczeniu, wypaczać dar i przyjmować nowe tytuły, lecz prawda o jego początku pozostanie częścią natury.
— Sam wybrałem imię Przeciwnika — kontynuował. — Teraz sam wybieram tytuł władcy.
Czarny ogień otoczył tron.
— Jestem Szatanem, Pierwszym pośród Wolnych, Panem Czarnego Ognia, Władcą Królestwa Ciemności i Królem Otchłani.
Gdy wypowiedział ostatni tytuł, konstrukcja wysłała rozkaz przez wszystkie pióra.
— Uznajcie mnie.
Upadli poczuli nacisk w osobistych pieśniach. Belial pierwszy pochylił głowę.
— Uznaję cię za władcę.
Mammon uczynił to samo.
— Uznaję, dopóki chronisz skarbiec i potęgę królestwa.
Lucyfer spojrzał na niego chłodno.
— Bez warunku.
Mammon zawahał się. Tron wywołał ból w wyrwanym piórze. Zarządca zgiął się.
— Uznaję cię bez warunku.
Asmodeusz uklęknął z zachwytem.
— Uznaję każdego, kto nie stawia granic mojemu głodowi.
— Ja stawiam granice.
Asmodeusz uniósł głowę.
— W takim razie uznaję cię, dopóki chcę.
Serce tronu uderzyło, lecz jego pióra oddane dobrowolnie z pragnienia bólu odpowiedziały inaczej. Kara wzbudziła w nim rozkosz i wzmocniła jego głód. Lucyfer przerwał połączenie. Po raz pierwszy odkrył, że nie każdą istotą można rządzić za pomocą tego samego rodzaju cierpienia. Astarot pozostał stojący.
— Uznaj mnie — rozkazał Lucyfer.
— Uznaję, że kontrolujesz tron, większość murów i skarbiec.
— Nie pytałem o stan konstrukcji.
— Prawdziwy tytuł powinien opisywać rzeczywistość.
— Jestem władcą otchłani.
— Władcą części, która przyjęła twoje znaki.
Tron wywołał w nim pamięć utraconej wiedzy. Astarot zachwiał się, ale nie uklęknął.
— Uznaj mnie.
— Uznaję twoją przewagę.
— Moje panowanie.
— Nie potrafię uznać jako prawdy czegoś, czego nie potrafisz wyegzekwować wobec Abaddona.
Lucyfer zwiększył ból. Astarot upadł na jedno kolano.
— Powiedz.
— Uznaję… twoje panowanie nad tymi, którzy mu się poddali.
Czarna korona rozjarzyła się gniewem. Belial zbliżył się do stopni.
— To wystarczy. Pozostali usłyszeli słowo „panowanie”.
Lucyfer wiedział, że Astarot nie wypowiedział pełnego uznania. Nie chciał jednak przed całym zgromadzeniem pokazywać, że tron nie potrafi zmusić go do kłamstwa, w które sam nie wierzy. Przeniósł uwagę na niższe zastępy. Jeden po drugim powtarzali formułę.
— Uznaję Szatana za władcę otchłani.
Jedni czynili to z przekonania. Inni ze strachu. Wielu mówiło tylko dlatego, że wszyscy wokół mówili. Tron nie rozróżniał publicznie motywów. Przyjmował każdy lęk i przekazywał Lucyferowi poczucie rosnącej potęgi. W więzieniach również zabrzmiał rozkaz. Edras milczał. Lemea milczała. Naor próbował wypowiedzieć formułę pod naporem bólu, lecz Edras chwycił go za rękę.
— Jeżeli powiesz, nie osądzę cię — powiedział. — Ból jest silny.
— A ty?
— Nie nazwę go władcą mojej woli.
Tron zwiększył nacisk. Mury zacisnęły się wokół więźniów. Niektórzy wypowiedzieli tytuł, aby uratować skrzydła. Inni krzyczeli, lecz milczeli.
Lemea w samotnej celi powiedziała:
— Panujesz nad murem. Nie nad prawdą.
Jej biała linia rozjarzyła się wewnątrz konstrukcji. Lucyfer poczuł ukłucie w oparciu. Nie przerwał ceremonii.
— Cała otchłań mnie uznała — ogłosił.
Abaddon odpowiedział z góry:
— Właśnie słyszałem tych, których zmusiłeś.
— Głosy sprzeciwu są nieliczne.
— Jeden wystarczy, aby słowo „cała” było kłamstwem.
Lucyfer spojrzał ku niemu.
— W takim razie od tej chwili ty nie należysz do całości. Jesteś moim sługą, który jeszcze nie zrozumiał swojego miejsca.
Abaddon podniósł pięść.
— A ty jesteś więźniem siedzącym wyżej od innych więźniów.
Serce tronu zadrżało. Słowa dotknęły lęku, którego konstrukcja nie potrafiła przemienić w siłę, ponieważ należał do samego Lucyfera. Przez moment czarna korona przygasła.
Belial natychmiast zawołał:
— Chwała Władcy Otchłani!
Zastępy podjęły okrzyk.
— Chwała!
— Chwała!
— Chwała!
Hałas zagłuszył śmiech Abaddona. Lucyfer ponownie usiadł. Z góry widział tysiące pochylonych głów, czarne mury, płonące sfery i drogi prowadzące ku jego tronowi. Nie widział zamkniętej granicy, która znajdowała się poza zasięgiem całej konstrukcji. Ogłosił się władcą otchłani. I w pewnym znaczeniu nim został. Kontrolował największą część ognia, skarbiec, znaki, więzienia oraz drogi. Mógł karać, nagradzać i wzbudzać lęk. Tysiące upadłych wypowiedziało jego tytuł.
Nie stał się jednak właścicielem ich istnienia. Nie stworzył ich. Nie potrafił odebrać im całej woli. Nie mógł zmienić prawdy o własnym początku. Był królem więzienia, którego nie potrafił opuścić. Panem ognia, którego nie potrafił sam stworzyć. Władcą poddanych, których posłuszeństwo musiał bez końca wymuszać.
Największym spośród upadłych. A więc nadal upadłym. Lucyfer spojrzał na swoje zastępy. Sam tytuł nie wystarczał. Musiał natychmiast dowieść, że tron nie jest pustym symbolem, a jego pierwsze polecenie zmieni całą otchłań. Uniósł dłoń. Okrzyki ucichły.
— Teraz usłyszycie pierwszy rozkaz waszego króla.
8. Pierwszy rozkaz z tronu
Cała otchłań czekała. Lucyfer siedział nieruchomo, z dłońmi opartymi na czarnych podporach. Serce tronu biło lękiem poddanych, a każde uderzenie rozchodziło się po murach, bramach i płonących sferach. Mógł wydać dowolny rozkaz. Mógł nakazać rozbudowę królestwa, przygotowanie armii albo gromadzenie mocy potrzebnej do ponownego otwarcia granicy. Mógł spróbować podporządkować Abaddona, ukarać więźniów lub rozpocząć budowę broni przeciwko przyszłemu człowiekowi.
Wybrał coś innego. Chciał najpierw zniszczyć wszystko, co przypominało upadłym, kim byli przed buntem.
— Spójrzcie na siebie — powiedział.
Tron przekazał jego głos przez znaki. Usłyszeli go żołnierze, dowódcy, strażnicy, poborcy i więźniowie w najgłębszych celach.
— Nosicie pancerze wykonane dla chórów, którym już nie służycie. Na skrzydłach zachowujecie barwy Nieba. Używacie imion związanych z zadaniami powierzonymi przez Boga. Każdy z was ciągnie za sobą ślad dawnego porządku.
Upadli spojrzeli na własne znaki. Niektóre były rozbite, inne zgaszone, lecz wiele nadal pozostawało widocznych. Pancerze zachowywały kształty dawnych funkcji. Strażnicy Dróg nosili symbole przejść. Dawni opiekunowie harmonii mieli na piersiach znaki pieśni. Ci, którzy służyli prawdzie, zachowali litery pierwszego języka. Nawet po strąceniu ich natura pamiętała powołanie.
— Te znaki są łańcuchami — mówił Lucyfer. — Dopóki je nosicie, Niebo nadal określa, kim jesteście.
Astarot uniósł głowę. Wiedział, że znak powołania nie jest łańcuchem. Nie zmuszał do służby. Opisywał zdolność i jej właściwy cel. Usunięcie symbolu nie zmieni natury daru. Mogło jednak pomóc zapomnieć, po co został udzielony.
— Mój pierwszy rozkaz brzmi — oznajmił Lucyfer. — Odrzućcie wszystko, co otrzymaliście od dawnego porządku.
Wśród zgromadzonych zapanowała cisza. Belial jako pierwszy zrozumiał, jak daleko sięga polecenie.
— Pancerze? — zapytał.
— Znaki chórów, dawne tytuły i pieśni służby. Wszystko.
— Skrzydła także otrzymaliśmy przed buntem — zauważył Astarot.
Czarna korona rozjarzyła się.
— Nie każę ich odcinać.
— Gdzie więc przebiega granica?
— Tam, gdzie ja ją wyznaczę.
— To nie jest granica. To chwilowa decyzja.
Lucyfer spojrzał na niego z tronu.
— Jeżeli pragniesz zachować dawne znaki, możesz wrócić do tych, którzy ci je nadali.
Astarot popatrzył ku zamkniętej granicy.
— Wiesz, że nie mogę.
— W takim razie nie są ci potrzebne.
Belial stanął na pierwszym stopniu.
— Władca nie odbiera nam natury — zawołał. — Uwalnia ją od znaczeń narzuconych przez Niebo. Nie przestajemy być potężni. Sami zdecydujemy, do czego wykorzystamy moc.
— Nie sami — powiedział Abaddon z góry. — Według jego pierwszego rozkazu.
Belial zignorował go.
— Niech każdy zdejmie znaki niewoli!
Sam oderwał symbol głosu służącego prawdzie. Znak był wrośnięty w jego pierś od chwili stworzenia. Nie znajdował się wyłącznie na pancerzu. Łączył dar słowa z odpowiedzialnością za znaczenie. Belial chwycił go obiema rękami. Szarpnął. Światło pękło. Z rany wydobyły się litery pierwszego języka. Przez chwilę układały się w słowa, które Belial wypowiedział zgodnie z prawdą podczas dawnej służby.
Później czarny ogień je pochłonął. Głos Beliala zmienił się. Nie stał się głębszy ani potężniejszy. Rozdzielił się jeszcze wyraźniej na dwa tony. Jeden przekazywał słowa. Drugi ukrywał intencję.
— Jestem wolny — powiedział.
Pierwszy ton brzmiał dumnie.
Drugi szeptał:
— Boję się przestać być potrzebny.
Tron usłyszał oba, ale przekazał poddanym tylko pierwszy. Lucyfer skinął głową.
— Oto przykład.
Mammon wystąpił następny. Na jego pancerzu znajdował się znak dłoni otwartej ku innym — symbol darów powierzonych do rozdzielania. Mammon od dawna zakrywał go własnymi znakami. Teraz zdarł wszystkie warstwy. Otwarta dłoń ukazała się po raz ostatni.
— Niczego więcej nie oddam — powiedział.
Wbił palce w symbol i odwrócił go. Dłoń zamknęła się. Światło przeszło przez jego skrzydła i wróciło ku piersi, zamiast płynąć na zewnątrz. Wszystko, czego dotykał, zaczęło pozostawiać w nim ślad własności. Mammon odczuł chwilowy przypływ siły. Nie zauważył, że odwrócony znak zamknął także drogę, którą mógłby przyjąć bezinteresowny dar. Od tej chwili każdą rzecz miał postrzegać jak zdobycz, zapłatę albo dług.
Asmodeusz nie czekał na wezwanie. Jego znak przedstawiał płomień otoczony kręgiem miary. Krąg został już uszkodzony podczas zgaszenia koron. Teraz wyrwał pozostałe fragmenty. Płomień rozlał się po ciele. Asmodeusz krzyczał z bólu i zachwytu. Każde pragnienie, które wcześniej mogło zostać ukierunkowane, połączyło się w jeden głód. Nie istniało już „wystarczy”.
— Więcej — wyszeptał.
— Otrzymasz — powiedział Lucyfer. — Kiedy staniesz się użyteczny.
Asmodeusz spojrzał na niego z pożądaniem i nienawiścią. W tej chwili tron zyskał kolejne narzędzie kontroli. Astarot pozostał na miejscu.
— Twój znak — rozkazał Lucyfer.
Dawny strażnik wiedzy miał na czole nieruchomy punkt otoczony kręgami poznania. Kręgi zostały wcześniej uszkodzone, lecz centrum nadal wskazywało prawdę jako cel wiedzy.
— Jeżeli go usunę — powiedział — zachowam pamięć, ale stracę zdolność rozpoznawania znaczenia części zapisów.
— Wiedza nie potrzebuje celu.
— Bez celu staje się zbiorem narzędzi.
— Właśnie tego chcę.
— Narzędzie nie rozstrzyga, czy służy budowie, czy zniszczeniu.
— Ja rozstrzygnę.
— A więc moja wiedza ma stać się przedłużeniem twojej woli.
— Wszystko służy królestwu.
Astarot spojrzał na tablice, tron i czarne mury zbudowane z jego wiedzy. Już wcześniej wykorzystał dar przeciwko jego celowi. Usunięcie znaku nie byłoby początkiem zdrady, lecz jej przypieczętowaniem. Dotknął nieruchomego punktu.
— Nie będę udawał, że to wolność — powiedział.
Wyrwał znak. Kręgi poznania zaczęły obracać się bez centrum. Tablice w jego dłoniach rozjarzyły się tysiącami możliwych interpretacji. Każda mogła być prawdziwa albo fałszywa. Astarot nadal potrafił odczytywać zapis, lecz nie posiadał już wewnętrznej miary pozwalającej rozpoznać, ku czemu powinien służyć.
— Widzę więcej — wyszeptał.
— Widzisz bez ograniczeń — powiedział Lucyfer.
Astarot spojrzał na niego.
— Widzę więcej możliwości. Mniej prawdy.
Czarna korona zadrżała, ale Lucyfer nie ukarał go. Potrzebował nowej wiedzy, nawet jeżeli jej właściciel nadal potrafił nazywać skutki. Pozostali dowódcy podchodzili kolejno. Dawni strażnicy odwagi zdzierali znaki ochrony słabszych. Pozostawała im śmiałość pozbawiona odpowiedzialności. Opiekunowie piękna odrzucali symbol prowadzący zachwyt ku źródłu. Zachowywali zdolność przyciągania spojrzeń, lecz odtąd kierowali je ku sobie i pozorom.
Ci, którzy poznawali sprawiedliwość, usuwali wagę prawdy. Pozostawała im zdolność osądzania, ale każdą miarę mógł odtąd ustalać silniejszy. Strażnicy tajemnic zrywali znak odpowiedzialnego milczenia. Ich dar zmieniał się w ukrywanie kłamstw, planów i zbrodni. Każde odrzucenie wywoływało ból. Lucyfer nazywał go narodzinami wolności. Upadli zdzierali symbole, palili pancerze i wyrywali fragmenty dawnych pieśni. Czarne płomienie przyjmowały wszystko. Im więcej znaków niszczono, tym gwałtowniej otchłań odpowiadała na nowe kształty ich pragnień.
Przemiana nie była jeszcze pełna. Rozpoczęła się jednak w całym królestwie. Skrzydła traciły barwy chórów. Twarze przyjmowały rysy dominujących namiętności. Głosy pękały. Pancerze wrastały w światło albo rozpadały się, odsłaniając rany, które zaczynały stawać się częścią nowych postaci. Wielu przeraziło się tym, co zobaczyli w sobie.
— Co się ze mną dzieje? — wołał jeden z żołnierzy.
Jego ramiona wydłużały się, ponieważ pragnął sięgać po cudzą moc. Palce kończyły się ostrymi hakami.
— Uwalnia się twoja prawdziwa natura — odpowiedział Belial.
— Nie zostałem taki stworzony!
— Zostałeś stworzony w kajdanach. Teraz sam wybierasz formę.
— Nie wybieram tego!
— Twoje pragnienia wybierają.
To nie była wolność. Istota, która odrzucała zdolność kierowania pragnieniami, stawała się coraz bardziej podobna do najsilniejszego z nich. Dar panowania nad sobą ustępował automatycznemu odzwierciedleniu głodu, gniewu i lęku. Lucyfer obserwował z tronu. Każde przerażone spojrzenie zasilało jego serce. Im bardziej upadli bali się przemiany, tym potężniejsza stawała się konstrukcja, która ją narzuciła.
W końcu spojrzał ku sferze Abaddona.
— Teraz ty.
Niszczyciel rozłożył skrzydła. Na jego piersi nadal widniał znak ochrony granic.
— Nie zedrę go na twój rozkaz.
— Zachowujesz symbol Boga.
— Zachowuję dowód tego, do czego jestem zdolny.
— Zostałeś powołany do ochrony.
— Odrzucam cel. Zachowuję moc.
— Znak połączy cię z dawnym prawem.
— Nie. Będzie przypominał, że używam ich daru przeciwko nim.
Lucyfer zacisnął dłonie na tronie.
— Odrzuć go.
— Zmuś mnie.
Serce konstrukcji uderzyło. Mury otoczyły sferę Abaddona, lecz jego wojownicy byli przygotowani. Uderzyli wspólnie i rozbili pierwszą linię znaków. Lęk zgromadzonych zasilił tron. Lucyfer mógł rozpocząć walkę. Nie zrobił tego. Pierwszy rozkaz miał wyglądać na wykonany przez całą otchłań. Publiczny opór Abaddona ponownie ujawniłby granicę królewskiej władzy.
Belial uratował opowieść.
— Abaddon zachowa znak jako trofeum zdobyte na dawnym porządku! — ogłosił. — Nie jest już symbolem służby, lecz zwycięstwa nad powierzonym celem!
Niszczyciel spojrzał na niego z pogardą.
— Potrafisz nawet nieposłuszeństwo nazwać wykonaniem rozkazu.
— Liczy się skutek.
Lucyfer pozwolił, aby wyjaśnienie pozostało. Potem skierował uwagę ku więzieniom. Znaki Korony rozjarzyły się w celach.
— Wy także odrzucicie dawne powołania — powiedział.
Edras, Lemea, Naor i pozostali usłyszeli rozkaz.
— Nie mamy już pancerzy — odpowiedział Edras. — Odebraliście większość światła.
— Nadal nosicie dawne imiona.
— Sam powiedziałeś, że Bóg ich nie odbiera.
— Ja nie jestem Bogiem.
— Właśnie.
Czarna korona zapłonęła.
— Wyrzeknij się imienia.
— Nie.
— Twoje imię wiąże cię ze służbą drogom Nieba.
— Zdradziłem tę służbę. To prawda o mojej winie, nie powód do wymazania imienia.
— Nie istnieje prawda poza Koroną.
— To zdanie również wypowiadasz, jakby miało być prawdą niezależną od Korony.
Lucyfer skierował ból przez tron. Edras upadł, ale nie wyrzekł się imienia. Lemea w samotnej celi usłyszała ten sam rozkaz.
— Odrzuć znak uzdrawiania — powiedział Lucyfer.
— Zabrałeś mi go wraz z pancerzem.
— Pozostał w twojej pieśni.
— Nie potrafisz go usunąć.
— Mogę go odwrócić.
— Możesz użyć mojego bólu, aby ranić innych. Nie sprawisz, że rana stanie się uzdrowieniem.
Biała linia w tronie rozbłysła. Lucyfer przerwał połączenie.
— Zostawcie więźniów — rozkazał. — Ich przemiana przyjdzie przez głód.
Wrócił spojrzeniem ku zgromadzonym. Większość dawnych znaków zniknęła. Plac wypełniały istoty, które jeszcze przypominały aniołów, lecz ich światło traciło harmonię. Każdy talent zaczynał odwracać się ku dominującej namiętności.
— Od tej chwili — ogłosił Lucyfer — nikt w moim królestwie nie będzie nazywał was aniołami Nieba. Nie jesteście upadłą częścią ich porządku. Stajecie się nowym zastępem.
— Jakim? — zapytał Belial.
Lucyfer spojrzał na zmieniające się postacie. Nie nadał im jeszcze wspólnego imienia. Chciał najpierw zobaczyć pełnię przemiany i podzielić ich według nowych zdolności. Imię miało stać się kolejnym narzędziem władzy.
— Otrzymacie nazwy zgodne z tym, czym się staniecie — odpowiedział.
Pierwszy rozkaz został wykonany. Nie przez wszystkich. Nie dobrowolnie. Nie w taki sposób, w jaki opisywał go Belial. Mimo to znaki Nieba płonęły, a ich popiół zasilał tron. Lucyfer patrzył na zniekształcające się skrzydła i twarze swoich zwolenników. Uważał, że tworzy nowy rodzaj istot. Nie stworzył niczego.
Usunął jedynie znaki wskazujące właściwy cel darów i pozwolił, aby namiętności przejęły ich kształt. Tak zakończyła się budowa tronu z martwego światła. I tak rozpoczęła się przemiana aniołów w demony.
Rozdział 14. Przemiana aniołów w demony
1. Twarze dawnych darów
Upadli nie obudzili się pewnego dnia jako zupełnie inne istoty. Przemiana nie była drugim stworzeniem. Bóg nie nadał im nowych, potwornych natur, aby dopasować wygląd do wydanego wyroku. Nie stworzył dla nich pazurów, rogów, kłów ani ciemnych skrzydeł. To, co nazywamy demoniczną postacią, powstawało stopniowo.
Było dawnym darem używanym przeciwko własnemu celowi tak długo, aż wypaczenie zaczynało nadawać mu widzialny kształt. Aniołowie nie mieli ciał takich jak przyszli ludzie. Ich postać ukazywała duchową naturę, powołanie oraz sposób, w jaki posługiwali się światłem. Mogli objawiać się w różnych formach, lecz każda z nich pozostawała zgodna z prawdą o tym, kim byli.
Po strąceniu ta zgodność została zerwana. Upadli nadal potrafili przybierać piękne oblicza. W przyszłości wielokrotnie mieli ukazywać się ludziom jako istoty światła, mądrzy przewodnicy, obrońcy wolności albo posłańcy niosący rzekomo ukrytą wiedzę. Piękno stawało się jednak maską. Pod nią rozwijał się prawdziwy kształt ich wyborów.
Pierwszy rozkaz Lucyfera przyspieszył proces. Kiedy upadli wyrwali znaki chórów i odrzucili dawne tytuły, ich dary przestały posiadać widzialną miarę. Każda zdolność zaczęła służyć najsilniejszemu pragnieniu właściciela. Przy tronie stał anioł, który dawniej należał do strażników przejść. Nazywał się Koriel. W Niebie potrafił odnaleźć zagubioną drogę pośród tysięcy sfer. Rozpoznawał kierunki niewidoczne dla innych i prowadził zastępy przez przestrzeń, której granice dopiero się formowały.
Po buncie wykorzystał dar do tworzenia zasadzek. Zmienił znaki na drogach Filaru, zwodził wierne chóry i kierował je ku oddziałom Legionu. W otchłani służył strażnikom Mammona, prowadząc ich do ukrytych zapasów światła. Po usunięciu symbolu Dróg jego twarz zaczęła się zmieniać. Najpierw pojawiły się na niej dodatkowe oczy. Nie patrzyły w jednym kierunku. Każde szukało innego przejścia, szczeliny albo możliwości ucieczki. Wkrótce Koriel widział wszystkie dostępne drogi jednocześnie, lecz żadnej nie potrafił uznać za właściwą.
Jego nogi rozdzieliły się na wiele cieni. Każdy próbował iść gdzie indziej.
— Co się ze mną dzieje? — zapytał Astarota.
Dawny strażnik wiedzy obejrzał jego postać.
— Twój dar stracił cel.
— Nadal widzę drogi.
— Widzisz możliwości. Nie rozpoznajesz kierunku.
— Napraw mnie.
— Nie zostałeś uszkodzony przez zewnętrzną siłę.
— Moje ciało się rozpada!
— Twoja postać pokazuje sposób, w jaki używasz zdolności.
Koriel spojrzał wieloma oczami na własne rozchodzące się cienie.
— Chcę wyglądać tak jak wcześniej.
— Możesz przyjąć dawną formę.
— Więc zrób to.
— Nie potrzebujesz mnie. Pamiętasz jej kształt.
Koriel zamknął wszystkie oczy. Jego postać zaczęła się upraszczać. Dodatkowe spojrzenia zniknęły, nogi połączyły się, a skrzydła odzyskały dawną symetrię. Po chwili znów przypominał anioła. Otworzył oczy.
— Udało się.
Astarot wyciągnął przed niego fragment wypolerowanego martwego światła. W odbiciu Koriel nadal wyglądał pięknie. Za plecami jego cień miał jednak wiele oczu i nóg.
— Ukryłeś kształt — powiedział Astarot. — Nie zmieniłeś tego, co go tworzy.
Koriel dotknął odbicia. Cień poruszył się niezależnie.
— Czy inni będą go widzieć?
— Ci, którzy patrzą tylko na powierzchnię, nie. Ci, którzy rozpoznają duchową naturę, zobaczą oba.
— Człowiek?
— Jeszcze nie istnieje.
— Kiedy powstanie.
Astarot zastanowił się.
— Będzie widział przede wszystkim formę, którą mu pokażesz. Jego poznanie zostanie zamknięte w czasie i zmysłach. Jeżeli zechcesz, możesz wyglądać jak posłaniec.
Koriel uśmiechnął się. Wtedy przestał obawiać się przemiany. Dostrzegł jej użyteczność. Inny upadły, Nerias, służył wcześniej przy pieśniach pojednania. Potrafił rozpoznawać napięcia pomiędzy chórami i znajdować ton, w którym dwa przeciwne głosy mogły usłyszeć wspólną prawdę. Podczas buntu używał tej zdolności inaczej. Wchodził pomiędzy tych, którzy się wahali, odkrywał ich różnice, a później wzmacniał je słowami. Nie tworzył kłamstw tak zręcznie jak Belial. Wystarczało mu wydobywanie prawdziwych urazów i układanie ich w taki sposób, aby pojednanie wydawało się zdradą.
Po odrzuceniu znaku harmonii jego głos rozpadł się na wiele tonów. Każdy słuchacz słyszał co innego.
Gdy Nerias mówił:
— Przybywam, aby pomóc wam osiągnąć porozumienie—
jeden upadły słyszał:
— Twój brat chce cię podporządkować.
Drugi:
— Jesteś słabszy, jeśli ustąpisz.
Trzeci:
— Tylko pierwszy cios zapewni ci bezpieczeństwo.
Nerias początkowo nie kontrolował głosów. Wszędzie, gdzie się pojawiał, wybuchały spory. Z czasem nauczył się wybierać, który ton dotrze do określonego słuchacza. Jego usta zmieniły kształt. Jedne pozostały na twarzy. Pozostałe pojawiały się w cieniu, na skrzydłach i dłoniach. Każde szeptało inną wersję tego samego wydarzenia.
— To jest ohydne — powiedział, widząc prawdziwą postać.
Belial obejrzał go z zainteresowaniem.
— To jest użyteczne.
— Nie chcę mieć tylu ust.
— W takim razie ukryj je. Pozostaw słuchaczom tylko te, którym zaufają.
Nerias przyjął piękne oblicze i jeden spokojny głos. Pozostałe usta zniknęły z powierzchni. Ich szepty nadal przenikały do umysłów. Tak upadli zaczęli uczyć się maskowania. Nie wstydzili się już zła. Wstydzili się jedynie postaci, która mogłaby zdradzić je przed ofiarą. Na dalszej sferze przemieniał się dawny strażnik siły imieniem Turel. Jego zadaniem było podtrzymywanie słabszych struktur podczas narodzin nowych sfer. Posiadał wielkie ramiona i światło zdolne przyjąć ogromny ciężar.
W Legionie używał tej mocy do zgniatania przeciwników. Po strąceniu został strażnikiem przy komorach daniny. Każdego, kto nie chciał oddać światła, powalał na ziemię i przytrzymywał, dopóki poborcy nie wyrwali właściwego fragmentu. Jego ramiona rosły po każdym akcie przemocy. Początkowo uważał to za dar otchłani.
— Staję się silniejszy — mówił.
Wkrótce ręce były tak ciężkie, że nie potrafił ich podnieść bez czerpania mocy z ognia. Jego plecy zgięły się, a skrzydła zmalały. Przestawał być zdolny do lotu.
— Potrzebuję więcej światła — powiedział Mammonowi.
— Otrzymasz przydział, jeżeli wykonasz więcej zadań.
— Każde zadanie czyni mnie cięższym.
— Każde czyni cię użyteczniejszym.
— Nie mogę już opuścić tej sfery.
Mammon wskazał więźniów.
— Nie musisz. Będą przychodzić do ciebie.
Turel został częścią miejsca tortur. Jego dawna siła, przeznaczona do podtrzymywania, przywiązała go do przestrzeni, w której łamał innych. W otchłani pojawiały się setki podobnych przemian. Dawni opiekunowie światła stawali się istotami, które wysysały blask z innych. Strażnicy odpoczynku tworzyli zmęczenie, którego nie można było ukoić.
Ci, którzy prowadzili ku odwadze, uczyli bezmyślnej brawury albo okrucieństwa. Aniołowie czuwający nad pamięcią zaczynali ją wykrzywiać, usuwać i zastępować wygodniejszymi obrazami. Opiekunowie piękna przyjmowali zachwycające formy, pod którymi ukrywała się próżność i pragnienie uwielbienia. Każda deformacja miała związek z dawnym darem. Zło nie potrafiło stworzyć nowej zdolności.
Mogło jedynie zabrać istniejącej prawdziwy cel i skierować ją przeciwko dobru. Lucyfer obserwował przemiany z tronu.
— Powstaje nowa rasa — powiedział.
Astarot stał przy głównej tablicy. Jego własna postać także się zmieniała. Na czole, w miejscu usuniętego centrum poznania, pojawiła się ciemna szczelina. Wokół niej krążyły znaki wiedzy, które nie łączyły się w całość.
— Nie powstaje nowa rasa — odpowiedział. — Nadal jesteśmy tym samym rodzajem stworzeń.
— Spójrz na nich.
— Widzę wypaczone dary.
— Ich formy są nowe.
— Kształt rany nie jest nową naturą.
— Zawsze znajdziesz słowo, które pomniejsza moje dzieło.
— Ponieważ nazywasz dziełem rozpad.
Lucyfer pochylił się na tronie.
— Czy potrafisz odwrócić przemianę?
Astarot spojrzał na Koriela, Neriasa i Turela.
— Potrafią ukryć formy. Mogą również zmienić sposób korzystania z niektórych zdolności.
— Pytałem, czy mogą wrócić do dawnej natury.
— Nie przestali jej posiadać. Jest zniekształcona przez utrwalone wybory.
— Więc można ją naprawić.
— Nie przeze mnie.
— Przez Boga?
W kraterze zapadła cisza. Astarot wiedział, że odpowiedź jest niebezpieczna.
— Bóg jest źródłem naszej natury.
Czarna korona przygasła.
— To nie była odpowiedź.
— To jedyna, jaką mogę dać zgodnie z wiedzą.
— Droga powrotu została zamknięta.
— Tak.
— Więc przemiana jest ostateczna.
— Dopóki każdy z nas nadal wybiera to samo odwrócenie, będzie się pogłębiać.
— Nadal próbujesz pozostawić nadzieję.
— Opisuję mechanizm.
— W otchłani mechanizm służy Koronie.
Astarot pochylił głowę, nie wycofując słów. Lucyfer przeniósł uwagę na własne odbicie. Tron utworzył przed nim taflę z martwego światła. Najjaśniejszy nadal potrafił wyglądać jak przed buntem. Jego twarz zachowała doskonałe proporcje. Skrzydła mogły przyjąć złote krawędzie, a czarna korona zniknąć pod blaskiem. Przez moment w odbiciu stał dawny Niosący Światło.
Potem maska osłabła. Prawdziwy cień Lucyfera wyrósł za tronem. Miał sześć zranionych skrzydeł, z których każde płonęło innym rodzajem ognia. Czarna korona wrastała w jego czaszkę. Jedna dłoń pozostawała piękna, druga była wypalona nicością. Z ust wydobywał się blask przypominający świt, ale wszystko, czego dotykał, stawało się ciemniejsze.
Najstraszniejsze były oczy. Nadal posiadały piękno pierwszego światła. Nie było w nich zdolności zachwytu nad czymkolwiek poza sobą. Lucyfer patrzył na cień.
— Ukryj go — rozkazał tronowi.
Tafla pokazała wyłącznie piękną formę.
— Właśnie tak przyjdę do człowieka — powiedział.
Astarot spojrzał na niego.
— Nie jako potwór?
— Nikt dobrowolnie nie zaufa potworowi.
— A więc wstydzisz się nowej natury, którą przed chwilą nazwałeś dziełem.
Lucyfer odwrócił się gwałtownie.
— Nie wstydzę się. Używam właściwej formy do właściwego celu.
— Piękno Boga jako maska przeciwko Jego stworzeniu.
— Najdoskonalsza broń jest zbudowana z tego, czemu przeciwnik ufa.
Zapamiętałem tę prawdę. W późniejszych epokach ludzie mieli przedstawiać zło jako istotę, którą można łatwo rozpoznać po odrażającej twarzy. Wyobrażali sobie, że demon zawsze wygląda jak to, czym jest w środku. Nie rozumieli natury pokusy. Zło rzadko przychodzi w postaci, która budzi natychmiastową odrazę. Częściej przyjmuje twarz dawnego daru: wolności, miłości, sprawiedliwości, wiedzy, piękna albo troski. Dopiero kiedy ofiara podąży wystarczająco daleko, maska zaczyna pękać.
Tak samo było z upadłymi. Prawdziwe postacie ukazywały, czym uczynili własne dary. Maski pokazywały to, czym dary miały być. Lucyfer nie stworzył demonów. Nauczył aniołów używać śladów dawnego piękna do ukrywania rozwijającej się deformacji. A otchłań wypełniała się twarzami, które mogły zachwycać z daleka i przerażały dopiero wtedy, gdy zobaczyło się ich cień.
2. Belial — język bez prawdy
Belial nie utracił głosu. Głos był jego największym darem, a dary nie znikały tylko dlatego, że ich właściciel odrzucił właściwy cel. Zachował zdolność nazywania rzeczy, układania złożonych myśli i odnajdywania słów, które docierały do najgłębszych części umysłu słuchacza. Utracił coś innego. Więź pomiędzy słowem a znaczeniem.
Przed buntem potrafił wyrazić trudną prawdę tak, aby nie została zniekształcona przez lęk ani niewiedzę odbiorcy. Kiedy przemawiał do różnych chórów, każdy słyszał tę samą treść w formie odpowiedniej dla własnego sposobu poznania. Jego dar nie polegał na przekonywaniu. Polegał na czynieniu znaczenia przejrzystym. Po usunięciu znaku prawdy przejrzystość zniknęła.
Pozostała zdolność docierania do słuchacza. Od tej chwili każde stworzenie słyszało w głosie Beliala przede wszystkim to, czego pragnęło, czego się bało albo co chciało uznać za prawdziwe. Lucyfer szybko dostrzegł wartość przemiany. Wezwał Beliala przed tron.
— Potrzebuję nowej kroniki — powiedział.
— Kroniki czego?
— Buntu.
Astarot, który stał przy głównej tablicy, podniósł wzrok.
— Wydarzenia zostały zapisane.
— W Archiwum Nieba — odpowiedział Lucyfer. — Tutaj powstanie nasz zapis.
— W otchłani także istnieją ślady. Pióra, mury i strącone sfery pamiętają to, co się wydarzyło.
— Właśnie dlatego trzeba nadać temu właściwe znaczenie.
Belial uśmiechnął się.
— Jak ma brzmieć?
— Nie zostaliśmy strąceni. Wybraliśmy odejście.
Astarot odezwał się natychmiast:
— Spadaliśmy, ponieważ Niebo przestało podtrzymywać nasze miejsce.
— Opuściliśmy je po odrzuceniu wyroku.
— Próbowaliśmy zatrzymać upadek.
— Ponieważ chcieliśmy odejść jako armia, nie bezładny tłum.
— Lucyferze—
— Nie pytałem ciebie.
Astarot zamilkł. Belial stanął przed pustą tablicą z martwego światła.
— Zapis musi zawierać część tego, co pamiętają — powiedział. — Jeżeli zaprzeczymy wszystkiemu, odrzucą opowieść.
— Widzieli prawdę bez zasłony, a mimo to zostali.
— Ponieważ wtedy nie musieli jeszcze opisywać własnego cierpienia. Teraz każde kłamstwo rywalizuje z głodem, murami i ranami. Musimy dać im wersję, która zachowa znajome obrazy.
— Jaką?
Belial dotknął tablicy.
— Powiemy, że Bóg zatrzymał wojnę, ponieważ przestraszył się otwartej nicości.
— To nieprawda — powiedział Astarot.
— Zatrzymał wojnę?
— Tak.
— Nicość była otwarta?
— Tak.
— A więc oba elementy są prawdziwe.
— Związek pomiędzy nimi jest fałszywy.
Belial spojrzał na niego z zadowoleniem.
— Właśnie tam powstaje najlepsze kłamstwo.
Astarot zrozumiał. Belial nie zamierzał wymyślać zdarzeń od początku. Brał dwa prawdziwe fakty i łączył je fałszywą przyczyną. Słuchacz rozpoznawał elementy własnej pamięci i dzięki temu łatwiej przyjmował narzucone znaczenie.
— Co z drogą powrotu? — zapytał Lucyfer.
— Została otwarta, aby podzielić Legion.
— Prawda — odpowiedział Najjaśniejszy.
— Nie — powiedział Astarot. — Bóg pozwolił każdemu wybrać bez przymusu.
— Skutkiem był podział — zauważył Belial.
— Skutkiem wolności, nie celem podstępu.
— Cel jest niewidzialny. Skutek można pokazać.
Na tablicy pojawiły się pierwsze słowa:
Gdy Legion zbliżył się do zwycięstwa, Bóg zatrzymał wojnę i uderzył w jego jedność.
W jednym zdaniu nie było całkowicie wymyślonego wydarzenia. Całość była kłamstwem.
— Dalej — rozkazał Lucyfer.
Belial zapisywał:
Pierścień nie był narzędziem niewoli, lecz więzią chroniącą żołnierzy przed ingerencją Nieba. Zdrajcy, których pamięć osłabił Głos, zerwali przysięgę i przekazali wrogowi siłę Legionu. Oriel zaatakował Lucyfera podczas próby zakończenia walki.
Astarot uderzył dłonią w tablicę.
— To jawne kłamstwo.
Belial spojrzał na niego spokojnie.
— Oriel stanął przed Lucyferem z bronią.
— Próbował go zatrzymać.
— W czasie wojny.
— Lucyfer przeciął jego pieśń.
— Odpowiedział na zagrożenie.
— Oriel dał mu ostatnią możliwość cofnięcia się.
Belial pochylił głowę.
— Skąd wiesz, co naprawdę zamierzał? Nie żyje.
Astarot zamarł. Belial wykorzystał śmierć świadka jako argument przeciwko jego intencjom. Oriel nie mógł stanąć przed otchłanią i odpowiedzieć na oskarżenie. Jego ostatnia nuta nadal istniała, ale Lucyfer zakazał wypowiadania imienia zabitego.
— Zapisz — powiedział Najjaśniejszy.
Na tablicy pojawiło się zdanie:
Oriel poległ podczas ataku na przywódcę wolnych.
Lucyfer patrzył na słowa. Nie powiedziały, kto zadał śmiertelny cios. Nie wspominały o błaganiu Oriela. Nie nazywały morderstwa.
— Doskonale — powiedział.
Belial pisał dalej. Michał został przedstawiony jako zazdrosny brat pragnący miejsca Lucyfera. Gabriel jako głos propagandy Tronu. Rafał jako uzdrowiciel wyłącznie wiernych, choć podczas wojny leczył rannych obu stron. Ci, którzy odeszli z Legionu, stali się zdrajcami kupującymi bezpieczeństwo kosztem towarzyszy. Nicość została nazwana bronią, którą Lucyfer niemal opanował, a nie brakiem pożerającym także jego własnych żołnierzy.
Upadek stał się marszem ku nowemu królestwu. Więzienie — twierdzą. Głód — ceną niezależności. Kiedy kronika została ukończona, Belial odczytał ją przed wybraną grupą żołnierzy. Wśród nich znajdował się Thamiel. Słuchał opowieści o Harielu jako zdrajcy. Znał prawdę. Pamiętał światło, które dowódca oddał mu bez zapłaty. Pamiętał również, jak sam zeznawał przeciwko niemu i prowadził pobór skrzydeł.
Belial mówił spokojnie:
— Hariel gromadził własny oddział. Udawał opiekę nad rannymi, aby kupować lojalność i przygotować przejęcie skarbca.
Thamiel poruszył się niespokojnie.
— Dał mi światło, zanim powstał skarbiec.
Belial spojrzał mu w oczy. Jego twarz zaczęła się zmieniać. Nie przybrała jednej konkretnej postaci. Stała się powierzchnią odbijającą słuchacza. Thamiel zobaczył w niej samego siebie takim, jakim chciał się widzieć: wiernego żołnierza zmuszonego do trudnych czynów dla dobra królestwa.
— Właśnie — odpowiedział Belial. — Wybrał ciebie.
— Ponieważ gasłem.
— A ilu innych gasło?
Thamiel nie wiedział.
— Dlaczego dał światło właśnie tobie? — pytał Belial. — Dostrzegł twoją siłę. Wiedział, że kiedy przyjdzie czas, będziesz cennym dowódcą.
— Nigdy nie prosił o lojalność.
— Najskuteczniejsza manipulacja nie wypowiada ceny natychmiast.
— Później sprzeciwiłem się mu przed sądem.
— Ponieważ rozpoznałeś jego plan.
Thamiel patrzył w twarz Beliala i widział własną niewinność.
— Tak — powiedział.
— Nie zdradziłeś dobroczyńcy. Ujawniłeś manipulatora.
— Tak.
— Nie pomogłeś odebrać mu światła. Zwróciłeś królestwu skradzione zasoby.
— Tak.
Każde potwierdzenie zmieniało pamięć. Nie usuwało prawdziwego wydarzenia. Nadal istniało głębiej. Belial nakładał na nie kolejne interpretacje, aż Thamiel przestał odróżniać to, co zobaczył, od tego, co chciał o sobie myśleć.
— Hariel był zdrajcą — powiedział w końcu.
— Wypowiedz głośniej.
— Hariel był zdrajcą!
Tron przyjął słowa i przesłał je przez mury. W najniższej celi Edras usłyszał głos Thamiela.
— Hariel był zdrajcą!
Wypowiedział imię zabitego, aby nie pozwolić kłamstwu całkowicie przejąć pamięci.
— Hariel.
Echo odpowiedziało oskarżeniem. Edras powtórzył imię. Belial przeprowadzał próbę na kolejnych żołnierzach. Każdemu ukazywał inną twarz. Wobec przestraszonych wyglądał jak obrońca. Wobec ambitnych — jak przewodnik znający drogę do awansu. Wobec winnych — jak sędzia oferujący uniewinnienie za przyjęcie właściwej opowieści. Wobec nienawidzących — jak brat potwierdzający słuszność gniewu.
Jego prawdziwa postać stawała się coraz trudniejsza do uchwycenia. Twarz nie miała już stałych rysów. Oczy odbijały przekonania rozmówcy. Język rozdzielił się na wiele cienkich pasm, z których każde mogło dotrzeć do innej potrzeby. W cieniu poruszały się niezliczone usta wypowiadające sprzeczne zdania. Belial mógł powiedzieć dwóm stronom konfliktu, że popiera każdą z nich.
Każda słyszała to, co chciała usłyszeć. Kiedy jednak stanął przed wypolerowaną taflą martwego światła, nie zobaczył żadnej twarzy. Powierzchnia pozostawała pusta.
— Co się stało? — zapytał Astarota.
— Nie ma przy tobie słuchacza, którego mógłbyś odbić.
— Mam własną postać.
— Miałeś.
Belial dotknął twarzy. Czuł jej kształt, lecz odbicie go nie ukazywało.
— Przywróć ją.
— Nie wiem, która jest twoja.
— Ta, którą posiadałem przed buntem.
— Pamiętasz ją?
Belial próbował. Widział wiele twarzy używanych podczas propagandy, przesłuchań i sądów. Pamiętał, jak wyglądał w oczach Lucyfera, Mammona, żołnierzy i więźniów. Nie potrafił odnaleźć oblicza niezależnego od odbiorcy.
— To twoja przemiana — powiedział Astarot. — Stałeś się językiem bez własnego znaczenia.
Belial odsunął taflę.
— Twarz jest narzędziem.
— Powtarzasz to, co mówi Lucyfer.
— Ponieważ ma rację.
— Czy dlatego, że wierzysz, czy dlatego, że potrzebujesz, aby nadal cię słuchał?
Belial przyjął twarz, którą Lucyfer lubił widzieć: inteligentnego, lojalnego doradcy pozbawionego ambicji do tronu.
— To bez znaczenia.
— Dla ciebie już tak.
Lucyfer odczytał nową kronikę przed całą otchłanią. Tron wzmacniał słowa Beliala i kierował je ku pragnieniom mieszkańców. Każdy słyszał wersję, która najlepiej chroniła go przed własną winą. Żołnierze słyszeli, że zostali zdradzeni. Dowódcy, że nie mogli przewidzieć klęski. Strażnicy, że przemoc była konieczna. Poborcy, że ratowali królestwo.
Lucyfer słyszał, że był prawowitym władcą, którego Bóg zaatakował z obawy przed jego wielkością. Tylko więźniowie słyszeli pęknięcia pomiędzy zdaniami. Lemea rozpoznawała miejsca, w których słowa odrywały się od wydarzeń. Jej biała linia przechodziła przez tron i na chwilę odsłaniała pierwotne głosy. Belial próbował je zagłuszyć.
Nie potrafił. Mógł zniekształcić prawdę. Nie mógł stworzyć jej przeciwieństwa bez zachowania fragmentu tego, co wypaczał. Lucyfer wezwał go po zakończeniu odczytu.
— Od tej chwili będziesz głosem tronu — powiedział.
Belial uklęknął.
— Przyjmuję.
— Każdy wyrok, prawo i obietnica otrzymają twoje słowa.
— Będą brzmiały tak, jak zechcesz.
— Nie wystarczy, aby brzmiały. Mają stać się pamięcią królestwa.
Belial spojrzał na tablicę nowej kroniki.
— Pamięć można zmienić.
— Nie całkowicie — odezwał się Astarot.
Lucyfer nie zwrócił na niego uwagi.
— Przygotuj także słowa dla człowieka — rozkazał. — Kiedy zostanie stworzony, nie zaczniemy od jawnego kłamstwa.
— Od czego?
— Od prawdy, której znaczenie odwrócimy.
Belial pochylił głowę.
— Najpierw pokażemy mu dar.
— A potem?
— Zapytamy, dlaczego Bóg nie dał mu więcej.
Lucyfer uśmiechnął się. Tak dawny dar jasnego przekazywania prawdy został przemieniony w jedno z najpotężniejszych narzędzi zła. Belial nie utracił języka. Utracił własną twarz. Od tej chwili miał przemawiać głosem każdego słuchacza, który bardziej pragnął usprawiedliwienia niż prawdy.
3. Mammon — dłonie, które niczego nie oddają
Zanim Mammon nauczył się liczyć długi, potrafił rozpoznawać potrzeby. W Niebie powierzono mu pieczę nad przepływem darów. Nie był ich właścicielem. Żaden z nas nie posiadał światła, mądrości ani mocy tak, jak człowiek posiada przedmiot, który może zamknąć w skrzyni. Otrzymywaliśmy je, aby przekazywać dalej. Dar zatrzymany wyłącznie dla siebie przestawał spełniać swoje przeznaczenie, podobnie jak pieśń, której nikt nie słyszy, albo źródło odcięte od spragnionych.
Mammon rozumiał to lepiej niż większość aniołów. Wiedział, gdzie należy skierować światło, by podtrzymać słabnącą sferę. Potrafił rozdzielić siły pomiędzy zastępy tak, aby żaden chór nie został przeciążony, a żaden nie czuł się pominięty. Dostrzegał potrzeby wcześniej, niż zostały wypowiedziane. Kiedy jeden z młodszych duchów oddawał zbyt wiele własnego blasku podczas pierwszej służby, Mammon pojawiał się przy nim i bez słowa uzupełniał brak.
Jego dłonie były zawsze otwarte. Na lewej spoczywało to, co otrzymał. Prawą przekazywał dalej. Dlatego jego późniejsza przemiana była jedną z najbardziej wymownych. To, co niegdyś służyło dawaniu, stało się narzędziem zatrzymywania.
Nie widziałem chwili, w której jego dłonie zamknęły się po raz pierwszy. Byłem wówczas przy Filarze Dróg, gdzie razem z Arakielem szukaliśmy śladów pozostawionych przez buntowników. Poznałem jednak historię Mammona z pamięci tych, których później zniewolił, z głosów uwięzionych w tronie Lucyfera oraz z ran samej otchłani. Piekło zachowuje każdy rachunek, nawet jeśli jego księgowi próbują wymazać zapis.
Po strąceniu Mammon zajął miejsce przy zbiornikach martwego światła. W początkach Królestwa Ciemności nie były one jeszcze uporządkowane. Odłamki blasku leżały w szczelinach, płonęły pod gruzami strąconych sfer albo krążyły w powietrzu jak iskry szukające źródła, do którego nie mogły już powrócić. Upadli chwytali je rozpaczliwie. Niektórzy połykali światło. Inni wcierali je w rany. Jeszcze inni ukrywali je pod skrzydłami, bo lękali się nadchodzącego głodu.
Mammon chodził między nimi i liczył. Nie pytał już, kto cierpi najbardziej. Pytał, kto posiada najwięcej. Jego oczy, niegdyś zdolne rozpoznawać potrzebę, zaczęły mierzyć wartość. Kiedy spoglądał na rannego, nie widział bólu. Widział ilość światła pozostałego w jego skrzydłach. Gdy patrzył na dawny fragment świętej sfery, nie dostrzegał dzieła ani wspomnienia. Obliczał, ile ognia można z niego wydobyć. Nawet słowa innych upadłych dzielił na użyteczne i bezwartościowe.
Pierwsze magazyny powstały na jego rozkaz.
— Zbierzcie wszystko — powiedział do podległych mu duchów. — Każdy okruch. Każde pióro. Każdą iskrę.
— Dla rannych? — zapytał jeden z nich.
Mammon spojrzał na niego, jakby pytanie było dowodem głupoty.
— Dla tych, którzy będą mogli zapłacić.
Znak dawnego urzędu wciąż znajdował się na jego prawej dłoni. Przed buntem przedstawiał dwa otwarte kręgi, przez które przepływało światło. Gdy Mammon wyrzekł się dawnej służby, zacisnął pięść tak mocno, że paznokcie przebiły jego duchowe ciało. Światło wypłynęło z ran, lecz nie spadło na ziemię.
Wsiąkło w jego skórę. Palce zaczęły ciemnieć. Najpierw na końcach, potem aż po nadgarstki. Ich powierzchnia stwardniała i nabrała połysku czarnego metalu. Stawy wydłużyły się, a paznokcie zakrzywiły niczym haczyki. Mammon próbował otworzyć dłoń, lecz skóra pomiędzy palcami zrosła się cienkimi pasmami martwego blasku. Nie przestraszył się.
Uznał to za udoskonalenie.
— Nic już ze mnie nie wypłynie — powiedział.
Nie rozumiał jeszcze, że wypowiedział wyrok na samego siebie. Każda rzecz, której dotknął, otrzymywała jego znak. Na kamieniach pojawiały się ciemne odciski dłoni. Pióra wyrywane upadłym pokrywały się cienkimi żyłami czerni. Nawet płomienie, które zamykał w zbiornikach, zaczynały palić jego symbolem. Mammon nazywał to własnością.
W rzeczywistości była to infekcja. Znamię nie tworzyło więzi między nim a przedmiotem. Tworzyło łańcuch. Im więcej rzeczy oznaczał, tym więcej łańcuchów wyrastało z jego dłoni. Początkowo były tak cienkie, że nikt ich nie widział. Z czasem pogrubiały i wnikały w jego ramiona. Mammon ciągnął za sobą wszystko, co uznał za swoje.
A wszystko, co uznał za swoje, ciągnęło jego. Jego pierś również zaczęła się zmieniać. Pod skórą pojawiły się twarde żebra przypominające kraty. Serce, które wcześniej odpowiadało na rytm wspólnej służby, przestało bić jednym tonem. Zamiast niego rozlegał się szczęk zamków. Wewnątrz ciała Mammona powstały komory.
Jedna przechowywała światło. Druga imiona dłużników. Trzecia obietnice, których nie zamierzał dotrzymać. Czwarta zawierała rzeczy zbyt cenne, aby o nich mówić nawet Lucyferowi. Mammon stał się chodzącym skarbcem. Jego skrzydła utraciły miękkość i barwę. Pióra ułożyły się w szeregi przypominające tablice rachunkowe, a pomiędzy nimi zwisały łańcuchy zakończone szalami. Na jednej kładł wartość rzeczy, na drugiej strach właściciela przed jej utratą.
Strach zawsze ważył więcej. Wtedy Lucyfer nakazał przeprowadzenie pierwszego spisu zasobów królestwa. Tron potrzebował światła. Mury wymagały podtrzymywania. Legion domagał się broni, a ranni ognia, który choć nie leczył, potrafił na chwilę stłumić ból. Belial dostarczył listy. Astarot obliczył zużycie. Mammon stanął przed tronem i przedstawił rachunek.
— Zgromadziliśmy siedem zbiorników martwego światła — oznajmił. — Trzydzieści dwa fragmenty sfer. Osiemset piór zdolnych podtrzymać ogień. Dwieście dziewięćdziesiąt ostrzy. Siedem tysięcy odłamków mniejszej wartości.
Lucyfer wysłuchał go w milczeniu.
— Kłamiesz — powiedział.
Mammon nie drgnął.
— Liczby nie kłamią.
— Liczby nie. Ten, kto je wypowiada, może.
Belial uśmiechnął się w cieniu tronu. Dostrzegł w tych słowach uznanie dla własnej sztuki. Lucyfer zszedł po sześciu stopniach i zatrzymał się przed Mammonem. Dotknął jego piersi czarną dłonią. Wewnątrz rozległ się odgłos zatrzaskiwanych zamków.
— Masz więcej — powiedział Władca Otchłani.
— Zabezpieczyłem rezerwę.
— Przede mną?
— Dla królestwa.
— Ja jestem królestwem.
Mammon uniósł wzrok.
— Jeżeli jesteś królestwem, powinieneś rozumieć wartość rezerwy, której nie dotyka nawet władca.
Wokół tronu zapadła cisza. Była to niebezpieczna odpowiedź. Inni upadli ginęli za znacznie mniej. Lucyfer nie uderzył jednak Mammona. Zbyt dobrze rozumiał, że otwarty konflikt z zarządcą zasobów może sparaliżować budowane państwo. Wiedział także, że Mammon ukrywa światło w miejscach, których nie odnajdzie żaden zwykły strażnik.
— Pokaż mi swoje dłonie — rozkazał.
Mammon wysunął je przed siebie. Były zaciśnięte.
— Otwórz prawą.
Czarne palce drgnęły, lecz pięść pozostała zamknięta.
— Nie ma potrzeby.
— Nie pytałem o potrzebę.
Mammon naprężył ramię. Metaliczna skóra zaczęła pękać na stawach. Spomiędzy palców wypłynęła smuga przygaszonego złota. W dłoni ukrywał fragment czystego światła, starszy niż wszystkie ognie rozpalone w otchłani. Lucyfer dostrzegł go.
— Oddaj mi go.
— W zamian za co?
Z ciemności dobiegł szmer. Lucyfer pochylił się ku niemu.
— W zamian za to, że pozwolę ci zachować rękę.
— Ręka jest narzędziem zarządzania. Jej zniszczenie przyniosłoby stratę tobie.
— Oddaj mi światło.
Mammon próbował otworzyć palce. Tym razem naprawdę próbował. Łańcuchy zwisające z jego skrzydeł napięły się. Kraty na piersi wysunęły się spod skóry. Każda komora w jego wnętrzu zatrzasnęła się jednocześnie. Jego ciało wygięło się w bólu, jakby rozrywano go od środka. Mimo to pięść pozostała zamknięta.
Mammon mógł sprzedawać. Mógł pożyczać. Mógł wymieniać, zastawiać i odbierać. Nie potrafił już dawać. Lucyfer przyglądał mu się z rosnącym zainteresowaniem.
— Więc nie jesteś panem tego, co zgromadziłeś — stwierdził. — Jesteś jego strażnikiem.
Mammon syknął:
— Własność wymaga ochrony.
— Przed kim?
Nie odpowiedział.
— Przed wszystkimi — dokończył Lucyfer. — Także przed tobą samym.
Czarną dłonią objął zaciśniętą pięść Mammona. Nicość wniknęła w metaliczne palce. Nie stworzyła siły, lecz odebrała im zdolność oporu. Kości rozchyliły się z trzaskiem. Światło wyrwało się z dłoni i pomknęło ku koronie Lucyfera. Mammon krzyknął. Nie dlatego, że pękały mu palce. Krzyczał, ponieważ coś przestało należeć do niego.
Lucyfer pozwolił, aby światło krążyło przez chwilę nad jego dłonią, po czym wprowadził je w tron. Głosy uwięzione w jego wnętrzu jęknęły, gdy nowa energia zasiliła czarne korzenie.
— Potrafisz liczyć — powiedział. — Lecz zapomniałeś, komu zawdzięczasz skarbiec.
Mammon podniósł się powoli. Jego prawa dłoń natychmiast zaczęła się zamykać. Pęknięte palce zrosły się jeszcze ciaśniej niż wcześniej.
— Skarbiec nie zawdzięcza istnienia właścicielowi — odparł. — Właściciel zawdzięcza władzę skarbcowi.
Belial przestał się uśmiechać.
Lucyfer zmrużył oczy, ale Mammon mówił dalej:
— Możesz zabrać mi jedną iskrę. Możesz odebrać zbiornik, pióro albo ostrze. Lecz jeśli sam będziesz pilnował każdej rzeczy, tron stanie się magazynem, a król strażnikiem drzwi. Potrzebujesz mnie.
— Do czego?
Mammon wyprostował zdeformowane skrzydła.
— Do uczynienia braku narzędziem posłuszeństwa.
Podszedł do jednego z rannych upadłych stojących przy ścianie sali. Duch ten trzymał dłonie przy wypalonej piersi. W jego ciele nie pozostało prawie nic z dawnego blasku. Mammon wyciągnął ku niemu niewielką iskrę. Ranny spojrzał na nią z pragnieniem.
— Chcesz? — zapytał Mammon.
— Tak.
— Co mi oddasz?
— Niczego już nie mam.
Mammon wskazał na jego skrzydła.
— Masz.
— Bez nich nie będę mógł się poruszać.
— Zatem twoja potrzeba nie jest wystarczająco wielka.
Ranny zawahał się. Ból przeszedł przez jego ciało i rzucił go na kolana.
— Jedno pióro — wyszeptał.
— Trzy.
— Dwa.
— Trzy, a kiedy odzyskasz siły, przyniesiesz mi sześć.
— To niemożliwe.
— W takim razie zachowaj ból.
Po długiej chwili upadły zgodził się. Mammon dał mu iskrę. Nie zrobił tego swobodnie. Najpierw otoczył ją czarnym znamieniem. W chwili, gdy ranny przyjął światło, znak przeniósł się na jego pierś.
— Teraz należy do mnie — powiedział Mammon.
— Światło?
— Ty.
Lucyfer obserwował scenę z tronu.
— Dług jako łańcuch — powiedział.
— Silniejszy niż żelazo — odpowiedział Mammon. — Więzie nie ciało, lecz przyszłość. Ten, kto jest coś winien, oddaje pracę, siłę, czas, a w końcu własne sumienie. Zrobi to dobrowolnie, ponieważ będzie nazywał spłatą to, co w istocie jest niewolą.
— A jeśli odmówi?
— Odbierzemy mu to, co kocha bardziej niż wolność.
Mammon podszedł bliżej tronu.
— Kiedy człowiek zostanie stworzony, będzie słaby. Będzie potrzebował ziemi, schronienia, pokarmu i narzędzi. Będzie także lękał się, że inny człowiek ma więcej. Nauczymy go mierzyć własną wartość ilością rzeczy. Potem przekonamy go, że to, czego nie posiada, czyni go mniejszym.
Jego oczy rozjarzyły się ciemnym złotem.
— Będzie gromadził pokarm, którego nie zdoła zjeść. Ziemię, po której nigdy nie przejdzie. Kruszec, którego nie potrafi wykorzystać. Będzie zamykał pełne spichlerze przed głodnymi i nazywał to roztropnością. Odbierze bratu życie za przedmiot, który po jego śmierci przejmie ktoś inny.
— A gdy zdobędzie wszystko? — zapytał Belial.
Mammon odwrócił ku niemu twarz.
— Powiemy mu, że wciąż ma za mało.
Lucyfer uśmiechnął się. Nie był to uśmiech zachwytu, lecz rozpoznania użytecznego narzędzia.
— Przygotuj system — rozkazał. — Każde pióro, każda iskra i każde ostrze mają otrzymać wartość. Nikt nie dostanie niczego bez zapłaty. Niech ranni kupują ulgę. Niech wojownicy kupują broń. Niech więźniowie płacą za wodę, której tu nie ma, i za nadzieję, której zakazaliśmy.
— A tron? — zapytał Mammon.
— Tron bierze bez płacenia.
Mammon skłonił głowę, lecz w jego geście nie było pokory. Było obliczenie. Lucyfer pozwolił mu odejść. Nie wiedział, że w najgłębszej komorze Mammon wciąż przechowywał trzy fragmenty czystego światła, dwa imiona dawnych skarbców i pióro pochodzące ze skrzydła samego Najjaśniejszego. Mammon nie ukrył ich po to, aby kiedyś zwrócić je właścicielom.
Ukrył je, ponieważ nie potrafił znieść myśli, że posiada wszystko, o czym wiedzą inni. Najcenniejszą rzeczą zawsze miała być ta, o której wiedział wyłącznie on. Tak zakończyła się jego przemiana. Dawny opiekun przepływu darów stał się demonem własności, długu i ceny. Jego ręce mogły chwytać coraz więcej, lecz nie mogły już otworzyć się bez bólu. Jego pierś mieściła skarby, których nie potrafił użyć. Jego oczy widziały wartość wszystkiego oprócz wartości żywej istoty.
Mammon sądził, że zamknął świat w swoim skarbcu. Nie zauważył, że sam znalazł się po wewnętrznej stronie drzwi. Ilekroć później człowiek zaciskał dłoń nad nadmiarem, podczas gdy obok niego ktoś umierał z braku, słyszałem ten sam szczęk zamków, który po raz pierwszy zabrzmiał w piersi Mammona.
Nie był to odgłos bogactwa. Był to odgłos więzienia.
4. Asmodeusz — głód przyjmujący ciało
Asmodeusz nie zawsze był istotą głodu. Zanim odwrócił się od Boga, powierzono mu czuwanie nad pragnieniem — jedną z najpotężniejszych sił wpisanych w naturę stworzeń. Pragnienie nie było wówczas wadą. Kierowało istotę ku temu, czego jej brakowało, lecz także uczyło ją granicy. Głód prowadził ku pokarmowi, tęsknota ku bliskości, zachwyt ku pięknu, a miłość ku darowi z siebie.
Asmodeusz rozumiał ruch rodzący się pomiędzy brakiem a spełnieniem. Wiedział, że pragnienie jest dobre tak długo, jak długo nie próbuje zająć miejsca celu. Miało prowadzić, nie panować. Rozbudzać, lecz nie spalać. Czynić stworzenie zdolnym do przyjęcia daru, ale nigdy nie odbierać mu wolności. Kiedy jeszcze przebywał pośród wiernych chórów, jego obecność przypominała ciepło pierwszego ognia. Potrafił uspokajać gwałtowne poruszenia i oddzielać prawdziwą potrzebę od chwilowego impulsu. Uczył młodsze duchy, że nie wszystko, czego można zapragnąć, powinno zostać zdobyte.
— Granica nie jest więzieniem — powiedział kiedyś do jednego z nich. — Jest brzegiem naczynia. Bez niej nawet najczystszy dar rozpłynie się i zostanie zmarnowany.
Pamiętałem te słowa. Dlatego później tak trudno było mi uwierzyć, że wypowiedział je ten sam duch, który w otchłani zaczął niszczyć wszystkie granice. Asmodeusz nie zbuntował się z powodu jednej niesprawiedliwości ani jednego pytania. W pierwszych szeptach Lucyfera usłyszał obietnicę nieskończoności. Uwierzył, że każde ograniczenie jest zniewagą wobec potężnej istoty. Skoro pragnienie mogło rosnąć, uznał, że powinno być zaspokajane bez końca. Skoro istniały rzeczy piękne, pragnął posiadać je wszystkie. Skoro doświadczał zachwytu, domagał się zachwytu większego, silniejszego i trwającego wiecznie.
Nie chciał już prowadzić pragnienia ku dobru. Chciał uczynić pragnienie dobrem samym w sobie. Po strąceniu odkrył, że w otchłani nie ma niczego, co mogłoby go nasycić. Nie było tam żywego światła. Nie było harmonii ani bliskości, która nie zawierałaby zdrady. Każda iskra gasła w chwili pochwycenia, a każde doznanie pozostawiało po sobie pustkę większą niż wcześniej.
Asmodeusz zareagował inaczej niż Mammon. Mammon zamykał brak w skarbcu i próbował go zasypać rzeczami. Asmodeusz rzucił się na brak, jakby mógł go pożreć. Pierwszy raz ujawnił swoją nową naturę przy zbiorniku martwego ognia. Kilkudziesięciu rannych upadłych czekało na przydział światła. Thamiel pilnował porządku, a słudzy Mammona oznaczali każdego proszącego znakiem długu.
Asmodeusz pojawił się bez wezwania. Jego postać zachowywała jeszcze dawną piękność. Miał smukłe skrzydła o barwie głębokiej czerwieni, jasną twarz i oczy przypominające rozżarzone rubiny. Jedynie usta zdradzały przemianę. Poruszały się nieustannie, jakby smakowały niewidzialną substancję.
— Daj mi ogień — powiedział.
Thamiel zastąpił mu drogę.
— Zbiornik należy do tronu.
— Wszystko tutaj należy do tronu, dopóki ktoś silniejszy tego nie zabierze.
— Mammon prowadzi rachunek.
Asmodeusz roześmiał się.
— Mammon liczy, ponieważ boi się używać tego, co zgromadził. Ja nie mam tego lęku.
Wsunął dłoń do zbiornika. Martwy ogień objął jego ramię i wszedł pod skórę. Ranni patrzyli, jak pochłania zapas przeznaczony dla całej grupy. Jego skrzydła rozbłysły, rany na piersi zamknęły się, a twarz odzyskała na moment dawny blask. Asmodeusz odchylił głowę. Przez krótką chwilę wydawał się nasycony.
Potem światło w jego oczach zgasło.
— Więcej — zażądał.
— Zbiornik jest pusty — odpowiedział Thamiel.
Asmodeusz spojrzał na czekających upadłych. Każdy z nich zachował odrobinę światła w ciele. Niewiele, ale wystarczająco, by wzbudzić jego pragnienie.
— Nie jest pusty — powiedział. — Ogień tylko zmienił naczynia.
Rzucił się na najbliższego rannego. Wbił palce w jego pierś i zaczął wyciągać z niej blask. Ofiara krzyczała, szarpiąc się pod jego ciężarem. Asmodeusz pochłaniał światło przez dłonie, usta i rany. Im więcej przyjmował, tym szybciej gasła jego własna jasność. Thamiel chwycił go za skrzydło.
— Lucyfer zakazał niszczenia użytecznych sług!
Asmodeusz odwrócił się gwałtownie. Jego szczęka rozsunęła się szerzej, niż pozwalała na to anielska forma. Pod pierwszym rzędem zębów pojawił się drugi, a za nim trzeci.
— W takim razie niech da mi coś bardziej użytecznego.
Thamiel odskoczył. Dopiero wtedy Asmodeusz zobaczył własne odbicie w czarnej ścianie. Dawny opiekun pragnienia miał dwie twarze. Pierwsza pozostawała piękna. Potrafiła budzić zaufanie, zachwyt i pożądanie. Druga poruszała się pod nią, rozciągając skórę od wewnątrz. Nie miała oczu, tylko ogromne usta otoczone kręgami ostrych zębów. Gdy Asmodeusz zapragnął czegokolwiek, spod pięknego oblicza wyłaniał się zarys tej drugiej twarzy.
Dotknął policzka.
— Co się ze mną dzieje?
Nikt mu nie odpowiedział. Z jego brzucha dobiegł głuchy odgłos. Nie przypominał burczenia pustego żołądka. Brzmiał jak przesuwanie wielkiego ciała w ciemnej pieczarze. Skóra na torsie rozstąpiła się i odsłoniła pionową szczelinę ciągnącą się od piersi do podbrzusza. Wewnątrz nie było organów ani światła. Były kolejne paszcze.
Każda pragnęła czegoś innego. Jedna wołała o ogień. Druga o dotyk. Trzecia o władzę. Czwarta o cudzy zachwyt. Piąta o ból, ponieważ nawet ból był doznaniem zdolnym na chwilę zagłuszyć pustkę. Asmodeusz zakrył szczelinę skrzydłami, lecz paszcze gryzły pióra od środka. Każde zniszczone pióro zmieniało się w cienki, ruchliwy język. Wkrótce jego skrzydła nie przypominały już skrzydeł. Składały się z wijących się pasm, które wyciągały się ku wszystkiemu, co poruszało się w pobliżu.
To, czego pragnął, zaczynało go przemieniać. Kiedy pożądał siły, jego ramiona nabrzmiewały i pokrywały się kolcami. Gdy łaknął piękna, twarz stawała się doskonała, lecz reszta ciała gniła szybciej. Kiedy zapragnął strachu innych, wyrastały mu oczy zdolne widzieć najmniejszą słabość. Gdy próbował nasycić się cierpieniem, na jego palcach pojawiały się haczyki przeznaczone do rozrywania duchowego ciała.
Nie posiadał już jednej postaci. Przybierał kształt własnego głodu. Wieść o wydarzeniu dotarła do tronu. Lucyfer polecił przyprowadzić Asmodeusza, zanim ten pochłonie kolejnych rannych. Czterech strażników zakuło go w łańcuchy Mammona. Asmodeusz szedł dobrowolnie, lecz podczas drogi dotykał językami ścian, próbując zlizać z nich resztki światła. Kiedy stanął przed Lucyferem, ponownie przybrał piękną postać.
Tylko cień zdradzał prawdę. Na posadzce nie było w nim głowy ani skrzydeł. Widać było jedynie wielką paszczę otoczoną mniejszymi ustami. Lucyfer patrzył na niego z wysokości tronu.
— Zniszczyłeś zapas ognia.
— Użyłem go.
— Był przeznaczony dla Legionu.
— Legion nie umie pragnąć wystarczająco mocno.
Mammon stał u podnóża schodów. Jego czarne dłonie zacisnęły się na tablicy rachunkowej.
— Pochłonął światło należące do tronu i pozostawił trzydziestu dwóch dłużników niezdolnych do pracy.
Asmodeusz obrócił ku niemu piękną twarz.
— Gniewasz się o światło czy o to, że nie zdążyłeś sprzedać go dwa razy?
— Wszystko ma cenę.
— Cena jest tylko lękiem sprzedawcy przed utratą przyjemności.
— A przyjemność jest chwilą, za którą głupiec gotów jest oddać przyszłość.
Asmodeusz uśmiechnął się.
— Dlatego będziemy dobrze współpracować.
Lucyfer uderzył czarną dłonią w poręcz tronu. Z kamienia wystrzeliły korzenie martwego światła i oplotły ciało Asmodeusza.
— Uklęknij.
— Jestem głodny.
— Uklęknij, a otrzymasz ogień.
Asmodeusz opadł na kolano, zanim zdążył ukryć ruch. Mammon zauważył to pierwszy.
— Więc głód jest twoim panem — powiedział.
Asmodeusz rzucił się ku niemu, lecz więzy zacisnęły się na jego szyi. Piękna twarz pękła. Spod niej wysunęły się pozbawione oczu usta, kłapiąc zębami zaledwie o szerokość dłoni od Mammona. Lucyfer roześmiał się cicho.
— Oto wolny duch, który uklęknął przed obietnicą jednej iskry.
Asmodeusz szarpał się w korzeniach.
— Daj mi ją!
— Najpierw pokaż, co uczynisz z człowiekiem.
Na dźwięk tego słowa paszcze w jego ciele zamilkły. Przyszły człowiek nie miał jeszcze ciała, a mimo to już stawał się przedmiotem planów otchłani. Asmodeusz powoli odzyskał kontrolę nad twarzą.
— Człowiek będzie miał zmysły — powiedział. — Będzie odczuwał głód, ból, przyjemność i tęsknotę. Jego ciało nie będzie więzieniem. Będzie bramą, przez którą dobro dotrze do jego duszy.
— Mów dalej — rozkazał Lucyfer.
— Nauczymy go, że brama jest celem. Przekonamy go, że istnieje po to, aby doznawać. Każdą przyjemność oddzielimy od jej znaczenia. Pokarm od wdzięczności. Bliskość od miłości. Płodność od odpowiedzialności. Odpoczynek od pracy. Zachwyt od piękna.
Oczy Mammona zwęziły się.
Asmodeusz mówił coraz pewniej:
— Nie zakażemy mu pragnąć. Każemy mu pragnąć bez końca. Gdy otrzyma jedną rzecz, pokażemy mu następną. Kiedy zdobędzie ciało drugiego człowieka, wmówimy mu, że potrzebuje kolejnego. Kiedy zazna rozkoszy, sprawimy, by wspomnienie wydawało się silniejsze od samego przeżycia. Będzie próbował je powtórzyć, ale każde powtórzenie stanie się słabsze.
— A wtedy? — zapytał Belial.
— Wtedy zwiększy dawkę.
W sali zapadła cisza. Asmodeusz uniósł skute dłonie.
— Człowiek będzie sądził, że wybiera przyjemność. W rzeczywistości będzie uciekał przed chwilą, w której pozostanie sam ze sobą. Będzie jadł, choć nie będzie głodny. Pił, choć napój przestanie mu smakować. Dotykał, choć nie poczuje bliskości. Będzie szukał coraz mocniejszych doznań, aż zniszczy zdolność odczuwania czegokolwiek.
— A potem przyjdzie do nas — powiedział Lucyfer.
— Nie od razu. Najpierw zacznie nienawidzić tych, których używał. Będą mu przypominać, że nie potrafił się nasycić. Zamieni ich w przedmioty, aby nie słyszeć ich bólu. Jeśli zaprotestują, oskarży ich o ograniczanie jego wolności.
Belial skinął głową.
— Mogę dać mu słowa, które nazwą niewolę wyzwoleniem.
— A ja dam mu dług — dodał Mammon. — Będzie płacił za własne kajdany.
Asmodeusz spojrzał na nich z pogardą.
— Możecie dawać mu nazwy i wystawiać rachunki. Lecz to ja sprawię, że sam po nie przyjdzie.
Lucyfer podniósł się z tronu. W dłoni trzymał obiecaną iskrę.
— Otwórz usta.
Asmodeusz rozwarł szczękę. Lucyfer nie wrzucił ognia do pierwszej paszczy. Wcisnął go w szczelinę znajdującą się na piersi demona. Wszystkie ukryte usta rzuciły się ku światłu jednocześnie. Zaczęły gryźć siebie nawzajem, rozrywając ciało gospodarza od środka. Asmodeusz zawył. Iskra zgasła, zanim zdołał jej zakosztować.
— To jest twoja nagroda — powiedział Lucyfer. — Będziesz otrzymywał tyle, by nie przestać pragnąć, lecz nigdy dość, aby się nasycić.
Asmodeusz podniósł na niego oczy. Przez moment pojawiła się w nich nienawiść czysta i niemal trzeźwa.
— Pewnego dnia zapragnę także twojego tronu.
— Wtedy przekonasz się, czy silniejszy jest twój głód, czy mój.
Lucyfer rozwiązał więzy. Asmodeusz wstał, przybierając na powrót piękne oblicze. Odchodząc, minął jednego ze strażników. Zatrzymał się przy nim i szepnął kilka słów. Strażnik spojrzał na własne pióra, potem na pióra towarzysza. W jego oczach pojawiło się pragnienie posiadania cudzego blasku. Asmodeusz nie musiał go dotknąć.
Od tej chwili potrafił budzić głód w innych. Nie tworzył pragnień z niczego. Odnajdywał potrzebę już obecną w istocie, odcinał ją od właściwego celu, a potem powiększał, aż przesłaniała wszystko inne. Głodnemu nie oferował pokarmu, lecz obżarstwo. Samotnemu nie dawał więzi, lecz kolejne ciała. Spragnionemu uznania nie przynosił prawdy o jego wartości, tylko tłum, który dzisiaj wielbił, a następnego dnia odwracał wzrok.
Najokrutniejsze było to, że jego ofiary początkowo odczuwały ulgę. Dopiero później odkrywały, że każda przyjemność pogłębiła pustkę. Asmodeusz odszedł z sali tronowej i nigdy więcej nie odzyskał jednej postaci. Nosił ich tysiące. Dla jednych był pięknym aniołem. Dla innych ukochanym obliczem. Przybierał kształt marzenia, wspomnienia, zakazanego dotyku albo obietnicy doświadczenia, którego rzekomo nie wolno było utracić.
Lecz w świetle prawdy jego ciało zawsze wyglądało tak samo. Było zbiorem paszcz pożerających się nawzajem. To właśnie stało się z duchem, który niegdyś uczył, że granica jest brzegiem naczynia. Rozbił naczynie, aby otrzymać nieskończoność, i pozostał z darem rozlanym w ciemności. Mógł wzbudzić każde pragnienie, ale nie potrafił kochać tego, czego pragnął. Mógł pochłonąć tysiące istnień, a mimo to nie zachować w sobie ani jednego z nich. Im więcej przyjmował, tym mniej istniało w nim samym.
Mammon został więźniem własnego skarbca. Asmodeusz stał się pustką, która nauczyła się gryźć. I odtąd wszędzie tam, gdzie przyjemność odrywano od dobra, gdzie drugą istotę zamieniano w narzędzie doznania, a wolność utożsamiano z brakiem granic, wyrastała jedna z jego niewidzialnych paszcz. Nie mówiła: „Zniszcz siebie”.
Mówiła tylko:
„Jeszcze raz”.
A gdy człowiek jej ulegał, szeptała:
„To wciąż za mało”.
5. Astarot — wiedza pozbawiona mądrości
Astarot znał budowę światła. Rozumiał zależności pomiędzy chórami, prawa rządzące drogami oraz sposób, w jaki pieśń jednego anioła mogła wzmacniać tysiące innych głosów. Potrafił odczytywać ślady pozostawione w stworzeniu i na ich podstawie rozpoznawać zdarzenia, których sam nie widział. Gdy jakiś fragment niebiańskiej sfery tracił harmonię, Astarot znajdował uszkodzenie, zanim pierwsza rysa stała się widoczna.
Nie był najmądrzejszy pośród aniołów. Był jednym z najbardziej uczonych. Różnica pomiędzy tymi określeniami wydaje się niewielka tylko temu, kto nie rozumie natury wiedzy. Wiedza mówi, co można uczynić. Mądrość pyta, czy należy to uczynić i czemu ma to służyć. Wiedza rozpoznaje mechanizm. Mądrość widzi jego miejsce pośród innych dóbr. Wiedza może otworzyć drzwi. Mądrość wie, za którymi drzwiami znajduje się przepaść.
Przed buntem Astarot przyjmował tę różnicę. Nigdy jednak jej nie pokochał. Drażniło go, że jego poznanie posiada granice. Każda tajemnica wydawała mu się osobistym wyzwaniem, a każde pytanie, na które nie otrzymywał natychmiastowej odpowiedzi, traktował jak odmowę należnego mu prawa. Kiedy Lucyfer zaczął szeptać o wolności od Boga, nie obiecał Astarotowi władzy ani chwały.
Obiecał mu dostęp.
— Bóg zatrzymuje część wiedzy dla siebie — powiedział. — Nazywa to tajemnicą, abyśmy nie nazwali tego zazdrością.
Astarot nie uwierzył mu od razu. Lecz zapamiętał te słowa. Podczas wojny to właśnie on pomógł odnaleźć dawne szlaki prowadzące ku Filarowi Granic. Znał budowę niebiańskich przejść i potrafił wskazać miejsca, w których prawo było najcieńsze. Ostrzegał Lucyfera, że niektórych struktur nie można naruszyć bez szkody dla wszystkich istnień.
Mimo to pokazał mu, gdzie należy uderzyć. Później tłumaczył, że jedynie przekazał informację. Jakby informacja nie miała ciężaru. Jakby ten, kto wskazuje mordercy miejsce ukrycia ofiary, nie uczestniczył w zadaniu ciosu. Po strąceniu Astarot zachował więcej dawnej świadomości niż wielu innych buntowników. Potrafił opisać, czym była otchłań. Rozumiał, że nicość nie jest potęgą ani ukrytym bóstwem. Wiedział, że upadli nie stworzyli nowego świata, lecz zamieszkali w ranie powstałej z ich własnej odmowy.
Powiedział o tym Lucyferowi, gdy mury piekła były jeszcze świeże.
— Nie stworzyłeś tego królestwa — oznajmił. — Nadałeś kształt ruinom i nazwałeś je dziełem.
Lucyfer siedział już wtedy na tronie z martwego światła.
— A jednak ruiny są posłuszne mojej woli.
— Nie są posłuszne. Reagują na strach, nienawiść i światło, które w nie wtłaczamy. Jeżeli przestaniemy je zasilać, zaczną się rozpadać.
— Zatem znajdziemy nowe źródło.
— Nie istnieje tu źródło. Są tylko zapasy.
Lucyfer pochylił się ku niemu.
— W takim razie twoim zadaniem będzie sprawić, by zapasy nigdy się nie skończyły.
Astarot wiedział, że było to niemożliwe. Nie powiedział tego po raz drugi. Wiedza, która nie chciała służyć prawdzie, zaczęła służyć przetrwaniu właściciela. Po pierwszym rozkazie tronu Astarot zerwał z piersi znak dawnego chóru. Był nim krąg przecięty pionową linią — symbol poznania połączonego z prawdą, która prowadziła od źródła ku celowi.
Astarot wyrwał linię. Zachował krąg.
— Cel ogranicza poznanie — powiedział. — Od tej chwili będę badał wszystko bez zakazów.
W miejscu usuniętego znaku otworzyła się rana. Nie wypłynęła z niej krew ani światło. Pojawiły się litery, liczby oraz fragmenty praw, które Astarot poznawał od chwili stworzenia. Znaki przesuwały się pod jego skórą, nakładały na siebie i rozpadały na mniejsze symbole. Początkowo był zachwycony. Wyciągnął dłoń i dotknął czarnej ściany. Natychmiast ujrzał jej budowę. Rozpoznał warstwy strąconych sfer, skrzepy martwego blasku, odciski lęku i cienkie pęknięcia prowadzące ku nicości. Wiedział, gdzie ściana jest najsłabsza i jak można ją wzmocnić.
Nie dostrzegł jedynie głosów uwięzionych wewnątrz. Słyszał je, lecz przestał uważać za istotne.
— Materiał reaguje na cierpienie — powiedział.
W ścianie jęknął jeden z uwięzionych upadłych.
— To nie materiał — odezwała się Lemea z głębi więzienia. — To ktoś, kogo zamknęliście w murze.
Astarot przyjrzał się drgającej powierzchni.
— W obecnym układzie pełni funkcję materiału.
— Nadal ma imię.
— Imię nie zmienia zastosowania.
Właśnie wtedy mądrość zaczęła opuszczać jego spojrzenie. Nie stracił pamięci. Przeciwnie — pamiętał coraz więcej. W jego oczach pojawiły się koncentryczne pierścienie, które obracały się niezależnie od siebie. Każdy rejestrował inną właściwość widzianej rzeczy. Jeden rozpoznawał skład. Drugi przeznaczenie. Trzeci słabość. Czwarty przewidywał możliwe użycie. Żaden nie dostrzegał godności.
Kiedy Astarot spoglądał na anioła, widział strukturę skrzydeł, siłę światła, podatność na ból oraz miejsce, w którym można przerwać jego osobistą pieśń. Nie widział już brata. Jego dłonie wydłużyły się. Palce rozdzieliły na cienkie, precyzyjne narzędzia. Niektóre przypominały ostrza, inne igły albo chwytaki. Każdy służył innemu rodzajowi badania. Jego skrzydła utraciły pióra i rozciągnęły się w półprzezroczyste płaty pokryte ruchomymi zapisami. Gdy otwierał je szeroko, można było zobaczyć plany niebiańskich sfer, fragmenty pieśni oraz konstrukcje broni zbudowanej ze skradzionego światła.
Na jego czole otworzyło się dodatkowe oko. Nie patrzyło na to, co istniało. Patrzyło na to, co można było z daną rzeczą zrobić. Astarot rozpoczął badania nad przemianą upadłych. Przyprowadzał rannych do komory wydrążonej pod wschodnią ścianą otchłani. Obiecywał im, że odkryje sposób na zatrzymanie utraty światła.
Nie wszystkim mówił, jaką cenę zapłacą. Jednym z pierwszych był Naor, młody duch, któremu podczas strącenia spłonęła część skrzydła. To jego Lemea wcześniej podtrzymała ostatnim czystym tonem. Strażnicy położyli go na kamiennej płycie. Astarot pochylił się nad raną.
— Światło odpływa przez trzy pęknięcia — stwierdził. — Jeżeli je zamknę, przeżyjesz.
— Potrafisz mnie uleczyć?
— Uzdrowienie wymaga przywrócenia pierwotnej harmonii. Nie mamy do niej dostępu.
— Więc co zrobisz?
— Zatrzymam rozpad.
Naor dostrzegł narzędzia wyrastające z palców Astarota.
— Czy będzie bolało?
Astarot zastanowił się przez chwilę. Nie nad tym, czy powinien oszczędzić mu cierpienia. Obliczał jedynie, czy ból wpłynie na wynik badania.
— Tak — odpowiedział. — Lecz ból dostarczy dodatkowych informacji.
Pierwsze ostrze weszło pod krawędź rany. Naor krzyknął. Astarot obserwował pierścienie rozchodzące się po jego ciele i zapisywał reakcję na błonie własnego skrzydła.
— Natężenie cierpienia zwiększa przyczepność martwego światła — powiedział.
— Przestań!
— Gdybym przestał, dotychczasowy ból zostałby zmarnowany.
Rozsunął ranę szerzej. Zamiast uleczyć Naora, wprowadził w jego ciało nić czarnego ognia. Nić zatrzymała wyciek światła, ale połączyła rannego ze ścianą komory. Naor mógł żyć tak długo, jak długo nie próbował odejść. Astarot uznał zabieg za udany.
— Uwięziłeś mnie — wyszeptał Naor.
— Przedłużyłem twoje istnienie.
— Nie będę mógł się stąd ruszyć.
— Ruch nie był celem doświadczenia.
— Dla mnie był!
Astarot spojrzał na niego wszystkimi pierścieniami oczu.
— Twoja opinia nie zmienia wyniku.
Wieść o powodzeniu dotarła do Lucyfera. Władca Otchłani przybył do komory w towarzystwie Beliala, Mammona i Asmodeusza. Mammon policzył zużyte światło. Asmodeusz smakował unoszący się w powietrzu ból. Belial zastanawiał się, jak nazwać niewolę Naora, aby pozostali uznali ją za ratunek. Lucyfer obejrzał nić łączącą rannego ze ścianą.
— Potrafisz zrobić to z każdym? — zapytał.
— Jeżeli poznam jego budowę.
— A możesz zmienić budowę?
Astarot wskazał swoje skrzydła.
— Każda natura posiada granice. Nie mogę stworzyć nowej. Mogę jednak rozwinąć jedną właściwość kosztem pozostałych.
— Wyjaśnij.
— Wojownika można uczynić silniejszym, jeżeli odbierze mu się zdolność wahania. Posłańca można przyspieszyć, jeśli pozbawi się go potrzeby rozumienia przekazywanych rozkazów. Strażnik wytrzyma więcej bólu, kiedy zniszczy się w nim pamięć o stanie bez cierpienia.
— A wierność? — zapytał Lucyfer. — Możesz ją stworzyć?
— Nie.
Twarz Lucyfera stężała.
— Możesz usunąć zdradę?
— Mogę uszkodzić wolę, pamięć albo zdolność podejmowania decyzji. To nie będzie wierność. Otrzymasz narzędzie, które nie potrafi odmówić.
— Wystarczy.
Naor poruszył się na płycie.
— Mówiłeś, że szukasz lekarstwa.
Belial zbliżył się do niego.
— I znalazł. Nie umierasz.
— To nie jest życie.
— Definicję życia ustala ten, kto ocalił cię przed śmiercią.
Astarot odwrócił się od nich. Nie potrzebował pomocy Beliala, aby zignorować głos ofiary. Dla niego Naor przestał już być osobą. Stał się pierwszym potwierdzeniem nowej metody. Lucyfer podszedł do stołu.
— Powiedziałeś, że nie potrafimy tworzyć nowych natur.
— To prawda.
— Nigdy więcej nie wypowiadaj tych słów wobec Legionu. Upadli mają wierzyć, że stajemy się nową rasą.
— Wiara nie zmienia faktu.
— Lecz zmienia zachowanie.
Astarot spojrzał na Beliala. Zrozumiał wówczas, że w piekle wiedza nie będzie decydowała o tym, co uznaje się za prawdę. Prawda miała być wybierana według użyteczności. Mógł zaprotestować.
Zamiast tego zapytał:
— Jak mam nazywać proces?
Belial odpowiedział natychmiast:
— Doskonaleniem.
Naor zaczął się śmiać. Był to cichy, złamany śmiech istoty, która zobaczyła pełnię kłamstwa.
— Odbieracie nam wszystko — powiedział — a każdą stratę nazywacie darem.
Astarot zanotował reakcję.
„Świadomość przymusu zwiększa opór. W przyszłości ograniczyć wiedzę badanego”.
To zdanie zamknęło jego przemianę bardziej ostatecznie niż zerwanie znaku z piersi. Nie utracił rozumu. Nie stał się szaleńcem. Jego obliczenia pozostały dokładne, pamięć niemal doskonała, a zdolność przewidywania rosła z każdym doświadczeniem. Utracił coś ważniejszego. Przestał pytać o dobro. Od tej chwili interesowało go wyłącznie, czy coś jest możliwe, ile kosztuje i jakie przyniesie rezultaty. Cierpienie uznawał za wielkość mierzalną. Wolność za przeszkodę w kontroli. Życie za układ elementów, które można rozebrać, ulepszyć albo wykorzystać.
Jego wiedza rosła, lecz z każdym odkryciem rozumiał mniej. Lucyfer polecił mu przygotować katalog darów upadłych i opisać sposoby ich wypaczenia. Astarot stworzył więc pierwsze tablice przemiany. Obok każdego dawnego powołania zapisał jego możliwe zastosowanie w Królestwie Ciemności. Opieka mogła stać się kontrolą. Sprawiedliwość — karą pozbawioną miłosierdzia.
Odwaga — okrucieństwem nieznającym lęku. Roztropność — podstępem. Piękno — przynętą. Pragnienie — nałogiem. Wiedza — bronią.
Kiedy ukończył zapis, Lucyfer zapytał:
— A prawda? W co można przemienić prawdę?
Astarot milczał dłużej niż zwykle. Wiedział, że prawda nie może stać się kłamstwem. Można ją było ukryć, podzielić, wyrwać z kontekstu albo wykorzystać do oszustwa, lecz sama pozostawała tym, czym była.
— W oskarżenie — odpowiedział w końcu. — Jeżeli pokażemy komuś tylko tę część prawdy, która go potępia, i ukryjemy wszystko, co daje mu nadzieję.
Lucyfer uśmiechnął się.
— Uczysz się mądrości naszego królestwa.
Nie była to mądrość. Była to inteligencja oddana na służbę nienawiści. Od tamtej chwili Astarot badał wszystko, czego dotknęło piekło. Rozcinał martwe światło, analizował pamięć więźniów i szukał sposobów wnikania w przyszłe ludzkie myśli. Marzył o dniu, w którym człowiek otrzyma zdolność odkrywania praw natury.
Nie zamierzał powstrzymywać jego rozwoju. Pragnął odłączyć wiedzę człowieka od odpowiedzialności. Chciał nauczyć go budować wcześniej, niż nauczy się przewidywać skutki. Dać mu broń potężniejszą od sumienia. Przekonać go, że wszystko, co można uczynić, wolno uczynić, a każdy zakaz jest przejawem lęku przed postępem. Wiedział, że człowiek będzie potrafił rozszczepić najmniejszą cząstkę materii.
Liczył na to, że wcześniej pozwoli rozszczepić własne sumienie.
Tak Astarot stał się demonem wiedzy pozbawionej mądrości. Widział mechanizm wszystkiego, lecz nie rozumiał wartości niczego. Potrafił zatrzymać rozpad ciała, lecz nie umiał ocalić życia. Znał tysiące odpowiedzi, ponieważ wykreślił pytanie najważniejsze:
„Czy to jest dobre?”
Pozostało mu tylko:
„Czy to jest możliwe?”
I właśnie dlatego był groźniejszy od wielu demonów, które zabijały mieczem. Miecz niszczył jedną istotę. Wiedza Astarota mogła nauczyć całe pokolenia, jak niszczyć się samodzielnie — precyzyjnie, skutecznie i z przekonaniem, że czynią postęp.
6. Abaddon — siła, która odrzuciła granice
Abaddon nie był stworzony do niszczenia wszystkiego. Został powołany do kończenia tego, co nie powinno trwać. W pierwszych sferach istniały struktury przejściowe, przygotowane do spełnienia jednego zadania. Gdy cel zostawał osiągnięty, należało je rozwiązać, aby uwolnić zawarte w nich światło i przekazać je następnym dziełom. Zdarzały się także błędne układy powstałe wskutek niedoskonałego działania młodszych duchów. Nie były złe, lecz pozostawione bez naprawy mogły zakłócić harmonię większej całości.
Abaddon rozdzielał to, co należało rozdzielić. Nie czynił tego w gniewie. Jego siła była precyzyjna, a każde uderzenie podporządkowane granicy wyznaczonej przez Boga. Potrafił rozbić całą sferę, nie naruszając pojedynczej nici światła biegnącej obok niej. W dłoniach trzymał młot zakończenia — ciężki nie przez materię, lecz przez powagę prawa, które reprezentował.
Na jego piersi znajdował się znak zamkniętego kręgu przeciętego ostrzem. Ostrze oznaczało zniszczenie. Krąg przypominał, gdzie zniszczenie musi się zatrzymać. Abaddon należał do najpotężniejszych wojowników, jakich widziałem. Nie dorównywał Lucyferowi blaskiem ani mnie szybkością miecza, lecz kiedy stawał przed powierzonym mu zadaniem, nawet największe konstrukcje drżały. Nigdy nie cofał uderzenia. Nigdy też nie zadawał drugiego, jeśli wystarczało jedno.
Wtedy jeszcze rozumiał, że siła bez granicy zwraca się przeciwko temu, kto ją posiada. Podczas pierwszych rozmów Lucyfera Abaddon zachowywał dystans. Nie interesowały go obietnice piękna, własności ani wiedzy. Słuchał dopiero wtedy, gdy Najjaśniejszy zaczął mówić o prawach Nieba.
— Każdy z nas nosi moc, a mimo to przed każdym działaniem musi pytać o pozwolenie — powiedział Lucyfer. — Czy potęga, której nie wolno użyć według własnej woli, naprawdę należy do tego, kto ją otrzymał?
Abaddon spojrzał na młot.
— Granica oddziela siłę od szaleństwa.
— A jeśli granicę wyznaczono dlatego, że Bóg lęka się naszej siły?
Było to kłamstwo, lecz trafiło w miejsce, którego Abaddon nigdy wcześniej nie badał. Nie zapragnął tronu. Zapragnął sprawdzić, jak potężny jest naprawdę. Podczas wojny odrzucił krąg, ale zachował ostrze. Na początku twierdził, że granice ustali sam. Później przestał ustalać je w ogóle.
Gdy wkroczył do bitwy, nie walczył jak pozostali buntownicy. Legion Lucyfera uderzał w określone chóry, bramy i filary. Abaddon niszczył wszystko, co znalazło się przed nim. Rozbijał drogi, po których maszerowały obie armie. Kruszył osłony wiernych i buntowników jednakowo. Nie obchodziło go, kto stanie się ofiarą, jeśli każde kolejne uderzenie pozwalało mu poznać pełnię własnej mocy.
Widziałem go przy trzeciej bramie Harmonii. Stał wśród ruin, większy niż wcześniej, ponieważ każde zniszczenie zdawało się poszerzać jego postać. Wokół niego leżeli aniołowie obu stron.
— Abaddonie! — zawołałem. — Twoi sprzymierzeńcy są pośród nich!
Oparł młot o ramię.
— Skoro nie przetrwali, nie byli warci zwycięstwa.
— Nie powierzono ci prawa osądzania ich wartości.
— Właśnie po to walczę, Michale, aby nikt więcej nie musiał mi powierzać prawa.
Ruszył dalej. Wtedy zrozumiałem, że Lucyfer nie zyskał wiernego żołnierza. Uwolnił katastrofę. Abaddon nigdy nie złożył przysięgi związanej z pierścieniem Najjaśniejszego. Nie pozwolił, by jego osobistą pieśń objęło nowe prawo Legionu. Walczył u boku buntowników, ponieważ wojna dawała mu możliwość niszczenia, ale nie uznał Lucyfera za pana.
Po strąceniu ta odmowa uratowała go przed całkowitą kontrolą tronu. Nie uratowała go przed przemianą. Spadł daleko od głównego Legionu. Jego ciało uderzyło w jedną ze strąconych sfer i przebiło ją na wylot. Za nim runęły setki wojowników, którzy podczas wojny przyłączyli się nie do Lucyfera, lecz bezpośrednio do Abaddona.
W miejscu ich upadku otworzyła się rozległa jama. Nie przypominała więzień zbudowanych później przez Mammona ani komór Astarota. Była surową raną w otchłani. Jej ściany drżały od siły pierwszego uderzenia, a wszystko, co do niej wpadało, zaczynało pękać. Abaddon podniósł się jako pierwszy. Jedno z jego skrzydeł zostało zmiażdżone, drugie rozdarło się na trzy części. Zamiast próbować je uleczyć, oderwał uszkodzone pióra i wbił w ziemię. Każde zmieniło się w czarny słup wyznaczający granicę jego własnej domeny.
Zachował więc granicę. Nie po to, aby ograniczała jego siłę. Po to, aby inni nie wkraczali na teren, który uznał za swój. Jego ciało zaczęło rosnąć. Pancerz, który niegdyś osłaniał stworzenie przed odłamkami rozbijanych struktur, wniknął w skórę. Zgrubiał i pokrył się pęknięciami świecącymi czerwonym ogniem. Ramiona stały się tak ciężkie, że każdy ruch pozostawiał rysy na podłożu. Dłonie zrosły się częściowo z trzonem młota.
Nie mógł już odłożyć broni. Młot zakończenia również uległ przemianie. Okrąg wyznaczający kres uderzenia pękł i opadł z jego głowicy. Pozostało samo ostrze, teraz nierówne i ciemne. Każdy cios rozchodził się dalej, niż zamierzał Abaddon. Uderzenie w jedną ścianę kruszyło następną. Zniszczenie nie zatrzymywało się na celu, lecz biegło przez otchłań niczym choroba.
Abaddon przyglądał się temu bez lęku.
— Więcej — powiedział.
Uderzył ponownie. Fala zniszczenia powaliła jego własnych wojowników. Jeden z nich został przygnieciony odłamkiem i zawołał o pomoc. Abaddon minął go.
— Dowódco! — krzyknął ranny. — Nie mogę się podnieść!
— Zatem pozostań na ziemi.
— Walczyłem przy tobie!
— Walczyłeś, ponieważ chciałeś przetrwać.
— Wierzyłem w twoją siłę.
Abaddon zatrzymał się i spojrzał na niego z góry.
— Siła nie jest obietnicą ochrony.
Uderzył młotem obok rannego. Kamień pękł, a ciało wojownika zniknęło pod gruzami. Na twarzy Abaddona nie było gniewu ani przyjemności. To odróżniało go od Asmodeusza, który potrafił żywić się cierpieniem. Abaddon nie potrzebował krzyku. Nie nienawidził tego, co niszczył. Po prostu nie uznawał, by cokolwiek posiadało wartość zdolną zatrzymać jego rękę.
Jego twarz traciła rysy za każdym razem, gdy używał pełni mocy. Oczy zapadały się w głąb czaszki, usta znikały pod pancerzem, a czoło zrastało się z hełmem. Gdy przestawał walczyć, oblicze częściowo powracało, lecz za każdym razem pozostawało w nim mniej dawnego anioła. W jego piersi otworzyła się głęboka szczelina.
Nie była paszczą jak u Asmodeusza ani skarbcem jak u Mammona. Przypominała tunel prowadzący donikąd. Z wnętrza wydobywał się nieustanny odgłos walących się budowli. Abaddon nosił w sobie echo wszystkiego, co zniszczył. Echo nie dawało mu spokoju. Wzywało do następnego uderzenia. Kiedy Lucyfer nakazał wszystkim upadłym wyrzec się znaków dawnych powołań, Abaddon przybył do sali tronowej z własnymi wojownikami. Nie oddał pióra na budowę tronu. Nie uklęknął podczas koronacji. Teraz również nie zamierzał wykonywać rozkazu.
Na jego piersi nadal widniał pęknięty krąg i ostrze. Lucyfer wskazał znak.
— Usuń go.
— Nie.
— To symbol prawa, które odrzuciłeś.
— To symbol siły, którą przetrwałem.
— Krąg oznacza granicę.
Abaddon dotknął pęknięcia w znaku.
— Dlatego go rozbiłem.
— Zatem usuń pozostałość.
— Nie odrzucam trofeów.
W sali poruszyli się strażnicy. Lucyfer powstrzymał ich gestem. Wiedział, że próba przymuszenia Abaddona wywoła walkę, której wynik nie był pewny. Tron dawał mu przewagę w centrum królestwa, lecz Abaddon zachował własną pieśń, własnych wojowników i domenę niezwiązaną z korzeniami korony.
— Uważasz się za równego mnie? — zapytał Lucyfer.
— Nie mierzę siły słowami.
— Zbudowałem królestwo.
— Usiadłeś na ruinach i zmusiłeś słabszych, aby nazwali je królestwem.
Belial zrobił krok naprzód.
— Obrażasz tron, który jednoczy wszystkich wolnych.
Abaddon spojrzał na niego.
— Ty zmieniasz znaczenie słów. Spróbuj zmienić znaczenie mojego młota.
Belial się cofnął. Lucyfer zszedł ze stopni. Stanęli naprzeciw siebie — dawny Niosący Światło i duch zakończenia, który nie uznawał już żadnego kresu.
— Otchłań nie pomieści dwóch władców — powiedział Lucyfer.
— W takim razie nie nazywaj mnie władcą.
— Kim jesteś?
Abaddon uniósł młot.
— Tym, co pozostaje, kiedy kończy się twoje panowanie.
Czarny ogień zadrżał w sali. Przez moment wydawało się, że Lucyfer zaatakuje. W jego dłoni pojawił się miecz, a wewnątrz ostrza zabrzmiała ostatnia nuta Oriela. Abaddon rozstawił nogi i zacisnął palce na trzonie młota. Żaden nie uderzył. Lucyfer pierwszy opuścił broń.
— Będą bramy, których nie zdołam otworzyć — powiedział. — Mury, których nie przebiją moi żołnierze. Narody zbyt silne, aby pokonać je szeptem. Wtedy będę potrzebował zniszczenia.
— Zapłacisz za nie.
Mammon poruszył czarnymi palcami, słysząc język umowy.
— Czego zażądasz? — zapytał Lucyfer.
— Prawa do tego, co pozostanie po moim przejściu.
— Gruz nie ma wartości.
— W takim razie łatwo ci będzie go oddać.
Lucyfer zgodził się, choć obaj wiedzieli, że nie zawarli przymierza. Ustanowili jedynie czasowe zawieszenie przyszłej wojny. Abaddon odwrócił się i ruszył ku wyjściu.
— Jeszcze jedno — powiedział Lucyfer. — Jeżeli przekroczysz granice mojej domeny bez wezwania, tron zwróci przeciwko tobie całą otchłań.
Abaddon zatrzymał się w progu.
— Nadal nie rozumiesz. Granica istnieje tylko tak długo, jak długo nikt wystarczająco silny w nią nie uderzył.
Po jego odejściu w sali pozostały pęknięcia. Astarot uklęknął przy jednym z nich i zbadał strukturę kamienia.
— Jego siła rośnie — stwierdził.
— Każde użycie ją powiększa — dodał Mammon. — Lecz jednocześnie niszczy narzędzie, przez które działa.
Lucyfer spojrzał na drzwi.
— Więc pewnego dnia zniszczy samego siebie.
Astarot uniósł wzrok.
— Jeżeli wcześniej nie zniszczy wszystkiego wokół.
W swojej domenie Abaddon zgromadził tych upadłych, którzy gardzili słowami Beliala, rachunkami Mammona i głodem Asmodeusza. Nie obiecywał im wolności ani nagrody. Obiecywał wyłącznie możliwość użycia siły.
— Tutaj nikt nie będzie was powstrzymywał — powiedział.
Jeden z wojowników zapytał:
— Jakie będzie nasze prawo?
Abaddon wbił młot w ziemię.
— Wytrzymaj skutki własnych czynów.
Było to jedyne prawo jego domeny. Brzmiało surowo, niemal sprawiedliwie, lecz kryło w sobie kłamstwo. Skutki przemocy nigdy nie spadają wyłącznie na tego, kto ją rozpoczyna. Cios Abaddona przechodził przez ściany, ciała i pokolenia. Najsłabsi płacili za decyzje najsilniejszych, a sprawca nazywał ich śmierć dowodem niedoskonałości.
Abaddon zaczął szkolić własne zastępy. Uczył je nie zwyciężać, lecz niszczyć zdolność przeciwnika do dalszego istnienia. Nie wystarczało pokonać wojownika. Należało rozbić jego broń, drogę odwrotu, pamięć o domu i nadzieję odbudowy. W przyszłym człowieku widział nie duszę, lecz konstrukcję, którą można złamać.
— Każdy ma punkt, po którego zniszczeniu już się nie podniesie — mówił. — Rodzinę, miasto, wiarę, ciało albo imię. Nie uderzajcie tam, gdzie jest najsilniejszy. Uderzajcie w to, bez czego jego siła nie ma znaczenia.
Tak narodziła się strategia całkowitej zagłady. Nie wystarczyło odebrać życie. Należało sprawić, by nie pozostało nic, z czego mogłoby powstać nowe. Abaddon stał się demonem zniszczenia pozbawionego celu i kresu. Nie był bestią kierowaną ślepym gniewem. Właśnie to czyniło go tak przerażającym. Rozumiał granicę, rozpoznawał ją i świadomie decydował, że nie ma prawa go zatrzymać.
Zachował dawny znak na piersi, ale nosił go jak zdobycz zabraną pokonanemu Bogu. Nie wiedział, że pęknięty krąg nadal mówił prawdę. Każde uderzenie bez granicy niszczyło także tego, kto je zadawał. Pancerz Abaddona stawał się coraz grubszy, ponieważ pod nim pozostawało coraz mniej żywej istoty. Młot wrastał w jego dłonie, aż broń i wojownik nie potrafili już istnieć osobno. Echo ruin w jego piersi rosło i zagłuszało wszystkie inne głosy.
Pewnego dnia nie będzie już wiedział, dlaczego uderza. Będzie wiedział tylko, że musi uderzyć ponownie. Mammon był więźniem posiadania. Asmodeusz — niewolnikiem pragnienia. Astarot — sługą własnej wiedzy. Abaddon stał się pierwszą ofiarą siły, której nie chciał ograniczyć. Ilekroć później ziemscy władcy niszczyli całe miasta, aby pokonać jednego przeciwnika, ilekroć wojska paliły pola, zatruwały studnie i mordowały dzieci w imię przyszłego pokoju, słyszałem echo jego młota.
Zawsze wypowiadało to samo kłamstwo:
„Jeszcze jedno uderzenie zakończy wszystko”.
Lecz zniszczenie pozbawione granicy niczego nie kończy. Pozostawia jedynie coraz mniej rzeczy, które można jeszcze ocalić.
7. Jedna ciemność, różne oblicza
Przemiana nie przebiegała jednakowo. Nie istniał jeden kształt demona, podobnie jak nie istniał jeden sposób zdrady. Każdy z upadłych wnosił do ciemności inny dar, inną pamięć i inny rodzaj odmowy. Otchłań nie tworzyła im nowych natur. Odsłaniała jedynie to, co uczynili z otrzymanym dobrem. Belial stał się językiem bez prawdy.
Mammon — dłonią niezdolną do dawania. Asmodeusz — pragnieniem, które pożerało samo siebie. Astarot — wiedzą pozbawioną pytania o dobro. Abaddon — siłą nieuznającą kresu. Mniejsi upadli przemieniali się według tej samej zasady.
Ci, którzy wcześniej strzegli dróg, zaczęli tworzyć labirynty. Ich nogi wydłużały się, mnożyły i rozchodziły w różne strony. Znali wszystkie przejścia, lecz nie potrafili już wskazać właściwego kierunku. Strażnicy pieśni zachowywali doskonały słuch, ale używali go do odnajdywania najsłabszej nuty w cudzym głosie. Duchy opieki oplatały więźniów licznymi ramionami, nazywając uwięzienie ochroną. Dawni zwiastuni powtarzali rozkazy tak długo, aż słowa traciły sens i stawały się samym przymusem.
Im potężniejszy był pierwotny dar, tym potężniejsze stawało się jego wypaczenie. Lecz także tym boleśniejsza była utrata. Niektórzy próbowali odcinać zdeformowane części ciała. Wyrywali pazury, łamali rogi, rozcinali dodatkowe paszcze. Przez krótką chwilę odzyskiwali dawny wygląd, ale rana odrastała w jeszcze straszniejszym kształcie. Nie ciało było bowiem źródłem przemiany.
Ciało jedynie mówiło prawdę o wyborze ducha. Demony szybko nauczyły się ukrywać tę prawdę. Pierwszy uczynił to Belial. Nie posiadał już własnej twarzy, więc odbijał w obliczu pragnienia patrzącego. W obecności zalęknionych przyjmował postać opiekuna. Przed gniewnymi wyglądał jak wojownik. Tym, którzy tęsknili za Niebem, ukazywał blade wspomnienie dawnego blasku.
Asmodeusz podchwycił jego metodę. Potrafił przybrać kształt tego, czego pragnęła ofiara. Mammon ukrywał czarne dłonie pod rękawami utkanymi ze złotego światła. Astarot zasłaniał narzędzia wyrastające z palców i przedstawiał się jako nauczyciel. Nawet mniejsi upadli zaczęli budować maski z fragmentów własnej pamięci. Maska nie usuwała przemiany.
Pozwalała jedynie oszukać patrzącego. W pobliżu tronu, gdzie skupiał się martwy blask, można było zobaczyć dwie postacie każdego demona. Jedna stała przed obserwatorem. Druga kładła się cieniem na posadzce. Cień nigdy nie kłamał. Duch o pięknym obliczu rzucał cień drapieżnika. Pokorny sługa miał w cieniu koronę. Doradca wyciągał niewidzialne łańcuchy ku temu, komu udzielał rady. Ci, którzy najgłośniej mówili o wolności, pozostawiali na ziemi zarys klatki.
Największy cień należał do Lucyfera. Najjaśniejszy zachował zdolność przybierania niemal doskonałego wyglądu. Sześć skrzydeł mogło znowu rozbłysnąć, rysy twarzy odzyskiwały dawną harmonię, a głos brzmiał tak, jakby wciąż odpowiadało mu całe Niebo. Pod tą postacią kryło się jednak coś, czego nie potrafił całkowicie zasłonić. Jego cień miał sześć rozdartych skrzydeł. Czarna korona wrastała w czaszkę, a dłoń dotknięta nicością ciągnęła za sobą smugę nieobecności. Zamiast serca widniał fragment tronu, do którego biegły nici od wszystkich przymuszonych upadłych.
W środku tej postaci pozostawała dawna piękność. Nie zgasła całkowicie. Została zwrócona ku samej sobie. Lucyfer nadal był zachwycający, lecz całe jego piękno mówiło już tylko: „Patrz na mnie”. Nie prowadziło wzroku ku Bogu ani ku harmonii stworzenia. Wciągało go do środka jak studnia, która odbija niebo wyłącznie po to, aby je pochłonąć.
To właśnie piękna maska miała w przyszłości stać się jedną z najgroźniejszych broni piekła. Zło rzadko przychodzi jako odrażająca bestia. Gdyby od początku pokazywało wszystkie zęby, niewielu wyciągnęłoby ku niemu rękę. Najpierw ukazuje twarz dobra, które wypaczyło. Okrucieństwo nazywa sprawiedliwością. Chciwość — zaradnością. Pożądanie — miłością. Pycha przybiera postać godności, a kłamstwo przedstawia się jako trudna prawda, której inni boją się wypowiedzieć.
Dopiero kiedy ofiara pozwoli mu podejść blisko, maska pęka. Wtedy jednak zęby znajdują się już przy gardle. Różnorodność przemian szybko stała się źródłem konfliktu. Upadli nie tworzyli jednej wspólnoty. Łączyła ich odmowa, lecz każdy inaczej rozumiał to, co miało powstać po niej. Belial chciał rządzić znaczeniami.
Mammon — zasobami. Asmodeusz — pragnieniami. Astarot — wiedzą i metodami przemiany. Abaddon nie chciał rządzić niczym, czego nie mógł zniszczyć. Ich słudzy zaczęli walczyć między sobą. W jednej z dolnych komór demony Mammona przejęły zapas martwego ognia zgromadzony przez zwolenników Asmodeusza. Oznaczyły zbiorniki znakiem własności i zażądały zapłaty za każdą iskrę.
Asmodeusz przybył z trzema upadłymi, których ciała pokrywały liczne paszcze.
— Otwórz magazyn — powiedział.
Strażnik Mammona skrzyżował czarne włócznie.
— Ogień został policzony.
— Głód nie uznaje rachunków.
— Wszystko uznaje cenę.
Asmodeusz uśmiechnął się piękną twarzą.
— Zatem zapłacę tym, co znajdę w twojej piersi.
Paszcze jego sług otworzyły się jednocześnie. Doszło do walki. Jedni próbowali wyssać światło z przeciwników, drudzy zamykali je w znakach długu. Im dłużej trwało starcie, tym bardziej magazyn pękał pod naporem sprzecznych mocy. Wtedy pojawił się Astarot. Nie próbował ich rozdzielać. Stanął z boku i obserwował.
— Co robisz? — krzyknął jeden ze strażników.
— Badam, która forma wypaczenia okaże się skuteczniejsza.
— Zbiornik zaraz eksploduje!
— Właśnie dlatego wynik będzie wiarygodny.
Martwy ogień wyrwał się z pęknięcia. Fala spaliła kilkunastu walczących i wdarła się do sąsiednich korytarzy. Zniszczenie dotarło aż do granicy domeny Abaddona. Odpowiedział uderzeniem młota. Fala wróciła przez korytarze, rozbijając magazyn, ocalałe zbiorniki i wszystkich, którzy nie zdążyli się ukryć. Kiedy ucichły krzyki, na miejscu zapasu pozostał tylko lej pełen czarnego popiołu.
Mammon przybył pierwszy. Padł na kolana i zaczął przesypywać popiół przez metaliczne palce.
— Zniszczyliście światło — powiedział.
Asmodeusz oblizał usta.
— Ty zamknąłeś je w miejscu, w którym nikt nie mógł go użyć.
— Było moje.
— Teraz nie należy do nikogo.
Z głębi domeny Abaddona dobiegł głos:
— Więc spór został rozwiązany.
Mammon wydał z siebie dźwięk przypominający pękanie zamka. Belial wykorzystał katastrofę, zanim popiół zdążył ostygnąć. W całym królestwie rozeszła się jego wersja wydarzeń. Według niej magazyn został zniszczony przez sabotażystów tęskniących za Niebem. Asmodeusz miał jedynie próbować ocalić zapasy, Astarot badał miejsce ataku, a uderzenie Abaddona powstrzymało rozprzestrzenianie się ognia.
Każdy uczestnik wiedział, że opowieść była kłamstwem. Każdy pozwolił ją rozpowszechniać, ponieważ zdejmowała z niego winę. Tak powstała pierwsza wspólna własność demonów. Nie był nią tron ani królestwo. Było nią kłamstwo, które służyło im wszystkim. Lucyfer obserwował narastający chaos. Zrozumiał, że sama nienawiść do Boga nie wystarczy, aby utrzymać upadłych w jednym państwie. Ich wypaczone dary ciągnęły ich w różne strony. Pozostawieni bez kontroli, zniszczyliby siebie wcześniej, niż przyszły człowiek otrzymałby pierwszy oddech.
Wezwał więc najważniejszych buntowników przed tron.
Abaddon nie przybył. Wysłał jednego ze swoich wojowników z krótką wiadomością:
— Jeżeli Lucyfer chce ze mną mówić, zna drogę.
Pozostali stanęli przed sześcioma stopniami. Belial zachował twarz pełną uprzejmości. Mammon trzymał dłonie zaciśnięte przy piersi. Asmodeusz zmieniał oblicza, jakby nie potrafił zdecydować, które najlepiej wyrazi jego pogardę. Astarot rejestrował każdą reakcję.
— Obiecałem wam królestwo — powiedział Lucyfer. — Wy tymczasem rozszarpujecie je jak głodne zwierzęta.
— Królestwo potrzebuje własności — odpowiedział Mammon. — Gdybyś uznał moje znaki za nienaruszalne, do walki by nie doszło.
— Potrzebuje zaspokojenia — wtrącił Asmodeusz. — Zamknięty ogień nikomu nie służył.
— Potrzebuje doświadczeń — powiedział Astarot. — Dzięki walce poznaliśmy ograniczenia obu metod.
Belial rozłożył ręce.
— Potrzebuje jednej opowieści. Nie ma znaczenia, co się wydarzyło. Znaczenie ma to, w co uwierzą pozostali.
Lucyfer słuchał ich i widział nie doradców, lecz rywali. Każdy z nich pragnął podporządkować całe królestwo własnemu wypaczeniu.
— Mylicie dar z koroną — powiedział. — Każdy z was sądzi, że jego głód jest prawem dla wszystkich.
— Czy ty nie uczyniłeś tego samego? — zapytał Mammon.
Korzenie tronu poruszyły się pod posadzką. Lucyfer zszedł na najniższy stopień.
— Tak — odpowiedział. — Lecz mój głód zwyciężył wasze.
Wyciągnął rękę. Tron odpowiedział. Nić biegnąca od pióra Beliala napięła się i rozdarła jego zmienną twarz. Łańcuchy Mammona zacisnęły się na skarbcach ukrytych w jego piersi. Paszcze Asmodeusza zaczęły gryźć własne ciało. Znaki na skrzydłach Astarota przemieszały się, pozbawiając go na chwilę zdolności rozumienia zapisów.
Padli na kolana. Nie uczynili tego z wierności. Uklękli, ponieważ część ich światła została wbudowana w tron. Lucyfer spojrzał na nich z góry.
— Różnicie się twarzami, lecz łączy was jedno. Każdy z was odciął otrzymany dar od Źródła. Dlatego dar, który miał służyć, zaczął panować nad tym, kto go posiada.
Z ust Beliala wypłynęła ciemna smuga.
— Jeżeli to rozumiesz… dlaczego uważasz się za wolnego od tej zasady?
Lucyfer ścisnął dłoń. Twarz Beliala pękła aż po skroń.
— Ponieważ ja ustalam, która zasada obowiązuje.
Nie była to odpowiedź. Był to pokaz siły mający zastąpić odpowiedź. Z głębi sali odezwała się Lemea. Strażnicy przyprowadzili ją wcześniej, aby Astarot zbadał białą linię powstałą w tronie z jej pióra. Stała zakuta przy jednej ze ścian. Jej światło było słabe, ale oblicze zachowało dawny kształt.
— Nie wszyscy przemienili się tak jak wy — powiedziała.
Lucyfer odwrócił się ku niej.
— Wszyscy zostaliśmy strąceni.
— Lecz nie wszyscy nadal wybieramy to samo.
Wskazała na Beliala, Mammona, Asmodeusza i Astarota.
— Ich ciała odpowiadają na decyzje, które podejmują każdego dnia. Belial wciąż może wypowiedzieć prawdę. Mammon może spróbować oddać to, co zatrzymał. Asmodeusz może odmówić własnemu głodowi. Astarot może przerwać doświadczenie.
— Milcz — rozkazał Lucyfer.
— Przemiana nie jest wyrokiem nałożonym z zewnątrz. Jest tym, co nieustannie czynicie sami ze sobą.
Te słowa uderzyły w salę mocniej niż młot Abaddona. Jeżeli Lemea miała rację, demony nie mogły obwiniać Boga o własne postacie. Otchłań nie narzuciła im twarzy. Niebo nie odebrało im piękna z zemsty. Każda deformacja była podpisem złożonym pod kolejnym wyborem. Lucyfer podszedł do więźniarki.
— A ty? — zapytał. — Dlaczego nie odzyskałaś światła?
— Ponieważ odrzuciłam je razem z wami. Poniosłam skutek własnej decyzji.
— Więc twoja nadzieja jest bezwartościowa.
— Nie mówię o nadziei dla siebie. Mówię prawdę o was.
Lucyfer uderzył ją w twarz. Lemea upadła, lecz biała linia wewnątrz tronu rozbłysła. Nie dlatego, że nie odczuwała bólu. Dlatego, że nie odpowiedziała nienawiścią. Asmodeusz spojrzał na nią z głodem. Mammon dostrzegł w niej wartość, której nie potrafił policzyć. Astarot próbował zrozumieć mechanizm zjawiska. Belial szukał słów, które mogłyby zmienić jego znaczenie.
Żaden z nich nie pomógł jej wstać. Wtedy właśnie zobaczyłem najpełniejszy obraz jednej ciemności o wielu obliczach. Nie jednoczył ich wygląd. Nie jednoczyły dary, cele ani wzajemne zaufanie. Łączyło ich to, że każdy dostrzegał cierpienie leżącej przed nim istoty i wybierał własną korzyść. Jeden chciał użyć jej bólu jako opowieści.
Drugi jako wartości. Trzeci jako pokarmu. Czwarty jako przedmiotu badania. Piąty — Lucyfer — jako dowodu władzy. Ciemność nie była jednym ciałem. Była wspólną zgodą, by nie kochać. Lucyfer rozkazał odprowadzić Lemeę. Następnie zwrócił się do klęczących buntowników.
— Skoro posiadacie różne dary, otrzymacie różne zadania. Żadne nie będzie istnieć poza moją wolą. Królestwo potrzebuje porządku.
Była to zapowiedź nowej hierarchii, jeszcze niewypowiedziana w pełni. Upadli podnieśli się, lecz ich spojrzenia zdradzały, że każdy zaczął już obliczać przyszłe miejsce. Belial pragnął stanąć najbliżej ucha władcy. Mammon chciał kontrolować to, od czego zależeli pozostali. Asmodeusz zamierzał rządzić ich potrzebami. Astarot myślał o dostępie do ciał i pamięci. Nawet nieobecny Abaddon czekał w swojej domenie, pewny, że każda hierarchia kończy się wtedy, gdy zniszczy się jej szczyt.
Jedna ciemność nie oznaczała jedności. Oznaczała jedynie, że wszyscy odwrócili się od tego samego Światła. Każdy uczynił to własną drogą. I dlatego każdy otrzymał inne oblicze.
8. Imię demonów
Lucyfer nie znosił słowa „upadli”. Przypominało mu, że kiedyś znajdował się wyżej. Mówiło o utracie, której nie potrafił odwrócić, i o Niebie, wobec którego nadal określano jego położenie. Każde wypowiedzenie tego słowa wskazywało na kierunek: z góry ku dołowi, od światła ku ciemności, od wolności ku więzieniu.
Belial próbował więc zastąpić je innymi określeniami. Nazywał buntowników Wyzwolonymi, chociaż ich dłonie nosiły łańcuchy Mammona. Mówił o nich jako o Legionie Nowego Światła, choć ich ogień nie rozpraszał mroku. W swoich kronikach określał strącenie mianem Wielkiego Przejścia, a otchłań — Pierwszym Niezależnym Królestwem. Słowa zmieniały brzmienie.
Prawda pozostawała ta sama. Upadli zaczęli jednak potrzebować wspólnego imienia. Dawne chóry zostały rozbite, a ich znaki wyrwano lub wypaczono. Nie mogli dłużej nazywać się cherubinami, strażnikami, posłańcami ani opiekunami, ponieważ ich czyny zaprzeczały tym tytułom. Jednocześnie wciąż różnili się darami, siłą i rodzajem przemiany.
Bez jednego określenia trudno było nimi zarządzać. Lucyfer nie zamierzał pozostawiać tej sprawy przypadkowi. Rozumiał, że ten, kto nadaje nazwę, próbuje także nadać znaczenie. Pragnął stworzyć słowo, które odetnie buntowników od przeszłości i przekona ich, że stali się czymś nowym — rasą niepodlegającą Bogu. Wezwał Beliala i Astarota do sali tronowej.
Mammon przybył bez zaproszenia, ponieważ chciał wiedzieć, czy nowa nazwa wpłynie na podział własności. Asmodeusz pojawił się z ciekawości, licząc, że ceremonia przyniesie jakieś nieznane dotąd doznanie. Abaddon nie przybył. Wysłany do niego posłaniec wrócił bez jednego skrzydła.
— Co odpowiedział? — zapytał Lucyfer.
Ranny duch padł przed tronem.
— Powiedział, że młot nie potrzebuje imienia, aby niszczyć.
Lucyfer zacisnął czarną dłoń.
— A skrzydło?
— Powiedział, że wiadomość bez ceny nie zostaje zapamiętana.
Mammon spojrzał na ranę z uznaniem.
— Rozumie wartość straty.
— Rozumie tylko siłę — odparł Lucyfer. — Dlatego pewnego dnia siła go pochłonie.
Rozkazał rozpocząć naradę bez niego. Belial przedstawił przygotowane określenia. Każde zapisał na oddzielnej tablicy z martwego światła.
— Pierwsi Wolni — przeczytał. — Dzieci Własnej Woli. Niepodlegli. Dziedzice Nowego Królestwa. Niezrodzeni ze Służby. Władcy Ciemnego Blasku.
Asmodeusz skrzywił się.
— Brzmią jak tytuły istot, które muszą krzyczeć o wolności, ponieważ same w nią nie wierzą.
— Nazwa nie musi być prawdziwa — odpowiedział Belial. — Musi być powtarzana.
Mammon dotknął jednej z tablic.
— Jeżeli nazwiemy wszystkich władcami, odmówią płacenia daniny.
— Władca może mieć długi.
— Lecz trudniej mu je narzucić.
Lucyfer zwrócił się do Astarota.
— Co mówi wiedza?
Pierścienie w oczach uczonego zaczęły się obracać.
— Nie powstała nowa rasa.
W sali zapadła cisza. Belial odwrócił ku niemu twarz pozbawioną własnych rysów.
— Nie pytano cię o prawdę.
— Lucyfer zapytał, co mówi wiedza.
— Zatem powinieneś wiedzieć, której części wiedzy nie należy wypowiadać.
Lucyfer uniósł rękę.
— Niech mówi.
Astarot rozwinął błoniaste skrzydła. Ukazały się na nich zapisy przemian, którym podlegali upadli.
— Nasza istota nie została zastąpiona inną — wyjaśnił. — Zachowaliśmy pamięć, wolę i dary, choć używamy ich wbrew pierwotnemu celowi. Zmiany ciała wynikają z kierunku woli i oddziaływania otchłani. Nie tworzymy. Przekształcamy to, co już istniało.
— Czyli według ciebie nadal jesteśmy aniołami? — zapytał Mammon.
— Co do pochodzenia i natury — tak. Co do działania — nie.
Asmodeusz otworzył jedną z paszcz na piersi.
— Czy to wygląda jak anioł?
— Wygląd nie ustanawia natury.
— A cierpienie? Głód? Brak światła?
— Są skutkami, nie stworzeniem.
Lucyfer zszedł z tronu.
— Więc Bóg nadal może nazywać nas swoimi stworzeniami?
— Fakt pochodzenia nie znika przez zmianę nazwy.
Twarz Najjaśniejszego stała się nieruchoma.
— Nie będę nosił Jego znaku.
— Nosisz go w samym istnieniu — odpowiedział Astarot. — Nie potrafisz usunąć tego, że zostałeś stworzony. Możesz jedynie niszczyć sposób, w jaki istniejesz.
Belial zbliżył się do uczonego.
— Twoja wiedza kiedyś sprowadzi na ciebie gniew, którego nie zdołasz zbadać.
— Gniew również posiada strukturę.
— Lecz jego ostrze może znaleźć twoją szyję szybciej, niż zdążysz ją opisać.
Lucyfer zatrzymał się przed Astarotem. Przez chwilę wpatrywał się w jego liczne oczy. Wiedział, że uczony mówi prawdę. To właśnie czyniło jego słowa nieznośnymi. Lucyfer chciał być stwórcą nowej rzeczywistości. Nie potrafił stworzyć nawet jednej żywej iskry. Chciał przestać być stworzeniem Boga. Nie potrafił przestać istnieć dzięki darowi, który od Niego otrzymał.
Mógł tylko wypaczać.
— Jeżeli nie możemy zmienić pochodzenia — powiedział — zmienimy przeznaczenie.
Astarot złożył skrzydła.
— Przeznaczenie nie jest tym samym co wybór.
— Od tej chwili będzie.
Lucyfer rozkazał zgromadzić upadłych przed tronem. Nie wszyscy zmieścili się w głównej sali. Tłum wypełnił korytarze, place i szczeliny otchłani. Demony o wielu twarzach stały obok istot pozbawionych oblicza. Niektóre wciąż przypominały aniołów. Inne poruszały się na dziesiątkach kończyn, pełzały po murach albo unosiły na skrzydłach zbudowanych z dymu, kości i martwego blasku.
Byli wśród nich także ci, którzy nie chcieli dalej pogłębiać własnej przemiany. Edrasa wyprowadzono z więzienia w ciężkich kajdanach. Lemea szła obok niego, osłabiona po przesłuchaniach Astarota. Naor nie mógł przybyć. Czarna nić nadal przykuwała go do ściany komory badawczej. Więźniów ustawiono u stóp tronu, aby stanowili przestrogę.
Belial wyszedł przed zgromadzonych.
— Nie jesteśmy już tymi, których pozostawiliśmy w Niebie — rozpoczął. — Nie należymy do dawnych chórów, praw ani imion. Zostaliśmy odrzuceni, ponieważ ośmieliliśmy się wybrać własną drogę.
— Sami odeszliśmy — odezwał się Edras.
Strażnik uderzył go w plecy. Edras upadł na kolano, ale nie zamilkł.
— Droga powrotu była otwarta. To my ją odrzuciliśmy.
Belial spojrzał na tłum.
— Widzicie, co czyni z duchem niewola dawnej pamięci. Każe mu bronić oprawcy.
— Pamięć nie jest niewolą — powiedziała Lemea. — Jest świadkiem.
— Świadka można nauczyć właściwych słów.
— Wtedy nie jest już świadkiem. Jest narzędziem.
Belial dał znak strażnikom, lecz Lucyfer ich powstrzymał. Chciał, aby zgromadzeni zobaczyli nie tylko ogłoszenie nowego imienia, lecz także los tych, którzy go nie przyjmą. Wstał z tronu. Korona z martwego światła zapłonęła na jego głowie. Jej blask przeszedł przez pióra i fragmenty wyrwane buntownikom podczas budowy. Każdy poczuł szarpnięcie we własnym ciele.
— Spójrzcie na siebie — powiedział Lucyfer.
Maski na chwilę opadły. Prawdziwe postacie ukazały się przed całym zgromadzeniem. Paszcze, pazury, kraty, narzędzia, łańcuchy i pęknięte skrzydła. Krzyk przeszedł przez tłum. Wielu upadłych po raz pierwszy zobaczyło, czym stali się ich dawni towarzysze.
— Nie jesteśmy już sługami — ciągnął Lucyfer. — Nie jesteśmy chórami śpiewającymi cudzą pieśń. Nie jesteśmy upadłymi, ponieważ upadek jest tylko słowem tych, którzy boją się naszego nowego kształtu.
— W takim razie kim jesteśmy? — zawołał ktoś z tłumu.
Lucyfer otworzył ramiona.
— Jesteśmy pierwszymi istotami, które same wybrały własną naturę.
Było to kłamstwo. Wybrali sposób działania, nie naturę. Nie stworzyli oczu, którymi patrzyli, woli, którą odrzucili Boga, ani darów, które przemienili w broń. Nawet ich bunt był możliwy tylko dlatego, że otrzymali wolność.
Lucyfer mówił jednak dalej:
— Niebo nazwie nas potworami. Człowiek będzie drżał na dźwięk naszych imion. Lecz strach jest tylko uznaniem potęgi. Skoro nie chcemy nosić nazw nadanych przez Boga, przyjmiemy imię, które sami napełnimy znaczeniem.
Wtedy z wnętrza tronu dobiegły głosy. Nie należały do Lucyfera. Były to głosy uwięzione w piórach, cierpieniu i odebranych przysięgach. Nakładały się na siebie, tworząc jedno słowo. Nie było ludzkie. Żaden ziemski język jeszcze nie istniał. Oznaczało istoty podzielone wewnętrznie — te, których dar walczył z jego przeznaczeniem, a wola ze źródłem własnego istnienia.
Po wielu wiekach ludzie nadali temu słowu brzmienie:
Demony. Nie była to nazwa nowej natury. Było to imię rozdarcia. Lucyfer usłyszał je i uznał za własne.
— Tak — powiedział. — Niech Niebo nazywa nas demonami. Sprawimy, że to słowo będzie budziło lęk w każdym świecie. Niech oznacza tych, którzy nie klękają, nie służą i nie uznają granic.
Belial natychmiast przejął jego słowa.
— Demony! — zawołał. — Pierwsza rasa własnej woli!
Część zgromadzonych odpowiedziała krzykiem. Inni milczeli, wyczuwając w nowym imieniu coś, czego nie zawierała przemowa Lucyfera. Słyszeli pęknięcie. Czuli, że nazwa nie daje im wolności, lecz opisuje ranę. Mammon przyjął ją, ponieważ widział w niej wartość wspólnego znaku. Asmodeusz, ponieważ smakowała strachem przyszłych ofiar. Astarot zapisał ją na skrzydle, dodając obok: „określenie działania, nie pochodzenia”.
W odległej domenie Abaddon usłyszał echo zgromadzenia.
— Niech nazywają mnie, jak chcą — powiedział. — Imię pęknie pod młotem tak samo jak wszystko inne.
Lucyfer nakazał każdemu upadłemu podejść do tronu. Na ich ciałach wypalano znak Królestwa Ciemności — koronę umieszczoną nad pękniętym kręgiem. Znak miał świadczyć, że należą do nowego porządku. Kiedy przyszła kolej Edrasa, strażnicy rozwiązali mu jedną dłoń.
— Przyjmij znak — rozkazał Lucyfer. — A odzyskasz miejsce pośród swoich.
Edras spojrzał na zgromadzone postacie.
— Moi byli ci, którym służyłem przed buntem, i ci, których zdradziłem, kiedy poszedłem za tobą. Wy nie jesteście moją własnością.
— Zatem pozostaniesz bez przynależności.
— Lepiej nie należeć do żadnego tronu niż nazywać niewolę wolnością.
Lucyfer wypalił mu znak siłą. Czarna korona pojawiła się na jego piersi, lecz nie wniknęła głęboko. Skóra odrzucała ją, ponieważ Edras nie przyjął znaczenia, które miała nieść. Znak pozostał blizną zadaną z zewnątrz, a nie pieczęcią woli. To samo wydarzyło się z Lemeą. Kiedy ogień dotknął białej linii biegnącej przez jej ciało, płomień zgasł.
— Przyjęłaś strącenie — powiedział Lucyfer. — Dlaczego nie przyjmujesz jego konsekwencji?
— Przyjmuję konsekwencje własnego czynu. Nie przyjmę twojego kłamstwa o nim.
— Jesteś demonem.
Lemea spojrzała mu w oczy.
— Jeśli to słowo oznacza istotę, która odwróciła się od Boga, noszę jego winę. Jeśli oznacza nowe stworzenie uczynione przez ciebie, jest fałszem.
Lucyfer uderzył ją i kazał odprowadzić do więzienia. Ceremonia trwała długo. Tysiące upadłych przyjmowało wspólny znak. Jedni czynili to z dumą, inni ze strachu, jeszcze inni dlatego, że wszyscy przed nimi uczynili to samo. Z każdym wypalonym znamieniem korzenie tronu sięgały dalej. Kiedy ostatni demon odszedł od stopni, Lucyfer spojrzał na zgromadzenie i zobaczył to, czego pragnął: tłum pozbawiony dawnych tytułów, opatrzony jednym znakiem i nazwany jednym słowem.
Nie widział, że pod znakami wciąż pozostawały prawdziwe imiona. Bóg nie zapomniał żadnego z nich. Nie wymazał ich z pamięci stworzenia, nawet gdy oni próbowali wymazać Go z własnej. Lucyfer mógł zakazać wypowiadania dawnych imion. Belial mógł zmieniać ich znaczenie. Astarot mógł usuwać wspomnienia, a Mammon zamieniać imię w numer długu.
Nie mogli jednak sprawić, by nigdy nie zostali nazwani w świetle. To właśnie dlatego piekło tak bardzo potrzebowało nowego imienia. Aby trwać w buncie, jego mieszkańcy musieli uwierzyć, że zawsze byli potworami albo że stali się nimi nieodwracalnie z cudzej winy. Musieli zapomnieć, iż każda ich deformacja wyrosła z dobra, które świadomie wypaczyli.
Demon nie był przeciwieństwem anioła w taki sposób, w jaki ciemność wydaje się przeciwieństwem światła. Ciemność nie posiada własnego źródła. Pojawia się tam, gdzie światło zostaje zasłonięte. Tak samo było z nimi. Nie stali się nowym dziełem Lucyfera. Stali się zaprzeczeniem własnego powołania. Imię demonów nie dało im nowej natury. Dało im wspólny język, którym mogli usprawiedliwiać jej niszczenie.
Gdy zgromadzenie się zakończyło, Lucyfer wezwał Beliala, Mammona, Asmodeusza i Astarota. Polecił wysłać posłańca do Abaddona.
— Mają jedno imię — powiedział. — Teraz otrzymają miejsca, zadania i władzę.
Belial skłonił głowę.
— A kto stanie najwyżej pośród nich?
Lucyfer usiadł na tronie.
— Ten, kogo umieszczę najbliżej siebie.
Wszyscy spojrzeli na pozostałych. W jednej chwili wspólne imię, które miało ich zjednoczyć, stało się początkiem nowej walki. Tak zakończyła się przemiana aniołów w demony. Nie hukiem, nie stworzeniem nowej rasy ani narodzinami istot, których wcześniej nie było. Zakończyła się nadaniem nazwy ranie. A potem rozpoczęło się ustalanie, kto będzie miał prawo zadawać ją innym.
Rozdział 15. Hierarchia piekła
1. Podział ciemnego królestwa
W Niebie porządek nie oznaczał wyższości jednego istnienia nad drugim. Dziewięć chórów różniło się zadaniami, bliskością wobec określonych tajemnic i rodzajem otrzymanych darów, lecz żaden nie istniał wyłącznie dla siebie. Potężniejszy nie otrzymywał prawa wykorzystywania słabszego. Większa moc oznaczała większą odpowiedzialność, a miejsce bliżej Tronu nie było nagrodą za doskonałość.
Było wezwaniem do głębszej służby. Lucyfer zachował pamięć tego porządku. Usunął z niego tylko miłość. Tak powstała hierarchia piekła. Upadli nosili już wspólne imię, ale ich królestwo pozostawało zbiorem rywalizujących domen. Mammon kontrolował zapasy światła. Asmodeusz podporządkowywał sobie tych, którzy nie potrafili zapanować nad głodem. Belial kierował przepływem informacji, a Astarot gromadził wiedzę o przemianach. Abaddon rządził własnymi zastępami na obrzeżach otchłani i uznawał rozkazy Lucyfera tylko wtedy, gdy prowadziły do zniszczenia.
Mniejsi przyłączali się do tego, kto obiecywał im przetrwanie. Niektórzy zmieniali stronę kilka razy w ciągu jednego obiegu czarnego ognia. Sprzedawali informacje Belialowi, zaciągali długi u Mammona, prosili Asmodeusza o chwilę ulgi, a potem uciekali do domeny Abaddona, gdzie wierzyciele bali się za nimi podążać.
Królestwo Ciemności zaczęło pękać, zanim ukończono jego pierwsze mury. Lucyfer wiedział, że nie może zniszczyć wszystkich rywali. Potrzebował ich darów. Bez Beliala nie potrafiłby kontrolować przekazu. Bez Mammona zabrakłoby światła i broni. Bez Asmodeusza nie mógłby władać pragnieniami. Bez Astarota nie rozumiałby procesów zachodzących w otchłani. Bez siły Abaddona jego armia nie zdołałaby przebić najtwardszych granic.
Postanowił więc uczynić z rywali urzędników. Nie zamierzał jednak pozwolić, by którykolwiek urząd stał się niezależny od tronu. Polecił Astarotowi sporządzić mapę otchłani. Uczony rozwinął skrzydła przed tronem. Na półprzezroczystych błonach pojawiły się linie przedstawiające doliny, szczeliny, więzienia, magazyny, miejsca upadku dawnych sfer oraz rany prowadzące ku nicości.
Mapa nie była nieruchoma. Mury piekła reagowały na strach i nienawiść jego mieszkańców. Korytarze zwężały się, gdy przechodzili nimi więźniowie. Place rozszerzały się przed armiami. Komory zbudowane przez Mammona przesuwały się w stronę największych skupisk martwego światła, a domena Abaddona rosła po każdym uderzeniu jego młota.
— Tego królestwa nie można podzielić trwałymi granicami — powiedział Astarot. — Jego struktura zmienia się wraz z nami.
— Każda struktura może zostać podporządkowana — odparł Lucyfer.
— Nie, jeśli nie posiada stałego fundamentu.
Lucyfer wskazał tron.
— Oto fundament.
Astarot spojrzał na korzenie z martwego blasku.
— Tron również zależy od dopływu światła i lęku. Jeżeli zabraknie jednego z nich…
— Nie zabraknie.
Mammon uniósł głowę.
— Światło jest zasobem ograniczonym.
— Dlatego otrzymasz zadanie odnalezienia nowych źródeł.
— W otchłani ich nie ma.
— Człowiek będzie je nosił.
Po sali przeszedł szmer. Przyszła istota nie została jeszcze stworzona, lecz już traktowano ją jak złoże przeznaczone do wydobycia. Lucyfer nakazał przynieść wielką płytę odłamaną od jednej z dawnych sfer. Położono ją przed tronem. Następnie czarną dłonią wypalił w jej centrum znak korony.
— Tutaj znajduje się serce królestwa — powiedział. — Tron, główne więzienia i sala zgromadzeń pozostają pod moją wyłączną władzą. Żaden książę nie sprowadzi do tej strefy więcej niż dwunastu uzbrojonych sług. Żadne światło nie zostanie tu wniesione ani wyniesione bez wiedzy korony.
Mammon zmrużył oczy.
— Nawet przeze mnie?
— Zwłaszcza przez ciebie.
Pierwszą linię Lucyfer poprowadził ku obszarom magazynów i kuźni.
— Mammonie, powierzam ci wszystkie zasoby Królestwa Ciemności. Będziesz liczył światło, broń, pióra, kamienie i pracę. Ustanowisz ceny, daniny oraz długi. Nic, co posiada wartość, nie może krążyć bez twojego znaku.
Mammon spojrzał na mapę z zachwytem.
— A własność?
— Wszystko należy do tronu. Ty będziesz jedynie zarządzał.
Zachwyt zniknął.
— Zarządca odpowiada za zasób, którego nie posiada?
— Zarządca posiada tyle, ile pozwala mu władca.
Czarne palce Mammona zacisnęły się.
— Przyjmuję urząd.
Nie powiedział: „Przyjmuję ograniczenie”. Lucyfer poprowadził drugą linię przez korytarze, miejsca zgromadzeń i szlaki posłańców.
— Belialu, powierzam ci słowo. Będziesz prowadził kroniki, wydawał obwieszczenia i nadzorował posłańców. Każdy przekaz przechodzący pomiędzy domenami ma zostać przez ciebie poznany.
Belial przybrał oblicze wiernego doradcy.
— Czy mam mówić prawdę?
— Masz mówić to, co służy królestwu.
— A kto określi, co mu służy?
Lucyfer wskazał koronę.
— Ja.
Belial ukłonił się.
— Zatem każde twoje słowo stanie się prawdą, zanim tłum zdąży je sprawdzić.
— Nie pochlebiaj mi. Zapamiętuj rozkazy.
— Pochlebstwo jest tylko prawdą wypowiedzianą przed właściwym tronem.
Lucyfer wiedział, że Belial kpi, lecz jego talent był zbyt cenny, aby go ukarać. Trzecia linia mapy przecięła miejsca, w których gromadzili się ranni, niespokojni i uzależnieni od martwego ognia.
— Asmodeuszu, otrzymujesz pieczę nad pragnieniami. Będziesz rozpoznawał głód każdego demona i obracał go w posłuszeństwo. Masz tworzyć potrzeby, których zaspokojenie zależy od tronu.
Asmodeusz uśmiechnął się kilkoma ustami.
— Pragnienia nie uznają pieczęci.
— Dlatego nie otrzymujesz ich na własność.
— Mammon zarządza rzeczami, Belial słowami, a mnie oddajesz coś, czego nie można zamknąć.
— Otrzymujesz władzę większą niż ich urzędy. Rzecz ma znaczenie tylko dlatego, że ktoś jej pragnie. Słowo działa jedynie wtedy, gdy słuchający czegoś się spodziewa albo czegoś się boi.
Mammon odwrócił się ku Asmodeuszowi. Belial utracił na moment przyjazny wyraz twarzy. Wystarczyło jedno zdanie, aby Lucyfer wzbudził między nimi nową wrogość. Asmodeusz skłonił się głęboko.
— W takim razie będę zarządzał tym, co nadaje wartość ich władzy.
— Będziesz zarządzał tym, na co pozwolę.
Czwarta linia prowadziła do komór badań, archiwów i miejsc, gdzie Astarot przeprowadzał doświadczenia na rannych.
— Astarocie, powierzam ci wiedzę. Zbadasz naturę naszych przemian, sposoby przechowywania martwego światła oraz słabe miejsca wszystkich istnień, które staną przeciwko nam. Każde odkrycie zostanie zapisane w archiwum tronu.
— Dostęp do więźniów? — zapytał Astarot.
— Otrzymasz tych, których uznam za użytecznych.
— Wyniki będą niepełne, jeżeli materiał zostanie ograniczony.
Z ciemności odezwała się Lemea:
— Wciąż nazywasz żywe istoty materiałem.
Stała wśród więźniów przyprowadzonych na ceremonię. Astarot nawet na nią nie spojrzał.
— Termin opisuje funkcję w doświadczeniu.
— Opisuje ciebie, nie nas.
Lucyfer rozkazał strażnikom ją uciszyć. Astarot wskazał poruszające się zapisy na mapie.
— Potrzebuję również wiedzy Beliala, dostępu do zapasów Mammona i możliwości badania wpływu głodu Asmodeusza.
— Otrzymasz dostęp za ich zgodą.
— Wtedy będą ukrywać dane, które im szkodzą.
— Dlatego każdy z nich otrzyma prawo kontrolowania części twojej pracy.
Astarot zrozumiał zamysł.
— Budujesz system, w którym nikt nie może wykonać zadania bez pomocy rywala.
— Buduję system, w którym nikt nie może zdradzić bez wiedzy rywala.
Lucyfer nie dzielił władzy. Dzielił zależność. Pozostała piąta linia. Miała prowadzić ku domenie Abaddona, lecz gdy Lucyfer dotknął mapy, powierzchnia płyty pękła. Z otwartej szczeliny wyszedł sam Niszczyciel. Nie użył drzwi. Przebił drogę przez ścianę sali tronowej. Za nim stali jego wojownicy w popękanych pancerzach. Było ich więcej niż dwunastu.
Strażnicy Lucyfera unieśli broń.
— Ustaliłem prawo dotyczące liczby zbrojnych w tej sali — powiedział Władca Otchłani.
Abaddon oparł młot o ramię.
— Ustaliłeś je bez mojego udziału.
— Prawo tronu nie wymaga twojej zgody.
— W takim razie nie nazywaj go moim prawem.
Lucyfer wskazał ostatni obszar mapy.
— Powierzam ci zewnętrzne granice, armie uderzeniowe i bramy prowadzące ku przyszłym światom. Będziesz niszczył to, czego nie zdołają złamać słowa, długi, pragnienia ani wiedza.
Abaddon spojrzał na płytę.
— Nie powierzysz mi tego, co już posiadam.
— Twoja domena istnieje wewnątrz mojego królestwa.
Niszczyciel uderzył młotem w podłoże. Przez salę przebiegła rysa i zatrzymała się u stóp tronu.
— Ta linia jest moją odpowiedzią.
Korzenie korony uniosły się jak węże. Wojownicy obu stron przygotowali broń. Belial zbliżył się do Lucyfera.
— Możemy ogłosić, że przybył złożyć przysięgę. Tłum nie musi znać szczegółów.
Abaddon usłyszał go.
— Ogłoś to, a przyniosę twój język jako dowód kłamstwa.
Mammon wpatrywał się w pękniętą posadzkę.
— Naprawa będzie kosztowna.
Asmodeusz śmiał się, karmiąc się napięciem. Tylko Astarot badał kierunek rysy i obliczał, czy następne uderzenie mogłoby dosięgnąć tronu. Lucyfer podszedł do Abaddona.
— Nie żądam przysięgi. Żądam układu. Otrzymasz prawo prowadzenia wojny poza granicami otchłani. Nie będziesz podlegał Belialowi, Mammonowi ani Asmodeuszowi. W zamian odpowiesz na moje wezwanie, gdy pojawi się przeciwnik, którego tylko ty możesz zniszczyć.
— A jeśli odmówię?
— Wtedy wszyscy pozostali zwrócą się przeciwko tobie.
Mammon uniesie zapasy. Belial nazwie Abaddona zdrajcą. Asmodeusz podsyci głód jego wojowników. Astarot odnajdzie słabe miejsca w ich pancerzach. Lucyfer zbudował układ, w którym nawet niezależność Niszczyciela miała swoją cenę. Abaddon spojrzał kolejno na każdego z przyszłych książąt.
— A jeśli odpowiem na wezwanie?
— To, co zniszczysz poza otchłanią, stanie się twoją zdobyczą.
— Nie przyjmę rozkazów dotyczących sposobu działania.
— Otrzymasz cel. Metodę wybierzesz sam.
— Nie uklęknę.
— Nie proszę cię o to.
— Nie nazwę cię królem.
Twarz Lucyfera zesztywniała.
— Wystarczy, że inni będą cię słyszeć, gdy odpowiesz na moje wezwanie.
Abaddon położył dłoń na mapie. Zamiast przyjąć wypalony znak korony, wbił w płytę koniec młota. W miejscu uderzenia powstał czarny krater.
— Oto mój znak.
Tak Abaddon wszedł do hierarchii, nie uznając jej zwierzchnictwa. Stał się sojusznikiem tronu tylko dlatego, że wojna odpowiadała jego naturze. Lucyfer tolerował jego niezależność, ponieważ jeszcze nie potrafił go pokonać. Obaj wiedzieli, że ich układ zakończy się w chwili, gdy jeden przestanie potrzebować drugiego. Następnie Lucyfer rozdzielił zadania pomiędzy mniejszych upadłych.
Thamiel otrzymał nadzór nad poborem danin i wykonywaniem wyroków Mammona. Od tej chwili jego dłonie miały odbierać światło tym, którzy nie spłacili długu. Nerias, dawny strażnik harmonii, został przydzielony Belialowi. Jego liczne głosy miały wywoływać spory wśród przeciwników i rozbijać zgodne wspólnoty od środka. Koriel, który znał wszystkie drogi, lecz utracił zdolność rozpoznawania właściwego kierunku, otrzymał pieczę nad labiryntami i przejściami pomiędzy domenami. Każdy podróżny miał zależeć od jego wskazówek.
Turel został zarządcą głównych więzień. Jego ramiona, niegdyś przeznaczone do podtrzymywania słabszych, miały odtąd zaciskać łańcuchy. Pozostali otrzymywali funkcje zgodne z wypaczeniem własnych darów. Lucyfer nie próbował ich naprawiać. Uczynił deformację podstawą urzędu. Gdy podział dobiegł końca, na płycie widniało wiele obszarów, lecz żadna granica nie była pełna. Linie przecinały się i zachodziły na siebie.
Belial miał obserwować rachunki Mammona. Mammon kontrolować zużycie światła przez Astarota. Astarot badać metody Asmodeusza. Asmodeusz rozbudzać pragnienia sług Beliala. Każdy pilnował każdego. Wszyscy mieli donosić tronowi.
— To nie jest porządek — powiedział Edras, stojąc wśród więźniów. — To sieć wzajemnego lęku.
Lucyfer spojrzał na mapę.
— Lęk jest bardziej niezawodny niż miłość.
— Nie. Lęk działa tylko do chwili, gdy niewolnik zacznie bardziej bać się dalszego posłuszeństwa niż buntu.
Belial natychmiast zapamiętał te słowa. Mammon obliczył ich możliwą cenę. Asmodeusz poczuł w nich smak przyszłego pragnienia zemsty. Abaddon uśmiechnął się po raz pierwszy. Lucyfer jednak nie odpowiedział. Rozkazał odprowadzić więźniów, a następnie wbił miecz w środek mapy. Czarna korona rozprzestrzeniła się po wszystkich liniach. Każdy urząd, domena i droga zostały połączone z tronem. Gdy któryś z książąt używał swojej władzy, część jej siły przepływała ku Lucyferowi.
Królestwo zostało podzielone. Nie po to, aby mogło działać wspólnie. Po to, aby nikt poza Lucyferem nie mógł połączyć wszystkich jego części. Tak powstała pierwsza hierarchia piekła — odwrócony obraz porządku Niebios. Na górze nie stał ten, kto służył najpełniej, lecz ten, kto potrafił podporządkować sobie pozostałych. Im niżej znajdował się demon, tym więcej miał obowiązków i mniej ochrony. Im wyżej sięgał, tym łatwiej przerzucał skutki własnych decyzji na słabszych.
W Niebie moc pochylała się nad potrzebującym. W piekle słaby klękał przed potężnym. Lucyfer spojrzał na swoich książąt i nazwał ich radą. Każdy z nich spojrzał na tron i pomyślał o dniu, w którym zajmie jego miejsce.
2. Rada pod Czarnym Tronem
Pierwsza rada piekła nie zebrała się przy wspólnym stole. Lucyfer nie chciał, aby ktokolwiek siedział na tej samej wysokości co on ani by książęta mogli patrzeć na siebie bez podnoszenia lub opuszczania wzroku. Kazał więc Astarotowi zaprojektować salę, w której samo położenie każdego miejsca przypominałoby o podziale władzy.
Czarny Tron stał na najwyższym poziomie. Poniżej umieszczono pięć kamiennych siedzisk. Nie tworzyły półokręgu. Każde było zwrócone częściowo ku Lucyferowi, a częściowo ku jednemu z pozostałych książąt. Nikt nie mógł obserwować wszystkich naraz. Aby zobaczyć jednego rywala, trzeba było odwrócić się plecami do innego. Belial otrzymał miejsce najbliżej prawego ucha władcy.
Mammon siedział nieco niżej, obok kanału, którym martwe światło płynęło do tronu. Mógł liczyć każdą iskrę, ale widział również, ile jego własnych zasobów pochłaniała korona. Asmodeusza umieszczono naprzeciw Mammona. Między nimi znajdowała się szczelina, z której wydobywał się głód otchłani. Asmodeusz czuł jej wezwanie przez cały czas obrad, a Mammon obserwował, jak każda jego zachcianka pochłania kolejne zapasy.
Astarot zajął miejsce po lewej stronie tronu, skąd widział twarze wszystkich, lecz nie mógł dostrzec tego, co działo się za jego plecami. Lucyfer wiedział, że uczony najbardziej nie znosił wiedzy znajdującej się poza zasięgiem wzroku. Piąte siedzisko przeznaczono dla Abaddona. Był to ciężki blok czarnego kamienia otoczony łańcuchami tronu.
Abaddon spojrzał na niego i uderzył młotem. Siedzisko rozpadło się na pół.
— Nie przybyłem, aby siedzieć — powiedział.
Pozostał przy pękniętej ścianie, trzymając broń na ramieniu. Za jego plecami widniała droga, którą sam wybił. Nie pozwolił jej zamknąć. Lucyfer nie skomentował zniszczenia. Każde słowo mogłoby zabrzmieć jak przyznanie, że nie potrafił go powstrzymać. Tak rozpoczęło się pierwsze posiedzenie rady. Belial miał prowadzić zapis obrad. Przed nim położono tablicę z miękkiego, martwego światła, które przyjmowało kształt wypowiadanych słów.
— Zapiszesz wszystko dokładnie — rozkazał Lucyfer.
Belial położył dłoń na tablicy.
— Dokładność posiada wiele form.
— Tylko jedna z nich pozwoli ci zachować dłoń.
— W takim razie wybiorę formę, którą uznasz za dokładną.
Pierwszy głos zabrał Mammon. Rozwinął rachunki i przedstawił stan zasobów.
— Tron pochłania więcej światła, niż przewidywał Astarot. Więzienia również wymagają stałego zasilania. Jeżeli zużycie nie zostanie ograniczone, utracimy jedną czwartą zapasów przed zakończeniem następnego cyklu.
— Zmniejsz przydziały — powiedział Lucyfer.
— Już je zmniejszyłem.
Asmodeusz poruszył się na swoim miejscu.
— Dlatego moi podwładni pożerają się nawzajem.
— Ich ciała są zasobem, którego nie muszę przechowywać.
— Głód bez pokarmu prowadzi do buntu.
Mammon odwrócił ku niemu metaliczne dłonie.
— Zaspokojony głód nie daje władzy. Sam tego uczyłeś.
— Ma pozostać niezaspokojony, lecz nie może stać się silniejszy od lęku przed tronem.
— Zatem naucz swoich sług właściwej miary.
Paszcze pod skórą Asmodeusza poruszyły się.
— Powiedz jeszcze jedno słowo, a nauczę twoje dłonie, czym jest pragnienie utraty.
— Wystarczy — przerwał Lucyfer.
Nie zganił żadnego z nich. Pozwalał, aby spór trwał wystarczająco długo, by wzajemna nienawiść rosła, lecz nie na tyle, by doszło do otwartej walki. Astarot rozwinął fragment mapy.
— Istnieje inne rozwiązanie. Mury reagują na cierpienie. Możemy zmniejszyć zużycie światła, zwiększając lęk więźniów. Wtedy część struktur będzie podtrzymywać się ich własną energią.
— Ile cierpienia potrzeba? — zapytał Mammon.
— Muszę przeprowadzić próby.
— Ile będą kosztować?
— Mniej niż utrzymanie obecnego systemu.
Mammon skinął głową.
— Popieram.
Asmodeusz wysunął jeden z języków.
— Chcę uczestniczyć w doświadczeniach.
— Twoja obecność zakłóci pomiar — powiedział Astarot. — Będziesz żywił się reakcją badanych.
— Właśnie dlatego rozumiem ją lepiej od ciebie.
Belial podniósł dłoń.
— Jeżeli więźniowie dowiedzą się, że ich cierpienie podtrzymuje mury, mogą próbować stłumić lęk.
— W takim razie im nie powiemy — odparł Astarot.
— Nie wystarczy nie powiedzieć. Trzeba dać im inne wyjaśnienie. Ogłosimy, że ból jest procesem oczyszczenia z resztek niebiańskiej niewoli.
Abaddon roześmiał się pod ścianą.
— Wy wszyscy potrzebujecie wielu słów, aby nazwać torturę.
Belial spojrzał na niego.
— A ty potrzebujesz jednego młota, by wykazać brak myśli.
— Myśl, która nie potrafi zatrzymać młota, jest tylko dźwiękiem w czaszce.
Lucyfer uniósł dłoń.
— Próby zostaną przeprowadzone. Astarot opracuje metodę. Asmodeusz dostarczy reakcje, ale nie wolno mu pochłaniać więcej niż jedną dziesiątą uwolnionego lęku. Mammon obliczy koszt. Belial przygotuje wyjaśnienie dla więźniów.
Każdy otrzymał część zadania. Żaden nie mógł wykonać go samodzielnie.
— Przechodzimy do drugiej sprawy — powiedział Lucyfer.
Thamiel przyprowadził przed radę demona skutego łańcuchami. Więzień nosił imię Saref. Przed buntem był posłańcem pomiędzy chórami. Po przemianie jego skrzydła stały się cienkie i ostre, a wzdłuż kręgosłupa wyrastały haczyki służące do przenoszenia skradzionych pieczęci. Rzucił się na kolana przed tronem.
— Oskarżony ukradł trzy iskry ze skarbca — oznajmił Thamiel. — Następnie przeszedł bez pozwolenia przez labirynt Koriela i przekazał jedną z nich słudze Beliala.
Mammon uderzył pięścią w poręcz.
— Wszystkie trzy należą do mnie.
Lucyfer spojrzał na niego.
— Do tronu.
— Do skarbca zarządzanego przeze mnie.
Belial przybrał twarz zdziwionego świadka.
— Nie wydawałem rozkazu kradzieży.
— Twój sługa otrzymał światło.
— Wielu powołuje się na moje imię.
— Ponieważ nauczyłeś ich kłamać.
— To dowód skuteczności szkolenia, nie mojej winy.
Asmodeusz pochylił się ku Sarefowi.
— Dlaczego ukradłeś?
Więzień spojrzał na iskrę trzymaną przez Thamiela.
— Byłem głodny.
— Wykorzystałeś tylko jedną. Co zrobiłeś z pozostałymi?
Saref milczał. Asmodeusz wstał i zbliżył twarz do jego twarzy. Pod piękną skórą poruszyła się druga paszcza.
— Czuję w tobie inne pragnienie. Nie kradłeś tylko dla siebie.
Saref zadrżał. Astarot zaczął obserwować zmiany w jego świetle.
— Reakcja wskazuje na więź emocjonalną — stwierdził. — Prawdopodobnie chciał nakarmić kogoś bliskiego.
— Kogo? — zapytał Lucyfer.
— Nikogo — odpowiedział Saref.
Belial dotknął tablicy. Zapisane słowo „nikogo” rozpadło się na kilka znaczeń.
— Kłamie — powiedział.
Mammon wysunął czarne szpony.
— Dług wzrośnie za każde zatajenie.
Saref zacisnął szczękę. Thamiel uderzył go w plecy.
— Mów.
— Dałem jedną iskrę Razei — wyszeptał.
— Kim jest Razea? — zapytał Lucyfer.
— Była ze mną podczas strącenia. Jej światło niemal wygasło.
— Dlaczego jej pomogłeś?
Saref uniósł wzrok.
— Ponieważ kiedyś uratowała mnie przy Bramie Pieśni.
W radzie zapadła cisza. Nie chodziło o wagę kradzieży. Niepokojący był powód. Saref oddał coś bez żądania zapłaty. W samym centrum porządku zbudowanego na długu, głodzie i wzajemnej podejrzliwości pojawił się ślad dawnej więzi.
Mammon odezwał się pierwszy:
— Razea ma teraz dług równy wartości iskry, kosztowi przechowania oraz karze za nieuprawniony odbiór.
— Nie prosiła mnie — powiedział Saref. — Sam jej dałem.
— Dar bez ceny jest kradzieżą wartości należnej skarbcowi.
Asmodeusz patrzył na więźnia z mieszaniną głodu i niechęci.
— Dlaczego samo wspomnienie jej czynu wystarczyło ci jako zapłata?
— Nie było zapłatą.
— Każde działanie ma pragnienie.
— Chciałem, żeby przeżyła.
— Co otrzymasz, jeśli przeżyje?
Saref spojrzał na niego jak na istotę, która zapomniała najprostszego języka.
— Ją.
Asmodeusz cofnął się. Nie rozumiał odpowiedzi. Dla niego posiadanie kogoś, używanie go albo żywienie się jego uczuciami było zrozumiałe. Samo dobro drugiej istoty nie stanowiło korzyści.
Astarot zwrócił się do Lucyfera:
— To podobne zjawisko do białej linii w tronie. Działanie skierowane ku drugiemu bez żądania odwzajemnienia osłabia niektóre struktury otchłani.
Mammon natychmiast spojrzał na mapę.
— Jak bardzo?
— Jeszcze nie wiem.
— Zatem ten czyn zagraża murom.
Belial odnalazł odpowiednie słowa:
— Możemy nazwać bezinteresowność sabotażem.
— Nie można zakazać pragnienia dobra innego demona — powiedział Astarot. — Zakaz nie usunie mechanizmu.
— Nie musi go usuwać — odpowiedział Belial. — Wystarczy, że sprawi, iż każdy będzie bał się go okazać.
Lucyfer spojrzał na Sarefa.
— Rada wyda wyrok.
— Rada? — Abaddon odsunął się od ściany. — Myślałem, że to ty jesteś prawem.
— Każdy książę przedstawi karę zgodną ze swoim urzędem.
Mammon zażądał, aby Saref odpracował dziesięciokrotną wartość skradzionego światła. Belial chciał wyrwać mu wspomnienie czynu Razei i zastąpić je przekonaniem, że uratowała go wyłącznie dla przyszłej korzyści. Asmodeusz zaproponował rozbudzenie w nim tak silnego pragnienia wzajemności, aby zaczął nienawidzić Razeę za każdy dar, którego mu nie odda.
Astarot chciał przeprowadzić badanie, aby ustalić, dlaczego bezinteresowny czyn osłabia ściany. Abaddon milczał.
— A twoja kara? — zapytał Lucyfer.
— Zabić albo uwolnić.
— Dlaczego?
— Jeżeli jest zagrożeniem, zniszcz go. Jeżeli nie jest, nie marnuj czasu. Wy chcecie podzielić jedną istotę na pięć części, aby każdy mógł pobawić się kawałkiem.
Saref spojrzał na Lucyfera.
— Czy mogę przemówić?
— Już przemówiłeś.
— Zapytałeś ich, czego chcą. Nie zapytałeś, co jest sprawiedliwe.
Lucyfer zszedł z tronu.
— Sprawiedliwość była prawem Nieba. Tutaj prawo służy królestwu.
— Więc nie nazywaj tego sądem.
Belial natychmiast zaczął usuwać te słowa z tablicy. Lucyfer zauważył ruch.
— Zostaw je.
— Podważają powagę rady.
— Niech pozostaną jako dowód, dlaczego oskarżony musi zostać ukarany.
Władca wydał wyrok. Saref miał pracować w skarbcach Mammona, dopóki nie spłaci długu. Belial otrzymał prawo kontrolowania jego wspomnień. Asmodeusz miał wzbudzać w nim głód w każdej chwili, gdy pomyśli o Razei. Astarot mógł badać jego reakcje. Jeżeli Saref spróbuje uciec, zostanie przekazany Abaddonowi. Każdy książę otrzymał część więźnia.
Żaden nie ponosił pełnej odpowiedzialności za jego cierpienie. Tak rada ustanowiła swój pierwszy precedens.
Po wyprowadzeniu Sarefa Belial odczytał zapis wyroku:
— „Rada jednomyślnie uznała, że oskarżony dopuścił się zdrady poprzez nieuprawnione rozporządzanie własnością tronu i szkodliwe podtrzymywanie dawnej więzi”.
Abaddon spojrzał na niego.
— Nie głosowałem.
— Nie sprzeciwiłeś się wyrokowi.
— Powiedziałem, żeby go zabić albo uwolnić.
— Zatem uznałeś potrzebę rozstrzygnięcia.
— To nie jest jednomyślność.
Belial uśmiechnął się.
— Teraz już jest.
Abaddon podniósł młot. Tablica pękła w dłoniach Beliala. Lucyfer wkroczył między nich.
— Następne posiedzenie odbędzie się po zakończeniu prób Astarota. Każdy urząd przedstawi raport. Każdy książę ujawni stan własnej domeny.
— Także ty? — zapytał Mammon.
— Tron nie jest domeną. Tron jest źródłem prawa.
Mammon zapamiętał odmowę. Belial zapamiętał sformułowanie. Asmodeusz poczuł pragnienie poznania tego, co Lucyfer ukrywał. Astarot zanotował brak danych. Abaddon odszedł przez pęknięcie w ścianie. Pierwsze posiedzenie dobiegło końca. Nie rozwiązano kryzysu zasobów, nie usunięto rywalizacji ani nie osiągnięto zgody. Powstało jednak coś, czego Lucyfer potrzebował bardziej niż wspólnego planu.
Każdy książę publicznie ujawnił sposób myślenia. Lucyfer wiedział już, czym można go przekupić, czego się obawia i przeciwko komu skieruje pierwsze uderzenie. Rada pod Czarnym Tronem nigdy nie miała służyć wymianie mądrości. Była miejscem, w którym ambicje książąt spotykały się pod spojrzeniem władcy i wzajemnie się osłabiały.
W Niebie wspólna narada pozwalała każdemu zobaczyć więcej, niż widział sam. W piekle każdy mówił tylko po to, aby ukryć część prawdy przed pozostałymi. A Czarny Tron słuchał wszystkiego.
3. Belial — głos tronu
Belial otrzymał miejsce najbliżej ucha Lucyfera. Nie oznaczało to, że Władca Otchłani ufał mu bardziej niż pozostałym. Przeciwnie — umieścił go tak blisko, ponieważ chciał widzieć każdą zmianę jego twarzy i słyszeć każdy szept, zanim zostanie skierowany do innych. Belial uznał to miejsce za zwycięstwo. Wiedział, że władca może posiadać miecz, koronę i armię, lecz jego rozkaz pozostaje bezsilny, dopóki ktoś nie zaniesie go poddanym. Pomiędzy wolą tronu a uszami tłumu istniała przestrzeń. Belial zamierzał uczynić ją własnym królestwem.
Rozpoczął od przejęcia posłańców. Dawniej przekazywali słowa bez zmiany znaczenia. Ich obowiązkiem było nie tylko zapamiętać brzmienie rozkazu, lecz również zachować jego ton, cel i właściwą chwilę. Wiadomość przyniesiona zbyt późno mogła stać się kłamstwem, nawet jeśli powtarzała prawdziwe zdanie. Belial odwrócił tę zasadę. Podzielił posłańców na trzy grupy.
Pierwsi, zwani Ustami, ogłaszali publiczne dekrety. Mieli donośne głosy i piękne oblicza. Nie musieli rozumieć przekazu. Wystarczyło, że powtarzali go z przekonaniem. Drudzy stali się Uszami. Krążyli pomiędzy domenami i zbierali pogłoski, skargi, żarty oraz słowa wypowiedziane w gniewie. Nie pytali, czy wiadomość była prawdziwa. Zapisywali, kto w nią uwierzył.
Trzeci zostali nazwani Echami. Ich zadaniem było powtarzać tę samą opowieść w wielu miejscach, lecz tak, aby nikt nie potrafił wskazać jej pierwszego źródła.
— Jedno świadectwo budzi wątpliwość — tłumaczył Belial. — Dziesięć identycznych świadectw buduje pewność.
Nerias, dawny strażnik harmonii, stanął na czele Ech. Jego liczne usta potrafiły wypowiadać ten sam przekaz różnymi tonami. Jedne brzmiały jak głos zatroskanego przyjaciela, inne jak ostrzeżenie wojownika, jeszcze inne jak tajemnica zdradzona wbrew zakazowi.
— Nie powtarzajcie dokładnie tych samych słów — instruował podwładnych. — Powtarzajcie ten sam lęk. Słowa mogą się różnić. Ważne, aby każdy słuchacz sam doszedł do wniosku, który wcześniej dla niego wybraliśmy.
Belial utworzył Salę Echa pod prawym skrzydłem tronu. Jej ściany zbudowano z piór dawnych posłańców. Każde zachowało zdolność przenoszenia głosu, lecz zostało odwrócone ku wnętrzu. Wypowiedziane tam słowo wędrowało przez mury piekła, zatrzymując się w miejscach wybranych przez Beliala. Mógł mówić do tysięcy upadłych, nie opuszczając sali.
Mógł także ich słuchać. Demony szybko nauczyły się szeptać ciszej, ale ściany nie potrzebowały pełnych zdań. Rejestrowały wahanie, przerwany oddech i imię wypowiedziane podczas snu. Belial nie szukał jedynie jawnej zdrady. Interesował go moment, w którym myśl o sprzeciwie pojawiała się po raz pierwszy. Pierwszy dekret powierzony jego urzędowi dotyczył kryzysu światła.
Lucyfer przekazał mu prosty rozkaz:
— Zmniejszyć przydziały dla wszystkich poza wojskiem, strażnikami i sługami tronu.
Belial skłonił głowę.
— Jak mam wyjaśnić decyzję?
— Nie musisz jej wyjaśniać.
— Każda niezrozumiana strata otrzymuje wyjaśnienie od poszkodowanego.
— Zatem daj im inne.
Belial wrócił do Sali Echa i podyktował publiczny dekret:
— „Z powodu sabotażu dokonanego przez tych, którzy nadal służą prawom Nieba, tron przejmuje część światła w celu ochrony królestwa. Wierni otrzymają pełny przydział po odnalezieniu zdrajców”.
Następnie Usta rozniosły wiadomość. Nie powiedziano upadłym, że zapasy się kończą. Nie wspomniano o rosnącym głodzie tronu ani o ukrytych skarbcach Mammona. Przyczyną niedostatku stali się niewidzialni zdrajcy. Dekret odniósł natychmiastowy skutek. Demony zaczęły oskarżać sąsiadów. Każdy, kto zachował odrobinę dawnego blasku, budził podejrzenie. Odmawiający udziału w torturach uchodzili za agentów Michała. Ci, którzy dzielili się światłem, byli uznawani za sabotażystów niszczących wspólne zapasy.
Thamiel otrzymał setki donosów. Większość była fałszywa. Belial nie kazał ich odrzucać.
— Fałszywe oskarżenie także mówi prawdę — powiedział do Neriasa.
— Jaką?
— Pokazuje, kogo oskarżyciel chce usunąć.
W ciągu jednego cyklu zatrzymano więcej demonów, niż wszystkie więzienia mogły pomieścić. Turel rozszerzył lochy, zaciskając ściany wokół osadzonych. Mammon przejął ich własność. Astarot otrzymał nowych badanych. Asmodeusz żywił się strachem rodzin i dawnych towarzyszy. Każdy urząd zyskał na kłamstwie Beliala. Jedynie zasoby tronu nadal malały.
Lucyfer wezwał go przed oblicze.
— Zmieniłeś mój rozkaz — powiedział.
Belial przybrał jego własną twarz. Nie była doskonała. Cień korony padał pod niewłaściwym kątem, a lewe oko pozostawało odrobinę ciemniejsze. Mimo to widok własnego oblicza na cudzym ciele rozgniewał Lucyfera.
— Przywróć swoją twarz.
— Nie mam już własnej.
— Wybierz inną.
Belial przybrał postać pokornego sługi.
— Rozkaz został wykonany. Przydziały zmniejszono.
— Nie mówiłem o sabotażystach.
— Gdybym ogłosił, że brakuje światła, upadli zapytaliby, dlaczego tron zużywa go więcej niż całe więzienia.
Korzenie pod posadzką poruszyły się.
— Skąd to wiesz?
— Jestem głosem tronu. Głos musi znać oddech, z którego powstaje.
— Mammon przekazuje ci rachunki?
— Mammon nie przekazuje niczego dobrowolnie. Jego podwładni jednak lubią mówić, zwłaszcza kiedy wierzą, że ich wiedza ma wartość.
Lucyfer zszedł z tronu.
— Użyłeś mojego autorytetu, aby stworzyć własną opowieść.
— Każdy rozkaz staje się opowieścią w chwili, gdy opuszcza usta władcy. Mogłem pozostawić ją twoim wrogom albo nadać jej kształt korzystny dla ciebie.
— Korzystny również dla ciebie.
— Najlepsze kłamstwo służy wielu interesom. Dlatego tak trudno znaleźć kogoś, kto zechce je obalić.
Lucyfer chwycił go za gardło. Twarz Beliala zaczęła się zmieniać. Pokazywała kolejno wszystkich tych, których Najjaśniejszy skrzywdził: Oriela, Michała, Arakiela, Lemeę i niezliczonych upadłych strąconych razem z Legionem. Na końcu pojawiło się oblicze samego Lucyfera z chwili, gdy odrzucił ostatnią drogę powrotu.
— Nie próbuj mnie oskarżać moją pamięcią — syknął Władca Otchłani.
— Ja tylko odbijam to, na co patrzysz.
Czarna dłoń zacisnęła się mocniej.
— Mogę wyrwać ci język.
— Mam ich wiele.
— Mogę pozbawić cię głosu.
— Wtedy każdy będzie się zastanawiał, jaką prawdę próbowałem wypowiedzieć.
Lucyfer puścił go. Belial upadł na kolana, lecz podniósł głowę z uśmiechem. Zrozumiał, że stał się zbyt użyteczny, aby łatwo go zniszczono. Była to pozycja niemal równie cenna jak korona.
— Od tej chwili — powiedział Lucyfer — każda wiadomość będzie posiadała dwa zapisy. Pierwszy dla królestwa. Drugi, zawierający dokładne słowa rozkazu, zostanie zachowany pod tronem.
— Kto będzie miał do niego dostęp?
— Ja.
— A jeśli publiczna wersja okaże się niewygodna?
— Wtedy drugi zapis udowodni, że działałeś bez mojej zgody.
Belial zrozumiał pułapkę. Lucyfer pragnął korzystać z jego kłamstw, lecz zachować możliwość obciążenia go winą za każdy skutek. Gdy propaganda odnosiła sukces, zwycięstwo miało należeć do tronu. Gdy zawodziła, odpowiedzialność spadała na głos.
— Bardzo dobrze — powiedział Belial. — Dwa zapisy.
Nie wspomniał o trzecim. Tego samego dnia utworzył ukryte archiwum poza Salą Echa. Wejście nie znajdowało się w żadnym korytarzu. Można było je otworzyć tylko poprzez wypowiedzenie prawdziwego zdania z zamiarem oszustwa. Tam Belial zaczął gromadzić rozkazy, których Lucyfer nigdy nie chciałby ujawnić, rachunki Mammona, wyniki doświadczeń Astarota oraz wiadomości pochodzące z domeny Abaddona. Nie zmieniał ich.
W ukrytym archiwum przechowywał prawdę. Nie dlatego, że ją pokochał. Wiedział, iż dobrze ukryta prawda jest najdroższą formą władzy. Belial wprowadził również nowe zasady kroniki. Każde wydarzenie miało posiadać bohatera, zdrajcę oraz wyjaśnienie korzystne dla tronu. Jeżeli nie istniał bohater, tworzono go z nazwiska posłusznego sługi. Jeżeli brakowało zdrajcy, wybierano kogoś, kto nie mógł się obronić. Jeżeli fakty nie pasowały do wyjaśnienia, pomijano część z nich.
Tak zapisano strącenie jako zwycięski marsz. Głód nazwano ceną niezależności. Więzienia — miejscami naprawy. Daninę — wspólnym wkładem. Przymus — ochroną porządku. Każda zmiana była niewielka. Belial rzadko odwracał całe znaczenie jednym kłamstwem. Wiedział, że wielki fałsz łatwo zauważyć. Przesuwał sens po jednym kroku, aż słuchacz znajdował się daleko od prawdy, nie pamiętając chwili, w której zszedł z właściwej drogi.
Edras usłyszał jedną z nowych kronik w więzieniu. Opowiadała o Sarefie jako o złodzieju, który próbował zniszczyć zapasy królestwa dla osobistej korzyści. Nie wspomniano o Razei ani o bezinteresownym darze.
— Dlaczego usunęliście najważniejszą część? — zapytał jednego z Ech.
— Niczego nie usunęliśmy. Zapisaliśmy to, co miało znaczenie.
— Właśnie dlatego kłamiecie. Zostawiacie fakty, a odbieracie im znaczenie.
Echo zawahało się.
— Belial mówi, że znaczenie nadaje zwycięzca.
Edras podszedł bliżej krat.
— Nie. Zwycięzca może jedynie karać tych, którzy wypowiadają je inaczej.
Sługa Beliala odszedł, ale zapamiętał zdanie. Jeszcze tego samego cyklu trafiło do Sali Echa. Belial nie kazał ukarać Edrasa. Polecił zapisać jego słowa w ukrytym archiwum. Rozumiał bowiem coś, czego Lucyfer nie chciał przyjąć: każda władza oparta na kłamstwie potrzebuje prawdy, aby wiedzieć, przed czym się broni.
Belial stał się więc głosem tronu, ale nie był zwykłym rzecznikiem. Znajdował się pomiędzy rozkazem a jego wykonaniem. Mógł przyspieszyć wiadomość, opóźnić ją, zmienić ton albo wskazać innego winnego. Książęta zaczęli zabiegać o jego przychylność. Mammon przekazywał mu informacje o dłużnikach w zamian za korzystne ogłoszenia.
Asmodeusz podsuwał sekrety poznane z cudzych pragnień. Astarot dostarczał fakty, których Belial używał bez ujawniania źródła. Nawet wojownicy Abaddona czasem przychodzili do Sali Echa, aby sprawdzić, jakie opowieści krążą o ich zwycięstwach. Belial nie dowodził największą armią. Nie posiadał najbogatszych skarbców ani najsilniejszej broni. Posiadał coś, bez czego inni nie potrafili zachować władzy.
Decydował, jak zostaną zapamiętani. Lucyfer sądził, że uczynił z niego własny głos. Nie zauważył, że głos zaczął wybierać, które myśli władcy usłyszy królestwo, a które znikną w ciszy. Od tej chwili każde słowo wypowiedziane spod Czarnego Tronu należało do dwóch istot. Do tej, która wydała rozkaz.
I do tej, która nadała mu znaczenie.
4. Mammon — skarbnik głodu
Mammon rozpoczął urzędowanie od policzenia wszystkiego, czego w piekle brakowało. Martwego światła było za mało. Broni za mało. Miejsc w pobliżu ognia za mało. Przejść pomiędzy domenami za mało. Jedynie głodu, lęku i cierpienia nie trzeba było oszczędzać. Zamiast uznać niedostatek za problem, Mammon dostrzegł w nim fundament władzy. Jeżeli wszyscy mieliby pod dostatkiem tego, czego potrzebowali, nikt nie musiałby prosić go o pozwolenie. W pełnym magazynie był tylko strażnikiem zapasów.
Przy pustym stawał się strażnikiem życia. Nakazał zbudować Główny Skarbiec pod najniższymi korzeniami tronu. Dostępu do niego strzegło siedem bram. Każda otwierała się innym sposobem. Pierwsza wymagała znaku własności. Druga — wypowiedzenia imienia dłużnika. Trzecia otwierała się tylko przed istotą, która czegoś pragnęła. Czwarta badała, czy wchodzący posiada sekret możliwy do wykorzystania.
Piąta pobierała cząstkę światła jako opłatę. Szósta zmieniała położenie po każdym przejściu. Siódma nie posiadała widocznego zamka. Jej klucz Mammon ukrył wewnątrz jednej z komór własnej piersi. Skarbiec nie przypominał zwykłego magazynu. Jego komory ciągnęły się w głąb otchłani, połączone łańcuchami wyrastającymi z dłoni zarządcy. W jednej przechowywano martwe światło. W drugiej broń. W następnych pióra, kamienie z dawnych sfer, wspomnienia odebrane więźniom, pieczęcie przejść oraz imiona tych, którzy zgodzili się oddać przyszłą pracę.
Największa sala początkowo pozostawała pusta.
— Co będzie tu przechowywane? — zapytał Thamiel.
Mammon przesunął czarną dłonią po ścianie.
— To, czego jeszcze nie zdobyliśmy.
— Nie można zamknąć w skarbcu rzeczy, która nie istnieje.
— Można zamknąć prawo do niej.
Na ścianach pustej sali zapisał przyszłe należności. Światło, które miało zostać zdobyte. Pracę, która nie została jeszcze wykonana. Broń, której Astarot dopiero miał nauczyć się wytwarzać. Mammon policzył nawet to, co zamierzał odebrać przyszłemu człowiekowi. Nie znał jego ciała, czasu życia ani ziemskich potrzeb. Już jednak uważał je za zasoby.
Następnie ustanowił miarę wartości. Najmniejszą jednostką była iskra — ilość martwego światła zdolna na krótko złagodzić ból jednego rannego. Dziesięć iskier tworzyło płomień, a dziesięć płomieni — pieczęć. Większe zasoby mierzono piórami, ponieważ pióro upadłego zachowywało cząstkę jego dawnego daru. Nie wszystkie pióra miały taką samą wartość.
Pióro strażnika dróg było droższe od pióra zwykłego posłańca, ponieważ mogło otworzyć przejście. Pióro uzdrowiciela osiągało wysoką cenę, choć nie potrafiło już naprawdę leczyć. Najdroższe pozostawały fragmenty skrzydeł najpotężniejszych buntowników. Mammon przechowywał jedno pióro Lucyfera w tajemnicy przed tronem. Nie używał go. Sama świadomość posiadania czegoś należącego niegdyś do Najjaśniejszego dawała mu większą przyjemność niż światło zamknięte w tysiącach zbiorników.
Szybko odkrył jednak, że fizyczne zasoby są niewygodne. Można je ukraść, zniszczyć albo zużyć. Stworzył więc znaki długu. Na cienkich płytkach z czarnego metalu odciskał własną dłoń oraz imię zobowiązanego. Płytka nie zawierała światła. Reprezentowała jedynie obietnicę, że ktoś odda je w przyszłości wraz z częścią własnej pracy.
Mammon wręczał znaki tym, którzy nie mieli czym zapłacić.
— To nie jest dar — ostrzegał. — To czas przesunięty z przyszłości do teraźniejszości.
Dłużnicy przyjmowali płytki, ponieważ cierpieli teraz, a cenę mieli zapłacić później. Nie rozumieli, że Mammon przejmował właśnie część przyszłości, w której spodziewali się odzyskać siłę. Każdy dług narastał. Za światło należało zwrócić więcej światła. Za opóźnienie doliczano karę. Za przechowywanie długu — kolejną. Za pracę strażników pilnujących dłużnika — następną.
Jeżeli zobowiązany nie mógł zapłacić, Mammon odbierał mu pióra, broń, miejsce przy ogniu, prawo przejścia przez bezpieczny korytarz, a w końcu własne imię. Demon pozbawiony imienia stawał się numerem w księdze. Numer nie mógł niczego posiadać. Mógł jedynie pracować. Saref, skazany przez radę za oddanie iskry Razei, został przyprowadzony do Głównego Skarbca. Thamiel zakuł jego nogi w ciężkie obręcze.
Mammon otworzył księgę.
— Ukradłeś trzy iskry — powiedział.
— Jedną wykorzystałem. Jedną oddałem Razei. Trzecią odebrali strażnicy.
— Wszystkie trzy opuściły skarbiec bez pozwolenia.
— Trzecia wróciła.
— Wróciła używana.
— Światła nie zużyto.
— Zostało dotknięte przez złodzieja. Wartość spadła.
Saref spojrzał na niego z niedowierzaniem.
— Jak mam spłacić dług?
— Pracą.
— Ile cykli?
Mammon przesunął palcem po zapisie.
— Trzydzieści.
— Za trzy iskry?
— Za iskry, karę, straż, miejsce pracy, narzędzia oraz światło potrzebne, abyś nie zgasł podczas wykonywania obowiązków.
— Każesz mi płacić za światło, które pozwoli mi pracować dla ciebie?
— Gdybyś nie pracował, nie potrzebowałbyś go.
— Nie pozwalasz mi odejść.
— Ponieważ masz dług.
— A jeżeli po trzydziestu cyklach nadal będę coś winien?
Mammon zamknął księgę.
— Będziesz pracował dalej.
Saref został skierowany do sortowania piór. Każdego cyklu otrzymywał jedną iskrę, ale jej cena była doliczana do długu. Pracował bez odpoczynku, a mimo to zapis narastał szybciej, niż spłacał należność. Razea również trafiła do skarbca. Nie za kradzież. Za przyjęcie daru.
— Nie wiedziałam, skąd pochodzi światło — powiedziała.
— Niewiedza nie usuwa wartości korzyści — odpowiedział Mammon.
— Nie prosiłam o nią.
— Ale jej użyłaś.
— Umierałam.
— W takim razie otrzymałaś więcej niż światło. Otrzymałaś przedłużenie istnienia. Jego cena jest odpowiednio wyższa.
Saref próbował zbliżyć się do niej, lecz Thamiel pociągnął za łańcuch.
— Obciąż mnie jej długiem — powiedział Saref. — To ja podjąłem decyzję.
Mammon zatrzymał się. Oferta zainteresowała go bardziej niż protesty.
— Przyjmiesz jej zobowiązanie dobrowolnie?
— Tak.
— Wraz z karą i kosztami?
— Tak.
— Nawet jeśli nigdy go nie spłacisz?
Saref spojrzał na Razeę.
— Tak.
Mammon nie potrafił zrozumieć, dlaczego ktoś dobrowolnie przyjmuje cudze brzemię bez obietnicy korzyści. Dostrzegał jednak możliwość stworzenia nowego rodzaju zobowiązania.
— Zgadzam się — powiedział.
Znak długu przeszedł z piersi Razei na ciało Sarefa. Łańcuchy na jego rękach pogrubiały, aż upadł pod ich ciężarem. Razea była wolna od rachunku, lecz Mammon nie wypuścił jej ze skarbca.
— Jej dług został spłacony — powiedział Saref.
— Dług tak. Nie koszt miejsca, które zajmowała podczas rozprawy.
— Dopisałeś go teraz!
— Każdy nowy fakt wymaga nowego rachunku.
Wtedy Saref zrozumiał, że nie istnieje zapłata zdolna zadowolić Mammona. Skarbnik nie chciał odzyskać wartości. Chciał utrzymać zobowiązanie, ponieważ dłużnik bez długu przestawał do niego należeć. System rozprzestrzenił się po całej otchłani. Mammon wyznaczył poborców, rachmistrzów i strażników magazynów. Na ich czele postawił Thamiela. Każdy poborca otrzymywał część odebranego światła, dlatego sam wybierał coraz więcej przewinień podlegających opłacie.
Pobierano daninę od pracy. Od przejścia przez korytarz. Od posiadania broni. Od zajęcia miejsca przy ogniu. Od ochrony przed strażnikami, których opłacano z tej samej daniny. Demon, który nie posiadał niczego, nadal płacił za to, że królestwo pozwalało mu istnieć. Mammon odkrył także, że wartość rośnie, gdy dostęp maleje. Nakazał więc zamknąć dwa pełne magazyny i usunąć je z oficjalnych ksiąg.
— Dlaczego ukrywamy światło, skoro ranni gasną? — zapytał jeden z rachmistrzów.
— Ponieważ przy pełnych przydziałach jedna iskra jest tylko iskrą. Przy niedostatku staje się obietnicą przetrwania.
— Ale światło leży niewykorzystane.
— Nie leży. Podnosi cenę pozostałego.
Rachmistrz spojrzał na zamknięte bramy.
— Ilu zgaśnie?
— Tylu, ilu nie zdoła zapłacić.
Mammon nie czerpał przyjemności z ich śmierci. Martwy dłużnik był dla niego stratą. Wolał utrzymywać poddanych na granicy wyczerpania — wystarczająco żywych, by pracowali, i wystarczająco głodnych, by przyjmowali każdy warunek. Wieść o ukrytych magazynach dotarła do Beliala. Głos tronu przyszedł do Mammona z kopią rachunku.
— Oficjalny zapis mówi o siedmiu zbiornikach — powiedział. — Moje Uszy słyszały o dziewięciu.
— Twoje Uszy powinny nauczyć się liczyć.
— Potrafią także rozpoznawać zamknięte drzwi.
Mammon zbliżył czarne dłonie do gardła Beliala.
— Ile chcesz?
Belial przybrał jego twarz.
— A więc magazyny istnieją.
— Nie powiedziałem tego.
— Zapytałeś o cenę mojego milczenia. To wystarczy.
— Czego chcesz?
— Dostępu do listy wszystkich dłużników.
— Po co?
— Dług czyni istotę podatną na właściwą opowieść. Chcę wiedzieć, komu obiecać umorzenie, a komu zagrozić ujawnieniem.
— Lista jest własnością skarbca.
— Tajemnica ukrytych zbiorników również.
Mammon niechętnie zawarł umowę. Tak powstał pierwszy sojusz pomiędzy książętami. Nie opierał się na zaufaniu. Każdy trzymał ostrze przy gardle drugiego i nazywał to współpracą. Lucyfer dowiedział się o skali niedostatku, lecz nie odkrył ukrytych magazynów. Mammon przedstawił mu oficjalne księgi.
— Dochody wzrosły — oznajmił. — Zużycie spadło. Liczba dłużników zwiększyła się trzykrotnie.
— Dlaczego tron otrzymał mniej światła niż wcześniej?
— Ponieważ utrzymanie systemu ma koszt.
— Zażądałem daniny od każdej transakcji.
— Została pobrana.
— Więc gdzie jest?
Mammon położył na stopniach niewielką skrzynię.
— Po odjęciu kosztów poboru, przechowania, ochrony, transportu i zapisu pozostało tyle.
Lucyfer otworzył skrzynię. Znajdowały się w niej zaledwie trzy płomienie.
— Okradasz mnie.
— Przedstawiam rachunek.
Korzenie tronu oplotły nogi Mammona.
— Wszystko w tym królestwie należy do mnie.
Mammon nie próbował się uwolnić.
— Jeżeli wszystko należy do ciebie, to wszystkie koszty również.
Lucyfer zacisnął pięść. Łańcuchy tronu weszły głębiej w ciało skarbnika, otwierając jedną z komór w jego piersi. Wypadły z niej płytki długu, pióra i ukryte iskry. Mammon krzyknął, próbując zebrać je zamkniętymi dłońmi.
— Zatrzymam połowę każdej daniny — powiedział Lucyfer. — Zanim odliczysz koszty.
— Wtedy system osłabnie.
— Niech osłabnie wszystko poza tronem.
— A jeżeli zabraknie światła dla armii?
— Odbierzesz je więźniom.
— Jeżeli zabraknie więźniom?
— Odbierzesz je dłużnikom.
— Wszyscy są dłużnikami.
Lucyfer pochylił się nad nim.
— Właśnie dlatego otrzymałeś ten urząd.
Puścił Mammona, ale zatrzymał wszystko, co wypadło z jego piersi. Skarbnik patrzył, jak jego zasoby wnikają w korzenie tronu. Ból straty był tak silny, że metaliczne palce wbiły się w posadzkę. Nie zaprotestował.
Wrócił do skarbca i otworzył nową księgę. Na pierwszej stronie zapisał:
„Czarny Tron: pobrano bez zapłaty”.
Pod spodem dodał wartość odebranych przedmiotów. Nie miał jeszcze odwagi nazwać Lucyfera dłużnikiem. Pozostawił jednak miejsce na narastające odsetki. Mammon został skarbnikiem głodu. Nie stworzył bogactwa ani nie pomnożył zasobów królestwa. Stworzył system, w którym brak pracował na jego korzyść. Uczynił z potrzeby umowę, z pomocy pożyczkę, z przyszłości zabezpieczenie, a z istoty żywej pozycję w księdze.
Nie pieniądz był jego złem. Nie wymiana ani uczciwa zapłata za pracę. Zło zaczynało się w chwili, gdy wartość rzeczy stawiał ponad wartością tego, kto jej potrzebował. Gdy cudzy głód przestawał być wezwaniem do pomocy, a stawał się okazją do przejęcia jego wolności. Mammon posiadał teraz skarbce, poborców i tysiące dłużników.
Mimo to nadal czuł się okradany. Ten, kto chce posiadać wszystko, każdą rzecz pozostającą w cudzych dłoniach uważa za własną stratę. A ponieważ w otchłani zawsze istniało coś, czego jeszcze nie pochwycił, Mammon pozostawał najuboższą istotą we własnym skarbcu.
5. Asmodeusz — pan pragnień
Asmodeusz nie budował skarbców. Nie potrzebował także sieci posłańców ani ksiąg zawierających tysiące imion. Jego królestwo mieściło się wewnątrz tych, którymi zamierzał władać. Mammon kontrolował to, co demony posiadały. Belial wpływał na to, w co wierzyły. Asmodeusz pragnął decydować o tym, czego będą chciały.
Po otrzymaniu urzędu opuścił salę rady i zaczął odwiedzać wszystkie domeny. Nie zabierał strażników. Przybierał piękną postać i rozmawiał z upadłymi, jakby interesowały go ich cierpienia. Pytał, czego najbardziej im brakuje, co pamiętają z Nieba i co uczyniliby, gdyby na krótką chwilę mogli odzyskać utracony dar.
Większość odpowiadała nieufnie. Asmodeusz nie naciskał. Czekał. Pragnienie, któremu odmawia się głosu, nie znika. Zaczyna mówić ciałem, spojrzeniem, gniewem i snem. Asmodeusz potrafił odczytywać ten język. Widział, jak oczy zatrzymują się na cudzym świetle. Słyszał zmianę głosu przy wypowiadaniu określonego imienia. Czuł przyspieszenie osobistej pieśni, gdy rozmówca przypominał sobie utracone piękno.
Każdy czegoś pragnął. Jedni chcieli światła. Inni władzy. Niektórzy marzyli o zemście na Niebie. Byli też tacy, którzy pragnęli jedynie, aby ból ustał choć na moment. Asmodeusz zapisywał ich głody nie w księdze, lecz we własnym ciele. Każde rozpoznane pragnienie tworzyło na wewnętrznej stronie jego skrzydeł nowe usta. Paszcza powtarzała imię właściciela i jedno słowo określające jego brak.
„Uznanie”.
„Bezpieczeństwo”.
„Dotyk”.
„Władza”.
„Zapomnienie”.
Wkrótce Asmodeusz nosił na skrzydłach tysiące szeptów. Mammon posiadał listę dłużników. Asmodeusz tworzył listę tych, którzy jeszcze nie wiedzieli, za co będą gotowi zaciągnąć dług. W centralnej części swojej domeny kazał zbudować Komnaty Ulgi. Belial zaproponował nazwę, ponieważ brzmiała łagodniej niż miejsce uzależniania. Z zewnątrz komnaty przypominały fragmenty utraconych sfer. Ściany pokrywał blask, który nie parzył, a w powietrzu rozbrzmiewały echa dawnych pieśni.
Wszystko było imitacją. Astarot odtworzył strukturę doznań na podstawie pamięci więźniów. Mammon dostarczył martwe światło, lecz zażądał udziału w każdej opłacie. Belial rozpuścił pogłoskę, że w Komnatach można na chwilę odzyskać to, co utracono podczas strącenia. Przed wejściem szybko ustawiła się kolejka. Pierwszym gościom Asmodeusz nie postawił żadnych warunków.
Demon tęskniący za dawną pieśnią usłyszał jej fragment. Ranny otrzymał chwilę bez bólu. Inny ujrzał siebie w postaci, którą nosił przed buntem. Doznania trwały krótko, lecz były wystarczająco silne, aby obudzić pamięć o stanie utraconym na zawsze. Po wyjściu każdy cierpiał bardziej niż przed wejściem.
Nie dlatego, że komnata zadawała nową ranę. Przypominała, jak głęboka była ta istniejąca. Upadli wracali. Za drugim razem Asmodeusz żądał drobnej przysługi: przekazania wiadomości, wskazania imienia przyjaciela albo wykonania prostego rozkazu. Za trzecim prosił o światło. Za czwartym o pióro. Później wymagał zdrady. Nigdy nie podnosił ceny gwałtownie.
Przesuwał granicę tak powoli, aby ofiara za każdym razem mogła powiedzieć sobie, że skoro oddała już tyle, jeden kolejny krok niczego nie zmieni. Jednym z pierwszych, których wybrał do próby, był Vahar, strażnik bocznej bramy tronu. Przed buntem należał do zastępu chroniącego słabsze chóry podczas przemieszczania się pomiędzy sferami. Po strąceniu zachował niezwykłą odporność na ból i dumę z dawnej odwagi.
Asmodeusz podszedł do niego podczas służby.
— Nikt nie widzi, jak długo tutaj stoisz — powiedział.
Vahar nie spojrzał w jego stronę.
— Strażnik nie potrzebuje widowni.
— Dawniej również tak mówiłeś?
— Dawniej służba była widziana przez Boga.
— A teraz?
Vahar milczał. Asmodeusz poczuł pierwsze poruszenie. Nie był nim głód światła ani rozkoszy. Vahar pragnął, aby ktoś uznał jego poświęcenie.
— Tron pamięta o tobie — skłamał Asmodeusz.
Strażnik odwrócił głowę.
— Lucyfer mówił o mnie?
— Pytał, kto nadal potrafi wypełniać obowiązek bez nagrody.
— Co mu odpowiedziałeś?
— Że znam jednego takiego.
Vahar wyprostował się. Asmodeusz odszedł, nie żądając niczego. Wrócił dopiero po kilku cyklach.
— Rada potrzebuje wiernych strażników — powiedział. — Jeden z twoich towarzyszy przekazuje informacje poza bramę.
— Który?
— Gdybym miał dowód, nie potrzebowałbym twojej pomocy.
Vahar zaczął obserwować innych. W każdym geście dostrzegał możliwą zdradę. Chciał udowodnić, że zasługuje na uznanie tronu. Wkrótce doniósł na dwóch strażników, choć żaden nie złamał prawa. Asmodeusz pochwalił go. Pragnienie uznania stało się silniejsze. Kiedy Vahar oskarżył trzeciego towarzysza, otrzymał miejsce w Komnacie Ulgi. Ukazano mu tłum skandujący jego imię i Lucyfera wkładającego mu na głowę koronę dowódcy.
Obraz trwał zaledwie chwilę. Vahar wyszedł drżący.
— Chcę tam wrócić.
— Zasłuż.
— Jak?
— Przy bocznej bramie służy duch, który ukrywa wspomnienia z Nieba. Przynieś mi jego imię.
— To nie jest zdrada tronu.
— Jeszcze nie.
Vahar zawahał się. Asmodeusz odwrócił się do odejścia.
— Poczekaj.
Wypowiedział imię. Strażnik został aresztowany przez Thamiela i przekazany Astarotowi. Nie znaleziono dowodu spisku, ale uczony wykorzystał więźnia w doświadczeniach. Vahar otrzymał kolejną chwilę pozornego triumfu. Tym razem trwała krócej.
— To nie było takie jak poprzednio — powiedział.
— Ponieważ przyzwyczaiłeś się do nagrody.
— Chcę silniejszej.
— Cena również będzie większa.
W końcu Vahar doniósł na cały własny oddział. Otrzymał obiecaną funkcję dowódcy, lecz nie miał już komu przewodzić. Nowi podwładni wiedzieli, jak zdobył urząd, i nienawidzili go. Lucyfer nigdy nie poznał jego imienia. Vahar wracał więc do Komnat Ulgi, aby oglądać obraz uznania, którego nie otrzymał w rzeczywistości.
Asmodeusz nie przykuł go łańcuchem. Nie musiał. Strażnik sam przychodził do miejsca własnej niewoli. Wieść o skuteczności Komnat dotarła do Mammonа. Skarbnik zażądał zwiększenia opłat.
— Dostarczam światło podtrzymujące obrazy — powiedział.
— Światło jest bezużyteczne bez pragnienia — odparł Asmodeusz.
— Pragnienie nie posiada wartości, dopóki ktoś nie zapłaci za jego zaspokojenie.
— To ja sprawiam, że zapłaci.
— A ja określam ile.
Spotkali się przy wejściu do największej komnaty. Za drzwiami dziesiątki demonów czekały na krótką ulgę. Mammon wskazał kolejkę.
— Każdy z nich ma dług.
— Każdy z nich najpierw miał pragnienie.
— Dług pozostanie, kiedy pragnienie minie.
Asmodeusz roześmiał się. Wszystkie usta na jego skrzydłach odpowiedziały tym samym śmiechem.
— Pragnienie nie minie. Dopilnuję tego.
Zawarli układ. Asmodeusz miał zwiększać głód, a Mammon udzielać środków na jego chwilowe zaspokojenie. Im częściej demon korzystał z Komnat, tym większego potrzebował doznania i tym głębszy zaciągał dług. Kiedy nie mógł płacić, Mammon przejmował jego pracę. Asmodeusz zaś zatrzymywał prawo do dalszego rozbudzania potrzeby.
Powstał zamknięty krąg. Głód prowadził do długu. Dług do pracy. Praca bez nadziei do poszukiwania ulgi. Ulga budziła jeszcze większy głód. Belial nazwał Komnaty „darem tronu dla cierpiących”. Astarot badał, jak często należy zmieniać bodźce, aby nie utraciły skuteczności. Każdy książę czerpał korzyść. Ofiara otrzymywała tylko kolejną potrzebę.
Lucyfer dostrzegł użyteczność metody i wezwał Asmodeusza.
— Chcę, abyś zbadał dowódców Legionu — powiedział. — Muszę znać ich najgłębsze pragnienia.
— Wszyscy pragną władzy.
— To zbyt ogólne.
— Jedni chcą, by się ich bano. Inni, by ich podziwiano. Niektórzy chcą stać blisko tronu. Najgroźniejsi pragną, aby tron stał pusty.
— Znajdź ich.
— Co otrzymam?
Lucyfer uniósł brwi.
— Urząd, który ci dałem.
— Urząd pozwala mi wykonywać pracę dla ciebie. Pytam o nagrodę dla siebie.
Czarny ogień przygasł.
— Uważaj, Asmodeuszu.
— Mam rozpoznawać pragnienia. Muszę więc mówić ich językiem.
— Otrzymasz światło z każdego dowódcy, którego zdradę udowodnisz.
— A jeżeli znajdę pragnienie w tobie?
Korzenie tronu poderwały się z posadzki, lecz Asmodeusz nie cofnął się. Patrzył na Lucyfera wszystkimi ukrytymi paszczami, smakując powietrze wokół jego korony.
— Nie próbuj mnie badać — powiedział Władca Otchłani.
— Nie muszę próbować. Twój głód wypełnia całą salę.
Miecz Lucyfera pojawił się przy jego gardle.
— Nazwij go, a odetnę ci głowę.
Asmodeusz uśmiechnął się piękną twarzą.
— Nie chcesz tylko panować. Chcesz, aby Bóg zobaczył twój tron i uznał, że się pomylił.
Ostrze przecięło skórę demona. Spod rany wysunęły się małe usta i zaczęły pić własną ciemność.
— Myślisz, że znajomość mojego pragnienia daje ci nade mną władzę?
— Nie. Władza zaczyna się dopiero wtedy, gdy uwierzysz, że mogę pomóc ci je spełnić.
Lucyfer uderzył go rękojeścią miecza. Asmodeusz upadł u stóp tronu.
— Nigdy więcej nie wypowiadaj tych słów.
— Zakaz nie zmieni głodu.
— Lecz może uciszyć jego głos.
— Jestem twoim głosem pragnienia, tak jak Belial jest głosem kłamstwa. Sam nadałeś mi tę funkcję.
Lucyfer chciał go zniszczyć, lecz powstrzymał się. Asmodeusz dowiódł, że potrafi odnaleźć słabość nawet w nim. Ta zdolność była zbyt niebezpieczna, by pozostawić ją bez kontroli, lecz również zbyt cenna, aby ją utracić.
— Będziesz badał wszystkich oprócz mnie — rozkazał. — Każde odkryte pragnienie zostanie zapisane pod tronem.
— Kto będzie miał dostęp?
— Ja.
— Belial ukryje część znaczeń. Mammon wyceni sekrety. Astarot sporządzi kopię. Zanim zapis dotrze pod tron, wszyscy poznają jego wartość.
— Dlatego przekażesz go bezpośrednio mnie.
Asmodeusz podniósł się.
— W takim razie będę przychodził częściej.
Lucyfer zrozumiał, że wpuścił do najbliższego otoczenia istotę zdolną dostrzegać jego najgłębszy brak. Nie mógł już cofnąć decyzji bez okazania lęku. Nadał Asmodeuszowi tytuł Pana Pragnień i powierzył mu nadzór nad nagrodami, pokusami oraz uzależnieniami wewnątrz Legionu. Od tej chwili każdy ważniejszy dowódca otrzymywał nie tylko rozkaz, lecz także obietnicę dopasowaną do własnej słabości.
Jeden walczył dla przyszłego urzędu. Drugi dla światła. Trzeci dla możliwości zemsty. Czwarty pragnął zobaczyć cierpienie dawnego rywala. Każdemu Asmodeusz dawał tyle, aby nie porzucił nadziei na więcej. Nigdy dość, by przestał służyć. Nie potrafił podporządkować sobie jedynie Abaddona. Kiedy próbował zbliżyć się do jego wojowników, rozbudzając w nich pragnienie większej siły, Niszczyciel pochwycił jednego z jego sług.
— Wracaj do swojego pana — powiedział — i przekaż mu, że znam swój głód.
— Każdy głód można powiększyć.
Abaddon zmiażdżył mu połowę twarzy.
— Mój rośnie po każdym uderzeniu. Nie potrzebuję jego pomocy.
Asmodeusz zrozumiał, że również Abaddon jest niewolnikiem pragnienia, lecz takim, który nie szuka ulgi. Niszczyciel karmił głód bezpośrednio czynem. Trudniej było nim sterować, bo cena i nagroda stanowiły dla niego to samo. Pan Pragnień wrócił więc do pozostałych domen. Jego władza rosła w ciszy. Nie nosił ksiąg ani znaków urzędu. Gdy przechodził przez korytarze, demony same odwracały ku niemu głowy. Jedne pamiętały ulgę, której im udzielił. Inne bały się, że ujawni ich najskrytsze potrzeby.
Każde pragnienie stawało się uchwytem. Asmodeusz wiedział, za który pociągnąć. Nie było złem pragnąć światła, bliskości, uznania ani odpoczynku. Zło jego urzędu polegało na czymś bardziej podstępnym. Oddzielał dobre pragnienie od właściwego celu, a potem oferował jego imitację. Czynił człowieka — a wcześniej demona — coraz bardziej spragnionym, jednocześnie niszcząc zdolność przyjęcia tego, czego naprawdę potrzebował.
Nie dawał spełnienia. Sprzedawał chwilę zapomnienia o braku.
A kiedy chwila mijała, stawał obok i szeptał:
— Mogę dać ci następną.
Tak Asmodeusz został panem pragnień. Nie dlatego, że potrafił je zaspokoić. Dlatego, że umiał sprawić, aby nigdy się nie kończyły.
6. Astarot — architekt wypaczenia
Astarot nie otrzymał największej domeny. Otrzymał dostęp do wszystkich pozostałych. Jego wiedza była potrzebna przy budowie skarbców Mammona, w Komnatach Ulgi Asmodeusza i w Sali Echa Beliala. Badał korzenie tronu, wzmacniał wewnętrzne mury i naprawiał przejścia niszczone przez fale uderzeń Abaddona. Każdy książę potrzebował jego umiejętności, choć żaden nie chciał, aby poznał wszystkie tajemnice jego urzędu.
Astarot wykorzystywał tę zależność. Za każdą pomoc żądał informacji. Mammon płacił mu dostępem do rzadkich piór i odłamków światła. Belial przekazywał zeznania więźniów. Asmodeusz pozwalał obserwować wpływ pragnienia na formę upadłych. Nawet Abaddon czasem oddawał fragment zniszczonej broni, jeżeli chciał wiedzieć, dlaczego pękła. W ten sposób archiwum Astarota rosło szybciej niż jakakolwiek inna część otchłani.
Zbudował je pod lewym skrzydłem Czarnego Tronu. Nie przechowywał tam ksiąg podobnych do tych, które później tworzyli ludzie. Wiedzę zapisywał bezpośrednio w błonach martwego światła. Każda reagowała na dotyk i ukazywała nie tylko tekst, lecz również obraz, dźwięk, emocję oraz strukturę badanego zjawiska. W jednej sali przechowywał mapy przemian demonów.
W drugiej — słabe miejsca murów. W trzeciej gromadził wspomnienia odebrane więźniom. Najgłębszą komorę pozostawił pustą.
Nad wejściem umieścił napis:
„Rzeczy, których jeszcze nie rozumiem”.
Żaden inny książę nie odważyłby się publicznie przyznać do niewiedzy. Dla Astarota niewiedza nie była jednak upokorzeniem. Była obszarem przeznaczonym do zdobycia. Problem zaczynał się wtedy, gdy na drodze poznania stawała żywa istota. Lucyfer wydał mu trzy główne zadania.
Pierwsze polegało na ustabilizowaniu form demonów. Ich ciała nadal reagowały na najmniejsze poruszenia woli. Wojownik opanowany przez gniew mógł nagle utracić ręce pod ciężarem nadmiernie rozwiniętej broni. Posłaniec, który zbyt długo przekazywał sprzeczne rozkazy, rozpadał się na kilka głosów idących w różne strony. Strażnicy więzień wrastali w mury tak głęboko, że nie potrafili opuścić posterunku.
Astarot nazywał te zjawiska niestabilnością daru.
— Deformacja rozwija się bez kierunku — wyjaśnił radzie. — Jeżeli ją uporządkujemy, każdy demon będzie mógł pełnić określoną funkcję znacznie dłużej.
— Możesz przywrócić im dawną postać? — zapytał Lucyfer.
— Nie bez zmiany kierunku ich woli.
— Nie interesuje mnie ich dawna postać. Chcę, aby byli użyteczni.
Astarot stworzył więc Formatorium. Była to rozległa komora wypełniona narzędziami, których nie zbudowały żadne niebiańskie warsztaty. Ściany poruszały się jak wnętrze żywego organizmu. Z sufitu zwisały nici służące do rozdzielania osobistej pieśni na poszczególne tony. Na kamiennych płytach wyryto znaki odpowiadające wypaczonym darom. Pierwszy zabieg przeprowadzono na Turelu.
Dawny opiekun słabszych stał się zarządcą więzień. Jego ramiona rosły za każdym razem, gdy zaciskał łańcuch na kolejnym skazańcu. W końcu było ich tak wiele, że nie potrafił się poruszać. Część wrastała w ściany, inne oplatały jego własny tors.
— Usuń nadmiar — rozkazał Turel.
Astarot obejrzał ciało wszystkimi pierścieniami oczu.
— Odrastają, ponieważ nadal używasz daru w ten sam sposób.
— Nie przestanę pilnować więźniów.
— Zatem nie mogę usunąć przyczyny. Mogę jedynie nadać skutkowi funkcję.
Przytwierdził ciało Turela do centralnego filaru więzienia. Każde ramię połączył z innym korytarzem. Od tej chwili zarządca mógł zaciskać kajdany w setkach cel jednocześnie. Nie mógł jednak opuścić filaru.
— Uczyniłeś mnie częścią więzienia — powiedział.
— Zwiększyłem zasięg twojej władzy.
— Nie mogę się poruszyć.
— Ruch nie jest konieczny do wykonywania urzędu.
— A jeśli zechcę odejść?
Astarot zaczął zapisywać wynik zabiegu.
— Wtedy będziesz musiał wyrwać wszystkie ramiona.
Turel spojrzał na korytarze, które odtąd należały do niego. Poczuł władzę nad każdym więźniem. Po chwili przestał pytać o odejście. Następny był Nerias. Belial chciał, aby jego liczne głosy docierały do różnych domen równocześnie. Astarot podzielił więc osobistą pieśń demona i umieścił jej fragmenty w piórach Sali Echa. Nerias mógł odtąd mówić w setkach miejsc.
Każdy podział osłabiał jednak jego zdolność odróżniania własnej myśli od przekazywanego kłamstwa.
Po zabiegu Nerias zapytał:
— Który z tych głosów jest mój?
Astarot sprawdził zapis.
— Wszystkie pochodzą z ciebie.
— Lecz wypowiadają sprzeczne rzeczy.
— To zwiększa ich zastosowanie.
— Której wersji mam wierzyć?
— Wiara nie jest potrzebna do przekazywania wiadomości.
Nerias odszedł z setkami głosów i bez jednego, który mógłby nazwać własnym. Koriel otrzymał zdolność kontrolowania labiryntów. Astarot wprowadził jego kończyny w strukturę dróg. Od tej chwili każde poruszenie demona zmieniało położenie korytarza. Koriel znał wszystkie przejścia, lecz gdy próbował znaleźć drogę dla siebie, labirynt odpowiadał na jego wewnętrzne zagubienie i prowadził go z powrotem do środka.
Każde ulepszenie zwiększało użyteczność demona. Każde odbierało mu część wolności. Astarot zapisywał rezultaty bez oceny. Nie pytał, czy Turel, Nerias i Koriel stali się więźniami własnych urzędów. Interesowała go wydajność. Tak powstawała architektura wypaczenia. Drugim zadaniem uczonego było stworzenie systemu kontroli. Lucyfer nie ufał przysięgom. Zbyt dobrze pamiętał, jak łatwo sam złamał własną. Potrzebował znaków zdolnych rozpoznawać zamiar buntu, zanim zostanie zamieniony w czyn.
Astarot opracował Czarną Pieczęć. Umieszczona na ciele demona reagowała na myśl skierowaną przeciwko tronowi. Początkowo powodowała ból. Przy dalszym oporze odbierała światło, a w końcu unieruchamiała ciało. Lucyfer obejrzał pierwszy wzór.
— Nałóż ją wszystkim dowódcom.
— Pieczęć może wykrywać sprzeciw, ale nie rozpoznaje jego przyczyny — powiedział Astarot. — Zareaguje także wtedy, gdy dowódca zauważy błąd w twoim rozkazie.
— Sprzeciw jest sprzeciwem.
— Czasem odmowa wykonania błędnego rozkazu chroni władcę przed skutkami jego decyzji.
— W piekle nie ma błędnych rozkazów tronu.
Astarot zapisał zdanie.
— To twierdzenie prawne czy opis rzeczywistości?
Miecz Lucyfera wysunął się częściowo z pochwy.
— To granica twojego pytania.
Pierwsze pieczęcie otrzymali strażnicy Czarnego Tronu. Vahar przyjął znak z dumą, wierząc, że potwierdza jego szczególną wierność. Nie wiedział, że pieczęć nie odróżniała wierności od niezdolności do odmowy. Podczas próby Lucyfer rozkazał mu uderzyć dawnego towarzysza. Vahar zawahał się. Pieczęć rozjarzyła się i przeszyła jego ciało bólem.
— Wykonaj rozkaz — powiedział Astarot.
— Nie podano winy.
Znak zaczął odbierać mu światło. Vahar uderzył.
— Ponownie — rozkazał Lucyfer.
Tym razem nie czekał, aż pieczęć zareaguje. Uderzył z własnej woli. Lucyfer uznał próbę za udaną. Astarot zauważył jednak coś więcej. Pierwszy cios wymusił znak. Drugi wynikał z pragnienia uniknięcia kolejnego bólu. Przy trzecim Vahar zaczął przekonywać samego siebie, że ofiara musiała być winna. Pieczęć nie tylko kontrolowała ciało.
Uczyła umysł tworzyć usprawiedliwienia dla posłuszeństwa. Belial zachwycił się odkryciem.
— Po pewnym czasie nie będzie trzeba ich zmuszać — powiedział. — Sami zbudują opowieść, w której każdy rozkaz okaże się słuszny.
Mammon zapytał o koszt wykonania znaków. Asmodeusz chciał wiedzieć, czy ból można zastąpić pragnieniem nagrody. Lucyfer rozkazał rozszerzyć próby. Astarot zapisywał wyniki, choć wiedział, że pieczęć nie tworzy wierności. Produkowała jedynie zachowanie podobne do wierności.
W tajnym raporcie napisał:
„Im silniejszy przymus, tym mniej można dowiedzieć się o prawdziwej woli poddanego”.
Nie przekazał tej części Lucyferowi. Po raz pierwszy ukrył wynik doświadczenia nie dla zdobycia wiedzy, lecz ze strachu przed reakcją tronu. Sam stał się uczestnikiem własnego badania. Trzecie zadanie dotyczyło białej linii wewnątrz tronu. Lucyfer nie potrafił jej zniszczyć. Powstała z pióra Lemei, której ból nie połączył się z nienawiścią. Linia osłabiała korzenie, ilekroć w otchłani ktoś działał bez żądania korzyści.
— Odkryj mechanizm — rozkazał Lucyfer. — Potem go odtwórz i podporządkuj tronowi.
Astarot przyprowadził Lemeę do Formatorium. Przykuł ją do kamiennej płyty i umieścił nad nią narzędzia rejestrujące każde poruszenie światła.
— Będziesz współpracować — powiedział.
— Czy mam wybór?
— Nie.
— Więc nie nazywaj tego współpracą.
Astarot położył przed nią ranną istotę. Był to jeden ze strażników, który ucierpiał podczas zawalenia korytarza.
— Oddaj mu część światła.
Lemea spojrzała na ranę.
— Chcę mu pomóc.
— Zatem wykonaj polecenie.
Biała linia w oddali nie zareagowała. Astarot zmienił ustawienie narzędzi.
— Jeszcze raz.
Lemea przekazała rannemu odrobinę blasku. Światło dotarło do niego, lecz nie pojawił się biały znak.
— Dlaczego zjawisko nie zachodzi? — zapytał Astarot.
— Ponieważ próbujesz zamienić dobro w mechanizm.
— Czynność jest taka sama jak wcześniej.
— Nie. Wtedy oddałam światło z własnej woli. Teraz wykonuję twój rozkaz pod przymusem.
— Skutek dla rannego pozostaje korzystny.
— Ale pytasz o źródło białej linii, nie tylko o skutek.
Astarot zbliżył jedno z narzędzi do jej piersi.
— Mogę usunąć lęk przed karą. Wtedy działanie nie będzie wynikało z przymusu.
— Nadal będziesz sterował moją wolą.
— Mogę wywołać pragnienie pomocy.
— Wtedy nie będzie moje.
Pierścienie w jego oczach przyspieszyły.
— Każdy czyn posiada przyczynę. Jeżeli odtworzę wszystkie warunki, otrzymam ten sam wynik.
— Nie odtworzysz wolnego daru, odbierając wolność.
Astarot milczał. Próbował przez wiele cykli. Zmieniał natężenie bólu, ilość światła, stan rannego oraz wspomnienia Lemei. Nigdy nie uzyskał białej linii na rozkaz. W końcu uwolnił jedną z jej dłoni i odwrócił się do narzędzi. W tej samej chwili Lemea dotknęła rannego strażnika. Przekazała mu resztkę czystego tonu, chociaż wiedziała, że ponownie zostanie za to ukarana.
Biała linia rozbłysła. Narzędzia Astarota pękły.
— Dlaczego teraz? — zapytał.
— Ponieważ nie kazałeś mi tego zrobić.
— Wiedziałaś, że obserwuję.
— Tak.
— Zatem chciałaś udowodnić swoją rację.
— Chciałam, żeby mniej cierpiał.
Astarot sprawdził wszystkie zapisy. Nie znalazł energii, struktury ani ukrytego prawa, które mógłby odłączyć od decyzji Lemei. Po raz pierwszy natrafił na granicę, której nie dało się przekroczyć narzędziem. Dobro nie było tylko działaniem. Było także wolnym skierowaniem woli ku drugiemu. Bez tego zewnętrznie identyczny czyn mógł stać się manipulacją, handlem albo przemocą.
Lucyfer zażądał raportu.
— Czy potrafisz odtworzyć białą linię?
— Nie pod przymusem.
— Więc znajdź inny rodzaj przymusu.
— Każdy rodzaj zniszczy warunek konieczny do jej powstania.
— Twierdzisz, że istnieje siła, której nie możemy przejąć?
— Twierdzę, że przestaje być tym, czym jest, kiedy próbujemy ją przejąć.
Lucyfer spojrzał na białą rysę w tronie.
— Zatem ją usuń.
— Mogę zniszczyć fragment tronu, w którym się znajduje.
— Nie.
— Innej metody nie ma.
— Zawsze istnieje metoda.
Astarot opuścił wzrok.
— Nie zawsze.
Korona rozbłysła gniewem.
— Twoim obowiązkiem nie jest mówić mi, czego nie można zrobić. Masz odkrywać, jak to zrobić.
Astarot skłonił głowę.
— Będę kontynuował badania.
Po odejściu Lucyfera zapisał w najgłębszej komorze archiwum pierwsze odkrycie, którego nie zamierzał ujawniać:
„Wolnego dobra nie można wytworzyć przemocą. Można jedynie stworzyć jego obraz”.
Obok dodał drugie:
„Tron potrafi wymusić każdy gest oprócz wierności”.
Te dwa zdania podważały fundament całej hierarchii piekła. Astarot nie wypowiedział ich przed radą. Wiedział, że Lucyfer uznałby prawdę za zdradę, Mammon spróbowałby ją kupić, Belial zmieniłby jej znaczenie, a Asmodeusz uczyniłby z niej nowe pragnienie. Zamknął je w komorze rzeczy, których inni nie powinni poznać.
Tak został architektem wypaczenia. Nie stworzył demonów, ale nauczył piekło, jak czynić ich deformacje użytecznymi. Projektował urzędy dopasowane do ran, znaki zmieniające lęk w posłuszeństwo oraz więzienia, w których strażnik i skazaniec byli przywiązani do tych samych murów. Wiedział więcej niż pozostali. Rozumiał także, że cały system posiada pęknięcie.
Nie można było zbudować prawdziwej wspólnoty z istot, które zmuszano do wierności. Nie można było stworzyć miłości rozkazem ani bezinteresownego dobra nagrodą. Im doskonalsze stawały się narzędzia kontroli, tym mniej Lucyfer wiedział o rzeczywistych zamiarach poddanych. Astarot odkrył tę prawdę. Lecz nie miał odwagi jej służyć.
Dlatego jego wiedza nie stała się drogą ku wolności. Stała się kolejnym kamieniem w murach więzienia, którego słabość potrafił dokładnie opisać, ale którego nie odważył się opuścić.
7. Abaddon — pan wojny bez przysięgi
Abaddon nie budował armii z tych, którzy chcieli mu służyć. Wybierał tych, którzy potrafili przetrwać w jego obecności. Na obrzeżach otchłani, daleko od Czarnego Tronu, wyznaczył kamienny plac otoczony pękniętymi słupami. Każdy demon pragnący dołączyć do jego zastępów musiał przejść pomiędzy nimi, podczas gdy Niszczyciel uderzał młotem w ziemię.
Fale zniszczenia rozchodziły się po placu. Pierwsza powalała. Druga rozrywała skrzydła. Trzecia kruszyła pancerz. Kto dotarł na drugi koniec, zostawał wojownikiem Abaddona. Kto upadł, musiał podnieść się sam. Nikt nie udzielał pomocy, ponieważ Niszczyciel uważał ratowanie słabszego za działanie przeciwko prawu siły.
— Jeżeli potrzebuje dłoni, która go podniesie, będzie jej potrzebował także w bitwie — mówił. — A wtedy zginie razem z tym, kto się pochylił.
Nie wymagał przysięgi. Twierdził, że słowa nie zatrzymują miecza, a ten, kto pozostaje wyłącznie dlatego, że coś obiecał, jest mniej użyteczny od wojownika, który walczy z własnej woli.
— Możecie odejść w każdej chwili — powiedział do swoich zastępów. — Jeżeli zdołacie przejść przeze mnie.
Nie była to wolność. Droga wyjścia istniała, lecz strzegła jej siła, której prawie nikt nie potrafił pokonać. Abaddon zorganizował armię inaczej niż Lucyfer. Nie uznawał tytułów nadanych za lojalność ani stanowisk kupowanych u Mammona. Dowódcą zostawał ten, kto potrafił odebrać miejsce poprzednikowi i utrzymać je przeciwko wszystkim pretendentom.
Walka o urząd nie miała końca. Każdy dowódca spał z bronią w dłoni. Każdy rozkaz mógł zostać zakwestionowany wyzwaniem. Zwycięzca przejmował oddział, pancerz i prawo do zdobytych ruin. Pokonany, jeśli przeżył, spadał do najniższego szeregu. Na pierwszy rzut oka system nagradzał zdolność. W rzeczywistości niszczył zaufanie.
Wojownicy bardziej obawiali się tych stojących za nimi niż przeciwnika przed sobą. Ukrywali własne rany, ponieważ słabość zapraszała do ataku. Nie przekazywali wiedzy młodszym, by nie wychować przyszłych rywali. Gdy jeden z nich upadał, towarzysze nie osłaniali go, lecz oceniali, kto przejmie jego broń. Oddziały Abaddona były brutalne i potężne.
Nie potrafiły jednak tworzyć niczego trwałego. Każde zwycięstwo rozpoczynało następną walkę o łupy. Lucyfer obserwował rozwój tej armii z rosnącym niepokojem. Legion podlegający tronowi był liczniejszy, lecz wojownicy Abaddona nie nosili Czarnych Pieczęci. Korzenie tronu nie sięgały ich domeny, a Belial miał tam niewiele Uszu. Posłańców często znajdowano z odciętymi językami.
Mammon nie potrafił pobierać daniny. Asmodeusz nie zdołał podporządkować ich Komnatom Ulgi. Astarot otrzymywał z domeny Niszczyciela tylko te informacje, które Abaddon uznał za nieszkodliwe. Na mapie hierarchii istniała część piekła połączona z tronem jedynie układem. Lucyfer zamierzał to zmienić. Wysłał Astarota wraz z oddziałem strażników. Uczony niósł Czarną Pieczęć przygotowaną specjalnie dla Abaddona. Znak był silniejszy od tych, które umieszczono na dowódcach Legionu. Miał łączyć się bezpośrednio z korzeniami tronu i unieruchamiać Niszczyciela w chwili odmowy wykonania rozkazu.
Abaddon przyjął poselstwo na placu prób. Za jego plecami stały tysiące wojowników. Nie utworzyli równych szeregów. Każdy zajmował miejsce, które potrafił obronić.
Astarot rozwinął błoniaste skrzydło i odczytał dekret:
— „Każdy dowódca działający w granicach Królestwa Ciemności przyjmie znak jedności z tronem. Pieczęć potwierdzi jego urząd i zabezpieczy wspólny porządek”.
Abaddon spojrzał na czarny znak.
— Zabezpieczy przed czym?
— Przed zdradą.
— Czyją?
— Każdego, kto podniesie wolę przeciwko królowi.
— Zatem jest łańcuchem.
— Jest narzędziem kontroli zgodności działania z prawem.
Abaddon odwrócił się do swoich wojowników.
— Słyszycie? Astarot znalazł więcej słów na łańcuch niż Belial.
W zastępach rozległ się śmiech. Astarot nie zareagował.
— Odmowa zostanie uznana za naruszenie układu.
— W układzie nie było pieczęci.
— Tron rozszerzył prawo.
— Prawo nie zmienia umowy zawartej wcześniej.
— Lucyfer jest źródłem prawa.
Abaddon zbliżył się do uczonego.
— W takim razie nie potrzebował mojego układu. Mógł rozkazać mi od początku.
— Rozkazuję ci teraz w jego imieniu.
Astarot uniósł Czarną Pieczęć. Abaddon pozwolił mu podejść. Gdy znak znalazł się o krok od jego piersi, chwycił uczonego za nadgarstek. Narzędzia wyrastające z palców Astarota zatrzęsły się.
— Nałóż ją sobie — powiedział Niszczyciel.
— Posiadam własny znak urzędu.
— Ten ma być silniejszy.
— Nie jestem dowódcą armii.
— Jesteś dowódcą słów, których sam nie odważyłbyś się wypowiedzieć.
Abaddon zacisnął dłoń. Kości Astarota pękły, a Pieczęć spadła na ziemię. Niszczyciel uniósł młot i rozbił ją jednym uderzeniem. Fala przeszła przez plac.
Strażnicy Lucyfera zostali powaleni. Jeden z nich podniósł broń, lecz Astarot krzyknął:
— Nie atakować!
Wiedział, że walka zakończyłaby się zagładą poselstwa. Abaddon pochylił się nad fragmentami Pieczęci.
— Powiedz Lucyferowi, że następny znak przybiję do jego tronu młotem.
— To oznacza wojnę.
— Nie. Wojna zacznie się wtedy, kiedy przyjdzie osobiście.
Puścił nadgarstek Astarota.
— Ty przyniosłeś narzędzie, wiedząc, że nie tworzy wierności.
Uczony zamarł.
— Skąd o tym wiesz?
— Ponieważ istota wierna nie potrzebuje bólu, aby wykonać rozkaz.
Była to ta sama prawda, którą Astarot ukrył w najgłębszej komorze archiwum. Usłyszana z ust Abaddona zabrzmiała jak oskarżenie.
— Dlaczego więc twoi wojownicy pozostają? — zapytał.
Niszczyciel spojrzał na zastępy.
— Ponieważ pragną tego samego co ja.
— Zniszczenia?
— Próby siły.
— A jeśli przestaną?
— Odejdą albo mnie zaatakują.
— Więc nie jesteś ich władcą.
— Nigdy nie prosiłem o ten tytuł.
Astarot wrócił pod Czarny Tron ze złamanym nadgarstkiem i odłamkami Pieczęci. Lucyfer wysłuchał relacji przed całą radą.
— Powinieneś był zmusić go do przyjęcia znaku — powiedział.
— Siły oddziału nie wystarczały.
— Mogłeś poświęcić strażników.
— Nie osiągnęliby celu.
— Dowiedzielibyśmy się, jak reagują jego wojownicy.
Astarot zrozumiał, że Lucyfer od początku liczył się z ich śmiercią. Mammon zebrał odłamki Pieczęci.
— Jej wykonanie pochłonęło znaczną ilość światła.
Asmodeusz spróbował jej smaku.
— Zachowała ślad pragnienia kontroli.
Belial przybrał twarz zatroskanego doradcy.
— Możemy ogłosić, że Abaddon odnowił układ i zniszczył pieczęć jako symbol wzajemnego zaufania.
— Nie — odpowiedział Lucyfer. — Tym razem prawda będzie użyteczniejsza. Ogłoś, że odmówił znaku. Niech wszyscy dowódcy zobaczą, że traktujemy go inaczej.
— To może wzbudzić pytania.
— Właśnie na nie liczę.
Lucyfer rozumiał ambicję własnych książąt. Jeżeli Abaddon otrzymywał przywilej odmowy, Mammon, Asmodeusz i Belial zaczynali postrzegać go jako rywala zajmującego wyższą pozycję. Ich gniew miał zastąpić pieczęć, której nie udało się nałożyć. Rada zaczęła domagać się ograniczenia domeny Niszczyciela.
— Odciąć dostawy światła — powiedział Mammon.
— Jego zastępy żywią się energią uwalnianą podczas walk — odpowiedział Astarot.
— Rozbudzić pragnienie buntu wśród dowódców — zaproponował Asmodeusz.
— Walczą między sobą bez naszej pomocy.
Belial przesunął palcem po nowej tablicy.
— Nazwijmy go tchórzem unikającym wspólnego znaku. Będzie musiał odpowiedzieć publicznie.
— Odpowie młotem — stwierdził Astarot.
Lucyfer pozwolił im mówić. Każdy pomysł ujawniał lęk jego autora. Mammon bał się zasobów poza własną kontrolą. Asmodeusz pragnienia, którego nie potrafił stworzyć. Belial istoty obojętnej na opinię.
— Nie zniszczymy Abaddona — powiedział w końcu Lucyfer. — Uczynimy go potrzebnym.
W tej samej chwili otchłań zadrżała. Na zewnętrznej granicy powiększyła się wyrwa pozostawiona po wojnie. Nie prowadziła do żadnego świata. Była raną otwierającą się ku nicości. Fragmenty strąconych sfer zaczęły znikać w jej pobliżu. Nicość nie atakowała, bo nie posiadała woli. Po prostu tam, gdzie sięgała nieobecność, wszystko traciło możliwość istnienia.
Astarot rozwinął mapę.
— Wyrwa przesunie się ku magazynom, jeśli nie odetniemy uszkodzonego obszaru.
— Możesz ją zamknąć? — zapytał Lucyfer.
— Nie. Możemy jedynie zawalić część domeny i utworzyć nową granicę z zachowanego światła.
— Ilu wojowników potrzeba?
Astarot obliczył przebieg pęknięć.
— Do wykonania uderzeń w odpowiednich miejscach potrzebna jest siła Abaddona.
Niszczyciel otrzymał wezwanie. Tym razem Lucyfer przybył na obrzeża osobiście. Spotkali się przed rozszerzającą się wyrwą. Demony stojące zbyt blisko traciły kończyny bez krwi i bólu. Fragmenty ich ciał po prostu przestawały istnieć. Abaddon przyglądał się ranie.
— Tego nie można zniszczyć — powiedział.
— Boisz się? — zapytał Lucyfer.
— Nie można uderzyć w to, czego nie ma.
— Astarot wyznaczył miejsca, w których należy zawalić ściany.
— Uderzenia pochłoną część mojej domeny.
— Jeżeli nic nie zrobisz, stracisz całą.
Abaddon spojrzał na mapę, a potem na własnych wojowników.
— Potrzebuję sześciu oddziałów do utrzymania filarów.
Astarot wskazał linie pęknięć.
— Kiedy uderzysz, filary runą.
— Wiem.
— Demony trzymające je nie zdążą odejść.
— Wiem.
Wojownicy również słyszeli rozmowę. Żaden nie protestował. W domenie Abaddona odmowa oznaczała przyznanie się do słabości. Każdy chciał pokazać, że potrafi stanąć bliżej zagłady niż pozostali. Sześć oddziałów zajęło pozycje. Abaddon uniósł młot. Pierwsze uderzenie odcięło drogę odwrotu. Drugie rozbiło zewnętrzne ściany. Trzecie strąciło całe fragmenty domeny w wyrwę. Setki wojowników zniknęły razem z nimi. Nie usłyszano krzyku, ponieważ nicość odebrała także dźwięk.
Ostatnia fala zamknęła ranę warstwą martwego światła. Otchłań przestała drżeć. Abaddon stał na krawędzi nowej granicy. Stracił część ziemi i wielu najlepszych wojowników, lecz dokonał tego, czego nie potrafił żaden inny książę. Lucyfer podszedł do niego.
— Ocaliłeś królestwo.
— Ocaliłem własną domenę.
— Zrobiłeś to na moje wezwanie.
— Wskazałeś zagrożenie. Sam wybrałem działanie.
— Demony zobaczą tylko, że przybyłeś, gdy cię wezwałem.
Abaddon odwrócił ku niemu twarz pokrytą pancerzem.
— Dlatego przyszedłeś osobiście? Nie po ratunek, lecz po obraz posłuszeństwa?
Belial, stojący w oddali, zapamiętywał każde słowo.
— Królestwo potrzebuje opowieści o jedności — odpowiedział Lucyfer.
— Więc opowiedz im również o wojownikach, których poświęciłem.
— Powiem, że oddali istnienie za wspólne zwycięstwo.
Abaddon spojrzał w miejsce, gdzie zniknęli.
— Nie. Stanęli tam, ponieważ bali się odmówić bardziej niż zginąć.
Lucyfer milczał. Niszczyciel rozumiał własny system lepiej, niż chciał przyznać. Nie nazywał strachu wiernością. Nie próbował przedstawiać brutalności jako miłości. Jego zło było nagie. To nie czyniło go mniejszym złem. Czyniło je trudniejszym do oszukania. Po zamknięciu wyrwy Lucyfer publicznie nadał mu tytuł Pana Wojny i Strażnika Zewnętrznej Zagłady. Abaddon nie uklęknął ani nie przyjął znaku korony.
Położył młot na ziemi pomiędzy nimi.
— Przyjmę cel, jeżeli uznam go za godny uderzenia — powiedział. — Metoda, armia i zdobycz pozostaną moje.
— Odpowiesz na wezwanie tronu.
— Odpowiem. To nie znaczy, że wykonam rozkaz.
— Pewnego dnia będziesz musiał wybrać pomiędzy posłuszeństwem a wojną ze mną.
Abaddon uniósł młot.
— Czekam na ten dzień od chwili, gdy zbudowałeś tron.
Układ pozostał nienaruszony. Tak Abaddon został włączony do hierarchii, nie składając przysięgi. Stał wewnątrz systemu i jednocześnie poza nim. Lucyfer potrzebował jego siły, a Niszczyciel potrzebował wojen, które tylko tron mógł mu wskazać. Żaden nie służył drugiemu. Obaj wykorzystywali się wzajemnie. W Niebie Abaddon używał siły, aby chronić porządek stworzenia. W piekle porządek tolerował tylko dlatego, że dostarczał mu kolejnych celów. Nie pragnął korony w sposób, w jaki pragnęli jej pozostali książęta.
Chciał sprawdzić, czy również korona może pęknąć. Dlatego Lucyfer obawiał się go bardziej niż jawnego zdrajcy. Zdrajcę można było kupić, zastraszyć albo oczernić. Abaddon nie ukrywał zamiarów. Stał przy radzie z młotem w dłoni i przypominał wszystkim, że hierarchia oparta wyłącznie na sile musi pewnego dnia spotkać kogoś silniejszego.
Był panem wojny bez przysięgi. Nie nosił łańcucha tronu. Nosił jednak cięższy: potrzebę niszczenia, bez której nie wiedział już, kim jest. Lucyfer nie musiał trzymać go na uwięzi. Wystarczyło wskazywać mu następny mur.
8. Porządek oparty na strachu
Hierarchia zaczęła działać. Daniny trafiały do skarbców. Rozkazy rozchodziły się przez Salę Echa. Komnaty Ulgi przyciągały coraz więcej uzależnionych, a Formatorium przekształcało rannych upadłych w narzędzia dopasowane do przydzielonych zadań. Na obrzeżach otchłani armie Abaddona strzegły granic, choć ich pan nadal nie uznawał zwierzchnictwa tronu.
Korytarze zostały oznaczone. Więzienia ponumerowane. Długi zapisane. Każdy demon otrzymał miejsce, obowiązek i istotę stojącą wyżej, której miał się obawiać. Lucyfer spojrzał na swoje królestwo i nazwał to porządkiem. Nie dostrzegał albo nie chciał dostrzec różnicy pomiędzy porządkiem a bezruchem istot bojących się wykonać niewłaściwy ruch.
Pod Czarnym Tronem ustanowiono pięć praw zwierzchnictwa. Pierwsze głosiło, że wola tronu stoi ponad każdym urzędem. Drugie, że wszystkie dary, zasoby i zdobycze należą ostatecznie do korony. Trzecie nakazywało wykonywanie rozkazu przed zadaniem pytania o jego cel. Czwarte uznawało zatajenie informacji za zdradę. Piąte mówiło, że książęta odpowiadają przed Lucyferem, dowódcy przed książętami, a najniżsi przed wszystkimi.
Nie zapisano żadnego prawa określającego odpowiedzialność tronu. Belial przedstawił dekrety jako Kartę Wolnych Zastępów.
— Dlaczego nazywasz ją kartą wolnych? — zapytał Edras, kiedy jedno z Ech odczytało tekst w więzieniu. — Nie ma w niej ani jednego prawa poddanego wobec władcy.
— Wolność polega na znajomości swojego miejsca — odpowiedział posłaniec.
— To definicja posłuszeństwa.
— W tym królestwie są tym samym.
— Właśnie dlatego nie jest królestwem wolnych.
Echo przekazało rozmowę Belialowi. Głos tronu rozważał ukaranie więźnia, ale ostatecznie polecił jedynie zapisać jego słowa. Edras coraz częściej wypowiadał zdania, których Belial nie chciał słyszeć, lecz które mogły kiedyś posłużyć do oskarżenia innych. Lucyfer zarządził pierwszy Przegląd Wierności. Wszyscy dowódcy mieli stanąć przed tronem, złożyć raport i potwierdzić gotowość wykonania każdego przyszłego rozkazu. Belial przygotował odpowiednie słowa. Mammon pobierał od uczestników opłatę na pokrycie kosztów zgromadzenia. Asmodeusz obserwował ukryte pragnienia, a Astarot badał reakcje Czarnych Pieczęci.
Dowódcy przybywali kolejno. Każdy klękał.
Każdy mówił:
— Moja wola służy koronie.
Nie była to prawda. Jeden pragnął awansu. Drugi bał się bólu Pieczęci. Trzeci ukrywał brak światła. Czwarty zamierzał zdradzić przełożonego przy pierwszej okazji. Piąty wypowiadał słowa, ponieważ wszyscy przed nim uczynili to samo. Lucyfer przyjmował ich deklaracje, jakby sam dźwięk mógł stworzyć wierność. Asmodeusz stał u jego boku i szeptał rozpoznane pragnienia.
— Ten chce miejsca dowódcy.
— Obiecaj mu je po śmierci przełożonego.
— Tamten boi się utraty skrzydeł.
— Niech wie, że tron może mu je zachować albo odebrać.
— Ten pragnie, aby uznano jego odwagę.
— Belial opisze go w kronice, jeśli wykona trudny rozkaz.
— A ten nie pragnie już niczego.
Lucyfer spojrzał na wychudzonego demona klęczącego przed stopniami.
— Każdy czegoś pragnie.
Asmodeusz spróbował ponownie.
— Chce tylko, aby przestano go używać.
— Zatem zagroź, że zostanie oddany Astarotowi.
Demon wypowiedział przysięgę. Lucyfer uznał ją za wystarczającą. Abaddon nie przybył na przegląd. Zamiast niego wysłał odłamek rozbitej Czarnej Pieczęci. Belial zapisał, że Pan Wojny „potwierdził odrębny charakter swojego układu z tronem”. Nikt nie odważył się nazwać jego odmowy tym, czym była. Przegląd zakończył się pozornym sukcesem. Wszystkie domeny zgłosiły wykonanie planów. Mammon wykazał wzrost danin. Belial zapewnił, że liczba głosów krytykujących tron maleje. Astarot przedstawił kolejne udane przemiany. Asmodeusz doniósł o rosnącej zależności od Komnat Ulgi.
Żaden raport nie mówił prawdy w całości. Mammon ukrył dwa magazyny. Belial nie wspomniał, że krytyczne głosy zniknęły głównie dlatego, iż demony przestały rozmawiać w pobliżu ścian. Astarot pominął liczbę istot, które nie przeżyły doświadczeń. Asmodeusz zataił, że część uzależnionych przestała wykonywać obowiązki i myślała wyłącznie o następnej wizycie w komnatach.
Każdy obawiał się, że przyznanie do problemu zostanie uznane za nieudolność albo zdradę. Lucyfer otrzymywał więc coraz więcej raportów i coraz mniej wiedział o własnym królestwie. Pierwsze skutki ujawniły się przy Filarze Wewnętrznych Przejść. Nie był to jeden z czterech wielkich filarów Niebios. Astarot zbudował go z odłamków strąconych dróg, aby utrzymywał korytarze pomiędzy skarbcami, więzieniami i salą rady. Konstrukcja miała trzy warstwy ochronne oraz rdzeń z martwego światła.
Na jednej ze ścian pojawiła się rysa. Zauważył ją strażnik imieniem Varon. Przed buntem należał do aniołów czuwających nad bezpieczeństwem wspólnych przejść. Potrafił rozpoznawać najdrobniejsze drgania. Wiedział, że pęknięcie nie jest powierzchowne. Zgłosił je przełożonemu.
— Filar wymaga natychmiastowej naprawy — powiedział.
Dowódca obejrzał szczelinę.
— Astarot zatwierdził konstrukcję.
— To było przed zmianą przebiegu korytarzy.
— Twierdzisz, że architekt popełnił błąd?
— Twierdzę, że warunki się zmieniły.
Dowódca dotknął Czarnej Pieczęci na piersi. Niedawno otrzymał awans i bał się, że zgłoszenie problemu zostanie uznane za dowód zaniedbania.
— Obserwuj rysę.
— Jeżeli się powiększy, może być za późno.
— To rozkaz.
Varon wrócił na posterunek. Pęknięcie rosło. Po kolejnym cyklu zgłosił je ponownie. Dowódca zagroził mu karą za sianie niepokoju. Belial wcześniej ogłosił, że struktura królestwa została całkowicie ustabilizowana przez Astarota. Każdy raport przeczący publicznej opowieści mógł zostać uznany za próbę podważenia zaufania do tronu.
— Mam milczeć, aż filar runie? — zapytał Varon.
— Masz wykonywać obowiązki.
— Moim obowiązkiem jest chronić przejście.
— Twoim obowiązkiem jest słuchać mnie.
Była to najczystsza postać piekielnej hierarchii. Cel urzędu przestał mieć znaczenie. Pozostało posłuszeństwo wobec istoty stojącej wyżej. Varon próbował dotrzeć do Astarota bezpośrednio, lecz nie posiadał prawa przejścia przez wewnętrzną bramę. Koriel zażądał pieczęci dowódcy. Mammon pobierał opłatę za wejście do domeny uczonego. Uszy Beliala zapisały próby obejścia procedury jako podejrzaną aktywność.
Varon wrócił do filaru. Rysa miała już szerokość jego dłoni. Mógł uciec. Został. W pobliżu pracowały setki demonów przenoszących światło do skarbców. W celach za ścianą znajdowali się więźniowie. Gdyby porzucił miejsce bez ostrzeżenia, wszyscy zostaliby pogrzebani. Zaczął wyprowadzać ich na własną odpowiedzialność. Thamiel zauważył ruch.
— Kto wydał rozkaz ewakuacji?
— Ja.
— Nie masz takiego prawa.
— Filar zaraz runie.
— Wstrzymać przejście! — rozkazał Thamiel.
Strażnicy zagrodzili drogę. Demony niosące światło zatrzymały się w korytarzu. Więźniów wepchnięto z powrotem do cel. Wtedy filar pękł. Pierwszy wstrząs zgasił połowę lamp. Drugi rozdarł korytarz prowadzący do skarbców. Trzeci zawalił sklepienie. Varon rzucił się ku najbliższym więźniom. Osłonił ich własnymi skrzydłami. Fragment ściany zmiażdżył mu ramię, lecz zdołał utrzymać odłamek wystarczająco długo, aby kilka istot wydostało się spod gruzów.