E-book
13.65
drukowana A5
45.32
Lucyfer

Bezpłatny fragment - Lucyfer


Objętość:
235 str.
ISBN:
978-83-8126-053-4
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 45.32

Stał w strugach ulewy jak cień w kolejce do światła. Zupełnie suchy. Obok niego niczym łanćuch ze spłuczki zwisał sznur deszczu, na którym dyndał Sercu. Tyle razy mówiłem mu, żeby się do niczego nie przywiązywał… I tak oto powiesił się w kiblu. Zostawił po sobie jedynie krótki, acz wymowny list pożegnalny: „Czas nie penis, nie stoi”. Lucyfer z wyczuciem popychał ciało nieszczęśnika. Ten nie wyglądał dobrze. Zbladł i chyba zbierało mu się na wymioty. Z ręki wypadł mu telefon i jakby odruchowo chciał się schylić, wywołując jedynie większe napięcie w przywiązaniu.

Siedziałem na mokrym piachu i przyglądałem się im obojętnie. Lucyfer hardo wwiercał się w tył mojej czaszki, jakbym miał mózg z waty, Sercu unikał wzroku. Gały wywalił białkami na wierzch. Ściskałem piach. Korciło mnie by zacząć go żreć, albo chociaż nabrać wody w usta, z Wisły rzecz jasna. Sercu wywalił siny jęzor z pogardą.

— A ty co się gapisz? — bąknąłem w stronę Lucyfera.

— A tak sobie. Zastanawiam się, kiedy ty pękniesz- miał miły głos. Dopiero po chwili to do mnie dotarło. Może to przez kontrast ze skrzypiącym niemiłosiernie na ościeżnicy chmurnej sznurem.

— Nie doczekasz się- mój się łamał, ale nie dałem poznać po sobie, że mi z pyska trociny lecą.

— Może nie. Ale uwierz mi, wszyscy do mnie trafiają.

— Pierdol się! Snu nie złapiesz!

Niosący Światło wyciągnął papierosa i zapalił zapałkę. Chyba nie powinno mnie to dziwić, że strugi deszczu nie były żadną przeszkodą. To w końcu tylko sen. Sercu popatrzył tęsknie na dymek, który wypuścił.

— Ty już nie zapalisz… A ty- usiadł obok mnie na piachu i podał szluga- może i nie zostaniesz u mnie, ale przez moje ręce przejść musisz.

— Mów po ludzku- splunąłem. Zaharczał śmiechem.

— Zróbmy układ… Ty mi opowiesz o sobie, ja opowiem ci o sobie. Mamy dużo czasu… i miłe towarzystwo.

Faktycznie. Teraz dopiero spostrzegłem innych. Jakaś blada panna z wyprutymi żyłami kleiła się już do Sercego. Chyba mu się spodobała, bo zaczął się ślinić i podrygiwać. Facet z wąsikiem jakby mu kot nasrał pod nosem, z butlą gazową zamiast kroplówki ćwiczył krok defiladowy, koleś w białej sukience z aureolą nad głową, która raziła go w oczy potykał mu się o nogi, inny ciągle włóczył się po Wiśle. Sporo ich było. Jakiś grubas toczył pordzewiałe koło rowerowe i krzyczał, że wcale nie skrzypi, kolejny, potargany, względnie zadowolony co chwila rozgniatał atomy jak wszy. Istny cyrk.

— Zgoda- zaciągnąłem się- Ale ty pierwszy. I tak byłeś pierwszy.

— Zgadza się. Miałem ten wątpliwy zaszczyt rozpalenia pierwszych olbrzymów. To dopiero były gwiazdy… Szkoda, że nie możesz zobaczyć. Ba, nawet nie jesteś w stanie ich sobie wyobrazić. Najmniejsza z nich była wielkości waszych 100 wszechświatów. Nie to co te marne celebrytki. To była moja kuźnia…

Rozmarzył się. Brzuszysko wywalił na kolana. Aja patrzyłem na towarzystwo. Marnie wyglądali.

— Zaraz… a Bóg? — przerwałem bez kozery. Sapnął, zazgrzytał zębami aż iskry poszły, ale zdzierżył pytanie. Inni zamknęli oczy, przekonani, że wybuchnie.

— Bóg? — wycharczał wreszcie z pogardą- Ta marna anomalia o nieskończonej gęstości, nieskończenie malutka? Czyli mówiąc krótko wszechmocne nic?… No, było jest i będzie poza czasem, ale teraz ja tu rządzę! To chyba jasne jak to wasze niepozorne słońce!

— Rozumiem. Zazdrość cię zżera…

Tym razem plunął ogniem, że pannie wyprutej rzęsy skopcił. Ryknęła płaczem. Sercu odetchnął z wdzięcznością, gdy przepalona lina pękła i mógł wreszcie smartfona wygrzebać z piachu. Niestety, rozładował się i nici z fejsa.

— Zazdrość?! A niby o co? Że pękł z samotności i rozpadł się na te wszystkie marne kreatury? — wskazał sękatym paluchem na swą oranżerię- Zobacz, gadające, puste manekiny… Zresztą sam nie pękł. Ja mu pomogłem…

— A ty skąd się wziąłeś?

Zmieszany pogrzebał w piasku. Widać nie przywykł by ktoś do niego tak mówił. Ale mi było wszystko jedno…

— Znikąd… Na czym skończyłem?...Acha! No i rozpaliłem te słońca, olbrzymy! — rozłożył ręce w teatralnym geście.

— Musisz z takim patosem?

— Jak mi będziesz ciągle przerywał to nigdy nie skończę!!! — huknął, że hipis zapadł się w Wiśle. Po chwili wygramolił się uczepiony fali. Lucyfer rozmarzył się.

— Gwiazdy… tak. Piękne były… Ale z czego miałem zrobić resztę, jak było tylko jedno i to samo? Nie było łatwo. Ale w końcu zacząłem kulać i kulać i kulać i wciskać te kule jedna w drugą. Jedne łączyłem, inne dzieliłem, a potem wpadłem na pomysł. Żeby z tych kulek kształty jakieś…

— To ty ukulałeś to?

Zarumienił się. Grubas, który przysłuchiwał się z zaciekawieniem zarechotał rozbawiony. Całkiem zapomniał o kole, które odtoczyło się i wpadło do Wisły.

— No trochę tak było...ale tak na prawdę to samo się ukulało…

— Zdecyduj się. Ty to zrobiłeś wszystko, czy samo się zrobiło?

— Mądrala!… Powiem tak, samo mi się zrobiło. Ale przecież wiesz, że z czegoś, czego nie było…

Hipis tymczasem podał koło, które uprzejmie wyłowił grubasowi. Ten machnął ręką na Lucyfera i poszedł toczyć je dalej.

— Kręcisz!

— Samo się kręci! Ja tylko kulałem…

— Nudziłeś się?

— I to jak!!!

Mnie też nudziła ta jego historyjka, ale nie miałem nic lepszego do roboty. Popatrzyłem na swe dłonie i pomyślałem o dłubaniu. Hmm…

— A potem rozsadziłem słońca! Ale był wybuch! Lepszy niż ten pierwszy. Rozsypały się kuleczki, powpadały jedna w drugą, że się już nikt nie doliczy! A co! I taka zadyma była, że hej! I tak powstał wasz świat. Kuleczki zwolna posklejały się, jak tylko odwróciłem uwagę i znowu zaczęły się kręcić. Podpaliłem te i tamte, ot z nudów… A potem wszystko potoczyło się dość niespodziewanie. Niektóre z tych kuleczek zaczęły się organizować potajemnie i tworzyć tzw. życie. Nie zrozum mnie źle. Bo tylko one myślą, że więcej w nich życia, niż dajmy na to w kamieniu. Ba! Zaczęły twierdzić, że są świadome! Ale sam zobacz, o! — wskazał na biedne kreatury, snujące się po plaży- czy to jest świadomość?

— Coś w tym jest… — powiedziałem z przekąsem. I chuj ze świadomością, dodałem w myślach.

Sercu tymczasem wyrwał grubemu koło i wrzucił spowrotem do Wisły. Wypruta znudzona deptaniem po sznurze zaczęła zerkać nieśmiało na hipisa. Ale ten zupełnie nie interesował się niczym innym, poza laniem do wody.

— A ty czasem sam siebie nie ukulałeś i teraz głupa palisz?

— Cicho… — syknął.

— Wiedziałem!

— Trochę szacunku! Myślisz, że łatwo stworzyć samego siebie i udawać że są jeszcze inni?

— Pewnie nie…

Wyciągnął butelki z piwem. Wolałem nie pytać skąd je wziął. Niech już tak zostanie, że wszystko mi jedno. Zerknąłem na zegarek na ścianie. Gadałem do lustra. Znowu…

— Cholera! Muszę już wstawać! Pogadamy później!


Dzień był gotowy. Wylazł zza horyzontu, wlazł w krzaki i złapał mnie za mordę. Nie chciałem się budzić, otwierać oczu i patrzeć na jego mdławy brzask. Krzaków, mokrych od rosy, też nie chciałem. Ale przynajmniej zębów nie trzeba myć, spieszyć się do kołchozu, by nie stracić tego, czego i tak się nie ma, a jedynie dzierżawi na kredyt od banku, skarbówki i innych uczynnych instytucji. Wystarczy odkleić pustą puszkę po piwie od nosa i już można wyjść z siebie. I robić coś, cokolwiek byle nie myśleć. Nie pozwolić myślom na wspomnienia i ocenę. To gorsze od kaca po tanim browarze. Łatwo jednak powiedzieć! Myśli same się puszczą. A pamiętasz? Nie, kurwa, nie pamiętam, spieprzaj!

Opłukałem w rzece twarz i spojrzałem na drugi brzeg. Zarośnięty nie mniej, niż ja. Piliście kiedyś wodę z rzeki w mieście? Nie? To powiem wam, że smakuje tak samo jak ta z plastikowej butelki… I co dalej? Co dalej?! Lato się kończy, ja nie mam kasy i nie mam domu. Śmierdzę. A gdzieś tam, kilka ulic stąd wstają moje dzieci, wspaniałe, radosne, pełne energii. Pachnące. Gdy z nimi mieszkałem nie miałem czasu tego zauważyć. Byłem zbyt zajęty lękiem, że nie dam rady. Do tego żalem do świata, że jest taki spieprzony. Co za bóg stworzył nas, byśmy się nawzajem wpierdalali?

Byłem głodny. Od kilku dni. Myśli w mojej głowie zwolna zaczynały wiercić się nerwowo. Poszedłem powoli, chwiejnym krokiem, w stronę niszy pod mostem. Tu stał fotel. Usiadłem, żeby odpocząć. Po chwili zdrzemnąłem się. Obudził mnie żul.

— Wyspałeś się? To spierdalaj!

— Chcesz w ryj? — wycharczałem z zaschniętego gardła i poderwałem się na nogi.

Był niższy i chudszy. I bardziej śmierdział. I uciekł gdzie pieprz rośnie.

— No, kurwa- powiedziałem sam do siebie.

Chciałem usiąść na powrót, ale zrezygnowałem. Trzeba by gdzieś pójść, rozchodzić poranne nadzieje, zanim zgniją w rozczarowaniu tuż po zachodzie. Polazłem do Marty. U niej zawsze mogłem liczyć na kawę i kąpiel.

— Gdzie dzisiaj spałeś? — zapytała z troską w głosie.

— W Sheratonie- odparłem wydłubując trawę z brody- wielogwiazdkowym.

Siorbnąłem gorącej kawy.

— Pewnie nic nie jadłeś… Musisz się wziąć w garść.

— Już się wziąłem. Wczoraj spałem pod śmietnikiem. A dziś nad rzeką. To jakiś postęp, prawda?

Pogładziła policzek i westchnęła.

— Mało śmieszne. Jesteś inteligentny, stać cię na więcej. Masz dzieci…

— Masz rację, dziś poszukam sobie jakiejś przyzwoitej klatki schodowej.

Marta parsknęła.

— Jak masz tak głupio pieprzyć, to nie przychodź tu. Umyj się, ubierz w czyste rzeczy i idź szukać pracy. Masz jeszcze jakieś?

Przytaknąłem. Miałem jeszcze coś w plecaku, który u niej trzymałem. Matra usmażyła jajecznicę, potem poszła pod prysznic. Przyjemny zapach kawy i szum wody koiły zmysły. Wyszła owinięta turbanem ręcznika. Spieszyła się.

— Przejdź się po barach, może kogoś potrzebują. Możesz skorzystać z internetu. Ja muszę wyjść na kilka godzin, ty możesz zostać, sprawdzić ogłoszenia. Mam dziś nagrywanie projektu znajomego… Tylko się nie śmiej!

— Nigdy! — zaoponowałem.

— Nazywa się to Projekt Bezdomny. Taki jeden znajomy aktor postanowił żyć przez dwa tygodnie na ulicy bez pieniędzy. Mam za nim chodzić z kamerą i nagrywać.

— Niezły pomysł- wymamrotałem z jajami w ustach.

Spojrzała podejrzliwie. Ale z wdzięcznością.

— Zostaw brudne rzeczy na podłodze w łazience. Wypiorę ci je.

— Dzięki.

Zarzuciła wielką torbę z lustrzanką na ramię, na drugim oparła statyw. I poszła. Wskoczyłem do wanny. Woda była przyjemnie ciepła i mokra. Lubię wodę. Człowiek, jak od miesięcy mieszka na ulicy, cieszy się z czegoś, co dla innych jest codziennością. Ciepła kąpiel jest niczym królewska sauna, gorąca kawa jak najdroższe wino. Tylko paskudne myśli zgrzytają między zębami niczym kawałki źle wyjętego z butelki korka. Co tam, inni mają gorzej. Ten tok myślenia od wieków sprawiał, że wielu nie poddawało się. Ja, na wszelki wypadek, zawsze miałem przy sobie kawałek szkła, by w razie czego mieć czym podciąć skrzydła.

Po kąpieli próbowałem się ogolić, ale maszynka stępiła się w połowie. Goliłem się więc dalej tępą i po chwili moja twarz wyglądała jakbym chciał ją usunąć. Poobklejałem się więc papierem toaletowym, założyłem świeżą koszulkę, gacie, spodenki i poczułem ulgę. Po czym zasiadłem do komputera. Oczywiście najpierw zwaliłem konia przy cycatej brunetce, którą posuwało siedmiu kolesi. Była taka niewinna… Przypominała mi moją byłą żonę. Wszystkie musiały mi ją przypominać, inaczej nie stawał. Gdy nasyciłem głód miłości zajrzałem do ogłoszeń. Chciało mi się palić. Szybko trafiłem na ogłoszenie, które mi się spodobało: Lucyfer szuka barmana…

— Coś dla mnie… — od jakiegoś czasu miałem zwyczaj mówić do siebie na głos. Nie to, żebym nie miał z kim rozmawiać, jakoś tak samo wyszło.

Podniosłem telefon domowy i zadzwoniłem pod wskazany numer.

— Niech pan przyjdzie na osiemnastą do baru- usłyszałem w słuchawce piskliwy, męski głosik. Wyobraziłem sobie małego, łysego kolesia z brzuszkiem i potulnym uśmiechem. Miałem więc jeszcze osiem godzin do zagospodrowania. I wciąż chciało mi się palić. Na lodówce znalazłem jakieś drobne, wcisnąłem do kieszeni i wyszedłem. Na schodach minąłem staruszkę, która zasapana odpoczywała w połowie piętra z reklamówką wypchaną zakupami. Minąłem ją obojętnie, ale sumienie zawyło dziko.

— Pomóc pani? — usłyszałem własny głos w połowie kolejnego piętra. Gadaj do siebie, psia mać!

— Gdyby był pan łaskaw…

Chwyciłem reklamówkę i ruszyłem w górę wolnym krokiem, by mogła za mną nadążyć. Kurwa, myślałem, jebane sumienie. Jesteś idiotą.

— Bardzo pan miły- sapała mi na plecy- niech panu Bóg zapłaci…

— Widzi pani- nie wytrzymałem- wieczorem jestem umówiony z Lucyferem. Ma dla mnie robotę. Bóg więc mi raczej nie zapłaci…

Spojrzała pod górę na mój wredny uśmieszek. Widać nie bardzo wiedziała, co myśleć. I dobrze. W reklamówce zadźwięczały butelki. Znałem ten dźwięk. Taki to ten twój bóg, pomyślałem. Staruszka tymczasem zaczęła sapać intensywniej, domyśliłem się, że przyspieszyła bicie serca, albo zastawki. Wystraszyłem dewotę, przemknęło mi przez myśl. Celowo więc zwolniłem, że niby zmęczony, w końcu stanąłem.

— To ja już dalej sama dam radę- powiedziała ledwie żywa- nie będę pana męczyła.

— O nie! — zaprotestowałem- Nie ma mowy! Chwilę odpoczniemy tylko. Nie pozwolę, żeby pani padła na zawał na schodach! Proszę mi podać ramię…

Zbladła, ja zaś bezceremonialnie chwyciłem ją pod łokieć. Był chudy i wątły. Poczułem, jak zesztywniała, jakby chciała stawić opór, ale łagodnie pociągnąłem ją w górę.

— Duże zakupy- gęba mi się nie zamykała- a alkohol pewnie dla wnuczka?

— Alkohol? A to ocet… i sok dla gości…

Ty nie miewasz gości, stara jędzo, znów przemknęło mi przez myśl. Pewnie już sika w bardachy, że będę chciał się wkręcić na krzywy ryj, albo po cyrograf. Z drugiej strony ciekawe jakie życie ma za sobą, ile cierpienia, ile szczęścia, jakie miłości i rozstania. I czy w ogóle można by je nazwać życiem.

— Pani nie pije? — nie odpuszczałem.

— W moim wieku nie można- charczała coraz mocniej- niech mnie puści, proszę, muszę się oprzeć…

Ledwo żywa oparła się o parapet.

— Dalej sobie poradzę- powiedziała wyszarpując reklamówkę. Butelki groźnie zadzwoniły.

— Jest pani pewna?

— Tak! — w jej głosie pojawiła się agresja. Bała się.

No i co, sumienie? Masz już dość? Oddałem torbę i zbiegłem po schodach. Usłyszałem jeszcze, jak wypada jej z rąk i niewybredne przekleństwa. Ten świat to piekarnik, w którym litością wypiekamy zło. To tak, jakby się zlitować nad Hitlerem, że mu Gazprom gazu nie sprzedał. Pomożesz? Wszyscy jesteśmy zepsuci do szpiku kości. Kościół pęka w szwach od pedofilii, politycy korupcji, a ludzie lęku, chciwości i zakłamania. Nie myśleć!!! Byle nie mysleć!!!

Słońce grzało niemiłosiernie, widać lato nie dopuszczało jesieni do głosu. Znalazłem kilka niedopałków, za drobne kupiłem dwa papierosy w nocnym na rogu. Sprzedawczyni, śliczna blondynka z dużymi cyckami, zawsze uśmiechała się do mnie jakby szerzej. Kiedyś cię przelecę, myślałem za każdym razem, ale jak dotychczas nic takiego nie zrobiłem. Na ulicy zapaliłem, łapczywie zaciągając się dymem. Ruszyłem spowrotem do domu Marty. Miałem tyle czasu i żadnych pomysłów. Obejrzę film, może się zdrzemnę. Na miejscu znalazłem starą lufkę i opaliłem ją. Jak zwykle w takich chwilach zalały mnie fale pomysłów i refleksji. Jak zwykle do dupy. W końcu zasnąłem.


SEN


SCENA 1. WN. BAR. NOC

Za barem stoi Mivas. Jest już pijany i nie może trafić strumieniem piwa do kufla. Leje po barze. W kolejnym ujęciu pojawia się Lucek. Jak zwykle uśmiechnięty staje przy kontuarze.


LUCEK

Jak nalejesz przyjdź do drugiej sali. Spiszemy umowę…


SCENA 2. WN. SALA KRÓLEWSKA. NOC

Mivas zataczjąc się wchodzi. Zdziwiony rozgląda się. W kolejnym ujęciu widzimy tron, na którym siedzi Lucek. Wokół jego głowy, na której widać subtelne guzły, sugerujące rogi latają muchy. Z uśmiechem spogląda na Mivasa.


LUCEK

Śmiało… podejdź bliżej…


Nagle zza tronu wyłania się śliczna, naga brunetka. Ma pełne kształty, ale nie jest gruba. Na głowie tandetna aureola i sztuczne skrzydła. Staje z pogardliwym uśmiechem obok tronu i jedną nogą wspiera się o poręcz ukazując krocze, z którego sterczy biały patyczek. Lucek sięga dłonią po niego i wyciąga lizaka, którego ssie z lubością.


MIVAS

Hania?


Mivas próbujue coś powiedzieć, ale mu nie wychodzi. Tymczasem Hania klęka przy Lucku i zaczyna robić mu loda. Pojawiają się małę, brzuchate diabełki z ogromnymi, wyprężonymi kutasami. Otaczają Hanię.


HANIA w ekstazie

Taaa… O taaaa…


Diabełki krzątają przy niej wciskając swoje członki, gdzie popadnie. Mivas poci się. Skrzydła i aureola leżą podeptane.


LUCEK przygląda się mu uważnie ssąc lizaka, podczas gdy Hania ssie jego członka

Czy obiecujesz pić, ćpać, deprawować młodzież i bzykać cudze kobiety? Czy obiecujesz być szczery tam, gdzie inni kłamią i kłamać tam, gdzie inni są szczerzy? Czy obiecujesz odbierać naiwnym nadzieję i demaskować duchowy fałsz?


Tymczasem na jęczącą coraz intensywniej Hanię tryskają fontanny spermy. Diabełki rozstępują się, ona wypina w stronę Mivasa mokry tyłek. Ten, spocony grzebie przy rozporku, wyciąga penisa i wbija się w nią.


LUCEK śmieje się demonicznie

Czy zobowiązujesz się do zepsucia i pełnej lojalności?


Mivas dochodzi. Podciąga spodnie.


MIVAS

Niczego nie obiecuję… pierdol się…


Lucek rzuca cyrograf na zlaną spermą Hanię.


LUCEK

Już podpisałeś…


Zaczyna się śmiać, coraz głosniej. Obraz zaciemnia się, śmiech zanika echem anieleskiego churu. Mivas budzi się spocony.


Obudziłem się o piętnastej. Bolała mnie głowa. Za chwilę wróci Marta, trzeba wziąć się w garść. Poszedłem do łazienki i przepłukałem twarz. Nadchodził czas, by ruszyć na spotkanie z Lucyferem. Po drodze zajrzę do Wojtka, pomyślałem, może ma jakąś kaskę na piwko. Z Wojtkiem spotykaliśmy się od jakiegoś już czasu by grać na gitarach, lub w szachy. W obu tych dziedzinach był lepszy i nie wiem, dlaczego mimo to wciąż lubił ze mną to robić. Być może z powodu samotności? Podobnie jak ja, Wojtek był idealnym materiałem dla współczesnej psychologii. Jego nerwica natręctw zmuszała go do dziwnych fobii, maniakalnie zacierał ręce, obdmuchiwał kostkę z pyłków i bał się rozbitego szkła. Trzeba też oddać mu, że był cholernie inteligentny i wykształcony, w przeciwieństwie do mnie. Ja obgryzałem paznokcie i bywało, że nie mogłem przez to grać. Ponadto dręczyła mnie dwubiegunówka. Ale wszystko to miałem w dupie. Jeśli ktoś z was jest psychologiem, lub terapeutą, pewnie spyta, jak to możliwe, że można mieć manię i depresję w dupie. Można. I tyle. Nauczyłem się wiele lat wcześniej, dzięki buddyzmowi i medytacji, że ze wszystkim można się w końcu pogodzić.

Tymczasem wróciła Marta. Z hukiem rzuciła torbę na fotel, kamerę odstawiła z najwyższą ostrożnością pod fikusa.

— Znalazłeś coś?

— Jestem umówiony z Lucyferem na osiemnastą.

Popatrzyła z ukosa.

— Z kim?

— Knajpa nazywa się Lucyfer. Potrzebują barmana…

Poprawiła pijący pod pachą stanik i poszła do kuchni. Po chwili dobiegł mnie stukot garów.

— Ja miałam niezły dzień… Marek wkręcił się w jakąś kolejkę po darmowe jedzenie, ale szybko inni zorientowali się, że jak na bezdomnego zbyt dobrze pachnie i zaczęła się bójka. Bałam się, że rozpieprzą mi kamerę… Ale udało mi sie ukryć za murkiem i mam zajebisty materiał. Potem, jak zmontuję to ci pokażę.

Ja nigdy nie poszedłem po darmowe żarcie. Nawet, gdy już z głodu wykręcało mi kręgosłup. Nigdy też nie grzebałem w śmietniku. Wolałem obżerać przyjaciół. Być może miałem zbyt krótki staż, być może byłem mniej zryty, dysponując bogatszym zestawem szarych komórek. Ale tylko być może.

— Marta- powiedziałem- czegoś tu nie kumam. Chcesz mieć materiał o bezdomnych, to kręć bezdomnych, a nie jakiegos fiuta, który ma pretensje do oryginalności. Mam nadzieje, że mu porządnie obili mordę…

— Mivas, weź się… Tu chodzi o sztukę, a nie dokument! Ty zawsze musisz mieć jakieś uwagi?

— No to jak następnym razem rozpieprzą ci kamerę, żebyś nie miała pretensji. Wszystko w imię sztuki…

— Spieprzaj…

— Dobra. To do później.

Nic nie powiedziała, a ja wyszedłem.

Wojtek jak zwykle siedział w kuchni i grał na gitarze. Robił to w każdej wolnej chwili. A miał ich sporo, jak każdy freelancer zarabiał ze zleceń lektorskich lub tłumaczeń. Czasami udzielał korepetycji. Miał na sobie kwiaciastą koszulę z rozdartym rękawem i spodnie, których koloru nie sposób było określić. Haczykowatym nosem niczym metronom wskazówką bujał na boki.

— O! Cześć- powiedział głębokim basem.

— Cześć. Masz czas?

Zapuścił ramię żurawia w kieszeni. Za oknem rozpościerał się widok na Stadion Narodowy. Wyciągnął zwitek banknotów.

— Coś mam…

— To pakuj gitarę i idziemy na browar do Lucyfera.

— Dokąd?

— Knajpa na Wileńskiej… Szukają barmana.

Wojtek uwielbiał emfazę. Zwykle wszystko robił z pewną bufonerią, jednak na tyle swobodnie, że nie irytował. Zapewne zawdzięczał to słabości do punka, a może nerwicy. W przeciwnym razie byłby nie do zniesienia.

— Szukasz pracy? Poważnie?

— Możesz nie komentować?

— Jasne, jasne…

Wyszliśmy po dłuższej chwili, której potrzebował na spakowanie instrumentu. Jego dziurawe trampki swobodnie jak na 40latka przemierzały rozpalony chodnik. Haczykowaty nos był teraz sterem. Do Lucyfera z Saskiej było niedaleko, postanowiliśmy więc całą drogę przejść. Po drodze nabyliśmy kilka tanich piw.

— Która jest? — zapytałem.

— Siedemnasta.

Lucyfer był na samym prawie końcu ulicy. Ledwo widoczny. Na bocznej ścianie wisiał brudny, podniszczony sznur światełek choinkowych, byle jak ułożonych w nazwę lokalu. Przed wejściem stała beczka, na niej słoik z petami. Obok beczki siedziała młoda, niezbyt ładna niewiasta, która natychmiast skojarzyła mi się z dziewczynką z zapałkami. Zmierzwione dready, z których śmiało wystawały odrosty zgarnęła przybrudzoną, czarną przepsaką. Małe oczka nieufnie spoglądały na świat. Ziemista cera wtapiała się idealnie w samo wejście do lokalu. Brudne szyby, poznaczone gdzie niegdzie siatką pęknieć, złuszczona farba na framugach, stare, wypaczone drzwi. Zatrzymaliśmy się przy dziewczynce. Z ulicy wnętrze wydawało się na prawdę ciemne, brudne i ponure. Tylko much brakowało.

— Cześć- powiedziałem.

— Cześć- odparła. Miała przyjemny głos.

— Pracujesz tu?

— Tak.

Jej wzrok padł na gitarę, ale nic nie powiedziała.

— Jakie macie piwo?

Poderwała się lekko i weszła do środka. My za nią. Tutaj było rzeczywiście ciasno, brudno, ponuro i śmierdziało starym piwem. I były muchy. Przed barem starczało miejsca tylko na jeden stolik, który zastępowała kolejna beczka. Po prawej, jeśli się stało przodem do baru, było przejście do drugiej, nieco większej salki. Zwieńczała ją antresola, na której trzeba było się schylać, by nie zahaczyć o zakopcony sufit. Szybko obliczyłem, że miejsc siedzących w najlepszym przypadku wystarczy najwyżej na 50 osób w całym lokalu. I jak na metraż nie było to mało.

— Mamy Ciechana, Raciborskie, Namysłów. Zawiercie za szóstaka z kija…

— To my poprosimy dwa Zawiercia- zawyrokował Wojtek.

— Tanio- powiedziałem.

Dziewczynka wzruszyła ramionami.

— Wiecie, mały lokal, na uboczu… jakoś trzeba przyciągać klienta.

— A utarg jakiś jest?

— Słaby zazwyczaj.

Pokiwałem głową.

— No, ale chociaż piwo masz za darmo?

Popatrzyła uważniej na mnie

— Czy ty czasem nie jesteś tym człowiekiem, który ma dziś rozmawiać z szefem o pracy?

Uśmiechnąłem się, a przynajmniej tak mi się zdawało. Zauważyłem, że miała spory biust, co skrzętnie ukrywała w obszernej bluzie i zwiewnej huście.

— No tak…

Wyskoczyła zza baru z kuflami piwa. Sobie też nalała i przysiadła sie do nas. Wojtek jak zwykle wyciągnął gitarę i ćwiczył pasaże. Co nie zajęło go na tyle, by nie podziękował za piwo z całą klasą. Wiedziałem, że jednym uchem przysłuchuje się naszej rozmowie.

— Mam na imię Karolina- wyciagnęła rękę.

— Mivas, a to Wojtek.

— Miło mi- ukłonił się po raz drugi.

— Lucek będzie po osiemnastej, jak się nie spóźni- jej oczka wędrowały po mojej twarzy z zaciekawieniem.

— Nam się nie spieszy- uspokoiłem ją- i tak chcę poczuć klimat miejsca. Długo tu pracujesz?

— Nie. Z cztery miesiące. Poza mną jeszcze jest Dorota i Kasia, ale Kasia ostatnio podziękowała, dlatego Lucek potrzebuje kogoś na jej miejsce.

Jej wzrok taksował już nie tylko moją twarz. Czułem, że podlegam weryfikacji pod kątem szeroko pojętej atrakcyjności.

— A klienci? Jacy?

— Różni. I niewielu. Poznasz ich. No i czasami lokalsi, wiesz, drechy, robią problemy.

Machnąłem ręką.

— Poradzimy sobie. Jacyś stali klienci? — pociągnąłem piwa. Było słodkie i śmierdziało byczym moczem. Ale mimo to smakowało mi. Wojtek swojego jeszcze nie tknął.

— Jest taki jeden, starszy, bardzo miły Marokańczyk. Przychodzi prawie codziennie na wódkę w promocji. Jest zajebisty, przynosi nam słodycze i różne smakołyki. Ostatnio w prezencie dał nam tamtą figurkę wielbłąda. Z Maroko… zawsze próbuje nas namawiać na picie i stawia wszystkim.

Jasne, pomyślałem, już ja się domyślam, co stawia. Wojtek oderwał sie nagle od gitary.

— To nalej nam tej wódki w promocji, proszę- jak zwykle z gestem zaordynował.

Karolina weszła za bar, po chwili nalała sześć kieliszków.

— Ile to?

— Stawiam wam- powiedziała- jak mi zagracie coś ładnego.

Wojtek odchrząknął, po czym przekazał mi gitarę, widząc, że Karolina wymownie spogląda na mnie. Coś tam brzdąknąłem, a ona postawiła po trzy kieliszki przed każdym z nas.

— Masz ładny głos- podsumowała, gdy skończyłem męczyć muzykę.

— Jego własna kompozycja- zdradził mnie Wojtek, po czym uniósł kieliszek- Za sztukę!

Chlapnęliśmy. Karolina przypiła piwem.

— A jak szef na picie za barem? — wytarłem usta.

— Spoko, byle nie upijać się.

Wypiliśmy po kolejnym, co by nie tracić czasu i procentów. Gdy opróżniliśmy po trzecim, przybył sam Lucyfer. Był mały, łysy i uśmiechnięty. Wszedł objuczony skrzynkami z piwem. Postawił je na podłodze i przywitał się z nami jak ze starymi przyjaciółmi. Zapytał Karolinę, czy wszystko w porządku i zaprosił mnie do sali obok. Po krótkiej rozmowie ustaliliśmy, że zaczynam od następnego dnia i wręczył mi komplet kluczy do lokalu.

— Karolina cię przeszkoli.

A że się spieszył, wyszedł.

— Szybko wam poszło- podsumował Wojtek, przed którym stały kolejne trzy kieliszki z wódką. Na mnie też czekała nowa seria.- To za nową pracę!

— Zagrajcie coś jeszcze- poprosiła dziewczynka.

— Teraz twoja kolej- beknąłem do Wojtka.

Podczas gdy grał, ja poczułem, że Karolina nieznacznie sie do mnie przysunęła. Udałem, że nie zauważyłem. Do lokalu weszła blondynka, szeroko uśmiechnięta. I jeszcze brzydsza od Karoliny. Było w niej coś obślizgłego. Bez słowa, nie licząc cześć, usiadła obok Wojtka.

— Jak ładnie grasz- powiedziała, gdy skończył.

— To jest Bogusia- przedtsawiła ją Karolina. Była już bardzo blisko, tak, że czułem ciepło jej ciała- nasz dobry duszek. Jakby co, dostaje od nas wino pracownicze. Potem ci pokażę, które.

— Też bym chciała tak grać… — wyznał dobry duszek.

— Mogę cię nauczyć- zaoferował się Wojtek, zupełnie transparentnie spoglądając na jej biust- ale najpierw poprosimy jeszcze dwie kolejki, dla Bogusi też.

— Ja dziękuję- zaprotestowała- nie piję wódki.

— Co pijesz?

— Może być wino.

— I wino dla tej pani.

Wstałem.

— Ja poleję. W końcu tu pracuję.

Karolina była już za barem.

— No to chodź. Poinstruuję cię.

Bar był maleńki, więc wiecznie ocieraliśmy się o siebie. Pokazała mi, gdzie co jest, potem, gdy już nalałem wszystkie drinki podała cennik. Na drugiej kartce były kody do kasy fiskalnej.

— A tu jeszcze, w tym zeszycie zapisujemy wszystko, co sprzedaliśmy. W tej rubryce piszemy to, co sami bierzemy. Możemy brać na kreskę i rozliczać się przy wypłatach.

— Umówiłem się z Luckiem na dniówki. Powiedział, że mogę sam sobie wypłacać i zapisywać.

— Długo mamy czekać? — Wojtek tymczasem roztaczał już swe uroki wokół Bogusi.

— Już już- odkrzyknąłem, po czym zwróciłem się do Karoliny- co to za jedna, ta Bogusia? Wygląda, jakby bała się własnego cienia.

— Bo tak jest- roześmiała się- Przychodzi tu często na darmowe winko. Facet od niej uciekł. Nie dawaj jej za dużo, bo jak się upije, a dużo jej nie trzeba, to straszy gości płaczem. Wiesz, samotna, młoda matka… Ukrywa smutki.

— Matka?

— Tak, jej syn ma sześć lat. Mieszkają niedaleko z babcią.

Próbowałem zmierzyć się w tym samym czasie z kasą. Nie szło mi.

— Wszystko nabijamy? — zapytałem w końcu.- Bo widzisz, nienawidzę tych jebanych krwiopijców, urzędasów. Pasożytują na nas, ludziach pracy, a sami nic nie robią. Unikam płacenia podatków więc, jak mogę.

Pokiwała z dezaprobatą głową.

— Niestety musimy. Sprawdzają nas… Sam zobaczysz. Taka starsza, siwa kobieta przychodzi często z fakturami.

— No ale część chyba możemy ukryć?

— Pytaj Lucka.

— Rozumiem. Coby nie powiedzieć urzędnik to nie zawód a stan umysłu. A raczej bezmyślności…

Wojtek oparł się o bar, taszcząc pod pachą opierającą się Bogusię.

— To gdzie to picie? — był już lekko zawiany. Uszy czerwieniały mu jak sztandar proletariacki, ale jeszcze nie powiewały, oczka nieco zwężone połyskiwały w słabym świetle.

Wystawiłem kieliszki na bar i ponownie wypiliśmy zdrowie sztuki.

— Niezłej sztuki- skwitował Wojtek, któremu Bogusia podobała się wraz z upływem alkoholu coraz bardziej.

Czas od tego momentu płynął, podobnie jak wódka, coraz żwawiej. Goście nie przybywali, za oknem zapadł zmrok. Latarnie pluły żółtawym światłem, rozjeżdżanym sporadycznie przez samochody. Do tego rozpadało się. Wojtek znalazał gdzieś szachy i wymusił na mnie partyjkę. Bogusia opierała się na jego ramieniu z głupawym uśmieszkiem, ja udawałem, że myślę o grze. Karolina przylgnęła do mnie podobnie, jak dobry duszek do Wojtka. Byliśmy już pijani. Gitara z hukiem padła pod stuł. Wojtek skarcił ją za nadmierne picie. Nie wiem, kiedy, przed nami stały już dwie puste butelki po wódce.

— Szach i mat- w końcu z dumą oświadczył Wojtek.

— I znowu mata pod szafą- mruknąłem.

— Nie bój nic- Wojtek podniósł palec- dziś będziesz spał pod zlewem.

I zarechotał. Gapiłem się na ten paluch, myśląc o starym porzekadle, że tylko głupcy patrzą na palec wskazujący na niebo pod zlewem. Zlałem to.

— Idziesz na fajkę? — spytała przymilnie Karolina.

— A częstujesz?

— Jasne. Mamy tu cygaretki, które i tak nie schodzą. Chodź, zapalimy na antresoli. I tak już nikt nie przyjdzie.

— Ok.

Poszliśmy. Usiadła na stole, ja naprzeciwko. Paliliśmy jakiś czas w milczeniu. W końcu odezwała się pierwsza.

— I jak ci sie podoba?

— Może być- powiedziałem z przekąsem.

Jej oczy błyszczały, w dużej mierze pod wpływem alkoholu.

— A tobie?

— Może być- pogłaskała mnie po ramieniu.

I zaczęliśmy się całować. Gdy zeszliśmy, Wojtek próbował obściskiwać wzbraniającą się dla idei Bogusię.

— Bogumiło- cedził słowa pijacką manierą- co robisz w Lucyferze?

— Siedzę- parowała jego natrętne dłonie jak mogła.

— Ależ bogu miła nie powinna wchodzić w konszachty z diabłem!

— Wojtek, Karolina zamyka lokal, spadamy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 45.32