E-book
7.88
drukowana A5
42.59
Loża Masek

Bezpłatny fragment - Loża Masek


Objętość:
236 str.
ISBN:
978-83-8467-927-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 42.59

Rozdział 1. Zaproszenie

Koperta nie miała nadawcy. Leżała na srebrnej tacy pomiędzy rachunkiem od modystki a listem od ciotki Amelii, która od trzech tygodni umierała na tę samą niestrawność i za każdym razem znajdowała dość sił, żeby opisać ją na czterech stronach. Helena wzięła najpierw list od ciotki. Dopiero później kopertę. Koperta była czarna, z grubego, kosztownego papieru, bez pieczęci ani monogramu. Widniało na niej jedynie jej imię zapisane ciemnym atramentem. Pani Helena Orsini. Bez adresu. Ktoś, kto ją przyniósł, wiedział więc, gdzie mieszka. Przesunęła paznokciem pod krawędzią papieru, wyjęła kartę i przeczytała ją raz, potem drugi.

Sobota. Dziesiąta wieczorem.

Powóz będzie czekał przy zachodniej bramie ogrodu.

Proszę nie zabierać służącej.

Strój wieczorowy. Bez biżuterii pozwalającej rozpoznać właścicielkę.

Maska zostanie zapewniona.

Niżej nie było podpisu, tylko niewielki znak przypominający dwie zachodzące na siebie litery. Helena obróciła kartę. Pusta.

— Bezczelność — powiedziała.

— Słucham pani?

Pokojówka zatrzymała się przy drzwiach. Helena wsunęła kartę z powrotem do koperty.

— Ciotka Amelia znowu umiera.

— Och.

— Tym razem na pewno.

Pokojówka uśmiechnęła się, ponieważ obie wiedziały, że pani Amelia prawdopodobnie przeżyje je wszystkie.

— Odpisać?

— Jutro.

Kiedy została sama, ponownie wyjęła kartę. Wiedziała, od kogo pochodzi, choć charakter pisma niczego nie zdradzał. Pismo zapewne należało do sekretarza albo człowieka opłacanego po to, aby niczego nie można było rozpoznać. Wiedziała to, bo trzy dni wcześniej podczas kolacji hrabia Bellandi zapytał ją, czy kiedykolwiek zastanawiała się, jak wygląda świat, kiedy człowiek przestaje używać nazwiska. Odpowiedziała, że świat bez nazwisk istnieje wyłącznie w więzieniach i burdelach. Bellandi roześmiał się.

— Zdziwiłaby się pani.

— Nie przepadam za zdziwieniem.

— To również nieprawda.

Patrzył wtedy na nią trochę za długo. Helena miała trzydzieści dwa lata i od czterech była wdową. Wystarczająco długo, żeby ludzie przestali składać jej kondolencje, ale nie na tyle długo, żeby przestali interesować się tym, z kim tańczy. Wdowieństwo okazało się stanem osobliwym. Jako mężatka należała do męża. Jako panna należała do ojca. Jako wdowa po raz pierwszy nie należała formalnie do żadnego mężczyzny, a mimo to wszyscy uważali, że mają prawo wiedzieć, co robi ze swoją wolnością. Mogła zarządzać częścią majątku, podróżować, przyjmować gości, a nawet odmówić ponownego zamążpójścia. Nie mogła natomiast zostać sama z mężczyzną po północy, nie wywołując historii, która następnego ranka miałaby już trzy różne zakończenia.

Podeszła do kominka. Wystarczyłoby wrzucić kartę w ogień, ale trzymała ją nad płomieniem i nie puściła.


W sobotę o wpół do dziesiątej powiedziała służbie, że boli ją głowa. O dziesiątej wychodziła przez ogród. Było chłodno, a kamienna ścieżka połyskiwała po wcześniejszym deszczu. Helena uniosła suknię, żeby nie zabrudzić brzegu. Przy zachodniej bramie stał czarny powóz. Woźnica pozostał na koźle, a drzwiczki otworzył nieznajomy mężczyzna.

— Pani?

— Skoro pan nie wie, kim jestem, być może czekacie na kogoś innego.

Mężczyzna uśmiechnął się.

— Stąd wiem, że czekamy na panią.

To powinno ją zniechęcić, lecz wsiadła. W środku siedziała może czterdziestoletnia kobieta w ciemnej sukni, rękawiczkach sięgających za łokcie i niewielkiej czarnej masce zakrywającej górną część twarzy. Helena zatrzymała się.

— Już?

— Im wcześniej człowiek przestaje wiedzieć, z kim rozmawia, tym łatwiej mu później.

— Pani wie, kim jestem.

— Oczywiście.

— To nierówne zasady.

— Przez pierwsze pół godziny wszystkie zasady wydają się nierówne.

Powóz ruszył. Kobieta podała jej niewielkie pudełko. W środku leżała ciemnoczerwona, nie czarna maska. Helena dotknęła jej palcem.

— Dlaczego taki kolor?

— Nie wiem.

— Pani ją wybrała.

— Nie.

— Kto?

Kobieta spojrzała przez okno.

— Ktoś, kto panią zaprosił.

Helena zamknęła pudełko.

— Bellandi?

Kobieta odwróciła ku niej głowę.

— Pierwsza zasada.

— Jaka?

— Tam, dokąd jedziemy, nie wypowiadamy nazwisk.

— Nawet jeśli je znamy?

— Szczególnie wtedy.

Przez kilka minut jechały w milczeniu. Jeszcze w mieście zza zasłony dobiegł ją metaliczny dzwonek elektrycznego tramwaju i krótki stuk kół na szynach. Potem ulice ucichły. Helena próbowała śledzić drogę, ale po kilkunastu zakrętach przestała być pewna kierunku.

— A jeśli zechcę wrócić?

— Powie pani, że chce wrócić.

— I?

— Powóz panią odwiezie.

— To wszystko?

— Czego się pani spodziewała?

— Nie wiem. Skoro robicie tyle tajemnicy z wejścia, przypuszczałam, że wyjście będzie trudniejsze.

Kobieta uśmiechnęła się lekko.

— Wyjście z domu jest bardzo łatwe.

— A z czego jest trudne?

Kobieta nie odpowiedziała.


Jechali prawie godzinę. Kiedy powóz stanął, Helena usłyszała fortepian i skrzypce; melodia dochodziła gdzieś zza drzew. Mężczyzna otworzył drzwiczki. Przed nimi stała niezbyt wielka willa, ale światło paliło się niemal we wszystkich oknach. Przed bocznym wejściem stały cztery powozy, a kolejny właśnie odjeżdżał. Helena dostrzegła wysiadającą z niego parę. Oboje mieli proste czarne maski i szli pod rękę.

— Małżeństwo? — zapytała Helena.

Jej towarzyszka wzruszyła ramionami.

— Być może.

— Oboje mają czarne.

— Pary, które wchodzą razem, zwykle dostają czerń. Łatwiej pamiętać, że przyszli jako dwoje, nawet kiedy nikt nie zna ich nazwisk.

Helena dotknęła własnej ciemnoczerwonej maski.

— A ci, którzy przychodzą sami?

— Mogą dostać kolor.

Weszły do środka. Pierwsze pomieszczenie przypominało zwyczajny salon, gdzie lokaj odebrał Helenie płaszcz, nie pytając o nazwisko. To wydało jej się najbardziej niezwykłe. Służba zawsze pytała o nazwisko, bo to ono otwierało drzwi. Tutaj najwyraźniej należało zostawić je razem z płaszczem. Kobieta poprawiła jej maskę.

— Jedna rzecz.

— Następna zasada?

— Najważniejsza.

Helena czekała.

— Nikt tutaj nie ma prawa do pani z samego faktu, że pani przyszła.

Helena uniosła brwi.

— To powinno być oczywiste.

— Powinno.

Kobieta odsunęła rękę.

— Trzeba to powiedzieć.

Za kolejnymi drzwiami znajdował się salon.

Rozdział 2. Bez nazwisk

Było tam około trzydziestu osób. Pierwsze rozczarowanie Heleny polegało na tym, że wszyscy byli ubrani. Drugie — że zachowywali się przyzwoicie. Przez kilka chwil stała przy wejściu i patrzyła na salon, który równie dobrze mógł należeć do mediolańskiego bankiera albo znudzonego arystokraty posiadającego zbyt wiele pieniędzy i za mało krewnych. W kominku trzaskało drewno, a przy fortepianie siedziała kobieta w granatowej masce; stojący obok skrzypek miał twarz zasłoniętą jedynie do połowy. Przy stolikach pito wino. Ktoś się śmiał. Przy oknie rozmawiało dwóch mężczyzn, a na sofie siedziały trzy kobiety. Jedna z nich wachlowała się powoli, choć w pomieszczeniu wcale nie było gorąco.

— Tego się pani spodziewała? — zapytała towarzyszka Heleny.

— Nie.

— To dobrze.

— Dlaczego?

— Ludzie, którzy znajdują dokładnie to, czego się spodziewali, zwykle niczego nie zauważają.

— A czego mam szukać?

— Niczego.

— Bardzo dużo tutaj zasad.

— To nie jest zasada.

Kobieta zdjęła rękawiczki.

— To rada.

Podeszła do nich służąca z tacą, bez maski, a Helena wzięła kieliszek.

— Służba widzi nasze twarze.

— Oczywiście.

— I to nikomu nie przeszkadza?

— Służba widzi znacznie więcej rzeczy, niż ludzie chcieliby pamiętać.

— Więc dlaczego jej ufacie?

Kobieta w czarnej masce napiła się wina.

— Bo dobrze płacimy.

Helena parsknęła śmiechem. Pierwszy raz tego wieczoru poczuła się swobodniej.

— Wreszcie zasada, którą rozumiem.

— Pieniądze są bardzo prostym językiem.

— A pozostałe?

— Pozostałe są ciekawsze.

Towarzyszka dotknęła lekko jej łokcia.

— Chodźmy.

Nie przedstawiała jej nikomu, co początkowo wydało się Helenie dziwne. Przy pierwszej grupie powiedziała tylko:

— Czerwona jest dzisiaj z nami pierwszy raz.

Mężczyzna w srebrnej masce skłonił głowę.

— W takim razie witamy Czerwoną.

Helena spojrzała na swoją maskę.

— Czy dostałam imię?

— Na jeden wieczór — odpowiedziała stojąca obok kobieta.

Miała maskę zieloną, ozdobioną niewielkimi piórami.

— A jeśli mi się nie podoba?

— Wtedy proszę jutro przyjść w innej.

— Nie wiedziałam, że przyjdę jutro.

Zielona uśmiechnęła się.

— My również nie.

Pochodzenie Heleny nikogo nie interesowało; tak samo jej mąż i rodzina. Nikt nawet nie próbował ustalić, czy jest panną, żoną czy wdową. Po dziesięciu minutach zrozumiała, jak niezwykłe było to doświadczenie. Przez całe dorosłe życie każde nowe spotkanie rozpoczynało się od ustalenia miejsca człowieka: nazwiska, rodziny, majątku, małżeństwa i powiązań. Dopiero później można było rozmawiać. Tutaj kolejność odwrócono. Najpierw istniał człowiek, a reszta miała pojawić się później albo wcale. Mężczyzna w srebrnej masce zapytał ją:

— Co pani lubi?

Helena niemal automatycznie odpowiedziała:

— Muzykę.

Roześmiał się.

— Nie pytałem o zainteresowania.

Zielona trąciła go wachlarzem.

— Nie strasz nowych.

— Przecież tylko pytam.

Był wysoki i prawdopodobnie kilkanaście lat starszy od niej; siwe włosy przy skroniach zdradzały więcej, niż maska pozwalała ukryć.

— A jeśli nie wiem? — zapytała.

— Dobra odpowiedź. Przynajmniej szczera.

— Dlaczego?

— Bo oznacza, że może się pani dowiedzieć.

Zielona ponownie uderzyła go wachlarzem.

— Odejdź.

— Już mnie nie lubisz?

— Nigdy cię nie lubiłam.

— W zeszłym miesiącu twierdziłaś coś innego.

Zapadła krótka cisza. Zielona nawet nie drgnęła.

— W zeszłym miesiącu — odpowiedziała — miałeś mniej powodów do mówienia.

Srebrny roześmiał się i odszedł. Helena odprowadziła go wzrokiem.

— Czy oni są…?

— Kim?

— Razem?

Zielona wzruszyła ramionami.

— Czasami.

— A pani mąż?

Kobieta spojrzała na Helenę. W spojrzeniu kobiety było raczej rozbawienie niż złość.


— To pytanie z tamtego świata.

Helena lekko się speszyła.

— Przepraszam.

— Nie trzeba. Pierwszego wieczoru wszyscy próbują przenieść tutaj zasady, które znają.

— A później?

— Później odkrywają, że nie wszystkie są potrzebne.

Towarzyszka Heleny, która dotąd przysłuchiwała się rozmowie, powiedziała:

— I nie wszystkie można zostawić za drzwiami.

Przez moment wydarzyło się coś, czego Helena nie zrozumiała. Krótka wymiana spojrzeń. Potem Zielona uśmiechnęła się.

— Nie psuj jej pierwszego wieczoru.

— Nie zamierzam.

— Robisz to.

Odeszła. Helena poczekała, aż znajdzie się poza zasięgiem głosu.

— Co to miało znaczyć?

— Nic, czym powinna się pani dzisiaj przejmować.

— Nie lubię, kiedy ludzie mówią mi, czym powinnam się przejmować.

— Wiem.

— Skąd?

Kobieta uniosła kieliszek.

— Ktoś panią tutaj zaprosił. Proszę nie zakładać, że zrobił to bez zastanowienia.


Po godzinie Helena przestała liczyć maski i zaczęła dostrzegać coś, czego wcześniej nie zauważała: drzwi. W salonie było ich pięcioro. Jedne prowadziły do holu, którym przyszła, drugie do jadalni, trzecie na taras. Pozostałe dwoje pozostawały zamknięte. Co jakiś czas ktoś przez nie przechodził, samotnie albo we dwoje. Raz Helena zobaczyła dwie kobiety i mężczyznę. Nie wrócili przez następne pół godziny. Nikt nie zwracał na to uwagi. Albo wszyscy bardzo starannie udawali, że nie zwracają. Muzyka ucichła. Skrzypek odłożył instrument. Kobieta przy fortepianie wstała i pocałowała go w policzek. Gest był zwyczajny. Dopiero chwilę później Helena zobaczyła, jak podchodzi do mężczyzny stojącego przy kominku. Ten podał jej ramię. Odeszli razem przez jedne z zamkniętych drzwi. Skrzypek został. Nalał sobie wina.

— Mąż — powiedziała obok niej znajoma już Zielona.

Helena odwróciła głowę.

— Słucham?

Zielona wskazała kieliszkiem skrzypka.

— Pytała pani wcześniej o mężów.

— To jej mąż?

— Od dwunastu lat.

— A tamten?

— Nie.

— I on wie?

Zielona uniosła brwi.

— Przecież widział.

— Wie pani, co mam na myśli.

— Wiem.

Zielona upiła łyk.

— Tak.

Helena obserwowała mężczyznę. Nie wyglądał na upokorzonego ani szczególnie zainteresowanego. Rozmawiał ze starszą kobietą w złotej masce.

— I jemu to nie przeszkadza?

— Dlaczego pyta pani mnie?

— Jego raczej nie zapytam.

— Szkoda.

— Naprawdę mogłabym?

— Tutaj może pani zapytać prawie o wszystko.

— A ludzie odpowiadają?

— Prawie nigdy.

Helena się uśmiechnęła. Zielona odstawiła kieliszek.

— Chce pani zobaczyć resztę domu?

Pytanie zabrzmiało zwyczajnie. Helena spojrzała na zamknięte drzwi.

— Czy zostałam do czegoś zaproszona?

— Do obejrzenia domu.

— A później?

— Nie wiem.

— Pani naprawdę lubi takie odpowiedzi.

— Czasem „nie wiem” jest uczciwsze.

Helena zawahała się. Wtedy zobaczyła swoją towarzyszkę z powozu po drugiej stronie salonu, rozmawiającą z mężczyzną w czarnej masce. Nie słyszała ich rozmowy. Mężczyzna powiedział coś, kobieta odpowiedziała, po czym oboje spojrzeli na Helenę. Nie odwrócili wzroku, kiedy zauważyli, że ich widzi. Mężczyzna lekko uniósł kieliszek w geście, który mógł być powitaniem albo potwierdzeniem, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Po raz pierwszy tego wieczoru przeszedł ją chłód.

— Kto to jest? — zapytała.

— Czarny?

— Tak.

— Człowiek, któremu nie warto zadawać tego pytania.

— Dlaczego?

— Bo może odpowiedzieć.

Mężczyzna ruszył w ich stronę. Rozmowy nie ucichły i nikt się nie odsunął, a jednak Helena dostrzegła coś osobliwego: ludzie robili mu miejsce dyskretnie, o pół kroku, czasem jeszcze mniej. Srebrny przyjął odmowę bez komentarza. Mężczyzna podszedł do nich; miał ponad pięćdziesiąt lat. Maska zakrywała mu oczy i nasadę nosa, ale nie mogła ukryć mocno zarysowanej szczęki ani siwizny przy skroniach. Skłonił się Zielonej, potem Helenie.

— Czerwona.

Zabrzmiało to jak stwierdzenie, nie pytanie.

— Czarny — odpowiedziała.

Zielona zakryła usta wachlarzem. Mężczyzna uśmiechnął się.

— Podoba mi się.

— Co?

— Że nie zapytała pani, jak mam na imię.

— Powiedziano mi, że nazwiska są tutaj bezużyteczne.

— Imiona również.

— Więc po co w ogóle rozmawiamy?

Przyjrzał jej się.

— Żeby sprawdzić, co zostaje, kiedy nie można zasłonić się nazwiskiem ani pozycją.

— I co pozostaje?

— Zależy od człowieka.

— A z pana?

Uśmiech zniknął. Nie wyglądał jednak na obrażonego; pytanie wyraźnie go zainteresowało.

— Tego — powiedział — być może dowie się pani później.

— Jeśli zostanę.

— Oczywiście.

Powiedział to zbyt szybko. Helena zauważyła.

— Zakłada pan, że zostanę?

— Nie.

— Brzmiało inaczej.

— Mam tylko nadzieję.

— Dlaczego?

Czarny spojrzał na jej maskę.

— Ponieważ bardzo niewiele osób przychodzi tutaj przypadkiem.

— Ja zostałam zaproszona.

Położył kieliszek na tacy przechodzącego lokaja.

— Proszę korzystać z domu. Ze wszystkich pomieszczeń, do których drzwi są otwarte.

Helena zerknęła na dwoje zamkniętych.

— A te?

— Otwierają się od środka.

Nie była pewna, czy mówi dosłownie. Mężczyzna skłonił się i odchodząc, zatrzymał jeszcze przy Zielonej.

— Twój mąż pytał o ciebie.

— Wie, gdzie mnie znaleźć.

— Tak mu powiedziałem.

Odszedł. Helena popatrzyła na Zieloną.

— Pani też jest mężatką.

— Od siedemnastu lat.

— I pani mąż tutaj jest?

— Tak.

— Który?

Zielona roześmiała się.

— Coraz lepiej.

— Nie odpowie pani.

— Nie.

— A ten Czarny?

Zielona przestała się śmiać.

— Co z nim?

— Kim jest?

— Tutaj?

— Tutaj.

Kobieta zamknęła wachlarz.

— Tutaj jest Czarnym.

— A poza tym miejscem?

— Poza tym miejscem nie powinna go pani znać.

— Ale znam?

Zielona przyglądała jej się przez moment.

— Możliwe.

— Jest arystokratą?

— Możliwe.

— Bankierem?

— Możliwe.

Helena westchnęła.

— Sędzią?

Zielona nie odpowiedziała od razu. Ta krótka zwłoka wystarczyła: po raz pierwszy Helena zrozumiała, że trafiła. Kobieta rozłożyła wachlarz.

— Chodźmy obejrzeć dom.

Ruszyła w stronę korytarza, ale Helena została na miejscu i popatrzyła za Czarnym, który stał przy kominku, rozmawiając ze skrzypkiem. Dwie godziny wcześniej, gdyby ktoś powiedział jej, że spędzi noc w domu pełnym zamaskowanych ludzi, w którym mężowie pozwalają żonom odchodzić z innymi mężczyznami, uznałaby to za kiepską francuską powieść. Teraz najbardziej niepokoiło ją coś zupełnie innego. Nie chciała wychodzić. Niepokoiło ją również coś bardziej osobistego: od chwili, gdy zobaczyła kobietę odchodzącą z obcym mężczyzną, własne ciało reagowało na ten dom szybciej niż rozsądek. Ciepło pod suknią nie było jeszcze pragnieniem, do którego chciała się przyznać. Ale nie było już wyłącznie ciekawością. Chciała zobaczyć, co znajduje się za drzwiami.

Rozdział 3. Maska

Zielona otworzyła drzwi, a Helena nie pytała o nic więcej. Korytarz po drugiej stronie był węższy, niż się spodziewała. Nie przypominał tajnego przejścia ani korytarza prowadzącego do miejsca, którego przyzwoity człowiek powinien się wstydzić. Na ścianach wisiały pejzaże, pod jednym stał stolik z porcelanową misą pełną winogron, a gdzieś dalej paliła się lampa.

— Rozczarowana? — zapytała Zielona.

— Jeszcze nie wiem.

— To już trzeci raz dzisiaj.

— Co?

— Nie wie pani.

Helena uśmiechnęła się.

— Być może po to mnie zaproszono.

Zielona zatrzymała się przy pierwszych, otwartych drzwiach. W środku znajdowała się biblioteka. Dwóch mężczyzn grało w szachy, a kobieta w białej masce leżała na szezlongu i czytała gazetę. Przy stoliku pod oknem ktoś nalewał koniak.

— Szachy?

— Czasami.

— Przyjeżdżacie tutaj, żeby grać w szachy?

— Niektórzy przyjeżdżają tutaj, żeby przez godzinę nie być tym, kim są przez pozostałe dwadzieścia trzy.

— I wystarczą do tego szachy?

— Czasami wystarczy, że nikt nie powie „panie hrabio”.

Poszły dalej. Drugie pomieszczenie było małym salonem z niskimi fotelami, a drzwi również pozostawały otwarte. Helena zwolniła. Na sofie siedziała kobieta w jasnej masce, przed którą klęczał mężczyzna zdejmujący jej rękawiczkę. Robił to powoli, uwalniając najpierw jeden palec, potem drugi. Kobieta patrzyła na niego bez słowa. Kiedy dotarł do nadgarstka, pochylił się i dotknął ustami jej skóry. Helena zorientowała się, że przygląda się zbyt długo i chciała odejść, gdy kobieta na sofie uniosła dłoń. Mężczyzna natychmiast się zatrzymał. Przyjął odmowę bez westchnień, pytań i prób przekonywania. Puścił jej rękę, wstał i usiadł obok. Kobieta poprawiła rękawiczkę, a po chwili oboje zaczęli rozmawiać zupełnie zwyczajnie.

— To była odmowa?

— Tak.

— Bez słowa?

— Znał jej gest.

— A gdyby nie znał?

— Powiedziałaby.

— I to wszystko?

Zielona oparła ramię o framugę.

— Pani naprawdę uważa, że odmowa powinna być bardziej skomplikowana?

Helena nie odpowiedziała. Przypomniała sobie bale. Dłonie trzymane o sekundę za długo. Mężczyzn, którzy po drugim tańcu uznawali trzeci za należny. Zaproszenia, których nie wypadało odrzucić dwa razy. Żarty, pod którymi ukrywano pretensję. Męża, który przez pierwsze lata małżeństwa pytał, czego chce, a później coraz częściej zakładał, że wie. Nie był złym człowiekiem. To czyniło wspomnienie trudniejszym.

— Poza tym domem — powiedziała Zielona — ludzie obrażają się o odmowę. Próbują ją jeszcze negocjować. Tutaj odmowa kończy sprawę.

— Zawsze?

— Powinna.

Helena wychwyciła ostatnie słowo.

— Powinna?

Zielona ruszyła dalej.

— Powiedziałam pani, że nie wszystkie zasady można zostawić za drzwiami. Nie powiedziałam, że tutaj wszyscy są święci.

— To brzmi mniej zachęcająco.

— Za to bez udawania.

Minęły kolejne, zamknięte drzwi. Zielona nie zatrzymała się przy nich.

— Co tam jest?

— Zamknięty pokój.

— To widzę.

— Więc po co pani pyta?

— Żeby sprawdzić, czy odpowiesz.

Zielona roześmiała się.

— Coraz bardziej panią lubię.


Na końcu korytarza znajdował się ogród zimowy pod ciemnym szklanym dachem. W dużych donicach rosły palmy i cytrusy, a wilgotne powietrze pachniało ziemią. Muzyka z głównego salonu docierała tutaj tylko jako odległe drżenie. Przy fontannie stała para: kobieta opierała dłonie na kamiennej krawędzi, a mężczyzna szeptał jej coś do ucha. Helena odwróciła wzrok.

— Nie musi pani — powiedziała Zielona.

— Czego?

— Udawać, że pani nie widzi.

— Nie udaję.

— Oczywiście, że pani udaje. Wszyscy na początku udają.

— A później?

— Później jedni patrzą. Inni wolą, żeby patrzono na nich. Jeszcze inni zamykają drzwi.

Mężczyzna przy fontannie dotknął karku kobiety. Helena nie odwróciła wzroku. Ruch pozostał spokojny, daleki od lubieżnych rycin, które kiedyś przypadkiem znalazła w bibliotece wuja i oglądała z przyjaciółką, śmiejąc się bardziej ze strachu niż z rozbawienia. To było intymniejsze, bo prawie nic się nie działo. Dłoń na karku. Usta przy uchu. Palce kobiety zaciskające się na kamieniu. Maska na jej twarzy nagle stała się za ciepła.

— Można ją zdjąć? — zapytała.

— Można.

— Więc po co ją nosimy?

— Żeby można było ją zdjąć.

Helena odwróciła się.

— To ma być odpowiedź?

— Jedna z lepszych, jakie tutaj usłyszy pani tej nocy.

Zielona dotknęła własnej maski.

— Maska nie służy do tego, żeby nikt pani nie rozpoznał. To byłoby dziecinne. Po trzech spotkaniach rozpoznaje się głos, sposób chodzenia, pierścień, bliznę na dłoni. Czasem perfumy.

— Więc to teatr.

— Oczywiście.

— A ja nie lubię teatru.

— Każdego ranka uczestniczy pani w znacznie większym.

Helena chciała odpowiedzieć, lecz usłyszała kroki. Srebrny. Ten sam mężczyzna, który wcześniej zapytał ją, co lubi. Zatrzymał się kilka kroków od nich.

— Zielona.

— Nie.

— Jeszcze nawet o nic nie poprosiłem.

— Oszczędzam nam czas.

— Zawsze byłaś okrutna.

— Tylko dla ciebie.

— A Czerwona?

— Czerwona odpowiada za siebie.

Zielona zabrzmiała niemal uroczyście. Potem odeszła.

— Zostawiła mnie.

— Nie — powiedział Srebrny. — Dała pani możliwość odejścia.

— Z panem?

— Ode mnie.

To ją rozbawiło.

— Ma pan o sobie bardzo wysokie mniemanie.

— W tym domu? Znacznie niższe niż gdzie indziej.

— A gdzie indziej jest pan kimś ważnym?

— Popełniła pani błąd.

— Jaki?

— Próbuje pani mnie poznać.

— Czy to zabronione?

— Nie. Po prostu psuje zabawę.

Podszedł o krok. Nie bliżej.

— Mogę?

— Co?

Wyciągnął dłoń.

— Dotknąć pani ręki.

To było absurdalne. Mężczyźni dotykali jej dłoni bez pytania od chwili, kiedy skończyła szesnaście lat. Podawali ją sobie przy powitaniach, podczas tańca, przy wysiadaniu z powozu. Cały świat uważał kobiecą dłoń za rzecz, której można dotknąć, jeśli tylko zna się odpowiedni gest. Tutaj obcy mężczyzna pytał.

— Tak.

Ujął jej palce. Nic więcej. Rękawiczka oddzielała ich skóry. Mimo to napięcie pobiegło od dłoni wzdłuż ramienia. Srebrny odwrócił jej rękę wnętrzem do góry.

— Mogę?

Wiedziała już, o co pyta. Chciała odpowiedzieć choćby po to, żeby sprawdzić, co się stanie. Powiedzieć „nie”. Zobaczyć, czy naprawdę ją puści.

— Tak.

Jego palce znalazły brzeg rękawiczki. Powoli zsunął ją z nadgarstka. Helena obserwowała jego dłonie zamiast twarzy. Rękawiczka przesuwała się po skórze, zatrzymując na każdym palcu. Dokładnie tak jak przed chwilą u tamtej kobiety. Tylko że teraz to była jej ręka. Kiedy ją zdjął, nie pocałował dłoni. Czekał. Helena podniosła wzrok.

— I?

— Nic.

— Po co pan ją zdjął?

— Pani pozwoliła.

— Nie o to pytałam.

— Pozwoliła pani zdjąć rękawiczkę. Niczego więcej nie zakładałem.

Znowu ją zaskoczył.

— Ćwiczycie te zdania?

— Tylko przed lustrem.

Oboje się roześmiali. Napięcie zelżało. I wtedy dotknął kciukiem środka jej dłoni. Lekko. Helena przestała się śmiać.

— To również powinien pan był zapytać.

Natychmiast cofnął rękę.

— Ma pani rację.

Przyjął uwagę poważnie, bez żartu i bez usprawiedliwień. Oddał jej rękawiczkę. Helena wzięła ją, ale nie założyła.

— Zawsze pan tak łatwo ustępuje?

— Tutaj?

— Tak.

— Tutaj człowiek, który nie potrafi usłyszeć „nie”, długo nie zostaje.

— Kto go wyrzuca?

Czarny stał w drzwiach. Nie wiadomo było, od jak dawna.

— Czasami nikt — powiedział Srebrny. — Po prostu pewnego dnia przestaje dostawać zaproszenia.

Czarny nie podszedł; skinął jedynie głową, a Srebrny odpowiedział tym samym. Helena obserwowała obu.

— On decyduje?

— O czym?

— Kto zostaje.

— Czasami.

— Jest właścicielem domu?

— Nie.

— Założył Lożę?

Srebrny uśmiechnął się. Pierwszy raz usłyszała to słowo.

— Powiedziałem za dużo.

— Lożę?

— Proszę zapomnieć.

— Nie potrafię.

— W takim razie zaczyna pani pasować.

Czarny odszedł.

— Co to znaczy?

— Nic.

— Wszyscy tutaj uwielbiacie to słowo.

— Jest bezpieczne.

— A prawda?

— Zależy dla kogo.

Założyła rękawiczkę. Zrobiła to sama. Nagie przez chwilę palce pamiętały jego dotyk. Helena wsunęła je w rękawiczkę powoli, niemal ze złością na siebie, że tak niewiele wystarczyło, by zaczęła myśleć o tym, jak wyglądałoby następne pozwolenie.

— Chcę wrócić do salonu.

— Oczywiście.

Srebrny podał jej ramię. Helena go nie przyjęła, zawahała się jednak i po chwili wsunęła dłoń pod jego ramię z własnej woli.


Zielona czekała przy fortepianie.

— Zgubiła się pani? — zapytała.

— Nie.

— Szkoda.

— Dlaczego?

— Pierwsze zgubienie się tutaj bywa pouczające.

Helena odebrała kieliszek od lokaja.

— Powiedział mi nazwę.

Zielona znieruchomiała.

— Jaką?

— Loża.

W jej twarzy pojawiła się ostrożność, której maska nie zdołała ukryć.

— Kto?

Helena zerknęła w stronę ogrodu. Srebrnego już nie było.

— Czy nazwiska są zabronione, a donoszenie dozwolone?

Zielona uśmiechnęła się powoli.

— Coraz lepiej.

— Więc istnieje jakaś Loża.

— Ludzie lubią nazywać rzeczy, których nie rozumieją.

— A wy jak ją nazywacie?

— My?

— Ci, którzy tu bywają.

Zielona wzięła kieliszek z jej dłoni i odstawiła go na stolik.

— Najczęściej wcale.

— To wygodne.

— Bardzo.

Muzyka zaczęła grać ponownie. W głównym salonie kilka par wyszło na środek.

— Zatańczy pani?

— Ze mną?

— Dlaczego nie?

— Nie wiem.

Zielona wyciągnęła rękę.

— To już czwarty raz.

Helena podała jej dłoń. Tańczyły. Nie był to pierwszy raz, kiedy Helena tańczyła z kobietą. Dziewczęta ćwiczyły ze sobą kroki przed balami, starsze damy prowadziły młodsze, kiedy brakowało partnerów. Różnica brała się ze świadomości, że nikt w pomieszczeniu nie uzna tej sceny za coś wymagającego wyjaśnienia. Zielona prowadziła dobrze.

— Co pani teraz czuje? — zapytała.

— Że zadajecie zbyt wiele pytań.

— Unikasz odpowiedzi.

— Wiem.

Minęły Czarną maskę stojącą przy kominku. Mężczyzna obserwował całą salę, nie Helenę. Jak człowiek przyzwyczajony do tego, że musi widzieć więcej niż inni.

— Chce pani wracać do domu? — zapytała Zielona.

Helena pomyślała o pustej sypialni. O portrecie męża wiszącym w gabinecie. O służącej, która rano poda jej kawę i zapyta, czy głowa już nie boli. O znajomych kobietach, które podczas niedzielnego spaceru będą mówiły o pogodzie, dzieciach, sukniach i cudzych małżeństwach. Potem pomyślała o mężczyźnie, który zapytał, zanim zdjął jej rękawiczkę. O kobiecie, która jednym gestem zatrzymała mężczyznę klęczącego u jej stóp. O zamkniętych drzwiach. O słowie, którego podobno nie powinna była usłyszeć. Loża.

— Helena?

Zielona zatrzymała się. Pierwszy raz tego wieczoru ktoś wypowiedział jej imię. Własne imię zabrzmiało jak dotyk.

— Znasz moje imię.

— Od początku.

— A ja twojego nie.

— To również od początku.

Helena powinna była się obrazić. Zamiast tego powiedziała:

— Jeszcze nie.

— Co?

Spojrzała w stronę korytarza.

— Jeszcze nie chcę wracać.


Rozdział 4. Pierwszy wybór

Zielona nie odpowiedziała od razu.

— W takim razie nie wracajmy jeszcze — powiedziała.

Muzyka zmieniła rytm. W salonie zrobiło się ciszej; późna godzina odebrała ludziom potrzebę udawania, że przyjechali wyłącznie rozmawiać. Helena zauważyła to dopiero teraz. Jedna z kobiet siedziała na poręczy fotela, bardzo blisko mężczyzny w granatowej masce, którego dłoń spoczywała na jej talii. Przy oknie inna para całowała się bez pośpiechu, a nikt nie odwracał głowy ani nie patrzył demonstracyjnie. Swoboda okazała się mniej widowiskowa, niż przypuszczała, i przez to bardziej niebezpieczna.

— Chcesz wiedzieć, co dzieje się za drzwiami? — zapytała Zielona.

— Tak.

Pierwszy raz odpowiedziała bez żartu. Zielona skinęła głową.

— W takim razie chodź.

Nie poszły do pokoju, który wcześniej widziała. Weszły na piętro. Korytarz był wyłożony grubym dywanem i oświetlony kilkoma lampami z mlecznego szkła. Część drzwi była zamknięta, część uchylona. Przy pierwszych Zielona zatrzymała się.

— Nie wchodzimy bez zaproszenia.

— A jeśli drzwi są otwarte?

— Możesz spojrzeć. To również jest częścią tego miejsca.

Zaschło jej w ustach.

— Ludzie chcą, żeby na nich patrzono?

— Niektórzy.

— A inni?

— Chcą patrzeć.

Zielona przyjrzała jej się z lekkim uśmiechem.

— Jeszcze inni przez całe życie nie wiedzieli, czego chcą, dopóki tutaj nie przyszli.

Za uchylonymi drzwiami paliło się kilka świec. Helena zobaczyła kobietę siedzącą na brzegu szezlongu i mężczyznę stojącego przed nią. Rozmawiali tak cicho, że słowa ginęły w korytarzu. Kobieta zdjęła maskę. To zaskoczyło Helenę bardziej niż wszystko, co widziała dotąd. Mężczyzna nie zdjął swojej. Kobieta podała mu rękę. Przyciągnęła go bliżej. Pocałował ją. Nie był to pocałunek balowy ani uprzejme muśnięcie ust, które można później nazwać pomyłką. Kobieta objęła go za szyję, a on położył dłonie na jej talii. Materiał sukni zaszeleścił pod jego palcami. Helena patrzyła. Powinna poczuć wstyd. Zamiast tego poczuła znajome już ciepło, wyraźniejsze niż wcześniej. Uświadomiła sobie własny oddech i to, jak mocno trzyma wachlarz. Zielona niczego nie komentowała. Po chwili kobieta w pokoju zauważyła je.

Helena chciała się cofnąć. Tamta jednak uśmiechnęła się tylko i ponownie zwróciła ku mężczyźnie.

— Wiedziała, że patrzymy — szepnęła Helena.

— Teraz już wie.

— I nie przeszkadza jej to.

— Gdyby przeszkadzało, zamknęłaby drzwi.

Helena odeszła pierwsza. Dopiero kilka kroków dalej zatrzymała się i oparła dłoń o chłodną ścianę.

— To teraz robicie?

— Między innymi.

— Patrzycie na siebie?

— Między innymi.

— Śpicie ze sobą?

Zielona uniosła brwi.

— Wreszcie pytanie bez ozdobników.

Policzki Heleny zrobiły się gorące.

— Odpowiedz.

— Tak.

— Mężowie z cudzymi żonami?

— Jeśli oboje tego chcą.

— Żony z cudzymi mężami?

— Ta sama zasada.

— Ludzie, którzy nie są małżeństwem?

— Oczywiście.

Helena zawahała się.

— Kobiety z kobietami?

Zielona nie uśmiechnęła się.

— Jeśli chcą.

— A dwóch mężczyzn?

— Helena.

— Co?

— Nadal próbujesz znaleźć granicę, po której będziesz mogła powiedzieć, że to miejsce jest gorsze od świata na zewnątrz.

Helena wyprostowała się.

— Może.

— Znalazłaś?

Nie odpowiedziała. Zielona podeszła bliżej, ale jej nie dotknęła.

— Niczego nie musisz. Możesz tu spędzić dziesięć wieczorów przy winie i kartach, tańczyć albo wyjść z kimś do ogrodu. Jeśli zechcesz, pocałujesz człowieka, którego nazwiska nigdy nie poznasz, a przed północą wrócisz do domu.

— A mogę zrobić wszystko?

— Nie.

— Więc jednak.

— Możesz zrobić wszystko, na co zgadzają się ludzie, których to dotyczy.

Zielona wyciągnęła rękę i bardzo powoli dotknęła wstążki przy masce Heleny.

— Mogę?

Helena wiedziała, że pyta o maskę. Pytanie zabrzmiało jednak inaczej niż wcześniej.

— Tak.

Palce Zielonej przesunęły się za jej ucho. Rozwiązała wstążkę. Maska została na twarzy Heleny tylko za przyczyną tego, że kobieta przytrzymała ją dwoma palcami.

— Zdjąć?

Helena spojrzała jej w oczy.

— Nie.

Palce natychmiast znieruchomiały.

— Dobrze.

Zielona ponownie zawiązała wstążkę. Prosty gest. Ślad palców Zielonej pozostał przy karku Heleny jeszcze długo po tym, jak kobieta odsunęła rękę.

— Sprawdzałaś mnie? — zapytała.

— Nie.

— Kłamiesz.

— Trochę.

Helena roześmiała się cicho.

— Chciałaś zobaczyć, czy odmówię.

— Chciałam, żebyś ty zobaczyła.

— Co?

— Że potrafisz.

Przez moment stały naprzeciw siebie. Helena pomyślała, że Zielona jest piękna. Nie wiedziała, dlaczego wcześniej tego nie zauważyła. Może dopiero teraz przestała patrzeć na nią jak na przewodniczkę.

— A jeśli powiem teraz „tak”? — zapytała.

Zielona nie poruszyła się.

— Wtedy zapytam: na co?

Serce przyspieszyło. Irytowało ją to i jednocześnie sprawiało przyjemność.

— Na zdjęcie maski.

— Tylko maski?

Helena spojrzała w bok. Zielona roześmiała się cicho.

— Nie należy odpowiadać za szybko.

Zielona ponownie rozwiązała wstążkę. Helena nie protestowała, gdy maska zsunęła się z jej twarzy i chłodniejsze powietrze dotknęło policzków. Zielona patrzyła na nią bez słowa.

— No? — zapytała Helena.

— Co?

— Teraz wiesz, jak wyglądam.

— Wiedziałam wcześniej.

— Oczywiście.

— Ale teraz pozwoliłaś mi patrzeć.

To zdanie uderzyło Helenę mocniej, niż powinno. Zielona podniosła maskę.

— Założyć?

Helena zatrzymała palce na tasiemce maski. Na końcu korytarza pojawił się Srebrny i zatrzymał się, kiedy je zobaczył. Nie podszedł. Patrzył na odkrytą twarz Heleny, która mogła natychmiast założyć maskę, lecz tego nie zrobiła.

— Nie — powiedziała.

Zielona opuściła rękę. Srebrny nadal czekał.

— Chcesz, żeby podszedł? — zapytała.

Helena przeniosła wzrok z niego na Zieloną.

— Nie wiem.

— To można sprawdzić.

— Jak?

Zielona odwróciła się do mężczyzny i bez słowa wyciągnęła dłoń. Srebrny podszedł, stanął przed Heleną i skłonił się płycej niż wcześniej, bardziej osobiście.

— Czerwona.

— Już nie bardzo — odpowiedziała, pokazując maskę w dłoni Zielonej.

— Szkoda. Pasowała pani.

— Mogę ją założyć.

— Nie prosiłem.

Zielona podała Helenie maskę.

— Zostawię was.

Helena odruchowo złapała ją za nadgarstek. Kobieta zatrzymała się.

— Nie.

Srebrny cofnął się o pół kroku. Zielona spojrzała na dłoń Heleny na swoim nadgarstku.

— Nie zostawiaj mnie jeszcze — powiedziała Helena.

— Dobrze.

Zabrzmiało to jak spokojne stwierdzenie, pozbawione ironii. Została. Helena zrozumiała coś, czego nie spodziewała się po tym domu. Nie podniecało jej wyłącznie to, co mogło się wydarzyć. Podniecało ją to, że mogła zatrzymać wydarzenie jednym słowem. Srebrny oparł się o ścianę.

— Napijemy się?

— Tutaj?

— Dlaczego nie?

— Myślałam, że przyszedłeś po coś innego.

— A ja myślałem, że nauczyła się pani nie zakładać, czego chcą inni.

Helena uśmiechnęła się.

— Zaczynam cię nie lubić.

— Zielona twierdzi, że to dobry początek.

— Zielona twierdzi wiele rzeczy.

— Zwykle ma rację.

— Jest twoją kochanką?

Zielona westchnęła.

— Znowu.

— Czasami.

Helena roześmiała się.

— Naprawdę wszyscy tutaj odpowiadacie w ten sposób?

— To najuczciwsza odpowiedź na większość pytań o ludzi.

Srebrny wyciągnął dłoń do Heleny.

— Wino?

Spojrzała na jego rękę. Wiedziała, że pytanie nie dotyczy tylko wina. Mogła zejść na dół, wrócić do powozu, zostać z Zieloną albo pójść ze Srebrnym; mogła też nie zrobić niczego. Nadmiar możliwości niemal czuła w ciele.

— Wino — powiedziała.

Podała mu dłoń. Zielona ruszyła razem z nimi, a Helena nie zaprotestowała, przynajmniej jeszcze nie.


Na dole Czarny stał sam przy kominku. Zauważył brak maski na twarzy Heleny. Nie okazał zaskoczenia. Kiedy przechodziła obok, powiedział tylko:

— Pierwszy wieczór bywa najdłuższy.

Helena zatrzymała się.

— A drugi?

— Drugi bywa bardziej niebezpieczny.

— Dlaczego?

— Bo wtedy człowiek już wie, po co wraca.

Helena chciała odpowiedzieć, lecz przy wejściu do salonu poruszyło się kilka osób. Sala nie zareagowała zamieszaniem, tylko szczególnym rodzajem uwagi, jaki pojawia się, gdy wchodzi ktoś dobrze znany. Kobieta miała bardzo jasne włosy i czarną maskę. Nie szukała nikogo wzrokiem. Zdjęła rękawiczki, podała je lokajowi i ruszyła przez salon z pewnością osoby znającej każdy próg tego domu.

— Norwegy.

Helena powtórzyła cicho:

— Norwegy?

— Tak ją tutaj nazywają.

— Dlaczego?

Zielona przyjrzała się jasnowłosej kobiecie.

— Zapytaj ją, jeśli będziesz miała odwagę.

Rozdział 5. Norwegy

Norwegy nie wyglądała jak kobieta, wokół której powinien zatrzymywać się salon. Miała ciemny, prosty strój, bez czerwonej sukni i kosztownej biżuterii. Powściągliwość łamały tylko odsłonięte ramiona i bardzo jasne włosy. Najbardziej niepokoiła twarz. A raczej to, czego nie można było z niej odczytać. Kobieta przyjęła kieliszek wina, ale tylko zwilżyła usta. Kiedy mężczyzna w srebrnej masce pochylił się, żeby coś jej powiedzieć, odpowiedziała krótko i pozwoliła mu odejść. Drugi również. Dopiero trzeci został.

— Jest piękna — powiedziała Helena.

— Nie to w niej zauważyłaś — odpowiedziała Zielona.

— Skąd wiesz?

— Bo wszyscy najpierw mówią o włosach. Potem przestają.

Norwegy odwróciła głowę. Przez krótką chwilę Helena zobaczyła jej jasny profil i spokojne usta.

— Kim jest?

— Tutaj?

— Tutaj.

— Norwegy.

— Znowu to samo.

— Uczysz się.

Helena westchnęła.

— A poza tym domem?

Zielona upiła wina.

— Maluje.

To ją zaskoczyło.

— Obrazy?

— Nie słyszałam o malarce, która maluje rachunki.

— Jest artystką?

— Sama twierdzi, że czasami.

Norwegy rozmawiała teraz z mężczyzną w granatowej masce, bez śladu flirtu, przynajmniej takiego, jaki Helena znała z balów. Trzymała głowę prosto, wachlarz pozostawał nieruchomy, a uprzejmy śmiech nie pojawiał się na zawołanie. Mężczyzna powiedział coś, na co Norwegy pokręciła głową, i odszedł.

— Odmówiła mu?

— Najwyraźniej.

— Czego?

— Nie pytałam.

— Naprawdę potrafisz być irytująca.

— To jedna z moich zalet.

Norwegy ruszyła w ich stronę. Zielona nie zrobiła kroku naprzód.

— Dawno cię nie było — powiedziała.

— Dziewięć dni.

— Liczysz?

— Kiedy nie mogę pracować, liczę wszystko.

Jej głos był niski i spokojny. Miała akcent, którego Helena nie potrafiła umiejscowić. Zielona wskazała ją ruchem kieliszka.

— Czerwona.

Norwegy zauważyła odkrytą twarz Heleny i maskę trzymaną przez nią w dłoni.

— Niezbyt czerwona.

— To moja pierwsza noc.

— Widać.

Irytacja przyszła natychmiast.

— Po czym?

— Patrzysz na wszystkich tak, jakbyś jutro miała zeznawać.

Zielona zakryła usta dłonią.

— A ty?

— Ja patrzę po to, żeby pamiętać.

— Co?

Norwegy wzruszyła ramieniem.

— To, czego nie umiem namalować.

Przesunęła wzrok na Zieloną.

— Niebieski pokój?

— Wolny.

— Dobrze.

Helena zdążyła zapytać:

— Co jest w niebieskim pokoju?

Norwegy zatrzymała się.

— Nic szczególnego.

— W tym domu to zwykle znaczy coś przeciwnego.

Na ustach jasnowłosej kobiety pojawił się cień uśmiechu.

— Kanapa. Fotel. Lustro. Dwie lampy. Zasłony.

— I po to przyjechałaś?

— Nie.

— Więc po co?

Norwegy patrzyła na nią przez kilka sekund.

— Żeby jutro móc malować.

Odeszła. Helena odprowadzała ją wzrokiem.

— To ma sens tylko dla niej? — zapytała.

— Prawdopodobnie.


Po pół godzinie Helena nadal myślała o tym zdaniu. Żeby jutro móc malować. Nie uważała tego zdania za szczególnie głębokie; właściwie wydawało jej się pretensjonalne. Norwegy nie powiedziała tego jak ktoś, kto chce zrobić wrażenie. Powiedziała to jak człowiek mówiący, że potrzebuje snu albo jedzenia. Srebrny wrócił z koniakiem.

— Nadal tu jesteś.

— To brzmi jak zarzut.

— Jak obserwacja.

Helena spojrzała ku schodom.

— Co wiesz o Norwegy?

— Więcej niż powinienem.

— Czyli nic mi nie powiesz.

— Uczę się od Zielonej.

— Jest malarką.

— To już wiesz.

— Przyjeżdża tutaj, żeby potem malować.

Srebrny przechylił głowę.

— Tak twierdzi.

— Wierzysz jej?

— Widziałem jej obrazy.

— I?

— Wierzę.

Helena chciała zapytać o coś więcej, lecz z piętra zeszła kobieta w perłowej masce. Sama. Jej włosy były lekko rozpięte, policzki zaczerwienione. Minęła ich bez słowa i skierowała się do stołu z winem. Chwilę później na schodach pojawił się mężczyzna. Nie poszedł za nią.

— Czy oni byli z Norwegy?

— Nie wiem.

— Wiesz.

— Możliwe.

— Dlaczego wszyscy tutaj tak bardzo boicie się prostych odpowiedzi?

— Ponieważ proste odpowiedzi zwykle należą do cudzych spraw.

Po kilku minutach na piętro wszedł Srebrny. Helena zauważyła to natychmiast.

— Dokąd idzie? — zapytała.

Zielona nawet nie spojrzała.

— Prawdopodobnie na piętro.

— Wiem.

— W takim razie po co pytasz?

— Do Norwegy?

— Helena.

— Dobrze. Już nic nie mówię.

— Nie wierzę.

Nie minęło pięć minut, kiedy Helena ruszyła ku schodom. Zielona złapała ją lekko za łokieć.

— Dokąd?

— Na piętro.

— Bardzo dowcipne.

— Powiedziałaś, że można patrzeć, jeśli drzwi są otwarte.

— Powiedziałam.

— Więc sprawdzę.

Zielona puściła jej ramię.

— Sama?

Helena zawahała się.

— Chodź ze mną.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo wtedy będziesz patrzeć na mnie, żeby wiedzieć, jak masz reagować.

Celność uwagi Zielonej rozzłościła Helenę.

— A jeśli zobaczę coś, czego nie chcę oglądać?

— Odejdź.

— Tylko tyle?

— Tylko tyle.

Helena weszła po schodach.


Drzwi niebieskiego pokoju były uchylone na tyle, by światło z wnętrza przecinało ciemniejszy korytarz. Helena stanęła kilka kroków dalej i najpierw zobaczyła Norwegy siedzącą na brzegu kanapy. Czarna maska nadal zakrywała jej twarz. Rozpięta przy szyi suknia odsłaniała ramiona, na które opadały jasne włosy. Przed nią stał Srebrny; nie dotykał jej, tylko rozmawiał. Helena nie słyszała słów. Norwegy podniosła rękę. Mężczyzna pochylił się. Pocałowała go pierwsza. Gest okazał się mniej delikatny, niż Helena spodziewała się po jej spokojnej twarzy. Przyciągnęła go za kołnierz, a potem wstała, zdjęła rękawiczki i sama rozpięła suknię nieco niżej. Srebrny czekał. Helena uświadomiła sobie, że wstrzymuje oddech.

Nagości prawie nie było. Najbardziej erotyczne okazało się oczekiwanie. Mężczyzna nie wiedział jeszcze, na co Norwegy mu pozwoli. Helena również nie wiedziała. Norwegy odwróciła się plecami i przesunęła włosy na jedno ramię. Srebrny dotknął jej karku. Pocałował go. Jasnowłosa kobieta zamknęła oczy. Jej twarz pozostała spokojna. Tylko palce zacisnęły się na materiale sukni. Helena zrozumiała nagle, co powiedziała Zielona. Po włosach przestawało się zauważać włosy. Sprzeczność Norwegy była widoczna w spokojnej twarzy i napiętych ramionach. Usta prawie się nie poruszały, za to oddech zaczynał się łamać, gdy Srebrny przesunął dłonie niżej. Norwegy otworzyła oczy i powiedziała jedno słowo; mężczyzna się zatrzymał. Natychmiast. Potem cofnął ręce. Po chwili sama poprowadziła jego dłoń tam, gdzie chciała. Ciepło rozeszło się pod skórą.

Nie próbowała już nazywać go ciekawością. Norwegy odwróciła głowę i ich spojrzenia się spotkały. Helena powinna odejść, ale została. Solveig patrzyła na nią przez czarną maskę i nie wyglądała ani na zawstydzoną, ani na zapraszającą.


Norwegy patrzyła pytająco. Helena nie wiedziała, czy rzeczywiście padło niewypowiedziane pytanie: chcesz patrzeć? Odpowiedziała sobie twierdząco. Norwegy odwróciła wzrok, Srebrny pocałował jej ramię, a Helena pozostała w korytarzu.


Nie zauważyła, kiedy do pokoju wszedł mężczyzna w ciemnozielonej masce. Zatrzymał się w drzwiach i zapytał o coś. Norwegy odpowiedziała, a Srebrny odsunął się od niej bez śladu urazy. Nowy mężczyzna podszedł. Atmosfera w pokoju zmieniła się. Helena zrozumiała, że sednem nie były nagość ani pocałunki, lecz wybór. Norwegy dotknęła twarzy nowego mężczyzny, potem wskazała fotel. Srebrny usiadł i został, teraz również jako widz. Sytuacja mogła stać się groteskowa, ale nie stała. Norwegy podeszła do drugiego mężczyzny; pierwszy pocałunek był krótki, kolejny mocniejszy.

Norwegy cofnęła się o krok, aż oparła się o stół. Na chwilę odsłoniła twarz ku światłu. Znów ten sam spokój, a pod nim ciało, które mówiło innym językiem. Napięcie było tak wyraźne, że Helena musiała oprzeć palce o framugę. Nagle ktoś stanął za nią. Czarny. Nie usłyszała jego kroków.

— To nie jest miejsce dla widzów, którzy nie potrafią odejść — powiedział cicho.

Helena odwróciła się gwałtownie.

— Kazałeś mi patrzeć?

— Nigdy.

— Zielona powiedziała, że mogę.

— Możesz.

— Więc o co chodzi?

Czarny spojrzał do pokoju, potem na Helenę.

— O to, czy jeszcze patrzysz z własnej woli.

— Wszyscy tutaj mówicie zagadkami.

— Nie próbuję cię zbyć. Chcę, żebyś sama to zauważyła.

— A jaka jest odpowiedź?

— Jeśli przestaniesz wiedzieć, dlaczego patrzysz, odejdź.

Norwegy nadal wiedziała, dlaczego tam jest. Było to oczywiste. Może z tego powodu była tak niepokojąca.

— Ona robi to dla obrazów? — zapytała.

Czarny milczał, zanim odpowiedział.

— Ona tak mówi.

— Ty jej nie wierzysz.

— Wierzę, że tak zaczęła.

— A teraz?

Czarny skierował wzrok na jasnowłosą kobietę.

— Teraz nie jestem pewien, czy maluje, bo tutaj przychodzi, czy przychodzi, bo potrzebuje powodu, żeby pozwolić sobie na to, czego chce.

Mimo ciepła korytarza przeszedł ją chłód.

— To źle?

— Nie mnie oceniać.

— A jednak oceniasz.

— Obserwuję.

— Jak sędzia?

Czarny spojrzał na nią tak spokojnie, że przez moment żałowała pytania.

— Mówiłem ci, żebyś nie próbowała mnie poznawać.

— Znowu mnie zbywasz.

— A jednak wciąż pytasz.

Z pokoju dobiegł cichy śmiech Norwegy, pierwszy, jaki Helena od niej usłyszała. Nie pasował do spokojnej twarzy; był swobodny, prawie młody. Norwegy siedziała na kanapie między mężczyznami, jednego trzymając za dłoń. Drugiego pocałowała w policzek i powiedziała coś, po czym obaj się roześmiali. Nie wyglądała jak ofiara ani jak kobieta, której coś odebrano; przez kilka godzin nie zamierzała nikomu oddać prawa do własnego wyboru. Zazdrość przyszła nagle, niemal boleśnie, i dotyczyła nie mężczyzn, lecz tej pewności.

— Ona jest wolna? — zapytała.

Czarny nie odpowiedział od razu.

— Tej nocy?

— Tak.

— Być może.

— A jutro?

— Zapytaj ją.


Norwegy zeszła do salonu prawie godzinę później, sama. Suknia była zapięta, a włosy uporządkowała niedbale, bez większej troski o ukrycie tego, co wydarzyło się na górze. Usiadła przy stole i nalała sobie wody. Helena podeszła.

— Mogę?

Norwegy wskazała krzesło. Helena usiadła naprzeciw i przez chwilę obie milczały.

— Patrzyłaś — powiedziała Solveig.

Policzki Heleny zrobiły się gorące.

— Drzwi były otwarte.

— Nie pytam, czy mogłaś.

— Przeszkadzało ci to?

— Nie.

— Dlaczego?

Solveig napiła się wody.

— Bo czasami potrzebuję świadomości, że ktoś patrzy.

Odpowiedziała bez śladu kokieterii.

— Do malowania?

— Może.

— Czarny mówi, że sama nie wiesz.

W bardzo jasnych oczach Norwegy pojawiła się zmiana.

— Czarny mówi za dużo.

— Więc nie ma racji?

Solveig popatrzyła na Helenę długo.

— Kiedy przyjechałam tutaj pierwszy raz, przez trzy tygodnie nie potrafiłam skończyć obrazu. Kolor, światło, linia — wszystko było poprawne, a jednak martwe.

— Co zrobiłaś?

— Przyszłam tutaj.

— I?

— Następnego dnia zamalowałam połowę płótna.

— To dobrze?

— Obraz wreszcie zaczął żyć.

Helena oparła dłonie o stół.

— Więc z tego powodu wracasz?

— Czasami.

— Żeby ktoś cię dotykał?

Solveig nie uciekła wzrokiem.

— Żeby przestać kontrolować wszystko.

To zdanie zabrzmiało inaczej niż poprzednie. Prawdziwiej.

— A dzisiaj?

Solveig spojrzała na swój kieliszek.

— Dzisiaj potrzebowałam czegoś mocniejszego.

— Dlaczego?

— Bo wczoraj przez sześć godzin patrzyłam na płótno i niczego nie czułam.

Helena pomyślała o dwóch mężczyznach i otwartych drzwiach. Wróciło też wspomnienie własnego oddechu w korytarzu.

— I teraz czujesz?

Solveig uniosła wzrok.

— Tak.

— Co?

— Zmęczenie.

Helena zaśmiała się. Norwegy również. Jej śmiech nie był już zaskoczeniem.

— A jutro? — zapytała Helena.

— Jutro zobaczę, czy było warto.

— A jeśli nie?

Solveig zamilkła.

— Wtedy prawdopodobnie wrócę.

Helena przestała się uśmiechać. W tym jednym zdaniu Helena usłyszała coś, czego wcześniej w Loży nie było: potrzebę zamiast wolności.


Solveig wstała.

— Dobranoc, Czerwona.

— Nie mam maski.

— Maska nie ma tu nic do rzeczy.

Odeszła, a Helena została jeszcze moment i dopiero potem spojrzała na schody. Wiedziała już, że wróci do tego domu. Nie zamierzała naśladować Norwegy. Przynajmniej jeszcze nie.

Rozdział 6. Druga noc

Przez następne pięć dni Helena nie otrzymała żadnej wiadomości. Szóstego rano na srebrnej tacy leżała pojedyncza czarna róża. Bez biletu. Bez nazwiska. Nie musiała pytać, co oznacza.


Powóz czekał nie przy zachodniej bramie ogrodu, lecz dwie ulice dalej. Helena zauważyła zmianę. Nie zapytała o nią. Kiedy weszła do salonu, miała już maskę na twarzy. Czerwoną. Zielona zobaczyła ją pierwsza.

— Wiedziałam, że wrócisz.

— Dlaczego?

— Bo pierwszego wieczoru patrzyłaś na drzwi częściej niż na ludzi.

— Może byłam ciekawa.

— Ciekawość wystarczy.

Helena rozejrzała się po salonie. Nie było ani Srebrnego, ani Czarnego. Norwegy stała przy oknie w jasnej sukni, która zmieniała jej wygląd bardziej, niż Helena się spodziewała. Ciemna maska kontrastowała z bladą skórą i jasnymi włosami, a prosty materiał nie odciągał uwagi od jej ciała.

— Znowu przyszła — powiedziała Helena.

— Ty też.

— Ona bywa tutaj często?

— Ostatnio częściej.

— Co znaczy „ostatnio”?

— To znaczy, że wcześniej potrafiła zniknąć na miesiąc.

— A teraz?

— Dziewięć dni. Potem sześć.

Helena przypomniała sobie słowa Solveig. Jeśli nie wystarczy, prawdopodobnie wrócę.

— Maluje?

— Podobno.

— Dobrze?

Zielona wzruszyła ramionami.

— Nie wiem, czy człowiek, który maluje dobrze, jest szczęśliwszy od tego, który maluje źle.

— Nie o to pytałam.

— Wiem.

Norwegy zauważyła je i podeszła.

— Czerwona.

— Norwegy.

— Wróciłaś.

— Ty również.

Solveig uśmiechnęła się lekko.

— Widzę, że zaczynasz rozmawiać jak oni.

— To zaraźliwe?

— Bardzo.

Helena przyjrzała jej się.

— Udał się obraz?

Na moment zniknął uśmiech.

— Tak.

— Więc po co znowu przyszłaś?

Zielona cicho jęknęła.

— Helena.

— Sama powiedziała, że mogę pytać.

Solveig nie wyglądała na obrażoną.

— Bo skończyłam go.

— I?

— Teraz zaczynam następny.

Helena chciała się roześmiać, ale coś w głosie malarki ją powstrzymało.

— Czyli potrzebujesz tego za każdym razem?

— Nie.

— A dzisiaj?

Solveig spojrzała w stronę schodów.

— Dzisiaj chcę sprawdzić coś innego.

— Co?

— Czy potrafię nie być sama.

Nie zdążyła zapytać, co to znaczy. Do salonu weszła para. Mężczyzna był wysoki, w masce koloru ciemnego wina. Kobieta obok niego miała białą suknię i maskę pokrytą drobnymi czarnymi piórami. Trzymali się za ręce. Nie wyglądali jak kochankowie spotykający się potajemnie. Raczej jak małżeństwo, które przyjechało razem i zamierzało razem wrócić. Norwegy obserwowała ich, zanim odwróciła wzrok. Kobieta w białej sukni odpowiedziała spojrzeniem. Helena zauważyła to.

— Znasz ich?

— Tak.

— Oboje?

— Tak.

— I co chcesz sprawdzić?

Solveig nie odpowiedziała. Para podeszła, a mężczyzna pocałował dłoń Zielonej. Kobieta przywitała się z nią krótkim uściskiem.

— Myślałam, że nie przyjdziesz.

— Ja również.

Obeszło się bez przedstawienia i bez całej ceremonii nazwisk. Kobieta przesunęła wzrok na Helenę.

— Nowa?

— Już nie całkiem — odpowiedziała Helena.

— To wtedy najłatwiej przesadzić.

— Dlaczego?

— Człowiek przestaje się bać, ale jeszcze nie nauczył się rozsądku.

Jej mąż roześmiał się.

— Nie słuchaj jej. Ona nigdy nie nauczyła się rozsądku.

— A ty nadal ze mną jesteś.

— Między innymi.

— Wszyscy.

— Ostrzegałam.


Później zrozumiała, że tamta rozmowa była zaproszeniem. Nie dla niej. Dla Norwegy. Stało się to bez ceremonii. Kobieta w białej sukni podeszła do Solveig przy stole z winem, dotknęła jej dłoni i zapytała:

— Chcesz?

Solveig spojrzała najpierw na nią. Potem na jej męża.

— Oboje?

— Jeśli ty chcesz.

— A ty?

Pytanie było skierowane do mężczyzny.

— Tak.

Norwegy odłożyła kieliszek.

— W takim razie tak.

Serce przyspieszyło jej, bo doskonale rozumiała, co ustalono. Wyszli razem na piętro. Przez kilka minut nikt za nimi nie ruszył. Potem jedna z kobiet siedzących przy kominku wstała, a za nią mężczyzna. Drzwi na piętrze musiały pozostać otwarte.

— Nie.

— Jeszcze nic nie powiedziałam.

— Powiedziałaś twarzą.

— Mogę iść?

— Możesz.

— Chodź ze mną.

— Nie.

— Znowu?

— Znowu.

Helena ruszyła sama.


Pokój był większy niż niebieski i nie miał drzwi, tylko ciężką kotarę odsuniętą na bok. Wewnątrz stało szerokie łoże, dwie kanapy oraz stolik z wodą i winem. Świece ustawiono wysoko, żeby dawały światło bez ostrego oświetlania twarzy. Norwegy stała pośrodku. Kobieta w białej sukni powoli rozpinała jej suknię, a mężczyzna siedział na kanapie i patrzył. Z zamkniętymi oczami Solveig pozwalała innym prowadzić sytuację. Kiedy suknia rozsunęła się na plecach, kobieta przesunęła dłonią od karku niżej, a potem pocałowała Solveig w ramię i szyję. Znajome napięcie ścisnęło jej brzuch, mocniejsze niż wcześniej. Norwegy otworzyła oczy i wyciągnęła rękę do męża tamtej kobiety.

Mężczyzna wstał, lecz nie podszedł od razu. Czekał, aż Solveig skinie głową. Dopiero wtedy znalazł się przy nich. Przez kilka chwil Helena patrzyła na trzy ciała ustawione tak blisko, że trudno było powiedzieć, do kogo należał który gest: dłoń na talii, usta przy karku, palce na odsłoniętym ramieniu. Nikt się nie spieszył. Solveig odwróciła się do kobiety i pocałowała ją; pierwszy pocałunek był krótki, drugi już nie. Mężczyzna stał za Norwegy i obejmował ją w pasie. Jego żona patrzyła mu w oczy ponad ramieniem Solveig. Helena dostrzegła między nimi porozumienie. Między mężczyznami nie było rywalizacji ani gestu przekazywania kobiety z rąk do rąk.

Kontrola nie zniknęła; Solveig świadomie przekazała ją na chwilę innym i najwyraźniej właśnie tego szukała. Kobieta zdjęła jej maskę. Helena drgnęła. Jasne oczy Solveig były zamknięte, twarz spokojna, lecz ciało zdradzało napięcie mięśni, ruch oddechu i dłonie szukające oparcia. Mężczyzna powiedział coś cicho. Norwegy pokręciła głową i oboje natychmiast się zatrzymali. Solveig odetchnęła, po czym sama ujęła ich dłonie i ustawiła tam, gdzie chciała. Helena nie wiedziała, jak długo patrzyła. W pewnym momencie poczuła obok czyjąś obecność. Srebrny. Nie spojrzała na niego.

— Nie uciekłaś — powiedział.

— Nie uciekłam poprzednio.

— Zeszłaś na dół.

— To nie to samo.

— Masz rację.

Stali blisko siebie, ale się nie dotykali. Helena czuła jednak ciepło jego ramienia.

— Patrzysz często? — zapytała.

— Czasami.

— Dlaczego?

— Z różnych powodów.

— Dzisiaj?

— Dzisiaj bardziej interesuje mnie ktoś stojący obok.

To zdanie zabrzmiało zbyt blisko. Odwróciła głowę.

— Za gładko to brzmi.

— Co?

— Te wszystkie gotowe zdania.

— Mogę milczeć.

— Spróbuj.

Milczał przez dłuższą chwilę. Helena wróciła wzrokiem do pokoju. Solveig siedziała teraz na brzegu łóżka. Kobieta klęczała przed nią, mężczyzna stał z tyłu. Jasne włosy Norwegy rozsypały się na ramionach. Sama chciała zostać dotknięta. Myśl przyszła nagle, bez usprawiedliwienia. Helena próbowała sprowadzić tę reakcję do własnego ciała, które od kilku minut odpowiadało na cudzą bliskość. Srebrny nadal milczał. Helena przesunęła dłoń i dotknęła jego palców. Nie zareagował.

— Nic?

— Kazałaś mi milczeć.

— Nie kazałam ci umrzeć.

Uśmiechnął się. Helena nie cofnęła dłoni. Srebrny odwrócił ją wnętrzem do góry. Czekał.

— Tak — powiedziała.

Dopiero wtedy splótł z nią palce. Prosty gest. Napięcie z dłoni przesunęło się wyżej. Srebrny stanął bliżej.

— Mogę cię pocałować?

Nie spodziewała się pytania, choć może na nie czekała. Norwegy miała odchyloną głowę i zamknięte oczy, więc nie widziała Heleny. Helena odwróciła się do Srebrnego.

— Tak.

Pocałował ją delikatnie, zbyt delikatnie, i po chwili się odsunął.

— To wszystko?

— Powiedziałaś, że mogę cię pocałować.

— Więc pocałuj.

Sama skróciła dystans. Pocałunek przestał być próbą. Srebrny objął ją w talii, a Helena poczuła jego dłoń przez materiał sukni. Przesunęła rękę na jego kark. Maska zaczęła przeszkadzać, więc ją zdjęła, nawet nie zauważając momentu podjęcia decyzji. Srebrny zatrzymał się.

— Helena?

— Nie pytaj o każdy drobiazg.

— Tego mnie tutaj nauczyli.

— Zapytaj, kiedy naprawdę musisz.

Jego dłoń przesunęła się po jej plecach.

— Mogę rozpiąć suknię?

Odpowiedź nie przyszła od razu. Przestraszyła się. Helena bała się nie jego, lecz własnego „tak”. Spojrzała na otwarty pokój. Najpierw na Norwegy, potem na kobietę i jej męża, wreszcie na ludzi stojących dalej w korytarzu, którzy patrzyli lub udawali, że nie patrzą.

— Nie tutaj — powiedziała.

Srebrny natychmiast opuścił rękę. Helena niemal roześmiała się z ulgi.

— Ale gdzieś indziej?

— Może.

— To wystarczy.

— Tobie?

— Na razie.


Zeszli na dół osobno, Helena pierwsza. Przy lustrze w toalecie dla dam zobaczyła własną twarz: zaróżowione policzki, ciemniejsze usta i włosy wysunięte z upięcia przy skroni. Poprawiła je, ale po chwili przestała. Nie chciała zacierać śladów tego, co się wydarzyło. Zielona czekała w salonie. Helena spojrzała ku schodom; po chwili zszedł z nich Srebrny.

— Nic nie mów — powiedziała Helena.

— Nie zamierzałam.

— Kłamiesz.

— Trochę.

Helena wzięła kieliszek wody.

— Zawsze jest tak?

— Jak?

— Człowiek przychodzi popatrzeć na innych, a potem nagle sam zaczyna…

Urwała.

— Chcieć?

Helena wypiła wodę.

— Tak.

Zielona uśmiechnęła się.

— Nie zawsze.

— A często?

— Wystarczająco często, żeby dom nadal istniał.


Norwegy zeszła znacznie później. Nie była sama: kobieta w białej sukni trzymała ją pod ramię, a jej mąż szedł obok. Cała trójka wyglądała spokojnie, niemal zwyczajnie. Przy schodach zatrzymali się. Kobieta pocałowała Solveig w usta, mąż zrobił to samo, a potem objął żonę. Norwegy patrzyła, jak odchodzą razem. Helena zauważyła na jej twarzy krótką pustkę, nie zazdrość. Zniknęła natychmiast.

— Było warto? — zapytała Helena, kiedy Solveig podeszła.

— Nie wiem.

— Jeszcze?

— Jeszcze.

— Wczoraj powiedziałaś, że następnego dnia wiesz.

— Jutro będę wiedzieć.

— A jeśli znowu nie wystarczy?

Solveig nie odpowiedziała. Helena wiedziała, że wróci.


Dwa tygodnie później, podczas późnej kolacji w domu, którego adres Helena zaczynała znać lepiej niż powinna, Czarny usiadł naprzeciw Zielonej.

— W sobotę przyjdą goście.

— Nowi?

— Dla nas.

Helena podniosła wzrok.

— Co to znaczy?

— Para.

— Małżeństwo?

— Tak.

— Byli już tutaj?

— Nie.

Zielona przestała kroić gruszkę.

— Kto ich prowadzi?

— Vorlini.

Nazwisko nic Helenie nie powiedziało. Zielonej najwyraźniej tak.

— On?

— On.

— I oni się zgodzili?

— Jeszcze nie wiedzą, na co.

Helena poczuła zainteresowanie.

— Jak się nazywają?

Czarny spojrzał na nią spokojnie.

— Zadajesz coraz gorsze pytania.

— A ty coraz rzadziej odpowiadasz.

— To dobrze.

Wstał. Przed odejściem zatrzymał się przy jej krześle.

— W sobotę nie patrz na nich jak na widowisko.

— Dlaczego?

— Bo oni jeszcze nie wiedzą, że nim zostaną.

Helena obserwowała, jak odchodzi.

— Kim są? — zapytała Zieloną.

Zielona zwlekała z odpowiedzią.

— Rivelii.

Helena powtórzyła nazwisko w myślach. Rivelii.

Rozdział 7. Rivelii

Srebrny zobaczył ich jeszcze przed wejściem do salonu. Vorlini szedł pierwszy. Za nim szli mężczyzna i kobieta w jednakowych czarnych maskach. Nowi zwykle rozglądali się po sali; oni spojrzeli najpierw na siebie. Już po tym geście Srebrny odłożył kieliszek.

— Ci? — zapytała Zielona.

— Ci.

— Ładna.

— Mąż też.

— Zawsze byłeś sprawiedliwy.

Vorlini zatrzymał się przy gospodarzu i zamienił z nim kilka słów. Przyprowadził Rivellich, ale nie zamierzał prowadzić ich dalej za rękę; po chwili odsunął się ku znajomym, zostawiając ich z domem, który mieli poznać sami. Nikt nie przedstawiał gości nazwiskiem. Tutaj byli parą także dla ludzi, którzy nie znali ich nazwiska, przynajmniej przez pierwsze kilka minut. Kobieta poruszała się swobodnie, ale uważnie. Nie wyglądała na przestraszoną, raczej na człowieka, który wszedł do cudzego domu i od razu chce wiedzieć, gdzie są drzwi, kto trzyma klucze i czy gospodarz kłamie. Mężczyzna był spokojniejszy i patrzył na nią uważnie, bez właścicielskiej pewności, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. Srebrny znał ten rodzaj spojrzenia.

— Są małżeństwem od dawna? — zapytał.

— Wystarczająco — odpowiedziała Zielona.

— Skąd wiesz?

— Vorlini.

— Oczywiście.

Kobieta przyjęła kieliszek i powiedziała coś do męża. Mężczyzna roześmiał się, potem oboje wypili. Srebrny patrzył jeszcze chwilę.

— Ona pierwsza wybierze.

— Skąd wiesz?

— Bo już wybiera.


Pół godziny później miała przed sobą trzech mężczyzn i żadnemu nie pozwoliła myśleć, że został wybrany. Srebrny uznał to za zabawne. Podszedł dopiero wtedy, gdy zobaczył, że jej mąż stoi obok kominka i rozmawia z Czarnym.

— Mogę?

Kobieta odwróciła się.

— Co?

— Poprosić panią do tańca.

— To tutaj pytacie nawet o taniec?

— Nowych.

— A później?

— Później ludzie wiedzą więcej.

Przyjrzała mu się przez maskę.

— Dobrze.

Podała mu dłoń. Tańczyła dobrze, choć nie idealnie, i to mu się spodobało. Idealnie tańczyły kobiety, które przez połowę życia ćwiczyły, jak nie nadepnąć mężczyźnie na but i nie powiedzieć niczego, co zostanie zapamiętane. Ta kobieta czasami przyspieszała, zmuszając partnera, by dopasował się do jej rytmu.

— Pierwszy raz? — zapytał.

— Widać?

— Już mniej.

— To źle?

— Jeszcze nie wiem.

Uśmiechnęła się.

— Tutaj wszyscy odpowiadacie w ten sposób?

Srebrny roześmiał się.

— Znasz Zieloną.

— Od godziny.

— Wystarczy.

Obrócił ją. Kiedy znów znalazła się blisko, zobaczył, że jej wzrok przesunął się ponad jego ramieniem ku mężowi, który patrzył i nie odwracał głowy. Kobieta również nie. Między nimi wydarzyło się coś bez słów. Srebrny poczuł nagle, że w tym tańcu są trzy osoby.

— Chcesz wrócić do niego? — zapytał.

— Nie.

— Dobrze.

— Nie jesteś urażony?

— Dlaczego miałbym być?

— Bo patrzę na męża.

— Może po to nadal ze mną tańczysz.

Zatrzymała się na moment.

— Jesteś bardziej interesujący, niż wyglądałeś.

— To bardzo skromny komplement.

— Nie przesadzaj.

Muzyka skończyła się. Srebrny puścił jej dłoń. Ona nie cofnęła swojej od razu.

— Mogę cię pocałować? — zapytała.

Pierwszy raz tej nocy to on został zaskoczony.

— Tak.

Pocałowała go krótko i bez wahania, a drugi raz wolniej. Srebrny położył dłoń na jej talii. Nie protestowała; poczuł pod palcami napięcie ciała i moment, w którym jej oddech stał się głębszy. Kiedy się odsunęła, spojrzała nie na niego, lecz na męża. Mężczyzna nadal stał przy kominku i uśmiechnął się bardzo lekko. Srebrny zrozumiał.

— Chcesz, żeby podszedł?

— A ty?

— To zależy od was, nie ode mnie.

— Mądra odpowiedź.

— Jedna z niewielu.

Uniósł dłoń, zostawiając mężczyźnie możliwość podejścia. Mąż ruszył sam i stanął obok żony, ale nie dotknął jej od razu.

— Dobrze? — zapytał.

Kobieta skinęła głową.

— Bardzo.

— Widzę.

— Patrzyłeś.

— Taki był pomysł.

Srebrny poczuł, że powinien się odsunąć. Kobieta złapała go za rękaw.

— Nie.

Zatrzymał się. Jej mąż spojrzał na dłoń żony na cudzym ramieniu. Potem na Srebrnego.

— Jeśli ona chce, zostań.

Zabrzmiało to spokojnie, bez wyzwania, przez co jeszcze bardziej niepokojąco.


— A ty? — zapytał Srebrny.

— Gdybym nie chciał, powiedziałbym.

Na twarzy kobiety pojawiło się coś na granicy rozbawienia i czułości.

— Za to go lubię.

— Tylko za to?

— Dzisiaj wystarczy.

Mężczyzna pochylił się i pocałował ją. Srebrny stał tak blisko, że czuł ruch jej ramienia. Pocałunek trwał dłużej niż poprzedni, prywatny, a jednak odbywał się przy nim. Kobieta nie wypuściła rękawa Srebrnego. Kiedy mąż odsunął usta, odwróciła twarz ku Srebrnemu. Nie musiała niczego mówić; to on ją pocałował. Mąż patrzył. Srebrny znał zazdrość i widział ją w salonach, sypialniach, pojedynkach oraz listach pisanych zbyt ostrym piórem. Tutaj zamiast niej zobaczył skupienie. Mężczyzna obserwował żonę, dla niego ważniejsza od obecności obcego była odpowiedź jej ciała. To Srebrnego poruszyło bardziej, niż powinno. Kobieta odsunęła się pierwsza.

— Chcę usiąść.

Poszli do bocznego salonu. We troje.


W pokoju paliły się dwie lampy. Kobieta usiadła na sofie, mąż obok niej, Srebrny naprzeciw. Przez pierwsze minuty wszyscy troje zachowywali się z przesadną zwyczajnością, jak podczas rozmowy o pogodzie. Kobieta roześmiała się pierwsza.

— To absurdalne.

— Co? — zapytał mąż.

— Siedzimy.

— Chciałaś usiąść.

— Teraz już nie chcę.

Wstała. Podeszła do Srebrnego.

— Zdejmij mi rękawiczkę.

— Mogę?

— Przecież ci kazałam.

— To nadal może nie znaczyć tego samego.

Przez sekundę patrzyła na niego bez ruchu. Potem uśmiechnęła się.

— Dobrze. Możesz.

Zdjął ją powoli, tylko jedną; drugą zostawił.

— Dlaczego tylko jedną?

— Nie powiedziałaś, że obie.

Mąż parsknął śmiechem.

— Zaczynam go lubić.

— Nie zachęcaj.

Srebrny pocałował odkryty nadgarstek kobiety. Nie cofnęła ręki, więc pocałował wyżej, przy przedramieniu. Kiedy dotarł do zgięcia łokcia, poczuł, jak drgnęła. Mąż nadal siedział i patrzył, a kobieta zamknęła oczy.

— Jeszcze.

Srebrny przesunął ustami wyżej, do ramienia. Materiał sukni zatrzymał go, więc podniósł wzrok.

— Mogę?

Otworzyła oczy i odpowiedziała dopiero po spojrzeniu na męża, nie po zgodę, raczej po potwierdzenie, że nadal są w tym razem. Mężczyzna wyciągnął rękę, a kobieta ujęła jego palce.

— Tak — powiedziała.

Srebrny powoli odsunął materiał z ramienia i pocałował ciepłą, jasną skórę. Kobieta zacisnęła palce na dłoni męża. Srebrny czuł, że uczestniczy w czymś, co do niego nie należy, dlatego zachowywał większą ostrożność niż zwykle. Mężczyzna wstał, stanął za żoną i rozpiął dwie haftki sukni przy karku. Srebrny patrzył na jego pewne, znajome dłonie. Kobieta odchyliła głowę, a mąż pocałował ją pod uchem. Srebrny dotknął tylko jej dłoni. Otworzyła oczy.

— Nie przestawaj — powiedziała.

Nie było jasne, do którego z nich. Żaden nie zapytał. Przez kilka minut nic w tej scenie nie należało do jednego człowieka. Mąż znał miejsca, przy których kobieta natychmiast reagowała; Srebrny ich nie znał i musiał uczyć się jej reakcji. Ta różnica stawała się erotyczna. Kiedy przesunął palcami po jej odkrytym ramieniu, kobieta sama prowadziła jego dłoń. Gdy próbował pójść dalej, zatrzymała go bez napięcia i tłumaczenia. Srebrny cofnął rękę, a mąż pocałował ją w skroń.

— Dobrze? — zapytał.

— Tak.

— Zostań jeszcze chwilę.

Został.


Helena zobaczyła ich dopiero, kiedy wracali do głównej sali. Nie wiedziała, co wydarzyło się za drzwiami. Zobaczyła tylko kobietę poprawiającą włosy, mężczyznę zapinającego mankiet oraz Srebrnego, który wyglądał bardziej zamyślony niż zadowolony. Zielona stała obok niej.

— To oni?

— Tak.

— Rivelii?

— Tak.

Helena patrzyła na kobietę.

— Ładna.

— Mówiłam.

— Nie wygląda na zawstydzoną.

— A powinna?

Helena nie odpowiedziała. Małżeństwo usiadło razem na sofie i rozmawiało jeszcze moment. Mąż powiedział coś, po czym kobieta uderzyła go lekko w ramię. Roześmiał się. Byli blisko. Nie wyglądali na ludzi, którzy przekroczyli granicę, raczej na takich, którzy przesunęli ją wspólnie. Może zazdrość. Nie o Srebrnego. O możliwość zrobienia czegoś takiego i nadal patrzenia na siebie w ten sam sposób.


Później światło w głównej sali zmieniono. Czerwone lampy zapalono przy podwyższeniu. Rozmowy ucichły nie z tego powodu, że ktoś o to poprosił. Ludzie wiedzieli. Helena również już wiedziała.

— Norwegy — powiedział ktoś.

Solveig weszła na podwyższenie w czarnej masce, z jasnymi włosami i spokojną twarzą. Wokół niej zaczęli zbierać się ludzie. Małgorzata patrzyła na Norwegy, nie na mężczyzn, zbyt długo, by była to zwykła ciekawość. Srebrny zauważył to również. Stał kilka kroków dalej i obserwował nową kobietę, którą przed godziną całował. Teraz nie interesowało go, co pamiętała z ich spotkania. Interesowało go to, co widziała w Solveig. Norwegy prawie się nie poruszała. Mężczyzna z pierścieniem zatrzymał dłoń na jej nadgarstku. Jej twarz pozostała spokojna, palce zacisnęły się na materiale sukni, a na szyi pojawił się kolor. Małgorzata zrobiła ledwie widoczny krok do przodu.

— Znasz ją? — zapytał cicho.

Małgorzata pokręciła głową.

— Nie.

— Chcesz?

Nie odpowiedziała. Helena stała za nimi na tyle daleko, że nie słyszała słów. Widziała jednak, jak Małgorzata ścisnęła dłoń męża. A Fiodor odpowiedział tym samym. Norwegy odwróciła głowę. Przez moment spojrzała prosto na Małgorzatę. Dwie kobiety patrzyły na siebie ponad ludźmi stojącymi między nimi. Solveig nie znała jej imienia. Małgorzata nie znała imienia Solveig. Jedna wiedziała tylko, że obca kobieta patrzy inaczej niż pozostali. Druga wiedziała tylko, że chce zapamiętać jasne włosy, czarną maskę i spokój twarzy, któremu przeczyło ciało. Zielona skinęła głową i nie naciskała. Na razie.


Noc później rwała się na oddzielne obrazy, ale Helena pamiętała ją wyraźnie. Helena widziała, jak Rivelii przyjmują od gospodarza małe kieliszki ciemnej nalewki. Pierwszy wypili z ciekawości, drugi już bez pytania. Po drugim Małgorzata śmiała się częściej, a Fiodor mówił ciszej. Oboje nadal wiedzieli, gdzie jest drugie, lecz coraz rzadziej spoglądali na zegar. Przed północą Czarny zapytał ich jeszcze raz, czy chcą zobaczyć obrzęd. Małgorzata odpowiedziała pierwsza.

— Tak.

Fiodor spojrzał na nią, potem na Czarnego.

— Razem.

— Inaczej nie byłoby sensu — odpowiedział Czarny.

Drzwi dużej sali zamknięto i zgaszono lampy, zostawiając tylko świece. Helena nigdy wcześniej nie widziała tego pokoju w taki sposób. Ciężkie kotary pochłaniały światło, lustra oddawały jedynie urwane sylwetki, a maski zdawały się unosić w ciemności bez twarzy. Małgorzata stanęła pośrodku, Fiodor kilka kroków dalej. Nie rozdzielono ich; przeciwnie, kazano im patrzeć na siebie. Najpierw weszły kobiety ze świecami i jedna po drugiej podchodziły do Małgorzaty.

— Imię.

— Wstyd.

— Wybór.

— Pragnienie.

Ostatnia kobieta niczego nie powiedziała. To była Norwegy. Małgorzata podniosła ku niej twarz i zobaczyła jasne włosy, czarną maskę oraz bladą w świetle świecy skórę. Solveig przechyliła świecę, lecz nie pozwoliła spaść ani jednej kropli; zdmuchnęła płomień. Zapadła ciemność, a dopiero potem odezwała się muzyka. Skrzypce powtarzały kilka niskich dźwięków, gdy ludzie w maskach ruszyli wokół Małgorzaty powolnym kręgiem. Helena widziała urwane obrazy: dłoń podającą Małgorzacie kieliszek, Fiodora naprzeciw, materiał sukni zsuwający się z ramienia, czyjeś palce poprawiające włosy. Małgorzata raz się roześmiała, raz zamknęła oczy. Kilka razy szukała wzrokiem męża i za każdym razem go znajdowała.

Ale z każdą kolejną godziną jej ruchy stawały się mniej pewne. Wtedy Helena zrozumiała drugą stronę zasady powtarzanej w tym domu tak często: każdy może powiedzieć „nie”, ale musi jeszcze być w stanie je powiedzieć.

— Ile było w tej nalewce?

Zielona złożyła wachlarz i przyjrzała się Helenie.

— Za dużo dla nowych.

— Więc dlaczego im ją podano?

— Zapytaj gospodarza.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 42.59