E-book
15.75
drukowana A5
40.06
LOTAR OIL

Bezpłatny fragment - LOTAR OIL

DYSTRYBUTOR CZYSTEGO ABSURDU


Objętość:
144 str.
ISBN:
978-83-8467-838-1
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 40.06

01. ZWYKŁY DZIEŃ

Dzień na stacji benzynowej LOTAR OIL nie zaczynał się od wschodu słońca, bo słońce nad trasą krajową numer 94 miało zwyczaj wschodzić dopiero wtedy, gdy kierowcy tirów wypili po trzy kawy zrobione z fusów i spalili paczkę mocnych papierosów.

Poranek uruchamiało głośne trzaśnięcie drzwiami magazynu, które kierownik Bożydar Krissowski wykonywał z precyzją szwajcarskiego zegarka dokładnie o godzinie 5:58.

Bożydar z wyglądu przypominał rozciągnięty w Photoshopie słup wysokiego napięcia. Wielki, chudy jak szczapa o sylwetce klasycznego wieszaka na ubrania, na którym wszystko wisi o rozmiar za luźno.

Krissowski miał 50 lat. Jego nazwisko pisane przez dwa S, brzmiało niczym rodowy herb hrabiowski, co, jak sam uważał, upoważniało go do noszenia poliestrowych kamizelek na koszule z krótkim rękawem oraz do zarządzania stacją za pomocą bezwzględnej filozofii synergii uśmiechu i słupków parówkowych.

Dzisiaj, zanim zdążył otworzyć swój ukochany program Excel, telefon zabrzęczał po raz pierwszy, sygnalizując tym samym pierwszą wiadomość od właściciela stacji, którego nikt z pracowników nigdy jeszcze nie widział. Nawet Bożydar, mimo że został przez niego namaszczony na głównego wodza na LOTAR OIL. Szef Widmo, bo tak o nim mówiono, był jak mityczny Bóg, który istniał wyłącznie jako awatar, przedstawiający uśmiechniętego papieża w okularach przeciwsłonecznych, na grupie WhatsApp, o nazwie LOTAR TEAM. SPRAWY I WYNIKI!.

Już o 4:15 rano wysłał mema z napisem: Kto nie sprzedaje hot dogów z podwójnym bekonem, ten nie jedzie do nieba, a poniżej stało twarde polecenie: Do godziny 12:00 podnieść sprzedaż płynu do spryskiwaczy o 40%, bo w regionie zapowiadano przelotne mrówki.

— Krissowski! — mówił do siebie Bożydar, gdyż lubił czasem porozmawiać z kimś, kto go naprawdę rozumie — Dziś wykręcimy normę. Dzisiaj udowodnimy centrali, że prowadzimy najbardziej rentowny punkt na mapie województwa.

Poprawił krawat w skośne paski przed pękniętym lusterkiem w kantorku i udał się po kolejną kawę.

Tymczasem na sali sprzedaży trwało życie w zwolnionym tempie. Jessicka (pisana przez „ck”, bo zwykła Jessika to obciach), dziewiętnastoletnia studentka kosmetologii, influencerka z powołania i kasjerka z przymusu, właśnie kończyła malować lewy paznokieć na odcień ”neonowego pomidora po przejściach”. Podparła brodę dłonią, wpatrując się w ekran swojego smartfona z miną kogoś, kto właśnie dowiedział się, że zasięg LTE w okolicy ma się skończyć na wieki wieków.

— Jezus Maria, Jessicka, schowaj ten telefon, bo klient idzie. I podgrzej parówki do hot dogów, bo pewnie są zimne jak ciała w kostnicy! — warknęła Matylda, poprawiając na głowie gigantyczny kok, który trzymał się kupy chyba jedynie dzięki tonie lakieru o zapachu gumy balonowej.

Matylda, niewysoka kobieta około czterdziestki o stalowym spojrzeniu weteranki kasy fiskalnej, od samego rana miała w sobie ładunek energii wybuchowej. Jak zwykle zresztą. Jej głównym hobby było opowiadanie, jakiego to ma męża pierdołę

— Mówię ci, dziecko — ciągnęła Matylda, zerkając na drzwi wejściowe z wyrazem rozczarowania ludzkością. — Jak mnie ten mój Rysio znowu zdenerwował. Rano wstaję, a ten już krąży nad czajnikiem i pyta, czy woda ma być na kawę sypaną, czy rozpuszczalną. Mówię mu, Rysio, ty zawodowy nierobie, zamiast od rana siorbać kawę, weź się za robotę! A on mi na to, że w nocy odsłużył osiem godzin jako portier w hotelu, więc mu się należy pięć minut oddechu. Wyobrażasz to sobie? Przecież on tylko leży i pachnie… choć dosyć specyficznie.

Jessicka nawet nie oderwała wzroku od ekranu. — Mhm… a kupił ten chleb razowy, o który prosiłaś?

— Kupił, kupił — fuknęła Matylda. — Ale pewnie nie taki, jaki miał być, bo on wszystko musi zrobić po swojemu. Czyli źle.

Nagle drzwi stacji rozjechały się z cichym sykiem fotokomórki. W środku pojawił się Pan Zenek, lokalny emeryt, filozof i stały bywalec. Wszedł na stację z gracją człowieka, który nie ma absolutnie nic lepszego do roboty w promieniu trzydziestu kilometrów. W domu żona odkurzała dywan po raz czwarty tego ranka, co Zenek uważał za naruszanie jego osobistej przestrzeni życiowej i zamach na jego wolność obywatelską. Przybył więc na LOTAR OIL punktualnie o 6:15 na jedną małą czarną luro-kawę i przegadanie polityki zagranicznej. Zajął swoje stałe, uświęcone tradycją miejsce na plastikowym krzesełku turystycznym tuż obok regału z olejami silnikowymi 15W40.

— Dzień dobry pani Matyldzie, dzień dobry Jessicko — rzucił Zenek głosem starego spikera radiowego.

— Słyszałem w radiu, że na drodze krajowej krowa uciekła z przyczepy. Idzie kryzys, moje kochane panie. Krowy czują koniunkturę szybciej niż prezesi banków w Warszawie.

— Zenek, nie gadaj głupot, tylko zepchnij te puszki z piwem, bo mi klienci zasłaniają widok na promocję batonów — rzuciła Matylda, przecierając ladę szmatą, która widziała lepsze czasy za czasów Gierka.

W tym samym momencie ponownie otworzyły się drzwi. Do środka wszedł człowiek, który wniósł ze sobą zapach starego smaru, spalonego węgla i bezwzględnej dyscypliny przemysłowej. To był Onufry Niedzisiejszy. Miał około 60 lat, twarz pociętą bruzdami doświadczenia i pył węglowy głęboko wżarty w linie papilarne. To była pamiątka po trzydziestu latach pracy na szybie kopalnianym, który zamknięto dokładnie w dniu, w którym Onufry uzyskał prawo do przejścia na wcześniejszą emeryturę, co zresztą uczynił.

Siedzenie w domu doprowadzało go jednak do szału. Żona kazała mu przesadzać pelargonie i malować płot, co sprawiło, że Egzystencja emeryta stanowczo go przerosła. Dla faceta, który całe życie oddychał pyłem, olejem maszynowym i zapachem smaru, perspektywa wysiadywania na ławce czy grzebania w ogródku była równoznaczna z wyrokiem dożywocia. Dlatego właśnie Onufry wolał zatrudnić się na pół etatu na stacji benzynowej u Bożydara. Ta praca była jak sanatorium. Mniej hałasu niż przy kombajnie ścianowym, a zamiast tąpnięć stropu, LPG.

Ubrany w wyblakłą koszulę roboczą i starą, znoszoną flanelę, Onufry położył na ladzie metalowy termos, skinął głową na załogę i rzucił krótkim, basowym tonem

— Szczęść Boże. Wywaliło się coś w dystrybutorze numer cztery, bo znowu rzyga ropą na posadzkę. Zrobiłem to na drut i taśmę izolacyjną, potrzyma do pierwszych mrozów.

Kierownik Bożydar wyskoczył z zaplecza jak poparzony, machając notesem w kratkę.

— Panie Onufry! Panie Onufry! Pamiętajmy o procedurach! Drut to nie jest certyfikowany element uszczelniający w unijnej normie ISO-9001! My tu dbamy o wizerunek korporacyjny! Szef napisał w nocy na grupie, że…

— Spokojnie kierowniku! — przerwał mu spokojnie Onufry, odkręcając korek termosu, z którego buchnęła woń mocnej herbaty z odrobiną domowego bimbru od szwagra. — Kiedy pod ziemią rura pękała na trzystu metrach, to żaden Szef Widmo z tego waszego ”Łocdupa” nie zstępował z nieba z unijną uszczelką. Brało się szmatę, drut i szło się dalej. Paliwo leje? Leje. Samochody tankują? Tankują. Norma się wyrabia, robota idzie, kasa leci.

Pan Zenek pokiwał z uznaniem głową ze swojego krzesełka obok olejów, mrużąc oczy w kierunku nowego kolegi po fachu.

— Mądry chłop — mruknął pod nosem. — Widać, że człowiek ze starej szkoły. Dzisiejsza młodzież to tylko te smartfony i aplikacje. Kiedyś to były czasy. Człowiek poszedł na stację, węgiel kupił z łopaty, a teraz… panie, sam blask neonów i sztuczny tłuszcz.

Jessicka oderwała wzrok od telefonu na dokładnie dwie sekundy.

— Panie Zenek, pan by lepiej poszedł sprawdzić, czy gołębie znowu nie zapaskudziły placu. Klient przed chwilą wrzeszczał, że ma auto obsrane.

— Gołębie, moje dziecko, to wolne ptaki kapitalizmu — odparł Zenek, nawet nie drgnąwszy na krześle. — Nie narzucaj ptakom jarzma korporacji i stacji benzynowych.

Matylda westchnęła ciężko, opierając ręce na szerokich biodrach i zerkając na Onufrego z pewnym szacunkiem.

— Dobrze, że chociaż pan jesteś w miarę normalny, panie Onufry — rzuciła Matylda.

— Na przykład z tym moim Rysiem to oszaleć można. O! Albo on — kiwnęła głową na Zenka. — Żeby ty tyle filozofował w domu, co tu na stacji, to by ci żona pomnik postawiła ze złota.

Onufry opadł powoli na hoker przy kasie, napił się gorącej herbaty z termosu, spojrzał na Matyldę pustym, doświadczonym wzrokiem i rzucił cicho, z kamienną twarzą

— Pani Matyldo… Małżeństwo czy więzienie? Nie ma żadnej różnicy. W więzieniu przynajmniej dają przepustki za dobre sprawowanie i nikt nie pyta, dlaczego zostawiłeś otwartą szafkę w przedpokoju… i o seks łatwiej!

Cała załoga, łącznie z Bożydarem, próbującym akurat przeliczyć ilość sprzedanych parówek na litry zużytego płynu do spryskiwaczy, wybuchła gromkim śmiechem.

Rozpoczął się kolejny zwykły, czyli absolutnie zwariowany dzień na stacji LOTAR OIL. A gdzieś w oddali, na horyzoncie krajowej dziewięćdziesiątki czwórki, w leasingowanej Skodzie Octavii, zbliżał się już pan Tobiasz Wrona z teczką pełną nowych norm do zepsucia.

02. KIERUNEK JUTRO

Poranny spokój na stacji LOTAR OIL pękł jak dętka w przeładowanym Żuku, gdy z piskiem opon pod wiatą zatrzymała się granatowa Skoda Octavia leasingowana przez centralę. Z auta wysiadł Tobiasz Wrona. Człowiek przed czterdziestką. Gdy się na niego patrzyło, miało się wrażenie, jakby na jego wysokim czole migał, z daleka już widoczny neon z napisem ”DYREKTOR”. W jednej ręce dumnie dzierżył tablet z podświetlonym logo korporacji, a w drugiej wielki rulon plakatów z napisem: ”PRZYSZŁOŚĆ TANKOWANIA JUŻ TU JEST”.

Kierownik Krissowski natychmiast wyprostował się tak kapral w wojsku na widok sierżanta, a jego krawat w skośne paski zafalował na wietrze niby flaga na maszcie urzędu skarbowego.

— Uwaga załoga! — zasyczał Bożydar, biegając panicznie od kasy do zaplecza. — Wizytacja regionalna! Dyrektor Wrona z nowym programem strategicznym! Wszyscy pełny uśmiech służbowy numer 3, pełna synergia procesowa i zero skarg w systemie! Szef Widmo napisał przed chwilą na WhatsAppie, że kto nie wdroży norm w trzy sekundy, ten zapłaci za parówki z własnej kieszeni!

Wszyscy, pod przymusem natychmiastowego zwolnienia dyscyplinarnego, zostali zepchnięci na zaplecze wokół improwizowanego stolika zrobionego ze starej opony od Jelcza, przykrytej ceratą kropki kupionej jeszcze w PRLu.

Jessicka leniwie scrollowała telefon żując gumę o smaku chemicznej truskawki. Malowała paznokcie już chyba po raz trzeci od rana.

Matylda poprawiała kok, mrucząc pod nosem, że jej mąż Rysio akurat w tym momencie pewnie śpi po nocnej zmianie w hotelu, zamiast obierać ziemniaki na obiad.

Pan Onufry spokojnie dociągał ostatni łyk herbaty z termosu, spoglądając na Wronę z miną sapera badającego niewybuch z czasów potopu szwedzkiego.

Zenek, który formalnie pracownikiem stacji nie był, ale z racji spędzania tu czternastu godzin dziennie urósł do rangi lokalnego zabytku, siedział na swoim plastikowym krzesełku turystycznym, ostrząc wykałaczką ząb i mrużąc oczy pod kątem idealnie dwudziestu stopni.

Dyrektor Wrona wszedł do kantorka z miną Napoleona, który dopiero co zdobył Moskwę. Rozwinął tablet na oponie, podłączył do małego projektora i uśmiechnął się sztucznie, obnażając zęby wybielone pastą z fluorescencyjnym połyskiem.

— Drodzy… partnerzy sektora paliwowego — zaczął Tobiasz Wrona — niczym Edward Gierek, machając cyfrowym wskaźnikiem. — Z dumą prezentuję wam rewolucyjny, multisystemowy program restrukturyzacji o nazwie ”KIERUNEK JUTRO” czyli ”Pionowa Synergia Parówkowa i Optymalizacja Klienta Przez Uśmiech (KSWPU)”. Nasze badania rynkowe w Warszawie wykazały, że klient XXI wieku szuka na stacji paliw nie tylko benzyny, ale głębokiego, duchowego przeżycia konsumenckiego. — Przesunął slajd na tablecie i uniósł koślawy palec w górę. — Od dzisiaj wdrażamy trzy kluczowe filary innowacji.

Filar Pierwszy. Klient wchodzący w strefę kasy musi być witany rymowanym wierszem ułożonym przez nasz centralny dział marketingu. Przykładowo: „Drogi kierowco z dalekiej trasy, pozostaw u nas dużo swej kasy!”.

Filar Drugi. Hot dogi nie mogą już leżeć poziomo, bo to spłaszcza ludzką wyobraźnię. Od dziś leżą pod kątem dokładnie 43 stopni, co stymuluje ośrodek nagrody w mózgu kierowcy tira za pomocą geometrycznego harmonogramu.

Filar Trzeci. Kasjer ma bezwzględny obowiązek skanować poziom zadowolenia konsumenta za pomocą specjalnej aplikacji w oczach…

Zapanowała głęboka cisza. Słychać było, jak komuś w oddali odpada tłumik w wysłużonym Passacie. Jessicka przestała klikać w TikToka. Matylda zmarszczyła tak mocno brwi, aż jej kok na włosach zagroził wybuchem.

Nagle Onufry rozbudził całe towarzystwo. Odstawił termos na oponę, przetarł usta rękawem flanelowej koszuli i zapytał głębokim, spokojnym, kopalnianym basem

— Panie dyrektorze, wysłanniku przyszłości kochany…
Wrona uniósł brew z nadzieją na korporacyjny, szczery zachwyt. — Powiedz mi pan… — ciągnął były górnik — Jak kierowca MAN-a o wadze czterdziestu ton, który od trzydziestu godzin jedzie bez snu i ma twarz czarną jak kocioł w parowozie, ma wejść w tę aplikację w oczach, żeby sprawdzić zadowolenie, kiedy Jessicka krzyczy na niego, że terminal odrzucił mu kartę, bo se chłop PIN, z kodem bo domofonu pomylił? Czy ta aplikacja przewiduje, że on nam po prostu rozbije ten ekran młotkiem do opon i potem nas poda jeszcze do sądu za robienie z niego kretyna?

Wrona zamrugał nerwowo, a jego sztuczny uśmiech zadrgał. — No… yyy… model badawczy zakłada pewien margines ryzyka operacyjnego…

W tym momencie do akcji wkroczył Pan Zenek. Pochylił się do przodu na swoim plastikowym krzesełku, drapiąc się po siwej brodzie.

— Panie kochany — wtrącił głosem starego mędrca z bazaru. — A z tym kątem 43 stopni to ja mam pytanko natury czysto hydraulicznej. Mój szwagier, co trzydzieści lat już robi w budowlance, zawsze powtarza, że jak rura ma zły spadek, to grawitacja robi swoje i wszystko wraca tam, skąd przyszło. Jak ten hot-dog będzie stał pod kątem 43 stopnie w lewo, to keczup z musztardą spłyną prosto w mankiet temu tirowcowi, zanim on w ogóle zdąży go ugryźć. Kto za ten zniszczony sweter płaci? No chyba że planujecie też uruchomić na stacji pralnię błyskawiczną.

Wrona zaczął się pocić. Poliestrowy garnitur zaczął niebezpiecznie trzeszczeć pod pachami. — To… to są nowoczesne standardy europejskie! Wszyscy tak robią w krajach Beneluksu!

— W tym… jak mu tam… ”Banialuksie” to może i rosną tulipany na piasku — warknęła Matylda, wtrącając się do dyskusji z ojczystym zacięciem. — Ale u nas w powiecie, jak mi mój Rysio przynosi obiad w menażce, co ją jeszcze na odchodne z wojska podwędził, to nie patrzy na żaden kąt nachylenia, tylko żeby menażka nie przeciekała! A ten wasz ”Centralny wierszyk” do powitania klientów to kto ma mówić? Jessicka? Przecież ona jak ma otworzyć usta przed godziną dziesiątą rano, to wydaje dźwięki, jak koparka na LPG!

Jessicka uniosła leniwie wzrok znad telefonu. — Dokładnie. Mój limit wierszyków na ten rok wyczerpał się w podstawówce, panie dyrektorze.

— Proszę pani, to jest kompletny brak zaangażowania w misję marki! — Krzyk Tobiasz Wrony zaczynał przybierać wysokie, piszczące tony. — Misja LOTAR OIL to przecież przed wszystkim synergia, rozwój i…

— Misja to była na Księżyc, panie dyrektorze — przerwał mu spokojnie Onufry, wyciągając z kieszeni starą zapałkę do czyszczenia paznokci. — A tu jest stacja benzynowa. Tutaj ludzie chcą zjeść hot doga z parówką mogącą zawierać śladowe ilości mięsa, zatankować pod korek i wyjechać na trasę, zanim im się akumulator zdechnie do końca. Jak pan każe trzymać bułkę pod kątem 43 stopni, wygłaszać wierszyki i robić nam inne podobne pierdoły to ta stacja pójdzie na dno szybciej niż Titanic w filmowej adaptacji Spielbegra.

Bożydar Krissowski, blady ściana w ubikacji, patrzył raz na czerwonego ze złości Wronę, a raz na niewzruszoną niczym granit załogę. Czuł w każdym nerwie swoich chudych pleców, że jego wieloletnie marzenia o awansie na regionalnego koordynatora ds. płynów eksploatacyjnych właśnie toną w szambie podziemnych zbiorników z benzyną.

Tobiasz Wrona wstał gwałtownie z krzesła, wykonując zamaszysty ruch ręką, który miał wyglądać jak ostateczne ostrzeżenie proroka zagłady. W ferworze uniesienia wykonał jednak krok w bok, prosto w kierunku wiadra z mopem, które Onufry ”przypadkiem” postawił w strategicznym punkcie wąskiego przejścia na zaplecze.

Szara ciecz po myciu podłogi w strefie kasowej, wzbogacona o resztki rozlanej coli i olej silnikowy, wylała się spektakularnie na posadzkę. Nogawki nienagannego, dyrektorskiego garnituru w odcieniu ”korporacyjnego antracytu” natychmiast pociemniały o trzy tony, a jego włoskie, błyszczące mokasyny zanurkowały w pianie przypominającej lokalny ściek przemysłowy.

— Ja… ja to zgłoszę do zarządu! To jest zbrodnia przeciwko strukturom holdingowym! Wasza postawa uniemożliwia globalną cyfryzację branży paliwowej! — wrzasnął przedstawiciel centrali, machając rękami jak wiatrak w czasie huraganu, próbując złowić równowagę na mokrych płytkach.

Onufry nawet nie drgnął. Powoli podniósł z podłogi zwinięty plakat z napisem ”Przyszłość tankowania już tu jest”, który wypadł Wronie z ręki, otrzepał go z kurzu i podał dyrektorowi z mineralną uprzejmością.

— Uważa pan, panie dyrektorze, na ten kąt nachylenia. Na mokrej posadzce to już nie jest czterdzieści trzy stopnie, tylko czysty upadek grawitacyjny i to bez wsparcia zarządu.

Wrona prychnął coś niezrozumiałego pod nosem, cisnął plakat w kąt, potknął się jeszcze raz o próg drzwi i wybiegł na plac, brnąc w kałużach. Wsiadł do służbowej Skody Octavii, wyzywając na cały świat i nerwach przez moment próbował włożyć kluczyk do wycieraczki zamiast do stacyjki.

Silnik Skody zawył na wysokich obrotach. Wrona wrzucił bieg wsteczny, wyrywając niemal dźwignie zmiany biegów. Niestety, zapomniał, że tuż za jego autem Pan Zenek postawił zapasową oponę od Jelcza, która służyła za odbojnik chroniący przed wjechaniem klientów w ścianę magazynu.

Słychać było głuche uderzenie. Tył dyrektorskiej limuzyny uniósł się lekko w górę, a zderzak wydał z siebie dźwięk pękającego plastiku, który w cichej okolicy krajowej dziewięćdziesiątki czwórki zabrzmiał jak wystrzał z armaty napoleońskiej.

Przez moment wszyscy na stacji zamarli. Pan Zenek uniósł powoli głowę ze swojego plastikowego krzesełka, spojrzał przez brudną szybę i rzucił flegmatycznie

— O, patrzcie panowie. Zdaje się, że wasz dyrektor regionalny naraził zarząd na dodatkowe koszty naprawy auta służbowego. Znaczy działa na szkodę firmy.

Wrona, purpurowy na twarzy, z mokrymi nogawkami i rozmazaną pianą z wiadra na drogich butach, wcisnął gaz do dechy. Skoda odjechała z piskiem opon tak głośnym, że zagłuszając pompatyczny szum tirów i zostawiając za sobą gęstą chmurę czarnego dymu, zapach spalonych nerwów oraz zderzak na oponie Jelcza.

Na zapleczu wreszcie zapanował ponownie święty spokój.

Kierownik Bożydar osunął się powoli po ścianie, siadając bezpośrednio na linoleum. Zdjął z szyi znienawidzony krawat w skośne paski i rzucając go w kąt.

— Po mnie… już po… — wyjęczał. — On napisze do Warszawy i skreślą mnie… skreślą z listy żywych menadżerów…

— Eee tam, kierownik, nie pękaj — machnął ręką Onufry, odkręcając swój niezawodny termos. — Człowiek, który ma mokre gacie i zostawił zderzak od służbowej gabloty na oponie Jelcza, w centrali nie ma już ani głosu, ani autorytetu. Obstawiam, że teraz siedzi w samochodzie i płacze w rękaw tej swojej poliestrowej koszuli.

Jessicka leniwie odblokowała telefon i pokazała Matyldzie ekran.

— Ej, zobaczcie! Nagrałam z ukrycia, jak wpadł na wiadro. Filmik ma już trzysta wyświetleń na TikToku. Może chociaż z tego będą jakieś lajki, bo z prowizji od parówek w tym miesiącu to nawet gum do żucia nie kupię.

Matylda parsknęła śmiechem, poprawiając swój kok. — Dobre, dziecko, dobre! A mój Rysio za to wciąż śpi po nocce i pewnie nawet nie wie, jaka tu się historia narodowa odstała.

I tak oto minęło kolejne popołudnie na stacji LOTAR OIL odpornej na normy ISO, korporacyjne aplikacje w oczach i durnowate pomysły z kątem nachylenia hot dogów.

Zmrok zaczął powoli otaczać krajową trasę, neon z napisem LOTAR IL migotał w rytm wiatru, a w powietrzu unosił się zapach kawy zbożowej i absolutnego, niczym niezmąconego spokoju. Zderzak od Skody wysłano na drugi dzień kurierem do Tobiasza Wrony. W końcu to własność zarządu.

03. KSIĄŻĘ MROKU

Od wizyty Dyrektora z jego nowoczesnym planem unowocześnienia działań minął tydzień. Centrala w swoich komunikatach ani Szef Widmo nawet nie zająknęli się o niej ani słóweczkiem. Widocznie Wrona zdał sobie sprawę ze swojej kompromitacji (ciekawe czy zderzak już dotarł). Ale nieważne.

Była dokładnie godzina 22:00. Krajowa dziewięćdziesiątka czwórka brzęczała jeszcze pojedynczymi, zmęczonymi tirami, a na stacji benzynowej LOTAR OIL, której neon świecił uporczywie jako LOTAR IL z powodu przepalonego „O”, oficjalnie rozpoczynała się nocna zmiana. Wewnątrz sklepu panował półmrok, przerywany jedynie bzyczeniem lodówki z napojami i szumem klimatyzacji.

Za kasą stała Matylda. Miała na sobie służbowy fartuch, a jej gigantyczny kok był spięty tak mocno, że powodował lekki wytrzeszcz oczu, przez co wyglądała jak zdziwiona jaszczurka. Od samego początku zmiany miała w sobie ładunek energii wybuchowej, który tradycyjnie skierowany był w stronę małżonka.

— Mówię wam — jak zwykle zaczęła Matylda, wycierając ladę szmatą, na której nawet śmietnikowy pies by się nie położył — Ten mój Rysio to jest jedyny w swoim rodzaju. Poszedł sobie na nockę do hotelu. a ja tu muszę ślęczeć nad kasą fiskalną i patrzeć, jak mi parówki stygną. On tam pewnie leży, pachnie i ogląda telewizję, podczas gdy ja tu tyram jak koń pociągowy!

W rogu sklepu tuż obok regału z olejami silnikowymi, na swoim wysłużonym, plastikowym krzesełku turystycznym siedział Zenek, który kończył właśnie swoje wieczorne cappuccino i zaraz miał zbierać się do domu. Patrzył w przestrzeń z miną starożytnego filozofa, sącząc gorzki napar.

Oparty o ladę Onufry powoli odkręcał swój metalowy termos z herbatką o smaku bimbru od szwagra. Były górnik dopiero co rozpoczął nocny dyżur i planował spokojnie wypić porcję mocnej herbatki, jego ulubionego napoju, zanim sprawdzi, o ile dziś zwiększyła się warstwa kurzu na dystrybutorach.

Wtedy właśnie, zdarzyło się to, na co żadne procedury BHP nie przewidziały paragrafu.

Przez automatyczne drzwi, które rozjechały się z cichym sykiem fotokomórki, wleciało… To!

Czarne, małe, obdarzone skrzydłami wykonanymi chyba ze skóry z fotela BMW i całkowitym brakiem szacunku dla unijnych norm sanitarnych. Latająca mysz albo dla bardziej wtajemniczonych, nietoperz. Prawdopodobnie skuszony otwartymi drzwiami i światłem jarzeniówek, wpadł prosto z chłodnego, październikowego wieczoru, szukając schronienia przed chłodem.

Stworzenie wykonało gwałtowny zwrot nad lodówką z napojami, trącając ogonem o zawieszoną pod sufitem reklamę batonów, po czym z piskiem przypominającym zgrzyt hamulców w starym Oplu, ruszyło prosto w stronę strefy kasowej.

Reakcja załogi była natychmiastowa, choć skrajnie różna.

Matylda wydała okrzyk, który mógłby obudzić umarłych w promieniu pięciu kilometrów i błyskawicznie zanurkowała pod ladę, zrzucając przy tym piramidę z gum do żucia.

— Rysiek! Ratuj! Wampir atakuje i mnie zżera! — wrzeszczała kasjerka z poziomu posadzki, jakby jej mąż, przebywający w tym czasie w hotelu oddalonym o trzy kilometry, mógł ją usłyszeć.

— Wiedziałam! Mówiłam wczoraj, żeby nie otwierać piwnicy, bo tam się diabły lęgną!

— Eee tam, zaraz wampir — mruknął Onufry basowym głosem, zakręcając termos. — Zwykła ”luftmysza”. Za moich czasów na kopalni, na trzystu metrach, to były nietoperze na dwa metry, jak latające koty. A z głodu potrafiły kanapkę z pasztetową podprowadzić prosto z kieszeni sztygara. Ten przy tamtych to komar.

Nietoperz tymczasem zrobił kolejne kółko nad kasą, zawisając na ułamek sekundy nad wiekiem kosza na śmieci i wypuścił „złogi jelitowe” w sam środek.

— Przynajmniej kulturalny, nie sra, gdzie popadnie — pochwalił przybysza Onufry.

Jedyną osobą, która postanowiła działać bez zbędnych dyskusji, okazał się Pan Zenek.

Powoli wstał ze swojego plastikowego krzesełka, poprawił spodnie trzymane na solidnych szelkach i sięgnął pod za regał z olejami, skąd wyciągnął starą, rozkładaną siatkę na ryby z bambusowym kijem, pamiętającą połowy leszczy na jeziorach mazurskich za czasów Gomułki.

— Matylda, przestani wrzeszczeć, bo ci żyłka w pęknie. Rysio i tak nie przyjdzie, bo ma nockę — szepnął Zenek spokojnym tonem starego wędkarza.

— Daj gadzinie spokój. Precież on tylko na chwilę tu z chłodu uciekł. — powiedział Onufry, widząc, że Zenek szykuje zasadzkę na nietoperza.

Ten jednak nie odpuścił. Wykonał jeden płynny, pełen gracji ruch wędkarza z trzydziestoletnim stażem a siatka zakreśliła łuk w powietrzu i… łup! Nietoperz wpadł prosto w plecioną tkaninę. Zenek sprawnie złożył sieć, przytrzymując wlot dłonią, po czym ruszył powolnym krokiem w stronę automatycznych drzwi.

Główny łowczy stacji wyszedł na nocny spacer po włościach stacji. Neon LOTAR IL pulsował w rytm jego kroków. Za nim, w bezpiecznej odległości, wyszła Matylda z mopem w pogotowiu oraz Onufry z termosem w ręku, traktujący całe wydarzenie jak miły przerywnik w nocnej zmianie. Powoli cała karawana dotarła na środek asfaltowego placyku pod wiatą.

Zenek delikatnie rozplątał siatkę, uwalniając małe, czarne stworzonko. Nietoperz usiadł na chwilę na krawędzi dystrybutora numer cztery, potrząsnął skrzyżowanymi skrzydełkami, jakby otrząsał się z szoku po spotkaniu z polskim handlem detalicznym, po czym uniósł się lekko w górę i w stronę ciemnego nieba nad drogą krajową.

Wszyscy patrzyli za nim przez chwilę w milczeniu. Cisza aż brzęczała w uszach (a może to były komary pod lampami wiaty… kto wie). Po chwili odezwał się Zenek

— O tej porze bez świateł pozycyjnych będzie? Rozkwasi się na szybie pierwszej lepszej ciężarówki.

— E, tam! — prychnął Onufry. — Nietoperz lata słuch nie na oko.

— Czyli? — dociekał Zenek.

— No jakby ci to powiedzieć… on słyszy, gdzie leci. Takie wyjaśnieni musi ci wystarczyć. Wracajmy już bo zimno.

Po powrocie w sklepie zapanował dawny porządek, a zegar nad drzwiami wskazywał dopiero 23:00. Przed nimi była cała długa, długa noc.

Matylda wróciła za kasę, poprawiła gigantyczny kok i westchnęła ciężko, podejmując przerwany wątek

— No mówię wam… Z takim nietoperzem to chociaż wiadomo, o co chodzi. A z tym moim Rysiem to człowiek nigdy nie wie, co tam wyprawia w tym swoim hotelu…

Onufry odkręcił w końcu swój termos, napił się herbaty z bimbrem, spojrzał na Matyldę pustym, doświadczonym wzrokiem i rzucił cicho

— Nietoperz przynajmniej jest wolny w przeciwieństwie do pani Rysia… jest tak panie Zenku?

Niestety Zenek już tego nie słyszał. Jeszcze na placu odłączył się od nich i poszedł do domu.

Bo Nietoperz nietoperzem, ale na niego nikt nie będzie się wydzierał z wałkiem do ciasta w ręce na progu za to, że wraca po dwudziestej drugiej i że całe dnie nie ma go w domu.

04. TOUR DE ŚMIETNIK

Niedziela, godzina 10:30 rano. Na stacji benzynowej LOTAR OIL panował ten specyficzny, leniwy spokój, który zawsze poprzedza katastrofę. Krajowa dziewięćdziesiątka czwórka lśniła w promieniach jesiennego słońca, neon z napisem LOTAR IL (litera „O” wciąż milczała) mrugał raz na minutę, a kierownik Bożydar Krissowski wreszcie mógł spokojnie zjeść bułkę z pasztetową, nie drżąc przed kolejnym WhatsAppem od Szefa Widmo.

Sielanka trwała dokładnie do momentu, gdy zza zakrętu w kierunku Gliwic dobiegł dziwny, masowy dźwięk: klask-klask-klask-klask-szur-szur-szur.

Z początku wydawało się, że to stado bocianów połączone z tartakiem miało awarię hamulców. Po chwili na horyzoncie wyrosła czarna, pulsująca, jaskrawo-neonowa masa. Setki dorosłych facetów w wieku od trzydziestu do sześćdziesięciu lat, odzianych w obcisłe gacie z wkładką pieluchopodobną, opięte koszulki w jadowitym odcieniu różu i limonki oraz krosowe kaski z daszkami, wdarło się na teren stacji z prędkością światła.

Byli to szosowcy. Amatorzy niedzielnego peletonu, którzy właśnie pokonali trzydzieści kilometrów pod wiatr i których organizmy domagały się natychmiastowego zastrzyku cukru, kofeiny oraz natychmiastowego opróżnienia pęcherzy.

Bożydar z wrażenia aż zakrztusił się pasztetową. Jego chuda szyja wygięła się w paragraf, Jessicka za to okazała się twardsza od stali. Nawet nie mrugnęła, zobaczywszy chmarę dorosłych facetów w obcisłej lycrze. Jej oczy zalśniły blaskiem, który u każdego menedżera wywoływałby zawał serca. W ułamku sekundy odłożyła lakier do paznokci, wyciągnęła ze schowka ring-light i odblokowała telefon.

— O Jezu! dziewczyny, patrzcie na ten desant! — pisnęła Jessicka do telefonu, uruchamiając transmisję na żywo pod tytułem: #KryzysWiekuŚredniego#TourDeStacja#PanowieObcisłeMajty.

— Zaraz robimy test szczelności tych gatek, zostawcie serduszko, bo szykuje się darmowy dym! — dodała.

Przez automatyczne drzwi wpadł lider. Niejaki Mariusz. Miał 44 lata i był dyrektorem ds. logistyki. Wydatny brzuch wciśnięty w opiętą lycrę S-Works i okulary aerodynamiczne za dwa tysiące złotych powodował, że nijak nie przypominał kogoś na stanowisku dyrektora a co najwyżej portiera o bliżej nieokreślonej orientacji płciowej. Mariusz podszedł do lady z miną dowódcy wojskowego planującego desant w Normandii, zupełnie ignorując fakt, że Jessicka nagrywa go z odległości trzydziestu centymetrów.

— Kierowniczko! — wysapał Mariusz, dysząc ciężko, jakby miał zaraz zejść z tego świata. — Potrzebujemy natychmiast pięćdziesiąt podwójnych espresso, trzydzieści energetyków z kofeiną, sześć litrów izotonika o smaku marakui bez laktozy i przede wszystkim… Gdzie tu jest stojak na rowery z atestem antykradzieżowym ISO 9001?! Mój carbonowy Pinarello waży tyle, co piórko!

Jessicka pochyliła się nad ladą, mrużąc oczy z uwielbieniem godnym influencerki polującej na darmowe zaproszenie do hotelu w Dubaju.

— O! Jaki męski, różowy! — rzuciła Jessicka do telefonu, po czym odwróciła się do Mariusza. — Słuchaj, królu karbonu. Espresso bez laktozy to ty sobie możesz zamówić w Starbucksie, a u nas masz do wyboru albo kawę z fusami, rozpuszczalną, albo cappuccino z torebki. I żadnego stojaka nie ma. Rower opierasz o kosz na śmieci. Jak ci go ktoś zwinie, to przynajmniej zrobimy z tego zasięgowe wideo na trzydzieści tysięcy wyświetleń.

Mariusza zatkało. Próbował coś odpowiedzieć o standardach obsługi klienta segmentu premium, ale Jessicka błyskawicznie skierowała na niego obiektyw.

— A teraz, dziadku, żeby zasłużyć na wrzątek w kubku papierowym, robimy trend. Krótki taniec do piosenki o robocie. Trzy, dwa, jeden i lecimy!

Tymczasem na zewnątrz działy się rzeczy równie ciekawe. Dwóch kolegów Mariusza usiłowało napompować opony w swoich ultracienkich kołach za pomocą starego, żeliwnego kompresora do samochodów ciężarowych. Ta maszyna pamiętała jeszcze CPN za Gierka i jak benzyna była na kartki.

Kompresor wył jak zarzynany łoś, a manometr skakał od zera do dziesięciu barów.

— Staszek, trzymaj! Jeszcze pół bara i wejdzie w strefę optymalnej rotacji! — krzyczał chudy kolarz z łydkami ogolonymi na gładko, pomagając kolegom.

Onufry wyszedł z zaplecza, wolnym krokiem sącząc herbatę ze swojego niezawodnego termosu. Stanął nad kolarzami, przyglądając się temu cyrkowi z miną inspektora budowlanego na placu rozbiórki.

— Chłopy! — odezwał się Onufry swoim niskim, kopalnianym basem. — To jest do ciężarówek. Wskazanie musisz pomnożyć razy 10. Zaraz wam rozsadzi oponę. Ten kompresor pompuje koło od Stara w 5 minut. Jak pierdolnie, to tego rowerka będziesz pod Zakopanem szukał.

— Panie! — rzucił oburzony Staszek, wycierając pot z czoła drogim ręcznikiem z mikrofibry. — To jest szosówka! S-Works! Tubeless! Tutaj musi być precyzja mikrometryczna, a nie kopalniana prowizorka!

— Prowizorkę to ma twoja żona w głowie, jak patrzy na wyciąg z konta i widzie wydatek na rowerek za dwadzieścia tysięcy — mruknął Onufry, odkręcając korek termosu.

Wewnątrz sklepu sytuacja gęstniała. Kolarze rozstawili się wszędzie. Zajęli całą podłogę. Siedzieli na skrzynkach z olejem napędowym, obierali banany i rzucali puszki po energetykach. Jeden z nich niechcący przykleił gumę do żucia, o smaku i zapachu już bliżej nieokreślonym, prosto do szyby chłodziarki z parówkami.

Jessicka chodziła między nimi z telefonem na kiju selfie, robiąc na żywo „przegląd stylówek”.

— Zaraz, panie w seledynowych spodenkach, podejdź bliżej. Widzowie pytają w komentarzach, czy te wkładki w gaciach to na pampersy, czy żeby pośladki mniej bolały od korporacyjnego siedzenia na krześle obrotowym? — komentowała Jessicka z niewzruszonym uśmiechem, ku wściekłości kolarza.

Pan Zenek siedział na swoim plastikowym krzesełku w kącie, nieporuszony tym całym cyrkiem. Patrzył na facetów w obcisłych spodenkach, którzy z paniką w oczach dyskutowali o „wadze ramy” i „strefach tętna FTP”. Powoli pociągnął łyk luro-kawy, pokręcił głową i rzucił głośno, żeby wszyscy usłyszeli

— Patrzę na was, panowie, i powiadam wam! Kryzys wieku średniego w wersji hard — zaczął filozoficznie. — Zamiast kupić sobie czerwoną Alfę Romeo, napić się piwa w garażu jak człowiek albo chociaż pójść na ryby, to wydajecie wypłatę na rower lżejszy od piórka, golicie nogi jak baletnice i jadąc trzydzieści na godzinę pod wiatr, udajecie Tour de France, chociaż wam brzuchy w lycrę wchodzą jak ciasto drożdżowe do blachy.

Mariusz odwrócił się z oburzeniem, ale zanim zdążył odpowiedzieć, w tle rozległ się pisk Jessicki.

— Ooo, widzowie piszą, że pan w czerwonym kasku ma brzuch jak bochenek chleba prądnickiego! Dajcie serduszko dla pana z brzuchem!

W tym momencie jeden z kolarzy, próbując sięgnąć po batonika proteinowego z górnej półki, potrącił łokciem stojak z breloczkami LOTAR OIL. Stojak runął na ziemię z trzaskiem, rozsypując setki plastikowych logo po całej posadzce.

Zapanowała grobowa cisza. Bożydar Krissowski osunął się po ścianie na podłogę, cicho pojękując — Koniec… Po nas koniec… Szef Widmo zaraz to zobaczy na kamerach…

Kolarze nie mieli czasu ani chęci na wyrażenie skruchy. Nagle w oddali dało się słyszeć pomruk nadciągającej, jesiennej burzy. Na niebie pojawiły się czarne chmury, a telefon Mariusza zapikał gwałtownie z alertem RCB. ”Uwaga! Gwałtowne burze, gradobicie i porywisty wiatr!”

— O cholera! Deszcz! Karbonowa rama mi zamoknie! — wrzasnął Mariusz, zrzucając batonika z powrotem na półkę. — Chłopaki, odwróóót! Zbieramy się! Szybka linia pociągu przez las do domu!

— Rama jak rama, ale jak wam się te obcisłe gacie skurczą, pod wpływem wilgoci, to będzie bolało. Szczególnie panów w tych… najważniejszych miejscach. — stwierdził filozoficznie Zenek ze swojego krzesełka.

W jedną sekundę cały peleton rzucił się do wyjścia. Trzaskali klamkami, wpadali na siebie w drzwiach, potykając się o własne bloki w butach, klnąc szpetnie pod nosem. W ciągu dwóch minut plac przed stacją był czysty. Została po nich tylko chmura kurzu, kilka pustych kubków po kawie i jeden zgubiony licznik rowerowy marki Garmin wart półtora tysiąca złotych.

Na stacji zapanowała cisza, przerywana tylko szumem lodówki i ciężkim oddechem Bożydara. Kierownik powoli podniósł się z podłogi, otrzepał kolana i spojrzał na pobojowisko.

— Ale… czy ktoś z nich… chociaż zapłacił za cokolwiek? — wyjęczał Bożydar, patrząc na kasę. Jessicka zadowolona machnęła mu telefonem przed nosem.

— Co pan, szefie! Nic a nic, ale za to transmisja na TikToku ma już pięćdziesiąt tysięcy wyświetleń! Jakiś producent izotoników napisał w komentarzach, że chce nam wysłać paletę napojów w zamian za współpracę! — zaśmiała się Jessicka, sprawdzając statystyki.

Matylda podeszła do lady, otworzyła szufladę i wyciągnęła z niej zgubiony przez kolarza licznik, po czym schowała go do kieszeni fartucha.

— Przynajmniej będę miała jakiś pożytek z tych rowerzystów w rajstopach — wymamrotała do siebie z satysfakcją.

Onufry schował termos do torby, spojrzał na leżące w kącie breloczki i pokiwał głową z uznaniem.

— Eee tam, Bożydar. Dobrze, że pojechali. Przynajmniej żaden nie zaczął pouczać, jak się układa asfalt na krajowej dziewięćdziesiątce czwartej.

Zenek poprawił szelki, wstał z plastikowego krzesełka, zabierając swoją laskę i kierując się w stronę wyjścia, rzucił na pożegnanie

— Panie Krissowski, przynajmniej nie chodzisz pan w różowych, obcisłych gaciach i żona panu nad uchem nie gdera. A ja muszę wracać, bo mi stara zaraz wygarnie, że znowu za długo u was siedziałem…

05. WIZYTACJA Z SAMEJ GÓRY

Był wtorek, rano dokładnie o godzinie 7:08, kiedy telefon kierownika Bożydara wydał z siebie dźwięk zwiastujący kłopoty. Zawibrował, po czym zjechał po śliskim blacie lady, odbił się od kasy fiskalnej i spadł prosto do otwartego pojemnika z pikantnym keczupem.

Na WhatsAppie pojawiła się wiadomość od Szefa Widmo. Awatar z uśmiechniętym papieżem w okularach przeciwsłonecznych zdawał się wyglądać, jakby mówił:

— No! Teraz to macie przerąbane.

„Uwaga Zespół. Dzisiaj w godzinach porannych naszą stację nawiedzi w ramach niespodziewanej, tajnej inspekcji Prezes Zarządu całej Grupy Kapitałowej LOTAR OIL CENTER. Sprawdzi czystość, synergię, standardy jakościowe oraz wskaźnik tzw. Głębokiego Uśmiechu Konsumenckiego. Kto da ciała, tego osobiście wyślę na stację w Bieszczadach do pompowania kół ciężarówek pompką rowerową. Krissowski, miej oczy dookoła głowy i zrób tam błysk, bo jak nie, to wyciągnę z ciebie konsekwencje służbowe i zjem cię na śniadanie bez masła”.

Kierownik najpierw zbladł jak ścierka, potem pociemniał na twarzy niczym dojrzała śliwka węgierka, a na końcu przybrał odcień sinopurpurowy. Wyciągnął szczupłą dłonią telefon z keczupu, wytarł go bezrefleksyjnie o rękaw swojej ulubionej, poliestrowej kamizelki w skośne paski i wydał z siebie pisk, od którego w promieniu dwóch kilometrów od stacji psy na podwórkach zaczęły wściekle ujadać.

— Alarm, kurde! Stand by! Wszyscy na stanowiska, to nie są ćwiczenia! — wrzasnął, biegając po sklepie jak poparzony suseł w klatce. — Prezes! Sam Główny Prezes zarządu! Człowiek z samej Warszawy! Ten, co ma w garażu cztery sportowe wozy i podpisuje umowy na miliony euro! To nie jest ten pętak Tobiasz Wrona od mokrych portek i durnych pomysłów! To jest sam Bóg sektora paliwowego!

Rzucił się do małego kantorka na zapleczu, rozbił drżącymi rękami stary lusterkowy zestaw i wyciągnął z kieszeni plastykowy grzebyk z połową wyłamanych zębów. Zaczął panicznie zaczesywać swoje trzy włosy na krzyż, śliniąc palce i snując na głos wizje nieuchronnej potęgi.

— Rozumiecie to, ludziska?! — krzyczał przez uchylone drzwi od swojego kantorka. — Jak on tu wjedzie i zobaczy, jak ja w tych prymitywnych, wiejskich warunkach rynkowych trzymam tę stację twardą ręką… To jest mój bilet z tej dziury! To jest prosta droga do awansu! Albo dadzą mi nowiutką, lśniącą stację pod Wrocławiem z podwójnym myciem automatycznym, osobnym stoiskiem z kawą i własnym gabinetem z klimą, albo — co uważam za pewnik — zabiorą mnie prosto do centrali w Warszawie! Będę Głównym Doradcą ds. Strategii Parówkowej i Optymalizacji Podjazdu! Będę jeździł w garniturze z czystej, włoskiej wełny, a nie w tym syntetycznym gównie od ajenta, i podpisywał dokumenty złoconym piórem Parkera na sześćdziesiątym piętrze szklanego wieżowca!

Jessicka, która w tym czasie siedziała na skrzynce z napojami i poprawiała sztuczne rzęsy, nawet nie odwróciła głowy.

— Kierowniku, niech pan tak nie wymachuje tą głową, bo panu ta resztka włosów odfrunie na dystrybutor numer dwa i Prezes pomyśli, że sprzedajemy parówki z futrem — rzuciła obojętnie.

Przez następne cztery godziny na stacji LOTAR OIL działy się rzeczy, które w normalnym państwie prawa kwalifikowałyby się do natychmiastowej interwencji Państwowej Inspekcji Pracy, Sanepidu oraz prokuratury rejonowej.

Krissowski wymyślił, że każdy flakon płynu do spryskiwaczy musi lśnić jak puchar na mistrzostwach świata, bo jak twierdził, kurz na korku obniża wrażenia estetyczne klienta z sektora premium.

Matylda, której przyszło wykonać ten rozkaz, dostała do ręki szmatę, wiadro i denaturat a od godziny 8:00 zaczęła mruczeć pod nosem groźby karalne.

— Ja mu ten denaturat zaraz wleję w…! — warknęła Matylda, myjąc pędzlem malarskim zagłębienia w regale z olejami 15W40. — Mój Rysio po nocce w hotelu leży w domu, piwo pije i pewnie maraton filmowy ogląda, a ja tu muszę myć nakrętki, bo jakiemuś warszawskiemu bubkowi się drobiny kurzu nie podobają! Żeby go w drzwiach obrotowych w Warszawie przytrzasnęło!

Aby zabić wieczny, frytkowo-paliwowy smród starej ropy i przypalonej musztardy, Bożydar nakazał Jessicce „zauroczyć stację zapachowo”. Jessicka dorwała na zapleczu karton ze starym zapasem odświeżacza w sprayu o zapachu „Morska Bryza z Makao” (promocja z 2018 roku) i wypsikała całe sześć puszek w dziesięć minut.

Efekt był natychmiastowy i opłakany. W sklepie powstała mgła gęstsza niż nad Londynem, a powietrze zmieniło się w żrący kwas. Zenek dostał gwałtownego ataku łzawienia, a pierwszy lepszy klient, tirowiec, który wszedł po paczkę mocnych papierosów, wybiegł po trzech sekundach na podjazd, kaszląc straszliwie, jakby miał wypluć własne narządy wewnętrzne.

— Jezus Maria, Jessicka! Ty tu gaz bojowy rozpyliłaś?! — wrzeszczał Bożydar, machając wściekle tekturowym plakatem z reklamą hot doga.

— Kierowniku, niech się pan wreszcie zamknie! — odcięła się Jessicka, kręcąc relację na żywo na TikToku. — To jest luksusowy zapach z nutą eukaliptusa kategorii Premium! Widzowie na live piszą w komentarzach, że czują się, jakby byli na jachcie w Monako, tylko szkoda, że w tle ciągle śmierdzi parówką parzoną od niedzieli!

Krissowski, w napadzie korporacyjnej weny, uznał, że na każdym hot dogu sprzedawanym tego dnia musi znaleźć się malutka naklejka ze słowem „UŚMIECH!”. Ponieważ naklejki nie chciały trzymać się ciepłego, tłustego papieru i ciągle odklejały się od parówek, kazał Onufremu trzymać bułki pod nawiewem klimatyzacji ustawionej na najniższą temperaturę.

Onufry stał ze szczypcami w dłoni, patrzył na Bożydara jak na wariata wypuszczonego z zakładu zamkniętego i powoli pociągał ze swojego termosu mocną herbatę wzmocnioną samogonem od szwagra.

— Kierownik! — odezwał się Onufry swoim niskim, głębokim, kopalnianym basem, od którego drżały szyby w chłodziarkach. — Ja na dole, na poziomie pięćset, przepracowałem trzydzieści lat. Widziałem różne cuda. Widziałem, jak obudowa komajnu pękała, jak woda z chodnika wybijała i jak sztygar ze strachu w gacie walił, ale takiego debila, co każe zimnym nawiewem chłodzić gorącą kiełbasę, żeby mu naklejka z paprotką nie odpadała, to żywego na oczy nie widziałem. Jak ten twój Prezes to zje, to dostanie takiej sraczki, że mu na szwach rozerwie garnitur.

Jednak Bożydar tego nie słyszał. Uznał, że strefa zewnętrzna stacji wygląda zbyt patologicznie i wyszedł na zewnątrz.

— Trawa wokół jest żółta od psiego moczu! — wrzeszczał, ciskając w stronę podjazdu puszkę z zieloną olejną farbą chlorokauczukową z 1999 roku.

— Onufry! Bierzesz pędzel, biegniesz na trawnik i malujesz tę trawę na soczystą, korporacyjną zieleń! Prezes nie może zobaczyć oznak suszy w strukturach kapitałowych!

Onufry wyszedł na zewnątrz i popatrzył na puszkę, potem na Krissowskiego, po czym wolno odkręcił termos.

— Ja na kopalni widziałem różne rzeczy, ale żeby trawę malować olejną farbą, to nawet za komuny w stanie wojennym by na to nie wpadli. Jak jakiś bezdomny pies to liźnie, to zdechnie, a my pójdziemy siedzieć za skażenie środowiska.

— Maluj, bo ci odetnę dodatek za trudne warunki przy hot-dogach, albo zakażę tego twojego termosika — wrzasnął kierownik.

Widok starszego pana, który klęcząc w błocie i malując pędzlem sterczące kępki trawy na jaskrawy, toksyczny odcień zieleni był przez następne dwie godziny atrakcją widokową przejeżdżających obok samochodów.

W tym samym czasie Bożydar uznał, że asfalt na placu razi w oczy szarzyzną i plamami po oleju silnikowym.

— Zenek! — huknął Bożydar przez okno. — Weź wąż strażacki, szczotkę ryżową i myjesz mi ten asfalt na błysk! Prezes w mokasynie nie może dotknąć brudnego polskiego bitumu!

Pan Zenek powoli zgasił peta i pokręcił głową. — Panie kierowniku, ten asfalt pamięta pierwszego sekretarza PZPR. Jak tu wjadę z ciśnieniem, to zrobimy Prezesowi zapadlisko prosto do dawnej kopalni cynku. Chcesz, żeby wpadł pod ziemię razem z Audi? Poza tym pan to mi może… ja tu nie pracuję, jestem klientem.

— Myć! — darł się Bożydar.

Zenek odkręcił wodę. Stary wąż natychmiast pękł w trzech miejscach, strzelając lodowatym strumieniem wprost na Krissowskiego, który oszołomiony ciśnieniem, poślizgnął się na wylanym wcześniej płynie do naczyń, poleciał w powietrze na trzy metry i wykonał widowiskowy szpagat na mydlanej pianie, wyjąc z bólu.

— O ty w mordę, mój kręgosłup! Aaaaa! Moja kość ogonowa! Nie ruszać niczego, nie zmywać piany, Prezes zaraz tu będzie!

Do godziny 16:00 cała załoga stacji LOTAR OIL była na skraju wyczerpania psychicznego i fizycznego.

Bożydar chodził na czworakach wokół kas fiskalnych, podnosząc z podłogi pęsetą ewentualne pyłki kurzu.

Matylda stała przy wejściu z mopem podniesionym do góry, grożąc, że rzuci nim w łeb pierwszego klienta, który poważy się wejść w brudnych butach po pracy.

Jessicka miała już na swoim profilu ponad sto dziesięć tysięcy wyświetleń pod filmem: „Mój kierownik dostał hopla na punkcie czystości, zaraz wezmą go czubków”.

Natomiast Onufry z Zenkiem siedzieli w najlepsze na zapleczu na odwróconych skrzynkach po piwie i w świętym spokoju grali w tysiąca na pudełku po żarówkach H7.

Godziny mijały nieubłaganie. Czas płynął, nadeszła godzina 19:00, potem 20:00. Krajowa dziewięćdziesiątka czwórka pogrążyła się w ciemnym, jesiennym mroku, a szum przejeżdżających ciężarówek stawał się coraz rzadszy. Żaden Prezes, żadna karawana czarnych limuzyn z przyciemnianymi szybami, żaden helikopter zarządu z Warszawy się nie pojawił.

O godzinie 21:15 Kierownik Krissowski, cały ubrudzony wyschniętą pianą mydlaną, z krawatem zwisającym z szyi jak flak i pękniętą szelką w kamizelce, osunął się bezwładnie na brudną posadzkę obok regału z chipsami ziemniaczanymi.

— Oszukali mnie… — wyjęczał głośno na całe gardło, leżąc na plecach. — Warszawa o mnie zapomniała. Żadnego awansu nie będzie… Żadnej centrali, żadnego szklanego wieżowca… Będę tu gnił do samej emerytury, sprzedając płyn do spryskiwaczy tirowcom i słuchając narzekania Matyldy na Rysia…

Na te słowa z zaplecza wyszedł Onufry. Wytarł dłonie w starą, przetłuszczoną szmatę techniczną, zakręcił powoli swój niezawodny, metalowy termos i spojrzał na leżącego na posadzce kierownika z mieszanką głębokiego politowania i rozbawienia.

— A pan co się, właściwie tak panikujesz od samego rana? — zapytał, opierając się łokciem o blat lady.

Bożydar uniósł powoli głowę, patrząc na niego zapłakanymi, przekrwionymi oczami.

— Jak to o co?! Prezes nie przyjechał! Nikt nie przyjechał! Cały ten trud, całe pucowanie tego chlewu na nic! Moja kariera legła w gruzach!

Onufry podrapał się po siwym, szorstkim zaroście, wyciągnął z kieszeni zapałkę do czyszczenia paznokci i rzekł ze stoickim spokojem.

— Jak nie przyjechał jak przyjechał.

Kierownik aż podskoczył z podłogi, o mało nie waląc głową w regał z batonami proteinowymi.

— Co?! Kiedy?! Gdzie?! Co powiedział?! Jak ocenił stację?!

— A dzisiaj z samego rana, jakoś tak przed siódmą, jak żeś pan jeszcze w kantorku srał ze strachu nad tym swoim Excelem — odparł spokojnie Onufry. — Podjechało czarne, lśniące Audi A8 z wielkim, srebrnym logo LOTAR OIL CENTER na drzwiach. Wyskoczył z niego gościu w z noszonym dresie, w okularach z saszetką zapiętą na biodrach.

Bożydar złapał się oburącz za głowę, drżąc na całym ciele jak osika.

— Jezus Maria! I co?! Mówił coś?! Oglądał stację?! Rozmawiał z tobą?! Czemu mnie nie zawołałeś?!

— A po co? — wzruszył ramionami były górnik. — Facet wszedł do sklepu, popatrzył po regałach, powiedział kulturalnie „Dzień dobry!”. Kupił czarną kawę z ekspresu i dwa hot dogi z dodatkowym keczupem, bo mówił, że na czczo wyjechał z domu i głodny jak wilk. Zapłacił kartą. Nawet dwójkę napiwku rzucił do naszej puszki na bilon. Bardzo miły, normalny chłop. Pogadaliśmy chwilę o pogodzie i o tym, że ropa znowu drożeje.

— I CO POWIEDZIAŁ O STACJI?! — wrzasnął Bożydar na skraju ostatecznego obłędu, szarpiąc się za resztki włosów.

— A nic takiego — zaśmiał się cicho były Onufry. — Mówił, że żona z dzieciakami już na niego w aucie czekają, bo jadą na dwa tygodnie na urlop do Jastrzębiej Góry i spieszy mu się na autostradę na Gdańsk, póki jeszcze korków nie ma pod Toruniem. Powiedział, że nawigacja kazała mu na chwilę zjechać na krajową dziewięćdziesiątkę czwórkę, żeby dobić paliwa. Pomachał mi ręką na pożegnanie, wsiadł w to swoje audi, strzelił z rury i pojechał w cholerę nad morze. A jak wychodził to się z naszym Zenkiem w drzwiach minęli.

— A… to był ten. Pachniał jakby mu w kieszeni Old Spice rozerwało. — odezwał się ze swojego krzesełka Zenek.

W sklepie zapanowała cisza tak głęboka i absolutna, że słychać było tylko miarowe cykanie starego zegara nad drzwiami i cichy, jednostajny szum klimatyzacji.

Kierownik powoli wrócił do pozycji leżącej płasko na płytkach, zakrył twarz dłońmi i wydał z siebie cichy, przeraźliwy, przeciągły jęk zawodu.

Jessicka roześmiała się bezczelnie, nagrywając leżącego kierownika w dużym zbliżeniu. Matylda cisnęła szmatę z impetem prosto do wiadra z brudną wodą, a Zenek, zabierając swoją torbę i kierując się powoli do wyjścia w noc, rzucił na pożegnanie.

— Kontrola kontrolą… ale głupi to ma zawsze szczęście. A Prezes też człowiek i czasem woli Bałtyk od tabelek z cyferkami w Twoim Excelu. Dobranoc, załoga!

06. K-9000

Od wizytacji prezesa, której nie było minęło kilka dni. Czas na stacji płyną leniwie i nudno. Nic nie zwiastowało kłopotów. Aż do pamiętnej środy. W tym dniu na LOTAR OIL przy krajowej dziewięćdziesiątce czwórce miała zacząć się nowa technologiczna era.

Około godziny ósmej rano pod stację podjechał lśniący, biały dostawczak z napisem „SYSTEMY KAWOWE FUTURE-COFFEE ISO 2000”. Z auta wysiadł duet serwisantów, który wyglądał jak obsada z komedii sensacyjnej o niedobranych partnerach.

Szefem ekipy był Adolf. Służbista w każdym calu, Polak o imieniu będącym wiecznym źródłem nieporozumień, odziany w dopięty pod samą szyję, wyprasowany kombinezon w kolorze granatowym. Adolf niósł pod pachą podkładkę ze stali nierdzewnej, na której spoczywał stos formularzy odbiorczych, a jego twarz nie wyrażała absolutnie żadnych ludzkich emocji poza głęboką pogardą do wszystkiego, co nie zgadzało się z niemiecką normą ISO.

Drugim i ostatnim członkiem tego zespołu był Mehmed. Młody inżynier pochodzący z Indii. Ubrany w lekko za duży fioletowy polar był totalnym zaprzeczeniem Adolfa. Wulkanem optymizmu. Uśmiechał się od ucha do ucha, pokazywał każdemu kciuk w górę i posługiwał się unikalną polszczyzną, stanowiącą radosną fuzję transkryptu z Google Translate, slangowych zwrotów z TikToka oraz przypadkowo zapamiętanych przekleństw.

— Mehmed! Wnosimy! Protokół 4-B, uwaga na próg! — rzucił chłodno Adolf, nie patrząc nawet na otoczenie. — Żadnego spóźnienia. Czas operacyjny montażu to dwadzieścia cztery minuty.

— Si, si, szef, bez nerw! — wykrzyknął promiennie Mehmed, targając na plecach półmetrowy karton.

— Dzień dobry wielki państwo! Dzisiaj robimy piękny kawa, super ekstras, elo! Ten maszyn robi picie jak u króla w pałacu?!

Serwisanci bezceremonialnie eksmitowali na zaplecze starą, pstrokatą maszynę, która pamiętała jeszcze czasy, gdy benzyna była po dwa złote, a kawa smakowała jak zmielony węgiel kamienny wymieszany zmieszany z pastą do podług. Na jej miejscu stanął Kawomat K-9000 CyberBarista. Czarne, lśniące monstrum przypominające rozmiarem, wagą i wyglądem poradziecki reaktor jądrowy.

Montaż był spektaklem samym w sobie. Adolf działał jak robot. Każdą śrubkę dokręcał kluczem dynamometrycznym, odczytując parametry z podkładki i mrucząc pod nosem

— Niewłaściwy kąt nachylenia blatu… Przyłącze wody odbiega od normy unijnej o trzy milimetry… Zapisuję naruszenie w punkcie siódmym.

W tym samym czasie Mehmed z absolutnym zachwytem podłączał rurki, gadając do osłupiałej załogi

— Patrz tu, piękna pani! — szczerzył się Mehmed do Matyldy, która obserwowała go z rękami opartymi na mopie. — Ta maszyna ma sztuczny mózg! Ona patrzy na twoja twarz i widzi że pani ma dzisiaj nerw na mężulka,. Daje wtedy podwójny szot kofeina!. Maszyna super mądra, w środku komputera siedzi mały diabełek i mieli ziarno!

— Mehmed! Nie diabełek, tylko procesor osiemnastordzeniowy! Nie dezinformuj personelu ajenta! — warknął Adolf, wciskając z wściekłością wlot wody do zaworu. — A teraz poziomowanie! Gdzie jest poziomica laserowa?!

— Laser w kieszeń, szefuńcio, po co laser, jak na oko jest dobrze i okej! — roześmiał się Mehmed, klepiąc obudowę ekspresu — Stoi prosto jak palec u nogi! Będzie lała się czarna maź, dym leci, bomba!

Matylda prychnęła z głębokim obrzydzeniem, przenosząc wzrok z Adolfa na Mehmeda.

— Jeden sztywny jak parówka z zamrażarki, a drugi gada jakby był na dopalaczach. Kierowniku, czyś pan do cna zgłupiał?! To wygląda jak lodówka na zwłoki, a nie maszyna do kawy. Człowiek rano wstaje, idzie do pracy nieżywy i chce wypić czarną lurę, żeby mu serce znowu zaczęło w miarę równo klepać, a wy tu cyrk stawiacie?! Mój Rysio rano to nie wie, jak ma na imię, a co dopiero miałby pamiętać szesnaście cyfr kodu do kawy!

Krissowski stał jednak przed nowym nabytkiem ze złoconym pędzelkiem w dłoni, patrząc na dotykowy ekran jak na objawienie pańskie.

— Załoga, nie słucham waszego gderania! — wstrząsnął się z zachwytu, polerując krawędzią kamizelki szklany panel. — To jest szczyt technologii! Szef Widmo osobiście załatwił ten model w leasingu! Żadnego machania wajchą, żadnego chlapania mlekiem po blacie! Panowie technicy właśnie instalują nam przyszłość!

Adolf wstał, otrzepał skrupulatnie kolana, podał Bożydarowi podkładkę do podpisu i oświadczył grobowym głosem

— Montaż zakończony. Czas, dwadzieścia trzy minuty, pięćdziesiąt sekund. Kod master do autoryzacji wprowadzony. Pamiętać, zero tolerancji dla odstępstw od instrukcji. Każde nieautoryzowane kliknięcie generuje błąd w centrali w Monachium.

— Si, si, skasowane, podpisane, elo! — dodał radośnie Mehmed, ściskając drżącą dłoń Bożydara. — Jak maszyna robi „piiii” i nie daje kofeina, to znaczy że komputer myśli! Trzeba czekać cierpliwie bez nerw! Smacznego kawusia dla cała Polska!

Adolf wymaszerował sztywno do dostawczaka, a Mehmed pobiegł za nim, machając jeszcze przez szybę do Jessicki.

O godzinie dziewiątej przed nowym nabytkiem pojawił się pierwszy klient. Był to Władysław, miejscowy rolnik i stały bywalec, który codziennie kupował małą czarną i paczkę zapałek.

— Daj no, Bożydar, kawę, bo meandruję po drodze, i jeszcze ciągnikiem w rowie wyląduję. — mruknął, rzucając na ladę odliczoną kwotę.

Bożydar z dumnym uśmiechem podszedł do ekspresu

— Panie Władysławie! Dzisiaj serwujemy napary z CyberBaristy! Proszę podejść do panelu.

Na wielkim ekranie wyświetlił się napis: „Dzień dobry, Użytkowniku! Wykryto zmęczenie poziomu 3. Czy życzysz sobie Espresso Arabica z wyczuwalną nutą bergamotki i suszonej śliwki?”

Rolnik popatrzył na ekran, potem na Bożydara

— Co on do mnie rozmawia?! Ja chcę czarną, gorącą i żeby kopciła! Kawa ma być jak siekiera. Jak włożysz łyżeczkę, to ma stać pionowo!

— Dobrze, wybieramy więc Kawę Czarną Standard — Bożydar kliknął ikonę.

Ekran natychmiast błysnął na czerwono i wydał z siebie pisk przypominający syrenę strażacką: „ERROR 404: Błąd autoryzacji. Wprowadź 16-cyfrowy kod PIN ajenta lub zeskanuj kartę lojalnościową LOTAR PREMIUM CLUB!”

— Jezus Maria! — wystraszył się Bożydar, grzebiąc w kieszeniach za karteczką od technika Adolfa. — Gdzie ten kod… Miał być na odwrocie faktury…

Kolejka za panem Władysławem zaczęła się błyskawicznie wydłużać. Za rolnikiem stanął tirowiec w klapkach Kubota, dwóch robotników drogowych w pomarańczowych kamizelkach i przedstawiciel handlowy w garniturze, który nerwowo spoglądał na zegarek.

— Panie, ruszy się to czy nie?! — wrzasnął tirowiec z tyłu. — Ja tu stoję od dziesięciu minut! Zanim wy tę kawę zrobicie, to mi się czas pracy na tachografie skończy i drogówka mnie mandatem poczęstuje za postój na pasie awaryjnym!

— Spokój w kolejce! — drżał Bożydar, wklepując cyfry drżącym palcem: 1-2-3-4-5-6-7-8…

Nagle ekran zgasł, zapalił się z powrotem i wygenerował komunikat głosowy wypowiedziany syntetycznym, złośliwym głosem żeńskiego lektora

— Wprowadzono błędny kod. Kawa została zablokowana ze względów bezpieczeństwa. System przechodzi w tryb samooczyszczania. Szacunkowy czas trwania to 14 minut. Dziękujemy za wybór LOTAR OIL.

Z głębi maszyny dobiegł dźwięk przypominający mielenie żwiru w betoniarce, po czym ze szczeliny zaczęły powoli kapać pojedyncze krople gorącej czarnej wody.

Matylda zaśmiała się tak głośno, że z półki spadł odświeżacz powietrza

— A nie mówiłam?! To nie maszyna, to demon! Ten niemiecki służbista z wesołym Hindusikiem zamontowali nam tu bombę! Szybciej bym na piecu kaflowym w czajniku wody zagotowała i przez skarpetę Rysia przelała!

Do godziny dwunastej w południe stacja LOTAR OIL przypominała strefę działań wojennych.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 40.06