E-book
6.83
drukowana A5
66.71
Lodzia Makówkówna

Bezpłatny fragment - Lodzia Makówkówna

Tom II


Objętość:
552 str.
ISBN:
978-83-8221-216-7
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 66.71

Rozdział siedemnasty

Mamusia wpadła objuczona dwiema brezentowymi torbami, w których przyniosła owoce, paszteciki oraz trzy termosy — z rosołem, z barszczem i z zupą pomidorową — bowiem Wielka Triada wzięła sobie do serca to, że „kochana Lodzieńka” co prawda dżemów jeść nie chce, ale za to chętnie akceptuje domową zupę. Zbiorowa narada, podczas której Mamusia lobbowała za rosołem, Babcia za pożywnym barszczem z pasztecikami, a Ciotka Lucy za ulubioną zupą pomidorową Lodzi, zakończyła się konstruktywnym kompromisem — ugotowano dla niej wszystkie trzy zupy i komisyjnie przelano odpowiednie porcje do termosów. Po południu Mamusia wezwała taksówkę, aby osobiście podjąć się misji dostarczenia wiktuałów do szpitala i po siedemnastej stawiła się na oddziale.

— Mamo, błagam — jęknęła Lodzia na widok spiętrzonej na jej szpitalnej szafce góry dóbr doczesnych. — Przecież ja tyle nie zjem! Tu są dwa umyte termosy z przedwczoraj, ledwo te zupy zmęczyłam… A ty mi znów kolejne trzy, ja już nawet nie mam gdzie tego postawić!

— Zjesz, dziecko, zjesz — nie dała się zbić z tropu Mamusia, pakując do torby puste termosy i słoiki przygotowane przez Lodzię do zabrania do domu. — Musisz nabierać sił. Ja wiem, że coś tam niby jesz w szpitalu, ale to nie to samo, nie przekonasz mnie.

— Dobrze, że już tylko dwa dni mi zostały — westchnęła z rezygnacją Lodzia. — A zabierzesz jeszcze te dżemy, co mi zawalają szafkę? Ja ich już i tak nie dotknę…

— Daj, Lodziu, zabiorę — zgodziła się Mamusia, doładowując do torby kolejne słoiki. — Powiedz mi, dziecko, ty tu masz jakieś drobne pieniądze?

— Mam coś, ale nie wiem, czy drobne… a po co ci? — zdziwiła się Lodzia, zaglądając do szuflady i wyciągając z niej portfel.

Ledwie go otworzyła, w oczy rzuciła się leżąca na wierzchu fotografia wuja Edwarda. Szybko schowała ją głębiej, zerkając niespokojnie na Mamusię.

— Drobnymi mam trzy złote — podliczyła, wysypawszy na rękę bilon. — No, trzy dwadzieścia.

— Mało — pokręciła głową Mamusia. — Ale daj, może uzbieramy chociaż końcówkę… Muszę koniecznie rozmienić gdzieś banknot, wzięłam dla ciebie owoce w holu na dole i jestem winna tej pani osiemnaście złotych czterdzieści groszy, nie miała wydać. Już wszystkie sklepiki obleciałam, połowa zamknięta przed świętami, nikt nie ma rozmienić na bilon. A jakoś mi wyszły wszystkie drobne i mam tylko pełne sto złotych. Ty ile tam masz najmniej w banknocie?

— Pięćdziesiąt.

— To też za dużo, ale daj. Zapytam tych pań.

Mamusia ruszyła z banknotem w ręce do siedzących w głębi sali starszych pań, u których akurat przebywali odwiedzający. Wywiązała się rozmowa na temat szans rozmienienia pięćdziesięciu złotych na drobne, w tym koniecznie częściowo na bilon.

„Oszaleję z tymi ich zupami” — myślała tymczasem Lodzia, usiłując poukładać wiktuały tak, by zostało choć trochę miejsca na skraju szafki. — „Jak ja mam to wszystko zjeść?”

— Niestety, nie mają — sapnęła Mamusia, siadając na krześle obok łóżka Lodzi. — Chyba żebym na innych salach zapytała… Ale usiądź sobie, dziecko, co tak stoisz?

— Mam już dość siedzenia, mamo — westchnęła Lodzia. — Powiedz mi, co tam w domu, wczoraj nie byliście u mnie, pewnie już sprzątacie na święta?

— A tak, Lodzieńko, praca wre — przyznała Mamusia. — Lucy nie mogła nam wczoraj pomóc, bo jeździła z Klocią… Klocia dokumenty zgubiła, wiesz? Zostawiła w taksówce, cały dzień wczoraj szukały, no, ale udało się na szczęście. Zaraz ci wszystko poopowiadam.

Ponieważ Mamusia przystąpiła do opowiadania o traumatycznym zdarzeniu z Klocią w roli głównej, Lodzia mogła spokojnie zatonąć w błogich rozważaniach. Od rana myślała tylko o tym, że Pablo obiecał dziś ją odwiedzić… Czy jakiekolwiek inne wydarzenie, choćby rangi kosmicznej, mogło równać się z tym, że Lodzię Makówkównę odwiedzi dziś w szpitalu uśmiechnięty bandzior o najcudowniejszych oczach we wszechświecie?

„Przyjdzie wieczorem, pewnie po dwudziestej, jak tylko wyrwie się z pracy” — kalkulowała. — „Ma już chody na oddziale, więc wpuszczą go jak wtedy po godzinach odwiedzin… I znów będzie negocjował, bajerował, uśmiechał się słodko do pielęgniarek… nie da się wygonić aż do ciszy nocnej!”

— No i tak to się na szczęście skończyło, Lodzieńko — skonkludowała Mamusia po kwadransie opowiadania, podrywając się z krzesła na widok wchodzącej do sali pielęgniarki. — Przepraszam, czy nie miałaby pani rozmienić pięćdziesięciu złotych? Tak, żeby część była bilonem… Nie? A koleżanki może by miały?

Kiedy po krótkiej wymianie zdań Mamusia wyszła z pielęgniarką, aby sprawdzić szanse rozmienienia pieniędzy, Lodzia zajęła krzesło i zapatrzyła się w okno. Na niebie zbierały się ciemne, burzowe chmury…

„Będzie lało” — pomyślała i uśmiechnęła się na wspomnienie ostatniej rozmowy z Pablem. — „Namydli pranie i wystawi na balkon na deszcz… ależ to jest szałaput, zawsze coś wymyśli! Ja już teraz przy każdym deszczu będę to miała przed oczami. On przenika cały mój świat! Będę o nim myśleć zawsze, kiedy tylko zobaczę pomidora… kiedy usłyszę rock’n’rolla albo walca… kiedy ktoś przy mnie będzie huśtał się na krześle… A niezapominajki będą mi już zawsze szeptać jego głosem: Nie zapomnisz o mnie… będę cię uporczywie nękał… Będziesz, Pablo. Nigdy się z ciebie nie wyleczę tak do końca…”

— Nikt nie ma rozmienić nawet pięćdziesięciu złotych — oznajmiła z rozczarowaniem powracająca od pielęgniarek Mamusia. — Niedobrze, głupio mi będzie przed tą panią, obiecałam, że doniosę jej pieniądze, jak będę wychodzić… No, ale może jeszcze kogoś zapytam na dole. Lodziu, zostawię ci te moje sto złotych, a wezmę twoją pięćdziesiątkę, dobrze?

— Nie ma sprawy, mamo — odparła Lodzia, chowając banknot do portfela i wrzucając go niedbałym gestem do szuflady. — Pieniądze mi tu i tak niepotrzebne, ja chcę tylko wolności.

— Wiem, że to cię już męczy, dziecino, co ja ci poradzę… — westchnęła Mamusia. — Nikt nie lubi siedzieć w szpitalu… Ale przynajmniej z towarzystwem nie jest chyba tak źle, prawda? — mrugnęła do niej znacząco. — Macie w końcu te swoje tajemnice, wiesz z kim… Aż tak bardzo przecież się nie nudzisz, co, Lodzieńko?

Lodzia uśmiechnęła się tylko.

— Bo ja już rozmawiałam o tym z Emilią — zapewniła ją z ożywieniem Mamusia. — Oczywiście nie będziemy wtrącać się w wasze sprawy, niech to się samo dalej układa, tak jak do tej pory. Tylko pamiętaj, Lodziu, o jedno cię proszę… bądź rozsądna. Co prawda niedługo zaręczyny i ślub, ale jednak młoda dziewczyna zawsze powinna się szanować. W każdych okolicznościach.

— Jasne, mamo — odparła z powagą Lodzia. — Nie martw się o mnie, będę bardzo rozważna.

— Teraz jesteś w szpitalu, wiadomo… Ale potem? — ciągnęła zaaferowana Mamusia. — Wiem, że roztropne z ciebie dziecko, ale z tymi namiętnościami to różnie bywa, nie zawsze łatwo nad nimi zapanować. A potem… kłopoty.

— Mamo, naprawdę, niepotrzebnie się stresujesz — odparła Lodzia, z trudem kryjąc rozbawienie. — Jakoś zapanuję nad tą namiętnością, obiecuję.

— No dobrze — pokiwała głową chyba nie do końca przekonana Mamusia. — A my już ustaliłyśmy plan na zaręczyny, zaraz ci wszystko opowiem… Lucy ma upiec makowiec i suflety czekoladowe, zastanawiałyśmy się nad sernikiem, ale chyba lepszy byłby jakiś tort ze świeżymi owocami. Emilia przywiezie do tego to swoje słynne czerwone wino… Mają takie wyjątkowe, domowej roboty, kosztowaliśmy na rewizycie i Mareczkowi bardzo smakowało…

„Coraz lepiej!” — myślała tymczasem ubawiona do głębi Lodzia. — „Ja i Karol w sidłach namiętności! Dobre… Pewnie od trzech dni dyskutują o tym we cztery i zastanawiają się, po co to my się tak spotykamy w tajemnicy. Widzę, że doszły do bardzo ciekawych wniosków!”

— Lodziu, a jak myślisz? — zagadnęła Mamusia, skończywszy omawianie menu przewidzianego za miesiąc na uroczystość zaręczynową. — My tak się zastanawiałyśmy z Lucynką, że może jednak by te twoje dziewiętnaste urodziny połączyć z zaręczynami i zrobić z tego takie duże, łączone święto… Co ty na to? Już byśmy nie robili osobno osiemnastego, tylko dwudziestego ósmego, z małym opóźnieniem… za to od razu dwa w jednym.

— Czemu nie? — odparła obojętnie Lodzia. — Mnie tam jest wszystko jedno. W ogóle nie muszę mieć przyjęcia urodzinowego, a jeśli już, to wcale nie upieram się, że to musi być dokładnie osiemnastego. Zresztą przecież i tak dopiero siedemnastego wracam z gór…

Mamusia aż podskoczyła.

— Oj, Lodzieńko, właśnie… ja nie wiem, czy ty zaraz po szpitalu powinnaś w ogóle jechać w te góry — pokręciła głową. — Żebyś nam się znów nie rozchorowała…

— Mamo, no nie żartuj, oczywiście, że pojadę! — wykrzyknęła oburzona do żywego Lodzia. — Miałabym zrezygnować z wycieczki przez jakąś głupią chorobę? Nawet nie próbujcie mnie denerwować takim pomysłem! To przecież moja jedyna rozrywka, mój jedyny wyjazd w tym roku, ostatnia klasowa wycieczka! Poza tym chcę zobaczyć Karkonosze, nigdy tam jeszcze nie byłam, ciągle tylko siedzę w jednym miejscu…

— No dobrze, dobrze, porozmawiamy jeszcze o tym, jak wyjdziesz ze szpitala — obiecała zachowawczo Mamusia. — Tylko pamiętaj, że zdrowie jest najważniejsze. To będzie przecież duży wysiłek…

— Mamo, przecież jedziemy dopiero jedenastego, do tego czasu będę zdrowa jak rydz! Zwłaszcza że jem te wszystkie wasze zupy… — perswadowała cierpliwie Lodzia, wiedząc, że w tym względzie jest na łasce i niełasce Mamusi, gdyż to od niej miała dostać pieniądze na wycieczkę.

— Ale przecież będziesz strasznie tęsknić za Karolkiem — przypomniała jej Mamusia. — Nie wolałabyś spędzić z nim tych paru dni, zamiast jechać w jakieś góry?

Lodzia uśmiechnęła się podstępnie.

— Jakoś to wytrzymam, mamo — zapewniła ją z powagą. — A w górach przynajmniej nie będę musiała walczyć z namiętnością.

Mamusia przyjrzała jej się badawczo, wyraźnie poruszona wagą argumentu.

— Więc to aż tak daleko zaszło! — szepnęła w zadziwieniu. — Kto by pomyślał… Muszę to koniecznie powiedzieć Emilii!

Lodzia pokiwała głową z rezygnacją. W międzyczasie do sali weszła kolejna grupka odwiedzających — byli to członkowie rodziny jednej z pań spod ściany. Rozległy się hałaśliwe powitania, śmiechy i głośne cmoknięcia w policzek.

— Zapytam, czy nie mają przypadkiem rozmienić pięćdziesięciu złotych! — zawołała w natchnieniu Mamusia, podrywając się z miejsca. — Może ktoś akurat… A ty dokąd idziesz, Lodziu?

— Wyjdę na chwilę na korytarz, tu jest taki młyn, że nie da się wytrzymać — odparła zmęczonym głosem Lodzia. — Pospaceruję sobie na zewnątrz i zaraz wrócę.


Wyszła z ulgą na korytarz i stanęła przy swoim ulubionym oknie z panoramą miasta. Niebo było niemal czarne i przeciążone sinymi, burzowymi chmurami, które groziły w każdej chwili ulewą, gdzieś z oddali dobiegło ciche pomrukiwanie grzmotu… Nadciągała jedna z pierwszych wiosennych burz.

Lodzia patrzyła z melancholią na półmroczny, ponury obraz miasta. Dostrzegła w oddali wieżę kościoła, niedaleko którego znajdowało się jej liceum, i poczuła, jak ściska jej się serce. Zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, tuż za rogiem Zamkowej, stała kamienica, w której mieściła się kancelaria Pabla, a ściślej kancelaria, w której pracował adwokat Paweł Lewicki. Człowiek z innego pokolenia, z innej galaktyki, a dziś najbliższy jej pod słońcem. Jej ukochany, jej jedyny… jej zakazany owoc.

Świat był taki inny, odkąd odkryła na nim jego istnienie! Jeszcze do niedawna jej życie było proste i nieskomplikowane, bardziej beztroskie, ale takie puste! Zastanawiała się, ile razy mijała go na ulicy, ile razy przechodzili obok siebie obojętnie, zanim wybiła godzina zero, zanim do jej drzwi zapukał skrwawiony bandzior, a ona zamknęła go tak głupio w schowku na szczotki. Przecież od trzech lat chodziła do tej szkoły, a on pracował tuż obok, oboje przemieszczali się po tych samych, krzyżujących się nieubłaganie liniach, on między kancelarią a swoim parkingiem, ona między szkołą a przystankiem. Musieli się niejednokrotnie mijać, na pewno się mijali! Jej jednak nigdy nie przyszłoby do głowy zahaczyć wzrokiem o elegancko ubranego trzydziestolatka, tak jak on nie mógłby zwrócić uwagi na drobną nastolatkę z warkoczem, o wyglądzie niemal dziecka. I nagle przypadek, Opatrzność, los, fatum… cokolwiek to było… sprawiło, że spotkali się, poznali, nawiązali kontakt… i że dziś kochała go całą mocą swojego młodego, dziewczęcego serca. Szaleńczo, bezgranicznie, ile fabryka dała… Właśnie jego i tylko jego. Bez żadnych możliwości obrony. Pomimo różnicy trzynastu długich lat życia i przepaści, jaka dzieliła ich ze względu na doświadczenie i pozycję w świecie. Pomimo świadomości, że miała być tylko jego kolejnym słodkim podbojem. Wbrew wszystkiemu.

„Jaka szkoda, że nie mogę zaufać mu jak Jula Szymkowi” — myślała ze smutkiem. — „Wtedy mogłabym z nim spędzić całe życie i byłabym taka szczęśliwa! Ale niestety… to nie ta droga, nie ten adres. Zaufać takiemu szubrawcowi, to jak wejść w ogień, o którym z góry wiadomo, że spala na popiół. Kocham go, ale nie nadaję się na gorące romanse i przygody, nie umiałabym tak złamać swoich zasad… U takich donżuanów wielka miłość trwa jakieś trzy miesiące, potem nadworny przystojniak ruszyłby sobie na dalsze poszukiwania, a ja bym się po tym nie pozbierała już nigdy. Nie, nie wejdę w to… Wolno mi go kochać tylko na dystans, tak, żeby o tym nie wiedział. Nosić po cichu w sercu jego obraz i jego imię. Pablo… Choć nie, przecież Pablo to tylko ksywka. On tak naprawdę ma na imię Paweł…”

— Paweł — wyszeptała cichutko i dziwna rozkosz ogarnęła ją na dźwięk jego prawdziwego imienia wypowiedzianego jej własnymi ustami. — Pawełku…

— Lodziu, tu jesteś! — zawołała Mamusia, podchodząc do niej z głębi korytarza. — A co to, taka burza się szykuje? — zdziwiła się na widok ciemnych chmur nad miastem. — Właśnie zamówiłam taksówkę, muszę się powoli zbierać, bo już po osiemnastej i wszystkich wyganiają.

Lodzia ocknęła się i spojrzała na nią nie do końca przytomnym wzrokiem.

— Przepraszam, mamo, zamyśliłam się. Już idziesz? Poczekaj, odprowadzę cię chociaż do windy…

— Tak, dziecino, tylko wezmę te moje torby — odparła w pośpiechu Mamusia. — Jutro nie będziemy już cię odwiedzać, bo mamy sprzątanie, ale może zadzwoń do Julci, żeby do ciebie wpadła? Nie będziesz się nudziła… A w czwartek Mareczek przyjedzie cię odebrać, dobrze?

— Dobrze — uśmiechnęła się.

Weszły na chwilę na salę, skąd Mamusia zabrała swoje brezentowe torby z pustymi termosami, słoikami i ręcznikami oraz innymi rzeczami do prania, które Lodzia zakwalifikowała do zabrania z powrotem do domu, po czym znowu wyszły na korytarz.

— Nie uwierzysz, Lodzieńko, ale na całym oddziale nikt nie ma rozmienić pięćdziesięciu złotych — mówiła z niezadowoleniem Mamusia, kiedy szły w stronę windy. — Pytałam już wszędzie, będzie mi strasznie głupio przed tą panią…

Lodzia słuchała w roztargnieniu, znów zatopiona w swych przepełnionych melancholią myślach. Jednak w następnym momencie nastąpiło brutalne przebudzenie, bowiem kilka kroków przed nimi szczęknęły drzwi windy i dziarskim krokiem wyszedł z niej… Pablo. Był swobodnie ubrany w jasne dżinsy, lekką, skórzaną kurtkę w stylu Majka i granatową koszulkę sportową, w ręku trzymał niewielki, okręcony szarym papierem pakunek. Lodzia zachwiała się na nogach jak rażona gromem.

„O, szlag!” — błysnęło jej w głowie. — „No to koniec ze mną!”

Na jej widok oczy Pabla rozbłysły światłem jutrzenki, a na usta wybiegł mu uśmiech, który zgasł jednak natychmiast wobec jej przerażonej miny. Zaalarmowany zmienioną twarzą dziewczyny rzucił okiem na towarzyszącą jej kobietę, w której rysach łatwo było dostrzec rodzinne podobieństwo… i zawahał się. Trwało to zaledwie ułamki sekundy, gdyż nim zdołał w jakikolwiek sposób zareagować, Mamusia podskoczyła w jego stronę z miną pełną nadziei.

— Przepraszam, a może pan miałby rozmienić pięćdziesiąt złotych?

Pablo zatrzymał się, rzucił jeszcze jedno błyskawiczne spojrzenie na zdruzgotaną i wystraszoną Lodzię, po czym najswobodniej w świecie uśmiechnął się do Mamusi.

— Zaraz sprawdzę — odparł uprzejmie, odstawiając swój pakunek na podłogę i sięgając do kieszeni po portfel. — Powinienem coś mieć.

— Tylko tak, żeby część była bilonem — zaznaczyła Mamusia, również stawiając na podłodze swoje bagaże, które zadźwięczały metaliczno-szklanym brzękiem. — Potrzebuję koniecznie pięć złotych w bilonie i żeby w banknotach była chociaż jedna dziesiątka.

— Zobaczmy.

Oboje pochylili się nad bilonem, który wysypał sobie z portfela na rękę, i zajęli się liczeniem.

— Uzbiera się pięć złotych! — ucieszyła się Mamusia. — Teraz jeszcze czterdzieści pięć…

— Z końcówką będzie problem — zauważył Pablo, wyciągając jeden banknot dwudziesto- oraz trzy dziesięciozłotowe i odliczając je na rękę Mamusi. — Proszę bardzo, pięćdziesiąt złotych. Będzie pani w tym miała dziesiątkę zgodnie z życzeniem.

— Ale wtedy byłabym panu winna pięć złotych, bo ja muszę mieć ten bilon! — zmartwiła się Mamusia. — To w takim razie oddam panu dziesięć i trudno… moja strata.

— Nie ma takiej możliwości — uśmiechnął się Pablo, biorąc z jej rąk tylko banknot pięćdziesięciozłotowy. — Mam zasadę, że mogę być wierzycielem, ale nigdy dłużnikiem. Proszę zostawić sobie te pięć złotych, skoro potrzebny pani bilon, i zachować mnie za to we wdzięcznej pamięci.

„Bajerancie” — pomyślała słabo Lodzia. — „Farmazonie ty…”

— Ale ja nie mogę się na to zgodzić! — zaprotestowała z godnością Mamusia.

— Obawiam się, że nie ma pani innego wyjścia — odparł swobodnie Pablo, chowając banknot do portfela, a portfel do kieszeni. — Już. Transakcja zakończona, nie przyjmuję reklamacji.

— Ale… przecież będzie pan stratny! — zawołała zbita z tropu Mamusia.

— Czy rozmawialiśmy o pieniądzach? — uśmiechnął się czarująco. — Ja już nie pamiętam.

Mamusia pokręciła głową, przyglądając mu się z życzliwym uśmiechem.

— No dobrze, bardzo panu dziękuję. To miło z pana strony… Bo wie pan, muszę oddać na dole osiemnaście złotych i czterdzieści groszy. Kupowałam owoce dla córki i obiecałam, że przyniosę pieniądze, jak będę wychodzić. To kwestia zaufania i honoru, wie pan, o co chodzi.

Pablo skłonił uprzejmie głowę na znak, że doskonale rozumie tę kwestię.

— Od godziny wszystkich tutaj pytam i nikt nie ma rozmienić pięćdziesiątki — ciągnęła wyjaśniająco Mamusia. — Nikt, dosłownie nikt, a pytałam już chyba z piętnaście osób!

— Niepotrzebnie się pani trudziła — zauważył z powagą. — Trzeba było od razu poczekać na mnie, przecież już tu jechałem.

Mamusia spojrzała na niego zdziwiona i roześmiała się.

— Żartowniś z pana! — zawołała, schylając się po swoje torby. — Ale to naprawdę uprzejme z pana strony, jeszcze raz dziękuję!

Pablo również schylił się, by podnieść swój pakunek i zerknął z uwagą na jej brzęczące bagaże — były zapakowane w te same brezentowe torby, w których Lodzia wiozła w styczniu swoje rzeczy na studniówkę… Mamusia, która ciągle trzymała w garści rozmienione pieniądze, z trudem zarzuciła drugą ręką swoje brzemię na ramię, przy czym jeden z pasków osunął się i torba z termosami opadła z metalicznym brzękiem na podłogę.

— Mamo, pomogę ci — wydusiła z siebie Lodzia.

Schyliła się po torbę, jednak uprzedził ją w tym Pablo. Kiedy oboje wyprostowywali się, podniosła na niego na chwilę oczy i napotkała jego ciepłe, uspokajające spojrzenie.

— To chyba będzie raczej moje zadanie — oznajmił, przejmując od zaskoczonej Mamusi również drugą torbę. — Proszę pozwolić… Pomogę pani zwieźć to na dół, ma pani zajęte ręce, przy tylu bagażach przyda się drobne wsparcie.

— Ależ nie trzeba — pokręciła głową Mamusia, choć po jej minie było widać, że chętnie skorzystałaby z pomocy. — To tylko do taksówki, już pewnie czeka na dole. Dziękuję panu, dam sobie radę, nie musi się pan fatygować…

— Nalegam — odparł stanowczo Pablo. — Przecież ma pani zamiar jeszcze komuś na dole oddawać pieniądze, czyż nie? Zaniosę to pani do taksówki. Zresztą zaczyna już padać, będzie pani musiała wsiąść jak najszybciej, żeby nie zmoknąć.

— Ale będzie pan sobie robił kłopot… — krygowała się Mamusia.

— To żaden kłopot, a wręcz obowiązek kogoś, kto usilnie pracuje nad tym, aby pewnego dnia stać się dżentelmenem. Proszę nie stawiać mnie w niezręcznej sytuacji. Skoro zaoferowałem pomoc, odstąpienie od jej udzielenia przyniosłoby mi ujmę na honorze.

— Skoro tak pan stawia sprawę… — poddała się Mamusia. — W takim razie bardzo panu dziękuję. Ale ma pan tu przecież jeszcze jakąś własną paczuszkę…

— To nie problem, poproszę kogoś o przechowanie paczuszki przez parę minut — odparł Pablo, spoglądając znacząco na Lodzię. — I tak zaraz tu wracam.

Uśmiechnął się do dziewczyny i podał jej swój pakunek. Zaskoczona Lodzia wzięła go odruchowo z jego rąk. Był bardzo lekki. Spojrzała na Mamusię niespokojnym wzrokiem.

— A tak, Lodzieńko! — ucieszyła się Mamusia. — No przecież! Popilnuj paczuszki temu panu, on tylko pomoże mi znieść ten majdan do taksówki i zaraz po to wróci. Rzeczywiście, dużo dziś mam bagaży, a jeszcze te pieniądze… No, trzymaj się, dziecino — powiedziała szybko, całując ją na pożegnanie. — Czekamy na ciebie w czwartek, Mareczek cię stąd odbierze. Podam mu pustą walizkę, żebyś mogła wszystko wygodnie sobie spakować.

— Dobrze, mamo, dziękuję — kiwnęła głową Lodzia. — Tylko niech tata nie przyjeżdża po mnie za wcześnie, pielęgniarka mówiła, że dopiero koło południa mnie wypiszą.

— Tak, Lodziu, koło południa, przecież on rano będzie w pracy… Przygotuj sobie wszystko, spakuj, co możesz, i czekaj na niego. Powiem mu, żeby zwolnił się trochę z biura, to będzie po ciebie koło trzynastej.

— Jasne, mamo, dzięki.

Pablo czekał w milczeniu i przyglądał im się z uśmiechem. Mamusia ucałowała jeszcze raz córkę i spojrzała na niego życzliwie.

— No to chodźmy, taksówka już na pewno na mnie czeka. O, widzi pan? Akurat winda nam podjechała! Bardzo pan miły, naprawdę, dzisiaj akurat rzeczywiście przyda mi się pomoc…

Jej głos ucichł w szczęku zamykających się drzwi od windy. Lodzia stała wciąż w miejscu jak zaczarowana, próbując pozbierać się po przeżytych wrażeniach.

„Nie do wiary… zabajerował mamę!” — pomyślała zdumiona. — „Co za gangster! Jaką miała zadowoloną minę! No, znowu mi się upiekło… Ale się wystraszyłam! A co on mi tutaj przyniósł?”

Obejrzała ze wszystkich stron pakunek, który Pablo zostawił w jej rękach, jednak nie miała zamiaru otwierać go bez niego. Zaniosła go zatem na swoją salę, postawiła na szafce i usiadła na łóżku, czekając z niecierpliwością na jego powrót. Było już po osiemnastej, więc odwiedzający w większości powychodzili, oddział coraz bardziej pustoszał. Dwie starsze pacjentki z jej sali były już same i odpoczywały w swoich łóżkach przykryte kołdrami. Lodzia pochwyciła życzliwy uśmiech pani Stefanii i odwzajemniła go.

„Dobrze, że pani Stefcia tam się akurat nie pałętała” — pomyślała z ulgą. — „Na pewno nie omieszkałaby czegoś chlapnąć przy mamie. A on tak wcześnie dzisiaj przyszedł! Co prawda i tak po godzinach odwiedzin, pielęgniarki znów go będą ścigać… Oho, ale się rozlało!”

Rzeczywiście, na zewnątrz rozszalała się ulewa, podmuchy wiatru biły w okno, błysnęło, a po chwili rozległ się bliski pomruk grzmotu. Po kilku minutach szczęknęły wreszcie drzwi od windy i uśmiechnięty, nieco zmoknięty Pablo wszedł szybkim krokiem na salę.

— Już jestem, gwiazdeczko — powiedział wesoło, schylając się nad nią i ujmując jej dłoń.

— Szachraju… — szepnęła.

— No, uśmiechnij się do mnie, kochanie — zaśmiał się, podnosząc jej dłoń do ust.

Słodycz dotyku jego miękkich warg przepełniła ją i odrętwiła na kilka długich sekund. Parę kropli deszczu spłynęło z jego zmokniętych włosów i spadło na jej przedramię. Ogarnęło ją nagłe, płomienne pragnienie wsunięcia palców w te jego ciemne, mokre włosy i osuszenia ich z deszczu ciepłem własnych dłoni…

— Widzę, że już nie jesteś taka wystraszona — ciągnął z uśmiechem Pablo. — Zobacz, jaka paskudna pogoda, leje jak z cebra, a do tego zimno się zrobiło… Na szczęście twoja mama jedzie już bezpiecznie w taksówce, nawet nie zdążyła porządnie zmoknąć.

— Jesteś nie do ogarnięcia, bandziorku — pokręciła głową Lodzia, odwzajemniając mu uśmiech. — Myślałam, że zawału dostanę, jak cię zobaczyłam! Byłam pewna, że zaraz będzie kosmiczna afera, a ty ją tak zakręciłeś, skubańcu… i jeszcze ją odprowadziłeś na dół!

— Musiałem skorzystać z okazji — odparł z szelmowskim błyskiem w oku. — W końcu nie zawsze ma się szansę wkupić w łaski przyszłej teściowej, i to za niewygórowaną cenę pięciu złotych.

— Aha, jasne, krętaczu! — parsknęła śmiechem. — Nie zapominaj, że jesteś tylko moim dalszym znajomym!

— No i widzisz, jaka z ciebie bandytka? — pokiwał głową Pablo. — Nie dość, że jesteś niegrzeczna i nie przyznałaś się mamie, ilu masz narzeczonych, to jeszcze ciągle odmawiasz mi awansu?

— Przecież jesteś tylko na zastępstwie — zauważyła spokojnie Lodzia. — A zastępcy z zasady nie mogą awansować.

— Nieprawda, kociaku. Przy odpowiednim stażu zastępca zyskuje wymagane kompetencje do tego, żeby przejąć pełne obowiązki na podstawowym stanowisku.

— Tylko jeśli zaistnieje taka konieczność — zaznaczyła Lodzia.

— Czekam więc cierpliwie, aż zaistnieje — uśmiechnął się czarująco.

— Sam mówiłeś, że niektórzy nigdy się nie doczekują.

— Ale ja nie należę do tej kategorii — zapewnił ją Pablo. — Jeśli w coś inwestuję, oczekuję wysokiej stopy zwrotu, nawet jeśli na zysk trzeba trochę poczekać.

— Na zysk! — oburzyła się Lodzia. — Żebyś się nie przeliczył, drabie jeden!

— No, nie gniewaj się, kochanie — zaśmiał się pojednawczo, zerkając na swój pakunek stojący na szpitalnej szafce. — Nie otworzyłaś jeszcze swojego prezentu?

— Miałam tylko przechować ci paczuszkę — przypomniała mu Lodzia.

— A jak myślisz, dla kogo ją przyniosłem, mała intrygantko?

Wziął pakunek do rąk, pochylił się nad dziewczyną i położył go na jej kolanach.

— Rozpakuj, gwiazdeczko.

Zaintrygowana Lodzia zdjęła ostrożnie szary papier, pod którym odkryła plecioną kobiałkę przykrytą szczelnie białym pergaminem. Odsłoniła go i uśmiech rozjaśnił jej twarz.

— Poziomki! — szepnęła zachwycona, podnosząc oczy na pochylonego nad nią, rozpromienionego Pabla.

— Poziomki dla mojej księżniczki.

— Wariacie! — pokręciła głową. — Skąd ty to wytrzasnąłeś? Do sezonu jeszcze daleko…

— Dżinn wyczarował — rozłożył ręce. — Nie wiem, jak to zrobił, ja jestem tylko pośrednikiem i mam ci to jedynie przekazać.

Lodzia podniosła się, odłożyła na krzesło poziomki, które rozsiewały już wokół swój kuszący zapach, stanęła obok Pabla i położyła dłoń na jego przedramieniu.

— Podziękuj dżinowi ode mnie — powiedziała z powagą. — I powiedz mu, że naprawdę bardzo go lubię.

Z oczu Pabla eksplodowało światło.

— Powiem mu, kochanie — odparł, przykrywając pieszczotliwie jej dłoń swoją dłonią. — Mogę mu nawet przekazać jakiegoś małego buziaka… oczywiście jeśli zasłużył.

— Nie kombinuj, łobuzie! — uśmiechnęła się Lodzia, cofając rękę. — Dżinn jest przecież tylko duchem, nie można mu dać buziaka. Zresztą takich rzeczy nie załatwia się przez pośredników. Ale… dziękuję ci, Pablo. Jesteś niepoprawnym wariatem! Tyle razy już ci mówiłam, żebyś tak we mnie… — zawahała się i urwała, przypomniawszy sobie, co powiedział przed chwilą o wysokiej stopie zwrotu.

— …nie inwestował? — dokończył Pablo.

Pokiwała tylko głową i odwróciła oczy. Pochylił się ku niej, podniósł rękę i ostrożnie odgarnął jej z twarzy długi kosmyk włosów, który wymknął jej się z warkocza przy porannym pleceniu, a teraz zsunął jej się na policzek.

— Znów mylisz pojęcia, gwiazdeczko — powiedział łagodnie. — To nie jest inwestycja, tylko hołd. Zresztą… możemy pogadać o jakiejś bonusowej szarlotce w ramach rewanżu. Pamiętaj, że za niezapominajki wisisz mi jeszcze sernik z brzoskwiniami! — dodał wesoło.

Za oknem znów huknął grzmot, deszcz szumiał i dzwonił po szybie… Lodzia podniosła oczy na Pabla i uśmiechnęła się, natchniona pomysłem nie do odparcia.

— Zobaczysz, roztyjesz się okropnie przez te wszystkie ciasta i batoniki, bandziorku — pokiwała głową. — Staniesz się miękkim i tłustym misiem fotelowym…

— Ach, rozumiem! — roześmiał się Pablo. — Więc o to chodziło w tej całej akcji z sernikiem! Chcesz ze mnie podstępem zrobić miękkiego tłuściocha! A docelowo pewnie planujesz zatuczyć mnie na śmierć? Przyznaj się, krwiożercza dręczycielko! To taka nowa, perfidna tortura? No, ale cóż… to mimo wszystko ma swój urok. Skoro tak każesz, nie będę protestował.

— Nie będziesz? — upewniła się Lodzia, spoglądając na niego podstępnie.

— Ani trochę — zapewnił ją z uśmiechem.

— W takim razie zaczynamy od razu. Siadaj tutaj — rozkazała mu, odstawiając poziomki na łóżko i wskazując mu krzesło. — Będziesz jadł rosół.

— Co takiego? — zdumiał się.

Usiadł jednak posłusznie na wskazanym miejscu. Lodzia sięgnęła po pierwszy z brzegu termos, na którym naklejona była karteczka z napisem Rosół.

— Poziomki będą na deser, zaraz pójdę je umyć i wysypię na talerz — oznajmiła, podając mu termos. — A ty odkręć mi to, masz więcej siły. Ja zawsze strasznie się z tym męczę, bo one zakręcają to na gorąco… Tylko ostrożnie, żebyś się nie oblał!

Pablo odkręcił powoli podany mu termos, z którego natychmiast wyleciała para i wspaniały zapach domowego rosołu.

— Masz tu niezłe smakołyki, gwiazdeczko — zauważył. — Pachnie niesamowicie…

Przechylając się przez niego, Lodzia sięgnęła do szafki, wyjęła stamtąd głęboki talerz oraz łyżkę i położyła je tuż przy nim na wolnym kawałku blatu.

— Daj, przelejemy to na talerz — zarządziła, przejmując z jego rąk termos i opróżniając go ostrożnie. — Dostałam dziś z domu trzy zupy, jak widzisz, mama nawiozła mi tego całą piramidę. Nie wiem już, jak im tłumaczyć, że nie zjem tyle, zwłaszcza że dzisiaj będę jeszcze mieć kolację… Ale teraz już przynajmniej wiem, jak to rozwiązać. Ty mi pomożesz, bandziorku. Szkoda by było, gdyby to się zmarnowało, bo to są naprawdę dobre zupy, zaraz się przekonasz. Na pewno jesteś głodny po pracy… a nawet jeśli coś jadłeś, to przecież to jest tylko zupa, nie zaszkodzi ci.

Pablo słuchał jej zaskoczony.

— Lea, nie przyjechałem tu po to, żeby wyjadać twój szpitalny prowiant… — pokręcił głową.

— Ani słowa, to rozkaz! — zestrofowała go Lodzia. — Łapiesz natychmiast za łyżkę i jesz. Bez gadania!

Parsknął śmiechem, rozłożył bezradnie ręce i wziął do ręki łyżkę.

— No dobrze, rozkaz to rozkaz. Nie dam się prosić, ale tylko pod warunkiem, że zjesz ze mną — powiedział stanowczo. — Nie chcę wyjść na sępa, który przychodzi do szpitala objadać pacjentki… Jak to by wyglądało? Musisz mi pomóc choćby po to, żeby zachować pozory.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 66.71