E-book
6.83
drukowana A5
71.27
Lodzia Makówkówna

Bezpłatny fragment - Lodzia Makówkówna

Tom I


Objętość:
552 str.
ISBN:
978-83-8189-374-9
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 71.27

Powieść tę dedykuję mojej córce Marii

— jej pierwszej Czytelniczce

.

Prolog

— Dziecko, ja ci nie będę dziesięć razy powtarzać, że mnie nie obchodzi, jaki jest dzisiejszy świat — Mamusia nie miała zamiaru dać się przekonać i nie wydawało się, by dalsze tłumaczenia w ogóle miały sens. — Masz już prawie dziewiętnaście lat, do dwudziestki niedaleko, a w tym wieku w naszej rodzinie nie wypada być starą panną i koniec.

— Jaką starą panną, mamo, zlituj się… — westchnęła z rezygnacją Lodzia. — Przecież ja dopiero kończę liceum, nikt o zdrowych zmysłach nie myśli w tym wieku o małżeństwie. To nie jest średniowiecze. Wszyscy moi koledzy idą w przyszłym roku na studia!

— Lodziu, nie pyskuj! — zirytowała się Mamusia. — O studiach porozmawiamy, jak zdasz maturę, ale to i tak rzecz drugorzędna. Dziewczyna ma się przede wszystkim nauczyć porządnie prowadzić dom, a nie tylko studiować bzdury i najlepsze lata marnować na tak zwaną karierę zawodową… To zadanie dla mężczyzn, których zresztą od początku trzeba przyzwyczajać do odpowiedzialności. Im wcześniej, tym lepiej. To jakaś choroba dzisiejszej cywilizacji, żeby zakładanie rodziny odwlekać do trzydziestki!

— Ja wyszłam za mąż w wieku siedemnastu lat i nie uważam, żeby to było za wcześnie — ogłosiła kategorycznie Babcia. — A twoja Prababcia urodziła swoją najstarszą córkę, zanim skończyła osiemnaście. I przynajmniej coś z tego było. A teraz co? Zgorszenie z tą młodzieżą… Poza tym tradycja, Lodziu… tradycja!

Lodzia wywróciła z poirytowaniem oczami, ale na widok groźnej miny Babci wyprostowała się na krześle i przybrała na powrót standardową, pokorną minę.

— Lodzieńko kochana, przecież i tak zostaniesz z nami w domu — tłumaczyła łagodnie Ciotka Lucy. — Nigdzie cię stąd nie puścimy, a tego chłopca przyjmiemy jak swojego.

— Ciociu, błagam — jęknęła Lodzia. — Jakiego znowu chłopca?

— Twojego przyszłego męża — wyjaśniła jej stanowczo Babcia. — Tak było od pokoleń, dziecko, nie ma o czym dyskutować. Na początek zamieszkacie sobie u nas razem na górze, a jak będziecie trochę starsi, to będziecie się oczywiście mogli wyprowadzić. Wszystko w swoim czasie.

— Ale, babciu, skąd ja wam wezmę tego… chłopca? — pokręciła głową Lodzia, upatrując w tym argumencie swej głównej deski ratunku. — Mnie się jeszcze żaden nigdy nie spodobał. I zupełnie mnie to nie interesuje! Kiedyś może tak, ale nie teraz. Pomijając już to, że w moim wieku żaden chłopak nie myśli o takich rzeczach. To nie te czasy, uwierzcie!

— O to ty się nie martw, Lodziu — uśmiechnęła się uspokajająco Mamusia. — W sobotę wszystko się zmieni.

— Zaczniesz nowe życie — zapewniła ją czule Ciotka.

— To znaczy? — zapytała zmrożona niepokojem dziewczyna.

— Zobaczysz, Lodzieńko, zobaczysz — pokiwała tajemniczo głową Babcia. — Tradycja tradycją, ale przecież jak mogłybyśmy nie pomyśleć i o twoim osobistym szczęściu?

— Niczym się nie przejmuj, dziecino — dodała Ciotka. — Już my się wszystkim zajmiemy.

„Jeszcze tego mi tylko brakowało!” — pomyślała ze zgrozą Lodzia. — „Ja kiedyś naprawdę zwariuję w tym domu!”

W domu Lodzi Duch Czasu nie miał za wiele do gadania. Wielopokoleniowy matriarchat, reprezentowany współcześnie przez Wielką Triadę, czyli Babcię, Mamusię i Ciotkę Lucy, zazdrośnie chronił odwiecznych praw i obyczajów szlachetnego rodu Makówków, nie pozwalając na odstępstwa od uświęconych tradycją dogmatów. Jednym z nich było — na nieszczęście dla udręczonej Lodzi — obowiązkowe zamążpójście Makówkówien przed ukończeniem lat dwudziestu, w przeciwnym razie delikwentce groziło zyskanie niechlubnego miana starej panny, do tego zaś szanująca się matka dopuścić nie mogła, gdyż hańba mogła spłynąć również na nią, a także na przodków do czternastego pokolenia wstecz.

Tak się składało, że w rodzinie Makówków mężczyźni nie mieli prawa głosu i chyba właśnie to było główną przyczyną kłopotów biednej Lodzi — w tym domu od pokoleń po prostu brakowało jaj. Cojones i testosteron były towarem niedostępnym i nieprzewidzianym w programie, a jeśli już, to co najwyżej w dawkach homeopatycznych. Obdarzone energicznym charakterem Makówkówny dziwnym jakimś trafem — a może raczej metodycznie — na mężów wybierały sobie samych potulnych mężczyzn pozbawionych własnego zdania, którzy nie tylko szli z miejsca grzecznie pod pantofel jak woły na rzeź, ale wręcz bardzo to sobie chwalili. Tradycją było również to, że wprowadzani do rodziny mężczyźni do swojego nazwiska dodawali wdzięczne nazwisko żony, a ich dzieci nosiły to ostatnie wręcz obowiązkowo.

Z uwagi na panujący w rodzie model matriarchalny kojarzeniem owych małżeństw zawiadowały dziarskie bojówki matek i babć, starannie dobierając odpowiednich kandydatów. Ponieważ panny Makówkówny od pokoleń były niebrzydkie, a sądząc po zdjęciach pieczołowicie przechowywanych w rodzinnych albumach, niektóre z nich wyróżniały się wyjątkową urodą, wybrankowie los swój traktowali jako zaszczyt i zazwyczaj szczęśliwie przeżywali swoje życie u ich boku, nie musząc się martwić o nic oprócz zarabiania pieniędzy, które natychmiast potulnie deponowali na ręce swoich żon.

Kolejnym dziwnym trafem, zrządzeniem losu, a może w wyniku jakiejś nieodgadnionej dominacji genów w rodzinie Makówków rodziły się praktycznie same dziewczynki. Na przestrzeni kilku ostatnich pokoleń ród doczekał się tylko dwóch potomków męskich, co zapewne dzielne panie domu uznawały za swoiste wypadki przy pracy. Jednym z nich był cioteczny kuzyn Prababci, który zmarł już dawno temu w stanie starokawalerskim i o którym Lodzia niewiele wiedziała, drugim zaś jej własny wuj Edward, starszy brat Mamusi, którego przewrotny los jako jedynego mężczyznę w rodzie postanowił wyposażyć w prawdziwe cojones, co naturalnie nie mogło skończyć się dobrze.

Historia wuja Edwarda była przed Lodzią starannie ukrywana jako mroczny punkt na świetlistym sztandarze rodu. O jego istnieniu dziewczyna dowiedziała się z tajnej rozmowy Babci i Mamusi, niechcący podsłuchanej pod koniec podstawówki. Z tych skąpych półsłówek wynikało, iż po którejś z rodzinnych awantur, jakie regularnie urządzała mu o byle co Babcia przy kompletnej bierności Dziadka, nieposłuszny Edzio, doprowadzony do stanu furii, zbuntował się definitywnie, trzasnął drzwiami rodzinnego domu i poszedł w świat, by „móc wreszcie normalnie pożyć”, jak podobno powiedział na odchodne.

Oczywistym jest, że taki afront nie mógł zostać łatwo wybaczony. Co prawda po latach, kiedy emocje już opadły, marnotrawny syn dostał kilka szans na pokorny powrót na łono rodziny, ale ponieważ uparcie odmawiał skorzystania z tej łaski, został definitywnie wyklęty ze świętego rodu, zaś fotografie z jego podobizną zniknęły z rodzinnych albumów jeszcze przed przyjściem na świat Lodzi. Z urywków innej rozmowy, która wpadła jej w ucho już później, w początkach liceum, dziewczyna wywnioskowała, że wyklęty Edzio poradził sobie w życiu całkiem nieźle, założył firmę, która po kilku latach zaczęła przyzwoicie prosperować, a nawet ożenił się i miał dwoje dzieci, ściślej dwóch synów, co naturalnie tym bardziej świadczyło o jego wyrodnej naturze.

Przez jakiś czas Lodzia próbowała nawet odnaleźć więcej danych na temat wuja Edwarda, który — nie wiedzieć czemu — swoją butną postawą wzbudzał w niej same ciepłe uczucia. Jednak ponieważ wuj tuż po akcie rodowej apostazji zmienił nazwisko, a wypytywanie o niego Wielkiej Triady nie wchodziło w grę, nie miała żadnego punktu zaczepienia i musiała zadowolić się wiedzą, że gdzieś tam w świecie, być może całkiem niedaleko, miała dwóch kuzynów w zapewne dość zbliżonym do niej wieku.

Pomijając ten jedyny poważniejszy przypadek niefortunnej kombinacji genów, pozostali mężczyźni zaszczyceni przynależnością do rodu Makówków zachowywali się przyzwoicie, jak mawiała Babcia, i tak już pewnie na zawsze dręczona wyrzutami sumienia za wydanie na świat odszczepieńca. Jej honor ratowała młodsza córka Zosia, czyli Mamusia Lodzi, wzorowa Makówka z energicznym charakterem i tupetem godnym swoich przodkiń, honorowo kontynuująca rodzinne zwyczaje i wydana za mąż według reguł i zaleceń tradycji.

Z całym szacunkiem dla Tatusia, dobrego człowieka, który muchy by nie skrzywdził, nie posiadał on ani jednej trzeciej takiego charakteru jak wuj Edward, choć ogólnie był mężczyzną o przyjemnym i budzącym zaufanie wyglądzie. Zarabiał całkiem nieźle w tej samej od dwudziestu pięciu lat pracy w lubelskim Urzędzie Miasta, gdzie był cenionym za swoje doświadczenie i sumienność księgowym, a ponieważ z natury był łagodny i ugodowy, nie narzekał na swe spokojne życie pod pantoflem Mamusi. W przypadku tej ostatniej mocne, rodowe cechy charakteru, które Edziowi nie mogły ujść na sucho, były jak najbardziej pożądane, miała po prostu szczęście urodzić się tak, jak należało — czyli dziewczynką.

Lodzia również miała to szczęście. Była jedynym i dość późnym dzieckiem swych rodziców, bowiem Mamusia, mimo że za mąż wyszła bardzo młodo, miała jakieś zdrowotne komplikacje, które wymagały operacji i powstrzymania się z planowaniem rodziny na kilka ładnych lat. Lodzia urodziła się zatem jako długo wyczekiwane, ukochane dziecko i jednoosobowo reprezentowała najmłodsze pokolenie, gdyż Ciotka Lucy, czyli siostrzenica Babci i kuzynka Mamusi, pochowała lata temu swego chorowitego męża, nie doczekawszy się potomstwa. O dwóch tajemniczych synach wuja Edwarda nikt poza Lodzią chyba nawet nie myślał — oni, jak ich ojciec, nie należeli już do rodziny. Jasne więc było, że wszystkie nadzieje rodu były pokładane w Lodzi jako jedynej namaszczonej kontynuatorce rodzinnych tradycji i kamieniu węgielnym dla przyszłych generacji.

Był z nią jednak poważny problem — za dużo w genach odziedziczyła po Tatusiu. O ile bowiem fizycznie dość wiernie wpisywała się w rodzinny kanon urody, o tyle z jej charakterem od początku było nie najlepiej. Jako dziecko była nieśmiała i lękliwa, co nieraz doprowadzało Mamusię do szewskiej pasji, nie były to bowiem cechy dobrze widziane u przyszłej pani domu, której głównym zadaniem miało być rządzenie twardą ręką i bezwzględne trzymanie męża pod pantoflem.

W późnej podstawówce poddano zatem Lodzię metodycznemu praniu mózgu, mającemu wszczepić jej w charakter odpowiedni tupet, asertywność i stanowczość, wyrobić w niej wysoką odporność na stres oraz nauczyć odwagi cywilnej. Podjęte w tych celach intensywne wysiłki Wielkiej Triady najpierw omal nie doprowadziły jej na skraj nerwicy, następnie wywołały (przyjętą z pewnym nawet zadowoleniem) fazę buntu, kiedy to musiała swoim zachowaniem przypominać wyrodnego wuja Edwarda, wreszcie zupełnie przestały przynosić efekty, gdyż dziewczyna uodporniła się na wszelkie rodzinne fanaberie, zachowując wobec nich zdrowy dystans.

Pozornie cel został osiągnięty, Lodzia nabrała więcej siły woli i stanowczości, jednak w głębi duszy pozostała tym samym łagodnym i delikatnym stworzeniem, jakim się urodziła. Jej nietypowe dla rodu Makówków krytyczne spojrzenie na świat oraz wrodzone poczucie humoru pozwalały jej balansować bezpiecznie na cienkiej granicy między posłuszeństwem rodzinie (która w gruncie rzeczy bardzo ją kochała z wzajemnością), a realizacją własnych planów i pragnień, które znacząco odbiegały od wizji, jaką na temat jej życia i przyszłości miała Wielka Triada.

Najsłodszym marzeniem dziecięcych lat Lodzi było bycie przeciętną. Chciała po prostu być jak inne dziewczynki, móc robić to co one, wyglądać tak jak one, nie wyróżniać się. Bo Lodzia zawsze się wyróżniała… tylko nigdy nie tak, jak mogłaby sobie tego życzyć. Zacznijmy od imienia — Leokadia. Lodzia! Odkąd pamiętała, jej imię, zwłaszcza w zdrobnieniu, za którym sama nigdy nie przepadała, budziło zdziwienie, a ksywka „Lodziara”, jaką rówieśnicy ochrzcili ją w podstawówce i która przylgnęła do niej na ładnych kilka lat, dla nieśmiałego i wrażliwego dziecka była źródłem głębokiego cierpienia. Dopiero w wieku nastoletnim przestała się przejmować uwagami na ten temat i zaakceptowała swoje staroświeckie imię, tym bardziej, że w liceum uznano je za bardzo oryginalne, a niektóre dziewczyny wręcz jej go zazdrościły.

Drugim rysem, który zawsze wyróżniał ją w szkole, był jej wygląd. Obowiązkowy długi warkocz, niemodne sukienki i pantofelki o fasonie z epoki króla Ćwieczka sprawiały, że od pierwszych lat podstawówki Lodzia wyraźnie odstawała od grupy rówieśników, co siłą rzeczy wywoływało mniej lub bardziej złośliwe komentarze koleżanek i kolegów. Ci, choć z biegiem czasu przyzwyczaili się do jej oryginalnej aparycji, niewątpliwie aż do ostatniej klasy nie przestali uważać jej za rodzaj egzemplarza z innej planety. Do szkoły nie wolno jej było nosić innej fryzury niż warkocz, żadnych upięć, koków, a już pod żadnym pozorem rozpuszczonych włosów, które z racji swojej ponadprzeciętnej długości mogłyby, zdaniem Mamusi i Babci, niebezpiecznie się poplątać i ulec unicestwieniu, gdyby nie chronił ich ów bezpieczny splot. Spodnie, zwłaszcza „te ordynarne dżinsy”, odpadały całkowicie, gdyż „dziewczyna ma się ubierać po dziewczęcemu, a nie robić za chłopaka”, dopuszczalne były tylko dresy i szorty na lekcje WF-u, ale i to niechętne ustępstwo majestatu Wielkiej Triady względem systemu edukacji niezbyt ratowało Lodzię, zważywszy, że owe dresy i szorty wiernie imitowały krojem reformy Ciotki Lucy.

Jak można się domyślić, do liceum Lodzia poszła z duszą na ramieniu. Na swoje szczęście trafiła jednak do klasy, która była zbieraniną młodych, buntowniczych charakterów o otwartym spojrzeniu na świat, więc jej pensjonarski warkocz i nietypowy sposób ubierania się nikogo ani nie zaszokował, ani do niej nie zraził. Skoro Amelia mogła wyglądać jak hipiska i trzy razy w miesiącu farbować włosy na intensywne kolory, a Rafał występować na co dzień w kompleksowym stroju fana muzyki heavy metal, nieco trącący staroświeckością wygląd Lodzi (doskonale wszak pasujący do jej oryginalnego imienia) został uznany za innego rodzaju odsłonę młodzieńczego buntu i nader ciekawy sposób kreowania własnego stylu. Lodzia nie miała zamiaru wyprowadzać nikogo z błędu, choć w głębi duszy nadal pragnęła być zwykłą, szarą nastolatką w dżinsach, adidasach i prostym, kolorowym t-shircie.

W połowie pierwszej klasy, uznawszy w swej naiwności, że marzenia są po to, by je spełniać, po wielu wyrzeczeniach uzbierała z kieszonkowego na dżinsy, które kupiła sobie w tajemnicy przed Mamusią i postanowiła nosić tylko w szkole. Dżinsy były piękne w swojej zwyczajności, do tego bardzo wygodne i leżały na niej świetnie. Najpierw nosiła je w plecaku i codziennie przebierała się w nie w toalecie przed lekcjami, by przed samym wyjściem do domu zamienić je z powrotem na długą spódnicę, jednak system ten szybko zaczął ją męczyć. Torba, w której nosiła książki (oczywiście musiała to być torba-listonoszka, a nie zwykły plecak, który Mamusia uznawała za niestosowny), i tak ledwo mieściła rzeczy potrzebne do szkoły, dżinsy wypychały ją dodatkowo do granic wytrzymałości, a noszenie przez cały szkolny dzień zwiniętej spódnicy kończyło się tym, że po lekcjach wyglądała ona jak wyjęta psu z gardła. Lodzia postanowiła zatem zmienić strategię i w dżinsy ubierać się już w domu, podwijając ich nogawki pod kolana tak, by nie wystawały spod narzuconej na wierzch spódnicy, którą na czas lekcji zostawiała na wieszaku w szkolnej szatni.

Niestety, pewnego zimowego dnia, wychodząc z domu do szkoły, poślizgnęła się niefortunnie w drodze do furtki na alejce, której Tatuś nie zdążył jeszcze wysypać piaskiem, i wyrżnęła spektakularnego szczupaka z nogami w górze, odsłaniając zakazany widok podwiniętych pod kolana dżinsów, które zdradziecko wychynęły spod spódnicy. Ponieważ czujne spojrzenie Ciotki Lucy i Babci jak zawsze odprowadzało ją przez okno kuchni, zbrodnia natychmiast się wydała, a awantura, która wynikła z tego powodu, pozostała w pamięci Lodzi jako jedna z tych najbardziej niezapomnianych.

Okazało się jednak, że — zgodnie ze znanym przysłowiem — nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. W obronie ukochanych dżinsów Lodzia uruchomiła wszelkie pokłady odwagi, jakie posiadała, oraz te zasoby asertywności, które od lat próbowała w niej skumulować Wielka Triada. Pyskówka, jaką przy tej okazji odstawiła, wywołała zatem tak piorunujące wrażenie (pomieszane z rodzajem satysfakcji), że łaskawie pozwolono jej chodzić do szkoły w dżinsach i t-shirtach, a nawet zamienić torbę-listonoszkę na zwykły plecak. Co prawda w kwestii fryzury nie było mowy o ustępstwach, Mamusia nie chciała słyszeć ani słowa o podcięciu choćby o milimetr blond włosów Lodzi, które były już wówczas długie do połowy ud i w istocie bardzo piękne, jednak wywalczona krwią i blizną wolność w kwestii ubioru na tyle wystarczała młodej buntowniczce, że porażkę na polu uczesania łyknęła bez problemu. Ponieważ tak długie włosy rzeczywiście najwygodniej było jej nosić w warkoczu, zaplatała go pokornie i bez protestów, czasami tylko zwijając go dla fantazji w niski kok na karku.

Sprawiało to, że od drugiej klasy liceum Lodzia wyglądała w szkole jak całkiem przeciętna nastolatka, a staroświeckie długie spódnice oraz eleganckie suknie z falbanami wisiały w jej szafie już tylko na potrzeby rodzinnych spotkań i uroczystości. Mimo to ów długi warkocz i eteryczna, jeszcze niemal dziecięca uroda nadal wyróżniały ją spośród rówieśników i przydawały jej subtelnego wdzięku w stylu retro, z którego sama nawet nie zdawała sobie sprawy. Rodzina z dumą patrzyła na postępujący rozkwit jej urody, na którą oprócz ponadnaturalnie długiego i bujnego blond warkocza składały się ujmująco delikatne rysy twarzy, bez charakterystycznego dla Makówkówien zaciętego wyrazu ust (niewątpliwie zneutralizowanego przez wpływ genów łagodnego jak baranek Tatusia), a także intensywnie niebieskie oczy, których błękitne tęczówki okolone były nieco ciemniejszą obwódką nadającą im niezwykłej wyrazistości.

Jako że pod koniec trzeciej klasy, w kwietniu, Lodzia skończyła osiemnaście lat i klasę maturalną rozpoczęła we wrześniu już jako osoba pełnoletnia, dyscyplina, w jakiej trzymała ją od dzieciństwa Wielka Triada, znacząco się rozluźniła i dziewczynie, przyjętej oficjalnie do grona dorosłych, pozostawiono więcej swobody, zwłaszcza jeśli chodzi o wyjścia z domu i spotkania z przyjaciółmi. Co prawda nadal z przyzwyczajenia wypytywano ją skrupulatnie o wszystko, jednak nie musiała już walczyć o każde wyjście do koleżanek i wracać obowiązkowo przed zmrokiem. Zważywszy jednak, że rzadko spotykała się z kimś innym niż ze swoją najlepszą przyjaciółką, nie nadużywała tych nowych przywilejów i na dobrą sprawę niewiele w jej życiu się zmieniło, pomijając rosnące lawinowo zagęszczenie obowiązków związanych z maturą i aktywnościami narzuconymi jej przez Wielką Triadę.

— Tak, pani Emilio — do uszu Lodzi, która po kolacji wracała po schodach do swojego pokoju na pierwszym piętrze, dobiegł głos rozmawiającej przez telefon Mamusi. — Oficjalny początek o osiemnastej, ale zapraszam pół godziny wcześniej, omówimy sobie jeszcze szczegóły… Słucham?… A tak, skoro pani taka miła… czerwone wino do toastu jak najbardziej… Taka okazja! Planujemy podać ciasto, mam nadzieję, że syn lubi sernik i makowiec?… Tak, naturalnie, my też zadbamy o odpowiedni strój. Pierwsze wrażenie jest przecież najważniejsze, w końcu nie bez przyczyny mówi się o miłości od pierwszego wejrzenia… to może przesądzić o wszystkim… Oczywiście, pani Emilio… i ja mam taką nadzieję.

Lodzia pokręciła z rezygnacją głową i wzruszywszy lekko ramionami, udała się do swojego pokoju z zamiarem pouczenia się do klasówki z geografii.

Rozdział pierwszy

Julka, najlepsza przyjaciółka Lodzi, z którą chodziły do jednej klasy w liceum, mieszkała w jej dzielnicy domków jednorodzinnych, zaledwie kilka przecznic dalej, w związku z czym ze szkoły wracały razem tym samym autobusem. Z wyglądu Julka była całkowitym przeciwieństwem Lodzi, mianowicie ognistą brunetką o czarnych oczach i mocno śniadej cerze. Dodatkowym jej atutem był cięty język, który Lodzia bardzo doceniała, gdyż — rozmiłowana w literaturze i najsubtelniejszych meandrach języka ojczystego — od małego uwielbiała elokwentnych i inteligentnych rozmówców.

Niestety, wielką słabością Julki była skłonność do zakochiwania się w chłopakach, z których jak dotąd żaden jeszcze nie odwzajemnił jej uczuć. Po okresie wzdychania do Piotrka z sąsiedniej klasy, a następnie do starszego o dwa lata Damiana, który po maturze zniknął ze szkoły i musiał zostać siłą rzeczy spisany na straty, przyszedł czas na trwający wciąż epizod płomiennej miłości do Mateusza, kolegi z klasy, żywionej już od ponad pół roku i niestety jak dotąd standardowo nieodwzajemnionej. Rozmowy na jego temat zajmowały dziewczynom większość czasu spędzanego razem, gdyż Lodzia, jak dotąd wolna od sercowych rozterek, mogła całą swą uwagę poświęcać namiętności Julki.

Jednak tego dnia to problemy Lodzi, a nie jej przyjaciółki, zajęły pierwsze miejsce w rozmowie rozpoczętej na przystanku w drodze powrotnej ze szkoły.

— No coś ty! — wykrzyknęła Julka. — Przecież to jest jakieś średniowiecze!

— Gorzej — mruknęła Lodzia, przetrząsając gorączkowo kieszenie i plecak w poszukiwaniu rękawiczek. — W średniowieczu wszyscy tak robili, więc to przynajmniej wyglądało normalnie.

— Ale zgłupiały chyba, z kim one chcą cię wyswatać?

Lodzia machnęła ręką z rezygnacją.

— Żebym to ja wiedziała… W sobotę po Wszystkich Świętych mają mi przedstawić jakiegoś kandydata, organizują nam podwieczorek zapoznawczy.

Julka prychnęła śmiechem.

— Ej, no słuchaj, a może akurat? — podchwyciła wesoło. — Nikt ci jeszcze nigdy nie wpadł w oko, więc może ten ci paradoksalnie przypasuje?

— Jasne — uśmiechnęła się Lodzia. — Już ja znam ich gust, nie bój się. One specjalnie szukają egzemplarza, który będzie się dobrze nadawał pod pantofel. Myślisz, że próg tego domu może przestąpić normalny facet? Zapomnij.

— No, ale czekaj, nie przesądzaj, najpierw go dobrze obejrzyj — poradziła jej Julka. — Wiesz, że różne rzeczy się zdarzają, piorun może cię trzasnąć znienacka tam, gdzie się go najmniej spodziewasz. Może akurat coś przeoczyły i chłopak jest normalny?

Lodzia rzuciła jej pobłażliwe spojrzenie świadczące o tym, że nie podziela bynajmniej tego optymizmu, po czym wzruszyła ramionami i zajęła się zakładaniem odnalezionych wreszcie rękawiczek.

— No dobra — ciągnęła zachowawczo Julka. — A co o nim wiesz? Ile ma lat?

— Nie mam pojęcia. Ciocia wspomniała tylko, że jest studentem.

— Czyli jest starszy od nas.

— To na pewno — zgodziła się. — Ale nie wiem, co studiuje i na którym roku… ani nic poza tym. Nawet nie wiem, jak ma na imię.

— Tajemniczy rycerz — uśmiechnęła się znacząco Julka.

Lodzia spojrzała na nią jak na wariatkę i popukała się palcem w czoło.

— Pewnie taki z niego rycerz jak ze mnie matematyk. Już mama z babcią potrafią zadbać o odpowiedni profil charakterologiczny… Ale trudno, tak czy siak muszę wziąć udział w tej farsie, bo mi spokoju nie dadzą. Najgorsze, że przez to całą sobotę będę mieć skopaną — westchnęła z żalem.

— Czyli co, rozumiem, że od razu was zaręczą? — zażartowała Julka.

— Aha — uśmiechnęła się Lodzia. — A za tydzień ślub. No coś ty, Jula, ja właśnie mam nadzieję, że nie będą forsować, tylko dadzą mi trochę czasu na tak zwany rozwój uczucia. Liczę na chociaż rok świętego spokoju, dopiero potem się zacznie, jak już będą się zbliżać moje dwudzieste urodziny. Akurat skończę kursy gospodarcze, znaczy nie, przepraszam… mój kompleksowy kurs przygotowawczy do małżeństwa. Na razie mam pretekst, że jeszcze nie jestem gotowa, chociaż osiemnaście lat skończone, więc odpowiedni wiek już osiągnęłam — zaśmiała się, odrzucając na plecy swój długi warkocz.

— Ale jazda! — szepnęła z rozbawieniem Julka.

— Myślałam, że odczepią się, jak nie będzie na horyzoncie żadnego kandydata — ciągnęła wesoło Lodzia. — I zadbałam o to, żeby go nie było. Ale teraz widzę, że wcale im nie przeszkadza moja bierność w szukaniu męża i biorą sprawy w swoje ręce.

— Ty, ale z tego przecież mogą być niezłe jaja! — zawołała Julka. — Jak to się rozkręci, to będzie można boki zrywać… O żesz! — dodała, bo właśnie mocny podmuch wiatru zerwał jej z szyi zbyt luźno zawiązaną apaszkę, która pofrunęła jak kolorowy motyl i zawirowała na ziemi pod nogami stojącego na przystanku tłumu.

Jedna z osób stojących na przystanku rzuciła się natychmiast na ratunek apaszce — był to znany im ze szkoły Szymon z sąsiedniej klasy maturalnej, którego od lat często tu spotykały, gdyż jeździł do domu w tym samym kierunku, choć innym autobusem. Chłopak skoczył ofiarnym susem, podniósł apaszkę i przyniósł ją Julce.

— Cześć, dziewczyny. Widzisz, Jula, znowu coś zgubiłaś… Ja ostatnio tylko chodzę za tobą i zbieram różne fanty.

— Cześć — uśmiechnęła się Julka, biorąc chustkę z jego ręki i natychmiast wiążąc ją sobie na szyi. — Dzięki. Rzeczywiście, ostatnio coś mi wszystko z rąk leci…

Zaśmiali się wszyscy troje na wspomnienie sytuacji sprzed kilku dni, kiedy to na długiej przerwie Julka, smarując sobie ręce kremem, upuściła go tak niefortunnie, że okrągłe opakowanie poleciało po szkolnym parkiecie aż pod schody, stoczyło się na nie i odbijając się od kolejnych stopni, spadło wprost pod nogi wchodzącego na górę z kolegami Szymona.

— No nic, lecimy, podjeżdża nasz autobus! — rzuciła Julka. — Dzięki, Szymek, jakby co, to liczę na ciebie i następnym razem! — zaśmiała się, puszczając do niego porozumiewawcze oko.

Wskakująca za nią do autobusu Lodzia pochwyciła biegnący za przyjaciółką dziwny wzrok chłopaka, jednak już w następnej chwili zapomniała o tym, usiłując znaleźć sobie miejsce w straszliwym ścisku, jaki panował wewnątrz pojazdu. Była godzina szczytu i autobus był tak przeładowany, że przez całą drogę nawet nie mogły porozmawiać. Dopiero kiedy wysiadły na przystanku przy swoim osiedlu, mogły wrócić do przerwanego wątku.

— No dobra, Lodźka, ale jak one sobie wyobrażają, że cię do tego zmuszą? — zapytała wesoło Julka. — Zaręczą cię z nim na siłę, a potem końmi zaciągną do ołtarza?

— Nie wiem, jak one to widzą, ich sprawa — wzruszyła ramionami Lodzia, zakładając z powrotem zdjęte w autobusie rękawiczki. — Ależ zimno się zrobiło, nie? Dobrze, że wzięłam rano te rękawiczki… Ja o takich rzeczach jak małżeństwo nie mam zamiaru myśleć co najmniej do skończenia studiów i będę im to musiała w końcu uświadomić. Będzie oczywiście awantura, gorzej niż o te moje dżinsy w pierwszej klasie, ale cóż, trudno… Na razie wolę mieć spokój, więc się nie rzucam, pomartwię się tym, jak już naprawdę postawią mnie pod ścianą. To są w sumie niegroźne wygłupy, i tak mnie do niczego nie zmuszą. Głowę tylko zawracają, jak zwykle.

— Ale muszą mieć przecież jakiś plan zastępczy na wypadek, gdybyś nie chciała się podporządkować — zauważyła rozbawiona Julka.

— E, nie sądzę. One myślą, że od razu się w nim zakocham, wiesz, tak sama z siebie.

— Kto wie? — uśmiechnęła się Julka.

— Oj, Jula, przestań — machnęła ręką Lodzia. — Przecież wiesz, że mnie to w ogóle nie bierze. Chyba mam jeszcze blokadę. Oczywiście im to zupełnie nie przeszkadza, są z góry przekonane, że ich kandydat na pantoflarza z miejsca powali mnie na łopatki. A ja tylko tracę czas… Już mam wystarczająco dużo tych ich kursów, do tego matura, a one mi jeszcze będą organizować podwieczorki zapoznawcze. Kręćka można dostać!

— No, ale co chcesz, taki pantoflarz to niegłupia sprawa, może mieć swoje dobre strony — zażartowała Julka, trącając ją lekko łokciem. — Taki byłby grzeczny, fajniutki, mogłabyś nim sterować, robiłby, co byś mu kazała…

— Jasne! — parsknęła śmiechem Lodzia. — O niczym innym nie marzę jak o sterowaniu jakimś patałachem! Zresztą to by wcale tak nie wyglądało, Jula. On robiłby nie to, co ja bym mu mówiła, tylko to, co one by mu kazały. Pomyśl, kto zarządza kasą? Przecież to jakiś student, sam jeszcze nie zarabia, a kto płaci, ten rządzi, nie? Moja mama, jego mama… brr, teściowa! Nawet nie chcę o tym myśleć. Już wolę, żeby mi moja własna ględziła za uszami o tym staropanieństwie. To zdecydowanie mniejsze zło.

Nowy pomysł Wielkiej Triady już nawet nie tyle ją denerwował, co napełniał ją rezygnacją. Od ponad roku zapobiegliwe kobiety przygotowywały jedyną córę rodu Makówków do przyszłego zamążpójścia, wysławszy ją na cztery praktyczne kursy: dziergania na drutach i szydełkowania, przygotowywania przetworów domowych, udzielania pierwszej pomocy oraz oszczędnego gospodarowania rodzinnym budżetem. Kursy te były prowadzone (każdy raz w tygodniu) przez zaprzyjaźnione sąsiadki i zorganizowane indywidualnie dla Lodzi na prośbę Mamusi. Dziewczyna uczestniczyła w nich bez protestów, uznawszy, że po pierwsze nie ma sensu marnować energii na wykłócanie się o bzdury i lepiej zachować ją na poważniejsze okazje, a po drugie, obiektywnie rzecz ujmując, każda z tych umiejętności rzeczywiście była bardzo praktyczna i kiedyś mogła jej się przydać.

Tak było na przykład z kursem pierwszej pomocy prowadzonym przez panią Bednarkową, emerytowaną pielęgniarkę z Czeremchowej dwanaście. W początkowym mniemaniu Lodzi ćwiczenie sztucznego oddychania i opatrywania ran na szmacianych lalkach wnuczki sąsiadki wyglądało absurdalnie, ale kiedy któregoś dnia Tatuś, z którym akurat była sama w domu, skaleczył się dość poważnie przy przycinaniu żywopłotu, a ona szybko i sprawnie zatamowała krew i opatrzyła mu ranę, korzystając z przećwiczonych na kursie schematów, doceniła szczerze tę umiejętność i przestała się buntować nawet w duchu.

Na rozkaz Babci, która uznała, iż panna na wydaniu powinna — jak za dawnych, dobrych czasów — wykazywać się wszechstronnym obyciem światowej damy, edukacja została uzupełniona o kurs tańca towarzyskiego. Ponieważ sąsiadki na szczęście akurat na tym się nie znały, Lodzia została skierowana do mieszczącej się w sąsiedniej dzielnicy profesjonalnej szkoły tańca, w której (również raz w tygodniu) pod okiem zawodowego instruktora opanowywała tajniki walca, tanga, rumby, cha-cha i fokstrota. Tu trzeba zaznaczyć, że choć z początku była załamana niedorzecznością tego pomysłu, z czasem coraz bardziej zaczęła się w to wciągać, a w ostatnich miesiącach brała udział w lekcjach już z przyjemnością, która rosła wraz z jej umiejętnościami tanecznymi.

Faktem było niemniej, że uczestnictwo w kursach poważnie obciążało jej plan dnia, i tak już wypełniony po brzegi szkołą, więc choć starała się do całej sprawy podchodzić z humorem, myśl o kolejnych aktywnościach i atrakcjach, jakie miała zamiar zapewnić jej Wielka Triada, wywoływała na dnie jej duszy naturalny odruch buntu.

— Nie wiem, dlaczego ja zawsze muszę być taka nienormalna, Jula — westchnęła, kopiąc czubkiem buta jakąś starą, rozpłaszczoną na chodniku łupinkę od kasztana. — One mnie kiedyś nerwowo wykończą. Nie ma opcji, żeby raz na dwa miesiące nie wymyśliły czegoś genialnego, a ja muszę tylko dyplomatycznie odpierać ataki i minimalizować straty.

— Dobra, na razie poczekaj do soboty — poradziła jej Julka. — Jeśli ten chłopak nie jest całkiem do bani, to może jeszcze na tym zyskasz… Ha! Ale pomyśl tylko! — zawołała nagle z nutką złośliwości w głosie. — Grzelo przecież się załamie, jak dowie się, że masz narzeczonego!

Lodzia rzuciła przyjaciółce lodowate spojrzenie.

— Jula, prosiłam, żebyś nie mówiła mi o nim, kiedy wracamy do domu. Już mi wystarczy, że muszę znosić go w szkole.

— Jak wam wyszła dzisiejsza rozmowa na osobności? — zaśmiała się Julka.

— Oj, weź daj spokój, nawet mi nie przypominaj…

Grzelo, wysoki, rudawy blondyn o zresztą całkiem przystojnej twarzy, był kimś w rodzaju klasowego pajaca, który jednych kolegów bawił, innych zaś irytował swoim spontanicznym zachowaniem, niewyparzoną gębą i ciągłym podpadaniem nauczycielom. Lodzia była początkowo w grupie, którą to bawiło, jednak w trzeciej klasie szybko zmieniła front, gdyż właśnie wtedy Grzelo zaczął niespodziewanie wykazywać coraz większe zainteresowanie jej osobą. Był przy tym tak szczery i wylewny, że wkrótce cała szkoła wiedziała, iż Grzelo kocha się na zabój w Lodzi, co oczywiście niezwykle bawiło towarzystwo.

Romantyczny adorator wielokrotnie prosił swą bogdankę na stronę (co za każdym razem wywoływało na korytarzu wielki wybuch wesołości), by za jakimś załomem korytarza albo za palmą stojącą pod oknem holu wyznawać jej swe płomienne uczucia. Zainspirowany niewątpliwie przysłowiem o kropli drążącej kamień, zupełnie nie przejmował się tym, że odpowiedź Lodzi była zawsze jednoznacznie negatywna i zresztą z góry wiadoma. Dziewczyna dość już miała tłumaczenia swemu nieszczęsnemu zalotnikowi, że choćby na głowie stanęła, nie jest w stanie odwzajemnić jego namiętności, nie docierały do niego żadne argumenty, nie pomagał ani poważny ton rozmowy, ani asertywna złość i foch. Choć niejednokrotnie i w coraz mniej wybrednych słowach kazała mu się odczepić, on nadal upierał się przy swym wiernym uczuciu, budząc tym w klasie czwartej A z jednej strony wielki ubaw, z drugiej jednak już po pewnym czasie szczere współczucie dla Lodzi.

— Ale ty wiesz co… to jest myśl! — zawołała w olśnieniu Julka. — Jak już będziesz wiedziała, jak ma na imię ten twój kandydat, rozgłosimy w szkole, że jesteś zaręczona, i będziesz miała Grzela z głowy!

Lodzia zatrzymała się na środku chodnika i popatrzyła na nią z uznaniem.

— Niegłupie, Jula — przyznała. — O tym nie pomyślałam… Taki parawan nie byłby od rzeczy, miałabym wreszcie święty spokój.

— I na studniówkę by ci się przydało — dodała Julka. — Grzelo jeszcze cię nie zapraszał?

— Jak to nie? Już z pięć razy — machnęła ręką Lodzia. — Masz rację… to brzmi całkiem logicznie. Przecież to jasne jak słońce, że mama każe mi iść na studniówkę z tym ich kandydatem, a to jest w sumie bardzo wygodne rozwiązanie! Nawet jeśli okaże się, że ten chłopak to jakaś fujara… Miałam i tak rozejrzeć się za kimś neutralnym do towarzystwa, bo Grzelo by mi nie dał żyć, a tu patrz, akurat mi się trafia.

Podbudowana nieco tą wizją, jaśniej pomyślała o całej sprawie i uzbroiwszy się metodycznie w odpowiednią dozę poczucia humoru, postanowiła rzeczywiście spokojnie poczekać do soboty. Na wieczór był zaplanowany uroczysty podwieczorek, na którym miał jej zostać przedstawiony tajemniczy kandydat na narzeczonego, o czym Wielka Triada poinformowała ją zaledwie wczoraj. Podekscytowane kobiety nie powiedziały jej jednak o nim niemal nic (Lodzia podejrzewała z rozbawieniem, że chodziło o wywołanie w niej tym głębszego zaintrygowania jego osobą), za to zajęły się pełną parą przygotowywaniem imprezy, omawiając w szczegółach wykwintne menu i czyszcząc na lustro srebrne łyżeczki do herbaty z rodzinnej zastawy.

„Niech im będzie” — pomyślała Lodzia, czesząc wieczorem włosy przed spaniem. — „To przecież tylko kolejne wygłupy w rąbniętej rodzinie Makówków. Jestem dorosła, do niczego mnie nie zmuszą, po co się wykłócać z mamą i zatruwać sobie krew? Wystarczy po prostu grać na zwłokę. Co prawda to będzie gra na parę lat, ale trudno… Na początek spławię jakoś po cichu tego kandydata, oczywiście dopiero po studniówce, jak już nie będzie mi potrzebny. Będą musiały szukać mi drugiego, to im zajmie trochę czasu, a ja tymczasem spokojnie sobie postudiuję. Po dwudziestych urodzinach powinny się odczepić, bo tradycja i tak weźmie w łeb, będą tylko jęczeć w kułak nad moim staropanieńskim losem, ale to się da wytrzymać… Jeśli dobrze rozegram sprawę, będę mieć względny spokój do końca studiów, a potem się pomyśli, co dalej… Może zresztą gdzieś po drodze spotkam mojego prawdziwego Rycerza?”

Lodzia nie robiła sobie złudzeń co do zalet delikwenta, którego wybrała dla niej trzyosobowa bojówka żeńska rodu Makówków. Wszak głównym kryterium było to, by dobrze nadawał się na pantoflarza… Ona tymczasem, sama obdarzona niezbyt mocnym charakterem, od lat czuła, że gdyby miała się z kimś związać, musiałby to być prawdziwy facet, silny, charakterny i mający swoje zdanie, o, taki choćby gość z jajami jak wuj Edward. Ktoś, na kim mogłaby się oprzeć, a nie kto bez przerwy opierałby się na niej…

Była to niemniej tylko jedna strona medalu. W cichych marzeniach Lodzi jej hipotetyczny przyszły wybranek tylko z zewnątrz miał być owym twardym wojownikiem o niezłomnym charakterze, bowiem pod tą maską powinien skrywać czułe, wierne serce, które odda jej w całości i na wieki, by następnie dokonywać dla niej mnóstwa wielkich czynów i poświęceń. Rycerz ów powinien być przy tym szlachetny, dobrze wychowany, szarmancki, czarujący, elokwentny, piekielnie inteligentny i oczywiście zabójczo przystojny, a do tego posiadać namiętną naturę, wyostrzone poczucie humoru i zdrowy dystans do absurdów tego świata. Lodzia zdawała sobie wprawdzie sprawę z tego, że wymagania te są zbyt wyśrubowane, by wszystkie naraz mogły znaleźć odzwierciedlenie w jakimkolwiek osobniku z krwi i kości, ale uznawała, że jest to po prostu ideał, który musi przecież istnieć w jej głowie jako punkt odniesienia, a w razie czego będzie mogła z czegoś tam zrezygnować.

Niestety, jak dotąd nie spotkała nikogo, kto choć częściowo przypominałby ten ideał, a jedynym jej zadeklarowanym wielbicielem był nieszczęsny Grzelo, którego umizgi coraz bardziej działały jej na nerwy. Pomysł Julki dotyczący wykorzystania tajemniczego kandydata na narzeczonego w funkcji parawanu zasłaniającego ją od Grzela był rozsądny i to właściwie rozwiało w duszy Lodzi główne wahania i rozterki. Czekała zatem na sobotni podwieczorek ze względnym spokojem i nawet lekkim zaciekawieniem, licząc na to, że może przynajmniej nie wpadnie z deszczu pod rynnę.


Oficjalna prezentacja przyszłego adoratora Lodzi miała się odbyć o osiemnastej w salonie. Na pół godziny przed ceremonią sprowadzono już tam jego osobę, kategorycznie zabraniając córce rodu schodzenia na dół, by przypadkiem nie ujrzała go przed czasem.

— Jasne, ciociu, umieram z ciekawości — odburknęła niechętnie Lodzia na wylewne wyjaśnienia Ciotki. — Normalnie chodzę po ścianach…

Ciotka Lucy otrzymała bojowe zadanie nieodstępowania jej na krok, zapewne na wypadek, gdyby dziewczyna, wiedziona naturalną, kobiecą ciekawością, zakradła się w okolice salonu, by podejrzeć niespodziankę przez dziurkę od klucza. Tajemniczy kandydat siedział tam pod pieczą swej matki, a przyszłej teściowej Lodzi, która przy wytwornym apéritif rozmawiała z Babcią i z Mamusią, snując świetlane wizje na temat przyszłości młodej pary.

Ciotka zajęła się tymczasem pracochłonnym zaplataniem dobieranego warkocza z długich włosów Lodzi. Warkocz ów, niejednokrotnie uwieczniany na fotografiach panien Makówkówien, które Lodzia znała z rodzinnych albumów, stanowił majstersztyk fryzjerskiej finezji i pleciony był na najważniejsze uroczystości rodzinne. Wycierpiawszy podczas tej operacji istne męki, gdyż Ciotka przez ponad kwadrans bez pardonu ciągnęła ją za włosy, dziewczyna miała już serdecznie dość upojnego podwieczorku, zanim ten w ogóle się rozpoczął.

Decyzją komisji składającej się z Mamusi i Babci ubrana była dziś w długą, welurową suknię w kolorze turkusowym, która co prawda świetnie podkreślała obcisłym krojem górnej części jej zgrabną sylwetkę, a kolorem jej wyraziste, niebieskie oczy, ale z racji okazałych falban zdobiących jej dolną część, była ciężka i niewygodna przy chodzeniu. Lodzia nie miała jednak wyboru — dbająca o jak najkorzystniejszą prezentację córki Mamusia nie akceptowała dziś w tej kwestii ani słowa dyskusji i na uroczysty wieczór młoda Makówkówna musiała posłusznie przeistoczyć się w dziewiętnastowieczną pannę na wydaniu. Znosiła to ze stoicką rezygnacją, choć nie bez podskórnej irytacji, a jedynym pocieszeniem było dla niej to, że w poniedziałek opowie wszystko Julce i będą mogły razem się z tego pośmiać.

Wreszcie nadeszła chwila zejścia na dół i poznania tajemniczego królewicza.

— Sama zobaczysz, jaki jest przystojny — szepnęła zachęcająco Ciotka Lucy, wpychając Lodzię dyskretnym gestem do salonu.

Pokój był dziś wyjątkowo wypełniony ludźmi. Zazwyczaj większe uroczystości odbywały się w kameralnym gronie najbliższych członków rodziny, czasami dopraszano tę czy inną sąsiadkę, ale takiej wystawnej imprezy jak dziś Lodzia dawno w tym domu nie widziała.

Na kanapie siedziały dwie najważniejsze persony, mianowicie Mamusia jako pani domu oraz jej główny gość czyli teściowa in spe, kobieta ani na pierwszy, ani na drugi rzut oka nie budząca zbyt ciepłych uczuć. Sucha, koścista, z zaciętym wyrazem twarzy świadczącym o tym, że rządzi w swoim domu twardą ręką, trzymała w dłoni filiżankę, z której popijała herbatę drobnymi łyczkami, zwijając usta w wykwintny rulonik. Na ustawionym tuż obok fotelu zasiadła Babcia, zaś po drugiej stronie długiego stołu, na skromnie umieszczonych pod oknem krzesłach przycupnęli dwaj panowie, czyli Tatuś Lodzi, szczupły mężczyzna o łagodnej twarzy i delikatnie już siwiejących jasnych włosach, oraz ojciec dzisiejszego kandydata, człowiek przysadzisty, flegmatyczny i, sądząc po zachowaniu, wyjątkowo małomówny. Obydwaj siedzieli spokojnie, zajęci wymianą grzecznościowych półsłówek, zaś ich głównym zadaniem było nieprzeszkadzanie w prowadzonej przez żeńską bojówkę ceremonii.

Kandydat na narzeczonego został umieszczony na krześle obok swej matki, prawdopodobnie po to, by mogła mieć go nieustannie na oku. Siedział tam sztywno wyprostowany, grzeczny, uprzejmy i wyraźnie znudzony… Był to nieco wyższy od Lodzi, przystojny chłopak w wieku studenckim, o regularnych rysach twarzy, piwnych oczach i ciemnoblond włosach, które krótko ścięte z tyłu, z przodu opadały mu w niesfornych falach na czoło. Ubrany był w elegancki, jasnoszary garnitur, w którym prezentował się znakomicie, a w całej swej postawie wykazywał pewien dystyngowany spokój świadczący o dobrym wychowaniu i opanowanych zasadach savoir-vivre’u.

Na widok Lodzi wchodzącej do salonu w eskorcie Ciotki Lucy wszyscy obecni zerwali się na równe nogi. Atmosfera stała się tak gęsta i nadęta, że boleśnie dał się odczuć brak fanfar na powitanie królewny na wydaniu, to jednak zdenerwowanej dziewczynie akurat nie przeszkadzało. Wszystkie spojrzenia natychmiast spoczęły na niej, czego bardzo nie lubiła, ale na co od paru dni była gotowa, postanowiwszy znieść te męczarnie ze stoickim spokojem.

— Jesteś, Lodzieńko! — ucieszyła się Mamusia, podchodząc szybkim krokiem do córki i pociągając ją stanowczym gestem w stronę chłopaka i jego matki. — Bardzo proszę, pani Emilio, to jest właśnie Lodzia, moja córka.

Lodzia ukłoniła się grzecznie i podała rękę swej potencjalnej teściowej, która uścisnęła ją lekko samymi końcówkami zimnych palców, przyglądając jej się krytycznym wzrokiem.

— A to jest Karol — dodała słodko Mamusia, wskazując na chłopaka. — Poznajcie się, moi drodzy.

Lodzia dopiero teraz spojrzała na młodego dżentelmena, wcześniej zarejestrowawszy jego obecność tylko kątem oka. Pierwsze spojrzenie, jakie wymieniają między sobą młodzi ludzie odmiennej płci, nie zawsze przesądza o ich dalszych losach, w tym jednak przypadku wydawało się ono decydujące. Już w pierwszej sekundzie Lodzia wiedziała, że przystojniak ten, choć bez wątpienia sympatyczny, serca jej skraść nie może… Była to intuicja, która towarzyszyła jej od zawsze i ujawniała się w momentach, gdy po raz pierwszy widziała danego osobnika płci przeciwnej — a okazji do spojrzenia w męskie oczy miała przecież mnóstwo. W szkole chłopaków nie brakowało, niektórzy z nich byli równie przystojni jak ów Karol, jednak jeszcze nigdy dotąd serce mocniej jej nie zabiło na widok żadnego z nich. I tym razem nie było inaczej.

Wydawało się przy tym, że pierwsze wrażenie Karola było podobne — spojrzał na nią, owszem, z zaciekawieniem, ale na jego obliczu nie było widać objawów uderzenia pioruna typowych dla chwil, gdy strzała Amora gwałtownie przeszywa ludzkie serce. Choć dziewczyna była śliczna i w swej turkusowej sukni prezentowała się uroczo, prawdopodobnie nie była w jego typie, a ten rodzaj argumentu nie pozwala się zbić w żaden sposób, choćby cały sztab swatek stawał na głowie, by wzniecić w młodych sercach kontrolowane uczucie.

Skonstatowawszy ze spokojem w duszy ten falstart, Lodzia uśmiechnęła się czarująco (ku zadowoleniu obserwującej ją Wielkiej Triady) i pozwoliła uprzejmemu dżentelmenowi ucałować szarmancko swą dłoń (prawidłowe wykonanie tej operacji śledziła z kolei jego matka), a następnie poprowadzić się do stołu.

— Lodzieńko kochana, ponalewaj herbatki — odezwała się dobrotliwym tonem Mamusia. — A potem ukrój ciasta.

Lodzia posłuchała, wiedząc doskonale, że prośba ta ma celu zaprezentowanie przed Karolem, a zwłaszcza przed jego matką, jej dobrego wychowania i umiejętności prowadzenia domu. Nalała herbaty do filiżanek ze skrupulatnością aptekarza i podała ją każdemu wystudiowanym, pełnym dystynkcji gestem, łapiąc przy tym zadowolone spojrzenie Babci. Starała się poruszać i zachowywać bez zarzutu, jednak w głębi duszy czuła się nie jak córka gospodyni, lecz jak wystawiony na sprzedaż koń, który na wybiegu ma zaprezentować potencjalnym kupcom swoje możliwości.

„Niezła akcja” — pomyślała, starając się nie tracić dobrego humoru. — „Jak powiem Juli, na jakim targu niewolnic musiałam wystąpić, to chyba pęknie ze śmiechu. Lodzieńko, ponalewaj herbatki… Lodzieńko, ukrój ciasta… Co prawda ten Karol wygląda całkiem sympatycznie, kto by pomyślał. Za to ta teściowa… brr!”

Matka Karola siedziała sztywno na brzegu krzesła, trzymając w dłoniach filiżankę z herbatą i dyscyplinując syna wzrokiem, który po Lodzi przesuwał się z kolei krytycznie, choć nie bez satysfakcji. Drobna, delikatnej urody dziewczyna o modrych oczach i jasnoblond włosach splecionych w długi, dobierany warkocz, ubrana w wystawną suknię podkreślającą krojem jej szczupłą talię i kształtny biust, lekko zarumieniona z wrażenia, lecz sprawnie nalewająca herbatę i z dystynkcją serwująca ciasto, wydała jej się widać odpowiednia jako przyszły obiekt sterowanych uczuć jej niezrównanego syna.

Rozmowa toczyła się leniwie.

— Lodzia jest teraz w klasie maturalnej — mówiła Mamusia, zwracając się do gości. — Matura w maju, więc właściwie od wakacji będzie wolna.

— Chciałabym mimo wszystko pójść na studia — odezwała się odważnie Lodzia.

Mamusia machnęła tylko ręką.

— Do wakacji skończy też już wszystkie kursy — ciągnęła spokojnie. — I tak mi się właśnie przypomniało z tym tańcem, pani Emilio… Powinni chyba z Karolkiem trochę poćwiczyć, skoro razem pójdą na studniówkę. Prawda, Lodziu? — tu zwróciła się do udręczonej córki, która w odpowiedzi naszkicowała w powietrzu coś na kształt skinięcia głową. — No właśnie. Więc Lodzia chodzi do szkoły tańca na Wertera, tutaj niedaleko, i ja myślę, że można by tam dopisać Karolka, żeby sobie razem potańczyli. Co to się tańczy na tej waszej studniówce, Lodziu? Poloneza?

— Poloneza i potem walca — odparła grzecznie Lodzia.

Mimowolnie przypomniała sobie ostatnią lekcję, na której instruktor pochwalił ją za bezbłędną choreografię walca wiedeńskiego. Przez moment znów poczuła to kołysanie lekkich, tanecznych kroków przy muzyce… Instruktor zatańczył z nią cały układ, a rzadko miała okazję tańczyć z dobrym partnerem, zazwyczaj trafiała na jakiegoś mniej zaawansowanego od niej współkursanta, który niemiłosiernie deptał ją po palcach. Pomyślała, że gdyby Karol rzeczywiście zgrał się z nią w tańcu, studniówka w jego towarzystwie mogłaby jej sprawić nawet pewną frajdę.

— Karolek chodził kiedyś na kurs tańca — oznajmiła cierpko jego matka. — Ale to już było trzy lata temu, więc ja też uważam, że powinien trochę poćwiczyć przed tym balem.

— Poloneza miałem przecież na swojej studniówce — zauważył nieco zmęczonym tonem Karol. — Walca w końcu nie tańczyliśmy, ale uczyłem się go na kursie i nawet nieźle pamiętam.

— No właśnie — uśmiechnęła się promiennie Ciotka Lucy. — Więc pochodzicie sobie razem na ten kurs z naszą Lodzieńką, poćwiczycie… a potem kto wie? Taniec sprzyja rozkwitowi uczuć…

Lodzia spojrzała na nią z politowaniem. Tak grubymi nićmi szyte sugestie były aż niesmaczne. Uznała jednak, że tak czy inaczej wypada jej podjąć rozmowę z Karolem, obok którego usadzono ją przy stole.

— Co studiujesz? — zapytała od niechcenia, sięgając po cukiernicę.

— Stosunki międzynarodowe — odparł z dumą, przysuwając sobie talerzyk z makowcem i sięgając po widelczyk.

— Ciekawe — przyznała uprzejmie. — Na którym jesteś roku?

— Na trzecim. Zaczynam już powoli pisać pracę dyplomową.

— Aha. Fajnie.

— A ty?

— Ja dopiero zdaję maturę w tym roku.

— Tak, wiem — kiwnął głową Karol. — Ale gdzie wybierasz się na studia?

— Myślę o polonistyce.

— O polonistyce? — skrzywił się. — Przecież to zupełnie niepraktyczne…

Lodzia uśmiechnęła się.

— Myślisz, że stosunki są praktyczniejsze?

— Lodzieńko, podaj jeszcze kawałek tego makowca — przerwała jej Babcia. — I usiądź ładnie, dziecko, nie nachylaj się tak nad stołem, plecy prosto.

Lodzia pokręciła głową z miną cierpiętnicy, ale posłusznie wyprostowała się na krześle i sięgnęła po nóż do makowca. Podając Babci zgrabnie ukrojony kawałek ciasta, ukradkiem zerknęła na zegar wiszący nad kominkiem, starając się określić, jak długo jeszcze będzie musiała się tak męczyć. Zbliżała się dopiero dziewiętnasta. Podwieczorek zapoznawczy potrwa niewątpliwie jeszcze z godzinę, trzeba będzie wytrzymać mniej więcej drugie tyle…

— Klocia ma w weekend przygotować te wszystkie dodatkowe dokumenty — mówiła tymczasem do Babci Ciotka Lucy, która skończyła już jedzenie i wygodnie usadowiła się w sąsiednim fotelu. — Skopiujemy i pan mecenas to przejrzy, oceni, czy się przydadzą czy nie. W poniedziałek wszystko mu zawieziemy, już się umówiłam z Klocią na dziewiątą.

„Koniec” — pomyślała z rezygnacją Lodzia. — „Wsiadła na Klocię i mecenasa, mamy pół godziny z głowy.”

Od półtora miesiąca Ciotka Lucy pasjonowała się skomplikowaną sprawą spadkową swojej przyjaciółki Kloci, która uczyniła ją w tej kwestii swą nieodłączną powiernicą. Chodziło o intratną część spadku po stryju ze Szwajcarii, którego cały pozostawiony w Polsce majątek przejęła jedna z kuzynek Kloci na mocy nie do końca wiarygodnych dokumentów. Rzecz była nie tylko zagmatwana, ale i pilna, w związku z czym obie panie co najmniej raz w tygodniu jeździły razem do jakiegoś mecenasa, który zajmował się rozwikłaniem meandrów prawnych sprawy. Za każdym razem dowoziły mu kolejne sterty dokumentów i pracowicie wyszukiwały kolejne, przekopując w tym celu przepastną i — jak zrozumiała Lodzia — pełną skarbów piwnicę Kloci. Od kilku tygodni w domu Makówków rozmawiało się więc albo o zamążpójściu Lodzi, albo właśnie o spadku Kloci, co Lodzia notabene traktowała jako mniejsze zło, choć temat nudził ją do granic możliwości.

— Pan mecenas mówił Kloci, że jest jakaś klauzula, która to reguluje — ciągnęła Ciotka, podczas gdy Babcia kiwała ze zrozumieniem głową. — Może do końca listopada uda się złożyć pismo procesowe. Niby nie ma pośpiechu, ale ta analiza jednak zajmuje dużo czasu…

— A Karolkowi niedawno kupiliśmy samochód — mówiła jednocześnie w drugim końcu salonu kandydatka na teściową Lodzi. — Prawo jazdy ma od osiemnastki, uznaliśmy, że powinien się wprawiać, więc będą mogli z Lodzią jeździć razem na te swoje tańce.

— Czyli będzie po nią podjeżdżał autem! — ucieszyła się Mamusia. — Słyszysz, Lodziu? Będzie ci wygodniej.

— Świetnie, mamo — mruknęła Lodzia, starając się pamiętać o prostych plecach.

Nudziła się jak mops, postanowiła więc znów nawiązać rozmowę z Karolem, zajętym pilnie konsumpcją już trzeciego kawałka wyśmienitego makowca Ciotki Lucy.

— A powiedz mi… — zaczęła.

W tym momencie niczym salwa z armaty zabrzmiał dzwonek u drzwi.

— A któż to się tak dobija? — wzdrygnęła się z niesmakiem Babcia. — Pewnie Matylda spod czwórki, ona nigdy nie nauczy się manier… Lodziu, idź zobaczyć.

Lodzi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Zachwycona niespodziewaną chwilą przerwy w ceremonii, wybiegła do przedpokoju i ufnie odryglowała drzwi. Przygotowana na widok sąsiadki Matyldy czyli swej mistrzyni szydełkowania, kobiety leciwej i z założenia niegroźnej, omal nie zemdlała na miejscu wzorem szlachetnych przodkiń Makówkówien, które według rodzinnych legend zawsze obowiązkowo mdlały w traumatycznych okolicznościach. Właściwie nie wiadomo, jak to się stało, że nie wrzasnęła na całe gardło, chyba po prostu dech jej zaparło na widok, który ujrzała za drzwiami.

Przed nią, na schodkach wejściowych oświetlonych nędznym światłem słabej żarówki stał osobnik płci męskiej w poszarpanym, brudnym od błota ubraniu, z okropnie podbitym okiem i twarzą zalaną krwią. Przytrzymywał sobie przy jednym oku przesączoną już chusteczkę, co wraz z wydatną śliwką pod drugim okiem sprawiało, że rysów jego twarzy nie dało się konkretnie określić. Lodzia zdołała ocenić tylko pobieżnie po sylwetce, że mógł mieć między trzydzieści a czterdzieści lat. Zauważyła też, że jego strój, prezentujący obecnie klasyczny obraz nędzy i rozpaczy, musiał być wcześniej ubraniem dobrej jakości, nie był to więc bezdomny ani żul spod budki z piwem, wyglądał raczej na jakiegoś bandziora świeżo po starciu gangów. Ta ostatnia hipoteza wydała jej się najtrafniejsza, zwłaszcza że kiedy otwierała drzwi, obejrzał się akurat za siebie niespokojnym wzrokiem, jakby go ścigano.

Pomyślała w przestrachu, że za chwilę wplącze się niechcący w jakąś kabałę i że najlepiej będzie chyba zawołać Mamusię. Z drugiej strony skrwawiona fizis delikwenta mogła przyprawić rodzicielkę o atak histerii, a właśnie mieli gości… Zawahała się i jednak postanowiła nie krzyczeć. Wszystko to trwało zaledwie kilka ułamków sekundy. Na szczęście nigdy nie bała się widoku krwi, jednak myśl, że stoi właśnie oko w oko z jakimś być może groźnym przestępcą, sprawiła, że odruchowo cofnęła się o krok. Bandzior zareagował natychmiast i ku jej przerażeniu wskoczył za nią do środka, przymykając drzwi.

— Przepraszam bardzo — odezwał się przyciszonym głosem. — Czy nie miałaby pani czegoś do zatamowania krwi? Jakiś kawałek chusteczki, ręcznika, cokolwiek…

— Oszalał pan? — odszepnęła z furią Lodzia, odzyskując głos. — Gdzie się pan pakuje, do cholery! Proszę stąd natychmiast wyjść!

Mówiąc to, podniosła głowę i popatrzyła na niego wzrokiem ciskającym pioruny, zmrożona dodatkowo makabrycznym widokiem z bliska jego obitej gęby.

— Lodziu, kto to? — dobiegł z salonu głos Mamusi.

Głos ten, choć raczej przyjazny i przyciszony z racji odległości, sprawił, że mocno już zdenerwowaną dziewczynę ogarnęła gwałtowna panika. No, niech teraz Mamusia zobaczy tu tego bandziora, niech się tylko zorientuje, że wysłana do otwarcia drzwi córka pozwoliła mu wejść do środka! Należało się go natychmiast pozbyć! Spojrzała na niego w popłochu, zamierzając czym prędzej wypchnąć go z powrotem za drzwi, ale bandzior stał nieruchomo jak wryty w podłogę i z jego zachowania wywnioskowała, że prędzej da się zabić, niż wyjdzie teraz na zewnątrz — bez wątpienia ktoś go musiał ścigać.

„Pewnie chce się tu zabunkrować” — pomyślała z przestrachem. — „Przeczekać, aż ci, co go gonią, pójdą sobie, i dopiero wtedy wyjść. Jak go zacznę wypychać, to jeszcze mnie udusi… Ale nie, bez przesady, niedoczekanie, ja nie będę bunkrować żadnych bandziorów!”

— Proszę się wynosić! — wysyczała z irytacją.

Bandzior drgnął, ale nadal stał nieruchomo w miejscu, patrząc na nią jakimś dziwnym wzrokiem. Tymczasem płynęły cenne sekundy.

„On stąd nie wyjdzie, póki tamci się tu kręcą, to jasne” — rozumowała w panice Lodzia. — „Za pięć minut już pewnie sobie pójdzie bez problemu… ale nie teraz! Co robić? Ja się z nim bić nie będę, załatwiłby mnie jednym chwytem. Babcia dostanie zawału…”

Świadoma tego, że nie ma najmniejszych szans wygrać z bandziorem w siłowej przepychance, na myśl o dantejskim piekle, jakie za chwilę się rozpęta, jeśli ktokolwiek z domowników wejdzie do przedpokoju i zobaczy to krwawe widmo, Lodzia rozejrzała się rozpaczliwie i w panicznym zaniku władz umysłowych podjęła dramatyczną decyzję. Otworzyła przepastną szafę pod schodami, w której przechowywane były szczotki, wiadra, mopy, szmaty do podłogi i wszelkiej maści produkty chemiczne służące do utrzymywania czystości, po czym nie próbując już nawet myśleć logicznie, złapała za ramię i wepchnęła tam jakąś nadludzką siłą bandziora, który w osłupieniu stawił jedynie przez krótki moment symboliczny opór.

— Proszę tu cicho siedzieć! — rzuciła za nim w czeluść szafy rozkazującym szeptem. — Nie ruszać się! Nie gadać! Nie oddychać!

— Lodziu! Odpowiadaj! Kto przyszedł? — w głosie Mamusi zabrzmiała nuta irytacji. — Lucynko, idź zobacz, co się tam dzieje…

Ledwie spanikowana dziewczyna zdążyła zatrzasnąć drzwi od szafy i długim susem odskoczyć jak najdalej od schodów, gdy do przedpokoju wparowała Ciotka Lucy.

— Lodziu! Dlaczego się nie odzywasz, jak cię matka woła? Kto to był?

— N… nie wiem — wydukała niepewnie Lodzia, usiłując za wszelką cenę dojść do siebie. — Jakiś człowiek… Pytał, czy mam chusteczkę.

— Jaką znowu chusteczkę? — Ciotka Lucy przyjrzała jej się nieufnie. — O co tu chodzi?

— Nie wiem — odparła już nieco spokojniej. — Prosił o chusteczkę.

— I dałaś mu?

— Nie.

— Dziwne — pokręciła głową Ciotka. — Poszedł już sobie chociaż?

Lodzia kiwnęła tylko niewyraźnie głową, gdyż jawne łgarstwo nie chciało jej przejść przez gardło. Ciotka Lucy popatrzyła z niezadowoleniem na uchylone jeszcze drzwi wyjściowe, wzdrygnęła się lekko, podeszła do nich, zatrzasnęła, po czym ku przerażeniu Lodzi przekręciła klucz w zamku, wyjęła go i schowała sobie do kieszeni.

„No to koniec” — pomyślała zdruzgotana dziewczyna. — „Katastrofa, mogiła… i amen!”

— Wracamy do gości — syknęła Ciotka, ciągnąc ją stanowczym ruchem za rękaw w stronę salonu, a drugą ręką gasząc światło w przedpokoju.

Na ostatnim zakręcie Lodzia rzuciła jeszcze niespokojne spojrzenie w stronę ciemnych już teraz schodów, nie dobiegał jednak stamtąd żaden dźwięk. Wróciły do salonu.


Przez długie chwile Lodzia usiłowała ochłonąć i względnie skomponować twarz. Dopytywana o wydarzenia z przedpokoju próbowała bagatelizować, ale czuła, że jej ruchy zdradzają niepokój, miała wrażenie, że wszyscy widzą, że siedzi jak na szpilkach. Wreszcie po kilku minutach dali jej spokój i wrócili do przerwanej konwersacji, zostawiając jej odrobinę czasu na zastanowienie. Myśl, że właśnie schowała jakiegoś skrwawionego, nie wiadomo jak ciężko rannego gangstera w szafie na szczotki, porażała ją niemal do nieprzytomności.

„A niech to szlag!” — myślała w panice. — „Oszalałam chyba! Po cholerę ja go bunkrowałam? Trzeba było wrzeszczeć od razu, co mnie obchodzi, że one by się zleciały… Przecież to jakiś bandzior! Boże drogi, co mi odwaliło!”

Nie miała wątpliwości, że prędzej czy później zrobi się z tego gigantyczna awantura. Albo zamknięty w szafie bandyta zaraz ochłonie z pierwszego szoku i zacznie się dobijać, albo (co gorsza!) wykrwawi się pod tymi schodami na śmierć. W jednym i w drugim przypadku jej sytuacja była beznadziejna. Jeśli uwięziony gangster zacznie się za chwilę domagać wypuszczenia ze schowka, wybuchnie wielki skandal i całe odium spadnie oczywiście na nią, gdyż to ona będzie musiała wytłumaczyć, jakim cudem się tam znalazł. Przecież nawet idiota by się domyślił, kto go tam zamknął… Jeśli zaś wykrwawi się i wyciągnie nogi w towarzystwie szczotek i mopów Ciotki Lucy, to co ona, do licha, zrobi z ciałem?! Zostawi je na noc w szafie? Ciotka przecież jutro zajrzy tam po szczotkę, znajdzie skrwawionego trupa i sama dostanie zawału… A policja już ma swoje sposoby, żeby ustalić, kto go tam wpakował, ostatecznie i tak wszystko będzie na nią!

„I w dodatku zabroniłam mu oddychać!” — przypomniała sobie zdruzgotana. — „No jasne, on się tam wykrwawi i udusi, ile tam może być powietrza, pewnie niewiele… To już chyba lepiej, jakby jednak zaczął się drzeć…”

Z przedpokoju nie dobiegał jednak żaden hałas. Rozmowa przy stole spokojnie toczyła się dalej, Karol stoicko konsumował makowiec, zaś Lodzia, nie mogąc z nerwów usiedzieć na jednym miejscu, biegała wokół stołu i dokładała wszystkim ciasta oraz dolewała herbaty bez względu na to, czy tego chcieli czy nie. Upływały długie, niemiłosierne minuty, podczas których jej myśli biegły tylko w jedno miejsce — do szafy pod schodami. Co robi teraz bandzior? Czy jeszcze żyje? Może siedzi tam tak cicho, bo właśnie stracił przytomność? Przecież to nienormalne, żeby nie krzyczeć i nie żądać wypuszczenia z ciasnej i ciemnej kryjówki, powinien mu się już włączyć instynkt samozachowawczy!

Władowawszy stanowczym gestem ostatni kawałek ciasta na talerz Tatusia, Lodzia spojrzała w nagłym olśnieniu na pustą tacę.

— Może przyniosę jeszcze kawałek makowca z kuchni? — zaproponowała, starając się, by jej głos zabrzmiał naturalnie i obojętnie.

— A tak, Lodzieńko, przynieś — skinęła głową Ciotka Lucy, zadowolona, że makowiec, jej wielki specjał, tak bardzo wszystkim posmakował. — I jeszcze przynieś drugi nóż, bo ten wytarłam i niech już będzie do sernika.

— Dobrze, ciociu — odparła grzecznie Lodzia i zabierając ze sobą pustą tacę, poszła w stronę drzwi.

Ledwie z dystynkcją przekroczyła próg i zniknęła im z pola widzenia, długim susem (na tyle zwinnym, na ile pozwalała jej welurowa suknia i trzymana w rękach taca) rzuciła się w stronę schodów i przyłożyła ucho do zamkniętych drzwi od szafy na szczotki. Nie dobiegał stamtąd żaden, nawet najlżejszy dźwięk.

„A niech to!” — pomyślała z niepokojem. — „On się tam chyba naprawdę przekręcił!”

Panika podpowiadała jej, że nawet jeśli bandzior jeszcze żyje, to długo to nie potrwa, bo ma coraz mniej powietrza i ciągle traci krew, która zaraz pewnie zacznie wyciekać przerażającą strużką spod drzwi schowka na szczotki. Trzeba było go stamtąd natychmiast wypuścić i jakoś mu to zatamować! Nie miała jednak na to czasu, wiedziała, że jeśli za chwilę nie pojawi się w salonie, ktoś za nią wyjdzie i zacznie jej szukać. No bo ileż czasu można spędzić na wyjściu do kuchni po głupie ciasto?

Poderwała się na tę myśl i w przebłysku przytomności umysłu pobiegła do kuchni, gdzie załadowawszy na tacę wielki kawał makowca wraz z nożem, skoczyła do wiszącej na ścianie szafki, w której panie domu przechowywały wszelkiego rodzaju medykamenty. Zdenerwowanymi ruchami wyciągnęła stamtąd na chybił trafił jakieś gazy, plastry i bandaże, wodę destylowaną i jodynę, owinęła to szybko w ścierkę do talerzy i wyniosła do przedpokoju, kładąc zawiniątko na podłodze przy schodach, tuż obok schowka na szczotki… Następnie biegiem wróciła do kuchni, złapała przygotowaną tacę z makowcem i wyhamowując dopiero przed progiem salonu, spokojnym, dystyngowanym krokiem wniosła ciasto i położyła je na stole. Ponieważ jednak wszyscy mieli już serdecznie dość makowca, nikt się tym specjalnie nie zainteresował.

— Siadaj, Lodziu — poleciła Mamusia, odwracając na chwilę głowę w jej stronę.

Lodzia usiadła zrozpaczona, zastanawiając się w panice nad kolejnym pretekstem, który umożliwiłby jej wyjście z salonu choć na kilka minut.

„Herbata!” — pomyślała w natchnieniu.

— Może doparzę jeszcze herbaty? — zaproponowała, podnosząc się w połowie z krzesła.

— A nie, ja już dziękuję — pokręciła głową matka Karola.

— Ja też — dodała Mamusia i rozejrzała się po reszcie uczestników podwieczorku. — Czy ktoś chciałby jeszcze herbaty?

Nikt się nie zgłosił.

— Nie trzeba, Lodziu — uśmiechnęła się Mamusia i spokojnie wróciła do rozmowy.

Lodzia znów opadła na krzesło zdruzgotana. Jedyną jej myślą było wyciągnąć jak najszybciej bandziora z szafy, nie pozwolić, żeby się wykrwawił, a następnie wypuścić go jakoś z domu i pozacierać ślady.

„Klucz!” — przypomniała sobie. — „Ona przecież zamknęła te cholerne drzwi na klucz!”

Po chwili namysłu uznała jednak, że na razie kwestia zamkniętych drzwi wyjściowcyh ma drugorzędną wagę, bo jeśli bandzior leży w schowku nieprzytomny, to droga ewakuacji i tak nie ma znaczenia… Gorączkowo zastanawiała się, co zrobi w takiej sytuacji. Strach potrafi wyolbrzymić najdrobniejszy szczegół, dlatego teraz była już niemal stuprocentowo pewna, że ukryty przez nią pod schodami gangster jest obecnie w ciężkim stanie uniemożliwiającym mu nawet wzywanie pomocy, i w związku z tym nie ma co marzyć, że wyjdzie stamtąd o własnych siłach. Cucenie zalanego krwią złoczyńcy w tych ciemnych kazamatach pod schodami, i to jeszcze w tajemnicy przed towarzystwem zebranym w salonie, zapowiadało się raczej niewesoło. A jeśli on w ogóle nie da się docucić? Trzeba będzie wezwać pogotowie, być może nawet karawan. Przyjedzie policja, prokurator… Wszystko się wyda, a ona jeszcze pójdzie pod sąd za to, że nie udzieliła mu pomocy!

Lodzia ścisnęła z rozpaczą fałdę turkusowej sukni.

— A o coś chyba jeszcze chciałaś mnie zapytać? — zwrócił się do niej Karol, dojadając ze smakiem resztki makowca z talerzyka.

— Słucham? — ocknęła się. — A tak… to znaczy chyba nie… Nie pamiętam.

Spojrzał na nią zdziwiony jej roztargnionym, niemal dzikim wzrokiem, ale w tym samym momencie musiał gwałtownie usunąć się w bok, ratując swój piękny, jasny garnitur, gdyż Lodzia zdesperowanym gestem sięgnęła po dzbanek z sokiem malinowym (specjalnością Babci) i tak go przechyliła, że cała zawartość wylała jej się na sukienkę. Wszyscy aż podskoczyli.

— Lodziu! — zawołała groźnie Mamusia, niezadowolona z tego niespodziewanego dowodu niezręczności dotychczas tak perfekcyjnie zachowującej się córki. — Uważaj trochę!

— Przepraszam — szepnęła Lodzia, łapiąc nerwowo za serwetkę i usiłując zetrzeć sok z sukienki, co oczywiście z góry było skazane na niepowodzenie.

Ciotka Lucy pokręciła głową.

— Nie ma rady, musisz się przebrać — zawyrokowała, podnosząc się powoli z fotela. — Chodź, dziecko, pójdę z tobą na górę, wybierzemy jakąś inną sukienkę.

— Pójdę sama — odparła skwapliwie Lodzia, usadzając Ciotkę na siłę z powrotem. — Ty sobie posiedź, ciociu, już się tyle dzisiaj nabiegałaś… Ja polecę szybko do siebie na górę, przebiorę się i niedługo wrócę.

— Tylko naprawdę postaraj się szybko — zaznaczyła Mamusia. — Zaraz ma być toast.

— Oczywiście, mamo — pokiwała pokornie głową Lodzia.

Uśmiechając się przepraszająco, wyszła spokojnym krokiem z salonu i skrupulatnie zamknęła za sobą drzwi. Kiedy tylko zniknęła im z pola widzenia, wstąpiła w nią nadludzka energia. Strach przed tym, co znajdzie w schowku na szczotki, paraliżował ją i ściskał za gardło, ale świadomość, że ma ekstremalnie mało czasu, kazała jej działać natychmiast. Nie mogła popełnić błędu. Zebrawszy w dłonie fałdy sukni tak, aby nie krępowała jej ruchów, podbiegła na palcach pod schody i z duszą na ramieniu odblokowała drzwi. Ze schowka nie dobiegał żaden dźwięk. Uchyliła ostrożnie drzwiczki i drętwa z niepokoju szepnęła konspiracyjnie w ciemność:

— Proszę pana!

W ciemności coś się lekko poruszyło. W pierwszej chwili tak ją to przestraszyło, że omal nie wrzasnęła z nerwów na całe gardło, ale opanowawszy się jakoś, poczuła mimo wszystko wielką ulgę. Żył, był przytomny… To oznaczało chociaż jeden kłopot z głowy.

— Niech pan wyłazi! — rozkazała mu stanowczym szeptem. — Tylko cicho, z łaski swojej, niech pan nie wywali jakiejś szczotki!

— Postaram się — odszepnął bandzior, gramoląc się posłusznie.

Mimo że niewątpliwie starał się o nic nie zahaczyć, któreś z wiaderek na mopa przewróciło się z hałasem i potoczyło w głąb schowka.

— Ups, przepraszam — szepnął.

Zdenerwowana prawie do nieprzytomności Lodzia z rozpaczą patrzyła na rozświetlone drzwi salonu, zza których zapewne za chwilę wypadnie pierwsza szpica straszliwej bojówki antyterrorystycznej, czyli Ciotka Lucy… W salonie jednak chyba nic nie usłyszeli, bo drzwi nadal pozostawały zamknięte. Lodzia znów odetchnęła ze względną ulgą, która przywróciła jej częściowo przytomność umysłu.

— No, niechże się pan pośpieszy! — szepnęła błagalnie. — Co się pan tak guzdra?!

— Noga mi zdrętwiała — odparł przepraszającym szeptem bandzior i wygramolił się wreszcie ze schowka. — Proszę się nie gniewać, już się wynoszę.

Kiedy wyprostował się i padło na niego odrobinę światła dochodzącego przez szybę zamkniętych drzwi salonu, Lodzia zauważyła, że do pokiereszowanej, zakrwawionej gęby przyciska jedną ze szmat do podłogi Ciotki Lucy.

„No pięknie!” — pomyślała ze zgrozą. — „Po czymś takim sepsa murowana!”

— Zwariował pan? — wyszeptała z oburzeniem, próbując zabrać mu szmatę. — Ścierą do podłogi pan wyciera ranę?

— Wszystko jedno — odszepnął, nie dając sobie odebrać cennego rekwizytu. — Nie mam nic innego, a boję się, że wszystko tu pochlapię…

W tym momencie głosy w salonie jakby się podniosły. Spanikowana Lodzia natychmiast zapomniała o szmacie do podłogi, zamknęła w mgnieniu oka drzwi od schowka, złapała bandziora za ramię i pchnęła go stanowczym gestem na schody.

— Na górę! — rozkazała z desperacją.

— Ale… — usiłował zaprotestować, patrząc na nią zaskoczony.

Nie miała czasu tłumaczyć mu zawiłej historii zamkniętych drzwi wyjściowych, chwyciła szybko do ręki przygotowane wcześniej zawiniątko z opatrunkami i ponownie wskazała mu surowym gestem schody.

— Na górę, powiedziałam! — wycedziła takim tonem, że bandzior natychmiast przestał oponować i nadal przyciskając do twarzy ścierkę do podłogi, ruszył posłusznie po schodach.

Lodzia, której teraz już w każdej sekundzie wydawało się, że oto właśnie otwierają się drzwi salonu, biegła za nim spłoszona, plącząc się co dwa kroki w fałdach swej niewygodnej sukni. Po chwili szczęśliwie dotarli na pierwsze piętro.

— Tutaj! — szepnęła, wpychając go do swojego pokoju.

Wbiegła tam również sama, gorączkowo przekręciła klucz w zamku i z ulgą oparła się o drzwi. Chwilowo była bezpieczna… Ulga jednak szybko ustąpiła miejsca niepokojowi, gdyż dopiero teraz uświadomiła sobie, że oto jest sama w ciemnym pokoju z jakimś obcym facetem — i to prawdopodobnie groźnym przestępcą!

Bandzior stał jak zaklęty na środku pokoju, nie poruszał się, a we wpadającym przez okno bladym świetle odległej latarni widać było tylko, że nadal trzyma przy twarzy szmatę do podłogi Ciotki Lucy. To znów oprzytomniło Lodzię. Podbiegła do swojego biurka, rzuciła na nie ścierkę do talerzy razem z zawartością, zapaliła lampkę i odwróciła się do niego.

Był to wyższy od niej mniej więcej o głowę mężczyzna w trudnym do określenia wieku, który Lodzia po raz drugi oszacowała pobieżnie jako mieszczący się w przedziale między trzydzieści a czterdzieści lat. Wyglądał bardzo nieciekawie, twarz miał brudną, obitą i po prawej stronie mocno zalaną krwią, która sączyła mu się z rozciętego łuku brwiowego i wsiąkała w szmatę do podłogi, krzepnąc także na policzku i szyi. Jednak choć widok był makabryczny, poza tą raną, przynajmniej na pierwszy rzut oka, nie było widać innych poważnych obrażeń. Lodzia, która na dole miała wrażenie, że delikwent jest w znacznie gorszym stanie, pokiwała głową z niejaką ulgą, już drugi raz w życiu gratulując sobie w duchu czynnego uczestnictwa w kursie pierwszej pomocy zapewnionym jej przez Wielką Triadę.

— Niech pan siada — rzuciła cicho, podsuwając mu krzesło i rozwijając ścierkę do talerzy.

Bandzior spojrzał z uwagą na nią, następnie na zawartość ścierki, zawahał się, ale chwilę potem podszedł i usiadł na wskazanym miejscu.

— Zdaje się, że niechcący narobiłem pani jakichś paskudnych kłopotów — powiedział przepraszającym tonem. — Proszę mi wybaczyć.

— Teraz to niech się pan wypcha tymi swoimi skrupułami — mruknęła niezbyt uprzejmie Lodzia, sięgając do szuflady biurka po nożyczki. — Trzeba było wcześniej o tym myśleć. Diabli pana gonili czy co?

— Coś w tym stylu — odparł z lekkim uśmiechem, który jeszcze bardziej wykrzywił mu opuchniętą i skrwawioną twarz. W podbitym oku zapaliła się wesoła iskierka. — Niewykluczone, że uratowała mi pani życie.

— Jasne — wzruszyła ramionami. — Ja bym pana sama nie wpuściła, to pan mi się bezczelnie wpakował do domu. Co to są w ogóle za maniery?

— Rzeczywiście niedopuszczalne — zgodził się. — Wstyd mi strasznie. Ale może jakoś zdołam się zrehabilitować? — dodał, znów próbując się uśmiechnąć.

Lodzia zupełnie zignorowała tę uwagę.

— Dobrze, niech pan to pokaże — rzuciła stanowczo, zakładając plastikowe rękawiczki, które szczęśliwie były dołączone do opakowania z gazą.

Bandzior posłusznie odjął od twarzy zakrwawioną ścierkę, którą Lodzia odebrała mu natychmiast i odłożyła daleko na bok, aby przypadkiem nie przyszło mu do głowy znowu po nią sięgnąć. Następnie pochyliła się nad nim, aby przyjrzeć się ranie. Nie była duża, ale mocno zabrudzona i dalej dość obficie krwawiła. Powtarzając odruchy wyszkolone na kursie pierwszej pomocy, przygotowała roztwór jodyny, rozcieńczając ją w nakrętce wody destylowanej, po czym nalała więcej wody na gazę i wprawnymi ruchami obmyła mu ranę. Wszystkie te czynności wykonywała w milczeniu, skupiona bez reszty na swoim zadaniu, jakby odbywała praktyczną część egzaminu z ratownictwa.

„Najpierw obmyć, potem jodyna” — myślała, starając się zachować spokój i trzeźwość umysłu. — „Trzeba porządnie zatamować tę krew… ale najpierw zobaczmy, czy nie ma innych ran.”

Sięgnęła po nową gazę i kolejną porcję wody, którą wyczyściła część zaschłej już krwi na prawej stronie twarzy bandziora, przyglądając się jednocześnie jego artystycznie podbitemu lewemu oku. Wyglądało na całe i zdrowe, choć oczywistym było, że na kilka tygodni będzie mógł zapomnieć o normalnym wyglądzie. Przyciskając wciąż świeży opatrunek do miejsca nad jego prawym okiem, skąd ciągle ciekła krew, drugą ręką przemyła mu ostrożnie rozciętą wargę, na której również pełno było jakiegoś ziemistego brudu, jakby zaschniętego błota.

„Musiał zaliczyć ostrą sesję glebogryzarki” — pomyślała. — „Nie tylko zarobił w papę, ale jeszcze nieźle go sponiewierali już w parterze. Trzyma się nieźle, udaje twardziela, ale musi go to mimo wszystko boleć…”

— Niech pan przechyli trochę głowę do tyłu — powiedziała nieco łagodniej. — Muszę zobaczyć, czy tu nie ma rozcięcia.

Bandzior posłusznie wykonał polecenie, nie spuszczając z niej uważnego wzroku. Lodzia pochyliła się i przyjrzała się jego podbródkowi, który w słabym oświetleniu wydawał jej się rozcięty, ale po zmyciu z niego dużego skrzepu krwi z ulgą stwierdziła, że nie było tam rany. Znów sięgnęła po świeżą gazę, położyła ją na brzegu biurka i nalała na nią kolejną porcję wody destylowanej, zmuszona posługiwać się jedną ręką, gdyż drugą wciąż tamowała krew cieknącą mu z łuku brwiowego. Prawa część twarzy bandziora była już czysta i nie wyglądała tak źle, opuchnięta była przede wszystkim lewa strona, szczególnie okolice oka.

Stojąc tak nad nim i myjąc mu obtłuczoną gębę, Lodzia odczuła nagle w pełni absurd całej sytuacji, a zza jej zszarpanych nerwów wychyliło się nieśmiało zawsze czujne w takich przypadkach poczucie humoru.

„Nie do wiary” — przebiegło jej przez głowę. — „Takie numery nie zdarzają się naprawdę… Jula padnie w poniedziałek, jak jej to opowiem!”

Uśmiechnęła się do siebie w duchu, sięgając po kolejną gazę. Namoczyła ją wodą i zabrała się za ścieranie z lewego policzka delikwenta skrzepniętych zacieków, starając się nie sprawiać mu bólu w najbardziej obitym miejscu i sprawdzając, czy nie ma tam kolejnych ran.

Bandzior siedział nadal z nieodgadnionym wyrazem oblicza i poddawał się tym czynnościom w milczeniu. Spod usuniętych pokładów brudu i zaschniętej krwi wyłoniła się powoli znacznie konkretniejsza, choć nadal zdeformowana urazami twarz o ciemnych oczach, które nie przestawały wodzić za nią skupionym i jakby zaskoczonym wzrokiem. Jego uwagę wyraźnie przyciągała poplamiona obecnie, jednak wciąż niezwykła turkusowa suknia, która w kompozycji ze staromodnym warkoczem cofała postać Lodzi do epoki dawnych panien Makówkówien. Doskonale wiedziała, że wyglądała dziś, jakby wyszła prosto z jednej z pożółkłych fotografii z rodzinnego albumu, a jeśli dodać do tego zakrwawione plastikowe rękawiczki na rękach, mogła bez wątpienia przywodzić na myśl ponurą Lady Makbet w oryginale. Dla postronnego człowieka z ulicy efekt w istocie mógł być piorunujący.

Przenikliwy wzrok bandziora jednak nieco ją peszył. Starała się więc unikać jego oczu, co w sytuacji, w jakiej się znajdowali, nie było wcale łatwe, i z całej siły skupiała się na wykonywanych czynnościach, jakby ćwiczyła opatrywanie ran na szmacianej lalce pani Bednarkowej. A jednak… to był żywy człowiek i prawdziwa krew, pod palcami czuła ciepłą, szorstką skórę na policzku… Kiedy na moment nieuważnie zahaczyła wzrokiem o jego ciemne oczy, poczuła nagle coś dziwnego, jakby krótki i ulotny, podskórny dreszcz, który przebiegł od jej karku aż po pięty.

„Uwaga!” — pomyślała z zaniepokojeniem, odwracając oczy. — „Coś tu iskrzy, do cholery… Bez numerów, to jest jakiś stary dziad!”

— Muszę to panu zdezynfekować — oznajmiła poważnie, lejąc na gazę rozcieńczoną jodynę.

Już miała przytknąć mu to do rany, ale zatrzymała się.

— Będzie szczypało — ostrzegła.

— W porządku — odparł bandzior tonem człowieka w pełni pogodzonego ze swoim losem.

— Będzie bardzo szczypało — powtórzyła z naciskiem. — I przysięgam, że jeśli pan wrzaśnie, wbiję panu te nożyczki prosto w serce!

Bandzior zrobił przez moment minę, jakby z trudem udało mu się powstrzymać od śmiechu, ale powściągnął się i zachował powagę.

— Nie wrzasnę — obiecał. — Słowo harcerza.

Lodzia przyłożyła mu ostrożnie jodynę do rany. Drgnął, zacisnął mocno powieki i zęby, a twarz wykrzywiła mu się w grymasie cierpienia, wytrzymał jednak, nie wydając z siebie najlżejszego dźwięku.

— Faktycznie, szczypało jak diabli — przyznał z nieskrywaną ulgą, kiedy Lodzia zakończyła dezynfekcję rany.

— To dla pana dobra — wyjaśniła mu uprzejmie. — Po tej szmacie do podłogi jeszcze by się pan nabawił jakiegoś zakażenia…

— Ale już mi to nie grozi, prawda? — uśmiechnął się nieopuchniętą połową twarzy. — Zdaje się, że jestem w dobrych rękach.

Lodzia wzruszyła tylko lekko ramionami, zdjęła skrwawione rękawiczki i nieco już uspokojona przyklejała mu szybkimi ruchami opatrunki, starając się skupić całą swoją uwagę na ich równym i solidnym mocowaniu. Udało jej się chwilowo zatamować krew pod kilkoma warstwami gazy i szczelnych plastrów, ale wiedziała, że to tylko prowizorka.

— Ma pan rozcięty łuk brwiowy — oznajmiła mu, mocując na wierzchu ostatni, największy plaster. — Musi pan pojechać gdzieś na szycie, tego się inaczej nie zatamuje, opatrunki niedługo się przesączą. Urządził się pan tak, że ja tu za wiele nie zwojuję… No, już. Więcej nic nie mogę zrobić.

Bandzior słuchał w milczeniu, nie spuszczając z niej uważnego wzroku. Kiedy skończyła, podniósł się powoli z krzesła i ostrożnie dotknął ręką opatrzonego miejsca.

— Dziękuję — powiedział cicho. — To nieoceniona przysługa. Czy pani jest pielęgniarką?

— Nie — uśmiechnęła się mimo woli. — Dopiero zdaję maturę w tym roku.

— Ach, maturę! — szepnął, jakby zaskoczony.

— Tak, czy coś pana w tym dziwi? — spojrzała na niego z lekką urazą.

— Rzeczywiście, bardzo młodo pani wygląda — przyznał bandzior, przyglądając jej się ciągle z tą samą wytężoną uwagą.

„Co on się tak gapi?” — pomyślała, znów czując, że robi jej się nieswojo. — „To jest aż nieuprzejme… No, ale okej, zgoda, ma prawo się dziwić. Wyglądam dzisiaj jak dziewiętnastowieczna panna Fruzia na balu karnawałowym, takich okazów nie spotyka się na co dzień na ulicy.”

— No i co ja teraz z panem zrobię? — zapytała retorycznie, rozkładając ręce. — Droga odcięta, drzwi na dole zamknięte, a najgorsze, że nie wiem, czy dam radę zdobyć klucz…

— Coś się wymyśli — odparł uspokajającym tonem bandzior. — Znajdziemy jakieś konstruktywne rozwiązanie, proszę się nie martwić. Ja się właśnie cały czas przyglądam i przysłuchuję, bo powiem szczerze…

— Lodziuuuuu! — przerwał mu donośny ryk z dołu.

Sądząc po odgłosach dobiegających zza drzwi, Ciotka Lucy gramoliła się właśnie po schodach na górę. Bandzior spojrzał na Lodzię pytająco, ona na niego ze zgrozą.

— Cholera jasna! — wyszeptała w nagłym zdenerwowaniu. — Niech to szlag trafi!

— Lodziu, co ty tam robisz tak długo? — zasapała Ciotka Lucy pod drzwiami.

Pociągnęła za klamkę. Lodzia na ułamek sekundy zamarła w przerażeniu, usiłując przypomnieć sobie, czy na pewno dobrze zamknęła drzwi, ale te na szczęście nie ustąpiły.

— Przebieram się — rzuciła, starając się zachować spokojny ton głosu. — Zaraz zejdę.

— Ale ileż ty się tam możesz przebierać, drogie dziecko? — jęknęła Ciotka. — Załóżże cokolwiek, przecież czekamy na ciebie z toastem… I otwórz te drzwi, po co ty się tam zamykasz?

— Dobrze, ciociu, jeszcze chwilka — odparła mechanicznie, patrząc w zdumieniu na bandziora, który zgasiwszy w tym momencie stojącą na biurku lampkę, otworzył bezszelestnie okno, wychylił się mocno przez nie i z uwagą rozglądał się na boki.

— No to pośpiesz się, pośpiesz, Lodziu, goście się niecierpliwią — zamamrotała uspokojona już chyba Ciotka Lucy i zrezygnowawszy z pociągania za klamkę, poczłapała z powrotem w dół po schodach. — I zgaś światło na klatce, jak zejdziesz! — zakomenderowała jeszcze z okolic półpiętra.

— Oczywiście, ciociu! — odkrzyknęła pojednawczo Lodzia.

Przez cały ten czas nie odrywała oczu od poczynań bandziora, który cofnął się już z powrotem do pokoju, odwrócił się i spojrzał na nią spod swojego wielkiego opatrunku. Zważywszy, że drugie oko miał podbite, w półmroku wyglądał jak zombie albo ufoludek.

— Tu jest krata od dzikiego wina — szepnął konspiracyjnie.

Lodzia zrozumiała w lot. To był w istocie bardzo inteligentny pomysł. Na zewnętrznej ścianie budynku, po specjalnie skonstruowanej przez Tatusia drewnianej kracie pięły się imponujących rozmiarów pędy dzikiego wina. Lubiła je bardzo, na wiosnę i w lecie cieszyły bowiem oczy swą soczystą zielenią, zaś w początkach jesieni mieniły się przecudną feerią kolorów, od bladej żółci aż po intensywną czerwień i szlachetny fiolet. Obecnie liście opadły na zimę, więc na ścianie pozostały tylko nagie pędy, spod których rzeczywiście wychylała się niewidoczna w innych porach roku krata. Nigdy nie pomyślała, że można by ją potraktować jako awaryjną drogę ewakuacyjną, dlatego tym bardziej doceniła pomysł bandziora. Był jednak jeden problem — zupełnie nie znała parametrów wytrzymałościowych kraty, to było tylko drewno, i to wystawione latami na działanie kapryśnych warunków atmosferycznych. Bandzior był szczupły, ale sporo od niej wyższy i nieźle zbudowany, na oko ważył z osiemdziesiąt kilo, nie było więc żadnej pewności, czy krata wytrzyma jego ciężar.

— Poradzi pan sobie? — zapytała bez przekonania.

W tym momencie niesforna wyobraźnia podsunęła jej przed oczy mrożącą krew w żyłach scenę — bandzior z hukiem spadający z łamiącej się kraty wprost do babcinego ogródka, nadziewający się na sterczące tam gęsto paliki od pomidorów, leżący na grządce ciężko ranny lub, kto wie, nawet martwy, zależy, gdzie by sobie wbił ten palik… Biegnąca do ogródka rodzina, tłocząca się wokół niego w najwyższej zgrozie, zamieszanie, wzywanie pogotowia, a potem straszny, pytający głos Mamusi: „Looodziuuu?!!!”.

— Wie pan co, może jednak lepiej nie — zatrzymała go szybko. — Jeszcze pan stąd zleci.

— Spokojnie — odparł z rozbawieniem. — Dawno już nie ćwiczyłem wspinaczki, odświeżę sobie przy okazji umiejętności. Co prawda bez zabezpieczenia ma się tylko jedną szansę… Ale nawet gdybym spadł, obiecuję, że przed śmiercią nie wrzasnę.

— Bardzo śmieszne — mruknęła Lodzia, z trudem powstrzymując uśmiech.

Bandzior przełożył jedną nogę przez parapet, próbując wyczuć punkt oparcia po drugiej stronie. Chyba go wyczuł, bo właśnie miał się na nim mocniej wesprzeć i szykował się do przerzucenia drugiej nogi, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę w pozycji okrakiem na parapecie. Spojrzał na nią w ciemnościach na wpół porozumiewawczo, na wpół przepraszająco.

— Dziękuję pani… Lodziu — powiedział, schylając lekko głowę w geście uprzejmego ukłonu. — Widzę, że naprawdę narobiłem kłopotów, i zapewniam, że jest mi z tego powodu bardzo wstyd. Jeszcze raz przepraszam panią za to niestosowne najście i za mój naganny brak manier.

Lodzia spojrzała na niego zdziwiona tą niespodziewaną kurtuazją, jak i niskim, przyjemnym dla ucha tembrem jego głosu. Pochwyciła przy tym spojrzenie podbitego oka, na dnie którego znów zaigrały wesołe iskierki, i ku swemu niezadowoleniu po raz drugi poczuła przez moment ten sam delikatny dreszcz biegnący jej po karku.

— Opatrunek już się panu przesącza — zauważyła wymijająco. — Niech pan uważa na tej kracie, ja naprawdę nie wiem, czy to się nie złamie…

— Dam radę — zapewnił ją spokojnie bandzior.

Przerzucił przez parapet drugą nogę i zwiesił się za okno już w całości. Oparty nogami na kracie, przytrzymując się rękami parapetu i ramy okna, przechylił się na bok i spojrzał uważnie w dół, badając teren pod kolejne etapy tej nietypowej drogi ewakuacji. Już miał zacząć schodzić, ale zawahał się jeszcze, spojrzał na nią i jakby coś sobie przypomniawszy, na powrót podciągnął się wyżej.

— Przepraszam, że tak zapytam jeszcze z ciekawości… — zagadnął. — Lodzia to jest zdrobnienie od czego?

Lodzia rzuciła mu mordercze spojrzenie. Było to jedno z najbardziej znienawidzonych przez nią pytań. Wszyscy, dosłownie wszyscy, którzy po raz pierwszy słyszeli zdrobnienie jej imienia, zawsze musieli o to zapytać.

— Od Leokadia — odparła chłodno. — Wygodnie tak panu w tej pozycji wiszącej?

— Leokadia — powtórzył w zamyśleniu. — Ładne, stare imię. Miałem w rodzinie ciotkę Leokadię… Tylko nikt jej akurat nie nazywał Lodzią, mówiliśmy na nią Lea.

Lodzia skamieniała na chwilę. Bandzior nie mógł sobie w żadnym wypadku wyobrazić, w jak czuły punkt niechcący trafił. Lea… jakie ładne, eleganckie zdrobnienie! I tak całkowicie naturalne przy jej imieniu!

— Tyle że dzieci nazywały ją ciocią Leją — dodał z uśmiechem, który znów wykrzywił mu obitą twarz. — A to już nie było zbyt uprzejme.

— I tak chyba wolałabym być Leją niż Lodzią — westchnęła. — Zdrobnienie Lea bardzo mi się podoba… Ale niechże pan już schodzi, przecież mnie tu zaraz oskalpują! — ocknęła się nagle. — Tylko niech pan się nie zrypie z tej kraty, błagam!

Bandzior natychmiast przystąpił z powrotem do działania.

— Oczywiście, przepraszam. Jeszcze raz bardzo dziękuję za pomoc. Do widzenia, pani Leokadio.

— Do widzenia — odparła, wychylając się za nim ostrożnie.

Patrzyła w napięciu, jak zsuwa się po kracie, starając się nie robić hałasu. Na szczęście okno jej pokoju wychodziło na tyły domu, czyli na przeciwną stronę niż okna salonu, w którym obecnie przebywało całe towarzystwo, jednak odetchnęła z ulgą dopiero, gdy bezpiecznie zeskoczył na ziemię. W półmroku widziała, że przemknął jak kot przez babcine grządki, chwycił się gałęzi jabłoni rosnącej w rogu ogródka, podciągnął się na niej na rękach i przy jej pomocy wylądował na krawędzi ogrodzenia. Spojrzał jeszcze w górę, kiwnął do niej ręką, zeskoczył po drugiej stronie i natychmiast zniknął w ciemności.

Dopiero wtedy cicho zamknęła okno i odwróciwszy się, ze zgrozą popatrzyła na leżące na biurku makabryczne rekwizyty pozostałe po opatrywaniu rany. Najbardziej efektowna w tym wszystkim była zakrwawiona ścierka do podłogi… Trzeba to było natychmiast posprzątać! A potem piorunem lecieć do salonu!

W pośpiechu zgarnęła wszystko z biurka, wrzuciła prowizorycznie na dno szafy, otworzyła drzwi i wybiegła na schody. Na półpiętrze przypomniała sobie w samą porę, że wraca na dół w poplamionej sukni, którą przecież miała zmienić, zawróciła więc w popłochu, wpadła do pokoju, wyrwała z szafy pierwszą lepszą sukienkę i zaczęła się szybko przebierać. W połowie zakładania nowej kreacji uświadomiła sobie, że jej morelowy kolor gryzie się tragicznie z turkusowymi pantoflami, które pasowały wyłącznie do tej poprzedniej, jednak po chwili zawahania machnęła na to ręką i skupiła się na skomplikowanej sekwencji wygibasów, które musiała wykonać, aby samodzielnie zapiąć sobie na plecach zamek błyskawiczny. Nie dość, że przeszkadzał jej w tym długi warkocz, tak ściśle zapleciony przez Ciotkę Lucy, że pomimo przerzucania go do przodu uparcie wracał na swoje miejsce na plecach, to dodatkowo zamek zacinał się i blokował na tyle, że drżące ze zdenerwowania i pośpiechu palce nie mogły sobie z nim poradzić.

— Lodziuuuu! — zabrzmiał znów groźny ryk na dole.

Tym razem to była Mamusia i Lodzia wiedziała, że teraz już nie może przeholować. Spocona, trzęsąca się z nerwów, z zapiętym tylko do połowy zamkiem błyskawicznym na plecach, ze zmierzwionym lekko warkoczem, w turkusowych butach wściekle gryzących się z morelowo-łososiowym kolorem sukienki, zeszła wreszcie na dół.

Wszyscy zamilkli wobec ponownego, efektownego wejścia do salonu głównej bohaterki wieczoru, której wciąż ożywiona rumieńcem zdenerwowania twarz wzbudziła dyskretny niepokój Wielkiej Triady. Oczywiście nie uszło uwadze dziewczyny, że Mamusia piorunuje ją wzrokiem, Babcia jest u progu zawału serca, a Karol gapi się na nią z półotwartymi ustami, jednak nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. W tej bowiem sekundzie pochwyciła coś znacznie gorszego — krytyczne i niezadowolone spojrzenie teściowej in spe. Spojrzenie to niemal fizycznie uderzyło ją w twarz, pomyślała przelotnie, że teściowe są zdecydowanie jednym ze słabszych wynalazków cywilizacji i… w mgnieniu oka zebrała się w garść. Zagrała w niej wreszcie ambicja i poczucie rodowego honoru Makówków, uznała, że dosyć tego, żadna paniusia nie będzie jej dyscyplinować wzrokiem w jej własnym domu!

— Przepraszam, musiałam się przebrać — powiedziała z godnością, zajmując z powrotem swoje miejsce. — Przykro mi, że musieliście na mnie czekać tak długo, mam jednak nadzieję, że moja nieobecność nie sprawiła nikomu kłopotu.

— Ależ skąd, ależ skąd, Lodzieńko — odparła szybko Ciotka Lucy, usiłując zagadać beztrosko niezręczną sytuację. — Po prostu czekaliśmy na ciebie z toastem…

Rozdział drugi

— Ja nie mogę, ale jaja! — zaśmiewała się Julka siedząca po turecku na łóżku Lodzi. — No to odbębniłaś w jeden dzień przygody, jakich niektórzy nie zaliczą przez pół życia. I w ogóle miałaś wielkie szczęście, że to się tylko tak skończyło!

Julka, ściągnięta intrygującą serią smsów, gdyż Lodzia uznała, że nie wytrzyma z najnowszymi rewelacjami do poniedziałku, odwiedziła przyjaciółkę w niedzielne popołudnie pod pretekstem wspólnego uczenia się do sprawdzianu z historii. Od dwóch godzin siedziały we dwie zamknięte w pokoju i dopiero teraz kończyły omawianie wydarzeń, które stały się udziałem Lodzi poprzedniego wieczoru.

— Niezła jazda — przyznała Julka. — Musiałaś rzeczywiście mieć jakieś zaćmienie umysłu, żeby go zamknąć w tej szafie… Co ci odbiło, że w ogóle wpadłaś na taki idiotyczny pomysł?

— Sama nie wiem — pokręciła głową Lodzia. — Spanikowałam, to były sekundy. On mi ni stąd, ni zowąd wlazł do tego przedpokoju i nie dał się wypchnąć za drzwi, ktoś go ścigał na bank, pewnie jakaś konkurencyjna mafia. Mam nadzieję, że z tego nie będzie już żadnych kłopotów. Zlikwidowałam wszystkie ślady, trochę krwi mu skapnęło na podłogę przy schodach, dobrze, że zauważyłam, zanim goście wyszli, i zdążyłam wytrzeć… No, nie patrz tak na mnie, Jula, sama byś spanikowała w takiej sytuacji! Gdybyś widziała, jak on stał bez ruchu z tą zakrwawioną gębą, gapił się na mnie, na nic nie reagował… Nie wiedziałam, co zrobi. A one w tym czasie darły się z salonu i wiedziałam, że ciocia zaraz wpadnie i go zobaczy!

— No to niechby zobaczyła, co cię to obchodziło? — zdziwiła się Julka. — Przecież to nie był tak naprawdę twój problem. Nie musiałaś go bunkrować w szafie.

— Wiem — przyznała Lodzia. — Właśnie nie mogę tego nadal ogarnąć, nie mam pojęcia, co mnie napadło, nie myślałam logicznie. Mama i ciocia na jego widok dostałyby histerii, to pewne, o babci nie wspomnę… ale w sumie to rzeczywiście nie była moja sprawa. Po prostu w pierwszej chwili zgłupiałam i nie wiedziałam, co robię. A cała reszta to już były tylko konsekwencje.

— Swoją drogą niezłą masz odwagę, żeby tak się babrać w czyjejś krwi — pokręciła głową Julka, patrząc na nią z mieszaniną niesmaku i uznania. — Jeszcze mu ranę opatrzyłaś… Ale weź powiedz dokładniej, co to był za typ?

— Co ci mogę powiedzieć? — wzruszyła ramionami Lodzia. — Jakiś bandzior, gębę miał tak obtłuczoną, że nawet ci nie sprecyzuję, jak wyglądał.

— Ale młody, stary?

— Taki sobie, dosyć stary. Trzy dychy miał na pewno, może nawet pod czterdziestkę. Ciężko ocenić, mówię ci przecież, że był obity ze wszystkich stron, a poza tym przez większość czasu było ciemno, nie miałam za bardzo jak się przyglądać.

— Aha — mruknęła Julka, wyraźnie tracąc zainteresowanie. — Pewnie faktycznie jakiś element z okolicy… W ogóle to powinnaś się cieszyć, że nic ci nie zrobił.

— A nie, wręcz przeciwnie, był bardzo uprzejmy — zamyśliła się Lodzia. — Miał skrupuły, że narobił kłopotów, i przeprosił kulturalnie za brak manier. Zresztą chyba był w szoku, jak zobaczył, co się dzieje w tym domu, u nas przecież zawsze jest czadowo!

I Lodzia roześmiała się na wspomnienie zaskoczonej miny bandziora, kiedy to zamiast wypuścić go z domu, kazała mu wchodzić po schodach na górę.

— Ty, a wracając do tego Karola… — zmieniła temat Julka.

— No?

— Serio nic z tego nie będzie?

— Nic — uśmiechnęła się beztrosko Lodzia. — No co? Nie rób takiej miny, Jula, mówię ci, jak jest. To się czuje natychmiast, ja tak zawsze mam. Jak nic nie poczułam od razu, to już raczej nie poczuję. Zresztą z jego strony też nie widzę fajerwerków. I bardzo dobrze, przynajmniej nikt nikomu serca nie połamie. A chłopak jest przyjemny z buzi, trochę sztywny, ale w sumie sympatyczny, dobrze wychowany, nawet tańczyć podobno umie… Sprawdzę go we wtorek, bo mamy razem jechać na lekcję do mojej szkoły tańca. Tak ogólnie nie jest źle, przynajmniej będę miała z kim pójść na studniówkę. I to z namaszczeniem mamy i babci! — zaśmiała się.

Julka pokręciła głową z nieskrywanym rozczarowaniem.

— Oj, Lodźka, ty to tak zawsze, a ja już miałam nadzieję, że cię w końcu weźmie… Ale czekaj, to co, robimy w szkole akcję informacyjną a propos twoich zaręczyn? Jak już nic ciekawego ci nie wyszło z tego podwieczorku, to może przynajmniej będziesz miała tę korzyść, że Grzelo wreszcie się od ciebie odczepi.

— Możemy zrobić — zgodziła się pogodnie Lodzia. — Tylko nie przeginaj z opisem moich romantycznych uczuć do Karola, żeby potem nie było jakichś głupich numerów, jak przyjdę z nim na studniówkę. Może w ogóle nie mówmy nic wprost, tylko zasugerujmy…

— No co ty, z Grzelem będziesz gadać aluzjami? — prychnęła śmiechem Julka. — Przecież to jak grochem o ścianę! Trzeba mu to powiedzieć wprost, spoko, nie martw się, ja to załatwię. Poproszę go o rozmowę na osobności.

Roześmiały się obydwie, po czym Lodzia przyjrzała się uważnie przyjaciółce.

— A ty jak? — zapytała poufale. — Jest szansa, że Mati zaprosi cię na studniówkę?

— Nie wiem — westchnęła Julka, a uśmiech nagle przybladł jej na twarzy. — Na razie sama widzisz… jakoś nie wygląda na to, żeby miał taki zamiar.

— A jeśli nie, to z kim pójdziesz?

— Nie wiem — powtórzyła Julka, po czym nagle rozpromieniła się i spojrzała porozumiewawczo na Lodzię. — Ale coś się wymyśli! Może twój Karol kogoś mi załatwi na tych swoich stosunkach?

— A, to jest myśl! — podchwyciła Lodzia. — Jakby co, to go zapytam, pewnie. Daj mi tylko znać w odpowiedniej chwili.


W poniedziałek dziewczyny przystąpiły do zaplanowanej akcji informacyjnej w szkole. Zaintrygowane do żywego koleżanki natychmiast otoczyły je szczelnym wianuszkiem.

— Naprawdę, Lodziu, zaręczasz się? — zapytała zaskoczona Magda. — Nie słyszałam do tej pory, żebyś miała chłopaka… Tajniaczyłaś się przez tyle czasu?

— Bo to jeszcze nie jest tak do końca narzeczony — wyjaśniła jej Julka. — Ona ma się z nim oficjalnie zaręczyć dopiero po maturze. Chociaż oczywiście sprawa jest już przesądzona — zaznaczyła z powagą.

— Mam w rodzinie taki zwyczaj — dodała z uśmiechem Lodzia. — U nas panna musi obowiązkowo wyjść za mąż przed dwudziestką, inaczej okrywa się hańbą i traci posag.

Zgromadzone wokół dziewczyny wybuchły śmiechem, traktując to naturalnie jako żart.

— Czekaj, a pokażesz nam go? — zainteresowała się Monika. — Będzie pewnie po ciebie przychodził do szkoły, to może nam go kiedyś przedstawisz, co?

— On nie może po mnie przychodzić — odparła tajemniczo. — Nie ma czasu, o tej porze jest na uczelni i studiuje stosunki.

— Co?! — zaśmiały się dziewczyny. — Jakie stosunki?

— Międzynarodowe.

— Aha! — zawołała Amelia. — Jakiś przyszły światowiec!

— To już trzeci rok — zaznaczyła Julka. — Pisze pracę dyplomową, jest bardzo zajęty.

— Czyli co, spotykacie się pewnie tylko wieczorami? — zagadnęła Alicja.

— Tak — kiwnęła głową Lodzia. — Będziemy teraz razem jeździć na lekcje do mojej szkoły tańca, musimy się zgrać choreograficznie przed studniówką.

— No jasne! — ucieszyła się Amelia. — Poznamy go w takim razie na studniówce! Ciekawa jestem bardzo, jaki masz gust, Lodziu.

— Zobaczysz — uśmiechnęła się zagadkowo Julka. — Normalnie gały wam wyjdą…

W przeciągu dwóch kolejnych lekcji radosna wiadomość rozniosła się po całej klasie, skutkiem czego na długiej przerwie do Lodzi, która stała pod ścianą w towarzystwie Julki i Magdy, konsumując kanapkę, podbiegł głęboko poruszony Grzelo.

— Lodziu! — zawołał dramatycznie, łapiąc ją za rękę. — Okrutna kobieto! Jak mogłaś?!

Lodzia wyrwała mu natychmiast rękę i wywróciła z niecierpliwością oczami, z miejsca tracąc ochotę na jedzenie. Julka i Magda z trudem wstrzymały śmiech.

— Grzesiu drogi, nie pozwalaj sobie za dużo — powiedziała poważnym tonem Julka. — Chyba słyszałeś, że Lodzia jest już zajęta?

Grzelo zmiażdżył ją wzrokiem, po czym rzucił Lodzi pełne wyrzutu spojrzenie.

— Lodziu! — powtórzył tym samym dramatycznym tonem. — Co ty wyprawiasz… Chodź na chwilę, muszę z tobą porozmawiać na osobności!

Dziewczyny nie wytrzymały i parsknęły śmiechem. Lodzia zawinęła z powrotem niedojedzoną kanapkę w błyszczącą folię aluminiową i spojrzała stanowczo na chłopaka.

— Żadnych rozmów na osobności. Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to mów przy wszystkich. Ale uprzedzam, że jeśli znów będziesz mi wyznawać uczucia…

— Nie! — przerwał jej Grzelo. — Nie będę ci dzisiaj nic wyznawał, przecież i tak dobrze wiesz, że cię kocham! Muszę ci powiedzieć coś innego. Słyszałem o tym twoim przydupasie i aż nie mogę uwierzyć… ale jeśli to prawda, Lodziu, to ostrzegam cię, że to się bardzo źle skończy — oznajmił, ściskając dłonie w pięści i wymachując groźnie jedną z nich. — Przez ciebie ktoś zginie, albo ja, albo on! Ale raczej on.

— Nie przesadzaj, co? — zirytowała się Lodzia. — Bez pogróżek, jeśli łaska!

— Stłukę go na kwaśne jabłko — obiecał z zimną pasją Grzelo. — Flaki powyrywam.

— I sądzisz, że to ci coś pomoże? — zapytała z politowaniem Julka. — Spróbuj go tknąć jednym palcem, to Lodzia już się nigdy w życiu do ciebie nie odezwie, masz to jak w banku.

Grzelo pokręcił głową z zaciętą miną.

— Zabiję jak psa — zapowiedział stanowczo. — Niech go tylko dorwę!

I rzuciwszy Lodzi jeszcze jedno pełne śmiertelnego wyrzutu spojrzenie, odszedł do kolegów stojących na drugim końcu korytarza. Julka rozłożyła ręce w geście bezradności.

— No, niestety — westchnęła. — Przypadek klinicznie beznadziejny, co ja ci poradzę?

— Pajac jeden — warknęła Lodzia, patrząc ponuro za oddalającym się Grzelem. — Nie wiem, czy to nawet nie wyszło jeszcze gorzej, Jula… A jeśli on rzeczywiście gdzieś się zaczai na tego biednego Karola? Jeszcze mu da w zęby i co? Przecież ja się spalę ze wstydu!

— E, nie bój się — machnęła lekceważąco ręką Julka. — Przecież go nie zna, a ty go nie przyprowadzisz do szkoły wcześniej niż na studniówkę. Zresztą nie odważy się, tak sobie tylko gada…

Nagle urwała i pobladła jak ściana, patrząc w głąb korytarza. Lodzia odwróciła się w tamtą stronę z ciekawością. Pod oknem naprzeciwko sali biologicznej zatrzymał się właśnie Mateusz i z uśmiechem mówił coś do jednej ze stojących tam dziewczyn. Była to Eliza z drugiej B, którą obie z Julką znały z widzenia z zeszłorocznych zajęć na basenie, ładniutka szatynka o zielonych, kocich oczach i roześmianej twarzy. Coś nieuchwytnego w zachowaniu Mateusza wskazywało, że Julka niestety ma się czego obawiać… Eliza wyglądała przy tym na lekko zmieszaną, a w następnej chwili, choć stały daleko, obie zauważyły, że spłonęła rumieńcem.

— O, cholera! — szepnęła współczująco Lodzia. — Jula, nie patrz na to…

Julka zagryzła wargi.

— No i co mi to da, że nie będę patrzeć? — zapytała filozoficznie. — Chyba zawsze lepiej znać prawdę, nie?

Lodzia pokiwała głową z ciężkim sercem i pociągnęła Julkę w stronę sali, w której za chwilę miała się odbywać lekcja polskiego, wiedząc, że z tego miejsca nie można było śledzić dalszych wydarzeń spod biologicznej. Żadna z nich nie zwróciła przy tym uwagi na to, że jeden z chłopaków z czwartej D stojących w grupce w przeciwległym końcu holu od kilku minut prawie nie spuszczał z nich oczu, szczególną uwagę skupiając na Julce.

Rozterki złamanego serca przyjaciółki, a także pocieszanie jej i wspieranie na duchu na tyle zajęły Lodzię, że zupełnie zapomniała o własnych problemach z Grzelem. Wracając ze szkoły, rozmawiały głównie o Mateuszu.

— Wiesz, ja powinnam już dawno dać sobie z nim spokój — przyznała ponuro Julka, kiedy wysiadły z autobusu i wolnym krokiem zmierzały po chodniku w kierunku swojego osiedla. — To się nie mogło udać, takie rzeczy się instynktownie czuje…

— Ale nad tym chyba nie da się za bardzo panować, co? — zapytała Lodzia z dyskretnym zaciekawieniem.

Sama nie miała jeszcze w tej materii żadnych doświadczeń, ale podejrzewała, że jak ktoś już się zakocha, to trudno mu się tak po prostu odkochać. Mina Julki potwierdzała w pełni te przypuszczenia.

— Nie da się — westchnęła. — Ale przecież muszę się jakoś wziąć w garść. Już to przerabiałam kilka razy, więc dam radę, zresztą zdążyłam się przyzwyczaić, że nic mi nigdy nie wychodzi… Tak czy siak możesz już gadać z Karolem o tym kumplu dla mnie na studniówkę — dodała ze smutnym uśmiechem.

— Pogadam — obiecała Lodzia. — Może nie tak od razu, ale będę pamiętać o sprawie. W którymś momencie poproszę go o tę przysługę… jak się trochę lepiej poznamy.

— Kiedy masz go widzieć?

— Jutro. Jedziemy wieczorem do szkoły tańca, ma po mnie podjechać samochodem.

— Taki zmotoryzowany? — zdziwiła się Julka.

— Aha — uśmiechnęła się Lodzia, postanawiając ciągnąć temat, by odwrócić myśli przyjaciółki od Mateusza. — Rodzice niedawno kupili mu auto, chyba po to, żeby był bardziej niezależny, no i żeby miał czym przede mną zaszpanować… Zresztą powiem ci, że wbrew pozorom on ma jednak trochę jaj, wcale nie jest idealnym materiałem na pantoflarza. Mama i babcia na szczęście nie trafiły w dziesiątkę, tak im się tylko wydaje.

Julka roześmiała się.

— A widzisz! Mówiłam ci, że jest szansa, że okaże się normalny.

— No, tak prawie — zastrzegła Lodzia. — Gdyby jeszcze nie miał takiej słodkiej buzi…

— No co ty, nie lubisz przystojniaków? — zaśmiała się Julka, chyba rzeczywiście na chwilę zapominając o swoim sercowym problemie. — Pociągają cię brzydale?

— A, tego to nie wiem! — odparła wesoło Lodzia. — Jeszcze żadnego pociągającego nie spotkałam. Ale to nie o to chodzi, Jula. Jemu brakuje takiego, jak by to powiedzieć… męskiego pierwiastka. Dla mnie facet to musi być facet, a nie słodki chłopczyk. Zwłaszcza z charakteru, ale z wyglądu też. Zrób mentalne rozróżnienie między przystojniakiem a ładnym chłopcem i pomyśl, że Karol to jest ta druga kategoria. Widzisz to?

— Tak, wiem, o co ci chodzi — przyznała w zamyśleniu Julka. — On się na pewno jeszcze wyrobi, Lodźka, na razie jest młody, z wiekiem nabierze męskości… Ale rozumiem, że cię nie rusza, ty w ogóle jesteś na to odporna. No i skoro od razu nic nie zaiskrzyło…

Wbrew własnej woli Lodzia przypomniała sobie przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu zalanego krwią bandziora. Wzdrygnęła się i natychmiast odepchnęła od siebie tę wizję.

— Nic a nic — odparła spokojnie. — Ale to tym lepiej, nie mam teraz czasu na myślenie o takich rzeczach. Poza tym ja nawet chętnie z nim pójdę na studniówkę, skoro umie tańczyć. Ostatnio strasznie mi się spodobało na tym kursie, tylko wiesz, wszyscy ci kursanci to takie patałachy, że tylko z instruktorem da się sensownie zatańczyć. A on z kolei ma całą grupę do pilnowania. Jak sobie przyprowadzę własnego partnera, to przynajmniej potańczymy jak ludzie…

Lodzia była zdecydowana gadać, co jej ślina na język przyniesie, byle tylko Julka nie myślała o Mateuszu. Jednak sukces okazał się chwilowy, czoło przyjaciółki znów zasnuła czarna chmura, widać było, że słucha tylko piąte przez dziesiąte.

— Jula, posłuchaj — westchnęła w końcu Lodzia, zerkając na nią ze współczuciem. — Wiem, że to niewypał z tym Matim, ale może tak właśnie miało być? Takie fatum. Przeznaczenie. Jak nic z tego ma nie wyjść, to nie wyjdzie i już.

— Wiem, przecież wiem — przytaknęła Julka. — Nie musisz mi tłumaczyć, Lodźka… Tylko jakie fatum, do diabła, kazało mi się w nim zakochać?

Lodzia pokręciła głową, nie znajdując odpowiedzi na to pytanie.

— No trudno — ucięła Julka. — Jakoś to przewalczę. Nie pierwszy raz… Wracajmy do domu, trzeba robić zadania z matmy.

Lodzia w duchu przyznała jej rację. Na jutro miały zadaną gigantyczną pracę domową z matematyki, a do tego istniało ryzyko, że jedna z nich może zostać przepytana, były bowiem w gronie osób, które jak na razie miały najmniej ocen. Z westchnieniem przyśpieszyła kroku.


Kiedy weszła do domu, uznała, że matematyka matematyką, ale najpierw musi coś zjeść. Była głodna jak wilk, a z kuchni emanowały nader przyjemne zapachy… Ciotka Lucy życzliwym gestem postawiła przed nią talerz dymiącego barszczu z kołdunami i wróciła do przerwanej rozmowy z siedzącą po drugiej stronie stołu Babcią.

— Pojedziemy z Klocią w przyszłym tygodniu, może już pan mecenas wróci i będzie mógł to przejrzeć — powiedziała z westchnieniem. — Lodziu, weź sobie do tego chleba, jeśli chcesz, nie krępuj się, dziecko… Przy okazji sprawdzimy jeszcze papiery z drugiej szafy w kącie, może tam też jest coś, co się przyda. Na razie analizuje nam to wszystko i piszemy wniosek. Strasznie dużo z tym pracy, bo musi dokładnie posprawdzać paragrafy, a sprawa jest nietypowa. Przecież tam są też dokumenty zagraniczne…

Lodzia zabrała się za jedzenie, z całego serca życząc Kloci jak najszybszego odzyskania spadku, by nie musieć codziennie słuchać o postępach sprawy. Jednak w tym momencie wywód Ciotki został przerwany, gdyż trzasnęły drzwi wejściowe i do kuchni wparowała Mamusia, ściągając z siebie naprędce płaszcz, którego — co było do niej niepodobne — nie zostawiła w przedpokoju.

— Słyszałyście o tym morderstwie? — rzuciła od progu podnieconym głosem.

— O jakim morderstwie? — Babcia aż podskoczyła.

— Matylda mi właśnie powiedziała, zaczepiły mnie przed chwilą obie z Bednarkową. W sobotę, na Wertera, tam, gdzie Lodzia chodzi na tańce, tylko zaraz obok, po drugiej stronie… jakiegoś człowieka zabili! Na ulicy!

W kuchni powiało grozą, wszyscy skamienieli, tylko Lodzia dalej jadła swój barszcz, starając się nie siorbać, by nie zakłócać podniosłej atmosfery.

— Nic nie wiemy — pokręciła głową Ciotka Lucy, lekko blednąc. — To przecież niedaleko…

— Niby sąsiednia dzielnica, ale tylko jakieś piętnaście minut drogi, to jakby prawie u nas — zauważyła wstrząśnięta Babcia. — A kogo tam zabili?

— Nie wiadomo — odparła Mamusia, zadowolona z wywołanego efektu. — Czekajcie, odwieszę ten płaszcz i powiem wam, co wiem.

Pobiegła z powrotem do przedpokoju i niemal natychmiast wróciła, w locie zakładając domowe kapcie. Usiadła na krześle obok Lodzi i ciężko odsapnęła.

— Uff, ale się zgrzałam! No więc tak. Matylda wiedziała już od wczoraj, bo ma koleżankę na Wertera, to się stało prawie pod ich oknami. A dzisiaj podobno już w gazetach o tym pisali! Pełno u nich policji, znaczy u tej koleżanki Matyldy i sąsiadów, wiecie… Składała już zeznania, ale oni akurat nic nie widzieli.

— Ale kogo tam zabili, kogoś z dzielnicy? — dopytywała przejęta Babcia.

— Właśnie nie wiadomo, kto to był! — odparła podekscytowana Mamusia. — Znaczy ta koleżanka Matyldy nie wie, bo policja już pewnie sprawdziła, tylko nic nie zdradzają. Ale na pewno nikt z dzielnicy, bo już by wszyscy o tym mówili.

— Ale to był mężczyzna, Zosiu?

— Kto? — nie zrozumiała Mamusia.

— No, ten trup! — zniecierpliwiła się Babcia.

— A tak, tak, mężczyzna. Dosyć młody podobno… tak powiedziała koleżance Matyldy ich sąsiadka. Policja nabrała wody w usta, nic nie mówią, tylko szukają po okolicy. Nawet prokurator we własnej osobie u nich był, po wszystkich domach chodzą.

— No, ale czego szukają? — zapytała niezbyt inteligentnie Ciotka Lucy.

— Pewnie mordercy — domyśliła się Mamusia. — Albo nawet kilku. Bo ofiara była podobno mocno pobita, jeszcze na drugi dzień tam były ślady krwi. Może go nawet wypatroszyli…

— Mamo, ja jem — przypomniała uprzejmie Lodzia.

— Jedz, jedz, dziecko — kiwnęła życzliwie głową Mamusia i nagle spojrzała na nią ze zgrozą. — Ale zaraz, Lodziu, przecież ty masz tam jutro lekcję tańca! To było dosłownie kilka domów dalej… Lepiej będzie, jak tam nie pojedziesz — uznała stanowczo.

— Ojej, dlaczego? — jęknęła Lodzia, dla której ta przewidywana strata lekcji tańca byłaby przykrą niespodzianką. — Przecież skoro tam jest policja, to nic mi nie grozi. Morderca nie będzie tam grasował, kiedy policja go szuka po całej okolicy…

— Nie pyskuj, Lodziu — przerwała autorytarnie Mamusia. — Tam może być niebezpiecznie.

— Ale przecież mam jechać z Karolem!

Wielka Triada wlepiła w nią zgodnie pełne zaintrygowania potrójne spojrzenie.

— A co, Lodzieńko, przyznaj, wpadł ci w oko? — uśmiechnęła się przymilnie Ciotka Lucy, na chwilę zapominając o morderstwie na Wertera.

Lodzia dostrzegła w tym niespodziewaną szansę na przekonanie swoich dręczycielek.

— Owszem — odparła słodko, żałując, że nie umie na zawołanie spłonąć rumieńcem. — Komu by nie wpadł, ciociu? Jest taki przystojny, uprzejmy, dobrze wychowany…

— Prawda? — podchwyciła Babcia.

Wszystkie trzy zerknęły z czułością na Lodzię i wymieniły spojrzenia pełne satysfakcji.

— Tak myślałam, tak myślałam, Lodziu — cieszyła się Mamusia. — Wiedziałam, że masz dobry gust, byłam tego pewna! Chociaż nie sądziłam, że uda się tak szybko…

— Przeznaczenie — stwierdziła kategorycznym tonem Babcia. — Jak coś jest zapisane na górze, to nie ma na to rady.

— Trzeba tylko znaleźć tę swoją drugą połówkę — dodała wzruszona Ciotka Lucy. — A potem już wszystko idzie jak z płatka…

— Więc jak, możemy jutro razem pojechać na ten taniec? — podjęła niewinnie Lodzia.

Panie domu spojrzały po sobie z wahaniem.

— No, może rzeczywiście… — zaczęła niepewnie Ciotka Lucy. — Zosiu, jak myślisz, chyba z Karolkiem nic jej nie grozi?

— W razie czego obroni mnie rycersko — Lodzia uznała, że lepiej kuć żelazo, póki gorące.

Zadowolenie, które zagościło na obliczach Wielkiej Triady, było dobrą wróżbą.

— No dobrze, Lodziu — powiedziała ostrożnie Mamusia. — Ale pamiętaj, żebyście szli prosto na tańce, żadnego włóczenia się po okolicy.

— Oczywiście — odparła z powagą. — Nie będziemy przecież ryzykować.

— Niech będzie — zdecydowała ostatecznie Mamusia. — W szkole tańca zresztą na pewno też już była policja, więc mam nadzieję, że sprawdzili, co trzeba… Ale zobaczcie, jak to człowiek nie może już normalnie przejść ulicą, żeby go nie napadli! Ja się teraz będę bała wychodzić sama po zmroku, Lodzię też trzeba lepiej pilnować.

— E, Zosiu, do nas to chyba nie przyjdą? — zauważyła sceptycznie Babcia. — Zresztą skąd wiesz, kto to był, ten zabity? Może wcale nie porządny człowiek, tylko jakiś łobuz, pijak czy nawet bandyta…

Na ostatnie słowo Lodzia gwałtownie zachłysnęła się barszczem i na chwilę straciła oddech, kaszląc i parskając w panice na wszystkie strony. Mamusia zerwała się z krzesła i rzuciła się na ratunek córce, energicznie klepiąc ją po plecach.

— Lodziu, co ty wyprawiasz! — zawołała z niesmakiem Babcia. — Czy ty, dziecko, nie możesz jeść ostrożniej? Zobacz, Lucy, cały obrus zachlapała!

— Przepraszam — szepnęła Lodzia, powoli dochodząc do siebie. — Ale tu się nie da jeść, jak mi opowiadacie takie rzeczy… Idę na górę odrabiać lekcje, już mi wystarczy obiadu, dziękuję.

— Idź, idź, Lodzieńko — zgodziła się Mamusia, mierząc krytycznym wzrokiem pochlapany obrus. — My tu sobie jeszcze porozmawiamy na spokojnie…

Lodzia wyszła z kuchni i chwyciwszy po drodze szkolny plecak, który wcześniej zostawiła w przedpokoju, weszła po schodach na górę na wpół sparaliżowana z wrażenia. Słowa Babci spadły na nią jak grom z jasnego nieba. Bandzior! O ile wcześniej dyskusja o morderstwie na ulicy Wertera średnio ją zainteresowała (Wielka Triada zawsze roztrząsała w ten sposób rozmaite rewelacje zasłyszane od sąsiadek), o tyle w tej jednej chwili dotarło do niej, że być może ta sprawa dotyczy jej bezpośrednio. W ultraszybkim błysku świadomości połączyła usłyszane przed chwilą informacje: sobota… pewnie wieczorem albo w nocy, skoro nikt nic nie widział… pobita, zakrwawiona ofiara… dość młody mężczyzna…

„Bandzior!” — pomyślała w panice. — „Przecież to niedaleko! Czas się zgadza… To musiał być on! A jeśli nawet to nie jego tam zaciukali, to na pewno był w to jakoś zamieszany! Boże!”

Rzuciwszy się na łóżko, gorączkowo kojarzyła fakty, starając się ocenić grożące jej niebezpieczeństwo. Były dwie opcje. Albo bandzior, którego w sobotni wieczór zamknęła w schowku na szczotki, był ofiarą tego morderstwa, albo jego sprawcą, ewentualnie współsprawcą. Jeśli był ofiarą, to policja i patolog od razu zauważą, że ktoś mu przed śmiercią opatrywał ranę, zbadają opatrunki, zdejmą odciski palców, większość plastrów dotykała przecież bez rękawiczek! Sprawdzą okolicę, najpierw tamtą dzielnicę, potem przyjdą tutaj. Wezmą od wszystkich odciski i porównają… Znajdą ją, wszystko się wyda! Może nawet oskarżą ją o współudział w tym zabójstwie! Będzie miała problem, żeby udowodnić swoją niewinność. Mamusia ją za to chyba oskalpuje, Babcia dostanie wylewu albo zawału serca…

„No to pięknie” — pomyślała ze zgrozą. — „Cholerny bandzior! Pewnie ci, co go ścigali, w końcu go dopadli i utłukli. I po co on tam polazł, patałach jeden, żeby tak się dać załatwić?”

Nagle znów ujrzała przed sobą ciemne, wpatrzone w nią uważnie oczy bandziora i zadrżała. Przypomniała sobie tamtą iskrę, która dwukrotnie przeszła przez jej ciało, kiedy napotkała jego wzrok. Być może godzinę później już nie żył… Myśl o tym sprawiła jej dziwną przykrość, na chwilę jakiś niewytłumaczalny żal ścisnął jej serce. Przed oczami stanęła jej jego zniekształcona twarz z podbitym okiem i rozciętym łukiem brwiowym, z którego uporczywą strużką nie przestawała sączyć się krew. Pod palcami znów poczuła ciepłą szorstkość jego policzka. Jego sylwetka na tle okna, potem znów jej zarys, gdy ewakuował się po kracie od dzikiego wina i przemykał przez grządki Babci… iskierki rozbawienia w jego oczach… jego głos, niski, ciepły… Więc ten człowiek już nie żyje?

„No, ale zaraz, przecież jest jeszcze ta druga opcja” — ocknęła się gwałtownie. — „A jeśli on jest nie ofiarą, a mordercą?”

Musiała przyznać ze zgrozą, że ta opcja była znacznie gorsza. Na pewno gorsza dla niej. Bo jeśli tak było, to bez względu na to, czy zbrodni dokonał przed wizytą w jej domu czy już po, ona była świadkiem, który mógł skojarzyć fakty. Bandzior przecież dobrze to rozumiał. W tej perspektywie jego uważny wzrok nabrał nowego sensu. No jasne, chciał ją zapamiętać! Obecnie znał doskonale jej wygląd, miejsce zamieszkania (wręcz dokładną lokalizację jej pokoju!), znał nawet jej imię! Jeśli policja zaraz go nie znajdzie, on postara się pozbyć niewygodnego świadka, przyjdzie do niej w nocy po kracie od dzikiego wina i… Na tę myśl przestraszona Lodzia podbiegła do okna i sprawdziła, czy jest szczelnie zamknięte. Było, ale co z tego? Czy wybicie szyby stanowi jakikolwiek problem? Zresztą bandzior może się na nią zaczaić gdziekolwiek, choćby w drodze do szkoły… Lodzię ogarnęła panika.

Pół godziny później, słysząc dobiegające z góry hałasy, zaniepokojona Wielka Triada udała się w komplecie do pokoju Lodzi, aby sprawdzić, co też tam się dzieje. Spocona jak mysz córa rodu Makówków oznajmiła im stanowczym tonem, że właśnie przemeblowała sobie trochę pokój, żeby mieć wygodniej. Trzyosobowa komisja podejrzliwym okiem zmierzyła efekt tych wysiłków, szczególnie krytycznie oceniając stojącą przy samym oknie szafę z ubraniami, ale ponieważ Lodzia, jak wiadomo, była świeżo zakochana w Karolu, uznano, że w tym stanie duszy ma prawo wykazywać niejakie rysy ekscentryczne i na jakiś czas należy zostawić ją w spokoju.

Po wyjściu swych kontrolerek Lodzia rzuciła się do komputera, wklepując w internetową wyszukiwarkę frazę morderstwo na Wertera. Na ekranie natychmiast wyświetliły się strony lokalnych portali prasowych, a na nich krzyczące tytuły artykułów poświęconych sobotniej zbrodni. Jednak ich treść rozczarowała ją niepomiernie. O ofierze niewiele, tyle tylko, że był to mężczyzna i że został „brutalnie zamordowany”, morderca nieznany, motyw nieznany, policja poszukuje świadków… Świadków! Pod spodem numer telefonu i adres komendy.

Lodzi zrobiło się słabo na myśl o tym, że miałaby pójść na policję i opisać to, co wydarzyło się w sobotni wieczór w jej domu, choć z drugiej strony zdawała sobie sprawę z tego, że ukrywanie faktów przed organami śledczymi mogło mieć o wiele gorsze konsekwencje. Sytuacja wyglądała na klasycznie patową. A jeśli bandzior naprawdę był mordercą i dowie się jakoś, że ona zeznawała przeciwko niemu na policji? Przecież nie dadzą jej ochrony… Po namyśle uznała, że jednak musi zachować tajemnicę dla siebie, nawet jeśli za to wyląduje w więzieniu. Zresztą tam przynajmniej będzie bezpiecznie, poczeka sobie spokojnie w celi, aż go złapią…

Po chwili nieco się uspokoiła.

„E, nie przesadzajmy” — pomyślała z niesmakiem. — „Za co niby mieliby mnie przymknąć? Mogę być przecież ciężko myśląca, mogłam nie skojarzyć faktów… Zresztą najpierw musiałoby się wydać, że zamknęłam bandziora w szafie na szczotki, a o tym wiem tylko ja i on!”

Jakby w odpowiedzi na tę myśl przez głowę przebiegło jej, że jeśli go złapią, to on ją wtedy tym bardziej może wsypać, wyśpiewać ze szczegółami, co robił feralnego wieczoru… Oczywiście, że tak zrobi! Policja ma swoje metody, żeby to z niego wyciągnąć, zresztą niby dlaczego miałby coś ukrywać? Wkopie ją po uszy, Mamusia o wszystkim się dowie… Ale przecież i tak lepiej, żeby go złapali, niż nie złapali!

Rozgorączkowana Lodzia doszła do wniosku, że każda z możliwych kombinacji jest dla niej niekorzystna i że musi po prostu poczekać na dalszy rozwój wypadków. I przede wszystkim musi być teraz ostrożna, bardzo ostrożna na każdym kroku… Nagle aż podskoczyła.

„Jula!” — krzyknęło coś w jej głowie.

No tak, przecież Julka wiedziała o wszystkim! Oby tylko nic nie skojarzyła i nie zdążyła nikomu wygadać! Trzeba ją było natychmiast powiadomić. Lodzia złapała za telefon, ale po chwili zatrzymała się. Policja przecież ma dostęp do wszystkich danych, może sprawdzić każde połączenie, każdego smsa. Nawet jeśli ona zaszyfruje jakoś tę wiadomość, Julka może powiedzieć lub napisać coś, co ją zdradzi. Nie, lepiej nie. Pogada z nią jutro w szkole, może do tego czasu nie zdąży nic nabroić, może nie dowie się nawet o tym morderstwie, szczęście w nieszczęściu, że teraz przeżywa tego swojego Mateusza…


Lodzia przebudziła się we wtorek rano w całkowicie ciemnym pokoju, gdyż szafa zastawiająca okno skutecznie uniemożliwiała dostęp nawet tym kilku marnym lumenom, jakie niesie ze sobą ponury, listopadowy poranek.

„Kompletnie mi odbiło” — pomyślała z niezadowoleniem. — „Co mi da ta szafa? Jak mam zginąć, to i tak zginę, przecież muszę wychodzić z domu. Zresztą, może przesadzam? Skoro go ścigają, to nie będzie jeszcze latał za mną, musi myśleć o sobie. Poza tym niewykluczone, że to jego tam utłukli, czym ja się przejmuję?”

Postanowiła, że po powrocie ze szkoły przetaszczy szafę z powrotem na dawne miejsce pod ścianą. Przytomność umysłu wróciła jej od wczoraj i Lodzia uznała, że zdecydowanie przesadziła z tą paniką. Owszem, istniało ogromne prawdopodobieństwo, że ranny gangster, którego w sobotę zamknęła w schowku na szczotki, był jakoś zamieszany w to, co zdarzyło się tego samego wieczoru w sąsiedniej dzielnicy. Jednak panika i nieskoordynowane działania z niej wynikające w żadnym razie nie były wskazane, mogły wręcz niepotrzebnie wywołać podejrzenia, zwrócić na nią uwagę. Doszła do wniosku, że musi zachowywać się normalnie. Przede wszystkim uprzedzić Julkę, żeby nikomu nic nie wygadała, a potem postarać się dyskretnie dowiedzieć jak najwięcej o ofierze morderstwa. Może w szkole tańca będą coś wiedzieli, skoro to było tuż obok? Może mają jakieś przecieki od policji? Tu Lodzia przypomniała sobie o Agacie, niewiele starszej od niej córce instruktora tańca, która często otwierała jej drzwi (szkoła mieściła się w ich prywatnym domu) i z którą znały się już na tyle dobrze, że mogłaby ją zapytać w zaufaniu, co wie o tej sprawie. Oby tylko była dziś wieczorem w domu…

Julka, której blado-szara twarz zdradzała przeżyte w nocy cierpienia złamanego serca, ożywiła się od razu na wieść o morderstwie na Wertera i domniemanych powiązaniach z nim bandziora.

— Jasne, nie puszczę pary z ust, ani mru-mru — obiecała skwapliwie. — Zresztą sama nie chcę się w to mieszać, jeszcze mi tego brakowało… Ale rzeczywiście nie wygląda to wesoło. Jesteś pewna, że tak ci się wtedy uważnie przyglądał?

— Przecież ci mówię — odparła ponuro Lodzia. — Myślałam, że to przez ten głupi wygląd, wiesz, jak mnie ubrały. Kiecka jak z balu u królowej Anglii, do tego dobierany warkocz, ciocia jeszcze powpinała w niego jakieś sztuczne kwiatki… Takich egzemplarzy nie ogląda się na co dzień, więc miał prawo być zdziwiony. Ale teraz obawiam się, że to nie o to chodziło… On się tak gapił, bo chciał mnie sobie dokładnie zapamiętać.

— I tak wie, gdzie mieszkasz — przypomniała jej Julka. — Ale myślę, że nie będzie tam podłaził, przecież musi się ukrywać.

— Właśnie na to liczę — westchnęła Lodzia. — Co nie zmienia faktu, że po zmroku nawet nosa nie wystawię za drzwi, chyba że z kimś. W sumie dobrze mi się trafił ten Karol, będę mieć obstawę. Lekcji tańca sobie nie daruję, to moja jedyna przyjemność, a przy okazji może czegoś się dowiem, to było tylko kilka domów dalej… No i jeszcze jest ta opcja, że mój bandzior jednak był ofiarą.

— Tak chyba byłoby lepiej dla ciebie, nie? — zauważyła Julka.

— Sama nie wiem, raczej tak — odparła Lodzia, mimowolnie przypominając sobie znowu oczy bandziora. — Tyle że wtedy policja na pewno się zainteresuje, kto mu przed śmiercią opatrywał ranę. Pewnie i tak mnie w końcu dopadną, to tylko kwestia czasu.

— To może lepiej sama się zgłoś? — zastanowiła się Julka, patrząc na nią ze współczuciem.

— A jeśli to on jest mordercą? — popukała się po głowie Lodzia. — Dowie się i utłucze mnie za to, że go wsypałam!

— Może zdążą go wcześniej złapać?

— A jak nie zdążą?

— No, faktycznie, ciężka sprawa — pokręciła głową Julka. — Nie zazdroszczę ci, serio…

— Najgorsza jest ta niepewność — westchnęła znowu Lodzia. — Gdybym chociaż wiedziała, czy to jego tam zaciukali… Poza tym jakoś sobie nie wyobrażam, że idę na policję i opowiadam im, jak to zamknęłam zalanego krwią bandytę na pół godziny w szafie na szczotki. Ty widzisz miny tych policjantów? Przecież ja się tam ze wstydu spalę!

— Fakt — przyznała Julka. — Widzisz, mówiłam ci, że niepotrzebnie go pakowałaś pod te schody. Trzeba było od razu się wydzierać.

— Przecież wiem, Jula — odparła ze zniecierpliwieniem. — Pożałowałam tego już dwie sekundy potem. Naprawdę nie rozumiem, co mi odbiło, przecież od razu czułam, że z tego wyjdą jakieś kłopoty. Co prawda nie sądziłam, że aż takie…

Po przedyskutowaniu sprawy obie zgodnie uznały, że jedyne, co można teraz zrobić, to cierpliwie czekać na rozwój wypadków, ewentualnie wieczorem spróbować się dowiedzieć od Agaty jakichś szczegółów na temat tego morderstwa. Opcja zgłoszenia się na policję przynajmniej na razie odpadała, w Lodzi zresztą odezwał się głęboko skryty w jej naturze tchórz, wolała jeszcze poczekać, po co robić aferę, w domu jej żyć nie dadzą, zresztą może sprawa jakoś rozejdzie się po kościach?


Karol podjechał po nią tak, jak było umówione, czyli punktualnie za kwadrans osiemnasta. Widząc stojący przed furtką samochód na światłach i włączonym silniku, Mamusia uśmiechnęła się znacząco do Lodzi i puściła do niej oko.

— Dobrze się bawcie — powiedziała, poprawiając córce szalik.

Na dworze było coraz zimniej, w najbliższych dniach spodziewano się pierwszych opadów śniegu, dlatego bardzo pilnowano, by dziewczyna ubierała się ciepło i nosiła rękawiczki.

— Powodzenia, Lodzieńko — dodała ciepło Babcia. — Tylko pamiętaj, żeby Karolek odprowadził cię potem pod same drzwi, ostatnio tu się zrobiło jakoś niebezpiecznie…

— Oczywiście, babciu — odparła mechanicznie Lodzia. — Będę bardzo ostrożna.

Zebrała swoje rzeczy, założyła czapkę i z ulgą wyszła z domu. Karol czekał na nią przy samochodzie, przywitał ją uprzejmym uściskiem dłoni, szarmancko otworzył przed nią drzwi z prawej strony, po czym usiadł za kierownicą. W aucie było ciepło, a włączone radio grało cicho jakąś spokojną muzykę.

— To teraz pilotuj mnie — poprosił. — Pierwszy raz tam jadę… Którędy się stąd wyjeżdża?

— Zaraz w prawo i potem prosto aż do głównej — odparła rzeczowo. — Tam znowu w prawo, a dalej to już ci potem pokażę…

— Okej — skinął głową Karol i samochód ruszył z miejsca.

Lodzia, która uwielbiała jeździć samochodem, a rzadko miała do tego okazję, gdyż jej rodzina nie posiadała takowego środka lokomocji, z zadowoleniem zagłębiła się w fotel i zerknęła na towarzysza, który sprawnie prowadził auto według jej wskazówek. W tym kontekście wydał jej się znacznie doroślejszy i samodzielniejszy niż na podwieczorku zapoznawczym. Przez myśl przebiegło jej, że gdyby biernie poddała się planom Wielkiej Triady, za rok czy półtora mogłaby tu siedzieć jako jego żona. Hipoteza ta nie zrobiła jednak na niej najmniejszego wrażenia.

„Nic, zupełnie nic” — pomyślała z lekkim zdziwieniem. — „Fajny jest, ładniutki, grzeczny, całkiem sympatyczny, ale z mojej strony nic. Z jego raczej też. To mógłby być tylko związek z rozsądku, pewnie nawet udany. Tylko gdzie szał namiętności, gdzie mój ognisty Rycerz na białym rumaku? Ja go w tej roli kompletnie nie widzę…”

Myśl o szale namiętności w wykonaniu Karola sprawiła, że Lodzia uśmiechnęła się z politowaniem. Tego nawet niepodobna było sobie wyobrazić. Dla równowagi przypomniała sobie o Grzelu, ten z kolei był aż zbyt namiętny, jego nachalność była nie do zniesienia, nie, za taki szał to ona serdecznie dziękuje… I nagle na tle przedniej szyby wyświetliła jej się na chwilę blada wizja wpatrzonych w nią uważnie ciemnych oczu, na dnie których czaiły się wesołe ogniki… Lodzia drgnęła i niespokojnie poruszyła się na siedzeniu.

— Teraz musisz skręcić w drugą w lewo — powiedziała do Karola, widząc, że dojeżdżają już w okolice Wertera. — Tylko uważaj, nie przegap, to taka wąska uliczka… O, tutaj!

Podjechali pod szkołę tańca. Budynek był jak zawsze oświetlony, dookoła parkowały po kolei samochody innych kursantów, nie wydawało się, by sobotni dramat, jaki wydarzył się na tej ulicy, wprowadził jakiekolwiek perturbacje w działaniu placówki. Karol wysiadł pierwszy i z tą samą wystudiowaną uprzejmością co wcześniej otworzył drzwi pasażera, pomagając Lodzi wyjść na zewnątrz. Zachowywał się iście po rycersku.

W małym holu służącym jednocześnie za szatnię i recepcję czekała na przybywających Agata, ładna szatynka o gęstych lokach i wesołych, opalizująco piwnych oczach, która wieczorami pełniła w firmie rodziców rolę recepcjonistko-sekretarki.

— O, cześć, świetnie, że cię widzę! — ucieszyła się Lodzia, błyskawicznie ściągając płaszcz i zmieniając buty na pantofelki do tańca, które czekały na nią jak zawsze w jednej z szafek. — To jest Karol… Moja mama chyba dzwoniła do was? Miała dać znać, że przyjdziemy razem.

— A tak, zdaje się, że coś takiego było — przytaknęła Agata, wyciągając rękę do Karola, który z wrodzoną sobie dystynkcją schylił się, by ją szarmancko ucałować.

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona tak niecodziennym gestem.

— A to jest Agata — dokończyła prezentacji Lodzia. — Ona tu wszystko ogarnia, jak się czegoś nie wie, trzeba w ciemno walić do niej.

— Miło mi — uśmiechnął się Karol, schylając znów głowę w dystyngowanym ukłonie.

„Ależ on jest dobrze wychowany” — pomyślała Lodzia z rodzajem dumy. — „Ten to mi przynajmniej wstydu przy ludziach nie narobi…”

— Wiesz co? — zwróciła się do Agaty. — Ja może sama zapytam twojego tatę, czy wie, że przyszłam z własnym partnerem, i czy już go dopisali do grupy. A ty mu pokaż, gdzie ma się rozebrać z tej kurtki i zmienić buty, daj mu może od razu jakąś szafkę, bo będziemy tu przychodzić co tydzień, niech sobie zostawi…

— Dobrze, Lodziu — uśmiechnęła się Agata. — Zaraz coś znajdziemy.

— Fajnie, dzięki, to ja zaraz wracam! — rzuciła jeszcze Lodzia i wbiegła na jasno oświetloną salę taneczną w poszukiwaniu instruktora.

Stał w przeciwległym rogu przy stoliku z odtwarzaczem płyt w towarzystwie kilku innych osób. Lodzia ruszyła w jego stronę biegiem, mijając i pozdrawiając po drodze rozmawiające w różnych miejscach parkietu grupki współkursantów. Dopiero w końcowej fazie instynktownie zwolniła i kilka ostatnich kroków przeszła już w normalnym tempie. Nagle zatrzymała się jak wryta, gdyż do jej uszu dobiegły słowa jednej z pań, które stały obok instruktora.

— To morderstwo to były jakieś porachunki — mówiła poważnym głosem. — Wandzia tak wywnioskowała z tego, o co ją pytali policjanci. Dwa gangi narkotykowe się pobiły, no i jeden z tych dilerów dostał, na co zasłużył.

— Ale widzi pani, jaki to jest świat! — westchnęła inna kobieta. — Rozprowadzają narkotyki i sprzedają je dzieciakom tuż pod oknem ich domów. Młodzież nie ma pojęcia, na co się naraża, jak sobie życie łamie. A taki tfu!… diler… patrzy tylko, jak by tu zarobić na czyjejś krzywdzie. Niby źle się o zmarłych nie mówi, ale może to i dobrze, że jednego chwasta mniej.

— Jakbym złapał takiego pod moim domem, to bym mu pokazał — oznajmił z zaciętą miną instruktor. — Ja też mam dzieci w wieku licealnym i studenckim, nawet sobie nie wyobrażam… O, witam panią — uśmiechnął się, zauważywszy Lodzię. — Mama dzwoniła wczoraj, że będzie pani z jakimś dżentelmenem, zapisujemy go na stałe, czy tak?

— Tak, przynajmniej do końca stycznia — odpowiedziała grzecznie. — Ma ze mną poćwiczyć poloneza i walca na studniówkę, inne tańce zresztą też. Ale on już kiedyś chodził do szkoły tańca, ma sobie tylko poprzypominać kroki i poćwiczyć ze mną w parze.

— Znakomicie — kiwnął głową instruktor i spojrzał na zegarek. — Już czas, zaraz będziemy zaczynać.

Lodzia pobiegła zatem z powrotem, aby przyprowadzić Karola. Po drodze myślała o tym, co przed chwilą usłyszała. A więc w dużym stopniu miała rację! To były porachunki gangów, wywiązała się bójka, ganiali się po całej okolicy i bandzior trafił aż pod jej dom na sąsiednim osiedlu. Ścigali go, więc zabunkrował się u niej pod pretekstem prośby o chusteczkę do zatamowania krwi, pogoń pobiegła dalej, a on siedział cicho pod schodami i nie protestował, bo sam miał to i owo na sumieniu. Kto wie, może nawet miał przy sobie narkotyki?

„To dlatego tak stał i nie ruszał się, kiedy kazałam mu się wynosić” — pomyślała. — „Grał na czas, żeby zmylić pogoń. A potem dał się bez większych oporów zamknąć w szafie na szczotki… No jasne, przecież tam był bezpieczny jak u babci za piecem!”

Zastała Karola w tym samym miejscu, w którym go zostawiła, przebranego już i zajętego uprzejmą konwersacją z Agatą.

— Dobra, chodź, bo zaraz się zaczyna — rzuciła nieco nerwowo, łapiąc go za ramię.

Ukłonił się szarmancko swej rozmówczyni i posłusznie poszedł za Lodzią na salę.

— O, Lodziu, widzę, że masz nowego partnera! — zawołała jedna ze znajomych kursantek.

— A tak, to jest Karol — kiwnęła głową Lodzia. — Poznajcie się.

Karol ukłonił się uprzejmie nowym znajomym i rozpoczęła się rozmowa, jednak toczyła się ona bez udziału Lodzi, która znów bez reszty zatonęła w myślach.

A więc bandzior był dilerem narkotyków! Bił się w starciu gangów, stąd miał takie rany, zresztą wcale tak źle na tym nie wyszedł w porównaniu do tego, który zginął… Lodzia bowiem coraz bardziej skłaniała się do twierdzenia, że to nie on był śmiertelną ofiarą — jemu udało się uciec, dostał tylko niegroźnie po gębie. Raczej nie był też mordercą, przecież morderca nie pakowałby się do czyjegoś prywatnego domu, nie ma wszak lepszego sposobu, żeby dać się zapamiętać. Musiał być po prostu jednym z gangu, owszem, bił się, ale nic poza tym, zwiewał, ratując tylko własną skórę…

„Zaraz, zaraz” — oprzytomniała nagle. — „Czy ja go przypadkiem nie usprawiedliwiam? Bez przesady, Lodziu, bez przesady!”

Tak czy inaczej okoliczności, które udało jej się odkryć, rzucały sporo światła na sprawę bandziora, w logiczny sposób porządkowały fakty i wyglądały raczej uspokajająco. Jeśli jej sobotni, nieproszony gość nie był ani ofiarą morderstwa, ani mordercą, w znaczący sposób zmniejszało to również jej odpowiedzialność w świetle prawa. W tej sytuacji można było znowu mieć nadzieję, że uda jej się zachować te zdarzenia w tajemnicy, nie będzie musiała składać zeznań na policji, Mamusia się nie dowie… Z drugiej strony przecież to był gangster, handlarz narkotyków, jakiś niebezpieczny typ spod ciemnej gwiazdy!

„No, niestety, jednak z tą policją nic jeszcze nie jest przesądzone” — westchnęła w duchu. — „Pewnie prędzej czy później i tak go złapią, a on im opowie, co robił w sobotę wieczorem na Czeremchowej osiem. I do tego wprost ich poprosi, żeby mnie o to zapytali, to przecież jego alibi… A jak one się o tym dowiedzą, to mogiła. Zrobią mi szlaban na wszystko, na co tylko się da, i to do końca świata…”

— Zapraszam na parkiet! — donośny głos instruktora przerwał jej te niewesołe myśli.

Rozpoczęła się lekcja tańca i na całą godzinę Lodzia niemal zapomniała o swoich problemach z bandziorem. Muzyka uspokajała ją, a taniec sprawiał jej jak zawsze ogromną frajdę, tym bardziej, że Karol tańczył całkiem nieźle, może trochę sztywno, ale przecież zdążą się jeszcze zgrać… Ponieważ w związku ze zbliżającym się okresem studniówkowym jeszcze kilka innych osób było zainteresowanych przećwiczeniem poloneza, próby miały się odbywać regularnie pod koniec każdej lekcji. Lodzia była zachwycona majestatycznością korowodu, a dystynkcja i powaga jej partnera w pewnym sensie jej imponowały. W drodze do domu pomyślała nawet, że ta studniówka mimo wszystko ma szanse stać się prawdziwą przyjemnością.


W ciągu kolejnych kilku tygodni Lodzia znacznie się uspokoiła. Sprawa morderstwa na ulicy Wertera przycichła, policja jak dotąd nie zapukała do drzwi rodzinnego domu Makówków, a seria sprawdzianów w szkole skutecznie zajęła jej czas i uwagę. Raz w tygodniu jeździła z Karolem na lekcje tańca, gdzie coraz lepiej im szło synchronizowanie kroków, uczestniczyła też nadal w sąsiedzkich kursach gospodarskich, wykazując wobec nich coraz mniej niechęci. Kiedy nie zajmowała się nauką, skupiała się pocieszaniu Julki, której serce — i tak już złamane — łamało się jeszcze bardziej na widok Mateusza spędzającego na przerwach czas w towarzystwie Elizy z drugiej B. Jednocześnie zaindagowany przez Lodzię Karol obiecał zastanowić się, któremu ze swych kolegów ze studiów mógłby ewentualnie zaproponować pójście na studniówkę z Julką. Wraz ze śniegiem i mrozami wróciły względny spokój i rutyna.

Któregoś dnia w połowie grudnia Lodzia wyszła z Julką ze szkoły w bardzo złym humorze. Śnieg padał gęsto, na dworze było zimno i ponuro, a dzień krótki, więc po piętnastej zapadał już lekki zmrok. Do tego z daleka było widać, że ludzie tłoczą się niemiłosiernie na przystanku, a autobusy odjeżdżają zapakowane po korek, co zapowiadało podróż do domu w nieznośnym tłoku i ścisku.

— Żeby chociaż ten pajac przestał się przystawiać — denerwowała się Lodzia, zakładając na głowę kaptur zimowego płaszcza i próbując upchnąć pod niego swój długi warkocz. — Ja już nie wiem, co mam mu powiedzieć, żeby się odczepił, jestem tak nieuprzejma, jak tylko mogę, dlaczego on się tak uparł, żeby nie dać mi spokoju?

— Chyba naprawdę się zakochał! — Julka zaśmiała się na wspomnienie popołudniowej sceny, jaką Grzelo urządził na szkolnym korytarzu, po raz kolejny wyznając Lodzi publicznie swą namiętną miłość. — Zobacz, jaki wierny, ty go spławiasz, prawie plujesz mu w twarz, a on dalej swoje. Nawet ten narzeczony go nie odstrasza. Może jednak się do niego przekonasz?

— Jasne, Jula, bardzo śmieszne — mruknęła z irytacją Lodzia. — Dobrze, że to przynajmniej ostatni rok szkoły, jakoś muszę wytrzymać do wakacji. Boję się tylko, że on faktycznie zrobi jakiś numer, jak przyjdę z Karolem na studniówkę, ciągle ględzi o tym wyrywaniu flaków…

— Co chcesz, zazdrosny jest — zauważyła Julka. — To przecież normalne, że chce wyeliminować konkurenta, tylko nie rozumie, biedak, że to mu nic nie da. Może to po prostu taki gest rozpaczy? Biedny Grzelo… mnie go jest czasami nawet trochę szkoda.

— Jego ci szkoda! — wykrzyknęła z oburzeniem Lodzia. — A mnie to co?! Życie mi zatruwa, przez niego ostatnio nie da się wytrzymać w szkole! W domu też ciągle zawracają głowę, ja już po prostu nie mam gdzie odetchnąć! Tylko na tych tańcach jakaś chwila spokoju i przyjemności…

Dotarły właśnie na zatłoczony przystanek i z miejsca wpadły na Szymona z czwartej D, który musiał stać tam już dobrych kilka minut, bo cały był przysypany śniegiem.

— Cześć, dziewczyny!

— O, cześć, Szymek! — rzuciła Julka. — Nie poznałam cię, wyglądasz jak bałwan!

— Skoro tylko wyglądam, to pół biedy — zaśmiał się Szymon. — Straszny dzisiaj tłok, nie? I patrzcie, jak ciemno, a przecież dopiero dwadzieścia po trzeciej…

— Aha — przyznała Lodzia. — W grudniu tak zawsze, krótki dzień, ja od razu po tym rozpoznaję, że święta blisko. W sumie niedługo już koniec semestru, kto by pomyślał. Ale ten czas leci!

— I studniówka w końcu stycznia — zauważył Szymon. — Wybieracie się?

— Jasne — skinęła głową Julka. — Lodźka będzie nawet z narzeczonym.

— Serio?! — zdumiał się chłopak.

— Nie z narzeczonym, tylko z prawie-narzeczonym, bądź precyzyjna, Jula — zaśmiała się Lodzia. — „Prawie” robi wielką różnicę!

— Racja! — przyznał wesoło Szymon. — Ale to ktoś ze szkoły?

— Nie, student — wyjaśniła mu Julka. — Z trzeciego roku stosunków międzynarodowych.

— Aha — Szymon zerknął na Lodzię z zaciekawieniem. — Bo słyszałem, że ten wasz Grzesiek kocha się w tobie na zabój…

Lodzia zmroziła go spojrzeniem, na co Julka parsknęła śmiechem.

— Lepiej nic nie mów do niej na ten temat — ostrzegła go. — Ona za to zabija.

— Okej, w takim razie nie będę ryzykował. A ty, Jula? Też idziesz z prawie-narzeczonym?

— Niestety nie. Ja nie dysponuję takim arsenałem wielbicieli jak Lodźka, więc pójdę pewnie z kimś z łapanki.

— A gdzie i kiedy będzie ta łapanka? — zainteresował się chłopak.

— Gdzie i kiedy? — powtórzyła zdziwiona Julka.

— No tak — uśmiechnął się Szymon. — Chodzi mi o jakieś przybliżone parametry czasoprzestrzenne. Muszę przecież wiedzieć, gdzie i kiedy mam się znaleźć, żeby mieć choć minimalną szansę dać się złapać.

Julka spojrzała na niego w milczeniu, w jej czarnych oczach odmalowało się zaskoczenie. Lodzia uśmiechnęła się do siebie i odwróciła głowę, udając, że zainteresowało ją coś w głębi ulicy. Przypomniała sobie nagle te wszystkie, wielokrotnie już widziane dziwne spojrzenia Szymona, które biegły za Julką po szkolnym korytarzu, na ulicy, na przystanku, kiedy wsiadała do autobusu… Spojrzeń tych było bardzo wiele, Lodzia nieraz je widziała, choć rejestrowała je tylko podświadomie. Teraz nagle uzmysłowiła sobie, że przecież Szymon ciągle był gdzieś w tle, zawsze stał gdzieś w tłumie, kiedy rozmawiały pod salą, ileż razy natykały się na niego przypadkowo przy takiej czy innej okazji… Przypadkowo? Dopiero w tej chwili Lodzia doznała pełnego olśnienia.

„Przecież on się kocha w Juli!” — pomyślała zdumiona. — „No jasne, że też ja tego wcześniej nie zauważyłam! Ale ze mnie gapa!”

— Czekajcie, sprawdzę, o której mamy autobus — rzuciła od niechcenia, chcąc zostawić ich samych.

Nie protestowali. Lodzia podeszła do wywieszonego na ścianie kamienicy rozkładu jazdy i sprawdziła godzinę — autobus jej i Julki miał być dopiero za sześć minut.

„Jeszcze sporo” — westchnęła, zerkając ukradkiem w ich stronę.

Stali w tym samym miejscu zatopieni w rozmowie. Lodzia znów dyskretnie zwróciła wzrok w głąb ulicy. Ku swemu zaskoczeniu przed kamienicą po drugiej stronie placu dostrzegła znajomą, kobiecą postać, która właśnie wyszła zza rogu jednej z bocznych uliczek. Rozpoznała ją od razu pomimo gęsto padającego śniegu.

„Ciocia Lucy!” — zdziwiła się. — „A co ona się tak włóczy po centrum? Pewnie z Klocią znowu gdzieś była… I oczywiście będzie wracać z nami tym samym autobusem, nawet z Julą o Szymku nie pogadam, a niech to!”

Odwróciła się plecami do ulicy i czekała z rezygnacją na chwilę, kiedy Ciotka dojdzie do przystanku i ją zauważy. Może nie od razu, bo był tłum, ale w końcu na pewno… Tymczasem podjechał autobus Szymona, który rzuciwszy jeszcze kilka słów do Julki, kiwnął jej ręką na pożegnanie i wskoczył do środka. Julka rozejrzała się za przyjaciółką.

— Tu jestem — powiedziała Lodzia, podchodząc do niej.

Jednocześnie zerknęła dyskretnie, czy zbliża się już Ciotka Lucy, ta jednak, ku jej zdziwieniu, zniknęła teraz zupełnie z pola widzenia. Jeszcze jeden rzut okiem dookoła i… nagle serce zabiło jej jak stutonowy dzwon. Chodnikiem wiodącym w stronę przystanku, oddalony o zaledwie kilka metrów, szedł ubrany w długi, zimowy płaszcz mężczyzna; w ręku niósł jakąś niewielką torbę, coś w rodzaju teczki lub aktówki. W chwili, gdy Lodzia spojrzała w jego stronę, podniósł akurat głowę i na moment, poprzez gęsto padające płatki śniegu, spotkały się ich oczy. Przez ciało dziewczyny, niczym iskra elektryczna, przebiegł krótki, ciepły dreszcz.

„Bandzior!” — błysnęło jej w głowie.

Niewiele myśląc, zdjęta paniką, złapała Julkę za rękaw i siłą wepchnęła ją do pierwszego lepszego autobusu stojącego akurat na przystanku. Zaskoczona Julka zaczęła protestować dopiero, gdy znalazła się w środku.

— Lodźka, co ty wyprawiasz, przecież to nie nasz!

— Wiem — ucięła zdenerwowana Lodzia. — Cicho, zaraz ci powiem.

I tak było już za późno na reakcję, bo właśnie rozległ się dźwięk ostrzegawczego dzwonka, drzwi autobusu zamknęły się i pojazd ruszył z przystanku.

— Czyś ty zwariowała?! — piekliła się Julka, usiłując w tłoku znaleźć cokolwiek, czego mogłaby się przytrzymać. — Gdzie nas to teraz wywiezie, co ci znowu odwaliło?!

— Przestań, wysiądziemy na następnym — odparła cicho Lodzia, próbując ochłonąć z wrażenia.

Autobus skręcił na skrzyżowaniu w prawo, ale chwilę potem zatrzymał się na przystanku. Dziewczyny wysiadły i rozejrzały się w zdezorientowaniu.

— Czekaj, stąd jest niedaleko do przystanku przy Konopnickiej! — rzuciła Lodzia. — Chodźmy szybko, to jeszcze zdążymy na ten nasz, zanim tu dojedzie!

Pobiegły smagane śniegiem po twarzach.

— Oszalałaś?! — wydyszała Julka, kiedy wreszcie dobiły do właściwego przystanku. — Po jakiego diabła wsiadłaś w trójkę?!

— Tam był bandzior! — odparła Lodzia, również zadyszana.

— Co?!

— Bandzior tam był, no mówię ci przecież! Ten ze schowka na szczotki!

Julka popatrzyła na nią zaniepokojona.

— Serio? Widział cię?

— Nie wiem — pokręciła głową Lodzia, starając się uspokoić oddech. — Spojrzał na mnie, ale nie wiem, czy rozpoznał. Mam nadzieję, że nie. Na szczęście mam ten głupi kaptur, poza tym szybko mu zwiałyśmy, i to nie naszym autobusem.

— On i tak przecież wie, gdzie mieszkasz — przypomniała jej Julka. — Jakby chciał cię dorwać, to chyba już by to zrobił… Ale jesteś pewna, że to był on?

— On — odparła z przekonaniem Lodzia, po czym zawahała się. — Chociaż… czekaj. Może i nie on. Jakby się tak dobrze zastanowić…

— Przecież wtedy miał mocno obitą gębę, nie? — ciągnęła Julka, patrząc na nią jak na lekką wariatkę. — Sama mówiłaś, że nawet ciężko go było opisać z wyglądu, taki był spuchnięty. To skąd wiesz, jak wygląda naprawdę?

— No, faktycznie — przyznała Lodzia niepewnie, drżąc mimowolnie na wspomnienie krótkiego spojrzenia ciemnych oczu, które dosięgło ją przez płatki gęsto padającego śniegu. — Może to był rzeczywiście tylko ktoś podobny. Ale co chcesz, przestraszyłam się.

— Dobra, niech ci będzie — westchnęła Julka. — Ty masz już chyba jakąś manię prześladowczą… Na drugi raz panuj nad sobą, bo ja nie mam zamiaru tak biegać po przystankach w padającym śniegu, prawie mi buty przemokły przez to wszystko.

— Postaram się — mruknęła w zamyśleniu Lodzia, po czym nagle ocknęła się i spojrzała z uwagą na przyjaciółkę. — Ty, słuchaj, a co z tym Szymkiem?

Julka uśmiechnęła się.

— No, słyszałaś chyba — powiedziała swobodnie. — Chce iść ze mną na studniówkę.

— Zgodziłaś się?

— Nie.

— Nie? — Lodzia spojrzała na nią zaskoczona. — Dlaczego?

Julka wzruszyła ramionami.

— Jula, przecież on się w tobie kocha! Do mnie dopiero dzisiaj to dotarło, on już od dawna za tobą oczy wypatruje!… No i co robisz taką minę? Nie podoba ci się?

— Przestań, Lodźka, co to jest w ogóle za pytanie? — obruszyła się Julka. — Lubię go, fajny chłopak przecież… ale nic poza tym.

— No dobrze, ale skoro na studniówkę i tak nie masz z kim pójść, to nie możesz z nim? — upierała się Lodzia. — Ci kumple Karola ze stosunków mogą wcale nie być sensowniejsi.

— Wiem, no i co z tego?

— To, że Szymka przynajmniej znasz. A on marzy o studniówce z tobą.

— To tym gorzej. Nie chcę głupich sytuacji. Zresztą Grzelo też marzy o studniówce z tobą, więc niby dlaczego masz iść z Karolem?

— Jej, to nie to samo! — wykrzyknęła z oburzeniem Lodzia. — Nie porównuj Szymka do Grzela, co? To jest tendencyjne i niesprawiedliwe!

— Dobra, daj spokój — machnęła lekceważąco ręką Julka. — Zobacz, nasz autobus wreszcie jedzie.


Po powrocie do domu zmęczona dziewczyna zamierzała natychmiast zabunkrować się na górze w swoim pokoju, jednak okazało się to niemożliwe. W przedpokoju czekały na nią podekscytowane Mamusia i Babcia.

— Policja u nas była! — oznajmiła córce Mamusia, ledwie ta przekroczyła próg.

— Co takiego? — Lodzia zbladła i odruchowo przytrzymała się futryny dla zachowania równowagi, gdyż z wrażenia zakręciło jej się w głowie.

— Policja! — powtórzyła za Mamusią Babcia. — W sprawie morderstwa na Wertera!

— Właśnie pan komisarz wyszedł od nas, dosłownie pół godziny temu — podjęła z przejęciem Mamusia. — Chodź, Lodziu, zjesz obiad i poczekamy na Lucy. Jak wróci, to wam wszystko opowiemy.

Lodzia, odzyskawszy względną równowagę, poszła za nimi do kuchni. Nogi miała jeszcze jak z waty, ale już czuła ogromną ulgę. W pierwszej chwili była pewna, że za moment zwalą się na nią piekielne gromy, gdyż policja wie już wszystko o jej wyczynach z pamiętnej, listopadowej soboty i właśnie opowiedziała o tym Mamusi. Widząc jednak po zachowaniu rodzicielki, że nic takiego raczej się nie stało, odetchnęła nieco i usiadła posłusznie nad obiadem. Mamusia i Babcia, szepcząc konspiracyjnie, wyszły na szczęście z kuchni i zostawiły ją samą.

„Policja!” — myślała gorączkowo Lodzia. — „W sprawie morderstwa na Wertera! Po takim czasie! Już minęło z sześć tygodni, czego oni jeszcze mogą chcieć? Przecież nie złapali bandziora, skoro dzisiaj tam był…”

Jak błyskawica przed oczami przemknęła jej twarz tamtego człowieka, jego spojrzenie skierowane wprost na nią poprzez gęsto padający śnieg… Czy to był rzeczywiście on?

„Niekoniecznie” — myślała dalej, grzebiąc bezwiednie widelcem w talerzu z pięknie pachnącym bigosem. — „Trochę podobny i tyle. Właściwie to wyglądał całkiem inaczej niż tamten, miał taki długi, elegancki płaszcz… To przecież zupełnie nie ten styl. Jula ma rację, chyba mam jakąś manię prześladowczą. Ale te oczy…”

Na wspomnienie owych oczu Lodzia drgnęła i gwałtownie szarpnęła widelcem. Packa bigosu chlapnęła na biały, pięknie wykrochmalony obrus.

— O szlag! — szepnęła. — Babcia mnie zabije!

Jednak natychmiast zapomniała o tym i znów zatonęła w niespokojnych myślach.

„Jeśli dziś to nie był on, to może jednak go złapali?” — rozumowała nerwowo. — „Policja może coś wie, ale nie wiadomo ile, przyszli na razie tylko powęszyć… A niech to, już myślałam, że to się skończyło!”

Rozległ się suchy trzask drzwi wejściowych, to wróciła Ciotka Lucy. W przedpokoju zapanował harmider, Mamusia i Babcia, które na dźwięk zamykanych drzwi wypadły z głębi domu, przekrzykiwały się, informując nowo przybyłą o najświeższej rewelacji. Po chwili Wielka Triada w komplecie wpadła do kuchni.

— Siadaj, Lucynko, gdzieś ty nam akurat dziś przepadła! — wołała Mamusia, usadzając Ciotkę na krześle obok Lodzi. — My tu na ciebie czekamy i siedzimy jak na szpilkach!

— Podprowadziłam trochę Klocię i przez to autobus mi uciekł — wyjaśniła Ciotka, z ulgą opadając na krzesło. — A wcześniej dwie godziny siedziałyśmy u pana mecenasa, nawet dwie i pół… Ale mówcie, mówcie, co z tą policją?

— Lodziu, jak ty jesz! — załamała ręce Babcia. — Cały obrus pochlapany! Dziecko, ile razy mam ci mówić, żebyś uważała przy jedzeniu! Przecież nawet przedszkolaki tak nie chlapią!

— Przepraszam — odparła pokornie Lodzia. — Tak mi się rzeczywiście chlapnęło… Po obiedzie to upiorę.

— A, już daj jej spokój, mamo! — machnęła ręką Mamusia i zwróciła się do Ciotki. — Był u nas pan komisarz, jeszcze z takim drugim. Niecałą godzinę temu wyszli, żałowali, że nie było nas wszystkich w komplecie… O, Mareczku, dobrze, że jesteś, zjesz obiad — dodała na widok wchodzącego właśnie Tatusia. — Siadaj tu naprzeciwko Lodzi, tylko uważaj, bo nam pochlapała obrus, żebyś się nie wysmarował tym bigosem.

— Zosiu, ja mu podam obiad, a ty opowiadaj dalej Lucynce — powiedziała Babcia, zdejmując pokrywkę z garnka z bigosem.

Postawiła przed zięciem dymiący talerz.

— Dziękuję — skinął głową Tatuś i uśmiechnął się do Lodzi, która odwzajemniła mu uśmiech z drugiej strony stołu.

— Przyszli pytać o to morderstwo na Wertera — tłumaczyła dalej Ciotce podekscytowana Mamusia.

— O morderstwo! — wykrzyknęła Ciotka. — Przecież to już było dawno temu!

— Tak, już pięć czy sześć tygodni. Ale oni ciągle szukają tego mordercy, pan komisarz powiedział, że teraz rozszerzają zasięg… czy coś takiego. W każdym razie sprawdzają dalszą okolicę, dzisiaj byli u nas na Czeremchowej, no i przyszli nas przesłuchać, znaczy mnie, mamę i Mareczka, bo tylko my byliśmy w domu. Pytali, czy czegoś nie widzieliśmy. U Matyldy byli wcześniej, już z nią rozmawiałam, wychodzi na to, że wszędzie pytają o to samo.

— I co im powiedzieliście?

— No, a co mogliśmy powiedzieć? — zdziwiła się Mamusia. — U nas przecież nic się nie działo. To morderstwo było w tę sobotę, kiedy Lodzia miała podwieczorek zapoznawczy z Karolkiem, ja już nawet dobrze nie pamiętam, jaki to był dzień… Mamo, którego to było?

— Czwartego listopada — przypomniała Babcia. — Przecież mówił ten policjant… Pamiętasz, to było zaraz po Wszystkich Świętych.

— A tak, faktycznie, czwartego — Mamusia klepnęła się lekko ręką w czoło. — No więc powiedziałam mu, że u nas nic się nie działo, wszyscy byliśmy w domu i mieliśmy gości. Zresztą od Wertera to już jest daleko, ja im się w ogóle dziwię, że czegoś tu szukają.

Na wpół zdrętwiała z niepokoju Lodzia bynajmniej się temu nie dziwiła.

„Skubańcy” — pomyślała z trwogą, ale i z rodzajem uznania. — „Nieźle kombinują! Dobrze, że nie było mnie w domu, bo po samej mojej minie zorientowaliby się, że coś wiem!”

— Pan komisarz pytał, czy nie widzieliśmy niczego podejrzanego, czy nikt nie przechodził, bo czasami ktoś może przypadkowo wyjrzeć przez okno i akurat zobaczyć coś ważnego — ciągnęła z przejęciem Mamusia. — Ale mówiłam mu, że u nas byli goście i siedzieliśmy cały czas w salonie. Ja to ani razu stamtąd nie wyszłam, dopiero jak goście wyjeżdżali, ale wtedy też nic nie widziałam.

— Najwięcej Lodzia wychodziła… — zauważyła na wpół bezmyślnie Ciotka Lucy.

Na te słowa wszystkie trzy skamieniały, na chwilę zapadła złowieszcza cisza i potrójne spojrzenie głodnej kobry spoczęło na strwożonej Lodzi.

— Lodziu! — wykrzyknęła ze zgrozą Mamusia. — Przecież ty wtedy komuś otwierałaś drzwi! Na śmierć o tym zapomniałam! Kto to był?!

— Nie wiem — odparła blada jak ściana Lodzia. — Jakiś człowiek, już nie pamiętam…

— Ale to przecież może być bardzo ważne! — zawołała Babcia. — On pytał o coś dziwnego… naprawdę nie pamiętasz, co to było?

Lodzia na wszelki wypadek pokręciła przecząco głową.

— O chusteczkę! — rzuciła w natchnieniu Ciotka Lucy. — Przypomnij sobie, Lodziu, sama mi mówiłaś… No, no, ja ci powiem, Zosiu, że to jest bardzo, ale to bardzo podejrzane! Przecież on dzwonił do tych drzwi jak po ogień, a jak ja weszłam do przedpokoju, to już go nie było. Tylko Lodzia go widziała!

Mamusia spojrzała stanowczo na drżącą z niepokoju córkę.

— Cóż, dziecko — oznajmiła autorytarnie. — Nie będziemy przecież niczego ukrywać. Musisz złożyć zeznania na policji. Umówię cię jutro albo pojutrze z panem komisarzem i wszystko mu opowiesz.

„Tylko nie to!” — jęknęła w myślach Lodzia. — „Ratunku…”

Postanowiła bronić się do ostatniej kropli krwi.

— Ale, mamo, ja już prawie nic z tego nie pamiętam — odparła z determinacją, zdecydowana skłamać, żeby odsunąć od siebie podejrzenia. — To był jakiś… starszy pan.

— Starszy pan? — zdziwiła się Babcia. — I chciał od ciebie chusteczkę?

— No tak — łgała gładko na poczekaniu, czując narastającą w duszy panikę. — Ale jego żona… pewnie to była żona, taka starsza pani… zawołała go spod furtki, że już znalazła chusteczkę, więc zaraz sobie poszedł.

Wielka Triada patrzyła na nią nadal z uwagą, jednak na jej potrójnym obliczu odmalowała się ulga.

— No, na szczęście — mruknęła Babcia. — Jak starszy pan z żoną, to przecież nie morderca. Nie ma co zawracać tym policjantom głowy.

— Ale pan komisarz przecież mówił, że wszystko może być ważne — przypomniała jej niezbyt przekonana Mamusia. — Ja o tym całkowicie zapomniałam, przecież bym im powiedziała… Może trzeba zadzwonić jednak dla świętego spokoju?

— Będą tracić tylko czas na bzdury — zauważyła Lodzia. — Przecież morderstwo było prawie dwa kilometry dalej, a ten pan nie wyglądał ani trochę podejrzanie…

— No, nie wiem — zastanawiała się dalej Mamusia. — Może i masz rację, Lodziu… Ale i tak szkoda, że was obu dziś nie było, pewnie byście sobie przypomniały o tym panu z chusteczką i byłoby z głowy. Bo powiem wam, że ja nie lubię niczego ukrywać przed policją! — oznajmiła uroczyście tonem osoby, która od lat regularnie składa rozmaite zeznania przed organem śledczym, choć taka sytuacja zdarzyła jej się dopiero pierwszy raz w życiu.

— E, daj spokój, Zosiu — machnęła ręką Babcia. — Lodzia ma rację, po co im zawracać głowę? A ty, Lodziu, jedz ten bigos, nie dość, że obrus pochlapałaś, to jeszcze nic nie jesz!

— Jakoś nie mam apetytu — westchnęła Lodzia. — Zmęczyłam się dzisiaj strasznie w szkole, a jeszcze śnieg taki… Chyba się na chwilę położę i prześpię, a potem zjem coś na kolację.

Otrzymawszy łaskawe pozwolenie opuszczenia kuchni, zdenerwowana wciąż dziewczyna udała się do swojego pokoju i opadła bezsilnie na krzesło przy biurku.

„Uff, mało brakowało!” — pomyślała, opierając głowę na dłoni. — „Ja się nerwowo wykończę przez to wszystko! I jeszcze bez sensu nałgać im musiałam… ech, niedobrze, Lodziu, wstyd i żenada. No, ale co mogłam zrobić? Przecież mama już mnie chciała umawiać na policji! Oby tylko Jula nic nie wyśpiewała, u niej pewnie też niedługo będzie ten komisarz…”

Rozdział trzeci

W ciągu dwóch kolejnych dni sprawa morderstwa na ulicy Wertera na nowo przycichła, pozwalając dziewczynie odzyskać relatywną równowagę.

— Lodziu? — naukę do kartkówki z biologii przerwał jej głos Tatusia, który zajrzał do pokoju, wsuwając tylko głowę przez drzwi. — Nie wchodzę, bo jestem cały zakurzony. Robisz coś ważnego?

— Uczę się — odpowiedziała zmęczonym tonem, wstając od biurka i przecierając odruchowo oczy. — A co chciałeś, tato?

— Sprzątam na strychu i potrzebowałbym na godzinkę kogoś do pomocy. Tam są różne szpargały, jakieś stare książki… trzeba by to przejrzeć i zobaczyć, co się przyda, a co już można wyrzucić.

— Aha — ożywiła się Lodzia. — Jasne, zaraz ci pomogę. Już nie mogę patrzeć na tę biologię, chętnie porobię coś mniej wymagającego myślenia.

— Tylko ubierz się jakoś gorzej, no wiesz. Tam jest kurz i gwoździe wystają…

— Dobrze, tato. Za dwie minuty będę u ciebie na górze.

Przedświąteczne porządki na strychu od lat były rytuałem w domu Makówków i właściwie nigdy nie kończyły się pełnym sukcesem. Co roku Mamusia wydawała dyspozycję posprzątania tego zagraconego debarasu, co roku Tatuś bardziej lub mniej ochoczo zabierał się za wykonanie polecenia i co roku udawało mu się ogarnąć ową niewygodną przestrzeń tylko częściowo. Do najdalej położonych względem wejścia zakamarków strychu nikt nie dotarł jeszcze od lat. W tym roku Tatuś postawił sobie chyba to zadanie za punkt honoru, bo już od kilku dni znikał w czeluściach strychu i wynosił stamtąd różne zakurzone rupiecie i pudła, których zawartość spalał w piecu w kotłowni. Strych był niski, miał duże, niewygodne skosy i był zawalony wszelkiego rodzaju gratami, starymi meblami, szpargałami i rozmaitymi „przydasiami”, co nie tylko uniemożliwiało określenie, co tam jest, a czego nie ma, ale utrudniało nawet najbardziej podstawowe poruszanie się po tym rumowisku. Lodzia jednak lubiła te przedświąteczne eskapady na poddasze i kiedy tylko nadarzała się okazja, pomagała Tatusiowi przy sprzątaniu, tym bardziej, że czasami można tam było znaleźć naprawdę ciekawe rzeczy.

— Lodziu, przejrzyj te dwie szuflady na górze, dobrze? — poprosił Tatuś, przenosząc w stronę wyjścia ciężkie pudło ze starymi gazetami przeznaczonymi do spalenia w piecu.

Ponieważ tumany kurzu, które wzniosły się w powietrze przy jego przejściu, utrudniały oddychanie i podrażniały oczy, dopiero po opadnięciu większej części pyłu Lodzia przecisnęła się w kąt, gdzie stała wskazana szafa z szufladami. Sięgnęła po najwyższą z nich i wyjęła ją z trudem — rozklekotany uchwyt oderwał się pod zbyt dużym ciężarem i cała zawartość wśród kolejnych obłoków kurzu wysypała jej się pod nogi.

— Cholera jasna! — mruknęła pod nosem, schylając się po rozrzucone szpargały.

Rzut oka wystarczył, żeby stwierdzić, że były to rzeczy zupełnie niepotrzebne, jakieś przedpotopowe rachunki za prąd i węgiel, harmonogramy wywozu śmieci sprzed kilkunastu lat, a także odręczne notatki gospodarskie, listy zakupów, zadań do wykonania w domu oraz inwentarze przetworów domowych przechowywanych na odpowiednich półkach w piwnicy. Zakwalifikowała to wszystko do spalenia i właśnie przerzucała szpargały do kolejnego pudła, w którym Tatuś miał je znieść do kotłowni, kiedy nagle spośród tych nudnych, nieistotnych świstków wypadło coś, co ją zaintrygowało.

Była to stara, pożółkła i naddarta z jednej strony fotografia przedstawiająca młodego, bardzo przystojnego chłopaka i na oko dużo młodszą od niego dziewczynę, właściwie jeszcze dziecko w wieku około dwunastu lat, stojących przy kominku na tle wnętrza, które do złudzenia przypominało rodzinny salon Lodzi. Tak, kominek był ewidentnie ten sam… Twarz dziewczyny też zresztą wydała jej się znajoma — bez wątpienia była to któraś z panien Makówkówien znanych jej z rodzinnych albumów, tym bardziej, że na zdjęciu była uczesana w słynny, dobierany warkocz. Ciekawiło ją o wiele bardziej, kim był ten chłopak, nigdy nie widziała takiego w albumach, czyżby to był jakiś niedoszły kandydat na narzeczonego, który nie zdał końcowego egzaminu? Jego butna, nachmurzona mina, inteligentne spojrzenie jasnych oczu oraz elegancki, nieco staroświecki strój przywołały Lodzi na myśl skojarzenie z romantycznym bohaterem o pięknej twarzy i rozdartej duszy.

„Diabelnie przystojny” — pomyślała. — „I sądząc po minie, bardzo charakterny…”

Przyglądała mu się przez dłuższą chwilę w niewytłumaczalnym zafascynowaniu, po czym odruchowo, zupełnie bezrefleksyjnie odwróciła zdjęcie na drugą stronę. W prawym dolnym rogu widniał odręczny podpis: Zosia i Edzio, lato ’82.

Zachłysnąwszy się zakurzonym powietrzem, Lodzia dostała nagłego ataku kaszlu, który natychmiast przyciągnął z dołu zaniepokojonego Tatusia.

— Lodziu, co się dzieje?

— Nic, nic — odparła uspokajająco, ocierając łzy, które przy kaszlu popłynęły jej z oczu. — To ten kurz… Już kończę, tato, zaraz dam ci to pudło!

Szybkimi ruchami, ocierając od czasu do czasu rozmazane na zakurzonej twarzy resztki łez i usiłując opanować kolejny napad kaszlu, wrzucała szpargały do pudła na podpałkę, z braku kieszeni schowawszy zdjęcie za pazuchą.

Ach, więc to był ten tajemniczy wuj Edward! Na zdjęciu z Mamusią, czyli swoją siostrą młodszą o ponad dziesięć lat… Tak, to oczywiście była ona, Lodzia kojarzyła już teraz znaną jej z albumów twarz, bardzo ładną za młodu, choć posiadającą już wtedy ten zacięty, twardy wyraz, który dziś był jej znakiem rozpoznawczym. Pomimo tego Mamusia nadal zachowała wiele ze swej urody, nawet jeśli nie miało to porównania do tego, jak wyglądała w wieku Lodzi, czyli niemal trzydzieści lat wcześniej.

„Wuj Edward!” — myślała zaintrygowana dziewczyna, pakując szpargały do kolejnych pudeł i przekazując je Tatusiowi, który biegał z nimi między strychem a kotłownią. — „Więc tak wyglądał… Ciekawe, co teraz robi?”

Przypomniała sobie swoje wyliczenia z czasów, kiedy usiłowała znaleźć jakiś trop w sprawie tajemniczego wuja. Wynikało z nich, że obecnie miał już blisko sześćdziesiąt lat, więc prawdopodobnie nie rozpoznałaby go na ulicy, nawet dysponując tym zdjęciem. Jednak to już i tak był pierwszy konkretny ślad! Postanowiła, że zachowa sprawę w tajemnicy, a zdjęcie schowa w bezpiecznym miejscu i nie powie o nim Wielkiej Triadzie ani słowa. Tak czy inaczej już sam fakt wejścia w posiadanie fotografii przybliżał jej sylwetkę owego wuja, zupełnie jej nieznanego, a przecież tak bliskiego członka rodziny, krwi z jej krwi…

— Looodziuuu! — usłyszała nagle znajomy ryk z dołu.

Głos należał do Ciotki Lucy. Zważywszy, że Tatuś znów zszedł do kotłowni i nie mógł im powiedzieć, że sprzątają razem strych, musiała się wygramolić, by pokazać się osobiście. Westchnęła, otrzepała nieco kurz i przecisnęła się w stronę wyjścia z poddasza.

— Looodziuuu! — wrzeszczała dalej Ciotka. — Słyszysz mnie?! Zejdź tu do nas szybko!

— Już idę, ciociu, idę! — odkrzyknęła. — Chwili spokoju nie dadzą… — mruknęła do siebie, wychodząc ze strychu i przymykając za sobą drzwi, by odciąć drogę kłębiącym się tam ciągle tumanom kurzu.

Pobiegła najpierw do swojego pokoju, by ukryć cenną zdobycz. Wrzuciła zdjęcie do książki od biologii i otrzepawszy w locie kolejne zwały kurzu, ruszyła po schodach w dół. Minęła półpiętro, zbiegła jeszcze kilka stopni i nagle zatrzymała się jak wryta, czując, że blednie pod grubą warstwą kurzu, która pokrywała jej twarz. Na dole w przedpokoju stał starszy, umundurowany policjant w towarzystwie Wielkiej Triady w pełnym składzie.

— Lodziu, schodź, no, schodź — mówiła niecierpliwie Mamusia. — Czekamy tu na ciebie.

— Ale… — zaprotestowała słabo. — Jestem cała zakurzona, sprzątaliśmy na strychu…

— Nic nie szkodzi — uśmiechnął się życzliwie policjant. — To nie jest żaden problem. Nie przychodzę tu z kurtuazyjną wizytą, chciałbym tylko zadać pani kilka pytań.

Strwożona Lodzia nie widziała innego wyjścia, jak udawać, że wszystko jest w porządku, i zejść na dół. Przy każdym kroku miała wrażenie, że zaraz spadnie ze schodów.

„O szlag!” — myślała w rozgorączkowaniu. — „Koniec ze mną!”

Mamusia, Ciotka i Babcia wprowadziły ich do salonu, usadziły Lodzię przy stole, a policjanta naprzeciwko niej, po czym same zaczęły instalować się na stojącej obok kanapie.

— Za pozwoleniem — zatrzymał je policjant. — Wolałbym porozmawiać z młodą damą w cztery oczy.

Wielka Triada spojrzała po sobie z rozczarowaniem na obliczach, ale posłusznie opuściła salon, zamykając za sobą drzwi. Policjant znów uśmiechnął się do Lodzi.

— Komisarz Adam Leśniewski — przedstawił się. — Pani Leokadia Makówka, czy tak?

— Tak — szepnęła Lodzia.

— Proszę się nie denerwować — rzekł uspokajającym tonem. — Chciałbym tylko porozmawiać, dopytać panią o parę rzeczy.

Lodzia pokiwała głową, starając się przybrać neutralną minę, czuła jednak, że niezbyt jej się to udaje i że nieczyste sumienie wypełza jej na twarz jak zdradziecki wąż.

— Pani mama zadzwoniła do mnie — wyjaśnił komisarz, nie przestając się uśmiechać. — Przypomniała sobie drobiazg z soboty czwartego listopada, kiedy odbywało się u was przyjęcie. Zdaje się, że nawet pani zaręczyny?

— Nie zaręczyny, tylko podwieczorek zapoznawczy — sprostowała z godnością, otrzepując nerwowym ruchem spódnicę, przez co tuman kurzu pofrunął aż na stół.

— Tak, rozumiem — skinął głową policjant. — Ale mniejsza o to. Tego wieczoru, jak wspomniała pani mama, w trakcie tego przyjęcia, ktoś do was przyszedł. Zadzwonił do drzwi i pani mu otworzyła. Czy tak?

Lodzia znów pokiwała głową, zastanawiając się gorączkowo, co powinna mu za chwilę powiedzieć, a czego nie, jednak z racji stresu w umyśle miała jedną, wielką pustkę i nie była w stanie uruchomić analitycznego myślenia.

— Proszę mi o tym opowiedzieć — zażądał policjant.

Milczała, patrząc na niego z rosnącą paniką. Miała dwa wyjścia — łgać do końca, albo od razu powiedzieć całą prawdę. Mogła podtrzymać kłamstwo o tym zmyślonym na poczekaniu dziadku z żoną, ale co będzie, jeśli złapią bandziora i wszystko i tak się wyda? A może już go złapali? Oskarżą ją o fałszywe zeznania, o krycie przestępcy… Więc powiedzieć prawdę? To z kolei przerastało ją zupełnie, myśl o tym, że ma opowiedzieć o bandziorze zamkniętym w tajemnicy przed rodziną w schowku na szczotki, przyprawiała ją o zawrót głowy. Nie, to jej chyba nie zdoła przejść przez gardło. Była jednak przed obliczem śledczego, siedziała oto przed oficjalnym majestatem prawa…

Policjant czekał cierpliwie, przyglądając się uważnie spod krzaczastych brwi jej umorusanej kurzem twarzy.

— Pani Leokadio — powiedział łagodnie, widząc, że nie doczeka się odpowiedzi. — Moje pytanie nie jest podchwytliwe, proszę mi wierzyć. Chcę tylko mieć pewność, że znamy wszystkie szczegóły na temat tego, co działo się w tej okolicy w sobotę czwartego listopada między godziną osiemnastą a północą. Być może to, co pani mi powie, nie jest istotne, ale musimy sprawdzić wszystko. Proszę mi powiedzieć, kto zadzwonił wtedy do drzwi i komu pani otworzyła. Wiem już co nieco od pani mamy, ale chcę to usłyszeć od pani.

Lodzia milczała, ważąc w duszy dramatyczną decyzję.

— Pani Leokadio?

Postawionej w ten sposób pod ścianą dziewczynie nagle puściły nerwy. Zerwała się od stołu, spojrzała błędnym wzrokiem na policjanta, którego twarz przybrała na ten widok wyraz zdumienia, podniosła ręce w górę, opuściła je, oklapnęła z powrotem na krzesło, wzbijając w powietrze tuman kurzu ze spódnicy, odrzuciła swój długi warkocz na plecy, po czym przechyliwszy się przez stół w stronę komisarza, wyszeptała konspiracyjnym tonem:

— Dobra, powiem panu wszystko.

Zaskoczony policjant natychmiast spoważniał, a jego twarz przybrała wyraz najwyższego skupienia. Spokojnym gestem sięgnął do kieszeni, wyjął z niej niewielki dyktafon, włączył go i położył na stole przed Lodzią.

— Proszę mówić — powiedział, patrząc na nią z uwagą.

— Powiem panu, ale najpierw pan musi mi coś obiecać — zastrzegła dramatycznym szeptem.

— Co takiego?

— Że nie powie pan nic mojej rodzinie. One by mnie zabiły… Niech policja ma sobie te informacje, niech pan je wyśle, gdzie pan chce, do Interpolu, w kosmos nawet, ale musi mi pan obiecać, że nie powie pan nic mojej mamie, babci i cioci. To jest mój warunek.

Komisarz przyglądał jej się przez chwilę skupionym wzrokiem, po czym kiwnął pojednawczo głową.

— Dobrze, pani Leokadio — odparł spokojnie. — Jest pani osobą pełnoletnią, bez pani zgody nie będziemy udzielać żadnych informacji pani rodzinie. Proszę mówić.

— Ale obiecuje pan? — upewniła się Lodzia.

— Obiecuję — uśmiechnął się lekko policjant. — A teraz proszę mówić.

— No dobrze, to niech pan słucha.

Kiedy raz podjęła decyzję, nagle wszystko poszło dziwnie łatwo. Wyśpiewała sympatycznemu policjantowi po kolei wszystko, co męczyło ją od pamiętnego, listopadowego wieczoru, opisała w szczegółach to, co zapamiętała z zachowania bandziora, opowiedziała o schowku na szczotki, opatrywaniu rany i ucieczce delikwenta po kracie od dzikiego wina, a także o tym, że na drugi dzień wyrzuciła do śmietnika szczelnie opakowaną w worek na śmieci skrwawioną szmatę do podłogi wraz z gazami, którymi obmyła gangsterowi twarz.

— Pewnie mnie za to przymkniecie — podsumowała ponuro. — Zatarłam oczywiście ważne ślady. Ale nie wiedziałam wtedy, że tam było jakieś morderstwo… To zresztą było daleko.

Komisarz, który już na samym wstępie opowieści o schowku na szczotki uznał, że chyba nic nigdy więcej w życiu zawodowym go nie zdziwi, przez całą jej tyradę usiłował utrzymywać ten sam poważny i nieprzenikniony wyraz twarzy. Teraz wreszcie pozwolił sobie na uśmiech i pokręcił głową uspokajająco.

— Proszę się nie martwić, nikt pani nie przymknie — zapewnił ją łagodnie. — Dobrze, że pani to opowiedziała, to może być bardzo ważne. Czy rozpoznałaby pani tego człowieka?

Lodzia zawahała się, wspominając zdarzenie z przystanku sprzed kilku dni.

— Sama nie wiem — odparła ostrożnie. — Może tak, może nie. On miał wtedy bardzo podbite oko i ranę na łuku brwiowym. Był jakiś taki opuchnięty… Ale może bym rozpoznała, gdybym się przyjrzała z bliska.

Popatrzyła na komisarza z zastanowieniem i nagle przechyliła się mocno przez stół w jego stronę.

— Ale chyba mi pan nie powie, że to był morderca?

— Nic pani nie powiem, zwłaszcza że sam nie wiem — odparł spokojnie policjant.

— A ofiara? — pytała dalej gorączkowo Lodzia. — Może to jego tam zamordowali?

Policjant pokręcił głową.

— Nic nie mogę powiedzieć, pani Leokadio — powiedział tym samym spokojnym, opanowanym tonem. — Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa. No, ale… dobrze — dodał, uśmiechając się do niej z sympatią. — Biorąc pod uwagę pani opis, ranę na łuku brwiowym… nie, to nie on był ofiarą. Więcej nie mogę zdradzić.

Ku własnemu zdziwieniu Lodzia poczuła w sercu ulgę.

— Rozumiem — skinęła głową, po czym przyjrzała się policjantowi z rezygnacją. — Ja i tak wkopałam się po uszy… Co pan teraz ze mną zrobi?

Komisarz uśmiechnął się znowu.

— Nic — odparł spokojnie. — Poza tym, że będę musiał panią poprosić, i to prawdopodobnie nie jeden raz ale kilka razy, o stawienie się u nas na komendzie i uzupełnienie zeznań. Musimy mieć wszystkie szczegóły, zaprotokołować to, co pani mi dziś opowiedziała, a być może zrobić także portret pamięciowy tego pana.

— Dobrze, zgłoszę się — westchnęła Lodzia. — Byle tylko one nic o tym nie wiedziały… Obiecał pan.

— Obiecałem — potwierdził z powagą policjant, po czym zawahał się i spojrzał na nią z zastanowieniem. — I w związku z tym jest jeszcze jeden problem… taki, bym powiedział, logistyczny. Będę musiał przysłać tu do was techników policyjnych, muszą mi zdjąć materiał z tego schowka na szczotki.

Lodzia pokiwała głową.

— Tak, domyślam się — odparła zrezygnowanym tonem. — No trudno, niech sobie zdejmują, byle nikt nie pisnął ani słowa mojej mamie, że wie pan o tym ode mnie. Powiedzcie im cokolwiek, one mają wielki szacunek do policji.

Komisarz spojrzał na nią z lekkim rozbawieniem.

— W porządku, pani Leokadio — odparł, chowając dyktafon do kieszeni. Z drugiej wyjął wizytówkę. — Tu ma pani telefon i adres komendy. Umówimy się na jutro, dobrze?

— Dobrze — zgodziła się Lodzia. — Tylko prosiłabym między piętnastą a siedemnastą, bo wcześniej jestem w szkole, a później idę na kurs robienia przetworów domowych.

— Słucham? — zdumiał się policjant.

— No, nieważne, jestem zajęta — machnęła ręką. — Może być szesnasta?

— Jak pani sobie życzy.

Komisarz podniósł się z krzesła i wyciągnął rękę do Lodzi, która podała mu swoją z roztargnieniem i jakby nowym zaniepokojeniem.

— Niech pan poczeka, jeszcze jedno — zatrzymała go. — Niech mi pan powie… czy nic mi nie grozi? Chodzi mi o tego bandziora. Przecież właśnie go wsypałam!

— Proszę się nie martwić — uśmiechnął się. — Sprawdzimy ten trop i spróbujemy znaleźć dżentelmena, który akurat tamtego wieczoru złożył pani taką ciekawą wizytę. Ale nikt nie będzie nigdzie rozpowiadał, że informacje mamy od pani.

— A jeśli on mnie śledzi i zobaczy jutro, że idę do was na komendę? — denerwowała się Lodzia. — Jeśli to morderca, to co mu szkodzi zaciukać jedną sztukę więcej?

— Ma pani podstawy, żeby uważać, że ktoś panią śledzi? — zainteresował się policjant.

— Nie, no niby nie mam… — pokręciła głową bez większego przekonania. — Ale jeśli?

— Proszę się nie martwić — powtórzył komisarz. — Postaramy się dopilnować, żeby nikt pani nie zaciukał, jak to była pani łaskawa ująć. Proszę też ze swojej strony zachować czujność, a w razie czego natychmiast do nas dzwonić.

— Dobrze — szepnęła Lodzia.


Kiedy komisarz Leśniewski opuścił dom rodzinny Makówków, nie odpowiadając na ani jedno podstępne pytanie Wielkiej Triady, a Lodzia wróciła na górę, podkreślając, że musi umyć się z kurzu i przebrać, Mamusia, Babcia i Ciotka Lucy, zaniepokojone tak długą rozmową dziewczyny na osobności z policjantem, zebrały się na tajną naradę w salonie. Przez cały wieczór nie były jednak w stanie ani niczego wydedukować, ani wyciągnąć nic z Lodzi, która uparcie odmawiała zeznań, choć jej zachowanie potwierdzało podejrzenia, że coś tu jest nie tak.

Tymczasem Lodzia cierpiała istne męki. Przez całą noc, leżąc w ciemnościach, niemal nie zmrużyła oka, zastanawiając się, czy na pewno dobrze zrobiła, że powiedziała komisarzowi o bandziorze. Wiadomo, zawsze lepiej być na czysto z prawem, ale przecież z reakcji policjanta jasno wynikało, że dotąd nic o tym nie wiedzieli — może niepotrzebnie wyrwała się przed orkiestrę? Uruchomiła przy tym prawdopodobnie jakąś kolejną lawinę, której nie da się już zatrzymać…

Bandzior nadal był na wolności, teraz to wiedziała na sto procent. A jeśli naprawdę ją obserwuje i dowie się o jej współpracy z policją? Jutro przecież umówiła się na komendzie! Gangster łatwo się domyśli, po co tam idzie, taki głupi nie jest, z tą kratą od dzikiego wina wykazał się sprytem i inteligencją… Przypomniała sobie jego swobodne zachowanie, kiedy przechodził przez parapet i zwieszał się po drugiej stronie okna. Znów ogarnęły ją wątpliwości. Czy tak mógł się zachowywać świeżo upieczony morderca?

„Albo ma taką silną psychę, albo jest niewinny” — pomyślała. — „No, ale nawet jeśli to nie on zamordował, to w bójce przecież brał udział, więc musi należeć do gangu narkotykowego, to akurat jest pewne. Już za samo to należy mu się paka. Powinnam się cieszyć, że przyczyniam się do oczyszczenia społeczeństwa…”

Jednak trudno było jej się cieszyć. Wielka Triada męczyła ją przez cały wieczór, usiłując wyciągnąć z niej szczegóły rozmowy z komisarzem, Lodzia pamiętała przy tym, że w kolejnych dniach mieli przyjechać zapowiedziani przez Leśniewskiego technicy policyjni. Zaczną grzebać w schowku na szczotki, a wszyscy w domu przecież łatwo skojarzą, że to musi mieć jakiś związek z jej długimi zeznaniami w salonie.

„Żyć mi nie dadzą tak czy inaczej” — westchnęła. — „Jutro ta komenda o szesnastej… Jedyne, czego dowiedziałam się na pewno, to, że bandzior żyje. Bardzo pocieszające!”

Kiedy na drugi dzień podczas pobytu Lodzi w szkole pod dom przy Czeremchowej osiem podjechał nieoznakowany samochód, z którego wysiadł komisarz Leśniewski w cywilu w towarzystwie kilku innych ludzi, zaintrygowanie Wielkiej Triady sięgnęło zenitu. Mamusia co prawda usiłowała dowodzić, że to jej dom i ma prawo wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi, ale kiedy policjant podstawił jej pod nos oficjalny nakaz rewizji, zamilkła i ograniczyła się do obserwacji poczynań przybyłej ekipy.

Ku niebotycznemu zdumieniu Wielkiej Triady, a zwłaszcza Ciotki Lucy, epicentrum zainteresowania policjantów w rękawiczkach stał się schowek na szczotki pod schodami, w którym długo szperali, przyświecając sobie mocnym, białym światłem, i z którego wyszli z satysfakcją na obliczach. Zabrali ze sobą kilka plastikowych woreczków z różnymi próbkami i przedmiotami, przy czym Ciotka dałaby głowę, że w jednym z nich znajdowała się jej szmata do podłogi…


Na drugi dzień niewyspana i wciąż zdenerwowana Lodzia opowiedziała wszystko Julce, oczywiście pod klauzulą ścisłej tajemnicy.

— Ale numer! — szepnęła z uznaniem Julka. — Dobra, jasne, będę się pilnować, u nas jeszcze nie byli. Może zresztą wcale nie przyjdą? Skupią się teraz na was i na tych próbkach z szafy na szczotki.

— I właśnie to będzie straszne — westchnęła ponuro Lodzia. — To jest teraz mój największy problem, nie zwariować we własnym domu… One już się domyślają, że coś wiem i zżera je ciekawość. Będę musiała coś wymyślić, żeby wyluzowały i przestały mnie maglować pytaniami, na które przecież i tak im nie odpowiem.

— Może częściej wychodź z domu? — poradziła jej Julka.

Lodzia wzruszyła ramionami.

— Przecież mnie tam już i tak prawie nie ma. Albo szkoła i fakultety do matury, albo te kursy gospodarskie, we wtorki wieczorem tańce z Karolem… To jedyne, co mnie bawi zresztą.

— Ty, a może właśnie częściej spotykaj się z Karolem? — podchwyciła Julka. — Co się tak ustabilizowaliście na tym jednym wtorku?

— No, nie wiem, może faktycznie? — zastanowiła się Lodzia. — To w sumie niegłupi pomysł. Najlepiej będzie, jak zacznę udawać zakochaną do szaleństwa, strzelę ze dwa fochy i może wtedy dadzą mi wreszcie święty spokój. One mają wielką słabość na tym punkcie.

— Na punkcie Karola?

— Też — machnęła ręką. — Ale ogólnie na punkcie tego nieszczęsnego małżeństwa przed dwudziestką. Rozczarują się co prawda w swoim czasie, ale na razie co mi szkodzi, mogę się trochę powygłupiać… Słuchaj, Jula, to jest myśl! Powinnyśmy wybrać się gdzieś z Karolem i z jego kumplami, na jakąś imprezę, dyskotekę, coś w tym stylu. Tam na uczelniach pewnie mają tego pełno, a jak nie, to zawsze coś na mieście się znajdzie. Z Karolem wszędzie mnie puszczą bez ględzenia, więc muszę korzystać. A tobie też się przyda, nie będziesz tyle myśleć o Matim.

Julka pokręciła głową z bolesną miną.

— No co? — uśmiechnęła się Lodzia. — Przecież nie pójdziesz do klasztoru przez Matiego. Ja się zresztą dalej na ciebie gniewam za tego Szymka. Wstydziłabyś się, takiego fajnego chłopaka spławić!

— Wcale go nie spławiłam — odparła spokojnie Julka.

— No jak to! — wykrzyknęła Lodzia. — Nie chciałaś z nim iść na studniówkę!

— Nie do końca. Jeszcze się zastanowię.

Lodzia przyjrzała się z uwagą przygaszonej ostatnimi czasy twarzy przyjaciółki.

— Przecież powiedziałaś mi, że mu odmówiłaś, kiedy cię zapraszał…

— Na początku owszem. Ale zmieniłam zdanie.

— Czekaj, bo nie rozumiem — zdziwiła się Lodzia. — Kiedy ty z nim gadałaś jeszcze raz?

— Spotkałam go w szatni wczoraj rano. Wiesz, tak na mnie spojrzał, że… jakoś nie mogłam go nie zagadnąć. Wróciłam do tematu i obiecałam mu, że jeszcze to przemyślę.

— O, to diametralnie zmienia postać rzeczy! — przyznała z satysfakcją Lodzia. — A co on na to? Ucieszył się na pewno?

— Bardzo.

— Ale dlaczego od wczoraj nic mi nie powiedziałaś?! Ani słówka nie pisnęłaś!

— A co ci miałam zawracać głowę? — uśmiechnęła się blado Julka. — Już masz dość własnych kłopotów z tym bandziorem. Ja cię w ogóle podziwiam, Lodźka, że ty masz jeszcze na cokolwiek czas. Szkoła, kursy, taniec, matura, Karol, teraz jeszcze policja…

— Policji akurat nie planowałam — westchnęła Lodzia. — Samo wyszło.

— To tym bardziej. Tak czy siak czas na to poświęcić musisz. Jesteś świetnie zorganizowana, ja bym wymiękła już z połową tego co ty.

— Tak mnie wychowano — wyjaśniła lekkim tonem Lodzia. — Muszę ćwiczyć multitasking, żeby wprawiać się w roli idealnej pani domu i poukładanej gospodyni. Rodzinna tradycja. Ale powiedz, Jula, co myślisz o tym wypadzie z Karolem? Mnie się to naprawdę zaczyna podobać… Ty, słuchaj! A jakbyś wzięła Szymka? Pójdziemy gdzieś razem potańczyć i sprawdzimy ich obu przed studniówką!

— No, nie wiem… — Julka aż cofnęła się o krok.

— Oj, Jula, nie wydziwiaj, trzeba coś wymyślić! — oznajmiła energicznie Lodzia. — Ja zwariuję wieczorami w domu! A potańczyć strasznie bym chciała, uwielbiam taniec, akurat miałybyśmy partnerów… Pomyśl o tym Szymku, co ci szkodzi?

— Dobra, pomyślę — obiecała z nagłą determinacją Julka. — Ale to chyba byłoby już i tak dopiero po świętach? Teraz nie będzie czasu.

— Aha, po świętach — kiwnęła głową Lodzia. — Pogadam o tym z Karolem, we wtorek mamy ostatnią lekcję tańca w tym roku, następna dopiero w styczniu. Akurat będzie karnawał, trzeba się pobawić, zobacz, przecież my nigdy nigdzie nie chodzimy!

— Może i masz rację — zgodziła się Julka. — Po studniówce trzeba będzie się już ostro zabrać za naukę. A właśnie, słuchaj, Lodźka… a propos studniówki. Kiedyś musimy się wybrać na miasto i pochodzić za tymi naszymi sukienkami.

— Racja — przyznała Lodzia. — Ale to możemy zrobić szybko, jeszcze przed świętami. Może w poniedziałek? Skoczymy do tej galerii pod zamkiem, tam jest multum sklepów z ciuchami, przejdziemy się i popatrzymy, co? Ja nie jestem wymagająca, i tak się cieszę, że mi zostawiły wolną rękę i nie każą zakładać jakiejś idiotycznej sukni sprzed potopu. Wbijam się w to tylko na rodzinne imprezy, następne będą chyba zaręczyny! — zażartowała.

Julka roześmiała się.

— Oj, Lodźka, ty to masz w domu klimaty, a niech cię! — pokręciła głową. — Podwieczorki zapoznawcze, zaręczyny, szkoda, że nie bal maskowy… Czekaj, zostajesz dzisiaj z nami na fakultety z chemii? Rafi mówił, że mają być fajne doświadczenia z kwasami.

— Niestety nie mogę — odparła z żalem. — Muszę jechać na policję.

— Z tym bandziorem to się rzeczywiście nieźle wpakowałaś — Julka popatrzyła na nią ze współczuciem. — Ale może teraz to się wreszcie skończy? Non stop się tym stresujesz, sama nic nie możesz, więc niech policja to rozwiąże i będzie spokój.

— Taką mam nadzieję — westchnęła Lodzia.


Punktualnie o szesnastej stawiła się na komendzie. Komisarz Leśniewski wyszedł zza biurka, aby uścisnąć jej rękę.

— Pani Leokadia — skonstatował, zwracając się trochę do niej, a trochę do drugiego policjanta, który siedział przy sąsiednim biurku.

Ten zmierzył ją wzrokiem, w którym kryło się zaciekawienie i jakby rozbawienie.

„Jasne” — pomyślała z rezygnacją. — „Po całym komisariacie już pewnie krąży anegdotka, jak to Lodzia Makówkówna zamknęła groźnego przestępcę w schowku na szczotki. Pewnie wszyscy boki zrywają… Cóż, trudno, nawarzyłam piwa, to je teraz muszę wypić.”

Komisarz wrócił tymczasem do swojego biurka, wyciągnął z szuflady jakieś dokumenty i podał je Lodzi.

— Tu mamy pani wczorajsze zeznania — wyjaśnił. — Musimy uzupełnić jeszcze kilka szczegółów, a potem podpisze nam pani protokół, dziś mam to przekazać kolegom z prokuratury. Proszę to przeczytać.

Lodzia posłusznie wzięła do ręki plik kartek i zabrała się za czytanie własnych zeznań. Historia wizyty bandziora opisana czarno na białym na oficjalnym dokumencie policyjnym objawiła przed nią pełnię swej absurdalności. Do tego te wątki humorystyczne w postaci schowka na szczotki i drogi ewakuacyjnej po kracie od dzikiego wina…

„Dziwne, że mi w ogóle uwierzyli” — pomyślała z przekąsem. — „Przecież to wygląda jak jakiś kabaret!”

Po sprecyzowaniu kilku detali, o które prosił policjant, podpisała protokół i zrobiło jej się nieco lżej na duchu. Komisarz popatrzył na nią ze swym standardowym, życzliwym uśmiechem.

— No dobrze, pani Leokadio — powiedział, odkładając papiery na lewą stronę biurka. — A teraz niech nam pani jeszcze raz dokładnie opisze tego dżentelmena.

— Mówiłam panu, że był poobijany i zalany krwią — zastrzegła Lodzia. — Poza tym to już było półtora miesiąca temu, nie pamiętam szczegółów.

— Tak, rozumiem, oczywiście — skinął głową policjant. — Ale jednak spróbujmy. Może wygodniej będzie, jak ja będę zadawał pytania, a pani będzie odpowiadać?

— Dobry pomysł — zgodziła się Lodzia.

— W porządku. Może pani określić jego wiek?

— Stary — skrzywiła się. — Tak na oko między trzydzieści a czterdzieści.

Policjanci spojrzeli po sobie z nagłym rozbawieniem.

— Widzisz, Krzysiek? — pokiwał głową komisarz. — To co my mamy powiedzieć o sobie? Zwłaszcza ja już jestem poza skalą…

— Przepraszam, tak mi się powiedziało — zreflektowała się Lodzia. — Może pan ująć to inaczej. Powiedzmy, „względnie młody”.

— Między trzydzieści a czterdzieści, mówi pani? — upewnił się policjant, starając się zachować powagę. — Ale bliżej trzydziestu czy czterdziestu?

— Nie mam pojęcia — pokręciła głową. — Tak tylko na oko panu mówię, tyle bym mu dała. Czwarta dekada. Może miał trzydzieści trzy, a może trzydzieści osiem, nie powiem panu tego. Mogę ewentualnie powróżyć z tych fusów — dodała, wskazując na stojącą na biurku komisarza niedopitą kawę po turecku.

— W porządku — uśmiechnął się Leśniewski. — Idźmy dalej. Ile mógł mieć wzrostu? W przybliżeniu oczywiście.

— Wzrostu? — zastanowiła się Lodzia. — Był ode mnie sporo wyższy, tak mniej więcej o głowę. Ja mam metr pięćdziesiąt osiem, to on może miał… ja wiem?… jakiś metr osiemdziesiąt.

Dyktafon działał, ale dodatkowo policjant przy sąsiednim biurku notował w tempie błyskawicy. Miał przy tym minę, jakby znakomicie się bawił.

— Oczy, włosy? — rzucił komisarz.

— Ciemne — odparła bez wahania.

— Co znaczy: „ciemne”? — skrzywił się stenografujący policjant, podnosząc na chwilę głowę.

— Niech pani doprecyzuje — poprosił Leśniewski.

— Brunet, oczy ciemnobrązowe — odpowiedziała stanowczo.

— Jest pani pewna?

— Jak tego, że tu z panem siedzę. Przecież opatrywałam mu ranę, myłam mu tę obitą gębę…

Policjanci znów wymienili dyskretnie rozbawione spojrzenia.

— No dobrze — podjął komisarz zupełnie neutralnym tonem. — Fryzura?

— Krótko obcięty. Tak standardowo, nic specjalnego. Tak mniej więcej jak ten pan — tu Lodzia wskazała na notującego policjanta.

— Krzysiek, będziesz służył za wzornik — komisarz puścił oko do kolegi. — Czy miał jakieś znaki szczególne?

— Owszem, całą masę — przytaknęła nie bez złośliwości. — Przecież mówiłam. Jedno oko podbite i spuchnięte. Rozcięty łuk brwiowy, warga też, do tego zalany krwią i wytarzany w błocie.

— Nie o to chodzi — pokręcił głową Leśniewski.

— Wiem, o co panu chodzi — odparła z powagą. — Ale niech się pan zastanowi, jak ja w tym wszystkim miałam jeszcze zwracać uwagę na jakieś znaki szczególne?

— Rzeczywiście — przyznał policjant. — A ubranie?

— Aż tak się nie przyglądałam — zamyśliła się Lodzia. — Miał chyba dżinsy… tak, na pewno, takie zwykłe, granatowe dżinsy, przypominam sobie, że widziałam, kiedy wyłaził przez okno. No i jakąś taką ciemną kurtkę, niezbyt grubą, aż się dziwię, bo zimno już wtedy było… Nic szczególnego, ale raczej dobrej jakości, tylko wszystko sponiewierane.

— W porządku — kiwnął głową policjant. — Chyba portret pamięciowy nie ma sensu, nie, Krzysiek? Te urazy zniekształciły twarz, nic z tego nie wyjdzie. Pani Leokadio. Umówmy się jeszcze raz w poniedziałek, dobrze? Do tego czasu przeanalizujemy rzecz z kolegami z prokuratury i będę miał do pani jeszcze kilka pytań.

— Dobrze — odparła grzecznie Lodzia.

— Jeśli pani woli, mogę podjechać do pani do domu.

— Broń Boże! — zawołała z oburzeniem. — Niech pan nawet nie próbuje! Obiecał pan! Ja przyjadę tutaj. Tylko… czy może być dopiero na szesnastą trzydzieści? Zaraz po lekcjach umówiłam się z koleżanką na wyjście do sklepu…

— Jak pani sobie życzy — skłonił się komisarz. — Niech będzie szesnasta trzydzieści. A zatem bardzo dziękujemy i do zobaczenia.

Policjanci uścisnęli po kolei rękę Lodzi i poczekali, aż wyjdzie, po czym obaj parsknęli śmiechem i kręcąc głowami, wrócili za swoje biurka. Sprawa zabójstwa na ulicy Wertera prowadzona we współpracy z prokuraturą szła swoim torem, już wiedzieli, że rewelacje pani Leokadii niezbyt pasowały do układanki, ale kto wie? Trzeba było wszystko sprawdzić, odszukać tamtego człowieka, na razie poczekać na wyniki analizy próbek ze schowka na szczotki, laboratorium miało to zrobić na cito… Obydwaj jednak uznali zgodnie, że już dawno nie przesłuchiwali tak uroczego świadka i że ta historia na długo pozostanie im w pamięci.


W poniedziałkowe popołudnie, zgodnie z planem, dziewczyny wybrały się do galerii handlowej pod Zamkiem Lubelskim na poszukiwanie sukienek na studniówkę. Włóczyły się już od godziny po butikach odzieżowych, przy czym, o ile Lodzia dość szybko wytypowała kilka kreacji, które uznała za satysfakcjonujące, Julka wciąż nie mogła się na nic zdecydować.

— Oj, Jula, wydziwiasz — pokręciła głową Lodzia. — Tu jest tyle fajnych kiecek, że której byś nie założyła, wyglądałabyś rewelacyjnie. Ta w tym trzecim sklepie od początku, pamiętasz, ta z koralikami… no, to ona była bez zarzutu, co ty więcej chcesz?

— Sama nie wiem, jakoś mnie tu nic nie przekonuje — westchnęła Julka. — Ale może rzeczywiście chodźmy jeszcze raz zobaczyć tę z koralikami? Nie przyjrzałam jej się za dokładnie.

— Dobra, to wracamy — zdecydowała Lodzia. — Tylko już nic więcej nie kombinuj, bo mnie nogi bolą. Najwyżej jeszcze jutro pójdziemy do tej drugiej galerii… A nie, przepraszam, jutro nie mogę, bo jadę z Karolem na taniec i będę się musiała przygotować. Ale pojutrze owszem.

Przemierzyły znów długi, zatłoczony pasaż i zmęczone dotarły do sklepu, w którym znajdowała się wspomniana sukienka z koralikami. Julka oglądała ją krytycznym wzrokiem.

— Ten materiał jakiś dziwny, nie?

— Jaki dziwny? — wzruszyła ramionami Lodzia. — Normalny, trochę się tylko błyszczy. To jest przecież sukienka wieczorowa. Czekaj, a co my mamy tutaj?

Zanurkowała między wieszaki i po chwili szperania wyciągnęła kolejną sukienkę.

— Zobacz, taka też jest fajna — pociągnęła Julkę za rękaw, gdyż ta stała teraz odwrócona w stronę przeciwległego końca sklepu. — Trochę dłuższa, ale… Jula, no patrz, co ci pokazuję!

Julka schyliła się do niej z zaniepokojeniem.

— Ty weź zerknij tam — szepnęła konspiracyjnie, nieznacznym ruchem głowy wskazując w kierunku przeciwległych, przeszklonych drzwi do sklepu. — Tylko dyskretnie. Dlaczego ten facet tak się na nas gapi?

Lodzia podniosła ostrożnie głowę i natychmiast napotkała przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu stojącego w sąsiednim pasażu mężczyzny, który rzeczywiście przyglądał im się przez przeszkolone drzwi. Zadrżała i w jednej sekundzie zbladła jak ściana.

— Spadamy stąd! — rzuciła w panice, odwieszając byle jak sukienkę.

Złapała Julkę za rękę i galopem wybiegły drugimi drzwiami ze sklepu, a potem na ulicę, zakładając szybko w locie czapki. Przebiegły przez przejście dla pieszych częściowo już na czerwonym świetle i zdyszane zatrzymały się dopiero na Placu Zamkowym.

— Dobra, to teraz gadaj, kto to był! — zażądała Julka, kiedy odrobinę uspokoiły oddech. — Tylko nie mów mi, że bandzior. Ja przez ciebie kiedyś płuca wypluję!

— Właśnie bandzior! — zawołała Lodzia. — Na sto procent to był on! Pewnie się dowiedział, że go wsypałam na policji i teraz mnie śledzi. Chce mnie utłuc!

— Czekaj, spokojnie — zatrzymała ją Julka. — Od razu utłuc… Skąd ci się znowu wziął ten bandzior? Przecież ten typ wyglądał zupełnie normalnie, przyjrzałam mu się.

— A co, chciałaś, żeby chodził po ulicy z nożem w ręku, szczerzył zęby i ociekał krwią? — zdenerwowała się Lodzia. — Na co dzień musi przecież wyglądać w miarę normalnie!

— Ale to był jakiś bardzo elegancki facet. Tak się nie ubiera diler narkotyków.

— A skąd ty wiesz, jak się ubierają dilerzy narkotyków? — popukała się palcem w czoło Lodzia. — Znasz ich pewnie całą zgraję, co? Może właśnie chodzą w eleganckich ciuchach, kasę przecież mają z tych swoich przekrętów…

— Może — zgodziła się ostrożnie Julka. — Ale skąd wiesz, że to był na pewno on? Przecież wtedy był obity, sama mówiłaś, że miał zniekształcone rysy twarzy. Więc po czym go poznałaś?

— Po oczach — westchnęła Lodzia. — Ja tych jego oczu nigdy nie zapomnę… Mówię ci, że to był on, zresztą sama widziałaś, że się na nas gapił!

— No, gapił się — przyznała Julka. — I to jak!

— Właśnie on tak ma — pokiwała głową Lodzia. — Mówiłam ci. Gapi się uważnie, przeszywa tym wzrokiem, że aż ciary po plecach idą. Dobrze, że mam dzisiaj iść do Leśniewskiego, to mu o tym od razu powiem.

— O tych ciarach? — zdziwiła się Julka.

— O jakich ciarach, zwariowałaś?! — wykrzyknęła Lodzia. — Muszę mu powiedzieć, że go widziałam i że mnie śledzi! Wtedy na przystanku to też był on! Przecież to jest podejrzane, ja na niego wpadam tu już drugi raz!

— Bo może on gdzieś tu mieszka w okolicy? — zastanowiła się Julka. — Albo pracuje. Może go mijałaś już nieraz, tylko nie zwracałaś uwagi. Nie wyglądał jakoś podejrzanie… Chociaż fakt, że gapił się jak cholera. No, ale z drugiej strony pomyśl trochę, gdyby chciał cię śledzić, to przecież nie gapiłby się aż tak jawnie, jakoś by się kamuflował.

— Może to jest ostrzeżenie? — wzdrygnęła się Lodzia. — Wiesz, taka gierka psychologiczna. Doprowadzić ofiarę do takiego stanu strachu i paniki, że potem, jak już mnie dopadnie z jakimś nożem, to nawet nie będę miała siły krzyknąć.

— Przestań, co ty opowiadasz! — roześmiała się Julka. — Ty już masz naprawdę manię prześladowczą! Jeśli to był bandzior, to ja cię przepraszam, ale wyobrażałam go sobie zupełnie inaczej. Ten wyglądał całkiem sympatycznie, niczego sobie facet, poza tym był świetnie ubrany, miał taki czarny, wełniany płaszcz w jodełkę. Bardzo elegancki. Buty jak z żurnala. Tak się ubierają jacyś… nie wiem, no… bankowcy, dyplomaci?

— Jasne — mruknęła Lodzia. — Dyplomata ze szmatą do podłogi na rozbitym pysku.

Julka uśmiechnęła się pobłażliwie.

— Bo wcale nie jest powiedziane, że to był naprawdę bandzior. Sama widzisz, ile rzeczy nie pasuje. Może to po prostu ktoś podobny i tyle.

— Tak, podobny, to wyjaśnij mi, dlaczego tak się gapił? — zirytowała się znowu Lodzia. — Akurat prosto na nas! Jula, nie bagatelizuj, to jest poważna sprawa. Ja się tego typa boję!

— Dziwne, że nie bałaś się, jak siedziałaś z nim sama po ciemku w zamkniętym pokoju — zauważyła złośliwie Julka.

— No bo wtedy nie wiedziałam, kto to jest! — wykrzyknęła z oburzeniem.

— A teraz niby wiesz? — uśmiechnęła się Julka.

— No nie, nie wiem — przyznała Lodzia z nagłą rezygnacją. — Ale ja to powiem Leśniewskiemu. Jak już tamto powiedziałam, to powiem i to. On się tutaj włóczy regularnie po śródmieściu, skoro go już drugi raz spotykam. Niewykluczone, że mnie śledzi. Może jakoś go namierzą? To ostatnia szansa, żeby wreszcie normalnie pożyć…


Wizyta na komendzie znacząco ją uspokoiła. Komisarz Leśniewski życzliwie zainteresował się nowymi informacjami na temat bandziora i obiecał, że postarają się z kolegami sprawdzić, co tylko mogą. Zalecił przy tym Lodzi ostrożność i czujność oraz nakazał natychmiastowy kontakt z nim w razie konieczności. Jako że podał jej numer swojej prywatnej komórki i zapewnił, że może dzwonić do niego w dzień i w nocy, dziewczyna poczuła się o wiele bezpieczniejsza, a do tego potraktowana poważnie i z szacunkiem. Niestety, w domu nadal nie dało się żyć…

— Lodziu, ale ja cię bardzo proszę, wytłumacz nam, o co tam chodziło z tym schowkiem na szczotki — indagowała zdenerwowana Mamusia. — Przecież oni czegoś tam szukali, a to było zaraz po tym, jak rozmawiałaś z panem komisarzem! Nie ukrywaj mi tu nic, dziecko, ja dobrze wiem, że ty coś wiesz!

— Przecież chcemy tylko twojego dobra, Lodzieńko — przekonywała ją Babcia. — Powiedz chociaż, czy to ma naprawdę jakiś związek z tym morderstwem na Wertera…

— Tylko co nasza szafa pod schodami może mieć wspólnego z morderstwem? — zastanawiała się przytomnie Mamusia. — Lucy, popraw tę firankę, jeśli możesz… o tak, dziękuję. No, to jak, Lodziu, powiesz nam w końcu, o czym rozmawiałaś z panem komisarzem?

— Mamo, daj spokój, to nie było nic ważnego — jęknęła Lodzia. — Pytał o podwieczorek zapoznawczy, myślał, że to były moje zaręczyny… a potem rozmawialiśmy o tym człowieku, co prosił mnie o chusteczkę. I nic więcej. Pogawędziliśmy sobie trochę, bardzo sympatyczny pan.

— Prawda — przyznała Babcia. — Taki miły ten policjant, jak się rzadko zdarza.

— I cierpliwy! — dodała z uznaniem Ciotka Lucy, którą komisarz Leśniewski również przesłuchał w dniu, kiedy zeznawała Lodzia. — Pytałam go o tyle rzeczy! Co prawda nie chciał nic powiedzieć, ale ani razu się nie zdenerwował, zupełnie jak nasz kochany pan mecenas…

Lodzia wywróciła oczami.

— A do tego jeszcze jak tu byli ci panowie… — ciągnęła w natchnieniu Ciotka — wtedy, co szukali czegoś pod schodami… to on sam pilnował, żeby mi podłogi nie brudzili. Osobiście buty kazał im wycierać!

— No tak, tak — pokiwała głową Mamusia. — Ale Lodzia z nim tak długo rozmawiała…

— Mamo, ja bym może jednak poszła się pouczyć? — zaproponowała wymijającym tonem Lodzia. — Pojutrze mam klasówkę, a jutro wieczorem idę przecież z Karolem na taniec.

— No dobrze, drogie dziecko — rozpogodziła się Mamusia, spoglądając na nią z żywą ciekawością. — A jak wam się razem tańczy, wszystko się układa?

— Wszystko na najlepszej drodze — zapewniła ją z powagą. — Nie spodziewałam się, że Karol tak świetnie tańczy, coraz lepiej się zgrywamy, aż nie mogę się doczekać tej studniówki… A właśnie! Dobrze, że sobie przypomniałam. Po świętach może poszlibyśmy gdzieś razem na miasto? Na jakąś dyskotekę, tak sobie potańczyć… Julę też bym wzięła. Chyba nie miałybyście nic przeciwko temu?

— Na dyskotekę? — skrzywiła się Mamusia.

— A dlaczego nie, Zosiu? — poparła Lodzię Ciotka Lucy. — Niech idzie, przecież wiadomo, że młodzi muszą się wyszaleć w karnawale.

— Ale te dzisiejsze dyskoteki… — pokręciła głową nieprzekonana Mamusia. — Bardzo złe rzeczy słyszałam o tych młodzieżowych zabawach i nie chciałabym, żeby moja córka…

— Zosiu, ale przecież ona pójdzie z Karolkiem — przypomniała jej znaczącym tonem Ciotka. — Wszystko jest dla ludzi. Za naszych czasów też były dyskoteki, może trochę spokojniejsze niż teraz, ale to przecież rozsądne dzieci. Skoro chcą sobie potańczyć na mieście, to dlaczego nie?

— No tak — zgodziła się ostrożnie Mamusia. — Może i masz rację, Lucy, gdzieś te umiejętności taneczne trzeba rozwijać, a studniówka to tylko jeden wieczór…

— I w tańcu uczucia rozkwitają, Zosiu — szepnęła do niej konspiracyjnie Ciotka. — Ja coś o tym wiem, mój świętej pamięci Józuś właśnie w tańcu pierwszy raz mnie pocałował!

Lodzia spuściła szybko głowę, tłumiąc śmiech.

— Tylko do jakiegoś przyzwoitego miejsca pójdźcie — zaznaczyła Babcia, podnosząc w górę palec. — Żeby nikt się za was nie musiał wstydzić!

Lodzia z powagą pokiwała głową na znak, że zadba o spełnienie tego warunku.

— Co ty mówisz, ciociu, przecież Karolek nie zabierze jej byle gdzie! — obruszyła się Ciotka Lucy. — Taki ułożony chłopiec…

— Też tak myślę — przyznała Mamusia i spojrzała aprobująco na córkę. — No dobrze, Lodziu, skoro chcecie iść się pobawić, to cóż… Jesteś już dorosła, nie będziemy cię przecież zamykać w domu. A wracając do twojej rozmowy z panem komisarzem…

Lodzia cichaczem ewakuowała się na górę. Zamknąwszy się w pokoju, zapomniała natychmiast o nauce do klasówki i zatonęła w rozważaniu wydarzeń dzisiejszego dnia. Kolejny powrót bandziora, który jak widmo pojawił się dziś w galerii, mocno ją zaniepokoił. Śledził ją czy to znowu był tylko przypadek? Coś za dużo tych przypadków… Nie miała już wątpliwości, że tamtego dnia, kiedy czekała na przystanku i padał gęsty śnieg, widziała właśnie jego, był podobnie ubrany, w taki długi, elegancki płaszcz. Poza tym te oczy…

„Nie ma mowy, tu nie mogłam się pomylić” — pomyślała z dziwnym ściskiem w sercu. — „Takie oczy ma tylko jeden facet na świecie!”

Na wspomnienie hipnotyzującego spojrzenia owych ciemnych oczu Lodzię ogarnęło znajome już drżenie. Wiedziała doskonale, że to nie był strach.

„Ten bandzior coś podejrzanie mocno mnie elektryzuje” — pomyślała niespokojnie. — „Nie wiem, skąd to się bierze, ale coś w nim jest takiego, że wymiękam… A to przecież jakiś stary wapniak! I w dodatku gangster. Mam nadzieję, że Leśniewski go niedługo zapudłuje, będzie wreszcie spokój.”


We wtorkowy wieczór jak zwykle udali się z Karolem do szkoły tańca. Miała to być ostatnia lekcja przed świętami, zatem w kącie stała już choinka, a nastrój był podniosły i jeszcze radośniejszy niż zwykle. Na Lodzię czekała jednak niespodzianka. Kiedy tylko weszli z Karolem na salę, instruktor podszedł do nich i poprosił dziewczynę o chwilę rozmowy, wskazując jej stojącego samotnie przy drzwiach chłopaka.

— Pani Lodziu — powiedział przyciszonym głosem. — Mamy dziś nowego kursanta, a pani Ali nie ma, pojechała już na święta do rodziny. Potrzebujemy dla niego dobrze tańczącej partnerki, żeby wprowadzić go w rytm i pokazać podstawowe kroki. Pomyślałem o pani, tańczy pani już najlepiej w grupie. Czy mógłbym na panią dzisiaj liczyć? Tylko dzisiaj, w wyjątkowym trybie pod nieobecność pani Ali… Byłbym bardzo wdzięczny.

Lodzia, choć jak zwykle miała ochotę porządnie potańczyć, poczuła się mimo wszystko doceniona i mile połechtana komplementem.

— A mój partner? — zapytała z wahaniem, zerkając w stronę Karola.

— Zaraz przydzielimy mu kogoś z tej wesołej piątki — uśmiechnął się instruktor, wskazując na stojące nieopodal towarzystwo roześmianych nastolatek. — On też dobrze tańczy, będzie mógł się wykazać, ucząc nieco słabszych. To co, zgoda?

— Dobrze, proszę pana, zapytam go i jeśli się zgodzi, to ja też — obiecała ostrożnie, po czym wróciła do Karola, by poinformować go o niespodziewanej zmianie planów. zapytam go, jeśli się zgodzi, to ja też — obiecała ostrożnie i wróciła do Karola, by poinformować go o niespodziewanej zmianie planów.

— W porządku — odparł z uprzejmym uśmiechem. — Nie martw się o mnie, idź spokojnie robić karierę instruktorki, rzeczywiście świetnie tańczysz.

Lodzia została zatem przedstawiona nowemu kursantowi jako tymczasowa instruktorka i omal nie pękła z dumy. Odkąd zgłębiła na wyższym poziomie tajniki tańca, stał się on jej żywiołem, czerpała z niego ogromną przyjemność i podczas półtoragodzinnej sesji we wtorkowe wieczory ładowała akumulator na resztę tygodnia. Dziś poczuła się wyróżniona, w jakimś sensie przyjęta do elitarnego grona najlepszych uczniów. Jej nowy partner był studentem, miał na imię Bartek i okazał się bardzo sympatycznym młodym człowiekiem.

— Znowu cię nadepnąłem — westchnął. — Może teraz ty nadepnij mnie, żebyśmy byli kwita?

Lodzia roześmiała się.

— Nie mam w zwyczaju tak ordynarnie wyrównywać rachunków! A z ciebie jest materiał na niezłego tancerza, do wakacji będziesz wywijał, jak należy. No, teraz krok do tyłu… Powiedz mi, tak tylko z ciekawości pytam… dlaczego zapisałeś się na kurs?

— Dla dziewczyny — wyjaśnił z uśmiechem. — A właściwie narzeczonej. Kończę w tym roku studia i w wakacje bierzemy ślub, uznałem, że wypada mi przygotować się trochę tanecznie przed weselem, żeby nie przynieść wstydu pani mojego serca.

— Aha, przedślubny kurs walca? — pokiwała głową ze zrozumieniem. — Znam takie zwyczaje… Uwaga, lewa noga do przodu… A narzeczona nie chce z tobą chodzić?

— Nie może. Mieszka teraz w Warszawie i też kończy studia. Ona zresztą umie tańczyć, to tylko ze mnie taki ignorant towarzyski i kompletna noga stołowa. Więc chciałbym jej zrobić niespodziankę… Ups, przepraszam! Znów cię nadepnąłem.

— Musisz się tego oduczyć — oznajmiła mu stanowczo Lodzia. — Inaczej nici z niespodzianki. To zresztą dopiero pierwszy etap, bo facet ma nie tylko nie deptać partnerki po palcach, ale musi też umieć prowadzić. Kiedy już opanujesz kroki, będziesz musiał nabrać stanowczości w ruchach, poczuć się panem parkietu, partnerka ma ci ufać. W ogóle taniec to nie tylko mechaniczna umiejętność, to coś znacznie więcej — dodała z rozmarzeniem.

— Widzę, że znasz się na rzeczy — przyznał Bartek. — Twój partner chyba też dobrze tańczy?

— Znakomicie — odparła, rozglądając się odruchowo za Karolem. — Zaraz poproszę go na chwilę, to pokażemy ci, jak ma wyglądać prowadzenie w tańcu. Czekaj, gdzie on jest? Miał się gdzieś tu obracać z którąś z młodszych dziewczyn… Zaraz go znajdę.

Jednak Karola nigdzie nie było. Uznawszy, że pewnie wyszedł na chwilę, machnęła na to ręką i dalej szkoliła Bartka w podstawowych krokach walca angielskiego. Okazał się być bardzo pojętnym uczniem, więc czas płynął szybko, jednak kiedy lekcja dobiegała końca, Lodzia znów rozejrzała się za Karolem i znów nie dostrzegła go na horyzoncie.

„Gdzie on polazł?” — pomyślała z niepokojem. — „Żeby się tylko na mnie nie obraził…”

Po zakończeniu lekcji pożegnała pośpiesznie Bartka i wybiegła z sali, rozglądając się za Karolem. Wpadła na niego tuż za progiem — stał przy recepcji i spokojnie rozmawiał z Agatą.

— Jesteś! — zawołała z ulgą. — Już zaczynałam się stresować, nigdzie cię nie było. Nie tańczyłeś?

— Trochę tańczyłem — odparł stoicko. — Ale potem skończyły się wolne partnerki, więc wyszedłem, żeby nie przeszkadzać. Nic się nie martw, Lodziu, dobrze się bawiłem, a dzisiaj i tak jakoś nie bardzo chciało mi się tańczyć. A ty jak?

— Świetnie. Pierwszy raz byłam instruktorką, a jaki fajny partner mi się trafił!

— Czy powinienem być zazdrosny? — zapytał uprzejmie.

— Koniecznie! — roześmiała się Lodzia. — Przecież robiłam dzisiaj wszystko, żeby wpędzić cię w kompleksy i rozszarpać twoje serce na kawałki straszliwymi kleszczami zazdrości!

Widząc nieco zażenowaną minę Agaty, roześmiała się jeszcze bardziej.

— E, nie słuchaj nas! — rzuciła do niej lekkim tonem. — To tylko żarty! Ja nawet nie wiem, co to znaczy być o kogoś zazdrosną.

— Może nigdy nie miałaś powodu do zazdrości? — uśmiechnęła się Agata.

— Nie miałam — przyznała Lodzia. — I raczej mi to nie grozi… Dobra, czekajcie, lecę zmienić buty!

Kiedy po wyjściu ze szkoły tańca wsiadali do samochodu, podjęła temat planowanej dyskoteki. Karol wysłuchał spokojnie jej wywodu i kiwnął głową.

— W porządku. Jeśli sobie życzysz, to czemu nie? Mam o tym pogadać z kolegami z roku?

— Aha — podchwyciła skwapliwie Lodzia. — Przyprowadź ich jak najwięcej, a najlepiej, gdyby to były jakieś pary. Ja wezmę koleżankę z chłopakiem i pobawimy się w większym gronie. Nie wiem tylko, gdzie by warto pójść…

— To akurat nie problem — ożywił się Karol. — Znam fajny lokal w centrum, na Zamkowej, zresztą bardzo blisko waszej szkoły. Taki… w podziemiach kamienicy. Nazywa się Anabella. W dzień tam jest restauracja, a wieczorem kręcą dyskotekę. Byłem kilka razy z kumplami, fajnie, kulturalnie, bez żulerni. Kumpel zna właściciela, zagadam z nim o tym.

— Super — uśmiechnęła się Lodzia.

— Ale to już po Nowym Roku — zastrzegł Karol. — Teraz święta, ludzie się porozjeżdżali.

— Jasna sprawa — odparła swobodnie, rozsiadając się w fotelu pasażera.


Święta i ferie minęły spokojnie, sylwestrową noc Lodzia i Julka spędziły na prywatce u Moniki w gronie koleżanek z klasy i ich chłopaków, natomiast Karol na ten czas pojechał z kolegami w góry i miał wrócić dopiero po Nowym Roku. Ta ostatnia okoliczność nadzwyczaj mocno oburzyła Babcię, która była zdania, że oficjalny kandydat na narzeczonego powinien wiernie towarzyszyć ukochanej i pójść z nią na wspomnianą prywatkę jako jej oficjalny partner. Co prawda Lodzia nie wydawała się załamana jego nieobecnością, ale afront był przecież faktem, a wynikłe z tego cierpienie biedna dziewczyna niewątpliwie ukrywała na dnie serca…

— Ja ci to mówię, Zosiu — kiwała głową zbulwersowana Babcia. — Kiedyś było nie do pomyślenia, żeby taki prawie-narzeczony pojechał sobie gdzieś z kolegami i zostawił młodą damę samą w sylwestrową noc. On powinien tu codziennie być przy Lodzi!

— To prawda — przyznała Mamusia, również niezadowolona z takiego braku ogłady u przyszłego zięcia, o którym przecież do tej pory miała jak najlepsze zdanie. — Emilia też mogła o tym pomyśleć. On wprawdzie podobno już od pół roku był umówiony z kolegami na ten wyjazd, ale skoro sytuacja się zmieniła… A z drugiej strony, to wiesz, mamo, chyba nie ma co przesadzać. Młodzi mają teraz swoje zwyczaje, to są w ogóle inne czasy. Nie ma co się martwić, przecież wszystko i tak jest na dobrej drodze. Niedługo idą razem z Lodzieńką na tę dyskotekę… Kiedy to będzie, Lodziu? — zwróciła się do córki.

— W następną sobotę — odparła grzecznie Lodzia, zajęta tuż obok krojeniem ziemniaków na sałatkę jarzynową. — A we wtorek wracamy na lekcje tańca.

— Już ponad dwa tygodnie się nie widzieli! — zauważyła z niezadowoleniem Babcia. — A do wtorku to już będzie pełne trzy. Mnie się to wcale nie podoba, Zosiu.

— Nie brakuje ci Karolka, drogie dziecko? — zagadnęła podstępnie Ciotka Lucy.

— Bardzo mi brakuje — zapewniła ją z powagą Lodzia, wrzucając pocięte ziemniaki do salaterki i sięgając po marchewkę. — Usycham z tęsknoty.

Wielka Triada popatrzyła na nią z życzliwością i współczuciem.

— Kochane dziecko! — westchnęła rzewnie Ciotka. — Niedawno była taka malutka, a teraz jaka z niej dorosła dziewczyna! I już miłość, niedługo zaręczyny… Jak to czas leci!

— A co tam u pani Kloci, ciociu? — zapytała Lodzia, by sprowadzić dyskusję na bezpieczniejsze tory.

— A, w porządku, wszystko dobrze, drogie dziecko — podchwyciła życzliwie Ciotka. — Sprawa jest na dobrej drodze, pan mecenas wszystkiego pilnuje. W tamtym miesiącu chorował trochę, biedak, więc się opóźniło, ale już jest w dobrej formie i trzyma rękę na pulsie. Powiedział Kloci, że papiery poszły i już mu nie będzie trzeba więcej dokumentów. A, i wiesz, ciociu? — zwróciła się do Babci. — Wczoraj przyszło do Kloci jakieś pismo ze Szwajcarii, poszło już do tłumaczenia przysięgłego. Pan mecenas mówi, że jest dla nas bardzo korzystne i że sprawa może nawet zakończy się wcześniej, niż myślimy.

— I daj Boże — pokiwała głową Babcia. — Klocia tyle się już naszarpała, że przydałoby się to zakończyć. No i koszty, przecież, koszty!

Lodzia odetchnęła z ulgą nad gotowaną marchewką.

„Z tym Karolem to jeszcze będą jaja” — myślała, ignorując dalsze wywody Babci i Ciotki. — „Przecież my ze sobą nic, zupełnie nic, kompletne zero! Jak nas zaczną cisnąć, to będziemy chyba musieli umówić się na jakieś przedstawienie. Odegramy im przed nosem scenę porzucenia czy zerwania, tak dla świętego spokoju. Ja będę udawać, że rozpaczam, to może się odczepią, a on niech sobie robi, co chce, niech na przykład udaje, że zakochał się w kimś innym…”

Uśmiechnęła się do siebie, przerzucając marchewkę z deski do krojenia do salaterki.

„Co prawda nie wyobrażam go sobie zakochanego, on sam siebie pewnie też nie” — pomyślała kpiąco. — „Jeszcze chyba nie widziałam zimniejszego śledzia. A uprzejmy przy tym taki i dystyngowany… Nawet chciałabym zobaczyć, jak wygląda, gdy nim szarpią namiętności.”

Następny w kolejce był ogórek kiszony, który okazał się pusty w środku, w związku z czym na fartuch Lodzi polała się woda z kiszonki. Przez chwilę skupiła się na walce z opornym warzywem.

„A ciekawe, co z Julą i z Szymkiem” — myślała po chwili dalej. — „To jest taki fajny chłopak, mam nadzieję, że ona tego nie zawali… Przecież on jest zakochany w niej po uszy, że też tego wcześniej nie zauważyłam! Chyba mam za mało doświadczenia.”

Tu Lodzia westchnęła, wbijając nóż w kolejny ogórek.

„Przynajmniej Grzelo trochę się odczepił” — pomyślała z satysfakcją. — „Chyba pogodził się z tym, że mam narzeczonego, chociaż i tak bez przerwy gada o wypruwaniu flaków, aż się boję, żeby mi biedaka nie zaatakował na studniówce… Ależ byłby wstyd!”

W tym miejscu wyobraźnia Lodzi podsunęła jej przed oczy przerażający obraz Grzela rzucającego się w szale zazdrości na Karola i ładującego mu potężny cios pięścią w szczękę.

„Nie, nie, niemożliwe!” — wzdrygnęła się. — „On się nie odważy…”

— Ale pamiętasz, to było wtedy, kiedy Edzio… — dobiegł do jej świadomości głos Ciotki Lucy, która po tych słowach urwała gwałtownie, zatykając sobie usta ręką.

Lodzia nastawiła uszu, ale Wielka Triada nabrała wody w usta, zanim temat się rozpoczął.

— Lodziu, czy ty byś nie skoczyła do sklepu po masło? — zapytała słodko Mamusia. — Zostało nam pół kostki i powoli się kończy, jutro nic nie będzie na śniadanie. Daj, ja już skończę za ciebie to krojenie…


— No proszę, Lodźka, jaki sukces! — zaśmiała się Julka, odkładając na biurko zeszyt do historii, z którego powtarzały z Lodzią materiał do sprawdzianu. — Twoja mama pierwszy raz w życiu puszcza cię wieczorem na miasto. I to na dyskotekę!

— Gdybym nie miała skończonych osiemnastu lat i nie szła tam z Karolem, to pewnie by się nie złamała — uśmiechnęła się Lodzia. — One mają fioła na punkcie przyzwoitości. Ale muszę zacząć przyzwyczajać je powoli do tego, że nie jestem już dzieckiem. Przecież na studiach nawet głupio mi będzie unikać wyjść na miasto wieczorami, muszę wreszcie zacząć żyć jak człowiek. Ty zresztą też.

— Moja mama nie czepia się o wieczorne wyjścia — zaznaczyła Julka. — To ja sama jakoś nigdy nie miałam melodii do biegania po nocnych imprezach, tym bardziej, że ty nie mogłaś nigdzie ze mną iść. Mela, Monia czy chłopaki z naszej klasy ciągle się włóczą po miasteczku akademickim, Monia tam spotkała tego swojego Jacka… Tylko my we dwie jesteśmy takie zacofane. I chyba czas coś z tym zrobić. Zwłaszcza ty powinnaś zaszaleć i poznać nowych ludzi, pobawić się trochę, zanim mama wyda cię za mąż!

— Przecież idę na tę dyskotekę z przyszłym mężem — zauważyła wesoło Lodzia. — A ty może też… kto wie? — zaśmiała się, mrugając do Julki, która natychmiast zrobiła obrażoną minę. — No, nie fukaj się, Jula, żartowałam. Ale masz rację, my naprawdę jesteśmy niedzisiejsze, pierwszy raz w życiu idziemy na miasto z chłopakami. Gdybyśmy powiedziały to dziewczynom z klasy, to czujesz, jak by się z nas nabijały?

— Nie uwierzyłyby — pokręciła głową Julka. — One myślą, że od dawna szalejemy na własną rękę i wyrywamy przystojnych studentów, przecież oficjalnie masz nawet narzeczonego na stosunkach międzynarodowych. Grzelo już paznokcie przez to poobgryzał z nerwów… A my nic, zero doświadczenia. Ty zresztą jesteś jeszcze lepsza ode mnie, ani razu nawet się nie zakochałaś!

— I póki co nie mam takiego zamiaru — zapewniła ją beztrosko Lodzia. — Mama, ciocia i babcia chyba mnie na to uodporniły tym ględzeniem o małżeństwie. To znakomity przykład, jak można osiągnąć odwrotny skutek!

— Twarda jesteś — przyznała Julka. — Ja już tyle razy padłam… Ale w sumie nigdy z tego nie było nic poważnego, nawet z nikim się jeszcze nie całowałam. A tak w ogóle to powiedz mi, Lodźka — zniżyła poufnie głos. — Ale bądź szczera. Już dawno chciałam cię o to zapytać. Wiem, że to dla ciebie na razie tylko teoria, ale gdybyś się zakochała, zaczęła spotykać się z chłopakiem i byłabyś pewna, że to ten… to poszłabyś od razu na całość, tak jak to standardowo robią wszyscy dookoła?

Lodzia uśmiechnęła się lekko i w zamyśleniu zapatrzyła się w okno.

— Nie, Jula — odparła spokojnie. — To nie mój styl.

— Mój też nie — szepnęła Julka.

— Obie jesteśmy zacofane i staroświeckie — pokiwała głową Lodzia. — Ale mnie to nie obchodzi, wręcz dobrze mi z tym… Bo widzisz, Jula — dodała ciszej. — Powiem ci. Ja sobie już dawno obiecałam, że nie zakocham się w byle kim, nie będę się z nikim spotykać na poważnie i nikomu nie dam się nawet pocałować, dopóki nie będę pewna, że to ten jedyny. Choćbym miała czekać nie wiem ile lat. Wiem, że to średniowiecze, trudno, tak już mam. Może to wpływ mojego purytańskiego wychowania? Mama i babcia skutecznie mi to wszczepiły w podświadomość… Ale chyba też po prostu taka jestem z natury. Może to śmieszne i niepostępowe, ale chciałabym kiedyś móc powiedzieć komuś, kogo naprawdę pokocham… i za kogo potem wyjdę za mąż… że należę i zawsze należałam tylko do niego. Tak na sto procent.

— Aha — skinęła głową Julka. — I najlepiej, żeby on mógł ci powiedzieć to samo?

— Właśnie — uśmiechnęła się Lodzia. — Żeby od początku do końca był tylko mój. To moje ciche marzenie, taki wierny Rycerz bez skazy. Ktoś, dla kogo będę pierwszą i jedyną kobietą, kto będzie mnie kochał jak jeszcze nigdy nikogo… i kto nie będzie się od razu pchał z łapami, tylko da mi tyle czasu, ile będę potrzebowała, żeby mu całkowicie zaufać. Bo ja nie zaufam byle komu… No, ale sama widzisz, że to nie jest takie proste! — dodała wesoło, widząc powątpiewającą minę Julki. — Takich egzemplarzy pewnie jest jak na lekarstwo, a mój wybranek musiałby do tego spełniać jeszcze mnóstwo innych warunków. A jak już jakimś cudem znajdę takiego, który je wszystkie spełni, to skąd mam mieć gwarancję, że on też się we mnie zakocha? Prawdopodobieństwo jest bardzo niewielkie. Dlatego chyba ku rozpaczy mamy i babci zostanę w końcu starą panną!

— Oj, Lodźka, aż tak to nie przeginaj! — zaśmiała się Julka. — Może od razu idź do klasztoru, co? Zobaczysz, jak cię kiedyś porządnie trzaśnie, to te idealistyczne wizje zaraz ci z głowy wyparują! Ale generalnie masz rację — przyznała, poważniejąc. — Ja też to czuję tak jak ty, tylko może jestem trochę mniej radykalna, bo nie upieram się, że pierwszy pocałunek musi być koniecznie z tym jedynym… Trzeba przecież mieć minimalne narzędzia do testowania materiału, nie? — mrugnęła okiem do Lodzi. — Ty też jeszcze z tego zejdziesz, zobaczysz.

— Nie zejdę — zapewniła ją Lodzia. — Ale na razie i tak nie ma o czym mówić. Póki co mam fajny układ z Karolem, to jest bardzo w porządku chłopak, jak na moje obecne potrzeby wręcz ideał. Przystojniak, dobrze wychowany, nic do mnie nie ma, nie przystawia się, świetnie tańczy… W dodatku mama, babcia i ciocia są zachwycone, że tak wspaniale rozkwita nasze uczucie — roześmiała się. — A ja na wszelki wypadek nie wyprowadzam ich z błędu.

— Ale powiedz, Lodźka, nie udawaj — pokręciła głową Julka, przyglądając się przyjaciółce z niedowierzaniem. — Na serio jeszcze nigdy nic do nikogo nie poczułaś? Ja od podstawówki to już się chyba ze dwanaście razy zakochałam! Fakt, że bez wzajemności, ale jednak… A ciebie żaden nigdy nie ruszył? Ani razu serce mocniej ci nie zabiło na widok faceta?

Lodzia drgnęła. Na króciutki jak błysk światła moment w jej pamięci mignęła ulica zasypana gęsto padającym śniegiem, spojrzenie ciemnych oczu i gwałtowne szarpnięcie w sercu. Natychmiast siłą woli wygasiła tę wizję.

— Jula, nie dopytuj milion razy o to samo — odparła wymijająco. — Jak mnie kiedyś złapie, to ci powiem… Zresztą sama pewnie zauważysz — uśmiechnęła się. — A teraz wracajmy do tej historii, bo ja nie chcę dostać pały na sam koniec semestru. O facetach zdążymy jeszcze nieraz pogadać, na razie klasówka ważniejsza.

Rozdział czwarty

Wieczorne wyjście na dyskotekę w rekomendowanym przez Karola klubie Anabella zostało ustalone na jedną z sobót w połowie stycznia. Kolejną zabawą, zaplanowaną dwa tygodnie później, miała być studniówka, zatem Lodzia oddychała już duchem karnawału, zamierzając dobrze się rozerwać, zanim trzeba będzie usiąść do nauki do matury. Mieszane towarzystwo licealno-studenckie spotkało się przy deptaku niedaleko szkoły, do której uczęszczali Lodzia, Julka i Szymon. Ten ostatni od ponad tygodnia chodził jak w transie, ogarnięty euforią, w jaką wprowadziło go zaproszenie na dyskotekę, na której miał być oficjalnym towarzyszem Julki. Byli również wstępnie umówieni na studniówkę, więc radosnego ducha karnawału szczęśliwy chłopak czuł chyba jeszcze mocniej niż Lodzia.

Karol przyprowadził ze sobą dwóch kolegów z dziewczynami, mieli więc bawić się w cztery pary, co tym bardziej zapowiadało szampańską imprezę. Jeden ze studentów, Kuba, znał dobrze właściciela Anabelli, który był jakimś dalszym kuzynem jego ojca.

— Przedstawię wam Majka, to jest super równy gość — powiedział, kiedy cała grupa zmierzała w stronę Zamkowej. — Ma już po trzydziestce, ale luzak całkowity, sam często robi za didżeja i kelnera w swojej knajpie. Lubię tam do niego chodzić, bo ma bardzo fajną muzę, taką normalną, wiecie, dużo kawałków z dwudziestego wieku… Ogólnie klimatycznie tam jest i fajnie się tańczy. Co nie, Asia? — uśmiechnął się do swojej dziewczyny, obejmując ją ramieniem.

— Racja — przyznała ochoczo. — No i sam Majk jest świetny, zobaczycie. Gada się z nim jak ze starym kumplem od pierwszej minuty. Przebojowy gość.

— Przebojowy — zgodził się Karol.

— I kelnerki w Anabelli też są fajne, w ogóle cały zespół — dodał drugi student, Janek. — Widać po nich, że lubią robić to, co robią.

Po tak entuzjastycznej reklamie lokalu Lodzia z tym większym zainteresowaniem zeszła po brukowanych schodkach do piwnicy jednej z kamienic, gdzie zorganizowana była obszerna, przyjemna restauracja, która wieczorami przemieniała się w dyskotekę. Na ten czas ściągano pod ściany część stolików, odsłaniając parkiet, na który rzucano kolorowe, migające światła, i włączano muzykę. Wszystko rzeczywiście nadzorował sam właściciel, sympatyczny, ubrany w dżins i skórę restaurator o ksywce Majk, którego charakterystyczna, rozczochrana fryzura z daleka przyciągała wzrok.

— Cześć i czołem, młody! — rzucił wesoło do Kuby, podając mu rękę. — Widzę, że tym razem większa brygada? Część już chyba znam — uśmiechnął się do Asi.

— Większość tak — odparł Kuba. — Pamiętasz, to moja Asia. Ewa, Janek, Karol… A to jest dziewczyna Karola, Lodzia.

— Lodzia! — zawołał rozbawiony Majk, ściskając rękę dziewczyny i przyglądając się z dyskretnym zainteresowaniem jej długiemu warkoczowi. — To zdrobnienie od czego?

— Od Leokadia — odparła wesoło, czując, że na tego człowieka nie można się gniewać nawet za tak znienawidzone pytanie.

— Leokadia, fajne imię — pokiwał głową. — Oryginalne.

— A to Julia i Szymon — dokończył prezentacji Kuba. — Są ze szkoły Lodzi.

— Ze szkoły? — zdziwił się Majk.

— Chodzą do liceum, w tym roku zdają maturę — wyjaśnił Kuba.

— E, skoro maturę, to znaczy, że to już dorosłe, pełnoletnie konie! Mogę im podać piwo — zażartował Majk, odgarniając ręką w tył swoją bujną, ciemnoblond czuprynę. — No to cóż, kochani… zapraszam w moje skromne progi, bawcie się jak u siebie w domu! Ja biegnę dopilnować muzyki, chcecie coś do picia?

— A, chętnie coś weźmiemy — kiwnął głową Janek.

— Basiu! — rzucił Majk do jednej z kelnerek, która akurat przechodziła koło nich, wracając z pustą tacą z sali. — Masz tu większe towarzystwo do obsługi, młode wilki chcą się czegoś napić!… Dobra, Kubuś, zostawiam was, sam mam dzisiaj gości, a do tego jak zwykle robota na głowie — rozłożył ręce. — Trzymajcie się, młodzi, i dobrej zabawy!

Po czym poszusował dziarsko do do ustawionej w kącie konsoli i stolika z płytami, po drodze witając jakichś kolejnych gości, niewątpliwie stałych bywalców lokalu, gdyż z jego zachowania wynikało, że znają się jak łyse konie.

— Fajny facet — przyznał Szymon, pomagając Julce zdjąć kurtkę.

— Tu jest zawsze super atmosfera, zobaczycie — powiedział Kuba. — Ale dobra, chodźmy się rozebrać, bo gorąco się robi. Tam pod ścianą są wieszaki.

Kiedy zajęli dwa złączone stoliki w głębi sali, kelnerka podeszła do nich z tacą.

— Cześć, Kubulek — rzuciła wesoło do chłopaka. — To co sobie dzisiaj zażyczycie?

Koledzy Karola z dziewczynami oraz Szymon zamówili po piwie, Lodzia z Julką, które nie pijały alkoholu, zdecydowały się na sok pomarańczowy, zaś Karol, który prowadził samochód, ograniczył się do wody mineralnej.

— Basia, daj nam jeszcze jakieś chipsy i paluszki — poprosił Kuba.

— Jasna sprawa — uśmiechnęła się kelnerka. — Zaraz wam przyniosę. A potem lećcie na parkiet, szef już rozkręca imprezę!

Rzeczywiście, muzyka huczała już z głośników, a na pustawym jeszcze parkiecie wyginało się kilka osób, wśród których krążył roześmiany Majk, zagadując do nich i żartując. Zabawa szybko zaczęła się rozkręcać, gdyż ciągle przybywało osób, które coraz ściślej zapełniały kolejne stoliki w głębi sali, a następnie wysypywały się w parach lub w grupkach na parkiet.

— Ale mają tu imprezownię — powiedział z uznaniem Szymon. — Nie wiedziałem, że to taki fajny lokal. Przecież to dwa kroki od naszej szkoły, a przez tyle lat jeszcze tu nie trafiłem!

— Lodźka zrobiła niezłe odkrycie — uśmiechnęła się Julka.

— To propozycja Karola — sprostowała Lodzia, rzucając swojemu towarzyszowi porozumiewawcze spojrzenie.

Uśmiechnął się lekko w odpowiedzi.

— No, ale skoro on jest jej prawie-narze… — zaczął Szymon.

Przestraszona Julka szybko zatkała mu ręką usta.

— Ciiii! — rzuciła, patrząc z niepokojem na Karola, a potem na Lodzię, która na ten widok z trudem wstrzymała śmiech i machnęła tylko lekceważąco ręką.

Szymon zamilkł i znieruchomiał pod niespodziewanym dotykiem dłoni Julki na swych ustach. Nie stracił jednak głowy, lecz natychmiast podniósł rękę i przytrzymał jej dłoń, składając na niej nieśmiały pocałunek. Lodzia uśmiechnęła się, doceniając tę przytomność zakochanego serca, i puściła do niego znaczące oko. Julka jednak w tej samej chwili wyrwała mu dłoń, cofnęła się o krok i spojrzała na niego chmurnie spod zmarszczonych brwi.

— No, młoda, nie strzelaj nam tu focha! — zaśmiał się Janek. — Idziemy tańczyć, a kto pierwszy padnie, stawia wszystkim piwo!

Lodzi nie trzeba było namawiać do tańca. Z radością chwyciła za ramię Karola, który spojrzał na nią nieco zdziwiony tym spontanicznym gestem, ale nie stawił oporu, po czym wciągnęła go w roztańczony tłum, wyszukując kawałek miejsca na coraz bardziej zatłoczonym parkiecie. Reszta towarzystwa bawiła się tuż obok, jednak bardzo szybko pogubili się w ciemnym, rozmigotanym kolorami otoczeniu i tylko od czasu do czasu mignął jej to uśmiech Asi, to zielona bluzka Julki, to znów roześmiana twarz Janka.

— Super zabawa! — przyznała, kiedy po kilku szybkich kawałkach Majk dla odpoczynku puścił wolniejszy utwór. — Ten lokal jest rewelacyjny, miałeś rację!

Karol uśmiechnął się uprzejmie.

— Muzyka też fajna, nie? — zapytał od niechcenia. — Lubisz takie starsze kawałki?

— Uwielbiam! — zawołała żywo Lodzia. — Ten rock’n’roll jest jak wulkan, przy takiej muzie można się naprawdę wyszaleć. Musimy tu przychodzić częściej!

— Czemu nie? — skłonił grzecznie głowę. — Ja tu jestem chyba czwarty albo piąty raz.

„Ależ to jest śledź!” — pomyślała z rezygnacją, opierając się na jego sztywnym, emanującym kamiennym spokojem ramieniu. — „Zero ognia, zero jakiejś minimalnej iskry! Mógłby chociaż w tańcu trochę się rozluźnić, a on nic, zupełnie nic! Ciekawe, czy istnieje na tym świecie taka, która byłaby go w stanie rozgrzać? Ja na pewno nie…”

Jednak taniec i muzyka jak zawsze sprawiały jej wielką radość i przyjemność same w sobie. Gdzieś na parkiecie przemknęli koło nich Julka z Szymonem, on pochylał się nad nią i coś mówił, ona nadal miała niezadowoloną minę.

„No i coś ty ciągle taka nabzdyczona?” — zirytowała się w duchu Lodzia. — „Spław mi tylko tego Szymka, to ci nie daruję!”

Wreszcie po kolejnych kilku seriach skocznych utworów zdyszane towarzystwo postanowiło na kwadrans wrócić do stolika i czegoś się napić. Tylko Janek z Ewą zostali jeszcze na parkiecie, pozostała szóstka opadła na swoje miejsca i zajęła się łapczywym opróżnianiem wszystkiego, co tylko dało się wypić.

— Domówię jeszcze wody, wezmę z sześć butelek — rzucił Kuba i przecisnął się w kierunku baru śledzony przez pozostałych spojrzeniami pełnymi nadziei.

— Ale się wytańczyłam! — zawołała zachwycona Lodzia, spoglądając na Julkę, która wreszcie zaczęła się trochę uśmiechać. — A wy jak się bawicie?

— Fajnie — odparła bez większego przekonania. — Tylko pić się chce.

— No, niestety! — zaśmiała się Asia. — Wszystko już opędzlowane, musimy poczekać cierpliwie, aż Kuba wydębi tę wodę.

— To może potrwać, tam jest straszny tłum — zauważył Karol, wskazując w stronę baru.

W oczekiwaniu na powrót Kuby Lodzia rozglądała się od niechcenia po sali. Muzyka akurat przycichła, migające światła przygasły, parkiet opustoszał, gdyż większość tańczących udała się na przerwę, a do ich stolika dołączyli już teraz Janek z Ewą, również wołający o coś do picia. Śmiechy i okrzyki wypełniające lokal świadczyły jednak o tym, że zebrani w nim goście nadal świetnie się bawią, oczekując na rychłe wznowienie muzyki.

Lodzia spojrzała w głąb sali i uśmiechnęła się ciepło na widok rozczochranego Majka, który stał w swoim kącie z płytami i brylował tam w jakimś licznym, roześmianym towarzystwie. Ich wesołe wybuchy śmiechu dobiegały aż do miejsca, gdzie siedziała. Nagle drgnęła i pobladła. Jeden z mężczyzn, którzy stali obok Majka z kuflami piwa w rękach i najgłośniej się z nim przekrzykiwali, odwrócił się nieco bardziej w stronę sali, słabe światło padło mu na twarz i… Lodzia rozpoznała bandziora.

„Boże drogi!” — pomyślała w panice, czując, że drętwieje. — „To przecież on!”

Patrzyła jak urzeczona. Choć dzieliło ich co najmniej dziesięć metrów ciemnej sali, nie miała wątpliwości, że to był bandzior. Doskonale już znała jego twarz, choć bez podbitego i opuchniętego oka widziała go przelotnie tylko dwa razy. Był dziś ubrany w równie luźnym stylu jak Majk w jasną, dżinsową kurtkę zarzuconą na prosty, czarny t-shirt; w ręku trzymał kufel z piwem, z którego pociągał od czasu do czasu porządnego łyka, śmiejąc się i żartując z resztą mieszanego towarzystwa. Po raz pierwszy, pomimo słabego oświetlenia, Lodzia mogła mu się przyjrzeć dokładnie i bez przeszkód, zatopiona w mrokach restauracyjnej części sali.

Podobnie jak w listopadzie, gdy doznane urazy zniekształcały mu twarz, tak i dziś nie potrafiła określić, w jakim dokładnie był wieku, jednak pomimo luźnego stroju widać było po nim, że z młodzieńczych lat już wyrósł dawno temu. Całe towarzystwo było zresztą w podobnym przedziale wiekowym, wszyscy mieli na oko po trzydzieści kilka, a może i czterdzieści lat, przy czym niektórzy z nich, zwłaszcza kobiety, ubrani byli bardzo elegancko. Co prawda zachowywali się równie beztrosko jak Majk, jednak dystans wiekowy względem studenckiego towarzystwa zebranego na sali był znakomicie wyczuwalny.

W następnej chwili Majk ze śmiechem poklepał bandziora po plecach, ten zaś wyciągnął rękę i wśród kolejnych wybuchów śmiechu przybił z nim spektakularną piątkę.

„Dobrze się znają” — zdziwiła się Lodzia. — „Kto by pomyślał… A może ten Majk też jest członkiem gangu?!”

Myśl ta zmroziła ją natychmiast i niepokój ścisnął jej serce. No tak, to było nawet prawdopodobne… Owo eleganckie towarzystwo mogło być szajką dilerów, która przyszła tutaj rozprowadzać towar! Majk o tym wiedział lub nie, ale działo się to ewidentnie w jego knajpie!

„Powinnam chyba powiadomić Leśniewskiego” — myślała w rozgorączkowaniu. — „To mój obywatelski obowiązek i jedyna szansa, żeby to zakończyć. Niech go przypudłują, będzie wreszcie święty spokój!”

Jak w transie sięgnęła do kieszeni żakietu i wyjęła telefon. Starając się nie zwracać na siebie uwagi (co było o tyle łatwiejsze, że właśnie Kuba, witany jak wybawiciel, wrócił do stolika z wodą), wyszukała prywatny numer komisarza Leśniewskiego i wklepała szybko smsa: Jestem na dyskotece w restauracji „Anabella” przy Zamkowej 6. Jest tu bandzior ze schowka na szczotki. Nie zauważył mnie jeszcze. Proszę coś zrobić. Leokadia Makówka.

Wysławszy smsa, schowała telefon do kieszeni i jak gdyby nigdy nic zabrała się za popijanie przydzielonej jej wody, zerkając spod oka na bandziora. Jego towarzystwo opuściło właśnie Majka i zajęło jeden ze stolików blisko baru. Było ich siedmioro czy ośmioro, więc stłoczyli się przy blacie, dostawiając krzesła. Bandzior, którego widziała teraz z profilu, wydawał się być w znakomitym humorze, śmiał się niemal bez przerwy i przekrzykiwał z kolegami, raz wychylając się mocno do tyłu razem z krzesłem, a raz pochylając nad stolikiem, by pociągnąć łyk piwa ze stojącego tam kufla.

„Jaki rozrywkowy” — pomyślała zaintrygowana Lodzia. — „Imprezowicz pełną gębą, nic dodać, nic ująć. Całkiem przystojny zresztą… ma bardzo męską linię ramion. Ale taki stary, a huśta się na krześle jak uczniak z podstawówki!”

W tym momencie usłyszała cichy sygnał przychodzącego smsa. Komisarz Leśniewski pisał: W porządku, już do pani jedziemy. Proszę określić dokładniej, gdzie pani szukać w tej restauracji. Lodzia odpisała: Siedzę przy stoliku pod ścianą po lewej stronie, patrząc od wejścia. Mam kremową sukienkę i biały żakiet. Za chwilę przyszła odpowiedź: Dobrze, proszę czekać.

— No, zaczyna się muzyka! — zawołał Janek, zrywając się od stolika. — Nie wiem jak wy, ale my lecimy poskakać, co nie, Ewcia?

— Jasne! — zaśmiała się dziewczyna i oboje przecisnęli się w stronę parkietu.

Majk rzeczywiście znów objął swoje stanowisko i puścił kolejny utwór, coraz liczniejsze pary zaczynały zatem wracać do tańca.

— Idziemy? — zapytał Karol.

— Jeszcze chwilkę — odpowiedziała Lodzia, siląc się na wesoły ton. — Muszę skończyć wodę i jeszcze odrobinę odsapnąć. Jak chcesz, to idź na razie sam.

— W porządku, zostanę z tobą — odparł stoicko, sięgając po szklankę.

Julka i Szymon spojrzeli po sobie, podnieśli się i podążyli za Jankiem i Ewą. Za chwilę to samo zrobili Kuba z Asią. Lodzia siedziała jak na szpilkach, z maksymalnie wytężoną uwagą. Ani na chwilę nie spuszczała oka z bandziora, czasami tylko zerkając w stronę drzwi, przez które, jak się spodziewała, powinien niedługo wejść komisarz Leśniewski. Gorączkowo kalkulowała, ile może zająć im dojazd — pewnie z kwadrans minimum…

„Najgorzej będzie, jeśli on stąd wyjdzie. Albo nawet pójdzie tańczyć” — myślała z niepokojem. — „Zniknie mi gdzieś z oczu i będzie wielka wtopa…”

Bandzior jednak najwyraźniej nie miał zamiaru ani wychodzić, ani tańczyć. Siedział dalej w tym samym miejscu beztrosko zatopiony w wesołej pogawędce. Wreszcie po dwudziestu minutach, które Lodzi dłużyły się, jakby każda z nich trwała co najmniej rok, na progu sali pojawiła się znajoma sylwetka komisarza Leśniewskiego w towarzystwie dwóch postawnych mężczyzn. Wszyscy trzej byli w cywilnych ubraniach.

Leśniewski dyskretnie rozejrzał się po sali, bezbłędnie kierując wzrok w stronę wskazaną w smsie. Jeszcze kilka sekund i zauważył ją, kiwnął głową i przecisnął się ku niej wraz z towarzyszącymi mu osiłkami. Karol podniósł głowę znad szklanki i popatrzył zdziwiony na Lodzię, nad którą pochylił się nieznajomy, starszy mężczyzna.

— Dobrze, pani Leokadio — powiedział ściszonym głosem policjant. — Proszę mi teraz dyskretnie powiedzieć, który to jest. Tylko bez wskazywania palcami.

— Tam, przy stoliku koło baru — odpowiedziała równie cicho Lodzia. — Po lewej, tam, gdzie siedzą tacy stłoczeni.

— Aha — kiwnął głową. — Który z nich?

— Ten w jasnej kurtce dżinsowej. Czarna koszulka… o, widzi pan? Buja się na krześle.

— Dobrze — odparł komisarz Leśniewski. — Jest pani pewna, że to on?

— Na sto procent.

— W porządku — powiedział spokojnie policjant. — Proszę posłuchać. Zatrzymamy go do wyjaśnienia, a pani zaraz potem spróbuje jak najszybciej stąd wyjść. Rozumiemy się?

Lodzia kiwnęła głową.

— Świetnie. Niech pani stara się nie zwracać na siebie uwagi. Nie wiemy, kto tu jeszcze może być. W razie czego proszę natychmiast do mnie dzwonić.

— Dobrze — przytaknęła cicho.

Leśniewski wyprostował się i przez chwilę tłumaczył coś swym towarzyszom, dyskretnie wskazując wzrokiem bandziora. Pokiwali głowami i wszyscy trzej ruszyli w jego stronę.


Serce Lodzi waliło teraz tak mocno, że miała wrażenie, iż zaraz wyskoczy jej z piersi i pobiegnie gdzieś jak spłoszony zając. Nie odwracała jednak wzroku ani na ułamek sekundy. Wciąż zdumiony Karol, nie pytając o nic, odwrócił się i tak jak ona śledził wzrokiem trzech mężczyzn, którzy właśnie podeszli do stolika koło baru.

Leśniewski schylił się nad bandziorem i coś do niego powiedział, on zaś spojrzał zaskoczony i natychmiast podniósł się z krzesła. Uśmiech znikł mu z twarzy, słuchał teraz z uwagą tego, co mówił do niego policjant, następnie coś mu odpowiedział i z jeszcze większym zaskoczeniem zerknął na przedmiot, który dyskretnie wyjął z kieszeni i pokazał mu rozmówca. Lodzia domyśliła się, że była to legitymacja policyjna.

Pozostałe towarzystwo ze stolika zaniepokoiło się, widać było, że jedno przez drugie zadają jakieś pytania, bandzior jednak uciszył ich stanowczym ruchem ręki i znów zwrócił się do Leśniewskiego. Na jego twarzy przez cały czas malowało się totalne zaskoczenie. Rozmawiali przez kilka chwil spokojnie, po czym Leśniewski wskazał mu lekkim ruchem dłoni na drzwi, bandzior pokręcił głową, rozłożył w bezradnym geście ręce i rzuciwszy jeszcze raz zdumionym okiem w stronę swoich kumpli (siedzieli teraz nieruchomo w pełnym zgrozy milczeniu), ruszył bez oporu we wskazanym kierunku. Dwóch policyjnych osiłków poszło tuż przed nim, zaś ów niezwykły korowód zamykał komisarz Leśniewski.

Kiedy zwracali się w stronę drzwi, bandzior musiał jakimś szóstym zmysłem poczuć na sobie wytężony wzrok obserwujący go z głębi sali, gdyż nagle podniósł głowę i spojrzał prosto, prościuteńko w oczy Lodzi. Dostrzegłszy ją, stanął jak wryty (skutkiem czego Leśniewski omal nie wpadł mu na plecy), a zaskoczenie na jego twarzy osiągnęło apogeum. Na dwie czy trzy długie sekundy, które na wpół przytomnej z wrażenia Lodzi wydały się trzema milionami lat świetlnych, zatopił w jej oczach przenikliwe spojrzenie swoich ciemnych oczu, a na jego twarz spoza zdumienia wychynął powoli lekki, zawadiacki półuśmiech. Dziewczyna poczuła w tym momencie przeszywający ją na wskroś gorący, przyjemny prąd, który, miała wrażenie, ogarnął nie tylko całe jej ciało, ale i najgłębsze zakamarki duszy… Wtedy to Leśniewski spokojnym gestem wskazał bandziorowi drzwi, on zaś jakby się ocknął i wyszedł przez nie razem z komisarzem.

Lodzia dopiero teraz nabrała w płuca powietrza, nie zauważywszy wcześniej, że chyba zapomniała oddychać… Karol patrzył na nią podejrzliwie, ale nadal o nic nie pytał, tylko obserwował. Ona zaś potrzebowała kilku długich minut, aby w pełni odzyskać równowagę. Wiedziała, że bandzior rozpoznał ją i zapewne od razu skojarzył, kto go wsypał… Wiedziała, że jeśli będzie chciał się mścić, chociażby poprzez swoich kumpli, to nawet policja może jej nie ochronić… Wiedziała, że być może grozi jej wielkie niebezpieczeństwo… Wiedziała — i nie obchodziło jej to. Jedyne, o czym mogła myśleć (a nawet nie myśleć, tylko odczuwać jakąś wyższą inteligencją duszy), to było owo spojrzenie ciemnych oczu, które na kilka sekund niemal ją unicestwiło i którego moc jeszcze w niej nie wygasła, drgając wciąż w każdej komórce jej ciała.

„Ale jazda” — pomyślała, powoli dochodząc do siebie. — „Jeszcze raz tak na mnie spojrzy i zostanie ze mnie marna garść popiołu… Chyba zwariowałam! Lodziu, natychmiast bierz się w garść, to nie są żarty!”

Wraz z powrotem świadomości wróciła jej również pamięć. Przypomniała sobie, że komisarz kazał jej wyjść z lokalu natychmiast po wyprowadzeniu bandziora. Musiała to wykonać. Rozejrzała się jeszcze raz i zauważyła, że z wyjątkiem towarzyszy bandziora nikt nie zwrócił uwagi na to, co się przed chwilą stało. Tylko tamci byli poruszeni, wstali już teraz od stolika i rozmawiali między sobą z poważnymi minami; w międzyczasie dołączył do nich Majk, z zaskoczeniem na twarzy słuchając tego, co mu opowiadał jeden z mężczyzn.

„Dobra, chyba czas na ewakuację” — uznała w końcu i zwróciła się do Karola.

— Musimy stąd jak najszybciej wyjść — oznajmiła mu przyciszonym głosem.

— Domyśliłem się — odparł spokojnie.

— O nic nie pytaj, potem ci wszystko powiem. Albo i nie wszystko… — zawahała się. — Teraz muszę wziąć szybko płaszcz z wieszaka i zjeżdżamy.

— A twoja koleżanka? — przypomniał jej Karol. — Mieli wracać z nami samochodem.

— Zaraz ich zahaczę — westchnęła. — Trudno, wrócą jakoś sami… Poszedłbyś mi po ten płaszcz?

— Jasne, zaraz ci go wezmę. Oni tańczą tam — wskazał jej Julkę i Szymona tańczących na samym skraju parkietu.

Lodzia kiwnęła głową, podbiegła do tańczącej pary i złapała Julkę za ramię.

— Jula, sekunda, muszę ci coś powiedzieć — rzuciła szybko.

— Co jest? — zaniepokoiła się Julka, dając Szymonowi znak, żeby chwilę poczekał.

— Ja już wychodzę z Karolem, będziecie musieli wracać do domu sami.

— Jak to wychodzisz?! — zdumiała się Julka.

— Muszę — odparła z naciskiem Lodzia. — Tylko cicho, nic nie mów, jutro pogadamy.

— No dobra — kiwnęła głową. — Wrócimy z Szymkiem sami, nie ma sprawy… Czekaj! — zatrzymała ją jeszcze rażona jakąś nagłą myślą. — Tylko nie mów mi, że spotkałaś tu bandziora!

— Spotkałam, żebyś wiedziała — odparła nerwowym tonem Lodzia. — Ale już na szczęście ostatni raz… Słuchaj, Jula, jutro wszystko ci opowiem, teraz muszę lecieć!

— Dobra, leć…

Ubrali się z Karolem i pośpiesznie wyszli z lokalu. Na schodach i w bramie minęli mnóstwo ludzi, ale Leśniewskiego i bandziora nigdzie już nie było. Kiedy dotarli do samochodu i ruszyli pustawymi ulicami, Lodzia po raz pierwszy od godziny odetchnęła ze względną ulgą.

— Miałam ci powiedzieć… — odezwała się w przypływie lojalności.

— Nie trzeba — przerwał jej spokojnie Karol, po czym odwrócił na chwilę głowę w jej stronę i uśmiechnął się. — Przecież nie jestem twoim narzeczonym.

Lodzia z wdzięcznością odwzajemniła mu uśmiech. Pomyślała, że przynajmniej w tej kwestii rozumieli się doskonale, i to od samego początku…

— Okej — powiedziała tylko i z przyjemnością zagłębiła się w wygodny fotel.

I wtedy na tle przedniej szyby, jak w wieczór, gdy jechali z Karolem na pierwszą lekcję tańca, wyświetliły się przed nią ciemne oczy bandziora. Były dziś pełne zdumienia, a na ich dnie tlił się ciepły, zaczepny uśmiech, który w niewytłumaczalny sposób rozjaśniał jej duszę niczym promyk wiosennego słońca.


— Jesteś totalną wariatką, Lodźka — oznajmiła Julka, kręcąc głową z niedowierzaniem. — Przecież to jest jakieś niewyobrażalne kretyństwo! Majk gadał z nami trochę pod koniec imprezy i opowiadał Kubie, że mu gliny kumpla przyskrzyniły… tyle że ja nie skojarzyłam, że mogło chodzić o bandziora i że to ty go tak załatwiłaś! Majk był w szoku, bo to jakiś z jego zaufanej paczki, chodził z nim do podstawówki…

— Może razem robią interesy — odparła stoicko Lodzia. — Z wierzchu Majk wygląda na dilera jeszcze bardziej niż ten bandzior.

Julka popukała się po głowie.

— Mówię ci, ty nie umrzesz własną śmiercią. Masz wybitny talent do ładowania się w kretyńskie kabały.

— Nie musisz mi tego mówić, przecież wiem — westchnęła Lodzia. — Mam to chyba w genach… No, ale co miałam zrobić? Taki był układ z Leśniewskim. Kazał mi dać znać jakby co.

— Jakby co! — prychnęła Julka. — Przecież ten facet nic ci nie zrobił, siedział sobie spokojnie i pił piwo z kumplami, nawet cię nie widział. Coś ty się uwzięła na człowieka?!

— Ja się uwzięłam, ja?! — zdenerwowała się nagle Lodzia. — Ty się, Jula, weź zastanów, zanim coś powiesz! Jak się jest dilerem, tłucze się po ulicach z gangsterami, a potem wpycha się ludziom do normalnego domu… no, może normalnego to przesadziłam… ale po prostu do czyjegoś prywatnego domu, to czego taki typ ma się spodziewać? Ja nie będę go ukrywać przed policją! Miałaś rację, wtedy popełniłam błąd, bo powinnam była od razu wrzeszczeć, zamiast chować go do szafy. Ale więcej takich błędów nie popełnię. Mów sobie, co chcesz, ja nie mam zamiaru narażać się prawu i wylądować w kiciu za krycie przestępców!

— No dobra, niech ci będzie — zgodziła się ostrożnie Julka. — Rzeczywiście namotałaś, że lepiej nie trzeba, sama nie wiem, jak bym się zachowywała na twoim miejscu… A swoją drogą, to kiedy wyście to zrobili, kiedy była ta policja? Ja nic nie widziałam!

— Nikt nic nie widział — wzruszyła ramionami Lodzia. — Albo prawie nikt. Tylko jego kumple ze stolika. Leśniewski załatwił to dyskretnie.

Było niedzielne popołudnie, siedziały u Julki w domu, gdyż Lodzia wolała odwiedzić przyjaciółkę i opowiedzieć jej wszystko w cztery oczy, zamiast rozmawiać przez telefon.

— Ale czekaj, ten policjant już się potem do ciebie nie odzywał? — zaciekawiła się Julka.

— Nie. Co miał się odzywać? Ja już nie mam tam nic do roboty. Może się odezwie, jak tamtego przemaglują, nie wiadomo, co im tam naściemnia… — machnęła ręką. — Dobra, dajmy już temu spokój, Jula. Lepiej powiedz, jak wygląda sprawa z Szymkiem.

— Nie wygląda — wzruszyła ramionami Julka, a jej twarz przybrała chmurny wyraz.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 6.83
drukowana A5
za 71.27