E-book
12.6
drukowana A5
63.41
drukowana A5
Kolorowa
94.61
Listy do Nikodema

Bezpłatny fragment - Listy do Nikodema

Wybór


Objętość:
331 str.
ISBN:
978-83-8467-652-3
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 63.41
drukowana A5
Kolorowa
za 94.61

Dedykuję wnukom moim:

Zosi, Frankowi, Ignacemu i Antoniemu

Przedmowa do wydania drugiego

Pomysł powtórnego wydania „Listów do Nikodema” narodził się już kilka lat temu i czekał na swoją realizację. To podszepty kilku moich czytelników spowodowały, że „Listy do Nikodema” powtórnie się ukazują — po 7 latach.

Kilkorgu moim najbliższym czytelnikom te dwa tomy po prostu się spodobały. Spodobały się dawno temu — były to dwa tomy, w sumie 23 listy-eseje.

Postanowiłem jednak dokonać wyboru tych tekstów tak aby stanowiły jedną książkę w granicach 300 stron.

Styl mojego pisania na przestrzeni ośmiu lat mojej pisarskiej działalności zmienił się znacznie. Postanowiłem jednak podstawowe cechy tamtego stylu pozostawić w tym wydaniu nie dokonując zbytnich korekt. Początkowo zacząłem korygować ówczesny czas teraźniejszy, ale w końcu postanowiłem go zostawić.

— Przede wszystkim styl nieco gawędziarski pozostał, bo w końcu są to listy do przyjaciela, czyli kogoś bliskiego.

— Pozostaną pewne wiadomości, które na przestrzeni lat nabyłem i teraz je przekazuję, a więc nieco mentorstwa pozostanie. Nie jest to chęć popisania się wiedzą. Robię to w dobrej intencji: „ja się dowiedziałem, niech inni też wiedzą”. Przepraszam jeżeli dla kogoś niektóre opinie zbyt ostro przedstawiam. Starałem się jednak aby odkrywane przeze mnie fakty pochodziły z miarodajnych źródeł i stanowiły opracowania zaufanych uczonych.

— Pozostaje tonacja listu wynikająca z odpowiadania na pytania zadane przez młodszego przyjaciela Nikodema. Nikodem to przyjaciel, może nawet brat, na pewno ktoś bardzo mi bliski. Jeden z czytelników powiedział wprost: „to twoje alter ego”. Miał rację? W każdym razie Nikodem towarzyszy mi na stronach pozostałych książek, do dnia dzisiejszego — szczególnie tam gdzie dochodzi do wymiany moich opinii z samym sobą — wtedy pytam o zdanie Nikodema. Taka forma wypowiedzi narodziła się u mnie chyba siedem lat temu i przyznaję, że jest niekiedy pomocna — szczególnie przy rozstrzyganiu złożonych problemów. Potrzeba do tego jedynie odrobinę wyobraźni. Nikodem towarzyszył mi w różnych dalekich historycznych wyprawach i zapewne towarzyszył mi będzie nadal.

Zwracam również uwagę na jeszcze jeden bardzo znamienny fakt. Listy te były pisane podczas pandemii. Zatem można wyczuć w nich atmosferę tego czasu. Przewija się również pytanie:

— A co będzie z ludźmi kiedy okres pandemii się skończy, czy ludzie się zmienią. Czy zmienią się na lepsze czy na gorsze.

Kiedy dzisiaj się rozejrzymy, co zauważamy? — wojna w Palestynie, wojna w Iranie, wojna w Ukrainie, szaleńcza polityka światowa USA. Dodajmy jeszcze do tego wzrost niczym nie hamowanej agresji polityków w naszym kraju ojczystym — Polsce…

Na koniec pozwolę sobie jeszcze na jedną bardzo ogólną refleksję, którą poddaję pod rozwagę moim najwierniejszym czytelnikom. Postanowiłem zachować tu bardzo delikatne podejście do tego co zachowało się na stałe w moim pisaniu — po Listach do Nikodema. Jest to ten krytyczny stosunek do otaczającej nas rzeczywistości we wszystkich tematach: od religii, poprzez kulturę, poprzez historię i naukę.

Czytałem kiedyś wypowiedź pewnego pisarza, którego nazwisko pominę a który powiedział, że pisarzem jest tylko ten, kto potrafił się wyzwolić od swojego „ja”. Wskutek tego w jego pisaniu nie ma nic z niego samego, wszystko zostało stworzone a dokładnie zmyślone. Ja potępiam taką postawę i twierdzę, że taka zasada jest grafomanią lub co najmniej się o nią ociera. Jestem przeciwny takiej postawie.

Moje zasady są wręcz odwrotne. — Ja staram się aby to co piszę wynikało głównie z moich przemyśleń. Zawsze pragnę aby czytelnik odnalazł chociaż odrobinę śladów mojej osobowości w każdym tekście — nawet w opowiadaniach. W związku z tym nawet w każdym opowiadaniu czy powieści występuje postać, która ukrywa moją osobowość, moje poglądy. Tak pragnę zaznaczyć moje autorstwo.

List pierwszy

Słowiańska dusza

„My, Słowianie, lubimy albo kochać do szaleństwa, albo nienawidzić do grobowej deski. Środka u nas nie ma.”

Henryk Sienkiewicz

Już na początku, drogi Nikodemie, zadajesz mi temat, który można potraktować paroma zdaniami krytycznymi lub jak ocean pełen wszelakich treści, ocen, werdyktów, spostrzeżeń, jako że literaturę w temacie miejsca naszego pochodzenia — w szczególności Słowian — mamy liczną i do dnia dzisiejszego niewyczerpującą wszystkiego…

Wybierzmy, więc coś pośredniego i zacznijmy, jak to powiadają, od przysłowiowego pieca.

Współcześni nam naukowcy nie mają raczej wątpliwości, że człowiek ruszył na spacer po kuli ziemskiej z miejsca zwanego dzisiaj Afryką Środkową i szedł w kierunku wschodnim. Szedł a niekiedy również płynął, bo napotykał po drodze na liczne rozlewiska, które my dzisiaj zwiemy morzami i oceanami.

Jedne grupy dotarły do obecnej Azji i tam pozostały, następne grupy dotarły jeszcze dalej i też tam zostały. Były zapewne takie grupy, które dotarły na jeszcze dalszy kontynent zwany Ameryką i tam dopiero zostały.

Były również i takie grupy, które po dłuższym postoju w dorzeczu Dniestru, na przykład 1000 lat zawróciły w kierunku północno — zachodnim i dotarły w rejon Karpat. Niektóre grupy za Karpaty przeszły i osiadły ma Morawach i w dorzeczu Wisły i Odry. Tak oto mamy przodków dla tych, którzy tu się urodzili i żyją do dzisiaj.

Tych wędrówek tam i z powrotem było zapewne bardzo wiele, ale jak na razie nijak z tego nie można wywnioskować o naturze tych Słowian.

Należy, więc co nieco opowiedzieć o ich obyczajach, bo nawet na podstawie wykopalisk wiemy bardzo niewiele. Odkryto jakieś pojedyncze naczynia i garnki, jednak bez znaków i ozdób. Śladów wielkich budowli, tak jak to było w przypadku starożytnego Egiptu też raczej nie znaleziono.

Te garnki były lepione ręcznie, bo koła garncarskiego nie znali. Mieszkali raczej nie w pałacach, lecz w tak zwanych półziemiankach z paleniskiem w jednym z kątów. Skoro nie posiadali wiele to i nikt na nich nie napadał, bo nie było zbytnio, co rabować. Raczej to oni napadali, kiedyś nawet zagrozili Bizancjum. Byli traktowani, jako barbarzyńcy. Nie używali mieczy i innych bardziej „szlachetnych” narzędzi walki, wystarczył kołek, widły, siekiera. Do tego dodana brutalność i radość z zabijania stanowiły ich oręże, z tego słynęli na wielkim obszarze lądu, który obecnie nazywamy Europą Środkową i Wschodnią.

Religijność to cecha każdego człowieka — dotyczyła również Słowian. Mieli swoją religię, chociaż my dzisiaj nazywamy ją pogaństwem. Myślę jednak, że kiedyś ta religia zostanie zgłębiona i zniknie ta pejoratywna nazwa. Mam nadzieję, że tym razem nauka pozwoli na zbliżenie się do istoty wierzeń starożytnych ludów, nie tylko Słowian.

Jeżeli byśmy teraz pytali skąd ta skłonność w późniejszych latach, do ćwiartowania, nabijania na pal i wymyślanie narzędzi spowalniających śmierć przeciwnika, jak również do barbarzyńskiego zabijania (młotek, siekiera, widły), rozpruwanie brzucha, jeszcze nie tak dawno stosowane, to na pewno źródła tych barbarzyńskich odruchów należy dopatrywać się u praprzodków.

Wszystko to są moje wnioski, drogi Nikodemie, które wyciągnąłem z literatury ogólnodostępnej, niekoniecznie popartej naukowo, jako że do dnia dzisiejszego badania nad słowiańszczyzną trwają i końca nie widać.

Przejdźmy teraz do religii.

Jak już wspomniałem, mieli możliwości, więc rozszerzyli swoje wierzenia do granic niespotykanych. Te święte gaje, krwawe ofiary, rytualne orgie, obżarstwo, pijaństwo i najprzeróżniejsze gusła. Podobno ostatnia ludzka ofiara złożoną została jeszcze w XIX wieku, w celu odegnania zarazy ze wsi. Badacze tych czasów podają, że pewne zwyczaje pogańskie przedostały się do chrześcijaństwa i zostały umiejętnie zaadoptowane. Należą do nich między innymi wiara w mowę zwierząt w noc wigilijną, dodatkowe nakrycie przy stole wigilijnym, sianko pod obrusem, kult zmarłych i wiele innych.

Nie jest to miejsce gdzie chciałbym ten temat rozwijać, więc polecę tylko dobrą książkę pani profesor Marii Janion „Niesamowita słowiańszczyzna”.

Nie tworzyli państwa, mieszkali w grupach a jedynie łączyły ich zwyczaje.

Tak rozbudowana i utrwalona religia pogańska stała się potem wielkim problemem przy chrystianizacji. Nie było tak, że wszyscy łagodnie i pokornie pochylili głowy na polanie wodą. W dużej mierze te głowy spadały po uprzednim zdzieleniu mieczem, bo opornych było wielu. Niektóre źródła podają, że spadło nawet 100 tysięcy głów.

Nie posiadali daru przywódczego, stąd angażowali na swoich przywódców ludzi z plemienia Awarów, którzy przybyli ze stepów Azji. Poddawali się temu przywództwu, chociaż ci przywódcy traktowali ich bardzo brutalnie. To pod ich przywództwem Słowianie doszli do Salonik i oblegali Konstantynopol.

Można domniemywać, że cecha ta działa do dnia dzisiejszego. Piszę to nieco sarkastycznie, ale w historii rządzili nami albo zupełnie obcy albo obcego pochodzenia a my niekiedy za drobną gratyfikację przyjmowaliśmy ich, aby pozbyć się konieczności odpowiadania za państwo. Tę przykrą cechę najdobitniej potwierdzają czasy polskich królów: Stanisława Leszczyńskiego, Michała Korybuta Wiśniowieckiego czy Stanisława Augusta Poniatowskiego. Po tym ostatnim trafiliśmy do ponad stuletniej niewoli.

Niejako dla przeciwwagi należy jednak przyznać, że były długie okresy w naszej historii, kiedy ci obcy doprowadzili do tego, że państwo nasze postrzegane było w Europie, jako wielkie i postępowe. Chwałę za to należy oddać Jagiełłom z Litwy oraz Stefanowi Batoremu z Siedmiogrodu, a obecnej Rumunii. Oczywiście były również wyjątki. O królach Saskich trudno powiedzieć coś dobrego, poza tym, że „za króla Sasa jedz, pij i popuszczaj pasa”.

Należy jeszcze wspomnieć o Sarmatach, bo to też Słowianie. Trudnili się pasterskim chowem zwierząt, przy czym nie zakładali w ogóle osad, żyli cały czas na wozach mieszkalnych. Po znalezieniu miejsca dla wypasu bydła domowego i koni, pozostawali tam na jakiś czas. Byli po prostu koczownikami.

Nie interesowało ich pojęcie osady, nie mówiąc już nawet o państwie.

W tym wszystkim najdziwniejsze zdaje się nawiązywanie polskiej szlachty w XVII wieku do tychże Sarmatów i nie tyle szukanie, co tworzenie dowodów o pochodzeniu od nich.

Wszystko to spowodowane było obsesją szukania starożytnych korzeni. Sarmatów fascynowała ich zupełna wolność, żadnych obowiązków i pewnie spowodowało to poszukiwanie korzeni właśnie u nich.

Wtedy to uknuto, że szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie. Na skutki takiej pseudoobywatelskiej postawy nie trzeba było długo czekać, bo tylko do XVIII wieku. Był to totalny upadek państwa: moralny, obyczajowy a przede wszystkim militarny. Skutek to rozbiory. Mimo doświadczenia utraty państwa, nadal nie wyciągnęli stosownych wniosków.

Na zakończenie części historycznej podam jeszcze jedną formę działalności Słowian, szczególnie wstydliwą w dniu dzisiejszym. Bardzo rzadko historycy to podają, ale nie jest to już tajemnicą, że Słowianie zajmowali się handlem niewolnikami. Najgorsze jest jednak to, że wielokrotnie „towarem” w tym procederze byli ich współplemiennicy, czyli oni sami. Wgłębiając się w etymologię nazwy czy nazwiska Piast, dochodzimy do słowa piastun, a to znaczy tyle, co nadzorca — dalsze sugestie są już chyba zbędne.

Można też postawić pytanie, czy ten indywidualizm w życiu codziennym, brak powiązań obywatelskich, tendencja do podporządkowywania się obcym przywódcom nie stało się powodem przygnębienia, smutku i melancholii, którą wszyscy historycy zauważali u Słowian. Zresztą te cechy później pogłębione przez feudalizm najdłużej u nas trwający, zauważane są do dzisiaj.

Dla podkreślenia opiszę tu pewien przypadek, który to przydarzyła mi się dawno temu w kontakcie z Rosjanami. Skoro z Rosjanami to musiało być szkło, czyli napitek, niekoniecznie zagrycha i nie jakieś tam kieliszki tylko stakany. Po pierwszych stakanach zaczęli dużo mówić o słowiańskiej duszy, gdzieś tam tęsknić za czymś nieosiągalnym, dowiedziałem się, że oni albo kogoś pokochają albo go zabiją, pośredniej sytuacji nie znają. W dalszej części jeden zaczął nawet płakać, przy czym jestem przekonany, że on sam nie wiedział, do czego tęskni i dlaczego płacze. Na takie to dusze słowiańskie trafiłem. Atmosfera wprost z Czechowa — „Wujaszek Wania”.

U nas wiele jest takich podobnych przypadków. Dla odmiany sięgniemy do literatury i i to literatury najwyższych lotów. Mam na myśli „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego. Dla poparcia mojej tezy przytoczę dwa cytaty najbardziej reprezentatywne:

„Niech na całym świecie wojna,

byle polska wieś zaciszna,

byle polska wieś spokojna.”

„Panowie dużo już by mogli mieć, ino oni nie chcom chcieć.”

Nawet, kiedy zapał do walki jest, brak mądrego i roztropnego przywódcy.

„My z synowcem na przedzie i jakoś to będzie”. A to znowu Mickiewicz i „Pan Tadeusz”. Właśnie to: „jakoś to będzie” powodowało, że krew się lała strumieniami a zwycięstwa nie było. Powstania: Listopadowe, Styczniowe, Warszawskie…

Spodziewam się, drogi Nikodemie, że możesz teraz powiedzieć, iż zgromadziłem specjalnie same czarne fakty, mocno przygnębiające, stawiające w niezbyt dobrym świetle naszych przodków.

W pewnym sensie masz rację, chociaż nie miałem takiego zamiaru. Fakty jednak pokazuję, że jest to prawda, ale niestety są to fakty. Można te fakty przytaczać w różnej kolejności, z mocniejszym lub słabszym podkreśleniem — prawdy jednak nie da się ukryć. Nie jestem pierwszy, który te nasze złe cechy narodowe wyciąga na światło dzienne.

Wspomniany już Stanisław Wyspiański nie był odosobniony. Bolał nad tym do końca życia i w sposób szczególny zawarł to w jednym z ostatnich swoich wierszy:

„Niech nikt nad grobem mi nie płacze,

krom jednej mojej żony,

za nic mi wasze łzy sobacze

i żal ten wasz zmyślony.”

Jak widać, Wyspiański nie miał najmniejszej litości, tak ostro traktując rodaków. Dwa ostatnie wersy nie wymagają już ani jednego słowa komentarza.

Wspomnę jeszcze mojego drogiego poetę Kamila Cypriana Norwida, którego rodacy pod koniec jego życia opuścili i umierał w przytułku. Czy była to zemsta za to, co o nich pisał? Pewnie nie, bo oni raczej mało wtedy, na obczyźnie czytali. Zajęci byli raczej spotkaniami, rautami i żyli raczej beztrosko. Przytoczę teraz wypowiedź, w której ten wielki poeta wypowiada się prozą, bardzo mocną prozą.

„Oto jest społeczność polska! — Społeczność narodu, który, nie zaprzeczam, iż o tyle, jako patriotyzm wielki jest, o ile, jako społeczeństwo jest żaden.

Wszystko, co patriotyzmu i historycznego dotyczy uczucia, tak wielkie i wielmożne jest w narodzie tym, iż zaiste, że kapelusz zdejmam przed ulicznikiem warszawskim — ale — ale wszystko to, czego nie od patriotyzmu, czego nie od narodowego, ale czego od społecznego uczucia wymaga się, to jest tak początkujące, małe i prawie nikczemne, że strach wspominać o tym!

Przecież i kwestia krzyczącej do Boga sprawiedliwości, kwestia chłopów, o którą trzech Papieży po sobie idących dopominało się u narodu polskiego — dopiero jako narodowa, a nie jako Chrystusowa podniesioną i rozstrzygniętą jest. Jesteśmy żadnym społeczeństwem.

Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym.

Może powieszą mię kiedyś ludzie serdeczni za te prawdy, których istotę powtarzam lat około, dwanaście, ale gdybym miał dziś na szyi powróz, to jeszcze gardłem przywartym chrypiałbym, że Polska jest ostatnie na globie społeczeństwo, a pierwszy na planecie naród.

Kto zaś jedną nogę ma długą jak oś globowa, a drugiej nogi wcale nie ma, ten — o! — jakże ułomny kaleka jest!

Gdyby Ojczyzna nasza była tak dzielnym społeczeństwem we wszystkich człowieka obowiązkach, jak znakomitym jest narodem we wszelkich Polaka poczuciach, tedy bylibyśmy na nogach dwóch, osoby całe i poważne — monumentalnie znamienite. Ale tak, jak dziś jest, to Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł — i jesteśmy karykatury, jesteśmy tragiczna nicość i śmiech olbrzymi… Słońce nad Polakiem wstawa, ale zasłania swe oczy nad człowiekiem.”

To z listu do Michaliny z Dziekońskich Zaleskiej, (List z 14 listopada 1864).

Jak widzisz drogi Nikodemie, nie tylko ja tak ostro oceniam rzeczywistość. Nasi wielcy poprzednicy oceniali ją równie krytycznie. Nie ukrywam, że zarówno Norwid jak i Wyspiański to moje wzorce patriotyzmu. Jakże ich wypowiedzi są aktualne dzisiaj, szczególnie od paru lat.

Szukałem ci ja jakowyś cech wysoce pozytywnych i bardzo się natrudziłem zanim znalazłem ową polską gościnność, którą to inne narody u nas postrzegają. Tyle, że kiedy zadam sobie pytanie, z czego owa cecha wynika, to znajduję źródła niezbyt chwalebne, już wcześniej wspomniane i nie będę ich znowu przytaczał.

Czy to, co ja dotąd napisałem, nie jest niejako naszym obrazem w lustrze, drogi Nikodemie? Czy nie tak sami siebie widzimy? Trzeba przyznać, że nie jest to obraz wysoce pozytywny. Jedyne, co w tym napawa pozytywnie, to fakt, że w ogóle taki właśnie obraz widzimy sami, czyli posiadamy jeszcze zdolność do samokrytyki, chociaż niestety, nie wszyscy.

W momentach, kiedy władza państwowa zatraca zdolność do samokrytycyzmu, zaczynają się problemy z właściwym sprawowaniem władzy. W skrajnych przypadkach zaczyna się nie potrzebnie lać krew i to nie tylko tych przywódców nieodpowiedzialnych, ale również ludzi zupełnie niewinnych.

Nie wiem, co mnie podkusiło, aby sprawdzić, co o nas Polakach, potomkach dawnych Słowian mówili nasi sąsiedzi. Oj, nie znalazłem pozytywnych opinii, niestety.

Skoro sprawdziłem, obwieszczam. Okazało się, że nie są to opinie pochlebne a wręcz odwrotnie, niekiedy bardzo złe, powodujące u ludzi myślących smutek a u tych drugich, powiedzmy nieco mniej myślących, nieposiadających ani odrobiny samokrytycyzmu, gniew, bunt i ripostę w postaci obelg w kierunku tychże sąsiadów, a i swoich. Tych myślących też nie oszczędzili.

A oto one:

— Otto von Bismarck: „Dajcie Polakom rządzić a sami się wykończą.”

— Winston Churchill: „Najdzielniejsi z dzielnych, rządzeni przez najpodlejszych z podłych.”

— Norman Davies:: „Wydaje się, ze kraj ten jest nierozerwalnie związany z niekończącą się serią katastrof i kryzysów, które — w sposób paradoksalny — stają się źródłem jego bujnego życia. Polska znajduje się bez przerwy na krawędzi upadku. Ale jakimś sposobem zawsze udaje jej się stanąć na nogi.”

Bardzo przygnębiająca — przynajmniej dla mnie — jest opinia carycy Katarzyny II, jest to opinia na granicy wulgarności. Jednak rozważenie tej opinii w świetle Konfederacji Targowickiej zmusza do myślenia, czy ta córka pruskiego generała nie ma, choć trochę racji.

Król jednego dnia podpisuje Konstytucję 3 Maja i za chwilę występuje przeciwko niej przechodząc do obozu przeciwnego, czyli do Targowicy. Aż się prosi, aby tu przypomnieć, że po stronie Targowicy stanęli najbardziej znani magnaci polscy oraz biskupi z prymasem na czele. Jak król — człowiek wykształcony, dobrze wychowany, mieniący się patriotą — mógł dopuścić się tak łajdackiego czynu?

Przeczytałem relacje kilku poważnych autorów i nie mam najmniejszych wątpliwości co do jego czynu, który miał wszelkie cechy zdrady.

A oto opinia carycy Katarzyny II o Polakach:

„Nie można zaanektować ich państwa, bo trzeba byłoby się dzielić z Prusami, Austrią, Turcją i Bóg wie jeszcze z kim; narzuca to europejska równowaga sił. Po drugie nie można tego zrobić od ręki, gdyż są to znakomici żołnierze, a cały naród gdy otwarcie zagrożony, przypomina wściekłego wilka w nagonce. Zbyt dużo by to kosztowało, należy więc zdemoralizować ich do szpiku kości. Trzeba … rozłożyć ten naród od wewnątrz, zabić jego moralność… Jeśli nie da się uczynić zeń trupa, należy przynajmniej sprawić, żeby był jako chory ropiejący i gnijący w łożu… Trzeba mu wszczepić zarazę, wywołać dziedziczny trąd, wieczną anarchię i niezgodę… Trzeba nauczyć brata donoszenia na brata, a syna skakania do gardła ojcu. Trzeba ich skłócić tak, aby się podzielili i szarpali, zawsze gdzieś szukając arbitra. Trzeba ogłupić i zdeprawować, zniszczyć ducha, doprowadzić do tego, by przestali wierzyć w cokolwiek oprócz mamony i pajdy chleba. Będą Oni walczyć długo, bardzo długo, nasze prochy przepadną, ale przyjdzie czas gdy sami sprzedadzą swój kraj, sprzedadzą go jak najgorszą dziwkę. My rozpoczniemy ten proces Panin! Korupcją „milczących psów”, którzy będą nimi rządzić. Bogactwem i głodem, które biednych podjudzą przeciw możnym, tych drugich zaś napełnią takim strachem i podłością, że uczynią wszystko dla zachowania swego bogactwa. Zepsujemy ich kultem prywaty, złodziejstwa, rozpusty, wszelaką demoralizacją i wiodącym ku niej alkoholem. Stworzymy tam nową oligarchię, która będzie okradać własny naród nie tylko z godności i siły, lecz po prostu ze wszystkiego, głosząc przy tym, że wszystko co czyni, czyni dla dobra ojczyzny i obywateli. Niższe szczeble tych krwiopijców będą uzależnione od wyższych w nierozerwalnej strukturze formalnej i nieformalnej piramidy. Trzeba będzie starać się, by w piramidę wpasowany był każdy zdolny i inteligentny człowiek, by zechciwiał w niej i spodlał.”

Kiedyś, pewien dziennikarz nazwał te cechy jednym określeniem, wręcz jednym wyrazem: „polactwo.” Dzisiaj zapewne odżegnuje się od tej dawnej postawy, bo w pewnym momencie znalazł się po stronie przeciwnej.

U nas stało się normalnością, że do wyborów startują z jednej opcji, potem przechodzą do przeciwnej, to tylko kwestia ceny…

Tyle czasu minęło a pewne rzeczy pozostały niezmienne i rozciągają się również na dzień dzisiejszy, co mnie bardzo smuci. Podzielili naród na prawomyślnych patriotów i zdrajców, nazywając ich dodatkowo gorszym sortem. Cóż za obrzydliwe określenie ten „sort”. Tego typu określenie może stosować tylko ktoś, kto wychował się w rodzinie o tradycjach faszystowskich lub bolszewickich. Przepraszam za uniesienie.

Pytasz drogi Nikodemie, czy można jakoś zrozumieć obecną mentalność Polaków i gdzie leży klucz do tego zrozumienia. Czy wszystkie cechy mają swoje korzenie w pochodzeniu słowiańskim, a mianowicie: to dołowanie intelektualne, zanik dobrych form dyskusji, barbarzyństwo słowne przechodzące niekiedy w wulgarne, zawiść, brak tolerancji odmiennych poglądów, kłótliwość, tendencja równania do najgorszego i nieudolnego itd., itd. Skąd te cechy się biorą, czy również dziedziczymy je po przodkach

Odpowiadam: nie wiem, przy czym zbyt mało wiem, aby wiedzieć. Tak nagły zalew cechami negatywnymi nie daje mi możliwości spokojnej analizy. Zostałem przysypany niczym obsuwającą się ziemią, jestem zalany niczym powodzią, jestem ogłuszony niczym burza z piorunami.

Pozwolisz Nikodemie, że pokuszę się na małą próbę.

W jakimś procencie na pewno te korzenie słowiańskie dają o sobie ciągle znać.

Myślę, że klucz leży gdzieś między Odrą a Wisłą, w bliżej nieokreślonym miejscu, zakopany, co najmniej 2 tysiące lat temu i leży bardzo głęboko.

Wielki wpływ wywarła na pewno religia pogańska, której niektóre zwyczaje zostały wszczepione do chrześcijaństwa i przetrwały do dzisiaj dając się zaadoptować do chrześcijaństwa. Wiele z nich objawia się jednak w formie zabobonów. Ponadto to usilne poszukiwanie związków z sarmatyzmem, co utrudniło zakorzenieniu się reformacji i nurtom oświeceniowym, za to stało się podłożem do silnego zakorzenienia się romantyzmowi. Niewątpliwie bardzo długi okres feudalizmu w Polsce bardzo zaważył negatywnie. Twierdzę, że te trendy spowodowały, że przez kilka wieków kształtowała się w Polsce aintelektualna kultura umysłowa. Wybranego a niekiedy narzuconego bohatera wsadzało się na sztandar a społeczeństwo przy nim stawało się sprawą drugorzędną, zresztą nadal się tak robi, bez namysłu, na zasadzie: cel uświęca środki.

Najbardziej bolesny fakt w tym wszystkim to totalna nieznajomość swoich korzeni, swojej historii, jak również historii stosunków z sąsiadami. Powoduje to podatność na populizm, na kłamstwo, konfabulację itd.

Ludzie chełpiący się taką oto duszą słowiańską nie są w stanie tworzyć dóbr kultury a tym samym jej nie konsumują. Panoszy się, więc prostactwo, nieuctwo, prymitywizm, spadamy intelektualnie w dół. Z bliźnim o innych poglądach nie warto dyskutować, bo kto to potrafi. Najlepiej go wyeliminować i to dobrze by było wyeliminować fizycznie.

Potrzebna jest oświata oparta o mądrze napisany program niezmienny, chociaż w ciągu jednego pokolenia, bo „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie… Nadto przekonany jestem, że tylko edukacja publiczna zgodnych i dobrych robi obywateli”. Myśl tę ogłosił już dawno temu Jan Zamoyski (1542—1605) — polski polityk, mąż stanu, kanclerz wielki koronny i hetman wielki koronny, doradca Zygmunta Augusta i Stefana Batorego.

Na zakończenie, drogi Nikodemie powiem jeszcze, że kiedy przykładam moją duszę do wzorców, które tutaj opisałem, to nijak to nie pasuje — jedno do drugiego. Ani w ogółach, ani w szczegółach nie widzę żadnych podobieństw. Cechy, które najgłębiej zaległy w mojej duszy, czyli pragmatyzm, spolegliwość, umiarkowanie i pokora są w totalnej sprzeczności z cechami duszy słowiańskiej. Nie szkodzi, że urodziłem się w Polsce i czuję silny związek z tą ziemią, to jednak ta, tak zwana słowiańskość nijak mi nie pasuje. Może to kwestia genów, a może wreszcie fakt, że moje dzieciństwo i dojrzewanie przebiegło w specyficznym środowisku mieszkańców tak zwanych ziem odzyskanych, czyli Dolnego Śląska, gdzie się urodziłem. A może jestem jakimś tam wyjątkiem. Nie mam pewnej odpowiedzi.

Wiem, że pozostawiam wiele niewiedzy jak również wiele pytań. Nie jestem specjalistą w tej dziedzinie a sprawa mnie nurtuje a nawet męczy. Spróbuj, więc i Ty Nikodemie się nad tym zastanowić, zachęcam.

Warto się niekiedy zastanowić nad sobą spojrzawszy w jakieś lustro. Nie tyle warto, ale jednocześnie trzeba nad sobą pracować nie ściągając wzorców od głupszych, ale od mądrzejszych. Książka i myślenie, myślenie i książka…

To, co teraz napiszę drogi Nikodemie potraktuj niemal, jako post scriptum.

Pamiętasz zapewne dawne czasy sprzed 50—60 lat. Pamiętasz też na pewno życie na wsi w rejonie Nowej Dęby, Baranowa, mieliśmy po kilka lat. Kiedy przyszło spotkać na wsi kogoś nieznajomego, ten nie pytał o imię czy nazwisko, lecz pytał: czyj żeś ty? Wtedy ten młody chłopak odpowiadał na przykład: Kusiów. No i wtedy wszystko stawało się jasne, bo stary Franek Kuś, to bardzo znana postać we wsi, dobry gospodarz, przyjaciel proboszcza, ludzie go lubią i na wojnie był — tej pierwszej. To nazwisko nobilitowało, ten młody chłopak to wiedział i wymawiał to nazwisko z dumą, on już czuł się dowartościowany, chociaż nic szczególnego nie zrobił i niczym jeszcze się nie wyróżnił. Na jego konto już spływał splendor dzięki dziadkowi. Ale był też inny chłopak w tej samej wsi — Wojtek. Wojtek był w naszym wieku i myśmy się z nim kolegowali.

Bywało również tak, że ten młody chłopak Wojtek na tak zadane pytanie, „czyj żeś?”, musiał odpowiedzieć: „Grębosiów!” W takim wypadku ten chłopak, czyli Wojtuś od Grębosiów, wymawiał to nazwisko już ze strachem, przewidywał, co go czeka. Miał szczęście, kiedy ten pytający machnął tylko ręką i odszedł z półuśmiechem. Niekiedy jednak musiał wysłuchać jeszcze kilku epitetów.

To nazwisko nie nobilitowało, splendoru nie dodawało, było powodem do wstydu. Ten młody chłopak czuł, że to nazwisko mu ciąży, jest dodatkowym bagażem. Niektórzy z tej rodziny, którzy coś w życiu osiągnęli zmieniali to nazwisko na inne, na przykład Grabosz, Grębik itp. A powód był oczywisty, bo któż nie znał dziadka Antoniego Grębosia! Po pierwsze awanturnik, pijak, skłócony ze wszystkimi sąsiadami, powiedzieć, że nie był lubiany, to mało. Nikt go nie znosił, raczej wszyscy go omijali… Padła nawet kiedyś propozycja, aby pozbawić go gospodarstwa, bo nie dbał o zwierzęta domowe, większość pola to ugory. Natomiast stara Grabosiowa przesiadywała w kościele prosząc, raz to o zmiłowanie boże nad tym alkoholikiem, bądź to o wszystkie plagi i jego rychłą śmierć. Pan Bóg jednak, jak to powiadali we wsi: nie rychliwy, ale sprawiedliwy, odciągał te plagi. Czy Bóg wysłuchał próśb Grębosiowej czy nadmiar alkoholu zrobił swoje nie wiadomo. W każdym razie stary Gręboś umarł.

A co z Wojtkiem? Ano, Wojtkowi Grębosiowi udało się wydostać z tej wsi, z tego domu, wyjechał do Krakowa i tam skończył studia wyższe, chociaż nazwiska nie zmienił. Jest w tej chwili profesorem i historii literatury, jest szanowany i lubiany przez społeczność akademicką a szczególnie przez studentów. Jednak, kiedy przyjeżdża na rodzinną wieś, nadal jest tym Wojtkiem od Grębosiów. Oczywiście dziadek Antoni już dawno nie żyje i minęło ponad pół wieku, ale „dorobek” dziadka ludzie przykleili do jego wnuczka Wojtka.

Dorobku naukowego profesora Wojciecha nikt tu nie zna i nikogo on nie interesuje. Jednak zło, które niegdyś czynił stary Antoni Gręboś wszyscy pamiętają — to jest temat, który poruszają popijając tanie wino na zapleczu sklepu. Następne pokolenia też sobie opowiadają, chociaż człowieka nie znają, bo umarł przed ich narodzeniem. Stary Gręboś to już tylko symbol tej wsi.

Z tego też powodu a i wielu innych pomniejszych, pan prof. Wojciech Gręboś bardzo rzadko bywa w rodzinnych stronach.

Co to ma wspólnego ze mną? — Jednak ma!

Otóż, gdyby mnie ktoś zapytał, z jakiego plemienia starożytnego pochodzą moje korzenie i z racji zamieszkania i miejsca urodzenia, zasugerował korzenie słowiańskie, to na pewno zachowałbym się, co najmniej jak ten Wojtuś od Grębosiów.

Nie przemawia przeze mnie złość, nie targają mną uczucia buntu.

Przemawia przeze mnie jedynie strach, bo pod koniec mojego życia dane mi jest zobaczyć i mocno doświadczyć tego, kim mógłbym być. Cofając powolutku mój film życia mogę zaobserwować i poznać te okoliczności i przypomnieć sobie tych ludzi, dzięki którym jestem, jaki jestem. Wiem drogi Nikodemie, komu poza samym Bogiem mam dziękować i ty też wiesz.

List drugi

Jak to otarłem się o wielką naukę

„Pierwszy łyk ze szklanki nauk przyrodniczych czyni ateistą, ale na dnie naczynia czeka Bóg.”

Werner Heisenberg

Zapewne dużo jest ludzi, którzy nie raz otarli się w swoim życiu o jakieś wielkie wydarzenie naukowe, kulturalne. Niejednokrotnie nawet tego nie zauważyli, przeszli obok nie zwracając nań uwagi, no może tylko lekkie wzruszenie ramion. W ich pamięci nie pozostał żaden ślad. Chyba, że w podświadomości ten fakt zaległ i po latach, przy sprzyjających okolicznościach trafił do pamięci i mógł być rozważony. Zwykle mogło się to odbyć pod wpływem jakiegoś impulsu, wskutek czytania książki lub oglądania filmu.

Nie wiem jak Tobie Nikodemie, ale mnie coś takiego spotkało, przy czym, faktycznie, do mojej świadomości dotarło to dopiero po ponad 30-u latach.

Zanim opiszę sam problem, najpierw, dzięki nie najgorszej pamięci, spróbuję w miarę szczegółowo opisać wszystkie okoliczności tego wydarzenia

Przypomnijmy historie z 1973 roku, ponieważ w tym roku, w Krakowie miało miejsce ważne wydarzenie naukowe, które zapisało się w historii.

Jako dwudziestoparolatek, cztery razy w tygodniu pokonywałem trasę z dworca PKP, dalej ul. Floriańska, lekkim skosem Rynek Główny, potem ulice: Szewska, Krupnicza i już Reymonta — przeważnie blok B1 czyli Wydział Elektryczny AGH. Późnym wieczorem trasa powrotna. Dla turysty przepiękna trasa, bo to Teatr im. Słowackiego, zresztą sama Floriańska z Jamą Michalika po lewej, no i Rynek Krakowski, na Rynku kościół Mariacki z dziełem Wita Stwosza, pomnik Mickiewicza, Sukiennice, w rogu Rynku Piwnica pod Baranami z Piotrem Skrzyneckim. Same atrakcje turystyczne. Przy końcu Szewskiej, po lewej stronie słynny zakład fotograficzny, gdzie znajdowały się zdjęcia wszystkich artystów piwnicznych z Piotrem Skrzyneckim na czele — zdjęcia dzieła krakowskiego fotografa.

Stary krakowski fotograf po ustawieniu gościa na fotelu, po ustawieniu oświetlenia, włączał stary adapter Bambino z piękną muzyką i po krótkiej chwili: „cyk”. Powstawało dzieło. Swego czasu poddałem się tej procedurze.

Tymczasem dla mnie poza niewątpliwymi atrakcjami turystycznymi, które były mi zupełnie obojętne, najgorsze było przejście Floriańską, bo tłok i taka dziura w jezdni, która była w rejonie Jamy, trzeba było uważać. Przez Rynek przechodziło się gładko, bo były duże płyty. Szewską pokonywało się szeroką ławą, kątem oka spoglądając w lewo na Jagiellonkę (UJ). Jeszcze Krupnicza z wąskim chodnikiem. Tu muszę się jednak na chwilę zatrzymać, szczególnie pod numerem 22. Bo któż tu nie mieszkał: Gałczyński, Mrożek, Różewicz, Szymborska. Tu był kiedyś Dom Literatów. Przy czym ja w latach 70-tych, maszerując wzdłuż tego budynku, nie zdawałem sobie z tego sprawy. No i już prawie widać mury uczelni, a tam czekało zapowiadane kolokwium z Elektrotechniki Teoretycznej albo Laboratorium poprzedzane zwykle szybką kartkówką, że o egzaminach semestralnych nie wspomnę. Głównie na takich to problemach moja uwaga się skupiała. Gorzej było zimą. Zimy wtedy bywały — nie to, co dzisiaj.

Przy permanentnych brakach zaopatrzeniowych w tamtych czasach, jedyny surowiec, który mieliśmy niekiedy w nadmiarze to był właśnie śnieg. Byliśmy jak Żydzi, którzy dostawali mannę podczas wędrówki po pustyni. To tylko taka dygresja na wesoło.

Skupienie się na nauce było ogromne. Z tego stanu mogły wytrącić tylko Juwenalia lub impreza „Światło i Dźwięk”. Imprezy „Światło i Dźwięk” to specjalność w tamtych czasach Krzysztofa Jasińskiego.

Te dwie imprezy miały oficjalne zezwolenie władz, więc nie było obawy, że władza będzie interweniować.

To były imprezy, które się widziało i w efekcie tego uczestniczyło.

W przypadku imprez specjalistycznych typu sympozja, odczyty, spotkania z dziedziny kultury i nauki odbywały się, ale jedynymi źródłami informacji były gazety krakowskie, których było kilka. Głównie „Gazeta Krakowska” to ta, której Naczelnym Redaktorem GK był pod koniec Maciej Szumowski. Kupowało się ją po znajomości w kiosku Ruchu.

W takich to okolicznościach obchodzono 500 rocznicę urodzin Mikołaja Kopernika, który jak wiemy, urodził się 19 lutego 1473 w Toruniu. Rocznicę obchodzono również w Krakowie, bo to tutaj na znanej już Akademii Krakowskiej Kopernik rozpoczął studia w 1491 roku.

Było zapewne w tym roku, w Krakowie wiele wydarzeń kulturalnych i naukowych z tej okazji. Ja jednak chcę wspomnieć tylko o jednym takim wydarzeniu, które odbyło się w Krakowie. Było to Sympozjum Unii Astronomicznej, w którym brało udział wielu naukowców z całego świata i z Polski. W gronie naukowców z Polski brał udział młody 37-letni naukowiec — jak Kopernik i również ksiądz dr Michał Heller z Tarnowa.

Z poza Polski obecny był fizyk Brandon Carter z Australii, wtedy również młody naukowiec, bo zaledwie 31-letni.

Otóż tenże Brandon Carter, na tym Sympozjum, po raz pierwszy ogłosił słynną do dzisiaj „Zasadę Antropiczną”. Wystarczyłoby poinformować jedynie, że była to koncepcja filozoficzna odnosząca się do kosmologii, bo przecież ani ja, ani Ty drogi Nikodemie nie jesteśmy fizykami. Uparłem się jednak, że napiszę coś na ten temat i spróbuje Ci przybliżyć tę zasadę, na miarę moich możliwości.

W owym 1973 roku, nawet przebiegając przez Kraków, nie miałem o tym zielonego pojęcia. Jedyną okolicznością, która mnie z tym wydarzeniem łączyła, był fakt, że w tymże 1973 kończyłem moją podstawową edukację z zakresu fizyki i zdawałem w tym roku egzamin końcowy z tego przedmiotu na wspomnianej już Akademii Górniczo-Hutniczej odległej tylko o kilkaset metrów od miejsca, gdzie studiował Kopernik. Wszystkie te fakty ładnie kojarzą się w dniu dzisiejszym, ale ja sam to odkryłem — nie tę zasadę oczywiście — dopiero około 10 lat temu, czyli grubo ponad 30 lat po słynnym Sympozjum.

W roku 1973, to nawet gdybym usłyszał tę zasadę, najpewniej wzruszyłbym tylko ramionami i to z dwóch powodów. Po pierwsze nie wiedziałbym, o co chodzi temu panu Carterowi, a po drugie, moją głowę wystarczająco zaprzątało to, co wtedy z fizyki ode mnie wymagano. Należało zdać egzamin z fizyki, bo pozostałe egzaminy były do zdania.

No, więc będę próbował dzisiaj zmierzyć się z powyższą zasadą, tak jak ją rozumiem. Najpierw zacytuję oryginał, tak jak to znalazłem w internecie.

Fundamentalne stałe fizyczne (stała Plancka, prędkość światła, stała grawitacji itp.) mają dokładnie takie wartości, aby umożliwić powstanie życia, a w szczególności umożliwić pojawienie się istoty myślącej, człowieka na Ziemi. Zasada ta jest próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego prawa fizyki są takie, jakie są. Sugeruje ona odpowiedź, że gdyby prawa fizyki były inne, nikt nie mógłby ich poznać, ponieważ pojawienie się inteligentnego obserwatora nie byłoby możliwe. Zwolennicy zasady antropicznej przedstawiają dowody, że minimalne zmiany stałych fizycznych, na przykład stałej Plancka uniemożliwiłyby istnienie wszechświata w obecnej formie. Tyle encyklopedia.

Zasada ta podzielona została jeszcze dodatkowo na tak zwaną silną zasadę Antropiczną i słabą zasadę Antropiczną, ale to sobie dzisiaj darujmy.

Te stałe fizyczne były od początku Wszechświata a może nawet wcześniej. Ani Max Planck, ani Albert Einstein nie stworzyli tych stałych, lecz je tylko odkryli, bo już istniały. Kto je w takim razie ustalił? No KTOŚ! Jedni powiadają, że to Wielka Inteligencja, inni powiadają, że to zwykły przypadek, samo z siebie się stało. Są też tacy, którzy łączą wszystkich twórców w jedno i mówią, że to Bóg.

Wszyscy jednak są pewni, co do tego, że nie zrobił tego człowiek, bo go wtedy nie było.

Cóż jest takiego zadziwiającego w tych stałych, w końcu tylko liczbach?

Otóż to, że one są takie a nie inne i to tak precyzyjnie dobrane. Dzięki temu precyzyjnemu ich dobraniu mogło pojawić się życie, a tym samym człowiek mógł to wszystko zobaczyć, jako obserwator. Gdyby one były nieco inne, minimalnie, to zapewne wszechświat by zaistniał, ale nikt by tego nie zobaczył: mam na myśli tego obserwatora, czyli homo sapiens. Może kilka przykładów rozjaśni problem

Jeżeli porównamy ze sobą pewne wielkości charakteryzujące niewidzialny dla ludzkiego oka mikroświat z wielkościami charakteryzującymi świat w skali kosmicznej, otrzymujemy, jako wyniki stosunki bezwymiarowe wyrażone w liczbach rzędu 1040, lub mające w wykładniku potęgowym wielokrotność liczby 40. Na przykład siła elektryczna działająca między protonem i elektronem (mikroświat) w stosunku do siły grawitacji (makroświat), wynosi 1040. Promień Wszechświata widzialnego podzielony przez promień elektronu daje 1040, albo jeszcze najważniejsze:

Stała grawitacji x średnia gęstość materii we Wszechświecie x (wiek Wszechświata)2 = 1

Wiadomo, że niektóre stałe fizyczne (na przykład stała grawitacji) zmieniają się w czasie, ale dzięki sprzężeniom zwrotnym — dodatnim i ujemnym — powyższe równanie zawsze jest spełnione w czasie i dlatego istniejemy, właśnie dlatego.

Inny przykład: Słońce dostarcza nam życiodajną energię, ale równocześnie śmiercionośne promieniowanie. „Dziwnym trafem” tylko Ziemia wytwarza własne pole magnetyczne, które przepuszcza to, co życiodajne, a odbija to, co śmiercionośne. Jak dotąd nie wiadomo, czy jest jeszcze taka druga planeta we Wszechświecie. Na pewno nasz sąsiad Mars takiej ochrony nie posiada.

Ten Ktoś musiał mieć naprawdę nieskończoną inteligencję, aby wszystko tak skorelować, że w efekcie tego życie powstało na naszej planecie Ziemi.

W efekcie przed nami otchłań, za nami otchłań, a na Ziemi utrzymuje się życie.

Nikodemie, kiedy pierwszy raz te wielkości i te zależności pierwszy raz do mnie dotarły, nie chciały się pomieścić w moim mózgu. Musiały tam być wręcz „upychane” — dzisiaj już spoczywają spokojnie.

Pytasz Nikodemie, po co ja się tymi wiadomościami tak ekscytuję, przecież jestem już emerytem.

Moja odpowiedź jest prosta — czytaj dalej, a znajdziesz ją tam. Może nie wprost, może tylko między wierszami.

Nie upłynęło wiele czasu a ludzie już kolejne naukowe poglądy na to, co czeka Wszechświat.

Wielu ludzi, a w tym również naukowców dręczyło poczucie niepewności i nijakości istnienia. Bardzo skrajnie, wręcz brutalnie określił to Stephen Hawking, znany i nieżyjący już fizyk, nazywany następcą Newtona. Dla niego człowiek to tylko chemiczna szumowina, żyje na powierzchni niczym niewyróżniającej się planety, która krąży wokół typowej gwiazdy na obrzeżach przeciętnej galaktyki. Ta gwiazda żyje takim samym życiem jak inne gwiazdy i za kilka miliardów lat stanie się czerwonym olbrzymem i spowoduje śmierć Ziemi. Taki będzie nasz koniec świata, innego nie będzie, jak powiada poeta.

Przeciwwagą dla powyższej opinii jest teza współczesnego fizyka Davida Deutscha, który widzi te same sprawy bardziej optymistycznie. Dla niego rozum ludzki przechowuje modele zjawisk fizycznych, jest nosicielem takich samych struktur matematycznych, co kwazar! Kwazar to obiekt gwiazdopodobny wysyłający nieustannie promieniowanie elektromagnetyczne o mocy 1041 Wata. Nawet, jako elektryk nie wyobrażam sobie takiej mocy. I dalej: człowiek jest generatorem wiedzy, która w odległej przyszłości może zmienić losy wszystkiego: Ziemi, Galaktyki i całego Wszechświata. Jesteśmy przez to centrum wszystkiego stworzenia.

Brzmi to pięknie, wzniośle i obiecująco — przynajmniej dla mnie, a i dla ciebie Nikodemie.

Najśmieszniejsze w tym jest to, że niektórzy ludzie już tak żyją, jakby już dzisiaj byli panami całego Wszechświata. Jedynie prawdziwi naukowcy znają pojęcie pokory i zapewne głównie dzięki ich pokorze możemy usłyszeć o kolejnych odkryciach. Tak na marginesie, powiem tylko żartem, że teoria Hawkinga zawiera realistyczne przesłanki.

Na tym kończę dygresję i wracam do bieżących spraw i odkryć naukowych.

Mimo tego pesymizmu Hawkinga, we Wszechświecie istnieje wielka harmonia i wszystko, co się zdarza ma zawsze przyczynę. Niewierzący w żadną religię Albert Einstein zafascynowany tym porządkiem powiedział, że Pan Bóg naprawdę nie gra z nami w kości, czyli nic nie dzieje się z przypadku, losowo. Zdanie to do dzisiaj funkcjonuje w świecie naukowym i ma się dobrze wśród odkrywanych praw.

Ponieważ znam Cię drogi Nikodemie i wiem, że ty wiesz, kto ukrywa się pod tym moim tajemniczo zapisanym „KTOŚ”. Raczej wątpliwości nie mamy wiele, chociaż nadal jesteśmy wątpiący, bo taka jest nasza natura ludzka.

Wątpimy, bo nie wiemy, ale wszystko przed nami, pewnie się kiedyś dowiemy.

Jednak, kiedy do odrobiny wiary doda się dużo rozumu, to można sobie pozwolić na taką tezę.

O moich zainteresowaniach fizyką wiesz Nikodemie od dawna, ale kiedyś mnie pytałeś jak to się zaczęło. Zatem teraz opowiem, bo dobra ku temu okazja się nadarzyła. Powiem, że bardzo klasycznie z finałem dość niemiłym. Otóż na lekcji fizyki, 60 lat temu, czyli jeszcze w szkole podstawowej już nieżyjąca pani Danuta Jamrozik — w Świerzawie na Dolnym Śląsku — pokazywała nam doświadczenie z cewką, która po podłączeniu do prądu wciągała rdzeń.

Znalazłem sobie i ja taką cewkę i spróbowałem to zrobić w warunkach domowych. W tamtych czasach nie obchodził mnie rodzaj cewki, czyli na jakie napięcie, a nawet nie obchodził mnie przekrój nawiniętego drutu. Znalazłem kawałek metalu, włożyłem do cewki a dwa przewody od cewki do gniazdka w pokoju. Był błysk, chwilowe i bardzo silne mrowienie w jednej ręce, ten metal gdzieś odskoczył, a w pokoju zgasło światło. Nic z tego nie zrozumiałem i postanowiłem to zgłębić.

Stąd było Technikum Elektroenergetyczne w Legnicy, a potem AGH w Krakowie. Teraz już wiem, co się wtedy stało, a przy okazji wyrobiłem sobie zamiłowanie do samej fizyki za przyczyną mojego wykładowcy na AGH, pana Andrzeja Barwińskiego. Dzisiaj nic o nim nie wiem, ale już w latach 70-tych wiedzieliśmy, że jest ciężko chory. Jak widzisz Nikodemie, do dzisiaj pamiętam nazwiska moich nauczycieli z fizyki.

Tak, to pan Barwiński był kolejnym, który wzniecił we mnie zamiłowanie do fizyki, a raczej podziw — pamiętam kilku takich wykładowców. On wchodził na salę wykładową, zaglądał do notatek pierwszemu, który siedział przy drzwiach, aby sprawdzić, na czym ostatnio skończył. Następnie szedł do tablicy, brał kredę do ręki i zaczynał wykład. On raczej nie wykładał tej fizyki, on opowiadał fizykę. Można było przerywać w każdym miejscu i zadawać najgłupsze pytania, był cierpliwy. Jeżeli ktoś głupio zapytał, to wtedy odpowiadał dowcipem. Dla zwykłej formalności przypomnę, że w tych czasach nie był znany rzutnik czy wskaźnik elektroniczny. Była tablica przesuwna, kreda i mokra gąbka.

To na tych wykładach często słyszałem o pięknie wyprowadzonych wzorów, przy czym w tych czasach nie próbowałem nawet zgłębiać co się kryje za tym określeniem „piękno wzoru”. To zrozumienie przyszło dopiero w trzecim etapie.

Przed takim to człowiekiem zdawałem egzamin z fizyki pod koniec czerwca 1973 roku, w roku 500 rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika i w roku odbywającego się w Krakowie Sympozjum Unii Astronomicznej.

Do niego szło się na egzamin na zupełnym luzie, bez stresu. Tam odbywała się rozmowa na temat fizyki, bez żadnego losowania pytań. To była prawdziwa rozmowa mistrza z uczniem. Wtedy jeszcze nie mówiono nam nic o mechanice kwantowej ale egzaminowany mógł się zapytać o ten problem, gdyby chciał.

Przechodzę teraz Nikodemie do tego trzeciego etapu rozbudzania zainteresowania fizyką, jak również samymi fizykami, powiedzmy światem fizyki. To był okres najbardziej urodzajny dla mnie.

Zaczęło się od kontaktu z Wydawnictwem CCPress w Krakowie a wcześniej od kontaktu z książkami popularno-naukowymi prof. Hellera, założyciela CCPress.

No i tu, jak w pewnej piosence: poszły konie po betonie…

Wielość i różnorodność literatury popularno-naukowej, jakie to wydawnictwo oferowało przerosła moje wyobrażenie. Wystarczy, że odchylę się w prawo od klawiatury komputera i już mam ich wszystkich w zasięgu wzroku: Newton i Leibniz, Fermi i Einstein, Dirac i Schrödinger, Hawking, Penrose i cała lista do dzisiaj czynnych naukowców z ks. profesorem Michałem Hellerem, którego mam również na wyciągnięcie ręki w Krakowie.

Obcowanie z tymi ludźmi poprzez ich książki upoważnia mnie dzisiaj do zadania im pytania: I co z tym komputerem kwantowym, który obiecujecie? Tym pytaniem wcale się nie wygłupiłem, bo wiem, że wielu z nich zmaga się z tym tematem, ale do finału jest jeszcze bardzo daleko…

Tym sposobem przykleiłem się za pośrednictwem tych ludzi do fizyki, a w szczególności do mechaniki kwantowej. Widzę tą mechanikę kwantową w bardzo mglistych zarysach i każdorazowo mam nadzieję, że kolejna książka coś nowego mi wyjaśni. Widzę ją niczym zarys jakiegoś zwierzęcia stojącego we mgle pod lasem, przy czym nie wiem czy jak się zbliżę będzie to koń albo słoń, a może żyrafa… Dla uwiarygodnienia tego obrazu warto czytać. Mam nadzieję, że do końca życia chociaż trochę się zbliżę, a może ten komputer kwantowy zobaczę? A może zostanie tak, jak jest dzisiaj.

Można by mniemać, że to sławetne wydarzenie z 1973 roku w Krakowie miało jakiś wpływ na moje dzisiejsze zainteresowania, że przechodząc w pobliżu, na tyle zaburzyłem grawitację, że oni tam odczuli moje przejście. Na pewno coś w tym było, bo będący tam wtedy na sali młody naukowiec z Krakowa pisał później na tyle ciekawe i dostępne dla mnie książki, że do dzisiaj te książki jego i jego kolegów naukowców czytam i końca nie widać. Pewnie to taka czarna dziura wiedzy. Jak się tam wpadnie, to koniec, wyjścia nie ma.

Spotykam się niejednokrotnie z pytaniem nie tyle o sens moich poczynań, co wręcz stawiane pytanie: po co ci to?

Tak to jest z ogromną masą ludzi, dla których nie tyle czytanie co sam proces myślenia jest procesem męczącym. Oni nawet wolą aby ktoś za nich decydował, dał im jakiś ochłap, a oni za to dadzą mu coś, co w ogóle nie wymaga wysiłku, co dla nich nie ma żadnej wartości. Pójść raz na cztery lata w miejsce gdzie już dawno nie chodzą i wrzucić do dziurki jakiś papierek, cóż to za wysiłek?

A to, że później zarządzał będzie nimi jakiś hycel, to już zupełnie bez znaczenia.

W związku z tym, ja, na tak postawione pytanie „po co ci to?”, odpowiadam bardzo poważnie, bez cienia żartu.

Otóż mój drogi Nikodemie, ja się po prostu karmię wiedzą, uzupełniam wiedzę i to nie tylko z fizyki, również z teologii i innych dziedzin, wielu dziedzin. No powiedzmy może, że nie tak jak Leibniz, który biegle i to na tym samym poziomie władał wiedzą z ośmiu dziedzin. Tak zachłanny nie jestem i znam swoje możliwości.

Kiedy już znajdę się na tym drugim świecie, tym lepszym świecie, chciałbym zapytać parę osób, które — mam nadzieję — tam spotkam, o różne sprawy, które tu i teraz mnie ustawicznie nurtują.

I tak:

— Pana doktora Einsteina, który zapewne już wszystko wie, chciałbym zapytać jak to z tą teoria wszystkiego jest, czy da się połączyć grawitację z kwantami;

— czy świat, który znamy jest jedynym, czy istnieją światy równoległe;

— mam wiele pytań do Pawła z Tarsu dotyczących jego wielkiej umiejętności zarządzania, bez internetu, radia i szybkiej poczty, na tak ogromnym obszarze;

— chciałbym się dowiedzieć czy Newton z Leibnizem się pogodzili i kto tak naprawdę był twórcą rachunku różniczkowego;

— na pewno będę miał pytania uzupełniające do ks. Józefa Życińskiego, który tak nagle mi zniknął i obiecująca wymiana maili nagle się przerwała. Jak to z tym wątpieniem jest;

Pewnie tych pytań, z czasem, uzbiera się jeszcze więcej. Taką mam nadzieję.

Teraz, zdejmując palce z klawiatury komputera, zastanawiam się, czy Ty Nikodemie rozumiałeś moje pisanie, czy ja wyraziłem się jasno. Czy moje wtręty na temat kosmologii na tyle rozbudziły twoją wyobraźnię, że mogłeś sobie wyobrazić to, z czym parają się naukowcy.

List trzeci

Czy to jeszcze patriotyzm, czy już nacjonalizm…

„Patriotyzm jest wtedy, gdy miłość do własnego narodu stawia się na pierwszym miejscu; nacjonalizm, gdy na pierwszym miejscu stawia się nienawiść do innych narodów”.

Charles de Gaulle

Scenę, którą widziałeś podczas manifestacji i którą mi opisałeś drogi Nikodemie, zakończyłeś pytaniem: czy to były oznaki patriotyzmu? Trudne pytanie, ale spróbujmy ustalić to wspólnie, bo myślę, że wielu Polaków miało by z tym problem, oczywiście z wyłączeniem tych uczestników manifestacji, bo oni, w ich mniemaniu, są prawdziwymi patriotami.

Może bardzo skrótowo przypomnę tę scenę, którą mi opisałeś szeroko i szczegółowo. Była defilada z okazji Święta Niepodległości Polski (11 listopada). W tym momencie mogę powiedzieć, że to bardzo patriotyczne. Ale oto wśród tych defilujących idzie ogromna grupa młodych ludzi, jednak niosą jakieś flagi na ogromnych drzewcach i o dziwnych kolorach, na pewno nie biało-czerwonych. No i ten baner: „Śmierć wrogom ojczyzny”. Oni głoszą śmierć… Dla nich wrogiem ich ojczyzny jest każdy, kto nie myśli tak jak oni.

Ponadto krzyczą, bardzo krzyczą: coś o sierpach, coś o młocie. Mają zasłonięte twarze chociaż nie wyczuwa się smogu. A może się ukrywają? Dlaczego? Zaciśnięte pięści uniesione ku górze, na twarzach maluje się raczej gniew niż miłość. Dalej słychać: precz z komuną… Spośród stojących na chodniku, ktoś głośno zapytał gdzie jest ta komuna? Z grupy maszerującej odrywa się trzech młodych i biegną z pięściami w kierunku tego pytającego. Za tym pytającym, pod samą ścianą stało dwóch innych przechodniów ale byli to już nieco starsi i mocno zbudowani mężczyźni. Zrobili oni tylko jeden krok do przodu i stanęli za plecami pytającego. Ten pytający nawet o tym nie wiedział. W tym samym momencie ci trzej nadbiegający opuszczają pięści, zawracają i pokornie zajmują miejsca wśród maszerujących. Jakże bojowo przed chwilą wyglądali i nikogo się nie bali. Jednak, jak zobaczyliśmy, ich bojowość poza grupą spadła do zera. Podejrzewam również, że ci młodzi ludzie bardzo mało wiedzieli na temat tego Święta Narodowego, raczej zostali zmanipulowani niż oświeceni przez swoich prowadzących. Opisałem tylko jeden epizod z tej manifestacji, drobny epizod.

Nie znając jeszcze wszystkich nazw postaw związanych z życiem polityczno-społecznym, mogę bez cienia ryzyka, powiedzieć, że dla mnie opisana scena nie miała nic wspólnego z patriotyzmem. Ona, ta scena, stanowi zagrożenie dla mojej ojczyzny. Tej wielkiej i tej mojej małej ojczyzny, bo taką też mam. Opisałem tę scenę ze ściśniętym sercem.

Będę prosił Pana Boga abym nie musiał sam czegoś takiego oglądać. Nigdy.

W takim razie przystąpię do zdefiniowania poszczególnych postaw, które uwidoczniły się na tej manifestacji i nie tylko tej, bo w życiu na co dzień też mamy z nimi do czynienia, z całą ich gamą. Powiem szczerze, drogi Nikodemie, że sam nie wiedziałem, że tyle tych postaw występuje. Ktoś się mocno napracował, aby je poszeregować i zdefiniować.

Postawę patriotyczną, jako tę najbardziej znaną i pozytywną zostawię na koniec.

Nacjonalizm od łacińskiego słowa natio czyli naród stoi najbliżej patriotyzmu i najbardziej patriotyzmem poniewiera. Nacjonalizm przekonuje, że naród jest najwyższą formą uspołecznienia, a tożsamość narodowa jest najważniejszym składnikiem tożsamości jednostki. Żadne inne związki między ludźmi się nie liczą, ani zobowiązania, a jedynie solidarność narodowa. Państwo powinno być narodowe, żadna tam wielonarodowość. Również przywódca winien być tylko z tego narodu. Znany jest przykład takiego państwa i to niezbyt odległy. Mam na myśli ten przykład za naszą zachodnią granicą z czasów ubiegłego stulecia.

Wystarczy drogi Nikodemie, że odtworzysz sobie jakiś film archiwalny i porównasz go z opisaną manifestacją: te zaciśnięte pięści, te okrzyki kierowane przez stosowne osoby, wreszcie te palące się pochodnie…

To wszystko nie napawa dobrym nastrojem ani optymizmem, raczej przygnębia, powoduje zły nastrój, u niektórych strach, a u mnie łza się w oku kręci. Nie wiem dlaczego. Kolega podpowiada, że pochodzą, pokrzyczą, potem wypiją po pięć piw i przestaną. Czy aby na pewno?

Parafrazując związki rodzinne, powiedziałbym, że siostrą nacjonalizmu jest ksenofobia. Pochodzi od greckich „ksenos„- obcy, gość i „phobos” — lęk.

Początkowo słowo ksenofobia oznaczało tylko strach, lęk przed obcymi. Teraz pojęcie to oznacza postawę wrogości w stosunku do innych grup lub osób. Wystarczy, że osoby te lub grupy różnią się narodowością, wyznaniem, zostały wychowane w innej kulturze, bądź inaczej się ubierają, pochodzą z innego środowiska, mówią innym językiem.

Nie ważne, że osoby te przybywają z powodu wojny w ich kraju i zostały wypędzone przez okupantów, czy najeźdźców. Nie ważne również, że nasz naród jeszcze nie tak dawno przechodził przez podobną gehennę.

Wreszcie nie ważne, co jest już najgorsze, że ci nasi obecni obcy: Syryjczycy czy Irańczycy, kiedyś nam udzielali pomocy i przyjmowali pod swój dach. To się teraz nie liczy, ksenofobia nie zna miłosierdzia, jest bezlitosna, jak każde zło.

Rasizm, czyli dyskryminacja rasowa, to również zjawisko siostrzane dla nacjonalizmu. Jest to ideologia głosząca podział ludzi na określone rasy, różniące się między sobą w głównej mierze wyglądem zewnętrznym, na przykład kolorem skóry (biali i czarni), kształtem czaszki, jak również predyspozycjami umysłowymi. Rasizm nie tylko klasyfikuje, ale również zakłada wyższość jednej rasy nad innymi. Po przykłady realizacji tej ideologii również nie będę sięgał daleko, bo mieliśmy ją w Niemczech jak również w USA.

Jest również kosmopolityzm — „obywatele świata” — również wywodzący swoją nazwę z języka greckiego. Jest to pogląd, który odrzuca wszelkie podziały kulturowe, terytorialne czy też polityczne. Jego zwolennicy utożsamiają się z dorobkiem cywilizacyjnym wszystkich państw, narodów i kultur. Ich ojczyzną jest cały świat, cała kula ziemska. Jak się tak trochę zastanowiłem, stwierdziłem, że nie widzę tu nic złego, jednak nie bardzo rozumiem taką postawę. Nie potrafię sobie wyobrazić jak musiałbym się zachowywać, aby być kosmopolitą i z nikim nie popaść w konflikt. Są przecież takie grupy społeczne, które strzegą swoich tajemnic i nie lubią spoufaleń. Jedno jest pewne, ten pogląd nie czyni nikomu zła i nie jest zarzewiem zła, ale patriotyzm odrzuca.

Pozostaje zatem do omówienia patriotyzm (od łacińskiego słowa „patria” — ojczyzna).

Zamiast sięgać do słowników i wyszukiwać jedynie trafne określenia, postanowiłem zacytować polskiego pisarza, który niewątpliwie cieszy się ogólnonarodowym autorytetem, niezależnie od rządów, ustrojów…

Mam na myśli Bolesława Prusa.

„Prawdziwy patriotyzm nie tylko polega na tym, ażeby kochać jakąś idealną ojczyznę, ale — ażeby kochać, badać i pracować dla realnych składników tej ojczyzny, którymi są: ziemia, społeczeństwo, ludzie i wszelkie ich bogactwa.

Prawdziwy patriota ojczyźnie swojej powinien życzyć nie tylko tego, ażeby była szczęśliwa, lecz i tego, ażeby była użyteczna dla cywilizacji i ażeby — ciągle, we wszystkich kierunkach życia i pracy, posuwała się naprzód.

Nareszcie — prawdziwy patriota winien dla ojczyzny swej stawiać jak najwznioślejsze, jak najszlachetniejsze ideały, nie tylko dlatego, ażeby ona za ich pomocą zdobyła cześć u obcych, lecz i dlatego, że pracując dla wielkich ideałów, człowiek sam staje się lepszym i szlachetniejszym.

No, a chyba zbyteczne byłoby przypominać, że istotny patriotyzm wcale nie potrzebuje walk ani wewnętrznych, między stronnictwami, ani zewnętrznych, z obcymi narodami. Nienawiści wewnętrzne z powodów religijnych, politycznych czy ekonomicznych, są niby gangrena w ludzkim ciele i albo muszą być uleczone, albo — doprowadzą do śmierci. Nienawiść zaś do innych ludów, jakkolwiek ją nazwiemy: szowinizmem, hakatyzmem, czy nacjonalizmem, nie jest objawem zdrowego patriotyzmu, lecz — egoizmu, który musi budzić niechęć zarówno dla jednostek, jak i dla społeczeństw nim dotkniętych.”

Na zakończenie dodałbym od siebie coś bardzo uogólniającego, w którym to coś zawiera się wszystko to, co Prus powiada.

Otóż patriotyzm to jedno wielkie zobowiązanie, a nie tylko powód do pustej dumy. Z kolei rozszerzeniem tego mojego zdania jest cała wypowiedź Bolesława Prusa.

Ja już spróbowałem, więc teraz Ty Nikodemie spróbuj to samo. Zamknij na chwilę oczy, bo jak powiada Andrzej Sikorowski w jednej ze swoich piosenek: „pod powieką najpiękniejsze są obrazy”, skup się w sobie i oczami duszy popatrz na północ Polski, potem na południe, potem na wschód i wreszcie na zachód. Mając na uwadze cały czas to, co napisałem. Co widzisz? Kontempluj!

Tymczasem ja postaram się opisać co widziałem pod zamkniętą powieką.

Był to obraz bezczasowy, w jednej chwili widzi się wszystko, co tu i teraz, co było i co będzie. Mechanika kwantowa potrafi to wytłumaczyć, ja jednak użyję pojęcia czasu, bo inaczej nie potrafię. Na razie.

Zacznę więc od tego obrazka młodych ludzi na manifestacji podczas święta państwowego.

Najpierw jednak jeszcze przytoczę drobny epizod, o którym usłyszałem podczas rekolekcji od pewnego księdza, który dawno temu głosił kazania rekolekcyjne, między innymi, również dla mnie. Dawne czasy to były.

Ponieważ ten ksiądz był chyba już zawodowym kaznodzieją, bo ciekawie mówił, opowiedział taką oto historię z wcześniejszych rekolekcji, które głosił w pewnym kościele, którego umiejscowienie nie jest dla nas dzisiaj istotne.

Ten ksiądz prowadził onegdaj rekolekcje dla młodzieży.

Ponieważ ta młodzież ciągle mu podpadała, a i na obecną naukę nie przybyła dość licznie, ksiądz postanowił dokonać totalnej krytyki tej młodzieży. Wytknął im wszystkie wady. Powiedział, że prowadzą płytkie, bezideowe życie, że stronią od Kościoła, niczym poważnym się nie interesują, nie są patriotami. Po prostu skrytykował ich do granic możliwości.

Skończył tę naukę i wrócił do zakrystii zadowolony z siebie, myśląc radośnie po drodze: ale im dołożyłem.

Po dłuższej chwili zobaczył w drzwiach zakrystii jednego z tych młodych, który go słuchał i siedział nawet w pierwszej ławce. Ten młody człowiek zadał mu tylko jedno pytanie i wyszedł z zakrystii nie czekając na odpowiedź.

To pytanie brzmiało dosłownie: I co z tego? — Ten młody zapytał i wyszedł.

Księdzu ręce opadły, ale umysł ruszył do pracy. Po szoku napłynęła myśl niemal jak fala uderzeniowa. Na koniec konkluzja.

No tak, pohukiwać to my potrafimy, krytykować też, zakazywać i nakazywać też. Jednak z pokazywaniem, zachęcaniem, rozwiązywaniem wątpliwości, nie mówiąc już o świeceniu przykładem to już gorzej, albo jeszcze gorzej, albo w ogóle. Pół biedy jeżeli chodzi o starszych, ale młodzież? Przecież oni są jak młode jeże idące wprost pod koła samochodu. Kto ich ma nauczyć, wziąć pod opiekę, pokazać, zaoferować ewangeliczne wyjście?

Ksiądz przyznał się przed nami: skapitulowałem.

Ten młody człowiek, tym jednym pytaniem nauczył go więcej, niż on tego młodego chciał nauczyć całą swoją nauką.

Pamiętając o tej opowieści, przejdę teraz do tych młodych z manifestacji.

W pierwszej chwili aż się prosi totalna krytyka złych zachowań, związania się z nacjonalistyczną, czy też ksenofobiczną ideologią, która dla ich rówieśników z powstania warszawskiego stanowi niemal zniewagę.

Odczuwam bunt, krzyk i złość na tych młodych, ale pomału i u mnie również jawi się to pytanie:

I co z tego?

Stawiam się więc w miejscu tego księdza i rozważam sytuację, która dla mnie jest bardzo podobna do tej z rekolekcji, niemal analogiczna.

Jeżeli ci młodzi wpadli w sidła politykierów, których z kolei ktoś ukryty opłaca, to sytuacja staje się bardzo prosta, ale jej rozwiązanie jest wysoce skomplikowane.

Przemawiają za tym liczne dowody. Kiedyś widziałem reportaż filmowy o tych młodych, poprzebieranych za partyzantów. Byli w jednolitych jasnych kożuszkach, nowiutkich czapkach jednakowego kroju, i tylko karabiny Kałasznikowa, które mieli na plecach wzbudzały we mnie śmiech — w tamtych czasach, czasach partyzanckich nie były one jeszcze znane. Dowodzi to, że moje podejrzenie jest słuszne, że ktoś ich tak poubierał i to za duże pieniądze. Mistyfikacja

Była to scena spod kościoła i ksiądz ich pokropił, łącznie z transparentem o treści: „Śmierć wrogom ojczyzny”. Oni głosili śmierć! Uświadomiłem sobie, że gdyby ktoś się tam między nimi znalazł i próbował mówić o patriotyzmie, to mogłoby to być nazwane prowokacją, a ten człowiek tłumaczący czym jest patriotyzm sam nie wyszedłbym z tej sytuacji bez szwanku. Za chwilę idą w pochodzie z obrazem swojego bohatera, niczym z ikoną. Obok, na chodniku stojący starszy człowiek powiada: to ten, z tego obrazka, zabił moich braci i ojca i dom nasz spalił.

Ten stojący obok będąc małym dzieckiem, zapamiętał go.

Pozostaję więc z problemem podobnym do problemu tego księdza, który zrozumiał swój błąd wychowawczy, kaznodziejski. Jak tę młodzież wyprowadzić z złowrogiej matni politycznej? A może mój problem jest większy? Ci młodzi służąc cwaniakowi politycznemu, święcie wierzą, że służą ojczyźnie.

Tak, jest to sytuacja, z której wyjście jest niesamowicie skomplikowane i wymaga nie tylko mocy intelektualnej, dużej wiedzy historycznej, ale również długiego czasu i jeszcze wielu doskonałych wzorców.

W poprzednim przypadku było tylko zaniedbanie w wychowaniu, tutaj mamy do czynienia ze świadomym działaniem w kierunku wykorzystania dobrych intencji dla złych celów.

Zapytasz drogi Nikodemie: a jakież te wzorce ty oferujesz?

Doskonale wiesz, że mam ich wiele, których ojczyzna nasza Polska nigdy się nie wstydziła i nigdy się nie powstydzi.

Skoro takie pytanie padło, to postaram się na nie odpowiedzieć i takie wzorce pokazać. Będą to przykłady godne naśladowania, których zmanipulowanie jest wręcz niemożliwe.

Na początek dwie postaci, będące według mnie wzorcami patriotyzmu. Osoby te, żyły w okresie szczególnie tragicznym dla Polski: wojna, prześladowania.

Poświęcili dla ojczyzny wszystko to, czym opatrzność ich obdarzyła: wielką mądrość, spolegliwość, majątek, zdrowie, czas i wiele innych cech bardzo pozytywnych. Nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek miał nawet najmniejsze zastrzeżenia do ich szczerego patriotyzmu.

Adam Stefan Stanisław Bonifacy Józef Sapieha herbu Lis

Kardynał, Metropolita Krakowski w latach 1911—1951. Był również senatorem I kadencji w II Rzeczypospolitej.

Ludzie raczej zawsze pamiętają swoje miejsce urodzenia, ten pierwszy dom. Tak na pewno jest w moim przypadku. Doskonale wiem kto teraz w moim domu mieszka i w jakim jest stanie, chociaż ostatni raz byłem w nim ponad 65 lat temu. Przypuszczam, że podobnie było w przypadku księcia Adama Sapiehy i jego domu rodzinnego w Krasiczynie koło Przemyśla.

Nie wiem jak często kardynał bywał w swoim domu rodzinnym, a już na pewno czy go widział po wojnie. Ja w zamku w Krasiczynie byłem kilkanaście lat temu.

Jedyne co zobaczyłem w stanie nienaruszonym, to dąb a przy nim słupek z cyfrą 1867. To data narodzin Adama Stefana. Z zewnątrz pałac wyglądał jeszcze obiecująco, ale wewnątrz totalna ruina. Jedna z większych bibliotek Europy została spalona na środku dziedzińca zamkowego przez sowieckich barbarzyńców.

Ponadto wszystko co drewniane (podłogi, meble, boazerie) również spłonęły. Uratowano tylko jedno pomieszczenie, bo ktoś zamurował do niego drzwi. W kaplicy zamkowej, ci barbarzyńcy powyciągali trumny i grzebali w zwłokach wyrywając szczęki i szukając złota. Efekt sowieckiej mody robienia sobie złotych zębów. Barbarzyństwo przyszło ze wschodu i to w klasycznym wykonaniu, w skutkach straszne, obrazy przygnębiające.

Nigdy nie czytałem, ani nie słyszałem, aby kiedykolwiek kardynał o tym wspominał, miał do kogokolwiek żal, zgłaszał pretensje itp. On był zawsze ponad to, przedkładał ponad te problemy służbę Ojczyźnie i Kościołowi, który jako jedyny w tych czasach reprezentował. Szczerze mówiąc, to również był reprezentantem władzy cywilnej od 1939 roku — po ucieczce prezydenta, premiera, naczelnego wodza, prymasa i całej sfory urzędników. On jeden odmówił wyjazdu, chociaż mógł wyjechać. No i nie przebywał w podziemiu, ostro stawiał czoło gubernatorowi Frankowi w sposób jawny pisząc przeróżne listy i protesty w obronie prześladowanej ludności. Rada Główna Opiekuńcza RGO to jego zasługa. Jego zasługą było, że okupant zgodził się na jej działanie. Tymi działaniami, ten wielki książę niezłomny zdobył sobie szacunek wszystkich ludzi, wszystkich Polaków i niekoniecznie tylko tych wierzących.

Również po wojnie, kiedy wiedział doskonale jaką władzę sowiecka armia nam przyniosła, nadal robił swoje.

Już w marcu 1945 abp Adam Sapieha założył w Krakowie katolickie pismo „Tygodnik Powszechny”.

Tygodnik ten istnieje do dnia dzisiejszego i zapewne linię swojego założyciela reprezentuje. Był inicjatorem listów protestacyjnych Episkopatu Polski, potępiających represje władz wobec polskiego Kościoła.

Niewątpliwie jest tajemnicą, dlaczego ani okupant ani powojenne UB krzywdy mu nie zrobiło. Jedni powiadają, że się go bali, bo posiadał niesamowitą charyzmę, bo reprezentował ród Sapiehów, ród wielki, znany w Europie. Pewnie to prawda, ale prawdą jest również, że miał wielką klasę, był wychowany od małego w patriotycznej atmosferze i to dało znać w jego codziennych zachowaniach, formie uprawianej dyplomacji z okupantem oraz władzą PRL-owską, aż do końca swojego życia w 1951 roku.

Byłbym nieszczery drogi Nikodemie, gdybym w tym momencie nie wyraził swojego zdumienia, które do dnia dzisiejszego w sobie noszę.

Najbardziej mnie dziwi, że do dnia dzisiejszego, na temat kard. Sapiehy ukazała się znikoma ilość jakichkolwiek pozycji książkowych. Ja sam posiadam tylko jedną. Chodzi mi nie tylko o prostą biografię. Kiedyś próbowałem zaszczepić ten temat abp Życińskiemu, ale umarł nagle i niespodziewanie. Pamiętam jedynie, że Sapiehę wspominał często papież Jan Paweł II, jego wychowanek. Nie liczę na obecnych hierarchów, w tym tych krakowskich również, bo oni nie dorastają mu do pięt w niczym. Najbardziej bolesne dla mnie jest to, że założony przez kardynała Sapiehę Tygodnik jest obecnie tępiony przez ogromną większość członków Episkopatu Polski.

Karolina Maria Adelajda Franciszka Ksawera Małgorzata Edina Lanckorońska z Brzezia herbu Zadora.

Pani hrabina Karolina Lanckorońska, córka hrabiego Karola Lanckorońskiego i Małgorzaty von Lichnowsky urodziła się w Dolnej Austrii w 1898 roku, zmarła w Rzymie 2002 roku, ale była Polką, dla Polski poświęciła wszystko: życie osobiste, karierę naukową i majątek.

W Wiedniu skończyła gimnazjum, a potem studiowała historię sztuki. Z tego przedmiotu obroniła doktorat. Potem już na Uniwersytecie Lwowskim habilitowała się w 1935 roku i została kierownikiem katedry historii sztuki na Wydziale Humanistycznym. Wojna przerwała jej pięknie zapowiadającą się karierę naukową. Najpierw musiała uciekać ze Lwowa do strefy niemieckiej. NKWD było już na jej tropie.

Tu zeszła do podziemia i została oddelegowana do RGO — organizacji wspomagającej uwięzionych. W tym czasie i z racji pracy w RGO doszło do jej kontaktów z kardynałem Sapiehą w Krakowie. Dostała zadanie zorganizowania filii Rady Głównej Opiekuńczej w województwie stanisławowskim.

Bardzo dużo pomagała jej znajomość języka niemieckiego. Jednak, albo wskutek donosu lub tez podejrzeń Gestapo, Pani Lanckorońska została aresztowana w Stanisławowie w maju 1942 roku. Ze Stanisławowa została przeniesiona do Lwowa, a następnie trafiła do obozu koncentracyjnego Ravensbrück. Od śmieci uratowała ją interwencja włoskiego rodu królewskiego Sabaudów u Himmlera. W obozie przebywała do kwietnia 1945 roku.

Po wojnie Pani Lanckorońska pozostała na zachodzie we Włoszech i tam wspomagała Polskę na różne sposoby, na jakie pozwalały warunki emigracyjne. Nigdy nie założyła rodziny wskutek czego nie miała spadkobierców. Jej jedyną spadkobierczynią została Polska, której podarowała liczne dobra z zakresu kultury i sztuki.

Przytoczyłem tylko dwa przykłady wielkich i autentycznych patriotów polskich, które reprezentują patriotyzm w najczystszej postaci. Ale takich osób, osób o nieposzlakowanych życiorysach, jest wiele więcej.

Jest dla mnie niesamowite i niepojęte, że mając takich patriotów i bohaterów jak tych, których opisałem, obecne władze przywołują pamięć ludzi wątpliwej jakości, na których rękach jest krew niewinnych dzieci, kobiet i starców.

Chyba tylko kompleksy tych obecnych, niektórych przywódców to powodują. Bo niejednokrotnie chcą oni, w głównej mierze zagłuszyć w sobie pamięć o swoich komunistycznych korzeniach rodzinnych i zapewne dlatego, na równi ze wszystkimi, krzyczą jeszcze dzisiaj: precz z komuną!

Przecież pamiętasz drogi Nikodemie, jak to pewien komunistyczny prokurator z okresu stanu wojennego krzyczał „precz z komuną” w Sejmie RP — niedawno, bo 30 lat po upadku tamtego ustroju.

Pamiętam, w wojsku był taki kapral, który wyzywał swoich podkomendnych od wieśniaków, co w jego rozumowaniu oznaczało głupich i tępych. Kiedyś sprawdzono dokładnie miejsce, z którego ów kapral pochodził. Okazało się, że to malutka wieś 100 km od Poznania. Nienawidził wieśniaków, bo sam się z nich wywodził.

Jak się dokładnie przyjrzy tym dzisiejszym „aktywistom” antykomunistycznym, można znaleźć podobieństwa zachowania jednych i drugich.

Ciąży im ta przeszłość, chociaż do dzisiaj została już zamazana, niekorzystne fakty usunięte lub nieco skorygowane. Ale to tylko na dzisiaj, kiedyś prawda i tak wyjdzie na wierzch i żadne pomniki budowane naprędce tego nie przysłonią.

Wiemy, że ludzie wysoko uświadomieni i niekoniecznie wywodzący się z wielkich polskich rodów, ale przede wszystkim oni, byli świadomi swej wielkiej odpowiedzialności za ojczyznę i w takim duchu wychowywali swoje dzieci.

Wcale przez to nie chcę powiedzieć, że u ludzi prostych, ale nie prostaków, uczucie patriotyzmu nie miało miejsca.

Mając tak wspaniałe wzorce, dzisiaj się do nich nie sięga, lecz przywołuje się wspomnienie osób o wątpliwej reputacji, których ofiary lub ich potomkowie do dnia dzisiejszego żyją. To nie jest historia.

To, że w kościołach intonuje się za nich modlitwy to dobrze, ale na litość boską, dlaczego zapomina się o ich ofiarach, które niejednokrotnie ginęły w podpalonych domach razem z dzieci.

Wracam na koniec do tego obrazka z manifestacji, który mi przysłałeś i do tytułowego pytania.

Otóż, po tych wszystkich przykładach i refleksjach nie mam już najmniejszych wątpliwości, że nie jest to scena patriotyczna. Widzę tam jednak również wiele innych postaw, które zdefiniowałem. Zauważam tam również próbę manipulowania historią. Najgorsze, że dla tych celów wykorzystuje się młodzież.

Czemu to służy? Chyba najbardziej z tego cieszą się w Moskwie. Świadome to działanie, azali tylko metoda wymazywania pewnych elementów z ich życiorysów?

To złe wzorce patriotyczne: tworzenie atmosfery zagrożenia, oblężenia, manipulowanie historią. Wszystko to nie daje żadnych gwarancji dobrego wychowania młodzieży. W żaden sposób nie daje.

Smutek mnie ogarnia i przygnębienie, bo już myślałem, że dotrwam do końca swojego życia w atmosferze wolnej od manipulacji, konfabulacji i wręcz przekłamań z jakimi spotykałem się w latach mojej młodości. Jest to tym bardziej przygnębiające, że czynią to sami Polacy, uprzednio podzieliwszy się na lepszy i gorszy sort, a nawet nazywając pewna część Polaków zarazą.

Człowiek zarazą? To znowu wymysł obecnego biskupa, osoby duchownej, następcy wspomnianego tu księcia kardynała Adama Sapiehy.

Tym sposobem cofają nas do atmosfery czasów przedrozbiorowych.

Myślę, że poniższe słowa świadka, żyjącego przy hetmanie Janie Zamoyskim (1542—1605) proszą się aby je dzisiaj głośno wykrzyczeć, zamiast pustego „precz z komuną”. Słowa te, mam nadzieje, powinny wyrwać ludzi myślących z ponurego letargu. A oto one:

„Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie…

Słowa te wyrzekł nie kto inszy, jako to hetman Jan Zamoyski, doradca Miłościwego Pana Zygmunta Augusta i następcy jego na polskim tronie, króla Stefana Batorego. Jaśnie Wielmożny Pan Hetman do edukacyi młodzi naszej wielką wagę przykładał i rzekł jeszcze — a na własnem uszy to słyszał — że tylko edukacja publiczna zgodnych i dobrych robi obywateli”.

Postawiłem wiele pytań, mam wiele wątpliwości i pozostaję z nimi, i Ciebie drogi Nikodemie również z nimi zostawiam. Mam cichą nadzieję, że odtąd z łatwością odróżnisz patriotyzm od nacjonalizmu

List czwarty

Panta rhei, czyli o przemijaniu…

„Omnia mutantur, nihil interit. (Wszystko się zmienia, nic nie ginie.)”

Owidiusz

Pięć wieków przed naszą erą niejaki Heraklit z Efezu sformułował następujące zdanie: Παντα ρει και ουδεν μενει (Panta rhei kai ouden menei), co w tłumaczeniu z greckiego znaczy: „Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo”. I jeszcze to, że nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki.

Wielkie to były mądrości. Jednak, pewnego razu zastanowiłem się nad tą ostatnią, o rzece i wyrwał mi się okrzyk. Jak to! Przecież do Kaczawy wchodziłem kilka razy dziennie, bo płynęła nieopodal domu — taka pierwsza, odruchowa reakcja. Podszedłem do tego jak uczeń.

A przecież jest wiele takich skondensowanych myśli, których zrozumienie wymaga czasu, jak również pewnych, wcześniejszych pokładów wiedzy. Podobnie jest z poezją, tą dobrą poezją. Podobnie jest też z malarstwem, że o muzyce już nie wspomnę.

Pisałem Ci o tym drogi Nikodemie w liście, gdzie wspominałem Henryka Mikołaja Góreckiego i jego muzykę symfoniczną, pamiętasz? Wtedy to jego Trzecia Symfonia przełamała wszystkie lody. Podobnie było również z poezją naszego noblisty Czesława Miłosza. — tyle dygresji.

Nieco bliżej naszych czasów pojawił się kolejny uczony. Ten kolejny uczony, niejako potwierdził tezę Heraklita, a nawet ją rozszerzył. Był to Karol Darwin (1809—1882), który sformułował prawo ewolucji. Prawo to, po wielkich oporach zostało przyjęte przez społeczność świata. Karol Darwin powiedział między innymi:

„Chociaż wiele rzeczy jest i długo jeszcze pozostanie niewyjaśnionych, to jednak na podstawie najskrupulatniejszych badań i bezstronnego sądu, do jakiego jestem zdolny, nie wątpię bynajmniej, że pogląd wyznawany dotychczas przez większość przyrodników i podzielany dawniej przeze mnie, a mianowicie, że każdy gatunek został stworzony oddzielnie, jest błędny. Jestem całkowicie przekonany, że gatunki są zmienne i że gatunki należące do jednego tak zwanego rodzaju są w prostej linii potomkami jakiegoś innego, zazwyczaj wygasłego gatunku. Jestem prócz tego przekonany, że dobór naturalny był najważniejszym, chociaż nie wyłącznym czynnikiem przekształcania gatunków”.

Idąc tym tropem, drogi Nikodemie, postanowiłem i ja spojrzeć na otaczający mnie świat poprzez pryzmat tych dwóch wielkich myślicieli i uczonych.

Broń boże, nie będzie to żadna rozprawa naukowa, bo to nie moje kompetencje. Będzie to jedynie dość śmiałe spojrzenie na zmiany w otaczającym mnie świecie. Zacznę, więc od najbliższego otoczenia, czyli miejsca zamieszkania.

Chrzanów w dawnych czasach, to przede wszystkim Aleja Lenina, gdzie kwitło życie towarzyskie i kulturalne. Nawet ten Lenin ze swoją przeszłością ginął gdzieś w niepamięci, podobnie jak Dzierżyński ze swoją krwawą przeszłością, którego przypisano mojemu zakładowi Fablokowi. Nazwiska te już dawno zostały ogołocone ze swej groźby, stały się tylko hasłami służącymi nazewnictwu ulic, nikt ich poważnie nie traktował, a już w ogóle nie rozpamiętywał. Częściej się mówiło tylko Aleja bez dodatków i wszystko było jasne, dzisiaj jest podobnie, rzadko, kto tego Henryka dodaje, chyba, że trzeba napisać adres. Mało, kto dzisiaj wie, że był to Henryk Loewenfeld (1859—1931), fundator wielu przedsięwzięć kulturalnych i charytatywnych w Chrzanowie, a obraz Madonny, na który wierni patrzą dzisiaj w kościele pod wezwaniem św. Mikołaja pochodzi od niego. Otrzymał go od papieża Leona XIII podczas audiencji w Watykanie. Henryk Loewenfeld był Żydem, co wielu napewno zaskoczy.

No więc, na tej Alei kwitło życie, mówiąc najogólniej. W szczególności dotyczyło to handlu jak również tak zwanego życia kulturalnego, chociaż bardzo siermiężnego. Ta siermiężność polegała na tym, że były to w zasadzie trzy lokale gastronomiczne, chodziło się tam, kawę i nie tylko kawę się piło, spotykało się, tańczyło się na dansingach.

Jak by to ktoś pięknie nazwał, bywało się, a już w przedpołudniową niedzielę całe tabuny ludzi szły do tych lokali, prosto z kościoła. Aleja tętniła życiem w dni powszednie i w niedziele. Przede wszystkim było kino i do tego kina też autentycznie się chodziło. Była też księgarnia na rogu ulicy Dobczyckiej i tejże Alei.

A dzisiaj upłynęło ponad 50 lat, czyli pół wieku. Dla jednych procesów jest to mgnienie, jednak dla życia miasta Chrzanowa był to czas bardzo znaczny, a jego upływ mocno jest widoczny zarówno w kubaturze miasta jak i mentalności jego mieszkańców. Obumarły pewne nawyki, a pojawiły się nowe.

Dzisiaj raczej smutno jest na Alei Henryka (dawniej Lenina), szaro a niekiedy raczej ponuro. W dni powszednie jeszcze widać ludzi, bo Urząd Miasta mieści się przy tej ulicy. Ponadto Aleja stała się wielkim parkingiem miejskim, oczywiście płatnym, jej nawierzchnia przypomina raczej przecinkę leśną, bo dziura przy dziurze. Któregoś dnia byłbym skręcił nogę na jednej z takich dziur.

Dawne restauracje Nikodemie, to dzisiaj tylko jadłodajnie, w których raczej jest pusto.

Niedziela na Alei jest już zupełnie przygnębiająca, ludzi zupełnie nie widać. Przy tym wszystkim te dziury jeszcze bardziej się odsłaniają i wkoło śmieci, wszędzie śmieci. Ta szarość, o której wspomniałem wcześniej bije teraz w oczy.

W centrum Alei czynny jest tylko całodobowy sklep spożywczy z alkoholem i przy nim toczy się życie pewnej części społeczeństwa.

Jedyny i godny pochwały fakt, to przerobienie dawnej restauracji „Tęczowa” na Bibliotekę Miejską i poszerzenie jej zakresu działania. To był wspaniały pomysł. Tradycyjne wypożyczanie książek zeszło na daleki plan, natomiast rozwinięta została działalność kulturalna bardzo szeroko pojęta.

W miejscu gdzie kiedyś stał mój ulubiony stolik restauracyjny i gdzie odbyło się moje wesele, teraz mieści się sala odczytowa, w której dzisiaj stałem przed grupą byłych pracowników kadry inżynierskiej dawnego Fabloku i opowiadałem swoje wrażenia z wyjazdu do Lwowa.

Nie wiedziałem, że potrafię coś opowiadać przez mikrofon, że potrafię napisać coś bardziej ambitnego i że ktoś powie, że to jest dobre.

Z reguły ludzie myślą, że kultura to coś, co im ktoś poda, a oni jeszcze nosem będą kręcić. Przyjdą, posłuchają i co najwyżej zrobią stosowną minę. Bo przecież to fachowcy muszą zrobić! Okazuje się, że tak nie jest, w każdym siedzą jakieś złoża głęboko ukryte. Aby je wyzwolić trzeba odwagi albo pomocy fachowca. Takich fachowców Biblioteka posiada. Przepraszam za kolokwializm, ale jak go użyję będzie ciekawiej a ponadto mam ponad 70 lat i wolno mi.

Są to dziewczyny, które nie dość, że się znają na tym, co robią, zarządzają odpowiednimi środkami, ale przede wszystkim porywają swoim przykładem. Brawo dla nich! Tego kiedyś nie bywało.

To było godne pochwały przedsięwzięcie i należałoby je kontynuować, bo ludzi ciągnie do kultury na każdym poziomie, niekoniecznie na tym najwyższym, noblowskim.

Nie samym chlebem żyje człowiek, jak głosi Biblia. Jak na razie, to ta Biblioteka jest w zasadzie jedynym miejscem, gdzie można dostać strawę duchową, bo chleb można dostać w wielu miejscach. Do takich miejsc zaliczam również kościoły. Szkoda tylko, że władza nie idzie za tym ciosem.

Galeria MAX, do której przeniosło się życie głównie towarzyskie i handlowe z kulturą raczej mało ma wspólnego. Jedynie empik istniejący w jego strukturach, umownie można nazwać miejscem związanym z kulturą. Jednak, tak naprawdę jest to miejsce, gdzie jedynie handluje się dobrami kultury (książki i płyty CD).

Chodzę tam często, ale tłoku takiego jak w Bibliotece raczej nie spotykam.

Zresztą tam te dobra kultury traktuje się jak towar typu marchewka, buty itp. Nikt tam niczego nie promuje w dosłownym tego słowa znaczeniu. Jedynie już przy samej kasie mogą zaproponować coś, ale tylko dlatego, że obniżono cenę na to coś.

Tu też są dziewczyny, ale odniosłem wrażenie, że poza znajomością obsługi kasy nikt nic więcej od nich nie wymaga.

Wcześniej wspomniałem już o księgarni, która mieściła się na Alei i w tamtych czasach stanowiła dość ważny ośrodek związany z kulturą. Była to księgarnia, ale działała zupełnie na innych zasadach niż obecne księgarnie. Dostęp do regałów z książkami był niemożliwy, bo przed tymi regałami stały lady sklepowe, podobnie jak w każdym innym sklepie. Klient powinien był znać autora i tytuł książki, którą chciał kupić, albo chociaż autora czy sam tytuł. Była jeszcze inna forma: na wystawie sklepowej były wyłożone liczne książki, rozłożone na zasadzie: pierwsze okno literatura, drugie okno historia i geografia i powiedzmy kolejne okno podręczniki szkolne. Książka była wtedy drogim towarem, więc funkcjonowały wtedy biblioteki, których w Chrzanowie było kilka. Korzystałem z biblioteki na ul. Mieszka I, a także na ul. Oświęcimskiej.

Ale wracamy do księgarni. Wspomniałem już, że ceny książek były wysokie. Jednak dla koneserów dobrej książki taka okoliczność nie stanowiła przeszkody. Z czasem jednak, kiedy zaczęły się trudności z papierem, zaczęły się trudności ze zdobywaniem tych książek. Używam pojęcia „zdobywanie”, bo szły takie czasy, kiedy wiele towarów się zdobywało i dostawało spod lady.

Z tej ostatniej formy, czyli „spod lady” korzystałem bardzo długo. Trzeba było tylko znać pewną panią, której koleżanka pracowała w księgarni. Takie to były czasy.

W latach 80-tych ta księgarnia przeniosła się w dół Alei, na ul. Józefa Piłsudskiego, ja poszedłem za nią. Formy sprzedaży książek uległy znacznym zmianom. Zniknęła tak zwana lada sklepowa i klient mógł podejść do regału, wyjąć książkę i nawet poczytać fragmenty, nie było żadnych ograniczeń. Wielu klientów korzystało z tego udogodnienia. Ponieważ księgarnia miała duże okna wystawowe, lubiłem przychodzić w niedzielę, w ramach spaceru i obserwować nowości przynajmniej przez szybę.

Teraz można było do woli przeglądać książki zanim się coś wybrało i wiele osób z tego korzystało. Przyjąłem zasadę, że zawsze z jakąś książką wychodziłem z tej księgarni.

Na tym etapie księgarstwa bardzo cenne było to, że jeżeli jakiejś pozycji w danym dniu nie było, otrzymywałem gwarancję, że za dwa dni będzie.

Dokładnie było to tak: przy mnie sprawdzano czy jest w hurtowni i padało: za dwa dni będzie młody Illg, to przywiezie. Dla niewtajemniczonych wyjaśnię, że chodziło o hurtownię „ZNAK” w Krakowie, a ten młody to był syn Redaktora Naczelnego „Znaku” Jerzego Illga.

Byłem już rozpoznawalnym klientem i nawet właściciel księgarni mi się kłaniał — to nobilitowało.

Z czasem w księgarni zostało urządzone specjalne stoisko „ZNAK-u”. Ten miły nastrój trwał, aż kiedyś osiągnął swoje apogeum.

Niestety nastąpił taki czas, kiedy władze zaczęły robić jakieś dziwne ruchy cenowe wokół książek. Jak jest dobrze, to podnieśmy ceny, będą większe wpływy. Praktyka pokazała, jak zwykle w takich przypadkach, efekt odwrotny. Zainteresowanych przy tych regałach z książkami jakby ubywało, jedynie w okresach sprzedaży podręczników szkolnych klienci pojawiali się w dużych ilościach. Dalej to już wpadał na przykład jakiś starszy pan z pytaniem, czy mają jakąś książkę o koniach, bo wnuczek ma zadane ze szkoły narysować konia, lub przychodzi pani, która szuka książki, którą wczoraj pokazali w telewizji, ale nie zna ani tytułu ani autora tylko opisuje okładkę i mówi, że jest o miłości. Tak umierały księgarnie.

Od kiedy zetknąłem się ze sprzedażą przez internet i stwierdziłem, że ten system działa, od tego momentu również moje pobyty w księgarni zmieniły charakter. Przychodziłem nadal do tej księgarni i ograniczałem się tylko do pooglądania wybranych pozycji, głównie na stoisku ZNAK. Zaczęło się kupowanie przez internet. Zauważyła to pani z księgarni i kiedyś zagadnęła mnie o powód zmiany mojej postawy. Zapytała dlaczego nie kupuję książek.

No cóż, wyjaśniłem. Do księgarni przychodziłem już tylko, aby oglądnąć wybraną już w internecie książkę. Pozostał jedynie nawyk. Pooglądałem, podziękowałem i wychodziłem.

A czemu pan u nas nie kupuje? — Zapytała pani.

— Bo, proszę pani księgarnia wysyłkowa daje mi upust cenowy rzędu 20%, a nawet zdarzało się 40—50%. Dzisiaj, w okresie przedświątecznym dostałem upust 86%! U was nie dostanę żadnego upustu na żadną okoliczność, prawda?

Pani była załamana i powiada: my nie mamy żadnych upustów, tak nie można, ja to powiem jutro młodemu Illgowi! Nie wiem, jaki był wynik rozmowy, ale ja już pozostałem na zawsze z internetowym systemem kupowania, tym bardziej, że z czasem do oferty książki na stronie internetowej dołączana była możliwość zapoznania się ze spisem treści lub załączano kilkunastostronicowy odcinek książki w specjalnym pliku.

Do dzisiaj, moje dwa ulubione wydawnictwa krakowskie to ZNAK i CCPress, załatwiają wszelkie moje potrzeby.

Do naszej księgarni też chodziłem, ale raczej z nawyku. Słyszałem już tylko narzekania. Niekiedy byłem jedynym klientem, który raczej oglądał nic nie kupując. Książek nie ubywało ani nie przybywało. — Moja księgarnia również umierała.

Któregoś dnia przechodząc ulicą Piłsudskiego, już z daleka zobaczyłem okna księgarni oklejone ulotkami z jednym tylko słowem: „wyprzedaż”.

A więc stało się, pomyślałem. Smutno się zrobiło, bo zapewne w jakimś tam stopniu i moja wina w tym była. Co prawda nie duża, ale jednak, bo nie obarczamy żadną winą tych, co w ogóle nie chodzili do księgarni.

Wszedłem do środka i od razu podszedłem do regału z wyprzedażą, do książek, które wyceniono po 1 zł.

Już odczytane nazwisko autora jednej z nich spowodowało zachwyt, bo był to Tomas Vencolva. Książka nosiła tytuł „Opisać Wilno”.

Edytorsko nic nadzwyczajnego, raczej szaro, bez fotografii z Wilna, jedynie słabe zdjęcie na okładce. O autorze nie będę się rozwodził, bo to postać znana, przyjaciel naszego noblisty Miłosza. Natomiast, jeżeli chodzi o zawartość, to rarytas wysokiej klasy. Powiem tylko tyle, że jeżeli ktokolwiek będzie się wybierał do Wilna powinien tę książkę przeczytać: geografia i historia w jednym. Trzymając tę książkę w ręce można chodzić po Wilnie jak po znanym sobie mieście.

Potraktowałem tę książkę, jako moje pożegnanie z moją księgarnią po około 45 latach. Kupiłem i nieraz już do niej zaglądałem.

Tak to kończyła żywot ostatnia księgarnia w powiatowym mieście Chrzanowie. Nie ulega wątpliwości, że wspólnie z redaktorem Illgiem przyczyniliśmy się do jej upadku. A może byliśmy tylko egzekutorami pewnego nieuchronnego procesu? Zaznaczam od razu, że funkcja egzekutora została mi przydzielona wbrew mojej woli, ja jej nie chciałem. Myślę, że redaktor Illg jest tego samego zdania. Gdyby go zapytać, pewnie też by żałował, tak jak ja. Przecież dorastaliśmy w tych samych czasach…

No, niestety — panta rhei i to nieuchronnie jak powiedział niegdyś Heraklit

Właściciela tej księgarni spotkałem niedawno jak w pewnym markecie budowlanym sprzedawał karnisze. Bardzo ciężko mu szło…

Tak wygląda przemijanie rzeczy, instytucji, przedmiotów martwych… Przeważnie nie pozostaje po nich żaden ślad, jeżeli chodzi o stan pierwotny. Zostaje tylko zapis w pamięci ludzkiej, który później można przenieść na papier, ale to niczego nie zmienia.

Rządzą tym nieubłagane prawa, które jedni odkrywali, inni potwierdzali na przestrzeni ludzkich dziejów. Prawa te obowiązują i działają niekiedy krzywdząc świat; w tym ludzi. Są bezwzględne, uparte, nie ma w nich odrobiny spolegliwości, nijak nie uwzględniają natury człowieka.

Krzywdzą ludzi, którzy w swojej naiwności ich nie uznają lub po prostu o nich nie wiedzą, lub też omamieni przez tak zwanych ekspertów nie przyjmują do wiadomości ich działania.

Szczególnie w ostatnich czasach nastąpił wysyp tych pseudo-ekspertów.

Praw tych człowiek nie wymyślił, a już na pewno ich nie zastosował w swoim życiu. Człowiek jedynie je odkrył i sformułował mając nadzieję, że pomoże to ludzkości w przygotowaniu się do złych następstw w funkcjonowaniu tych praw. Niestety, ich odkrywca jest przeklinany do dzisiaj, a człowiek zachowuje się w sposób irracjonalny. Chcąc pozbyć się podwyższonej temperatury wyrzuca termometr.

Niestety, kto ich nie przyjmuje lub tylko zapomina, może boleśnie uderzyć w mur szarej rzeczywistości, tak jak kiedyś ja sam uderzyłem — drogi Nikodemie.

Bolało, bardzo bolało…

Było to chyba 20 lat po maturze. Moje Technikum Elektroenergetyczne w Legnicy zaprosiło mnie na pewien jubileusz, który szkoła świętowała.

Zdecydowałem, że na pewno pojadę. Myślałem, że cóż to będzie za spotkanie! Po tylu latach…

Moja wyobraźnia ruszyła do przodu i już widziałem, z kim się spotkam i o czym będę rozmawiał.

W tym całym entuzjazmie pominąłem jeden drobny szczegół. Ja ich wszystkich widziałem tak, jak się rozstawaliśmy w czerwcu 1968 roku, tylko te obrazy brałem pod uwagę.

Przyjechałem, i cóż się okazało?

Jedynie korytarze i drzwi pozostały te same. Po korytarzach chodzą osoby zupełnie mi nieznane. Jeżeli mają w rękach jakieś zeszyty formatu A4, to pewnie dzienniki i są to zapewne nauczyciele. Tyle, że oni są przeważnie w moim wieku, a wtedy, w moich latach zupełnie się od nas różnili. Z gabinetu dyrektora wyszedł jakiś rudy gość, którego pamiętam z warsztatów szkolnych, był instruktorem.

To faktycznie był dyrektor. Dawnych nauczycieli z przedmiotów zawodowych w ogóle nie widziałem. Wychowawczyni, której miałem tyle opowiedzieć, w ogóle mnie nie rozpoznała. Dopiero, kiedy podałem rocznik 1968 i nastąpiło skojarzenie z marcem, przypomniała sobie. Rozmowa nijak się nie kleiła.

Dopiero długo później uświadomiłem sobie, co znaczyło to przypomnienie poprzez marzec 68. Mnie przez długie lata wydawało się, że po marcu 68 w naszym technikum było tak demokratycznie, nikt nie ucierpiał. Tymczasem jedni, jak Pan Stanisław Srokowski, zostali zwolnieni, czyli wyrzuceni na bruk. Inni, zapewne woleli sami odejść i uprzedzili to, co ich mogło spotkać. Byli też tacy, których kiedyś opuściłem w wieku 50—60 lat. Ci oczywiście mieli teraz 70—80 lat. Nie mogło być inaczej, bo jak powiada Heraklit „panta rhei”.

Było to jedno z bardziej bolesnych doświadczeń w moim życiu. Upływ czasu powodował nieodwracalne zmiany, nad czym się dotąd zbytnio nie zastanawiałem. Tymczasem wszedłem już do zupełnie innej rzeki, jedynie koryto czyli budynek, korytarze i sale pozostały te same. Woda, w której myśmy się pluskali już dawno odpłynęła.

Nie doczekałem do uroczystego obiadu, wsiadłem w autobus i pojechałem do Lubina, do kuzyna.

Była to jednak brutalna nauczka na przyszłość, do dzisiaj ją pamiętam i chyba nigdy nie zapomnę.

Dzisiaj, kiedy nieraz odradza się tęsknota za miejscem gdzie się urodziłem, zawsze przypomina mi się to doświadczenie legnickie.

Myślę kogo ja tam spotkam i co zobaczę. Z naszej trójki przyjaciół zostałem sam, Jurek i Karol nie żyją, więc ich nie spotkam. Z szerszego grona większość albo wyjechała, albo również nie żyją. Przyjdzie mi oglądać twarze ludzi, których nie znam, to, po co jechać aż do Świerzawy? Pamiętam doskonale teren, gdzie jeździłem na nartach lub na rowerze, pamiętam małą górkę zwaną koplą, na której pasałem krowy z babcią, staw zawsze pełen wody, który zamarzał i jeździło się tam na łyżwach. Uruchamiając obecnie mapę w gogle można z małą dokładnością zobaczyć ten teren. Oczywiście to nie to samo, co stanąć na tej ziemi, dotknąć jej, złapać zapach.

Cóż się jednak okazuje? Stawu z wodą już dawno nie ma, tam jest teraz łączka. Moja mała górka, czyli dawne pastwisko już nie istnieje, jest porośnięte krzakami. Trasa narciarska nie do odtworzenia, bo las się posunął na tyle, że zarosło wszystko. Przecinek leśnych do jazdy rowerowej też już nie ma.

To, po co ja tam pojadę? Nikogo nie poznam, a zobaczę niby te same miejsca, ale tam będzie zupełnie co innego. Moje dawne popłynęło i jest już za horyzontem, a za nim płynie nowe.

Nowa, asfaltowa nawierzchnia ulic w miejsce dawnej kostki granitowej, kostka brukowa na chodnikach, w miejsce dawnych wielkich płyt chodnikowych. Na cmentarzu trudno się rozeznać i trafić na groby bliskich i znajomych, bo tyle ich przybyło… No i ludzie o zapamiętanych twarzach, których również już nie ma, bo w większości po prostu pomarli. Do czego i do kogo więc jechać? Znowu przeżyć szok?

Kilka lat temu do Świerzawy pojechała siostra i wróciła zawiedziona. Nikogo nie poznała i nikt jej nie poznał. Przeżyła szok.

Tamte lata zostały już tylko w naszej pamięci i niech tam pozostaną. Jedynie można przelać je tylko na papier, co niniejszym czynię.

Wspomniani wcześniej Heraklit i Karol Darwin, niestety mają rację.

Nic tu nie da przeklinanie ich za to, że odkryli prawa, którymi bezwzględna i bezduszna, ale człowiekowi przyjazna przyroda się kieruje. Gdyby człowiek nauczył się ją odczytywać, mógłby w luksusach żyć. Jednak człowiek funduje sobie samozniszczenie, a ta przyroda cały czas go ratuje. Jak nie bomba atomowa to wirus i do tego jeszcze z koroną.

Jednakże żadna epidemia w historii świata nie wymordowała tyle ludzi w określonym czasie, co człowiek. Nie będę robił tu żadnych wyliczeń i przeliczeń matematycznych, a jedynie wspomnę ostatnich największych zbrodniarzy i to tylko na przestrzeni XIX i XX wieku.

Myślę, że już wiesz Nikodemie, że był to na pewno Hitler i Stalin. Liczby zamordowanych im przypisywane są bardzo świeże i znane — w sumie ok. 37 mln ludzi. Świat zapomniał jeszcze o jednym zbrodniarzu czyli królu Belgów Leopoldzie II Koburgu (1835—1909). Ten wymordował 8 milionów ludzi w Kongo Belgijskim, czyli w swojej prywatnej kolonii. Kolonia ta była 76 razy większa od samej Belgii.

Są historycy, którzy twierdzą, że państwo Belgijskie powstało wskutek nieuwagi wielkich mocarstw 4 sierpnia 1830 roku. Twierdzą ci historycy, że dla odwrócenia uwagi Austrii, Prus i Rosji wywołano powstanie listopadowe w Polsce będącej pod rozbiorami Rosji, Austrii i Prus w 1830 roku.

Oczywiście, żaden z tych trzech wymienionych zbrodniarzy nie uczynił tego własnymi rękami. Oni tylko stworzyli odpowiednie zespoły ludzi. Zespoły te realizowały mordercze plany. Żaden z tych trzech nie został skazany prawomocnym wyrokiem. Jedynie Hitler popełnił samobójstwo, pozostali dwaj dożyli spokojnie do końca swoich dni, a pierwszy z nich ma do dzisiaj pomnik w Brukseli.

Zapytasz drogi Nikodemie po co ja przypominam o tych mordercach. Otóż, chciałem tylko pokazać, że żadne z tych nieubłaganych i bezdusznych praw przyrody nie żąda takich ofiar dla ich realizacji. Również Karol Darwin nigdy tak nie twierdził. Przyroda zmienia, rodzi, wykorzystuje plony i pozwala obumierać. Nigdy nie zabija w sposób doktrynalny, nawet nie karze za nie przestrzeganie jej praw, nie obraża się. Człowiek poniewiera jej prawami, a ona niejako ciągle wyciąga do niego rękę i prosi i woła: żyj ze mną w zgodzie i korzystaj z moich darów ile zechcesz, bo mam takie skarby, o których ci się nie śniło!

O stanowczości przyrody i nienaruszalności jej praw pisaliśmy już niejednokrotnie. Można powiedzieć, że są one niczym dziesięć przykazań, które otrzymał Mojżesz w imieniu ludzkości. Człowiek nie jest w stanie zagrozić prawom przyrody, chociaż w swojej głupocie próbuje to robić nieustannie.

Znalazłem kiedyś w pewnej książce francuskiego teologa chrześcijańskiego Andre Lacocque pewien cytat, który pasuje do moich obecnych rozważań. A oto on:

„Jak pokazują dzieje, wystarczy, by Adam nie posłuchał przykazania, żeby świat pogrążył się na nowo w chaosie, z którego wydobył się na początku. A przecież śmierć i unicestwienie nie zatryumfowały — pomimo boskiego ostrzeżenia: mot tamut (»niechybnie umrzesz«, Rdz 2, 17). Nie sposób nie dostrzec w tym Bożej łaski. Historię rozpoczął wieczny dar życia, a śmierć cofała się z horyzontem; teraz jednak śmierć i proch są za nami i przed nami. Istnienie jest zwłoką, zawieszeniem wyroku potępienia. Jednakże równocześnie chaos otaczający stworzenie ze wszystkich stron trzymany jest w szachu przez »ostrzeżenie« Boga”.

Gdyby czytał to niewierzący, proponuję mu tylko drobny zabieg: w miejsce Boga proponuje wstawić te dwa słowa: „prawa przyrody”. Bóg się nie obrazi, jest ponad to, znam Go. Nieraz próbowałem. Co próbowałem? No, obrazić Go.

I z tym cytatem pozostawiam Cię drogi Nikodemie. Sam niekiedy zaglądam do tego cytatu w chwilach zwątpienia, jak w tych dniach ostatnich i nie mogę się nadziwić jak ogromna myśl jest tu zawarta. Tu jest cały Kosmos.

List piąty

Bo człowiek ciągle się uczy

„Żyj tak, jakbyś miał umrzeć jutro. Ucz się tak, jakbyś miał żyć wiecznie.”

Mahatma Gandhi

Wśród ludzi funkcjonuje wiele frazesów dotyczących życia. Tego życia w ujęciu biologicznym, intelektualnym, filozoficznym i w wielu innych ujęciach.

Pytasz mnie Nikodemie, jakie jest to życie, dając mi ogromne pole do popisu, bo nijak nie konkretyzujesz tego pytania. Ja mogę zagospodarować to pole, co najmniej książką, rzędu 1000 stron, albo jednym zdaniem. Tak czy owak nie udzielę pełnej i wyczerpującej odpowiedzi.

Zacznę od wspomnianych na początku frazesów, które funkcjonowały, funkcjonują i zapewne będą funkcjonować dopóty, dopóki człowiek będzie się nad tym zastanawiał.

Najbardziej znane powiedzenie wśród tych frazesów, które stało się już trywialnym, to: takie jest życie. Znane jest i używane w języku francuskim: „C’est la vie’’. Ileż to razy się słyszało? Pięknie brzmi, prawda?

Nic mu nie możemy zarzucić, bo po prostu pokazuje stan faktyczny. Mało tego, możemy wysnuć pierwszy wniosek, że to życie, które jest takie, jakie jest, czyli, że jest piękne. Ono jednak jest piękne tylko wtedy, gdy prawa, którymi to życie jest obwarowane będą przestrzegane. Człowiek też ma swoje prawa i może z nich korzystać. Dopóty, dopóki będzie panowała harmonia między człowiekiem a życiem, nadal będziemy mogli mówić, że życie jest piękne, to „takie życie”.

Żeby jeszcze piękniej to zaznaczyć, przywołam wielkiego filozofa z Królewca, czyli Immanuela Kanta, który powiedział: — „niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”.

To tyle nauka, a szczególnie filozofia. Teologia poszła jeszcze dalej. Opierając się na Biblii znajdujemy tam rozszerzenie tego, co mówi nauka, znajdujemy objaśnienia. Tak już jest od zawsze, że nauka mówi o tym, co jest, a teologia wyjaśnia, dlaczego tak jest. Bardzo długo nauka musiała się podporządkowywać zapisom biblijnym i nie było dyskusji. Dzisiaj nauka została wyzwolona z tej niewoli i nie zawsze zgadza się z teologią. Powstały już nawet nauki, które chcą pogodzić naukę z teologią, jednak do dnia dzisiejszego opór występuje z obu stron. W Polsce takim prekursorem jest ksiądz, kosmolog, filozof, profesor Michał Heller.

Teologia powiada, że wszelkie prawa ustanowił Bóg; zarówno te, które dotyczą życia, przyrody, jak i te, które dotyczą człowieka. Czyli jest to prawo moralne.

Mało tego. Bóg dał człowiekowi ściągę dotyczącą tego prawa, aby sobie nie zapomniał. I to na tablicach kamiennych zapisał.

Są to przykazania, których jest tylko dziesięć. Zostały zapisane na specjalnych tablicach, które człowiek zgubił, ale nie znaczy to, że te przykazania też zniknęły. Mało tego, Bóg zawarł z człowiekiem Przymierze, uprzednio dając mu rozum i wolną wolę. Wysokie układające się strony, jakby to teraz powiedzieć językiem prawniczym, oznajmiły, że jeżeli człowiek będzie przestrzegał tych przykazań, to czeka go wieczne błogosławieństwo i wiele innych profitów. Dostaje w posiadanie, przede wszystkim planetę Ziemię. Proszę, zwróć uwagę Nikodemie, że powiedział: „JEŻELI”. Znaczy to, że uszanował przyznaną człowiekowi wolną wolę. Tą wolną wolą sam go obdarował. Jako strona, Bóg jest konsekwentny w tym, co „podpisał”. Niczego nie zakazuje, jak to nam teraz grupa „zapobiegliwców” stara się wmówić, ale powiada: „jeżeli”, czyli zostawia prawo wyboru.

Drugą strona umowy jest człowiek, który od pierwszej chwili zaczyna kombinować jak ominąć te zapisy. Człowiek chce skorzystać z profitów w pełnym zakresie, ale jednocześnie czyni starania, aby ominąć niektóre z tych dziecięciu zapisów, chociaż czasowo. (Może tego złego sąsiada to my nie zabijemy, bo zapisane jest „nie zabijaj”, ale tylko zniszczymy go ekonomicznie.) Jest też taka religia, której wyznawcy w dzień umartwiają się uprawiając ścisły post, ale tuż po zachodzie słońca zaczyna się straszliwe obżarstwo. Wymyślili, że w nocy ich bóg nie widzi. Takich i innych przypadków żadna uczciwa teologia nie toleruje. Podobnie jest w sferze naukowej.

Przecież świadomie niszczymy warstwę ozonową i kiedy to zrobimy do końca, to po prostu pomrzemy. W takich przypadkach powiedzenie „takie jest życie” jest kłamstwem. A jednak niektórzy często powiadają, „bo takie jest życie”. To, „bo” jest tylko próbą zepchnięcia odpowiedzialności z siebie. Te drobne próby obejścia zawartego Przymierza niekiedy wymykają się spod kontroli i problem rozszerza się na kontynent lub nawet na cały świat, jak to mamy w obecnych czasach. Wtedy to niektórzy winowajcy przypominają sobie o drugiej stronie Przymierza i krzyczą: — „a gdzie był wtedy Bóg?!” Ja bym to pytanie doprecyzował tak, żeby z niego wyszła najbardziej brutalna prawda.

Brzmiałoby ono wtedy tak: Gdzie był wtedy Bóg, kiedy myśmy się wzajemnie wyrzynali, truli, zarażali, maltretowali, bombardowali?!

Ktoś mądry, na to tragiczne pytanie o obecność Boga dał taką odpowiedź: był między wami i był zatruwany, zarażany, maltretowany, bombardowany. On cierpiał z wami, a wyście tego nie zauważyli, nawet nie prosiliście go o nic, licząc na własną zaradność, a nawet wszechmoc.

Jak myślisz Nikodemie, czy człowiek wyciąga wnioski z takich sytuacji? Takich jakie opisałem? Na pewno takie sytuacje uczą czegoś człowieka. Uczą odnajdywać miejsca, gdzie znajduje się zło, uczą rozpoznawać zło i analizować go. Chodzi mi jednak o refleksję końcową i wnioski…

Czy każdy człowiek zdolny jest do takiej refleksji i wniosków?

Bez namysłu odpowiadam: znam osobiście takich, co to potrafią robić i robią w każdej chwili. Znam również takich, którzy żadnych refleksji nie snują i wniosków nie wyciągają, idą bezwiednie za głosem zła. Tych pierwszych widzę, jako zawsze uśmiechniętych i chętnych do pomocy każdemu i w każdej chwili. Ci drudzy, to ludzie smutni, wystraszeni i zamknięci w sobie; nawet próbę pomocy z zewnątrz przyjmują z podejrzliwością, a czasem z wrogością.

Mój ulubiony filozof, którego nazywam filozofem praktycznym, pisał rozprawy naukowe o konstrukcji słownej bardzo trudnej. To oczywiście ks. prof. Józef Tischner. Pisał też treści tak proste i zrozumiałe, że same do głowy wchodziły. Przytoczę więc teraz dwa wybrane cytaty dotyczące zła.

„Zło istotne nie przychodzi do człowieka, jako przemoc, lecz jako możliwość przedstawiona człowiekowi do wyboru, oparta na perswazji. Człowiek musi się zgodzić na zło, musi sam wybrać zło. Dopiero, gdy to uczyni, można powiedzieć: stało się zło”.

„Nie ma sensu pytać, czy zło jest. Nie ma sensu pytać, czy zła nie ma. Nie to jest ważne, jak zło istnieje, ale czego ono chce”.

A ta wspomniana perswazja, wymieniona w pierwszym cytacie bywa różna: wykwintna, kolorowa, jak trzeba litościwa, nawet płaczliwa, a nawet parawanem świętości zasłonięta… Ten, który perswaduje, zewnętrznie wygląda przekonywająco.

Teraz już tylko wspomnę mojego drugiego ulubionego filozofa, ale już nie księdza, wręcz przeciwnie, z zupełnie przeciwnego bieguna, bo się mianował ateistą.

Umarł już, a ja jednak myślę, że on jest w niebie, bo miał jedną wielką cechę: był dobry. To oczywiście prof. Leszek Kołakowski. Napisał on w 1965 roku „Rozmowy z diabłem”.

Jest tam wspaniałe kazanie księdza Bernarda. Zanim kupiłem tę książeczkę, widziałem w telewizji to kazanie, wykonane przez Jerzego Trelę, w teatrze „Stu” w Krakowie. Ksiądz Bernard, a w zasadzie Ojciec Bernard był w jego interpretacji tak przekonywający, że o mało nie zapłakałem nad jego losem; zdobył moje serce. Dopiero po jakimś czasie zaczęły się dziać dziwne rzeczy: a to spod sutanny wyłoniła się na chwilę raciczka kozła, a to wśród włosów na głowie odsłonił się czerwony rożek… Co to?

Ależ tak, to był diabeł, to był on! On tak kusił, że uwierzyłem mu. Bez mała wprosił się w moje łaski dotykając najczulszych miejsc w moim umyśle. Było to niesamowicie autentyczne. Taka była jego perswazja, o której wspomina prof. Tischner. Trzeba uważać, oj trzeba i to na każdym kroku. Diabeł lub zło, jak kto woli, potrafi być piękny.

Zamykając temat moich ulubionych filozofów, chcę zwrócić Twoją uwagę drogi Nikodemie na pewne zjawisko, które tu zaistniało. Zważ, że ksiądz nie używa tu słowa diabeł tylko zło. Przez to jego wypowiedź staje się bardziej uniwersalna, prawda? Natomiast ateista Kołakowski używa terminologii, że tak powiem teologicznej i nazywa rzecz po imieniu, czyli zło nazywa diabłem.

Pozwolisz Nikodemie, że wrócę teraz do początku mojego listu, czyli do samego tytułu: „Bo człowiek ciągle się uczy…”

No tak, już po samym urodzeniu człowiek zaczyna się bardzo intensywnie uczyć. Uczy się mówić, czyli artykułować swoje potrzeby przy pomocy mowy, a nie tylko przy pomocy płaczu. Człowiek uczy się chodzić i zaczyna chodzić tam gdzie chce, a nie tam gdzie go zaprowadzą. Ograniczeń ma jeszcze mnóstwo, ale jak później zauważy, że był to pierwszy okres, kiedy zauważył u siebie, że posiada wolną wolę.

Jego nauczyciele, czyli rodzice nakładają mu te ograniczenia, ale tylko w jednym celu. One mają go chronić przed złem: żeby nie wpadł do rzeki, jak ja niegdyś wpadłem, żeby nie spadł ze schodów, czy aby nie napił się trucizny, bo akurat ktoś pozostawił w zasięgu jego ręki ampułkę z kwasem.

Zdaje potem egzamin z tej ograniczonej samodzielności, kiedy posyłają go do przedszkola, a już na pewno, kiedy idzie do szkoły. Pomału dołącza się do tego jeszcze jedna funkcja, czyli odpowiedzialność. Jeżeli radzi sobie i nie ma kłopotów, to oznacza, że zdał pierwszy egzamin z życia. Mało tego, oznacza to, że jego rodzice również zdali egzamin z wychowania, z jego wychowania. Powiedziałbym, że egzamin rodziców jest ich najważniejszym egzaminem, bo efekty dotychczasowego wychowania mogą być kluczowymi w dalszym życiu potomka. Potem szkoła średnia i studia wyższe i nieustające egzaminy. W końcowej fazie nawet, co kilka miesięcy.

Dla tych, co dobrze zaliczyli pierwszy okres życia, po latach stwierdzą, że była to spokojna i gładka droga. Dla innych to droga niesamowicie wyboista, dla innych jeszcze to wesoła ścieżka przez las. Rzecz w tym, że przejścia przez strumienie leśne bez mostów może być niebezpieczne. Jedni w ostatniej chwili szukają łatwego brodu, inni zawracają z powiedzeniem na ustach: jakoś to będzie… Płyną w ogromnej grupie i nie martwią się o nic mniemając, że gdzieś to ich zaprowadzi.

Po zakończeniu wszelkich szkół zapanowała błoga radość, bo koniec z egzaminami, z nauką, ze stresem… Tak sobie i ja kiedyś pomyślałem. Kiedyś, a teraz, co sobie myślę? Dzisiaj powiem: nic bardziej mylnego, żaden koniec!

Owszem, tę chwilę pamiętam do dzisiaj. Słodka to była chwila, ale tylko chwila. Jak smak zjedzonego, dobrego torta. Był wspaniały, ale tylko przez chwilę, potem zniknął, pozostał tylko w pamięci. Jak lampka dobrego wina: czerwonego, wytrawnego z Libanu, z doliny Bekaa.

Niestety, to nie koniec egzaminów, stresów i kłopotów. Teraz życie terminów sesji egzaminacyjnych nie zapowiada. Wywołuje niespodziewanie i nie ma litości w wystawianiu ocen. I co w tym jest najgorsze? Najgorsze w tym jest to, że człowiek staje się samoukiem, nie ma żadnych stałych nauczycieli, ani jednego nauczyciela. Jedynie życie staje się nauczycielem. Życie wie wszystko i całą swoją wiedzę przekazuje bezpłatnie. Taki to z niego nauczyciel.

Życie, jak wiadomo to nauczyciel bardzo twardy, nie ma swoich ulubionych uczniów, wszystkich traktuje na równi, ale każdego ocenia bardzo sprawiedliwie.

Od czasu, do czasu życie urządza ludziom coś na wzór rekolekcji kościelnych, przy czym język tych rekolekcji jest niesamowicie zrozumiały dla wszystkich, jest ponadnarodowy. Są to również rekolekcje światowe i ponad wyznaniowe. Nie język ani religia mają tu pierwszorzędne znaczenie.

Właśnie takie rekolekcje życie zrobiło wszystkim ludziom na całym świecie w naszych czasach, dzisiaj — to pandemia. Czy człowiek wyciągnie z tej nauki wnioski? Czy ludzie będą nadal tacy sami? Czy nadal będą słuchać fałszywych proroków prowadzących ich na zatracenie?

Te i inne pytania już się nasuwają.

Czy skorzystają z tych studiów najwyższych, jakie im życie zafundowało z egzaminem, przed którym nie ma czasu na stres ani na przygotowanie się. Każdy tydzień to jak semestr. Egzaminy biegną natychmiast, nawet nikt ocen do indeksów nie wpisuje, zresztą nie ma indeksów.

Abstrahując od wypadków dnia dzisiejszego zauważmy, że są jeszcze inne sposoby nauki, do których człowiek nie jest zmuszany, lecz robi to z własnej, niczym nieprzymuszanej woli. Jeżeli weźmiemy pod uwagę tak zwane podnoszenie kwalifikacji, czyli zawodowe samokształcenie, to na pewno zauważymy tam jakieś formy nacisku ze strony pracodawcy.

Są jednak takie formy nauki, do których nikt nie przymusza, życie od nas nie wymaga, a jednak wielu ludzi dokształca się, lub może lepiej to zabrzmi: zdobywają dodatkową wiedzę. Ta ostatnia wymieniona forma zdobywania wiedzy ani nie czyni nas sprawniejszymi zawodowo, dodatkowych wymiernych profitów finansowych nie przynosi, mimo to, wielu ludzi to czyni. Wielu ludzi czyni to z różnych powodów: podwyższa kwalifikacje z powodów materialnych lub poszerza swoją wiedzę aby lepiej zrozumieć ten świat.

Ja, drogi Nikodemie, jak zapewne wiesz, również tak mam. Zakończyłem działalność zawodową, kwalifikacji nie podnoszę. Zresztą, w moim zawodzie projektanta, przerwa nawet roku powoduje ogromne straty, nie do odrobienia. Postęp w produkcji programów projektowych jest ogromny, również przepisy zmieniają się w dużym stopniu.

Wystarczyło odnowić dawne ciągoty do literatury historycznej, popularno-naukowej, pobudzić umiłowanie czytania i zajęcie gotowe. Dzisiaj widzę, że muszę wiele rzeczy ograniczyć; takich jak czytanie prozy beletrystycznej, bo literatura z zakresu fizyki, matematyki, historii jest nie do wyczerpania. Był okres, kiedy teologią się zaczytywałem. Ciekawy to był okres.

W pewnym momencie znalazłem sobie stosowne motto, które mi pomaga i mobilizuje, a które brzmi następująco:

„Nie ma lepszego lekarstwa na smutki niż nauczyć się czegoś nowego. To niezawodny środek.

Starzejemy się i ciało nas zawodzi. Nocą nie możemy spać i wsłuchujemy się w rytm własnej krwi. Tęsknimy za ukochaną, która odeszła. Patrzymy, jak nasz świat rozpada się pod ciosami tyranów i szaleńców. Opłakujemy własny honor, zepchnięty do rynsztoka przez nędzne umysły. I na to wszystko jest tylko jedna rada: uczyć się. Uczyć się, dlaczego świat się kręci i co wprawia go w ruch. Wiedza, to jedyna dziedzina, której nasz umysł nigdy nie wyczerpie, wobec której nigdy nie poczuje się obcy, przez którą nigdy nie będzie torturowany, której się nie ulęknie i nie przestanie ufać, której ani przez chwilę nie będzie żałował. Oto, czego ci trzeba: wiedzy. Pomyśl, jak wiele jeszcze możesz się nauczyć”. (T.H.White — pisarz)

Pasuje to do mojego wieku 70+ jak ulał. Pasuje również do mnie samego, szczególnie w końcowych zdaniach.

Już nieraz słyszałem pytanie: do czego ci to jest potrzebne. Może bardziej prostacko byłoby: po co ci to. Tak zadane pytanie wydaje mi się od razu próbą zignorowania mnie, obśmiania. Przy czym, co od razu wyczuwam, że tych pytających kieruje zawiść. On myśli tak: skoro ja nie czytam, to, dlaczego on czyta? On na pewno myśli, że jest ode mnie lepszy, trzeba go wydrwić przed innymi, trzeba mu pokazać, że się myli.

Znam doskonale ten prostacki system myślenia, chociaż ja tych ludzi nie potępiam, ja im nawet współczuję. Ci, co o tym wiedzą i znają swoje skromne możliwości, swoją prostotę, ale nie prostactwo, zachowują się pięknie, w ramach ich możliwości. Ja nawet lubię z nimi porozmawiać ale ci pierwsi potrafią zachowywać się nawet agresywnie i tych omijam szerokim łukiem. Nie dlatego, że się ich boję, ale dla swojego komfortu psychicznego. Łatwo można przewidzieć przebieg takiej rozmowy, bo dyskusją nazwać jej nie można.

Teraz drogi Nikodemie, opowiem, co nieco o moich zainteresowaniach i co na pewnym etapie z tego wynikło.

Początkowo była również beletrystyka, jednak po pewnym czasie zarzuciłem ją, bo było to jakby nieustające jedzenie codzienne tej samej potrawy. Nie można przecież jeść codziennie kotleta schabowego. Dlatego też uznałem beletrystykę za nudną, niedającą żadnych nowych wrażeń intelektualnych. Przepraszam, za ten ciężki osąd. Po prostu, ta literatura nic ode mnie nie wymagała, poza zwykłą ciekawością, co będzie dalej. Z czasem okazało się, że to zbyt mało.

Na poważnie zaczęło się od historii Polski, tej w miarę prawdziwej. Nastąpiło to 45 lat temu i tak pozostało do dzisiaj. Już przestałem zachwycać się tym, co przekazywano mi w szkole, podobnie jak tym, co próbuje mi serwować dzisiejsza prasa. Potrafię samodzielnie oddzielać bohaterów od złoczyńców, zdrajców i zbrodniarzy. Potrafię również oddzielać ludzi, którzy przysłużyli się mojej ojczyźnie od kunktatorów, cwaniaków, rządnych władzy prostaków, ogólnie mówiąc ludzi złych. Nie podam recepty na te zdolności. Powiem tylko krótko: trzeba czytać dzieła różnych autorów i opracowania różnych instytutów, pomijając niekiedy ten instytut, który się nazywa narodowym. Niestety i tak bywa.

Potem przyszła nie wiadomo skąd teologia. Przypuszczam, że zaczęło się od nieżyjącego już biskupa Józefa Życińskiego i jego książki o wątpliwościach w chrześcijaństwie.

No, bo wyobraź sobie Nikodemie, że dotąd na kursach religii w szkole uczono mnie, że nie można wątpić w nic, bo to grzech. Ten autor mnie z tego zupełnie wyzwolił, a nawet zachęcił do wątpienia, bo to jest zdrowy sposób na rozwiewanie tych wątpliwości, one to wręcz wzmacniają wiarę.

W pewnym momencie zauważyłem, że czytam teologów, którzy albo mieli wielkie kłopoty ze swoimi zwierzchnikami, czyli biskupami, albo mieli okresowe zakazy prezentowania swoich poglądów przez najwyższy urząd watykański, czyli Kongregację Nauki Wiary (Kiedyś Święta Inkwizycja.) W grupie tych ostatnich, którymi się interesowałem byli wielcy ludzi, których obecnie Kościół wymienia w pierwszym szeregu: Henri de Lubac (1896—1991), francuski jezuita, którego dopiero Jan Paweł II podniósł do godności kardynalskiej, już jako starca, bo dopiero w 1983r.

Czytałem kilka rozpraw kolejnego jezuity, tym razem szwajcarskiego, to Hans Urs von Balthasar. Nazywano go największym erudytą swoich czasów, przy czym Watykan zakazał mu wykładów. Znowu papież Jan Paweł II mianował go kardynałem. On z wielkimi oporami przyjął ten zaszczyt, jednak umarł na dwa dni przed konsystorzem.

Kolejny jezuita, tym razem niemiecki, to Karl Rahner. Również w pewnym okresie swojego życia niemile widziany w urzędach watykańskich.

Urzędnicy watykańscy zbyt szybko, a tym samym niesprawiedliwie, zaliczyli ich do grona heretyków. Na szczęście Kościół zrehabilitował ich, przy czym trzeba to powiedzieć głośno, że nie bez oporów. Jan Paweł II miał wielkie kłopoty ze swoimi urzędnikami, czyli biskupami i kardynałami. Oni doskonale wiedzieli, że Bóg wie i widzi wszystko, jednak w ich mniemaniu, oni widzą i wiedzą lepiej.

W Polsce, zresztą również mieliśmy i mamy mądrych ludzi, których urzędnicy w purpurach nie znoszą, a nawet zakazują im wypowiadać się publicznie. W gronie moich zainteresowanych był ks. prof. Józef Tischner, Józef Życiński, obaj już nieżyjący. Jest Wacław Hryniewicz, Adam Boniecki i jeszcze kilku.

Dzisiaj wiem doskonale, że poszukiwanie i wątpliwości to ludzka rzecz i bardzo potrzebna w kształtowaniu zarówno wiedzy jak i wiary.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 63.41
drukowana A5
Kolorowa
za 94.61