E-book
7.88
drukowana A5
68.2
Listy do niej

Bezpłatny fragment - Listy do niej


Objętość:
441 str.
ISBN:
978-83-8467-950-0
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 68.2

Rozdział 1. Rano 3:30

Budzik zaczął wibrować o trzeciej trzydzieści, zanim zdążył zapiszczeć.

Marek spał z telefonem wsuniętym pod poduszkę, jakby to był kawałek ciała, który przez noc mógł uciec. Wydobył go spod policzka i zgasił alarm kciukiem. Niebieskie światło ekranu przecięło pokój na pół: łóżko, krzesło z roboczym kombinezonem, walizkę pod ścianą i parę butów stojących przy kaloryferze, chociaż ten był zimny. Podłoga ukłuła stopy chłodem. W tej części Aberdeen sierpniowy świt wyglądał jak źle wymyta szyba. Za oknem wisiała wilgoć, na parkingu błyszczały dachy trzech busów, a gdzieś dalej, od strony portu, nisko mruczał silnik ciężarówki. Od starej wykładziny ciągnęła wilgoć. Na dnie kubka zrobiła się brunatna skóra.

Telefon pokazywał drugą trzydzieści w domu.

Otworzył rozmowę z Natalią i przewinął wczorajsze wiadomości. Minął zdjęcie rachunku i fotografię psa leżącego przy schodach, potem krótką informację o córce. Dalej był słoik z czymś, co miało być sosem pomidorowym, i jej komentarz, że wyszedł za kwaśny. Na końcu wiadomość wysłana przez niego przed snem:

Jak się czujesz?

Pod spodem tkwiło tylko: Dostarczono.

Kciuk zawisł nad klawiaturą. Mógł napisać więcej, zapytać o kontrolę, o ból pod pachą, o to, czy znowu źle spała. Mógł napisać, że obudził się trzy razy i za każdym razem przez kilka sekund był przekonany, że leży obok niej, bo poduszka pachniała proszkiem podobnym do tego, którego używała w domu.

Napisał:

Dzień dobry.

Przeczytał dwa słowa i poczuł do nich coś bliskiego obrzydzeniu. Tyle zostało z małżeństwa o trzeciej trzydzieści rano: formułka, dwie szare kreski i człowiek siedzący w majtkach na brzegu łóżka w wynajętym pokoju, z odciśniętym szwem poduszki na twarzy.

Wysłał.

Dostarczono.

— Pięknie — mruknął.

Głos zabrzmiał obco w pustym pokoju.

W łazience woda przez chwilę leciała ruda. Stara kamienica miała własny poranny rytuał: kaszel rur, uderzenie gdzieś w pionie, syk, potem dopiero zimny strumień, który po kilkunastu sekundach stawał się letni. Marek oparł dłonie o umywalkę. W lustrze zobaczył faceta z siwizną przy skroniach, naczynkami na policzkach i cienkim przecięciem skóry nad brwią. Blizna była stara. Reszta zmieniała się szybciej.

Dawniej golił się codziennie. Koszula, marynarka, zapach wody po goleniu, kluczyki odkładane zawsze w to samo miejsce. Sekretarka śmiała się, że gdyby kiedyś znaleziono go martwego, policja ustali godzinę zgonu po położeniu długopisu na biurku. Marek lubił ten ład, bo dawał mu złudzenie, że nad czymś panuje.

Teraz przesunął palcami po dwudniowym zaroście i zostawił go w spokoju.

Wsypał dwie łyżeczki rozpuszczalnej do metalowego kubka i zalał wodą z czajnika; pierwszy łyk miał plastikowy posmak starej grzałki. Pił stojąc przy oknie. Na szybie po zewnętrznej stronie pełzły krople. Jedna zatrzymała się na wysokości jego twarzy, zebrała drugą i spłynęła szybciej. Na krześle czekał pomarańczowy kombinezon. Odblaskowe pasy przy kolanach zmatowiały od prania, a na rękawie została ciemna plama po dawnej robocie, której nie ruszył nawet przemysłowy detergent. Wsunął nogi w szorstki materiał i dopiął zamek pod szyję. Na nadgarstek założył zegarek.

Stalowa bransoleta była porysowana, szkło miało drobną rysę między czwartą a piątą. Zegarek pamiętał czasy, kiedy jego ręka podpisywała umowy grubsze niż miesięczne raporty całej tej szkockiej firmy. Pamiętał stół w restauracji w Warszawie, kolację z Natalią, jej palec przesuwający się po metalowej kopercie. Prezent od niej.

— Kupiłaś mi za drogi zegarek — powiedziała wtedy.

— To inwestycja.

— W co?

— W punktualność.

Roześmiała się tak, że człowiek przy sąsiednim stoliku spojrzał w ich stronę. Teraz ten sam zegarek leżał nad popękaną skórą dłoni. Kiedy zapięcie kliknęło, metal przez ułamek sekundy zacisnął się za mocno. Inny metal. Inny ranek. Dwa obce palce pod obręczą kajdanek, pchnięcie kciukiem, żeby sprawdzić luz. Zimny korytarz. Czyjś głos mówiący, żeby się odwrócił. Natalia w drzwiach, boso, w za dużej koszulce, z jedną ręką przy szyi. Jeszcze ciemno. Ktoś przechodził obok niej do salonu, jakby to był jego dom. Mark gwałtownie poruszył dłonią. Zegarek wrócił na miejsce. Kawa chlupnęła na parapet.

— Kurwa.

Wytarł plamę papierem toaletowym, bo kuchennego ręcznika nie kupił. Od tygodnia mówił sobie, że kupi. Tak samo jak nowe skarpety, krem do pękających dłoni i żarówkę do lampki przy łóżku. Jeszcze trochę. To było bardzo wygodne określenie czasu. Nie miało daty, więc nie mogło się przeterminować. Jeszcze trochę i spłaci kolejną rzecz. Jeszcze trochę i Natalia zamknie temat leczenia. Jeszcze trochę i młodsza skończy szkołę. Jeszcze trochę i może weźmie krótszą rotację. Jeszcze trochę i kupi bilet w jedną stronę, a walizkę zostawi komuś na śmietniku. Od lat żył w jednostce czasu, której żaden zegarek nie potrafił zmierzyć.

O trzeciej pięćdziesiąt zamek walizki zgrzytnął pod naciskiem palców. Wyciągnął z niej czystą koszulkę termiczną, pachnącą proszkiem z pralni samoobsługowej. Na dnie leżała granatowa koperta, zgięta w rogu. Dotknął jej, ale nie wyjął. List miał sześć stron. Pierwsze zdanie zmieniał siedem razy. Natalio. Kochanie. N. Moja. Wszystko brzmiało źle, kiedy czytał to rano. Ostatecznie zaczął od: Pachniesz domem.

To zdanie również wyglądało głupio na papierze, ale jako jedyne było prawdziwe. Dom zaczynał się kiedyś od jej karku po kąpieli. Potem była kawa wypita w kuchni i krem do rąk zostający czasem na jego koszuli. Dopiero później dom stał się adresem, budową, rachunkami, pustym pokojem, do którego wracał na kilka dni i chodził ostrożnie, jak gość znający kod do alarmu. Koperta została w walizce.

Na parkingu wiatr uderzył od morza ostrzej niż wyglądał zza szyby. Wcisnął czapkę głębiej na uszy i zarzucił plecak. Z mokrego asfaltu ciągnęło ropą. Bus odpalił przy trzeciej próbie, wyrzucając pod latarnią szary obłok spalin.

Kierowca, łysy Szkot o czerwonym nosie, rzucił mu krótkie:

— Dzień dobry.

— Dzień dobry.

W środku siedziało już sześciu ludzi. Dwóch spało z głowami opartymi o szyby. Ktoś jadł kanapkę z kiełbasą, której zapach wypełniał cały samochód. Na podłodze między butami przesuwała się butelka po wodzie.

Marek usiadł z tyłu.

Telefon zawibrował, kiedy bus wyjeżdżał na główną drogę.

Natalia.

Dzień dobry. Obudziłeś się?

Patrzył na ekran dłużej, niż wymagało pytanie.

Potem uśmiechnął się jednym kącikiem ust, sam do siebie, w ciemnym busie pełnym obcych mężczyzn jadących do portu.

Tak. Już jadę.

Odpowiedź przyszła szybko.

Uważaj na siebie. To były trzy słowa więcej niż wczoraj wieczorem. Schował telefon do kieszeni na piersi i przytrzymał go dłonią, kiedy samochód wszedł w zakręt. Za szybą zaczynało szarzeć. Morza jeszcze nie było widać, ale chłód od wody przechodził przez ubranie, zanim człowiek zdążył zapiąć kurtkę. Ktoś z przodu przeklął pod nosem. Kierowca pogłośnił radio. Marek zamknął oczy dodając sobie w myślach wytarte jak stare spodnie zdanie. Jeszcze trochę.

Rozdział 2. Mark

W świetle heliportu wszyscy wyglądali na chorych. Białe jarzeniówki odbierały twarzom kolor, podkreślały podkrążone oczy i czerwone ślady po goleniu. Ludzie stali w kolejce z torbami u nóg, półprzytomni, po kawie, która nie działała, milczący z przyzwyczajenia. Co kilka minut z głośnika wypadało nazwisko, numer lotu albo polecenie w obcym dla niego języku, którego Marek nadal nie rozumiał za pierwszym razem, jeśli ktoś mówił zbyt szybko. Przed bramką bezpieczeństwa zdjął zegarek. Położył go w plastikowej kuwecie obok telefonu, paska i drobnych. Bransoleta uderzyła o dno suchym, metalicznym dźwiękiem. Pojemnik wjechał do skanera.

Dawniej podobne urządzenia znał z lotnisk, na których denerwowało go czekanie. Telefon przy uchu, laptop w torbie, ktoś z firmy przesyłający poprawioną ofertę, Natalia pytająca, czy wróci przed kolacją. Wtedy kolejka była stratą czasu. Teraz czas stanowił jedną z niewielu rzeczy, których miał za dużo.

— Buty zdjąć, proszę.

Zdjął buty.

— Pasek.

— Już.

Kobieta w granatowym mundurze wskazała ręką na kieszeń kombinezonu. Znalazł tam dwie śruby M8, które musiały zostać z wczoraj. Położył je obok portfela. Kobieta uniosła brwi.

— Pamiątki?

— Bardzo drogie pamiątki.

Uśmiechnęła się krótko i przesunęła kuwetę dalej. Za kontrolą czekał nowy supervisor. Nazywał się Colin Baird i miał kark człowieka, który od dwudziestu lat nie kupił koszuli z odpowiednio szerokim kołnierzykiem. Czytał listę z tabletu, przy każdym nazwisku podnosząc głowę tylko na tyle, żeby dopasować twarz.

— Mah… rek? Markek?

— Marek.

— Mark?

— Marek.

Baird spróbował jeszcze raz, twardziej, jakby imię było nakrętką zapieczoną na gwincie.

— Mah-rek.

— Wystarczy.

— Mark. Łatwiej.

Marek nic nie powiedział. Mógł go poprawić i wyjaśnić, że to dwa różne imiona, że jedno dostał od matki, a drugie przydzielił mu facet w kamizelce odblaskowej, bo nie chciało mu się poruszyć językiem jeszcze raz. Miał ochotę powiedzieć coś po polsku, coś krótkiego i wyjątkowo nieprzydatnego w procesie integracji zawodowej.

— Dobra — rzucił.

Baird odhaczył pozycję. Tak został Markiem. Bez urzędu, dokumentów i bez ceremonii. Wystarczyło zmęczenie obcego człowieka. Śmigłowiec śmierdział przepoconym materiałem kombinezonów ratunkowych. Pasy wbijały się w biodra. Mark siedział przy oknie, choć okno dawało głównie widok na własne odbicie i szarość. Pod wirnikiem całe ciało dostawało drobnych drgań; po kilku minutach przestawało się je zauważać, a po godzinie zostawały w mięśniach jeszcze długo po lądowaniu. Morze Północne rozciągało się pod nimi jak brudna stal.

Nad horyzontem wisiała niska warstwa chmur. Raz po raz w dole pojawiał się biały ślad statku, znikający po kilku sekundach. Patrzył na wodę i myślał, że człowiek jest śmiesznie mały dopiero wtedy, kiedy ma pod sobą kilkaset metrów zimnej czerni i ani jednego drzewa, domu czy ulicy, które mogłyby udawać, że świat został zbudowany specjalnie dla niego. Mężczyzna obok spał z otwartymi ustami. Mark odwrócił głowę.

Telefon był wyłączony, schowany głęboko w torbie. Przez najbliższe godziny Natalia mogła napisać cokolwiek, a on i tak o tym nie wiedział. Ta utrata dostępu zawsze działała na niego gorzej niż powinna. Zwykły brak zasięgu potrafił odtworzyć w ciele tamten stan: drzwi zamknięte z drugiej strony, brak wiadomości, pytania bez odpowiedzi, cudze kroki za ścianą.

W areszcie człowiek uczył się, że informacja ma wagę chleba. Ktoś dostał list. Ktoś usłyszał od adwokata, że dziecko jest zdrowe. Ktoś dowiedział się, że żona sprzedała samochód. Jedno zdanie potrafiło mieć temperaturę dotkniętej przed chwilą dłoni albo chłód kartki podanej przez wizjer; mogło utrzymać człowieka przez tydzień albo rozebrać go do kości. Wirnik zmienił ton.

Platforma wyszła z mgły najpierw jako plama, potem jako stalowy szkielet wbity w morze, obudowany rurami, kratownicami i pomostami. Światła paliły się mimo poranka. Z jednej strony czarny komin wypuszczał dym, z drugiej migotała pochodnia spalanego gazu. Z góry instalacja wyglądała jak coś, co przetrwało własną epokę i wciąż pracowało, bo nikomu nie opłacało się jeszcze jej zabić. Mark polubił ją za to od pierwszego dnia. Po lądowaniu uderzył go zapach nafty lotniczej. Przechodzili zgięci pod podmuchem wirnika, prowadzeni ręką człowieka w żółtej kurtce. Metal pod butami drżał. Wewnątrz modułu mieszkalnego było ciepło i za jasno od jarzeniówek. Baird rozdzielał zadania.

— Idziesz do wsparcia utrzymania ruchu. Dolny pokład. Inspekcja linii chłodzenia, czyszczenie, pomoc fitterom.

Mark znał angielskie słowo assist. Nauczył się go szybko. Znaczyło tyle co: będziesz robił wszystko, czego komuś z wyższą stawką szkoda czasu robić samemu.

— Pracowałem przy przemysłowych układach chłodzenia — powiedział. — Projektowanie, montaż. Duże instalacje.

Baird nawet nie spojrzał w jego dokumenty.

— Tutaj pomagasz.

— Wiem.

— Dobrze.

To „good” było małe, ale weszło pod skórę. Mark przez pół życia wydawał polecenia ludziom, których zatrudniał. Niektórych znał ze szkoły, innych sprowadzał do firmy, kiedy w mieście pracy było mało: brata, siostrę, szwagra, dwóch kolegów i człowieka, któremu kiedyś pożyczył pieniądze na leczenie matki. Pięćdziesiąt wypłat pod koniec miesiąca, telefony, reklamacje, negocjacje, odpowiedzialność, której wtedy nienawidził i za którą teraz czasem tęsknił jak po usuniętym zębie. Niżej pokład był mokry.

Woda i chłodziwo tworzyły na kratach cienką śliską warstwę. Olej i rdza siedziały wszędzie. Hałas zmuszał do mówienia prawie krzykiem. Przez ochronniki słuchu głosy stawały się tępe, a własny oddech brzmiał zbyt głośno. Fitter imieniem Ross wskazał mu skrzynkę z narzędziami.

— Weź to. I szmaty.

Mark podniósł skrzynkę. Ciężar szarpnął barkiem.

— Rags?

Ross wskazał wiadro szmat.

— Na wyciek. Najpierw czyścimy.

Wyciekało przy starym kołnierzu na rurze chłodzenia, ledwie kilka kropel na minutę. Mark przykucnął; po spoinie szedł brunatny nalot, a farba w dwóch miejscach napuchła. Dotknął rękawicą dolnej części rury.

— Może korozja pod izolacją — powiedział.

Ross wzruszył ramionami.

— Wymieniamy uszczelkę.

— Uszczelka tego nie naprawi.

— Dzisiaj uszczelka.

Mark uniósł wzrok. Ross miał dwadzieścia kilka lat i brodę przyciętą z dokładnością, której brakowało całej instalacji.

— Macie pomiary grubości ścianki?

— Mark.

Baird stał za nim.

— Rób, co mówi Ross.

Hałas na sekundę zniknął mu z głowy, choć maszyny pracowały tak samo. Zacisnął szczękę.

— Jasne.

Wziął szmatę i zaczął wycierać chłodziwo z kraty. Po pół godzinie kolana miał mokre mimo kombinezonu. Chemia weszła przez rękawicę przy nadgarstku i szczypała w pęknięciu skóry. Ross odkręcał śruby, Baird gdzieś zniknął, a Mark wycierał cudzy wyciek z podłogi. Pomyślał o swoim gabinecie. O biurku z ciemnego drewna. O ekspresie do kawy, który kupił, bo jeden z klientów narzekał na rozpuszczalną. O szklanej ścianie z widokiem na halę. Potem przyszło inne wspomnienie: ten sam gabinet, tylko pusty. Kartony przy drzwiach. Kabel zwisający ze ściany po zdjętym telewizorze. Ślad po logo firmy, jaśniejszy prostokąt na tynku. Wykręcił szmatę nad wiadrem.

— Mark?

Ross patrzył na niego.

— Tak?

— W porządku?

— Perfect.

Słowo wyszło ostro. Ross zmierzył go wzrokiem i podał mu nową parę rękawic.

— Te są lepsze. Twoje są do dupy.

Rękawice były grubsze, suche, jeszcze ciepłe od kieszeni tamtego.

— Dzięki.

— Nie mów Bairdowi. Jeszcze każe ci płacić czynsz.

Zaśmiali się obaj, krótko, prawie bez dźwięku w huku instalacji. Mark założył grubsze rękawice i wrócił do pracy.

Rozdział 3. Poniżej linii wody

Do południa chłodziwo zdążyło wejść Markowi w rękawy, skarpety i cierpliwość. Kołnierz wymienili. Wyciek ustał ale rura nadal wyglądała źle. Ross odszedł do następnej pracy, a Mark dostał polecenie doczyszczenia miejsca i naniesienia świeżej farby na fragment wspornika. Pędzel był twardy od starej powłoki. Rozpuszczalnik gryzł tak mocno, że nawet przez półmaskę zostawiał smak na języku. Pracował dokładnie.

To była jedna z tych wad, które przez lata przedstawiał jako zaletę. Kiedy już brał coś do ręki, robił to porządnie, nawet jeśli chodziło o pomalowanie kawałka stalowego kątownika, którego nikt nie zobaczy poza następnym inspektorem i rdzą. Przy drugim pociągnięciu pędzla zauważył drganie przewodu impulsowego biegnącego pod zaworem, krótkie i nerwowe, jak żyła na skroni. Odłożył pędzel i dotknął osłony dwoma palcami; wibracja przechodziła na wspornik.

— Ross!

Młody fitter odwrócił się kilkanaście metrów dalej. Mark pokazał ręką, a Ross podszedł, pochylił się i dotknął przewodu.

— Tak już było.

— Od kiedy?

— Nie wiem. Od dawna.

— Obejma jest luźna.

— Mamy na to zlecenie?

— Potrzebujesz papierka, żeby dokręcić obejmę?

Ross uśmiechnął się pod nosem.

— Tutaj? Czasem potrzebujesz papierka, żeby się zesrać.

Zdjął ochronnik z jednego ucha i zawołał przez radio do Bairda. Odpowiedź przyszła. Mark nie zrozumiał połowy słów, ale ton znał dobrze. Ten rodzaj zniecierpliwienia występował w każdej firmie i każdym języku świata.

— Mówi, żeby zostawić. Jutro przychodzi ekipa od inspekcji.

— Do jutra może pęknąć.

— Pewnie nie.

— Dobry standard inżynierski.

Ross zerknął na niego.

— Byłeś inżynierem?

— Coś w tym rodzaju.

— Co to znaczy?

Mark wziął pędzel.

— To znaczy, że teraz maluję.

Ross parsknął śmiechem i odszedł. Przez następne dwie godziny Mark słyszał drganie przewodu nawet wtedy, kiedy przeszedł na drugi koniec sekcji. Nie był pewien, czy naprawdę docierało przez hałas pomp, czy jego mózg nie potrafił zostawić rzeczy niedokończonej. W stołówce frytownica pracowała pełną parą. Mokre kurtki parowały na oparciach krzeseł, ktoś niósł dwa kubki kawy, a ciepłe powietrze z kuchni kleiło się do twarzy. Ludzie siadali grupami. Anglicy z Anglikami, Szkoci gdzie popadnie, Polacy zwykle razem, choć Mark od kilku rotacji unikał polskiego stołu. Nie miał ochoty opowiadać, skąd jest, co robił wcześniej i dlaczego facet po pięćdziesiątce z technicznym angielskim godnym instrukcji obsługi zmywarki przyjechał na platformę czyścić wycieki.

Pytania na emigracji miały podobną konstrukcję jak pytania w więzieniu. Niby zwyczajne, a za każdym stało następne. Skąd jesteś? Co robiłeś? Masz rodzinę? Jak długo tu zostajesz? Odpowiedź na ostatnie znał najgorzej. Usiadł sam przy końcu stołu. Na tacę wziął fasolę, dwa jajka i coś, co kucharz nazywał kiełbasą. Pierwszy łyk kawy ściągnął język goryczą. Nie udawała niczego więcej i to było w niej dobre. Naprzeciw usiadł starszy Szkot z elektryków. Angus McLeod. Siwe włosy, dłonie jak dwa zużyte klucze francuskie i twarz, która wyglądała na wiecznie niezadowoloną z pogody.

— Marek — powiedział.

Mark podniósł wzrok. To było pierwsze poprawnie wymówione „Marek” od kilku dni.

— Tak.

— Marek — powtórzył Angus. — Ross powiedział, że to Marek. Nie Mark.

— Nikt nie umrze, jeśli powiesz Mark.

— Ale to nadal twoje imię.

Angus zaczął solić jajka. Mark milczał odrobinę za długo.

— Dzięki.

— Za co?

— Nothing.

— Dobrze. Nie znoszę wdzięczności przed kawą.

Jedli w ciszy. Na ścianie wisiał ekran z pogodą i statusem lotów. Przy jutrzejszych transferach pojawiła się żółta ikona wiatru. Ktoś przy sąsiednim stole zaklął, bo miał wracać do domu.

— Mój śmigłowiec jutro — powiedział Angus, widząc jego wzrok. — Żona mnie zabije, jeśli odwołają. Urodziny wnuczki.

— Ile ma lat?

— Sześć. Czyli podobno mam obowiązek znać różnicę między jednorożcem a pegazem.

— Wings.

Angus zmrużył oczy.

— Co?

— Pegasus has wings.

— Jezu. Ty też jesteś jednym z nich.

— Miałem córki.

Czas przeszły wyszedł z ust szybciej niż myśl. Mark odłożył widelec.

— Mam — poprawił. — Mam córki.

Angus niczego nie skomentował. To Mark polubił w nim najbardziej.

— Moje są dorosłe. Nadal kosztowne — powiedział tylko.

Mark zobaczył przez chwilę starszą córkę w piżamie w żółte kaczki. Miała może pięć lat i zasnęła mu na brzuchu w połowie filmu, z policzkiem wciśniętym pod jego brodę. Natalia próbowała ją przenieść, ale mała zacisnęła pięść na jego koszulce.

— Zostaw — szepnął wtedy Marek. — Obejrzymy do końca.

— Ona śpi.

— Ja nie.

Natalia nakryła ich kocem i usiadła obok. Film skończył się godzinę później. Żadne z nich nie pamiętało później tytułu. Telefonu w stołówce używać nie mogli, ale na zegarku Mark widział godzinę. Trzynasta dwanaście. W domu czternasta dwanaście. Kontrola Natalii powinna się już skończyć. Od rana nie miał dostępu do wiadomości. Myśl o tym siedziała pod mostkiem jak kamień. Niewielki, wystarczający, żeby każdy oddech o niego zahaczał.

— Gapisz się na zegarek — zauważył Angus.

— Żona ma badanie.

— Bad?

Mark przesunął palcem po krawędzi kubka.

— Było źle. Teraz sprawdzamy, czy nadal nie jest źle.

Angus skinął głową. Żadnego „sorry”, żadnego pytania o szczegóły.

— Kawa?

— Mam.

— To nie jest kawa. To kara.

Wstał, wrócił z drugim kubkiem i postawił go przed Markiem. Z innego ekspresu, tego przy kuchni, którego normalnie używała załoga stała. Ciągnęło z niej palonym ziarnem.

— Wyglądasz jak gówno — powiedział Angus. — Pij.

Mark napił się zbyt gorącej kawy i sparzył język. Wtedy nagle przypomniała mu się Natalia. Nie twarz, szpital czy jej chustka skrywająca głowę bez włosów po leczeniu ani zapach środków dezynfekcyjnych, którego przez miesiące nie mogli wyprać z kurtki. Kuchnia w dawnym mieszkaniu. Jeszcze przed wszystkim.

Stała przy ekspresie w jego koszuli, boso, z włosami związanymi byle jak. Podała mu filiżankę i ostrzegła:

— Gorąca.

Napił się od razu.

— Idiota.

— Chciałem sprawdzić, czy mnie okłamujesz.

— I?

— W tej sprawie jesteś wiarygodna.

Podeszła, wzięła go za brodę i pocałowała w usta, śmiejąc się, że teraz oboje będą mieli poparzony język. Wspomnienie trwało krócej niż łyk kawy. Stołówka wróciła razem z hukiem sztućców i zapachem frytury, a Mark odstawił kubek.

— Dobra kawa — powiedział.

— Wiem.

Angus jadł dalej. Po przerwie wrócili na dół; przewód impulsowy drgał mocniej. Mark zatrzymał się przy nim i zobaczył cienką rysę na wsporniku, świeżą, jaśniejszą od brudu, po czym znalazł Rossa.

— Spójrz.

Ross przyklęknął.

— Kurwa.

— Zadzwoń po niego.

Baird przyszedł po kilku minutach. Mark spodziewał się irytacji, ale supervisor zbladł odrobinę, kiedy zobaczył pęknięcie. Dotknął wspornika, potem rozejrzał się po instalacji.

— Odizolować linię. Teraz.

Nagle wszyscy zaczęli się ruszać szybciej. Radio ożyło. Ktoś przyniósł blokadę, ktoś inny dokumenty. Mark stał pod ścianą, już niepotrzebny. Ten sam człowiek, który rano kazał mu wycierać chłodziwo, omijał go teraz wzrokiem. Po kilkunastu minutach Baird podszedł.

— Dobrze wypatrzone.

— Drgało wszystkim przed oczami.

— Mimo wszystko. Dobrze wypatrzone.

Mógł wykorzystać moment. Przypomnieć o swoim doświadczeniu. Powiedzieć, że czyta instalacje szybciej niż połowa ludzi na tej platformie. Wyciągnąć kwalifikacje, dawną pozycję, całą tę martwą armię argumentów. Podniósł wiadro ze szmatami.

— Gdzie mam to zanieść?

Baird wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć.

— Magazyn.

— Dobra.

Idąc do magazynu omal nie wpadł na faceta w czarnej kurtce z wysokim kołnierzem. Mężczyzna jadł słonecznik i bez pośpiechu wypluwał łupiny do zgniecionej papierowej torebki. Mark zmierzył go karcącym wzrokiem — odruch z czasów, kiedy sam odpowiadał za porządek na hali — ale został całkowicie zlekceważony. W magazynku gryzący detergent szczypnął go w oczy. Odstawił wiadro i oparł czoło o chłodną metalową szafkę.

Ręce drżały mu lekko ze zmęczenia.

W kieszeni kombinezonu nie było telefonu. Nie było wiadomości ani wyniku kontroli. W kieszeni zostały klucz do szafki, długopis i kawałek brudnej taśmy izolacyjnej.

Miał ochotę uderzyć pięścią w blachę.

Zacisnął dłoń tak mocno, że pęknięcie skóry na kostce otworzyło się znowu. W rękawicy zrobiło się ciepło.

Rozdział 4. Dostarczono

Po zmianie prysznic nie zmywał platformy z człowieka.

Gorąca woda spływała po karku, ale metal nadal siedział na ciele. Skóra na dłoniach była ściągnięta od rękawic, pod jednym paznokciem został ciemny osad, a uszy jeszcze przez kilkanaście minut po zdjęciu ochronników trzymały w sobie niski pomruk pomp.

Mark stał pod strumieniem dłużej niż zwykle. W ciasnej kabinie zahaczał łokciem o ścianę, kiedy mył włosy, a nad odpływem zbierała się szara piana.

Telefon czekał w szafce.

Sześć wiadomości.

Pierwsza od Natalii.

Jestem po.

Druga, trzy minuty później:

Na razie czysto. Lekarz chce jeszcze jedno badanie za trzy miesiące.

Mark usiadł na ławce, mokry, z ręcznikiem na ramionach.

Przeczytał zdanie dwa razy, potem trzeci. „Na razie czysto” było sformułowaniem medycznym tylko z pozoru. Dla niego znaczyło: jeszcze trzy miesiące życia bez tego konkretnego strachu. Trzy miesiące, w których ból pleców nie oznaczał od razu przerzutów, kaszel nie prowadził w myślach do tomografu, a milczenie lekarza nie wydłużało korytarza do nieskończoności.

Napisał:

Kocham Cię.

Skasował.

Napisał:

Dobrze. Zadzwonię jak zjem.

To zostawił.

Kolejne wiadomości dotyczyły rachunku za dach, ubezpieczenia samochodu i przesyłki, którą miała odebrać córka. Ostatnia była zdjęciem psa siedzącego przy wejściu do domu.

Patrz kto czeka.

Mark powiększył fotografię.

Za psem było widać fragment podłogi i drzwi. Te same, które wybierał z Natalią siedząc przy plastikowym stole w niedokończonym salonie. Kłócili się wtedy o kolor. On chciał ciemne, ona jaśniejsze. W końcu kupili te, które podobały się jej, po czym przez pół roku opowiadał wszystkim, że sam je wybrał. Na zdjęciu w narożniku leżał jego stary parasol. Wciąż tam był. Zadziwiające, jak mało potrzeba, żeby człowiek uznał przedmiot za dowód własnego istnienia.

W kabinie współlokator jeszcze pracował, więc Mark miał godzinę samotności. Ubrał czystą koszulkę, spodnie dresowe i usiadł na łóżku. Materac zapadł się pod nim pośrodku. Nad głową biegła rura wentylacji, która co jakiś czas stukała, jakby ktoś wrzucał do niej kamyk. Wybrał Natalię. Odebrała po piątym sygnale.

— No.

Tylko ona mówiła „no” w sposób, który kiedyś potrafił go uspokoić, a teraz czasem brzmiał jak pytanie, czasem jak obowiązek.

— Cześć.

— Cześć. Słyszysz mnie?

— Dobrze. Ty mnie?

— Trochę przerywa.

Na ekranie pojawiła się jej twarz. Siedziała w samochodzie. Światło z parkingowej lampy robiło jej pod oczami głębsze cienie. Włosy miała krótsze niż dawniej, już odrosły, ale Mark wciąż pamiętał każdy etap ich powrotu. Najpierw miękki meszek. Potem krótkie, niesforne pasma, których nienawidziła. Kiedyś płakała przy lustrze, bo loki odrastały inaczej niż przed chemią. Powiedział wtedy, że wygląda pięknie. Wkurzyła się.

„Przestań mi mówić, jak mam wyglądać, żebym była piękna dla ciebie.”

Długo nie rozumiał, dlaczego to zdanie bolało ją bardziej niż cisza.

— I? — zapytał. — Co powiedział dokładnie?

Natalia westchnęła i oparła telefon o kierownicę.

— Dokładnie to, co napisałam. Na ten moment jest dobrze. Kontrola za trzy miesiące. Jeszcze mam wyniki krwi w przyszłym tygodniu.

— A ten węzeł?

— Reaktywny.

— Był pewny?

— Mark…

Zatrzymał się. W domu mówiła do niego Marek. „Mark” pojawiał się czasem żartem, kiedy naśladowała jego angielski, albo wtedy, kiedy chciała wbić mu szpilkę. Tym razem użyła go bez uśmiechu.

— Pytam tylko.

— Wiem. Ale ja byłam tam dwie godziny. Odpowiadałam na pytania, rozbierałam się, czekałam, patrzyłam lekarzowi w twarz. Napisałam ci od razu. Potrzebuję teraz przez godzinę nie analizować, czy on był wystarczająco pewny.

Mark przesunął dłonią po mokrych włosach.

— Dobra.

— Znowu się obraziłeś?

— Nie.

Słowo wyszło zbyt szybko. Natalia odwróciła twarz ku szybie samochodu. Kamera na sekundę zgubiła ostrość. Mark poczuł znajomy skurcz pod żebrami. Dawniej w takim miejscu rozmowy zaczynał walczyć o swoją intencję. Tłumaczył, że pyta z troski, że ma prawo się bać, że przecież to on organizował pieniądze, lekarzy, transport, że wszystko robił dla niej. Potrafił z dobrego uczucia zrobić narzędzie nacisku w trzy minuty i jeszcze długo uważać, że został niesprawiedliwie zrozumiany. Tym razem przełknął pierwszą odpowiedź.

— Masz rację — powiedział. — Dzisiaj wystarczy, że jest dobrze.

Jej twarz odrobinę zmiękła.

— Wystarczy.

— Jadłaś coś?

— Kupiłam sobie drożdżówkę po wyjściu.

— To nie jest jedzenie.

— Zaczyna się.

— Pytam.

— Marek, mam pięćdziesiąt lat. Potrafię przeżyć parking bez nadzoru żywieniowego.

— Jeszcze nie masz pięćdziesięciu.

— Dziękuję, że czuwasz nad faktami.

Uśmiechnęła się, a on odpowiedział tym samym. Przez kilka sekund byli znowu tą wcześniejszą parą, która potrafiła kłócić się o drożdżówkę i kończyć rozmowę śmiechem, zanim życie nauczyło ich liczyć pieniądze, wyniki, kilometry i dni między jednym powrotem a drugim.

— Jak praca? — zapytała.

— Dobrze.

— Naprawdę?

— Tak.

Na ekranie przesunął się cień jej dłoni.

— Masz tę minę.

— Jaką?

— Tę od „wszystko jest dobrze, tylko wszyscy są idiotami”.

Mark parsknął.

— To moja podstawowa mina.

— Wiem.

Mógł jej opowiedzieć o Bairdzie, o wycieku, o wsporniku, o tym, że przez pół dnia wycierał cudzy syf, a potem znalazł usterkę, której ludzie zatrudnieni do tego zadania nie zauważyli. Mógł powiedzieć, że supervisor nazwał go Markiem, bo tak łatwiej, i że z jakiegoś idiotycznego powodu zabolało go to bardziej niż powinno. Mógł powiedzieć o rękach. O tym, że skóra pęka. O tym, że po zmianie ma czasem ochotę położyć się w ubraniu i już niczego nie zdejmować, bo nawet prysznic wymaga decyzji. Natalia siedziała jednak na parkingu po kontroli onkologicznej i wyglądała, jakby cały dzień ktoś trzymał ją za kark.

— Normalnie — powiedział. — Stara instalacja. Trochę burdelu. Znalazłem jedną rzecz, która mogła pęknąć.

— Czyli jesteś zadowolony, bo uratowałeś świat.

— Kawałek rurki.

— Od czegoś trzeba zacząć.

Znów prawie się uśmiechnął.

— Wracasz do domu?

— Jeszcze do sklepu. Młoda chce coś na jutro do szkoły. I muszę wysłać ofertę klientce.

— O tej porze?

— O tej. W dzień miałam lekarza, pamiętasz?

W jej głosie pojawiła się cienka krawędź. Mark ją usłyszał.

— Pamiętam.

— Dobrze.

W samochodzie włączyło się światło, pewnie otworzyła drzwi.

— Będę lecieć. Zadzwoń jutro, jak będziesz mógł.

— Dobra.

— I posmaruj ręce.

Na kostkach skóra była popękana.

— Skąd wiesz?

— Bo znam cię trochę dłużej niż Angus czy jak on tam ma.

— Nie mówiłem ci o Angusie.

— Mówiłeś w zeszłym tygodniu. Ten od wnuczki.

Mark milczał. Natalia pamiętała.

— Racja.

— Dobranoc, Marek.

— Dobranoc.

Połączenie zgasło.

Na ekranie została jego twarz, odbita w czerni telefonu.

Siedział jeszcze chwilę bez ruchu. Potem wszedł w rozmowę i przewinął do wiadomości sprzed kilku miesięcy. Zaglądał tam rzadziej niż kiedyś.

Pachniesz domem — napisał wtedy.

Odpowiedziała sercem.

Poniżej znajdowała się ich późniejsza kłótnia o pieniądze, następnego dnia zdjęcie śniadania, potem informacja o badaniu, rachunek, żart, fotografia zachodu słońca, dwa tygodnie zwykłego życia przepuszczonego przez mały ekran.

Małżeństwo mieściło się w pamięci telefonu lepiej niż w ich wspólnym domu.

Mark otworzył notatki.

Granatowa koperta leżała setki kilometrów dalej, w pokoju przy parkingu w Aberdeen, ale tekst miał również w telefonie. Bez tytułu. Data sprzed dwóch miesięcy.

Pachniesz domem.

Perfumy są najmniej ważne. Przy tobie pamiętam, dokąd próbuję wrócić, nawet kiedy nie wiem, czy mam jeszcze prawo używać słowa „wracam”. Przesunął niżej. Czytał własne zdania z narastającym zażenowaniem. W nocy wydawały się uczciwe. Za dnia brzmiały jak list człowieka, który pomylił szczerość z ciężarem i chciał położyć go komuś na kolanach.

Zatrzymał się przy fragmencie:

Wybrałem Ciebie świadomie.

Dopisał pod nim:

Może przez to tak długo nie zauważałem, że ty też masz prawo wybierać.

Patrzył na zdanie, które nie było piękne i trochę kulało, ale zostawił je.

W korytarzu ktoś trzasnął drzwiami. Wentylacja zadrżała nad łóżkiem. Z zewnątrz, przez ścianę, dobiegał niski pomruk instalacji, równy jak oddech wielkiego zwierzęcia.

Mark zamknął notatkę.

W rozmowie z Natalią pod jego ostatnim „Dobranoc” pojawiło się: Dostarczono.

Potem także: Odczytano.

Odłożył telefon ekranem do dołu.

Ręce rzeczywiście piekły. Wstał, znalazł w szafce małą tubkę kremu, którą kupiła mu Natalia jeszcze przed wyjazdem, i po raz pierwszy od kilku dni jej użył.

Pachniała tak samo jak jej dłonie zimą.

Rozdział 5. Stara instalacja

O piątej czterdzieści warsztat mechaniczny wyglądał jak miejsce, w którym przez trzydzieści lat niczego naprawdę nie wyrzucono.

Stary olej wsiąkł w beton przy stołach, grafitowy pył siedział w rysach podłogi, a na perforowanych tablicach wisiały klucze pamiętające kilka generacji ludzi. Część miała starte oznaczenia. Na rękojeści jednego ktoś wyciął nożem inicjały i datę sprzed dwudziestu dwóch lat. Nad wszystkim pracowała wentylacja, bezskutecznie przesuwając ciężkie, zużyte powietrze z jednego końca hali na drugi.

Mark założył rękawice dopiero przy stole. Krem Natalii przez noc zamknął część pęknięć, ale skóra na kostkach nadal była szorstka i napięta. Kiedy zacisnął palce na grzechotce, dwie ranki odezwały się cienkim pieczeniem.

— Morning, szefie.

Ross rzucił to bez złośliwości, zajęty szukaniem nasadki w metalowej szufladzie. Blacha zgrzytnęła, coś ciężkiego przetoczyło się w środku.

— Nie jestem twoim szefem.

— I dobrze. Baird wystarczy.

Na stole leżał wydruk zlecenia. Pompa obiegu wody chłodzącej, lokalny przeciek przy napędzie, kontrola sprzęgła, wymiana uszczelnienia i ponowny montaż osłony. Prosta robota na papierze. Na starej instalacji proste rzeczy miały zwyczaj przychodzić z rdzą, zapieczonym gwintem i poprzednim człowiekiem, który dokręcił śrubę „ile fabryka dała”. Baird pojawił się z radiem przypiętym wysoko na piersi. W jednej ręce trzymał kubek, w drugiej laminowaną kartę pozwolenia.

— Izolacja potwierdzona. Elektryka zablokowana, zawory zamknięte, układ spuszczony. Dotkniesz czegokolwiek poza zakresem roboty, najpierw dzwonisz do mnie.

Podał Rossowi permit. Mark odruchowo przejrzał numery urządzenia, punkty odcięcia i podpis osoby wydającej. W jednym miejscu data była poprawiona długopisem.

— Problem? — zapytał Baird.

— Czytam.

— Widzę.

Mark przesunął palcem po rubryce izolacji.

— Spust potwierdzony?

Baird przeniósł uwagę z niego na papier.

— Verified.

— Przez kogo?

— Przez kogoś, kto ma w obowiązkach potwierdzanie spustu.

Ross uciekł wzrokiem do skrzynki. Słychać było tylko syk sprężonego powietrza gdzieś za ścianą i głuchy łomot pracującej pompy na sąsiednim układzie. Dawny Mark dociągnąłby pytanie do końca. Nazwisko, podpis, godzina, potwierdzenie. Ludzie nie lubili go za takie rzeczy, ale kiedy faktura opiewała na kilka milionów, a awaria mogła zatrzymać budowę, potrafił przez dwadzieścia minut stać nad jednym dokumentem i doprowadzać kierownika do szału. Tutaj miał na piersi plakietkę z cudzym logo i numerem pracownika tymczasowego.

— Dobra — powiedział.

Baird jeszcze przez chwilę nie odchodził.

— Jest w porządku. Tylko pamiętaj, gdzie jesteś.

Odpowiedź miał na końcu języka, ale ją przełknął.

— Pamiętam.

Droga do pompy prowadziła przez dwa poziomy kratownic. Morze widać było między żebrami konstrukcji: ołowiane, pocięte białymi grzbietami. Wiatr wciskał drobny deszcz pod kaptur; z instalacji procesowej ciągnął kwaśny odór. Na metalowych stopniach zebrała się tłusta wilgoć. Każdy krok buta odpowiadał pustym uderzeniem w stal. Przy pompie czekała już czerwona blokada na rozdzielni lokalnej i dwie zawieszki z numerami izolacji. Ross sprawdził tabliczkę urządzenia, potem zawór spustowy. Z przewodu wyszło jeszcze kilka brudnych kropli. Woda zostawiła na rękawicy cienką, szarą smugę.

— Wystarczająco martwe jak dla ciebie?

— Zapytaj, jak to otworzymy.

Ross parsknął.

— Wesoły z ciebie skurwysyn z samego rana.

Osłona sprzęgła trzymała się na czterech śrubach. Dwie puściły od razu. Trzecia zapiszczała przy pierwszym ruchu klucza i stanęła. Mark zmienił pozycję. Kratownica wbijała się przez nakolannik w rzepkę. Pryskał penetrantem krótkimi seriami, czekając, aż rdzawy gwint ściemnieje. Preparat szczypnął w nos nawet przez półmaskę. Wcisnął przedłużkę na grzechotkę. Śruba drgnęła może o milimetr. Mark cofnął ją, znowu ruszył do przodu, jeszcze raz cofnął. Metal trzeszczał pod ręką. Po kilku minutach gwint puścił i wykręcił się oblepiony brunatną mazią. Czwarta wyszła z połową starej farby. Pod osłoną sprzęgło było oblepione pyłem ze startego elastomeru. Czarna guma przywarła do wnętrza jak sadza. Ross przesunął lampę. Mark dotknął wkładki końcem śrubokręta.

— To pracowało za gorąco.

— Na to wygląda.

Przy napędzie zebrała się stara mieszanina oleju i kurzu. Pierwsza warstwa schodziła szmatą jak czarna pasta. Pod nią pojawiła się świeższa, jasnobrązowa strużka.

— Tu masz swój wyciek.

Ross pochylił głowę.

— Seal?

— Może. Najpierw wyczyśćmy.

Przez następne dwadzieścia minut robili coś, czego Mark kiedyś nawet nie uznawałby za pracę wartą odnotowania. Szmata, odtłuszczacz, plastikowy skrobak, kolejna szmata. Przy mankiecie rękawicy została ciemna smuga, a po kilku minutach klęczenia krata zaczęła wbijać się w kolana. Kiedy wstał po nową butelkę preparatu, kolana zaprotestowały tępo. Dopiero na czystym metalu wyszło, że pokrywa była dokręcona nierówno. Jeden łeb śruby siedział głębiej, drugi nosił ślady po źle dobranej nasadce. Mark przyłożył palec do szczeliny.

— Ktoś to wcześniej otwierał.

— Tutaj każdy wcześniej otwierał wszystko — odpowiedział Ross. — Taki offshore.

Zdjęli pokrywę. Uszczelka rozpadła się przy odrywaniu na trzy kawałki. Grafit został na przylgni, cienki i czarny jak spalona skóra. Mark skrobał go powoli, prowadząc ostrze prawie płasko. Jeden głębszy ruch wystarczyłby, żeby zrobić rysę tam, gdzie potem miało trzymać uszczelnienie.

— Robiłeś to już wcześniej — powiedział Ross.

— Wiele rzeczy robiłem wcześniej.

— Ta odpowiedź brzmi drogo.

Mark podniósł wzrok.

— Było.

Ross czekał, ale tym razem pytanie nie przyszło. Podał mu włókninę ścierną. Mark to docenił. Pytania ludzi często nie wynikały z zainteresowania, tylko z potrzeby znalezienia miejsca, w którym można wsadzić cudze życie, żeby przestało przeszkadzać: bogaty, biedny, winny, niewinny, rozwiedziony, emigrant, przegrany. Jedno pudełko zwykle wystarczało. Przylgnia zaczęła błyszczeć. Pod palcami była gładka, chłodna, miejscami wżarta solą. Ross otworzył mały pojemnik z pastą przeciwzatarciową. Miedziana masa miała kolor starego złota. Nabrał jej zbyt dużo.

Mark wytarł nadmiar z gwintu śruby. Miedziana pasta została w załamaniach rękawicy. Przez sekundę pomyślał o swoich dawnych dłoniach: paznokcie czyste, zegarek drogi, papier w palcach. Potem o tym samym zegarku wrzucanym dziś rano do plastikowej kuwety obok pasa roboczego. Dokręcali pokrywę krzyżowo, po trochu. Klucz dynamometryczny kliknął raz, potem drugi. Ten dźwięk lubił: konkretny, bez dyskusji, kończący sprawę w chwili osiągnięcia momentu. Z ludźmi moment zawsze przychodził za późno albo za wcześnie. Nikt nie podawał wartości, przy której należało przestać dokręcać. Przy sprzęgle wyszła jeszcze jedna rzecz. Wkładka elastyczna miała pęknięcie przy jednym z ramion. Niewielkie, ale wyraźne po zgięciu pod lampą.

— Potrzebujemy nowej wkładki sprzęgła — powiedział Ross.

Mark przyjął to bez komentarza.

— I sprawdź osiowanie.

— Tego nie ma w zleceniu.

Ross powiedział to automatycznie i zaraz skrzywił się, jakby usłyszał Bairda we własnym głosie.

— Kurwa. Wiem.

Mark uśmiechnął się pierwszy raz od rana.

— Zadzwoń po niego.

Baird przyszedł po siedmiu minutach. Obejrzał wkładkę, potem zegarek.

— Jak źle?

— Na tyle źle, żeby wymienić — odpowiedział Ross.

— Alignment?

Ross czekał, a Mark poczuł niechęć do samego siebie, zanim jeszcze otworzył usta.

— Worth checking.

Baird przeciągnął językiem po zębach.

— Two hours.

— Jeśli śruby wyjdą bez walki.

— Nie wyjdą.

Supervisor wziął radio.

— Dwie godziny. Potem potrzebuję was przy skidzie filtrów.

Odchodził już, kiedy zawrócił. Mark został z kluczem w dłoni, a do południa zmęczenie weszło mu w przedramiona. Przy zdejmowaniu rękawicy zaklął pod nosem i poszedł za Rossem do następnej roboty.

Rozdział 6. Pięćdziesiąt

W stołówce podawali gulasz, który wyglądał lepiej, niż później zachowywał się w ustach. Para osiadała na szybie przy wydawce. Podłoga kleiła się cienka warstwa wody naniesionej z butów, a przy automacie z kawą ktoś zostawił brudny papierowy kubek z odciskiem smaru na boku. Telewizor pod sufitem pokazywał pogodę bez dźwięku. Pas czerwieni przesuwał się nad Morzem Północnym. Domył się w pośpiechu i usiadł z Rossem przy końcu stołu.

— Powinieneś nosić rękawice — powiedział Ross.

— Bardzo śmieszne.

— Ćwiczę.

Ross jadł szybko, prawie bez gryzienia. W końcu zwolnił.

— No to czym się zajmowałeś?

— Dzisiaj?

— Before.

Łyżka zatrzymała się Markowi nad talerzem.

— Things.

— Expensive things.

— Sometimes.

— Mechanika? Budowlanka? Ropa?

Z sąsiedniego stolika wybuchł śmiech. Ktoś opowiadał historię o człowieku, który pomylił torbę z praniem z torbą sprzętu na helikopter. Mark przełknął kawałek mięsa.

— Miałem firmę.

— Własną?

— Tak.

— Big?

Mógł powiedzieć „średnia”, wzruszyć ramionami albo skłamać, że pięć osób i jeden samochód. Odezwała się jednak ta część, która przez lata potrafiła mierzyć własną wartość liczbą ludzi czekających na decyzję.

— Około pięćdziesięciu.

Ross przestał jeść.

— Fifty?

— Around.

— Employees?

— No. Hamsters.

Młody fitter roześmiał się tak głośno, że człowiek przy sąsiednim stole obejrzał się przez ramię.

— Pięćdziesiąt pieprzonych ludzi, a teraz czyścisz ze mną uszczelnienia?

To zdanie zabolało bardziej, ponieważ Ross powiedział je bez pogardy. Była w nim zwyczajna ciekawość kogoś, kto zobaczył dwie części równania i nie rozumiał, jak mogły dać taki wynik.

— Teraz czyszczę z tobą uszczelnienia.

— Co się stało?

Mark odłożył łyżkę. Na jej metalowej powierzchni drżało odbicie lamp.

— Life.

— To gówniana odpowiedź.

— Za to darmowa.

Ross uniósł obie dłonie.

— Dobra.

Przy stole zrobiło się cicho na kilka sekund. Nie ciężko, po prostu cicho. Mark docenił to bardziej, niż chciał. Gdy uniósł kubek, wróciło dawne biuro. W dawnym biurze ekspres stał przy korytarzu prowadzącym do księgowości. Ziarna były za drogie, bo Mark uważał, że jeśli ludzie spędzają w pracy pół życia, kawa przynajmniej nie powinna smakować byle jak. W piątki przy urządzeniu tworzyła się kolejka. Ktoś żartował, ktoś przeklinał drukarkę, siostra przynosiła dokumenty do podpisu, szwagier wchodził bez pukania, brat opierał się o futrynę i pytał, czy może przesunąć płatność o dwa dni. Pięćdziesiąt osób. Pięćdziesiąt wypłat. Pięćdziesiąt powodów, żeby w poniedziałek wstać wcześniej. Wtedy lubił mówić, że firma jest jak rodzina.

Później nauczył się, że z rodziną można zrobić rzeczy, których człowiekowi obcemu byłoby wstyd. Wrócił do stołówki, kiedy Ross odsunął swój talerz.

— Tęsknisz za tym?

Pytanie było lepsze od poprzedniego.

— Some days.

— Za byciem szefem?

Pod paznokciem został czarny brud.

— Za byciem człowiekiem, któremu się wydawało, że wie, jak wygląda jutro.

Ross pokiwał głową, jakby zrozumiał tylko część; może wystarczyło. Angus przysiadł się z tacą z frytkami, dwoma jajkami i kubkiem herbaty. Na szyi, tuż przy kołnierzu kombinezonu, została mu cienka czerwona linia po pasku okularów ochronnych.

— Pogoda robi się gówniana.

— Już była gówniana — odpowiedział Ross.

— Inna kategoria gówna.

Angus wskazał brodą ekran. Czerwony pas nad morzem zgęstniał.

— Śmigłowiec może nie przylecieć.

Mark pamiętał o urodzinach wnuczki Angusa.

— Jutro?

— Wieczorem będą wiedzieć.

Angus przeciął jajko krawędzią widelca. Żółtko rozlało się po frytkach.

— Kończy sześć lat. Obiecałem, że będę, kiedy się obudzi.

Powtarzał się ale w jego głosie nie było dramatu. Tylko irytacja człowieka, który nauczył się, że morze ma własny kalendarz i żadnego szacunku dla cudzych obietnic.

— Wideorozmowa — rzucił Ross.

— Powiedz sześciolatce, żeby przytuliła iPada.

Ross zamknął usta. Mark przypomniał sobie młodszą córkę z czasów, kiedy mieściła się między nim a Natalią na kanapie i zasypiała z nogami na jego udach. Później tę samą dziewczynę widywał na ekranie: fryzury, których nie znał, nowe okulary, świadectwa, zdjęcia z wyjazdów. Dzieci rosły w aparacie telefonu bez pytania, czy ojciec nadąża. Przypomniał sobie naukę jazdy na rowerze. Młodsza wrzeszczała, żeby nie puszczał siodełka. Marek biegł za nią pół ulicy, jedną ręką trzymając rower, drugą machając Natalii, żeby zeszła z drogi. W końcu puścił. Córka przejechała może piętnaście metrów i wpadła prosto w żywopłot. Najpierw zapadła cisza. Potem z krzaków dobiegło: — Tato, jeszcze raz.

Natalia śmiała się tak mocno, że musiała oprzeć się o furtkę.

— Masz dzieci? — zapytał Angus.

— Dwie córki.

— Ages?

Mark odpowiedział, ale wypowiadane liczby zabrzmiały obco, jakby były za duże. Angus popatrzył na niego ponad kubkiem.

— Nadal mieszkają w domu?

— Zależy, co nazywasz domem.

Ross odchylił się na krześle.

— To zabrzmiało cholernie depresyjnie.

— Jedz gulasz.

Mark zamieszał zupę i podniósł oczy znad talerza. Przy drugim końcu stołówki siedział ten sam mężczyzna z czarnej kurtki, którego widział wcześniej ze słonecznikiem na pokładzie. Chwilę patrzył na Marka, jakby próbował sobie coś przypomnieć, po czym spokojnie wrócił do skórki chleba. Po przerwie trafili na filtr oleju hydraulicznego przy jednym z pomocniczych agregatów. Obudowa była niska, ustawiona tak, że człowiek musiał pracować z głową niemal przy podłodze. W kuwecie ociekowej zebrała się cienka warstwa ciemnej cieczy, błyszcząca pod lampą jak herbata. Ross zamknął zawory, a Mark trzymał pojemnik pod korkiem spustowym. Pierwszy strumień trafił w środek. Drugi odbił się od klucza i rozchlapał po rękawie.

— Kurwa.

Ciepły olej przeszedł przez zewnętrzną warstwę i przykleił materiał do przedramienia.

— W porządku?

— Perfect.

Słowo zabrzmiało tak samo jak poprzedniego dnia. Ross usłyszał to i uśmiechnął się pod nosem. Filtr wyszedł ciężko. Wkład był ciemny, lepki, pełen drobnego metalicznego połysku. Mark obrócił go pod lampą.

— Widzisz to?

Ross zbliżył twarz.

— Shavings?

— Może. Albo brokat, jeśli maszyna urządziła sobie imprezę.

Młody roześmiał się.

— Pakujemy to do worka.

Wsunęli wkład do przezroczystego worka i opisali markerem. Data, numer urządzenia, godzina. Mark pisał równo, mocno dociskając końcówkę. Na moment zobaczył inny dokument: kilkanaście stron spiętych zszywką, z nazwiskami ludzi, których zatrudniał, i zdaniami podkreślonymi przez kogoś obcego. Protokół i zeznania pokazywały, jak każdy ratował siebie, a papier nie pokazywał, jak ktoś odwracał wzrok przy świątecznym stole. Marker zatrzymał się na folii.

— Marek?

Ross powiedział jego imię poprawnie. Mark zamrugał.

— Tak.

— Wpisałeś złą datę.

Rzeczywiście. Wpisał dzień sprzed kilku lat. Ten sam, który widniał na pierwszej stronie jednego z protokołów. Przekreślił cyfry grubą kreską.

— Długi dzień.

— Jest jedenasta.

— To długie życie.

Ross nie ciągnął.


Wieczorem długo trzymał ręce pod wodą. Czarny ślad po robocie został w rowkach skóry mimo szczotki.

Rozdział 7. Jeszcze jedna zmiana

O dziewiętnastej trzydzieści na tablicy lotów pojawiło się jedno słowo: DELAYED. Nikt nie klął od razu. Ludzie przywykli do tego rodzaju złych wiadomości. Najpierw patrzyli na ekran, potem na siebie, dopiero później zaczynały się telefony, sprawdzanie prognozy, pytania do koordynatora. Na morzu rozczarowanie miało procedurę. Angus stał pod tablicą z rękami w kieszeniach. Przy jego nazwisku widniał poranny lot.

— Mówią, że boczny wiatr i niski pułap chmur — powiedział.

Za oknami deszcz leciał niemal poziomo. Lampy na pokładzie rozpływały się w szybach w długie żółte smugi.

— Może rano się przetrze.

— Może wyrosną mi skrzydła.

Telefon starszego Szkota zadzwonił. Na ekranie pojawiła się fotografia małej dziewczynki w papierowej koronie. Angus popatrzył na Marka i odszedł kilka kroków. Mark słyszał tylko urywki.

— Hej, mały potworze… tak… wiem…

Głos Angusa zmienił się. Stwardniały przez cały dzień akcent zrobił się miękki, prawie śmieszny. Mówił o torcie, świeczkach, prezencie schowanym „tam, gdzie babcia nie znajdzie”. Potem długo słuchał. Mark odwrócił się do okna. W jego telefonie czekały trzy wiadomości od Natalii. Pierwsza dotyczyła kosztorysu dachu. Druga: zdjęcie zacieków na ścianie w korytarzu. Trzecia przyszła piętnaście minut później. Zobacz proszę, czy dasz radę wysłać więcej w tym miesiącu. Jak nie, rozłożę to. Przeczytał dwa razy ostatnie zdanie. „Jak nie, rozłożę to.” Natalia pisała tak od czasu choroby. Zostawiała mu wyjście, którego i tak nie używał.

Otworzył aplikację bankową i przeszedł przez saldo, przelewy, kartę oraz rachunki. Liczby były chłodne i posłuszne; w nich nadal potrafił funkcjonować. Jeśli czegoś brakowało, należało zarobić więcej albo wydać mniej. Człowiek przyzwyczajony do rozwiązywania problemów finansami długo nie zauważa, że istnieją rachunki, których nie da się opłacić. Za plecami Angus skończył rozmowę.

— Zapytała, czy helikopter boi się deszczu.

Mark uśmiechnął się.

— Co powiedziałeś?

— Że helikopter ma więcej rozsądku niż jej dziadek.

Angus wsunął telefon do kieszeni.

— Płakała?

— Gorzej. Powiedziała „okej”.

To „okay” zostało między nimi na chwilę. Mark znał ten rodzaj słowa. Do świetlicy wszedł Baird.

— Jutro potrzebujemy dodatkowej pary rąk, jeśli schodząca załoga nie odleci. Mamy zaległości w utrzymaniu ruchu.

Kilku ludzi odwróciło wzrok z zawodową wprawą.

— Overtime? — zapytał ktoś.

— Paid.

Odpowiedź wyszła z niego szybciej, niż zdążył policzyć konsekwencje.

— Mogę zostać.

Baird popatrzył na niego.

— Już robisz pełną zmianę.

— Wiem.

— Potrzebujesz odpoczynku tak samo jak pieniędzy.

Zdanie zaskoczyło Marka. Supervisor pierwszy raz zabrzmiał jak człowiek, nie regulamin.

— Mogę zostać.

Baird wzruszył ramionami.

— Twój wybór. Jeśli lot pójdzie, dwa dni. Jeśli nie, aż zwolnią się miejsca.

— Dobra.

Angus patrzył na niego, kiedy Baird odszedł.

— Zawsze tak robisz?

— Co?

— Sprzedajesz ten kawałek, który należy do ciebie.

Mark oparł bark o ścianę.

— Płacą nadgodziny.

— Aye. Płacą za godziny. Resztę dostają tanio.

To było zdanie starego człowieka zmęczonego własną pracą, nie aforyzm. Angus powiedział je, ziewnął i zaczął szukać czegoś w kieszeni wyjmując stare chusteczki, papierki i jakieś paprochy. Telefon z wiadomością Natalii nadal świecił mu w dłoni. Dam radę. Wyślę. Kciuk zawisł nad klawiaturą. Zostaję dwa dni dłużej. Dopisał, przeczytał i skasował drugie zdanie. Dam radę. Wyślę. Wysłał.


Następnego ranka wiatr nie osłabł, a helikopter Angusa przesunęli z szóstej na dziesiątą, potem na trzynastą. O dziewiątej Mark był już na dolnym pokładzie przy układzie hydraulicznym, z pasem narzędzi ciągnącym biodra w dół. Robota polegała na wymianie krótkiego odcinka elastycznego przewodu, który pocił się olejem przy zakuciu. Każdy element wyglądał niegroźnie, dopóki człowiek nie przypomniał sobie, pod jakim ciśnieniem pracuje. Układ został odstawiony, odciążony, zabezpieczony. Mimo tego Ross sprawdził manometr dwa razy.

— Zero.

— Otwórz odpowietrzenie.

Po poluzowaniu odpowietrzenia wyszło jeszcze krótkie syknięcie i dwie krople oleju. Wskazówka stała przy zerze. Przewód prowadził za wspornikiem, niemal przy samej ścianie. Dostęp zaprojektował ktoś, kto najwyraźniej nie przewidział obecności ludzkich nadgarstków. Mark wsunął rękę między rurę a blachę. Klucz płaski ledwie mieścił się na nakrętce. Każde przesunięcie dawało może jedną szóstą obrotu. Metal obcierał skórę nad rękawicą.

— Chcesz, żebym spróbował? — zapytał Ross.

— Mam to.

Po dziesięciu minutach nadal miał „it”. Nakrętka prawie nie drgnęła.

— Wiele rzeczy masz — powiedział Ross. — Ale tego akurat nie.

Mark cofnął rękę. Na nadgarstku pojawiła się czerwona smuga.

— Twoja kolej.

Ross miał chudsze dłonie. Wszedł kluczem pod innym kątem i po trzech próbach puścił połączenie.

— Youth.

— Small hands.

— Nie psuj mi chwili.

Resztka cieczy z przewodu spłynęła do kuwety i przykleiła rękaw kombinezonu do przedramienia. Nowy przewód był sztywniejszy. Na złączach błyszczały świeże powierzchnie. Ross oczyścił gwinty, Mark podał mu małą szczotkę i cienką warstwę zalecanego środka montażowego. Bez garści smaru, bez „żeby było”. Tyle, ile trzeba. Przy dokręcaniu jeden z kluczy ześlizgnął się. Kostki Marka uderzyły o wspornik. Ból przyszedł czysty, biały. Ręka odskoczyła.

— Kurwa.

Pod rękawicą skóra pękła na dwóch palcach. Krew wsiąkała powoli w materiał.

— Stop.

— To nic.

— Zdejmij rękawicę.

Ross powiedział to tonem, którego Mark nie spodziewał się po chłopaku młodszym od jego starszej córki. Zdjął rękawicę. Na kostce rozchodziło się płytkie rozcięcie.

— Punkt medyczny.

— Ross.

— Krwawisz przy mojej robocie, papierologia robi się moim problemem. Ruszaj.

Mark chciał się wściec, ale parsknął.

— Materiał na kierownika.

— Exactly.

W punkcie medycznym śmierdziało środkiem dezynfekcyjnym. Pielęgniarz przemył ranę, sprawdził ruch palców i przykleił plastry wzmacniające. Później owinął dłoń cienkim bandażem.

— Trzymaj to suche.

Mokry kombinezon mówił sam za siebie.

— Jasne.

Pielęgniarz uniósł brwi.

— Mówię poważnie.

— Morze Północne też.

Wracając, minął tablicę lotów. Przy locie Angusa pojawiło się BOARDING, więc się zatrzymał. Starszy Szkot stał już w czerwonym kombinezonie transportowym, z torbą przy nodze. Kiedy zobaczył Marka, uniósł kciuk.

— Wings grew.

— Powiedz jej, że helikopter przestał się bać.

— Powiem.

Angus popatrzył na zabandażowaną dłoń.

— A ty przestań sprzedawać wszystko.

Mark machnął ręką.

— Jedź do domu.

Te dwa słowa wyszły łatwo. Patrzył, jak Angus odchodzi korytarzem w stronę odprawy. Za szybą morze było prawie białe od wiatru. Angus zniknął za drzwiami odprawy.

Rozdział 8. Jeszcze trochę

Natalia zadzwoniła wieczorem, zanim Mark zdążył zdjąć bandaż zabrudzony na brzegu smarem. Siedział na dolnym łóżku. Kombinezon wisiał na haku, ciężki od wilgoci, a skarpety suszyły się pod nawiewem; po całym dniu samo zdjęcie butów przyniosło ulgę. W kabinie było za ciepło. Wentylacja dmuchała suchym powietrzem prosto w twarz. Odebrał wideo. Natalia była w kuchni. Za jej plecami stał garnek, na blacie leżała otwarta koperta, a przy zlewie wisiał ręcznik w czerwone paski. Mark znał ten ręcznik. Kupił go kiedyś przypadkiem na stacji benzynowej, bo stary został w samochodzie po wyjeździe nad jezioro. Głupi przedmiot, który przeżył kilka jego samochodów, firmę i część małżeństwa.

— Co z ręką?

Bandaż był zabrudzony na brzegu.

— Nic.

— Widzę, że nic.

— Klucz się ześlizgnął. Dwa małe cięcia.

Natalia postawiła telefon przy cukiernicy i nachyliła się do ekranu.

— Byłeś u medyka?

— Tak.

— Pokaż.

— Jest zabandażowane.

— Marek.

Zdjął wierzchni opatrunek. Plastry pod spodem były czyste.

— Zadowolona?

— Nie. Spokojniejsza.

Żadne z nich się nie odzywało. W jej kuchni zagotowała się woda. Czajnik kliknął. Ten dźwięk przeszedł przez setki kilometrów i uderzył Marka czymś bardzo prostym: kiedyś wiedział, w której szafce Natalia trzyma herbatę, zanim zdążyła poprosić. Kiedy dziewczynki były małe, sobotnie śniadania miały własny bałagan. Jedna chciała jajko tylko z płynnym żółtkiem, druga jadła sam środek bułki. Natalia kradła Markowi kawałki sera z deski, choć twierdziła, że nie jest głodna.

— Kup sobie własny — mówił.

— Ten smakuje lepiej.

— Bo mój?

— Bo ukradziony.

Potem któraś córka rozlewała kakao i cały rytuał zaczynał się od nowa.

— Widziałeś kosztorys?

— Widziałem. Wyślę.

— Nie musisz całego.

— Wyślę.

Na ekranie jej twarz zmieniła się ledwie zauważalnie; usta zrobiły się cieńsze.

— Dobrze.

To „dobrze” znał. Natalia używała go wtedy, kiedy temat miał zostać na stole, ale ona nie miała już siły go ruszać.

— Co?

— Nic.

— Widzę.

Natalia sięgnęła po kubek.

— Zostałeś dłużej?

Palce Marka zacisnęły się na krawędzi łóżka.

— Skąd wiesz?

— Napisał Angus.

Ekran nie dawał żadnej podpowiedzi.

— Co?

Twarz Natalii pozostała poważna. Potem prychnęła śmiechem.

— Żartuję. Znam cię.

Mark też się uśmiechnął, ale za późno.

— Dwa dni.

— Oczywiście.

— Co znaczy „oczywiście”?

Natalia odsunęła telefon od siebie i usiadła przy stole.

— To, co znaczy.

— Nienawidzę, kiedy tak mówisz.

— A ja nie mam ochoty robić z tego kolejnej kłótni.

— To po co zaczynasz?

W kuchni po jej stronie tykał zegar. Mark pamiętał ten odgłos z nocy po pierwszym leczeniu, kiedy siedział z nią przy stole do czwartej nad ranem, a ona nie mogła przestać drżeć z zimna.

— Ja zaczynam? — zapytała.

Wiedział już, że źle skręcił, ale duma miała własną bezwładność.

— Powiedziałaś „oczywiście” takim tonem.

— Marek, ty zostałeś dłużej i nawet mi o tym nie napisałeś.

— Bo potrzebujemy pieniędzy.

— Potrzebujemy. Wiem.

— Dach się sam nie zrobi.

— Wiem.

— Leczenie też nie było za darmo.

Po drugiej stronie zapadła cisza, która natychmiast zmieniła temperaturę rozmowy. Mark poczuł własne zdanie dopiero wtedy, gdy już wisiało między nimi. Natalia odstawiła kubek bardzo ostrożnie.

— Tego akurat nie musisz mi przypominać.

W jego głowie pojawiło się kilka możliwych odpowiedzi. Każda brzmiała gorzej od poprzedniej.

— Nie o to mi chodziło.

— Wiem, o co ci chodziło.

— Chyba nie.

Natalia przetarła palcem brzeg kubka. Jej paznokcie były krótkie, bez lakieru.

— Dziewięćdziesiąt tysięcy euro — powiedziała cicho. — Znasz tę liczbę lepiej niż datę naszej rocznicy.

— To jest nie fair.

— Pewnie.

Mark wstał z łóżka. Kabina natychmiast zrobiła się za mała. Dwa kroki do drzwi, dwa do ściany.

— Robiłem wszystko, żebyś miała leczenie.

— Wiem.

— Sprzedałem, co się dało.

— Wiem.

— Wyjechałem, bo…

— Wiem, Marek.

Podniosła głos pierwszy raz.

— Wiem. To jest najgorsze, że ja to wszystko wiem.

Stanął. Natalia zacisnęła dłonie wokół kubka.

— Wiem, ile zrobiłeś. Wiem, ile pracujesz. Wiem, ile wysyłasz. Wiem, że połowę rzeczy nadal robisz dla mnie i dla dziewczyn. Tylko czasem chciałabym, żebyś zapytał, zanim zdecydujesz, że znowu oddasz kawałek życia.

— Mam pytać o zgodę na pracę?

Zobaczył, jak coś w jej twarzy gaśnie.

— Widzisz?

— Co?

— Nic.

Tym razem „nic” było końcem, nie początkiem. Natalia wstała. Kamera pokazała na chwilę sufit, lampę, fragment szafki.

— Idę spać.

— Świetnie.

Słowo wyskoczyło z niego odruchowo. Na ekranie Natalia wróciła przed kamerę.

— I coraz częściej nic ci nie mówię.

Mark poczuł, jak gorąco podchodzi mu pod szyję.

— Bo co? Bo jak mam inne zdanie, to od razu jestem najgorszy?

— Nie. Bo z tobą każda rozmowa musi mieć zwycięzcę.

To trafiło dokładnie tam, gdzie powinno, więc natychmiast chciał się bronić.

— Bzdura.

Natalia patrzyła na niego przez kilka sekund.

— Dobranoc.

Połączenie się skończyło.

Mark został z własną twarzą na czarnym ekranie.

W sąsiedniej kabinie ktoś puścił wodę pod prysznicem. Rury zaczęły drżeć w ścianie. Z korytarza przyszedł śmiech dwóch ludzi wracających ze świetlicy.

Usiadł.

Bandaż zdjął wcześniej. Plaster ciągnął przy zgięciu palca.

Otworzył rozmowę z Natalią.

Kursor czekał.

Przepraszam.

Napisał. Słowo zostało na ekranie.

Skasował.

Nie chciałem ci wypominać leczenia.

Skasował. Zdanie zaczynało się od niego, nie od niej.

Masz rację.

To również usunął, bo brzmiało jak sposób na zakończenie kłótni, a nie przyznanie jej racji.

Odłożył telefon.

Po minucie wziął go z powrotem i otworzył notatki. Ten sam plik, w którym dwa dni wcześniej dopisał, że Natalia też ma prawo wybierać.

Niżej napisał:

Zostałem dwa dni dłużej i powiedziałem sobie, że robię to dla nas.

Przerwał.

Wentylator nad łóżkiem terkotał nierówno. Co kilkanaście obrotów pojawiał się suchy, metaliczny stuk. Mark wcześniej go nie słyszał. Teraz nie potrafił już przestać.

Może robię.

Może łatwiej zostać dwie doby na morzu niż wrócić i sprawdzić, czy w domu jest jeszcze miejsce, którego nikt nie zajął.

Przeczytał oba zdania. Drugie wydało mu się zbyt ładne, więc je usunął.

Zostałem, bo były dodatkowe pieniądze. Umiem też zostawać.

Tego nie skasował.

Wrócił do rozmowy. Napisał tylko:

Przepraszam za to, co powiedziałem o leczeniu.

Wysłał.

Dwie szare kreski pojawiły się po kilku sekundach.

Dostarczono.

Odczytania nie było.

Mark położył telefon obok poduszki i zgasił światło.

Ciemność na platformie nigdy nie była pełna. Pod drzwiami świecił wąski pas z korytarza, awaryjna dioda mrugała przy suficie, a przez konstrukcję szedł niski pomruk maszyn. Metal przenosił cudzą pracę przez ściany i łóżko. Nawet materac lekko drżał.

Zamknął oczy.

W głowie wróciło zdanie Angusa o sprzedawaniu tego, co należy do niego.

Mark przekręcił się na bok. Plaster pociągnął skórę na dłoni.

Jeszcze dwa dni. Później jeden kontrakt, dach, kolejna kontrola Natalii, szkoła młodszej. Zawsze coś następnego, coś pilniejszego i łatwiejszego do policzenia niż on sam.

Nad ranem telefon nadal leżał ekranem do dołu. Wiadomość była odczytana, ale odpowiedzi nie było.

Rozdział 9. Polaczek

O piątej dwanaście odpowiedzi od Natalii nadal nie było.

Ekran świecił mu w twarz w półmroku kabiny. Pod jego przeprosinami widniało tylko „Odczytano”, a nad tym zdjęcie ręcznika w czerwone paski, fragment kuchni i kawałek życia, do którego miał dostęp przez szybę telefonu. Wentylacja terkotała nad głową. Z sąsiedniej kabiny dochodziło chrapanie kogoś, kto potrafił spać mimo stalowej konstrukcji drżącej od pomp.

W łazience śmierdziało mokrymi kombinezonami. Mark pryskał wodą po twarzy dłużej niż zwykle. Lustro oddało przekrwione oczy i szary zarost.

W stołówce było głośniej niż dzień wcześniej. Pogoda zatrzymała część zmiany, więc przy stołach siedzieli ludzie, którzy według grafiku mieli już być na lądzie. Czerwone i pomarańczowe kombinezony wisiały na oparciach krzeseł. Ktoś smarował tost grubą warstwą masła, ktoś inny przeklinał linię lotniczą, choć helikopter należał do zupełnie innej firmy. Ross machnął do Marka z końca sali. Obok niego siedział mężczyzna po czterdziestce, szeroki w barkach, z ogoloną głową i twarzą, która wyglądała, jakby od lat reagowała na świat lekkim znudzeniem. Na przedramieniu miał tatuaż kotwicy przecięty blizną.

— Darren McKee — przedstawił go Ross. — Mechanik. Druga załoga.

Darren nawet nie wyciągnął ręki. Spojrzał na plakietkę Marka, potem na bandaż.

— Nowy Polak?

— Wystarczająco stary — odpowiedział Mark.

Mężczyzna uśmiechnął się jednym kącikiem ust.

— Na ostatnim shutdownie mieliśmy trzech takich jak ty. Dobrzy pracownicy. Tani też.

Ross odłożył widelec trochę za głośno.

— Darren…

— Co? To komplement.

Automat wypluł brunatny płyn, który śmierdział przypaloną kawą.

— Mów dalej — powiedział.

Darren zmrużył oczy.

— Dokąd?

— Chcę zobaczyć, ile stereotypów zmieścisz, zanim wystygnie śniadanie.

Ross prychnął w kubek. Przy sąsiednim stole ktoś się obejrzał. Darren ważył odpowiedź, a potem roześmiał się krótko.

— Cięty jak na Polaczka.

Słowo padło z wyraźnym wysiłkiem. Za dobrze wymówione, żeby było przypadkowe. Krew weszła Markowi w kark natychmiast. Ciało zawsze było szybsze od rozsądku. Ciepło pod kołnierzem, twarde napięcie żuchwy, puls wyczuwalny w palcu pod plastrem. Przez sekundę zobaczył jego twarz bliżej, niż siedziała naprawdę, i własną pięść lądującą dokładnie pod lewym okiem. Podniósł kubek.

— Kto cię nauczył?

Darren spodziewał się gniewu. Pytanie wybiło go z rytmu.

— Co?

— „Polaczek”. Kto cię nauczył?

— Polski spawacz. Zabawny skurwysyn.

— Musiał cię lubić.

— Maybe.

— Albo chciał zobaczyć, jak długo będziesz chodził po platformie i robił z siebie idiotę.

Ross roześmiał się otwarcie, a Darren natychmiast spoważniał. Pierwszy łyk był paskudny, lecz ręka trzymająca kubek pozostała spokojna, kiedy go przełknął.

— Zawsze tyle gadasz? — zapytał Darren.

— Tylko kiedy ktoś ciężko pracuje, żeby na to zasłużyć.

Baird wszedł do stołówki z plikiem permitów pod pachą. Sprawdził godzinę, potem zwrócił się do trzech mechaników.

— Dzisiaj pracujecie razem. Moduł pomocniczy. Wentylator B. Drgania wzrosły w nocy. Izolujemy, sprawdzamy mocowanie silnika, koła pasowe i paski. Jeśli trzeba, regulujemy.

Darren westchnął.

— Z nim?

Baird odczekał sekundę.

— Problem?

— None — odpowiedział Mark.

— Dobrze. Niech tak zostanie.

Na warsztatowym stole leżały dwa nowe paski klinowe, komplet cienkich podkładek regulacyjnych, zapasowe śruby i mała tuba środka do zabezpieczania gwintów. Darren wrzucił obie do skrzynki bez patrzenia. Mark zatrzymał jedną z podkładek między palcami. Droga do modułu utility prowadziła wąskim przejściem pod rurami. Ciepło rosło z każdym poziomem. Na zewnątrz wiatr ciął deszczem; tutaj ciepłe powietrze niosło zapach oleju. Wentylatory tłoczyły powietrze przez kanały tak głośno, że rozmowa bez podniesienia głosu traciła sens.

Fan B stał za kratową osłoną. Po izolacji i sprawdzeniu zera zdjęli boczny panel. W środku zebrał się szary pył. Jeden pasek miał na krawędzi drobne pęknięcia, drugi był wyraźnie luźniejszy. Na stopie silnika widać było jaśniejszy ślad po minimalnym przesunięciu. Darren nacisnął pasek kciukiem.

— Wymienimy i po robocie.

Mark przesunął lampę niżej. Cień pod jedną ze stóp silnika zmieniał szerokość, kiedy naciskał obudowę.

— Sprawdź śruby, zanim zaczniemy ściągać.

— To wentylator, nie doktorat.

— Check.

Darren zwlekał, ale w końcu sprawdził mocowania. Dwie śruby puściły podejrzanie lekko. Mark przyłożył liniał do kół pasowych; szczelina przy jednym brzegu wystarczyła, żeby problem przestał być teorią. Darren rzucił klucz na gumową matę. Przez następne pół godziny rozebrali tyle, ile trzeba było: poluzowali mocowania, wyjęli stare podkładki i zdjęli zużyte paski. Darren przynosił narzędzia, Ross odkładał części, Mark pilnował, żeby niczego nie składać na oko. Nowe paski leżały obok otwartej osłony. Na tym etapie było już jasne, że sama wymiana nie wystarczy. Darren patrzył, jak Mark sprawdza pozycję.

— Polacy lubią robić wszystko dłuższą drogą.

Mark odwrócił głowę.

— A ty lubisz mówić „Polacy” zamiast „ja”. Oszczędza myślenia.

Ross spuścił głowę, udając, że szuka podkładki. Zostało tylko buczenie urządzeń za ścianą, a Darren wsunął ręce do kieszeni kombinezonu.

— Uważaj, stary.

— Jestem.

Hałas modułu wrócił między nich.

Rozdział 10. Krew pod skórą

Po południu deszcz przeszedł w drobny grad, który stukał o blachy modułu jak garść rozsypanych nakrętek. Przy ponownym montażu wentylatora temperatura zrobiła się nieznośna. Pod kombinezonem koszulka przykleiła się Markowi do pleców, rękawice nasiąkły potem, a skóra pod plastrem zaczęła swędzieć. Ross ustawił paski na kołach i sięgnął po klucz, Mark jeszcze raz sprawdził położenie silnika.

— Jeszcze nie.

Ross odłożył klucz. Darren już zakładał osłonę.

— Najpierw osiowanie — powiedział Mark.

— Wcześniej pracowało.

— Wcześniej też drgało.

Darren zacisnął szczękę.

— Naprawdę to lubisz, co?

— Co?

— Mówić ludziom, jak mają wykonywać swoją pieprzoną robotę.

Czarna smuga rozmazała się po szmacie, kiedy wytarł o nią palec rękawicy.

— Jeśli robią ją dobrze, mam wolne.

Darren podszedł bliżej. Ross stał przy skrzynce i znieruchomiał z kluczem w dłoni.

— Powtórz.

Hałas wentylacji wypełniał przestrzeń między nimi. Mark poczuł własny oddech w masce przeciwpyłowej zsuniętej pod brodę. Ciepło w karku wróciło. Tym razem wolniej, ciężej.

— Wyosiuj wentylator — powiedział.

Darren zrobił pół kroku. Pierś o pierś dzieliło ich może dwadzieścia centymetrów.

— Myślisz, że skoro Baird lubi te twoje inżynierskie sztuczki, to jesteś tutaj kimś?

To słowo — engineer — zabolało inaczej niż „Polaczek”. Miało przypomnieć mu, że kiedyś był kimś gdzie indziej, a tutaj klęczał na brudnej kracie z rękawem przyklejonym do przedramienia.

— Jestem człowiekiem, który chce wrócić z tej zmiany z kompletem palców — odpowiedział po angielsku. — Ty możesz sobie wybrać ambitniejszy cel.

Ross odwrócił twarz. Śmiech uciekł mu nosem. Darren pchnął Marka dwoma palcami w mostek. Gest prawie dziecinny, przez co groźny. Ciało Marka napięło się całe. Prawa dłoń zacisnęła się sama, bandaż zapiekł. Krew dudniła pod skórą tak głośno, że przez ułamek sekundy zagłuszyła moduł. Wystarczyłby jeden ruch. Mężczyzna stał blisko. Szczęka odsłonięta, ciężar na prawej nodze, ręce luźno. Dawniej Mark kilka razy bił się z ludźmi. Jeszcze dawniej robił to częściej. Pamiętał smak krwi pod językiem, tę dziwną ulgę po pierwszym uderzeniu i wstyd, który przychodził dużo później, kiedy adrenalina schodziła z człowieka jak gorączka. Popatrzył Darrenowi na rękę.

— Zabierz.

— Bo co, Polaczku?

Ross zrobił krok.

— Darren, enough.

Palce dotykające kombinezonu zajmowały całą jego uwagę.

— Zabierz rękę, zanim obaj będziemy tłumaczyć Bairdowi, dlaczego wentylator stoi przez dwóch idiotów zamiast przez drgania.

Darren prychnął.

— Scared of forms?

— Jestem za stary na głupie konsekwencje.

Uniósł wzrok.

— Ty jesteś jedną z nich.

Palce zniknęły z jego piersi. Mark był niemal rozczarowany. Jakaś stara, prymitywna część jego ciała chciała, żeby Darren spróbował jeszcze raz. Żeby sprawa stała się prosta: ból za ból, pięść za słowo, kilka sekund bez myślenia. Potem zobaczył Rossa. Chłopak patrzył na niego z napięciem, w którym było coś więcej niż strach przed bójką. Czekał, kim Mark okaże się za moment. Odwrócił się do wentylatora.

— Przynieś laser.

Ross wypuścił powietrze. Baird dowiedział się dziesięć minut później. Na platformie nic nie pozostawało prywatne. Ktoś przechodził, ktoś słyszał, radio działało, ludzie potrzebowali tematów bardziej niż kawy. Supervisor przyszedł z twarzą człowieka, któremu dołożono papierologię.

— Do biura. Obaj.

Małe pomieszczenie trzymało w sobie toner, mokre ubrania i zupę instant. Na ścianie wisiała tablica z wykresem dni bez wypadku. Darren usiadł pierwszy. Mark został przy drzwiach.

— Słyszałem, że było przepychanie.

— Było dotykanie — powiedział Mark.

Baird zmarszczył brwi.

— Nie cwaniakuj.

— Jestem precyzyjny.

Darren parsknął.

— Cały dzień mnie podpuszcza.

— Nazwałeś go jakoś? — zapytał Baird.

Darren wzruszył ramionami.

— Joke.

— Jakie słowo?

Cisza przeciągnęła się.

— Polaczek — powiedział Mark.

Baird zwrócił się do Darrena.

— Co to znaczy?

— Polskie słówko. Żart.

Dłonie oparły się o krawędź biurka. Z bandaża wyszedł mały biały włosek.

— To nie jest „polskie słówko”. To pogardliwe określenie Polaka.

— Dobra — Baird potarł czoło. — Darren, kończ z tym. Mark, przestań go podpuszczać. Potrzebuję na zmianie dorosłych, a nie dzieciaków.

To „both” weszło pod skórę bardziej niż słowo Darrena.

— Nie dotknąłem go.

— Wiem. Próbuję to zatrzymać, zanim ktoś naprawdę coś zrobi. Rozumiesz?

Rozumiał aż za dobrze. Zawsze łatwiej było uspokoić dwóch ludzi niż nazwać jednego sprawcą, zwłaszcza kiedy grafik był napięty, a maszyny stały. Sprawiedliwość przegrywała z logistyką codziennie, tylko zwykle używano ładniejszych słów.

— Understood.

Baird wskazał Darrena.

— I tego słowa już nie ma. W ogóle. Następnym razem idzie oficjalnie.

Darren skinął głową bez patrzenia na Marka. Po wyjściu Ross czekał przy schodach.

— W porządku?

— A czemu miałbym nie być?

— Bo wyglądasz, jakbyś chciał przegryźć stal.

Ruszył w dół.

— Stal jest droga.

— Twarz Darrena jest za darmo.

— I w tym jest pułapka.

Ross dogonił go na półpiętrze.

— Mogłeś go uderzyć.

— Mogłem też wsadzić rękę do pracującego sprzęgła. To nie znaczy, że miałoby sens.

Chłopak milczał przez kilka stopni.

— Mój ojciec by go uderzył.

— Znałem kiedyś wielu takich jak twój ojciec.

— Ty?

Przy drzwiach warsztatu zatrzymało go uderzenie wiatru. Blacha odpowiedziała drżeniem zawiasu.

— Ja kiedyś myślałem, że jak człowiek nie odpowie od razu, to przegrał.

— And?

— Później przegrałem rzeczy, przy których rozbita warga była tania.

Ross otworzył usta, ale Mark już pchnął drzwi.


Wieczorem w szatni Darren stał przy swoim metalowym lockerze. Rozmawiał z dwoma ludźmi z drugiej zmiany. Kiedy Mark wszedł, rozmowa ucichła na sekundę, potem wróciła. Zwyczajny mechanizm stada: sprawdzić, czy nowy słyszy. Mark usiadł na ławce i zaczął zdejmować buty. Skarpety były wilgotne. Stopy bolały po całym dniu, a materiał przykleił się do pięt. Z palców schodziły płatki suchej skóry. Bandaż na dłoni miał szarą krawędź od warsztatowego brudu. Za plecami Darren zatrzasnął drzwiczki szafki. Metal uderzył o metal. Dźwięk trwał może pół sekundy. Oddech urwał się gdzieś wysoko pod mostkiem. Szatnia zniknęła. Platforma odpłynęła gdzieś poza światło jarzeniówek.

Korytarz wąski jak gardło. Beton pomalowany do połowy olejną farbą. Światło jarzeniówki drżące nad głową. Klucz obracany w zamku, ciężki rygiel i drzwi, które zamykały się za człowiekiem z głuchym uderzeniem dokładnie w środku klatki piersiowej.

— Marek?

Ross stał obok z ręcznikiem przewieszonym przez kark. Dopiero wtedy dotarło do Marka, że Ross stoi obok.

— Dobra.

— Zbladłeś.

— Za gorąco było na dole.

Ross nie wyglądał na przekonanego. Darren wyszedł ze swoimi kolegami, a drzwi szatni zatrzasnęły się po raz drugi. Mark wiedział już, skąd przyszedł dźwięk.

Rozdział 11. Drzwi

Pierwszego dnia w areszcie zabrali mu zegarek, pasek, sznurowadła i prawie całą iluzję, że człowiek pozostaje właścicielem własnego ciała. Zegarek położyli w przezroczystej torbie razem z portfelem. Funkcjonariusz zapisał markę, kolor, kilka cyfr. Stalowa bransoleta, którą Natalia kiedyś zapięła mu na nadgarstku w restauracji, stała się „przedmiotem wartościowym sztuk jeden”. Mark podpisał kwit długopisem przywiązanym do blatu sznurkiem.

W pomieszczeniu przyjęć było za jasno. Jarzeniówki wypłaszczały twarze i każdą plamę na ścianie. Detergent szczypał w nos, pod koszulką kleił się stary pot, a medyczna czystość kończyła się dokładnie tam, gdzie zaczynało cudze ciało. Kazali zdjąć ubranie, odwrócić się, podnieść ręce. Człowiek w rękawiczkach mówił rzeczowym głosem. Procedura. Słowo, które pozwalało obcym ludziom robić z tobą rzeczy, na które w żadnym innym pomieszczeniu byś się nie zgodził. Dostał szare spodnie, koszulkę, klapki i pościel zwiniętą w kostkę. Materiał był szorstki i śmierdział chlorem. Własna koszula, jeszcze rano wyprasowana przez Natalię, zniknęła w worku.

— Dokąd mnie prowadzą?

Funkcjonariusz z kluczami przy pasie nawet się nie odwrócił.

— Do celi.

— Z kim?

— Z ludźmi.

Korytarz miał akustykę studni. Każdy zamek odpowiadał następnym. Metal, kroki, odległe krzyki, telewizor grający gdzieś za ścianą. Mark niósł pościel pod pachą. Plastikowe klapki ślizgały się na wypolerowanej podłodze. Drzwi numer 217 otworzyły się do środka.

— Nowy.

Tyle powiedział funkcjonariusz. Cela była mniejsza niż gabinet Marka w firmie, a mieszkało w niej trzech mężczyzn. Dwa piętrowe łóżka, stół przykręcony do podłogi, metalowe półki, umywalka i toaleta oddzielona od reszty tylko niską ścianką. Nad kiblem wisiał ręcznik. W celi śmierdziało papierosami palonymi wbrew zakazowi. Największy siedział na dolnym łóżku. Szyja wychodziła mu z koszulki jak kawał pnia. Na przedramionach miał stare tatuaże, częściowo rozlane pod skórą. Drugi, chudy i łysy, mieszał coś w plastikowym kubku. Trzeci leżał na górze z książką, ale po wejściu Marka opuścił ją na pierś.

— Za co? — zapytał duży.

Mark postawił pościel na wolnym materacu.

— Gospodarcze.

Łysy roześmiał się.

— O, kurwa. Prezes.

— Inżynier — powiedział Mark.

— Jeszcze lepiej.

Duży wstał. Był od Marka wyższy o pół głowy i cięższy o dobre trzydzieści kilo.

— Jak masz?

— Marek.

— Ja Robert. Tamten to Łysy, chociaż widzisz. U góry Mirek.

— Cześć.

Robert popatrzył na jego pościel.

— Góra twoja.

Dolne łóżko było wolne.

— To jest wolne.

— Góra twoja.

Ton pozostawał spokojny. Spokój był informacją. Mark podniósł pościel i położył ją na górnym materacu. Pierwsza minuta w zamkniętym pomieszczeniu z trzema obcymi ludźmi była kiepskim momentem na ostatnie stanowisko obrony. Robert skinął głową, jakby coś odnotował.

— Palisz?

— Nie.

— Kawa?

— Tak.

— Pieniądze masz na wypisce?

— Nie wiem.

— Dowiesz się.

Łysy podał mu plastikowy kubek.

— Zalej sobie. Woda ciepła, bo czajnika nie mamy. Tutaj wszystko smakuje jak dupa, po tygodniu przestajesz zwracać uwagę.

Mark wziął kubek. Drobny gest życzliwości wydawał się podejrzany przez miejsce, w którym się wydarzył. Usiadł na krawędzi dolnego łóżka, żeby zdjąć klapki. Robert stuknął palcem w metalową ramę.

— Powiedziałem: góra.

— Siedzę.

— U mnie na wyrku.

— To nie siedzę.

Wstał. Pierwsze uderzenie przyszło tak szybko, że bardziej poczuł dźwięk niż ból. Otwarta dłoń Roberta trafiła go w bok twarzy. Głowa odskoczyła, w uchu zadzwoniło. Kubek wypadł z ręki i odbił się od podłogi. Łysy przestał się uśmiechać. Robert stał bardzo blisko.

— Jeszcze raz. Moje wyrko.

Metaliczny smak wypełnił usta. Język znalazł małe pęknięcie po wewnętrznej stronie policzka. W nim również podniosła się krew. Ta sama, która wiele lat później miała wejść mu w kark na platformie. Tyle że tutaj drzwi były zamknięte, za plecami stało dwóch ludzi, a człowiek naprzeciwko wyglądał, jakby przemoc nie była dla niego zdarzeniem, tylko narzędziem. Kubek wrócił na stół.

— Zapamiętałem.

Robert zmarszczył brwi. Spodziewał się albo strachu, albo bohaterstwa. Dostał rzeczową odpowiedź.

— Grzeczny jesteś?

— Staram się nie płacić dwa razy za tę samą lekcję.

Mirek na górnym łóżku parsknął śmiechem. Robert popatrzył na niego, potem znowu na Marka.

— Biznesmen.

— Byłem.

— Tutaj każdy „był”.

Usiadł. Pierwszy wieczór miał długość kilku dni. O siedemnastej dostali kolację: chleb, kawałek wędliny, margarynę i herbatę tak jasną, że wyglądała jak brudna woda. Mark jadł przy stole pod obserwacją ludzi, których jeszcze rano nie znał. Robert kroił cebulę małym plastikowym nożem. Łysy opowiadał o jakimś transporcie, używając nazwisk bez kontekstu. Mirek czytał. Dopiero później Mark dowiedział się, że Robert siedział w sprawie o zabójstwo podczas bójki, Łysy miał zarzuty związane z wymuszeniami, a Mirek czekał na proces po napadzie. Pierwszej nocy wiedział tylko, że ich dłonie wyglądały inaczej niż dłonie ludzi z jego biura.

Przy zgaszonym głównym świetle cela robiła się jeszcze mniejsza. Żółta lampka nad drzwiami zostawiała cień krat na ścianie. Przy toalecie środek do czyszczenia szczypał w nos, wilgoć zbierała się pod umywalką. Ktoś na korytarzu krzyczał przez kilka minut, potem uderzył w drzwi trzy razy i zamilkł. Górny materac miał wgłębienie po poprzednim człowieku. Sprężyny naciskały pod łopatką, a każde poruszenie łóżka przechodziło metalem na całą konstrukcję. Natalia nie wiedziała, gdzie dokładnie śpi. Ta myśl była gorsza od policzka.


Rano obudził go ból szczęki. Robert siedział przy stole w samych spodniach i mieszał kawę zbożową. Na plecach miał bliznę szeroką jak palec.

— Prezes, wstawaj.

Mark zsunął się z łóżka. Gdy stopy dotknęły podłogi, Robert wskazał głową toaletę.

— Dzisiaj ty.

— Co ja?

— Kibel.

Na półce stała gąbka przecięta na pół i plastikowa butelka z rozcieńczonym detergentem.

— Każdy sprząta?

Łysy uniósł kubek.

— O, zaczynamy demokrację.

Robert uśmiechnął się bez zębów po lewej stronie.

— Nowy sprząta. Potem zobaczymy.

Muszla wyglądała jak toaleta na gorszej stacji benzynowej. Brud był najmniejszym problemem; większym miał być człowiek pochylony nad nią na polecenie innego człowieka. Detergent śmierdział ostro.

— Daj rękawiczki.

Robert roześmiał się.

— Jakie rękawiczki?

— To daj gąbkę.

Łysy patrzył z rozczarowaniem.

— Myślałem, że prezes zrobi powstanie.

Mark polał gąbkę płynem.

— Na razie mam za mało udziałowców.

Mirek odłożył książkę i pierwszy raz roześmiał się naprawdę. Robert nie. Ale już go nie uderzył.


Po śniadaniu otworzył się wizjer. Funkcjonariusz powiedział nazwisko Marka.

— Na czynności.

Robert spojrzał na niego znad kubka.

— Idź, prezes. Tam dopiero będą ci sprzedawać.

— Co?

— Wolność.

Drzwi otworzyły się. Metalowy rygiel przeszedł przez zamek ciężko, z tym samym dźwiękiem, który później miał wracać w szatniach, hotelach, warsztatach i snach. Wyszedł na korytarz. Wtedy jeszcze uważał, że najgorsze w areszcie znajduje się za zamkniętymi drzwiami celi.

Rozdział 12. Wydobycie

Pokój przesłuchań miał stół z laminatu, trzy krzesła i okno, którego nie dało się otworzyć. Na parapecie stała martwa mucha. Przez pierwsze minuty mucha była łatwiejsza do zniesienia niż dwóch ludzi po drugiej stronie stołu. Jeden miał teczkę, drugi kubek kawy z automatu. Para znad kawy była absurdalnie biurowa; to wydawało się nieprzyzwoite.

— Jak cela? — zapytał starszy z mężczyzn.

Język odnalazł rozcięcie po wewnętrznej stronie policzka.

— Mała.

— W areszcie wszystkie są małe.

— To po co pan pyta?

Mężczyzna uśmiechnął się bez ciepła.

— Żeby zobaczyć, czy chce pan rozmawiać.

Na stole położył kilka kartek. Mark rozpoznał nazwisko siostry na pierwszej stronie, potem szwagra. Dalej brata. Przyjaciela, który jeszcze dwa tygodnie wcześniej siedział u nich w kuchni i pił Natalii kawę. Papier nie miał twarzy. To było w nim najgorsze.

— Wszyscy rozmawiają — powiedział drugi.

W podkreślonym fragmencie kilka zdań było znajomych. Kilka ułożono tak, że fakty zaczynały znaczyć coś innego po odcięciu od nich trzech lat, dwóch umów i połowy kontekstu.

— Chcę kopie. I co z adwokatem?

— Dostanie pan to, co przewiduje procedura.

— Czyli kiedy?

— Proszę nie robić z tego seminarium prawnego.

Starszy zsunął kartki bliżej.

— Panie Marku, jest pan inteligentnym człowiekiem. Prowadził pan firmę, zatrudniał ludzi. Rozumie pan układ sił.

Słowo „układ” zabrzmiało niemal jak żart.

— Rozumiem, że siedzę tutaj, a wy macie klucz.

— Dokładnie.

Mężczyzna odczekał sekundę.

— Może pan siedzieć długo. Naprawdę długo. Śledztwo jest rozwojowe. Ludzie składają wyjaśnienia, pojawiają się nowe wątki. Wniosek o przedłużenie aresztu przy takim materiale…

Nie dokończył. Nie musiał.

— A rodzina? — zapytał Mark.

— Co rodzina?

— Natalia. Córka.

— O to chodzi. Im szybciej pan zacznie z nami normalnie rozmawiać, tym szybciej może się pan zająć rodziną.

Pierwszy raz tego dnia poczuł prawdziwy strach. Robert i kolejne uderzenie były prostsze do zniesienia niż myśl, że świat po drugiej stronie bramy będzie działał dalej z dokładnością maszyny, której jego brak wcale nie zatrzyma.

— Czy Natalia wie, gdzie jestem?

— Wie, że został pan zatrzymany.

— Rozmawiała z kimś?

— Panie Marku…

— Pytałem o żonę.

Drugi mężczyzna odchylił się na krześle.

— Więc powinien pan przestać walczyć o ludzi, którzy najwyraźniej nie walczą o pana.

Na stole leżało nazwisko brata. Mark poczuł, jak coś zimnego przechodzi mu pod skórą.

— Co powiedział?

— Przecież pan czyta.

— To jest fragment.

— Wystarczający.

— Dla kogo?

Starszy zamknął teczkę.

— Dzisiaj dla sądu. Jutro może dla pana.

Przesłuchanie trwało długo, a pytania wracały pod innym kątem do tych samych dat, faktur i nazwisk. Gdy Mark odpowiadał szeroko, prosili krócej; gdy odpowiadał krótko, pytali, co ukrywa. Co jakiś czas wychodzili, zostawiając go samego przy stole. Bez zegarka tracił czas szybciej, niż się spodziewał. Po którejś przerwie starszy przyniósł kawę również dla niego.

— Cukier?

Kubek stał między nimi.

— Dwie łyżeczki.

Mężczyzna wsypał dwie i zamieszał plastikowym patyczkiem.

— Widzicie? Możemy się dogadać.

Było w tym coś tak obrzydliwie małego, że Mark prawie się roześmiał. Człowiek od godziny rozcinał mu życie na zeznania, a teraz budował wspólnotę na dwóch łyżeczkach cukru.

— Z kawą zawsze było łatwiej niż z ludźmi.

— To pana problem. Pan chce być lojalny wobec wszystkich. Firma, rodzina, pracownicy. Tylko wie pan, co oni robią?

Palec przesunął się po teczce.

— Ratują siebie.

Kawa została gorzka mimo dwóch łyżeczek cukru.

— Może mają powód.

— A pan?

To pytanie zostało.


Po powrocie do celi Robert spał. Łysy grał z Mirkiem w karty zrobione z pociętego pudełka po herbacie. Mark wszedł wolniej, bo żebra zaczęły boleć dopiero po kilku godzinach. Stres wypuścił ciało i wszystko, co wcześniej było napięciem, zamieniło się w tępy ból. Mirek od razu zauważył jego twarz.

— Długo.

— Chyba.

— Co chcą?

— Żebym mówił.

Łysy parsknął.

— Tu każdy chce, żebyś gadał. W celi pytają, za co siedzisz, na przesłuchaniu chcą wszystko, w domu pytają, kiedy wrócisz. A ty sam też chcesz wiedzieć, kiedy to się skończy.

Mark usiadł na swoim górnym łóżku i syknął przy skręcie tułowia. Mirek zauważył.

— Robert?

— Wczoraj.

— To czemu dzisiaj boli?

— Bo wczoraj byłem zajęty czymś innym.

Mirek pokiwał głową, jakby to rozumiał lepiej niż należało.


Wieczorem Robert był w gorszym humorze. Telefonu z adwokatem nie dostał, paczka nie przyszła, a człowiek z sąsiedniej celi wisiał mu jakieś papierosy. Złość nie miała gdzie pójść, więc krążyła po sześciu metrach kwadratowych.

— Prezes, daj kawę.

Przy kolacji dostał trzy saszetki kawy.

— Jedną.

Robert podniósł głowę.

— Co?

— Dam jedną.

Łysy przestał tasować karty.

— Chyba ci się po przesłuchaniu coś odkleiło.

Robert wyciągnął rękę.

— Dawaj wszystko.

Na brzegu łóżka serce przyspieszyło mu pod żebrami, lecz głos pozostał zwyczajny.

— Jak dam wszystko dzisiaj, jutro znowu będziesz chciał wszystko. To słaby interes.

Robert wstał.

— Ty ze mną handlujesz?

— Próbuję ustalić cenę spokoju.

Pierwszy cios trafił w żebra. Dokładnie tam, gdzie bolało już wcześniej. Powietrze wyszło z Marka z krótkim jękiem. Zgiął się, a drugi cios przeszedł po barku. Pięści zostały przy ciele. Przez kilka sekund ciało zajmowało się wyłącznie bólem; na mądrość nie było w nim miejsca. Robert złapał go za koszulkę.

— Tutaj ja ustalam cenę.

Powietrze wracało urywkami. Twarz Roberta była blisko. Oddech śmierdział cebulą.

— To podnieś ją — wydusił. — Bo na razie bijesz mnie za trzy saszetki.

Łysy zaklął cicho. Robert patrzył na niego długo. Potem puścił koszulkę.

— Ty jesteś pojebany.

— Możliwe.

— Jedna kawa.

Saszetka wysunęła się z jego dłoni powoli; ręka drżała. Robert to zobaczył, Mark również.

— Boisz się — powiedział Robert.

— Tak.

Odpowiedź zatrzymała wszystkich bardziej niż zaprzeczenie. Robert wziął kawę.

— I dobrze.

— Boję się. To nie znaczy, że mam robić wszystko, czego chce ktoś większy.

Mirek odwrócił wzrok, ale Mark widział, że się uśmiecha.

Tego wieczoru nikt go już nie uderzył.


Następnego dnia na przesłuchaniu starszy mężczyzna od razu zauważył, jak Mark siada.

— Ciężko się śpi?

Mark podniósł wzrok.

— Różnie.

— Celę też można zmienić.

Zdanie padło z lekkością, która zabrzmiała źle.

— To propozycja?

— Informacja.

— Za co?

Mężczyzna rozłożył dłonie.

— Pan ciągle wszystko przelicza.

Mark pierwszy raz dopuścił myśl, że cela, Robert, brak informacji, kolejne nazwiska na stole i „można zmienić” mogą należeć do jednego mechanizmu. Może przypadek. Może jego umysł potrzebował sprawcy, żeby chaos stał się prostszy. W areszcie człowiek bardzo szybko przestawał ufać również własnym wnioskom.

— Chcecie mnie zmiękczyć.

— Chcemy prawdy.

Krzywy uśmiech rozciągnął pęknięcie w policzku i natychmiast je zapiekł.

— Prawda ma tutaj regulamin?

Mężczyzna przesunął w jego stronę kolejną kartkę.

— Każda wersja ma konsekwencje.

Na górze widniało nazwisko siostry. Wiele lat później, stojąc w szatni starej platformy z wysuszonymi od pracy dłońmi, Mark nadal pamiętał ten papier bardziej niż twarz człowieka, który go podał. Drzwi lockeru zatrzasnęły się po drugiej stronie pomieszczenia. Ross mówił coś o kolacji. Mark siedział na ławce ze skarpetą w dłoni i nie rozumiał żadnego słowa.

— Mark?

— Słyszę.

— Pytałem, czy idziesz.

— Zaraz.

Ross popatrzył na niego, potem na pustą szafkę po Darrenie.

— Jest dupkiem. Nie pozwól mu wejść ci do głowy.

Stopa weszła w czysty but.

— On jest za płytki, żeby tam wejść.

Ross uśmiechnął się.

— Better.

Kiedy został sam, Mark oparł przedramiona o kolana. Z hali za ścianą dochodził niski pomruk pomp. Z pryszniców leciała woda. Mokra podłoga śmierdziała środkiem dezynfekcyjnym.

Wyjął telefon.

Natalia odpisała trzydzieści siedem minut wcześniej.

Wiem, że nie chciałeś. Śpij kiedy możesz.

Tyle.

Przeczytał dwa razy.

Kciuk dotknął pola odpowiedzi.

Chciał napisać o Darrenie. O tym, że ktoś nazwał go Polaczkiem, a on miał ochotę rozwalić mu twarz. O celi. O Robertzie. O tym, że czasem metalowe drzwi zamykają się drugi raz dopiero po latach.

Napisał:

Dzisiaj było spokojnie.

Wysłał.

Rozdział 13. Krata

Dwa dni przed zejściem z platformy koszula była już sztywna od soli na kołnierzu.

Czerwona, w czarną kratę, kupiona kilka lat wcześniej jeszcze w Polsce, z grubego materiału, który znosił pranie lepiej niż większość rzeczy Marka. Zakładał ją pod drelichowy kombinezon wtedy, kiedy na zewnątrz ciągnęło od morza. Tego ranka temperatura spadła, wiatr wciskał się pod stalowe pomosty, a wilgoć osiadała na poręczach drobną, tłustą rosą. W szatni śmierdziało mokrymi butami. Rozpiął kombinezon do pasa. Czerwono-czarna krata pojawiła się między granatowymi połami drelichu. Ross odezwał się znad ławki.

— Dzisiaj drwal?

— Inżynier w przebraniu.

— Bardzo dobre przebranie.

— Dzięki. Pracuję nad nim od kilku lat.

Ross parsknął i wrócił do wiązania buta. Palce Marka zatrzymały się na rękawie. Materiał pod opuszkami był gruby, szorstki i od prania zrobił się miększy tylko w zgięciach. Pociągnął mankiet, próbując wyrównać koszulę pod kombinezonem. Szorstka tkanina przesunęła się po przedramieniu. Zieleń przyszła bez pytania. Nie kolor koszuli. Tamta była zielona. Z więziennego drelichu wydawanego z magazynu ciągnęło starym proszkiem. Spodnie były za szerokie w pasie, bluza za krótka w rękawach. Na lewym łokciu materiał ktoś wcześniej przetarł do jaśniejszej plamy. Mark pamiętał, że pierwszego wieczoru przez kilka minut sprawdzał szwy, jakby w tej kontroli dało się odzyskać kawałek normalności. Inżynier szukający jakości wykonania w ubraniu więziennym. Robert obserwował go z górnego łóżka.

— Co, prezesie? Reklamację złożysz?

Mark podciągnął rękaw.

— Myślę, czy poprzedni właściciel przeżył.

— Tutaj rzeczy żyją dłużej od ludzi.

Czarno-szary koc leżał wtedy złożony w kostkę na materacu. Kraciasty i szorstki. Kiedy później przykrył nim nogi, poczuł stęchliznę. Smród wywołał odruch cofnięcia głowy, ale w celi nie było miejsca, dokąd można było ją cofnąć.

— Mark.

Ross stał przy drzwiach.

— Permit.

Drelich znowu był granatowy. Koszula czerwona. Szatnia miała okno z mlecznego szkła i automat z napojami, który buczał przy ścianie.

— Idę.

Na tablicy przy wejściu wisiał arkusz prac na zmianę. Zespół Marka dostał pompę P-204, stary agregat obiegowy na jednym z niższych poziomów modułu procesowego. Operatorzy od kilku dni zgłaszali metaliczny dźwięk przy wzroście obciążenia i większe drgania po stronie sprzęgła. Robota miała być prosta na formularzu. Na starej instalacji papier najczęściej znał urządzenie z czasów, kiedy śruby były jeszcze śrubami, a nie bryłami rdzy udającymi sześciokąt. Baird przeprowadził toolbox talk szybko. Izolacja potwierdzona, energia odcięta, zawory zabezpieczone, tagi na miejscu. Gazomierz leżał na skrzynce obok permitu. Darren opierał się o barierkę i żuł gumę z otwartymi ustami.

Na dolnym poziomie wiatr niósł drobiny słonej wody przez kraty pomostu. Pompa stała między rurociągami, pomalowana kiedyś na szaro. Farba pękała płatami, pod nią wychodziła brunatna korozja. Mark przyłożył dłoń w rękawicy do osłony sprzęgła. Zimna. Pozostałe ciepło zeszło po postoju. Zaczęli od osłony i sprzęgła. Klucz uderzył o łeb pierwszej śruby z tępym metalicznym stukiem. Druga puściła po penetrancie. Trzecia ani drgnęła. Po zdjęciu osłony zobaczyli czarny pył przy sprzęgle. Gumowy element elastyczny był wytarty nierówno. Wał miał ledwie wyczuwalny luz. Mark przestał słuchać ludzi; urządzenia były prostsze, bo miały przyczynę i skutek. Drganie zostawiało ślad, który można było zmierzyć: mocowanie, sprzęgło, osiowanie, obciążenie. Maszyna nie kłamała ze strachu przed odpowiedzialnością.

Po zdjęciu osłony oczyścili podstawę silnika. Pod jedną stopą tkwił stos cienkich podkładek, z których skrajna była wygięta. Mark wsunął szczelinomierz przy poluzowanej śrubie; blaszka weszła tam, gdzie nie powinna.

— Miękka stopa — powiedział.

Ross pochylił się.

— Dużo?

— Wystarczająco, żeby cały układ gadał przy obciążeniu.

Darren prychnął.

— To pół milimetra.

Mark podniósł na niego wzrok.

— Przy tysiącu pięciuset obrotach pół milimetra ma dużo czasu, żeby zostać problemem.

Ross roześmiał się głośniej, niż wymagał żart. Darren skrzywił się.

— Pierdolcie się obaj.

Przez następne dwie godziny było spokojniej. Poluzowali mocowania, wyjęli pogięte podkładki, oczyścili powierzchnie i ustawili silnik od nowa. Laser pokazywał błąd coraz mniejszy z każdym podejściem. Darren przynosił narzędzia, Ross korygował położenie, Mark pilnował pomiaru. Role odwróciły się bez rozkazu. Fachowość zrobiła to, czego Baird nie potrafił zrobić słowami. Przy ostatniej korekcie Mark wyciągnął dwie podkładki o różnych grubościach. Darren sięgnął po grubszą.

— Ten.

— Nie.

— Pół milimetra różnicy.

Mark obrócił blaszkę w palcach.

— O ten półmilimetr walczymy od godziny. Wciśniesz ją, silnik znowu postawisz krzywo.

— Nazywasz mnie głupim?

Mark nie odwrócił wzroku.

— Mówię, że geometria nie czyta paszportu. Albo się zgadza, albo nie.

Darren zacisnął szczękę. Baird, stojący kilka metrów dalej, odezwał się pierwszy raz od pół godziny.

— Use Mark’s.

Zwycięstwo było małe; dawny Marek nawet by go nie zauważył. Tutaj ważyło. Po uruchomieniu pompy drgania zeszły, temperatura ustabilizowała się niżej. Operator pokazał kciuk. Ross klepnął Marka w ramię. Darren zniknął przed podpisaniem zamknięcia permitu. Na schodach Mark poczuł pot między łopatkami. Czerwona koszula przykleiła się do pleców, drelich ciążył od wilgoci. Po zdjęciu rękawicy palce nie chciały się do końca wyprostować. Dawniej przed spotkaniem z bankiem potrafił zmienić koszulę, bo na mankiecie pojawiła się kropla kawy.

— Dobra robota, profesorze — powiedział Ross.

— Jeszcze raz profesor, a każę ci pisać raport.

— Kurwa. Sorry, Mark.

Śmiech przyszedł łatwo.

Rozdział 14. Zielona miska

Zupa była grochowa i za słona. W środku waliło smażoną rybą. Mokre ubrania parowały na oparciach krzeseł. Mark wziął tacę, kromkę chleba i miskę zupy. Biała ceramika była wyszczerbiona przy brzegu. Usiadł obok Angusa, który smarował pieczywo masłem tak grubo, jakby wrócił z wojny. Łyżka uderzyła o brzeg miski. Cichy stuk. Jeszcze raz. Ceramika była biała. W pamięci zrobiła się zielona.

Plastikowa miska miała rysę biegnącą od krawędzi do dna. Ktoś wydrapał na spodzie dwie litery, ale Mark nigdy nie ustalił jakie. Nad zupą w areszcie stała gotowana kapusta i liść laurowy, choć w samej cieczy niewiele dało się znaleźć. Kilka kawałków ziemniaka, rozgotowana marchew, tłuste oczka. Łyżka była lekka, plastikowa, z przypaloną od zapalniczki rączką. Pierwszego tygodnia głód miał własny rytm.

Pojawiał się przed wydawaniem jedzenia, znikał na kwadrans i wracał jeszcze mocniej, kiedy żołądek orientował się, że dostał za mało. Mark wcześniej jadł wtedy, kiedy chciał. Zdarzało mu się nie jeść pół dnia przez spotkania, a o dwudziestej drugiej zamówić kolację do hotelu i zostawić połowę na talerzu. W celi nauczył się wycierać miskę chlebem. Dokładnie. Do suchego plastiku. Robert patrzył na niego kiedyś z górnego łóżka.

— Prezes się nauczył.

Mark przeżuł ostatni kawałek skórki.

— Jeszcze się uczę.

— Jeszcze będziesz wylizywał.

— Jak zaczną gotować lepiej.

Mirek, siedzący przy stole, parsknął w rękaw. Robert zeskoczył z łóżka. Miska zadźwięczała pod jego stopą, bo zahaczył o nogę stołu.

— Ty zawsze musisz odpyskować?

Mark poczuł, jak żołądek ściska się inaczej niż z głodu.

— Nie.

— To spróbuj teraz.

Cisza w celi miała masę. Obaj pozostali przestali jeść. Robert stał blisko. Wielki, szeroki w ramionach, z tatuażem wchodzącym spod rękawa na szyję. Mark widział żyłkę drgającą mu przy skroni i resztkę zupy przyklejoną do brody. Tym razem nie odpowiedział żartem. Wziął miskę i podszedł do umywalki.

Za plecami usłyszał:

— No. I tak można.

Woda była zimna. Plastik skrzypiał pod palcami. Mark mył miskę dłużej, niż trzeba, i czuł pod skórą dłoni własny puls. Nie każde wycofanie było porażką. Ta myśl przyszła później. Wtedy czuł gorący, dziecięcy wstyd i chęć odwrócenia się, żeby zrobić coś, po czym strażnicy wyciągną go z celi, a Robert będzie miał rozciętą twarz albo on sam połamane żebra. Rozsądek wrócił jak łyk zimnej wody z więziennego kranu.


Następnego dnia Robert zabrał mu kromkę chleba. Bez pytania. Ręka przesuwała pieczywo po stole.

— To już nie kawa — powiedział.

Robert przegryzał kromkę.

— Co?

— Cena spokoju rośnie szybciej niż inflacja.

Mirek spuścił głowę. Robert żuł długo.

— Masz coś do powiedzenia?

— Mam. Jak będziesz brał wszystko po trochu, w końcu będziesz musiał pilnować wszystkiego. To dużo roboty.

— Martwisz się o mnie?

— O siebie. Ty przy okazji.

Robert patrzył. Potem przełknął.

— Siadaj.

Mark usiadł.

— Wiesz, za co siedzę?

— Słyszałem trzy wersje.

— Którą lubisz?

— Tę, w której nie muszę wiedzieć.

Po raz pierwszy Robert uśmiechnął się bez groźby.

— Mądry jesteś.

— Byłem. Teraz siedzę tutaj.

— To się nie wyklucza.

Mark zapamiętał to zdanie przez człowieka, który je wypowiedział. Roberta wcześniej sprowadził w głowie do bandyty i mięśni, a ten jednym zdaniem powiedział coś, czego ludzie w garniturach przez całe miesiące nie potrafili mu powiedzieć. Mądrość nie miała wykształcenia. Czasami miała wybity ząb.

— Mark?

Angus dotknął łyżką jego miski. Ceramika zadźwięczała i mesa wróciła: para nad grochówką, neonowe światło, szum rozmów, telewizor z piłką nożną.

— Zamierzasz to zjeść czy analizować?

Mark przesunął miskę o kilka centymetrów.

— Analiza zakończona. Wynik negatywny.

— To zupa.

— To jest pogląd kucharza.

Angus roześmiał się i przesunął mu koszyk z pieczywem.

— Bierz.

Mark zawahał się sekundę.

— Mam.

— Bierz. Wyglądasz jak gówno.

— Dziękuję. Ty też.

— Jestem Szkotem. To normalne.

Wziął kromkę i przetarł nią dno miski, zbierając gęstą resztkę grochu. Ruch przyszedł automatycznie; zauważył go dopiero, kiedy chleb był już w palcach. Angus niczego nie skomentował.

Angus podał mu chleb i wrócił do jedzenia. Bez rachunku, bez pytania, bez długu do spłacenia. Mark nadal przyjmował takie drobiazgi z podejrzliwością.

W kabinie zdjął czerwoną koszulę i powiesił ją na oparciu. Pod pachami materiał był ciemny od potu. Koszula śmierdziała potem.

Telefon miał jedną wiadomość od Natalii.

Jak ręka?

Skaleczenie na prawej dłoni z poprzedniej zmiany prawie się zamknęło. Skóra wokół była sucha i zaczerwieniona od detergentów.

Dobrze. Zejdzie razem ze mną.

Napisał i skasował.

W porządku. Dwa dni i ląd.

Odpowiedź przyszła po kilku minutach.

Wracasz do domu?

Słowo zostało na ekranie.

Do domu.

Dwa słowa mieściły kiedyś adres, kuchnię, Natalię, dziewczynki, psa pod schodami i klucz pasujący do drzwi bez pytania.

Teraz miały kilka możliwych znaczeń.

Nie wiem jeszcze. Mam szkolenie w Aberdeen.

To była prawda.

O reszcie nie napisał.

Rozdział 15. Dwadzieścia jeden

Dwudziesty pierwszy dzień zaczynał się inaczej.

Ludzie byli głośniejsi przy śniadaniu. Torby stały już pod ścianą w module mieszkalnym, podpisane nazwiskami i numerami lotu. Nawet ci, którzy narzekali na pogodę, firmę, podatki i własne żony, od rana sprawdzali komunikaty o śmigłowcu co kilka minut. Czyste ubrania pod kombinezonami i pośpiech mówiły więcej niż kalendarz.

Mark wstał przed alarmem.

Przez trzy tygodnie jego świat mieścił się w kabinie, szatni, mesie i stalowych poziomach instalacji. Dwunastogodzinne zmiany sklejały dni. Po piątym człowiek przestawał liczyć daty. Po dwunastym ciało budziło się samo. Po osiemnastym wszyscy zaczynali mówić o lądzie. Przy sąsiednim stole Jurek Mazur przesuwał po telefonie zdjęcia domu budowanego pod Łodzią. Dach już stał, okna były wstawione, na jednym ujęciu dwie córki Jurka siedziały na palecie pustaków i pokazywały aparatowi języki. — Jeszcze kuchnia — powiedział do Pawła. — Potem już trochę odpuszczę. Paweł tylko mruknął, że słyszy to od trzech lat.

Dwa miejsca dalej Kacper sprawdzał kursy na telefonie i klął pod nosem, bo jakaś drużyna z ligi, o której Mark nigdy nie słyszał, zepsuła mu kupon. Stefan Krajewski siedział naprzeciwko w przesadnie czystych butach, ssał miętową pastylkę i poprawiał młodemu człowiekowi klucz wystający z kieszeni. — Narzędzie się odkłada, a nie hoduje przy dupie — powiedział. Przy stole wybuchł śmiech. Zwykłe śniadanie ludzi, którzy za kilka godzin mieli rozjechać się w różne strony.


Angus pakował torbę na korytarzu.

— Moja wnuczka myśli, że mieszkam w helikopterze.

— Mądre dziecko.

— Pytała, czy mamy tu rekiny.

— Powiedziałeś, że najgorsze siedzą w biurze?

— Żona słuchała.

— Czyli powiedziałeś prawdę ostrożniej.

Angus zapiął torbę kolanem.

— Lecisz do Polski?

Pytanie padło zwyczajnie. Mark poprawił pasek własnej torby.

— Nie tym razem.

— Training?

— Two days.

— A potem?

— Zobaczę.

Angus spojrzał na niego uważniej.

— Zawsze tak mówisz.

— Co?

— Widzisz.

— Dobre słowo.

— Coward’s word.

To zabolało bardziej, niż powinno. Angus założył kurtkę.

— Nie patrz tak na mnie. Sam też tego używam.

— Do czego?

— Lekarze. Żona. Dieta. Wszystko, o czym nie chcę decydować.

Mark uśmiechnął się krzywo.

— Myślałem, że Szkoci nie chodzą do lekarza.

— Nie chodzimy. Umieramy z zaskoczoną miną.

Śmigłowiec przyszedł bez opóźnienia. Wiatr nadal szarpał rękawami kombinezonów, ale mieścił się w limitach. Na odprawie ludzie stali już przebrani w odzież do lotu, z kamizelkami i osprzętem. Ważenie bagażu, kontrola, krótkie polecenia. Rytuał powtarzany przez setki załóg. Przed wyjściem Mark zatrzymał się przy oknie. Z góry platforma zawsze wydawała mu się mniejsza niż podczas pracy. Pomosty, po których chodził pół godziny, składały się w kilka linii. Rurociągi znikały pod modułami. Pochodnia drżała na tle niskich chmur. Trzy tygodnie życia zostawały na kawałku stali otoczonym wodą. Kiedy wirnik nabrał obrotów, konstrukcja pod stopami zaczęła drżeć. Nafta lotnicza weszła pod maskę razem z podmuchem. Ludzie pochylili głowy i ruszyli wyznaczoną trasą. Mark usiadł przy oknie.

Angus dwa miejsca dalej już coś pisał w telefonie, zanim kazano przełączyć urządzenia. Pewnie do żony. Może do wnuczki. Ross spał po dziesięciu minutach, z głową opartą o zagłówek. Darren siedział z przodu. Ani razu się nie obejrzał. Morze pod nimi było ciemne i pomarszczone. Po kilkunastu minutach platforma zniknęła w chmurach. Mark poczuł ulgę. A zaraz potem pustkę. Na instalacji każdy dzień miał instrukcję: pobudka, śniadanie, permit, praca, obiad, znowu praca, prysznic, telefon i sen. Nawet konflikty miały ściany, między którymi się rozgrywały. Na lądzie trzeba było zdecydować, co zrobić z czasem. To było trudniejsze.

W terminalu Aberdeen ludzie rozpłynęli się szybko. Ktoś wpadł w ramiona kobiety z dwójką dzieci. Dwóch mężczyzn złapało taksówkę razem. Angus podniósł torbę i stał z Markiem przy automatycznych drzwiach.

— Pub?

— Ty masz wnuczkę.

— Tomorrow.

— Ja mam szkolenie rano.

— Coward’s word.

— Spierdalaj do domu, Angus.

Szkot uśmiechnął się szeroko.

— Do zobaczenia za trzy tygodnie, Marek.

Mark zatrzymał się. Angus wypowiedział imię prawidłowo, bez angielskiego skrótu i bez żartu.

— Do zobaczenia.

Nie poprawił go. Na zewnątrz deszcz wisiał w powietrzu drobną mgłą. Taksówki stały w rzędzie. Mark chwilę obserwował ludzi wsiadających do samochodów. Każdy miał kierunek. Wyciągnął telefon. Połączenie z Natalią trwało cztery sygnały.

— Jesteś? — odezwała się.

W tle słyszał wodę i przesuwane naczynia.

— Na lądzie.

— Wszystko dobrze?

— Tak.

— Ręka?

— Też.

Krótka cisza.

— Kiedy szkolenie?

— Jutro i pojutrze.

— A potem?

Taksówkarz wychylił się z pierwszego samochodu i uniósł pytająco dłoń. Mark odwrócił wzrok.

— Jeszcze nie wiem.

Po drugiej stronie zaszumiała woda.

— Marek.

Dawno tak do niego nie powiedziała. Nie Mark. Marek.

— No?

— Jeżeli chcesz przyjechać, to przyjedź. Nie musisz za każdym razem czekać, aż ja cię zaproszę.

Zdanie powinno było przynieść ulgę. Otworzyło jednak przestrzeń, której się bał.

— Nie o to chodzi.

— A o co?

Taksówkarz ponaglił go ruchem dłoni. Mark pokazał, że nie jedzie.

— Bilety są drogie. Mam rzeczy do załatwienia. Mogą zadzwonić z roboty. Wiesz, jak jest.

Natalia milczała kilka sekund.

— Wiem, jak mówisz.

— Co to znaczy?

— Nic.

— Natalia.

— Zawsze jest coś. Rata. Leczenie. Praca. Szkolenie. Następna zmiana. Następne trzy tygodnie. Ja już nie wiem, czy ty naprawdę nie możesz wrócić, czy po prostu łatwiej ci zostać tam, gdzie nikt od ciebie niczego poza pracą nie chce.

Deszcz osiadał Markowi na włosach.

— To niesprawiedliwe.

— Możliwe.

— Wszystko, co robię…

Urwał. Oboje znali dalszą część. Dla was. Dla rodziny. Dla ciebie. Te słowa zużyły się od powtarzania.

— Muszę kończyć — powiedziała Natalia. — Mam klientkę za dziesięć minut.

— Dobra.

— Daj znać, co postanowisz.

— Dobrze.

Rozłączyła się pierwsza. Mark został przed terminalem z torbą w dłoni. Przez automatyczne drzwi wychodzili kolejni ludzie. Jeden z nich biegł do chłopca stojącego przy barierce. Kobieta obok płakała i śmiała się jednocześnie.

Mark zamówił samochód do swojego pokoju w Aberdeen i bez zastanowienia podał adres. Kierowca zapytał:

— Dom?

— Tak.

Słowo wyszło automatycznie. Dopiero kiedy samochód ruszył, usłyszał własne kłamstwo i nie poprawił się.

Rozdział 16. Na lądzie

W pokoju stało zatęchłe powietrze. Trzy tygodnie bez człowieka zostawiły na wszystkim kurz. Mark otworzył okno od razu po wejściu. Wilgoć z ulicy była lepsza. Na krześle wisiała kurtka, dokładnie tak jak ją zostawił. Przy łóżku stała para zwykłych butów. Na parapecie kubek z zaschniętym brązowym śladem po kawie. Nikt niczego nie przesunął. To było jednocześnie wygodne i przygnębiające.

Torba spadła na podłogę. Mark zdjął buty i chwilę stał w skarpetach, słuchając ciszy. Po trzech tygodniach platformowego pomruku cisza na lądzie brzmiała podejrzanie. Ciało czekało na drganie konstrukcji i szum wentylacji. Brakowało nawet kroków za cienką ścianą kabiny. Kaloryfer jak zwykle był zimny. W lodówce znalazł musztardę, pół kostki masła i słoik czegoś, czego nie chciał otwierać. Wyrzucił słoik razem z zawartością. Pojemnik uderzył o dno kosza głuchym stukiem. Na stole leżała granatowa koperta z listem, który wcześniej przepisał do telefonu. Nie dotknął jej. Po prysznicu założył czerwoną kraciastą koszulę. Tym razem bez drelichu. Materiał wisiał luźniej niż kilka miesięcy wcześniej. W lustrze nad umywalką policzki wydawały się bardziej zapadnięte. Pod oczami zostały sine półkola.

— Piękny kawaler — powiedział do odbicia.

Głos zabrzmiał obco w pustym pokoju. Do sklepu miał kilka minut piechotą. Aberdeen po deszczu było szare na kilka różnych sposobów. Szary asfalt, szare kamienice, szare niebo odbite w szybach. Samochody rozcinały kałuże. Od portu szedł niski pomruk silników. Sól osiadała na ustach razem z drobnym deszczem. W supermarkecie Mark kupował jak człowiek przygotowujący się do krótkiego oblężenia: chleb, jajka, ser, zupę w plastikowym pojemniku, pomidory, kawę, mleko, dwa gotowe dania i sześciopak piwa. Przy stoisku mięsnym włożył do koszyka stek, zobaczył cenę i odłożył go z powrotem. Gest zabolał bardziej niż cena. Kiedyś wydawał większe kwoty na kolację z klientem i nawet nie pamiętał następnego dnia rachunku. Teraz przeliczył mięso na część biletu lotniczego.

Przy kasie pracowała kobieta około czterdziestki, ciemne włosy związane wysoko. Miała małą bliznę nad brwią i plakietkę CLAIRE.

— Wracasz z offshore? — zapytała, przesuwając zakupy.

— Widać?

— Pierwszego dnia po powrocie wszyscy kupujecie to samo.

Uniósł sześciopak.

— Vegetables?

— Piwo i jedzenie, przy którym nie trzeba podejmować decyzji.

— To brzmi jak diagnoza.

— Gratis do zakupów.

Uśmiechnęła się krótko. Bez flirtu. Bez tego spojrzenia, które natychmiast czegoś od człowieka chce.

— Trzy tygodnie? — zapytała.

— Three.

— I trzy wolnego?

— Teoretycznie.

— Brzmi dobrze.

Mark włożył kawę do torby.

— Teoretycznie.

Claire nie dopytywała. Przy koszykach zobaczył czarną kurtkę z wysokim kołnierzem. Ten sam mężczyzna z platformy stał przy półce z pieczywem, tym razem bez słonecznika. Mruknął niby do siebie, ale na tyle głośno, żeby Mark usłyszał.

— Steka jednak nie wziąłeś.

Mark zatrzymał się.

— Znamy się?

— Jeszcze nie.

Mężczyzna ruszył dalej, zanim Mark zdążył odpowiedzieć. Świat był mały. Albo zwyczajnie pełen ludzi, których człowiek zaczyna zauważać dopiero wtedy, kiedy widzi ich drugi raz. Po wyjściu jedną chwilę zatrzymał się pod daszkiem, bo deszcz zgęstniał. Obok dwóch chłopaków paliło papierosy. Jeden mówił po polsku. Mark rozpoznał akcent z południa kraju, ale nie odezwał się. Chłopak opowiadał koledze o robocie na budowie, o brygadziście, który „jebie wszystkich z Europy Wschodniej równo”, i o tym, że jeśli jeszcze raz nazwie go idiotą, dostanie młotkiem. Papieros między palcami chłopaka uruchomił wspomnienie. Zobaczył siebie młodszego o dwadzieścia lat.

— Młotkiem będziesz miał jeden problem mniej i pięć nowych — powiedział po polsku.

Obaj odwrócili głowy.

— Co?

— Nic. Taka matematyka.

Chłopak zmrużył oczy.

— Pan się zna?

Mark poprawił torbę na ramieniu.

— Niestety.

Ruszył w deszcz.


Wieczorem zamiast siedzieć w pokoju poszedł do małego baru dwie ulice dalej. Potrzebował hałasu, który nie należał do maszyn. Po wejściu uderzył go smród rozlanego piwa. Przy długim stole czterech mężczyzn oglądało mecz. W rogu wisiał drugi telewizor ustawiony na kanał informacyjny. Ktoś wcześniej znalazł polską stację satelitarną i zostawił ją tak. Napisy przesuwały się pod twarzą polityka w ciemnym garniturze. Mark zamówił whisky i wodę. Barman, młody chłopak z brodą, postawił szklankę.

— Ice?

— Nie.

Usiadł tak, żeby widzieć ulicę. Na ekranie telewizji satelitarnej leciał program z Polski, zostawiony przez któregoś z gości. Minister mówił o odpowiedzialności i standardach życia publicznego. Pod spodem przesuwała się informacja o kolejnej kontroli finansowania fundacji związanej z jego środowiskiem. Mark upił łyk. Wystarczyło kilka zdań, żeby poczuł znajome zmęczenie cudzą pewnością siebie. Bez nazwisk wszystko wyglądało znajomo. Mark upił łyk.

— Nadal ten sam cyrk? — zapytał ktoś obok.

— Different clowns — odpowiedział Mark.

— Politics?

Mężczyzna roześmiał się, choć chyba nie zrozumiał wszystkiego. Na ekranie polityk gestykulował. Mark pomyślał o ludziach z własnej przeszłości, którzy najgłośniej mówili o zasadach wtedy, kiedy zasady nic ich nie kosztowały. Zdanie przyszło Markowi zbyt łatwo: ludzie są skurwysynami. Zaraz potem przypomniał sobie Angusa podającego chleb i Rossa wsuwającego się między niego a Darrena. Później Claire, która nie zadała drugiego pytania, oraz Mirka uśmiechającego się w celi, kiedy Mark próbował negocjować cenę spokoju.

Nawet Robert powiedział kiedyś coś mądrego. Świat psuł Markowi teorię człowieka drobnymi wyjątkami i robił to wyjątkowo irytująco.


Po powrocie do pokoju Mark otworzył laptop. Między bankiem, pocztą służbową i prognozą pogody trzymał zwykły plik tekstowy bez tytułu. Zapisywał w nim czasem zdania, których nie chciał mówić ludziom. Tylko dla siebie, bez czytelników, komentarzy i potrzeby robienia z własnej złości przedstawienia. Tego wieczoru dopisał jedno zdanie: „Najłatwiej żyje się według zasad, które dotyczą wyłącznie innych.” Przeczytał je, poprawił przecinek i zostawił w pliku. Potem zamknął laptop. Świat pozostał dokładnie taki sam.

Telefon zawibrował na stole.

Natalia.

Dotarłeś?

Tak.

Do pokoju?

Tak.

Zjadłeś coś?

Whisky nadal stała obok. Jeszcze nie. Trzy kropki pojawiły się i zniknęły. Kup coś normalnego. Nie żyj na kawie. Mark uśmiechnął się bezwiednie. Kupiłem zupę. To już postęp.

Pisał:

Tęsknię za tobą.

Skasował.

Potem:

Mogę przylecieć po szkoleniu.

Też skasował. W końcu odłożył telefon ekranem do dołu. Barman przeszedł obok.

— Another?

W szklance została połowa whisky.

— Kawa.

— O tej porze?

— Black. No sugar.

Chłopak wzruszył ramionami. Kilka minut później filiżanka stała przed nim. Pierwszy łyk był tak gorzki, że Mark skrzywił się i odstawił filiżankę na moment. Mark wypił ją do połowy, zapłacił i wrócił do pokoju. Zupa ze sklepu miała być podgrzana trzy minuty. Przelał ją do zwykłej białej miski znalezionej w kuchennej szafce. Mikrofalówka buczała, a na powierzchni zupy obracał się kawałek marchewki. Zielona miska pojawiła się w pamięci jeszcze zanim usiadł. Mark odsunął krzesło i zaklął.

— No już kurwa.

Pusty pokój nie odpowiedział. Mark zjadł stojąc przy blacie, bo nie chciał patrzeć na miskę.


Po kolacji otworzył laptop i sprawdził loty do Polski. Cena nie była dobra, ale też nie była taka, żeby go zatrzymać. Wybrał termin trzy dni później. Formularz poprosił o dane pasażera.

Marek.

Nazwisko.

Data urodzenia.

Kursor czekał przy przycisku płatności.

Telefon leżał obok.

Natalia nic więcej nie napisała.

Mark zamknął komputer.

— Jeszcze trochę — powiedział.

Usłyszał, jak to brzmi.

Rozdział 17. Pani

O trzeciej trzydzieści Mark jak zwykle otworzył oczy i przez kilka sekund czekał na alarm, którego nie było.

Pokój na lądzie trwał w ciszy. Kaloryfer wreszcie ożył i teraz stukał od czasu do czasu, deszcz przesuwał się po szybie drobnymi seriami, a gdzieś piętro niżej ktoś chrapał tak głośno, jakby próbował zagłuszyć cały budynek. Ciało Marka miało własny grafik. Trzy tygodnie pobudek przed świtem wystarczyły, żeby nawet wolność zaczynała się o godzinie pracy.

Sięgnął po telefon. Była już 03:32.

Ekran oświetlił sufit zimnym błękitem. Na pasku wiadomości wisiała ostatnia rozmowa z Natalią: „Kup coś normalnego. Nie żyj na kawie”. Poniżej jego odpowiedź o zupie i nic więcej. Trzymał kciuk nad klawiaturą. Dawniej o tej porze pisał dłużej. Jedno zdanie ciągnęło drugie, drugie trzecie, potem człowiek orientował się, że wypił kawę zimną, bo przez pół godziny opisywał kobiecie, jak bardzo chciałby obudzić się obok niej. Teraz wystarczyły dwa słowa.

Napisał tylko: „Dzień dobry”. Wysłał, a pod wiadomością pojawiło się „Dostarczono”.

To słowo miało w sobie więcej samotności, niż powinien mieć komunikat techniczny.

Telefon odłożył ekranem do dołu. Wstał boso. Podłoga była chłodna, deski skrzypnęły pod piętą. W małej kuchni wsypał kawę do starej kawiarki i zapalił gaz. Metal zaczął się nagrzewać. Najpierw odezwało się ciche bulgotanie kawiarki, potem gorycz świeżo parzonej kawy wypełniła małe pomieszczenie.

Przy pierwszym łyku przypomniał sobie Natalię sprzed lat.

Pamięć otworzyło dawne słowo: „Pani”.

Stała wtedy przy drzwiach biura, z włosami związanymi niedbale z tyłu, w płaszczu mokrym od wiosennego deszczu. Przyszła w sprawie, której po latach właściwie już nie pamiętał. Dokumenty, termin, może jakaś wycena. Za dobrze pamiętał za to pojedyncze mokre pasmo przy policzku i sposób, w jaki reagowała na ludzi zbyt pewnych siebie.

— Pan Marek?

— Zależy kto pyta.

Uniósł wtedy wzrok znad papierów i zobaczył uśmiech, który od razu mówił, że kobieta nie lubi ludzi zbyt pewnych siebie.

— To może zapytam sekretarkę.

— Nie mam sekretarki.

— Przy takim tonie głosu trudno się dziwić.

Roześmiał się. W tamtych czasach robił to częściej i bez sprawdzania, czy wypada.

Później zaczęli pisać, najpierw służbowo, potem coraz mniej służbowo. Przez kilka tygodni trzymali się „Pan” i „Pani” z uporem dwojga ludzi, którzy dokładnie wiedzieli, że formalność przestała mieć jakiekolwiek uzasadnienie, ale bawili się nią, bo jeszcze wolno było udawać, że nic się między nimi nie dzieje.

Któregoś wieczoru Natalia napisała:

Czy Pan zawsze jest taki nieznośny?

Odpowiedział:

Tylko przy kobietach, których nie mam zamiaru polubić.

Minutę później poprawił:

Nie mam zamiaru się w Pani zakochać.

Trzy kropki tańczyły na ekranie długo.

To dobrze, odpisała. Ja również mam inne plany.


Kilka dni później napisał do niej po północy. Wiedział, że czyta przed snem, bo zdążył już poznać ten szczegół i kilka innych: że odkłada telefon ekranem do dołu, kiedy naprawdę chce z kimś rozmawiać, że kawę pije wolniej niż on i że irytuje ją, kiedy mężczyzna myli bezczelność z pewnością siebie.

„Jest tyle kobiet na świecie, a ja wybrałem Panią.”

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: „Do czego?”

„Nie po to, żeby z Panią sypiać. Żeby nie pozwolić Pani zasnąć.”

Natalia wysłała najpierw znak zapytania, potem: „Pan jest niemożliwy.” Mark odpisał: „Stara szkoła.” „Stara szkoła miała chyba lepsze wychowanie.” „Miała też książki.” „Czyta Pan?” „W odróżnieniu od części rodzaju męskiego — zwyczajnie tak.” Rozmowa przeciągnęła się do drugiej. O książkach, podróżach, o tym, czy ludzi poznaje się po tym, czego pragną, czy po tym, z czego potrafią zrezygnować. Natalia nie dawała mu łatwych odpowiedzi. To zaczęło go w niej pociągać najmocniej.

„Pożądać mogę Pani ciała” — napisał w końcu, po czym przez dobrą minutę nie wysyłał zdania, zastanawiając się, czy wszystkiego nie spierdolił. Dopisał: „ale nic tak mnie nie podnieca jak interesujący umysł.”

„Czy to komplement, czy ostrzeżenie?”

„Jedno i drugie.”


Następnego dnia po raz pierwszy napisał „Natalii”. Z dodatkowym „i”, którego język polski tam nie potrzebował.

„Co to ma być?” — zapytała.

„Imię tajemne. Na równi twoje i moje. Tylko dla mnie.”

„Jeszcze wczoraj byłam Panią.”

„Pani jest dla świata. Natalii dla mnie.”

Wyśmiała go. Potem zaczęła odpowiadać na to imię szybciej niż na własne.

Kawa w Aberdeen ostygła mu w dłoni.

Mark oparł biodro o blat. Na telefonie nadal było tylko „Dostarczono”. Natalia mogła spać, brać prysznic, szykować się do pracy albo mieć telefon w torebce. Rozsądek potrafił wyprodukować dziesięć zwyczajnych przyczyn ciszy, a wszystkie przegrywały z jedną myślą: kiedyś czekała na jego wiadomości.

O szóstej trzydzieści zasnął ponownie. Obudził się przed dziewiątą z bólem w karku. Na ekranie czekała odpowiedź.

Dzień dobry. Spałam.

Dodała serce. Małe, czerwone, banalne.

Przez kilka sekund poczuł się głupio, że trzy godziny wcześniej zdążył zbudować z jej milczenia całą teorię rozpadu małżeństwa.

Najpierw wpisał: „Wiem”. Skasował odpowiedź i wysłał tylko: „Miłego dnia”.


Po śniadaniu poszedł po chleb. Czerwona kraciasta koszula wystawała spod starej kurtki. Deszcz ustał, ale chodniki zostały czarne i mokre, a od portu ciągnęło dieslem. Claire siedziała przy małym stanowisku obsługi klienta i przyklejała etykietę na zwracany czajnik. Kiedy Mark przeszedł obok, podniosła głowę.

— Pan z offshore.

— Brzmi jak choroba.

— Większość chorób ma lepsze godziny pracy.

Zatrzymał się.

— Mark — powiedział, wskazując siebie palcem. — Żebyśmy przestali rozmawiać jak ludzie z reklamy supermarketu.

Odruchowo poszukała plakietki na jego kurtce, choć żadnej tam nie było.

— Mark?

— Marek.

Spróbowała powtórzyć.

— Ma-rek.

Akcent przeciągnął pierwszą sylabę, ale imię pozostało jego.

— Prawie.

— To popraw mnie.

Powtórzył wolniej. Claire zrobiła to jeszcze raz.

— Marek.

Trafiła. Coś przesunęło się pod żebrami przez głupi, niepotrzebny drobiazg. Na platformie przez miesiące wszystkim wystarczał Mark. Easier. Jedna obca kobieta poświęciła dziesięć sekund, żeby wymówić dwie sylaby poprawnie.

— Better?

— Dużo.

— Claire — powiedziała, dotykając plakietki. — Na szczęście bez egzaminu fonetycznego.

— Jeszcze zobaczymy.

Zaśmiała się. Mark poszedł dalej między regały z pieczywem. Przy półce z kawą zatrzymał się dłużej, niż wymagał wybór opakowania. „Marek”. Dawne imię wróciło na chwilę z ust kogoś, kto nic o nim nie wiedział. Kiedyś Natalia mówiła je inaczej. Bywała miękka, kiedy leżała z policzkiem na jego piersi, a innym razem ostra, z tą szczególną intonacją, po której wiedział, że za kilka sekund zacznie się awantura. W łóżku prawie nigdy nie używała imienia. Wtedy mówiła „ty”, jakby żadna inna osoba nie mogła znajdować się w świecie na tyle blisko, żeby potrzebne było rozróżnienie. Wziął kawę z półki. Przy kasie Claire zeskanowała chleb, jajka i gazetę, której nie pamiętał, żeby wkładał do koszyka.

— To nie moje.

— Wiem. Ktoś zostawił. Chcesz?

Na pierwszej stronie krzyczał nagłówek o kolejnym sporze rządu, pieniądzach i odpowiedzialności.

— Nie. Mam alergię na ludzi.

Claire uniosła brew.

— To źle wybrałeś gatunek.

Patrzyli na siebie, a potem Mark roześmiał się. Krótko, ale prawdziwie.

— To nie moje zdanie — powiedział.

— Czyje?

Wzruszył ramionami.

— Jeszcze nie wiem.

Wyszedł ze sklepu z chlebem pod pachą i kawą w torbie. Na rogu wiatr poderwał gazetę z kosza. Papier przeleciał przez mokrą ulicę, przykleił się do krawężnika i został tam twarzą polityka do brudnej wody.

Mark minął go bez zatrzymywania.

Rozdział 18. Dostarczono

Już przy wejściu do ośrodka czuć było chlor.

Na tablicy przy recepcji wisiał plan dnia, a pod nim zdjęcia ludzi w pomarańczowych kombinezonach zanurzonych w basenie po szyję. Mark podpisał listę obecności, dostał plastikową kartę i worek z odzieżą. Mokry neopren miał ciężar skóry zdjętej z jakiegoś dużego zwierzęcia.

— Refresher? — zapytał instruktor.

— Tak.

Mężczyzna sprawdził formularz.

— Mark?

— Marek.

— Marek — powtórzył bez dyskusji.

Drugi raz w ciągu dwóch dni i Mark prawie się uśmiechnął. W szatni było kilkunastu mężczyzn. Większość znała ten rytuał. Buty pod ławką, ubranie do szafki, kombinezon, zamek dociągnięty wysoko pod szyję. Ktoś żartował o wadze. Ktoś inny narzekał na pogodę. Młody chłopak z tatuażem na całym przedramieniu próbował wcisnąć głowę przez zbyt ciasny kołnierz i klął tak twórczo, że dwóch Norwegów zaczęło mu bić brawo. Mark wsunął ręce w neopren. Materiał objął nadgarstki ciasno. Przez sekundę poczuł metal; najpierw przyszedł ucisk, dopiero potem obraz.

Kajdanki miały inny ciężar, zimniejszy i brutalnie precyzyjny. Wgryzały się w skórę podczas pierwszego przewożenia, bo funkcjonariusz zacisnął je o jeden ząbek za mocno. Mark pamiętał, że wtedy chciał poprosić o poluzowanie, ale człowiek w mundurze nawet na niego nie patrzył. Siedział bokiem, z dłonią opartą o pas, jakby transportował paczkę, która mogła nagle wybuchnąć.

— W porządku?

Głos instruktora przeciął wspomnienie. Mark poruszył palcami.

— Dobrze.

Basen był głęboki i za jasny. Lampy odbijały się od powierzchni wody, chlor szczypał w oczy jeszcze przed wejściem. Najpierw ćwiczyli podstawy: wejście do wody, ustawienie grupy, pracę w kamizelkach, pomaganie człowiekowi, który stracił orientację. Potem przyszła kolej na symulator kabiny śmigłowca. Metalowa rama wisiała nad wodą. Mark usiadł na swoim miejscu, zapiął pas i wsunął dłonie pod taśmy tak, jak pokazano. Instruktor przeszedł wzdłuż kabiny.

— Pamiętaj o punkcie odniesienia. Zaprzyj się. Poczekaj, aż ruch ustanie. Dopiero wtedy się wypnij.

Proste zdania. Kiedy człowiek ma za chwilę znaleźć się pod wodą głową w dół, nikt nie potrzebuje literatury. Rama opadła. Woda uderzyła w twarz lodowatym policzkiem. Przez sekundę wszystko było białe od pęcherzyków. Potem kabina zaczęła się obracać. Pas wbił się w biodra. Nogi poszły do góry. Nos wypełnił chlor. Mark trzymał punkt odniesienia lewą dłonią. Prawa znalazła klamrę. Czekał. W areszcie także kazali czekać: na przesłuchanie, adwokata, telefon, decyzję i wreszcie na człowieka, który miał otworzyć drzwi. Tylko tam nikt wcześniej nie powiedział, po jakim ruchu wolno odpiąć pas. Kabina znieruchomiała. Mark zwolnił klamrę, pociągnął się po ramie i wypłynął. Powietrze wpadło do płuc gwałtownie. Instruktor złapał go za kamizelkę i przesunął w bok.

— Dobra?

Mark otarł wodę z twarzy.

— Dobra.

Drugie powtórzenie poszło łatwiej. Przy trzecim zgasili światła w części basenu. Ciemna woda przestała przypominać szkolenie. Po wyjściu nogi miał ciężkie. W szatni gorąca para osiadła na kafelkach. Neopren schodził z ciała z mokrym mlaskiem. Pod prysznicem szorował nadgarstki dłużej niż resztę skóry, choć nie było na nich żadnego śladu. Przy automacie z kawą usiadł obok mężczyzny w granatowej bluzie z logo innej firmy. Miał około pięćdziesięciu lat, siwe włosy i dłonie człowieka, który wiele lat pracował narzędziami.

— Polak? — zapytał po angielsku.

— Tak.

— Ja też.

Polski zabrzmiał z akcentem zbyt czystym, żeby pomylić go z czymś innym. Mężczyzna wyciągnął rękę.

— Paweł.

— Marek.

— Platforma?

— Tak.

— Która?

Mark podał nazwę instalacji. Paweł skrzywił się.

— Stary złom.

— Płaci.

— Złom też płaci, dopóki się nie urwie.

Napój z automatu był cienki, gorący i ledwie zasługiwał na nazwę kawy. Paweł wypił pół kubka jednym haustem.

— Ile siedzisz?

— Trzy na trzy.

— Rodzina w Polsce?

Mark potwierdził krótko.

— To uważaj.

— Na co?

Paweł obrócił papierowy kubek w palcach.

— Uważaj, żebyś nie zaczął liczyć życia rotacjami. Najpierw jedna zmiana, potem następny kontrakt. Oglądasz się i dzieci są dorosłe, a ty pamiętasz je z plecakiem do podstawówki.

— Długo tu jesteś?

— Za długo, skoro daję rady obcym ludziom przy kawie.

— Ile?

— Szesnaście lat.

— Wracasz?

Paweł uśmiechnął się bez wesołości.

— Co trzy tygodnie.

— Nie o to pytam.

Uśmiech zniknął.

Przez chwilę słychać było tylko buczenie automatu i śmiech z szatni.

— Ja też już nie wiem — powiedział Paweł.

To była pierwsza odpowiedź tego dnia, która zabrzmiała prawdziwie.

Po szkoleniu Mark wyszedł przed budynek. Wiatr przeganiał niskie chmury nad magazynami i parkingiem. Z mokrego asfaltu ciągnęło ropą. Telefon miał trzy procent baterii.

Natalia odpisała na „Miłego dnia” ponad pięć godzin wcześniej.

Tobie też. Mam dużo pracy.

Mark zaczął pisać o basenie.

Dzisiaj przewracali nas pod wodą w symulatorze śmigłowca.

Zatrzymał się i zawahał nad końcem zdania. Miał jej napisać, że basen na moment przywrócił areszt tak realnie, iż prawie szarpnął ręką w neoprenie, jakby znów próbował uwolnić nadgarstek z metalu?

Skasował wszystko i wysłał tylko: „Szkolenie zaliczone”. Pod spodem pojawiło się znajome „Dostarczono”.

Po minucie pojawiło się:

„Super”. Jedno słowo.

Kiedyś z jednego słowa potrafili zrobić wieczór. Teraz całe wieczory mieściły się w jednym słowie.

Mark wsunął telefon do kieszeni i ruszył na przystanek. Deszcz zaczynał padać od strony portu. Drobny, zimny, poziomy. Nie otworzył parasola, bo żadnego nie miał.

Rozdział 19. Przydział

Wieczorem telewizor mówił sam do siebie. Na tyle monotonnie, że pierwsza szklanka zniknęła prawie bez udziału Marka, druga tylko zacisnęła mu szczękę mocniej. Z każdą szklanką nakręcał się bardziej, ale nie miał siły nawet tego zapisać. Kiedyś dentysta powiedział, że przy takim zgryzie musi prowadzić bardzo stresujące życie; szkliwo było starte jak po latach nocnego zaciskania zębów. Po trzeciej szklance z kącika oka wyszła pojedyncza łza, której nawet nie starł. Czwartej nie pamiętał. Sen przyszedł wcześniej niż grube szkło potoczyło się po wykładzinie. Ranek był ciężki a telewizor dalej mówił.

Mark zostawił go włączonego tylko po to, żeby w pokoju znajdował się jeszcze jeden głos. Polska stacja informacyjna przeskakiwała od komisji śledczej do prognozy pogody, potem do materiału o zamkniętej drodze i korkach po wypadku. Po reklamach dwóch ekspertów kłóciło się o ceny energii. Mark nie słuchał treści. Wystarczał rytm cudzych zdań za ścianą ciszy. Mark stał przy kuchence i mieszał jajecznicę drewnianą łyżką.

— Kurwa, jakie szczęście, że wszyscy mają czyste sumienie.

— Nie wszyscy.

Łyżka zatrzymała się nad patelnią. Przy stole siedział mężczyzna. Mark znał tę twarz: czarna kurtka, słonecznik na platformie, później supermarket i dziwne „jeszcze nie”. Teraz siedział w jego pokoju, jakby wszystkie wcześniejsze spotkania były tylko cierpliwym czekaniem na właściwy moment. Mark przez kilka sekund patrzył na niego bez ruchu. Zamrugał oczami ale gość nie zniknął.

Mężczyzna miał na sobie ciemny płaszcz, choć w pokoju było ciepło. Włosy przy skroniach siwiały. Twarz wyglądała na zmęczoną, zwyczajną, prawie znajomą. Przed nim stał pusty kubek po kawie, ten sam, który Mark rano zostawił w zlewie.

— Co ty, kurwa, robisz w moim mieszkaniu?

Mężczyzna westchnął.

— Pokoju.

— Co?

— To nie jest mieszkanie. Pokój wynajmujesz. Precyzja podobno cechuje inżynierów.

Mark odłożył łyżkę. Drzwi były zamknięte. Klucz tkwił w zamku od środka.

— Jak wszedłeś?

— Słabe pytanie.

— Dla mnie całkiem dobre.

— Bo jesteś człowiekiem.

Mark sięgnął wzrokiem po nóż leżący na desce. Mężczyzna również zauważył nóż.

— Serio?

— Kim jesteś?

— Przydział.

— Co?

— Przydzielili mnie.

— Kto?

Mężczyzna popatrzył w sufit, wymownie wskazując coś nieokreślonego nad nimi.

— Centrala. Góra.

W pokoju słychać było skwierczenie jajek. Mark wyłączył gaz.

— Wyjdź.

— Jeszcze nie zjadłem.

— To zamów sobie pizzę.

— Nie mam pieniędzy.

— Anioł bez pieniędzy?

Mężczyzna uniósł brwi.

— Szybko poszło.

Mark oparł dłonie o blat. Krew zaczęła pracować szybciej, ale strach nie pasował do sytuacji. Bardziej pasowały zmęczenie, sen, chlor, za mało jedzenia albo za dużo kawy. Każde wyjaśnienie było rozsądniejsze od siedzącego przy stole człowieka, który nazwał siebie aniołem.

— Powiedziałem „anioł” ironicznie.

— Ja też.

— Wypierdalaj.

— Mam alergię na ludzi, a jednak mnie przydzielili do ciebie. Uwierz, obaj mamy gorszy poranek, niż planowaliśmy.

Mark odczekał jeszcze chwilę. Potem wziął dwa talerze.

— Skoro śnię, nie będę marnował jajek.

— Rozsądne.

Położył porcję przed mężczyzną.

— Chleb?

— Masz masło?

— Jesteś bezczelny.

— To kwestia zawodowa.

Jedli w ciszy. Telewizor zmienił temat na sondaże. Mężczyzna jadł szybko, jak człowiek naprawdę głodny. To drażniło Marka bardziej niż skrzydła, których nie było.

— Nie powinieneś mieć jakiejś białej szaty?

— Powinieneś mieć firmę, dom i rodzinę przy stole. Jak widzisz, kadry popełniają błędy.

Widelec Marka zatrzymał się w połowie drogi.

— Uważaj.

— Na co?

— Na mnie.

— Na ciebie uważam od początku rozmowy.

Mark odsunął talerz.

— Jeżeli jesteś moją halucynacją, mam wyjątkowo wkurwiającą podświadomość.

— To akurat wiedziałeś wcześniej.

— A jeśli nie jesteś?

Mężczyzna wzruszył ramionami.

— Zjesz jajecznicę z obcym człowiekiem. Przeżywałeś gorsze rzeczy.

Na ekranie polityk podniósł palec i powiedział coś o odpowiedzialności za rodzinę. Mark sięgnął po pilota i wyłączył telewizor. Cisza zrobiła się nagle ciężka.

— Robiłem to dla rodziny — powiedział.

Nie wiedział, czemu akurat teraz. Mężczyzna przestał jeść.

— Co?

— Wyjazd. Pracę. Pieniądze. Wszystko.

— Wiem.

— To po co pytasz?

— Jeszcze nie pytałem.

Mark zacisnął szczękę.

— Zaraz zapytasz.

— Dobrze. Robiłeś to dla rodziny?

— Tak.

— Na pewno?

Śmiech Marka był krótki i pozbawiony humoru.

— To ma być ta niebiańska mądrość? Pytanie z kalendarza motywacyjnego?

Mężczyzna podrapał się po policzku.

— Nie. Chciałem sprawdzić, czy skłamiesz od razu, czy dopiero za chwilę.

Mark wstał tak gwałtownie, że krzesło przesunęło się po podłodze.

— Wiesz, ile kosztowało leczenie Natalii?

— Wiem.

— Wiesz, ile sprzedałem?

— Wiem.

— Wiesz, ile razy brałem dodatkową zmianę?

— Tak.

— Więc nie pierdol mi, dla kogo to robiłem.

Mężczyzna odpowiedział spokojnie.

— Dla niej i dzieci. Jasne. Tylko przestań udawać, że ciebie w tym nie było. Lubisz być potrzebny. Lubisz mieć wszystko pod kontrolą.

Mark poczuł gorąco pod karkiem.

— Ona żyje dzięki temu.

— Tak.

— To wystarczy.

— Tobie?

— Wszystkim.

— Nie pytałem wszystkich.

Mark przeszedł do okna. Na ulicy deszcz odbijał światło latarni. Samochód przeciął kałużę i zniknął za rogiem. W szybie widział własne odbicie oraz ciemną sylwetkę siedzącą przy stole.

— Kochałem ją — powiedział ciszej.

— Wiem.

— Kocham.

— Wiem.

— Więc dlaczego tak wygląda nasze życie?

— To ty z nią żyłeś.

Mark odwrócił się.

— Ty naprawdę jesteś chujem.

— Zgłaszałem w centrali. Bez odpowiedzi.

Pierwszy raz uśmiechnął się naprawdę. Mężczyzna wstał i zaniósł talerz do zlewu.

— Dokąd idziesz?

— Jeszcze nigdzie.

— Powiedziałeś, że przydział.

— Przydział nie oznacza zameldowania.

— Jak mam cię nazywać?

Mężczyzna zastanowił się chwilę.

— Jak chcesz.

— Anioł?

— Pretensjonalne.

— Pasuje do ciebie.

— W takim razie Anioł.

Na drugim talerzu zostały ślady jajecznicy i kawałek skórki od chleba.

— Natalia by cię nie polubiła.

— Skąd wiesz?

— Ma dobry gust.

— Wyszła za ciebie.

Mark parsknął śmiechem, zanim zdążył się powstrzymać. Kiedy podniósł głowę, przy stole nikogo nie było. Drzwi pozostały zamknięte. Klucz tkwił w zamku. Przy zlewie stały dwa brudne talerze. Mark podszedł do nich wolno. Dotknął jednego palcem, jakby ceramika mogła udzielić odpowiedzi. Była ciepła. Przez resztę dnia nie wypił już ani kropli alkoholu.

Rozdział 20. Powrót

Na heliport przyjechał przed świtem. Bus wysadził ich pod niskim budynkiem z jasnymi oknami. Wiatr ciągnął od morza i wciskał się pod kurtkę. Gdzieś obok uruchomiono śmigłowiec; podłoże odpowiedziało lekkim drżeniem. Ludzie ustawiali torby przy wadze, podawali nazwiska, zdejmowali metalowe przedmioty z kieszeni. Każdy znał kolejność ruchów. Rutyna była jednym z zabezpieczeń przed tym, żeby człowiek zaczął myśleć, gdzie właściwie leci. Mark położył torbę na wadze.

— Czternaście przecinek osiem.

Pracownik przykleił etykietę.

— Name?

— Marek.

Mężczyzna sprawdził listę.

— Mark.

— Marek.

Palec pracownika zatrzymał się na papierze.

— Tutaj jest napisane Mark.

— Wiem, co mówi papier.

Z tyłu ktoś westchnął demonstracyjnie. Mark odwrócił głowę. Darren stał dwa miejsca dalej, z kubkiem kawy w dłoni.

— Chryste, Polaku, daj człowiekowi zrobić swoją robotę.

— Robi. Ja mu tylko pomagam z alfabetem.

Kilku ludzi się uśmiechnęło. Darren pokręcił głową.

— Nadal drażliwy.

— Nadal nudny.

Pracownik przy wadze zerknął na jednego, potem na drugiego.

— Marek, w takim razie.

Zapisał długopisem poprawkę obok wydruku. Drobna kreska i dwie dodatkowe litery wystarczyły, żeby Mark podziękował i odszedł. W sali odpraw dostał kombinezon ratunkowy, który śmierdział środkiem dezynfekcyjnym. Zamek szedł ciężko pod brodę, a kaptur uciskał kark. Obok Angus mocował rękaw i mruczał pod nosem.

— Za stary jestem na to gówno.

— Mówiłeś to poprzednim razem.

— I wtedy też miałem rację.

Angus poprawił kołnierz Marka.

— Marek.

Wymówił imię powoli, prawidłowo.

— Co?

— Słyszałem, że robiłeś rewolucję przy odprawie.

— Małe powstanie.

— Wy, Polacy, lubicie takie rzeczy, co?

Przez ułamek sekundy Mark czekał na ukłucie. Zamiast niego zobaczył kącik ust Angusa.

— Zwykle źle się kończą.

— To jesteś dobrze przygotowany do offshore.

Śmigłowiec poderwał się po siódmej. Aberdeen opadło pod nimi w mokrej szarości. Portowe dźwigi, magazyny, drogi, rzędy domów. Potem został tylko brzeg i morze.

Mark siedział przy oknie. Wibracja przechodziła przez fotel w kręgosłup. Słuchawki tłumiły najostrzejszy hałas, ale wirniki nadal wypełniały głowę jednostajnym biciem. Nad wodą nie było punktów odniesienia. Szare fale i szare niebo zlewały się w jedną powierzchnię przeciętą białymi grzbietami piany.

Telefon miał wyłączony. Przed odprawą napisał Natalii: „Lecę. Odezwę się wieczorem”, a ona odpowiedziała: „Uważaj na siebie”. Dawniej dodawała jeszcze: „Kocham Cię”.

Myśl przyszła sama i od razu poczuł do siebie złość. Człowiek potrafił dostać troskę i w tej samej sekundzie szukać brakującego słowa.

Platforma pojawiła się po kilkudziesięciu minutach, tak jak wcześniej, jako ciemna konstrukcja wbita w morze. Najpierw niewielka, prawie zabawkowa. Potem rosła. Stalowe nogi, kratownice, moduły, rurociągi, komin pochodni. Nad jednym pokładem wisiała cienka mgła niesiona wiatrem. Płomień flary drgał w szarości jak rzecz, która nie powinna palić się tak spokojnie nad wodą. Przy podejściu Mark poczuł znajomy skurcz żołądka. Organizm znał już ruch śmigłowca, chwilowe opadanie i korekty nad lądowiskiem. Ścisk brał się z powrotu do miejsca, którego nie lubił, choć znał każdy zakręt korytarza.

Po zejściu uderzył go smród spalin.

Po kilku godzinach człowiek przestawał go zauważać.

— Witaj w domu — powiedział Ross.

Wokół były stal, przewody i mokre barierki.

— Nie przesadzajmy z tym „home”.

Ross uśmiechnął się. Kabina wyglądała dokładnie tak samo jak trzy tygodnie wcześniej. Wąskie łóżko, szafka, biurko, lampka, haczyk na ubranie. Mark położył torbę i stał bez ruchu. Platforma odebrała go z lądu tak łatwo, jakby przerwa była tylko błędem w grafiku. Czerwoną kraciastą koszulę powiesił w szafce. Na zmianę roboczą założył ciężki kombinezon. Materiał był świeżo wyprany, jeszcze sztywny. Wsunął do kieszeni rękawice, okulary i zatyczki do uszu. Przed południem trafili do jednej z pomp eksportowych. Operator zgłaszał spadek ciśnienia i nierówną pracę; przy kołnierzu pojawił się świeży film oleju. Ross od razu sięgnął po narzędzia, Mark najpierw obejrzał ślad. Mark przyklęknął przy przewodzie.

— Najpierw wytrzyj — rzucił Darren.

Mark odezwał się znad okularów.

— Dziękuję. Jeszcze powiedz, którą stroną szmatki.

Ross chrząknął, tłumiąc śmiech. Kiedy Darren odszedł kawałek, Mark wytarł korpus. Na białym czyściwie pojawiła się świeża, bursztynowa smuga. Palcem w rękawicy przejechał przy króćcu i zobaczył świeży ślad.

— Fitting?

— Może. Ale ciśnienie spada za bardzo jak na pocenie.

Po zdjęciu osłony szybko znaleźli źródło nierównej pracy. Przewód powrotny bił wyraźniej od reszty układu.

— Listen.

Ross pochylił głowę. W hałasie platformy trzeba było nauczyć się słuchać maszyn inaczej. Nie pojedynczego dźwięku, lecz różnicy. Pompa miała własny ton, stały i głęboki. Teraz pod nim pojawiał się suchy, krótki szelest.

— Cavitation? — zapytał Ross.

— Albo łapie powietrze po stronie ssawnej. Sprawdź poziom i filtr przed rozbieraniem połowy układu.

Darren wrócił z kluczem.

— Baird mówi: wymienić złączkę.

— Najpierw filtr.

— Powiedział: złączka.

Mark wyprostował się.

— Jeżeli wymienisz dobre złącze, będziesz miał nowe dobre złącze i starą awarię.

— Orders.

— To zawołaj Bairda.

Darren patrzył na niego chwilę. W oczach miał tę samą mieszankę irytacji i satysfakcji, która pojawiała się zawsze, kiedy liczył, że Mark podniesie głos o pół tonu za wysoko.

— Zawsze wiesz lepiej, prawda, Polaczku?

Ross przestał się ruszać. Mark poczuł, jak ciepło wchodzi mu w szyję. Pod skórą odezwała się stara, dobrze znana ochota. Jeden krok. Złapać go za kombinezon. Przycisnąć do barierki. Zobaczyć, czy ten sam uśmiech zostanie na twarzy, kiedy zabraknie bezpiecznych dwóch metrów i kolegów dookoła. Dłonie pozostały przy ciele.

— Darren.

— Co?

— Powiedz to jeszcze raz.

Ross odwrócił głowę w stronę korytarza, sprawdzając, czy ktoś idzie. Darren uśmiechnął się szerzej.

— Polaczek.

Mark zrobił pół kroku bliżej.

— Dobrze. Teraz już wiemy, że potrafisz powtarzać. Następnym razem spróbujemy myślenia.

Uśmiech zniknął.

— Pierdol się.

— W pracy czy po pracy? Bo muszę sprawdzić grafik.

Ross parsknął tak gwałtownie, że odwrócił się do ściany. Darren zacisnął szczękę.

— Któregoś dnia ktoś ci wybije ten przemądrzały pysk.

— Już próbowali lepsi.

To zdanie wyszło szybciej, niż Mark chciał. Przez sekundę zobaczył zielony drelich. Rozciętą wargę. Podłogę celi na wysokości oczu. Darren niczego nie zauważył; Ross wychwycił wszystko.

— Filtr — powiedział spokojnie. — Sprawdźmy ten pieprzony filtr.

Wkład był przytkany drobnym czarnym osadem. Po wymianie i odpowietrzeniu układu ciśnienie wróciło do normy. Suchy szelest zniknął. Baird przyszedł dwadzieścia minut później.

— Co to było?

Ross wskazał zużyty wkład.

— Filtr.

Baird popatrzył na Marka. Darren stał przy skrzynce z narzędziami i milczał. Mark wytarł dłonie szmatą. Rękawice przepuściły trochę cieczy przy mankietach i skóra była lepka mimo mycia.

— Kawa? — zapytał Ross, kiedy zamknęli permit.

— Tak.

W drodze do mesy minęli tablicę z liczbą dni bez wypadku. Ktoś dopisał pod spodem markerem: „Nie spierdol tego”. Ross zwolnił przy drzwiach.

— Co miałeś na myśli?

— Kiedy?

— Lepsi próbowali.

Mark pchnął drzwi. Z kuchni wyszedł zapach smażonego mięsa. Kilku ludzi siedziało przy stołach. Ktoś oglądał wiadomości bez dźwięku.

— Nic.

Ross nie naciskał. To była jedna z rzeczy, za które Mark zaczynał go szanować. Przy automacie nalał kawy do grubego białego kubka. Czarna powierzchnia zadrżała od pracy konstrukcji. Telefon leżał w kieszeni, poza zasięgiem w tej części modułu.


Wieczorem powinien był napisać Natalii, że doleciał, może powiedzieć coś więcej. Zamiast tego wypił kawę, zanim zdążyła wystygnąć.

Rozdział 21. Dwanaście godzin

Pierwsza pełna zmiana po powrocie zaczęła się od deszczu lecącego prawie poziomo. O szóstej rano światła pokładu wisiały w szarej wodzie powietrza, a morza właściwie nie było widać; za barierką kończyła się platforma i zaczynała wilgotna pustka. Mark zapiął kombinezon pod samą szyję. Pod spodem miał czerwoną kraciastą koszulę, tę samą, którą na lądzie nosił rozpiętą przy szyi. Tutaj została tylko wąska czerwona linia między zamkiem drelichu a skórą. Rękawy szybko nasiąkły wilgocią, przy mankietach materiał sztywniał od soli, a od ciepłych urządzeń falowało powietrze.

Na odprawie Baird przesunął palcem po wydruku zleceń. Jedna z pomp w układzie wody produkcyjnej miała rosnące drgania po stronie sprzęgła. Operator zgłaszał także nieregularny hałas przy większym obciążeniu, jeszcze bez alarmu, ale wystarczająco, żeby przestać udawać, że maszyna sama zmieni zdanie. Baird podzielił ludzi na zespoły i przy nazwisku Marka zatrzymał długopis.

— Bierzesz Rossa i Darrena. Sprawdź osiowanie i mocowania, zanim ktokolwiek zacznie rozbierać pompę.

Darren siedzący po drugiej stronie stołu podniósł głowę.

— On nas bierze?

Baird nie przerwał czytania.

— Wczoraj znalazł filtr. Dzisiaj sprawdza to. Jeśli masz zastrzeżenie techniczne, powiedz jakie.

Było słychać tylko wentylację i szuranie kubka po stole. Darren wzruszył ramionami.

— No objection.

Mark zamknął teczkę z permitami. Satysfakcja przyszła natychmiast, podszyta wstydem. Jeszcze kilka lat wcześniej trzy firmy czekały na jego decyzję w sprawach kosztujących więcej niż roczna pensja całej tej zmiany. Teraz poczuł dumę, bo kierownik pozwolił mu prowadzić trzyosobową robotę przy starej pompie. Człowiek szybko przestawiał miarę własnej wartości, kiedy życie odebrało mu większe linijki.

Przed wejściem do strefy sprawdzili izolacje i permit. Operator potwierdził odstawienie urządzenia, a potem przeszedł z nimi listę punktów, przy których energia miała zostać odcięta. Mark nie znosił ludzi, którzy przy takich rzeczach grali bohaterów. Maszyna nie wiedziała, kto ma dwadzieścia lat doświadczenia, kto jest brygadzistą, a kto przyleciał pierwszy raz. Obracające się sprzęgło brało każdego jednakowo. Pompa była jeszcze ciepła. Stary olej przy podstawie mówił niewiele; dopiero po zdjęciu osłony wyszedł nierówny ślad pracy na sprzęgle.

— Widzisz to?

Ross przysunął twarz.

— Misalignment.

— Albo stopa siadła. Najpierw podstawa.

Darren rzucił klucz na gumową matę.

— Napęd jest za ciepły. Powinniśmy to otworzyć.

Mark przesunął palcem po krawędzi podstawy. Pod jedną z łap farba była świeżo spękana. Cienka, prawie niewidoczna rysa ciągnęła się wzdłuż podkładki.

— Jak rozbierzesz pompę bez sprawdzenia osiowania, za sześć godzin złożysz ją w tej samej geometrii.

— Baird powiedział sprawdzić. Sprawdziliśmy.

— Spojrzenie latarką to jeszcze nie pomiar.

Darren wyprostował się powoli.

— Znowu chcesz mnie uczyć mojej roboty?

Wiatr uderzył w ścianę modułu i gdzieś wyżej zabrzęczała luźna osłona. Mark poczuł znajome ciepło pod karkiem, ale tym razem przyszło słabsze. Ostatnia rozmowa z Darrenem nauczyła go, że człowiek może wygrać sekundę i przegrać pół roku, jeśli pomyli ripostę z rozwiązaniem.

— Nie. Chcę skończyć robotę raz.

Ross odchrząknął.

— Przyniosę zestaw.

Pomiar zabrał więcej czasu niż Darren chciał przyznać. Oczyścili miejsca pod czujniki, przetarli powierzchnie szmatą nasiąkniętą odtłuszczaczem, ustawili przyrząd i obracali wałem zgodnie z procedurą, powoli, bez szarpania. Na ekranie pojawiła się różnica wystarczająca, żeby tłumaczyć drgania. Jedna z łap silnika siedziała gorzej; po poluzowaniu Mark znalazł pod podkładką ślad korozji i zgnieciony brud, stary jak połowa instalacji.

— Luźna stopa — powiedział Ross.

— I jeszcze syf pod shimem.

Darren przykucnął obok. Chwilę wszyscy trzej patrzyli na kilka dziesiątych milimetra, które potrafiły zamienić tonową maszynę w źle strojący instrument.

— Zadowolony? — zapytał Darren.

Mark wyjął zabrudzoną podkładkę.

— Będę, jak temperatura spadnie.

Pracowali prawie cztery godziny. Dwa razy poprawiali ustawienie i wracali do pomiaru, aż wynik przestał uciekać. Po uruchomieniu pompy stanęli obok obudowy. Dźwięk był równy, niski. Mark przyłożył dłoń w rękawicy do metalu. Drganie wciąż było wyczuwalne, lecz zniknęło wcześniejsze szarpnięcie. Operator odczytał temperaturę po kilkunastu minutach.

— Spada.

Ross pokazał Markowi kciuk. Darren zdjął okulary ochronne i wytarł czoło rękawem.

— Szczęśliwy Polak.

— Widzisz? Jeszcze trochę i zaczniesz mnie lubić.

— Nie przeginaj.

— Też się boję.

Darren prychnął śmiechem. Krótkim, niechętnym, ale jednak. Mark nie uznał tego za zwycięstwo. Ludzie nie zmieniali się od jednej dobrze ustawionej pompy. Czasem jednak wystarczało, że przez kilka godzin mieli wspólnego przeciwnika z żeliwną obudową i numerem urządzenia zamiast nazwiska. Po wejściu do mesy usłyszał syk frytownicy i stuk tac. Usiadł przy końcu stołu. Przemysłowe mydło nadal szczypało w jednym skaleczeniu. Kucharz postawił przed nim głęboki talerz. Zupa była gęsta, czerwona, z ryżem. Łyżka uderzyła o ceramikę i dźwięk przeszedł przez niego nie tam, gdzie powinien. Zielona plastikowa miska miała rysę na brzegu.

Obraz przyszedł bez pytania. Ciepła ciecz, kilka kawałków ziemniaka, metalowa łyżka z wygiętym trzonkiem i palce Roberta przesuwające chleb bliżej siebie. Mark zacisnął dłoń na sztućcu. Powierzchnia zupy na platformie drżała od pracy konstrukcji.

— Jesz to? — zapytał Ross.

Mark podniósł wzrok. Ross wskazał na jego kromkę.

— Tak.

— To jedz. Patrzysz na to, jakby było ci winne pieniądze.

Mark odłamał kawałek chleba.

— Znam gorszych dłużników.

Zjadł całą miskę powoli, a gdy skończył, sam odniósł naczynie.

Rozdział 22. Świadomie

Po prysznicu Mark siedział na łóżku w samej koszulce i spodniach od dresu. Czerwona kraciasta koszula wisiała na oparciu krzesła, wilgotna przy kołnierzu.

Telefon złapał zasięg. Na ekranie czekały dwie wiadomości od Natalii.

Jak pierwszy dzień?

I pamiętaj o rękach. Krem jest w bocznej kieszeni torby.

Palce miał suche. O kremie zapomniał. O tym, że Natalia go spakowała, też.

Napisał: „Pompa przeżyła. Ja też”.

Odpowiedź pojawiła się po chwili.

Czyli sukces.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 68.2