E-book
23.63
drukowana A5
34.6
Linia Spekulacji

Bezpłatny fragment - Linia Spekulacji


5
Objętość:
95 str.
ISBN:
978-83-8431-851-5
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 34.6

„Na koniec marca 2025 r. liczba rachunków maklerskich wyniosła 2 076 377– poinformował Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych. To wynik o 29 975 wyższy niż miesiąc wcześniej oraz o 318 616 wyższy niż rok wcześniej, w marcu 2024r.”

Wstęp

Jest maj 2025 roku. Nazywam się Karol, jestem po trzydziestce i postanowiłem spisać swoją historię — opowieść o kilku intensywnych latach spędzonych na rynkach finansowych. Nie znajdziesz tu skomplikowanej analizy technicznej, ani gotowego przepisu na sukces. To zapis mojej osobistej walki o realizację marzeń: o lepszą przyszłość, finansową niezależność i uwolnienie się spod presji pracy na etacie. To również historia o możliwościach, jakie oferuje współczesny świat — dostępnych niemal na wyciągnięcie ręki, często w zasięgu kilku kliknięć w smartfonie. Wystarczy spojrzeć na statystyki, by dostrzec, jak dynamicznie rośnie liczba kont maklerskich w naszym kraju. Historie takie jak ta mogą dotyczyć dziesiątek, a może nawet setek tysięcy osób, które marzyły o zmianie swojego życia.

Jeśli dopiero planujesz rozpocząć swoją przygodę z rynkami finansowymi lub stawiasz pierwsze kroki w tym świecie, być może znajdziesz tutaj wskazówki lub przestrogę. Jeśli natomiast jesteś na rynku wystarczająco długo, być może odnajdziesz w mojej historii odbicie swoich własnych doświadczeń.

Siadając teraz do pisania tekstu, obok mnie leży aktywny telefon, na którego ekranie w czasie rzeczywistym migoczą minutowe świeczki rynkowe. W ich rytmie przebiega mój dzień — każda zmiana koloru, każdy ruch w górę lub w dół, zdaje się rzucać pytanie: czy to właśnie jest ta wolność, o której marzyłem, zakładając konto inwestycyjne u największego polskiego brokera?

Wolność, którą kiedyś widziałem jako przestrzeń pełną możliwości, dzisiaj okazuje się labiryntem decyzji, ryzyka i emocji. I choć z perspektywy czasu wiem, że była to droga pełna wzlotów i upadków, to właśnie te doświadczenia ukształtowały mój sposób patrzenia na życie, pieniądze i marzenia. Piszę tę historię, by spojrzeć na siebie i swoje decyzje z dystansu — ale może także, by pomóc komuś zrozumieć, czym naprawdę jest codzienność w grze o finansową niezależność.

Początki

Był rok 2021. Mieszkałem wtedy w niewielkim mieście powiatowym i pracowałem fizycznie w fabryce tuż za zachodnią granicą Polski. Choć posiadałem wyższe wykształcenie, moją codziennością była ciężka, fizyczna praca. Dzięki niej zgromadziłem oszczędności, jakich wielu rówieśników mogło by mi jedynie pozazdrościć. Były one wynikiem nie tylko wysiłku, ale też konsekwentnego podejścia do zarządzania finansami. Od zawsze byłem osobą oszczędną, umiejącą z rozwagą dbać o swój portfel.

Podczas gdy znajomi co roku wymieniali swoje smartfony z logo jabłka na najnowsze modele, ja trzymałem się tego, co miałem. Dla mnie najważniejsze było, żeby telefon działał i spełniał moje potrzeby — jeśli to robił, mógł mi służyć nawet przez kilka lat. Nigdy nie ulegałem pokusom konsumpcjonizmu, które tak łatwo wciągają ludzi w wir zakupów dla samej idei „posiadania najnowszego”.

Podobnie wyglądała kwestia samochodu — symbolu statusu społecznego. Choć bez problemu mogłem sobie pozwolić na kilkuletni model z wyższej półki, zdecydowałem się na coś bardziej przeciętnego. Najważniejsze było dla mnie, żeby auto było sprawne i niezawodne. Nie chodziło o luksus, ale o funkcjonalność — chciałem mieć pewność, że bez obaw mogę wyruszyć w kilkusetkilometrową trasę, jeśli zajdzie taka potrzeba. Od zawsze kierowałem się myślą że lepiej jest zainwestować pieniądze dla lepszej przyszłości niż „przeżreć” je teraz.

Moje podejście do finansów i stylu życia opierało się na racjonalności i unikaniu zbędnych wydatków. To nie znaczy, że unikałem przyjemności -miałem wszystko czego potrzebowałem, lubiłem krótkie zagraniczne wycieczki oraz rozrywkę w gronie znajomych i tych priorytetów się trzymałem. Wszystko w granicach rozsądku.

Przygoda z rynkiem kapitałowym zaczęła się od fascynacji polskim studiem tworzącym gry komputerowe, które po serii sukcesów związanych z wydaniem Wiedźmina 3 i zapowiedziami kolejnej produkcji szybko zyskiwało na wartości. W tamtym czasie nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, jak funkcjonują rynki — że nic nie rośnie ani nie spada w nieskończoność. Nie rozumiałem również, w jaki sposób mali inwestorzy są rozgrywani przez potężne fundusze dysponujące kapitałem, o którym indywidualni gracze mogą tylko pomarzyć. Te fundusze mają możliwość manipulowania rynkiem zgodnie ze swoimi interesami, często kosztem mniej doświadczonych uczestników.

Zderzenie z rzeczywistością przyszło szybko. Pierwszym zakupem były właśnie akcje CD Projektu. Po nieudanej premierze gry w 2020 roku kurs spółki zaczął gwałtownie pikować w dół. Obserwowałem wykresy przez dłuższy czas, analizując oświadczenia spółki i śledząc postępy w naprawianiu błędów gry, które były głównym powodem jej problemów. CD Projekt, który na swoim szczycie notował ceny powyżej 440 zł za akcję, spadł do około 180 zł. Wydawało mi się, że to doskonały moment na wejście. „Taniej już być nie może” — myślałem. Spółka, według mojej analizy, miała solidne podstawy, a błędy w grze były sukcesywnie naprawiane. Do tego doszły optymistyczne pogłoski o przyszłych projektach studia oraz wizja atrakcyjnych dywidend dla akcjonariuszy. W mediach pojawiały się dodatkowo spekulacje o działaniach zachodnich funduszy mających na celu osłabienie polskiej spółki, by potencjalnie przejąć ją w przyszłości. Zarząd CD Projektu stanowczo zaprzeczał takim scenariuszom, co jeszcze bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że to właściwy moment na zakup.

Niestety, moja wiedza o rynku była wówczas bardzo ograniczona. Nie rozumiałem, że rynek może przez długi czas ignorować nawet najbardziej logiczne przesłanki inwestycyjne. Nie zdawałem sobie również sprawy z wpływu ogromnych kapitałów i manipulacji rynkowej na kurs akcji. Szybko przekonałem się, że moje oczekiwania i rzeczywistość mogą dramatycznie się rozmijać.


Moje życie inwestycyjne w tamtym czasie toczyło się dość spokojnym rytmem. Zainwestowałem około 20 000 zł w akcje, obserwując, jak ich wartość powoli, lecz systematycznie podąża w kierunku przeciwnym do moich oczekiwań. Nie podejmowałem żadnych radykalnych działań — przecież znałem studio, którego akcje posiadałem, i wierzyłem, że to jedynie chwilowe zawirowanie. Byłem przekonany, że wycena akcji wkrótce odbije i wróci do poziomu zbliżonego do 400 zł. W mojej głowie dominowała pewność, że czas działa na moją korzyść.

Jednocześnie nie chciałem angażować całego swojego kapitału w jednym miejscu. Z tego powodu zacząłem rozglądać się za nieruchomością — najlepiej mieszkaniem do remontu, które mógłbym kupić, wyremontować, a następnie czerpać zyski z wynajmu. Po kilku miesiącach poszukiwań trafiłem na ogłoszenie mieszkania, które przyciągnęło moją uwagę atrakcyjną ceną, znacznie odbiegającą od rynkowej. Nie zastanawiałem się długo i podjąłem decyzję o zakupie.

Koszt zakupu mieszkania nieznacznie przewyższył moje oszczędności, ale mogłem liczyć na wsparcie rodziny, która udzieliła mi pożyczki, pozwalającej pokryć brakującą kwotę. Umówiłem się, że zwrócę ją w miarę poprawy mojej sytuacji finansowej. Posiadałem stałą pracę, która — choć wymagająca — dawała mi stabilne źródło dochodu, dzięki czemu mogłem stopniowo realizować swój plan.

Codzienność nie była łatwa. Praca fizyczna, którą wykonywałem, często odbierała mi energię, ale w głowie wciąż powtarzałem sobie jedną myśl: „Lepiej przemęczyć się teraz, gdy jestem młody i mam siłe, by w przyszłości żyć lżej”. Ta perspektywa napędzała mnie do działania. Każdy dzień wypełniony obowiązkami i drobnymi postępami w remoncie utwierdzał mnie w przekonaniu, że to, co robię, ma sens — że krok po kroku buduję lepszą przyszłość.

Początkowo wszytko szło po mojej myśli. Po pracy na etacie poświęcałem kilkanaście godzin tygodniowo na remont mieszkania. Myśl, że dobrze sobie radze i mam przyszłość we własnych rękach działała bardzo budująco i pomagała w sytuacjach gdy brakowało sił. Byłem wówczas na tyle pewny siebie, że w myślach rozważałem w przyszłości kupno kolejnych mieszkań. Planując początkowo odkładać maksymalne ilości gotówki z bieżących wypłat, ewentualnie zaciągnąć kredyt z zabezpieczeniem w formie pierwszej nieruchomości. Zawsze jednak byłem przeciwnikiem kredytów i nie chciałem się wiązać takimi umowami z jakimkolwiek bankiem.

Niestety, sytuacja posiadanych przeze mnie akcji nie była zadowalająca, wycena spadała a ja rozważałem wyłącznie uśrednianie ceny, bo „przecież zaraz musi odbić”. Tym sposobem po kilku kolejnych miesiącach już posiadałem akcje warte łącznie kilkadziesiąt tysięcy złotych, jednak nie zrealizowana strata na nich była coraz większa.


Jednak, od początku. Moja fascynacja rynkami finansowymi zaczęła się dużo wcześniej. Swoje pierwsze kroki stawiałem już podczas studiów, gdy z ogromną ciekawością obserwowałem wydarzenia związane z Bitcoinem oraz innymi kryptowalutami. Ten zupełnie nowy twór, który miał być alternatywą dla klasycznej gotówki, a którego wartość w 2010 roku nie przekraczała kilku centów. Był on przesyłany między użytkownikami w sieci niemal dla zabawy. Pamiętam głośną historię z jednego z portali internetowych, gdzie użytkownik zapłacił 10,000 BTC za dwie pizzę — transakcję, która przeszła do historii jako Bitcoin Pizza Day. Pieniądz traktowany jako ciekawostka stawał się coraz popularniejszym narzędziem w sieci. Również na jednym z polskich portali społecznościowych, powielano te „zabawę” oferując za pizzę 200 BTC. Nie wiem czy transakcja doszła kiedykolwiek do skutku, jednak dziś z perspektywy czasu, sama świadomość, że te 200 Bitcoinów, które wtedy były niczym, dziś są warte ponad 70 milionów złotych zapiera dech w piersiach.

Moja aktywność początkowo ograniczała się wyłącznie do obserwacji. Oczywiście, bitcoin nie rósł w sposób ciągły. Liczba osób prognozujących jego upadek jest wręcz niezliczona. Na przestrzeni lat rynek kryptowalut doświadczał ekstremalnych wahań — od rekordowego wzrostu w 2021 roku, przez spadek do 15 tys. $ w grudniu 2022 roku, aż po szczyt ponad 100 tys. $ w 2025 roku. Ta zmienność i nieprzewidywalność są kwintesencją tego rynku, co czyni go tak ekscytującym, ale i pełnym ryzyka.


Wracając jeszcze do roku 2011, już wtedy, na fali wzrostów, rozważałem zakup kilku bitcoinów. Cena wynosiła wówczas około 50 dolarów za jedną „monetę”. Wydawała mi się jednak zbyt wysoka, by zaryzykować wejście w tę inwestycję, zwłaszcza że obawiałem się całkowitej utraty zainwestowanych środków. Gdy jednak pod koniec 2011 roku cena spadła poniżej 5 dolarów, a bitcoinowi wieszczono koniec, wtedy nawet nie pomyślałem o zakupie. Uznałem, że skoro wartość tak gwałtownie spada, to aktywo niebawem stanie się bezwartościowe. Po co miałbym zawracać sobie nim głowę?

Ten przykład doskonale ilustruje, jak działa ludzki umysł. Rozważamy zakup, gdy wartość rośnie, mimo że cena jest już wysoka. Gdy jednak pojawia się okazja do zakupu za ułamek wcześniejszej wartości, strach przed całkowitą utratą zniechęca nas do działania. Ten schemat powtarza się nie tylko na rynku kryptowalut czy akcji, ale również na innych rynkach jak na przykład nieruchomości. W czasie szczytowych cen metra kwadratowego liczba transakcji na rynku mieszkaniowym biła rekordy. Ludzie masowo kupowali mieszkania, licząc na dalsze wzrosty cen.

To zjawisko jest zakorzenione w psychologii. Kiedy ceny rosną, inwestorzy często zakładają, że taki trend będzie trwał wiecznie. Zakup kolejnej nieruchomości, akcji czy kryptowaluty wydaje się wtedy „pewną” inwestycją.

Z kolei spadki budzą niepewność i strach — paradoksalnie właśnie wtedy, gdy ceny stają się najbardziej atrakcyjne.

Na rynkach finansowych działa mechanizm, który jest tak stary jak sama ludzka psychika — „efekt stadny”. To zjawisko, w którym emocje stają się ważniejsze niż logika, a decyzje jednostek są kształtowane przez zachowanie tłumu. Gdy cena aktywa zaczyna rosnąć, ludzie zyskują poczucie bezpieczeństwa. Im wyżej rośnie wykres, tym większa staje się wiara, że „to dopiero początek”. Pojawia się myśl: „Skoro inni kupują, to ja też powinienem, bo inaczej coś stracę.”

Ten mechanizm działa jak samonakręcająca się spirala — kolejne zakupy powodują dalsze wzrosty, a te wzrosty przyciągają następnych uczestników, którzy chcą załapać się na okazję. Psychologowie nazywają to FOMO (fear of missing out — lęk przed utratą szansy). W praktyce wygląda to tak, że w pewnym momencie większość kupujących nie analizuje już realnej wartości aktywa — patrzy jedynie na kierunek wykresu. Rynek staje się polem emocji, a nie racjonalnych kalkulacji. Jednak dokładnie ta sama psychologia działa też w drugą stronę. Gdy trend się odwraca, a ceny zaczynają spadać, ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno byli pełni entuzjazmu, wpadają w panikę. Zaczynają wycofywać kapitał, wieszcząc koniec rynku, bańki czy wręcz całego systemu. Strach, który kiedyś pchał ich do zakupów, teraz każe im uciekać, często ze stratą. To właśnie dlatego najwięcej pieniędzy zarabiają nie ci, którzy biegną za tłumem, lecz ci, którzy potrafią działać wbrew emocjom, kupując, gdy większość sprzedaje w panice, i sprzedając, gdy euforia sięga zenitu.

Najtrudniejsze w inwestowaniu jest to, że w tym mechanizmie uczestniczymy wszyscy, nawet jeśli próbujemy myśleć racjonalnie. Każdy z nas ma w sobie zarówno strach, jak i chciwość — dwa bieguny, które na zmianę rządzą rynkami. Świadomość ich działania to pierwszy krok, by nie stać się tylko pionkiem w grze, którą ktoś większy od nas rozgrywa na własnych zasadach.

Dziś już wiem, że nic nie może rosnąć w nieskończoność. Nie ma czegoś takiego jak „pewność” na rynku. Każda sytuacja może się zmienić, a rynek często zaskakuje nas wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy. Kluczowym wnioskiem jest zrozumienie, że wartość aktywa nie zależy tylko od jego ceny w danym momencie, ale od perspektyw i naszego własnego podejścia do ryzyka.

21 lutego 2022

Jest poniedziałek. Sytuacja na granicy rosyjsko-ukraińskiej robi się coraz bardziej napięta. W mediach pojawiają się doniesienia o możliwym konflikcie zbrojnym, jakiego Europa nie widziała od zakończenia II wojny światowej. Oficjalny atak jednego państwa na drugie.

Putin ściąga wojska w okolice granicy, a nieoficjalnie mówi się nawet o dostarczaniu tam zapasów krwi. Rosja szykowała się do uderzenia od dawna. Fakt, że agresja rozpoczęła się już w lutym 2014 roku, nie budził większych wątpliwości. Wówczas jednak przeszło to z relatywnie niewielkim rozgłosem. Nie była to otwarta wojna, lecz działania określane mianem „hybrydowych”. Tak zwane „zielone ludziki” — rosyjskie wojska specjalne bez emblematów państwowych — przejęły kluczowe punkty na Krymie, takie jak parlament i budynki administracji, po czym wywiesiły rosyjskie flagi.

W lutym 2022 roku Putin poszedł o krok dalej. Podpisał deklarację uznającą niepodległość samozwańczych republik Donieckiej i Ługańskiej, przygotowując grunt pod pełnoskalowy atak. Świat z niedowierzaniem obserwował rozwój wydarzeń, zastanawiając się, czy rosyjski przywódca rzeczywiście odważy się wypowiedzieć otwartą wojnę.

Rynki finansowe zaczęły reagować z wyprzedzeniem. Ceny ropy, gazu i złota rosły, odzwierciedlając wzrastającą niepewność. Indeksy giełdowe, na kilka tygodni przed dniem agresji, zdawały się wyceniać nadchodzący konflikt a nastroje inwestorów pogarszały się wraz z każdym kolejnym dniem eskalacji.

Zaczęło się. To, co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się mało prawdopodobne, stało się faktem. Rosjanie rozpoczęli atak 24 lutego, około godziny 5 rano. Panika na giełdach była niemal natychmiastowa. Indeks WIG zalał się czerwienią, a niektóre spółki traciły ponad 20% w ciągu jednego dnia. Zagraniczne indeksy również odnotowywały gwałtowne spadki. Wyprzedaż ruszyła z pełną mocą.

W tamtym momencie miałem w portfelu akcje CD Projektu, XTB, Allegro oraz Intela. Wszystko traciło na wartości, a ja nie byłem w stanie zareagować. Pracowałem na etacie i jedynie z zimną krwią spoglądałem na telefon, obserwując, jak strata na moim koncie wzrasta. Dwudziestotysięczna strata szybko zmieniała się w trzydzieści, a potem w czterdzieści tysięcy złotych. Zastanawiałem się co robić? Realizować stratę czy czekać na odbicie?

Media uspokajały, mówiąc, że rosyjska „specjalna operacja wojskowa”, bo tak nazywała ją Rosja, potrwa zaledwie kilka dni. Słyszałem, że rynki zawsze odbijają po kryzysach. Przecież pandemia pokazała, że nawet po największych spadkach przychodzą wzrosty, więc może to idealny moment na zakupy? Wyprzedaż, okazja, która zdarza się raz na kilka lat.

Jedna z najbardziej znanych giełdowych maksym głosi: „Kupuj, gdy na ulicach leje się krew”. To brutalne w swojej formie powiedzenie doskonale oddaje psychologię rynków. Chodzi w nim nie o cyniczne wykorzystywanie ludzkiego cierpienia, ale o zrozumienie, jak działa mechanizm strachu w obrocie finansowym.

W chwilach nagłych, dramatycznych wydarzeń — takich jak wybuch wojny, zamach stanu, czy gwałtowny kryzys gospodarczy rynek reaguje impulsywnie. Ludzie, napędzani paniką, zaczynają sprzedawać wszystko, co mogą, często bez zastanowienia. Nie analizują fundamentów, nie patrzą na realną wartość aktywów liczy się tylko jedno: „uciec jak najszybciej, zanim stracę jeszcze więcej”. Ten masowy odruch prowadzi do gwałtownych spadków cen.

Tak właśnie było w lutym 2022 roku. W ciągu kilku godzin na światowych giełdach pojawił się chaos. Rynki surowcowe eksplodowały — zboża, ropa, gaz i metale poszybowały w górę w obawie przed przerwaniem łańcuchów dostaw. Jednocześnie akcje wielu firm nurkowały w dół, jakby świat miał się za chwilę skończyć. W tamtym momencie emocje całkowicie zdominowały logikę. Dla większości uczestników rynku to był czas paniki i strat. Jednak dla nielicznych, którzy potrafili opanować emocje i myśleć strategicznie była to okazja życia. Gdy wszyscy uciekają, ceny wielu aktywów spadają poniżej ich realnej wartości. Wtedy pojawia się możliwość kupna czegoś wyjątkowo tanio, ale wymaga to odwagi, wiedzy i przede wszystkim odporności psychicznej.

To właśnie wtedy działa najtrudniejsza giełdowa zasada: kupować wtedy, gdy inni sprzedają w strachu, i sprzedawać wtedy, gdy inni kupują w euforii. Na wykresie wygląda to prosto, ale w praktyce jest to niemal wbrew ludzkiej naturze. Bo gdy „leje się krew”, zarówno w przenośni na rynku, jak i dosłownie w świecie, strach sięga zenitu. Kupując w takim momencie, idziesz pod prąd, wbrew temu, co mówi tłum, media i często własny instynkt.

Jednak taka strategia nie jest dla każdego. To balansowanie na cienkiej linie, bo obok wyjątkowej okazji zawsze czyha realne ryzyko. Czasem „krew na ulicach” okazuje się początkiem długotrwałego kryzysu, a nie chwilowym załamaniem. Dlatego kluczem nie jest tylko odwaga, ale również umiejętność rozpoznania, czy to już czas na wejście, czy jeszcze moment, by czekać z boku.

Podjąłem decyzję. Postanowiłem trzymać akcje i wykorzystać spadki do uśredniania ceny zakupu. Gdy tylko wartość akcji spadała o kilka złotych, dokupowałem kolejne pakiety. Kiedy po kilku dniach kurs nieco wzrastał, sprzedawałem je, a następnie powtarzałem tę czynność wielokrotnie. Dzięki temu odzyskałem sporą część utraconych środków.

Zarządzanie środkami w takich momentach wymagało ode mnie pełnej kontroli. W aplikacji na bieżąco starałem się ustawiać filtry ułatwiające wyliczenie różnicy między depozytami a wypłatami. Nie było to takie oczywiste, gdy w ciągu roku ilość ruchów na koncie była tak duża. Wpłacanie nowych środków, wypłaty, opłaty za prowizję, czy wpływające dywidendy. Trudno dokładnie wyliczyć realny zysk lub stratę. Czasem miałem wrażenie, że operator celowo komplikuje sprawę, utrudniając mi zrozumienie prawdziwego poziomu zysków lub strat.

Surowce i Kryptowaluty

Była połowa 2022 roku. Wojna w Ukrainie, która początkowo miała być szybkim i ograniczonym konfliktem, przekształciła się w brutalne, wyniszczające starcie. Świat patrzył z rosnącym niepokojem, a rynki finansowe starały się dostosować do nowej rzeczywistości. Giełdy odbiły się od dna, ale dynamika cen surowców pokazywała, że globalna gospodarka wciąż balansuje na krawędzi kryzysu.

Ropa Brent osiągnęła wycenę ponad 120 dolarów za baryłkę — poziomy nieobserwowane od ponad dekady. Cena gazu ziemnego wzrosła powyżej 10 dolarów za jednostkę, co również było rekordem ostatnich lat. Zawirowania w dostawach i strach przed eskalacją konfliktu wywindowały ceny surowców na niespotykane poziomy, co dodatkowo obciążało gospodarki na całym świecie. Tymczasem bitcoin, który jeszcze kilka miesięcy wcześniej błyszczał jako cyfrowy odpowiednik „złota na trudne czasy”, stracił swoją magię. Po okresie hossy u schyłku pandemii, kiedy jego wartość osiągała szczytowe poziomy, kryptowaluta zniżkowała o ponad 50%. Inwestorzy masowo przenosili kapitał z ryzykownych aktywów, takich jak kryptowaluty, do bardziej stabilnych form inwestowania — złota, obligacji czy walut rezerwowych.

W tamtym czasie mój portfel tracił na wartości — strata oscylowała w przedziale 30—40 tysięcy złotych. Decyzja o zmianie strategii była nieunikniona. Po częściowej realizacji strat w handlu akcjami zdecydowałem się wejść na rynek kontraktów CFD (Contract for Difference — kontrakt na różnicę). To instrumenty finansowe umożliwiające zarabianie zarówno na wzrostach, jak i na spadkach cen. Wydawały się idealne w tych zmiennych czasach, ale ich wykorzystanie wymagało dogłębnego zrozumienia.

Zanim postawiłem pierwsze kroki na CFD, spędziłem kilka dni na intensywnym zgłębianiu tego narzędzia. Czytałem o ryzykach, które niosą ze sobą kontrakty — od możliwości utraty całego kapitału, przez wysoką dźwignię finansową, po niuanse techniczne, takie jak opłaty swapowe za utrzymanie pozycji. Duże znaczenie miały dla mnie również mechanizmy rollowania kontraktów, które mogą wprowadzać zmienność w wycenie w zależności od cyklu życia instrumentu.

Na pierwszy rzut oka CFD wygląda jak eleganckie, finansowe narzędzie stworzone po to, by ułatwić życie inwestorom. W teorii wszystko jest proste: zamiast kupować prawdziwe akcje, baryłki ropy czy tony kawy, kupujesz „kontrakt”, który odzwierciedla ich cenę. Nie interesuje cię fizyczna dostawa surowca ani posiadanie realnych udziałów w firmie — liczy się tylko różnica między ceną otwarcia a ceną zamknięcia pozycji. Brzmi niewinnie. Ale w praktyce CFD to najczystsza forma spekulacji. Gra, w której liczy się wyłącznie kierunek ruchu ceny i twoja zdolność, by wytrzymać presję emocji.

Możesz grać zarówno na wzrosty (pozycja długa, tzw. „long”), jak i na spadki (pozycja krótka, tzw. „short”). Ten drugi wariant dla początkujących bywa szczególnie abstrakcyjny. Zarabiasz wtedy nie na tym, że coś rośnie, ale że traci na wartości. To jak obstawianie w wyścigach konnych nie zwycięzcy, lecz konia, który się potknie.

Największą pokusą, a jednocześnie największym zagrożeniem w CFD jest dźwignia finansowa. To mechanizm, który pozwala kontrolować pozycję wartą wielokrotnie więcej niż środki, które faktycznie posiadasz na koncie. Przykładowo, dysponując 5 000 zł, możesz dzięki dźwigni 1:10 otworzyć pozycję wartą 50 000 zł. Jeśli cena poruszy się o 1%, twój zysk albo strata rośnie dziesięciokrotnie.

To właśnie dźwignia nadaje dynamikę i sprawia, że na wykresach widać czasem prawdziwe finansowe trzęsienia ziemi. Jedno kliknięcie, jedna świeca na wykresie, i rachunek może zmienić się z zielonego na czerwony szybciej, niż zdążysz zareagować.

CFD to gra dla ludzi, którzy lubią intensywne emocje, ale emocje, jak to zwykle bywa na rynku, są twoim największym wrogiem.

Dla brokerów oferujących CFD jest to złoty biznes. Twoja strata jest ich zyskiem, bo w większości przypadków nie handlujesz bezpośrednio z rynkiem, lecz przeciwko instytucji, która wystawia kontrakty. Jeśli tracisz to wygrywają oni.

Z pozoru wygląda to jak uczciwa wymiana — ty obstawiasz, w którą stronę pójdzie cena, broker daje ci narzędzie. Ale to trochę jak mecz bokserski, w którym przeciwnik widzi twoje ruchy sekundę wcześniej i zna twoje słabości lepiej niż ty sam. Szybkie zyski kuszą jak narkotyk — jeden udany trade potrafi dać poczucie mocy i iluzję, że znalazłeś „świętego Graala” zarabiania. Ale równie szybkie straty sprowadzają na ziemię, często brutalniej, niż się spodziewasz.

Grając w CFD, walczysz nie tylko z rynkiem, ale przede wszystkim z własną psychiką. To test cierpliwości, dyscypliny i umiejętności odcinania się od emocji. A to, jak pokazuje praktyka, jest o wiele trudniejsze niż nauka analizy wykresów czy wskaźników. CFD może być narzędziem do zarabiania — ale równie dobrze może stać się pułapką. Daje poczucie kontroli, choć tak naprawdę to ty jesteś kontrolowany: przez algorytmy, manipulacje dużych graczy i własne złudzenia.

Wiedziałem, że CFD to nie zabawa i wymaga precyzji oraz żelaznej dyscypliny. Jednak zrozumienie tych zasad dawało mi poczucie kontroli — nawet w chaosie, który wtedy dominował.

Gra na rynkach finansowych to ciągłe balansowanie na granicy ryzyka i zysku. Statystyki mówią, że 80% inwestorów kończy z stratami, ale dla mnie liczyło się to, że 20% graczy jednak wygrywa. W tamtym okresie inflacja w Polsce rosła w zastraszającym tempie — efektem pandemii i dodruku pieniądza było rozpędzenie się inflacji do poziomu nawet 15% rocznie. W dodatku konflikt za naszą wschodnią granicą tylko wzmagał presję cenową. Świadomość, że moje oszczędności topnieją z każdym dniem, nie dawała mi spokoju i popychała do podejmowania coraz bardziej ryzykownych ruchów inwestycyjnych.

Ceny rosły w zastraszającym tempie — wszystko drożało: od surowców, przez energię, aż po podstawowe dobra konsumpcyjne. Miałem jednak na rynku swoje miejsce i kapitał do gry. W chwilach refleksji byłem zdumiony, jak oczywiste wydawały się niektóre decyzje, których podjęcie zagwarantowałoby spory zysk. Ale rynek ma swoje sposoby, by uczyć pokory. To nie jest gra, w której liczy się wyłącznie poprawność analizy — tutaj liczy się też emocjonalna odporność i timing.

Niejednokrotnie rynek wydawał się „grać przeciwko mnie”. Jeśli zamykałem stratną pozycję, z reguły wkrótce po tym kierunek nagle się zmieniał, a moje pierwotne przewidywania okazywały się trafne. W takich chwilach zastanawiałem się, czy nie zareagowałem zbyt pochopnie, czy zbyt szybko nie poddałem się presji. Z kolei, kiedy zyskiwałem, z reguły realizowałem zysk zbyt wcześnie — tylko po to, by obserwować, jak kurs dalej podąża we wskazanym przeze mnie kierunku, zostawiając potencjalne dodatkowe zyski na stole.

W końcu nauczyłem się, że kluczem do przetrwania jest konsekwencja i cierpliwość. Wiedziałem, że muszę skupić się na odbudowie swojego konta małymi krokami. To wtedy handel kontraktami CFD na ropę Brent okazał się przełomem. Otwieranie pozycji za kwotę 10—15 tysięcy złotych przy użyciu dźwigni 10x dawało mi możliwość elastycznego reagowania na zmienność rynku a wartość kontraktu na poziomie 150 czy 200 tysięcy złotych nawet przy niewielkich ruchach przynosiła duże wyniki.

Handel z dużym zabezpieczeniem na koncie pozwalał mi uśredniać cenę, gdy kontrakt chwilowo szedł w przeciwnym kierunku. Dzięki temu, nawet z czasowych strat rzędu kilku lub kilkunastu tysięcy złotych, potrafiłem wyjść na plus. Jednak strategia ta wymagała żelaznej dyscypliny — każdy ruch musiał być dokładnie przemyślany. Punkty wejścia i dokupienia musiały wynikać z analizy, a punkty stop-loss, które wyznaczałem, z reguły były dla mnie nieprzekraczalne. Gdy rynek pokonał moje granice, musiałem zamknąć stratę, nawet jeśli oznaczało to porażkę na kilkanaście tysięcy.

Nietrafione pozycje powodowały bolesne wahania wartości konta, a odbudowa po takich błędach zajmowała zwykle kilka tygodni. Niemniej, zawsze udawało mi się wrócić na właściwe tory. To dawało mi przekonanie, że strategia, choć ryzykowna, była skuteczna.

Jednak matematyka na rynkach finansowych rządzi się bezlitosnymi prawami. Nawet przy 50% trafnych decyzji i 50% błędnych, inwestor w dłuższej perspektywie traci. Koszty transakcyjne, opłaty swapowe i psychologiczne obciążenie sprawiają, że przewaga jest po stronie rynku.

Najważniejsza zasada, której trzymałem się jak kotwicy, to nigdy nie ryzykować całego depozytu — nawet w przypadku kontraktów dobieranych w celu uśredniania. Kluczowa była zimna głowa i bezwzględna dyscyplina. Łatwo można ulec pokusie szybkiego zysku, ale matematyka rynkowa jest nieubłagana. Inwestując depozyt w wysokości 50 tysięcy złotych i wyciągając 20% zysku (co odpowiada ruchowi o 2% przy dźwigni), konto rośnie do 60 tysięcy złotych. Jednak już kolejna strata rzędu 20% z tego nowego kapitału pozostawia nas zaledwie z 48 tysiącami złotych. Powtarzając takie cykle zysku i straty kilkukrotnie, zawsze zmierzamy w dół. Dlatego fundamentalnym celem było nie tylko zarabianie, ale przede wszystkim ochrona kapitału.

W owym czasie też zmieniłem pracę. Udało mi się zdobyć bardziej prestiżowe stanowisko biurowe, w zawodzie zgodnym z moim wykształceniem. Dawało mi to satysfakcję i poczucie spełnienia — przynajmniej teoretycznie. Trudno cieszyć się tą stabilnością, gdy po miesiącu pracy na koncie pojawia się kwota, która na rynkach pojawiała się — i znikała — w ciągu zaledwie kilku godzin. Codzienność zawodowa i inwestycyjna zaczęły się ze sobą zderzać, wywołując nieuchronne tarcia.

Praca na etacie nie zawsze pozwalała na szybkie spojrzenie na wykres, a brak natychmiastowej reakcji często kończył się dużymi wahaniami w wartości depozytu. Tego rodzaju sytuacje tylko potęgowały frustrację. Wkrótce zauważyłem, że wyniki inwestycyjne zaczęły bezpośrednio wpływać na mój nastrój — zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Dzień na plusie przynosił euforię i poczucie triumfu, ale dzień na minusie wprowadzał napięcie, które przenosiło się na relacje z bliskimi. Stres związany z nieustannym śledzeniem rynków stawał się przytłaczający.

Zdarzały się noce, kiedy przez moje otwarte pozycje nie mogłem normalnie spać, a każdy urlop spędzałem ze smartfonem w ręku, ciągle monitorując sytuację. Byłem w pułapce własnych emocji — strachu, nadziei, ekscytacji — które potrafiły rządzić całym moim życiem. Emocje te były tak intensywne, że w pewnym momencie przestałem cieszyć się z wygranej czy martwić stratami. Nauczyłem się je wyłączać, żeby nie zdominowały całego mojego istnienia.

Z czasem przyjąłem podejście chłodnej kalkulacji. Żyłem, podejmując najbardziej optymalne decyzje, jakie mogłem na podstawie dostępnych danych i analizy. To pozwalało mi funkcjonować, ale jednocześnie odbierało życiu pewną barwę. Stałem się graczem, który nie szukał już wygranej za wszelką cenę, lecz dążył do przetrwania w dżungli rynków finansowych.

Natgas

Strategia, którą udało mi się wypracować, zdawała się działać coraz lepiej. Sukcesy na giełdzie skłoniły mnie do przemyśleń, czy nie powinienem sprzedać mieszkania zakupionego pod inwestycje, które od czasu do czasu przysparzało drobnych problemów. Osiedle, na którym się znajdowało, delikatnie mówiąc, nie należało do najlepszych. Dodatkowo leżało w mieście powiatowym, a nie wojewódzkim, co ograniczało potencjał inwestycyjny tej nieruchomości.

Na osiedlu panowała atmosfera małej, zamkniętej społeczności. Mieszkańcy, którzy znali się od lat, spędzali czas na wspólnym podwórku, a moja obecność — jako kogoś, kogo „było stać” na zakup mieszkania, jego remont i wynajem — nie spotkała się z przychylnym przyjęciem. Mimo mojego pozytywnego nastawienia i gotowości do kompromisów, zgłoszenia do zarządcy wspólnoty stały się nagminne. Raz były to skargi na moich lokatorów, innym razem były to awarie rzekomo wynikające z mojej własności.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 34.6