Rozdział 1: Prawo Własności
Biblioteka Uniwersytecka o tej porze roku tonęła w ponurym półmroku. Było późne styczniowe popołudnie; za wielkimi oknami panowała już szarówka, z którą walkę toczyły ciepłe lampki na stolikach czytelni. Powietrze między regałami pachniało kurzem, tanią kawą z automatu i cichą desperacją studentów przed sesją.
Adam nienawidził tego zapachu. Przypominał mu o uciekającym czasie. Był spięty, a jego notatki — pstre od kolorowych zakreślaczy — stanowiły jedyną barierę chroniącą go przed chaosem. W głowie kołatała mu tylko jedna myśl, brzmiąca jak mantra: muszę to zdać.
Przesunął palcem po grzbietach w dziale „Prawo Cywilne”. — Sygnatura 344/B… 344/B… — mruczał pod nosem, czując narastającą panikę.
Puste miejsce. Na półce, dokładnie tam, gdzie powinien stać jedyny dostępny egzemplarz „Komentarza do Kodeksu”, ziała dziura. Adam jęknął cicho. Sprawdził w systemie trzy razy. Powinna tu być.
Rozejrzał się po czytelni. Jego wzrok omiótł rzędy pochylonych głów, aż zatrzymał się na stoliku przy oknie. Siedział tam chłopak w szarej, za dużej bluzie z kapturem. Był lekko rozczochrany i wyglądał na ten typ studenta, który wierzy, że „jakoś to będzie”. Jedną ręką bazgrał coś w zeszycie, a łokieć drugiej opierał o grubą, czerwoną księgę.
Tę księgę.
Adam poczuł ukłucie irytacji. Ten gość nawet jej nie czytał! Używał świętego graala cywilistów jako podstawki pod łokieć! Wziął oddech, poprawił torbę na ramieniu i ruszył w tamtą stronę.
— Przepraszam — szepnął, stając nad stolikiem. Chłopak nie zareagował. Miał w uszach słuchawki. Adam postukał palcem w blat. — Przepraszam!
Chłopak drgnął, zsunął słuchawki na szyję i podniósł głowę. Adam miał przygotowane całe kazanie o tym, że ma egzamin w poniedziałek i że blokowanie zasobów jest nieetyczne, ale słowa uwięzły mu w gardle. Nieznajomy miał oczy w dziwnym kolorze. Może zielono-piwnym. I uśmiech, który był trochę przepraszający, a trochę bezczelny.
— Cześć? — rzucił chłopak. Głos miał niski, zachrypnięty, jakby nie używał go przez ostatnie trzy godziny. — Ta książka.
Adam wskazał na czerwony tom pod jego łokciem. — Czytasz ją czy tylko się o nią opierasz?
Chłopak spojrzał w dół, jakby dopiero teraz zauważył istnienie przedmiotu. — Ach, to? — Uśmiechnął się szerzej. — Technicznie rzecz biorąc, dokonuję osmozy wiedzy przez łokieć. Ale w praktyce czekam, aż mnie natchnie do rozdziału o służebnościach.
— Mnie nie musi natchnąć. Ja muszę to przeczytać na wczoraj — powiedział Adam, starając się brzmieć stanowczo, choć ten uśmiech trochę go rozpraszał. — Mogę?
Chłopak chwilę ważył tom w dłoni. Adam był pewien, że odmówi. Że powie, iż książka jest zajęta. Zamiast tego nieznajomy przesunął ją na środek stolika. Potem kopnął wolne krzesło naprzeciwko siebie, wysuwając je.
— Michał — przedstawił się. — I nie oddam jej, bo też mam ten egzamin. Ale jest duża. Zmieścimy się we dwóch.
Adam zamrugał. — Słucham?
— Siadaj. Podzielimy się. Ty czytasz lewą stronę, ja prawą. Jak będziesz czytał szybciej, to kopniesz mnie w kostkę pod stołem, żebym przewrócił kartkę.
— To absurdalne — stwierdził Adam.
— To ekonomiczne — poprawił go Michał. — No siadaj. Bo zaraz przyjdzie ten gość w swetrze z trzeciego roku i nam ją zabierze. Wygląda na zdeterminowanego.
Adam spojrzał na puste krzesło. Potem na Michała, który patrzył na niego z wyczekiwaniem. Westchnął, zrzucając plecak na podłogę. — Adam — mruknął, siadając. — Ale jeśli będziesz jadł kanapkę nad stronami, to cię zabiję.
Michał roześmiał się cicho. — Umowa stoi, Adam.
Otwarli książkę na środku stołu. Ich głowy znalazły się niebezpiecznie blisko siebie. Adam poczuł zapach… nie kurzu, ale czegoś świeżego. Może mięty? Może proszku do prania? Próbował skupić się na definicji własności, ale czuł na sobie wzrok Michała.
— Jesteś na piątej stronie, a ja na setnej — zauważył Michał szeptem.
— Wiem. Czekam, aż skończysz ten akapit — skłamał Adam, choć tak naprawdę patrzył na to, jak światło z lampki odbija się w potarganych włosach chłopaka z naprzeciwka.
To będzie długa sesja, pomyślał. I po raz pierwszy tego dnia nie czuł dlatego paniki.
Rozdział 2: Dowód Rzeczowy
Adam nie musiał tu wracać. Egzamin z prawa rzeczowego miał już za sobą. Zdał na czwórkę, co dla większości studentów byłoby powodem do świętowania, ale on wciąż czuł niedosyt. Powinien teraz siedzieć w domu, pić herbatę i cieszyć się, że przez najbliższy tydzień nie musi patrzeć na definicje służebności.
A jednak tu był. Szedł między regałami, wmawiając sobie, że szuka materiałów do eseju z historii prawa, ale nogi same niosły go do działu Cywilnego.
Zatrzymał się przy znanej półce. Czerwony tom „Komentarza” stał na swoim miejscu. Wyglądał niewinnie, jak tysiąc innych książek. Jedynie grzbiet był lekko pęknięty, co stanowiło trwały ślad po ich wspólnej sesji sprzed trzech dni.
Adam rozejrzał się. Stolik przy oknie był pusty. Żadnej szarej bluzy, żadnych słuchawek, żadnego bezczelnego uśmiechu. Poczuł ukłucie rozczarowania. To było nielogiczne. Przecież tamten chłopak, Michał, był tylko przypadkowym towarzyszem niedoli. Bibliotecznym pasożytem — jak nazwał go w myślach Adam.
Sięgnął po tom. Chciał tylko sprawdzić jeden przypis. Tak przynajmniej się oszukiwał. Książka otworzyła się sama, dokładnie tam, gdzie grzbiet był najbardziej wyrobiony. Coś z niej wypadło.
Nie była to zakładka. Na podłogę sfrunął wymięty paragon z kawiarni uniwersyteckiej. Na odwrocie widniały słowa nabazgrane niebieskim tuszem. Adam rozpoznał ten odcień. To był wkład z jego zapasowego długopisu, który pożyczył Michałowi, gdy tamtemu wypisał się cienkopis. Zapomniał go odebrać.
Podniósł papierek. Pismo było fatalne — typowe dla kogoś, czyja ręka nie nadąża za gonitwą myśli.
Dla Współwłaściciela Czerwonej Cegły: Jeśli to czytasz, to znaczy, że znowu tu przylazłeś, kujonie. Dzięki za milczenie i za to, że nie kopałeś. Zdałem na tróję, co uważam za sukces stulecia. Jeśli Ty też przeżyłeś, to wisisz mi kawę. Albo ja Tobie. Ustalimy to. Michał, ten od łokcia
Pod spodem znajdował się numer telefonu i dorysowana koślawa strzałka wskazująca cyfry.
Adam stał na środku alejki, trzymając w dłoni paragon za latte i rogalika. Poczuł, że kąciki ust same unoszą mu się do góry. To był ten rodzaj uśmiechu, nad którym się nie panuje.
— Co za tupet — mruknął do siebie, ale w jego głosie nie było ani grama złości.
Wyciągnął telefon i wpisał numer. W polu nazwy kontaktu zawahał się chwilę. Wklepał: Michał Biblioteka. Potem skasował to drugie słowo. Zostało tylko: Michał. Kliknął „Zapisz”, a potem schował paragon do portfela, tam gdzie trzymał najważniejsze dokumenty. Tak na wszelki wypadek.
Rozdział 3: Trzy Kropki
Adam siedział na brzegu łóżka, wpatrując się w ekran telefonu, jakby trzymał w dłoni odbezpieczony granat. W ciszy akademika, przerywanej jedynie szumem lodówki, kursor w polu wiadomości mrugał rytmicznie. To pulsowanie wydawało się ponaglające, niemal oskarżycielskie.
Wziął oddech i zaczął pisać. Cześć, tu Adam z biblioteki. Znalazłem paragon.
Spojrzał na te słowa krytycznie. Skrzywił się. Brzmiało to oschle, urzędowo — jak wezwanie do zapłaty albo informacja o przetrzymanej książce. Skasował wszystko, patrząc, jak litery znikają jedna po drugiej, aż pole znów stało się puste.
Spróbował ponownie. Hej, dzięki za wiadomość. Kawa brzmi dobrze.
Znowu przerwał. Zbyt entuzjastycznie? Zbyt desperacko? Czy wykrzyknik na końcu byłby przesadą, czy koniecznością?
Adam poczuł, że dłonie zaczynają mu się pocić. To było niedorzeczne. Potrafił napisać bezbłędny esej z historii prawa rzymskiego, a nie umiał sklecić jednego zdania do chłopaka, którego znał godzinę. Ale Michał był… specyficzny. Adam wciąż miał przed oczami ten bezczelny uśmiech i łokieć nonszalancko oparty na świętym kodeksie. Wiadomości do kogoś takiego nie zaczyna się od: Szanowny Panie Kolego. Kogoś takiego nie dało się zamknąć w ramach standardowej etykiety.
To tylko SMS — powtórzył sobie w myślach, próbując uspokoić galopujące tętno. To nie pozew sądowy. Nikt nie odrzuci go ze względów formalnych.
Wpisał szybko, nie dając sobie czasu na kolejną analizę, która z pewnością doprowadziłaby go do paraliżu decyzyjnego:
Znalazłem dowód rzeczowy w Kodeksie. Wisisz mi kawę za milczenie i za przywłaszczenie mojego długopisu. Jesteśmy kwita czy idziemy na ugodę? Adam, ten od lewej strony.
Kliknął „Wyślij”, zanim zdążył się rozmyślić. Natychmiast odrzucił telefon na kołdrę, jakby urządzenie nagle stało się parzące. Wstał gwałtownie i ruszył do kuchni — byle tylko nie patrzeć na ekran, byle nie czekać. Musiał zająć czymś ręce. Nastawił wodę w czajniku, choć wcale nie chciał herbaty. Oparł się o blat i wpatrywał w niebieską diodę urządzenia.
Minęła minuta. Woda zaczęła szumieć. Wrócił do pokoju. Ekran był ciemny i martwy. No tak — pomyślał, czując w żołądku nieprzyjemne ukłucie zawodu, które próbował zracjonalizować. Pewnie jest zajęty. Pewnie ma życie. Pewnie tamten liścik na paragonie był tylko żartem, chwilowym impulsem, o którym Michał zapomniał pięć minut po wyjściu z biblioteki.
Wtedy telefon zawibrował na materacu. Raz. Drugi. Trzeci. Adam dopadł do łóżka, chwytając aparat. Serce podeszło mu do gardła.
Od: Michał
Ugoda brzmi nudno. Wolałbym negocjacje przy kofeinie.
Za chwilę przyszła druga wiadomość.
Jutro? 10:00? Ta kawiarnia z paragonu? Mają dobre rogaliki.
I trzecia.
PS. Twój długopis jest u mnie. Zatrzymuję go jako zakładnika.
Adam czytał te słowa, a ciepło powoli rozlewało mu się w żołądku, wypierając wcześniejszy chłód. To nie był stres. To było coś, czego nie czuł od bardzo dawna, a może nawet nigdy w takim natężeniu. Ekscytacja. Czysta, musująca radość, która nie wymagała żadnych logicznych uzasadnień.
Odpisał krótko, starając się zachować resztki powagi:
10:00. Będę.
Odłożył telefon na szafkę nocną. Jego wzrok padł na biurko, gdzie piętrzyła się sterta notatek do historii prawa, które miał jeszcze dzisiaj przejrzeć. Terminy goniły, materiał sam się nie przyswoi.
— A niech to — mruknął do siebie, a na jego twarz wpłynął szeroki uśmiech. Wiedział już jedno. Jutro znowu nie pouczy się w bibliotece.
Rozdział 4: Kawa na Ławie
Adam był na miejscu o dziewiątej czterdzieści pięć. To nie była nadgorliwość, a czysta logistyka. Musiał być pierwszy, żeby wdrożyć swoją procedurę bezpieczeństwa. Chciał zająć stolik w rogu, który zapewniał strategiczną osłonę — nikt nie mógł zajść go od tyłu, a stłumiony gwar rozmów dawał nadzieję, że nikt nie usłyszy, gdyby ze stresu zaczął się jąkać. Poza tym musiał wcześniej sprawdzić menu, żeby nie panikować przy składaniu zamówienia, gdy nadejdzie jego kolej.
Kawiarnia „Paragraf”, popularna studencka dziura w pobliżu kampusu, o tej porze była jeszcze w miarę spokojna. Pachniało tu mielonym ziarnem i wilgotnymi płaszczami. Do dziewiątej pięćdziesiąt pięć Adam zdążył wypić połowę szklanki wody i przeczytać wszystkie plakaty na ścianie, łącznie z ogłoszeniem o sprzedaży notatek z postępowania karnego z rocznika dwa tysiące osiemnaście.
Jego tętno, zamiast spaść, zaczęło przyspieszać. O dziesiątej zero zero zaczął zerkać na drzwi z regularnością metronomu — dokładnie co trzydzieści sekund. W jego głowie uruchomił się tryb katastroficzny. Nie przyjdzie — pomyślał, zaciskając dłoń na szklance. To był żart. Wkręcił mnie. Przecież tacy goście jak on nie umawiają się z takimi jak ja.
O dziesiątej zero dwa drzwi się otworzyły. Do środka wpadł chłodny, jesienny wiatr, a razem z nim Michał.
Wyglądał inaczej niż w bibliotece. Mniej mrocznie, a bardziej jak ktoś, kto właśnie wypadł z łóżka. Miał na sobie jasną koszulkę z dziwnym nadrukiem, przedstawiającym chyba kota dryfującego w przestrzeni kosmicznej, oraz te same, lekko znoszone trampki. Rozglądał się po sali, mrużąc oczy, jakby światło dzienne sprawiało mu fizyczny ból.
Adam uniósł rękę. Zrobił to nieśmiało, gotów w każdej chwili udawać, że tylko poprawia włosy, gdyby tamten go nie poznał. Ale Michał go zauważył. Uśmiech, który rozjaśnił jego twarz, był wart czekania tych dwóch minut niepewności.
— Jesteś! — zawołał, przeciskając się między stolikami. — Bałem się, że uciekniesz, jak tylko zobaczysz ceny.
Usiadł naprzeciwko, zrzucając torbę na podłogę z głośnym hukiem, który sprawił, że Adam drgnął.
— Cześć — powiedział Adam, starając się brzmieć naturalnie. — Jestem tu od piętnastu minut. Ceny są akceptowalne, o ile kawa nie smakuje jak woda po pierogach.
Michał parsknął śmiechem. — Punkt dla ciebie. Widzę, że w świetle dziennym jesteś jeszcze bardziej precyzyjny.
— A ty spóźniony — odbił piłeczkę Adam. — Dwie minuty!
— To margines błędu statystycznego. — Michał oparł się wygodnie o krzesło, taksując Adama wzrokiem. Jego spojrzenie było bezpośrednie, pozbawione tej bibliotecznej senności. — No dobra, Panie Własność. Co pijesz? Ja stawiam, zgodnie z umową. Ale ostrzegam, że jeśli zamówisz bezkofeinowe sojowe latte, to wychodzę.
Adam spojrzał na niego. Poczuł, że pancerz, który nosił od rana — sztywna postawa, zapięta koszula, przygotowane scenariusze rozmowy — zaczyna pękać. — Podwójne espresso. Czarne. Bez cukru.
Michał uniósł brwi z uznaniem. — O. Hardkor. Szanuję. Ja biorę wielkie cappuccino z pianką na trzy palce. Ktoś musi równoważyć ten twój mrok w filiżance.
Wstał i poszedł do baru. Adam patrzył na jego plecy. Obserwował, jak swobodnie opiera się o ladę, jak gestykuluje, rozmawiając z baristką, jakby znali się od lat. On jest chaosem — pomyślał Adam. — A ja jestem tabelką w Excelu. To nie miało prawa się udać. Dwa różne żywioły, dwa różne języki.
A jednak, kiedy Michał wrócił z tacą, niosąc to wielkie cappuccino, które prawie wylewało się ze szklanki, Adam poczuł, że nigdzie indziej nie chciałby teraz być. Nawet w bezpiecznym zaciszu swojego sterylnego pokoju.
Michał odstawił napoje na blat, ale nie usiadł od razu. Zamiast tego sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął niebieski długopis. Obrócił go w palcach z wprawą iluzjonisty. — Zakładnik cały i zdrowy — oznajmił, widząc wzrok Adama.
Adam wyciągnął rękę. — To oddaj.
Michał cofnął dłoń, uśmiechając się krzywo. — Nie tak szybko. Negocjacje dopiero się zaczęły. — Położył długopis na środku stolika, dokładnie między filiżankami, i nakrył go otwartą dłonią. — Najpierw przesłuchanie.
Usiadł, nie zdejmując ręki z „łupu”. — No to powiedz mi, Adamie — zaczął, oblizując piankę z wargi, co Adam odnotował z niepokojącą dokładnością. — Dlaczego prawo? Chcesz zbawiać świat czy po prostu lubisz nosić garnitury?
Adam upił łyk swojego smolistego espresso. Kofeina uderzyła do głowy niemal natychmiast. Spojrzał na dłoń Michała przykrywającą jego własność. — Lubię zasady — odpowiedział szczerze, patrząc mu w oczy. — Świat bez zasad to bałagan.
— A ja lubię bałagan — odparł Michał, bębniąc palcami wolnej ręki o blat. — W bałaganie zawsze można znaleźć coś ciekawego. Na przykład fajnego chłopaka w bibliotece.
Adam zakrztusił się gwałtownie, czując palący smak kawy w krtani. Michał uśmiechnął się szeroko, jak kot, który właśnie zjadł śmietanę. — No co? Mówiłem, że walę prosto z mostu.
Rozdział 5: Pierwsza Pomoc
Adam kaszlał gwałtownie, czując, jak gorzka, smolista kawa pali go w gardle i wdziera się do tchawicy. Oczy zaszły mu łzami. Nie było to jednak wzruszenie wywołane komplementem, a czysta, brutalna reakcja fizjologiczna na brak tlenu.
To był koniec. Właśnie wbijał ostatni gwóźdź do trumny swojego wizerunku: poważnego, opanowanego studenta prawa, który pija espresso i cytuje rzymskie paremie. Zamiast roztaczać aurę tajemniczości, dławił się i czerwieniał jak pierwszoklasista.
Michał zareagował błyskawicznie, choć w sposób nieszablonowy. Zabrał rękę z „zakładnika” — odsłaniając błękitny długopis leżący na stole — i chwycił metalowy podajnik. Nie klepał Adama po plecach — dzięki Bogu, bo to byłoby upokarzające i naruszyłoby nietykalność cielesną — ale pchnął w jego stronę całą stertę serwetek.
— Żyj, Adam, żyj — powiedział, a w jego głosie, oprócz wyraźnego rozbawienia, brzmiała też nuta autentycznej troski. — Nie umieraj mi tu. Dopiero co cię znalazłem.
Adam wyrwał garść serwetek, przycisnął je do ust i wziął głęboki, świszczący oddech. Płuca powoli zaczęły współpracować. Kiedy odzyskał zdolność mowy, spojrzał na Michała wzrokiem, który w założeniu miał być morderczy, ale przez łzy wyszedł prawdopodobnie tylko bezradny.
— Jesteś… niemożliwy — wykrztusił, wciąż walcząc z chrypką. — Kto tak zaczyna rozmowę?
— Ja — odparł Michał po prostu. Oparł brodę na splecionych dłoniach i patrzył mu prosto w te załzawione, zaczerwienione oczy. Nie uciekał wzrokiem. — Życie jest za krótkie na podchody, Panie Mecenasie. Widziałem, jak na mnie patrzyłeś w bibliotece, kiedy myślałeś, że nie widzę.
Adam poczuł, że pieką go policzki. Gorąco uderzyło mu do głowy z siłą, której nie mógł opanować żadną techniką oddechową. — Patrzyłem na książkę — skłamał gładko, odruchowo uruchamiając procedurę zaprzeczenia.
— Jasne. A ja czytałem ten kodeks łokciem. — Michał uśmiechnął się krzywo, a w kącikach jego oczu pojawiły się drobne zmarszczki. — Słuchaj, możemy się bawić w te gierki. Ty będziesz udawał niedostępnego i zajętego nauką, a ja będę udawał, że mi to nie przeszkadza i że wcale mnie nie intrygujesz. Możemy tak robić przez godzinę. Ale kawa nam wystygnie.
Adam spojrzał na swoje w połowie wypite espresso. Potem przeniósł wzrok na Michała. Ten chłopak był jak żywioł. Rozbijał każdą obronę, jaką Adam pieczołowicie budował przez lata. Rozmontowywał jego sztywność, jego zasady i jego lęki jednym celnym zdaniem. I najgorsze w tym wszystkim było to, że Adamowi… to się podobało. Utrata kontroli była przerażająca, ale jednocześnie dziwnie wyzwalająca.
Postanowił zaryzykować. Skoro Michał grał w otwarte karty, on też spróbuje. Choć trochę. Choć na chwilę.
— Dobra — powiedział, prostując się na krześle i odzyskując resztki rezonu. Odsunął zmięte serwetki na bok. Mógł teraz spokojnie zabrać długopis, który leżał niepilnowany, ale tego nie zrobił. — Masz rację. Nie patrzyłem na książkę.
Michał uniósł brwi, wyraźnie zadowolony z tego nagłego zwrotu akcji. — O? Postęp w śledztwie. Przyznanie się do winy.
— Ale to nie znaczy, że jestem łatwym celem — dodał szybko Adam, grożąc mu palcem. Gest ten wyszedł dwuznacznie — trochę tak, jakby straszył go pozwem, a trochę jakby z nim flirtował. — Jestem skomplikowany. Nudny. Mam obsesję na punkcie porządku i prawdopodobnie jestem najtrudniejszym człowiekiem, jakiego spotkasz. Wytrzymasz ze mną góra dwie kawy.
Michał chwycił swoją wielką filiżankę i upił solidny łyk cappuccino, zostawiając sobie nad górną wargą wąsy z gęstej pianki. Tym razem celowo ich nie wytarł, patrząc na Adama z wyzwaniem w oczach. — Lubię wyzwania — powiedział. — A dwie kawy to akurat tyle, ile potrzebuję, żeby cię przekonać, że bałagan jest fajniejszy niż porządek.
— Zobaczymy — mruknął Adam, sięgając po swoją filiżankę.
Gdy podniósł ją do ust, zauważył coś, co go zaskoczyło. Ręka mu już nie drżała.
Rozdział 6: Inwazja
Adam zamknął drzwi pokoju numer 304 i oparł się o nie plecami, powoli wypuszczając powietrze z płuc. Cisza. To było dokładnie to, czego potrzebował po godzinie spędzonej z Michałem.
Michał był jak nadmiar kofeiny — pobudzający i fascynujący, ale w zbyt dużych dawkach wywoływał drżenie rąk i kołatanie serca.
Adam kochał swój pokój. To była jego twierdza. Jedynka, wywalczona z trudem dzięki zaświadczeniu od neurologa o konieczności zachowania higieny snu, lśniła sterylną czystością. Biurko było strefą zero. Laptop stał ustawiony idealnie równolegle do krawędzi blatu, kubek z ołówkami znajdował się po prawej stronie, a lampka po lewej. Żadnych zbędnych przedmiotów. Żadnego chaosu. Czysta geometria.
Adam zdjął buty, ustawiając je precyzyjnie na macie przy wejściu, i podszedł do łóżka, by wziąć głębszy oddech. Pachniało tu lawendowym płynem do podłóg i spokojem.
Wtedy usłyszał ten dźwięk. Zgrzyt klucza w zamku.
Adam zamarł w połowie kroku. Przecież zamknął drzwi. Był tego pewien. Tylko jedna osoba miała zapasowy klucz, a był nią kierownik akademika. Ale kierownik nigdy nie wchodził bez pukania, chyba że stało się coś strasznego.
Drzwi otworzyły się z hukiem, uderzając o gumowy stoper przy podłodze. Do środka wpadł pan Zdzisław, kierownik, czerwony na twarzy i wyraźnie zdyszany. A tuż za nim, wpychając do środka wielką, pękatą torbę sportową i futerał na gitarę, wszedł on.
Michał.
Wciąż miał na sobie tę samą bluzę i ten sam bezczelny uśmiech, który Adam widział wcześniej w kawiarni. Tylko że teraz ten uśmiech wydawał się wypełniać całe dwanaście metrów kwadratowych pokoju.
— Panie Adamie, sytuacja awaryjna! — sapnął pan Zdzisław, ocierając spocone czoło wierzchem dłoni. — Pion wodny strzelił na drugim piętrze. Sajgon. Potop szwedzki. U pana Michała woda kapie z żyrandola.
Adam zamrugał, próbując przetworzyć te informacje. Mózg odmawiał posłuszeństwa. — I… co dlatego?
— Ewakuacja — rzucił Michał, przeciskając się obok kierownika. Rzucił torbę na środek podłogi. Na idealnie czystą wykładzinę. Adam poczuł fizyczny ból, jakby ktoś uderzył go w brzuch. — Cześć, Współwłaścicielu. Wygląda na to, że los bardzo chce, żebyśmy spędzili ze sobą więcej czasu.
— To niemożliwe — Adam zwrócił się do kierownika, ostentacyjnie ignorując Michała, choć głos lekko mu zadrżał. — Panie Zdzisławie, mam umowę na pokój jednoosobowy. Mam zaświadczenie lekarskie. Potrzebuję ciszy.
— Wiem, panie Adamie, wiem! — Kierownik rozłożył ręce w geście bezradności. — Ale co ja mam zrobić? Wszystkie pokoje zajęte, sesja idzie. To tylko na kilka dni, góra tydzień, zanim hydraulik Janusz wytrzeźwieje i wymieni rury. Tu jest drugie łóżko, prawda?
Było. Złożone, służące Adamowi jako półka na wyprasowane koszule. — To nie jest łóżko — zaprotestował Adam słabo. — To magazyn.
— Już nie — stwierdził Michał. Jednym ruchem zgarnął idealnie ułożone koszule Adama i przełożył je na biurko. Zrobił to krzywo. Potem usiadł na materacu, sprawdzając sprężyny. — Twardo. Lubię.
Pan Zdzisław uznał sprawę za załatwioną. — Dogadacie się chłopaki. Pan Adam jest spokojny, pan Michał… no, pan Michał jest poszkodowany. Klucz panu Michałowi dorobię jutro. Na razie radźcie sobie jednym. Dobrej nocy!
Drzwi trzasnęły. Zostali sami.
Adam stał na środku pokoju, czując, jak jego tętno przyspiesza do niebezpiecznych wartości. Jego azyl został skażony. Na środku leżała brudna torba. Na jego krześle wisiała kurtka Michała. W powietrzu, zamiast uspokajającej lawendy, unosił się teraz zapach wiatru i tej cholernej mięty.
Michał oparł się plecami o ścianę i spojrzał na Adama. Tym razem w jego oczach nie było kpiny, tylko coś miękkiego, co Adamowi trudno było zdefiniować. — Słuchaj — powiedział Michał, nagle poważniejąc. — Wiem, że masz swoje zasady. Widzę, jak masz ustawione ołówki. Nie będę ci wchodził w drogę.
Adam spojrzał na niego z niedowierzaniem. — Już wszedłeś. Zburzyłeś mój ekosystem w trzydzieści sekund.
— To tylko pokój, Adam.
— To moja głowa — odparł Adam, zanim zdążył się ugryźć w język. Wskazał palcem na swoje skronie. — Mój pokój to moja głowa. Jak tu jest bałagan, to tam też.
Michał milczał chwilę. Potem wstał powoli, podniósł swoją torbę i przesunął ją w sam kąt, pod nieużywany kaloryfer. Kurtkę powiesił starannie na wieszaku przy drzwiach. Futerał z gitarą wsunął pod łóżko, tak że zniknął z pola widzenia. — Lepiej? — zapytał.
Adam musiał przyznać, choć niechętnie, że przestrzeń odzyskała ułamek harmonii. — Trochę.
— Będę cicho jak mysz pod miotłą — obiecał Michał, kładąc się na swoim nowym łóżku i zakładając ręce za głowę. — Nawet nie zauważysz, że tu jestem. Będę tylko twoim cieniem.
Adam spojrzał na niego. Na jego rozczochrane włosy na tle białej ściany. Na to, jak bardzo nie pasował do tego sterylnego wnętrza. — Cieniem — powtórzył Adam, siadając przy swoim biurku i odruchowo poprawiając stertę koszul, którą Michał zbezcześcił. — Cienie nie chrapią, Michale.
— Ja też nie chrapię — odparł Michał z zamkniętymi oczami. — Ja tylko śnię, że jestem motocyklem.
Adam włączył lampkę na biurku, tworząc krąg bezpiecznego światła. Próbował skupić wzrok na notatkach z prawa rzymskiego, ale kątem oka wciąż widział zarys postaci na drugim łóżku. To będzie najdłuższy tydzień w moim życiu, pomyślał. Ale dziwnym trafem, po raz pierwszy od miesiąca, nie czuł potrzeby sprawdzenia, czy drzwi są na pewno zamknięte na dwa spusty.
Rozdział 7: Ciało Obce
Zegar wskazał dwudziestą trzecią piętnaście, co w wewnętrznym harmonogramie Adama oznaczało porę proceduralną przygotowania do snu. Stał przed lustrem przy małej umywalce w kącie pokoju i szczotkował zęby. Elektryczna szczoteczka buczała jednostajnie, odliczając zaprogramowane przez producenta dwie minuty — czas niezbędny do usunięcia dziewięćdziesięciu dziewięciu procent bakterii.
W lustrze widział jednak nie tylko swoją namydloną twarz, ale też odbicie pokoju za plecami. Michał siedział na łóżku. Właśnie zdejmował skarpetki. Rzucił je, jedną po drugiej, w kierunku swojej torby wciśniętej pod kaloryfer. Pierwsza trafiła idealnie. Druga odbiła się od rury i wylądowała na sterylnej podłodze, tuż przy krześle Adama.
Adam poczuł dreszcz irytacji, ale nie mógł przerwać procedury. Szczoteczka zawibrowała krótko, sygnalizując koniec czasu. Adam wypluł pianę, wypłukał usta i wytarł twarz ręcznikiem. Miał już na sobie piżamę. Bawełniany, dwuczęściowy komplet w drobną, szarą kratkę, zapięty na wszystkie guziki pod samą szyję. To była jego zbroja, chroniąca go przed chaosem nocy. Odwiesił ręcznik na haczyk, dbając o to, by brzegi materiału wisiały idealnie równo.
— O której gasisz? — zapytał Michał, wstając z łóżka. Przeciągnął się tak mocno, że aż strzeliły mu stawy.
— O dwudziestej trzeciej trzydzieści — odparł automatycznie Adam, odwracając się w jego stronę. — Mam fazę REM zaplanowaną na… co ty robisz?
Głos uwiązł mu w gardle. Michał właśnie zdjął koszulkę i rzucił ją niedbale na oparcie krzesła. Został w samych bokserkach. Adam natychmiast odwrócił wzrok, wbijając go w bezpieczny punkt na ścianie, gdzie wisiał kalendarz akademicki.
— Rozbieram się? — To nie było pytanie. To było stwierdzenie faktu, wypowiedziane z tą samą nonszalancją, z jaką Michał robił wszystko inne.
Rozległ się szelest materiału. Adam zaryzykował szybkie, kontrolne spojrzenie w lustro. Michał zsuwał bokserki. — Stop! — wrzasnął Adam, czując, jak krew gwałtownie uderza mu do twarzy. Zasłonił oczy dłonią i odwrócił się z powrotem do umywalki. — Jesteśmy w jednym pokoju! Mamy… mamy strefę wspólną!
— No i?
Adam rozchylił palce. W lustrze widział Michała, który stał już tyłem do niego — całkowicie nagi — i spokojnie odrzucał kołdrę na swoim łóżku. W świetle lampki biurkowej jego plecy wydawały się gładkie, z linią kręgosłupa rysującą się wyraźnie pod skórą. Wyglądał tak naturalnie, jakby nagość była jego domyślnym stanem, a ubranie tylko zbędnym, uciążliwym dodatkiem.
— Do spania zdejmuje się ubrania, Adam — wyjaśnił Michał, jakby tłumaczył dziecku podstawy fizyki. — Skóra musi oddychać. Inaczej kisisz się we własnym pocie.
— To jest piżama — wydusił z siebie Adam. Zgasił pośpiesznie górne światło, byle tylko obraz w lustrze zniknął, i po omacku cofnął się w stronę swojego łóżka. — Służy do higienicznego spoczynku.
— To jest kaftan bezpieczeństwa w kratkę — poprawił go Michał z ciemności. Słychać było skrzypienie sprężyn, gdy układał się do snu. — Serio, spróbuj kiedyś. Człowiek budzi się dwa razy bardziej wypoczęty. Nic cię nie gniecie, nic się nie zwija.
Adam nie odpowiedział. Włączył małą lampkę nocną tylko na sekundę, by trafić do łóżka, po czym natychmiast ją zgasił. Wślizgnął się pod pościel, zawijając się w kokon z kołdry tak szczelnie, jak to tylko było możliwe.
Leżał sztywno na plecach. Nagle zaczął czuć każdy szew swojej piżamy. Czuł gumkę w pasie, która wpijała się w brzuch. Czuł sztywny kołnierzyk przy szyi, który go dusił. Nigdy wcześniej mu to nie przeszkadzało. To był standard. Norma. Teraz jednak, słysząc spokojny, miarowy oddech Michała z drugiego końca pokoju, nagle poczuł się… skrępowany. Uwięziony we własnej bawełnie.
— Dobranoc, Współwłaścicielu — mruknął Michał. Głos miał senny, miękki i całkowicie pozbawiony wstydu.
— Dobranoc — szepnął Adam.
Leżał w ciemności, gapiąc się w niewidoczny sufit. Chwilę, wbrew rozsądkowi, wyobrażał sobie, jak to jest. Nie czuć na sobie nic. Tylko chłodna pościel i powietrze opływające skórę. Potrząsnął głową, odpędzając tę myśl jak natrętną muchę. To było niehigieniczne. Nieproceduralne. I niebezpieczne. Otwierało drzwi do sfery, której nie chciał eksplorować.
Ale tamtej nocy, po raz pierwszy od lat, Adamowi śniło się, że unosi się na wodzie. Bez kapoka.
Rozdział 8: Awaria Systemu
Pokój numer 304 tonął w mroku, który rozświetlało jedynie ostre, białe światło lampki na biurku Adama. W gęstym, dusznym powietrzu unosił się zapach wystygłej, stęchłej kawy i czegoś jeszcze. Czegoś kwaśnego, metalicznego i pierwotnego. Zapach strachu.
Adam siedział pochylony nad podręcznikiem do prawa rzymskiego. Literki, zazwyczaj karne i uporządkowane jak legiony, teraz zaczęły tańczyć przed jego oczami. Res mancipi… res nec mancipi… Powtarzał te frazy w myślach, próbując uchwycić ich znaczenie, ale słowa nie miały już sensu. Były tylko pustymi dźwiękami, szumem, który narastał w jego głowie.
Nagle poczuł, że w pokoju brakuje powietrza. Jakby ktoś podłączył pompę i powoli wysysał tlen z pomieszczenia. Chwycił się za gardło, próbując poluzować nieistniejący krawat. Serce, jego zazwyczaj miarowa pompa, uderzyło raz. Drugi. A potem wpadło w chaotyczny, bolesny galop, obijając się o żebra jak przerażony ptak w za ciasnej klatce.
— Nie, nie, nie… — wyszeptał, czując, jak zimny pot spływa mu po plecach. Próbował wstać, żeby otworzyć okno, ale nogi miał z waty. Mięśnie odmówiły posłuszeństwa. Osunął się bezwładnie z krzesła na podłogę, pociągając za sobą stertę notatek. Biel kartek zalała dywan niczym lawina.
Adam siedział pośrodku nich, dysząc ciężko i łapczywie chwytając powietrze, które zdawało się nie docierać do płuc. Zawał. Mam zawał — pomyślał w panice. W wieku dwudziestu lat. Umrę tutaj, na wykładzinie w akademiku, pomiędzy definicją skargi a testamentem.
Świat zaczął wirować. Obraz zwęził się do ciemnego tunelu, na którego końcu nie było światła. Wtedy usłyszał szelest pościeli.
— Adam?
Głos Michała był zaspany, ale tylko przez ułamek sekundy. Chwilę później Adam poczuł na swoich ramionach ciepłe, silne dłonie. Nie były natarczywe. Były uziemiające. Stanowiły kotwicę w rzeczywistości, która właśnie się rozpadała.
— Adam, spójrz na mnie.
Adam pokręcił głową. Nie mógł. Walczył o każdy oddech, a klatka piersiowa bolała przy każdym wdechu.
— Hej. — Michał kucnął przed nim. Był w samych bokserkach, ale Adamowi było to teraz wszystko jedno. Konwenanse przestały istnieć. — To nie zawał. To panika. Twój procesor się przegrzał.
Michał chwycił dłoń Adama i zdecydowanym ruchem położył ją sobie na klatce piersiowej, tuż nad mostkiem. Skóra Michała była ciepła i sucha. Serce biło pod nią powoli, rytmicznie, jak spokojny dzwon. Bum-bum. Bum-bum.
— Czujesz to? — zapytał Michał spokojnie, patrząc mu prosto w oczy. — Dostosuj się do mnie. Wdech… raz, dwa, trzy. Wydech… raz, dwa, trzy.
Adam próbował. Pierwszy oddech był płytki, urywany i świszczący.
— Wolniej — instruował Michał, nie puszczając jego ręki. — Nigdzie się nie spieszymy. Rzymianie poczekają. Oni i tak wszyscy nie żyją.
To stwierdzenie było tak absurdalne w środku ataku paniki, że Adamowi wyrwało się coś w rodzaju zduszonego śmiechu, który jednak szybko przeszedł w głośny szloch. Napięcie puściło.
— Nie zdam — wykrztusił, dławiąc się łzami. — Nic nie pamiętam. Mam pustą głowę.
— Masz pełną głowę. Tylko korki wysadziło — odparł Michał łagodnie. — Wstań. Powoli.
Podniósł go z podłogi jak szmacianą lalkę. Posadził na swoim łóżku — tym rozgrzebanym i zupełnie nieproceduralnym, które teraz wydawało się najbezpieczniejszym miejscem na ziemi. Potem podszedł do okna i otworzył je na oścież. Do pokoju wpadło mroźne, lutowe powietrze, uderzając w ich rozgrzane twarze.
— Oddychaj — powiedział Michał, opierając się o parapet. — I zostaw te książki. Jutro rano nawet na nie nie spojrzysz.
— Ale egzamin…
— Walić egzamin. — Michał odwrócił się gwałtownie. W świetle latarni wpadającym przez okno jego sylwetka była wyraźna, ale twarz pozostawała w cieniu. — Adam, spójrz na siebie. Jesteś szary. Drżą ci ręce. Jeśli tam pójdziesz w tym stanie, to cię wyniosą nogami do przodu.
Adam spuścił głowę. Wiedział, że Michał ma rację. Przegrał. Jego system runął ostatecznie. Michał podszedł do czajnika. Po chwili w pokoju rozszedł się delikatny, ziołowy zapach melisy. Adam przez mgłę otępienia zastanawiał się, skąd Michał w ogóle miał to ziółko, skoro na co dzień pił tylko czarną kawę i napoje energetyczne. Czyżby kupił je… dla niego?
Michał wcisnął kubek w dłonie Adama. — Pij. I słuchaj uważnie, bo nie będę powtarzał.
Usiadł obok niego na łóżku. Ich kolana się stykały. Wyciągnął telefon. Niebieskie światło ekranu oświetliło jego skupioną twarz. Przesuwał palcem po ekranie z prędkością, która sugerowała, że planował to od dłuższego czasu albo działał pod wpływem nagłego impulsu.
— Wyjeżdżamy — powiedział, nie odrywając wzroku od wyświetlacza.
Adam zamrugał znad parującego kubka. Mózg wciąż pracował na zwolnionych obrotach, ale słowo wyjazd uruchomiło w nim lawinę pytań logistycznych. — Co? Gdzie? Kiedy? Przecież trwa sesja.
— Pojutrze masz ostatni egzamin, prawda? Z rzymskiego? O dwunastej zero zero? — upewnił się Michał.
— Tak, ale…
— Znalazłem. — Michał odwrócił telefon w stronę Adama. Na ekranie widniało zdjęcie palmy, błękitnego nieba i cena napisana czerwoną, krzykliwą czcionką. — Gran Canaria. Wylot z Modlina w piątek o osiemnastej. Sześć godzin po twoim egzaminie. Last Minute. Zostały ostatnie dwa miejsca w czarterze.
Adam patrzył na mały ekranik jak na zjawisko nadprzyrodzone. — To niemożliwe — zaczął analizować, czując, jak budzi się w nim wewnętrzny prawnik. — Nie zdążymy się spakować. Nie mam ubezpieczenia. Ceny w sezonie są zaporowe, a to wygląda na podejrzanie tanie. Poza tym… rodzice. Wyniki. Muszę czekać na wpis do indeksu.
— Ciii. — Michał położył palec na ustach Adama. Ten gest był tak niespodziewany i intymny, że Adam zamilkł natychmiast, a jego argumenty rozsypały się jak domek z kart. — Wyłącz myślenie. Zresetuj system. Wpisami zajmiesz się w marcu, a rodzicom powiesz, że jedziesz na obóz naukowy. Albo nic nie powiesz.
Michał cofnął rękę i wcisnął duży, zielony przycisk REZERWUJ na ekranie. — Już. Poszło. Nie ma odwrotu. Wpiszę tylko dane i jesteśmy wolni.
Adam poczuł, że serce znów przyspiesza, ale tym razem nie był to bolesny galop strachu, lecz uderzenie adrenaliny. Decyzja została podjęta za niego. Ktoś wziął odpowiedzialność.
— Zaufasz mi raz? Tylko ten jeden raz — poprosił Michał, patrząc mu głęboko w oczy. — Zabiorę cię w miejsce, gdzie nie ma kodeksów, krawatów ani oczekiwań. Gdzie będziesz mógł po prostu być.
Adam patrzył w oczy Michała. Były zielono-piwne, poważne i po raz pierwszy zupełnie pozbawione tej charakterystycznej kpiny. Biła z nich troska. Czysta, bezinteresowna troska. Adam poczuł, że pancerz, który nosił od lat, pęka. Nie z hukiem, ale z cichym, ostatecznym trzaskiem.
— Nie mam kostiumu kąpielowego — powiedział bezsensownie, czując, że to ostatni, absurdalny bastion jego oporu. — I nie wiem, czy mój dowód jest ważny.
Michał uśmiechnął się. To był ten sam uśmiech co w bibliotece — trochę bezczelny, a trochę obiecujący przygodę życia. Sprawdził coś szybko w telefonie. — Dowód masz ważny, widziałem jak kserowałeś go do stypendium. A co do kostiumu… Tam, gdzie jedziemy, Współwłaścicielu, nie będziesz go potrzebował.
Adam wziął łyk melisy. Smakowała jak obietnica. — Dobra — szepnął, czując, jak ciężar całego świata zsuwa się z jego ramion. — Dobra.
Rozdział 9: Nadbagaż
Klucz zazgrzytał w zamku, wydając dźwięk, który w leniwej ciszy popołudnia wydawał się nienaturalnie głośny i metaliczny. Drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka oślepiające, białe słońce i zapach nagrzanej ziemi, który uderzył ich z siłą fizycznego ciosu.
Michał wszedł pierwszy. Miał na sobie luźne, lniane spodnie i rozpiętą koszulę, która łopotała na wietrze jak żagiel. Rzucił swój mały, sfatygowany plecak na kanapę z taką lekkością, jakby ważył tyle co piórko.
— Jesteśmy w domu — oznajmił, rozkładając ręce i biorąc głęboki oddech, jakby chciał wciągnąć w płuca całą wyspę.
Za nim do środka wtoczył się Adam. A raczej wtoczyła się jego walizka, a on podążał za nią, ciągnięty przez ciężar własnego, zbyt skomplikowanego dobytku. Była to wielka, czarna skorupa na czterech kółkach, wypełniona niezbędnym ekwipunkiem na każdą ewentualność — od leków na ból gardła po żelazko turystyczne, które teraz wydawało się najgłupszym przedmiotem na świecie.
Adam był mokry od potu. Miał na sobie dżinsy, T-shirt i grubą flanelową koszulę, a w wolnej ręce ściskał kurczowo kurtkę zimową, której nie chciał upchnąć do walizki z obawy przed pognieceniem. Wilgoć spływała mu po plecach wąską, lodowatą stróżką, drażniąc skórę. W uszach wciąż szumiało mu od zmiany ciśnienia, a błędnik wariował od nadmiaru bodźców po długiej podróży.
— To tutaj? — zapytał, mrużąc oczy, nieprzyzwyczajone do takiej jasności po warszawskiej szarówce.
Wnętrze było proste, niemal ascetyczne. Bielone ściany odbijały światło, chłodne kafelki na podłodze prosiły się o dotyk bosych stóp, a aneks kuchenny i duże, przesuwne drzwi na taras obiecywały widok, na który Adam nie był jeszcze gotów.
— To tutaj. Bungalow numer dwanaście, ośrodek Magnolias Natura — potwierdził Michał. Podszedł do lodówki i wyciągnął dwie oszronione butelki wody. Jedną rzucił w stronę Adama. — Pij. Musisz się nawodnić. Wyglądasz jak suszona śliwka.
Adam złapał butelkę w locie — co było wyczynem, biorąc pod uwagę jego stan — ale jej nie otworzył. Stał na środku pokoju, trzymając rączkę walizki tak mocno, jakby to była poręcz na Titanicu, a on właśnie szedł na dno.
— Michał… — zaczął niepewnie, przełykając ślinę. — Widziałem tabliczkę przy wjeździe.
— Jaką tabliczkę?
— Tę z przekreślonymi spodenkami. I napisem FKK.
Michał upił duży łyk wody, ocierając usta wierzchem dłoni z tą swoją irytującą nonszalancją. — A, tę. Standardowe oznaczenie strefy.
— Strefy? — Adam poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. Panika, którą udało mu się uśpić na czas lotu, teraz wróciła ze zdwojoną siłą. — Myślałem, że jedziemy do hotelu. Do normalnego hotelu.
— To jest normalny hotel, Adam. Tylko lepszy. Bo nikt nie ocenia cię po metce na koszulce. To nasza oaza. Dosłownie.
Michał odstawił wodę i podszedł do wielkich drzwi tarasowych. Rozsunął je szeroko jednym płynnym ruchem. Szum oceanu, który do tej pory był tylko odległym tłem, teraz wypełnił pokój, wdzierając się w każdy kąt. Widać było kawałek ogrodu z bujną roślinnością, palmy kołyszące się na wietrze i błękitne, bezchmurne niebo.
— Chodź tu — zawołał, wychodząc na zewnątrz.
Adam zawahał się. Spojrzał na swoją walizkę, potem na otwartą przestrzeń. Puścił rączkę bagażu. Zrobił krok. Potem drugi. Wyszedł na taras. Uderzyło go gorąco. Nie było to jednak duszne, lepkie ciepło znane z biblioteki czy zatłoczonego autobusu. To było ciepło suche, intensywne, pachnące solą i wolnością. Adam rozejrzał się niepewnie. Ogród bezpośrednio przed nimi był pusty, ale przez rzadki żywopłot prześwitywały inne tarasy. Gdzieś dalej ktoś się śmiał. Ktoś inny leniwie brzdąkał na gitarze.
— Spójrz tam. — Michał wskazał na piaszczystą ścieżkę prowadzącą w stronę wydm.
Adam spojrzał. Drogą szła para. Starszy mężczyzna i kobieta. Trzymali się za ręce. Byli opaleni na ciemny mahoń, a ich skóra nosiła ślady wielu lat spędzonych na słońcu. I byli zupełnie nadzy. Szli tak naturalnie, jakby szli po bułki do sklepu na osiedlu. Nie zasłaniali się ręcznikami. Nie rozglądali się nerwowo. Po prostu szli.
Adam poczuł, że jego mózg próbuje gorączkowo przetworzyć ten obraz. Próbował nałożyć na niego jakieś filtry, przywołać zasady prawa karnego o nieobyczajnym wybryku, znaleźć paragraf, który pozwoliłby mu sklasyfikować tę sytuację. Ale tutaj te zasady nie działały. Były martwe. Tu obowiązywało inne prawo. Prawo słońca.
— Nikt tu na ciebie nie patrzy, Adam — powiedział cicho Michał, stając tuż obok niego. — Widzisz? Jesteś dla nich powietrzem. W tym pozytywnym sensie.
Adam odetchnął głęboko. Zapach powietrza był niesamowity — mieszanka oceanu, rozgrzanego piasku i egzotycznych kwiatów. — Gorąco mi — przyznał, czując, jak ciężkie dżinsy przyklejają mu się do nóg, tworząc drugą, niechcianą skórę.
— To zdejmij to — odparł Michał prosto, jakby to było najbardziej oczywiste rozwiązanie na świecie. Zrzucił z siebie lnianą koszulę i rzucił ją niedbale na oparcie krzesła, zostając z nagim torsem w pełnym słońcu.
Adam spojrzał na niego z przerażeniem. — Tutaj? Teraz? Na tarasie?
— Zacznij od butów — zaproponował Michał łagodnie, siadając na plastikowym krześle i wystawiając twarz do słońca. — Poczuj kafelki pod stopami. Uziemienie, pamiętasz? To pomaga po locie.
Adam spojrzał w dół na swoje ciężkie, zimowe trzewiki, które jeszcze wczoraj chroniły go przed warszawską pluchą. Wyglądały tu jak relikt z innej epoki. Jak narzędzie tortur. Powoli, bardzo powoli, usiadł na niskim murku. Rozwiązał jedną sznurówkę, potem drugą. Zdjął but. Potem skarpetkę, która zostawiła czerwony ślad na kostce. Postawił bosą stopę na rozgrzanej terakocie tarasu. Ciepło przeszło błyskawicznie przez podeszwę stopy, powędrowało w górę łydki, aż do samego spiętego karku. To było przyjemne. Nieprzyzwoicie przyjemne.
— I jak? — zapytał Michał, nie otwierając oczu.
Adam poruszył palcami u stóp, czując fakturę kafelka. — Dziwnie — powiedział. — Ale… lżej.
— To dopiero początek — mruknął Michał, uśmiechając się do słońca. — Zobaczysz, jak smakuje kawa, kiedy nie pije się jej w krawacie.
Adam odwrócił się i spojrzał przez ramię na swoją walizkę, która została w cieniu pokoju. Wyglądała jak wielki, czarny wyrzut sumienia, który przywlókł ze sobą z innej strefy klimatycznej. Ale tutaj, na słońcu, jej cień do niego nie sięgał.
Rozdział 10: Definicja Zbędności
Godzinę później Adam podjął pierwszą próbę okiełznania chaosu. Postawił swoją walizkę na samym środku pokoju i otworzył ją jednym zdecydowanym ruchem zamka błyskawicznego. Widok, który ukazał się jego oczom, przypominał eksplozję szafy w konserwatywnej kancelarii prawnej. Wnętrze bagażu było upakowane z chirurgiczną, niemal obsesyjną precyzją. Równo złożone koszule — trzy nieskazitelnie białe, dwie błękitne — leżały obok spodni w kant w bezpiecznych odcieniach beżu i granatu. Wszystko było zabezpieczone pasami, posegregowane i gotowe do natychmiastowego użycia w sali sądowej, a nie na wulkanicznej wyspie.
Ale to nie ubrania stanowiły największy problem. Na samym wierzchu, lśniąc chromowaną powłoką, spoczywało małe żelazko turystyczne. Adam poczuł nagłe, bolesne ukłucie wstydu, patrząc na ten przedmiot w kontekście otoczenia — szumu fal za oknem i piasku wnoszonego wiatrem na taras.
Michał, który leżał rozciągnięty na kanapie i jadł soczystą brzoskwinię, parsknął śmiechem. Kęs owocu stanął mu w gardle, aż chłopak zakrztusił się i musiał usiąść. — Powiedz mi, że to nie jest to, co myślę — wykrztusił, wskazując brodą na lśniące urządzenie.
— To jest żelazko — odparł Adam defensywnie, choć czuł, jak pieką go uszy. — Ubrania gniotą się w transporcie. Schludny wygląd to podstawa autorytetu. Zawsze to powtarzasz, że pierwsze wrażenie…
— Adam… — Michał przerwał mu łagodnie. Wytarł lepkie od soku palce w chusteczkę, a potem oblizał je powoli, co Adam odnotował z rosnącym, niepokojącym gorącem w podbrzuszu. — Tu nie ma autorytetów. Tu są tylko ludzie, którzy chcą, żeby słońce opaliło im tyłki równo. Kogo chcesz prasować? Wydmy?
Adam spojrzał bezradnie na swoją stertę ubrań. W dusznym, wilgotnym powietrzu bungalowu, gdzie wiatrak pod sufitem leniwie mielił powietrze, te wszystkie sztywne kołnierzyki i wykrochmalone mankiety wydawały się nagle obce. Wrogie. Sięgnął po białą koszulę. Dotknął materiału. Oxford cotton, wysoka gramatura, splot królewski. Kiedyś, w sklepie w Warszawie, brzmiało to jak zaleta, jak synonim jakości i trwałości. Teraz brzmiało jak wyrok śmierci przez uduszenie. Wyobraził sobie ten gruby materiał na swojej spoconej skórze w trzydziestostopniowym upale i zrobiło mu się słabo.
— Nie mam co na siebie włożyć — powiedział cicho. To było zdanie, które zazwyczaj wypowiadają bohaterki komedii romantycznych przed wielkim balem, stojąc przed pełną szafą. W ustach Adama brzmiało to jednak jak akt kapitulacji. Jak przyznanie się do całkowitej klęski logistycznej.
— Masz za dużo do nałożenia — poprawił go Michał. Wstał z kanapy i podszedł do walizki. Przykucnął obok Adama. Pachniał słodką brzoskwinią i solą morską — zapachem, który powoli stawał się dla Adama synonimem bezpieczeństwa. — Zróbmy selekcję — zarządził i zaczął wyjmować rzeczy Adama, nie zważając na misternie ułożone warstwy.
— Spodnie długie? — Michał uniósł brew, trzymając w ręku beżowe chinosy. — Do szafy, na dno. Nie przydadzą się. — Rzucił je na fotel.
— Koszule? — Michał dotknął sztywnego kołnierzyka. — Jezu, Adam, to jest pancerz, nie bawełna. Na dno.
— Marynarka?! — Michał wyciągnął granatową marynarkę i spojrzał na Adama z autentycznym przerażeniem w oczach. — Czy ty planowałeś mnie pozwać do sądu na tych wakacjach? Czy może spodziewasz się wezwania na świadka w sprawie o kradzież słońca?
Adam uśmiechnął się słabo, czując, jak absurdalność jego pakowania dociera do niego z pełną mocą. — To nawyk. Pakowanie proceduralne. Lista A, lista B i lista C na wypadek załamania pogody.
— Tutaj obowiązuje lista zero — powiedział Michał stanowczo.
Zanurkował ręką na samo dno walizki, pod stertę bielizny, i wyciągnął coś, co Adam wrzucił tam w ostatniej chwili, bardziej jako wypełniacz niż element garderoby. Były to zwykłe, szare dresowe spodenki i luźny, sprany T-shirt, w którym Adam czasami spał, gdy jego proceduralna piżama była w praniu.
— To — zawyrokował Michał, wręczając mu ubrania jak najwyższe odznaczenie. — To jest twój strój wyjściowy na dzisiejszy wieczór. Reszta zostaje w walizce. Zamknij ją i wsuń pod łóżko. Żeby nie straszyła.
Adam posłusznie wziął rzeczy. Wstał i skierował się w stronę łazienki, żeby się przebrać.
— Hej! — zawołał za nim Michał.
Adam zatrzymał się w progu, trzymając dłoń na klamce.
— Nie zamykaj się — poprosił Michał. Głos miał miękki, ale stanowczy. — W sensie… drzwi. Nie musisz się tu ryglować. Jesteśmy sami.
Adam zawahał się. Jego palce odruchowo zacisnęły się na pokrętle zamka. To był instynkt. Lata warunkowania. Łazienka to twierdza. To jedyne miejsce, gdzie można być naprawdę samemu, gdzie nikt nie ocenia, gdzie można zrzucić maskę. Spojrzał jednak na Michała. Chłopak znów opadł na kanapę, zupełnie niezainteresowany podglądaniem go, skupiony na rozkładaniu papierowej mapy wyspy.
Adam wziął oddech i zostawił drzwi uchylone. Zdjął ciężkie dżinsy, które przykleiły się do jego nóg jak druga skóra. Zdjął przepoconą koszulę flanelową. Chłodniejsze powietrze z kafelków owiało jego ciało, przynosząc natychmiastową ulgę. Spojrzał w lustro. Wyglądał na zmęczonego, bladego chłopaka z Polski, który przywiózł ze sobą zimę nie tylko w walizce, ale i w oczach. Ale kiedy założył te luźne, szare spodenki i miękki, bawełniany T-shirt, poczuł fizyczną zmianę. Jego ramiona opadły o kilka centymetrów. Napięcie, które trzymał w karku od sesji zimowej, a może i znacznie dłużej, zaczęło puszczać, jakby ktoś przeciął niewidzialne sznurki.
Wrócił do pokoju. Michał podniósł wzrok znad mapy i uśmiechnął się z uznaniem. — O wiele lepiej — ocenił. — Wyglądasz jak człowiek, a nie jak paragraf.
— Czuję się… dziwnie lekko — przyznał Adam, siadając ostrożnie na brzegu fotela, wciąż nieprzyzwyczajony do braku paska i guzików.
— To poczekaj, aż zabiorę cię na plażę — uśmiechnął się Michał, składając mapę. — Wtedy dopiero zrozumiesz, co to znaczy lekkość.
Za wielkim oknem słońce zaczynało chylić się ku zachodowi, malując niebo na nierealne odcienie fioletu i pomarańczu. Adam pomyślał o swoim żelazku schowanym głęboko w walizce, wsuniętej teraz pod łóżko. Leżało tam, zimne, zapomniane i całkowicie bezużyteczne. Po raz pierwszy w życiu Adam pomyślał, że bycie bezużytecznym może być czymś wspaniałym. Że może istnieć świat, w którym nie trzeba niczego prostować, wygładzać ani naprawiać. Świat, w którym pogniecione jest wystarczająco dobre.
Rozdział 11: Procedura Nierobienia
Noc na wyspie nie przypominała nocy w Polsce. Tam, w Warszawie, ciemność była zazwyczaj zimna, wroga i zwiastowała jedynie koniec dnia pracy, po którym następował krótki sen i kolejny poranek pełen obowiązków. Tutaj noc była aksamitna. Gęsta, ciepła i pachnąca jaśminem, otulała człowieka jak miękki koc, zapraszając do tego, by się w niej zapaść.
Była dwudziesta druga trzydzieści. Adam siedział na plastikowym krześle na tarasie bungalowu. Miał na sobie luźne ubrania, które wybrał mu Michał, ale jego ciało wciąż pozostawało spięte, jakby czekało na uderzenie. Przed nim, na małym, chwiejnym stoliku, stała dopalająca się świeczka w słoiku, rzucająca rozedrgane cienie na ściany, oraz dwie szklanki z lokalnym, tanim winem.
W oddali szumiał ocean. Był to dźwięk potężny, rytmiczny, przypominający głęboki oddech śpiącego olbrzyma. Ale Adam go nie słuchał. Był zajęty. Trzymał w ręku swój mały, kieszonkowy notes, a długopis biegał nerwowo po papierze, kreśląc równe linie i punkty.
— Ósma rano śniadanie — mruczał pod nosem, marszcząc brwi. — Dziewiąta zero zero wyjście na plażę. Czas dojścia według mapy to dwadzieścia minut, zakładając średnie tempo marszu. Czyli o dziewiątej dwadzieścia jesteśmy na miejscu. Potrzebujemy filtry UV, wodę… muszę sprawdzić w Google Maps, gdzie jest najbliższy sklep, żeby nie nadkładać drogi…
Poczuł, że ktoś wyjmuje mu długopis z ręki. Zrobiono to delikatnie, ale stanowczo, nie dając pola do protestu. Adam podniósł wzrok, wyrwany ze swojego transu. Michał stał nad nim. W słabym świetle świecy jego oczy wydawały się czarne, ale błyszczały w nich te same wesołe, nieco kpiące ogniki, które Adam widział w bibliotece.
— Co robisz? — zapytał Michał.
— Tworzę harmonogram — wyjaśnił Adam tonem, jakby była to najoczywistsza rzecz na świecie. — Nie znamy terenu. Musimy zoptymalizować czas, żeby uniknąć niespodzianek i…
— Adam.
Michał zamknął notes z cichym plaśnięciem. Odłożył go na drugi koniec stołu, daleko poza zasięg rąk Adama, jakby odsuwał niebezpieczne narzędzie. — Jesteśmy na wakacjach. Tu się nie optymalizuje. Tu się egzystuje.
Adam spojrzał na swoje puste dłonie. Nagle nie miał co z nimi zrobić. Zazwyczaj trzymały telefon, kierownicę, kodeks albo myszkę komputera. Zawsze były zajęte, zawsze czemuś służyły. Teraz leżały bezczynnie na jego kolanach, otwarte i bezużyteczne. — Ale ja nie umiem tak po prostu siedzieć — wyznał cicho, spuszczając wzrok.
To była prawda. Bezczynność budziła w nim lęk. Gdy nic nie robił, cisza w jego głowie wypełniała się myślami, których wolał unikać — o ojcu, o dziekanie, o przyszłości, o tym, czy jest wystarczająco dobry. Praca była ucieczką. Planowanie było formą kontroli nad chaosem.
— Wiem — powiedział Michał. Usiadł na krześle obok. Przysunął je tak blisko, że ich ramiona prawie się stykały, a Adam poczuł ciepło bijące od jego ciała. — Dlatego cię nauczę. To jest procedura numer jeden: Procedura Nierobienia.
Adam prychnął cicho. — To brzmi jak oksymoron.
— To sztuka — poprawił go Michał z powagą. Oparł się wygodnie, wyciągnął nogi i spojrzał w niebo. — Zamknij oczy.
Adam zawahał się. Zamknięcie oczu oznaczało utratę wizualnej kontroli nad otoczeniem. — Po co?
— Po prostu to zrób. Zaufaj mi.
Adam westchnął ciężko, jakby proszono go o rozwiązanie skomplikowanego równania, ale posłusznie zamknął powieki. Ciemność pod powiekami była inna niż ta w pokoju. Była rozedrgana od powidoków płomienia świecy, ale po chwili stała się uspokajająca.
— Co słyszysz? — zapytał szeptem Michał.
— Szum — odpowiedział Adam, wsłuchując się w noc. — Ocean. I jakieś świerszcze. I… chyba klimatyzator u sąsiada w bungalowu obok.
— Nie skupiaj się na sąsiedzie. Skup się na oceanie. Słyszysz ten rytm?
Adam milczał, próbując wyłowić dźwięk wody z tła.
— Woda przychodzi i odchodzi — mówił cicho Michał, a jego głos działał jak hipnoza. — Nie ma planu. Nie ma harmonogramu. Nie sprawdza zegarka. Po prostu jest. Spróbuj oddychać tak jak ona.
Adam wsłuchał się w szum fal. Był regularny. Wdech… fala uderza o brzeg z głośnym szumem. Wydech… woda cofa się po kamieniach z cichym sykiem. Wdech. Wydech. Powoli, nieświadomie, zaczął dostosowywać swój oddech do tego prastarego rytmu. Poczuł, że napięcie w barkach, które nosił tam od miesięcy, powoli puszcza. Jego myśli, które zazwyczaj pędziły jak samochody na wielopasmowej autostradzie, zaczęły zwalniać, aż wreszcie zjechały na pobocze.
Wtedy poczuł dotyk. Ciepła dłoń Michała przykryła jego dłoń leżącą na kolanie. Adam drgnął, ale nie cofnął ręki. Serce zabiło mu mocniej, ale tym razem nie ze strachu czy paniki. To było inne uderzenie. Cieplejsze. Pełne oczekiwania.
— Widzisz? — szepnął Michał tuż przy jego uchu. — Świat się nie zawalił, bo nie zaplanowałeś jutrzejszego śniadania. Ziemia nadal się kręci. Gwiazdy nie spadły.
Adam otworzył oczy. Spojrzał w bok. Twarz Michała była blisko. Bardzo blisko. W półmroku widział cienie rzucane przez długie rzęsy na jego policzki. Widział spokój, który bił od tego chłopaka — spokój, który był zaraźliwy.
— Boję się jutra — powiedział szczerze, a słowa same wypłynęły z jego ust, omijając wewnętrzną cenzurę. — Boję się tej plaży. Tego, że… że nie będę pasował. Że wszyscy zobaczą, że jestem intruzem w raju.
Michał uścisnął lekko jego dłoń. — Będziesz pasował, bo będziesz ze mną. Będę twoim cieniem, pamiętasz?
Adam spojrzał na ich splecione dłonie. Jego blada, smukła dłoń z długimi palcami pianisty i nieco szersza, opalona dłoń Michała. Różniły się wszystkim, a jednak pasowały do siebie idealnie, jak dwa elementy tej samej układanki. — Pamiętam — odpowiedział.
Siedzieli tak przez długą chwilę, nie mówiąc nic więcej. Słowa stały się zbędne. Świeczka w słoiku dopaliła się, zamigotała ostatni raz i zgasła, pogrążając ich w całkowitej ciemności, rozjaśnianej tylko przez tysiące gwiazd wiszących nad Atlantykiem.
Ale Adam już nie potrzebował światła, żeby widzieć drogę. Procedura Nierobienia została wdrożona pomyślnie.
Rozdział 12: Pustynia
Piasek nie współpracował. Dla Adama, przyzwyczajonego do stabilności warszawskich chodników i przewidywalności paneli podłogowych w swoim pokoju, wydmy były koszmarem logistycznym. Przy każdym kroku stopa zapadała się głęboko w miękkie podłoże, które zdawało się pochłaniać jego energię. Piach — sypki, gorący i wszechobecny — wdzierał się wszędzie, drażniąc skórę i łamiąc wszelkie zasady higieny.
Szli od dwudziestu minut. Cywilizacja, z jej bezpiecznymi hotelami, wybrukowanym deptakiem i sklepami z pamiątkami, została daleko za ich plecami. Przed nimi rozciągał się tylko złoty, pofalowany bezkres. Góry piachu wznosiły się i opadały, przypominając zastygłe w ruchu, gigantyczne fale oceanu, które słońce zamieniło w kamień, a wiatr w pył.
— Daleko jeszcze? — wydyszał Adam, ocierając pot z czoła wierzchem dłoni.
Miał na sobie te same szare spodenki co wczoraj i bawełniany T-shirt, który teraz kleił się do ciała. Na nosie nosił wielkie, ciemne okulary, stanowiące jego pierwszą barierę ochronną, a na plecach dźwigał plecak wypchany wodą, ręcznikami i tubkami kremu z filtrem pięćdziesiąt — jego drugą linię obrony.
Michał szedł dwa kroki przed nim. Szedł boso, trzymając klapki w ręku i machając nimi w rytm kroków. Poruszał się z dziwną lekkością, jakby instynktownie wiedział, gdzie piasek jest twardszy i gdzie postawić stopę, by nie zapaść się po kostki. Nie miał koszulki. Jego plecy, opalone na złocisty brąz, lśniły od cienkiej warstwy potu.
— Jesteśmy w połowie drogi, Współwłaścicielu — rzucił przez ramię, nie zwalniając tempa. — Ciesz się widokiem. To unikat na skalę światową. Rezerwat przyrody.
Adam rozejrzał się, próbując złapać oddech. Widok był piękny, musiał to przyznać. Surowy i majestatyczny. Ale był też przerażający. Nie było tu cienia, w którym można by się schować. Nie było tu ścian, o które można by się oprzeć. Była tylko otwarta, bezlitosna przestrzeń, w której czuł się mały, bezbronny i całkowicie odsłonięty.
Wtedy ich zobaczył. Na szczycie sąsiedniej wydmy, jakieś pięćdziesiąt metrów od nich, pojawiła się sylwetka. Mężczyzna. Szedł pewnym, miarowym krokiem w stronę oceanu. Nie miał na sobie nic. Kompletnie nic. Tylko plecak zarzucony na ramię.
Adam zamarł w pół kroku. Odruchowo odwrócił wzrok, wbijając go w swoje stopy, jakby nagle stały się najbardziej fascynującym obiektem na świecie. Serce podeszło mu do gardła, uderzając w krtań.
— Michał… — szepnął ostrzegawczo, chwytając go za ramię.
— Widzę — odparł spokojnie Michał. Zatrzymał się i spojrzał na Adama z rozbawieniem. — Adam, jesteśmy w rezerwacie. Tutaj szlaki się przecinają. Tekstylni chodzą razem z naturystami. Nikt nikogo nie goni z mandatem.
— Ale on jest…
— Wolny — dokończył za niego Michał. — On po prostu idzie na plażę. Nie gapi się na ciebie, prawda?
Adam zerknął nieśmiało spod okularów. Mężczyzna zniknął już za kolejnym wzniesieniem, nawet nie zwalniając. Rzeczywiście, Adam w swoim ubraniu i z plecakiem obchodził go tyle, co zeszłoroczny śnieg w Warszawie.
Ruszyli dalej. Podejście na kolejną wydmę było strome. Adam czuł, jak mięśnie łydek palą go żywym ogniem przy każdym kroku. Pot spływał mu po skroniach, szczypiąc w oczy i mieszając się z kremem.
— Gorąco — stęknął, poprawiając paski plecaka, które wpijały mu się w ramiona.
— Bo jesteś ubrany — zauważył przytomnie Michał. Zatrzymał się na szczycie wydmy i odwrócił twarzą do wiatru, przymykając oczy. — Zdejmij koszulkę.
Adam potrząsnął gwałtownie głową. — Nie ma mowy. Spiekę się. Mam jasną karnację, zapomniałeś?
— Posmarowałeś się rano tą swoją pięćdziesiątką tak grubo, że wyglądasz jak duch. Nic ci nie będzie przez te piętnaście minut. Zdejmij. Poczuj wiatr.
Wiatr na szczycie wydmy był silny. Chłodny, oceaniczny powiew mieszał się z żarem bijącym od rozgrzanego piasku, tworząc unikalny mikroklimat. Adam czuł, jak mokry materiał koszulki klei mu się do pleców, tworząc zimny, nieprzyjemny kompres. To było obrzydliwe uczucie. Niehigieniczne i drażniące.
Spojrzał na Michała, który stał z rozłożonymi rękami, łapiąc wiatr całą powierzchnią klatki piersiowej. Wyglądał jak żagiel, który złapał pomyślny wiatr. Wyglądał jak wolność.
Adam odstawił plecak na piasek. Rozejrzał się wokoło. W promieniu stu metrów nie było nikogo. Tylko piasek i błękitne niebo. Drżącymi rękami chwycił rąbek koszulki. Pociągnął ją w górę, przez głowę. Materiał zsunął się z szelestem.
Wiatr uderzył w jego nagie ciało. Adam wciągnął powietrze z sykiem. To było jak uderzenie prądu, ale… przyjemne. Chłód owiał jego spocone plecy, pachy, brzuch. Poczuł gęsią skórkę na ramionach, mimo panującego upału. To było doznanie tak intensywne, że na chwilę zapomniał o zmęczeniu.
— Lepiej? — zapytał Michał, otwierając oczy i uśmiechając się do niego.
— Inaczej — mruknął Adam, ściskając zmiętą koszulkę w dłoni jak talizman. Ale nie założył jej z powrotem. Upchnął ją do bocznej, siateczkowej kieszeni plecaka.
Ruszyli dalej, w dół zbocza. Teraz szło się łatwiej. Grawitacja pomagała, a piasek osypywał się pod stopami, amortyzując kroki. A potem, gdy weszli na ostatnie, najwyższe wzniesienie, świat nagle się otworzył. Wydmy skończyły się gwałtownie, ustępując miejsca szerokiemu pasowi płaskiej plaży. A dalej był już tylko ocean. Wielki, granatowo-błękitny, ciągnący się aż po horyzont. Linia wody łączyła się z niebem w idealnej, niewidocznej harmonii.
— Oto nasz cel — powiedział Michał, wskazując ręką na plażę w dole.
Adam zmrużył oczy. Plaża była pełna ludzi. Z tej wysokości kolorowe parasole wyglądały jak rozsypane cukierki na jasnym obrusie. — Tam są dwa skupiska — zauważył, mrużąc oczy, by wyostrzyć obraz. — Jedno po lewej, drugie po prawej.
— Zgadza się — Michał wskazał palcem. — To po prawej, tam w oddali, to Kiosk numer sześć. Tam jest wszystko. Rodziny z dziećmi, tekstylni, starsze panie z Niemiec, które grają w karty. A to po lewej, bliżej latarni, tam, gdzie powiewa ta kolorowa flaga… to Kiosk numer siedem.
Adam wytężył wzrok. Rzeczywiście, nad małą budką łopotała flaga. Z tej odległości była tylko kolorową plamką, ale w miarę jak Adam przyglądał się jej uważniej, kolory zaczęły układać się w znajomy wzór. Czerwony, pomarańczowy, żółty, zielony… Zesztywniał.
— To jest tęczowa flaga — powiedział cicho, a w jego głosie pojawiło się napięcie.
— Zgadza się — potwierdził Michał swobodnie. — Kiosk numer siedem to strefa gejowska.
Adam cofnął się o pół kroku, jakby flaga mogła go oparzyć na odległość. Poczucie bezpieczeństwa, które dał mu wiatr na wydmach, nagle zniknęło, zastąpione przez dobrze znany lęk i odruchowe wyparcie. — Nie idę tam — powiedział stanowczo, kręcąc głową. — Nie ma mowy.
— Dlaczego?
— Bo ja nie jestem gejem — wyrzucił z siebie. Słowa padły szybko, nerwowo. — To, że tu jestem… z tobą… to przypadek. Eksperyment. Ale nie będę się deklarował. Nie stanę pod tą flagą, bo to by oznaczało, że jestem jednym z nich. A nie jestem.
Michał spojrzał na niego. Chwilę w jego oczach mignęło coś na kształt smutku, ale szybko zastąpił go ten charakterystyczny, kpiący błysk. Nie zamierzał się kłócić. Wiedział, że logiczna argumentacja zadziała na Adama lepiej niż emocjonalna presja.
— Jasne, Panie Mecenasie — powiedział, unosząc ręce w geście poddania. — Przyjmijmy to do protokołu. Jesteś stuprocentowo heteroseksualnym mężczyzną, który po prostu spędza wakacje z kolegą. Ale powiedz mi, lubisz ciszę?
— Co?