gdybym był malarzem
malowałbym ciszę po zdarzeniu.
nie moment
lecz to co zostaje.
krzesło odsunięte od stołu
światło zatrzymane w szybie
zapach który nie ma już właściciela.
kolory nosiłbym długo
aż zmatowieją.
szarość uczoną cierpliwości
zieleń pamiętającą cień
ciemny granat
jak noc po jednym kieliszku myśli.
na płótnie byłby czas
ale bez wskazówek.
pęknięcie w ścianie
przestój oddechu
chwila gdy wszystko
na moment
przestaje się tłumaczyć.
i może ktoś
patrząc zbyt długo
zobaczy siebie
nie w obrazie
lecz w tym
czego nie domalowałem.
utopia
mówią, że to niemożliwe.
miasto bez samochodów,
świat bez granic,
człowiek bez lęku.
a jednak, gdy zamykam oczy,
widzę ulice pełne światła,
które nie oślepia,
tylko grzeje.
drzewa stoją
jak świadkowie powrotu,
dzieci biegną
przez place,
gdzie asfalt
ustąpił miejsca trawie,
a każdy krok
brzmi jak wdech.
nikt się nie spieszy,
bo czas znów stał się przestrzenią,
nie wyścigiem.
sklepy nie krzyczą,
reklamy milczą,
słychać śmiech i szum wody,
tak, jakby planeta
z ulgą odetchnęła
po długiej chorobie.
mówią, że to utopia.
może. ale jeśli choć jeden człowiek
potrafi ją sobie wyobrazić,
to znaczy, że już zaczęła istnieć.
oddech
szukam sensu w każdym drgnieniu
jakbym nie potrafił zostawić świata
w spokoju.
pęknięcie w ścianie
staje się mapą
plama na obrusie
początkiem
szmer za drzwiami
ostrzeżeniem.
czasami wystarczy
ruch powietrza
żeby pamięć wróciła do ciała
do gestów
które już niczego nie znaczą
a jednak
wciąż się powtarzają.
żyję w świecie znaków
które nie chciały niczego znaczyć
i wśród słów
rosnących jak chwasty
na każdej wolnej przestrzeni.
słucham
jak świat się układa
niczym cisza
rozciąga się po przedmiotach
jak kurz
próbuje nadać im ciężar
którego nie potrzebują.
czas
czas nie ma twarzy,
a jednak go poznaję
w cieniu kubka z porannej kawy,
w zmarszczce na dłoni,
w ciszy po słowie,
którego nie zdążyłem wypowiedzieć.
nie biegnie.
przesącza się powoli,
jak światło przez firankę,
kroplą za kroplą,
aż dzień staje się pusty.
czas pachnie chlebem
o świcie i dymem,
który unosi się z kominów.
smakuje powrotami,
które nigdy nie są takie same.
nie pyta o zgodę.
czeka cierpliwie,
jak pies przy drzwiach,
aż wpuścisz go do środka
i nazwiesz swoim życiem.
czasem udaje mi się go dotknąć
w najprostszych gestach,
w podaniu kubka herbaty,
w spojrzeniu,
które trwa o sekundę dłużej,
niż wymaga uprzejmość.
pareidolia
widzę twarze w zagięciach firanki,
w śladach deszczu na szybie,
w strukturze chleba, który pękł zbyt wcześnie.
świat układa się w oczy,
patrzy nawet wtedy, gdy milczy.
w kłębach dymu, w korze drzewa,
w plamach oleju na asfalcie
wszędzie ktoś ukryty, niedokończony,
rozmyty jak wspomnienie, które nie chce odejść.
czasem w tym wszystkim rozpoznaję siebie
profil w czajniku, uśmiech w pęknięciu ściany,
serce w plamie światła.
może tak właśnie powstają bogowie,
z naszych projekcji, z lęków,
z potrzeby, by coś patrzyło,
gdy nie ma już nikogo.
więc patrzę i pozwalam światu
tworzyć się z moich złudzeń,
bo wszystko, co widzę,
jest tylko odbiciem czegoś,
co chciało być blisko.
jaźń
patrzę w szybę,
i przez chwilę nie wiem, kto na kogo patrzy.
światło odbija jego twarz,
ale w tej twarzy jest coś jeszcze
cień, który pamięta inne dni,
inne imię, może inne ciało.
woda w czajniku drży,
para dotyka skóry,
i to też jest jakiś głos
łagodny, niepewny,
jakby chciał powiedzieć:
istniejesz, dopóki coś cię dotyka.
cisza wewnątrz jest duża,
ale nie pusta.
w tej ciszy siedzi ptak,
liść, zapach mydła,
wspomnienie dłoni, która zasłoniła światło.
może jaźń to nie wnętrze,
ale przestrzeń między rzeczami,
gdzie wszystko przez chwilę
zna swoje miejsce.
hipnoza
zamykam oczy,
światło przesuwa się
po powiekach jak powolny oddech.
nie zasypiam,
ale też nie czuwam,
trwam w pół drogi.
słyszę serce,
jakby ktoś uderzał
w bęben pod wodą.
ciało staje się lżejsze,
a ja nie wiem,
czy unoszę się, czy spadam.
w tej ciszy myśli
rozpływają się jak atrament w wodzie.
zostaje tylko obecność
bez imienia,
bez kierunku
która patrzy na mnie z ciemności.
rozszerzanie źrenic
światło ustępuje,
a we mnie otwierają się drzwi.
ciemność nie jest brakiem,
raczej pragnieniem
żeby widzieć głębiej, dalej, więcej.
źrenice rozszerzają się,
jakby ciało chciało wchłonąć świat,
zanim zdąży go nazwać.
każdy obraz jest zbyt mały,
zbyt ciasny dla tego głodu.
czasem wydaje mi się,
że patrzenie to forma modlitwy,
że w tym, co widzę,
zawsze szukam czegoś,
czego nie widać.
noc jest wtedy bliska,
prawie przyjazna,
rozszerza granice,
aż zostaje tylko jedno,
niegasnące widzenie.
kwadrat nie istnieje w naturze
kamień mówi, że kwadrat nie istnieje w naturze,
i ma w tym rację. wystarczy spojrzeć,
jak woda wymazuje kanty, jak wszystko powraca do ruchu.
siedzę nad brzegiem,
dotykam ziemi, której nie da się uporządkować.
nawet cień jest miękki,
rozpływa się na trawie, oddech rozciągnięty na zieleni,
który nie chce być równy.
drzewo obok zna ten rytm,
jego gałęzie nigdy się nie powtarzają,
a jednak każda wie, gdzie ma być.
natura nie potrzebuje geometrii,
żeby trwać w zgodzie ze sobą.
a człowiek? on tylko próbuje zapisać świat
w prostych liniach,
bo boi się, że bez nich niczego nie utrzyma.
ale noc przychodzi,
i wiatr delikatnie otwiera okno,
jakby chciał powiedzieć:
nie musisz wszystkiego zamykać.
rano świat jest taki sam
niepewny, pełen zakrętów,
a jednak w tym nieporządku
jest spokój, który niczego nie wymaga.
okrąg nie domyka się sam
rzeka nie pyta,
czy wolno jej skręcić.
skręca, bo ruch jest jej pamięcią,
a zatrzymanie nie należy do niej.
kamienie leżą tak, jak upadły.
żaden nie poprawia drugiego.
cisza między nimi nie jest brakiem,
jest formą trwania.
siadam na ziemi, która nie chce być tłem,
nie potrzebuje widza.
pod palcami wszystko się przesuwa,
jakby odpowiadało samo.
niebo nie trzyma formy.
chmury uczą się znikać,
zanim zdążą stać się czymś,
co trzeba bronić.
nawet czas nie chodzi równo.
przysiada, cofa się,
jakby sprawdzał,
czy naprawdę musi prowadzić.
człowiek rysuje granice,
bo boi się rozlewu.
boi się, że bez krawędzi nie odróżni
siebie od reszty.
a przecież noc
nie rozpada się bez ram.
trwa, choć nikt jej nie mierzy
ani nie nazywa.
rano wszystko wraca niedokończone.
i w tym, że nie domaga się
zamknięcia, jest gotowe do życia.
spadająca gwiazda
noc napina się jak płótno,
a potem rozrywa przecięta ostrzem światła.
spadająca gwiazda to krótki krzyk nieba,
tak szybki, że ledwie go widzę,
a już staje się wspomnieniem.
mówią: pomyśl życzenie.
ale co mogę pomyśleć wobec światła,
które gaśnie szybciej niż myśl.
zostaje tylko ślad
jak rysa w powietrzu, jak echo.
patrzę w górę i wiem,
że niebo nie obiecuje niczego.
każda gwiazda już spada,
każdy blask jest ruchem ku ciemności.
może właśnie dlatego
to zjawisko jest tak piękne
bo przypomina, że wszystko, co świeci,
żyje tylko przez chwilę,
a potem przechodzi w cień.
to wystarcza
ciała zostały w swoich pokojach,
przy swoich stołach,
pod swoimi lampami.
ale rozmowa wyszła z domu.
idzie sama.
bez płaszcza.
tak się przecież rozmawiało zawsze.
listem.
kartką.
telefonem, który trzeszczał.
teraz tylko atrament
zmienił stan skupienia.
nie widzimy się,
a jednak jesteśmy
w tym samym zdaniu.
to wystarcza.
reszta to dekoracje.
więc siedźmy dalej
po tej samej stronie sensu.
odległość nie ma głosu.
głos ma tylko to,
co mówimy.