E-book
15.75
drukowana A5
30.65
Liminalia

Bezpłatny fragment - Liminalia


Objętość:
69 str.
ISBN:
978-83-8440-685-4
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 30.65

gdybym był malarzem

malowałbym ciszę po zdarzeniu.

nie moment

lecz to co zostaje.


krzesło odsunięte od stołu

światło zatrzymane w szybie

zapach który nie ma już właściciela.


kolory nosiłbym długo

aż zmatowieją.

szarość uczoną cierpliwości

zieleń pamiętającą cień

ciemny granat

jak noc po jednym kieliszku myśli.


na płótnie byłby czas

ale bez wskazówek.

pęknięcie w ścianie

przestój oddechu

chwila gdy wszystko

na moment

przestaje się tłumaczyć.


i może ktoś

patrząc zbyt długo

zobaczy siebie

nie w obrazie

lecz w tym

czego nie domalowałem.

utopia

mówią, że to niemożliwe.

miasto bez samochodów,

świat bez granic,

człowiek bez lęku.


a jednak, gdy zamykam oczy,

widzę ulice pełne światła,

które nie oślepia,

tylko grzeje.


drzewa stoją

jak świadkowie powrotu,

dzieci biegną

przez place,

gdzie asfalt

ustąpił miejsca trawie,

a każdy krok

brzmi jak wdech.


nikt się nie spieszy,

bo czas znów stał się przestrzenią,

nie wyścigiem.


sklepy nie krzyczą,

reklamy milczą,

słychać śmiech i szum wody,

tak, jakby planeta

z ulgą odetchnęła

po długiej chorobie.


mówią, że to utopia.

może. ale jeśli choć jeden człowiek

potrafi ją sobie wyobrazić,

to znaczy, że już zaczęła istnieć.

oddech

szukam sensu w każdym drgnieniu

jakbym nie potrafił zostawić świata

w spokoju.


pęknięcie w ścianie

staje się mapą

plama na obrusie

początkiem

szmer za drzwiami

ostrzeżeniem.


czasami wystarczy

ruch powietrza

żeby pamięć wróciła do ciała

do gestów

które już niczego nie znaczą

a jednak

wciąż się powtarzają.


żyję w świecie znaków

które nie chciały niczego znaczyć

i wśród słów

rosnących jak chwasty

na każdej wolnej przestrzeni.


słucham

jak świat się układa

niczym cisza

rozciąga się po przedmiotach

jak kurz

próbuje nadać im ciężar

którego nie potrzebują.

czas

czas nie ma twarzy,

a jednak go poznaję

w cieniu kubka z porannej kawy,

w zmarszczce na dłoni,

w ciszy po słowie,

którego nie zdążyłem wypowiedzieć.


nie biegnie.

przesącza się powoli,

jak światło przez firankę,

kroplą za kroplą,

aż dzień staje się pusty.


czas pachnie chlebem

o świcie i dymem,

który unosi się z kominów.

smakuje powrotami,

które nigdy nie są takie same.


nie pyta o zgodę.

czeka cierpliwie,

jak pies przy drzwiach,

aż wpuścisz go do środka

i nazwiesz swoim życiem.


czasem udaje mi się go dotknąć

w najprostszych gestach,

w podaniu kubka herbaty,

w spojrzeniu,

które trwa o sekundę dłużej,

niż wymaga uprzejmość.

pareidolia

widzę twarze w zagięciach firanki,

w śladach deszczu na szybie,

w strukturze chleba, który pękł zbyt wcześnie.


świat układa się w oczy,

patrzy nawet wtedy, gdy milczy.


w kłębach dymu, w korze drzewa,

w plamach oleju na asfalcie

wszędzie ktoś ukryty, niedokończony,

rozmyty jak wspomnienie, które nie chce odejść.


czasem w tym wszystkim rozpoznaję siebie

profil w czajniku, uśmiech w pęknięciu ściany,

serce w plamie światła.


może tak właśnie powstają bogowie,

z naszych projekcji, z lęków,

z potrzeby, by coś patrzyło,

gdy nie ma już nikogo.


więc patrzę i pozwalam światu

tworzyć się z moich złudzeń,

bo wszystko, co widzę,

jest tylko odbiciem czegoś,

co chciało być blisko.

jaźń

patrzę w szybę,

i przez chwilę nie wiem, kto na kogo patrzy.


światło odbija jego twarz,

ale w tej twarzy jest coś jeszcze


cień, który pamięta inne dni,

inne imię, może inne ciało.


woda w czajniku drży,

para dotyka skóry,

i to też jest jakiś głos

łagodny, niepewny,


jakby chciał powiedzieć:

istniejesz, dopóki coś cię dotyka.

cisza wewnątrz jest duża,


ale nie pusta.

w tej ciszy siedzi ptak,

liść, zapach mydła,

wspomnienie dłoni, która zasłoniła światło.


może jaźń to nie wnętrze,

ale przestrzeń między rzeczami,

gdzie wszystko przez chwilę

zna swoje miejsce.

hipnoza

zamykam oczy,

światło przesuwa się

po powiekach jak powolny oddech.


nie zasypiam,

ale też nie czuwam,

trwam w pół drogi.


słyszę serce,

jakby ktoś uderzał

w bęben pod wodą.


ciało staje się lżejsze,

a ja nie wiem,

czy unoszę się, czy spadam.


w tej ciszy myśli

rozpływają się jak atrament w wodzie.


zostaje tylko obecność

bez imienia,

bez kierunku

która patrzy na mnie z ciemności.

rozszerzanie źrenic

światło ustępuje,

a we mnie otwierają się drzwi.


ciemność nie jest brakiem,

raczej pragnieniem

żeby widzieć głębiej, dalej, więcej.


źrenice rozszerzają się,

jakby ciało chciało wchłonąć świat,

zanim zdąży go nazwać.


każdy obraz jest zbyt mały,

zbyt ciasny dla tego głodu.


czasem wydaje mi się,

że patrzenie to forma modlitwy,

że w tym, co widzę,

zawsze szukam czegoś,

czego nie widać.


noc jest wtedy bliska,

prawie przyjazna,

rozszerza granice,

aż zostaje tylko jedno,

niegasnące widzenie.

kwadrat nie istnieje w naturze

kamień mówi, że kwadrat nie istnieje w naturze,

i ma w tym rację. wystarczy spojrzeć,

jak woda wymazuje kanty, jak wszystko powraca do ruchu.


siedzę nad brzegiem,

dotykam ziemi, której nie da się uporządkować.


nawet cień jest miękki,

rozpływa się na trawie, oddech rozciągnięty na zieleni,

który nie chce być równy.


drzewo obok zna ten rytm,

jego gałęzie nigdy się nie powtarzają,

a jednak każda wie, gdzie ma być.


natura nie potrzebuje geometrii,

żeby trwać w zgodzie ze sobą.

a człowiek? on tylko próbuje zapisać świat

w prostych liniach,


bo boi się, że bez nich niczego nie utrzyma.


ale noc przychodzi,

i wiatr delikatnie otwiera okno,

jakby chciał powiedzieć:

nie musisz wszystkiego zamykać.


rano świat jest taki sam

niepewny, pełen zakrętów,

a jednak w tym nieporządku

jest spokój, który niczego nie wymaga.

okrąg nie domyka się sam

rzeka nie pyta,

czy wolno jej skręcić.

skręca, bo ruch jest jej pamięcią,

a zatrzymanie nie należy do niej.

kamienie leżą tak, jak upadły.

żaden nie poprawia drugiego.

cisza między nimi nie jest brakiem,

jest formą trwania.

siadam na ziemi, która nie chce być tłem,

nie potrzebuje widza.

pod palcami wszystko się przesuwa,

jakby odpowiadało samo.

niebo nie trzyma formy.

chmury uczą się znikać,

zanim zdążą stać się czymś,

co trzeba bronić.

nawet czas nie chodzi równo.

przysiada, cofa się,

jakby sprawdzał,

czy naprawdę musi prowadzić.

człowiek rysuje granice,

bo boi się rozlewu.

boi się, że bez krawędzi nie odróżni

siebie od reszty.

a przecież noc

nie rozpada się bez ram.

trwa, choć nikt jej nie mierzy

ani nie nazywa.

rano wszystko wraca niedokończone.

i w tym, że nie domaga się

zamknięcia, jest gotowe do życia.

spadająca gwiazda

noc napina się jak płótno,

a potem rozrywa przecięta ostrzem światła.


spadająca gwiazda to krótki krzyk nieba,

tak szybki, że ledwie go widzę,

a już staje się wspomnieniem.


mówią: pomyśl życzenie.

ale co mogę pomyśleć wobec światła,

które gaśnie szybciej niż myśl.


zostaje tylko ślad

jak rysa w powietrzu, jak echo.


patrzę w górę i wiem,

że niebo nie obiecuje niczego.

każda gwiazda już spada,

każdy blask jest ruchem ku ciemności.


może właśnie dlatego

to zjawisko jest tak piękne

bo przypomina, że wszystko, co świeci,

żyje tylko przez chwilę,

a potem przechodzi w cień.

to wystarcza

ciała zostały w swoich pokojach,

przy swoich stołach,

pod swoimi lampami.


ale rozmowa wyszła z domu.

idzie sama.

bez płaszcza.


tak się przecież rozmawiało zawsze.

listem.

kartką.

telefonem, który trzeszczał.


teraz tylko atrament

zmienił stan skupienia.


nie widzimy się,

a jednak jesteśmy

w tym samym zdaniu.


to wystarcza.

reszta to dekoracje.


więc siedźmy dalej

po tej samej stronie sensu.


odległość nie ma głosu.

głos ma tylko to,

co mówimy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 30.65