Kapłon pisze prosto, ale nie banalnie. W tych wierszach jest dużo powietrza, dużo ciszy, a jednak czuć pod spodem napięcie. To poezja o przejściach – o momentach, kiedy coś się kończy, a coś jeszcze nie zaczęło. O stanie zawieszenia, który każdy zna, choć rzadko potrafi go nazwać.
Podoba mi się w tej książce uczciwość. Nie ma tu nadęcia ani literackiego popisywania się. Jest człowiek z jego myślami, wątpliwościami, obserwacjami świata. Czasem bardzo codziennego, czasem niemal metafizycznego. I to się naturalnie przenika.
„Liminalia” nie jest tomem na szybkie czytanie w tramwaju. To raczej książka, do której się wraca. Otwiera na przypadkowej stronie i czyta kilka wersów, które nagle trafiają dokładnie tam, gdzie trzeba.
To poezja dojrzała, spokojna, ale nie obojętna. Zostawia ślad. Nie hałaśliwy. Raczej taki, który odkrywa się dopiero po czasie.