E-book
7.88
drukowana A5
44.31
Ligator

Bezpłatny fragment - Ligator


Objętość:
247 str.
ISBN:
978-83-293-0003-2
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 44.31

PROLOG. APOKRYF

I odszedł Samael spośród tych, którzy pozostali, a imię jego zapisano później rękami cudzymi. Nazwali go Aniołem Śmierci, bo tam, gdzie przychodził z wyrokiem, kończyła się pycha możnych, a ci, których osądził, nie mieli już głosu. Lecz kroniki spisywali żywi, nie ci, którzy odeszli. Pisano więc o gniewie jego, o karze i krwi. Mniej chętnie o tych, których osłonił. Jeszcze mniej o kobiecie, która nie uklękła przed nim ani przed nikim innym. Jej imię brzmiało Lilith. A gdy zniknęli oboje, pozostały słowa tych, którzy mieli powód, by ich nienawidzić. Tak zaczęła się legenda.

Rozdział 1. Latarnia

Wiatr przyszedł od oceanu jeszcze przed zmrokiem. Najpierw uderzał w latarnię pojedynczymi podmuchami, potem rozszalał się na dobre. Niósł sól, drobny śnieg i wodę wyrwaną z grzbietów fal. Szyby drżały w ramach. Stary budynek odpowiadał trzaskiem drewna i niskim pomrukiem gdzieś w przewodach wentylacyjnych. Andrzej siedział przy stole z kubkiem kawy i słuchał sztormu. Nie wyglądał jak człowiek, którego należało szukać na końcu świata. Raczej jak ktoś, kto sam wybrał miejsce, do którego inni nie mieli powodu przyjeżdżać. Siwe włosy przyciął krótko. Zarost, bardziej biały niż szary, pozostawiał bez szczególnej troski. Głębokie bruzdy wokół oczu i ust pasowały do dłoni — szerokich, popękanych od zimna, ze skórą człowieka przyzwyczajonego do pracy na zewnątrz.

Na stole leżał nóż, dwie śruby, stary miernik i otwarta książka. Przy krawędzi blatu spoczywało kilka cienkich sznureczków zdjętych z nadgarstka. Każdy miał po kilka drobnych węzłów. Andrzej od kilku minut nie patrzył na żadną z tych rzeczy. Patrzył na drzwi. Za nimi nie było niczego poza kamiennym podestem, ścieżką biegnącą ku niewielkiemu budynkowi gospodarczemu i dalej — czarnym Atlantykiem. Najbliższa droga kończyła się wiele kilometrów stąd. Przy takiej pogodzie nawet człowiek znający wybrzeże nie wybierał się tutaj bez powodu. Andrzej podniósł kubek, ale kawa zdążyła wystygnąć.

— Doskonale — mruknął.

Podszedł do pieca, dorzucił dwa polana i poprawił pogrzebaczem żar, obserwując, jak ogień łapie świeże drewno. Ciepło miało tu znaczenie, bo ocean potrafił w ciągu kilku godzin oblepić lodem metalowe elementy, a wiatr wciskał zimno w każdą szczelinę. Z kieszeni spodni wyjął trzy inne sznureczki, krótkie, zużyte i pełne ciasnych węzłów. Obracał je w palcach, odczytując coś, czego poza nim nikt nie potrafiłby zobaczyć, po czym położył je na żarze. Sznurki zajęły się szybko; węzły sczerniały, skręciły się i po chwili zostało po nich kilka jasnych punktów w popiele. Andrzej zamknął drzwiczki pieca.

Przez szybkę obserwował jeszcze chwilę, jak cienkie włókna tracą kształt. Nie przechowywał każdego sznurka. Te, które trafiały do ognia, należały do spraw zamkniętych. Inne potrafił nosić przez lata, a część odkładał tam, gdzie nie musiał na nie patrzeć. Każdy należał do chwili, w której podjął decyzję. Z popiołem było trudniej. Pozostawał nawet wtedy, gdy ogień zrobił już wszystko, co potrafił. Andrzej wsunął pogrzebacz głębiej i rozgarnął żar. Jeden z czarnych węzłów rozpadł się na dwie części. Pomyślał o dłoniach, które dawno temu nauczyły go zaciskać je inaczej, ale zaraz odsunął tę myśl; sztorm wystarczał na jeden wieczór. Na zewnątrz rozbiła się kolejna fala, a huk dotarł do latarni z opóźnieniem. Andrzej zerknął na zegar, potem znowu na drzwi.

Uśmiechnął się krótko, bez wesołości.

— Jeszcze nie — powiedział cicho.

Nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć. Przesunął palcami po cienkim sznureczku zawiązanym wokół lewego nadgarstka. Był ciemny od czasu i noszenia. Andrzej zacisnął na nim kolejny niewielki węzeł, przytrzymał go przez moment między kciukiem a palcem wskazującym, po czym puścił. Zerknął na węzeł, sprawdzając jego kształt. Przez okno widział jedynie ciemność, białą pianę i światło latarni przesuwające się regularnie nad oceanem. Snop na moment wydobywał z mroku poszarpane fale, potem odchodził dalej. Za każdym obrotem wszystko pojawiało się i znikało: skały, woda, śnieg, fragment balustrady. Latarnia robiła dokładnie to, do czego ją zbudowano. Ostrzegała przed miejscem, którego sama nigdy nie mogła opuścić.

Co kilka sekund mechanizm obracał soczewkę z tym samym ciężkim, równym dźwiękiem. Andrzej znał rytm urządzenia na tyle dobrze, że usłyszałby zmianę jeszcze zanim wskaźnik alarmu zapaliłby się na pulpicie. Wstał, wszedł po kilku stopniach i przez otwarte drzwi zajrzał do maszynowni lampy. Silnik pracował równo. Łożysko, które dwa dni wcześniej zaczynało szumieć, po wymianie milczało. Lubił rzeczy, które mówiły wprost, czego od nich oczekiwano. Światło miało się obracać, piec grzać, a wszystko, co skręcił, powinno zostać na swoim miejscu. Morze mogło próbować to rozbić, lecz przynajmniej nigdy nie udawało, że chodzi mu o coś innego. Z ludźmi było trudniej, choć Andrzej znał ten rodzaj pracy.

Podszedł do okna i oparł dłoń o chłodną szybę. Daleko na wodzie mignęło światło jednostki idącej wzdłuż wybrzeża i po chwili zniknęło za ścianą deszczu i śniegu. Telefon leżący na stole zawibrował. Andrzej odwrócił głowę, ale nie podszedł od razu; urządzenie odezwało się ponownie. Westchnął, wrócił do stołu i spojrzał na ekran. Na wyświetlaczu widniało imię Marty i trzy słowa: „Jestem w drodze”. Przeczytał je dwa razy, choć znaczenie pozostawało to samo. Usiadł z telefonem w dłoni. Sztorm walił w ściany starej latarni, ogień trzaskał w piecu, a światło nad jego głową obracało się spokojnie, obojętne na wszystko, co działo się wewnątrz.

W końcu Andrzej odłożył telefon ekranem do dołu. Na wyświetlaczu przez moment odbiło się światło lampy. Potem ekran zgasł i został tylko czarny prostokąt pośród narzędzi. Andrzej położył obok niego dłoń. Palce przez sekundę poruszyły się w stronę sznureczka, lecz zatrzymał je na blacie. Przez wiele lat nauczył się, że odpowiedź wysłana za szybko potrafi zamknąć drogę równie skutecznie jak milczenie. Żadna z możliwości mu się nie podobała.

— Sama chciałaś — powiedział.

Głos zabrzmiał sucho. Dopiero po chwili przesunął kciukiem po krawędzi kubka, bardzo powoli, jak człowiek, który musi pilnować własnych rąk. Nie odpowiedział na wiadomość.

Rozdział 2. O czwartej siedemnaście
Jakiś czas temu

Telefon zadzwonił o czwartej siedemnaście rano. Andrzej odebrał po pierwszym sygnale, bo od dawna leżał z otwartymi oczami. Za oknem hotelu St. John’s noc była jeszcze gęsta, a deszcz przesuwał się po szybie poziomymi smugami.

— Słucham.

Mężczyzna po drugiej stronie mówił szybko. Awaria zasilania na terminalu serwisowym, utrata części telemetrii, człowiek ranny podczas ewakuacji jednej z hal. Rezerwowe źródło uruchomiło się prawidłowo, ale dwa systemy bezpieczeństwa podawały sprzeczne informacje. Nikt nie wiedział jeszcze, czy problem jest techniczny, czy ktoś popełnił błąd. Andrzej usiadł na łóżku.

— Straż jest na miejscu?

— Tak.

— Pogotowie?

— Też.

— Więc przestańcie zgadywać. Odłączcie uszkodzony sektor i nie wpuszczajcie tam nikogo, dopóki elektrycy nie potwierdzą stanu instalacji. Będę za dwadzieścia minut.

— Potrzebujemy cię szybciej.

Dopiero po krótkim spojrzeniu na zegarek odpowiedział.

— W takim razie powinieneś był zadzwonić wcześniej.

Rozłączył się. Piętnaście minut później schodził do samochodu. Miał na sobie ciemną kurtkę przeciwdeszczową, robocze buty i spodnie, które nie wyglądały na kupione z myślą o spotkaniach z zarządem. Przy lewym nadgarstku spod mankietu wystawał cienki sznureczek. Dwa węzły były stare. Trzeci zrobił w windzie, patrząc na zmieniające się cyfry pięter. W holu nocny recepcjonista podniósł głowę znad telefonu. Chciał coś powiedzieć, ale widząc twarz Andrzeja, ograniczył się do krótkiego skinienia. Znał już ten widok: gość, który meldował się na tydzień, mieszkał trzeci miesiąc i wychodził o godzinach, przy których normalni ludzie dopiero przewracali poduszkę na chłodniejszą stronę.

Na parkingu deszcz uderzał w dach starego kombi jak garść drobnych kamieni. Andrzej uruchomił silnik, odczekał, aż z szyby zejdzie para, i dopiero wtedy ruszył. Nie jechał szybko. Awaria była opanowywana przez ludzi znajdujących się na miejscu. Jego obecność miała sens tylko wtedy, jeśli przywiezie ze sobą coś więcej niż pośpiech. Na zewnątrz pachniało mokrym asfaltem. Terminal leżał na obrzeżach portowej części miasta. Obsługiwał sprzęt przeznaczony do pracy na morzu: moduły zasilania, urządzenia pomiarowe, elementy instalacji podwodnych i kontenery techniczne czekające na transport. O tej porze plac powinien być prawie pusty. Teraz stały tam wozy straży, ambulans i kilka samochodów pracowników wezwanych z domów. Przy bramie ochroniarz rozpoznał Andrzeja i podniósł szlaban bez pytania.

W hali administracyjnej panował ten szczególny rodzaj porządku, który pojawia się podczas awarii. Ludzie chodzili szybko, telefony dzwoniły, ktoś przyniósł kawę, której nikt nie pił, a na dużym ekranie wisiał schemat instalacji z zaznaczonym na czerwono sektorem. Przy wejściu minął ratownika prowadzącego pracownika z opatrunkiem na skroni. Ranny bardziej martwił się zabrudzoną krwią kurtką niż własną głową. Andrzej zatrzymał go na moment, zapytał o halę i usłyszał krótką relację: światło zgasło, potem zawyły syreny, ktoś krzyknął o dymie, ludzie ruszyli do wyjścia. Nie było zapachu spalenizny ani iskier, tylko chaos wywołany przez kilka systemów mówiących jednocześnie różne rzeczy. To było ważniejsze niż pierwsze raporty. Człowiek mógł pomylić kolor kontrolki, ale zapach palonej izolacji pamiętał długo.

Andrzej zdjął mokrą kurtkę i położył ją na oparciu krzesła.

— Co wiemy?

Kierownik utrzymania ruchu zaczął od przypuszczeń.

— Pytałem, co wiemy.

Mężczyzna urwał i podał fakty, a Andrzej słuchał bez notowania. Zasilanie główne zniknęło na jedenaście sekund, rezerwa weszła prawidłowo. Jeden z rozdzielaczy zgłosił zwarcie, którego później nie potwierdzono, natomiast czujnik dymu w hali numer trzy uruchomił alarm, choć straż nie znalazła ognia. Ranny pracownik przewrócił się podczas ewakuacji i rozciął głowę, na szczęście niegroźnie.

— A telemetria?

— Część wróciła. Reszta nadal pokazuje śmieci.

Podszedł do ekranu, którego schemat znał z poprzednich przeglądów, ale widział go inaczej niż większość ludzi stojących przy stole. Dostrzegał przede wszystkim zależności: co zasila co, które sygnały mają wspólne źródło i gdzie jeden błąd może udawać trzy inne. Przesunął wzrokiem od rozdzielacza do sterownika czujników, potem do starego odcinka instalacji, który przy ostatniej modernizacji pozostawiono ze względu na koszt wymiany. Kierownik zauważył kierunek jego spojrzenia.

— To było sprawdzane miesiąc temu.

— Miesiąc temu było miesiąc temu.

— Rezystancja była w normie.

— A dzisiaj dwa systemy kłócą się o to, co widzą.

Andrzej pochylił się bliżej ekranu i przez kilka sekund śledził schemat, po czym wskazał palcem boczny ciąg zasilający.

— Ten odcinek sprawdziliście?

— Jest poza sektorem awarii.

— To nie była odpowiedź.

Kierownik zacisnął usta.

— Jeszcze nie.

— Sprawdźcie.

— Dlaczego?

Andrzej przyjrzał mu się, zanim odpowiedział.

— Bo jeśli dwa systemy mówią wam różne rzeczy, warto sprawdzić miejsce, w którym oba dostają to samo.

Dla ludzi w pomieszczeniu wyglądało to jak zwykłe doświadczenie. Technik wyszedł. Andrzej sięgnął po papierowy kubek, powąchał kawę i odstawił ją bez próbowania. Pięć minut później wrócił pierwszy komunikat. W bocznej szafie znaleziono ślady przegrzania na jednym z połączeń. Jeszcze bez pożaru, ale temperatura izolacji rosła. Kierownik utrzymania ruchu spojrzał na Andrzeja.

— Miałeś szczęście.

— Oczywiście.

Ton Andrzeja sprawił, że mężczyzna przez moment nie wiedział, czy usłyszał zgodę, czy kpinę. Andrzej podciągnął rękaw i dotknął trzeciego węzła, ale następnego już nie zacisnął. O szóstej trzydzieści sytuacja była opanowana: straż zakończyła działania, uszkodzony fragment instalacji odłączono, a pracownicy zaczęli wracać do części budynku dopuszczonych do użytkowania. Andrzej siedział przy końcu stołu konferencyjnego i czytał pierwszy raport, gdy drzwi otworzyły się bez pukania. Rozmowy w sali przycichły. Weszła kobieta, która od progu oceniła sytuację i od razu szukała osoby mogącej rozwiązać jej problem. W jednej dłoni trzymała telefon, w drugiej zwinięte rękawiczki robocze. Na lewym mankiecie miała ciemną smugę, prawdopodobnie od smaru albo grafitu. Andrzej zauważył ją szybciej, niż powinien.

Przyciągnął go sposób, w jaki zatrzymała się dwa kroki od stołu i najpierw oceniła sytuację, dopiero potem ludzi. Ten drobny porządek czynności znał zbyt dobrze. Kobieta miała mokre włosy i ciemny płaszcz narzucony na ubranie; wyglądała na kogoś, komu od kilku godzin wszyscy przeszkadzają w pracy. Zamiast rozglądać się po sali, od razu znalazła wzrokiem osobę, której szukała. Andrzej podniósł oczy znad raportu.

— Który z was odciął mój zespół od terminalu? — zapytała.

Kierownik utrzymania ruchu wskazał Andrzeja. Kobieta przeniosła wzrok z jego twarzy na identyfikator, a potem na sznureczek wystający spod rękawa.

— Pan?

— Ja.

— Na jakiej podstawie?

— Na tej, że w budynku była awaria.

— W części budynku. Mój sprzęt stoi w drugiej.

— Stał tam również dwie godziny temu. To dobra wiadomość.

— To miał być żart?

— Raczej informacja o stanie majątku.

Przez sekundę wydawało się, że odpowie ostro. Zamiast tego odsunęła krzesło i usiadła naprzeciwko.

— Dobrze. To teraz proszę mi powiedzieć, kiedy odzyskam dostęp.

Andrzej przyjrzał jej się uważniej. Nie znał jeszcze jej spokojnego głosu ani śmiechu i nie wiedział, jak wygląda, kiedy przestaje walczyć o swoje. Widział tylko kobietę, która weszła o szóstej trzydzieści rano do pomieszczenia pełnego obcych ludzi i w kilkanaście sekund przestała traktować kogokolwiek jak kogoś, przed kim powinna się tłumaczyć. Poruszyło to w nim coś starego i niechcianego. Nie nazywał tego wspomnieniem; kobieta przed nim była obca, mokra od deszczu i wściekła z powodu opóźnionego kontraktu. Andrzej oparł dłonie na stole.

— Kiedy będę pewien, że pani ludzie wyjdą stąd w takim samym stanie, w jakim weszli.

— O moich ludziach decyduję ja.

— W pani firmie zapewne tak.

— A tutaj?

— Tutaj, dopóki trwa procedura bezpieczeństwa, ja.

Patrzyli na siebie przez chwilę, aż kobieta odchyliła się na krześle.

— Już pana nie lubię.

— To oszczędzi nam sporo czasu.

Rozdział 3. Kontener

Kobieta nie wyszła. Andrzej spodziewał się, że po tej wymianie zdań trzaśnie drzwiami albo zadzwoni do kogoś stojącego wyżej w hierarchii terminalu. Zamiast tego położyła telefon na stole i spojrzała na schemat instalacji wyświetlony na ekranie.

— Pokaże mi pan, co dokładnie zostało odcięte?

— Mogę.

— To proszę.

Wstała, zanim zdążył odpowiedzieć. Andrzej przez moment obserwował ją bez słowa, potem podszedł do ekranu.

— Tutaj. Hala trzecia, ciąg techniczny i przejście serwisowe. Pani kontener stoi po tej stronie.

— Czyli poza uszkodzonym sektorem.

— Tak.

— A mimo to nie mogę do niego wejść.

— Tak.

— Lubi pan to słowo?

— Jest krótkie.

Kącik jej ust drgnął, ale natychmiast spoważniała.

— Mam dziś odbiór urządzenia. Jeśli go nie wydam, statek nie zabierze go na czas. Następne okno transportowe kosztuje mnie tydzień i pieniądze, których nikt mi nie odda.

Andrzej przyjrzał się oznaczeniu kontenera na dokumentach leżących przy klawiaturze.

— Co jest w środku?

— Moduł sterowania do systemu pracującego pod wodą.

— Zasilany?

— Teraz nie.

— Baterie?

— Odłączone na transport.

— Ciśnienie?

— Układ zamknięty, bez ciśnienia roboczego.

Odpowiadała od razu. Bez zaglądania do telefonu i bez szukania pomocy u swoich ludzi. Andrzej zadawał kolejne pytania, coraz bardziej szczegółowe. Masa, sposób mocowania, zabezpieczenie elektroniki, dostęp do kontenera od strony placu. Przy czwartym pytaniu zorientowała się, co robi.

— Temperatura transportowa? — zapytał jeszcze.

— Od minus pięciu do trzydziestu pięciu. Elektronika jest zabezpieczona szerzej, ograniczeniem są uszczelnienia.

— Wibracje dopuszczalne podczas przeładunku?

Podała wartość bez wahania, więc Andrzej przeszedł do kolejnego pytania.

— A jeśli kontener spadnie z metra?

— Wtedy będę miała bardzo zły dzień, ale moduł powinien przeżyć. Rama ma strefy odkształcenia. Sama je zatwierdzałam.

W jego spojrzeniu po raz pierwszy pojawiło się coś bliższego uznaniu niż zaciekawieniu. Wielu właścicieli firm potrafiło opowiedzieć o strategii, klientach i wzroście. Znacznie mniej wiedziało, co właściwie znajduje się pod śrubami osłony urządzenia, z którego żyli.

— Pan mnie egzaminuje?

— Sprawdzam, czy wie pani, co chce zabrać z terenu objętego procedurą.

— Wiem. Zaprojektowaliśmy to.

— Pani?

— Moja firma.

— To nie to samo.

— Część układu jest moja.

Andrzej skinął głową; ta odpowiedź mu wystarczyła.

— Dobrze. Wejdziemy od placu. Tylko do kontenera. Pani, ja i człowiek z ochrony. Jeśli technik powie, że mamy się cofnąć, cofamy się.

— Bez dyskusji?

— Może pani dyskutować podczas cofania.

Roześmiała się krótko; Andrzej usłyszał ten śmiech po raz pierwszy. Był krótki i zaskakująco ciepły. Zniknął natychmiast, ale wystarczył, żeby zmienić jej twarz. Andrzej poczuł nieproszoną ciekawość, jak często udaje jej się śmiać w dniu, który zaczął się awarią o czwartej rano. Uznał pytanie za zbędne i ruszył w stronę wyjścia. Na placu deszcz osłabł, ale wiatr nadal ciągnął od wody. Między halami stały rzędy kontenerów i stalowych ram transportowych, a mokry beton odbijał światła samochodów technicznych. Andrzej szedł pierwszy, ochroniarz kilka kroków za nimi. Kobieta zrównała się z nim.

— Zawsze jest pan taki przyjemny?

— Nie.

— To pocieszające.

— Czasami śpię.

Zerknęła na niego z boku.

— Ile pan ma lat?

Pytanie padło tak nagle, że ochroniarz idący za nimi uniósł głowę. Andrzej nawet nie zwolnił.

— Wystarczająco dużo.

— To nie jest liczba.

— Zauważyłem.

— Wygląda pan, jakby pan od dawna nie lubił ludzi.

— Ludzie wymagają praktyki.

— I nadal pan ćwiczy?

— Bywam uparty.

Dotarli do wyznaczonej strefy, gdzie przy taśmie zabezpieczającej czekał technik. Potwierdził, że przejście od placu jest bezpieczne, ale poprosił, żeby nie zbliżali się do hali. Andrzej wysłuchał go do końca i przepuścił kobietę przodem. Kontener stał kilkanaście metrów dalej. Podeszła do niego, sprawdziła plomby i zajrzała przez niewielkie okno inspekcyjne, a potem obeszła stalową skrzynię i przykucnęła przy jednym z mocowań. Nie sprawdzała wszystkiego po kolei; od razu wybrała dwa miejsca, które najłatwiej było uszkodzić albo otworzyć bez naruszania głównych plomb. Wsunęła palec pod metalowy znacznik i zatrzymała się przy rysie w farbie. Andrzej zauważył zmianę w jej zachowaniu wcześniej, niż cokolwiek powiedziała.

— Ktoś to ruszał.

Ochroniarz podszedł o krok bliżej, ale Andrzej zatrzymał go dłonią.

— Niczego nie dotykamy, dopóki nie zrobimy zdjęć.

Marta już fotografowała znacznik z kilku stron. Potem położyła obok niego własną przepustkę, żeby zachować skalę.

— Wczoraj był równo z krawędzią. Zostawiam go właśnie tak specjalnie, bo po przeładunku sprawdzam, czy rama pracowała.

— Czy ktoś z pani ludzi mógł poprawić mocowanie?

— Mógł. Wtedy podpisałby kartę kontroli. Nikt nie podpisał.

Z jej głosu zniknęła wcześniejsza zaczepność, ustępując zawodowej koncentracji. Andrzej podszedł bliżej.

— Skąd pani wie?

— Bo ja to zamykałam.

Wskazała metalowy znacznik przy zaczepie, przesunięty o kilka milimetrów.

— To mogło się przestawić podczas transportu — powiedział ochroniarz.

— Nie mogło.

Nie podniosła głosu, ale w jej odpowiedzi nie było miejsca na negocjacje. Andrzej przykucnął obok, nie dotykając zaczepu.

— Kiedy kontener przyjechał?

— Wczoraj po południu.

— Kto miał dostęp?

— Moi ludzie i terminal.

— Ilu?

— Sprawdzę.

Wyjęła telefon. Kiedy Andrzej się wyprostował, sznureczek na jego nadgarstku wysunął się spod rękawa. Kobieta zauważyła węzły.

— Co to?

Mankiet znów zasłonił sznurek.

— Sznurek.

— Widzę.

— To dobrze.

Przyglądała mu się dłużej.

— Pan naprawdę ma talent do irytowania ludzi.

— Wieloletnia praktyka.

Jej telefon zawibrował; przeczytała wiadomość i podała mu ekran. Lista osób z dostępem była krótka. Andrzej przeczytał nazwiska. Jedno z nich zatrzymało jego uwagę na ułamek sekundy.

— Zna pan któregoś?

— Nie.

Oddał telefon i powiedział prawdę: nazwiska nie znał. Znał natomiast sposób, w jaki ludzie zostawiali po sobie ślady, kiedy sądzili, że nikt nie patrzy.

— Nie otwieramy kontenera — powiedział.

— Przed chwilą pozwolił mi pan go odebrać.

— Przed chwilą nie wiedziałem, że ktoś ruszał mocowanie.

— To mój sprzęt.

— Tym bardziej powinno pani zależeć, żeby najpierw ustalić, kto przy nim grzebał.

Złość pojawiła się na jej twarzy szybko, ale nie odpowiedziała od razu. Przeniosła wzrok na kontener, potem na znacznik.

— Ile czasu?

— Nie wiem.

— Nie cierpię tej odpowiedzi.

— Ja też. Dlatego jej nie nadużywam.

Stali w deszczu naprzeciw siebie, a woda spływała Marcie z włosów na kołnierz; zupełnie nie zwracała na to uwagi. Wpatrywała się w kontener, próbując odgadnąć, co ktoś zrobił za stalową ścianą. Andrzej znał ten moment: problem przestawał być przeszkodą w harmonogramie i stawał się czyjąś ingerencją w rzecz, za którą człowiek czuł się odpowiedzialny.

— Jeśli ktoś tam wszedł, znajdę to — powiedziała.

— Dlatego otworzymy go dopiero pod dachem.

Spojrzała na niego ostro, po czym skinęła głową bez dalszej kłótni.

— Dobrze — powiedziała w końcu. — Godzina. Potem chcę wiedzieć, co się stało.

— To pani właśnie wyznaczyła mi termin?

— Tak.

Zerknął na zegarek.

— Coraz mniej pani nie lubię.

Uniosła brwi.

— To miało być miłe?

— Proszę się nie przyzwyczajać.

Odwrócił się w stronę hali i po raz drugi usłyszał za plecami jej śmiech. Zapamiętał go świadomie.

Rozdział 4. Ingerencja

Godzina minęła o siódmej czterdzieści trzy. Przez większość tego czasu Andrzej siedział z technikiem ochrony i przewijał nagrania po kilkadziesiąt sekund. Kamera numer cztery miała martwy piksel dokładnie na wysokości bramy. Numer siedem łapała odbicie reflektora z sąsiedniego placu. Dwie pozostałe przez pół nocy pokazywały deszcz i nic więcej. Najbardziej użyteczne okazały się rzeczy banalne: godzina zamknięcia zmiany, lista kart, moment, w którym czujnik drzwi serwisowych na osiem sekund zmienił stan, oraz cień człowieka przesuwający się po mokrej ścianie, choć sama postać znalazła się poza kadrem. Kobieta pojawiła się w drzwiach pomieszczenia technicznego dokładnie minutę później. Zdążyła wysuszyć włosy tylko częściowo. Płaszcz zostawiła gdzieś po drodze, a rękawy ciemnej koszuli podwinęła do łokci.

— Minęła godzina.

Andrzej siedział przy stole z technikiem terminalu i przeglądał zapis z kamer.

— Minęła.

— I?

— Ktoś otworzył strefę serwisową o dwudziestej trzeciej osiemnaście. Kartą pracownika, który skończył zmianę trzy godziny wcześniej.

— Ukradziona karta?

— Właściciel twierdzi, że miał ją przy sobie.

— Twierdzi?

— Sprawdzają.

Andrzej cofnął nagranie. Na ekranie pojawił się fragment placu. Deszcz zacierał obraz, a człowiek w kapturze przez kilka sekund znajdował się poza zasięgiem jednej kamery. Następna zarejestrowała już tylko zamykające się drzwi.

— Wszedł do mojego kontenera?

— Tego jeszcze nie wiemy.

— Znowu.

— Co?

— „Nie wiemy”. Zaczynam podejrzewać, że jednak pan tego nadużywa.

— Woli pani, żebym wymyślał?

Marta oparła dłonie o stół i pochyliła się nad ekranem.

— Wolę, żeby pan nie zostawiał mnie z połową obrazu.

— Na razie mamy pół obrazu.

— Więc znajdźmy drugą połowę.

Technik spojrzał na nią, potem na Andrzeja.

— Wy dwoje zawsze tak?

— Od dzisiaj — odpowiedzieli niemal równocześnie.

Marta odwróciła głowę, a Andrzej pierwszy wrócił do monitora. Technik siedzący obok nagle zainteresował się drugim ekranem, podczas gdy Andrzej przesunął nagranie dalej.

— Znalazłem jedną. Pani kontener zostaje.

— Nie.

— Tak.

— Mam statek.

— Ma pani również kogoś, kto nocą użył cudzej karty w strefie, w której stał pani sprzęt.

— To może nie mieć ze mną nic wspólnego.

— Może.

— I przez „może” mam stracić kontrakt?

— Przez „może” ma pani nie wysłać na morze urządzenia, którego ktoś mógł dotykać bez pani wiedzy.

Zamilkła. Andrzej widział, że liczy koszty szerzej niż w pieniądzach: czas, ludzi i zobowiązania. Złość pozostała, ale przesunęła się gdzieś na bok.

— Otworzymy go tutaj — powiedziała. — Moi technicy zrobią pełną kontrolę.

— Przy ochronie terminalu.

— Moi ludzie.

— I ochrona.

— Pan też?

— Jeżeli będzie trzeba.

— Nie będzie.

— Doskonale.

Odwróciła się do wyjścia, lecz po dwóch krokach stanęła.

— Jestem Marta.

Uniósł głowę, ale Marta mówiła dalej.

— Skoro mamy się przez kilka godzin kłócić, wolę, żeby pan wiedział, jak mam na imię.

Milczał.

— Andrzej.

— To akurat wiem. Ma pan identyfikator.

Spojrzał na plastikową kartę przypiętą do koszuli.

— Rzeczywiście.

Marta wyszła, a technik odczekał, aż drzwi się zamkną.

— Znasz ją?

— Od dzisiaj.

— Wygląda, jakby cię nie lubiła.

Wrócił do nagrania.

— Powiedziała mi to.

— A ty się z tego cieszysz?

— Pracuj.

Kontener otwarto przed dziewiątą. Marta przyprowadziła dwóch swoich ludzi: elektronika i konstruktora, który znał urządzenie od pierwszego prototypu. Ochrona terminalu sporządziła dokumentację plomb i mocowań. Andrzej stał z boku. Po zdjęciu osłony technik Marty potrzebował mniej niż trzy minuty. Przez te trzy minuty technik sprawdził kolejność podkładek, znaczniki lakierowe i dwa miejsca, w których wiązka mogła zostać poruszona bez śladu na głównej plombie. Marta nie dotykała niczego bez potrzeby. Stała po lewej stronie konstruktora i podawała mu narzędzia, zanim zdążył o nie poprosić. Andrzej obserwował ich pracę z boku. Widział zespół, który robił to setki razy i dlatego potrafił zauważyć różnicę wielkości milimetra. Z otwartego wnętrza czuć było smar techniczny.

— Stop.

Wszyscy znieruchomieli. Mężczyzna pochylił latarkę nad wiązką przewodów.

— Tego nie robiliśmy.

Marta podeszła bliżej, żeby zobaczyć wskazane miejsce.

— Czego?

— Opaska. Tutaj.

Andrzej zobaczył niewielki czarny element założony na przewód.

— Co zmienia? — zapytał.

— Sama opaska nic. Ale ktoś zdejmował wiązkę z uchwytu i założył ją z powrotem.

— Po co?

Technik zerknął na Martę.

— Żeby dostać się pod spód.

Po tych słowach przestała się spieszyć.

— Rozbieramy wszystko.

— Jeśli rozbierzecie wszystko, stracicie również możliwość stwierdzenia, w jakiej kolejności ktoś wchodził do środka — powiedział Andrzej.

— Co pan proponuje?

— Zdjęcia po każdym etapie. Numery narzędzi. Jedna osoba dotyka, druga zapisuje. Jeśli znajdziemy obcy element, przestajemy.

— Ma rację.

— Proszę się nie przyzwyczajać.

— Do czego?

— Do tego, że moi ludzie przyznają panu rację przy mnie.

— Postaram się przeżyć.

Andrzej nie musiał już jej przekonywać. Trwająca prawie trzy godziny kontrola nie ujawniła ładunku ani nadajnika, ale przy jednym z modułów sterujących odkryli coś, czego wcześniej nie zauważyli: blokada złącza toru pomiarowego była przecięta, a sama wtyczka wsunięta z powrotem bez pełnego zatrzaśnięcia. Na postoju mogła działać prawidłowo, natomiast przy dłuższych wibracjach albo podczas próby odbiorczej zaczynała przerywać. Ktoś otworzył obudowę, zrobił niewielką zmianę i bardzo starannie ją zamknął. Nie wyglądało to na kradzież technologii; ktoś chciał, żeby urządzenie przeszło kontrolę, wyjechało z portu, a problem pojawił się później, najlepiej już przy kliencie.

Konstruktor podłączył moduł do stanowiska diagnostycznego. Pierwsze dwa testy przeszły poprawnie. Przy trzecim poruszył wiązką w sposób odpowiadający dłuższym drganiom podczas transportu. Na ekranie pojawił się pojedynczy skok wartości, po czym sygnał wrócił do normy.

— Jeszcze raz — powiedziała Marta.

Powtórzył ruch, a błąd trwał krócej.

— Na odbiorze mogłoby przejść — powiedział. — Na morzu zaczęłoby wariować losowo. Najgorszy rodzaj usterki. Klient szukałby jej w oprogramowaniu, czujniku, kablu. Mogliby stracić dni.

Marta nie odrywała wzroku od wykresu.

— A odpowiedzialność byłaby nasza.

— Tak.

Andrzej zobaczył, jak zmienia się jej twarz. Stracony statek przestał być najważniejszym problemem. Ktoś próbował uderzyć w coś bardziej kruchego niż sprzęt: w przekonanie klientów, że jeśli firma Marty coś podpisuje, urządzenie będzie działało. Marta siedziała na skrzyni transportowej i piła kawę.

— Straciłam statek — powiedziała.

— Tak.

— Mógłby pan chociaż przez chwilę udawać współczucie.

— Straciła pani transport. Sprzęt został tutaj. Ludzie są cali. To nie jest najgorszy bilans.

— Dla człowieka, który nie będzie tłumaczył klientowi opóźnienia.

— Mogę potwierdzić na piśmie, że terminal zatrzymał urządzenie z przyczyn bezpieczeństwa.

— I że ingerencję znaleziono tutaj?

— Jeśli ochrona się zgodzi.

— Potrzebuję czegoś, co pokażę klientowi, zanim ktoś uzna, że próbuję przykryć własny błąd.

— Dostanie pani fakty. Bez teorii.

Marta uniosła kubek.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego ludzie pana zatrudniają.

— To chwilowe.

— To jest współczucie?

— Proszę nie przesadzać.

Uśmiechnęła się. Przez otwarte wrota hali wpadało chłodne powietrze. Deszcz wreszcie ustał, a nad portem pojawił się wąski pas jasnego nieba. Marta zerknęła na jego lewy nadgarstek.

— Znowu ten sznurek.

Opuścił wzrok na sznurek.

— Nadal ten sam.

— Ile jest węzłów?

— Kilka.

— To widzę. Pytam, po co.

Kciuk przesunął się po jednym z węzłów.

— Żeby pamiętać.

— O czym?

— O rzeczach, o których nie chcę zapomnieć.

Przyjęła odpowiedź z miną człowieka, który jej nie uwierzył, ale uznał, że na razie wystarczy.

— Ma pan rodzinę?

Pytanie było równie niespodziewane jak wcześniejsze o wiek. Andrzej skierował wzrok ku portowi.

— Miałem.

Marta opuściła kubek.

— Przepraszam.

— Nie ma za co.

— Żona?

— To długa historia.

— Czyli żona.

— Ma pani niezwykłą zdolność do zadawania pytań ludziom, których pani nie lubi.

— Może próbuję znaleźć powód, żeby zmienić zdanie.

— I jak idzie?

Marta upiła kawę i skrzywiła się, bo zdążyła wystygnąć.

— Wynik niejednoznaczny.

— Brzmi lepiej niż rano.

— Rano był pan tylko człowiekiem, który zatrzymał mi wysyłkę.

— A teraz?

— Teraz jest pan człowiekiem, który miał irytująco dobry powód.

Andrzej przyjął to jak komplement i się uśmiechnął. Marta wstała ze skrzyni.

— Muszę wracać do firmy. Moi ludzie skończą kontrolę i wyślą mi raport. Pan też mi wyśle swój.

— Rozkaz?

— Prośba.

— Brzmiała inaczej.

— Przyzwyczai się pan.

Ruszyła do wyjścia.

— Marta.

Odwróciła się. Andrzej przez moment patrzył na nią w milczeniu.

— Proszę sprawdzić, kto poza pani ludźmi wiedział, że ten moduł miał dziś wypłynąć.

Jej twarz spoważniała.

— Myśli pan, że ktoś zrobił to celowo?

— Myślę, że ktoś wszedł nocą do zabezpieczonej strefy, użył cudzej karty i otworzył pani urządzenie. Resztę trzeba ustalić.

— Wyślę listę.

Andrzej poczekał, aż zniknie za drzwiami hali, po czym spojrzał na sznureczek. Między dwoma starymi węzłami było jeszcze miejsce, ale nowego nie zrobił.


Tego samego dnia, kiedy wychodzili z hali, Marta zatrzymała się przy recepcji. Czekał tam mężczyzna w ciemnym płaszczu, z teczką pod pachą i dwoma kubkami kawy.

— Daniel — powiedziała Marta. — Nie wiedziałam, że przyjedziesz.

— To miała być niespodzianka.

Spojrzał na Andrzeja. Miał około czterdziestu lat i starannie przycięte włosy. Zachowywał się jak człowiek, który od dawna zna swoje miejsce w cudzym życiu.

— Daniel Mercer — przedstawił się. — Prawnik firmy. Czasami również człowiek od rzeczy, których Marta nie chce czytać.

— Andrzej.

Uścisnęli dłonie.

— Słyszałem o panu — powiedział Daniel.

— Mam nadzieję, że niewiele.

— Wystarczająco, żeby wiedzieć, że od kilku dni Marta mówi głównie o awarii, terminalu i człowieku, który podobno zawsze wie, gdzie patrzeć.

Marta odebrała od niego kawę.

— Nie przesadzaj. Czasem patrzy również w niewłaściwą stronę.

— To pocieszające.

Daniel uśmiechnął się, a Andrzej odpowiedział tym samym. Uścisk Daniela był pewny i odrobinę dłuższy, niż wymagało przedstawienie; raczej sprawdzał człowieka, który pojawił się w znanym mu od lat miejscu, niż próbował go zdominować.

— Konsultant terminalu? — zapytał.

— Czasami.

— To jedna z tych odpowiedzi, po których prawnikowi przybywa pracy.

— W takim razie proszę wystawić rachunek Marcie.

— Nie dawaj mu pomysłów — powiedziała.

Daniel spojrzał na nią z łatwością człowieka przyzwyczajonego do takiej wymiany. Andrzej zauważył ją i odłożył informację tam, gdzie odkładał rzeczy, które mogły kiedyś mieć znaczenie.

Rozdział 5. Trzy węzły

Lista przyszła po południu, kiedy Andrzej był już w hotelu. Obok laptopa leżały raport z terminalu i wydruki logów, a niedojedzona kanapka została w papierowej torbie. Przez kilka godzin próbował oddzielić to, co wyglądało źle, od tego, co było rzeczywiście nietypowe. Terminal miał setki wejść dziennie i ciągłą rotację ludzi, a procedury narastały latami, więc łatwo było znaleźć bałagan i nazwać go spiskiem. Interesowały go tylko odstępstwa, które miały kierunek. Marta nie ograniczyła się do nazwisk. Przy każdym dopisała stanowisko, zakres dostępu i informację, skąd dana osoba wiedziała o terminie wysyłki. Na końcu znalazło się jedno zdanie. Jeśli pan znajdzie coś przede mną, proszę spróbować przeżyć ten sukces z godnością.

Andrzej przeczytał wiadomość dwa razy i odpisał: Postaram się. Po chwili dopisał: Bez gwarancji, a telefon zadzwonił niemal natychmiast.

— Wiedziałam, że pan nie wytrzyma.

— To pani do mnie zadzwoniła.

— Bo chciałam sprawdzić, czy naprawdę jest pan tak nieznośny również przez telefon.

— Wynik?

— Stabilny.

W słuchawce zaszeleściły papiery.

— Znalazłam coś — powiedziała już innym tonem. — O terminie transportu wiedziała firma klienta, armator, terminal i mój zespół. Ale wczoraj rano ktoś poprosił księgowość o kopię dokumentów przewozowych. Z zewnętrznego adresu.

— Podając się za kogo?

— Za człowieka klienta.

— Dostał dokumenty?

— Nie. Księgowa poprosiła o potwierdzenie z adresu, który miała w systemie. Nikt nie odpowiedział.

— Dobrze zrobiła.

— Ma na imię Ruth. Pracuje ze mną od początku i uważa, że każdy człowiek proszący o fakturę po terminie jest potencjalnym przestępcą.

— Rozsądne podejście.

— Wiedziałam, że się polubicie.

— Czy zewnętrzny adres próbował później jeszcze czegoś?

— Nie. Sprawdzamy logi skrzynki. Daniel też dostał kopię.

Przez moment milczał.

— Prawnik?

— Prawnik, przyjaciel i człowiek, który przypomina mi o rzeczach, których nie chcę robić.

— Na przykład?

— Ubezpieczenia. Umowy. Jedzenie przed siedemnastą.

— Trzecie brzmi najbardziej rozsądnie.

— Proszę go nie zachęcać.

Andrzej przesunął palcem po węźle na nadgarstku.

— Prześle mi pani tę wiadomość?

— Już wysłałam.

— Dobrze.

— Tylko tyle?

— Czego pani oczekiwała?

— Nie wiem. Może „świetna robota, Marto”. Ludzie czasem tak mówią.

— Świetna robota, Marto.

Zapadła cisza.

— Teraz brzmi pan, jakby pan czytał instrukcję obsługi.

— Sama pani chciała.

Roześmiała się, a Andrzej spojrzał przez okno hotelowego pokoju. Nad miastem wisiały niskie chmury, przez które zaczynały przebijać się światła statków w porcie.

— Niech pani niczego nie kasuje — powiedział. — I proszę powiedzieć księgowej, żeby nie odpowiadała, jeśli ten człowiek odezwie się ponownie.

— Chce pan go złapać?

— Chcę wiedzieć, czego szuka.

— A jeśli szuka mnie?

Andrzej zwlekał z odpowiedzią.

— Wtedy dowiemy się dlaczego.

— Pan zawsze tak mówi?

— Jak?

— Jakby każda rzecz miała rozwiązanie.

W szybie odbijała się jego twarz.

— Nie każda.

Marta również nie odpowiedziała od razu.

— To zabrzmiało tak, jakby miał pan konkretną na myśli.

Andrzej usłyszał w jej głosie ciekawość, której wcześniej pilnowała znacznie lepiej.

— Każdy ma kilka.

— Pan też?

— Zwłaszcza ja.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza. Marta najwyraźniej chciała zapytać o coś jeszcze, ale odpuściła.

— Wyślę panu pełny nagłówek wiadomości — powiedziała. — I listę firm, które wiedziały o transporcie.

— Dobrze.

— Teraz zabrzmiało prawie jak pochwała.

— Nie przesadzajmy.

Tym razem nie próbowała żartować.


Wieczorem wyszedł z hotelu i zamiast jechać do terminalu przeszedł kilka przecznic do niewielkiego lokalu przy ulicy prowadzącej w stronę portu. Kupił kawę i usiadł przy oknie. Wrócił drobny, zimny deszcz; ludzie wchodzili, strzepywali wodę z kurtek, zamawiali coś na wynos i znikali. Na ekranie telewizora zawieszonego nad ladą prezenter przerwał prognozę pogody. Pojawiła się fotografia mężczyzny poszukiwanego od dwóch dni po ciężkim pobiciu kobiety w niewielkiej miejscowości poza St. John’s. Policja informowała, że może być niebezpieczny. Andrzej spojrzał na zdjęcie, potem na sznureczek. Kelnerka postawiła przed nim kawę.

— Coś jeszcze?

— Nie, dziękuję.

Wziął kubek w obie dłonie. Na ekranie pokazano samochód znaleziony kilka godzin wcześniej przy drodze prowadzącej na zachód. Reporter mówił o trwających poszukiwaniach i prośbie policji, żeby nie zbliżać się do podejrzanego. Andrzej opuścił wzrok. Kciuk i palec wskazujący chwyciły sznureczek na nadgarstku. Nic nie zrobił. Na ekranie telewizora twarz poszukiwanego zniknęła, zastąpiona mapą pogody. Andrzej widział jednak wystarczająco dużo: drogę, przy której znaleziono samochód, kierunek ucieczki, gospodarstwa rozrzucone po okolicy. Reszta nie była wiedzą w zwykłym znaczeniu. Bardziej zbiorem możliwości, które układały się przed nim jak rozwidlenia ścieżki. Mógł pozostawić je w spokoju. Kobieta pobita dwa dni wcześniej nadal leżała w szpitalu.

Andrzej opuścił wzrok na własne dłonie. Węzeł nie wydawał rozkazu światu; zmuszał jego samego do wybrania jednej drobnej zmiany i pozostania przy niej, zamiast sięgać dalej. Najważniejsza była granica, a pierwszy węzeł miał tylko spowolnić człowieka.


Daleko od miasta mężczyzna biegł przez mokre pole. Buty zapadały się w ziemię. Kilka razy obejrzał się za siebie, choć od paru minut nie widział świateł samochodów. Przed nim stały zabudowania starego gospodarstwa. Za nimi ciągnęła się droga gruntowa i pas lasu. Przeskoczył niski rów. W kawiarni Andrzej zacisnął drugi węzeł. Mężczyzna dopadł do rozwalonego ogrodzenia. Siatka leżała częściowo w trawie, przygnieciona złamanym słupkiem. Postawił stopę między splątanymi drutami. Jeden zaczepił o podeszwę. Szarpnął nogą. Stary słupek poderwał się z błota i przewrócił w poprzek przejścia. W kawiarni Andrzej zamknął oczy. Trzeci węzeł.

Andrzej zacisnął węzeł ostrożniej niż poprzednie. Nie chciał złamanej szyi ani samochodu wpadającego do rowu; wystarczała noga zaplątana w drut i kilka minut, których uciekający nie będzie miał. Sznurek wyznaczał granicę, której sam nie chciał przekroczyć. Uciekający runął na kolano i próbował wstać, ale fragment siatki owinął się wokół drugiej nogi. Kiedy szarpnął mocniej, luźny element ogrodzenia przesunął się w przeciwną stronę i zacisnął splątany drut. Mężczyzna zaklął i uderzył dłonią w ziemię. Andrzej otworzył oczy, spojrzał na trzy nowe węzły i wziął telefon. Numer alarmowy odebrano szybko.

— Chciałbym zgłosić człowieka odpowiadającego rysopisowi poszukiwanego mężczyzny — powiedział spokojnie.

Dyspozytor zadał kilka pytań. Andrzej podał nazwę drogi i opisał gospodarstwo.

— Jest pan na miejscu?

— Nie.

— Skąd ma pan tę informację?

Przez szybę kawiarni obserwował ulicę.

— Usłyszałem rozmowę. Proszę wysłać patrol.

Nie dodał nic więcej. Po dwudziestu siedmiu minutach w internecie pojawiła się wiadomość, że poszukiwanego zatrzymano na terenie opuszczonego gospodarstwa. Miał uraz nogi i liczne skaleczenia, ale jego życiu nic nie zagrażało. Andrzej przeczytał komunikat do końca i najdłużej zatrzymał wzrok na ostatnim zdaniu; dopiero wtedy rozluźnił palce. Kelnerka przechodziła obok z tacą.

— Dobra wiadomość? — zapytała, widząc ekran.

— Dla kogoś na pewno.

— Złapali tego faceta?

— Tak.

Kobieta zerknęła na telewizor.

— Oby go zamknęli na długo.

Andrzej nie odpowiedział; to już należało do innych ludzi. Przeczytał komunikat, dopił kawę i wstał. Przy drzwiach zatrzymał się na moment, patrząc na trzy świeże węzły, wyraźnie jaśniejsze od pozostałych, po czym wsunął rękę do kieszeni i wyszedł w deszcz. Telefon zawibrował, zanim dotarł do hotelu. Na ekranie pojawiło się imię Marty, więc odebrał.

— Ma pan jutro czas? — zapytała.

— Zależy.

— Od czego?

— Od tego, po co pani pyta.

— Chcę pokazać panu firmę. Skoro ktoś zainteresował się moim urządzeniem, wolę, żeby zobaczył pan, co właściwie próbujemy ochronić.

— To oznacza, że zmieniła pani zdanie o mojej przydatności?

— Nie. Uznałam tylko, że skoro już pan przeszkadza, może pan przeszkadzać bardziej produktywnie.

— Rozsądne.

— I chcę, żeby zobaczył pan ludzi, których dotknie ten problem, jeśli okaże się większy niż jeden kontener.

Andrzej nie odpowiedział od razu. To zdanie powiedziało mu o Marcie więcej niż większość wcześniejszych pytań. Andrzej zwolnił.

— To zaproszenie?

— Proszę sobie nie pochlebiać. Konsultacja.

— Oczywiście.

— Dziewiąta?

— Będę.

— I proszę wypić wcześniej kawę.

— Dlaczego?

— Może wtedy będzie pan odrobinę milszy.

Po rozłączeniu Andrzej schował telefon i po raz pierwszy tego dnia uśmiechnął się bez ironii.

Rozdział 6. Firma Marty

Marta miała biuro w budynku, który z zewnątrz wyglądał jak dawna hala magazynowa. Cegła była ciemna od wilgoci, stalowe ramy okien nosiły ślady soli, a nad wejściem wisiała niewielka tablica z nazwą firmy. Bez szkła, chromu i obietnic zmieniania świata. Andrzej przyjechał osiem minut przed dziewiątą. Claire Bennett, sekretarka administracyjna siedząca zwykle przy recepcji, spojrzała na jego nazwisko, potem na ekran.

— Pani Marta prosiła, żeby wpuścić pana od razu.

— Brzmi groźnie.

Kobieta uśmiechnęła się.

— Dzisiaj jest w dobrym humorze.

— Tym bardziej.

Za drzwiami nie było typowego biura. Większą część parteru zajmowała pracownia. Na stołach leżały obudowy i części urządzeń, których przeznaczenia przypadkowy gość nie odgadłby bez pomocy. W głębi dwóch ludzi pracowało przy długiej stalowej ramie, a pod sufitem ktoś prowadził przewód. W pracowni śmierdziało smarem technicznym. Marta stała przy jednym ze stanowisk i rozmawiała z młodą kobietą w roboczej bluzie. Nie przerwała, kiedy zobaczyła Andrzeja. Dokończyła rozmowę, sprawdziła coś na tablecie i dopiero wtedy podeszła.

— Jest pan punktualny.

— To zarzut?

— Jeszcze nie.

Podała mu kubek, a Andrzej zajrzał do środka.

— Kawa?

— Zastosowałam się do własnej rady. Jedna dla pana, jedna dla bezpieczeństwa ludzi wokół.

Spróbował.

— Dobra.

— Proszę to zapamiętać. Nieczęsto dostaję od pana pochwały.

Ruszyła między stanowiskami, a Andrzej szedł obok niej. Firma okazała się mniejsza, niż zakładał po dokumentacji terminalu: niecałe czterdzieści osób, głównie inżynierów i techników. Projektowali moduły sterowania, systemy monitorowania oraz elementy wyposażenia przeznaczone do pracy na dużych głębokościach. Część produkcji zlecali, ale prototypy składali i testowali na miejscu. Marta znała ludzi po imieniu i nie oprowadzała go jak klienta. Zatrzymywała się przy stanowiskach, poprawiała dokumentację, pytała o wyniki testów, a raz sama uklękła przy otwartej obudowie i przez kilka minut dyskutowała z konstruktorem o uszczelnieniu złącza. Przy następnym stanowisku zatrzymała się dłużej. W stalowej wannie leżał niewielki cylinder z pokrywą skręconą szeregiem śrub. Na monitorze biegł wykres ciśnienia, a obok niego drugi, pokazujący temperaturę elektroniki zamkniętej wewnątrz obudowy.

— Próba końcowa? — zapytała.

— Wstępna. Trzysta barów — odpowiedział technik.

Marta pochyliła się nad ekranem. Przez kilka sekund nic nie mówiła, po czym wskazała palcem drobne załamanie jednej z linii.

— Tutaj. Co się stało?

— Stabilizacja regulatora.

— A temperatura?

Technik przeniósł uwagę na drugi wykres.

— Wzrosła o dwa stopnie.

— W tej samej sekundzie. Powtórz test po wymianie uszczelnienia i sprawdź złącze zasilające. Jeśli to regulator, zobaczymy to drugi raz. Jeśli nie, wolę znaleźć przyczynę tutaj niż dwa kilometry pod wodą.

Rozmawiała z nim jak inżynierka, która zna projekt od środka. Technik odpowiadał tym samym językiem, skinął głową, zapisał uwagę i od razu zaczął przygotowywać kolejną próbę. Andrzej zwolnił. W ciągu kilku minut zobaczył więcej niż w dokumentach przesłanych przez terminal. Marta znała nie tylko projekty, lecz także sposób, w jaki jej ludzie dochodzili do błędu, i wiedziała, kiedy pozwolić im pracować samodzielnie. Kiedy jeden z młodszych inżynierów zapytał o zmianę materiału obudowy, zamiast podać rozwiązanie, poprosiła go o trzy warianty i wyniki obliczeń do końca dnia.

— A jeśli żaden nie wyjdzie? — zapytał.

— Wtedy będziemy mieli cztery złe pomysły zamiast jednego. To też postęp.

Dopiero gdy ruszyła dalej, Andrzej zauważył, że dwoje ludzi przy sąsiednim stole uśmiecha się pod nosem. Była wymagająca, ale nikt nie milkł na jej widok. To mówiło o firmie więcej niż tablica z procedurami bezpieczeństwa. Andrzej obserwował ją z rosnącym zainteresowaniem.

— Co? — zapytała, kiedy w końcu zauważyła jego spojrzenie.

— Nic.

— To było bardzo konkretne nic.

— Sprawdzam, czy rzeczywiście wie pani, co produkuje.

— I?

— Niestety wie pani.

— Niestety?

— Trudniej będzie panią zbywać.

— Już pan próbował. Słabo poszło.

Jeden z techników parsknął śmiechem i natychmiast pochylił się nad stołem. Marta wskazała Andrzejowi schody.

— Na górze. Zanim popsuje mi pan dyscyplinę.

Jej gabinet był niewielki, z dużym oknem wychodzącym na pracownię. Na ścianie wisiała mapa północnego Atlantyku z zaznaczonymi portami i instalacjami offshore, obok tablica pokryta terminami, strzałkami i notatkami zapisanymi trzema kolorami. Na parapecie leżał czarny kamień wielkości pięści, gładki od wody. Andrzej wziął go do ręki; był cięższy, niż wyglądał, a jedną stronę fale wypolerowały niemal na gładko.

— Pamiątka? — zapytał.

Wzrok Marty powędrował ku parapetowi.

— Z nabrzeża. Ojciec przyniósł go do domu, kiedy kupił tamten teren. Twierdził, że skoro bank uważa to miejsce za bezwartościowe, morze przynajmniej daje kamienie za darmo.

— Praktyczny człowiek.

— Uparty. To chyba rodzinne.

Andrzej odłożył kamień dokładnie tam, skąd go wziął. Marta zauważyła ten gest, ale nic nie powiedziała. Andrzej zatrzymał się przy mapie.

— Dużo pani wysyła na morze.

— Więcej, niż chciałby mój ubezpieczyciel.

— Ubezpieczyciele z zasady chcą, żeby nic się nie działo.

— A ja z zasady chcę, żeby firma zarabiała.

Usiadła za biurkiem i otworzyła laptop.

— Dobrze. Koniec wycieczki. Teraz pan mi powie, czy wczorajsza ingerencja wygląda panu na przypadek.

Andrzej usiadł naprzeciwko.

— Nie wygląda.

— Dlaczego?

— Cudza karta. Wejście po godzinach. Próba zdobycia dokumentów przewozowych. Otwarty moduł. Każda z tych rzeczy osobno może mieć banalne wyjaśnienie. Razem przestają mi się podobać.

— Mnie też.

— Miała pani ostatnio konflikt z klientem, dostawcą, wspólnikiem?

— Prowadzę firmę. Oczywiście, że miałam konflikty.

— Taki, za który ktoś chciałby pani zaszkodzić.

Marta odsunęła laptop.

— Trzy miesiące temu zerwałam rozmowy z inwestorem. Harbour Ridge chciało wejść kapitałowo. Oficjalnie interesowała ich firma, ale podczas rozmów więcej pytań zadawali o nasze zaplecze przy wodzie niż o urządzenia. Nie zgodziłam się.

— Nazwa?

— Ta sama grupa.

— Dlaczego zaplecze przy wodzie?

— Twierdzili, że chodzi o logistykę. Wtedy nie widziałam powodu, żeby drążyć.

— O co dokładnie pytali?

Marta odchyliła się w fotelu, próbując odtworzyć rozmowy sprzed kilku miesięcy.

— Nośność placu. Dojazd dla ciężkiego transportu. Głębokość przy kei. Kto kontroluje bramę od wschodu. Pytali też, czy port może ograniczyć mi dostęp do drogi w razie rozbudowy.

— Jak na inwestora zainteresowanego elektroniką, dużo wiedzieli o ziemi.

— Wtedy uznałam, że chcą ocenić logistykę firmy. Dopiero teraz zaczyna mnie drażnić kolejność pytań.

— Kto prowadził rozmowy?

— Człowiek nazwiskiem Adrian Keller. Spokojny, uprzejmy, przygotowany. Nigdy nie podniósł głosu. Po każdej odmowie wracał z ofertą wyglądającą odrobinę lepiej.

— I nadal pani odmawiała.

— Nadal.

Andrzej zapisał nazwisko i zostawił obok pustą przestrzeń, bo z oceną mógł poczekać. Ludzie, którzy chcieli coś kupić, zwykle pytali o cenę; ci szukający sposobu na cudzą odmowę częściej interesowali się konstrukcją drzwi. Andrzej zapisał.

— Ktoś jeszcze?

— Były pracownik. Zwolniony za wynoszenie danych projektowych. Sprawa skończyła się ugodą. Dostawca, z którym zerwaliśmy umowę. Jeden klient groził pozwem, ale ostatecznie zapłacił i przestał się odzywać.

— To już lepsza lista.

— Cieszy się pan?

— Lubię, kiedy problem ma granice.

— A jeśli nie ma?

— Wtedy trzeba je znaleźć.

Marta przez chwilę obracała długopis między palcami.

— Wczoraj powiedział pan, że miał rodzinę.

Zmiana tematu była tak nagła, że przez sekundę patrzył na nią bez reakcji.

— Powiedziałem.

— I od razu uciekł pan w „długą historię”.

— Długie historie mają tę wadę, że są długie.

— Może mam czas.

— W godzinach pracy?

— Jestem właścicielką. Mogę sobie udzielić przerwy.

Odstawił kubek.

— Były kobiety.

Marta uniosła brwi.

— Liczba mnoga brzmi mniej tragicznie, niż się spodziewałam.

— Nie wszystkie historie były tragiczne.

— A żona?

— Też była.

— Rozwód?

Za szybą rozciągała się pracownia poniżej.

— Śmierć.

Długopis zatrzymał się w jej palcach.

— Dawno?

— Tak.

— Przepraszam.

— Nie znała jej pani.

— To nie znaczy, że nie mogę współczuć panu.

— Może pani.

— Dziękuję za pozwolenie.

W jej głosie wróciła ironia, ale łagodniejsza niż wcześniej. Przez kilka sekund żadne z nich nie wracało do tematu. Marta potrafiła naciskać, lecz umiała też rozpoznać granicę, której rozmówca naprawdę nie chce przekroczyć. Andrzej znał niewielu ludzi z takim wyczuciem. Większość brała milczenie za zaproszenie do następnego pytania. Marta spojrzała przez szybę na halę. Na dole ktoś uruchomił wkrętarkę, inny technik przesuwał wózek z aparaturą. Jej uwaga wróciła do firmy równie szybko, jak wcześniej odeszła w stronę jego przeszłości. Telefon Marty zawibrował. Przeczytała wiadomość i zaklęła pod nosem.

— Co się stało?

— Klient od modułu. Chce rozmowy za dwadzieścia minut.

— To chyba normalne.

— Normalne byłoby, gdyby chciał wiedzieć, kiedy dostanie sprzęt. On chce wiedzieć, co dokładnie znaleźliśmy w środku.

Andrzej wyciągnął rękę.

— Pokaże pani?

Podała mu telefon z krótką, uprzejmą wiadomością. Andrzeja zastanowiła jej precyzja.

— Informowała go pani o śladach otwarcia modułu?

— Tylko o wstrzymaniu wysyłki z powodów bezpieczeństwa.

— Kto jeszcze wie?

— Moi ludzie, terminal, ochrona.

— I ktoś, kto właśnie rozmawia z pani klientem.

Marta oparła łokcie o biurko.

— Czyli przeciek.

— Możliwe.

— Znowu to słowo.

— Tym razem proszę je polubić.

Oddał telefon.

— Podczas rozmowy niech pani nie potwierdza szczegółów. Proszę zapytać, skąd mają informację o ingerencji.

— Będzie pan słuchał?

— Jeśli pani pozwoli.

Marta przyglądała mu się w milczeniu.

— Proszę.

To jedno słowo zatrzymało jego uwagę bardziej niż cała wcześniejsza rozmowa. Liczył się sposób, w jaki wyraziła zgodę na odsłuchanie telefonu. Decyzję podjęła sama i poprosiła go o udział, zamiast zostać postawiona przed faktem dokonanym. Andrzej przesunął kciukiem po sznurku na nadgarstku, co Marta od razu zauważyła.

— Znowu pan coś zapamiętuje?

— Jeszcze nie.

— To kiedy robi pan węzeł?

— Kiedy jest potrzebny.

— Bardzo wygodna odpowiedź.

— Prawdziwa.

— Kiedyś się dowiem.

Powiedziała to bez pytania. Andrzej popatrzył na nią i przez moment miał ochotę odpowiedzieć, że ludzie od wieków mówili mu podobne rzeczy. Jedni szukali prawdy z ciekawości, inni ze strachu, jeszcze inni dlatego, że chcieli znaleźć sposób, by wykorzystać to, czego nie rozumieli. Marta wyglądała na człowieka, który po prostu nie znosi zamkniętych drzwi.

— Możliwe — powiedział.

— To już postęp.

Rozmowę włączyła na głośnik. Andrzej usiadł z boku biurka, poza polem widzenia kamery, gdy klient poprosił o połączenie wideo. Mężczyzna po drugiej stronie zaczął uprzejmie. Podziękował za szybką reakcję, zapewnił, że rozumie konieczność wstrzymania transportu, a po niespełna minucie przeszedł do szczegółów.

— Chcemy ocenić wpływ ingerencji na niezawodność toru pomiarowego — powiedział. — Zwłaszcza przeciętą blokadę złącza.

Marta spojrzała na Andrzeja, zachowując spokojną twarz.

— Nie informowałam państwa o rodzaju stwierdzonej ingerencji.

Po drugiej stronie nastąpiła krótka pauza.

— Być może ktoś z państwa zespołu rozmawiał z naszym serwisem.

— Kto?

— Musiałbym sprawdzić.

— Proszę sprawdzić teraz.

Mężczyzna próbował wrócić do terminu dostawy. Marta nie pozwoliła mu przesunąć rozmowy.

— O nowym terminie porozmawiamy, kiedy zakończymy kontrolę. W tej chwili chcę wiedzieć, skąd ma pan informację, której moja firma panu nie przekazała.

— Pani Marto, rozumiem ostrożność, ale potrzebujemy danych do oceny ryzyka.

— Ja też. Zaczniemy od źródła pańskiej informacji.

Andrzej słuchał i nie musiał jej podpowiadać. Za drugim razem klient wymienił dział techniczny. Za trzecim przyznał, że wiadomość przyszła od podwykonawcy terminalu, który wcześniej uczestniczył w obsłudze ich transportów.

— Nazwa firmy? — zapytała Marta.

Usłyszała ją, zapisała na kartce i bez słowa przesunęła kartkę w stronę Andrzeja.

— A osoba kontaktowa?

Klient podał nazwisko. Andrzej znał je z listy osób mających dostęp do strefy serwisowej w noc ingerencji. Marta jeszcze przez kilka minut ustalała, kiedy podwykonawca zadzwonił, do kogo i jak dokładnie sformułował informację. Dopiero potem wróciła do sprawy wysyłki. Termin dostawy odłożyła do zakończenia kontroli i zapowiedziała raport z jej wynikiem. Rozłączyła się po jedenastu minutach i przez chwilę patrzyła na ekran wygaszonego telefonu. Po zakończeniu rozmowy Marta oparła się o fotel.

— Teraz może pan powiedzieć „świetna robota, Marto”.

Andrzej sięgnął po kartkę.

— Świetna robota, Marto.

— Lepiej.

— Ćwiczę.

— Widać.

Wstał.

— Sprawdzę tę firmę i człowieka. Pani niech zachowuje się normalnie.

— Czyli mam iść na lunch?

— Jeśli zwykle pani chodzi.

— Zwykle zapominam.

— W takim razie proszę zapomnieć.

Marta również wstała.

— Andrzej.

Przy drzwiach zatrzymał się na moment.

— Dziękuję.

— Proszę jeszcze nie dziękować.

Zszedł na dół. Przy wyjściu minął młodego inżyniera niosącego dwie skrzynki z częściami. Przytrzymał mu drzwi, wyszedł na wilgotne powietrze i stanął na chwilę przed budynkiem. Sznureczek uciskał nadgarstek w miejscu, gdzie poprzedniego wieczoru pojawiły się trzy nowe węzły. Andrzej dotknął jednego z nich, po czym spojrzał w górę na okno gabinetu Marty. Stała przy szybie. Kiedy zauważyła, że ją widzi, uniosła kubek w geście pożegnania. Andrzej odpowiedział krótkim skinieniem głowy i ruszył do samochodu, nie robiąc kolejnego węzła.

Rozdział 7. Dwie kawy

Trzy tygodnie później Marta przestała pytać, dlaczego Andrzej pojawia się w jej firmie bez zapowiedzi, i zaczęła pytać, czy przywiózł kawę. Tego ranka przywiózł dwie.

— Uczy się pan — powiedziała, odbierając kubek.

— Powoli.

— W pana wieku to i tak sukces.

Andrzej zdjął kurtkę i zawiesił ją na oparciu krzesła.

— Nadal próbuje pani ustalić, ile mam lat?

— Oczywiście.

— I jak idzie?

— Źle. Kadry terminalu twierdzą, że dokumenty są w porządku. Internet twierdzi, że pan prawie nie istnieje. Pan twierdzi niewiele.

— Rozsądny człowiek.

— Podejrzany człowiek.

Marta usiadła za biurkiem. Na ścianie za nią wisiał duży rysunek techniczny zespołu, który Andrzej widział wcześniej w hali. Znał już firmę na tyle, żeby rozpoznawać ludzi po imieniu. Wiedział, kto projektował elektronikę, kto odpowiadał za mechanikę, kto przeklinał po francusku, kiedy komputer odmawiał współpracy. Wiedział również, że Marta przychodziła pierwsza częściej, niż przyznawała, i wychodziła później niż większość zespołu. Przez trzy tygodnie nie znaleźli dowodu, że ingerencja w moduł miała doprowadzić do awarii. Znaleźli za to człowieka, który sprzedał dostęp do informacji o transporcie. Podwykonawca terminalu przyznał się dopiero wtedy, gdy pokazano mu logowania, przelewy i wiadomości, których najwyraźniej nie uważał za warte usunięcia. Pieniądze przyszły przez pośrednika, który później zniknął.

To wystarczyło policji do rozpoczęcia własnej pracy, ale Marcie nie wystarczyło do odzyskania spokoju. Przez te trzy tygodnie Andrzej pojawiał się w firmie częściej, niż wymagałaby zwykła konsultacja. Przynosił wydruki z terminalu albo nazwisko do sprawdzenia. Bywało też, że pojawiał się tylko z dwiema kawami i pytaniem, czy wydarzyło się coś nowego. Marta przestała pytać, na jakiej podstawie robi część tych rzeczy. Zaczęła za to sprawdzać, czy jego wnioski wytrzymują konfrontację z dokumentami. Wytrzymywały. Daniel pomógł uporządkować korespondencję z terminalem i klientem. Claire zbudowała osobny kalendarz rozmów związanych z incydentem, żeby Marta nie musiała przeszukiwać zwykłego terminarza. Firma działała, projekty szły dalej, a pod codzienną pracą pozostało poczucie, że ktoś znał ich ruchy odrobinę lepiej, niż powinien.

Marta najbardziej nie lubiła problemów bez właściciela. Awarię można było przypisać do części, błąd do procedury, opóźnienie do konkretnego punktu planu. Tutaj miała pośrednika, cudzą kartę i pieniądze, których źródło kończyło się na spółce zarejestrowanej pod adresem biura księgowego.

— Harbour Ridge wróciło z ofertą — powiedziała.

Andrzej otworzył teczkę, którą położyła przed nim.

— Wejścia kapitałowego?

— Pakietu większościowego. Bardzo uprzejmą. Bardzo korzystną.

— Znowu?

— Tak.

— Warunki?

— Na pierwszy rzut oka czyste. Tylko znowu chcą prawa do korzystania z naszego nabrzeża i terenu przy wodzie.

Pierwsze strony wyglądały starannie: cena była wysoka, warunki jasne, a język pozbawiony nacisku. Dopiero w załącznikach pojawiały się prawa do terenu przy wodzie. Ktoś, kto pisał dokument, wiedział, że nacisk wygląda lepiej, kiedy przypomina okazję. Andrzej wrócił do załącznika. Prawo korzystania z nabrzeża zapisano jako element pakietu operacyjnego, pomiędzy dostępem do hali a możliwością wspólnego zakupu materiałów. Osobny punkt dawał inwestorowi pierwszeństwo przy każdej przyszłej sprzedaży terenu. Kolejny przewidywał wieloletnią dzierżawę pasa dojazdowego.

— Ktoś bardzo starannie schował ziemię między elektroniką — powiedział.

— Daniel powiedział prawie to samo. Tylko użył słowa „nieruchomości”. Prawnicy mają alergię na ziemię.

— Daniel widział ofertę?

— Widział pierwszą. Tę dostanie dzisiaj.

— Ufa pani Danielowi?

— Prawnie? Tak. Prywatnie też. Znam go od prawie jedenastu lat.

Andrzej skinął głową i wrócił do dokumentu. Marta wychwyciła brak komentarza.

— To wszystko?

— A czego pani oczekuje?

— Jeszcze mówię do pana „pan”, więc proszę nie wykorzystywać przewagi gramatycznej.

— Postaram się.

— Chce pani sprzedać?

Marta prychnęła.

— Gdybym chciała, nie siedziałby pan tutaj.

— To nie jest odpowiedź.

— Jest. Tylko panu się nie podoba.

Andrzej zamknął teczkę.

— Dlaczego nie chce pani sprzedać?

Marta odsunęła kubek.

— Bo zbudowałam tę firmę od sześciu ludzi i wynajętego warsztatu. Bo połowa rzeczy, które pan widzi na hali, powstała najpierw na kartce przy moim kuchennym stole. Bo kiedy bank powiedział, że ryzyko jest za duże, zastawiłam mieszkanie. Bo kiedy pierwszy klient próbował mi wytłumaczyć, że powinnam zatrudnić kogoś „bardziej technicznego” do rozmów, sama poprawiłam jego inżynierowi obliczenia.

Andrzej słuchał bez komentarza.

— Wystarczy?

— Tak.

— Żadnego komentarza?

— Rozumiem.

Marta zmrużyła oczy.

— Pan naprawdę rozumie?

— Bardziej, niż pani sądzi.

Chciała pociągnąć temat, lecz telefon na biurku zadzwonił. Odebrała, a po krótkiej rozmowie zaklęła i wstała.

— Muszę jechać do warsztatu testowego.

— Problem?

— Czujnik ciśnienia w prototypie pokazuje skoki, których nie powinno być. Dziś mamy próbę odbiorczą.

— Pojadę z panią.

— Nie prosiłam.

— Wiem.

Marta sięgnęła po kurtkę.

— I właśnie za to czasami mam ochotę wyrzucić pana przez okno.

Jego wzrok zatrzymał się na szybie.

— Parter. Mało efektowne.

— Znajdę wyższe.

Warsztat testowy mieścił się kilkanaście minut jazdy od głównej siedziby. Marta prowadziła szybko, ale bez nerwowych ruchów; radio grało cicho, a Andrzej siedział obok i obserwował drogę. Jej czarny Ford Bronco miał jedną wadę, której Marta od miesięcy nie chciała naprawić. Na wolnych obrotach silnik stukał nierówno, charakterystycznie, jakby pod maską ktoś wystukiwał palcami własny rytm.

— Kiedyś ten silnik pani stanie — powiedział Andrzej.

— Kiedyś wszystko staje.

— To nie jest argument mechaniczny.

— Ale skuteczny.

— Ma pan własny samochód — powiedziała.

— Mam.

— Więc dlaczego jedzie pan ze mną?

— Bo pani jedzie tam również.

— To brzmi prawie jak odpowiedź człowieka.

— Proszę nikomu nie mówić.

Uśmiechnęła się i przez chwilę jechali w milczeniu.

— Co robi pan, kiedy akurat nie ratuje cudzych projektów? — zapytała.

— Śpię.

— To już słyszałam.

— Czytam.

— Co?

— Różne rzeczy.

— Andrzej.

— Historię.

— Jaką?

Spojrzał przez boczną szybę.

— Najchętniej tę napisaną przez ludzi, którzy przegrali.

— Dlaczego?

— Bo zwycięzcy mają wystarczająco dużo czytelników.

Z odpowiedzią zwlekała.

— To chyba pierwsza interesująca rzecz, jaką pan o sobie powiedział.

— Zaczynam żałować.

— Za późno.


W warsztacie czekało czterech ludzi. Prototyp stał na stalowej ramie obok komory ciśnieniowej. Przewody prowadziły do dwóch rejestratorów, zasilacza i laptopa, na którego ekranie trzy wykresy wyglądały niemal identycznie, dopóki nie przyjrzało się osi czasu. Marta zdjęła płaszcz jeszcze w drzwiach.

— Pokaż ostatnią próbę.

Inżynier od elektroniki przesunął nagranie do miejsca, w którym sygnał zaczynał skakać. Wartość ciśnienia rosła równo, potem na ułamek sekundy spadała, wracała i znów spadała.

— Czujnik? — zapytała.

— Albo przetwornik. Podmieniliśmy kanał i błąd został.

— Przewód?

— Sprawdzony.

— Jak?

Mężczyzna westchnął. Wiedział, że odpowiedź „miernikiem” jej nie wystarczy.

— Ciągłość, izolacja, ekran. Pod obciążeniem też.

Marta podeszła bliżej, podczas gdy Andrzej został przy drzwiach. Słyszał, jak zmienia ton, kiedy rozmawia z ludźmi, którzy wiedzą, co robią: znikała ironia, zostawały krótkie pytania i cierpliwość dla odpowiedzi, nawet gdy prowadziła w stronę, z którą się wcześniej nie zgadzała.

— Daj mi surowy sygnał z referencji.

Na ekranie pojawiła się czwarta linia.

— Referencja jest czysta — powiedział drugi inżynier.

— To znaczy, że komora jest czysta. Nie czujnik.

— Mówiłem, że przetwornik.

— Mówiłeś też wczoraj, że złącze jest dobre.

— Bo jest.

— W takim razie udowodnij.

Przez następne dwadzieścia minut rozłączali tor pomiarowy kawałek po kawałku. Marta nie dotykała aparatury bez potrzeby. Stała obok i pilnowała kolejności zmian, żeby nie naprawić problemu przypadkiem i stracić przyczynę. Gdy młodszy technik chciał wymienić jednocześnie czujnik i przewód, zatrzymała go.

— Jedna rzecz na raz. Inaczej jutro będziemy wiedzieć tylko, że „zadziałało”. Ja chcę wiedzieć dlaczego.

Andrzej oparł się o metalową szafę i obserwował Martę przy pracy. Polegała na danych i własnym osądzie, ale ufała też kompetencji zespołu; kiedy jeden z ludzi pokazał wyniki sprzeczne z jej założeniem, przyjęła je od razu.

— Dobrze. To mój trop odpada. Idziemy za twoim.

Inżynier rzucił Andrzejowi szybkie spojrzenie. W jego uśmiechu było coś pomiędzy satysfakcją a ulgą. Po kolejnej próbie skoki wróciły. Marta poprosiła o drugi egzemplarz czujnika z tej samej partii. Gdy podłączyli go bez zmiany reszty toru, wykres uspokoił się.

— Jeszcze raz — powiedziała.

Powtórzyli test, ale linia pozostała równa.

— Czyli czujnik — stwierdził inżynier.

— Jeden czujnik — poprawiła Marta. — Teraz sprawdzimy resztę partii. Jeśli drugi zrobi to samo, mamy problem dostawcy, nie pojedynczej sztuki.

Winny okazał się wadliwy element pomiarowy, banalny w porównaniu z podejrzeniami, które zdążyły narosnąć przez ostatnie tygodnie. Marta zarządziła wymianę, kontrolę partii i powtórzenie pełnej próby następnego dnia. Dopiero wtedy odwróciła się do Andrzeja.

— I co?

— Nic.

— Patrzy pan na mnie od pół godziny.

— Patrzę na test.

— Test jest za mną.

— Teraz już nie.

Jeden z inżynierów parsknął śmiechem. Marta pokręciła głową, ale kącik jej ust drgnął. Kiedy wyszli na zewnątrz, zaczynał padać deszcz.

— Lunch — powiedziała.

— Co z nim?

— Tym razem nie zapomnę. Pan też nie.

— To polecenie?

— Tak.

Pojechali do małej restauracji nad wodą. Marta wybrała stolik przy oknie. Zamówiła zupę i rybę, Andrzej kawę oraz coś, co według niej nie kwalifikowało się jako pełny posiłek.

— Jak można żyć na kawie? — zapytała.

— Długo.

— To miało zabrzmieć tajemniczo?

— Nie.

— Wyszło.

Oparła brodę na dłoni.

— Miał pan żonę.

Andrzej uniósł wzrok.

— Wracamy do tego?

— Pan powiedział, że miał rodzinę. Potem uciekł pan od odpowiedzi.

— Nie uciekłem.

— Elegancko się pan wycofał.

Kelnerka przyniosła jedzenie, a Andrzej poczekał, aż odejdzie.

— Były kobiety, które kochałem.

Marta znieruchomiała.

— Kobiety. Liczba mnoga.

— Żyłem trochę dłużej, niż wyglądam.

— To akurat żaden wyczyn.

Uśmiechnął się.

— Jedne odchodziły. Z innymi życie robiło to za nas.

— I pan zawsze zostawał?

Pytanie trafiło bliżej, niż mogła wiedzieć, i Andrzej spojrzał na wodę za szybą.

— Najczęściej.

Uśmiech zniknął z twarzy Marty.

— To musi być męczące.

— Bywa.

Nie dopytywała i za to był jej wdzięczny. Marta przez chwilę jadła w milczeniu. Za szybą przechodził mężczyzna w żółtym sztormiaku, ciągnąc za sobą skrzynkę na kółkach. Dalej kołysały się maszty małych łodzi.

— Mieszkał pan długo poza Kanadą? — zapytała.

— Tak.

— Gdzie?

Andrzej uniósł kubek.

— W wielu miejscach.

— To brzmi jak odpowiedź człowieka, który nie chce wymieniać krajów.

— Bo musiałbym zacząć wybierać.

— Ulubione?

Zastanowił się chwilę.

— Takie, w których ludzie pamiętają, że morze jest silniejsze od portu.

— To bardzo poetyckie jak na człowieka, który godzinę temu krytykował mój silnik.

— Silnik zasłużył.

Zaśmiała się i przestała pytać o kraje, lecz Andrzej wiedział, że kiedyś do tego wróci. Marta odkładała pytania, nie porzucała ich. Po chwili wskazała jego nadgarstek.

— One też są na tych sznurkach?

Kciuk Andrzeja przesunął się po węzłach.

— Nie wszystko trzeba wiązać, żeby pamiętać.

— Kiedyś naprawdę dowiem się, co pan z nimi robi.

— Jest pani konsekwentna.

— To jedna z moich łagodniejszych wad.

— Zauważyłem.

Kiedy wracali do firmy, deszcz przeszedł w mgłę. Marta prowadziła wolniej. Przy jednym ze skrzyżowań zatrzymała samochód na czerwonym świetle i spojrzała na Andrzeja.

— Wiesz, że już nie mówię do ciebie „pan”?

Zauważył to wcześniej.

— Wiem.

— I nic?

— Czekałem, aż sama zauważysz.

— Nieznośny człowiek.

— Stabilny wynik.

Zaśmiała się, kiedy światło zmieniło się na zielone. Andrzej przez chwilę patrzył na jej dłonie na kierownicy. Między nimi zmieniło się niewiele poza jednym słowem, które zniknęło z rozmowy. A jednak wystarczyło, żeby drogę powrotną zapamiętał.


Daniel pojawiał się w firmie regularnie. Czasami z dokumentami, czasami bez wyraźnego powodu. Znał Martę od lat i należał do nielicznych ludzi, którzy potrafili wejść do jej gabinetu bez pytania recepcji. Tego popołudnia przyniósł ofertę Harbour Ridge pokrytą żółtymi znacznikami. Położył ją przed Martą, dopiero potem zauważył Andrzeja w fotelu przy oknie.

— Zajmujesz moje krzesło — powiedział.

Zerknął na fotel.

— Jest podpisane?

— Jeszcze nie.

Marta nie podniosła głowy znad dokumentu.

— Daniel, jeśli zaczniesz znakować meble, wystawię ci fakturę za powierzchnię.

— Widzisz? Tak wygląda wdzięczność po dziesięciu latach znajomości.

— Prawie jedenastu — poprawiła go Marta.

Daniel usiadł na drugim krześle i wskazał jeden z zaznaczonych punktów.

— Tutaj jest problem. Prawo pierwszeństwa przy sprzedaży gruntu. A tutaj dzierżawa pasa dojazdowego. Cena za udziały wygląda dobrze, bo część tego, czego naprawdę chcą, przenieśli do załączników.

— Andrzej zauważył to samo — powiedziała Marta.

— Czyli jednak robisz coś poza piciem kawy.

— Czasami ją również przynoszę.

— Rozwój zawodowy.

Przez kilka minut rozmawiali o umowie. Daniel był konkretny, znał historię wcześniejszych negocjacji i pamiętał, które zapisy Marta odrzuciła trzy miesiące wcześniej. Andrzej nie znalazł w jego zachowaniu niczego, co uzasadniałoby nieufność. Była za to swoboda człowieka, który od lat zna firmę i właścicielkę. Dopiero kiedy Marta wyszła odebrać telefon, Daniel odłożył długopis.

— A ty pojawiłeś się właściwie znikąd.

— To prawda.

— Nie przeszkadza ci, że tak mało o tobie wiemy?

— Mnie nie.

— Mnie trochę. Pracuję dla niej. Jeśli ktoś dostaje dostęp do spraw bezpieczeństwa i negocjacji, lubię wiedzieć, kim jest.

— Rozsądne.

Daniel zmarszczył brwi, spodziewając się obrony albo irytacji.

— Tylko tyle?

— Masz prawo sprawdzać ludzi, którzy pojawiają się przy twojej klientce.

— Przy mojej przyjaciółce.

— Tym bardziej.

Marta wróciła do gabinetu.

— Mnie zaczyna przeszkadzać ta rozmowa.

Daniel uniósł dłonie.

— Troszczę się.

— Wiem. Dlatego jeszcze tu jesteś.

Dopiero wtedy się uśmiechnął. Andrzej zauważył to i zapamiętał, lecz nie dopisał do tego znaczenia.

Rozdział 8. Zostań

Przejście na „ty” nie zmieniło ich pracy. Marta nadal potrafiła zadzwonić o siódmej rano i zacząć rozmowę od problemu, jakby poprzedniego wieczoru nie spędzili godziny nad kolacją. Andrzej nadal odpowiadał jej tym samym spokojem, który doprowadzał ją do złości szczególnie wtedy, gdy miał rację. Zmieniły się drobiazgi. Zaczęła zostawiać dla niego kawę, kiedy wiedziała, że przyjedzie do firmy. On przestał pytać Claire, sekretarkę zajmującą się kalendarzem Marty i codzienną administracją, gdzie jej szukać. Jeśli drzwi gabinetu były otwarte, wchodził. Jeśli zamknięte, pukał raz i czekał. Po dwóch tygodniach Marta powiedziała mu, że to najbardziej irytujący sposób pukania, jaki zna. Następnego dnia zrobił dokładnie to samo.

Sprawa nocnego wejścia do terminalu utknęła. Karta pracownika okazała się sklonowana albo jej identyfikator został użyty w systemie w inny sposób; technicy bezpieczeństwa nie potrafili jeszcze rozstrzygnąć, jak. Wiadomość wysłana do księgowości prowadziła przez kilka zwyczajnych usług sieciowych i nie dawała prostego nazwiska. Marta zleciła własny audyt dostępu do dokumentacji. Andrzej poprosił, żeby zakres kontroli znało jak najmniej osób. Audyt przyniósł kilkanaście drobnych uchybień, ale żadnego przełomu. Zostały stare konta po zmianach stanowisk i dwa wspólne katalogi z szerszym dostępem, niż wymagała praca. Na odwrocie instrukcji serwisowej ktoś zapisał hasło do jednego terminala. Marta przyjęła raport bez złości i następnego dnia kazała naprawić wszystko, co dało się naprawić od ręki.

Andrzejowi podobało się, że nie próbowała zamienić audytu w polowanie na winnego. Każde uchybienie traktowała jak element systemu. Problem pojawiał się dopiero tam, gdzie ktoś użył go świadomie.

— Czyli mam podejrzewać wszystkich? — zapytała któregoś popołudnia.

— Masz sprawdzać fakty.

— To bardzo elegancka wersja podejrzewania wszystkich.

— Dlatego ją wybrałem.

Marta rzuciła w niego zmiętą kartką. Andrzej złapał ją jedną ręką i położył na biurku.

— Nawet nie umiesz dostać papierem w głowę jak normalny człowiek.

— Mogę spróbować jeszcze raz.

— Straciłam zainteresowanie.


Tego dnia pracowali do późna. Po dziewiętnastej w budynku zostało kilka osób z laboratorium i ochroniarz na dole. Marta zamknęła laptop, przeciągnęła się i spojrzała przez okno. Światła portu rozmywały się w wilgotnym powietrzu.

— Mam ochotę wyjść stąd jako człowiek, a nie właścicielka firmy.

Andrzej odłożył dokument.

— To wymaga specjalnego zezwolenia?

— W moim przypadku czasami tak.

— Kto wydaje?

— Ja.

— Widzę problem organizacyjny.

Marta popatrzyła na niego, po czym sięgnęła po płaszcz.

— Chodź.

— Dokąd?

— Na kolację. Bez raportów, bez terminalu, bez sabotażu i bez twojej miny człowieka, który właśnie ocenia nośność mostu.

— Nie oceniam nośności mostów przy kolacji.

— Świetnie. Już mamy temat do rozmowy.

Wybrała niewielki lokal w starszej części miasta, schowany między kamiennymi fasadami i sklepem, który o tej porze był już zamknięty. W środku pachniało pieczonym chlebem. Marta zabrała mu kartę dań, kiedy po kilku minutach nadal jej nie otworzył.

— Wybiorę za ciebie.

— To ryzykowne.

— Przeżyjesz.

— Skąd wiesz?

— Mam przeczucie.

Przyjrzał się jej uważniej.

— Nie polegaj na przeczuciach.

— Powiedział człowiek, który potrafi wejść do hali i wskazać kabel, którego nikt wcześniej nie sprawdził.

— To było doświadczenie.

— Oczywiście.

Nie ciągnęła tematu. Zamówiła jedzenie i kieliszek wina, a Andrzej został przy wodzie. Przez pierwsze pół godziny rozmawiali o rzeczach, które nie miały znaczenia dla żadnego raportu: miejscach, w których mieszkali, morzu i powodach, dla których Marta założyła własną firmę zamiast zostać w dużej korporacji.

— Miałam trzydziestu dwóch szefów — powiedziała. — Czasami jednocześnie.

— Imponujące.

— Jeden wiedział, jak zrobić to, co projektowaliśmy. Reszta wiedziała, jak zrobić prezentację o tym, co projektowaliśmy.

— I dlatego odeszłaś?

— Odeszłam, kiedy kazali mi podpisać decyzję, z którą się nie zgadzałam. Powiedzieli, że odpowiedzialność jest moja, a decyzja ich. Uznałam, że ten model biznesowy ma pewną wadę.

— Co to była za decyzja?

Marta zakręciła kieliszek między palcami.

— Próba morska. Kierownictwo chciało ją zrobić przed terminem, bo statek był już opłacony. Mieliśmy wyniki wskazujące, że uszczelnienie traci parametry przy dłuższym obciążeniu. Oficjalnie „mieściło się w tolerancji”.

— A ty uważałaś inaczej.

— Uważałam, że jeśli coś pracuje pod wodą i nie mam do tego dostępu przez kilka miesięcy, słowo „prawie” kosztuje za dużo. Kazali mi podpisać zwolnienie ryzyka. Odmówiłam.

— I straciłaś pracę?

— Sama odeszłam tydzień później. Najpierw musiałam znaleźć człowieka, który przejmie projekt i nie podpisze tego za mnie.

Na jego twarzy przemknęło coś, czego nie skomentował.

— Co?

— Nic.

— Znowu bardzo konkretne nic.

— Zastanawiam się, ile razy w życiu ktoś próbował ci wytłumaczyć, że rozsądniej byłoby się zgodzić.

— Wystarczająco dużo, żebym przestała liczyć.

Andrzej pokiwał głową.

— Rozumiem.

— Ty byś podpisał?

— Nie.

— Nawet gdybyś stracił pracę?

— Pracę można znaleźć.

— A jeśli nie?

— Wtedy ma się więcej czasu.

Marta zaśmiała się i upiła łyk wina.

— Z tobą wszystko jest podejrzanie proste.

— Z daleka większość rzeczy wygląda prosto.

— A z bliska?

Palec Andrzeja przesunął się po brzegu szklanki.

— Z bliska człowiek zaczyna widzieć, ile kosztują.

Marta odłożyła widelec.

— A ciebie co kosztowało najwięcej?

Pytanie zabrzmiało lekko, ale Andrzej wiedział, że odpowiedź nie będzie lekka. Spojrzał przez szybę na odbicie sali w ciemnym oknie. Przez moment widział przy stolikach inne twarze, starsze wnętrza, światło lamp, które dawno przestały istnieć.

— Czas — powiedział.

— Czas?

— To jedyna rzecz, której ludzie mają mniej, niż sądzą.

— A ty?

Znów skupił uwagę na niej.

— Ja mam z nim skomplikowaną relację.

— Oczywiście. Normalna odpowiedź byłaby zbyt łatwa.

Uśmiechnął się. Marta zobaczyła za żartem cień czegoś starszego i cięższego, więc pozwoliła tematowi zostać tam, gdzie go zostawił. Przyglądała mu się przez chwilę. Pytanie, które miała zadać, zmieniło się gdzieś po drodze.

— Te kobiety, o których mówiłeś… kochałeś je naprawdę?

— Tak.

— Wszystkie?

— Każdą inaczej.

— Dyplomatyczna odpowiedź.

— Prawdziwa.

Marta oparła przedramiona na stole.

— A one ciebie?

Andrzej uśmiechnął się lekko.

— Niektóre miały gorszy gust.

— Czyli tak.

— Bywało.

— I zawsze kończyło się źle?

Zastanowił się dłużej.

— Kończyło się.

Marta zmarszczyła brwi.

— To nie jest odpowiedź.

— Jest. Tylko nie taka, jakiej oczekiwałaś.

Kelner postawił przed nimi jedzenie. Rozmowa urwała się na kilka minut. Marta nie wróciła do pytania, ale Andrzej widział, że go nie odłożyła. Zapamiętywała rzeczy. Przy niej musiał uważać bardziej niż przy większości ludzi. Kiedy wyszli, miasto było mokre po krótkim deszczu. Wiatr od portu niósł chłód, lecz noc pozostała spokojna. Marta wsunęła dłonie do kieszeni płaszcza i ruszyła bez pytania w stronę nabrzeża. Andrzej poszedł obok.

— Nie odpowiedziałeś mi — powiedziała po chwili.

— Zauważyłem.

— To też jedna z twoich metod?

— Jakich?

— Czekasz, aż człowiek sam zrezygnuje z pytania.

— Działa rzadziej, odkąd cię znam.

Marta zatrzymała się przy barierce. Za nią czarna woda podnosiła się i opadała przy kamiennym nabrzeżu.

— Czego się boisz, Andrzej?

Pytanie było spokojne, bez zaczepki.

— Wielu rzeczy.

— Nie wierzę.

— To nie zmienia odpowiedzi.

— Mnie?

Uśmiechnął się, ale Marta nie odwzajemniła uśmiechu.

— Trochę — powiedział.

— Dlaczego?

Mógł odpowiedzieć żartem. Zwykle tak robił, gdy rozmowa podchodziła zbyt blisko. Teraz patrzyła na niego bez pośpiechu, dając mu możliwość wycofania się i jednocześnie pokazując, że ją zauważy.

— Bo jesteś przyzwyczajona decydować sama za siebie.

— To ci przeszkadza?

— Przeciwnie.

— Więc czego się boisz?

Wzrok Andrzeja uciekł ku wodzie.

— Że kiedyś uznam, że wiem lepiej od ciebie, co jest dla ciebie dobre.

Marta oparła dłonie o zimną metalową barierkę.

— Wiesz, ilu ludzi mówiło mi w życiu, co jest dla mnie dobre?

— Podejrzewam, że wielu.

— Ojciec robił to czasem. Szefowie robili to zawodowo. Inwestorzy robią to za pieniądze. Mężczyźni potrafią robić to z troski. Każdy ma swój elegancki powód.

Andrzej słuchał.

— Mogę przyjąć radę — ciągnęła. — Mogę nawet przyjąć, że się mylę. Ale kiedy ktoś odbiera mi decyzję, kończy się rozmowa.

— Rozumiem.

— Teraz rozumiesz. Pytam o moment, kiedy będziesz się bał.

To zdanie zatrzymało go na dłużej. Wiatr szarpał połami jej płaszcza, a za plecami trwał zwyczajny ruch ulicy. Andrzej pomyślał, że najtrudniejsze obietnice zawsze składa się w zwyczajnych miejscach.

— Wtedy też chcę pamiętać — powiedział.

— Lepiej.

Marta milczała.

— Dziwna rzecz do powiedzenia na randce — stwierdziła w końcu.

— To jest randka?

— Właśnie przestała nią być.

— Szkoda.

— Nie wyglądasz na załamanego.

— Mam dużą praktykę.

Roześmiała się. Ruszyli dalej, a po kilkudziesięciu metrach Marta bez pytania i komentarza wsunęła dłoń pod jego ramię. Jego wzrok zatrzymał się na jej palcach, potem wrócił na drogę, ale Andrzej się nie odsunął. Przy samochodzie nie puściła go od razu.

— Odwiozę cię.

— Hotel jest blisko.

— Wiem.

— Więc?

— Więc nie jedziemy do hotelu.

Andrzej popatrzył na nią, a Marta wytrzymała jego spojrzenie.

— Nadal się boisz?

— Trochę.

— Dobrze.

— Dlaczego dobrze?

— Bo zaczynałam podejrzewać, że nic na ciebie nie działa.

W samochodzie rozmawiali już mniej. Marta prowadziła w stronę dzielnicy położonej wyżej nad portem. Kiedy zatrzymała się przed niewielkim domem, wyłączyła silnik i przez chwilę siedziała z dłońmi na kierownicy.

— Możesz jeszcze powiedzieć, że to zły pomysł.

— Mogę.

— I?

— Byłoby to mało przekonujące.

Marta wysiadła, a Andrzej zrobił to chwilę później. Jej dom był niewielki, z jasnym gankiem i oknami skierowanymi w stronę portu. Na schodach stała donica z rośliną, która powinna była dawno umrzeć od zimnego wiatru, a mimo to trzymała kilka zielonych liści.

— Nie komentuj — powiedziała Marta, widząc jego spojrzenie.

— Nic nie powiedziałem.

— Wiem, jak wyglądasz, kiedy masz komentarz.

— To zaczyna być niebezpieczne.

— Dla ciebie.


W domu zapaliła tylko lampę przy schodach i światło w kuchni. Zrzuciła płaszcz na krzesło, zdjęła buty i odwróciła się do Andrzeja. Stał przy drzwiach, spokojny jak zwykle, lecz jego lewa dłoń zacisnęła się raz i rozluźniła. Marta zauważyła ten ruch i podeszła bliżej.

— Jednak działam.

— Nie przesadzaj.

— Widziałam rękę.

— Zdradliwa.

Marta ujęła jego nadgarstek. Kciukiem dotknęła sznureczka i przesunęła po jednym z węzłów.

— Tego dziś nie rozwiązuj.

Przez sekundę patrzył na jej dłoń.

— Nie zamierzałem.

Podniosła głowę i pocałowała go pierwsza. Przez krótką chwilę stał nieruchomo, jeszcze nie całkiem gotów odejść od własnej ostrożności, po czym objął ją i odpowiedział na pocałunek. Marta poczuła, że cały ten jego spokój ma granicę, a ta świadomość spodobała jej się bardziej, niż zamierzała przyznać. Kiedy odsunęła usta, nadal trzymała go za nadgarstek.

— Zostań.

Patrzył na nią kilka sekund.

— Dobrze.

Rozdział 9. Granica spokoju

Marta nie zapytała drugi raz. Zgasiła światło w kuchni, zostawiając tylko lampę przy schodach, ciepłą i słabą, która rozcinała półmrok wąskim pasem. Andrzej stał wystarczająco blisko, żeby czuła na twarzy jego oddech, ale nie zrobił pierwszego kroku. Marta to zauważyła i ujęła go za kurtkę, przyciągając ku sobie. Pocałunek był spokojniejszy niż poprzedni, bez pośpiechu i potrzeby udowadniania czegokolwiek. Przesunęła dłonie po jego ramionach, potem po karku. Kiedy dotknęła sznureczka na nadgarstku, Andrzej na moment znieruchomiał.

— Nadal się boisz? — zapytała.

— Tak.

— Dobrze.

— Nadal nie rozumiem, dlaczego cię to cieszy.

— Bo przynajmniej raz nie wyglądasz, jakbyś znał zakończenie.

Spotkał jej spojrzenie.

— Zakończeń nigdy nie należy być pewnym.

Marta chciała odpowiedzieć, ale pocałował ją pierwszy. Nie cofnął się do własnego spokoju. Marta poczuła pod palcami napięcie jego karku i ramion; przez cały wieczór pilnował granicy, którą teraz sam pozwolił przekroczyć. Kiedy jego dłoń zatrzymała się na jej talii, spojrzał na nią.

— Jeśli czegoś nie chcesz, powiedz.

— Powiem.

— Marta.

— Andrzej, potrafię mówić.

W jego oczach pojawił się krótki błysk rozbawienia.

— Zauważyłem.

Pocałowała go ponownie, już bez ostrożnego sprawdzania, czy odpowie. Odpowiedział od razu. Przeszli kilka kroków w stronę salonu. Marta rozpięła mu kurtkę i odłożyła ją na krzesło. Andrzej przez chwilę patrzył na jej twarz, próbując zapamiętać tę decyzję dokładniej niż dotyk. Ten sposób patrzenia drażnił ją i przyciągał jednocześnie.

— Nie rób ze mnie wspomnienia, zanim cokolwiek się wydarzy — powiedziała.

Znieruchomiał.

— Nie robię.

— Dobrze.

Położyła mu dłoń na piersi i poczuła mocne, zwyczajne bicie serca, co uspokoiło ją bardziej, niż chciała przyznać. Przez ostatnie tygodnie wokół Andrzeja zbierało się zbyt wiele pytań; w tej chwili był po prostu mężczyzną stojącym w jej domu, trochę bardziej poruszonym, niż pozwalał sobie pokazać. Kiedy ponownie go pocałowała, przestała myśleć o pytaniach. Później najlepiej pamiętała jego dłoń na policzku i koszulę przewieszoną przez oparcie krzesła, choć żadne z nich nie pamiętało, kto ją tam rzucił. Nie potrzebowali wielu słów. Kiedy znalazła się za jego plecami, przesunęła dłonią od karku w dół. Skóra była ciepła i gładka, bez blizn ani śladów dawnych urazów czy operacji, które pasowałyby do człowieka mówiącego o własnym życiu tak, jakby zdążył przeżyć kilka cudzych.

— Co? — zapytał, odwracając głowę.

— Nic.

Marta jeszcze raz przesunęła palcami po jego plecach.

— Po prostu próbuję znaleźć coś niedoskonałego.

— I?

— Charakter.

Andrzej roześmiał się cicho.

— Wiedziałem, że sobie poradzisz.

Później noc zamknęła się wokół nich, a dom ucichł. Marta zasnęła z głową na jego ramieniu, ale Andrzej nie spał. Patrzył w ciemność i słuchał jej oddechu. W jego życiu zdarzały się już podobne noce, choć w innych pokojach i miastach, z obcymi językami za oknami. Były też kobiety, które znały dotyk jego dłoni i zasypiały obok przekonane, że rano zobaczą tego samego człowieka. Przez pewien czas rzeczywiście go widziały, aż wszystko wokół się zmieniało, ludzie odchodzili, a on zostawał. Marta poruszyła się przez sen i położyła dłoń na jego piersi. Andrzej spojrzał na nią, lecz nie próbował zgadywać, ile czasu dostaną.

Znał pokusę liczenia. Kiedyś próbował zapamiętywać daty początku i końca, wierząc, że liczby coś uporządkują. Potem przestał. Człowiek nie stawał się mniej ważny dlatego, że był obecny przez rok zamiast pięćdziesięciu lat. Marta oddychała spokojnie, a jej dłoń spoczywała na nim bez napięcia. Andrzej pomyślał, że rano wróci do pytań, a on znów będzie wybierał odpowiedzi ostrożniej, niż ona zaakceptuje. Ta myśl nie odebrała mu spokoju; oznaczała po prostu, że będzie rano.


Nad ranem obudził go zapach kawy. Przez kilka sekund leżał bez ruchu, patrząc na jasny prostokąt drzwi, a potem usiadł. Sznureczek nadal miał na nadgarstku; jeden z węzłów przesunął się podczas nocy na wewnętrzną stronę ręki. W kuchni Marta stała przy blacie w jego koszuli. Andrzej zatrzymał się w drzwiach.

— To moja.

Marta zerknęła na siebie.

— Była.

— Rozumiem, że negocjacje nie są przewidziane.

— Możesz złożyć reklamację.

Podała mu kubek.

— Kawa?

— To może złagodzić stanowisko.

Usiadł przy stole. Marta oparła się biodrem o blat i obserwowała go w milczeniu.

— Żałujesz?

— Nie.

Odpowiedział bez namysłu.

— Ty?

— Jeszcze nie.

— Obiecująco.

— Nie psuj.

Andrzej napił się kawy. Marta podeszła, usiadła naprzeciwko i obracała kubek w dłoniach.

— Wczoraj powiedziałeś, że boisz się, że kiedyś uznasz, iż wiesz lepiej ode mnie, co jest dla mnie dobre.

— Powiedziałem.

— To zapamiętaj coś.

Andrzej podniósł wzrok.

— Możesz mi powiedzieć, że robię głupotę. Możesz się ze mną kłócić. Możesz nawet mieć rację.

— Łaskawie.

— Ale decyzja zostaje moja.

Nie uśmiechała się, więc Andrzej odstawił kubek.

— Wiem.

— Nie. Teraz mówisz, że wiesz. Chcę, żebyś pamiętał wtedy, kiedy naprawdę będziesz chciał zrobić coś za mnie.

Patrzył na nią długo.

— Dobrze.

Marta nadal mu się przyglądała.

— Chcę, żebyśmy mieli jedną zasadę.

— Słucham.

— Kiedy uznasz, że coś mi grozi, powiedz mi wszystko, co możesz. Krzycz, jeśli trzeba. Przekonuj. Ale zostaw mi wybór, dopóki naprawdę mogę go dokonać.

— A jeśli nie będziesz mogła?

— Wtedy zrób to, co trzeba, żebym znowu mogła.

Andrzej opuścił wzrok na jej dłonie obejmujące kubek.

— To dość precyzyjna umowa.

— Jestem inżynierem.

— Zauważyłem.

Uśmiechnęła się lekko.

— I nie szukaj luk w specyfikacji.

— Postaram się.

— To brzmi podejrzanie.

— Bo znam prawników.

Marta skinęła głową, uznając sprawę za zamkniętą, lecz gdy telefon na blacie zawibrował i spojrzała na ekran, uśmiech zniknął.

— Co? — zapytał Andrzej.

Marta podała mu telefon z fotografią z poprzedniego wieczoru. Wychodziła na niej z restauracji, a Andrzej szedł pół kroku za nią. Zdjęcie wykonano z drugiej strony ulicy. Po powiększeniu kadr pozostał czysty, choć obraz po przesłaniu stracił większość danych technicznych.

— Metadane? — zapytała.

— Sprawdź.

Otworzyła szczegóły pliku.

— Prawie pusto. Data utworzenia jest dzisiejsza.

— Czyli kopia albo eksport. Ktoś nie wysłał oryginału.

— Profesjonalista?

— Albo ktoś, kto przeczytał instrukcję w internecie.

Marta powiększyła odbicie w szybie restauracji. Widać było fragment lampy ulicznej i jasną plamę metalowej barierki.

— Da się znaleźć miejsce?

— Tak.

Odpowiedział za szybko i Marta od razu podniosła wzrok.

— Już znalazłeś.

— Prawie.

— Nienawidzę twojego „prawie”.

— Wiem.

Andrzej przyjrzał mu się przez kilka sekund.

— Kto to wysłał?

— Nieznany numer.

— Nie odpowiadaj.

— Nie zamierzałam.

Wstał pod jej uważnym spojrzeniem.

— Znasz tę minę.

— Jaką?

— Tę, przy której wszyscy inni powinni zacząć się martwić.

Andrzej oddał jej telefon.

— Nie wszyscy.

— A ja?

— Ty szczególnie nie.

Marta oparła dłonie o blat.

— Andrzej.

Zatrzymał się.

— Pamiętasz rozmowę sprzed trzydziestu sekund?

— Doskonale.

— To nie zaczynaj.

Patrzyli na siebie w ciszy, po czym Andrzej powoli usiadł z powrotem.

— Dobrze. Co chcesz zrobić?

Marta sięgnęła po telefon.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 44.31