E-book
2.73
drukowana A5
15.13
Licho

Bezpłatny fragment - Licho


3
Objętość:
70 str.
ISBN:
978-83-8126-045-9
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 15.13

Wstęp

Był 14 sierpnia 2003 roku. Tego dnia było bardzo słonecznie. Delikatny, chłodny wiatr sprawiał, iż mimo upału na dworze było całkiem przyjemnie. Na chodniku ciągnącym się wzdłuż dwupasmowej jezdni, między leniwie snującymi się przechodniami, biegała grupka dzieci. Mali chłopcy głośno wołając strzelali do siebie pistoletami na wodę. Ganiali się po chodniku, a po chwili wbiegli do starej kamienicy, która jak kilka innych straszyła wyglądem wzdłuż całej ulicy. Był to stary poniemiecki dwupiętrowy budynek ze starymi drewnianymi oknami, z których obłaziła biała farba. Ze ścian odpadał tynk. W oknie tej kamienicy stał mężczyzna w koszulce bokserskiej. Miał czarne krótkie włosy, ciemną karnację i krępą budowę ciała. Jego muskularne ręce pokryte licznymi tatuażami wykonywały dziwne na pierwszy rzut oka ruchy — jakby coś pokazywał, tłumaczył. Spoglądając jednak na przeciwną stronę ulicy jego zachowanie stawało się zrozumiałe. Znajdował się tam jeden z najostrzejszych zakładów karnych w kraju. Mężczyzna w kamienicy przekazywał informacje, których nieświadomi przechodnie nigdy by nie zrozumieli. Więzienie było otoczone wysokim murem z wieżyczkami, w których zawsze stali uzbrojeni strażnicy. Na ostatnim piętrze zakładu widocznym z ulicy, w okratowanym oknie stał więzień, który gestykulując prowadził swego rodzaju rozmowę z mężczyzną z kamienicy. Za pomocą gestów porozumiewali się jak głuchoniemi. Takiej rozmowy nikt nie mógł podsłuchać. Pod kamienica stały żony, dziewczyny, koledzy osadzonych i w ten właśnie sposób rozmawiali ze swoimi bliskimi zamkniętymi w celach. Stało się to norma, swego rodzaju tradycją i nikt nie zwracał na to uwagi. Była to namiastka kontaktu. W tym zakładzie o zaostrzonym rygorze spora część osadzonych miała ograniczone widzenia. Bliscy, którzy nie mogli ich odwiedzić przekazywali informację w ten właśnie sposób. Z ulicy widoczne były tylko dwa rzędy okien na dwóch ostatnich piętrach więzienia, resztę zasłaniał mur. Więźniowie osadzeni w tych kilku celach, byli prawdziwymi szczęściarzami, o ile można tak nazwać człowieka pozbawionego wolności. Wystawali w oknach i rozmawiali z odwiedzającymi ich ludźmi oraz z bliskimi innych więźniów by przekazać później im te informacje. Robili to za pieniądze i to niemałe, zwłaszcza, że aby przekazać taką informację skazanemu zamkniętemu w izolatce, trzeba było zapłacić jeszcze strażnikowi. Mężczyzna w oknie kamienicy przekazywał informacje z powagą. Nie uśmiechał się. Ze skupioną miną gestykulował wolniej niż bliscy skazanych stojący na ulicy. Tak jakby zależało mu bardzo na dobrym zrozumieniu, a przekazywana informacja była bardzo istotna.


Na bocznej ścianie tego wielkiego jak na Polskie warunki więzienia ekipa remontowa rozpoczęła ocieplanie budynku. Robotnicy w ubraniach z logiem firmy na plecach byli praktycznie niewidoczni poprzez siatkę, która zakrywała prawie całe rusztowanie. Jeden z pracowników upewniwszy się, iż na poziomie jego kładki nie ma nikogo, malutkim palnikiem nadciął delikatnie cztery pręty okiennej kraty. Nacięcia wykonywał przy samej krawędzi łączącej kratę z murem w taki sposób, że nawet z bliska ciężko było dostrzec powstałe uszkodzenia. Zajęło mu to około 20 sekund. Po wykonaniu tego zadania schował palnik do torby i pracował jak pozostali robotnicy nie zwracając na siebie uwagi.

W tym samym czasie na zapleczu pewnej stylowej kawiarni tęgi, łysy mężczyzna w drogim garniturze, ewidentnie szytym na miarę, ponieważ jego rozmiarów nie przewidział chyba żaden producent, udzielał szorstko instrukcji młodemu chłopakowi. Był to krótko przystrzyżony blondyn z wyłupiastymi niebieskimi oczyma wpatrzonymi z przejęciem w grubasa. Ubrany był w dżinsy, czarne lakierki i czarną koszulkę polo w białe paski. Na jego przedramieniu widoczny był duży tatuaż. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Widać było, że mężczyzna w garniturze bardzo mu imponuje i ma na niego duży wpływ.

— Jak ten temat załatwisz, to nie tylko będziesz spłacony, ale i nowe mieszkanie sobie kupisz. Przekonywał chłopaka grubas.

— W tej torbie masz ciuchy i sprzęt. Wchodzisz przez dach. Plan budynku masz w torbie, ale to jest jednopiętrowy bank więc się nie zgubisz. Bardzo ważny jest czas. Wchodzisz dokładnie o godzinie 0:30 i dokładnie 0:50 wychodzisz przez dach. Alarm możemy odłączać na 2 minuty więc czas wejścia i wyjścia jest dla Ciebie najważniejszy.

— A te wszystkie kody czy szyfry…? Zapytał chłopak niepewnie.

— Mordka, wszystko masz. Wchodzisz, pakujesz papier i wychodzisz. To będzie Twój debiut.

— Dziękuję panie Jarku.

Tęgi mężczyzna uśmiechnął się po ojcowsku do chłopaka, pożegnał go i zamówiwszy sobie kawę pogrążył się w lekturze gazety.

Rozdział I

Była ciemna noc szesnastego sierpnia 2003 roku. Zbliżała się północ. Ulewny deszcz obmywał mury więzienia. Po ulicy płynęła woda, gdyż studzienki nie nadążały odbierać wody. Więzienny spacerniak zmienił się w jedną wielką błotnistą kałużę. Deszcz był bardzo intensywny. Krople uderzały głośno o blaszane dachy budynków, a przemoczona siatka osłaniająca rusztowanie co chwila głośno w nie uderzała targana wiatrem. Woda z rynien wylewała się na ziemię. Wszystko razem sprawiało, że ulewa była naprawdę głośna. Mokre ściany więzienia pociemniały od wilgoci i wyglądały jeszcze bardziej ponuro niż zwykle. W ciemnej jednoosobowej celi szpakowaty krępy mężczyzna siedział na pryczy i ze skupieniem wpatrywał się w kawałek zachmurzonego nieba za oknem. Sprawiał wrażenie bardzo zamyślonego. Wyglądem nie przypominał typowego recydywisty jaki od razu nasuwa się na myśl. Nie posiadał tatuaży. Kruczoczarne włosy przerzedzone już siwymi na skroniach oraz ciemna karnacja sprawiały iż urodą przypominał bardziej Greka niż Polaka. Twarz ogolona, niezniszczona, orli nos, brązowe oczy, wysokie czoło i krzaczaste czarne brwi nadawały mu powagi. Wyglądał na inteligentnego statecznego mężczyznę nie pasującego do miejsca, w którym się znalazł. Nagle z ulicy doszedł go dźwięk trąbki — takiej piszczałki jakiej używają kibice na trybunach. Zerwał się na równe nogi. Poruszał się bardzo szybko, jakby ktoś odmierzał mu czas. Położył się na podłodze, wczołgał się pod swoje więzienne łóżko i nożem do masła zerwał dwie płytki podłogowe odsłaniając wydrążony w podłodze otwór. Wyciągnął z niego czarną torbę. Nadal poruszał się strasznie szybko jakby brał udział w jakiś zawodach. Z torby wyciągnął czarne spodnie, buty i czarną bluzę z kapturem oraz dwa mocne pasy przypominające trochę pasy od kimono. Przebrał się szybko, a więzienny strój i torbę ułożył na podłodze nakrywając złożonym kocem z pryczy. Otworzył okno i stojąc przed nim w naciągniętym na głowę kapturze przewlekł owe pasy przez kraty. Złapał je oburącz i zamarł w bezruchu. Stał tak z 10 sekund. Nagle ponownie rozległ się dźwięk trąbki. W tym momencie szarpnął mocno kratę wyrywając ją i wciągając do środka. Upadła głucho na koc i ubrania ułożone na podłodze. Przez okno wyszedł wprost na rusztowanie na którym za dnia pracowali robotnicy. Wspinał się po mokrym rusztowaniu na samą górę. W pewnej chwili pośliznął się i ledwo udało mu się utrzymać równowagę. Odczekał kilka sekund, żeby upewnić się czy nikt go nie usłyszał i ruszył dalej. Rusztowanie było tak ustawione, że dostał się dzięki niemu poza mur więzienia skacząc na dach kamienicy.

Nagle rozległy się syreny. Uciekinier zatrzymał się na pięć sekund. Widząc podjeżdżające już nieoznakowane radiowozy, rozpędził się i przeskoczył na kolejny budynek.

— Jest na dachu akademika. Zameldował przez radio policjant oparty o drzwi radiowozu.

— Musicie dotrzeć na dach zanim on dotrze do środka i weźmie jakiś zakładników. Odpowiedział głos w radiu.

— Zrozumiałem

— Tam jest!!! Krzyknął jeden z policjantów.

— Przeskoczył na bank!!! BATMAN pieprzony!!! Policjanci byli pod wrażeniem ponieważ budynek banku i akademika dzielił szeroki chodnik. Taki skok to był prawdziwy wyczyn.

Policjanci ruszyli w pogoń, ale zbieg miał przewagę. Zeskoczył z drugiej strony gdzie, żeby się dostać, policjanci musieli obiedz trzy następne budynki, a samochodem nie dało się tam wjechać ponieważ budynki połączone były murkiem. Biegł ile sił w nogach. Kałuże i lejący deszcz utrudniały ściganemu ucieczkę. Przeskoczył przez ogrodzenie i biegł przez boisko. Słyszał już biegnących za nim policjantów i nadjeżdżające radiowozy. Przeskoczył przez kolejną siatkę i wylądował na dachu taksówki — mercedesa klasy S. Taksówkarz wyskoczył jak poparzony z samochodu i z teleskopową pałką ruszył na uciekiniera. Niestety jedno szybkie uderzenie w grdykę obezwładniło kierowcę, który upadł bezwładnie w kałużę. Uciekinier wsiadł do mercedesa. Cofnął kawałek, aby ominąć leżącego przed maską nieprzytomnego kierowcę i ruszył ocierając drzwiami o bok radiowozu, który właśnie podjechał próbując go zatrzymać. Widząc następny wóz policyjny, który właśnie ustawił się w poprzek jezdni, ostro skręcił w lewo i wjechał na deptak. Na szczęście z powodu ulewy nie było na nim ludzi. Jechał ponad siedemdziesiąt kilometrów na godzinę taranując stoliki i parasole wystawione przed kawiarniami, a próbujący go zatrzymać radiowóz zepchnął na prawą stronę tak, że policjanci rozbili się o betonową fontannę. Uderzenie było tak silne, że auto stanęło prawie pionowo i z hukiem opadło na chodnik. Z deptaku wpadł na jednokierunkową drogę, ale po przejechaniu jakiś trzystu metrów wjechał na trawnik i pędził przez park. Radiowozy nie miały jak go wyminąć między drzewami. Po chwili przelatując nad trzema murowanymi schodkami kończącymi park opadł z hukiem na asfalt. Pędził przejeżdżając przez dwa kolejne skrzyżowania na czerwonym świetle, przez co usiłujący uniknąć zderzenia Land Rover uderzył w latarnię. Na następnych światłach skręcił w prawo uderzając bokiem w przejeżdżającego volkswagena golfa i wyskoczył na trzypasmową obwodnicę gdzie w momencie osiągnął 240 km/h. Radiowozy miały naprawdę problem aby się za nim utrzymać. Droga prowadziła na most, na którym właśnie ustawiała się blokada policyjna. Nie patrząc na nic przebił się przez stojące w poprzek drogi radiowozy. Szczęście jednak go nie opuszczało — nie zdążyli rozstawić kolczatki. Uciekał wyjątkowo sprawnie jednak policja ciągle się za nim trzymała. Pościg przeniósł się poza miasto i jechało mu się coraz trudniej. Ulewny deszcz ograniczał widoczność a mercedes miał już potłuczone reflektory. Drogę oświetlały jedynie halogeny, które jakimś cudem mimo takiej jazdy przetrwały. Na pewno były uszkodzone i przesunięte bo świeciły na krzyż oświetlając sam środek drogi, ale i tak dziwne, że nie odpadły po skakaniu tym autem ze schodów w parku. Policjanci próbowali przestrzelić mu opony, ale nie udawało im się to. Trafiali w zderzak, tylne drzwi. Trafili nawet w tylną szybę, ale w koła nie mogli. Lał deszcz. Droga, była nierówna, a zbieg co rusz zmieniał pasy ruchu. W takich warunkach nie łatwo oddać celny strzał. Po jakiś 30 minutach pościgu stało się coś co musiało w końcu nastąpić diametralnie zmieniając sytuację. To było nieuniknione–wskazówka pokazująca poziom paliwa opadła na sam dół. Kierowca mercedesa widząc, że samochód za chwilę zgaśnie, zjechał w leśną dróżkę, wyskoczył z auta i rzucił się do ucieczki pieszo. W tej samej sekundzie nadjechał pierwszy radiowóz. Policjanci oddali strzały ostrzegawcze. Zbieg nawet się nie obejrzał. Biegł ile sił w nogach. Nagle z ogromnym zdziwieniem zobaczył jak coś z impetem rozrywa jego kurtkę od środka i wyprzedza go. To był pierwszy pocisk, który go trafił. Tego pierwszego nie poczuł. Następny już tak. Trzeci był śmiertelny. Padł twarzą na ziemię. Policjanci dobiegli do niego. Odwrócili na plecy by sprawdzić czy żyje. Uciekinier w wyniku ran postrzałowych zmarł. Nie było wątpliwości. Jego otwarte oczy zgasły. Policjant nie wyczuł również pulsu. Nie był to jednak zbiegły więzień, a młody chłopak, którego pan Jarek — ten tęgi mężczyzna w garniturze przekonywał trzy dni wcześniej, iż w jego zadaniu najważniejszy będzie czas w którym wyjdzie na dach.

Rozdział II

Słońce wschodziło nad górską szosą otoczoną z jednej i drugiej strony lasem. Wiła się ona niczym wąż. Promienie słońca przebijały się między drzewami padając na asfalt z oślepiającym blaskiem. Czarny Jeep Grand Cherokee sunął powoli przed siebie. Za jego kierownicą siedział szpakowaty krępy mężczyzna, który jeszcze wczoraj wieczorem siedział w celi i nasłuchiwał dźwięku trąbki. Popijał red bulla i co chwila zerkał na nawigację. W radiu zaczęły się właśnie poranne informacje kiedy zadzwonił telefon samochodowy.

— Co tam? Odebrał mężczyzna.

— Jak podróż Karolku? Daleko jesteś? Powitał go pan Jarek siedzący na zapleczu swojej kawiarni przed filiżanką kawy.

— W porządku, za godzinę będę na miejscu.

— O.K. Przesiądziesz się tam do chłopaków. To będą teraz twoi jedyni towarzysze przez najbliższy miesiąc. Podam Ci też współrzędne GPS bo do tego domu nie dojedziecie szosą.

— Wypas. Zakpił Karol.

— Właśnie dlatego jest idealny. To duży elegancki dom, a nikt was tam nie znajdzie. Będziecie mogli w spokoju pracować. Chyba nie sądziłeś, że dzień po ucieczce z puchy wynajmę ci apartament w Gołębiewskim gdzie panie na recepcji od wczoraj oglądają twój ryj we wszystkich wiadomościach?!

— W sumie po takich wczasach wszędzie mi chyba pasuje. Zadzwonię jak już się przesiądę.

— Dobra. Na razie. Zakończył pan Jarek.

Karol jechał słuchając w radiu wiadomości na temat swojej ucieczki z więzienia i dalej popijał red bulla. Za około 40 minut zjechał na parking. Stały na nim autokary czekające na turystów. Zaparkował na tyłach parkingu i zgasił silnik. Po chwili podjechał identyczny jak jego czarny Jeep Grand Cherokee. Karol wysiadł z samochodu i ruszył naprzeciw kierowcy, który również wysiadł. Podając sobie bez słowa ręce wymienili się kluczykami. Kierowca zabrał starego Jeepa, a Karol odjechał nowym. Na przednim fotelu pasażera siedział wysoki brunet o sylwetce kulturysty, drugi chudy średniego wzrostu w okularach i kaszkiecie na głowie siedział na tylnym siedzeniu.

— Witaj Karolku. Tak się z Suchym zastanawialiśmy. Nie podobało Ci się w pierdlu? Zaśmiał się ten większy.

— Guguś, ile można odpoczywać? Zażartował Karol.

— A wiesz już gdzie to jest? Zapytał Suchy.

— No współrzędne mi wysłał..

— Współrzędne??? A gdzie to jest?? Na morzu?? Spytał Guguś

— Tam żadna droga nie dochodzi. To już wysoko w górach. Jedzie się podobno godzinę przez las. Po zakupy będziesz jeździł z nawigacją, a jakbyś zapomniał współrzędnych to nie trafisz na pamięć.

— O.k. Skwitował Suchy.

Jechali górską szosą, na której ruch systematycznie się zmniejszał. Im wyżej tym rzadziej pojawiały się samochody, dlatego mijający ich Dodge Stratus zwrócił na siebie ich uwagę.

— Ładny Stratus, co? Stwierdził Guguś i czekał na potwierdzenie.

— No ładny. Przyznał Karol

— To najlepsze samochody! Stwierdził z entuzjazmem Suchy uśmiechając się do Gugusia.

— Czemu najlepsze? Spytał Karol

— Najłatwiejsze do buchnięcia. Wyjaśnił Guguś. Ten model który nas mijał robili od dziewięćdziesiątego szóstego czy dziewięćdziesiątego piątego do dwutysięcznego roku. Teraz już wyszedł nowszy. Z nim już nie jest tak kolorowo. Wracając do sedna, miały jakąś wadę konstrukcyjną, a raczej jakiś projektujący to baran nie sprawdził czy nie zwrócił uwagi na stacyjkę. W stanach zaczęli kraść te samochody na potęgę i nikt nie wiedział czemu. Dopiero kiedy złapali jakiś dwóch murzynów w takim stratusie, którzy nagrywali sobie całą akcję, doszli co było przyczyną. Tam jest tak zrobiona stacyjka, że możesz włożyć np. śrubokręt, scyzoryk czy nawet klucz od mieszkania i jeśli tylko przekręcisz stacyjkę, samochód zapala bez niczego…

— No co Ty opowiadasz? Nie dowierzał Karol.

— To prawda potwierdził Suchy. Sami żeśmy osiem takich owalili i sebringa bo tam było to samo. Po tej akcji z murzynami Chrysler i Dodge zaczął seryjnie montować w samochodach systemy antynapadowe, imobilizery itp. ale do tamtego momentu mogłeś odpalać samochód nawet widelcem. Jakoś było trzeba zarabiać odkąd Cię zabrakło.

— Nieźle. Kto by pomyślał. A w ogóle to tu dużo tych amerykańców jeździ.

— Jesteśmy w górach. Tu prawie każdy ma kogoś z rodziny w Stanach. Serio, bardzo dużo górali siedzi w USA. Stwierdził Suchy.

— Ja też trochę tu pomieszkam i po akcji walę do Meksyku. Zaśmiał się Guguś.


Jeep zwolnił i zjechał z szosy kołysząc się na nierównościach. Karol zadzwonił do pana Jarka i prowadził z nim długą rozmowę trzymając jedną ręką telefon, a drugą kierownicę. Jechali przez gęsty las między drzewami. Samochód ledwo przejeżdżał między nimi. Co chwila podskakiwał na wystających korzeniach. Innym samochodem nie daliby rady przejechać.

— Takiej akcji to jeszcze nie było, co Suchy? Żeby w lesie się chować. Zagadnął Guguś.

— Prawdziwa partyzantka. Odparł z uśmiechem.

— Żebyśmy nie zdziczeli tutaj. Wiesz, tyle czasu… Zapomnisz jak się je widelcem

— Oby kibel był.

— No nawet nie gadaj, że może nie być.

— Może być tak zwany kibel syberyjski.

— A co to?

— Składa się z dwóch kijów. Jeden służy do powieszenia kurtki, a drugi do odganiania wilków.

Obaj parsknęli śmiechem, ale szybko się uciszyli ponieważ Karol wciąż rozmawiał przez telefon.

— Że on ma w ogóle tu zasięg. Zdziwił się Guguś.

— Nieprzypadkowo wybrali to miejsce.

— To znaczy?

— Na Słowacji blisko granicy jest jakaś baza wojskowa i dzięki temu choć to takie odludzie będzie zasięg, nawet internet będzie. Tłumaczył Suchy.

— A oni się nie pokapują, że ktoś z ich nadajnika tu korzysta? Żebyśmy zaraz tych żołnierzy u siebie nie mieli.

— Nie główkuj nad tym. Wszystko jest dograne i przetestowane.

Spędzili na rozmowie jeszcze jakieś pól godziny, a Karol wciąż rozmawiał przez telefon.

— O! Jest! Krzyknął Guguś

Faktycznie zza drzew zaczął wyłaniać się duży dwukondygnacyjny drewniany dom. Był w całkiem dobrym stanie.

— Kto buduje taką chatę w środku lasu??? Yeti?? Dziwił się Suchy.

— Podobno jest bardzo stary. Kiedyś była ścieżka, ale wszystko zarosło. Tłumaczył Karol.

— Grubas mówił, że niemcy tu coś mieli podczas wojny. Wtrącił Guguś

— Co mieli? Spytał Suchy.

— Mieszkali se w tym domu, może mieli tu jakiś posterunek. Nie wiem dokładnie.

— Dobra zwiedzamy. Zarządził Guguś.

Panowie zaczęli wypakowywać swoje rzeczy. Dom robił wrażenie. Solidne drewniane schody prowadziły na werandę, na której spokojnie można by rozstawić duży stół. Drzwi wejściowe podobnie jak cały dom wykonane były z drewna. Zamocowana była na nich potężna kołatka. Karol włożył duży stary klucz do zamka i przekręcił go. Nacisnął żeliwną klamkę i otworzył drzwi. Wnętrze ich zaskoczyło. Na Parterze wielki salon połączony z kuchnią, kominek, duża ława, a wokół niej trzy obszerne kanapy. Kuchnia przygotowana była na przyjazd gości. W rogu stała nowa, jeszcze nie podłączona wysoka lodówka. Podobnie jak kuchenka mikrofalowa, czajnik elektryczny i elektryczna kuchenka turystyczna. W szafkach stały nowe naczynia, garnki, patelnie i ogólnie wszystko to co w kuchni powinno być. Salon był bardzo wysoki, gdyż pokoje na górze rozmieszczone były po bokach i prowadziły do nich bezpośrednio schody, które na ich poziomie zakręcały i prowadziły dalej na poddasze. Dzięki takiemu rozmieszczeniu salon był wysoki na 2 piętra. Okna w salonie również były bardzo wysokie. Wewnątrz przypominał te domy w amerykańskich filmach, choć z zewnątrz wyglądał jak mały pensjonat góralski.

Karol z Gugusiem wnieśli torby i kartony do pokoju na piętrze.

— Chyba najlepiej będzie rozstawić sprzęt tutaj. Spać będziemy na dole. Na wszelki wypadek. Nikt tu teoretycznie nie trafi, ale licho nie śpi. Nie możemy się dać zaskoczyć. Zasugerował Karol.

— Jak uważasz. Powiedział Guguś i zaczął rozstawiać i podłączać komputery.

— A gdzie agregat wstawimy? Spytał Gguś

— Do piwnicy. Będzie za bardzo hałasował.

Dom pomimo, iż był całkiem zadbany, był opuszczonym budynkiem stojącym pośrodku górskiego lasu, z dala od jakichkolwiek zabudowań czy nawet drogi. Nie było więc prądu, dlatego panowie wzięli ze sobą agregat prądotwórczy. Była za to woda co było nie do przecenienia. Mieli się tu przygotowywać do jakiejś poważnej roboty na zlecenie pana Jarka. Przywieźli ze sobą wielkie arkusze z planami jakiś budynków, 3 komputery i mnóstwo różnego sprzętu elektronicznego. Musieli w ciągu miesiąca przygotować się tak, aby wszystko w najdrobniejszych szczegółach przeprowadzić zgodnie z planem. Tak jak podczas ucieczki Karola.

Podczas gdy panowie u góry podłączali sprzęt, Suchy sprawdzał wszystkie okna czy na pewno się domykają. Następnie przy pomocy specjalnego urządzenia sprawdzał czy nigdzie w domu nie ma podsłuchu. Wszyscy trzej mieli ograniczone zaufanie wobec swoich zleceniodawców.

Kiedy wszystko już było sprawdzone, rozstawione i podłączone Karol zwrócił się do Suchego:

— My z Gugusiem narąbiemy drzewa do kominka, a ty weź Jeepa i zrób zakupy na cały tydzień.

— O.K.

— Tylko miej ze sobą telefon i kieruj się nawigacją bo inaczej nie trafisz z powrotem.

— O.K., O.K.

Suchy wsiadł do Jeepa i odjechał. Karol i Guguś wyszli przed dom. Do bocznej ścianki domu dobudowany był mały magazynek, w którym ułożone było drewno na opał oraz siekiera.

— Jest tylko jedna. Zauważył Guguś.

— To będziemy się zmieniać.

Rąbanie drzewa szło im sprawnie. Guguś przerąbywał pieńki na raz, Karol też choć kilka razy musiał poprawić. W ciągu pół godziny porąbali cały zapas drewna z magazynku. Część wnieśli do domu i ułożyli na specjalnym stojaku przy kominku. Mimo lata, noce były już chłodne.

Skończywszy robotę przeszli do kuchni i otworzyli lodówkę turystyczną wyciągniętą z Jeepa. Wyjęli z niej po piwie i usiedli na werandzie.

— Ciekawe czy tu podłażą zwierzęta? Na przykład dziki, wilki albo i niedźwiedzie. Rozmyślał głośno Karol.

— Możliwe, w końcu jesteśmy w górach. W samym środku wielkiego lasu. Na pewno są tu i wilki i dziki i niedźwiedzie.

— Niedźwiedź mógłby przyjść. Byłoby żarcia na miesiąc.

— To może lepiej słoń?

— Tak. Słoń górski. Panowie mimo wieku mieli specyficzne poczucie humoru. Siedzieli na werandzie sącząc piwo i opowiadali głupoty.

W tym samym czasie na parkingu marketu Suchy pakował do samochodu zakupy. Było tego sporo. Cały metalowy wózek z marketu zapełniony był jedzeniem. Mężczyzna przekładał wszystko do bagażnika spoglądając co chwila na młodą dziewczynę, która próbowała zaparkować obok niego. Robiła to tak nieporadnie, że poważnie obawiał się czy nie zarysuje jego samochodu. W końcu pokierował ją uśmiechając się uprzejmie.

— Dziękuje Panu. Odezwała się wysiadając.

— Do usług. Odpowiedział ukłoniwszy się z cwaniackim uśmiechem.

Dziewczyna roześmiała się i ruszyła w stronę sklepu. Najwyraźniej zrobił na niej miłe wrażenie. Suchy zamknął bagażnik, wsiadł do samochodu i ruszył w drogę powrotną. Jechał powoli, zgodnie z przepisami. Nie chciał zwracać na siebie uwagi. Kiedy wyjeżdżał już z niewielkiego miasteczka nastawił nawigacje na współrzędne które otrzymali od pana Jarka. Nawigacja wskazywała czas przybycia za godzinę i trzydzieści minut. Jechał krętą górską drogą, którą parę godzin wcześniej przemierzali we trzech. Słońce odbijało się od asfaltu. Po obu stronach jezdni rozciągał się wielki las. Radio w samochodzie zaczęło trzeszczeć. Suchy próbował ustawić inną stację, ale bez skutku.

— Ale zadupie. Powiedział sam do siebie wyłączając je.

Jechał dalej. Dziwnie mu się prowadziło bez muzyki. Słychać było szum opon i pomruk silnika. Szosa wyłaniała się zza drzew z każdym kolejnym zakrętem. Nagle zobaczył kogoś idącego poboczem. Osoba ta jakby kulała podpierając się dużym kijem. Zwolnił ponieważ nie był pewien czy nie wytoczy mu się pod koła. Pieszy jednak zobaczywszy jadące auto zatrzymał się. W miarę jak podjeżdżał bliżej, Suchy zaczynał widzieć postać wyraźniej. Była to starsza zgarbiona kobieta o bardzo ciemnej karnacji jakby cyganka bądź rumunka. Na głowie miała czarną chustę. Tego samego koloru było pozostałe ubranie. Spódnica do samej ziemi, a na górze gruby rozciągnięty sweter jakby pasterski tylko kruczoczarny. Kiedy ją mijał wbiła w niego swój wzrok i nie spuszczała z niego oczu. Twarz miała wyjątkowo brzydką. Liczne zmarszczki, zapadnięte policzki i specyficznie wykrzywione usta nadawały jej twarzy wręcz upiorny wygląd, a do tego wzrok przeszywający na wylot. Jej mina wyrażała nienawiść i pogardę. Kiedy ją minął odruchowo spojrzał w lusterko wsteczne. Stała tam wpatrując się w niego. Czuł jej wzrok na sobie. W końcu zniknęła w lusterku wraz z następnym zakrętem.

— Za sto metrów skręć w prawo odezwała się nawigacja. Kierowca zwolnił i za sto metrów wjechał do lasu.

— Chyba do Warszawy pojechał. Odezwał się Karol siedzący na werandzie.

— Mogliśmy zamówić pizze. Odpowiedział Guguś.

— Tak. Tu pewnie TOPR dowozi.

Nadjeżdżający samochód przerwał im pogawędkę.

— Jest. Ucieszył się Guguś.

Suchy podjechał pod same schody. Otworzył bagażnik i wszyscy trzej zabrali się znowu do wnoszenia rzeczy.

— Powiem wam panowie, że nie jestem w stu procentach zadowolony z naszej kryjówki. Odezwał się Suchy niosąc reklamówki.

— Ja też. Żeby nie było basenu?! Zażartował Guguś.

— Mówię poważnie. Kontynuował Suchy. Nie chodzi o warunki bo w sumie mogło być gorzej. Myślę o bezpieczeństwie.

— Co masz na myśli? Zainteresował się Karol.

— Idea była taka, że zaszywamy się w środku lasu w górach. Dom jest tak oddalony od wszelkiej cywilizacji, że jedynie z GPS można tu trafić, a jedyny kto mógłby nas tu odwiedzić to Yeti.

— No i co jest nie tak? Pytał dalej Karol.

— Przed chwilą wracając z tych zakupów, jakieś 100 metrów przed zjechaniem z szosy, minąłem kobietę stojącą przy drodze. Wyjaśniał Suchy.

— Może to tirówka. Wtrącił z głupim uśmiechem Guguś. Taka górska. Dodał.

— To nie jest śmieszne. Tłumaczył Suchy. Nie minąłem na tej trasie żadnego samochodu. Ona była stara, garbata i kulawa.

— To nie zarobi. Wtrącił znowu Guguś kiwając głową z udawanym współczuciem.

— Chodzi oto, przekonywał Suchy, że moim zdaniem ta baba gdzieś tu mieszka. Jeszcze tak się na mnie gapiła jak właśnie na jakiegoś intruza, który się kręci po jej terenie.

— Było ją trzeba rozjechać. Skwitował Guguś.

— Faktycznie to dziwne. Przyznał Karol. Skoro się tu kręci… Od najbliższej wioski miałaby ze trzy albo i cztery godziny piechotą, a skoro kuleje to szła by pewnie ze sześć. Miejmy nadzieję, że to jakaś wariatka mieszkająca w lesie, która z nikim nie utrzymuje kontaktów. Jeśli tu przylezie to trudno, czapa i zakopiemy babę. Nie możemy ryzykować. A teraz bierzmy się do roboty.

Panowie poszli do pokoju na górze gdzie rozstawione były komputery i duży stół kreślarski na którym znajdowały się plany bliżej nie określonych budynków. Zajęli swoje miejsca i zabrali się do pracy. Każdy zajęty był swoim tematem. Siedząc nad tymi materiałami przypominali studentów uczących się do jakiegoś ważnego egzaminu. Czas szybko mijał i nim się obejrzeli nastał już wieczór. Zanim skończyli i przenieśli się na dół, była już ciemna noc. Niebo było bezchmurne i pomimo, iż dom stał w środku lasu blask księżyca przebijał się do okien i oświetlał podłogę. W salonie na trzech kanapach ustawionych wokół ławy leżeli panowie.

— Byłeś kiedyś w Tokyo? Spytał Karol Suchego?

— Nie, jeszcze nie.

— No to za miesiąc będziesz miał okazję.

— Tak, ale przecież na zwiedzanie nie będzie czasu. Jak będę uciekał to nie będę się chyba rozglądał jakie wokół ładne budynki.

Guguś roześmiał się. Lubił te ich głupie rozmowy. Wprawiały go zawsze w dobry humor. Wstał, podszedł do rozpalonego kominka i dorzucił do ognia kilka kawałków drewna. Płomień rzucał na ściany piękną poświatę.

— Dobra panowie idziemy w kimono. Ogłosił Guguś opadając na swoją kanapę.

Nakrył się kocem i leżąc na plecach z rękami splecionymi na piersiach szybko zasnął. Podobnie jak Suchy i Karol. Drewno w kominku cicho strzelało. Kanapy wbrew pozorom były bardzo wygodne i panowie zapadli w głęboki sen. Zegar wskazywał 3:00 kiedy padający na podłogę blask księżyca przesłonił czarny cień. Nikt jednak nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy trzej spali jak zabici. Nagle równo o godzinie 3:15. Obudził ich ogromny huk. Był tak potężny, że aż zatrzęsły się okna, z kominka spadły klucze, a wszystkie okoliczne ptaki zerwały się z wrzaskiem do ucieczki. W jednej sekundzie wylądowali na podłodze. Karol wyciągnął spod kanapy pistolet.

— Co to? Spytał zdezorientowany Suchy.

— Pewnie Twoja tirówka nas zagoniła. Odpowiedział Guguś.

— Leć na górę i ostrożnie wyjrzyj na zewnątrz. Jeśli to psy, od razu wszystko podpalaj. Karol zwrócił się do kompana.

Guguś przemieszczając się na czworakach, tak aby nie wystawić się na ewentualny strzał zza okna, udał się na górę zabierając po drodze z kuchennej szafki strzelbę. Wbiegł szybko po schodach. Wyjrzał na sekundę przez okno i od razu cofnął głowę bojąc się postrzału. Niestety nic nie zauważył. Wyjrzał po raz drugi powoli rozglądając się uważnie. Przed wejściem stał Jeep. Blask księżyca pięknie odbijał się na czarnym lakierze. Nic na zewnątrz się nie działo.

— Z tej strony nic się nie dzieje. Przekazał kompanom.

— Z tej też nie. Odparł suchy patrząc na wysokie okna salonu.

— Pewnie siedzą po bokach. Do piwnicy. Stwierdził Karol i skinął ręką na chłopaków.

Zeszli powoli, po cichu do piwnicy. Było strasznie ciemno, ale woleli nie zapalać światła. Doszli do bocznej ściany na której znajdowały się malutkie lufciki. Były tak wąskie, że chyba nawet kot miałby problem z prześliźnięciem się. Rozmieszczone były po trzy na każdej ścianie, prawie pod samym sufitem, a na zewnątrz znajdowały się przy samej ziemi co sprawiało, że były prawie niewidoczne. Dzięki tym wąskim okienkom można było mniej więcej się rozejrzeć. Nic jednak nie zauważyli ani nie usłyszeli od momentu huku.

— To na pewno nie psy. Stwierdził Karol. Nie czekaliby.

— To kto nas zaszczycił? Zapytał żartobliwie Guguś, jednak wcale nie było mu do śmiechu.

— Nie mam pojęcia. Odparł Karol.

— Był tylko ten huk i cisza. Analizował Suchy.

— Myślę, że trzeba trochę odczekać. Nie ma co wychodzić na zewnątrz bo możliwe że na to właśnie czekają. Wtrącił się Guguś.

— W schowku w samochodzie mam noktowizor, można by więcej zobaczyć. Kontynuował Suchy.

— To teraz to mówisz?! Zapieprzaj po niego! Wkurzył się Guguś. Jednak wszystko mówił szeptem.

— Dajcie spokój. Nikt nie wychodzi dopóki nie zrobi się jasno, albo oni nie wykonają jakiegoś ruchu. To na pewno nie policja ani straż graniczna. Za długo to trwa.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 15.13