E-book
9.99
drukowana A5
36.03
Leszek w krainie Loosh

Bezpłatny fragment - Leszek w krainie Loosh

Książka została utworzona przy pomocy AI


Objętość:
193 str.
ISBN:
978-83-8440-911-4
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 36.03

ROZDZIAŁ 1: IDEALNE ŻYCIE

Leszek Pawlak wstawał o 6:47.

Nie o 6:45, bo to byłoby zbyt okrągłe i przez to jakoś zobowiązujące. Nie o 6:50, bo traciłby wtedy dokładnie trzy minuty, które przeznaczał na stanie przy oknie z kawą i patrzenie na ulicę Mostową, gdzie o tej porze nie działo się absolutnie nic wartego oglądania. Alarm ustawiał na 6:47 od czterech lat i przez te cztery lata ani razu nie nacisnął drzemki, co uważał za swój cichy osobisty sukces — tym cichszy, że nie miał komu o nim powiedzieć.

Mieszkanie miał na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty, który pamiętał czasy, gdy Polska była innym krajem. Ściany były białe — nie z wyboru, lecz z braku decyzji. Na jednej wisiał kalendarz z widokami Tatr, zatrzymany na marcu zeszłego roku, bo kwiecień był brzydszy

i Leszek postanowił, że marzec zostanie trochę dłużej. Na parapecie stała doniczka z kaktusem, który nazywał się Bolesław, choć Leszek nigdy tego głośno nie przyznał, nawet sam przed sobą.

Bolesław żył. To było jego jedyne zadanie i wykonywał je bez zarzutu.

Leszek parzył kawę w sposób, który po czterech latach można by nazwać ceremonią, gdyby ktokolwiek go obserwował. Cztery łyżki, nie trzy, nie pięć. Woda chwilę po zagotowaniu, bo wrzątek — jak wyczytał, kiedyś, gdzieś w internecie — parzy ziarna i pozbawia kawę charakteru. Leszek nie był pewien, czy to prawda, ale skoro raz w to uwierzył, to nie było sensu zaczynać wątpić.

Kawa smakowała jak kawa. Dobrze.

Stanął przy oknie.

Na ulicy Mostowej o 6:49 nie działo się nic. Samochód. Drugi samochód. Kobieta z psem — jamnikiem, zawsze tym samym — który przystawał przy każdym słupku z miną filozofa rozważającego naturę bytu. Leszek lubił tego psa. Miał wrażenie, że rozumieją się na odległość.

O 7:02 Leszek był pod prysznicem. O 7:18 jadł jajecznicę z dwóch jaj, bo trzy to za dużo jak na poranek, a jedno to jakiś żart. O 7:41 zamykał drzwi mieszkania i sprawdzał klamkę dwa razy — nie dlatego, że był nerwowy, ale dlatego, że raz, jakieś pięć lat temu, nie sprawdził

i przez całe osiem godzin w pracy myślał o tym, czy zamknął, i postanowił, że nigdy więcej.

Zamknął. Zawsze zamykał. Ale sprawdzał dwa razy.

Praca Leszka znajdowała się przy ulicy Świdnickiej, czternaście minut pieszo, jeśli szedł normalnie, jedenaście, jeśli szedł szybko, osiemnaście, jeśli szedł przez park, co robił tylko wtedy, gdy pogoda była wyjątkowo dobra albo wyjątkowo zła — bo wtedy park miał sens. Przy pogodzie neutralnej park wydawał się pretensjonalny.

Leszek pracował w firmie, która zajmowała się czymś, co w stopce “mejli” opisywano jako „kompleksowe rozwiązania w zakresie optymalizacji procesów biznesowych”, co w praktyce oznaczało, że Leszek siedział przy komputerze i przenosił dane z jednego miejsca w drugie, dbając o to, żeby zgadzały się liczby. Liczby zazwyczaj się zgadzały. Kiedy się nie zgadzały, Leszek szukał dlaczego, znajdował i naprawiał. Potem liczby znowu się zgadzały.

Lubił, kiedy liczby się zgadzały.

Jego biurko było trzecie od okna w rzędzie czterech. Okno wychodziło na ścianę sąsiedniego budynku, szarą, z jedną pionową rdzawą smugą po rynnie, która — Leszek sprawdzał — nie zmieniła się przez ostatnie dwa lata. Czasem patrzył na tę smugę i myślał, że coś w niej jest niezmiennie uczciwego. Rdza nie udawała czegoś, czym nie była.

Współpracownicy Leszka byli ludźmi, z którymi Leszek spędzał osiem godzin dziennie

i o których myślał przez pozostałe szesnaście łącznie przez może dwadzieścia minut. Była Kasia z działu obok, która przynosiła do pracy domowe ciasto w każdy czwartek i za każdym razem mówiła „ale to wyszło jakoś krzywo, przepraszam”, choć ciasto nigdy nie było krzywe. Był Marcin, który miał zwyczaj mówienia „no dobra, to lecimy” przed każdą czynnością, nawet przed wyjściem do toalety. Był kierownik Waldemar, który chodził korytarzem z miną człowieka rozwiązującego w głowie równanie różniczkowe, choć Leszek podejrzewał,

że myśli głównie o lunchu.

Leszek nie był z nimi blisko. Nie był też daleko. Był w odległości, którą można by opisać jako wystarczająco — wystarczająco blisko, żeby powiedzieć dzień dobry i zapytać jak minął weekend, wystarczająco daleko, żeby nie wiedzieć za dużo.

To był komfort, który Leszek wypracował latami i cenił jak dobrze dopasowane buty.

Wieczory Leszka były przewidywalne w sposób, który sam w sobie miał pewną urodę.

Wtorek to był serial — jeden odcinek, czasem dwa, nigdy trzy, bo trzy to już było wchodzenie w coś za głęboko i potem trudno wyjść. Środa — gotowanie czegoś nowego z przepisu znalezionego w internecie, z czego trzy razy na cztery wychodziło całkiem nieźle, raz na cztery do niczego, co Leszek dokumentował w zeszycie w kratkę, gdzie obok każdego dania stawiał jedną z trzech ocen: tak, nie, może znowu kiedyś. Piątek — spacer dłuższy niż zwykły, przez most, czasem na drugą stronę rzeki, gdzie było ładniej o zachodzie słońca, co Leszek przyznawał ze spokojem człowieka, który nie musi udawać, że go to nie rusza.

Ruszało go. Zachód słońca nad rzeką zawsze trochę go ruszał.

Nie wiedział co z tym zrobić, więc nic nie robił. Patrzył i szedł dalej.

Soboty i niedziele miały własną logikę, której nie będziemy tu szczegółowo opisywać, bo nie różniły się aż tak bardzo od reszty tygodnia, a Leszek miał teorię — nigdy nikomu niezwerbalizowaną — że dobry tydzień to taki, po którym nie możesz dokładnie powiedzieć, który dzień był najlepszy, bo wszystkie były równo dobre. Jak płaski teren. Jak poziom wody w spokojnym jeziorze.

Leszek miał trzydzieści osiem lat.

Nie był nieszczęśliwy.

To ważne, żeby to zaznaczyć, bo wiele historii zaczyna się od kogoś nieszczęśliwego,

i czytelnik mógłby pomyśleć, że Leszek to kolejny taki przypadek — człowiek z dziurą, który czeka żeby go ktoś zapełnił albo żeby sam w końcu pękł. Leszek nie miał dziury. Leszek miał wszystko poukładane, podomykane i sprawdzone dwa razy. Miał kaktusa, który żył. Miał kawę, która smakowała jak kawa. Miał zachody słońca w piątkowe wieczory i uczciwy rysunek rdzy na szarej ścianie.

Był po prostu — i tu jest właśnie sedno — pusty w sposób, którego jeszcze nie zauważył.


Tamten wtorek zaczął się normalnie.

Alarm o 6:47. Kawa. Okno. Jajecznica z dwóch jaj. Klamka sprawdzona dwa razy.

Leszek szedł do pracy ulicą Mostową i minął jamnika, który tym razem stał przy słupku dłużej niż zwykle, z tą swoją filozoficzną miną, i Leszek miał wrażenie — przez może trzy sekundy — że pies na niego patrzy. Nie w jego stronę. Na niego. Z czymś w rodzaju… rozpoznania.

Też to czujesz? — zdawał się mówić jamnik.

Co czuję? — odpowiedział Leszek, w myślach, bo rozmawianie z psami na ulicy było jednak granicą, której nie chciał przekraczać.

Jamnik odszedł.

Leszek też odszedł.

Przy Świdnickiej zatrzymał się na czerwonym świetle i wtedy to się stało po raz pierwszy — ta rzecz, dla której wtedy jeszcze nie miał nazwy. Coś jakby odpływ. Jakby ktoś na ułamek sekundy otworzył w nim jakiś zawór i poczuł, jak coś z niego wychodzi — nie ból, nie radość, nie myśl — coś wcześniejszego niż myśl, cieplejszego niż emocja, bardziej podstawowego niż cokolwiek, co umiał nazwać.

Trwało może dwie sekundy.

Potem zmieniło się światło na zielone i Leszek przeszedł przez ulicę, bo taki był porządek rzeczy, i wszedł do pracy, i powiedział dzień dobry Kasi i Marcinowi i kierownikowi Waldemarowi, i usiadł przy biurku, i otworzył komputer, i zaczął przenosić dane z jednego miejsca w drugie.

Liczby się zgadzały.

Wszystko było normalnie.

Tylko gdzieś w środku Leszka, w miejscu, które rzadko kiedy dawało o sobie znać, coś było teraz o odrobinę mniejsze.

Jakby ktoś zabrał łyżkę zupy z garnka.

Nikt by nie zauważył. Garnek był przecież pełny.

Ale łyżka zniknęła.

ROZDZIAŁ 2: DZIEŃ, W KTÓRYM POCZUŁ ZA DUŻO

Środa była dniem gotowania.

Leszek wybrał przepis na gulasz węgierski, który w internecie opisywano jako „prosty, ale

z charakterem”, co brzmiało jak opis człowieka, z którym warto się zaprzyjaźnić. Kupił paprykę — czerwoną i żółtą, bo przepis mówił tylko czerwona, ale Leszek miał teorię, że żółta dodaje czegoś, czego nie da się nazwać, a tylko poczuć. Kupił wołowinę od pana Henryka na Hali Targowej, który zawsze zawijał mięso w papier w taki sposób, jakby pakował coś wartościowego, co Leszek szanował. Kupił cebulę, czosnek, paprykę mieloną słodką i ostrą, i puszkę pomidorów, na której był narysowany włoski wąsacz wyglądający na człowieka głęboko zadowolonego z życia.

W drodze powrotnej wsiadł w metrze na Świdnickiej.

Wrocław nie miał metra, ale to nie ma znaczenia dla tej historii — ważne jest, że Leszek wsiadł do czegoś, co woziło ludzi pod ziemią albo nad ziemią, lub po ziemi, w zamkniętej przestrzeni, gdzie siedzieli lub stali obok siebie obcy ludzie, każdy z własnym garnkiem wspomnień, własną temperaturą emocji, własnym cichym życiem toczącym się równolegle do cudzego.

Wagon był w trzech czwartych pełny.

Leszek stanął przy drzwiach, torba z zakupami przy nodze, i patrzył przed siebie z wyrazem twarzy, który miał od lat wypracowany na takie sytuacje — neutralny, nieobecny, uprzejmy

w swojej nieobecności. Wyraz twarzy mówiący: jestem tutaj, ale nie przeszkadzam. Nie oczekuję niczego. Zaraz wysiądę.

I wtedy usłyszał.

W rogu wagonu, przy oknie, siedziała kobieta.

Miała może pięćdziesiąt lat, może sześćdziesiąt — Leszek nigdy nie był dobry w szacowaniu wieku — w szarej kurtce z guzikiem przy kołnierzu, który był zapięty o jeden za wysoko, jakby się przed czymś zasłaniała. Trzymała na kolanach siatkę foliową z chlebem i jakimiś słoikami. Włosy miała upięte z tyłu głowy, niestarannie, kilka kosmyków wymknęło się

i opadało jej na twarz.

Płakała.

Nie głośno. Nie teatralnie. Płakała tak, jak płaczą ludzie, którzy nauczyli się płakać w miejscach publicznych — cicho, prawie bez ruchu, tylko twarz lekko drżała i łzy szły po policzkach ścieżką, którą widać było, że znają już dobrze.

Nikt na nią nie patrzył.

To znaczy — wszyscy udawali, że nie patrzą, co jest formą patrzenia, tylko ze wstydem. Leszek też tak miał przez pierwszą sekundę. Odwrócił wzrok, skupił się na reklamie pasty do zębów nad głowami pasażerów.

Ale coś mu nie pozwoliło zostać przy tej reklamie.

Spojrzał z powrotem.

Kobieta płakała dalej. Cicho. Równo. Jakby płakanie było teraz jej pracą i wykonywała ją rzetelnie.

I wtedy Leszek poczuł coś, czego nie powinien czuć. Nie współczucie — to znał, to było normalne, ludzkie, zarządzalne. Poczuł coś głębszego i bardziej bezwstydnego. Poczuł jej ból. Nie metaforycznie. Dosłownie, fizycznie, gdzieś w środku klatki piersiowej po lewej stronie, poczuł stukanie cudzego smutku, jakby ktoś zapukał do drzwi od środka.

Puk. Puk.

Puść mnie.

Leszek zacisnął rękę na uchwycie torby.

Ból był prawdziwy. Nie jego, a jednak w nim. Obcy, a jednak znajomy — jakby gdzieś w archiwach jego własnego ciała było coś podobnego, coś z dawnych lat, coś, co myślał, że dawno zarchiwizował w teczce z napisem nieaktualne, a tu proszę, ktoś wyciągnął teczkę

i otworzył ją bez pytania.

Kobieta otarła twarz wierzchem dłoni. Spojrzała przez okno na ciemność tunelu albo na zamazane domy za szybą.

Leszek odwrócił wzrok.

I właśnie wtedy — po raz drugi, dokładnie jak przy przejściu dla pieszych we wtorek — poczuł ten odpływ.

Tym razem silniejszy.

Nie łyżka zupy. Tym razem mniej więcej — chochla.

Gulasz wyszedł dobrze.

Leszek ocenił go w zeszycie: tak. Żółta papryka rzeczywiście dodawała czegoś nienazwanego. Zjadł przy oknie, bo stół był za daleko od okna jak na samotny posiłek,

i patrzył na ulicę Mostową, gdzie o 19:23 nie działo się nic szczególnego poza tym, że zapalały się latarnie jedna po drugiej, od lewej do prawej, co miało w sobie jakąś metodyczną elegancję.

Potem zmył naczynia, sprawdził, czy zakręcił gaz — dwa razy — i usiadł na kanapie

z zamiarem obejrzenia serialu, bo był wtorek — czekaj, nie, środa. Środy nie miały serialu. Środy miały gotowanie, które już było za sobą. Leszek usiadł i przez chwilę nie wiedział, co ze sobą zrobić.

To rzadko mu się zdarzało.

Zwykle każda chwila była zaplanowana wystarczająco luźno, żeby nie czuć planu, ale wystarczająco ściśle, żeby nie czuć pustki. Teraz, jednak coś w tym mechanizmie zgrzytnęło

i Leszek siedział na kanapie ze złożonymi na kolanach rękami jak człowiek czekający na pociąg, który może nie przyjechać.

Myślał o kobiecie z wagonu.

Nie o niej konkretnie — nie znał jej, nic o niej nie wiedział, pewnie nigdy jej nie zobaczy — myślał o tym uczuciu. O tym pukaniu od wewnątrz. O tym, jak cudzy ból wszedł w niego bez zaproszenia i zabrał coś ze sobą wychodząc.

Bo to właśnie było dziwne. Nie to, że poczuł. Że coś wyszło.

Leszek był człowiekiem, który lubił, kiedy liczby się zgadzały. Lubił porządek, przewidywalność, rzeczy sprawdzone dwa razy. I coś w tej sytuacji — w tych dwóch odpływach w ciągu dwóch dni — nie zgadzało się z żadną liczbą, którą znał.

Wziął pilota.

Włączył telewizor.

Był jakiś film o ludziach krzyczących na siebie w dużej kuchni — pewnie coś kulinarnego

z dramatem — i Leszek patrzył na to przez może dziesięć minut, nie widząc nic, bo myślał o odpływie. O tym jak to czuć. O tym ciepłym, prawie przyjemnym — i właśnie to go niepokoiło, to prawie przyjemnym — przeciągu gdzieś w okolicach mostka.

Wyłączył telewizor.

Wziął zeszyt w kratkę — ten od gotowania — i na ostatniej stronie, którą zawsze zostawiał pustą bez konkretnego powodu, napisał:

Wt. — przy przejściu. Małe. Śr. — w wagonie. Kobieta płakała. Większe.

Patrzył na to przez chwilę.

Dopisał znak zapytania.

Zamknął zeszyt i poszedł spać o 22:31, co było siedem minut później niż zwykle, co było anomalią, którą zignorował, bo nie miał dla niej żadnego wyjaśnienia, a Leszek starał się nie zajmować rzeczami, których nie umiał wyjaśnić.

To była, jak się później okazało, polityka, którą wkrótce będzie musiał całkowicie zrewidować.


Czwartek był dniem Kasi z ciastem.

Tym razem przyniosła szarlotkę, która — wbrew jej zapewnieniom — była idealna. Leszek zjadł kawałek przy biurku i poczuł coś prostego i ciepłego — coś, co można by nazwać małą radością — i zanim zdążył w pełni się w tym radości zanurzyć, poczuł odpływ.

Tym razem nie czekał nawet na silną emocję.

Wystarczyła szarlotka.

Leszek odłożył talerz i przez chwilę siedział nieruchomo z tym dziwnym poczuciem, które nie było bólem, nie było niepokojem, było czymś, dla czego nie miał słowa — takim uczuciem, jakbyś otworzył lodówkę i stwierdził, że brakuje czegoś, ale nie możesz powiedzieć czego, bo nie pamiętasz co tam było.

— Dobra? — zapytała Kasia zza monitora, bo musiało być coś w jego twarzy.

— Doskonała — odpowiedział Leszek. — Naprawdę, Kasiu, doskonała.

Kasia się uśmiechnęła i powiedziała „ee, ale wyszła jakoś blado”, co było nieprawdą, i oboje o tym wiedzieli, i Leszek przez chwilę patrzył na ten jej uśmiech — trochę zawstydzony, trochę zadowolony, bardzo ludzki — i znowu coś poczuł, i znowu coś wyszło, i tym razem Leszek miał absolutną pewność.

To nie było w jego głowie.


Wieczorem usiadł przy oknie z kawą — nie poranną, wieczorną, słabszą — i otworzył laptop z zamiarem sprawdzenia czegoś, co jeszcze nie miało nazwy, więc wpisał w wyszukiwarkę: „uczucie że coś wycieka z człowieka”.

Wyszukiwarka zaproponowała mu artykuły o wyczerpaniu emocjonalnym, wypaleniu zawodowym i anemii.

Leszek zamknął laptopa.

Wyjrzał przez okno. Ulica Mostowa o 20:15 była ciemna i mokra, bo zaczął padać deszcz, którego Leszek nie przewidział, bo nie sprawdził pogody, co zdarzało mu się może raz na miesiąc i zawsze trochę go zaskakiwało — ten brak kontroli nad czymś tak podstawowym jak niebo.

Deszcz bębnił o parapet.

Bolesław stał na tym paragecie i — o ile kaktus może mieć minę — miał minę człowieka, który coś wie, ale mówić nie będzie.

— Co? — powiedział Leszek do kaktusa.

Bolesław milczał, co było jego jedyną odpowiedzią na wszystko i w sumie jedyną odpowiedzią, jaką Leszek od niego oczekiwał.

Deszcz padał.

Leszek dopił kawę.

I wtedy, bez żadnego konkretnego powodu, bez silnej emocji, bez płaczącej kobiety, bez szarlotki, bez zachodu słońca — po prostu tak, siedząc przy oknie z pustym kubkiem — poczuł odpływ tak duży, że przez chwilę złapał się krawędzi stołu.

Nie był to ból.

Był to rodzaj… otwarcia. Jakby coś w nim, co do tej pory było ścianą, nagle okazało się drzwiami. I te drzwi były otwarte, i po drugiej stronie było coś, co Leszek czuł bez patrzenia, bez dotykania, bez żadnego ze znanych zmysłów.

Obecność.

Ciepła. Duża. Cierpliwa.

Czekająca.

Leszek siedział bez ruchu przez może trzydzieści sekund.

Potem drzwi się zamknęły i był znowu sam przy oknie, z pustym kubkiem, z deszczem

i z kaktusem, który nadal nic nie mówił.

Sięgnął po zeszyt.

Otworzył na ostatniej stronie.

Pod poprzednimi wpisami napisał:

Czw. — szarlotka Kasi. Małe. Potem wieczór — samo, bez powodu. Duże. Coś czekało.

Zamknął zeszyt.

Zamknął oczy.

I zasnął w fotelu, czego nie robił od lat, i śnił o miejscu, którego nie znał, które jednak — i to było najdziwniejsze ze wszystkiego — śniło mu się jak powrót, a nie jak przygoda.

Jakby był tam już wcześniej.

Jakby stamtąd właśnie przychodził za każdym razem coś, co mu zabierało.

I jakby nadszedł czas, żeby wreszcie sprawdzić — co to jest, skąd przychodzi i dlaczego od Leszka Pawlaka, trzydziestu ośmiu lat, ulica Mostowa, kawa cztery łyżki, klamka dwa razy — czego właściwie chce.


Rozdział 3: Szczelina — Leszek idzie do pracy jak zwykle. Zatrzymuje się

w miejscu, gdzie ulica Mostowa robi ten mały łuk przy kamienicy z zielonymi okiennicami. Zawsze tu przechodził. Zawsze. Ale dzisiaj powietrze między jednym krokiem a drugim jest inne. Gęstsze. I Leszek stawia stopę — i nie trafia w chodnik.

ROZDZIAŁ 3: SZCZELINA

Piątek zaczął się normalnie.

Alarm o 6:47. Kawa — cztery łyżki, woda chwilę po zagotowaniu. Okno, ulica Mostowa, kobieta z jamnikiem. Pies tym razem nie filozofował przy słupku, tylko szedł raźno przed siebie z miną, jakby miał konkretny plan na dzień, co Leszek odnotował jako zmianę i nie wiedział, czy go to uspokaja, czy niepokoi.

Jajecznica z dwóch jaj.

Klamka — dwa razy.

Piątek był dniem, który Leszek lubił bardziej niż inne dni tygodnia, choć nigdy by tego głośno nie powiedział, bo lubienie piątku wydawało mu się zbyt oczywiste, zbyt powszechne, zbyt mało jego. Wszyscy lubili piątki. Leszek lubił je z innego powodu niż wszyscy — nie dlatego, że zaczynał się weekend, ale dlatego, że kończył się tydzień w sposób, który można było podsumować. Piątek był dniem zamknięcia nawiasu. Sobota i niedziela to były już inne liczby, inne równanie.

Wyszedł o 7:41.

Ulica Mostowa była mokra jeszcze po wczorajszym deszczu, ale niebo już się przejaśniło — to specyficzne wrocławskie niebo, które potrafi zmienić zdanie trzy razy przed południem. Powietrze pachniało tym charakterystycznym zapachem mokrego betonu i czegoś odległego, ziemistego, jak zapach początku albo końca czegoś, trudno powiedzieć czego.

Leszek szedł.

Mijał aptekę, której właściciel zawsze o tej porze stał w drzwiach i pił kawę z papierowego kubka z miną człowieka, który jest dokładnie tam, gdzie chciał być — to Leszek podziwiał, choć nigdy mu tego nie powiedział. Minął sklep z elektroniką, gdzie w wystawie stał telewizor transmitujący coś, co wyglądało na włoską operę mydlaną, co o 7:44 rano miało w sobie pewien surrealistyczny urok. Minął ławkę, na której stary pan — zawsze ten sam stary pan — karmił gołębie z foliowej torebki z taką precyzją i skupieniem, jakby rozdawał granty naukowe.

Wszystko normalne.

Wszystko swoje.

A potem Leszek doszedł do miejsca, gdzie ulica Mostowa robi ten mały łuk.


Ten łuk był właściwie niczym — ledwo zauważalnym zagięciem ulicy przy kamienicy

z zielonymi okiennicami, która stała tu pewnie od stu lat i przez te sto lat obserwowała kolejne pokolenia ludzi robiących w tym miejscu ten sam nieznaczny skręt w lewo, żeby ominąć narożnik. Leszek robił ten skręt od czterech lat, odkąd mieszkał na Mostowej. Robił go nie myśląc, automatycznie, jak się robi rzeczy, które ciało zapamiętało za głowę.

Lewa noga, krok, skręt, prawa noga — i dalej prosto Świdnicką.

Tak to zawsze wyglądało.

Ale tego piątku, w połowie tego skrętu, powietrze się zmieniło.

Leszek zatrzymał się.

Nie dlatego, że podjął decyzję o zatrzymaniu. Zatrzymał się, bo nogi zatrzymały się same,

w sposób, który zdarza się tylko wtedy, gdy ciało coś wie wcześniej niż głowa. Ten sam instynkt, który zatrzymuje człowieka przed skokiem z wysokości albo przed włożeniem ręki

w ogień. Stary, podstawowy sygnał: coś tu nie jest takie jak powinno być.

Powietrze między jednym krokiem a drugim było gęstsze.

To jest nieścisłe określenie, Leszek wiedział o tym nawet wtedy, stojąc w połowie łuku

z uniesioną prawą nogą jak bocian na wiosennym spacerze. Powietrze nie może być gęstsze w jednym miejscu niż w drugim, to nie tak działa fizyka, a Leszek szanował fizykę. Ale to było jedyne słowo, które pasowało. Gęstsze. Jak powietrze przed burzą, tylko że bez burzy. Jak cisza w pokoju, w którym ktoś właśnie przestał mówić coś ważnego.

Postawił nogę.

I nie trafił w chodnik.


To znaczy — trafił. Fizycznie, stopa wylądowała na mokrym betonie chodnika przy kamienicy z zielonymi okiennicami, tak samo jak zawsze. Ale jednocześnie — i tu zaczyna się ta część opisu, przy której Leszek przez kolejne tygodnie będzie się zastanawiał, jak to właściwie wytłumaczyć — jednocześnie stopa trafiła w coś innego.

W szczelinę.

Nie w dziurę w chodniku, nie w pęknięcie w asfalcie, nie w nic fizycznego i widzialnego.

W szczelinę w sensie, który nie ma dobrego słowa w żadnym języku, jaki Leszek znał — a znał polski, trochę angielski i szczątkowy, niezastosowany nigdy w praktyce, rosyjski

z liceum. Szczelinę w sensie — przerwa między jednym stanem rzeczy a drugim. Między tym, co jest, a tym, co mogłoby być. Między światem, który Leszek znał na pamięć, a czymś, co istniało dokładnie w tym samym miejscu, tylko jakby o jeden poziom głębiej.

Jak szuflada, o której nie wiedziałeś, że jest.

Leszek stał w tej szczelinie przez — ile? Sekundę? Godzinę? Czas w szczelinie nie działał jak czas na ulicy Mostowej, to było jedno z pierwszych rzeczy, które zrozumiał. Stał i czuł, jak coś go ciągnie w dół, ale nie w dół grawitacyjny, tylko w dół konceptualny, jakby niżej oznaczało tu głębiej w sens, a nie bliżej ziemi.

Ulica Mostowa była nadal wokół niego.

Widział aptekę. Widział sklep z elektroniką. Widział starego pana z gołębiami.

Ale wszystko to było teraz jakby za szybą — obecne, widoczne, ale oddzielone od Leszka tą jedną warstwą czegoś przezroczystego, co nie miało nazwy.

I czuł — tak jak w czwartkowy wieczór przy oknie, tylko mocniej, tak mocno, że nie było wątpliwości — czuł obecność.

Nie jedną.

Kilka.

Duże. Cierpliwe. Skupione na nim z uwagą, która nie była ani wroga, ani przyjazna — była po prostu funkcjonalna. Jak uwaga hodowcy patrzącego na rośliny w szklarni. Profesjonalna. Oceniająca. Zainteresowana w sposób, który nie miał nic wspólnego z Leszkiem jako człowiekiem, a wszystko wspólnego z czymś, co Leszek produkował lub reprezentował lub zawierał w sobie.

Leszek stał i był oglądany.

I czuł jak — tym razem naprawdę duże, większe niż wszystkie poprzednie razem wzięte — coś z niego wychodzi.

Ciepłe. Złożone. Jego.

Odpływ trwał może pięć sekund. Może pięć lat. A potem —

— Leszku.

Głos był wszędzie i nigdzie. Nie przez uszy. Przez coś wcześniejszego niż uszy. Przez to samo miejsce, przez które wchodził ból kobiety z wagonu, tylko że głos był inny — starszy, spokojniejszy, z rodzajem autorytetu, który nie musi na siebie krzyczeć.

— Już czas.

— Czas na co? — powiedział Leszek.

Głośno. Na ulicy. Pan przy aptece spojrzał na niego z lekkim zdziwieniem i Leszek uświadomił sobie, że stoi pośrodku chodnika z uniesioną nogą i mówi do powietrza,

co w każdym mieście świata jest zachowaniem, które przyciąga wzrok.

Opuścił nogę.

Wyprostował się.

I szczelina — zanim zdążył cokolwiek zrobić, zanim zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję — szczelina go wzięła.


Nie było błysku światła.

Nie było dźwięku, który opisuje się w książkach jako grzmot albo szum albo dzwonienie. Nie było uczucia spadania ani wirowania ani żadnego z tych kinematograficznych efektów, które Leszek znał z filmów o podróżach między wymiarami, których obejrzał może z pięć w życiu

i zawsze uważał za mało prawdopodobne.

Był po prostu jeden krok na ulicy Mostowej.

I potem — bez przerwy, bez cięcia, bez żadnego zauważalnego momentu przejścia — był inny krok. W innym miejscu.

Leszek stał na ulicy, która wyglądała jak ulica, ale nie była żadną ulicą, którą znał.

Kamienice były — ale jakby pamiętane, nie widziane. Jakby ktoś narysował miasto

z pamięci, trafiając w ogólny pomysł, ale myląc szczegóły — okna za duże, drzwi za małe, proporcje słuszne, ale nie do końca. Niebo nad ulicą było koloru, którego Leszek nie umiał nazwać — nie szare, nie niebieskie, nie żółte, coś pomiędzy tymi wszystkimi, coś, co istniało prawdopodobnie tylko w tym miejscu i na żadnej palecie barw, którą Leszek kiedykolwiek widział.

Ulica była zaludniona.

Ludzie — albo coś, co wyglądało jak ludzie — chodzili chodnikiem w obu kierunkach, wchodzili do sklepów i wychodzili, siedzieli przy stolikach przed czymś, co wyglądało jak kawiarnia. Wszyscy wyglądali normalnie. Wszyscy wyglądali jak ludzie, których można by spotkać na wrocławskiej ulicy w pogodny piątkowy poranek.

Z jednym wyjątkiem.

Wszyscy — absolutnie wszyscy — w pewnym momencie na ułamek sekundy przestawali być w pełni nieprzezroczyści.

Migotali.

Leszek zmrużył oczy, myśląc, że to jakiś efekt światła, może to niebo tego dziwnego koloru rzucało cień, może to po prostu stres i zbyt mało snu i za dużo myślenia o odpływach przy kaktusie. Ale nie. To nie było złudzenie. Co kilkanaście sekund, zupełnie losowo, jedna z osób na ulicy przez chwilę — przez mgnienie — stawała się lekko przezroczysta. Jak gdyby ktoś zmniejszył jej nieprzezroczystość w programie graficznym z setki procent do może osiemdziesięciu, może siedemdziesięciu, a potem z powrotem do setki.

Jakby byli pełni czegoś, co co jakiś czas po trochu ubywa.

Produkują — pomyślał Leszek, i to była myśl, której nie rozumiał, ale która przyszła z tą pewnością, z jaką przychodzą myśli, które ciało wie przed głową — produkują i ktoś to zbiera.

— Nowy — powiedział ktoś.

Leszek odwrócił się.

Przy ścianie kamienicy — tej z oknami za dużymi — stał mężczyzna w średnim wieku, może pięćdziesiąt lat, może więcej, w kurtce w kolorze, który też nie miał dobrej nazwy,

z papierosem w zębach, którego nie palił, tylko trzymał jak rekwizyt. Twarz miał spokojną, zniszczoną w ciekawy sposób — nie przez starość, tylko przez wiedzę, co jest innym rodzajem zużycia. Oczy jasne, uważne, patrzące na Leszka z tym rodzajem zainteresowania, które nie jest przyjazne ani wrogie, tylko — oceniające.

Tak jak te obecności.

Ale ten człowiek był fizyczny. Był tutaj. Był prawdziwy w sposób, który można było sprawdzić dotykiem.

— Nowy — powtórzył mężczyzna, jakby to wyjaśniało wszystko, i wyciągnął rękę. — Zygfryd.

Leszek patrzył na tę rękę przez chwilę.

— Leszek — powiedział w końcu i uścisnął ją, bo nie uścisnąć było nieuprzejme, a Leszek, nawet w obliczu rzeczy, które łamały wszelkie znane mu prawa fizyki, był człowiekiem, który starał się być uprzejmy.

— Wiem — powiedział Zygfryd.

— Skąd?

— Bo wszyscy tu wiedzą, kto przychodzi — powiedział Zygfryd i wypuścił jego rękę,

i spojrzał na ulicę z miną człowieka, który ogląda znajomy krajobraz po raz nie wiadomo który — ze spokojem, ale i z czymś, co wyglądało jak niezupełnie zagojona rana. — Czekamy, aż będziesz gotowy. Szczelina otwiera się, kiedy jesteś gotowy.

— Ja nie byłem gotowy — powiedział Leszek. — Szedłem do pracy.

— Myślisz, że nie byłeś gotowy — powiedział Zygfryd. — Ale twój loosh mówił co innego.

Leszek otworzył usta.

Zamknął je.

Otworzył znowu.

— Mój — co?

Zygfryd spojrzał na niego z czymś, co w innych okolicznościach można by nazwać rozbawieniem — ale w jego oczach rozbawienie miało jakiś smutny posmak, jak śmiech kogoś, kto tę samą historię słyszał już bardzo wiele razy i za każdym razem, mimo wszystko, trochę go bolała.

— Loosh — powtórzył spokojnie. — Twój łusz. To, co z ciebie wychodzi. To, co czułeś przez ostatnie dni. — Zaciągnął się niezapalonym papierosem, co było gestem absolutnie bezużytecznym i jednocześnie absolutnie naturalnym. — To, po co tu jesteś.

Na ulicy ktoś zamigotał.

Leszek patrzył.

Leszek stał na środku chodnika w Krainie, która nie miała jeszcze nazwy, choć za chwilę ją dostanie, z torbą na zakupy od pana Henryka z Hali Targowej, w której nadal była wołowina kupiona na środowy gulasz, i czuł, że te liczby, które tak lubił układać, właśnie rozsypały się po podłodze i toczą w różnych kierunkach, i że zanim je pozbiera — jeśli w ogóle je pozbiera — wszystko będzie inne.

— Ile mam czasu? — zapytał, bo to było pierwsze konkretne pytanie, które przyszło mu do głowy, i zawsze zaczynał od konkretnych pytań.

Zygfryd uśmiechnął się.

Był to uśmiech, który wiele mówił i nic nie obiecywał.

— Tyle, ile wyprodukujesz — powiedział.

I ruszył przed siebie wzdłuż ulicy z oknami za dużymi i drzwiami za małymi, pod niebem bez nazwy, w mieście, które było i nie było miastem, i po chwili odwrócił głowę i spojrzał na Leszka przez ramię.

— No to idziesz?

Leszek spojrzał za siebie.

Tam gdzie powinna być szczelina — tam gdzie był chodnik ulicy Mostowej, apteka, sklep

z elektroniką, stary pan z gołębiami — była teraz tylko ściana kamienicy. Gładka, bez żadnej przerwy, bez żadnego śladu po przejściu.

Zamknięta.

Leszek wziął głęboki oddech.

Sprawdził instynktownie, czy ma przy sobie klucze — miał — i ruszył za Zygfrydem, bo nie miał lepszego pomysłu, a torba z wołowiną robiła się coraz cięższa i nawet koniec świata nie zmieniał faktu, że surowe mięso nie powinno stać za długo w temperaturze pokojowej.

Albo w temperaturze czegokolwiek, co tu panowało.

Leszek Pawlak, trzydzieści osiem lat, ulica Mostowa, kawa cztery łyżki, klamka dwa razy — wszedł w głąb Krainy loosh.

Nie wiedział jeszcze, że to jedno z ostatnich zdań opisujących go jako człowieka, który nie wie.

Za rogiem czekało wszystko inne.


ROZDZIAŁ 4: CO TO WŁAŚCIWIE JEST LOOSH?


Bar nazywał się — o ile w ogóle się nazywał, bo szyldu nie było, była tylko wyfarbowana na ciemnozielono ściana przy wejściu, na której ktoś napisał coś, co mogło być nazwą albo instrukcją, albo ostrzeżeniem, litery były za bardzo ozdobne, żeby być pewnym — bar nazywał się więc Czymś, i to Coś mieściło się przy ulicy, która schodziła w dół od głównej ulicy z oknami za dużymi, w budynku, który wyglądał na zmęczony, ale nie w złym sensie — zmęczony jak człowiek po długim dniu, który wie, że zrobił co do niego należało.

Zygfryd wszedł bez pukania, co sugerowało, że pukanie tu nie obowiązywało.

Leszek wszedł za nim.

Środek był ciemniejszy niż powinien być, biorąc pod uwagę, że w ścianach były okna, przez które wpadało to niebo bez dobrego koloru — ale jakoś tak wyszło, że światło tutaj zachowywało się inaczej, rozchodziło się po kątach, zbierało w miejscach nieoczywistych, omijało środek sali jakby celowo. Były stoły — cztery, może pięć, trudno policzyć, bo część

z nich stała w takim cieniu, że Leszek nie był pewien, czy tam są, czy mu się wydaje. Były krzesła. Za barem stała kobieta o twarzy, która nie zdradzała wieku ani nastroju ani nic poza absolutnym spokojem kogoś, kto widział wszystko i przestał się temu dziwić.

Przy jednym stole, tym najbliżej okna, siedział ktoś jeszcze.

Stary człowiek — naprawdę stary, w sposób, który nie był tylko zmarszczkami i siwymi włosami, ale czymś głębszym, jakby starość weszła do środka i rozgościła się tam od dawna — w brązowym swetrze z wyciągniętymi łokciami, z filiżanką przed sobą, z zamkniętymi oczami. Nie spał. Po prostu siedział z zamkniętymi oczami, jakby słuchał czegoś, czego inni nie słyszeli.

— Prorok — mruknął Leszek, bo coś w tej postaci krzyczało Prorok tak głośno, że nie sposób było nie usłyszeć.

— Nie — powiedział Zygfryd. — To Henryk. Był księgowym przez czterdzieści lat. Teraz siedzi tutaj i liczy.

— Co liczy?

— Sam nie wie — powiedział Zygfryd i wzruszył ramionami z miną człowieka, który już dawno przestał zadawać to pytanie. — Ale liczy nieustannie, więc pewnie coś ważnego.

Usiedli przy stole naprzeciwko Henryka, który nie otworzył oczu, nie zmienił wyrazu twarzy, tylko opuszkiem palca wskazującego przesunął delikatnie po blacie stołu, jakby kreślił cyfrę albo literę, albo coś, dla czego nie ma żadnego znaku.

Kobieta za barem pojawiła się przy stoliku bez żadnego słyszalnego kroku.

Postawiła przed Zygfrydem dwie filiżanki.

— Dla gościa też — powiedział Zygfryd.

Kobieta spojrzała na Leszka. Spojrzenie było neutralne w sposób, który przekraczał obojętność i wchodził w coś, co można by nazwać profesjonalnym brakiem oceniania — tak patrzą lekarze na rentgen, nie na człowieka.

Postawiła trzecią filiżankę i odeszła.

Leszek spojrzał w filiżankę.

Był w niej płyn. Ciemny, parujący, o zapachu, który był bliski kawie, ale nie był kawą — był jak wspomnienie kawy, jak zapach z dzieciństwa, kiedy rodzice parzyli kawę rano i ten zapach dochodził pod drzwi dziecięcego pokoju, zanim człowiek w pełni się obudził. Nostalgia w formie płynnej.

— Co to jest? — zapytał Leszek.

— Nie ma nazwy — powiedział Zygfryd. — Ale smakuje jak to, czego najbardziej ci brakuje. Każdemu inaczej.

Leszek wziął filiżankę.

Poczekał chwilę.

Wypił łyk.

Smakowało jak szarlotka Kasi. Jak ciepłe środowe wieczory przy oknie. Jak zapach mokrego betonu po deszczu i jak te trzy sekundy przy zachodzie słońca nad rzeką, kiedy wiedział, że zaraz przejdzie, ale jeszcze trwa.

Odstawił filiżankę.

Poczuł odpływ.

Mały, ale wyraźny.

— Nawet to — powiedział.

— Zwłaszcza to — powiedział Zygfryd bez przepraszającego tonu, bo nie był człowiekiem, który przeprasza za rzeczy, których nie spowodował, tylko za nie wyjaśnił. — Dlatego tu jesteś. Żebym wyjaśnił.

Oparł łokcie o stół.

I zaczął.


— Loosh — powiedział Zygfryd — jest energią emocjonalną. Subtelną, niemierzalną żadnym przyrządem, który zbudowali ludzie, bo ludzie budują przyrządy do mierzenia rzeczy, które uznają za realne, a Loosh uznali za poezję. Za metaforę. Za coś, co mówi się przy kominku, kiedy jest się trochę po winie.

Leszek słuchał.

— Produkujesz go odkąd żyjesz — ciągnął Zygfryd — tak jak produkujesz ciepło ciała

i dwutlenek węgla i elektryczne impulsy w neuronach. Jest produktem ubocznym posiadania świadomości. Albo — zależy od perspektywy — jest głównym produktem, a wszystko inne jest przy nim uboczne.

— Czym różni się od emocji? — zapytał Leszek, bo to było pierwsze konkretne pytanie.

Zygfryd skinął głową — z uznaniem, które mówiło, że to jest właśnie dobre pytanie,

że zadają je ludzie, którzy słuchają prawdziwie.

— Emocja to zdarzenie — powiedział. — Loosh to co zostaje po zdarzeniu. Jak ciepło zostaje po ogniu, kiedy ogień zgaśnie. Możesz go zebrać. Możesz go przechować. Możesz go — skonsumować.

Ostatnie słowo powiedział spokojnie, ale Leszek poczuł, jak w nim coś reaguje na to słowo — nie panika, nie oburzenie, tylko to zimne, trzeźwe rozpoznanie, które przychodzi, kiedy ktoś nazywa rzecz, o której się wiedziało, ale nie chciało wiedzieć.

— Kto konsumuje — powiedział Leszek. I to nie było pytanie.

Zygfryd spojrzał w swą filiżankę.

— Nazywają siebie różnie — powiedział. — W różnych miejscach, w różnych czasach, ludzie, którzy ich przeczuwali, nadawali im różne imiona. Bogowie, demony, duchy, archonci — słownik zależy od epoki i od tego, na ile człowiek był skłonny uznać, że jest obserwowany. — Podniósł wzrok. — Tutaj, w Krainie, mówi się na nich po prostu Starsi. Nie dlatego, że są mądrzy — choć może są — ale dlatego, że są wcześniej. Byli, zanim cokolwiek zaczęło czuć.

— I żywią się naszymi emocjami.

— Żywią się looshem, który emocje produkują — poprawił Zygfryd z precyzją kogoś, dla kogo różnica ma znaczenie. — To nie jest metafora. To nie jest symboliczne. Loosh jest dla nich tym, czym dla ciebie jest jajecznica z dwóch jaj i kawa cztery łyżki.

Leszek poczuł, jak coś w nim staje się nieruchome.

— Skąd wiesz o jajecznicy — powiedział.

— Bo cię oglądali — powiedział Zygfryd prosto. — Od dawna. Wszyscy jesteście oglądani od dawna. Nie w sposób, który budzi niepokój — nie ma żadnych kamer, żadnych akt, żadnych agentów w płaszczach — jest po prostu uwaga.

Taka sama, z jaką rolnik patrzy na pole. Bez złości, bez przywiązania. Z funkcjonalnym zainteresowaniem tym, co rośnie i kiedy będzie gotowe do zebrania.

Przy sąsiednim stole Henryk przesunął palcem po blacie.

Leszek patrzył na tę rękę przez chwilę.

— Gotowe do zebrania — powtórzył.

— Nie martw się o to w złym sensie — powiedział Zygfryd, co było zdaniem, po którym trudno się nie martwić. — Nikt cię nie zabije, nikt ci nie wyrwie serca z klatki piersiowej. Zbieranie łusza jest subtelne. To, co czułeś przez ostatnie dni — te odpływy — to był normalny odbiór. Dzieje się to cały czas, wszędzie, każdemu. Kiedy śpisz, kiedy siedzisz przy oknie, kiedy patrzysz na zachód słońca. Małe, regularne pobrania. Jak podatek.

— Podatek — powtórzył Leszek.

— Podatek od istnienia — powiedział Zygfryd. — Płacisz go odkąd się urodziłeś. Tylko

że nikt ci nie powiedział, że go płacisz, bo gdyby powiedzieli, Loosh miałby inny smak. Gniew zanieczyszcza. Świadomość komplikuje.

— Więc po co mi mówisz — powiedział Leszek.

Cisza.

Zygfryd patrzył na niego przez chwilę z tym swoim oceniającym spojrzeniem, które Leszek zaczynał rozumieć — to nie była wrogość, to był rodzaj skupienia, z jakim patrzy się na coś, co okazało się ciekawsze niż oczekiwano.

— Bo ty zacząłeś czuć odpływ — powiedział w końcu Zygfryd. — A to się nie zdarza.

— Co znaczy, że się nie zdarza?

— Znaczy, że przez większość ludzkiego życia pobieranie łusza jest całkowicie niezauważalne — powiedział Zygfryd. — System jest doskonale skalibrowany. Bierzesz tyle, żeby nie poczuł. Zostawiasz tyle, żeby dalej produkował. Równowaga. — Oparł się w krześle. — Ale raz na bardzo długi czas pojawia się ktoś, kto zaczyna czuć. Ktoś, w kim coś jest — nie wiemy co, nie wiemy dlaczego, może przypadek, może nie — ktoś, w kim czułość na Loosh jest nieoczekiwanie wysoka. Jak alergia. Jak słuch absolutny. Coś, czego nie można zaprojektować.

Leszek siedział.

Stary Henryk przy sąsiednim stole otworzył nagle oczy — jasne, zaskakująco jasne jak na tak stare ciało — spojrzał prosto na Leszka przez może dwie sekundy, a potem zamknął je

z powrotem i wrócił do swojego liczenia.

— I co się dzieje z kimś takim — powiedział Leszek.

— Różnie — powiedział Zygfryd.

— To nie jest odpowiedź.

— Nie — zgodził się Zygfryd. — Ale to uczciwe. Bo naprawdę różnie. — Odwrócił filiżankę do góry dnem na spodku, co wyglądało jak gest kończący temat, ale Leszek znał ten rodzaj gestów — to był gest człowieka, który zamknął jeden temat, żeby otworzyć cięższy. — Niektórzy trafiają tu tak jak ty, przez szczelinę, i rozmawiają ze mną, i wracają, i żyją dalej wiedząc. Inni trafiają tu i zostają. Inni — nie wrócę do szczegółów — nie trafiają dobrze.

— Nie trafiają dobrze — powiedział Leszek.

— Loosh z lęku i Loosh z bólu — powiedział Zygfryd spokojnie, jakby mówił o prognozach pogody — jest wyjątkowo bogaty. Pełny. Skoncentrowany. Są tacy Starsi, którzy preferują właśnie ten rodzaj. I są tacy Zbieracze, którzy im to dostarczają.

Leszek poczuł, jak coś w żołądku robi zimny, precyzyjny obrót.

— Zbieracze to — powiedział powoli — ludzie.

— Tak — powiedział Zygfryd.

— Ludzie, którzy świadomie —

— Tak.

— I ty — powiedział Leszek.

Zygfryd patrzył na niego bez mrugnięcia.

— Ja — powiedział po długiej chwili — jestem Zbieraczem, który zdecydował, że są rzeczy, których nie będzie dostarczał. Co nie zmienia faktu, że jestem Zbieraczem, i nie zmienia faktu, że zbieram. — Głos miał równy, bez przeprosin, bez dramatyzmu. — Jestem tutaj od trzydziestu lat. Przychodziłem jak ty, przez szczelinę, jako zwykły człowiek, który za dużo poczuł. Zostałem, bo nie miałem jak wrócić. Nauczyłem się. Stałem się przydatny dla systemu w roli, która pozwala mi rozmawiać z tobą zamiast — innymi metodami.

— Dlaczego mi to wszystko mówisz — powiedział Leszek. — Jeśli świadomość komplikuje, jeśli gniew zanieczyszcza — dlaczego mi mówisz?

Zygfryd przez długą chwilę nic nie mówił.

Za oknem na ulicy ktoś zamigotał.

— Bo — powiedział w końcu — masz prawo wiedzieć.

— To nie jest powód wystarczający dla Zbieracza.

Zygfryd patrzył na niego.

I po raz pierwszy od początku tej rozmowy coś w jego twarzy zmieniło się — coś pod powierzchnią spokoju, coś starego i nieuleczonego, jak ta rdza na szarej ścianie przy biurze Leszka, uczciwa i niezmienna.

— Nie — przyznał cicho. — Nie jest.

Cisza.

— Mój syn — powiedział Zygfryd i nie dokończył zdania, bo nie musiał, bo niektóre zdania są skończone właśnie w miejscu, w którym urywają, i dokończenie ich byłoby mniej prawdziwe niż milczenie, które po nich zostaje.

Leszek siedział.

Henryk przy stoliku przestał przesuwać palcem po blacie.

W barze bez nazwy, przy filiżankach wypełnionych skondensowaną nostalgią, między człowiekiem, który znał za dużo, a człowiekiem, który dopiero zaczął wiedzieć, przez chwilę nic się nie działo.

A potem Leszek powiedział, bo to było jedyne logiczne następne pytanie — jedyna liczba, która nie zgadzała się z resztą równania:

— Czy mogę wrócić do domu?

Zygfryd wziął do ust niezapalony papieros.

— Możesz — powiedział. — Szczelina otworzy się wieczorem, przy tym samym łuku na Mostowej. Będziesz mógł wyjść. — Zawahał się. — Ale wrócisz.

— Dlaczego miałbym wracać.

— Bo teraz wiesz — powiedział Zygfryd po prostu. — A wiedza jest szczególnym rodzajem łusza, Leszku. Najczystszym, jaki istnieje. I najdroższym. I — spojrzał mu w oczy — najbardziej uzależniającym. Nie dla ciebie. Dla nich.

Leszek wziął filiżankę.

Wypił ostatni łyk.

Smakowało tym razem jak piątkowy zachód słońca nad rzeką i jak klamka sprawdzana dwa razy i jak spokój człowieka, który jeszcze nie wie, że jego spokój zaraz się skończy.

Odstawił filiżankę.

Wstał.

— Dziękuję za kawę — powiedział, bo nawet w Krainie loosh był człowiekiem, który dziękował za kawę.

Zygfryd kiwnął głową.

— Wrócisz wieczorem — powiedział. — Albo jutro. Albo za tydzień. — Wzruszył ramionami. — Czas tutaj —

— Nie działa jak czas na Mostowej — dokończył Leszek.

— Uczysz się szybko.

— Lubię, kiedy liczby się zgadzają — powiedział Leszek. — A w tej chwili nie zgadza się żadna.

Ruszył do wyjścia.

W drzwiach zatrzymał się i odwrócił.

Henryk siedział z zamkniętymi oczami i ruszał wargami bez dźwięku, licząc coś, co tylko on mógł policzyć.

— Henryk — powiedział Leszek.

Stary człowiek nie otworzył oczu.

— Ile nas jest — powiedział Leszek — takich, co czują odpływ.

Henryk przestał ruszać wargami.

Przez chwilę nic.

A potem powiedział, nie otwierając oczu, głosem, który brzmiał jak strony bardzo starej książki:

— Za mało.

I wrócił do liczenia.

Leszek wyszedł na ulicę pod niebo bez nazwy i szedł z torbą z wołowiną od pana Henryka

z Hali Targowej, i myślał o tym, co usłyszał, i im więcej myślał — tym bardziej robiło mu się zimno.

Nie ze strachu.

Z czegoś trudniejszego niż strach.

Z rozumienia.

ROZDZIAŁ 5: FARMY

Zygfryd czekał na niego przed barem.

Stał oparty o ścianę z tym swoim niezapalonym papierosem i patrzył na ulicę z miną człowieka, który wie, że rozmówca wróci, bo nie ma dokąd pójść — i ma w tej wiedzy tyle spokoju, ile ma człowiek, który swoje już przeżył i teraz tylko obserwuje.

— Myślałem, że pójdziesz — powiedział, kiedy Leszek wyszedł.

— Dokąd miałem pójść — powiedział Leszek.

— Właśnie — powiedział Zygfryd.

Odlepił się od ściany i ruszył przed siebie wzdłuż ulicy bez oglądania się, czy Leszek idzie — co było, Leszek to zauważył, pewnym rodzajem szacunku. Nie prowadził za rękę. Zakładał, że Leszek zdecyduje sam.

Leszek poszedł.

Szli przez ulice, które były i nie były miastem — tą samą techniką pamiętanego rysunku, tym samym lekkim błędem proporcji, który człowiek czuje, ale nie potrafi wskazać palcem. Mijali ludzi, którzy migotali. Mijali wejścia do budynków, z których dochodziły dźwięki normalnego życia — rozmowy, muzyka, raz śmiech kogoś, kto śmiał się naprawdę, bez powściągliwości, i ten śmiech odbił się od kamienicy po drugiej stronie ulicy i zawisł przez chwilę w powietrzu jak coś cennego.

Leszek poczuł odpływ.

Mały. Natychmiastowy.

— Nawet cudzy śmiech — mruknął.

— Zwłaszcza cudzy — powiedział Zygfryd, nie odwracając głowy. — Empatia jest jednym

z najbogatszych źródeł. Dlatego ludzie wrażliwi płacą wyższy podatek. — Krótka pauza. — Dlatego ty tu jesteś, a nie twój sąsiad z pierwszego piętra.

— Pan Ryszard — powiedział Leszek automatycznie.

— Nie wiem jak mu na imię — powiedział Zygfryd. — Ale wiem, że go nie ma tutaj.

— Pan Ryszard — powiedział Leszek — narzeka na pogodę, politykę i czynsz ze spokojem człowieka, któremu żadna z tych rzeczy naprawdę nie przeszkadza.

— Wydajność minimalna — powiedział Zygfryd bez złośliwości. — Żyje sobie. Nikt go nie niepokoi.

— A mnie — zaczął Leszek.

— Ciebie niepokoją — powiedział Zygfryd. — W sensie uwagi, nie krzywdy. Na razie.

To na razie wisiało przez chwilę między nimi jak niezapalony papieros — obecne, niegroźne pozornie, ale z potencjałem, który zależy od decyzji.

Dotarli do budynku na końcu ulicy.

Był wyższy od pozostałych — sześć pięter, może siedem, trudno policzyć, bo górne kondygnacje wchodziły w to bezimienne niebo i granica między budynkiem a niebem była niewyraźna, jakby budowniczy zapomniał, kiedy skończyć. Drzwi wejściowe były otwarte. Wewnątrz były schody — drewniane, szerokie, z poręczą wytartą przez lata rąk, które się jej trzymały.

Szli na górę.

Leszek liczył piętra — jeden, dwa, trzy — i na czwartym stracił rachubę, bo schody zachowywały się tak jak czas w Krainie, to znaczy nie do końca linearnie, i piąte piętro pojawiło się zanim skończyło się trzecie, co było geometryczną niemożliwością, którą Leszek zanotował w głowie z adnotacją wyjaśnić później.

Wyszli na dach przez metalowe drzwi, które były w środku drewniane, co też zanotował.


Dach był płaski i szeroki i z jego krawędzi — Leszek podszedł ostrożnie, bo krawędź była krawędzią, niezależnie od wymiarów rzeczywistości — widać było Krainę.

I wtedy Leszek zrozumiał.

Albo zaczął rozumieć, bo rozumienie tego, co zobaczył z dachu, było procesem, który nie skończył się tego dnia ani tygodnia później — zaczął rozumieć, i wraz z tym rozumieniem zrobiło mu się zimno w sposób, który nie miał związku z temperaturą powietrza.

Kraina była duża.

O wiele większa, niż wyglądała z poziomu ulicy. Rozciągała się we wszystkich kierunkach tak daleko, że wzrok gubił się zanim znalazł horyzont — nie dlatego, że horyzont był daleko, ale dlatego, że w pewnym momencie przestawał być horyzontem i stawał się czymś innym, jakąś granicą innego rodzaju, nieprzestrzenną.

I była pełna ludzi.

Ulice, place, parki — wszystko wypełnione, tętniące, żywe. Z tej wysokości migotanie było widoczne wyraźnie — tu i tam, rytmicznie, bez przerwy, jak mrugnięcia świateł w mieście widzianym z samolotu. Ale to nie były światła.

To byli ludzie.

Każde mrugnięcie — pobranie.

— Ile ich tu jest — powiedział Leszek.

— Widzisz to miasto? — Zygfryd stanął obok niego przy krawędzi. — To jeden sektor. Jeden z wielu.

— Ile jest sektorów.

— Nie wiem — powiedział Zygfryd. — Nikt mi nie powiedział, bo nikt, kogo znam, nie widział całości. To jak pytać mrówkę o rozmiar kontynentu.

Leszek patrzył.

Jego wzrok szedł od ulicy do ulicy, od placu do placu, i wszędzie widział to samo — normalne życie prowadzone z pełnym przekonaniem. Ludzie jedli w kawiarniach. Ktoś grał na instrumencie w parku, Leszek nie słyszał muzyki z tej odległości, ale widział ruch smyczka. Dzieci biegały wokół fontanny, przy której siedziały matki z wózkami.

Dzieci.

— Oni wszyscy — powiedział Leszek powoli — są tutaj jak ja. Przez szczelinę.

Zygfryd nie odpowiedział od razu.

I ta pauza była odpowiedzią.

— Nie — powiedział w końcu.

Leszek odwrócił głowę.

Zygfryd patrzył na miasto z twarzą, w której było coś, co Leszek zaczął rozpoznawać — ta rana, ta stara, niezagojona rzecz pod powierzchnią spokoju.

— Część z nich przyszła jak ty — powiedział Zygfryd. — Przez szczelinę, świadomie lub nie, i żyje tu wiedząc mniej lub więcej, i kiedyś może wróci albo nie. — Zawahał się. — Ale część z nich nigdy nie była gdzie indziej.

Leszek patrzył na miasto.

— Urodzili się tu — powiedział.

— Urodzili się tutaj — potwierdził Zygfryd. — Dla nich to jest świat. Jedyny świat, jaki znają. Chodzą do szkół, mają rodziny, pracują, kochają się, starzeją. — Głos miał równy, ale ta równość była wyraźnie wyćwiczona przez lata. — I przez całe swoje życie — od narodzin do śmierci — produkują łusz, który jest zbierany. W środowisku zaprojektowanym tak, żeby produkcja była optymalna.

Leszek stał przy krawędzi dachu i patrzył na miasto.

Na kawiarnie.

Na dzieci przy fontannie.

Na kogoś, kto grał na smyczku.

— Zaprojektowanym — powtórzył.

— Każda emocja ma swój sezon — powiedział Zygfryd. — Wiosną zbiera się głównie nadzieję i zakochanie — młode, czyste, o wysokiej zawartości. Latem — radość i tęsknotę

w równych proporcjach. Jesień to melancholia premium — najstarsza, najgłębiej przetworzona, Starsi szczególnie ją cenią. Zima — ciepło bliskości, kontrast samotności.

— Jak płodozmian — powiedział Leszek.

— Jak płodozmian — potwierdził Zygfryd bez zażenowania, bo to była precyzyjnie odpowiednia metafora i oboje wiedzieli.

Leszek patrzył na miasto i myślał o urodzinach. O własnych urodzinach, czternaście miesięcy temu, które spędził sam z gulaszem i serialem, i o tym jak wtedy — teraz pamiętał to z nową, nieprzyjemną wyrazistością — poczuł coś szczególnego, jakiś smutek mieszający się z ciepłem, któremu nie dał nazwy. I pomyślał, że to musiało być wyjątkowo dobre.

Że ktoś, gdzieś, docenił tamten wieczór.

— Chcę wiedzieć jedno — powiedział.

— Jedno na razie — powiedział Zygfryd, co sugerowało, że Leszek będzie chciał wiedzieć więcej, i miał rację.

— Ci, którzy tu żyją — urodzeni tutaj, niewiedzący — czy im jest źle?

Cisza.

Zygfryd odwrócił papierosa w palcach.

— Nie — powiedział w końcu. — I to jest najtrudniejsza część.

— Dlaczego najtrudniejsza.

— Bo gdyby im było źle — powiedział Zygfryd — byłoby łatwiej się oburzyć. Łatwiej powiedzieć: to jest złe, trzeba to zmienić, walczmy. — Odwrócił głowę i spojrzał na Leszka. — Ale oni żyją. Naprawdę żyją. Kochają. Cierpią, bo cierpienie jest częścią produkcji, ale cierpią tak jak ty cierpisz — prawdziwie, własnym bólem. Śmieją się prawdziwie. Rodzą dzieci i te dzieci są prawdziwe. — Urwał. — Są szczęśliwi w takiej samej proporcji, w jakiej ludzie zawsze są szczęśliwi. Nie gorzej. Nie lepiej. Tak samo.

— Bo szczęście musi być autentyczne — powiedział Leszek — żeby Loosh był wartościowy.

— Dokładnie tak.

— Więc jedyna różnica między ich życiem a moim — powiedział Leszek — jest ta, że ktoś

z zewnątrz na tym korzysta.

— Jedyna różnica — potwierdził Zygfryd. — I pytanie, które zajmuje mnie od trzydziestu lat, brzmi: czy to wystarczy, żeby uznać to za zło.

Leszek patrzył na miasto.

Na dzieci przy fontannie, które w tej chwili — widział to wyraźnie nawet z tej odległości — wrzucały monety do wody i coś sobie życzyły.

Migotały.

— Tak — powiedział Leszek.

— Tak po prostu — powiedział Zygfryd.

— Tak — powtórzył Leszek. — Nie dlatego, że im jest źle. Dlatego, że nie wiedzą. Że nie mają wyboru. Że zgoda — prawdziwa zgoda — jest niemożliwa bez wiedzy. — Odwrócił się od krawędzi. — Karmisz kogoś czymś, co uważasz za dobre dla niego, bez jego wiedzy

i bez jego zgody — to nie jest opieka. To jest coś innego.

Zygfryd patrzył na niego przez długą chwilę.

— Tak właśnie pomyślałem trzydzieści lat temu — powiedział cicho.

— I co zrobiłeś.

— Zostałem Zbieraczem, który nie dostarcza bólu na zamówienie — powiedział Zygfryd. — Co jest formą buntu, która nic nie zmienia, ale pozwala spać.

— Śpisz?

— Prawie nigdy — przyznał Zygfryd.

Stali na dachu pod niebem bez nazwy, i miasto pod nimi żyło, i migotało, i produkowało,

i ktoś przy fontannie dostał monetą w głowę od siostry i zaczął płakać, i ktoś inny zaczął śmiać się z tego, i oboje migotali intensywniej, i gdzieś w miejscu, którego Leszek nie widział i nie umiałby wskazać, coś zbierało to wszystko z precyzją i spokojem czegoś, co robi to od zawsze.

— Ilu jest takich jak ty — powiedział Leszek. — Zbieraczy, którzy wiedzą i mają wątpliwości.

— Za mało — powiedział Zygfryd.

To samo słowo co Henryk.

— I ilu jest takich jak ja — powiedział Leszek. — Ludzi, którzy poczuli i trafili tutaj.

Zygfryd wziął do ust papierosa i patrzył przed siebie.

— W tym roku — powiedział — ty jesteś trzeci.

— Co stało się z dwoma poprzednimi.

Pauza.

— Pierwszy wrócił i żyje na Śląsku i hoduje pszczoły — powiedział Zygfryd. — Drugi — tu głos mu się zmienił o jedną, jedyną, maleńką warstwę — drugi spotkał innego Zbieracza zanim trafił do mnie.

Leszek nie pytał o szczegóły, bo nie chciał ich znać, a jednocześnie wiedział, że będzie je musiał poznać, bo to był rodzaj wiedzy, od której nie można się odwrócić, kiedy raz się wie, że istnieje.

— Dlaczego mnie znalazłeś — powiedział.

— Bo szczelina otworzyła się dwa metry ode mnie — powiedział Zygfryd. — Stałem przy tamtej kamienicy i paliłem.

— Nie palisz.

— Nie palę od dwudziestu lat — powiedział Zygfryd. — Ale stoję i trzymam.

Leszek spojrzał na papierosa w jego dłoni.

— Nawyk po poprzednim życiu — powiedział.

— Kotwica — powiedział Zygfryd. — Przypomnienie, że kiedyś byłem gdzie indziej.

Zeszli z dachu w milczeniu.

Na klatce schodowej, na trzecim piętrze, które pojawiło się po piątym, Leszek zatrzymał się przy oknie i spojrzał na ulicę w dole. Kobieta w jasnej sukience szła z siatką zakupów

i śpiewała pod nosem coś cichego — Leszek nie słyszał słów, tylko rytm — i migotała w takt tej pieśni, subtelnie, prawie pięknie, jakby muzyka wyciągała z niej więcej.

Poczuł coś trudnego do opisania.

Nie żal. Nie gniew. Coś między nimi — coś, dla czego język polski, który Leszek szanował za precyzję, nie miał dobrego słowa. Może dlatego, że to uczucie nie powinno istnieć.

Że świat, w którym ono istnieje, jest światem, w którym coś poszło fundamentalnie nie tak, dawno temu, zanim ktokolwiek żyjący mógł zaprotestować.

— Jak ona ma na imię — powiedział Leszek.

Zygfryd stanął obok niego przy oknie.

— Nie wiem — powiedział.

— Ale ktoś wie.

— Ktoś wie wszystko o niej — powiedział Zygfryd. — Ile wyprodukuje w tym roku. W jakich warunkach produkuje najlepiej. Czy powinna spotkać kogoś, kto ją uszczęśliwi, bo szczęście przed stratą daje pełniejszy Loosh rozpaczy. — Głos miał spokojny jak człowiek, który powiedział to zdanie już tyle razy, że emocje zeszły z niego jak farba z muru. — Oni planują życia, Leszku. Nie wszystkie. Nie w szczegółach. Ale kierunek. Ramy.

Kobieta w jasnej sukience zniknęła za rogiem.

Loosh po niej — po jej pieśni, po jej zwykłym środowym zakupowym spacerze — wisiał jeszcze przez chwilę w powietrzu jak zapach perfum, które ktoś już dawno wyszedł.

Leszek poczuł, jak w nim coś, co do tej pory było zimne i analityczne, zaczyna być inne.

Cieplejsze.

Ale nie w dobry sposób.

W sposób, który znał z materiałoznawstwa — bo czytał kiedyś o materiałoznawstwie, bo czytał o wszystkim po trochu — ten rodzaj ciepła, które poprzedza zmianę stanu. Kiedy coś stałe zaczyna być czymś innym.

— Zygfryd — powiedział Leszek.

— Słucham.

— Czy jest jakiś sposób — powiedział Leszek — żeby to zmienić.

Zygfryd patrzył przez okno na ulicę, gdzie kobiety już nie było.

— Jest jedno — powiedział po długiej chwili — pytanie, które Starsi się boją. Jedna rzecz, która zakłóca system bardziej niż cokolwiek innego. — Odwrócił się do Leszka. — Nie zbrojne powstanie. Nie bunt. Nie ucieczka.

— Co?

— Świadomość w skali — powiedział Zygfryd. — Jeden człowiek, który wie, to anomalia. Stu ludzi, którzy wiedzą, to problem. Tysiąc — to coś, z czym system nie był projektowany, żeby sobie radzić. Bo Loosh świadomego człowieka — który wie, co jest zbierane i mimo wszystko decyduje się czuć — jest toksyczny. Niestrawny. Zakłóca.

— Jak to możliwe, że dotąd nikt — powiedział Leszek.

— Nikt nie żył wystarczająco długo z tą wiedzą — powiedział Zygfryd. — Albo wracał

i milczał, bo kto by uwierzył. Albo był — unieszkodliwiany zanim zdążył powiedzieć komukolwiek.

— Albo — powiedział Leszek — nie wiedział, co zrobić z tym co wie.

— Albo to — przyznał Zygfryd.

Zeszli na parter.

Przy drzwiach wyjściowych Leszek zatrzymał się i odwrócił.

— Mój syn — powiedział.

Zygfryd zastygł.

— Wspomniałeś w barze — powiedział Leszek. — I nie dokończyłeś.

Cisza.

Długa.

— Miał dwadzieścia trzy lata — powiedział Zygfryd. Głos miał taki sam jak zawsze — równy, spokojny — ale ta równość teraz była wyraźnie czymś, nad czym pracował w czasie rzeczywistym, wysiłkiem woli podtrzymywanym sekunda po sekundzie. — Czuł odpływ od dziecka. Ja już byłem tu od lat, już wiedziałem, próbowałem go chronić, nie mówić za wcześnie, dać mu normalnie pożyć. — Przerwał. — Zanim zdążyłem mu wyjaśnić — trafił przez szczelinę. Inną niż moja. Trafił na innego Zbieracza. Takiego, który dostarcza na zamówienie.

Leszek stał w drzwiach.

— Przepraszam — powiedział, bo co innego można powiedzieć.

— Nie twoja wina — powiedział Zygfryd.

— Wiem. Ale i tak.

Zygfryd patrzył na niego przez chwilę.

I po raz pierwszy od kiedy Leszek go znał — a znał go od kilku godzin, które w Krainie mogły być czymkolwiek — Zygfryd wyglądał jak człowiek, który jest po prostu zmęczony. Nie filozoficznie. Nie metaforycznie. Zmęczony tak, jak się jest zmęczonym, kiedy się niesie coś ciężkiego od bardzo dawna i odstawić nie można, bo nie ma gdzie.

— Idź — powiedział Zygfryd. — Szczelina będzie wieczorem. Idź, zjedz coś, prześpij się, przemyśl. — Urwał. — A jutro, albo pojutrze, albo za tydzień.

— Wrócę — powiedział Leszek.

— Wiem — powiedział Zygfryd.

— Bo teraz wiem — powiedział Leszek.

— Tak.

— I sama wiedza to za mało.

Zygfryd patrzył na niego.

I w jego oczach było coś nowego — coś, czego Leszek wcześniej tam nie widział, bo wcześniej było przykryte warstwami trzydziestu lat Krainy i niezapalonego papierosa

i równego głosu i niezagojonych ran.

Nadzieja.

Mała. Ostrożna. Taka, która nauczyła się być ostrożna, bo była już za dużo razy niszczona. Ale jednak.

— Za mało — potwierdził cicho.

Leszek wyszedł na ulicę.

Szedł przez Krainę z torbą z wołowiną od pana Henryka, i patrzył na migoczących ludzi,

i wiedział, że każde mrugnięcie to podatek, i czuł jak w nim, w tym miejscu, gdzie kiedyś była po prostu jajecznica z dwóch jaj i klamka sprawdzana dwa razy, zaczyna tworzyć się coś nowego.

Coś ciepłego, zakłócającego, toksycznego dla systemu.

Coś, dla czego może jeszcze nie ma nazwy.

Ale Leszek lubił, kiedy liczby się zgadzały — i ta jedna liczba, to jedno równanie, które miał teraz przed sobą, było niezgodne ze wszystkim, co wiedział o sobie i o świecie — i właśnie dlatego, po raz pierwszy od czterech lat porannej kawy i klamki dwa razy i zachodu słońca

w piątek, po raz pierwszy od bardzo dawna —

Leszek Pawlak chciał coś zrobić.

Nie wiedział jeszcze co.

Ale to było więcej, niż miał rano.

ROZDZIAŁ 6: MIESZKAŃCY — PRZEGLĄD PODSTAWOWY

Szczelina otworzyła się o 19:14.

Leszek stał przy łuku na Mostowej i czuł ją zanim ją zobaczył — to samo zagęszczenie powietrza, ta sama zmiana temperatury o ułamek stopnia, który nie był mierzalny żadnym termometrem, ale był absolutnie mierzalny czymś wcześniejszym niż termometr. Wszedł

w nią bez zatrzymywania, bo tym razem wiedział co robi, i wyszedł po drugiej stronie na mokry chodnik przy kamienicy z zielonymi okiennicami, i ulica Mostową była taka sama jak zawsze, z tą różnicą, że Leszek patrzył na nią innymi oczami.

Tymi samymi oczami. Inaczej.

Aptekarz stał w drzwiach z papierowym kubkiem, ale apteka była już zamknięta, więc może po prostu stał. Stary pan z gołębiami już nie był — gołębie zostały, chodziły po chodniku z tą swoją gołębią miną, jakby coś szukały i nie pamiętały co. Ulica była mokra i pachniała końcem dnia.

Leszek sprawdził mięso w torbie.

Dobre.

Czas w Krainie był naprawdę osobną kwestią — wyszedł rano, spędził tam może pięć godzin subiektywnie, wrócił wieczorem tego samego dnia. Coś się nie zgadzało w arytmetyce, ale tym razem Leszek postanowił zaakceptować niezgodność i wrócić do niej później, kiedy będzie miał więcej danych.

Wszedł do mieszkania.

Sprawdził klamkę — dwa razy — i dopiero wtedy zorientował się, że to był odruch sprzed pewnej wiedzy, że jest coś groteskowego w sprawdzaniu zamka przez człowieka, który właśnie wrócił z miejsca, gdzie świadomość jest towarem eksportowym. Ale sprawdził, bo ciało nie wiedziało jeszcze tego, co wiedziała głowa, i nie było sensu karać ciała za spóźnienie.

Postawił torbę na blacie.

I wtedy zobaczył Bolesława.

Bolesław stał na parapecie tak samo jak zawsze — nieruchomy, kolczasty, w doniczce

z przesuszoną ziemią, której Leszek regularnie zapominał podlewać, co kaktusowi najwyraźniej nie przeszkadzało, bo żył z uporem godnym lepszej sprawy.

Leszek patrzył na niego przez dłuższą chwilę.

A potem — po raz pierwszy, bo do tej pory nie miał referencji, nie miał wzorca, nie wiedział na co patrzeć — po raz pierwszy Leszek zobaczył, że Bolesław migocze.

Subtelnie. Ledwo. O wiele delikatniej niż ludzie na ulicach Krainy — bardziej jak świeca niż jak żarówka. Ale jednak.

Leszek podszedł bliżej.

Tak.

Co kilkanaście sekund, w rytmie, który był za wolny na oddech i za szybki na cokolwiek, co Leszek umiał nazwać — Bolesław przez ułamek chwili stawał się o odrobinę mniej nieprzezroczysty.

— Ty też — powiedział Leszek.

Bolesław milczał, co było jego jedyną odpowiedzią na wszystko, ale tym razem milczenie miało inny kształt. Nie kształt niemoty. Kształt odpowiedzi, która nie potrzebuje słów, bo jest oczywista, i tylko pytający doszedł do niej za późno.

Wszystkie istoty żywe — powiedział Zygfryd.

Leszek siedział przy oknie długo, patrząc na Bolesława, i myślał o wszystkich rzeczach, które miał wokół siebie od lat, i które migotały, i których migotania nie widział, bo nie wiedział, że można patrzeć.

Potem wstał i zaczął gotować.

Wołowina z warzywami.

Prosty przepis, żaden ekstra, tylko żeby mięso się nie zmarnowało. Leszek kroił cebulę

z miną człowieka, który kroi cebulę, i płakał z tego powodu, jak się płacze przy krojeniu cebuli — fizycznie, odruchowo, bez treści emocjonalnej — i poczuł odpływ, bo nawet płakanie bez powodu było wystarczające, i pomyślał, że to jest może najsmutniejszy żart, jaki słyszał w życiu: że cebula jest wydajna.

Jadł przy oknie.

Ulica Mostową o 20:30 miała swój osobny charakter — nie tak cicha jak późna noc, nie tak głośna jak wieczór, coś pomiędzy, czas kiedy miasto zmieniało zmianę i jedna pora dnia przekazywała klucze drugiej. Leszek patrzył na przechodniów i patrzył na migotanie, i myślał o tym, co Zygfryd powiedział o płodozmianie.

Nadzieja wiosną. Melancholia jesienią.

Był wrzesień.

Dobry sezon — pomyślał i poczuł do siebie chwilowy niesmak za tę myśl, bo brzmiała jak myśl Zbieracza, nie człowieka, a on nie był jeszcze pewien, czym chce być.

Odstawił talerz.

Wziął zeszyt w kratkę — ten od gotowania, ten z ostatnią stroną — i otworzył go. Jego poprzednie wpisy patrzyły na niego: Wt. — przy przejściu. Małe. Śr. — w wagonie. Kobieta płakała. Większe. Czw. — szarlotka Kasi.

Dopisał:

Pt. — Kraina. Zygfryd. Farmy. Bolesław migocze. Wszystko migocze. Co teraz.

Patrzył na to co teraz przez chwilę.

Nie miał odpowiedzi.

Ale miał — i to było nowe, nieznane, trochę niepokojące — potrzebę. Żeby wiedzieć więcej. Żeby wrócić. Żeby rozumieć wystarczająco dużo, żeby zrobić cokolwiek sensownego z tym, co już rozumiał.

Zamknął zeszyt.

Poszedł spać.

I śnił o ludziach, których jeszcze nie znał, i których miał poznać.

Wrócił przez szczelinę w sobotę rano.

Tym razem szedł celowo — podszedł do łuku przy kamienicy z zielonymi okiennicami, stanął w odpowiednim miejscu, poczekał na zagęszczenie powietrza i wszedł. Sprawnie. Bez wahania. Z torbą termiczną z kanapkami, bo poprzednim razem wyszedł z Krainy głodny i to był błąd logistyczny, którego nie zamierzał powtarzać.

Kraina przyjęła go jak zawsze — tym bezimiennym niebem, tymi ulicami z lekko błędnymi proporcjami, tym powietrzem, które miało smak czegoś tłumaczonego z innego języka.

Zygfryd nie czekał tym razem przy kamienicy.

Leszek stał chwilę, orientując się, i wtedy usłyszał za sobą:

— Wróciłeś szybciej niż myślałem.

Odwrócił się.

Zygfryd wychodził z bramy po drugiej stronie ulicy z kubkiem czegoś parującego w dłoni, bez niezapalonego papierosa, co Leszek odnotował jako odstępstwo od normy.

— Zgubiłem kotwicę — powiedział Zygfryd, widząc jego wzrok. — Raz na kilka tygodni. Zaraz znajdę inną.

— Ile masz ich w zapasie — zapytał Leszek.

— Za dużo — powiedział Zygfryd. — Chodź. Chcę ci kogoś pokazać.


Szli przez dzielnicę, której Leszek jeszcze nie widział — ciasne uliczki między kamienicami, które tu miały proporcje właściwe, jakby ta część Krainy była starsza i zbudowana przez kogoś, kto pamiętał więcej. Gdzieś grała muzyka — nie ta z parku, inna, głębsza, jakby dochodziła z piwnic albo ze ścian.

— Opowiedz mi o mieszkańcach — powiedział Leszek.

Zygfryd szedł i milczał przez chwilę, w sposób, który nie był milczeniem unikania, tylko milczeniem kogoś, kto zastanawia się od czego zacząć.

— Są trzy rodzaje — powiedział w końcu. — Pierwsi to ci, którzy urodzili się tutaj i nie wiedzą. Żyją, migoczą, produkują. — Zrobił gest ręką, który obejmował całe miasto. — Większość.

— Drudzy — powiedział Leszek.

— Drudzy to tacy jak ty — powiedział Zygfryd. — Przyszli przez szczelinę, wiedzą mniej lub więcej, część wraca, część zostaje. Małe podziemie.

— I trzeci rodzaj.

— Trzeci rodzaj — powiedział Zygfryd — to ci, którzy urodzili się tutaj, ale zaczęli czuć odpływ. Sami, bez pomocy, bez żadnej szczeliny. Którym coś w środku powiedziało, że coś jest nie tak, zanim mieli na to słowa. — Urwał. — To najciekawsi. I najbardziej niebezpieczni dla systemu.

— Ile ich jest.

— W tym mieście — powiedział Zygfryd — znam trzech.

— Chcesz mi pokazać jednego z nich.

— Chcę ci pokazać wszystkich trzech — powiedział Zygfryd. — Bo każde z nich jest inne.

I każde z nich daje inną odpowiedź na pytanie, co zrobić z tym, co wie.

Zatrzymali się przed niską kamienicą w kolorze, który mógł być żółty albo beżowy albo czymś pomiędzy, z oknem na parterze zasłoniętym grubą tkaniną. Przy drzwiach wisiała tabliczka, na której było napisane coś w języku, którego Leszek nie rozpoznał, choć litery były znajome.

Zygfryd zapukał trzy razy — nie dwa, nie cztery — trzy, co wyglądało na umówiony sygnał.

Drzwi otworzyły się.

Pierwsza z nich nazywała się Małgorzata Trzy-i-Pół.

Miała — Leszek nie umiał powiedzieć ile lat, bo w Krainie wiek działał inaczej, ludzie urodzeni tutaj starzeli się w rytmie, który nie był zsynchronizowany z niczym, co Leszek znał — miała może trzydzieści pięć lat albo pięćdziesiąt, twarz spokojną z głębokimi zmarszczkami przy oczach, które nie były zmarszczkami starości tylko zmarszczkami patrzenia — długiego, intensywnego, w różnych kierunkach jednocześnie.

— Trzy-i-Pół — powiedział Leszek cicho do Zygfryda, kiedy Małgorzata odwróciła się, żeby zaparzyć coś do picia.

— Bo — powiedział Zygfryd równie cicho — kiedy miała trzy i pół roku, zapytała matkę: mama, czemu ludzie świecą, a potem gasną? Matka myślała, że to wymysły. Małgorzata przestała pytać. Ale nie przestała widzieć.

Mieszkanie Małgorzaty było małe i gęste od rzeczy — nie w sensie bałaganu, w sensie nasycenia. Każda powierzchnia coś niosła: na półkach stały słoiki z różnymi substancjami, których Leszek nie umiał zidentyfikować, na ścianie wisiała mapa — nie geograficzna, coś innego, sieć linii i punktów, które mogły być ulicami albo szlakami albo czymś zupełnie trzecim. Na podłodze leżały otwarte zeszyty, gęsto zapisane, pismo małe i równe jak rzędy owadów.

Małgorzata postawiła przed nimi dwa kubki i usiadła naprzeciwko na krześle z nogami skrzyżowanymi pod sobą, z pozycją kogoś, kto siedzi tak zawsze, bo tak jest wygodniej niż konwencjonalnie.

— Nowy — powiedziała. Nie pytająco — stwierdzająco.

— Leszek — powiedział Leszek.

— Małgorzata — powiedziała. — Ale możesz Trzy-i-Pół, jeśli wiesz skąd.

— Wiem.

Spojrzała na niego z tym swoim długim, bocznym spojrzeniem.

— Zygfryd mówi, że czujesz odpływ od kilku dni.

— Od wtorku — powiedział Leszek.

— Silny?

— Coraz — powiedział Leszek. — I coraz częstszy.

Małgorzata kiwnęła głową z miną diagnosty, który słyszy objawy i dopasowuje do wzorca.

— U mnie zaczęło się w dzieciństwie — powiedziała. — Pięćdziesiąt lat temu. — Więc jednak starsze, pomyślał Leszek. — Najpierw widziałam migotanie. Potem czułam odpływ. Potem zaczęłam rozumieć rytm.

— Rytm — powtórzył Leszek.

— Zbieranie nie jest losowe — powiedziała Małgorzata i wstała, i podeszła do mapy na ścianie. — Jest skalibrowane. Zaplanowane. — Wskazała na sieć linii. — To jest mapa zbiorów w tym mieście. Przez pięćdziesiąt lat obserwacji. Tu — wskazała punkt — jest szkoła. Duże natężenie w czerwcu, przy egzaminach. Tu — inny punkt — jest szpital. Całoroczna produkcja, wyrównana, wysoka jakość. Tu — trzeci punkt, zakreślony czerwonym — jest miejsce, którego nie rozumiem.

— Czego nie rozumiesz — powiedział Leszek.

— Że jest zbyt duże — powiedziała Małgorzata. — Zbiera za dużo. Za często. Nie ma powodu — nie ma szkoły, nie ma szpitala, nie ma nic, co by tłumaczyło tę wydajność.

— Odwróciła się. — Od roku próbuję znaleźć co tam jest.

— I?

— I za każdym razem, kiedy podchodzę za blisko — powiedziała — czuję coś, co nie jest odpływem. Jest odwrotnością odpływu.

— Wlewem — powiedział Leszek.

Małgorzata patrzyła na niego.

— Wlewem — powtórzyła cicho. — Tak. Jak gdyby coś wlewało w ciebie coś, czego nie chcesz. — Przerwała. — I przez tydzień po tym śni mi się to samo.

— Co.

— Że wszystko jest w porządku — powiedziała Małgorzata. — Że nie ma czego szukać.

Że jestem tutaj, że żyję, że to wystarczy. — Głos miał równy, ale pod równością była warstwa, którą Leszek rozpoznał — ta sama, którą miał Zygfryd. Coś starego i zużytego przez wiedzę. — Sen jest bardzo spokojny. Bardzo ciepły. I przez tydzień nie idę pod ten adres.

— Bo sen działa — powiedział Leszek.

— Bo sen działa — potwierdziła Małgorzata.

Wrócili do stołu.

Siedzieli przez chwilę w ciszy, która była robocza, nie niezręczna.

— Co robisz z tym co wiesz — powiedział Leszek.

— Dokumentuję — powiedziała Małgorzata. — Te zeszyty. — Wskazała na podłogę. — Czterdzieści siedem zeszytów. Każdy odpływ, każdy wzorzec, każda anomalia. — Pauza. — Kiedyś myślałam, że wystarczy wiedzieć wystarczająco dużo. Że wiedza jest bronią.

— Ale.

— Ale mam czterdzieści siedem zeszytów — powiedziała Małgorzata — i nic się nie zmieniło.

Leszek patrzył na te zeszyty na podłodze. Czterdzieści siedem. Pięćdziesiąt lat. Małe pismo jak rzędy owadów, każdy odpływ zanotowany, każdy wzorzec zidentyfikowany, cały system zmapowany z precyzją, która musiała kosztować lata i wyrzeczeń i snów, w których wszystko jest w porządku, i wstawania rano i wracania mimo snu, bo coś było silniejsze niż sen.

— Mogę pożyczyć jeden — powiedział Leszek.

Małgorzata spojrzała na niego.

— Który — powiedziała.

— Ten o miejscu, którego nie rozumiesz — powiedział Leszek.

Długa chwila.

Małgorzata wstała i wzięła z podłogi zeszyt — niebieski, wytarty na grzbiecie — i podała go Leszkowi bez słowa.

Leszek wziął.

— Dziękuję — powiedział.

— Wróć z nim — powiedziała Małgorzata, i to zdanie miało dwie warstwy, i obie były prośbą.

Drugi był Barman Zygfryd.

Nie ten Zygfryd — inny, choć imię to samo, co w Krainie zdarzało się podobno częściej niż powinno, z powodów, których Zygfryd — ten Zygfryd, Leszka, jak zaczął o nim myśleć — nie chciał wyjaśniać.

Barman Zygfryd prowadził bar przy placu, który w Krainie pełnił rolę centrum — nie administracyjnego, nie handlowego, centrum w sensie środka ciężkości, miejsca, do którego wszystko grawituje i od którego wszystko odpycha się w równych proporcjach. Bar był mały, zawsze pełny, głośny w sposób, który nie był hałasem, tylko dowodem na to, że wewnątrz dużo się dzieje.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 9.99
drukowana A5
za 36.03