E-book
7.88
drukowana A5
45.65
Leśniczówka nad rzeką

Bezpłatny fragment - Leśniczówka nad rzeką


Objętość:
208 str.
ISBN:
978-83-8467-615-8
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 45.65

Rozdział I
Hubert

Opary papierosowego dymu i kwaśny odór piwa, zalegającego na dnie kufli, wgryzały się w percepcję małego Huberta, wywołując na jego twarzy grymas niemal fizycznego cierpienia. Stary dworzec już z zewnątrz przypominał chylący się ku upadkowi relikt dawnej niemieckiej świetności, lecz to, co kryło się w środku, było jeszcze bardziej przygnębiające. Podróżni oczekujący na swoją ciuchcię raczyli się dymkiem i czymś mocniejszym, utrwalając w oczach Hubercika obraz dekadencji i obskurantyzmu. Po latach wizerunek mieszczki w znoszonej jesionce i niemodnym kapelusiku oraz jej ślubnego, taszczącego walizę z dermy, dla pewności opasaną starym paskiem, będzie do niego powracał w plastycznych wizjach, utrwalanych później na kartach jego książek. W ten ponury, dworcowy pejzaż doskonale wpisywała się bar-mama, nalewająca piwo z „kija” i opierająca zbyt obfity biust o szynkwas. Jej kwaśna mina zdawała się mówić, że wszelkie niewygody, a nawet beznadzieja wdzierającej się zewsząd egzystencji, będą im odtąd towarzyszyć w każdej podróży.


Hubert nie mógł już doczekać się długo wyczekiwanej eskapady — wyprawy w nieznane, do świata, którego jeszcze nie znał, a który miał wkrótce wywrócić jego kosmos do góry nogami. Druga klasa wagonu kolejowego była ascetyczna, lecz zupełnie nie zaprzątało to jego myśli. Siedząc na twardej, drewnianej ławce przy niedomytym oknie, chłonął wzrokiem wolno przesuwający się krajobraz: wijące się dróżki, rozległe pola i pastwiska. Zachwycał się krowami leniwie przeżuwającymi trawę oraz wiejskimi burkami, które, śmiesznie podskakując, zawzięcie ujadały na dymiące cielsko wysłużonej lokomotywy. Wijąca się w dole wstęga rzeki, obramowana krzewami porastającymi oba brzegi, dopełniała tę rodzajową scenkę, mieniąc się feerią barw nadciągającej jesieni. Kiedy sielski pejzaż ustąpił miejsca tajemniczej ścianie lasu, Hubert poczuł, jak szumiące drzewa wysyłają ku niemu nieme zaproszenie — jakby zachęcały go, by przyjrzał się z bliska chylącej się ku schyłkowi letniej zieleni.

Podróż nie trwała długo. Kiedy pociąg zatrzymał się na malutkiej stacyjce, otoczonej zalesionymi wzgórzami, troje podróżnych niezdarnie wygramoliło się z wagonu, chłonąc wilgotną aurę natury, która zdawała się wyglądać z każdego zakamarka. Stacyjka miała jeden utwardzony peron, przy którym stała niewielka poczekalnia z nieczynną kasą biletową oraz przylegającymi do niej szaletami — miejscem, gdzie na dobre zadomowiły się muchy, leśne pająki i roje komarów, czyhające na zagubionego podróżnego, który nieopatrznie udałby się tam za potrzebą. Ze stacyjki ku położonej nad rzeką leśniczówce prowadziła w dół wijąca się leśna ścieżka. Mieszkańcy osady, składającej się dosłownie z kilku domów, wybierali jednak inną drogę na stację. Po przejściu pod wiaduktem natychmiast skręcali w dróżkę wiodącą ku górze, jakby tamtą ścieżkę pozostawili wyłącznie gościom zmierzającym do leśniczówki. Dla Huberta droga przez las była przestrzenią pełną tajemnic. Najdotkliwiej odczuwał to podczas wieczornych powrotów ze stacji, gdy zapadał zmrok. Powykręcane za dnia drzewa, po nocnej stronie światła, przeistaczały się w stwory czyhające, by pochwycić w swe gałęzie nierozważnych wędrowców, którzy ośmielili się naruszyć ich terytorium. Wyobraźnia Hubercika pracowała wówczas na najwyższych obrotach, podsuwając mu nieziemskie wizje — obrazy jakby żywcem wyjęte z piekielnych czeluści. Teraz jednak musiał skupić się na trakcie prowadzącym ze stacji ku leśniczówce. Chciał widzieć i wiedzieć więcej, zachować w pamięci jak najwięcej szczegółów tego urokliwego świata, w którym do jego świadomości docierały jedynie świergot ptaków i kojący szum drzew. Gdy wyszli z lasu, ich oczom ukazała się szutrowa droga biegnąca prosto wzdłuż drewnianych domków rybackich, ku skrzyżowaniu, za którym wznosiła się majestatyczna leśniczówka. Za budynkiem wiła się wartka rzeka, pełna zdradliwych wirów. W sobotnie popołudnie leśniczówka, otoczona z trzech stron lasem, a z czwartej rzeką, przywitała przybyszy kakofonią dźwięków: ujadaniem myśliwskich psów, beczeniem owiec oraz ostrzegawczym pianiem bojowo nastawionych kogutów.


Leśniczówka była duża — wręcz ogromna, przynajmniej w oczach Huberta. W prawym skrzydle mieściła się przestronna kuchnia, a dalej obszerny salon, z którego wchodziło się do niewielkiej sypialni, nocnego azylu kuzynek. W lewym skrzydle znajdował się pokój gościnny, niemal tak rozległy jak salon. Z niego prowadziło przejście do wąskiego korytarzyka, a dalej — na długą werandę ciągnącą się wzdłuż całego boku domu. Za korytarzem mieścił się myśliwski gabinet wuja, urządzony stylowymi meblami i ozdobiony porożami jeleni oraz wyprawioną głową dzika, spoglądającą na domowników z wysokości ściany. Na tym jednak tajemnicze zakamarki leśniczówki się nie kończyły. Na strychu, do którego prowadziły skrzypiące schody, znajdowały się dwa zagracone pokoje. Upychano tam wszelkie starocie — przedmioty, które miały tę przewagę nad zwykłymi klamotami, że zdawały się posiadać duszę. Zakurzona lampa i dwa wysłużone, lekko obdarte fotele tuliły się do stojącego zegara, w którym czas zatrzymał się na dobre. To właśnie w tym pokoju, podczas parnych letnich nocy, starszy już o kilka lat Hubert sypiał z kuzynkami na rozłożonej na podłodze pierzynie. W gwiaździste noce odganiali się od ciem i innych fruwających stworzeń, które w miejscu, gdzie przycupnęła leśniczówka, rozmnożyły się ponad wszelką miarę i ludzkie wyobrażenie. Drugi pokój był jeszcze bardziej przytłaczający. Stare ramy z sitami i truchłami jedwabników — pamiątka po ojcu leśniczego, nauczycielu z położonej niespełna trzy kilometry dalej wioski — walczyły o miejsce z pojemnikami i donicami poupychanymi bez ładu i składu. Najbardziej tajemniczym miejscem w całej leśniczówce pozostawała jednak piwnica — wilgotny, ciemny labirynt zamieszkały przez potwory czające się w zakamarkach, gotowe porwać nieostrożną ofiarę do mrocznej, bezdennej krainy. To tam stał piec centralnego ogrzewania, karmiący ciepłem ciężkie, żeliwne kaloryfery rozsiane po wszystkich pomieszczeniach domu. Mimo podszytej grozą ekscytacji dzieciaki często wykorzystywały piwnicę — do której prowadziło również wejście ze szczytu leśniczówki — jako scenę zabaw w chowanego i innych psot, niezmiennie wywołujących zgorszenie, a niekiedy nawet oburzenie dorosłych domowników.

Rozległe podwórko, wielkie niczym boisko piłkarskie, zapraszało do wszelkich brewerii. Szczególnie kusiła przeogromna stodoła, w której siano upchnięte było w każdym zakamarku. Do stodoły przylegała owczarnia, stanowiąca schronienie nie tylko dla miękkich w dotyku, beczących lokatorek, lecz także dla przewodnika stada — potężnego i groźnego barana. Jego ulubionym zajęciem podczas wyprowadzania owiec na pastwisko nad rzeką była pogoń za dzieciakami, ku ich przerażeniu i dzikiej radości zarazem. Wujostwo pilnie baczyło, by nikomu nie stała się krzywda, choć i tak nie zawsze potrafiło uchronić krnąbrną dzieciarnię przed spektakularnymi ucieczkami do piwnicy czy stodoły. Nie tylko baran stanowił bowiem zagrożenie dla roztargnionych dwunożnych istot. Po podwórku dumnie przechadzał się również prawdziwy pan na kurzych włościach — zawadiacki kogut, który nie oszczędzał nawet znanych sobie od zawsze domowników. Pewnego razu Hubert uciekał z krzykiem, gdy zadziorny ptak dziobał go po piętach i łydkach, wydając przy tym groźne piania. Jego kadencja zakończyła się jednak któregoś dnia, gdy nierozważnie zadarł z ciotką. Wylądował w garnku, zastąpiony przez młodego kogucika, który również zdradzał zadatki na podobną zadziorność.

Dużą atrakcją dla Huberta było miejsce za owczarnią, gdzie mieściły się boksy z nutriami. To była dla niego zupełna nowość. Zwierzęta, wyglądające niczym ogromne szczury, okazały się jednak płochliwe, co tylko pobudzało jego ciekawość. Był to zupełnie inny świat niż przytłaczająca zapachem owczarnia czy obora, w której polegiwało kilka krów. Nutrie wydawały się Hubertowi zadziwiające. Przyjmowały rzucane im jabłka i warzywa, obgryzając je z dostojną powagą. Chciałby je pogłaskać, lecz widok wielkich, pomarańczowych zębów szybko studził jego zapał. Za kilka lat ten zakątek podwórka Hubert będzie wspominał nieprzyjemnie — i to wcale nie za sprawą zwierząt, lecz wielkich pokrzyw rosnących przy boksach, za którymi rozciągał się spory sad. Zabawa w berka zakończyła się któregoś letniego dnia dramatycznie. Hubert, ubrany jedynie w slipki, nierozważnie zanurkował w przewyższające go pokrzywy i poparzył się niemiłosiernie. Rycząc, kwicząc i drapiąc całe ciało, wpadł do kuchni niczym ktoś, kogo próbowano obedrzeć ze skóry. Pół dnia przeleżał, poobklejany okładami z kwaśnego mleka i innych, tajemniczych dla niego specyfików. Od tamtej pory omijał to miejsce szerokim łukiem, nie mogąc się nadziwić, gdy ciotka zrywała pokrzywy dla kaczek gołymi rękami.


W otoczeniu dziewiczej wówczas przyrody Hubert spędzał wolne od szkoły dni, coraz częściej łapiąc się na tym, że jakaś enigmatyczna siła wzywa go do odkrywania tajemnic lasu i wartko płynącej rzeki. Raz po raz jawiły mu się dziwne wizje: drzewa wyciągające ku niemu swe ramiona, wędrujące chaszcze zapraszające śmiałków do zapuszczenia się w niedostępne ludzkim oczom ostępy. Powoli rodząca się pod powiekami wyobraźnia znajdowała ujście w literach, które kiedyś, w przyszłości, miały wypełnić czyste kartki i stworzyć historie domagające się ujrzenia światła dziennego.

Liściaste lasy przywdziały brązowo-żółte szaty, wyraźnie kontrastujące z zielenią zagajników. Zapraszały na jesienne grzybobrania i długie spacery po lekko zrudziałym, liściastym kobiercu. Hubert lubił te leśne eskapady. Po latach, już jako nastolatek, zapuszczał się w głąb ostępów, powracając myślami do czasów, gdy jako uczeń podstawówki chodził z wujkiem-nauczycielem na grzyby. Z witrynki w leśniczówce zabierał wówczas atlas grzybów i z przejęciem poznawał nieznane mu gatunki. Pewnego dnia wraz ze starszym wujkiem, który często zajeżdżał do leśniczówki na wysłużonym motorowerze, nazbierali osobliwe okazy — coś na kształt purchawek, choć wyraźnie od nich odmienne. Gdy ciotka, żona wujka, dostrzegła zawartość koszyka, natychmiast kazała wszystko wyrzucić. Wujek jednak nie przejął się „babskim gderaniem”. Wyciągnął patelnię i z demonstracyjną nonszalancją zaczął smażyć tajemnicze grzyby. Kulinarny rytuał odbywał się przy narastającym lamencie domowników, lecz prawdziwe larum podniosło się dopiero w chwili konsumpcji. Wujek, pragnąc doprowadzić swoją złośliwość do perfekcji, zaprosił Huberta, by nałożył sobie na talerz solidną porcję grzybków. Chłopiec zawahał się, rzucając niepewne spojrzenie na pobladłych, niemal omdlałych z przerażenia domowników. Wujek przekonał go dopiero wtedy, gdy rzucił mimochodem: „A co się przejmujesz? Najwyżej się otrujesz”. Tak Hubert przeszedł swój pierwszy bojowy chrzest, wykazując się odwagą, na którą nie zdobyła się nawet obyta z grzybami ciotka.

Męstwo dorastającego chłopaka nie ograniczało się jednak do spożywania podejrzanych darów natury. Polegało również na stoickim trwaniu, niczym gdzieniegdzie spotykane głazy narzutowe, gdy między nogami pełzały zaskrońce i gniewosze. Te niejadowite węże występowały w okolicznych lasach dość licznie, podobnie jak padalce i potężne ropuchy, które potrafiły wywołać gwałtowną reakcję wyżła należącego do wujka-leśnika. Pies towarzyszył mu nie tylko podczas polowań, lecz także w czasie większości grzybobrań. Z biegiem lat Hubert, wraz z kuzynkami znającymi las jak własną kieszeń, zapuszczał się coraz głębiej w ostępy nieskalane ludzką obecnością. Rozpoznawał już charakterystyczne miejsca, eratyki i osobliwe rowy, które — jak sądził — nie mogły powstać wyłącznie w wyniku naturalnych przeobrażeń przyrody. Najbardziej fascynującym miejscem pozostawał jednak zarwany most na rzece. Jego wystające fragmenty szczerzyły żelbetonowe kły po obu brzegach, kusząc dzieciaki do ryzykownych zabaw. Betonowe przęsła, spoczywające na dnie dość głębokiej w tym miejscu rzeki, spiętrzały wodę, tworząc wiry i miniaturowe kaskady. Wszystko to dodawało uroku meandrującemu nurtowi. Tam, gdzie rozciągało się owcze pastwisko, rzeka rozdwajała się, formując pośrodku pokaźnych rozmiarów wyspę. Jedyny dostęp prowadził na nią przez chybotliwą kładkę zbudowaną przez wujka Huberta, aby latem można było wyprowadzać tam owce. Na wyspie stała również ich prowizoryczna koszara.


Z rzeką wiązało się wiele epizodów z życia mieszkańców leśniczówki — zdarzeń, które wryły się w pamięć i pozostawiły trwały ślad. Któregoś dnia młodsza z kuzynek, Emilia, mająca zaledwie pięć lat, rozpłynęła się dosłownie w powietrzu. Poszukiwania i nawoływania nie przyniosły skutku, aż wśród narastającej grozy padło jedno słowo: „Rzeka”. Zrozpaczeni rodzice szukali jej wszędzie, nawet w wodzie, a starsza o dwa lata Elwira została surowo skarcona za niedopilnowanie siostry. Po godzinie bezowocnych poszukiwań, gdy zdążono już zawiadomić odpowiednie służby, Emilia wyszła spokojnie z piwnicy, jak gdyby nic się nie stało, i oznajmiła beztrosko, że po prostu się tam bawiła. Od tamtej pory dzieciom surowo zakazano zbliżania się do rzeki, a nawet prowadzenia krów na jedno z pastwisk, do którego droga wiodła przez czynny i wyjątkowo bezpieczny most w kierunku dolnego jej biegu. Kuzynki, z Hubertem na czele, chętnie wybierały jednak inne pastwisko — położone w przeciwną stronę, ku górnemu biegowi rzeki, dokąd można było dotrzeć bez jej przekraczania.

Wspomnienia, niczym woda płynąca odwiecznym rytmem, z czasem niknęły w korycie niepamięci, tracąc wraz z odchodzącymi mieszkańcami swoje kontury. Pozostałe strzępy obrazów powracały niekiedy jak echo dawno zapomnianej melodii, budząc wyblakłe reminiscencje i skłaniając do refleksji. Czas dawno już zasypał leśne historie, zatarł ślady rodzących się w głuszy namiętności, rozterek i zwątpień. Pozostały jedynie zapiski oraz migotliwe fragmenty pamięci, niczym fatamorgany pojawiające się na granicy wspomnienia i zapomnienia.

***

Stacjonujący w pobliskim mieście pluton piechoty, dowodzony przez feldfebla Webera, od kilku dni przygotowywał się do obsadzenia umocnień w okolicznych lasach. Radziecka ofensywa postępowała szybko i metodycznie, zaciskając wokół miasta coraz ciaśniejszą pętlę. W pobliskich wsiach i osadach narastał niepokój. Mieszkańcy w pośpiechu pakowali najcenniejszy dobytek, pragnąc jak najszybciej znaleźć się za murami twierdzy. Bali się Rosjan — „dzikich hord”, jak przedstawiała ich propaganda — oraz mordów, gwałtów i grabieży, o których szeptano coraz głośniej. W leśniczówce nad rzeką również panowała gorączkowa krzątanina. Jej gospodarz, Eberhard Linke, doskonale zdawał sobie sprawę, że nie może liczyć na łaskę przypadkowego politruka, który dla przykładu mógłby urządzić przed swoim oddziałem krwawą pokazówkę. Był przecież niemieckim urzędnikiem, a na dodatek człowiekiem, który podczas polowań podejmował oficerów wysokiej rangi z pobliskiego miasta. Nie należał do partii i nie był nazistą, lecz w obliczu nadciągającej armii nie miało to już żadnego znaczenia. Dla prostego czerwonoarmisty każdy Niemiec mógł być faszystą, a więc wrogiem, którego można było zastrzelić bez pytań i wyjaśnień.


W połowie stycznia 1945 roku Eberhard Linke wraz z rodziną opuścił leśniczówkę. Na podstawioną ciężarówkę załadowali jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Wciąż liczył, że radziecka nawała rozbije się o przygotowaną do obrony twierdzę, że wojsko idące z odsieczą zdoła uratować miasto i że któregoś dnia będą mogli wrócić do swoich domowych pieleszy. Pierwsze walki wybuchły kilkanaście dni później. Dowodzony przez Johanna Webera pluton okopał się w lesie, na wzgórzach otaczających osadę. Białe panterki doskonale stapiały się z zalegającym śniegiem, czyniąc żołnierzy niemal niewidocznymi w zimowym pejzażu. Tymczasem oddziały innego batalionu, wsparte jednostkami Volkssturmu, w obawie przed nadciągającymi radzieckimi czołgami wysadziły most znajdujący się tuż przy leśniczówce. Na kilka dni ofensywa w tym rejonie została powstrzymana. Nie zdołało to jednak uchronić miasta przed zmasowanym szturmem i ostatecznym zdobyciem. Johann Weber nie wrócił już do twierdzy w mundurze niemieckiego żołnierza. Okaleczony w starciach z Rosjanami oddział uległ rozproszeniu, a ostatni rozkaz, jaki wydał Weber, nakazywał ocalałym żołnierzom przedrzeć się do twierdzy na własną rękę. Sam, jako rodowity mieszkaniec miasta, znał okoliczne tereny doskonale. Postanowił więc zniknąć i ukryć się u znajomych z pobliskiej wsi, których przed wojną często odwiedzał. Nie zamierzał już dłużej przykładać ręki do wojny, która nigdy nie była jego wojną. Nie chciał również, by jego los splótł się z barbarzyństwem stacjonujących w mieście oddziałów SS, odpowiedzialnych za eksterminację ludności wielu polskich wsi i miasteczek.

Mieszkańcy okolicznych wiosek również w pośpiechu ewakuowali się do miasta, wierząc, że Rosjanie nie będą znęcać się nad tak dużą grupą cywilów. Johann Weber, jako dezerter, nie mógł jednak pokazać się w swojej macierzystej jednostce. Mówiący łamaną polszczyzną Niemiec nie miał też co liczyć na łaskę Armii Czerwonej. W istocie był bezpaństwowcem — ani Niemcem, ani Polakiem. Po prostu tubylcem, który silniej utożsamiał się z otaczającą go przyrodą niż z kulturą któregokolwiek z narodów. Tak bywa na ziemiach pogranicznych. Do Wehrmachtu zgłosił się jeszcze w 1935 roku. W wojsku dał się poznać jako żołnierz zdyscyplinowany i rzetelny, dzięki czemu szybko awansował, tym bardziej że doskonale znał tereny przygraniczne. W 1944 roku otrzymał stopień unteroffiziera i objął dowództwo plutonu piechoty do zadań specjalnych w jednej z miejskich kompanii. Gdy front znalazł się niemal za miedzą, Johann znalazł schronienie w stodole gospodarstwa należącego do znajomych jego rodziców, mieszkających w niewielkiej, nadrzecznej wiosce niedaleko miasta. Gospodarze, przezorni i pełni obaw, wysłali córkę, Konstancję, do miasta, gdzie mieszkała ich rodzina. Liczyli, że nic im się nie stanie — wszak przez całe życie pozostawali neutralni, żyjąc w zgodzie zarówno z Polakami, jak i z Niemcami. Szpica wojsk radzieckich miała jednak na ten temat odmienne zdanie. Rodzice Konstancji zostali zastrzeleni, zanim zdołali cokolwiek wyjaśnić, a dom doszczętnie splądrowano. Zabudowań mieszkalnych ani gospodarczych nie podpalono wyłącznie dlatego, by nie zdradzić Niemcom własnych pozycji. I tak, niemal przypadkiem, Johann otrzymał od losu drugą szansę. Gdy zapadł zmrok, postanowił przemknąć do miasta już w cywilnym ubraniu i odnaleźć mieszkanie rodziny Litmannów. Tam była Konstancja — dziewczyna, którą przez ostatnie dwa lata widywał rzadko i którą wciąż pamiętał raczej jako małe dziecko niż młodą kobietę.

***

Kolejne lata, jeszcze z czasów, gdy Hubert uczęszczał do szkoły podstawowej, również wyraźnie zapisały się w jego pamięci. Lato 1969 roku rozpoczęło się długo wyczekiwanymi wakacjami. Jako niespełna trzynastolatek nie mógł sobie jednak pozwolić na pełną swobodę, dlatego wraz z młodszymi kuzynkami prowadził konspirację zakrojoną — przynajmniej w ich mniemaniu — na wielką skalę. Tuż obok leśniczówki stał niewielki, stary domek zamieszkiwany przez Krupińskiego, robotnika leśnego i przyjaciela wujka. Czworo jego dzieci dopełniało ich paczkę, tworząc głośną i — jak na to odludziu — zaskakująco liczną grupę. Wbrew zakazom dzieci bawiły się nad rzeką, a czasem zapuszczały się głęboko w las, skąd przez kilka godzin nie dochodził żaden ślad ich obecności. Gdy w końcu wracały w domowe pielesze, burom i połajankom nie było końca. Najwięcej obrywał oczywiście Hubert — najstarszy z całej gromady, wyznaczony na opiekuna i odpowiedzialny za to, by dzieci trzymały się z dala od rzeki. Dla świętego spokoju wszyscy na jakiś czas znajdowali sobie inne gry i zabawy, usypiając w ten sposób czujność dorosłych i cierpliwie czekając na kolejną okazję. Dzieci Krupińskiego cieszyły się jednak znacznie większą swobodą niż Hubert i jego kuzynki. W ich domu pozwalano na więcej, bo nikt nie roztaczał nad nimi szczególnie troskliwej opieki. To one najczęściej podjudzały resztę do nowych wybryków — dalszych wypraw w leśną głuszę czy pluskania się w bystrym nurcie rzeki. A potem znów przychodziły kary, nakazy i zakazy, które — jak zwykle — dzieci z łatwością i pomysłowością obchodziły. Gdy Hubert po tygodniowym pobycie w leśniczówce wracał do domu, na okolicę zdawał się opadać całun smutku i ckliwej tęsknoty. Życie zapadało się wtedy w nudną codzienność, w rutynę i rytuały wykonywane już bardziej z obowiązku niż z potrzeby. Wszystko stawało się przewidywalne, pozbawione tej odrobiny szaleństwa, która nadawała sens leśnym eskapadom. Po tygodniu wlokącym się niczym niedołężny żółw Hubert znów przyjeżdżał do leśniczówki — choćby na dwa dni wolne od nauki. Wraz z nim pojawiał się nowy duch, świeży zapas energii i zapału do wymyślania kolejnych, często naprędce improwizowanych hucp.


W gościnnych progach leśniczówki pojawiali się również inni goście: dorośli, którzy delektowali się dziczyzną, popijali ją ponoć znakomitymi nalewkami albo namiętnie rozgrywali partie brydża, rzucając przy tym karciane terminy zupełnie niezrozumiałe dla Huberta. On sam również bardzo chciał grać, lecz z zasad nie pojmował absolutnie niczego. A im mniej rozumiał, tym silniejsza stawała się jego chęć, by się nauczyć. Na ziemię sprowadzała go jednak starsza z ciotek, która zwykła mawiać przy takich okazjach: „Kto gra w karty, ten ma łeb obdarty”. Na tym kończyła się brydżowa edukacja Huberta. Chłopak nie byłby jednak sobą, gdyby nie przeniósł swoich zainteresowań gdzie indziej. W kącie największego pokoju, tuż za drzwiami, zawsze stała zapasowa dubeltówka wujka. Gdy domownicy byli w pracy — młodsza z ciotek uczyła w szkole w mieście, a wujek przemierzał leśne rewiry, wypatrując dzików buchtujących na jednym z pól przy lesie — Hubert po cichu zakradał się do broni. Strzelba była jednak niezaładowana i pełniła raczej funkcję rekwizytu wystawianego na pokaz, gdy przyjezdni goście koniecznie chcieli obejrzeć broń gospodarza. Prawdziwe skarby spoczywały w solidnej szafie, której klucza strzeżono pilniej niż bankowego skarbca. Hubert raz zdołał podpatrzeć, co kryje się w środku. Widział tam sztucer z lunetą — jak się po latach dowiedział, zagraniczny — drugą dubeltówkę, często używaną podczas polowań na kaczki, oraz pokaźny zapas amunicji. Wtedy właśnie najbardziej chciał dorosnąć, choćby po to, by przez chwilę potrzymać w rękach jedną ze strzelb. O prawdziwym strzelaniu nie śmiał nawet marzyć. Najmocniej zapadła mu jednak w pamięć pewna lipcowa noc, gdy w czarno-białym telewizorze transmitowano lądowanie człowieka na Księżycu. Program rozpoczynał się jeszcze wtedy, gdy dzieci szykowały się do snu, lecz jego zakończenia — ze względu na późną porę — nie wolno im już było oglądać. Hubert wykazał się jednak niezwykłą pomysłowością. Wraz ze starszą z kuzynek zakradł się pod stół przykryty długą serwetą i niemal do końca śledził transmisję, wyściubiając spod materiału czubek nosa. Bystry wujek szybko odkrył podstęp i wymierzył im karę w postaci wczesnej pobudki, która dla małych konspiratorów okazała się dotkliwsza niż klęczenie na grochu.


Schyłek lata zawsze materializował się w okolicach leśniczówki aurą tajemnicy. Poranne mgły unoszące się znad rzeki i mokradeł próbowały przykryć drogi oraz leśne ścieżki, skrzące się brązem, żółcią i złotem, jakby wstydziły się nadciągającej jesieni. A ta, w tamtym roku, była wyjątkowo piękna. Nici babiego lata zawisały w przejrzystym powietrzu, lepiły się do twarzy, przyczepiały do włosów i ubrań. Na korach drzew rysowały się srebrzyste pęknięcia, przywodzące na myśl nadgryzione zębem czasu pałacowe kolumny. Na pożółkłych liściach krzewów czatowały pająki, zacierając lepkie odnóża na widok coraz bardziej ospałych much. Mnożące się nadmiernie myszarki, po nocnej wyżerce, kryły się w norach, pozwalając odetchnąć motylom i chrząszczom. Lokatorki leśnych mrowisk o tej porze roku wykazywały zadziwiającą aktywność — jakby wszystkie żywe stworzenia szykowały się do zimowego snu. W tej pozornie ospałej jesiennej scenerii pulsowało jednak życie, skryte przed wścibskim ludzkim okiem. Odwieczny łowiecki rytuał, rozgrywający się na najniższym szczeblu ewolucji, musiał się dopełnić. Zapasy energii należało uzupełnić, a potencjał zgromadzić, zanim nadejdą nieuchronne wyroki zimy.


Hubert lubił wędrować leśnymi dróżkami. Starał się jednak nie oddalać zanadto od domu, obawiając się, że las pokaże mu swoją ciemną stronę i wciągnie go w tajemnicze ostępy. Szedł wijącą się wśród drzew drogą, miejscami wysypaną kocimi łbami. Często dziwił się, że w takim odludziu ktoś zadał sobie trud, by utwardzić grunt. Najbardziej intrygowały go zarośnięte trawą przydrożne rowy, które nie dawały mu spokoju i pobudzały wyobraźnię do granic możliwości. Droga zakręcała przy starym, lekko zmurszałym zagajniku, jakby zapraszała do dalszej wędrówki. Dla Huberta był to jednak zawsze kres wyprawy. Nigdy nie zapuszczał się dalej, czując, że z tego miejsca emanuje jakaś diabelska moc — obezwładniająca siła, próbująca wciągnąć go do krainy, z której nie ma powrotu.

Pewnego dnia, podczas jednej z takich samotnych wypraw, przełamał wreszcie swój lęk. Poszedł dalej, za zakręt tajemniczej drogi. Ku jego zdumieniu znany dotąd odcinek ustąpił miejsca zupełnie innej scenerii. Kamienie, lekko wystające ponad powierzchnię gruntu, układały się w zwartą nawierzchnię i ginęły gdzieś hen, za kolejnym zakrętem. Ośmielony nieskazitelną ciszą ruszył naprzód, czując, jak zew ciekawości coraz mocniej oplata go swoimi mackami. Gdy w końcu dotarł do kresu wędrówki, stanął na skraju niewielkiej, porośniętej trawą polany. Poczuł lekkie rozczarowanie. Widok był zaskakująco pospolity, a przecież spodziewał się tu niewyjaśnionej tajemnicy, zagadki, której nikt z tubylców przez wieki nie zdołał rozwikłać. Dopiero po chwili dostrzegł coś, co przykuło jego uwagę: rząd kamieni lekko wystających ponad trawę, ułożonych wzdłuż ziemi. Podszedł bliżej i pogładził ich pozieleniałą, miejscami spękaną powierzchnię. Wytłumaczenie nasunęło się samo. Grób. Zapomniana leśna mogiła, zupełnie niepasująca do tego miejsca. Kawałek dalej ujrzał jeszcze dwie podobne, równie zdewastowane. Nie było żadnych tablic ani krzyży. Tylko porośnięte mchem, przesiąknięte zielenią i brązem prostokąty, u których szczytu ktoś nieudolnie ułożył kamienie. Hubert nie potrafił pojąć, skąd w tym miejscu wzięły się groby, skoro nie istniał tu żaden cmentarz. Postanowił zapytać o to starszego wujka, który uczył dzieci z ościennej wioski. Na razie jednak była to jego tajemnica — miejsce odkryte przypadkiem, trwające być może od wieków poza ludzką świadomością, skryte pod warstwą zapomnienia.

***

W mieście panował chaos. Odgłosy pobliskiej kanonady i świst rakiet wystrzeliwanych z katiusz nie pozostawiały wątpliwości — koniec miasta-twierdzy był bliski. Ewakuacja ludności cywilnej trwała nieprzerwanie od pierwszych godzin szturmu, prowadzona prowizorycznym korytarzem powietrznym oraz niedomkniętym niczym pętla odcinkiem drogi na północnych rubieżach miasta. Ci, którym sprzyjało szczęście, zdołali wyrwać się z sowieckiej pułapki. Reszta — jeśli nie zginęła pod gruzami podczas nalotów i ostrzałów — pozostała na miejscu.

Po zdobyciu twierdzy, a właściwie jej rumowisk, bo miasto było niemal doszczętnie zniszczone, ocalałych Niemców i autochtonów zapędzono do przejściowego obozu. Ku zaskoczeniu wielu po zakończeniu wojny umożliwiono im wyjazd do brytyjskiej lub sowieckiej strefy okupacyjnej. Większość skorzystała z tej możliwości. Ci, którzy pozostali, musieli przyjąć polskie obywatelstwo, godząc się z faktem, że te ziemie na zawsze znalazły się poza granicami państwa niemieckiego. Johann również został. To był jego dom — rodzinne strony, mimo że rodzice wraz z dziadkiem Wilhelmem przybyli tu jeszcze przed pierwszą wojną światową, spod Hanoweru, już po śmierci babki Helgi. Tu spoczywali również jego rodzice, zmarli przedwcześnie, gdy on sam dopiero wchodził w dorosłość.

Kiedy pod osłoną nocy udało mu się przedrzeć do północnej dzielnicy miasta, gdzie w jednej z kamienic na przedmieściach mieszkało wujostwo Konstancji, twierdza broniła się już ostatkiem sił. Przez moment pomyślał, że nadszedł najwyższy czas, by uciekać — tak jak uczyniło wielu innych. Jednak widok Konstancji, jej upór i determinacja, by zostać i bronić ojcowizny przed dewastacją nowych władców, szybko skierowały jego myśli na inne tory. Zrozumiał, że wbrew wszystkiemu właśnie tutaj może być jego miejsce na ziemi — niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość. Został, przyjął polskie obywatelstwo, zmienił imię na Jan i wtopił się w tłum niedobitków oraz nowych osadników przybywających na te ziemie.


Miasto — a właściwie jego szczątki — robiło przygnębiające wrażenie. Jan i Konstancja po pewnym czasie postanowili wrócić na jej dawne gospodarstwo, lecz zastali je już zajęte przez nowych osadników. Nie chcieli również pozostać w kamienicy, w której Konstancja przebywała ostatnio. Wujostwo skorzystało z nadarzającej się okazji i wyjechało do brytyjskiej strefy okupacyjnej, a do budynku na przedmieściach — z powodu dramatycznego braku lokali w zrujnowanym mieście — dokwaterowano kilka obcych rodzin. Nie potrafili wyobrazić sobie życia w gromadzie, stłoczeni niczym w kołchozie i pozbawieni choćby namiastki prywatności. Na szczęście okazja do zmiany miejsca zamieszkania pojawiła się dość szybko. W kilku ocalałych, jakimś cudem nietkniętych domkach przy stacji kolejowej znalazła się wolna kwatera, a wraz z nią praca przy odbudowie zniszczonego dworca. Jan nie wahał się ani chwili i natychmiast skorzystał z tej możliwości. Zanim trafił do wojska, przez krótki czas pracował jako ślusarz w zakładach lotniczych, dlatego bez większego trudu znalazł miejsce w dziale technicznym, zajmującym się przywracaniem do życia kolejowego taboru. Konstancja natomiast podjęła pracę w nowo powstałej stołówce zakładowej, która z mizernych dostaw aprowizacyjnych starała się wyżywić nie tylko niewielką jeszcze załogę rodzącego się warsztatu naprawczego, lecz także mieszkańców domów przylegających do stacji.

Miasto powoli próbowało podnieść się z ruin, choć na jego pełną odbudowę trzeba było czekać niemal całą dekadę. Ludności jednak przybywało — zwłaszcza tej z Kresów, pozbawionej przez władzę sowiecką ojcowizny i brutalnie wypchniętej „na zachód”. Wśród repatriantów trafiali się jednak również tacy, którzy przybywali na tak zwane ziemie odzyskane z myślą o karierze za wszelką cenę. Wielu z nich zapisywało się do Partii, świadomych, że będzie to wygodna przepustka do awansów, materialnych przywilejów i władzy nad innymi — choćby ograniczonej do budującego się osiedla czy jednej kamienicy. Tacy ludzie torowali sobie drogę do premii i lepszego traktowania przez przywiezionych wraz z frontem politycznych nominatów. Jan początkowo nie zwracał uwagi na lizusostwo, a nawet donosicielstwo, dopóki nie odbijało się ono na nim przypadkowym rykoszetem. Reagował dopiero wtedy, gdy bieg wydarzeń zaczynał zagrażać jego pozycji w pracy, którą z takim trudem sobie wywalczył. Wśród robotniczej braci uchodził więc za mruka i dziwaka — kogoś, kto musi skrywać jakieś mroczne tajemnice, skoro tak konsekwentnie stroni od towarzystwa. Konstancja była jego przeciwieństwem. Już w pierwszych dniach pracy zjednała sobie ludzką przychylność, co szybko zaowocowało nowymi znajomościami, a nawet przyjaźniami. Po kilku dniach wspólnego mieszkania i dzielenia biedy relacja między Janem a Konstancją zaczęła nabierać nowych kształtów. Powoli, na przekór trudom i beznadziei codzienności, rodziła się między nimi więź — uczucie, które miało diametralnie odmienić ich losy. Chcieli być razem. Chcieli budować na zrębach okaleczonej rzeczywistości nową jakość, która poprowadzi ich ku jaśniejszej przyszłości — ku horyzontom, za którymi nie będzie już miejsca na wojenną niegodziwość.

***

Zima nie była ulubioną porą roku Huberta. Wszechobecna biel, nawet gdy kusiła saneczkowymi atrakcjami, miała jedną zasadniczą wadę — przykrywała świat monotonią, kradła kolory, skuwała lodem ziemię i wodę, skazując przyrodę na chwilowe uśpienie. Biały puch otulił pola i lasy, przysypał leśniczówkę, która niegdyś szukała wytchnienia w szumie rzeki. Większość ptactwa odleciała w cieplejsze strony, a zwierzyna skryła się w matecznikach. Hubert nie chciał oglądać tego uśpienia natury, ustawicznego smutku, który zdawał się przylgnąć do każdego drzewa, każdej ścieżki i pagórków tętniących jeszcze niedawno życiem. Na czas zimowego letargu zrezygnował z wizyt w leśniczówce, z utęsknieniem wyczekując wiosny. A czas wlókł się niemiłosiernie. Na przednówku jednak w naturę wstąpiła nowa nadzieja. Pierwsze, jeszcze nieśmiałe promienie słońca pieściły rozmarzającą ziemię, tworząc na niej miniaturowe wodne oczka. Wiejskie burki coraz odważniej wychylały pyski ze swoich bud, a koty zaczynały szykować się do marcowych harców. Gdy wreszcie nad domostwami i łąkami rozległ się trzepot skrzydeł i bociani klekot, ludzie uwierzyli, że pani wiosna zaczyna roztaczać nad światem swoją magiczną moc.


Pierwsze pąki rozwijały drobne listki, trawa przybierała żywszą barwę. Nadszedł czas wiosennych porządków w ludzkich sadybach i odnowy w przyrodzie skostniałej po długiej, zimowej przerwie. Tęsknota za leśniczówką popchnęła Huberta ku kolejnej eskapadzie — ku spotkaniu z rzeką, leśnymi ścieżkami i obietnicą nowych, tajemniczych historii. Wiosenny rozkwit sprzyjał takim wyprawom. Najpierw nieśmiało okrywał nagie jeszcze drzewa młodym listowiem, opatulał przydrożne krzewy żółto-różowym pąkowiem, by wreszcie rozlać się zielenią mchów pomiędzy wiekowymi topolami i dębami. Przydrożne wierzby pochylały zielone gałązki ku bystremu nurtowi, jakby oddawały pokłon rzece płynącej tędy od prawieków. Nastał czas leśnych wędrówek po wzgórzach i dolinach, czas uwolnienia energii skumulowanej przez długie miesiące zimy — energii, która domagała się ujścia i zestrojenia z wiosenną żywotnością budzących się z letargu mieszkańców lasu.


W leśniczówce już od rana panował wzmożony ruch. Dwa dorodne ogiery, niejednokrotnie uczestniczące w polowaniach, skubały drobną trawę nieopodal stajni. Stylowa bryczka, pamiętająca jeszcze czasy przedwojenne, gdy korzystał z niej niemiecki leśniczy, była pucowana przez dzieci z wyjątkową starannością, jakby od jej wyglądu zależało, czy uda im się wyruszyć na obiecaną przejażdżkę. Sobotnia eskapada zapowiadała się przednio. Wujostwo wybierało się do leśniczówki położonej trzy kilometry dalej, gdzie mieszkał i urzędował kolega wujka. Dla Huberta i kuzynek była to prawdziwa wyprawa, prowadząca krętą drogą wśród malowniczych, zalesionych pagórków. Gdy nadszedł czas odjazdu, dzieci, dla bezpieczeństwa, usadowiły się na tylnym siedzeniu bryczki, a starsi — ciotka i powożący wujek — zajęli koźle, czyli przednie, wyżej położone siedzenie, z którego kieruje się końmi i ma najlepszy widok na drogę.

Droga od leśniczówki do osady za wiaduktem była prosta i utwardzona, więc wujek pozwolił koniom nieco przyspieszyć, wprawiając wszystkich w radosny nastrój. Za osadą szutrowa trasa skręcała w las, wspinając się i wijąc coraz wyżej. Drzewa tworzyły nad nią zielone sklepienie, bardziej przypominające tunel niż uczęszczany trakt. Migoczące promyki słońca, z trudem przebijające się przez korony drzew, układały na drodze żółto-zieloną mozaikę i jeszcze bardziej rozbudzały ciekawość dzieci. Nieskładny świergot ptactwa mieszał się ze stukotem końskich kopyt. Ogiery zupełnie się tym jednak nie przejmowały, truchtając równym rytmem, jakby od dawna znały tę drogę i z utęsknieniem wyczekiwały zasłużonego obroku na jej końcu. Kiedy jazda, okraszona radosnym śmiechem dzieci, dobiegła końca, z daleka ukazał się dom będący celem ich podróży — nie do końca taki, jak wyobrażał go sobie Hubert. Leśniczówka w tej wsi różniła się od tej, którą znał. Budynek był mniejszy, lecz również skrywał swoje tajemnicze zakamarki. Stał na skraju wsi, tuż przy lesie, z którego rozchodziły się dróżki we wszystkie strony świata. Nie było tu rzeki ani większego zbiornika wodnego, co nadawało temu miejscu osobliwy charakter i przywodziło na myśl zapomnianą chatkę pustelnika.

Z dwojga dzieci leśniczego bardziej przypadła Hubertowi do gustu młodsza od niego o dwa lata Jadzia. I wcale nie dlatego, że jej starszy brat nie miał tak magnetycznej urody. Po prostu Jurek wkraczał już w okres młodzieńczy, a dzieląca ich różnica wieku tworzyła między nimi naturalną barierę. Młodsza Jadzia okazała się za to niezłą łobuziarą. Nie tylko uwielbiała wspinać się na drzewa, lecz także z zapałem zapuszczała się w gęsty las, jakby była córką dzikiej przyrody, a nie grzeczną dziewczynką szanowanego leśniczego. Nie mogło więc zabraknąć obowiązkowej wyprawy w serce tajemniczego lasu, w którym ponoć skrywała się wielka zagadka. Poszli we czworo, wcześniej obiecując, że nie zapuszczą się zbyt daleko, zwłaszcza w stronę torów kolejowych. Jadzia poprowadziła ich do miejsca, w którym skrywała swoją wielką tajemnicę — ponoć nie do zdradzenia, gdyż miejscowa starszyzna patrzyła na te rejony wyjątkowo niechętnie. Po trudnym marszu przez nierówny teren ich oczom ukazały się szczątki starej, zapomnianej nekropolii. Właściwie były to zaledwie fragmenty kilku zarośniętych grobów, pamiętających czasy pierwszej wojny światowej. Hubert nie był szczególnie zaskoczony — widział już przecież podobne nagrobki i kamienne obramowania miejsc pochówku. Te jednak wyglądały na starsze, bardziej zmurszałe niż groby, które wcześniej znalazł w pobliżu leśniczówki wujka. Wracając, potykając się o wystające korzenie i klucząc wśród porośniętych trawą rowów, Hubert obiecał sobie, że kiedyś rozwiąże tę zagadkę, o której — jak mówiła Jadźka — głośno mówić nie wypada.

Pod wieczór, gdy rozochoceni alkoholem leśnicy napotkali zdecydowany opór swoich połowic, nadszedł kres gościny. Stęsknione za galopadą ogiery strzygły uszami, wyczekując komendy do drogi, a zmęczone leśnymi wędrówkami dzieci usadowiły się na tylnym siedzeniu bryczki. Droga powrotna była pełna wrażeń — nie tylko dlatego, że powoli zapadał zmrok, a leśny trakt wydawał się jeszcze bardziej złowrogi i tajemniczy, lecz także z przyczyn całkiem prozaicznych. Niepewna jazda lekko podchmielonego woźnicy pobudzała wyobraźnię jego życiowej towarzyszki, materializując głośne jęki, a w jej głowie wizje i przeczucia nieuchronnej katastrofy. Na szczęście bryczka dotarła do celu w jednym kawałku, wywołując u wujka i rozochoconych kuzynek wielką radość, czego nie można było powiedzieć o wciąż obrażonej ciotce. Dla Huberta przygoda okazała się podwójnie udana. Po raz pierwszy przejechał się takim powozem, a na dodatek poznał nową tajemnicę. Od tej pory postanowił jeszcze dokładniej penetrować okoliczne lasy. A nuż odkryje coś, o czym miejscowa ludność dawno już zapomniała?

***

Jan i Konstancja nie dostali jednak od losu szansy na stworzenie własnej rodziny. Ludzka zawiść okazała się barierą nie do pokonania, zimną ścianą, która odgrodziła ich od ciepła domowego ogniska. Któregoś dnia nadgorliwy repatriant, który łakomym wzrokiem spoglądał na stanowisko Jana, zaczął namawiać tych, którzy jeszcze nie mieli zaszczytu zasilić partyjnych szeregów, by założyli kółko socjalistycznej pracy. Przekonywał, że dzięki temu będą mogli wyrabiać znacznie więcej procent przewidzianej dziennej normy. Jan wykpił tę propozycję, stukając się wymownie w czoło i ośmieszając aktywistę na oczach wszystkich. „Pośpiech dobry jest przy łapaniu pcheł” — rzucił, dodając, że praca w tokarni wymaga precyzji, a finalny produkt, czyli wagonowe osie, musi spełniać określone parametry. W pośpiechu tego się nie osiągnie. Nieopatrznie dodał jeszcze, że niemiecka precyzja przewyższa amatorszczyznę, którą próbował forsować aktywista. Donos, zapewne sporządzony przez jakiegoś neofitę, pragnącego ugrać własną życiową prywatę, okazał się tragiczny w skutkach. Nazajutrz przyjechała bezpieka i zabrała Jana do stolicy regionu. Tam bardzo szybko ustalono, że Jan to Johann — niemiecki zbieg z Wehrmachtu, rzekomo odpowiedzialny za zabijanie Polaków na froncie. Proces był szybki i bezlitosny. Jana skazano na dziesięć lat więzienia, które miał odbyć w ocalałej miejscowej fortecy.

Iskierka nadziei pojawiła się w 1947 roku, kiedy ogłoszono amnestię dla żołnierzy i działaczy polskiego antykomunistycznego podziemia. Pod jej przepisy podciągnięto również Jana. Państwowa łaska okazała się jednak krótkotrwała. W niespełna miesiąc po ogłoszeniu wyroku Jan został zastrzelony przez funkcjonariuszy komunistycznej władzy, którzy za wszelką cenę usiłowali wydobyć z niego informacje o hitlerowskich zbrodniach popełnionych kilka lat wcześniej w okolicy, w której mieszkał. Tragizm tej historii dopełnił się kilka dni później, gdy do więzienia dotarła wiadomość od Konstancji. Pisała, że jest w ciąży i że będzie składała apelację do władz, bo przecież dziecko musi mieć ojca. Jan nigdy się o tym nie dowiedział. Nie było mu dane poznać radosnej wiadomości, na którą — podświadomie — przez cały ten czas czekał.


Życie Konstancji w jednej chwili przeniosło się w zupełnie inny wymiar. Straciła niemal wszystko: rodziców, Jana, najbliższą rodzinę, która zdążyła uciec z ogarniętego wojennym szaleństwem miasta, oraz rodzinny dom, zajęty przez obcych ludzi. Pozostała jej jednak pamiątka po człowieku, z którym pragnęła związać swoje życie — dziecko, którego istnienia Jan nie zdążył nawet poznać. Postanowiła sama je wychować i dać mu choć namiastkę szczęścia w nieszczęsnym świecie, który tak okrutnie ją doświadczył. Pracowała tak długo, jak tylko mogła, otoczona przyjaciółmi z pracy i sąsiadami, którzy chętnie przychodzili jej z pomocą. O dziwo, pomocną dłoń wyciągnęło do niej także państwo, dbające o odbudowę nadszarpniętej wojną ludzkiej substancji. Konstancja pracowała niemal do samego rozwiązania, dzielnie znosząc codzienne trudy i niedogodności. Dziecko przyszło na świat w piękny kwietniowy dzień 1946 roku, na oddziale położniczym wciąż remontowanego i rozbudowywanego miejskiego szpitala. Imię Anna idealnie pasowało do kruchej, drobnej dziewczynki z jasnym puszkiem na głowie. Konstancja była pewna, że właśnie takie imię wybrałby Jan.

Po kilku miesiącach coraz wyraźniej dostrzegała w Annie rysy ojca. Dziewczynka odziedziczyła po nim również ów lekko toporny charakter — może nie zawsze zjednujący jej ludzi, lecz budzący zaufanie i utwierdzający Konstancję w przekonaniu, że Jan pozostawił po sobie coś więcej niż tylko wspomnienie. Powoli świat zaczął otwierać przed Konstancją swoje ramiona. Choć do prawdziwego objęcia, do szczęśliwego uścisku, było jeszcze daleko, zaczęła dostrzegać sens dalszego istnienia. Miała wreszcie cel, ku któremu mogła podążać z całych sił. Była nim Anna.

Uboga miejska infrastruktura nie sprzyjała młodym małżeństwom, a co dopiero samotnym matkom. Żłobki, przedszkola, sierocińce i inne placówki opiekuńcze dopiero raczkowały w zrujnowanym mieście, nic więc dziwnego, że większość młodych matek musiała korzystać z pomocy niepracujących członków rodziny. Konstancja nie miała jednak nikogo, na kim mogłaby się oprzeć. Na szczęście jedna z sąsiadek zaoferowała jej pomoc, dzięki czemu mogła wrócić do pracy. I tak, między szarą codziennością stołówki a pielęgnowaniem i wychowywaniem Anny, upłynęło kilka długich lat. Rok 1953 otworzył nowy rozdział w życiu małej dziewczynki. Anna, podobna do ojca jasnymi włosami i karnacją, wyruszyła na edukacyjną przygodę, aby stać się częścią kraju podnoszącego się z gruzów. Kraju, w którym młode pokolenie miało być kształtowane według zasad socjalistycznej ideologii. Nowe ideologiczne miazmaty nie zagnieździły się jednak w jej umyśle. Na straży duchowej niezależności i wyważonego światopoglądu stała Konstancja, która subtelnie zaszczepiła córce idee internacjonalistyczne. Ich wyrazem była miłość i szacunek dla wszystkich narodów — z wyjątkiem wschodniego okupanta. Ta niechęć, wyniesiona z rodzinnych doświadczeń, miała wkrótce stać się jedną z kluczowych zasad ich życia. A potem zdarzył się cud. Wódz najeźdźców wyzionął ducha, a w przygaszonym dotąd ludzkim poddaństwie rozlała się nowa nadzieja. Teraz mogło być już tylko lepiej — bardziej po ludzku i sprawiedliwie.


W szkole Annie szło nad wyraz dobrze. Po kilku latach nauki nauczyciele dostrzegli jej liczne zdolności, czasem nawet lekko ją faworyzując. Na zewnątrz pozostawała spolegliwa, przyjmując serwowaną przez szkołę indoktrynację z zadziwiającą łatwością. Głęboko w sercu czuła jednak, że idealistyczny obraz społeczeństwa malowany przez władzę jest jednym wielkim oszustwem. Wiedziała to dzięki słowom matki, która — w jej przekonaniu — nigdy się nie myliła. Gdy trzy lata później polski wódz odszedł w zaświaty, społeczeństwo odetchnęło, a nowa era budowy socjalistycznego państwa mogła się wreszcie rozpocząć. Mimo kosmetycznych zmian naród z werwą przystąpił do tworzenia nowego ładu.

Konstancja poczuła w sobie ów wiosenny zew, który wzywał ją na kolejną miłosną przygodę, na nową prokreacyjną sztafetę, od której — jak się zdawało — nie było ucieczki. Zdała sobie sprawę, że najwyższy czas zadbać również o siebie. Zrobiła już wiele, aby jej córka stała się samodzielna. Miała trzydzieści dwa lata i wciąż była sama. Żałoba po Janku trwała zbyt długo, tworząc nad jej głową pancerz zgorzknienia i żalu. Postanowiła jednak złożyć pamięć o nim na dnie serca i przebić skorupę, która z każdym rokiem coraz mocniej ją przygniatała. Przełamała lęk przed nowym życiem — takim, które pozwala pozostawić za sobą dawne koszmary i rozwinąć przed człowiekiem dywan prowadzący ku bardziej świetlanej przyszłości.

***

Wakacje były dla Huberta okresem długo wyczekiwanym. Nie przepadał za szkołą, uczniowskimi obowiązkami i gwarem na korytarzach ani za nieustannym belferskim narzekaniem. Gdy wreszcie nadchodził czas laby, jego myśli wędrowały leśnymi ścieżkami wokół leśniczówki, zapatrzonej w wartki nurt rzeki. Przygoda ze szkołą podstawową właśnie dobiegła końca, postanowił więc w jakiś sposób uczcić stracone tam lata. Zanim wkroczy w świat nowej szkoły, zamierzał rzucić się w wir leśnych przygód. Okazja nadarzyła się już pierwszego dnia pobytu w leśniczówce. Młodsze kuzynki miały wyprowadzić krowy na nadrzeczne pastwisko w ościennej osadzie, niemal stykającej się z miastem. Niedaleko drogi, tam, gdzie kończył się las, rozciągały się pola uprawne — te same, na które Hubert przez ostatnie lata jeździł z wujostwem, pomagając przy pieleniu niekończących się rządków buraków cukrowych i kapusty. Pola oddzielał od drogi wybetonowany rów melioracyjny, usiany gdzieniegdzie zardzewiałymi, poniemieckimi śluzami. Z jednej strony droga rozwidlała się ku rzece, z drugiej prowadziła w stronę miasta. Od łąki, na której miały paść się krowy, do należących do wujostwa pól był zaledwie żabi skok. Dalej, przez pola uprawne, wiodła polna droga ku tajemniczemu lasowi. Na jego skraju znajdował się stary cmentarz — zapomniana przez ludzi i czas nekropolia, kusząca ciszą i mrokiem. Hubert i kuzynki nie zastanawiali się długo. Mimo przestróg starszyzny, że lasy te mogą być niebezpieczne z powodu zalegających w ziemi niewypałów, postanowili zaryzykować. Nic bowiem nie przyciągało ich bardziej i nie ekscytowało tak mocno jak odrobina adrenaliny podszytej niebezpieczeństwem.

Teren był mocno pofałdowany. Dawne okopy, porośnięte trawą i miejscami zasypane warstwą igliwia oraz szyszek, stanowiły dla zapuszczających się tutaj wędrowców nie lada wyzwanie. Amatorów poszukiwań militarnych pamiątek kręciło się w okolicy wielu, dlatego Hubert postanowił wybrać szlak rzadko uczęszczany — wiodący przez chaszcze i niedostępne, zrudziałe zagajniki. Przedzierali się przez misterne pajęczyny, z niesmakiem strącając z twarzy lepkie nici wraz z truchełkami zaplątanych w nie owadów. Po pewnym czasie ich oczom ukazały się fragmenty poniemieckiego bunkra, niemal całkowicie pochłoniętego przez chwasty. Sterczące kły połamanych żelbetowych słupów przywodziły na myśl zwierzęta zastygłe w prehistorycznym błocie — nieme świadectwo upadku dawnego świata. Hubert nie miał pojęcia, że ruiny te od dawna zostały spenetrowane przez całe zastępy poszukiwaczy. Po cichu liczył jednak na łut szczęścia — na odnalezienie w rumowisku zapodzianej łuski albo odznaki żołnierza, który niegdyś bronił dostępu do miasta. Taki łup pozwoliłby mu później chwalić się przed kolegami z ulicy, snując niestworzone opowieści o dramatycznych przygodach i wojennych tajemnicach. Po blisko pół godzinie drobiazgowych poszukiwań, gdy rozczarowanie zaczęło przeważać nad początkowym entuzjazmem, postanowili ruszyć dalej — w stronę niemieckiego cmentarza. Mieli nadzieję, że właśnie tam uchowało się coś przed wścibskim okiem pazernych poszukiwaczy. Ci podczas swoich wypraw nie tylko penetrowali teren, lecz także bez skrupułów dewastowali miejsce spoczynku dawnych obrońców miasta, pozbawiając je resztek rozbitych i zarośniętych nagrobków. Również tam nie znaleźli jednak niczego wartego uwagi. Kompletnie zawiedzeni ruszyli w drogę powrotną.

Tym razem obrali inną trasę, chcąc nadrobić dystans i stracony czas. Ich poczucie jego upływu było jednak zupełnie odmienne od tego, które coraz silniej niepokoiło wujostwo, czekające na powrót swoich latorośli. Dla dzieci wciąż było go pod dostatkiem, dlatego z niesłabnącą ciekawością przyglądały się mijanym ścieżkom, rowom i wszelkim wertepom. Nie oddalili się jednak zbyt daleko od starego bunkra, gdy młodsza z kuzynek potknęła się o wystający z ziemi korzeń. Lekko poturbowana wróciła do miejsca, w którym się przewróciła, i uważnie przyjrzała się tajemniczej przeszkodzie. Korzeń wydawał się dziwny — bardziej obły niż powykręcany, zupełnie inny od tych, które zdążyła poznać w swoim krótkim jeszcze życiu. Hubert kucnął obok i z zainteresowaniem obserwował nieporadne, niemal archeologiczne poczynania kuzynki. Gdy w końcu zniechęciła się i ustąpiła mu miejsca, sam postanowił dokończyć rozpoczętą pracę. Po cichu liczył, że tym razem los mu sprzyja i pozwoli wrócić do domu z prawdziwą zdobyczą. Już po chwili przeszył go dreszcz niepokoju i grozy. Ów „korzeń” coś mu przypominał — a właściwie w jego wyobraźni coraz wyraźniej przybierał złowrogą postać przedmiotu, który w każdej chwili mógł sprowadzić na nich śmierć. „Bomba. Stara, zardzewiała bomba, czająca się tu od lat, szyderczo szczerząca przerdzewiałe skrzydełka” — pomyślał Hubert i w jednej chwili odskoczył od znaleziska. Krzyknął wtedy do kuzynek, żeby uciekać, że to świństwo zaraz wybuchnie! Dystans dzielący ich od głównej drogi pokonali w kilka minut, dysząc ciężko z wysiłku i strachu. Dopiero gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości i nic się nie wydarzyło, usiedli, próbując uspokoić oddech oraz skołatane myśli. Wtedy pojawiło się znacznie bardziej przyziemne pytanie: jak wytłumaczyć się przed wujostwem? Najstarszy z całej gromady, Hubert, zdecydował, że nikomu nie powiedzą o odkryciu. Podskórnie czuł, że ujawnienie tajemnicy mogłoby sprowadzić na nich poważne kłopoty. Opóźnienie zamierzali wyjaśnić niewinną zabawą, która po prostu nieco się przeciągnęła.

W leśniczówce atmosfera była jednak daleka od sielankowej. Wujek ostro zrugał Huberta za lekkomyślność i pozwolenie, by kuzynki bawiły się nad rzeką. Bliska łez młodsza z nich, Emilia, próbowała go bronić, niemal krzycząc, że przecież nic by im się nie stało, bo wcale nie byli nad rzeką. Wzięta w krzyżowy ogień pytań szybko jednak się złamała i z rozbrajającą szczerością przyznała, że byli przy bunkrze i na cmentarzu, a potem znaleźli bombę, lecz zdążyli uciec. Histeria i lament, które wówczas wybuchły w leśniczówce, zdawały się wypełniać przestrzeń aż po skraj lasu. Wujek chwycił Huberta za kołnierz i zaprowadził go do gazika. Ruszając ostro, stanowczo nakazał mu wskazać miejsce znaleziska. Gdy dotarli do na wpół wykopanego pocisku, ogrodził teren sznurkiem, który przezornie woził w samochodzie, po czym wrócili do leśniczówki. Zawiadomiona milicja szybko wezwała saperów z miejscowej jednostki wojskowej. Niewypał wywieziono na poligon i tam zdetonowano. Dla leśniczego cała akcja zakończyła się jednak pomyślnie. Za zabezpieczenie miejsca i zawiadomienie odpowiednich służb otrzymał pisemną pochwałę. Jak się okazało, znalezisko było radziecką bombą lotniczą z czasów II wojny światowej. Dla Huberta sprawa miała jednak zupełnie inny wydźwięk. Wujek stanowczo zakazał mu chodzenia do lasu i nad rzekę, a tym bardziej zabierania tam swoich córek. Dla chłopca oznaczało to coś w rodzaju wilczego biletu. Dano mu jasno do zrozumienia, że powinien na jakiś czas wrócić do domu, aż głupie myśli wyparują mu z głowy.


Powrót do leśniczówki w drugiej połowie wakacji okazał się dla Huberta jeszcze bardziej pociągający niż na ich początku. Nieopodal, tuż za skrzyżowaniem dróg, na ogrodzonym drucianym płotem terenie, za kilka dni miał rozpocząć się harcerski obóz. Hubert — zgodnie z obyczajem chuliganów z jego ulicy — od zawsze kpił z harcerzy, nazywając ich maminsynkami w mundurkach. Z wyraźnym sceptycyzmem podszedł więc do propozycji bliższego zapoznania się z tą formą spędzania wolnego czasu przez dzieci i młodzież. Przekonała go dopiero starsza z ciotek, która na obozie miała pełnić funkcję intendentki. Roztoczyła przed nim wizję tajemniczych podchodów w leśnych ostępach, gier i zabaw rozgrywanych na terenie obozowiska, a przede wszystkim obiecała udział w rywalizacji drużyn o sztandar — symbol, którego strzeżenie i obrona uchodziły ponoć za punkt honoru każdego harcerza. Ta ostatnia obietnica szczególnie przemówiła do jego wyobraźni.

Dzień poprzedzający przyjazd harcerzy Hubert spędził na przygotowaniach do ich przyjęcia, pomagając ciotce w pracach aprowizacyjnych i porządkowych. Porozstawiane na wzgórzu namioty kusiły, by zajrzeć do ich wnętrza, jednak najbliższą noc Hubert miał spędzić w jednym z domków rybackich, przeznaczonych na kwatery dla opiekunów obozu. Gdy zapadł wieczór, okolicę spowiła gęsta czerń. Leżąc pod kołdrą w chłodnym jak na sierpniową noc pokoju drewnianego domku, nasłuchiwał pohukiwania sów i ujadania wilków, których w tej okolicy ostatnio niebezpiecznie przybyło. Za nic w świecie nie wyściubiłby wtedy nosa spod kołdry, by zmierzyć się z nocną rzeczywistością otaczającego obóz lasu. Zanim zmorzył go sen, długo walczył z bezsennością, podsycaną ekscytacją przed atrakcjami, jakie miały nadejść nazajutrz. Świadomość, że kolejną noc spędzi już w namiocie razem z harcerzami, jeszcze bardziej rozpalała jego wyobraźnię. Gdy całun nocy ustąpił bladej jasności poranka, obóz obudził warkot nadjeżdżających samochodów. Przywieziono zaopatrzenie wraz z całym zapleczem kuchennym, a wraz z tym majdanem pojawili się pierwsi instruktorzy odpowiedzialni za organizację obozu. Pognany ciekawością Hubert wyskoczył z rybackiego domku, chcąc być świadkiem ostatnich przygotowań, zanim miejsce to wypełni się harcerskim gwarem. Plany pokrzyżowała mu jednak ciotka, oświadczając, że jego obozowa przygoda rozpocznie się dopiero po południu, gdy wszystkie sprawy organizacyjne zostaną dopięte na ostatni guzik. Markotny podreptał więc do leśniczówki, by tam, z niecierpliwością, zaczekać na wezwanie.

Rozwrzeszczana, rozbiegana we wszystkich kierunkach dzieciarnia działała mu na nerwy. Liczył raczej na stonowane zachowanie chłopaków w mundurkach, stawianych przecież za wzór młodzieży. Gry i zabawy szybko go rozczarowały — wydały mu się zbyt proste, wręcz infantylne, podczas gdy oczekiwał czegoś znacznie bardziej spektakularnego. To rozczarowanie w pewnej mierze zrekompensowała mu jednak noc spędzona w namiocie. Śmiechy i opowieści snuły się długo w noc, co nie pozostało bez konsekwencji. Rekonesans zaplanowano o bladym świcie, kiedy Hubert wciąż pozostawał we władaniu Morfeusza. Jako nadprogramowy uczestnik obozu nie podlegał rygorom regulaminu, nikt więc nie zamierzał budzić miejscowego śpiocha. Gdy wreszcie jego oczy podrażniły pierwsze promienie słońca, wdzierające się do namiotu, harcerze byli już głęboko w lesie, zdobywając nowe sprawności, które miały zostać uwieńczone stosownymi odznakami i wkrótce stać się powodem do dumy przed całym szczepem. Zły na siebie Hubert nie zamierzał jednak pozostawać w tyle. Wyruszył na samotną wędrówkę po lesie, na spotkanie z leśnym echem i szumem drzew. Nagle zapragnął delektować się ptasim śpiewem, szczekaniem saren dobiegającym z ostępów oraz porykiwaniem jeleni. Czuł się jak traper w dziewiczej krainie, przecierający niezdobyte ścieżki i odkrywający leśne osobliwości.

Po obiedzie postanowił przyłączyć się do grupki harcerzy, którzy z zacięciem grali w ping-ponga. Prym w tej ferajnie wiodła ciemnowłosa dziewczyna, której pewność siebie momentami graniczyła z arogancką pychą. Hubert odczekał swoją kolej i w końcu stanął z nią przy stole, pragnąc udowodnić własną wyższość i zaprezentować swoje sportowe walory. Sromotna porażka, jakiej doznał, zabolała go podwójnie. Drwiny obserwujących harcerzy oraz fakt, że przegrał z dziewczyną, wzbudziły w nim niemal paniczną chęć ucieczki w głąb lasu, gdzie nikt nie miałby szans go odnaleźć. Na nic zdały się tłumaczenia instruktora, że jego przeciwniczka jest członkinią juniorskiej drużyny ligowej, a więc nie mógł oczekiwać, że amator poradzi sobie z zawodniczką o takim doświadczeniu. Męska duma nie pozwalała mu jednak dłużej przebywać w towarzystwie kogoś, kto górował nad nim umiejętnościami i talentem. I tak zakończyła się przygoda Huberta z harcerzami. Od tej pory oceniał ich jako aroganckie dzieciaki — próżne i zapatrzone w siebie. Wolał wrócić do własnej samotni, do obcowania z lasem i rzeką, które wciąż kryły przed nim tyle tajemnic.

***

W zasadzie nigdy nie zwracała na niego większej uwagi. Benedykt nie rzucał się w oczy. Z dostawczego samochodu znosił produkty potrzebne w stołówce, zawsze spokojny, nigdy nie narzekając ani się nie skarżąc. Z tego, czego zdążyła się o nim dowiedzieć, był kawalerem, choć zbliżał się już do czterdziestki. Może nie był w jej typie, może nie wywoływał dreszczy, jakie często dopadają nastolatki na widok przystojnego chłopaka. Ona jednak również nie była już młódką, żeby grymasić i przebierać w poszukiwaniu odpowiedniej partii. Była samotną matką dziesięcioletniej córki, a to zdecydowanie zawężało jej szanse na spotkanie nowej miłości. Benedykt od dawna zwracał uwagę na Konstancję. Podziwiał jej hart ducha i determinację, z jaką stawiała czoła nieprzychylnemu losowi. Już od dawna chciał zagadać, spróbować się zbliżyć, delikatnie zaproponować choćby przyjaźń, bo przecież o czymś więcej nawet nie śmiał marzyć. Zawsze jednak na przeszkodzie stawała jego wrodzona nieśmiałość, która zamykała mu drogę nie tylko do świata kobiet, lecz także stawiała w codziennym życiu barykady trudne do pokonania. Ludzkie losy splatają się w przedziwnych konfiguracjach, jakby prządki zdarzeń czerpały szczególną radość z tworzenia historii, które czasem aż proszą się o uśmiech. Któregoś dnia to Konstancja przejęła inicjatywę i zaczęła wypytywać Benedykta o jego życie prywatne. Ośmielony jej zainteresowaniem, ochoczo wdał się w rozmowę, po cichu licząc, że skrywane od lat marzenie wreszcie zacznie się spełniać. Konstancja dostrzegła w nim determinację i umiejętność dążenia do celu mimo mentalnych barier, które przez lata zdążyły zagnieździć się w jego umyśle. Sama od pewnego czasu coraz częściej pragnęła odmienić swoją szarą codzienność, sprowadzającą się niemal wyłącznie do schematu: praca — dom, praca — dom. W najlepszym razie pojawiały się jeszcze sąsiedzkie wizyty, przesiąknięte niedomówieniami i aluzjami dotyczącymi jej życia uczuciowego. Benedykt okazał się człowiekiem o duszy rodzinnej. Kiedy Konstancja zaproponowała spotkanie, od razu popełnił gafę, mówiąc, że jej córka nie tylko mu nie przeszkadza, lecz wręcz chciałby pomóc w jej wychowaniu. Rozbawiło ją to, ale nie chciała pozbawiać go złudzeń. Nie była pewna, czy postępuje właściwie i czy nie wikła się właśnie w związek, który od początku skazany jest na niepowodzenie. Postanowiła jednak zaryzykować. Nie widziała lepszej alternatywy. Czuła, że była to również winna własnej córce, która zbyt długo dorastała bez ojca.

Benedykt rzeczywiście stanął na wysokości zadania. Niczego nie proponował, do niczego nie namawiał, a tym bardziej nie żądał. Kto wie, czy w ogóle poradziłby sobie w roli absztyfikanta, gdyby nie inicjatywa Konstancji. Ona jednak nie zamierzała czekać na lepszą okazję. Po kilku spotkaniach wciąż odbywających się w obskurnych kawiarniach zaprosiła go do swojego mieszkania, by spokojnie porozmawiać o ewentualnej wspólnej przyszłości. Benedykt był wniebowzięty. Przyrzekł jej nie tylko miłość na wieki, lecz także wziął na swoje barki odpowiedzialność za Annę. Związek, początkowo oparty bardziej na rozsądku niż na uczuciu, wkrótce nabrał ciepła i wzajemnego zaufania. Okazał się na tyle trwały, że po pewnym czasie zaowocował nowym życiem. Dwa lata później, w 1958 roku, urodziła się Maria — owoc miłości i odpowiedzialności Konstancji i Benedykta. Nowa rodzina, zrodzona z rozsądku, samotności i pragnienia stabilizacji, wkraczała we własną historię. Historię, która miała w przyszłości w niezwykły sposób splątać losy bohaterów tej opowieści. Dziwne sploty ludzkich losów zdawały się wirować nad leśną okolicą, jak niewidzialne prądy unoszące się nad miejscem, gdzie przed laty przycupnęła nad niesforną i niebezpieczną rzeką leśniczówka.


***

Ostatni tydzień przed końcem wakacji Hubert spędził we wsi położonej dwa kilometry od leśniczówki. Jedynym nauczycielem w miejscowej szkole był jeden z jego starszych wujków. Niewielki budynek, do którego uczęszczały wszystkie dzieci z okolicy, bez względu na wiek, mieścił zaledwie dwie obszerne klasy. Jedna z nich niemal całkowicie zastawiona była sprzętem służącym do hodowli jedwabników. Z przylegającego do szkoły dwupokojowego mieszkania z jednej strony wychodziło się na szkolny korytarz, z drugiej zaś — na podwórko, z którego prowadziło bezpośrednie wyjście na pole. Szkolne boisko otaczała druciana siatka, wzdłuż której, od strony pól, rosły morwowe drzewa. Ich liście stanowiły doskonały pokarm dla jedwabników. Hubert często podnosił z ustawionych na stojakach sit kokony oplecione delikatnymi, białymi nićmi i z nieustającym zdumieniem zastanawiał się, jak z niepozornego, bezkształtnego robaka może narodzić się motyl. Wujek tłumaczył mu, że kiedy larwa przepoczwarzy się w dorosłego owada, ten rozpuszcza od środka jedwabne nici kokonu i wydostaje się na zewnątrz, by dalej żyć i rozmnażać się. I tak bez końca — kolejne larwy, kolejne kokony, kolejne nici. Efekty naturalnej pracy jedwabników nauczyciel regularnie oddawał do punktu skupu, uzyskując z tego całkiem pokaźny dochód.

Pewnego dnia Hubert był świadkiem czegoś zaskakującego. Podczas przerwy jakiś chłopak wspiął się na drzewo i zaczął zajadać się ciemnymi owocami, jakby były czereśniami. Początkowo Hubert patrzył na niego z obrzydzeniem, lecz kiedy po morwy zaczęły sięgać także inne dzieci, w końcu sam się przełamał. Smak dojrzałej morwy okazał się dziwny, trudny do jednoznacznego określenia — słodki, ale w jakiś nieoczywisty sposób. Zupełnie inaczej smakowała zielona, zerwana przypadkiem. Była nijaka, pozbawiona wyraźnego smaku, bardziej przypominała bezbarwne warzywo niż owoc. Wujek nie zwracał większej uwagi na tę szkolną ekwilibrystykę. Ograniczał się jedynie do ostrzeżenia, że kto spadnie z drzewa, poniesie karę. Nie przejmował się natomiast obrywaniem owoców, bo jedwabniki i tak żywiły się liśćmi morwy. Dopiero wtedy Hubert zrozumiał, dlaczego na sitach ustawionych rzędami na stojakach walało się tak wiele zwiędłych liści.


Otaczające wioskę z trzech stron lasy nie były już tak tajemnicze jak te wokół leśniczówki. Poza kierunkiem prowadzącym właśnie ku niej kończyły się zresztą bardzo szybko. Zanim człowiek zdążył zapuścić się w zagajniki wyrastające tuż za zabudowaniami, oczom śmiałków ukazywały się łagodne wzgórza porośnięte trawą i poprzecinane piaszczystymi ścieżkami, wijącymi się bez końca, jakby bez wyraźnego celu. Na grzyby miejscowi ruszali wyłącznie na północ, gdzie lasy ciągnęły się niemal aż do oddalonego o sześć kilometrów miasta. Od zachodu wioskę otaczały pola uprawne i łąki, sięgające granicy sąsiedniej miejscowości — siedziby gminy. Malownicze miasteczko, położone na terenach ukształtowanych przez lądolód, przecinały dwie rzeki. W jego centrum, w pradolinie wyżłobionej niegdyś przez potężną masę lodu, łączyły się w jeden, dość szeroki kanał żeglugowy. Część zabudowy wznosiła się na wzgórzu moreny czołowej, skąd roztaczał się rozległy widok na położoną niżej dolinę. Hubert nigdy się tam nie zapuszczał. Znał to miejsce jedynie z przemykającej za szybami autobusu panoramy, gdy wraz z rodzicami jeździł do stolicy regionu po większe sprawunki. Dodatkową przeszkodą w eksplorowaniu tamtych stron były podmokłe łąki, stanowiące swoistą barierę, która chroniła wioskę przed naporem miejskiej cywilizacji. Hubert znał je zresztą z autopsji. Pewnego dnia, nieopatrznie oddaliwszy się poza pole należące do wujostwa, ugrzązł po kolana w grząskim bagnie. Do domu wrócił przemoczony i oblepiony błotem, gdzie czekało go piorunujące spojrzenie ciotki. Za karę musiał siedzieć w pokoju w samych majtkach, bo spodnie powędrowały do prania, a buty suszyły się na płocie. Z braku lepszego zajęcia pomagał więc w kuchni, obierając ziemniaki i zmywając naczynia. Dopiero wtedy naprawdę odczuł, jak pracochłonne i monotonne potrafią być te pozornie zwyczajne, codzienne czynności.


Pod koniec tygodniowego pobytu we wsi Hubert wybrał się z wujkiem na grzyby. W sobotni poranek, gdy snujące się znad nadrzecznych łąk mgielne całuny nie zdążyły jeszcze całkowicie się rozwiać, wyposażeni w koszyki i niewielkie nożyki ruszyli w stronę leśniczówki. Po drodze wujek snuł wojenne opowieści z czasów, gdy podążał za frontem, niosąc na wyzwalane ziemie kaganek oświaty. To tutaj, na Ziemiach Odzyskanych, zatrzymał się na dobre, by budować lepszą przyszłość dla tych, którzy przybyli z Kresów, i dla tych, którzy pozostali. Historię tych stron znał jedynie z kart książek oraz opowieści ludzi mieszkających tu jeszcze przed wojną. Gdy w pewnym, doskonale znanym sobie miejscu skręcili z głównego traktu w polną drogę, Hubert poczuł lekkie zdziwienie. Domyślał się jednak, że zmiana trasy nie była przypadkowa. I rzeczywiście. Wujek zatrzymał się przy rozłożystym drzewie i kijem narysował na piasku długą kreskę, przecinającą drogę w poprzek. Widząc zdumienie chłopca, wyjaśnił, że właśnie w tym miejscu, przy tym drzewie, przed wojną przebiegała granica. Podobno stała tu niegdyś budka wartownicza, w której żołnierze kontrolowali wozy przejeżdżające z polskiej wioski do niemieckiej — tej samej, w której znajdowała się obecnie leśniczówka drugiego wujka. Granica biegła od miasteczka z dwiema rzekami, łączącymi się pod mostem granicznym, aż po drugą leśniczówkę, wciśniętą też po niemieckiej stronie — tę, którą Hubert poznał w ubiegłym roku podczas pamiętnej przejażdżki bryczką. Wojenna historia wrastała w ten las na każdym kroku. Objawiała się w śladach okopów i transzei, w porośniętych mchem, zapomnianych bunkrach. Milczącymi świadkami dawnych bezeceństw pozostawały drzewa — okaleczone przez rykoszety, odarte z kory eksplozjami granatów i spadającymi z nieba bombami. A jednak to przyroda ostatecznie zwyciężyła. Rok po roku odzyskiwała utraconą przestrzeń, zarastając ją bujną roślinnością, dając schronienie drobnym drapieżnikom i ptactwu, a ludziom ofiarowując swoje leśne płody. Las powoli zacierał ślady tego, co wydarzyło się tutaj przed laty, jakby chciał przykryć je mchem, liśćmi i młodymi pędami — i przywrócić temu miejscu jego pierwotny rytm.

Grzybobranie udało się nad wyraz dobrze. Dwa pełne kosze były najlepszym dowodem tegorocznego urodzaju, choć natura w niedalekiej przyszłości nie okaże się już tak hojna. Powoli, krok po kroku, w dzikie ostępy zacznie wdzierać się cywilizacja. Będzie betonować i asfaltować drogi, wznosić przepusty, prostować koryta rzek. Płowa zwierzyna skryje się w ostatnich ocalałych zakamarkach lasów, pozostawiając na straży jedynie dziki i lisy, coraz śmielej zapuszczające się w ludzkie domostwa w poszukiwaniu pożywienia. Za to ponad miarę rozplenią się zające, podgryzając dary natury w przydomowych ogródkach i na polach uprawnych. Przyroda stanie się z czasem mniej dzika, mniej dziewicza, za to bardziej nieprzewidywalna, jakby w odwecie odpłacając ludzkości rozmaitymi kataklizmami. Była to jednak pieśń przyszłości. Na razie ludzie korzystali z obfitości leśnego runa, z darów rzek, jezior i stawów ukrytych głęboko wśród drzew. Las wciąż hojnie oddawał to, co miał najlepszego, a człowiek przyjmował te dary bez obaw, jakby miały trwać wiecznie. Majacząca gdzieś na horyzoncie jesień wysyłała jednak pierwsze znaki, dając do zrozumienia, że czas obfitej wyżerki powoli dobiega końca. Trzeba było zacząć myśleć o zapasach na długie, zimowe dni.

***

Rozpoczynanie małżeńskiej drogi w siermiężnym państwie końca lat pięćdziesiątych nie należało do łatwych. Konstancja i Benedykt niemal na każdym kroku zmagali się z trudami codzienności. Zakładowe mieszkanie szybko okazało się zbyt ciasne dla czteroosobowej rodziny, dlatego postanowili skorzystać z szansy, jaką w tamtych czasach dawała kolej. Umacniająca się pozycja zakładu przyciągała nowych pracowników, zwłaszcza że pojawiły się plany budowy kolejowych bloków. Konstancja i Benedykt również zapisali się do spółdzielni. Nadzieja na własne mieszkanie była jednak odległa. Inwestycja miała ruszyć dopiero za dwa lata, a lista oczekujących już wtedy była długa.

Pewnego dnia Benedykt zrobił jednak coś, czego Konstancja przez wiele lat nie potrafiła mu wybaczyć. Za namową jednego z warsztatowych kierowników zapisał się do Partii. Kierownik przekonywał, że tak trzeba, że to pomoże, że władza stawia na młodych, ambitnych robotników, którym leży na sercu dobro socjalistycznego państwa. I rzeczywiście — Benedykt otrzymał podwyżkę, wkrótce awansował, a na liście oczekujących na mieszkanie przesunął się wyraźnie w górę. Nie skonsultował tej decyzji z Konstancją. Wiedział, że będzie przeciwna. Był jednak przekonany, że robi to dla rodziny — z myślą o przyszłości dzieci, z poczucia odpowiedzialności, a nie oportunizmu. Dla Konstancji był to cios. Nie spodziewała się, że człowiek o gołębim sercu, któremu ufała bez zastrzeżeń i który zawsze przedkładał dobro innych nad własne, sprzeniewierzy się zasadom wyniesionym z domu. Zasadom, które zakazywały jej jakiejkolwiek współpracy z wrogiem. Przecież to Sowieci zamordowali jej rodziców i obrócili w perzynę całe miasto. A on — ot tak — wstąpił do organizacji chodzącej na ich pasku. Obraziła się na Benedykta tak głęboko, że przez chwilę poważnie rozważała odejście. Między nimi pojawiła się rysa, której nie sposób było zasypać ani awansem, ani obietnicą nowego mieszkania. Przed podjęciem tego, bądź co bądź, nierozważnego kroku powstrzymywały ją jednak realia życia. Nie miała dokąd pójść — podobnie jak Benedykt, który przywędrował w te strony ze wschodu wraz z polskim wojskiem. Na nic zdały się jego tłumaczenia, że wszystko robi dla ich dobra, że tylko w ten sposób mają szansę na nowe mieszkanie. Honor i narodową dumę można sobie było wsunąć w buty — przecież nie dadzą jeść.

Konstancję czekał jeszcze jeden szok. Dowiedziała się, że mąż jej najlepszej przyjaciółki również zapisał się do Partii i że ona sama była z tego powodu dumna. Długo nie mogła tego zrozumieć. Ona, autochtonka, która nie czuła się ani Polką, ani Niemką, okazywała większy patriotyzm, wzdragając się na samą myśl o podaniu ręki nowemu okupantowi, podczas gdy ci, których uważała za prawdziwych Polaków, bez skrupułów wypinali się na wszystko, zachłannie zagarniając profity oferowane przez władzę. Chciała uciec stąd, zaszyć się w pobliskich lasach i już nigdy nie oglądać ludzi, którzy, jej zdaniem, na takie miano nawet nie zasługiwali. Po dwóch tygodniach życia obok siebie, gdy cisza między nimi stała się niemal nie do zniesienia, Benedykt postanowił naprawić to, co zrobił pod wpływem impulsu. Zdecydował się wystąpić z organizacji, która tak wielu ludziom źle się kojarzyła. Przed kolejną, jak uważał, życiową głupotą uratował go jednak kierownik warsztatów — ten sam, który wcześniej namawiał go do wstąpienia do Partii. Wytłumaczył mu, że nie ma już odwrotu. Oddanie legitymacji może oznaczać nie tylko ostracyzm w zakładzie, lecz także szykany, a nawet represje ze strony kierownictwa i politycznych funkcjonariuszy nowej władzy. Przekonywał go, że trzeba siedzieć cicho i udawać, że wszystko jest w porządku, tak jak robiła to większość. Walka z wiatrakami nikomu jeszcze nie wyszła na dobre. Bohaterowie dawno już leżą w ziemi. Konstancja jednak nie przyjmowała żadnych argumentów. Zamknęła się w sobie, znajdując pocieszenie jedynie w dzieciach — w ich śmiechu, codziennych potrzebach i drobnych radościach, które wypełniały jej dni choć odrobiną sensu.

Po półtorarocznym oczekiwaniu Konstancja z Benedyktem wprowadzili się do nowego, trzypokojowego mieszkania w kolejowym bloku. Słońce powoli wynurzało się zza horyzontu, zalewając wnętrza ciepłym światłem. Mieli więcej szczęścia niż ich niepartyjni znajomi — własny azyl, w którym mogli wychowywać dziewczynki na porządnych ludzi, a nie na takich, którzy zasilali szeregi partyjnej organizacji. Nowe miejsce złagodziło jej zacięty charakter. Świat zaczął jawić się w cieplejszych tonacjach, tym bardziej że Anna, niegdyś mała dziewczynka, przeobraziła się wkrótce w niemal czternastoletnią pannicę. Konstancja coraz częściej powierzała jej opiekę nad dwuletnią Marysią, sama rzucając się w wir pracy.


Miasto powoli dźwigało się z ruin. Ślady okaleczeń zabliźniały się, coraz wyraźniej odsłaniając zdrową tkankę. W wolne dni nadrzeczny deptak wypełniał się zadowolonymi ludźmi, niekiedy wręcz emanującymi szczęściem. Życie wracało na ulice, jakby wojna stawała się coraz odleglejszym wspomnieniem. Młode socjalistyczne państwo okrzepło, a wraz z nim dorastało nowe pokolenie — urodzone na tych ziemiach już po wojnie. Powoli kruszył się stary świat: świat ludzi żyjących przeszłością, w której nie było miejsca dla biednych i gorzej urodzonych, dla tych, którzy nie potrafili albo nie chcieli zrozumieć nowych prądów w światowej polityce. Konstancja i Benedykt pamiętali ten stary świat w każdym calu. Anna i Marysia należały już do nowej rzeczywistości. Stawały się częścią nowej scenografii, dekoracji, które przez kolejne dekady miały wypełniać przestrzeń życia w tym wielkim teatrze zdarzeń. To one miały wnosić w niego światło, nadzieję i poczucie ciągłości — w czas, który dopiero zaczynał pisać własną historię.

***

Hubert rzadko odwiedzał leśniczówkę zimą. Zasypane śniegiem leśne ścieżki nie zachęcały do wędrówek, a rzeka, otulona przy brzegach cienką, zeszkloną warstwą lodu, nie nastrajała do refleksji. Nie można jednak powiedzieć, że o tej porze roku nic się tam nie działo. W lutym, gdy nadszedł czas ferii, nadleśnictwo zorganizowało kulig, którego trasa zaczynała się i kończyła nieopodal leśniczówki, na polanie otoczonej wiekowymi dębami. Drzewa te niejednokrotnie były świadkami rozmaitych leśnych imprez. Choć miał to być prawdziwy kulig, z dwoma dużymi saniami wypożyczonymi od rolników z okolicznych wsi, Hubert podchodził do pomysłu z lekkim sceptycyzmem. Jego wujek, współorganizator całego przedsięwzięcia, zaoferował dwa własne ogiery, które zimą zazwyczaj nie były zaprzęgane do bryczki. Trasa wiodła od jednej leśniczówki do drugiej, gdzie przewidziano krótki odpoczynek, a następnie z powrotem pod stare dęby. Każde z dwojga dużych sań ciągnęły cztery konie. Na miękkich baranich skórach usadowili się ważniejsi przedstawiciele nadleśnictwa, przez co całość bardziej przypominała królewski orszak niż zimową atrakcję dla dzieci leśników i robotników z kilku okolicznych wsi. Zabawa okazała się jednak przednia. Do każdego zaprzęgu doczepiono kilka mniejszych sanek, na których radośnie wirowały dzieci. Na końcu takiego orszaku siedział dorosły, czuwając nad bezpieczeństwem wiercących się młodych miłośników zimowych przygód.

Hubert znał trasę doskonale. Kilka wcześniejszych wypraw do drugiej leśniczówki nauczyło go rozpoznawać każdy pagórek, okop i ścieżkę w okolicznych lasach. To tutaj odkrył stare poniemieckie groby. Tutaj czuł się jak u siebie, jak domownik, który trafi w każde miejsce, nawet gdyby pozostawiono go w samym środku leśnej głuszy. Mimo to kulig sprawił mu ogromną frajdę. Poczuł się częścią tej zimowej zabawy, choć znał niemal każdy zakątek mijanej scenerii. Siedząc na sankach, które powoli sunęły się pod górkę, czuł się jak zdobywca ośnieżonego szczytu, niedostępnego dla zwykłych śmiertelników. Śpiewy dzieci przybyłych z miasta — zapewne zaprawionych w takich imprezach podczas harcerskich zbiórek — pokazywały, że pobliskie lasy potrafiły dostarczać atrakcji nie tylko latem. Zima również miała tu swoje uroki, wystarczyło tylko pozwolić jej przemówić śniegiem, skrzypieniem płóz i stukotem końskich kopyt.

Powrót pod dęby odbywał się już w zapadającym zmierzchu, który powoli wdzierał się w biel leśnych pagórków. Nadszedł czas ogniska i misterium pieczenia kiełbasek. Z pokaźnych termosów przywiezionych z miasta parowała strażacka grochówka, serwowana przez ogniomistrza i jego drużynę. Strzelające w górę iskry z ogniska, rozpalonego przez leśniczego jednym pociągnięciem zapałki, ginęły w mroku spływającym z koron drzew. Przypominały robaczki świętojańskie, które na chwilę materializowały się na tle ciemniejącego nieba. Płomienne języki układały nad ogniskiem fantastyczne scenki z życia lasu, jeszcze bardziej uwydatniając tajemniczy blask falujący wokół.

Hubert siedział w kręgu dzieci skupionych wokół ogniska, chłonąc udzielający się wszystkim nastrój. Już nie żałował, że tu przybył. Nie obawiał się straconego czasu, wszechobecnej nudy ani pretensjonalności, która — jak wcześniej sądził — miała czaić się na każdym kroku podczas tej mało oryginalnej imprezy. Było zupełnie inaczej. Bardziej romantycznie niż się spodziewał. Nie przeszkadzał mu nawet lekki mróz, dający się we znaki podczas kuligu. Wszystko rekompensowało ognisko, przywodzące na myśl swojskość domowej atmosfery. Po nocy spędzonej w leśniczówce nie chciało mu się wracać do domu, do miejskiego zgiełku, odwiecznie oblodzonych chodników i pryskającej spod samochodowych kół szarej brei, brudzącej buty, nogawki spodni i kurtki. Musiał przyznać sam przed sobą, że nawet ta niezbyt przyjazna ludziom pora roku ma swoje uroki. Wszystko zależy przecież od spojrzenia i nastroju, jaki potrafi wywołać obcowanie z żywiołami i dziką naturą. A jednak nic nie zdołało zatrzeć w jego pamięci wspomnień z letnich leśnych wypraw, kąpieli w zimnej i wartkiej rzece, a nade wszystko ekscytacji dawnymi, dramatycznymi historiami, które aż prosiły się o to, by ktoś je odświeżył, zachował w pamięci i przekazał kolejnym pokoleniom. Hubert z utęsknieniem oczekiwał wiosny. Czuł bowiem, że ten radosny czas kiedyś się skończy, a wraz z dorosłością wszystko rozmyje się jak mgły nad łąkami. Że nawyki typowego mieszczucha sprawią, iż najbliższy kontakt z naturą ograniczy się do odległej, pozamiejskiej działki, odwiedzanej od czasu do czasu, gdy miejski rytm pozwoli choć na chwilę wyrwać się poza asfalt i beton.

***

Anna prawie nigdy nie pytała o swojego prawdziwego ojca. Znała jedynie jego nazwisko i przybliżony wiek. Wiedziała, że poruszanie tego tematu sprawia matce ból, a czas jedynie pozornie zasklepił rany, które gdzieś głęboko w sercu wciąż pozostawały otwarte. Gdy skończyła siedemnaście lat, była już niemal samodzielna. W szkole radziła sobie dobrze, szczególnie z historią. Zapisała się do licealnego koła historycznego prowadzonego przez wychowawcę — przedwojennego nauczyciela, który przywędrował tu spod Lwowa. Z zapartym tchem wertowała stare niemieckie kroniki, które cudem przetrwały w piwnicach dawnego budynku administracji, po wojnie zaadaptowanego na tymczasową szkołę z powodu braku odpowiednich lokali. Największe zainteresowanie Anny budziły jednak okoliczne nekropolie, które z roku na rok ustępowały miejsca betonowym placom, nowym budynkom i halom produkcyjnym. Chciała wiedzieć, jak wyglądało to miejsce dawniej, gdzie chowano poległych żołnierzy, którzy znaleźli się po niewłaściwej stronie frontu. Przeszłość fascynowała ją coraz bardziej, zwłaszcza ta, która znikała na jej oczach pod fundamentami nowego świata. Matka nigdy nie opowiadała jej, jak zmarł ojciec, a Anna nie dociekała. Był to temat tabu. W domu był Benedykt i przy nim nie wypadało poruszać drażliwych spraw, nawet jeśli pytania od dawna dojrzewały w jej głowie. Nie wiedziała, gdzie spoczywa jej ojciec. Skoro nigdzie nie znalazła żadnych informacji, przypuszczała, że mogła to być zbiorowa mogiła w którymś z pobliskich lasów. Nie miała jednak pojęcia, jak blisko była prawdy.


Na jednej z lekcji historii wpadła na pomysł, który przy odrobinie szczęścia mógł okazać się strzałem w dziesiątkę w jej prywatnych poszukiwaniach. Przeglądając stare kroniki, zwróciła uwagę na rolę, jaką w życiu mieszkańców odgrywał miejscowy kościół. Księgi parafialne — to był trop, którego postanowiła się uchwycić. Jedyną przeszkodą mogli okazać się ludzie, którzy niechętnie wracali do tamtych mrocznych czasów. Obawiała się, że proboszczowie trzech kościołów, które cudownie ocalały z wojennej pożogi, nie będą skłonni grzebać w parafialnych archiwach. Na wszelki wypadek przygotowała więc wiarygodną historyjkę, która miała ułatwić jej dostęp do ksiąg. Prawda była taka, że rzeczywiście chciała studiować historię, ale dla lepszego efektu dodała, że zamierza wybrać uczelnię katolicką.

Anna nie była przesadnie religijna. Nie odbiegała pod tym względem od przeciętnego poziomu religijności ówczesnego społeczeństwa, tym bardziej że władza na każdym kroku starała się deprecjonować rolę Kościoła w państwie. Na pierwszą wizytę wybrała najstarszy kościół w mieście — neogotycką świątynię wzniesioną pod koniec XIX wieku. Chłodne, mimo lipcowego poranka, smukłe wnętrze przywitało ją promienną tęczą światła, która wędrowała od witrażowych rozet aż po mozaikową posadzkę. Słońce kładło refleksy na emporze wspartej na kolumnach, przesuwało się wzdłuż naw, ku ambonie, a dalej zatrzymywało na ołtarzu. Odgłos jej kroków niósł się echem pod wysokim sklepieniem, wzbudzając zaciekawienie kilku osób pogrążonych w modlitwie. Anna, lekko zmieszana nagłym zainteresowaniem, szybko opuściła świątynię i skierowała się w stronę znajdującej się nieopodal plebanii. Miała szczęście. Urzędujący proboszcz okazał się człowiekiem przystępnym i życzliwym. Z zainteresowaniem wysłuchał jej historii i obiecał pomóc w poszukiwaniach. Wspólnie ustalili, że jej prawdziwy ojciec urodził się między 1914 a 1916 rokiem i mógł nosić imię Johann, skoro w późniejszych dokumentach figurował jako Jan. Wertowanie wielkich, pożółkłych ksiąg, nadgryzionych zębem czasu, było jednak żmudnym zajęciem. Proboszcz zapewne szybko zniechęciłby się do poszukiwań, gdyby nie Anna. Dostrzegł w niej autentyczną pasję historyczną i determinację w dążeniu do prawdy. To właśnie one sprawiły, że cierpliwie przewracał kolejne karty, szukając nazwiska, które dla dziewczyny znaczyło znacznie więcej niż zwykły zapis w parafialnej księdze. Wreszcie odnaleźli właściwą adnotację: Johann Weber, syn Martina i Hildegardy, urodzony w 1915 roku. Nie odnotowano jednak daty jego śmierci. Proboszcz szybko wyjaśnił, że Weber musiał zostać pochowany na innym cmentarzu. Księgi parafialne były prowadzone wyjątkowo skrupulatnie — odnotowywano w nich urodzenia, zgony, chrzty, śluby i inne sakramenty. Brak informacji o śmierci oznaczał więc najprawdopodobniej, że należało szukać dalej. Polecił sprawdzić inne parafie albo zwrócić się o pomoc do instytucji państwowych gromadzących wojenną dokumentację. Anna nie była usatysfakcjonowana wynikami dotychczasowego śledztwa. Zamiast odpowiedzi otrzymała kolejne pytania. Poszukiwania, które miały przynieść rozwiązanie rodzinnej zagadki, utknęły w martwym punkcie. Teraz była zdana wyłącznie na siebie.


Któregoś zimowego dnia, gdy Anna była już w klasie maturalnej, Konstancja przypadkowo znalazła na jej biurku kartkę z kilkoma datami, które od razu wzbudziły jej niepokój. Zajrzała do szuflady i niemal natychmiast dostrzegła tajemniczą papierową teczkę. W środku znajdowały się wycinki prasowe i odręczne zapiski, które niczym fala uderzeniowa przywołały dawno pogrzebane wspomnienia. W jednej chwili przed oczami stanęła jej tragiczna przeszłość, naznaczona cierpieniem tak wielkim, że niemal pozbawiło ją kiedyś rozumu. Przed podążeniem za ukochanym w objęcia śmierci ocaliła ją wówczas jedna myśl — Anna. Dziecko, które nosiła pod sercem, było jedyną pozostałością po człowieku, którego utraciła. Teraz, z drżeniem rąk i łzami spływającymi po policzkach, schowała teczkę z powrotem do szuflady i bezsilnie poczłapała do sypialni. Leżąc w ciemności i szlochając, przysięgła sobie, że musi wreszcie przełamać milczenie i opowiedzieć Annie całą prawdę o jej pochodzeniu.

Anna przyjęła opowieść matki ze spokojem. Nie podchodziła do historii własnych przodków z podobnym ładunkiem emocjonalnym. Traktowała ją raczej jako rodzinną ciekawostkę, a zarazem materiał do przyszłej pracy archiwistycznej, w którą ostatnio — nie tylko z powodu poszukiwania własnych korzeni — coraz bardziej się angażowała. Swoje poszukiwania chciała jednak zakończyć pozytywnym akcentem. Pragnęła odnaleźć miejsce pochówku ojca i zadbać o jego grób. Ślady prowadziły do dawnej stolicy regionu, dziś dużego i prężnie rozwijającego się miasta wojewódzkiego. Odwiedziła kilka miejskich parafii, lecz żadna z wizyt nie przyniosła nowych informacji. W księgach parafialnych ani w dokumentach dotyczących historii cmentarzy nie znalazła żadnego śladu, który mógłby doprowadzić ją do celu. Zrezygnowana na pewien czas odpuściła poszukiwania. Prawdopodobnie temat całkowicie by ucichł, gdyby nie jej nauczyciel historii, który traktował ją jak swoją pupilkę i z nieskrywaną przyjemnością wspierał w rozwiązywaniu zawiłych zagadek dziejowych. Kiedy opowiedziała mu o swoich trudnościach, niemal natychmiast naprowadził ją na właściwy trop. Postawił sprawę jasno, wskazując na podobieństwo losu ofiar hitlerowskich oprawców i sowieckich formacji, które po wojnie rozprawiały się z ludźmi podejrzewanymi choćby o najmniejszy sprzeciw wobec nowej ideologii. Jeśli więc człowiek, którego szukała, nie figurował ani w księgach parafialnych, ani w państwowych dokumentach, istniało duże prawdopodobieństwo, że został pochowany wraz z innymi ofiarami gdzieś poza miastem — w nieoznaczonej, zbiorowej mogile, o której pamięć dawno zatarł czas. I tak zakończyło się dla Anny poznawanie osobistej historii, naznaczonej wojennym okrucieństwem. Postanowiła więcej nie oglądać się za siebie. Wolała patrzeć w przyszłość, cieszyć się życiem i rodziną, a przede wszystkim zanurzyć się w codzienności powoli odradzającego się miasta. Jej plany wiązały się ze studiami, które już wkrótce, po zbliżającej się wielkimi krokami maturze, miała rozpocząć z dala od rodzinnych stron.

***

Wiosna tego roku wystrzeliła pąkami drzew i świeżą zielenią traw. Rozśpiewane ptactwo wdzierało się do głów istną kakofonią dźwięków, rywalizując na decybele z wciąż jeszcze ubogą kawalkadą pojazdów przemierzających ulice miast. Wiosna w mieście, choć wywoływała u mieszkańców przypływ energii i radości, nie mogła równać się z tą, która rozpościerała się nad zatopionymi wśród pól i lasów osadami. Z dala od miejskiego gwaru, blokowisk i wyasfaltowanych dróg przyroda mieniła się feerią barw i zapachów, zapierających dech w piersiach. Mamiła świeżością lasu, czystością powietrza i przejrzystością rzek. Zapraszała na spacery po miękkich dywanach mchu, do zanurzenia się w zielonym gąszczu i zbratania z mieszkańcami leśnych ostępów. Ludzie chętnie korzystali z tego nieformalnego zaproszenia. Wchodzili coraz głębiej w las, depcząc roślinność, płosząc zwierzynę i wycinając drzewa. Dymy z ognisk na polanach wznosiły się ku koronom drzew, przeganiając ptactwo, które jeszcze niedawno wypełniało leśną ciszę świergotem. Rozpoczął się najazd Hunów. Po ich przejściu pozostawały śmieci, pobojowiska i prawdziwe blizny na wciąż jeszcze zdrowej tkance przyrody.


Swój wkład w dewastację przyrody miał również Hubert. Choć z bólem obserwował szkodliwą działalność człowieka, sam, zupełnie nieświadomie, przykładał do niej rękę. Gdy skończył szesnaście lat, doczekał się spełnienia marzeń, o których nie omieszkał głośno wspominać w domu. Tata w końcu sprezentował mu motorower. Prawdziwy, z bajerancką, wygiętą ku dołowi kierownicą, przypominający motocrossową maszynę gotową z rykiem pokonywać piaszczyste pagórki. Hubert ujeżdżał go po leśnych dróżkach wokół miasta niczym zawodowy jeździec rodeo dosiadający dorodnego, narowistego rumaka, który na samą myśl o galopie po prerii wierzga kopytami. Miał swoje trasy, znane tylko jemu. Omijał drzewa niczym rasowy slalomista tyczki, łapał w poły cienkiej kurtki wiatr jak żagiel walczący ze sztormem. Nie zważał na lekko dymiącą rurę wydechową, na spalinową zawiesinę osiadającą na przydrożnej roślinności ani na zwierzęta umykające w popłochu. Dla nich przejazd mechanicznego potwora musiał być prawdziwym Armagedonem. Dla niego liczyła się tylko radość i przygoda, jaką dawała każda motorowerowa przejażdżka. Każda przyjemność ma jednak swój kres. Któregoś dnia, przemierzając swój rewir, Hubert natknął się na leśniczego. Motocrossowa zabawa zakończyła się w mgnieniu oka. Leśny strażnik zażądał okazania dokumentów. Kiedy okazało się, że chłopak nie ma przy sobie żadnej legitymacji, polecił mu podać swoje dane i adres. Dopiero wtedy Hubert pojął, jak poważne mogą być konsekwencje jego leśnych eskapad. W panice wymyślił jakieś nazwisko i adres. Zadowolony leśniczy wręczył mu mandat i ostrzegł, żeby więcej nie pojawiał się w lesie, bo przy kolejnym spotkaniu nie będzie już tak łagodny. Hubert odjechał głównym leśnym traktem w stronę miasta, po drodze drąc wręczony świstek na strzępy. Ten rewir był już „spalony”. Musiał poszukać nowych tras. Po kilku dniach dotarło do niego, że dalsze zapuszczanie się motorowerem w las może skończyć się znacznie poważniejszymi konsekwencjami. Nie zamierzał jednak odstawić pojazdu do szopki, gdzie miałby rdzewieć zapomniany przez wszystkich. Miał już nowy cel, do którego chciał dotrzeć jeszcze tego lata.


Dystans z domu Huberta do leśniczówki był niemały. Krętymi drogami, z których większość należała do uczęszczanych, musiał pokonać około osiemnastu kilometrów. Dla szesnastolatka na motorowerze taka wyprawa miała w sobie coś magicznego. W sobotni poranek zielony pojazd ruszył spod domu i skierował się szosą na północny wylot z miasta. Motorower spisywał się nad wyraz dobrze, połykał asfalt z zadziwiającą jak na swoje możliwości szybkością. Niemal w połowie drogi, na moście przecinającym rzekę — tę samą, na którą jako brzdąc spoglądał przez okno podczas podróży ciuchcią do leśniczówki — Hubert zatrzymał się. Oparty o przęsło, z którego wystawały łby śrub, wpatrywał się w zarośnięte brzegi górujące nad leniwym nurtem. Lato, ubogie w deszcz, odcisnęło tu swoje piętno. Leśne dróżki stały się bardziej piaszczyste, a trawy na przyrzecznych łąkach prześwitywały żółtawymi plamami, niczym obraz nieukończony z powodu braku farb. Gdzieniegdzie majaczyli zawzięci wędkarze, dla których każda pora była dobra, by posiedzieć na łonie natury i zamoczyć kij w wodzie. Po krótkim odpoczynku Hubert ruszył dalej. Zaledwie trzy kilometry później szosa rozwidlała się we wszystkie strony świata, gdy silnik nagle zaczął niepokojąco rzęzić, a z rury wydechowej dobyło się przerywane pyrkotanie. Po kilkunastu metrach motorower zatrzymał się na skrzyżowaniu, jakby sam nie wiedział, w którą stronę powinien ruszyć. Powrót był nieopłacalny. Hubert pokonał już ponad połowę drogi, a perspektywa pchania przez ponad siedem kilometrów tej bezużytecznej teraz kupy żelastwa wydawała się równie koszmarna. Pozostało mu więc liczyć na drugą możliwość — że wujek w leśniczówce zdoła uporać się z awarią. Ruszył dalej, mając nadzieję, że tym razem szczęście opowie się po jego stronie.

Droga wiodła przez kolejny most, tym razem przerzucony nad głęboką doliną osuwiskową. Hubert zatrzymał się na chwilę, przyglądając się karłowatym chojakom porastającym piaszczyste zbocze. Widok nie zachęcał do kontemplacji — przypominał raczej nierówną walkę przyrody z kapryśnym klimatem i jałową glebą. Pchał dalej motorower pod piaszczystą górkę, licząc, że za jej szczytem znajdzie utwardzoną drogę, którą będzie mógł przejechać choć kawałek. I rzeczywiście — krajobraz nagle się zmienił. Solidna droga, zapewne niegdyś często przemierzana przez wozy konne zmierzające do leśniczówki, a dalej na cotygodniowy targ w mieście, dodała mu otuchy. Po kilku kilometrach marszu zmęczonemu Hubertowi ukazało się znajome rozwidlenie. W jedną stronę prowadziła droga do wioski, gdzie nauczycielską misję pełnił jego wujek, w drugą zaś — prosto do leśniczówki. Gdy wreszcie dotarł na miejsce, dochodziło południe. Zaskoczeni domownicy wypytywali go o szczegóły podróży, a wujek, próbując uruchomić motorower, z miną znawcy orzekł, że najpewniej zalany jest gaźnik, być może wskutek pękniętej uszczelki. Zaproponował pomoc, lecz po dokładniejszym obejrzeniu pojazdu kazał zostawić go na dwa, trzy dni. Markotny Hubert wrócił do domu pociągiem, kończąc w ten sposób swoją kolejną przyrodoznawczą przygodę. Okazało się jednak, że motoryzacja nie wciągnęła go aż tak bardzo, jak początkowo sądził. Po kilku dniach zwyczajnie zapomniał odebrać motorower z leśniczówki. Cała rodzina zjawiła się tam dopiero po dwóch tygodniach, przy okazji rodzinnej imprezy. Zawstydzony Hubert udawał spokój, tłumacząc swoją nieobecność nauką i brakiem czasu. Kiedy jednak część oficjalna dobiegła końca, wskoczył na swój zielony motorower z harleyowską kierownicą i bez większego namysłu ponownie ruszył w las — po dróżkach oplatających okolice leśniczówki niczym pajęcza sieć.

***

Siedmioletnia Marysia z dumą prezentowała tarczę z numerem i nazwą szkoły, starannie przyszytą do granatowego fartuszka. Po wyjeździe Anny do stolicy województwa na studia stała się jedynym oczkiem w głowie rodziców. Konstancja i Benedykt, przejęci nową rolą, jaką była szkolna edukacja ich dziecka, z zaangażowaniem starali się zaszczepić córce miłość do nauki. Wiedzieli, że w tym kraju jest ona jedną z niewielu dróg, by choć na chwilę wyrwać się z biedy i przeciętności, która na dobre zapuściła tu swoje korzenie. Marysi nie trzeba było jednak zachęcać do odkrywania trudniejszych zakamarków szkolnej wiedzy. Od pierwszych dni dała się porwać rytmowi nauki, meandrom zawiłych kulfonów i tajemniczym cyferkom, które — ku jej zdumieniu — można było nie tylko zapisywać, lecz także dodawać i odejmować. Na drodze do pełniejszego zaistnienia w klasowej wspólnocie stała jednak jej wrodzona nieśmiałość, spychająca ją w otchłań zażenowania i lęku przed kompromitacją. Nie była uczennicą przebojową, która potrafiłaby torować sobie drogę w szkolnej rywalizacji, ani taką, która z łatwością zaskarbiłaby sobie uznanie grona pedagogicznego — nie zawsze obiektywnego i nierzadko podatnego na sympatie oraz antypatie. Rodzice wiedzieli jednak swoje. Łatwość przyswajania wiedzy dobrze rokowała i dawała nadzieję na przyszłość. Wierzyli, że dalsza edukacja stanie się dla ich córki przepustką do lepszego świata — świata, który w takim ustroju pozostawał zazwyczaj niedostępny nawet dla ludzi zaradnych i potrafiących samodzielnie torować sobie drogę przez życie.


Gdy Marysia skończyła jedenaście lat, miała już swoje ulubione szkolne przedmioty. Ku pewnemu zaskoczeniu jednym z nich była historia — ta sama dziedzina, którą od najwcześniejszych wspomnień z pasją zaszczepiała w niej starsza siostra. Obsesyjne szperanie w nielicznych historycznych zapiskach odnajdywanych w szufladzie biurka Anny wyrywało Marysię z codzienności i przenosiło do świata minionego, do krainy istniejącej już tylko w pamięci i domysłach. Często pytała rodziców, co dzieje się z historiami, które przeminęły. Gdzie trafiają wydarzenia przykryte kurzem zapomnienia, których nie zapisano na kartach książek ani nie przekazano kolejnym pokoleniom? Matka odpowiadała wówczas, że nasze dzieje są jak piasek w klepsydrze. Przesypują się bezgłośnie, znikając z górnego szkiełka tylko na chwilę. Potem powracają w kolejnych odsłonach, tworząc nową opowieść, tak jak po odwróceniu klepsydry piasek znów zaczyna sączyć się cienką strużką. Jesteśmy zarazem początkiem i końcem tych historii. Zataczamy krąg, by pewnego dnia połączyć się z tymi, którzy go zapoczątkowali. Zmieszamy się w jednej wielkiej klepsydrze, przesypując się przez ponadczasową przestrzeń już na zawsze. Marysia nie pojmowała tej górnolotnej mowy ani metafor ocierających się o filozofię wyższego rzędu. Czuła jednak, że tropione przez nią historie żyją własnym życiem. Że przemieszczają się gdzieś na pograniczu realności i zaświatów, uważnie przyglądają się ludziom, oceniają ich czyny i wystawiają im milczące świadectwo.

Konstancja szybko dostrzegła w córce to osobliwe skupienie. Jej niepokój na szczęście rozwiał się równie szybko. Pewnego dnia, przeglądając szkolne zeszyty Marysi, natknęła się na kartkę zapisaną ręką Anny. Spośród otoczonych znakami zapytania bazgrołów wyraźnie wybijały się dwa słowa: „Johann Weber”. W jednej chwili zalała ją fala wspomnień. Przed oczami stanęły obrazy dawnych lat, układające się w ciąg zdarzeń. Widziała siebie i Jana idących pośród ruin okaleczonego miasta. Spleceni dłońmi, wbrew nieprzychylnym wiatrom hulającym między śródmiejskimi kikutami budynków, zmierzali ku swojemu przeznaczeniu, ku obietnicy lepszego jutra majaczącej tuż za załomem siedzib powalonych barbarzyństwem najeźdźców. Zadumę przerwała Marysia, stojąca od kilku chwil za plecami matki. Zdziwiona zapytała, co się stało i dlaczego tak nagle zastygła w dziwnej pozie, jakby zahipnotyzował ją duch uwięziony między kartami książek. Konstancja zbyła ciekawość córki pytaniem, na które była ona jeszcze zbyt mała, by odpowiedzieć. Cóż bowiem znaczy wojenna historia dla dziecka urodzonego w czasach pokoju? Jest abstrakcją większą niż matematyka wtłaczana w umysł artystycznej duszy — nienamacalnym odpryskiem innej rzeczywistości, jakby wymyślonej przez chorego demiurga, znudzonego doskonałym ładem świata. Marysia nie wiedziała jeszcze, czy historia stanie się jej życiowym wyborem. Czuła się zagubiona wobec zagadek, które beztrosko spoczywały w szufladzie biurka siostry. Obawiała się krętej drogi, którą musiałaby podążyć, niepewna, czy udźwignie ciężar przeszłości i czy grzebanie w dawnych dziejach nie przygniecie jej stertą mrocznych wydarzeń. Miała jednak przeczucie, że przed przeznaczeniem nie sposób uciec. Prędzej czy później i tak ją dopadnie. Lepiej więc było poddać się mu świadomie i zawczasu przygotować na to, co nieuchronne.


Kilka dni później Konstancja obiecała Marysi, że opowie jej wszystko, lecz jeszcze nie teraz. Musiała najpierw zebrać się w sobie i przygotować psychicznie. To nie była łatwa historia, przynajmniej dla niej. Nie chciała od razu kreślić przed córką obrazu przeszłości, który mógłby okazać się wypaczony, namalowany zbyt ostrymi, raniącymi barwami. Wiedziała jednak, że jeśli sama nie podejmie tego trudu, opowieść dotrze do Marysi okrężną drogą — już przeinaczona, przesiąknięta doktryną wygodną nie tylko dla aktualnie rządzących, lecz także dla zawistnych ludzi, gotowych przy każdej okazji dopiec bliźniemu. Po miesiącu w końcu się przemogła. Opowiedziała córce historię naznaczoną czułością i bólem, której finałem był dramat w katowni szalejącej wówczas bezpieki. Johann Weber — żołnierz niemieckiego Wehrmachtu, ani Niemiec, ani Polak — był prawdziwym ojcem jej siostry. Zginął, zanim jego córka przyszła na świat, odbierając jej szansę na normalne życie, jeszcze zanim zdążyła je rozpocząć. Konstancja kazała Marysi zapamiętać jedno: Jan był dobrym człowiekiem. Nigdy nie sprzeniewierzył się własnym ideałom, które daleko wykraczały poza ciasne ramy społecznie akceptowanej poprawności. Wymogła na córce obietnicę, że nigdy nie zwątpi w poznaną prawdę, nawet wtedy, gdy historyczne źródła będą mówiły coś innego. Marysia, mimo młodego wieku, przyjęła opowieść matki ze zrozumieniem. Zapewniła ją, że gdy dorośnie, będzie tłumaczyć innym zawiłości losów ludzi, którzy mieli nieszczęście żyć na pograniczu, rozdartych między dwiema ojczyznami. Powiedziała też coś, co Konstancja odebrała jako wyraźny przejaw przedwczesnej dojrzałości. Wiedziała już, że chce pójść śladami starszej siostry, która przecierała dla niej trudne szlaki regionalnej historii, ze wstydem spychanej pod dywan przez wykoślawioną poprawność. Gdy dorośnie, zdemaskuje obłudę każącą wierzyć w mit nieskazitelnego Polaka i jednoznacznie złego Niemca. Obłudę, która z upodobaniem obnażała bezeceństwa hitlerowskich katów, a milczała o zbrodniach komunistycznych siepaczy. Życie bywa jednak pokrętne, o czym mała Maria jeszcze nie wiedziała. Zanim relacje świadków dawnych wydarzeń ujrzą światło dzienne, jej prywatny świat zdryfuje w rejony niedostępne dla większości przyjaciół i znajomych.

***

Imieninowo-urodzinowe przyjęcia w leśniczówce zawsze miały huczny charakter. Rodzice Huberta chętnie brali w nich udział nie tylko ze względu na stoły uginające się od jadła i trunków, lecz także z powodów czysto przyrodniczych. Po nocy spędzonej w leśniczówce wymykali się w niedzielny poranek nad rzekę, szumiącą z dostojeństwem i spowitą lekką materią porannych mgieł. Niekiedy zapuszczali się także w las, który wyciągał ku leśniczówce zielone ramiona, zapraszając pod cieniste sklepienie koron drzew. Delektowali się ciszą i widokami, które zdawały się należeć do innego, wolniejszego świata. Hubert nigdy nie dołączał do tych zbiorowych wypraw, prześmiewczo nazywając je masowym spędem. Wolał samotne wędrówki i zaszywanie się w leśnej głuszy, gdzie miał własne ścieżki i pilnie strzeżone tajemnice. Pewnego sobotniego popołudnia sprzeniewierzył się jednak własnym zasadom. Przyłączył się do niewielkiej grupki, która ruszyła obejrzeć krowy, podążając drogą wzdłuż rzeki w kierunku nowego mostu, za którym rozciągało się jedno z pastwisk. W grupie prym wiodły dziewczęta, a spośród nich najbardziej przyciągała wzrok Luiza — najpiękniejsza z całej gromadki. Dla dziewczyny z inteligenckiej, miejskiej rodziny taka wyprawa była prawdziwą atrakcją.

Po lewej stronie ciągnął się pagórkowaty teren porośnięty gęstym lasem, po prawej zaś, osłonięta pochylonymi wierzbami, wiła się rzeka. Na tym odcinku łagodnie opadała, nabierając coraz żywszego, niecierpliwego nurtu. Droga do drewnianego mostu wydała im się zbyt krótka. Gdy stanęli na jego deskach i zaczęli obserwować pasące się w dali krowy, postanowili wrócić inną trasą — przez las. Szesnastoletnia Luiza i o rok młodsza Mirka, przy której zawsze pałętał się jej trzynastoletni brat Jacek, nie znali tych terenów. Byli tu po raz pierwszy, więc zdali się na kuzynki Huberta, mieszkające w leśniczówce od dzieciństwa. Gdy wspięli się na pagórek, oczom przybyszów z miasta ukazała się polanka, na której spoczywał olbrzymi eratyk — głaz z okresu plejstocenu, przyniesiony tutaj przez lądolód. To właśnie w tym miejscu Hubert bawił się z kuzynkami w dzieciństwie, udając górskich wspinaczy próbujących zdobyć monumentalny kamień. Polowali wtedy na jaszczurki zwinki, zamykali je w słoikach i przynosili do leśniczówki, za co nieraz dostawało im się od wujka stojącego na straży dziewiczej przyrody. Niedaleko głazu rosły poziomki, które dzieci zbierały ochoczo w porze, gdy ostatni szkolny dzwonek oznajmiał najpiękniejsze słowo świata: „Wakacje”. Teraz, u schyłku lata, pozostały po nich jedynie puste krzaczki, wciąż emanujące zielenią. Ich widok budził w tubylcach nostalgię za powoli odchodzącą najpiękniejszą porą roku. Od głazu wiódł kamienisty szlak porośnięty zielskiem, wspinający się ku wysokim drzewom. Kuzynki omijały ten fragment lasu szerokim łukiem, obawiając się lokatorek pobliskich chaszczy. Hubert przekonał się o ich obecności wiele lat wcześniej, podczas swojego pierwszego „boju” w leśnych ostępach — doświadczenia, które zapadło mu w pamięć na długo. Czatująca na obficie występujące tam jaszczurki i żaby żmija zygzakowata przemknęła kiedyś bezszelestnie między nogami Huberta, sycząc groźnie. Chłopiec z męską pewnością siebie zniósł spotkanie, choć gad wcale nie miał zamiaru zaczepiać dwunożnej istoty. Żmije z reguły ustępowały człowiekowi, niebezpieczne stając się przede wszystkim wtedy, gdy przypadkiem ktoś je nadepnął.

Kuzynki, chcąc podsycić wyobraźnię przybyszów z miasta, zawsze miały w zanadrzu cały arsenał strasznych historii: groźne węże i skorpiony, trujący bluszcz owijający się wokół nóg śmiałka, czające się w cieniu wilki czy wściekłe lisy. Najbardziej do młodzieńczej wyobraźni przemawiał jednak oszalały odyniec, który mścił się na ludzkim pomiocie za utratę młodych warchlaków. Hubert cieszył się w duchu, widząc struchlałą trójkę miejskich amatorów przyrody. To był jego moment — chwila, w której mógł pokazać odwagę i niezłomność w obliczu niebezpieczeństwa. Krzyczał: „Żmije!”, i ruszał co tchu w poprzek pagórka. Na takie hasło chichoczące kuzynki zwykle podążały za nim, wykrzykując równie groźne: „Uciekajmy!”. Tym razem było podobnie. Przybyłe z miasta dziewczyny wystartowały, potykając się o korzenie i nierówności terenu, a trzynastolatek jęczał pod nosem, niemal mocząc się ze strachu. Po kilkudziesięciu metrach, brudne i lekko podrapane, przysiadły bez tchu, prosząc, by wyprowadzić je z tej matni. Zadowolony Hubert natychmiast stawał się dżentelmenem. Chwycił za rękę wcześniej upatrzoną Luizę i zapewniał, że przy nim może czuć się bezpieczna. Kuzynki miały jednak w zanadrzu jeszcze głupsze pomysły. Potrafiły na przykład udawać ukąszenie przez żmiję, wić się w konwulsjach na trawie i wrzeszczeć, że umierają. Efekt był jeszcze bardziej spektakularny niż w przypadku rzekomego pościgu przez gada.

Któregoś dnia, gdy do leśniczówki przybył ich dwunastoletni kuzyn z odleglejszej miejscowości, dziewczyny wpadły na kolejny pomysł. Zabrały go nad rzekę i poprowadziły w stronę wyspy, na której pasły się owce. W prowizorycznej koszarze wylegiwał się stary, niemal ślepy baran. Trzymano go właściwie z sentymentu, a także dla odstraszającego wrażenia, jakie mógł wywrzeć na ewentualnych kłusownikach. Gdy przeszli przez kładkę i stanęli przed budką, dziewczyny wepchnęły kuzyna do środka i zatrzasnęły za nim drzwi, zamykając je na skobel. Młody, ujrzawszy przed sobą groźnie wyglądającego barana, darł się wniebogłosy, aż w końcu ze strachu trząsł się jak osika i niemal mdlał. Hubert i kuzynki byli wniebowzięci. Nie darzyli bowiem sympatią przemądrzałego młokosa, więc jego przerażenie wydało im się znakomitym powodem do żartów. Dopiero po dłuższym czasie wypuścili nieszczęśnika na wolność, przywracając go tym samym światu żywych i nakazując, by pod żadnym pozorem nie opowiadał o całym zajściu rodzicom. Kiedy jednak dwunastolatek nieoczekiwanie wyznał wujkowi, co się wydarzyło, najwięcej oberwało się Hubertowi — za to, że nie przerwał tej hucpy. Kuzynki dostały zakaz wychodzenia na dwór aż do południa, a Hubert usłyszał ostrzeżenie, że jeśli jeszcze raz weźmie udział w podobnej głupocie, nie będzie mógł pojawić się w leśniczówce.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 45.65