E-book
31.5
drukowana A5
79.37
Leśnicy

Bezpłatny fragment - Leśnicy

Książka została utworzona z pomocą AI


Objętość:
248 str.
ISBN:
978-83-8455-042-7
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 79.37

PRZEDMOWA

Książka, którą trzymacie w rękach, nie jest przyjemną lekturą. Nie jest opowieścią, przy której pijecie herbatę i czujecie się komfortowo. Jest brutalnym, bezlitosnym spojrzeniem na system, który powinien chronić nasze największe narodowe bogactwo — lasy — a zamiast tego stał się maszyną do wyciągania zysku, areną korupcji i czasem miejscem zbrodni.

„Leśnicy” to kronika upadku. Ale też kronika walki. To opowieść o ludziach, którzy przekroczyli granicę między służbą publiczną a przestępczością, kierowani chciwością, strachem lub zwykłą słabością. I o innych — tych, którzy powiedzieli „dość”, wiedząc, że zapłacą za to najwyższą cenę.

Pisząc tę książkę, chciałem pokazać uniwersalność ludzkiej natury. Chciwość nie zna granic — geograficznych, kulturowych, zawodowych. Leśniczy kradnący drewno w Puszczy Białowieskiej niewiele różni się od urzędnika defraudującego fundusze w Warszawie, czy księdza, który pierze brudne pieniądze w małej parafii. Wszyscy oni kierują się tym samym — pragnieniem zysku, władzy, bezkarności. I wszyscy popełniają ten sam błąd — wierzą, że system ich ochroni.

Czasem chroni. Zbyt często chroni. Ale nie zawsze.

Postacie w tej książce są fikcyjne, ale ich czyny są autentyczne — inspirowane setkami dokumentów prokuratorskich, wyroków sądowych, reportaży dziennikarskich z ostatnich piętnastu lat. Nielegalne wycięły w obszarach chronionych, fałszowanie certyfikatów, przemyt drewna za granicę, pranie pieniędzy przez fundacje kościelne, morderstwa niewygodnych świadków — wszystko to naprawdę miało miejsce. Zmieniłem tylko nazwiska. I nieco uprościłem fabułę, bo prawda była zbyt skomplikowana, żeby zmieścić ją w jednej książce.

To, co najbardziej mnie poruszyło podczas researchu, to nie skala korupcji — choć ta była przerażająca. To była normalizacja zła. Ludzie, którzy fałszowali dokumenty, mówili sobie: „Wszyscy tak robią”. Ci, którzy wycinali chronione drzewa: „To tylko kilka, nie całość”. Ci, którzy przyjmowali łapówki: „Pensje są niskie, muszę jakoś żyć”. I w ten sposób, małymi krokami, przekraczali kolejne granice, aż w końcu stali się przestępcami. Albo mordercami.

Ale „Leśnicy” to nie tylko książka o złu. To także opowieść o zwykłych ludziach, którzy mieli dość. O podleśniczym, który zgłosił nielegalną wycinkę, wiedząc, że straci pracę. O dziennikarce, która przez lata zbierała dowody, mimo zastraszania i procesów sądowych. O strażniku leśnym, który zeznawał przeciwko swojemu szefowi, choć groziło mu więzienie jako współsprawcy. O ekolożce, która straciła życie, broniąc puszczy.

Ci ludzie są bohaterami tej książki. Nie dlatego, że byli nadzwyczajni. Ale dlatego, że byli zwyczajni — i mimo to wybrali dobrze.

Chciałem również pokazać złożoność moralną. Nie wszyscy przestępcy w tej książce są potworami. Niektórzy to słabi ludzie, którzy dokonali złych wyborów. Leśniczy, który przyjął pierwszą łapówkę, bo żona chorowała i potrzebował pieniędzy na leczenie. Księgowa, która fałszowała dokumenty, bo szef groził zwolnieniem. Strażnik, który zamykał oko na nielegalne polowania, bo sam był kłusownikiem i bał się dekonspiracji.

Czy zasługują na współczucie? Nie wiem. Czy zasługują na karę? Bez wątpienia. Ale chciałem, żebyście, czytelnicy, zobaczyli ich jako ludzi, nie tylko jako przestępców. Bo zło rzadko przychodzi w czystej formie. Częściej jest zakamuflowane, stopniowe, uzasadniane „szczególnymi okolicznościami”.

Książka ta jest również ostrzeżeniem. System, który opisuję, wciąż istnieje. Może nie w tak brutalnej formie jak dziesięć lat temu — aresztowania, reformy, kontrole społeczne zrobiły swoje — ale fundamenty pozostały. Dopóki będą ludzie gotowi zapłacić za nielegalnie pozyskane drewno, dopóki będą urzędnicy gotowi przymknąć oko za łapówkę, dopóki będą księża prący pieniądze przez fundacje — system będzie działał.

I dlatego potrzebujemy czujności. Dziennikarzy, którzy będą zadawać niewygodne pytania. Prokuratorów, którzy będą ścigać przestępstwa, nawet jeśli sprawcą jest senator czy arcybiskup. Zwykłych obywateli, którzy będą mówić: to jest złe, i nie zaakceptuję tego.

Bo, jak mówi Teresa Wątrobianka, główna bohaterka tej książki: „Prawda nie potrzebuje armii. Potrzebuje głosu. Jednego głosu, który powie: widziałem. I nie pozwolę zapomnieć”.

Piszę tę książkę jako głos. Głos za tych, którzy nie mogą już mówić — Madej, Malik, Sojecki i wielu innych, których nazwisk nie znacie, bo zginęli w zapomnieniu. Głos za lasami, które nie mogą się same bronić. Głos za prawdą, która jest zagłuszana przez propaganda, manipulację, strach.

Jeśli po przeczytaniu tej książki poczujecie gniew — dobrze. Gniew jest początkiem zmiany. Jeśli poczujecie bezsilność — nie poddawajcie się. Bezsilność jest tym, na co liczą przestępcy. Jeśli poczujecie nadzieję — przytrzymajcie ją. Bo nadzieja, jak mówi las, zawsze się odradza.

„Leśnicy” to książka o Polsce. Ale też o każdym kraju, gdzie korupcja stała się normą, gdzie władza chroni swoich, gdzie zwykły człowiek czuje, że system jest przeciwko niemu. To uniwersalna opowieść o walce dobra ze złem. I o tym, że dobro, choć często przegrywa bitwy, ostatecznie wygrywa wojnę.

Bo prawda, jak las, jest niezniszczalna. Można ją wyrąbać, spalić, zagrzebać. Ale zawsze się odradza. Czasem potrzebuje lat. Czasem pokoleń. Ale się odradza.

I to jest przesłanie tej książki.

Czytajcie. Pamiętajcie. Działajcie.

Bo las pamięta. I my też powinniśmy.

Veritas liberabit vos.

Prawda was wyzwoli.

Autor

ROZDZIAŁ 1: DRZEWA JUDASZOWE

I

Pierwszego października, kiedy las wokół Niepołomic buchał jesienną czerwienią, Gabriel Sojecki stał przy krawędzi wiekowego drzewostanu i obserwował, jak jego ludzie przygotowują sprzęt do wycinki. Powietrze pachniało wilgocią, grzybami i czymś jeszcze — zyskiem. Wielkim, tłustym zyskiem, który miał wypłynąć z tej nieformalnej operacji jak żywica z nadciętej sosny.

— Słuchajcie uważnie — powiedział, spoglądając na czterech mężczyzn w pomarańczowych kamizelkach odblaskowych. — Oficjalnie jesteśmy tu przez kornika. Macie rozumieć? Kornik drukarz, Ips typographus, to skurwiel demoluje nam świerczyny od Bieszczad po Mazury. My działamy prewencyjnie.

— A co z dębami? — zapytał Krzysztof Madej, najstarszy z drwali, weteran z czterdziestoletnim stażem. — Bo ja tam kornika w dębach nie widziałem, a dębowy drzewostan QD-107 jest wyłączony z użytkowania według planu urządzenia lasu.

Sojecki spojrzał na niego chłodno. Madej był za stary na ten proceder, za bardzo pamiętał czasy, kiedy Lasy Państwowe oznaczały służbę, nie biznes.

— Madej, ty się zajmij swoją piłą, a planami urządzenia zajmę się ja — odparł Gabriel, poprawiając zieloną czapkę z wyhaftowanym godłem LP. — Mam tutaj — wyjął z kieszeni zielony dokument — pismo z Dyrekcji. Dyrektor Jelito osobiście zaakceptował korektę. Chodzi o trzebież przygotowawczą pod odnowienie.

To było kłamstwo. Pismo było sfałszowane przez Dorotę, żonę Gabriela, która miała niezły talent do grafiki komputerowej i dostęp do pieczęci urzędowych. Prawdziwy plan urządzenia lasu dla nadleśnictwa Niepołomice jasno wskazywał: drzewostan QD-107, wiek 180 lat, chronić bezwzględnie jako ostoje gatunków chronionych i siedlisko kozioroga dębosza.

— A protokół pozyskania? — nie dawał za wygraną Madej.

— Madej, kurwa, a ty kiedy przestaniesz pytać? — warknął młodszy drwal, Damian Ślęzak, typ pitbula w ludzkiej skórze, z tatuażem husarii na karku. — Pan leśniczy mówi rąbać, to rąbiemy. Mnie tam płacą, to robię.

Sojecki kiwnął głową z aprobatą. Ślęzak był dokładnie takim pracownikiem, jakiego potrzebował — tępy, chciwy i lojalny jak owczarek.

— Protokół będzie po fakcie — powiedział Gabriel. — Standardowa procedura. Drzewa są zaznaczone, wszystkie parametry się zgadzają. Drewno jedzie na składnicę w Gdowie, tam jest odbierze Lech Kiszka, kuzyn mojej żony. Ma kontrakt na dostawę do restauracji ekskluzywnych w Krakowie. Belki dębowe, lite drewno, metr sześcienny po osiem tysięcy. To jest złoto, chłopaki, nie drewno.

Osiem tysięcy za metr sześcienny — tyle płacił Lech Kiszka pod stołem. Oficjalnie, w dokumentach Lasów Państwowych, te same metry zostałyby wycenione na dwa, góra trzy tysiące. Różnica szła w pięćdziesiąt procent do Gabriela, trzydzieści do Jelita, dwadzieścia na pokrycie kosztów operacyjnych — łapówki, fałszywe dokumenty, milczenie świadków.

Sojecki odwrócił się i ruszył w głąb lasu, tam gdzie rosły najstarsze dęby. Słońce przebijało się przez koronę drzew, tworząc ruchome plamy światła na ściółce pokrytej żołędziami i opadłymi liśćmi. Tutaj, w odległości ponad kilometra od najbliższej drogi, drzewa miały po półtora, czasem dwa metry średnicy w pierśnicy. Żyły, kiedy Napoleon maszerował na Moskwę. Pamiętały powstania, wojny, transformację. Teraz miały paść pod piłami Stihl MS 661, żeby zamożni hipsterzy z Warszawy mogli pić wino przy stołach z „autentycznego, ekologicznego drewna”.

— Piękne bestie — mruknął Ślęzak, kładąc dłoń na korze najbliższego dębu. — Szkoda jakoś.

— Nie myśl — uciął Sojecki. — Myślenie nie jest ci potrzebne do pracy. Zaczynamy od tego — wskazał na potężnego dęba rosnącego na niewielkim wzniesieniu. — To jest patriarcha, ma pewnie ze dwieście lat. Dobry na trzy metry sześcienne czystego tartacznego. To będzie dwadzieścia cztery tysiące czystego.

Kiedy wracał do samochodu, zostawiwszy ekipę przy pracy, usłyszał pierwsze wycie piły. Dźwięk rozdzierał ciszę lasu jak nóż miękkie ciało. Gabriel wsiadł do służbowego toyoty land cruisera — nieoficjalnie zwanego „leśnym mercedesem” — i spojrzał w lusterko. Zobaczył twarz czterdziestoparoletniego mężczyzny z przedwczesną siecią zmarszczek, szarością w zaroście i oczami, które kiedyś płonęły pasją do lasu, a teraz były tylko zmęczone.

„Kiedy ja się stałem taki?” — pomyślał, ale szybko odegnał tę myśl. Telefon zawibrował. SMS od Jelita: „Wszystko gra? Mam kupca na dodatkowe 10 m3 jeśli znajdziesz”.

Gabriel odpisał: „Gra. Znajdę”.

II

Jerzy Jelito, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie, był mężczyzną, który potrafił uśmiechać się nawet wtedy, gdy planował czyjąś zawodową egzekucję. Sześćdziesiąt dwa lata, absolwent wydziału leśnego w Poznaniu z roku osiemdziesiątego szóstego, kariera zbudowana na układach, kumoterstwa i wyjątkowym talencie do wtapiania się w każdy system polityczny. Był komunistycznym pionierem, potem solidarnościowym działaczem, później liberalnym reformatorem, a teraz, w zależności od towarzystwa, był wszystkim albo nikim.

Siedział w swoim gabinecie na trzecim piętrze siedziby Dyrekcji przy ulicy Kolejowej w Krakowie, wpatrując się w mapę lasów regionu. Na ścianach wisiały dyplomy, podziękowania, fotografie z ministrami i premierami. Na biurku stał model jelenia z brązu — prezent od lobby myśliwskiego.

— Panie dyrektorze — odezwała się sekretarka przez interkom — pan inspektor Wątroba z policji prosi o spotkanie. Mówi, że w sprawie nieprawidłowości w nadleśnictwie Niepołomice.

Jelito zmarszczył brwi. Wątroba. Znał to nazwisko. Lucjan Wątroba, inspektor z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą, jeden z tych upierdliwych ideowców, którzy naprawdę wierzyli w praworządność. Niebezpieczny typ.

— Powiedz mu, że dziś nie mogę, mam spotkanie w ministerstwie — skłamał Jelito. — Niech umówi się na przyszły tydzień przez sekretariat.

— Powiedział, że poczeka.

— A niech czeka.

Ale Jelito nie lubił czekających policjantów. Czekający policjant to policjant, który już coś wie, albo coś podejrzewa. Zadzwonił do Sojeckiego.

— Gabriel, mamy sytuację. Jakiś glina z wydziału gospodarczego chce rozmawiać o Niepołomicach.

Po drugiej stronie linii zapadła cisza.

— O Niepołomicach? — powtórzył Sojecki. — Co konkretnie?

— Nie wiem, nie przyjąłem go. Ale to nie jest dobry znak. Sprawdź swoich ludzi. Ktoś mógł puścić parę.

— Ludzie są sprawdzeni — odparł Gabriel, ale w jego głosie zabrzmiała niepewność.

— No to sprawdź raz jeszcze. I Gabriel… te dęby? Już jutro muszą być na składnicy. Im szybciej znikną z lasu, tym lepiej.

Jelito rozłączył się i nalał sobie szklaneczkę whisky Jameson. Pił tylko irlandzką — szkocka była „zbyt snobistyczna”, jak mawiał. Podszedł do okna. Z trzeciego piętra widział dachy starego Krakowa, Wawel w oddali, smugę Wisły. Piękne miasto. Drogie miasto. Trzeba mieć pieniądze, żeby tu żyć godnie. A z pensji dyrektora LP, nawet tej nieoficjalnie podwyższonej, nie utrzyma się apartamentu w Salwatorze, mercedesa klasy S i kochanki studiującej prawo na Jagiellonce.

„Wszyscy kradną” — pomyślał, usprawiedliwiając się przed samym sobą. „Politycy, biznesmeni, ksiądz w parafii. Ja przynajmniej dbam o las. Większość tych drzew i tak by się zmarnowała”.

To była oczywiście nieprawda, ale kłamstwa powtórzone wystarczająco często zamieniają się w przekonania.

III

Lucjan Wątroba czekał w przedpokoju Dyrekcji już czterdzieści minut. Miał pięćdziesiąt sześć lat, z czego trzydzieści dwa przepracował w policji. Zaczynał jeszcze w Milicji Obywatelskiej, w ostatnich miesiącach komuny, i pamiętał czasy, kiedy „walka z przestępczością gospodarczą” oznaczała łapanie facetów handlujących dżinsami. Teraz przestępczość gospodarcza nosiła garnitury od Armaniego i jeździła na kolacje do najlepszych restauracji.

Wątroba nie nosił garniturów. Miał na sobie szarą marynarkę z C&A, niebieską koszulę i krawat, który dostał od córki na urodziny. Teresa twierdziła, że prezenty muszą być praktyczne. Wątroba nie był ekspertem od mody, ale wiedział jedno — umiał czytać ludzi.

I sekretarka dyrektora Jelita kłamała. Widziała to w sposobie, w jaki unikała jego wzroku, w nerwowym przestępowaniu z nogi na nogę.

— Proszę pani — powiedział spokojnie — ja mogę czekać cały dzień. Mam termos z kawą i książkę. Ale pani szef powinien wiedzieć, że im dłużej będzie unikał rozmowy, tym bardziej będę pewien, że ma coś do ukrycia.

Sekretarka zaczerwieniła się. Po dziesięciu minutach Jelito jednak przyjął go.

Dyrektor Jelito był mistrzem pozornej serdeczności. Wstał zza biurka, wyciągnął rękę, uśmiechnął się szeroko.

— Panie inspektorze! Proszę wybaczyć, naprawdę miałem spotkanie, ale odwołane. Proszę, proszę siadać. Kawa? Herbata?

— Nie, dziękuję — odparł Wątroba, siadając w skórzanym fotelu. Rozejrzał się po gabinecie. Wszystko tu krzyczało „pieniądze” — od mahoniowego biurka po obrazy olejne przedstawiające sceny myśliwskie.

— Słucham pana — powiedział Jelito, splatając dłonie na biurku w geście otwartości, którego uczył się na szkoleniu z zarządzania.

Wątroba wyjął teczkę i położył na biurku fotografię.

— To jest e-mail, który otrzymaliśmy tydzień temu w wydziale. Anonimowy nadawca. Twierdzi, że w nadleśnictwie Niepołomice prowadzona jest nielegalna wycinka drzew poza planem urządzenia lasu, a drewno jest sprzedawane poza oficjalnym obiegiem. Mam rozumieć, że to bzdura?

Jelito nawet nie spojrzał na fotografię.

— Panie inspektorze, wie pan ile anonimów dostajemy miesięcznie? Ludzie donoszą na sąsiadów, że wyrąbali gałąź bez pozwolenia. Albo na leśniczego, bo dostali mandat za jazdę quadem po lesie. To jest normalka.

— Ten anonim zawiera szczegóły — odparł Wątroba. — Numery działek. Daty. Nazwiska.

Teraz Jelito sięgnął po kartkę. Przeczytał. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji.

— Drzewostan QD-107 — powiedział wolno. — To jest działka przeznaczona pod trzebież. Leśniczy Sojecki prowadzi tam legalne prace, zgodnie z planem…

— Plan urządzenia lasu, który mam od waszych ludzi z wydziału gospodarki leśnej, mówi coś innego — przerwał mu Wątroba. — Według planu QD-107 to rezerwat nasiennego drzewostanu dębu, wyłączony z użytkowania do roku dwa tysiące czterdziestego.

Jelito zawahał się. Tylko na ułamek sekundy, ale Wątroba to zauważył.

— To musi być pomyłka w dokumentach — odparł dyrektor. — Sprawdzę u siebie w aktach. Jestem przekonany, że wszystko jest w porządku, ale jeśli pan chce, mogę pana zaprowadzić tam osobiście.

— Chcę — powiedział Wątroba. — Jutro rano.

— Niestety jutro mam…

— Pojutrze?

— Pojutrze mogę.

— Doskonale. O dziewiątej pod nadleśnictwem Niepołomice.

Wątroba wstał, podał rękę i wyszedł. Dopiero w windzie pozwolił sobie na uśmiech. Jelito zareagował dokładnie tak, jak się spodziewał. Teraz zacznie zacierać ślady. I właśnie to będzie jego błąd.

IV

Kiedy Wątroba opuścił budynek, Jelito trzęsącymi się rękami sięgnął po telefon. Zadzwonił do Sojeckiego, ale nie odebrał. Zadzwonił drugi raz. Trzeci. Dopiero za czwartym razem Gabriel się zgłosił.

— Mamy problem — wysyczał Jelito. — Policja wie o QD-107. Ściągaj ludzi, zatrzyjcie ślady, wywieźcie drewno. Wszystko na wczoraj.

— Drewno już jest na składnicy Kiszki — odparł Sojecki. — Ale pnie jeszcze leżą w lesie. Potrzebujemy forwardera, żeby je wywieźć.

— To niech będzie ten forwarder na miejscu w nocy! Gabriel, jak oni znajdą te pnie, to skończą nas obaj. I nie tylko nas.

W tle Jelita usłyszał pisk piły. Gabriel wciąż był w lesie.

— Madej się wygłupia — powiedział Sojecki cicho. — Mówi, że to nielegalne, że nie będzie brał w tym udziału. Zagraża, że pójdzie do prokuratury.

— Madej? — Jelito przypomniał sobie twarz starego drwala. Spotkał go raz, na pikniku pracowniczym. Twardy, pryncypialny typ. Byli tacy.

— Tak. Madej. Mówi, że ma dość, że przez trzydzieści lat pracował uczciwie i nie pozwoli sobie wpisać przestępstwa do akt.

— To go przekonaj — warknął Jelito. — Albo zapłać mu. Albo… nie wiem, wymyśl coś. Ale nie może pójść do prokuratury.

— Postaram się — odparł Gabriel i rozłączył się.

Jelito usiadł ciężko w fotelu. Poczuł, jak serce wali mu w piersi. Sięgnął do szuflady po leki na nadciśnienie. Siedemdziesiąt lat życia, z czego ostatnie dwadzieścia to jeden wielki stres. Kiedyś myślał, że pieniądze dają spokój. Teraz wiedział, że dają tylko więcej problemów.

Zadzwonił jeszcze raz. Numer, który miał zapisany jako „Kapelan”.

Odebrał głęboki, spokojny głos.

— Laudetur Iesus Christus.

— Na wieki wieków — odpowiedział automatycznie Jelito, choć nie był praktykującym katolikiem. — Księże Mścisławie, mamy sytuację.

Ksiądz Mściłój Włochaty nie był zwykłym proboszczem. Był kapelanem służb leśnych, funkcją uchwaloną przez Sejm, opłacaną z budżetu państwa, a jego zadaniem było „duchowe wsparcie pracowników Lasów Państwowych”. W praktyce Włochaty był fixer’em, człowiekiem, który załatwiał sprawy, których nie można było załatwić oficjalnie. Znał każdego burmistrza, wojewodę, prokuratora i biznesmena w promieniu stu kilometrów. Miał sześćdziesiąt osiem lat, krótko przystrzyżone siwe włosy i oczy jak u jastrzębia.

— Słucham — powiedział spokojnie.

Jelito opowiedział mu o wizycie Wątroby.

— Rozumiem — odparł Włochaty. — A ten drwal? Madej?

— Grozi, że pójdzie do prokuratury.

— Vanitas vanitatum et omnia vanitas — westchnął ksiądz. — Marność nad marnościami i wszystko marność. Pan Madej zapomniał, że ziemia jest Pańska, a my tylko jej dzierżawcami. Jeśli chce mówić, niech mówi do Pana Boga. Zajmę się tym.

— Jak?

— Nie musi pan wiedzieć, panie dyrektorze. Ignorantia iuris nocet — nieznajomość prawa szkodzi. Niech pan śpi spokojnie.

Jelito odłożył słuchawkę. Nie czuł spokoju. Czuł tylko gęsią skórkę na karku.

V

Tej samej nocy Krzysztof Madej leżał w łóżku w swojej małej leśniczówce na skraju Puszczy Niepołomickiej i nie mógł zasnąć. Obok chrapała żona Jadwiga, gospodyni domowa przez czterdzieści lat małżeństwa. Na ścianach sypialni wisiały stare fotografie — ślub, chrzciny dzieci, złote gody.

Madej wiedział, że musi coś zrobić. To, co działo się w lesie, to było przestępstwo. On sam brał w tym udział, choć niechętnie. Był współsprawcą. Mógł pójść siedzieć.

„Ale jeśli pójdę do prokuratury, stracę pracę” — myślał. „Emerytura to grosze, Jadwiga jest po udarze, potrzeba pieniędzy na leki”.

Z drugiej strony sumienie nie dawało mu spokoju. Urodził się w tysiąc dziewięćset czterdziestym ósmym roku, w ubogiej rodzinie chłopskiej. Jego ojciec był partyzantem AK, nigdy o tym głośno nie mówił, ale Krzysztof zapamiętał jedną lekcję: „Jak coś jest złe, to nie rób. Nie ważne kto ci każe”.

Wstał cicho, żeby nie budzić żony, i poszedł do kuchni. Nalał sobie wódki — czystej, pięćdziesiąt mililitrów — i wypił jednym haustem. Nie pomogło. Sięgnął po telefon. Zadzwonił na infolinię prokuratury. Nikt nie odebrał — była trzecia w nocy.

„Jutro” — postanowił. „Jutro rano pojadę do prokuratury i wszystko opowiem. Niech będzie co ma być”.

Położył się z powrotem do łóżka i tym razem zasnął. Spokojnie, po raz pierwszy od tygodni.

Nie obudził się.

VI

Ciało Krzysztofa Madeja znalazł o siódmej rano jego młodszy kolega, Zbigniew Okoń. Madej leżał w lesie, jakieś dwieście metrów od leśniczówki, przygnieciony potężnym pniem dębu. Jego prawa ręka sterczała spod kory, twarz była szara, oczy otwarte.

— Jezu Chryste — wyszeptał Okoń i zadzwonił na pogotowie.

Kiedy przyjechała karetka, lekarz stwierdził zgon na miejscu. Przyjechała policja — patrol z komisariatu w Niepołomicach. Aspirant Marek Gruszka, dwudziestoośmioletni chłopak, który większość czasu zajmował się kradzieżami rowerów i awanturami domowymi, przyjrzał się miejscu zdarzenia.

— Wypadek przy pracy — stwierdził. — Drzewo spadło podczas wycinki. Klasyka.

— Ale przecież on tu pracował w nocy? — zapytał Okoń. — Kto wycina drzewa o trzeciej w nocy?

— Może nie mógł spać, wyszedł, chciał sprawdzić coś przy pniach — wzruszył ramionami Gruszka. — Pech.

Ciało zabrano do kostnicy. Protokół wypadku przy pracy sporządził Sojecki. Napisał, że Madej „naruszył procedury BHP, nie zabezpieczył miejsca wycinki, w efekcie czego doszło do niekontrolowanego upadku pnia”.

Nikt nie zauważył, że na szyi Madeja, poniżej linii przygniecenia przez drzewo, widniały subtelne sińce układające się w linię, jakby ktoś go dusił. Nikt nie zauważył, bo nikt nie szukał. To był przecież zwykły wypadek.

Nikt poza Lucjanem Wątrobą.

VII

Wątroba dowiedział się o śmierci Madeja następnego dnia rano, kiedy przyjechał pod nadleśnictwo Niepołomice na umówione spotkanie z Jelitem. Dyrektor czekał na niego w towarzystwie Gabriela Sojeckiego i miejscowego nadleśniczego.

— Straszna tragedia — mówił Jelito, kręcąc głową. — Madej pracował u nas od trzydziestu lat. Najlepszy drwal w regionie. Rodzinie już zorganizowaliśmy pomoc, pogrzeb oczywiście pokryje LP…

— Kiedy dokładnie zmarł? — zapytał Wątroba.

— W nocy. Lekarz stwierdził zgon około trzeciej, czwartej rano.

— Co robił w lesie o trzeciej w nocy?

Jelito spojrzał na Sojeckiego. Sojecki wzruszył ramionami.

— Nie wiem — powiedział. — Może nie mógł spać. Zdarzało mu się przychodzić do lasu poza godzinami pracy. Lubił tu być.

— I lubił sam wycinać drzewa? W środku nocy?

— Panie inspektorze — odezwał się Jelito łagodnie — rozumiem, że pańska praca polega na podejrzewaniu wszystkich, ale to był wypadek. Mamy dokumentację, protokół…

— Chciałbym zobaczyć ciało — powiedział Wątroba.

— Słucham?

— Ciało. Chciałbym zobaczyć ciało Krzysztofa Madeja. Gdzie jest?

— W kostnicy — odparł Sojecki. — Ale rodzina…

— Rodzina dostanie ciało po sekcji — uciął Wątroba. — Zleciłem ją dziś rano. Standardowa procedura przy wypadkach śmiertelnych w miejscu pracy.

To nie była prawda. Wątroba nie zlecił sekcji, bo nie miał do tego uprawnień w tej sprawie. Ale Jelito i Sojecki tego nie wiedzieli.

— A teraz — powiedział Wątroba — pokażą mi panowie ten drzewostan QD-107.

Szli przez las w milczeniu. Jelito i Sojecki z przodu, Wątroba z tyłu, obserwując. Kiedy dotarli do miejsca, inspektor zatrzymał się. Widok był porażający. Tam gdzie jeszcze tydzień temu rosły wieko dęby, zostało tylko pustynia pniaków i rozrzuconych gałęzi. Ziemia była rozjechana przez ciężki sprzęt, powietrze śmierdziało świeżą żywicą i olejem napędowym.

— Ale przecież… — zaczął Jelito — to nie ten drzewostan…

— Numer działki — powiedział Wątroba chłodno — QD-107. Sprawdziłem na mapie przed przyjazdem. To jest dokładnie to miejsce. I ktoś tu wyrąbał wszystko.

Sojecki pobladł. Jelito zacisnął szczęki.

— To musiała być pomyłka — powiedział dyrektor. — Sprawdzę, kto odpowiadał za oznakowanie…

— Nie było pomyłki — przerwał mu Wątroba. — Był plan. Plan nielegalnej wycinki i sprzedaży drewna. I był świadek, który chciał to zgłosić. Nazywał się Krzysztof Madej. I teraz nie żyje.

— Insynuuje pan, że… — zaczął Jelito, ale Wątroba uniósł rękę.

— Niczego nie insynuuję. Stwierdzam fakty. Będzie śledztwo. Proszę przygotować całą dokumentację dotyczącą tej działki, plany, protokoły, zlecenia. I proszę się przygotować na przesłuchania.

Odwrócił się i ruszył w stronę samochodu. Mijając grupkę leśników, zauważył jednego, który stał nieco z boku. Wysoki mężczyzna w czarnej sutannie, z siwymi włosami i twardym spojrzeniem.

— Dzień dobry — powiedział Wątroba.

— Laudetur Iesus Christus — odpowiedział mężczyzna. — Ksiądz Mściłój Włochaty, kapelan służb leśnych. Słyszałem o tragedii. Przyszedłem udzielić wsparcia duchowego rodzinie zmarłego.

— Zna pan rodzinę?

— Znam wszystkich leśników w regionie — uśmiechnął się Włochaty. — To moja owczarnia. Ego sum pastor bonus — ja jestem dobrym pasterzem.

Coś w tym uśmiechu było niepokojące. Wątroba poczuł dreszcz.

— Przyjemnie mi — powiedział i ruszył dalej.

Dopiero w samochodzie, jadąc z powrotem do Krakowa, zadzwonił do córki.

— Teresa? Tu tata. Potrzebuję twojej pomocy.

Teresa Wątrobianka miała dwadzieścia osiem lat, dyplom dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim i praktyczny umysł odziedziczony po ojcu. Pracowała jako freelancer dla kilku portali śledczych.

— Co się stało? — zapytała.

— Nie przez telefon. Spotkajmy się wieczorem. I Teresa… uważaj na siebie. Mam wrażenie, że wdepnąłem w coś większego niż nielegalna wycinka.

— Większego? Jak dużo większego?

Wątroba pomyślał o martwych oczach Madeja, o uśmiechu księdza Włochatego, o sposobie, w jaki Jelito i Sojecki unikali jego wzroku.

— Nie wiem — powiedział. — Ale zaczynam podejrzewać, że ktoś jest gotów zabijać, żeby to ukryć.

Rozłączył się. Na tylnym siedzeniu leżała teczka z dokumentami. Wyjął zdjęcie satelitarne działki QD-107 zrobione miesiąc temu przez Google Earth. Gęsty las. Porównał je ze zdjęciem, które zrobił dziś telefonem. Pustynia.

„W miesiąc wyrąbali las, który rósł dwieście lat” — pomyślał. „Ile można za to dostać? Milion? Dwa?”

Nie wiedział jeszcze, że prawdziwa cena była znacznie wyższa. I że płaciło się za nią nie tylko pieniędzmi, ale i ludzkimi życiami.

VIII

Tej samej nocy, kiedy Wątroba siedział w swoim mieszkaniu w bloku na krakowskich Czyżynach i studiował dokumenty, a Teresa analizowała maile od anonimowego informatora, w małej kaplicy na skraju Puszczy Niepołomickiej ksiądz Mściłój Włochaty klęczał przed ołtarzem.

Kaplica była stara, jeszcze przedwojenna, odnowiona ze środków Lasów Państwowych trzy lata temu. Pachniało w niej kadzidłem i wilgocią. Włochaty klęczał nieruchomo, ręce złożone do modlitwy, wzrok utkwiony w krucyfiks.

— Domine, non sum dignus — szeptał — Panie, nie jestem godzien. Ale Ty wiesz, że czyniłem to dla większego dobra. Las jest święty. Las jest Twoim dziełem. A ci, którzy go zdradzają… Qui non est mecum, contra me est. Kto nie jest ze mną, ten przeciwko mnie.

Wstał. Z bocznej zakrystii wszedł mężczyzna — wysoki, szeroki w barach, z twarzą bez wyrazu. Nazywał się Kazimierz Drab, ale Włochaty nazywał go po prostu „Narzędzie”.

— Zrobione? — zapytał ksiądz.

— Zrobione — odparł Drab. — Wyglądało naturalnie. Drzewo, wypadek. Nikt nic nie zauważy.

— A ślady?

— Nie ma śladów.

Włochaty kiwnął głową. Sięgnął do szuflady w zakrystii i wyjął kopertę. Banknoty, setki, pięćdziesiąt sztuk. Pięć tysięcy złotych.

— Operarius mercede sua dignus est — powiedział. — Pracownik godzien jest swojej zapłaty. Łukasz, rozdział dziesiąty.

Drab wziął kopertę bez słowa i wyszedł. Włochaty został sam. Podszedł do okna kaplicy. Z drugiej strony szyby widział las — ciemny, nieskończony, pełen tajemnic.

„Las nie potrzebuje ludzi” — pomyślał. „Ludzie potrzebują lasu. A ja jestem jego strażnikiem. Jego sędzią. I jeśli trzeba, jego katem”.

Zadzwonił do Jelita.

— Problem został rozwiązany — powiedział.

— Bóg zapłać, księże — odetchnął Jelito.

— Bóg zapłaci każdemu według uczynków jego — odparł Włochaty i odłożył słuchawkę.

Potem, przez dłuższą chwilę, klęczał w ciemności, modląc się lub może tylko udając modlitwę. A w lesie, dwieście metrów dalej, wiatr szumiał w koronach drzew, niosąc ze sobą szept, który mógł być echem sumienia albo zwiastunem kolejnych zbrodni.

ROZDZIAŁ 2: FALSYFIKAT

I

Dorota Kiszka miała trzydzieści dziewięć lat i uważała się za kobietę, która nigdy nie popełniła błędu większego niż wyjście za mąż za Gabriela Sojeckiego. To był błąd, który postanowiła naprawić — ale nie przez rozwód. Rozwód był dla frajerów, którzy nie rozumieli, że małżeństwo to kontrakt biznesowy, a uczucia to tylko dodatek, który z czasem się zużywa jak opony w samochodzie.

Siedziała teraz w swoim domowym biurze w willi na obrzeżach Suwałk, w pokoju, do którego Gabriel nie miał wstępu. Dwa monitory, drukarka laserowa, skaner, laminator i bogata kolekcja oprogramowania — legalne i nielegalne. Photoshop, CorelDRAW, Adobe Acrobat Pro. I jeszcze jedno, specjalne, kupione na Darknet za bitcoiny — program do podrabiania pieczęci urzędowych.

Dorota była z wykształcenia grafik komputerowy, ale praktyka nauczyła ją znacznie więcej niż studia. Nauczyła się, że każdy dokument ma swoją anatomię, swoją strukturę, swoje słabości. I że w dobie cyfryzacji, kiedy wszystko jest skanem, PDF-em, wysłane mailem, fałszerstwo stało się dziecinnie proste. Wystarczyła dobra drukarka, odpowiedni papier i odrobina tupetu.

Przed nią leżały dokumenty reprywatyzacyjne dotyczące sześćdziesięciu czterech hektarów gruntów leśnych w Puszczy Augustowskiej, formalnie należących do Lasów Państwowych, a faktycznie będących przedmiotem sporu sądowego od dwudziestu lat. Spadkobiercy przedwojennych właścicieli żądali zwrotu, państwo odpierało roszczenia, a sprawa tkwiła w sądach i urzędach jak stary pień w bagnie.

Dopóki Dorota nie postanowiła jej pomóc.

— Akta sprawy IV C 2847/2003 — mruczała do siebie, przewracając kartki. — Postanowienie sądu z dwa tysiące dziewiątego roku, odrzucające roszczenie rodziny Borkowskich z powodu braku dokumentów własności. No właśnie. Z powodu braku dokumentów.

Uśmiechnęła się. Brak dokumentów to problem, który można rozwiązać. Wystarczy te dokumenty… stworzyć.

Otworzyła skaner. Położyła na nim autentyczny przedwojenny akt notarialny z roku tysiąc dziewięćset trzydziestego piątego — wyniosła go z archiwum nadleśnictwa, do którego miała dostęp jako żona leśniczego. Dokument dotyczył zupełnie innej działki, ale papier był prawdziwy, pieczęć autentyczna, a czcionka i układ typowe dla okresu międzywojennego.

Dwie godziny później miała gotowy plik. Akt notarialny z roku tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego, rzekomo poświadczający, że rodzina Borkowskich nabyła sześćdziesiąt cztery hektary lasu w pobliżu Augustowa. Każdy szczegół był dopracowany — od koloru atramentu, przez odcień papieru, aż po charakterystyczny dla tamtych lat stempel z orłem w koronie.

Wydrukowała dokument na specjalnym papierze, który kupiła od antykwariusza w Warszawie — oryginalny, przedwojenny papier biurowy, żółty od czasu, ale wciąż zdatny do użytku. Potem przyszła najważniejsza część: sztucznie postarzenie. Dorota rozpyliła na dokument lekką mgiełkę roztworu kawy i herbaty, delikatnie przypalił brzegi zapalniczką, przetarła powierzchnię drobnym piaskiem. Efekt był doskonały — dokument wyglądał, jakby przeżył wojnę, komunizm i transformację.

Został ostatni element — pieczęć. Dorota wyjęła z szuflady stary drewniany stempel, który dostała od urzędnika z ewidencji gruntów w Suwałkach. Nie dostała, oczywiście. Pożyczyła. Na jedną noc. W zamian za to, co robiła najlepiej — seks bez zobowiązań i bez wyrzutów sumienia.

Przyłożyła stempel do czerwonej tuszowej poduszki i odcisnęła na dokumencie. Pieczęć Starostwa Powiatowego w Suwałkach, rok tysiąc dziewięćset trzydzieści sześć.

— Gotowe — powiedziała do siebie. — Witaj w świecie, drogi dokumencie. Masz osiemdziesiąt siedem lat i jesteś całkowicie legalny.

Telefon zawibrował. SMS od Gabriela: „Gdzie jesteś? Musimy pogadać o Wątrobie.”

Zignorowała wiadomość. Gabriel ostatnio robił się męczący. Miał wyrzuty sumienia, co było oznaką słabości. A Dorota nie znosiła słabości. Zwłaszcza u mężczyzn, którzy mieli być silni, bezwzględni, użyteczni.

Zadzwoniła do mecenasa Edwarda Krupnika, warszawskiego adwokata specjalizującego się w sprawach reprywatyzacyjnych. Krupnik był człowiekiem Jelita, ale również jej człowiekiem — w sensie dosłownym. Spali ze sobą trzy razy, zawsze w apartamencie Krupnika na Mokotowie, zawsze po spotkaniach dotyczących interesów.

— Edziu — powiedziała słodko — mam dla ciebie prezent. Dokument, który odmieni losy sprawy Borkowskich.

— Słucham? — w głosie Krupnika zabrzmiało zaciekawienie. — Jaki dokument?

— Przedwojenny akt notarialny, poświadczający własność gruntów w Puszczy Augustowskiej. Oryginał. Odnaleziony w prywatnym archiwum.

— Dorota… skąd?

— Nieważne skąd. Ważne, że jest. I że pozwoli rodzinie Borkowskich wygrać sprawę. A kiedy wygrają, ziemia przejdzie na ich własność. I wtedy będą mogli ją sprzedać. Na przykład Lasom Państwowym, które są bardzo zainteresowane uregulowaniem tej kwestii. Za odpowiednią cenę, oczywiście.

Krupnik zamilkł. Rozumiał. Był sędzią kosztów tego procederu — jeśli rodzina Borkowskich sprzedałaby ziemię LP za, powiedzmy, dwa miliony złotych, kiedy jej rzeczywista wartość to milion, różnica była do wzięcia. Podzielona między wszystkich zaangażowanych. Krupnik dostawał dwadzieścia procent, Dorota trzydzieści, Jelito trzydzieści, reszta szła na przekupienie urzędników i sędziów.

— To nielegalne — powiedział Krupnik, ale bez przekonania.

— Wszystko jest nielegalne, dopóki cię nie złapią — odparła Dorota. — A nas nie złapią, bo jesteśmy ostrożni. Dokument jest doskonały. Żaden biegły go nie zakwestionuje.

— Prześlij mi skany.

— Dostaniesz oryginał. Przyjedź do Suwałk pojutrze. I Edziu… przywieź kwiaty. Lubię frezje.

Rozłączyła się i spojrzała na dokument leżący na biurku. To było jej arcydzieło. Nie pierwsze i nie ostatnie. Przez ostatnie trzy lata sfałszowała dwadzieścia siedem dokumentów — akty własności, protokoły wycinki, zgody ekologiczne, decyzje administracyjne. Wszystkie przechodziły przez system bez problemów, bo system był chory, zepsuty, nastawiony na zamykanie oczu.

„Jestem artystką” — pomyślała. „Tylko że moim płótnem jest biurokracja”.

II

Teresa Wątrobianka nie planowała kariery dziennikarki śledczej. Chciała być reporterką modową, pisać o trendach, podróżach, kulturze. Ale życie, jak to życie, miało inne plany. A może to była wina ojca, Lucjana, który od dzieciństwa uczył ją, że prawda jest ważniejsza niż wygoda.

Teraz, w wieku dwudziestu ośmiu lat, Teresa pracowała jako stażystka w archiwum Nadleśnictwa Augustów, oficjalnie zbierając materiały do artykułu o historii lasów na Suwalszczyźnie. Nieoficjalnie — infiltrując system Lasów Państwowych na prośbę ojca.

Archiwum mieściło się w piwnicy starego budynku nadleśnictwa, w pomieszczeniu pachnącym kurzem, wilgocią i stęchlizną. Rzędy metalowych regałów, tysiące teczek, dokumenty od lat pięćdziesiątych po współczesność. Teresa była tutaj od tygodnia i każdego dnia czuła się bardziej jak archeolog niż dziennikarka.

— Szukasz czegoś konkretnego? — zapytał Władysław Biernat, emerytowany leśnik pełniący funkcję archiwisty. Osiemdziesiąt dwa lata, zgarbiony, z oczami jak u sowy za grubymi szkłami okularów.

— Dokumentów dotyczących reprywatyzacji — odparła Teresa. — Pisałam, że interesuję się tym jak Lasy Państwowe radzą sobie z roszczeniami przedwojennych właścicieli.

— A, to — mruknął Biernat. — Niewdzięczny temat. Połowa tych roszczeń to oszustwa. Ludzie wykopują jakieś papierzyska sprzed wojny, prababcia rzekomo miała las, a teraz wnuczek chce kasę.

— A druga połowa?

— Druga połowa to autentyczne sprawy. I właśnie te są najgorsze, bo państwo nie chce oddawać ziemi, a spadkobiercy mają prawo. Patowa sytuacja.

Teresa przysunęła sobie teczkę oznaczoną „Reprywatyzacja 2010—2015”. Zaczęła przeglądać dokumenty. Większość to standardowa biurokracja — pisma, odpowiedzi, postanowienia sądów. Ale jedna sprawa rzuciła jej się w oczy.

Sprawa rodziny Borkowskich. Sześćdziesiąt cztery hektary w Puszczy Augustowskiej. Roszczenie odrzucone w roku dwa tysiące dziewiątym z powodu braku dokumentów. A potem, dwa lata później, sprawa wznowiona. Powód: odnalezienie „nowych dokumentów poświadczających własność”.

Teresa wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie strony tytułowej. Potem przewróciła kartkę. Akt notarialny z roku tysiąc dziewięćset trzydziestego szóstego. Wyglądał autentycznie — stary papier, wyblakły atrament, pieczęć z orłem.

Ale coś było nie tak.

Teresa studiowała dziennikarstwo, nie kryminalistykę, ale miała dobre oko do detali. I zauważyła dwie rzeczy. Po pierwsze, papier był żółty, ale równomiernie żółty. Autentyczne stare dokumenty żółkły nierównomiernie — brzegi ciemniejsze, środek jaśniejszy, miejsca składania bardziej zniszczone. Ten był żółty wszędzie tak samo.

Po drugie, czcionka. Lekko nieostre brzegi liter, charakterystyczne dla druku atramentowego, nie dla maszyny do pisania. Ktoś to wydrukował na drukarce, nie napisał na maszynie.

— Panie Władysławie — powiedziała — mogę wypożyczyć ten dokument? Do ekspertyzy?

Biernat spojrzał na nią podejrzliwie.

— Do jakiej ekspertyzy?

— Historycznej. Mam znajomego na uniwersytecie, specjalizuje się w przedwojennych dokumentach. Chciałabym się upewnić, że…

— Że co?

— Że jest autentyczny.

Cisza. Biernat poprawił okulary.

— Słuchaj, dziewczyno — powiedział cicho — nie wiem kim jesteś naprawdę i po co tu przyszłaś, ale dam ci dobrą radę. Nie grzeb w tym. Reprywatyzacja to bagno. Są tam ludzie, którzy nie lubią, jak ktoś zadaje pytania.

— Jacy ludzie?

— Tacy, którzy mają władzę. I pieniądze. I… — zawahał się — i kontakty. Rozumiesz?

— Nie rozumiem — skłamała Teresa.

— Rozumiesz — westchnął Biernat. — Widzę to po twoich oczach. Jesteś córką tego gliniarza, co? Wątroby. Słyszałem, że przyjechał tu w sprawie wycinki w Niepołomicach.

Teresa zamarła. Skąd Biernat wiedział?

— Słuchy szybko się roznoszą — wyjaśnił starzec, jakby czytając w jej myślach. — Leśnicy to zamknięta społeczność. Wszyscy wszystko wiedzą. I wszyscy wiedzą, że jak glina zaczyna węszyć, to znaczy że ktoś doniósł. A donosiciel to najgorszy rodzaj człowieka w lesie.

— Nie jestem donosicielem — odparła Teresa. — Jestem dziennikarką. Szukam prawdy.

— Prawda — powtórzył Biernat gorzko. — Veritas vos liberabit. Prawda was wyzwoli. To powiedział Jezus, tak? A wiesz co się stało z Jezusem? Ukrzyżowali go.

Teresa schowała telefon do kieszeni.

— Mogę wziąć ten dokument czy nie?

Biernat spojrzał na nią długo. Potem kiwnął głową.

— Weź. Ale przynieś z powrotem. I uważaj na siebie. Jeśli to, co myślisz, jest prawdą… to jesteś w niebezpieczeństwie.

III

Tej samej nocy Teresa siedziała w swoim wynajętym pokoju w małym pensjonacie na obrzeżach Augustowa i analizowała zdjęcia dokumentu. Powiększyła obraz na laptopie, oglądała każdy piksel, każdy szczegół.

Nie miała wątpliwości. Dokument był fałszywy. Ale potrzebowała dowodu. Czegoś, co przekona prokuraturę.

Zadzwoniła do Piotra Wróblewskiego, kolegi ze studiów, który teraz pracował jako biegły sądowy w zakresie dokumentoskopii.

— Piotrek, potrzebuję przysługi.

— Teresa? Długo cię nie było. Co się dzieje?

— Mam dokument, który wygląda na przedwojenny akt notarialny. Ale podejrzewam, że to podróbka. Mógłbyś sprawdzić?

— Jasne, przyślij skany.

— Wolałabym osobiście. To delikatna sprawa.

Pauza.

— Aż tak delikatna?

— Aż tak.

— Dobra. Przyjedziesz do Warszawy?

— Pojutrze.

Rozłączyła się. Była zmęczona, ale nie mogła spać. Myślała o tym, co powiedział Biernat. O niebezpieczeństwie. O ludziach, którzy mają władzę.

Otworzyła laptopa i wpisała w Google: „Dorota Kiszka Suwałki”. Wyników było niewiele. Kobieta unikała mediów społecznościowych, nie miała Facebooka, Instagrama. Tylko jeden wpis na forum biznesowym, sprzed trzech lat, gdzie ktoś szukał „grafika komputerowego do zleceń specjalnych”. Odpowiedź: „Polecam Dorotę Kiszka, kontakt przez e-mail”.

Teresa zapisała adres e-mail. Potem wpisała „Gabriel Sojecki leśniczy”. Tutaj było więcej — artykuły o akcjach edukacyjnych w nadleśnictwie, zdjęcia z uroczystości sadzenia drzew, wywiad dla lokalnej gazety o ochronie przyrody.

„Hipokryta” — pomyślała Teresa, patrząc na zdjęcie Sojeckiego w zielonej leśniczej kurtce, uśmiechniętego, z ręką na pniu sosny.

Potem wpisała „ksiądz Mściłój Włochaty”. I tutaj trafiła na coś ciekawego.

Włochaty miał własną stronę internetową — „Kapelan Lasów Polskich”. Na stronie znajdowały się kazania, przemyślenia, galeria zdjęć. Teresa przeglądała fotografie. Włochaty podczas mszy polowej dla leśników. Włochaty błogosławiący nowy sprzęt leśny. Włochaty w towarzystwie Jelita, Sojeckiego i innych dyrektorów LP.

Jedno zdjęcie szczególnie przyciągnęło jej uwagę. Włochaty stojący przed kaplicą w Puszczy Augustowskiej, w tle grupa mężczyzn. Teresa powiększyła obraz. Rozpoznała Jelita. Rozpoznała Sojeckiego. I rozpoznała jeszcze jednego mężczyznę — wysokiego, szerokiego w barach, z twarzą bez wyrazu.

Pod zdjęciem podpis: „Uroczyste poświęcenie kaplicy pw. św. Huberta, patrona myśliwych i leśników. W ceremonii udział wzięli przedstawiciele Lasów Państwowych oraz pan Kazimierz Drab, darczyńca ołtarza”.

Kazimierz Drab. Teresa zapisała to nazwisko. Potem wpisała je w Google.

Wyników było zero. Żadnych profili w mediach społecznościowych, żadnych wzmianek prasowych, nic. Człowiek-duch.

„Kto nie istnieje w internecie?” — pomyślała Teresa. „Ludzie, którzy mają coś do ukrycia”.

Następnego ranka, kiedy wychodziła z pensjonatu, zauważyła samochód zaparkowany po drugiej stronie ulicy. Czarny volkswagen passat, przyciemniane szyby. Samochód stał tam od wczoraj. Teresa zrobiła zdjęcie tablicy rejestracyjnej i ruszyła w stronę centrum.

Samochód pojechał za nią.

IV

Gabriel Sojecki siedział w swoim gabinecie w leśniczówce i pił czwartą kawę tego ranka. Nie spał tej nocy. Myślał o Madeju. O tym, jak wyglądało jego ciało pod tym drzewem. O sińcach na szyi, których nikt nie zauważył. O tym, że Włochaty zadzwonił do niego dzień po śmierci i powiedział tylko: „Consummatum est. Wykonało się”.

Gabriel nie był głupi. Wiedział, co to znaczyło. Wiedział, że Madej nie zginął w wypadku. Wiedział, że został zamordowany. I wiedział, że on sam jest współwinny, bo to on powiedział Jelitowi, że Madej chce iść do prokuratury.

„Jestem mordercą” — pomyślał. „Nie zabiłem własnoręcznie, ale jestem mordercą”.

Telefon zadzwonił. Dorota.

— Gabriel, muszę cię o coś zapytać — powiedziała, bez przywitania, jak zwykle. — Ta dziewczyna w archiwum w Augustowie. Teresa Wątrobianka. Córka tego gliniarza. Co ona tam robi?

— Skąd wiesz o niej?

— Biernat zadzwonił do mnie. Mówi, że wypożyczyła dokument dotyczący sprawy Borkowskich. Mojego dokumentu.

Gabriel poczuł, jak żołądek ściska mu się w węzeł.

— Jakiego dokumentu?

— Nieważne jakiego. Ważne, że go ma. I że jedzie do Warszawy na ekspertyzę. Jeśli biegły stwierdzi, że to fałszywka…

— To co?

— To jesteśmy w dupie, Gabriel. Wszyscy. Ty, ja, Jelito, Krupnik. To się posypie jak domek z kart.

— Może nie stwierdzi — powiedział Gabriel bez przekonania.

— Stwierdzi. Jestem dobra, ale nie jestem idealna. Jeśli biegły zrobi analizę składu papieru, atramentu, datowanie radiowęglowe… wykaże, że dokument ma góra dziesięć lat, nie osiemdziesiąt.

— To co mamy robić?

Cisza.

— Nie wiem — odparła Dorota. — Ale jeśli ona przekaże ten dokument prokuraturze, to koniec. Pomyśl o czymś.

— Ja? Czemu ja?

— Bo ty jesteś mężczyzną, kurwa! — warknęła Dorota. — Bo to twoja robota. Bo tak się umówiliśmy. Ja robię dokumenty, ty dbasz o bezpieczeństwo operacji.

— Nie jestem… — zaczął Gabriel, ale urwał. Nie jestem kim? Gangsterem? Mordercą? Już nim był.

Dorota rozłączyła się. Gabriel został sam ze swoimi myślami. I z rosnącą paniką.

Zadzwonił do Jelita.

— Mamy problem — powiedział.

— Wiem — odparł Jelito. — Dorota już dzwoniła. Spotkajmy się. Za godzinę. W kaplicy Włochatego.

V

Kaplica św. Huberta stała w samym sercu Puszczy Augustowskiej, otoczona dwustuletnymi sosnami i świerkami. Była mała, drewniana, zbudowana w latach dwudziestych przez miejscową społeczność leśników i myśliwych. Odnowiona trzy lata temu ze środków Lasów Państwowych i prywatnych darczyńców — głównie Kazimierza Draba, którego nazwisko widniało na tablicy pamiątkowej przy wejściu.

Wewnątrz pachniało kadzidłem i świeżą woskową. Ławki, ołtarz z drewna dębowego, krucyfiks, witraże przedstawiające sceny z życia św. Huberta — patrona leśników, który według legendy nawrócił się widząc jelenia z krzyżem między rogami.

Ksiądz Mściłój Włochaty klęczał przed ołtarzem, kiedy wszedł Jelito. Dyrektor usiadł w ostatniej ławce i czekał. Po chwili Włochaty skończył modlitwę, przeżegnał się i podszedł.

— Pax vobiscum — powiedział.

— I z duchem twoim — odpowiedział mechanicznie Jelito, choć nie był w kościele od lat.

— Pan Sojecki za chwilę będzie — ciągnął Włochaty. — Kazimierz też. Musimy porozmawiać.

— O tej dziennikarce?

— O Teresie Wątrobiance. Córce inspektora. Tak, o niej. I o dokumencie, który posiada.

Włochaty usiadł obok Jelita. Z bliska widać było, że to starzec — siedemdziesiąt lat, zmarszczki wokół oczu, plamy starcze na dłoniach. Ale oczy miał ostre, przenikliwe, jak u drapieżnika.

— Rozmawiałem z Dorotą — powiedział ksiądz. — Dokument jest dobry, ale nie przetrwa profesjonalnej ekspertyzy. Jeśli dziewczyna dostarczy go do biegłego, a biegły przedstawi raport prokuraturze, sprawa Borkowskich zostanie umorzona, a my będziemy mieli śledztwo w sprawie fałszerstwa dokumentów.

— Więc co proponujesz?

— Dokument musi zniknąć.

— Jak?

— To jest sprawa Kazimierza — odparł Włochaty spokojnie. — On wie, jak załatwiać takie rzeczy.

Jelito poczuł dreszcz. Wiedział, kim był Kazimierz Drab. Oficjalnie przedsiębiorca, właściciel małej firmy budowlanej. Nieoficjalnie człowiek, który robił to, czego inni nie chcieli robić własnymi rękami.

— Mówisz o… — zaczął Jelito.

— Mówię o odzyskaniu własności — przerwał mu Włochaty. — Dokumentu, który nie powinien był opuścić archiwum. Kazimierz po prostu go… odbierze.

— A dziewczyna?

— Nolite timere eos qui occidunt corpus — zacytował Włochaty. — Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało. Mateusz, rozdział dziesiąty. Dziewczyna nie musi umrzeć. Po prostu musi zrozumieć, że pewne sprawy są niebezpieczne. I że lepiej trzymać się z daleka.

W tym momencie do kaplicy wszedł Gabriel Sojecki. Był blady, spocony, wyglądał, jakby nie spał od dni.

— Przepraszam za spóźnienie — powiedział.

— Siadaj, synu — rzekł Włochaty łagodnie. — Rozmawiamy o naszym problemie. O Teresie Wątrobiance.

Gabriel usiadł. Jego ręce drżały.

— Nie możemy… nie możemy jej skrzywdzić — wyszeptał. — To córka policjanta. To nie to samo co Madej. Jeśli coś jej się stanie, Wątroba nie odpuści. Będzie szukał do końca świata.

— Nikt nie mówi o krzywdzeniu — odparł Włochaty. — Mówię o rozmowie. O wyjaśnieniu pewnych rzeczy. Kazimierz jest bardzo przekonujący, kiedy chce.

Drzwi kaplicy otworzyły się po raz kolejny. Wszedł Kazimierz Drab. Wysoki, masywny, milczący. Podszedł do ołtarza, uklęknął, przeżegnał się. Potem obrócił się i spojrzał na zebranych.

— Słucham — powiedział. Głos miał głęboki, szorstki, jak żwir sypany na blachę.

Włochaty wyjaśnił sytuację. Drab słuchał bez słowa, bez emocji. Kiedy ksiądz skończył, Kazimierz kiwnął głową.

— Kiedy?

— Dziś w nocy. Jedzie do Warszawy jutro rano. Musisz złapać ją wcześniej.

— Gdzie mieszka?

— Pensjonat „Pod Sosnami”, pokój siedem.

— Uzbrojona?

— To dziennikarka, nie żołnierz — odparł Włochaty. — Ale ostrożność nie zaszkodzi. Załatw to czysto. Odzyskaj dokument. I upewnij się, że zrozumiała przekaz.

— Jaki przekaz?

— Że nie wszystkie prawdy warto odkrywać.

Drab kiwnął głową i wyszedł. Jelito poczuł, jak pot spływa mu po plecach. Gabriel zakrył twarz dłońmi.

— To jest… to jest szaleństwo — wyszeptał leśniczy. — My nie możemy tak dalej. To są przestępstwa. Fałszerstwa, zabójstwa…

— Przestępstwa? — powtórzył Włochaty. — Lex iniusta non est lex. Prawo niesprawiedliwe nie jest prawem. My bronimy tego, co ważne. Lasu. Struktury. Porządku. Czasem trzeba użyć siły.

— Bóg tego nie wybacza — powiedział Gabriel.

— Deus vult — odparł Włochaty. — Bóg tak chce. Kto powiedział, że nasze czyny nie są częścią Jego planu? Może jesteśmy narzędziami w Jego rękach.

Gabriel wstał.

— Ja w to nie wierzę — powiedział. — I nie chcę w tym uczestniczyć.

— Ale uczestniczysz — odparł spokojnie Włochaty. — Od momentu, kiedy wziąłeś pierwsze pieniądze. Od momentu, kiedy powiedziałeś Jelitowi o Madeju. Jesteś w środku, synu. Nie ma drogi z powrotem.

Gabriel wyszedł z kaplicy chwiejnym krokiem. Jelito został.

— Myślisz, że on wytrzyma? — zapytał dyrektora.

— Musi — odparł Włochaty. — A jeśli nie… to Kazimierz zajmie się i tym problemem.

VI

Teresa Wątrobianka czuła, że jest śledzona. Samochód za nią jechał zbyt długo, zbyt wytrwale. Kiedy skręcała, on skręcał. Kiedy przyspieszyła, on też.

Zadzwoniła do ojca.

— Tato, ktoś mnie śledzi.

— Gdzie jesteś?

— W Augustowie. Jadę z powrotem do pensjonatu.

— Nie jedź do pensjonatu — powiedział ostro Wątroba. — Jedź do komisariatu. Natychmiast.

— Ale…

— Natychmiast, Teresa!

Usłyszała w jego głosie coś, czego nie słyszała nigdy — strach.

Skręciła w kierunku centrum, gdzie mieścił się posterunek policji. Samochód za nią również skręcił. Teresa przyspieszyła. Passat też.

Nagle samochód wyprzedził ją i zahamował gwałtownie, blokując drogę. Teresa wcisnęła hamulec. Jej auto zatrzymało się centymetry od pasa.

Z passata wysiadł mężczyzna. Wysoki, szeroki, w czarnej kurtce. Kazimierz Drab.

Teresa sięgnęła po telefon, ale Drab był szybszy. Otworzył drzwi jej auta, wyrwał telefon z ręki, rzucił na ziemię i rozgnił obcasem.

— Wyjdź — powiedział.

— Nie.

Drab sięgnął do kieszeni i wyciągnął nóż. Nie groził nim, po prostu pokazał. Teresa poczuła, jak serce wali jej w piersi.

— Wyjdź — powtórzył.

Wysiadła. Nogi się trzęsły. Rozejrzała się — ulica była pusta, żadnych przechodniów, żadnych świadków.

— Dokument — powiedział Drab. — Dawaj.

— Jaki dokument?

— Akt notarialny. Z archiwum. Dawaj.

Teresa pomyślała szybko. Dokument był w torbie, w laptopie miała skany. Jeśli odda mu oryginał, ale zachowa kopie…

— W torbie — powiedziała.

Drab sięgnął do jej samochodu, wyciągnął torbę, wysypał zawartość na maskę. Laptop, notes, akt notarialny w plastikowej koszulce. Wziął dokument i schował do kieszeni.

— To wszystkie kopie?

— Tak — skłamała Teresa.

Drab spojrzał na nią długo. Potem wziął laptopa i rzucił na ziemię. Raz, drugi, trzeci. Obudowa pękła, ekran rozsypał się w drobne kawałki.

— Posłuchaj uważnie — powiedział. — Jesteś mądrą dziewczyną. Za mądrą. Czasem mądrość prowadzi ludzi w złe miejsce. Twój ojciec też jest za mądry. Grzebanie w sprawach leśników to zły pomysł. Rozumiesz?

Teresa kiwnęła głową. Łzy napływały jej do oczu, ale nie chciała płakać przy tym człowieku.

— Jeśli wrócisz do Warszawy, zapomnisz o reprywatyzacji, zapomnisz o Borkowskich, zapomnisz o tym, co widziałaś… to zostaniesz w spokoju. Ty i twój tata. Ale jeśli znowu zaczniesz grzebać…

Nie dokończył. Nie musiał. Teresa wiedziała, co miał na myśli.

Drab wsiadł do passata i odjechał. Teresa stała na pustej ulicy, drżąc. Dopiero po kilku minutach zebrała zniszczony laptop, pobiegła do najbliższego sklepu i poprosiła o telefon.

Zadzwoniła do ojca.

— Tato — wyszeptała — miałeś rację. To nie jest tylko nielegalna wycinka. To coś znacznie gorszego.

VII

Późnym wieczorem, w kaplicy św. Huberta, ksiądz Mściłój Włochaty klęczał przed ołtarzem. Przed nim, na białym obrusie, leżał dokument — przedwojenny akt notarialny, fałszerstwo Doroty Kiszki.

— In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti — wyszeptał, żegnając się. Potem wziął dokument i podniósł do światła świecy.

Piękna robota. Naprawdę piękna. Dorota miała talent. Ale talent bez rozwagi prowadzi do zguby.

Włochaty przytrzymał róg dokumentu nad płomieniem. Papier zajął się od razu, płonąc jasnym żółtym ogniem. W kilka sekund przekształcił się w popiół.

— Cinis cinerem — mruknął ksiądz. — Proch do prochu.

Zadzwonił telefon. Kazimierz.

— Zrobione — powiedział Drab. — Dziewczyna ma dokument, laptop zniszczony. Przestraszona. Nie będzie problemu.

— Dobra robota — odparł Włochaty. — Laborare est orare. Pracować znaczy modlić się. Wykonałeś dzieło Pańskie, Kazimierzu.

Rozłączył się. Popatrzył na popiół na ołtarzu. Wszystkie ślady znikły. Sprawa Borkowskich była skończona. Reprywatyzacja nie nastąpi. Lasy pozostaną własnością państwa. A państwo — własnością tych, którzy wiedzą, jak systemem manipulować.

„To nie jest przestępstwo” — powiedział sam do siebie. „To ochrona tego, co święte. Lasów. Tradycji. Porządku”.

Ale gdzieś w głębi duszy, w miejscu, które próbował zagłuszyć modlitwą i łaciną, czuł niepokój. Czuł, że przekroczył granicę, która nie powinna być przekroczona.

Deus vult, powtarzał sobie. Bóg tak chce.

Ale czy naprawdę?

Na zewnątrz kaplicy, w ciemności puszczy, wiatr szumiał w koronach drzew. Brzmiało to jak szept. Albo jak ostrzeżenie.

ROZDZIAŁ 3: PRZETARGOWE LOBBY

I

Poznań pachniał pieniędzmi. Przynajmniej tak wydawało się Jerzemu Jelitowi, kiedy siedział w luksusowej restauracji Cucina przy placu Wolności, patrząc przez panoramiczne okno na barokowe kamienice starego miasta. Przed nim leżała karta win — pozycje od stu pięćdziesięciu do tysiąca dwustu złotych za butelkę. Jelito zamówił Brunello di Montalcino rocznik dwa tysiące piętnasty, osiemset złotych. Nie płacił z własnej kieszeni.

Naprzeciwko niego siedział Ryszard Tokarski, prezes firmy Tartak-Drzew S.A., pięćdziesięcioletni biznesmen z okładki magazynu „Forbes Polska”, właściciel trzech tartaków, dwóch fabryk mebli i apartamentu w Dubaju. Tokarski miał na sobie garnitur Ermenegildo Zegna wartości dwudziestu tysięcy złotych i zegarek Patek Philippe, który kosztował więcej niż roczna pensja przeciętnego Polaka.

— Panie dyrektorze — powiedział Tokarski, unosząc kieliszek — cieszę się, że w końcu możemy porozmawiać oko w oko. Biznes to relacje, a relacje buduje się przy dobrym winie.

Jelito uśmiechnął się i stuknął kieliszkiem.

— Za owocną współpracę.

Wypili. Wino było doskonałe — aksamitne, z nutą czereśni i tytoniu. Jelito nie znał się specjalnie na winach, ale wiedział, że to, co pije, jest drogie, a wszystko, co drogie, musi być dobre.

— Przejdźmy do rzeczy — powiedział Tokarski, odkładając kieliszek. — Przetarg na pozyskanie drewna z nadleśnictwa Szamotuły. Pięćdziesiąt tysięcy metrów sześciennych sosny i świerku, wartość rynkowa dwadzieścia pięć milionów złotych. Moja firma jest zainteresowana. Bardzo zainteresowana.

— Wiem — odparł Jelito. — Ale jest pan jednym z dziesięciu zainteresowanych. Przetarg jest otwarty, zgodny z ustawą o zamówieniach publicznych. Najlepsza oferta wygrywa.

Tokarski uśmiechnął się.

— Oczywiście. Najlepsza oferta. A gdyby tak… moja oferta była najlepsza? Z niewielką pomocą?

— Słucham?

— Panie dyrektorze, obaj jesteśmy dorosłymi mężczyznami. Wiemy, jak działa świat. Przetargi publiczne to teatr. Wszyscy udają, że wszystko jest uczciwe, transparentne, zgodne z prawem. A tymczasem każdy wie, że wygrywa ten, kto ma lepsze kontakty. Kto zna specyfikację przed innymi. Kto wie, jakie kryteria będą najważniejsze.

Jelito napił się wina. Serce biło mu szybciej. To był moment, którego się obawiał i na który czekał jednocześnie. Moment, w którym wypowiadane są słowa, które nie powinny być wypowiedziane. Po których nie ma odwrotu.

— Mówi pan o… korupcji?

Tokarski roześmiał się.

— Ja? Broń Boże! Ja mówię o darowiźnie. Na cel charytatywny. Widzi pan, moja firma bardzo dba o społeczną odpowiedzialność biznesu. CSR, jak to się teraz ładnie nazywa. I chcielibyśmy wesprzeć… powiedzmy, jakąś fundację działającą na rzecz ochrony lasów. Albo renowacji zabytkowych kaplic. Ma pan taką fundację w swoim otoczeniu?

Jelito pomyślał o kaplicy św. Huberta. O księdzu Włochatym. O fundacji „Zielone Dziedzictwo”, którą ksiądz prowadził oficjalnie na rzecz edukacji ekologicznej, a nieoficjalnie jako pralnię pieniędzy.

— Mam — powiedział cicho.

— Doskonale. W takim razie moja firma wpłaci… powiedzmy, milion złotych na tę fundację. To bardzo szczodra darowizna, prawda? Myślę, że zarząd fundacji będzie wdzięczny. A wdzięczność to podstawa dobrych relacji.

Milion złotych. Jelito szybko przeliczył w głowie. Standardowy procent od takiej kwoty to dwadzieścia, trzydzieści procent. Czyli dwieście, trzysta tysięcy dla niego. Reszta dla Włochatego, dla Sojeckiego, dla pokrycia kosztów operacyjnych.

— A w zamian? — zapytał Jelito.

— W zamian moja firma otrzyma specyfikację przetargową trochę wcześniej niż konkurencja. Powiedzmy, tydzień wcześniej. I może drobne sugestie, jakie kryteria będą najważniejsze dla komisji przetargowej. Nic nielegalnego. Po prostu… wymiana informacji między partnerami biznesowymi.

— To jest nielegalne — powiedział Jelito, ale bez przekonania.

— Co jest nielegalne? Darowizna na fundację? To jest jak najbardziej legalne. Moja firma ma prawo wspierać organizacje non-profit. A informacje? Cóż, specyfikacja i tak będzie opublikowana. Ja tylko dostanę ją trochę wcześniej. To nie łamie prawa. To wykorzystuje luki w prawie.

Jelito wiedział, że to kłamstwo. Wiedział, że przekazywanie informacji o przetargu przed jego ogłoszeniem to przestępstwo z art. 305 kodeksu karnego — nadużycie zaufania w obrocie gospodarczym. Groziło za to do trzech lat więzienia. Ale wiedział też, że nikt go nie złapie. Bo wszyscy to robili. Bo system był zbudowany na korupcji.

— Dobrze — powiedział. — Ale nie tutaj. Nie teraz. Spotkamy się w innym miejscu. Dam panu znać.

Tokarski uśmiechnął się szeroko.

— Wiedziałem, że jesteśmy na tej samej fali. Za zdrowie, panie dyrektorze.

Wypili kolejny kieliszek. Jelito czuł, jak wino uderza mu do głowy. Albo może to nie było wino. Może to była świadomość, że właśnie sprzedał swoją uczciwość za milion złotych, z którego dostanie trzysta tysięcy.

„Wszyscy kradną” — pomyślał znowu, usprawiedliwiając się przed samym sobą. „Politycy kradną miliardy. Ja biorę tysiące. To kropla w morzu”.

Ale kropla po kropli morze się napełnia.

II

Gabriel Sojecki czuł się coraz gorzej. Od śmierci Madeja nie spał dobrze, a od incydentu z Teresą Wątrobianką w ogóle przestał spać. Leżał w nocy w łóżku obok Doroty, która chrapała lekko, i wpatrywał się w sufit, myśląc o wszystkim, co zrobił. O nielegalnych wycinkach. O fałszowanych dokumentach. O Madeju przygnieciony drzewem. O Teresie napadniętej przez Draba.

„Jestem przestępcą” — myślał. „Nie tylko oszustem. Jestem współuczestnikiem morderstwa. I napaści. Powinienem iść na policję. Powinienem wszystko przyznać”.

Ale nie szedł. Bo bał się. Bo wiedział, że jeśli zacznie mówić, pociągnie za sobą wszystkich — Jelita, Dorotę, Włochatego, Draba. A oni się zemszczą. Zwłaszcza Drab. Zwłaszcza Włochaty.

Telefon zawibrował. SMS od Jelita: „Jutro spotkanie. 10:00. Kaplica. Ważne”.

Gabriel westchnął. Kolejne spotkanie. Kolejne przestępstwo. Kolejny krok w dół.

Wstał cicho, żeby nie budzić Doroty, i poszedł do kuchni. Nalał sobie wódki — czystej, bez lodu, bez zakąski. Wypił jednym haustem. Potem drugą. Trzecią. Dopiero po piątej poczuł otępienie, które pozwalało nie myśleć.

Wrócił do sypialni. Dorota już nie spała. Siedziała w łóżku, oświetlona światłem z korytarza, i patrzyła na niego.

— Piłeś — stwierdziła.

— Tak.

— Znowu?

— Tak.

Dorota westchnęła.

— Gabriel, to cię zabije. Musisz wziąć się w garść.

— W garść? — powtórzył Gabriel gorzko. — Ja jestem mordercą, Dorota. Madej nie żyje przez mnie. Przez nas.

— Madej zginął w wypadku — odparła chłodno Dorota. — Tak mówi protokół. Tak mówi policja. Koniec tematu.

— To nie był wypadek!

— Był, jeśli tak mówimy. Prawda to jest to, w co ludzie wierzą. A ludzie wierzą w wypadek.

Gabriel spojrzał na żonę. W świetle z korytarza jej twarz wyglądała jak maska — piękna, zimna, obca.

— Kim ty jesteś? — zapytał.

— Jestem kobietą, która wie, czego chce — odparła Dorota. — I która robi to, co trzeba, żeby to dostać. Ty kiedyś też taki byłeś. Ambitny. Zdeterminowany. A teraz? Teraz jesteś pijakiem pełnym wyrzutów sumienia.

— Może wyrzuty sumienia są oznaką człowieczeństwa.

— A może są oznaką słabości.

Gabriel chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Nie miało sensu. Dorota była taka, jaka była. Bezwzględna. Zimna. Skuteczna.

„Kiedyś ją kochałem” — pomyślał. „A teraz… teraz ją boję się”.

Położył się z powrotem do łóżka. Dorota zgasiła światło. Leżeli obok siebie w ciemności, każde w swoim świecie.

— Jutro Jelito ogłasza przetarg na Szamotuły — powiedziała Dorota. — Pięćdziesiąt tysięcy metrów drewna. Tokarski dostanie kontrakt. Wpłaci milion na fundację Włochatego. My dostaniemy swoją część.

— Ile?

— Sto tysięcy. Dla nas. Sześćdziesiąt dla ciebie, czterdzieści dla mnie. Podzielone według wkładu pracy.

Gabriel zastanawiał się, jaki był jego „wkład pracy” w to przestępstwo. Przekazanie informacji? Manipulacja dokumentacją? Milczenie?

— Nie chcę tych pieniędzy — powiedział.

Dorota zaśmiała się cicho.

— Oczywiście, że chcesz. Wszyscy chcemy. Pieniądze to władza. To wolność. To wszystko.

— Pieniądze to kajdany — odparł Gabriel. — Im więcej mamy, tym bardziej jesteśmy uwięzieni.

— Filozofujesz jak pijany ksiądz — mruknęła Dorota i odwróciła się do ściany.

Gabriel leżał bez snu do rana.

III

O dziesiątej rano Gabriel stanął przed kaplicą św. Huberta. Był tu już tyle razy, że znał każdą deskę, każdy kamień. Kaplica przestała być dla niego miejscem świętym. Była biurem. Miejscem, gdzie planowano przestępstwa.

Wszedł do środka. Jelito był już tam, siedząc w pierwszej ławce. Obok niego ksiądz Włochaty, w czarnej sutannie, z różańcem w dłoniach. Przy ołtarzu stał Kazimierz Drab, masywny i milczący jak posąg.

— Gabriel — przywitał go Jelito. — Siadaj. Musimy omówić szczegóły.

Sojecki usiadł. Czuł zapach kadzidła, który zawsze wisiał w powietrzu kaplicy. Kiedyś ten zapach kojarzył mu się z czymś dobrym, czystym. Teraz wywoływał mdłości.

— Przetarg na Szamotuły — zaczął Jelito. — Ogłaszamy go jutro. Specyfikacja techniczna, warunki, kryteria oceny. Wszystko zgodnie z prawem. Ale…

— Ale Tokarski dostanie specyfikację dzisiaj — dokończył Włochaty. — I dostanie także sugestie, jakie elementy oferty będą najważniejsze dla komisji. Cena, oczywiście, ale także doświadczenie firmy, referencje, harmonogram realizacji. Tokarski przygotuje ofertę idealną. Nie do pobicia.

— A konkurencja? — zapytał Gabriel. — Przecież będą inne firmy. Mogą złożyć lepsze oferty.

— Nie złożą — odparł spokojnie Jelito. — Bo albo dostaną błędne informacje o kryteriach, albo ich oferty zostaną zdyskwalifikowane na podstawie formalnych błędów. Komisja przetargowa składa się z naszych ludzi. Wszystko jest kontrolowane.

Gabriel poczuł, jak żołądek ściska mu się w węzeł.

— To jest przestępstwo — powiedział. — Manipulacja przetargiem publicznym. To jest…

— To jest biznes — przerwał mu Włochaty. — Negotium, jak mówili Rzymianie. Nie-próżnowanie. Działanie dla zysku. Bóg nie potępia ludzi przedsiębiorczych. Beati pauperes spiritu — błogosławieni ubodzy duchem, nie portfelem. Możesz być bogaty i pobożny jednocześnie.

— Bóg potępia złodziejstwo — odparł Gabriel. — Siódme przykazanie. Nie kradnij.

Włochaty uśmiechnął się.

— A my nie kradniemy. My zarządzamy zasobami. Lasy Państwowe to przedsiębiorstwo. Dyrektor ma prawo wybierać najlepszych partnerów. Tokarski jest dobrym partnerem. Płaci dobrze. Dostarcza środki na fundację, która robi dobre rzeczy — edukację, renowację, pomoc lokalnym społecznościom.

— Fundacja to pranie pieniędzy — powiedział Gabriel.

Cisza. Włochaty przestał się uśmiechać. Jelito pobladł. Kazimierz Drab powoli odwrócił głowę i spojrzał na Gabriela. Spojrzenie było jak dotyk zimnego noża.

— Uważaj na słowa, synu — powiedział cicho Włochaty. — Verba volant, scripta manent. Słowa lecą, zapisane pozostają. To, co mówisz, może mieć konsekwencje.

— Już mam konsekwencje — odparł Gabriel. — Nie śpię. Piję. Moja żona mnie nienawidzi. Każdego dnia rano patrzę w lustro i widzę przestępcę.

— To widzisz źle — powiedział Jelito. — Widzisz człowieka, który dostosował się do systemu. Który zrozumiał, jak działa świat. I który zarabia na tym. Nie ma w tym nic złego.

— Jest wszystko złe — szepnął Gabriel.

Włochaty wstał. Podszedł do Gabriela. Położył dłoń na jego ramieniu. Dłoń była ciepła, ciężka, jak błogosławieństwo lub przekleństwo.

— Gabriel — powiedział łagodnie ksiądz — rozumiem twoje rozterki. Naprawdę rozumiem. Jesteś dobrym człowiekiem. Masz sumienie. To cenna cecha. Ale sumienie trzeba kształcić. Trzeba je nauczyć rozróżniać dobro większe od dobra mniejszego. Słyszałeś o pojęciu summum bonum? Najwyższe dobro? Czasem, żeby osiągnąć najwyższe dobro, trzeba zaakceptować mniejsze zło.

— Morderstwo to nie mniejsze zło — odparł Gabriel.

— Morderstwo? — powtórzył Włochaty. — Madej zginął w wypadku. Oficjalnie. Prawnie. To zamknięta sprawa.

— Wiem, co się naprawdę stało.

Włochaty zacisnął dłoń na ramieniu Gabriela. Mocno. Boleśnie.

— Nie wiesz niczego — powiedział. — Scio nihil scire — wiem, że nic nie wiem. To Sokrates. Mądry człowiek. Wiedział, że wiedza może być niebezpieczna. I że czasem lepiej nie wiedzieć.

Puścił ramię Gabriela. Wrócił do ołtarza. Stanął przed krucyfiksem, ręce złożył do modlitwy.

— Jutro o dziewiątej — powiedział Jelito do Gabriela — w moim biurze. Podpiszemy dokumenty przetargowe. Ty, jako przedstawiciel nadleśnictwa Szamotuły, poświadczysz specyfikację. Wszystko musi wyglądać legalnie.

Gabriel chciał odmówić. Chciał wstać, wyjść, nigdy tu nie wracać. Ale wiedział, że nie może. Bo był w pułapce. Bo jeśli odmówi, stanie się problemem. A problemy są rozwiązywane. Przez Draba. Przez Włochatego. Ostatecznie.

— Będę — powiedział cicho.

Wyszedł z kaplicy. Słońce świeciło jasno, ptaki śpiewały, las szumiał. Wszystko wyglądało normalnie. Ale Gabriel czuł, że nic już nie będzie normalne.

IV

Teresa Wątrobianka siedziała w mieszkaniu ojca w Krakowie i analizowała to, co udało jej się ocalić. Laptop został zniszczony przez Draba, ale tuż przed napaścią wykonała backup wszystkich plików na chmurę. Zdjęcia dokumentów, notatki, nagrania rozmów. Wszystko było bezpieczne.

Lucjan Wątroba przyniósł córce herbatę i usiadł obok.

— Musisz przestać — powiedział. — To za niebezpieczne.

— Nie mogę przestać — odparła Teresa. — Już jestem w środku. A poza tym… tato, to jest większe niż myśleliśmy. To nie jest tylko nielegalna wycinka czy fałszerstwo dokumentów. To jest zorganizowana grupa przestępcza. Jelito, Włochaty, ten Drab… oni kontrolują wszystko.

— Właśnie dlatego musisz przestać. Bo są niebezpieczni.

Teresa spojrzała na ojca. Widać było, że on też nie spał dobrze. Miał cienie pod oczami, zmarszczki wokół ust. Wyglądał na starszego niż pięćdziesiąt sześć lat.

— Tato, ty byś przestał? — zapytała. — Gdybyś był na moim miejscu? Gdybyś wiedział, że ludzie łamią prawo, kradną, może nawet zabijają… przestałbyś?

Wątroba westchnął.

— Nie — przyznał. — Nie przestałbym. Ale ja jestem policjantem. Mam broń, mam ludzi, mam procedury. Ty jesteś dziennikarką. Nie masz ochrony.

— Mam prawdę.

— Prawda nie zatrzyma kuli.

Teresa otworzyła laptop — nowy, kupiony tego samego dnia — i pokazała ojcu pliki.

— Patrz. To zdjęcie specyfikacji przetargu na Szamotuły. Dostałam to od informatora wewnątrz LP. Przetarg ma być ogłoszony jutro, ale specyfikacja już krąży. Tokarski, właściciel Tartak-Drzew, ma ją od tygodnia. Przygotowuje ofertę według wymagań, które zna tylko on.

— Skąd wiesz?

— Informator. Człowiek z biura Jelita. Pracuje tam jako sekretarz. Jest… niezadowolony z tego, co widzi.

— Kim on jest?

— Nie mogę powiedzieć. Obiecałam anonimowość.

Wątroba pomyślał. Informator w środku struktury to cenna rzecz. Ale też niebezpieczna. Jeśli zostanie zdemaskowany, skończy jak Madej.

— Dobrze — powiedział. — Co jeszcze masz?

Teresa pokazała kolejne pliki. Dokumenty finansowe fundacji „Zielone Dziedzictwo” prowadzonej przez Włochatego. Wpłaty od firm, które wygrywały przetargi LP. Tokarski — milion złotych. Firma transportowa „Las-Trans” — pięćset tysięcy. Firma budowlana „Drzew-Dom” — siedemset tysięcy.

— To jest klasyczna pranie pieniędzy — powiedziała Teresa. — Firmy płacą „darowizny” na fundację. Fundacja oficjalnie przeznacza pieniądze na cele statutowe — edukację, renowację, pomoc społeczną. Ale w praktyce większość środków wraca do osób, które kontrolują fundację. Włochaty, Jelito, Sojecki.

— Masz dowody na to?

— Mam poszlaki. Ale żeby udowodnić pranie pieniędzy, potrzeba dostępu do wewnętrznych dokumentów fundacji. Rachunków bankowych, faktur, umów.

— Czyli potrzeba nakazu prokuratury.

— Albo dziennikarskiego śledztwa.

Wątroba pokręcił głową.

— Teresa, ja nie pozwolę ci ryzykować życia dla artykułu.

— To nie jest artykuł, tato. To jest walka o sprawiedliwość.

— Sprawiedliwość nie istnieje — powiedział gorzko Wątroba. — Istnieje tylko prawo. I ludzie, którzy je łamią, i ludzie, którzy próbują je egzekwować. I ci drudzy prawie zawsze przegrywają.

— Prawie — powtórzyła Teresa. — Ale nie zawsze.

Wątroba spojrzał na córkę. Była taka młoda, taka idealistyczna. Taka podobna do niego sprzed trzydziestu lat, kiedy wstępował do Milicji wierząc, że zmieni świat.

— Dobrze — powiedział. — Zrobimy to. Ale razem. I ostrożnie. Żadnych samotnych akcji. Żadnych spotkań z podejrzanymi bez mojej wiedzy. Obiecujesz?

— Obiecuję.

Uścisnęli dłonie. To była umowa. Pakt ojca i córki przeciwko skorumpowanemu systemowi.

„Pewnie przegramy” — pomyślał Wątroba. „Ale przynajmniej spróbujemy”.

V

Następnego dnia, o dziewiątej rano, w biurze Jelita zebrała się komisja przetargowa. Pięć osób: Jelito jako przewodniczący, Gabriel Sojecki jako przedstawiciel nadleśnictwa Szamotuły, dwóch urzędników z wydziału zamówień publicznych i jeden „niezależny ekspert” — leśnik na emeryturze, którego Jelito znał od trzydziestu lat i który podpisałby wszystko, co mu każe.

— Panowie — zaczął Jelito — przed nami ważne zadanie. Przetarg na pozyskanie pięćdziesięciu tysięcy metrów sześciennych drewna z nadleśnictwa Szamotuły. Wartość kontraktu dwadzieścia pięć milionów złotych. Musimy wybrać najlepszego wykonawcę. Zgodnie z prawem, transparentnie, uczciwie.

Wszyscy kiwnęli głowami. Wszyscy wiedzieli, że to teatr. Że zwycięzca jest już wybrany. Ale teatr trzeba odegrać.

— Specyfikacja techniczna — ciągnął Jelito, rozdając dokumenty. — Wymagania dotyczące sprzętu, kwalifikacji pracowników, terminów realizacji, standardów bezpieczeństwa. Wszystko zgodne z najlepszymi praktykami branżowymi.

Gabriel przeglądał dokument. Wymagania były bardzo szczegółowe. Za szczegółowe. Niektóre punkty wyglądały, jakby zostały napisane specjalnie pod jedną firmę — Tartak-Drzew Tokarskiego.

Na przykład: „Wykonawca musi posiadać co najmniej trzy tartaki o łącznej mocy przerobowej minimum dwudziestu tysięcy metrów sześciennych miesięcznie”. W Polsce było tylko pięć firm spełniających to kryterium. Tokarski miał cztery tartaki.

Albo: „Wykonawca musi posiadać certyfikat FSC i PEFC dla wszystkich swoich zakładów”. To eliminowało większość małych i średnich przedsiębiorstw.

— To jest manipulacja — powiedział cicho jeden z urzędników, młody chłopak o nazwisku Kowalczyk, który dopiero co zaczął pracę w LP.

Wszyscy spojrzeli na niego.

— Słucham? — zapytał Jelito lodowatym tonem.

— Te wymagania — powtórzył Kowalczyk. — One są zbyt restrykcyjne. Wykluczają większość konkurencji. To jest… to wygląda jakby specyfikacja była pisana pod konkretną firmę.

Cisza. Jelito uśmiechnął się.

— Panie Kowalczyk — powiedział — rozumiem pana zaniepokojenie. Ale te wymagania są uzasadnione. Mówimy o kontrakcie wartym dwadzieścia pięć milionów złotych. Nie możemy pozwolić sobie na amatorów. Potrzebujemy profesjonalistów.

— Ale jeśli tylko jedna firma spełni wymagania…

— To będzie oznaczało, że tylko jedna firma jest wystarczająco profesjonalna — dokończył Jelito. — Przetarg jest otwarty. Każdy może złożyć ofertę. Jeśli ktoś nie spełnia wymagań, to jego problem, nie nasz.

Kowalczyk chciał coś powiedzieć, ale „niezależny ekspert”, emerytowany leśnik Tadeusz Buk, poklepał go po ramieniu.

— Młody człowieku — powiedział łagodnie — ja pracuję w leśnictwie od czterdziestu lat. I powiem panu jedno: te wymagania są standardem w branży. W Niemczech, w Szwecji, w Finlandii. My po prostu dorównujemy do europejskich norm.

To było kłamstwo, ale zabrzmiało przekonująco. Kowalczyk się wycofał.

Jelito spojrzał na Gabriela.

— Panie leśniczy Sojecki, jako przedstawiciel nadleśnictwa Szamotuły proszę o poświadczenie specyfikacji. Czy wszystkie wymagania techniczne są zgodne z planem urządzenia lasu i możliwościami logistycznymi nadleśnictwa?

Gabriel wziął dokument. Ręka mu drżała. Wiedział, że jeśli podpisze, stanie się formalnym współsprawcą przestępstwa. Nadużycia władzy. Narażenia Skarbu Państwa na stratę. Przekroczenia uprawnień.

„Mogę odmówić” — pomyślał. „Mogę powiedzieć nie. Wstać i wyjść”.

Ale co potem? Co zrobi Jelito? Co zrobi Włochaty? Co zrobi Drab?

Pomyślał o Madeju. O Teresie Wątrobiance. O wszystkich, którzy próbowali się przeciwstawić.

Wziął długopis i podpisał.

— Dziękuję — powiedział Jelito. — Przetarg zostanie ogłoszony jutro. Termin składania ofert: dwa tygodnie. Rozstrzygnięcie na koniec miesiąca.

Wszyscy wstali. Uścisnęli sobie dłonie. Wymienili uprzejmości. Kowalczyk wyszedł pierwszy, wyraźnie niezadowolony. Gabriel wyszedł ostatni.

W korytarzu dogonił go Jelito.

— Dobrze się spisałeś — powiedział dyrektor. — Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć.

Gabriel nie odpowiedział. Czuł się brudny. Czuł, jakby zdradził wszystko, w co kiedyś wierzył.

— Za dwa tygodnie — ciągnął Jelito — kiedy Tokarski wygra, dostaniesz swoją część. Sto tysięcy. Gotówką. Będziesz mógł spłacić kredyt, kupić nowy samochód, zabrać żonę na wakacje.

— Nie chcę tych pieniędzy — wyszeptał Gabriel.

— Wszyscy chcą pieniędzy — odparł Jelito. — Tylko hipokryci udają, że nie.

Gabriel wyszedł z budynku. Na zewnątrz padał deszcz. Zimny, jesienny, niemiłosierny. Stanął pod drzewem i pozwolił, żeby krople obmywały mu twarz.

„Jestem zgubiony” — pomyślał. „Całkowicie zgubiony”.

Nie wiedział jeszcze, że gorzej będzie.

VI

Tydzień później, w nocy, w małym tartaku na obrzeżach Poznania wydarzyło się coś dziwnego. Właściciel tartaku, czterdziestoośmioletni Damian Czapla, miał złożyć ofertę w przetargu na Szamotuły. Jego firma była mała, ale solidna. Czapla pracował uczciwie, płacił podatki, zatrudniał lokalnych ludzi. Nie miał trzech tartaków jak Tokarski, ale miał jeden — dobry, nowoczesny, z certyfikatami FSC i PEFC.

Czapla spędził tydzień przygotowując ofertę. Był pewien, że ma szansę. Jego cena była konkurencyjna, warunki realne, doświadczenie udokumentowane.

O trzeciej nad ranem obudził go telefon od straży pożarnej.

— Panie Czapla, pana tartak się pali.

Przyjechał na miejsce dziesięć minut później. Budynek płonął jak pochodnia. Płomienie sięgały nieba, dym był widoczny z odległości kilometrów. Strażacy walczyli z ogniem, ale było za późno. Do rana został tylko szkielet — zwęglone belki, rozgrzany metal, popiół.

Śledczy ustalili, że przyczyną pożaru było zwarcie instalacji elektrycznej. Wypadek. Nieszczęśliwy zbieg okoliczności.

Ale jeden strażak, który był na miejscu pierwszej interwencji, powiedział coś innego. Powiedział, że czuł benzynę. Że ogień zaczął się w trzech miejscach jednocześnie. Że to nie było zwarcie, tylko podpalenie.

Nikt go nie posłuchał. Oficjalny raport mówił: wypadek.

Czapla stracił wszystko. Tartak był ubezpieczony, ale ubezpieczenie pokryło tylko połowę strat. Firma zbankrutowała w trzy miesiące. Czapla zaczął pić. Rok później trafił do szpitala psychiatrycznego z depresją.

Nikt nie powiązał tego pożaru z przetargiem na Szamotuły. Nikt poza Teresą Wątrobianką, która przeczytała o pożarze w lokalnej gazecie i zaczęła łączyć fakty.

Zadzwoniła do ojca.

— Tato, to nie jest przypadek. Czapla chciał wziąć udział w przetargu. Jego oferta była dobra. I nagle traci tartak w pożarze. To nie jest przypadek.

— Masz dowody na podpalenie?

— Nie. Ale mam statystyki. Sprawdziłam. W ciągu ostatnich pięciu lat dziesięć firm, które chciały wziąć udział w przetargach LP, miało „wypadki”. Pożary, włamania, awarie sprzętu. Zawsze akurat przed złożeniem oferty. To nie może być przypadek.

Wątroba milczał. Wiedział, że córka ma rację. Ale wiedział też, że bez dowodów, bez świadków, bez fizycznych śladów przestępstwa to tylko teoria.

— Co chcesz zrobić? — zapytał.

— Chcę pojechać do Czapli. Porozmawiać z nim. Może coś wie. Może coś widział.

— Jedź — powiedział Wątroba. — Ale ostrożnie. I nie sama. Weź kogoś ze sobą.

— Kogo?

— Mnie.

I tak, następnego dnia, Lucjan Wątroba i Teresa Wątrobianka pojechali do Poznania, żeby spotkać się z człowiekiem, który stracił wszystko. I który może wiedział zbyt wiele.

VII

Wieczorem tego samego dnia, w kaplicy św. Huberta, ksiądz Mściłój Włochaty klęczał przed ołtarzem. Przed nim stała świeca, obok — butelka wina mszalnego i kielich.

— Kyrie eleison — szeptał. — Panie, zmiłuj się. Nad nami. Nad nimi. Nad wszystkimi, którzy błądzą.

Drzwi kaplicy otworzyły się. Wszedł Kazimierz Drab.

— Zrobione — powiedział.

— Czapla?

— Czapla nie będzie problemem. Pożar wyglądał naturalnie. Śledczy nie znaleźli nic podejrzanego.

— Dobrze — kiwnął Włochaty. — Sic transit gloria mundi. Tak przemija chwała świata. Pan Czapla będzie musiał zacząć od nowa. To lekcja pokory.

Drab usiadł w ławce. Nie modlił się. Po prostu siedział, czekając na kolejne polecenie.

— Jest jeszcze jedna sprawa — powiedział Włochaty. — Ta dziennikarka. Teresa Wątrobianka. Mimo ostrzeżenia dalej grzebie. Razem z ojcem. Byli dziś u Czapli.

— Chce ksiądz, żebym…

— Nie — przerwał szybko Włochaty. — Nie teraz. Wątroba jest policjantem. Jeśli coś się stanie jego córce, będzie szukał do końca życia. Pociągnie za sobą CBA, prokuraturę, media. To zbyt ryzykowne.

— To co?

Włochaty pomyślał.

— Obserwuj ich — powiedział. — Śledź. Zbieraj informacje. Dowiedz się, co wiedzą, z kim rozmawiają, komu przekazują materiały. A kiedy przyjdzie czas… znajdziemy sposób.

Drab kiwnął głową i wyszedł.

Włochaty został sam. Podszedł do ołtarza. Wziął kielich z winem. Uniósł do ust. Wypił jednym haustem.

— In vino veritas — mruknął. — W winie prawda. A prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy grzesznikami. Pytanie tylko, kto umie zarządzać swoimi grzechami.

Na zewnątrz kaplicy, w ciemności lasu, wiatr szumiał w koronach drzew. Ale tym razem nie brzmiało to jak ostrzeżenie.

Brzmiało jak wyrok.

ROZDZIAŁ 4: SKARB W ŚCIÓŁCE

I

Bieszczady w październiku były jak kobieta po pięćdziesiątce — wciąż piękne, ale z melancholią w oczach. Lasy płonęły czerwienią i złotem, mgły spływały po połoninach jak mleko, a powietrze było tak czyste, że bolały płuca. Gabriel Sojecki jechał służbową toyotą przez serpentyny prowadzące do nadleśnictwa Lutowiska i po raz pierwszy od tygodni czuł coś na kształt spokoju.

Tutaj, z dala od Jelita, od Doroty, od Włochatego, mógł oddychać. Tutaj las był prawdziwy, nie zdefiniowany przez protokoły, przetargi i przestępstwa. Ale spokój nie trwał długo.

Telefon zawibrował. Jelito.

— Gabriel, jesteś już w Lutowisku?

— Za pół godziny będę.

— Dobrze. Spotkaj się z nadleśniczym Kmitą. Macie małą robotę. Działka LM-233, drzewostan modrzewiowy, wiek sto dwadzieścia lat. Plan mówi: ochrona. Ale my mówimy: wycinka.

Gabriel poczuł, jak żołądek ściska mu się w węzeł. Znowu. Znowu to samo.

— Modrzew ma sto dwadzieścia lat — powiedział. — To cenny materiał. Powinien być chroniony.

— Właśnie dlatego ma cenę — odparł Jelito. — Modrzew ciesielski, klasa A1, metr sześcienny po dwanaście tysięcy. Mamy kupca — Lech Kiszka, szwagier Doroty. Zainteresowany trzydziestoma metrami. To jest trzysta sześćdziesiąt tysięcy złotych, Gabriel. Czystego zysku.

— Ale dokumentacja…

— Dokumentacja będzie. Dorota już przygotowuje korektę planu urządzenia lasu. Oficjalnie to trzebież sanitarna — kornik, susza, zagrożenie pożarowe. Standardowa procedura.

— W Bieszczadach nie ma suszy — powiedział Gabriel. — Było deszczowe lato.

— Miało być — poprawił go Jelito. — Według dokumentów miało być. Rozumiesz różnicę?

Gabriel rozumiał. Różnica była taka, że jedno było prawdą, drugie kłamstwem. I że on miał uczestniczyć w tym kłamstwie.

— Kmita wie? — zapytał.

— Kmita to nasz człowiek. Od dwudziestu lat. Nie będzie problemu. Tylko jedna rzecz — działka LM-233 to rejon, gdzie bywa dużo turystów. Szlak niebieski przechodzi sto metrów dalej. Trzeba to zrobić szybko i cicho. Najlepiej nocą.

— Nocna wycinka? — Gabriel nie wierzył własnym uszom. — To absurd. Nie można wycinać drzew w nocy. To niebezpieczne, nielegalne…

— Nielegalna jest cała ta operacja — przerwał mu Jelito. — Ale my nie mamy wyjścia. Kiszka czeka. Ma kontener gotowy do transportu. Za tydzień drewno ma być w Niemczech. Tam nikt nie pyta o pochodzenie.

Gabriel chciał powiedzieć „nie”. Chciał zatrzymać samochód, zawrócić, pojechać do domu, spakować walizki i wyjechać gdzieś daleko. Ale wiedział, że nie może. Bo był w pułapce. Bo każdy następny krok zaprowadzał go głębiej w bagno.

— Będę — powiedział cicho i rozłączył się.

Za oknem przemknął znak: „Nadleśnictwo Lutowiska 15 km”. Gabriel spojrzał w lusterko wsteczne. Zobaczył twarz mężczyzny, którego nie rozpoznawał. Zmęczonego, postarzałego, pijanego. „Kim ja się stałem?” — pomyślał. Ale nie znalazł odpowiedzi.

II

Nadleśniczy Teodor Kmita miał sześćdziesiąt trzy lata i wyglądał jak człowiek, który spędził życie w lesie — skóra jak kora dębu, ręce szorstkie, oczy małe i zmrużone od słońca. Przyjął Gabriela w swoim gabinecie, małym pokoiku pachnącym tytoniem i starym drewnem.

— Sojecki — powiedział, podając rękę. Uścisk był mocny, kości Gabriela zaskrzypiały. — Jelito dzwonił. Wiem, po co jesteś.

— Pan wie o… — zaczął Gabriel.

— Wiem wszystko — przerwał mu Kmita. — Pracuję w tym bagnie od dwudziestu lat. Widziałem, jak się zaczęło. Transformacja, prywatyzacja, nowe możliwości. Najpierw to były grosze. Kilka metrów drewna na boku, dla kolegi, dla rodziny. Potem dziesiątki metrów. Potem setki. Teraz? Teraz to jest przemysł.

Usiadł ciężko za biurkiem. Wyciągnął z szuflady butelkę śliwowicy — domowej, bez etykiety — i dwa kieliszki.

— Pijesz?

— Piję — przyznał Gabriel.

Kmita nalał. Wypili. Śliwowica paliła jak ogień, ale było w tym coś oczyszczającego.

— LM-233 — powiedział Kmita, rozkładając mapę na biurku. — Drzewostan modrzewiowy, powierzchnia dwa hektary, szacunkowa miąższość pięćset metrów sześciennych. Ale my weźmiemy tylko trzydzieści metrów. Najlepsze drzewa. Takie, które nikt nie zauważy, że zniknęły.

— Jak można nie zauważyć, że zniknęło trzydzieści metrów modrzewia? — zapytał Gabriel.

— A kto ma zauważyć? Turyści? Oni nie znają lasu. Widzą drzewa i myślą, że wszystkie są takie same. Ekolodzy? Oni patrzą na mapy satelitarne, ale na satelicie nie widać pojedynczych drzew. Strażnicy? Strażnicy są nasi. A jeśli ktoś obcy coś zauważy, to powiemy, że to działanie profilaktyczne. Usunięcie drzew zagrożonych wywróceniem. Standardowa praktyka.

Gabriel słuchał tego i czuł mdłości. Kmita mówił o przestępstwie jak o normalnej pracy. Jak o czynnościach technicznych, bez emocji, bez wyrzutów sumienia.

— Kiedy? — zapytał.

— Dziś w nocy. Ekipa będzie o drugiej. Trzech drwali, forwarder, ładowarka. O piątej rano drewno będzie już na składnicy Kiszki, a my będziemy mieć czyste ręce.

— Czyste ręce — powtórzył gorzko Gabriel. — Jak można mieć czyste ręce przy kradzieży?

Kmita spojrzał na niego ostro.

— Kradzieży? Chłopcze, my nie kradniemy. My zarządzamy zasobami. Las należy do państwa, a my jesteśmy państwem. To jest różnica.

— To jest sofizmat — odparł Gabriel.

— To jest filozofia przetrwania — odparł Kmita. — Wiesz ile zarabiam? Cztery tysiące brutto. Z tego utrzymuję żonę, chorego syna, płacę alimenty byłej. To nie wystarcza. Więc biorę co mogę. Jak wszyscy.

— Nie wszyscy — powiedział cicho Gabriel.

— Wszyscy, którzy mają odwagę — poprawił go Kmita. — Reszta to hipokryci albo głupcy.

Wstał. Podszedł do okna. Za szybą widać było las — nieskończony, ciemny, tajemniczy.

— Zobacz — powiedział — to wszystko jest nasze. Miliony hektarów. I to wszystko jest skarbem. Drzewa to pieniądze. Każdy pień to tysiące złotych. A my mamy dostęp. Gdybyś miał klucze do banku, nie wziąłbyś trochę dla siebie?

— To nie to samo.

— To dokładnie to samo.

Gabriel wiedział, że dalsze dyskutowanie nie ma sensu. Kmita był przekonany do swojej racji. Albo udawał przekonany, żeby łatwiej było żyć.

— O której mam być? — zapytał.

— O pierwszej trzydzieści. Tu, przed nadleśnictwem. Pojedziemy na miejsce. Nadzorujemy operację. I Gabriel… weź latarkę. W nocy w lesie jest ciemno jak w dupie.

III

Teresa Wątrobianka siedziała w swoim wynajętym mieszkaniu w Krakowie i przeglądała dokumenty zdobyte od informatora w Dyrekcji. Informator — młody mężczyzna o nazwisku Kowalczyk, który pracował w dziale zamówień — był przerażony. Podczas ich pierwszego spotkania w kawiarni na Kazimierzu drżały mu ręce, kiedy przekazywał jej teczkę z materiałami.

— Jeśli się dowiedzą, że to ja… — powiedział.

— Nie dowiedzą się — zapewniła Teresa. — Jesteś chroniony jako źródło dziennikarskie. Nikt nie może zmusić mnie do ujawnienia twojego nazwiska.

— Chyba że dostanę nakaz sądowy — odparł Kowalczyk. — A oni mają kontakty. Sędziowie, prokuratorzy… wszyscy są w tym po uszy.

Teresa otworzyła teczkę. W środku znajdowały się wydruki e-maili, skanem dokumentów finansowych, zdjęcia protokołów. Wszystko wskazywało na jedną rzecz: systematyczne zaniżanie wartości drewna sprzedawanego przez Lasy Państwowe.

Jeden dokument szczególnie przykuł jej uwagę. Protokół szacowania wartości drewna modrzewiowego z nadleśnictwa Lutowiska. Według protokołu, metr sześcienny modrzewia klasy A1 został wyceniony na pięć tysięcy złotych. Ale Teresa sprawdziła ceny rynkowe — w rzeczywistości taki modrzew kosztował dwanaście, czasem piętnaście tysięcy za metr.

Różnica siedem tysięcy złotych na metr. Jeśli sprzedaż dotyczyła trzydziestu metrów, to państwo traciło dwieście dziesięć tysięcy złotych. A kupujący — Lech Kiszka Transport — płacił zaniżoną cenę i odsprzedawał drewno za pełną wartość. Zysk czysty.

Teresa zadzwoniła do ojca.

— Tato, mam coś. Duża sprawa. Nadleśnictwo Lutowiska, modrzew, zaniżona wycena. To jest klasyczne narażenie Skarbu Państwa na stratę.

— Masz dokumenty?

— Mam. I świadka. Kowalczyka z Dyrekcji.

— Czy on jest gotów zeznawać?

Teresa zawahała się. Kowalczyk wyraźnie powiedział, że nie chce się ujawniać. Że przekazuje materiały, ale nie wystąpi publicznie.

— Nie jest — przyznała. — Ale dokumenty są wystarczające. Można złożyć zawiadomienie o przestępstwie do prokuratury.

— Bez świadka prokuratura umorzy sprawę — powiedział Wątroba. — Powiedzą, że to błąd w dokumentacji, pomyłka, nieumyślność. Potrzebujesz kogoś, kto powie: „Ja to widziałem. Ja w tym uczestniczyłem”.

— To co mam zrobić?

— Jedź do Lutowiska. Znajdź kogoś tam. Drwala, strażnika, urzędnika. Kogoś, kto ma dość. Kto zechce mówić.

— A jeśli nie znajdę?

— Znajdziesz — powiedział Wątroba. — Zawsze jest ktoś, kto ma dość. Pytanie tylko, czy będzie miał odwagę.

Teresa się rozłączyła. Spojrzała na mapę Polski na ścianie. Lutowisko było daleko — sześćset kilometrów od Krakowa. Ale to była jej robota. Jechała.

Spakowała torbę, zabrała laptop, dyktafon, aparat. I jeszcze jedną rzecz — gaz pieprzowy, który dostała od ojca po incydencie z Drabem. „Tylko na wszelki wypadek” — powiedział Wątroba. „Mam nadzieję, że nie będziesz musiała go użyć”.

Teresa też miała taką nadzieję.

IV

O pierwszej trzydzieści w nocy Gabriel Sojecki stanął przed budynkiem nadleśnictwa Lutowiska. Była cisza, ciemność i zimno. Temperatura spadła poniżej zera, ziemia była twarda, oddech zamieniał się w parę.

Kmita czekał już, oparty o swojego land rovera, paląc papierosa.

— Punktualnie — powiedział. — Dobrze. Ekipa już jest na miejscu. Jedziemy.

Pojechali drogą leśną, bez świateł, tylko na światłach parkingowych. Droga była wyboista, samochód podskakiwał. Po dwudziestu minutach dotarli do działki LM-233.

W świetle reflektorów Gabriel zobaczył scenę jak z innego świata. Trzech mężczyzn w kombinezonach roboczych, piły Stihl, forwarder — ciężka maszyna do transportu drewna — i już ścięte drzewa leżące na ziemi. Modrzewie, potężne, dwustuletnie. Martwe.

— Jesteście szybcy — powiedział Kmita do jednego z drwali, mężczyzny o nazwisku Baran.

— Zaczęliśmy o północy — odparł Baran. — Mamy już dwadzieścia metrów. Jeszcze dziesięć i kończymy.

— Dobrze. Ładujcie na forwarder. Kiszka czeka na składnicy.

Gabriel podszedł do jednego ze ściętych pni. Położył dłoń na świeżym drewnie. Było wilgotne, ciepłe jeszcze od życia. Policzył słoje — sto czterdzieści osiem. To drzewo rosło od czasów Napoleona. Przetrwało powstania, wojny światowe, komunizm. I zginęło tej nocy, dla pieniędzy.

— Piękny materiał — powiedział Baran, stając obok Gabriela. — Taki modrzew to skarb. Z tego można zrobić belki na sto lat. Albo meble. Albo trumnę dla króla.

— Albo przestępstwo — mruknął Gabriel.

Baran spojrzał na niego.

— Co powiedziałeś?

— Nic. Mówiłem do siebie.

Baran zapalił papierosa. Miał około czterdziestu lat, twarz pomarszczoną, dłonie poryte bliznami. Wyglądał na człowieka, który pracował ciężko całe życie i nie miał zbyt wiele do stracenia.

— Słuchaj — powiedział cicho — ja wiem, że to jest nielegalne. Nie jestem głupi. Ale co mam robić? Mam troje dzieci, żonę, kredyt. Kmita płaci mi pięć stów za nocną robotę. To jest dla mnie tydzień pracy. Nie mogę odmówić.

— Rozumiem — odparł Gabriel. I naprawdę rozumiał. Baran nie był przestępcą. Był ofiarą systemu, który zmuszał ludzi do wyboru między uczciwością a przetrwaniem.

— A ty? — zapytał Baran. — Czemu ty to robisz? Jesteś leśniczym. Masz dobrą pensję, stabilizację. Po co ci to?

Gabriel nie wiedział, co odpowiedzieć. Po co mu to było? Dla pieniędzy? Dla Doroty? Dla Jelita? A może po prostu dlatego, że nie miał odwagi powiedzieć „nie”?

— Nie wiem — przyznał szczerze.

Baran kiwnął głową, jakby to była wystarczająca odpowiedź.

W tym momencie rozległ się trzask. Jeden z drwali krzyknął. Gabriel odwrócił się i zobaczył, jak wielkie drzewo — modrzew, który właśnie było podcinane — zaczyna się przechylać. Nie w tę stronę, w którą powinno. W stronę forwardera.

— Uwaga! — wrzasnął Kmita.

Operator forwardera wyskoczył z kabiny w ostatniej chwili. Drzewo runęło z hukiem, przygniataając przednią część maszyny. Metal zgniótł się jak papier, szyby eksplodowały.

Cisza. Potem przekleństwa.

— Kurwa! — krzyczał drwal, który podcinał drzewo. — Przecież sprawdzałem! Wiatr zmienił kierunek!

Kmita podszedł do zniszczonego forwardera. Maszyna była totalnie rozbita. Niezdatna do użytku.

— I co teraz? — zapytał Baran.

— Teraz mamy problem — powiedział Kmita. — Drewno leży, forwarder rozbity. Nie możemy go stąd wywieźć. A jak świt, turyści zaczną chodzić szlakiem. Zobaczą wycinkę, zobaczą maszynę. To będzie wyciek.

— Co robimy? — zapytał Gabriel.

Kmita myślał. Jego twarz była napięta, szczęka zaciśnięta.

— Zostawiamy — powiedział w końcu. — Drewno zostawiamy. Forwarder też. Jutro rano zgłaszamy, że to była legalna trzebież sanitarna. Drzewo wywróciło się, uszkodziło maszynę. Wypadek.

— Ale drewno — zaczął Baran. — To jest trzydzieści metrów…

— Drewno zostaje! — warknął Kmita. — Zabierzemy je później, jak się uspokoi. Teraz wychodzimy. Natychmiast.

Drwale zabrali piły, narzędzia. W dziesięć minut zniknęli w ciemności. Gabriel i Kmita zostali sami.

— To jest katastrofa — powiedział Gabriel.

— To jest komplikacja — poprawił go Kmita. — Ale poradzimy sobie. Zawsze sobie radzimy.

Ale gdy jechali z powrotem do nadleśnictwa, Gabriel czuł, że coś się zmieniło. Że ta noc była punktem zwrotnym. Że od tej pory wszystko będzie się sypać.

Nie wiedział jeszcze, jak bardzo miał rację.

V

Rano, o ósmej, Teresa Wątrobianka dotarła do Lutowiska. Zatrzymała się w małym pensjonacie prowadzonym przez miejscową rodzinę i poszła na spacer, żeby rozpoznać teren.

Lutowisko było małą miejscowością — kilkaset osób, głównie leśnicy, ich rodziny, turyści. Wszyscy się znali, wszyscy o wszystkim wiedzieli. Teresa zdawała sobie sprawę, że jako obca będzie obserwowana.

Poszła szlakiem niebieskim, który prowadził w góry. Las był przepiękny — kolory jesieni, zapach igliwia, cisza. Szła godzinę, może dwie. I nagle zobaczyła.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 79.37