E-book
11.03
drukowana A5
40.76
Lepsze buty

Bezpłatny fragment - Lepsze buty


Objętość:
177 str.
ISBN:
978-83-8455-937-6
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 40.76

Mojej żonie,

bez której to wszystko nigdy nie ujrzałoby światła dziennego.


Świat serii ma swoją encyklopedię: wiki.jdurbanbooks.com

Rozdział 1 — Próba ognia

Najpierw był chłód, potem ogień, i Bren zawsze wolał ogień.

Wstawał, póki osada spała, póki ciemność za progiem nie zdecydowała jeszcze, czy chce być nocą, czy rankiem. Rozgrzebywał wczorajszy żar spod popiołu, dokładał węgla po garści i dmuchał, aż spod szarości wyjrzało pomarańczowe oko i rosło. O tej porze świat kurczył mu się do trzech rzeczy — węgla, żelaza i własnych rąk — i nikt niczego od niego nie chciał. Nikt nie czekał, aż się odezwie. Za to kochał to bicie najbardziej.

Gdzieś za ścianą szczeknął raz pies i zaraz umilkł, jakby zawstydzony, że odezwał się pierwszy. Z daleka ktoś rąbał drewno, miarowo, jeszcze sennie. Poza tym była tylko praca i jej własne dźwięki: oddech miecha, sapnięcie żaru, własny oddech Brena, który po zimach zrównał się z tamtymi dwoma tak, że nie umiałby ich już od siebie oddzielić. W kuźni było ciepło od przodu i ostro zimno od progu, a Bren lubił stać akurat na tej granicy.

Pociągnął za sznur miecha. Węgiel odetchnął, poczerwieniał, i Bren przyglądał się, jak żar dochodzi do barwy, na którą czekał — jeszcze nie pomarańczowej, jeszcze nie białej, tej ze środka. Doss nazywał ją „dobrą”, i to było jedyne słowo, jakie do niej miał, ale Brenowi w głowie układała się zawsze inaczej: jako prawie. Prawie gotowa. Koloru nie dało się pośpieszyć; trzeba go było doczekać, tak jak się czeka, aż mleko zacznie chodzić pod pianą, ani chwili wcześniej.

Wyjął sztabę kleszczami, położył na kowadle i uderzył. Pierwsze uderzenie zawsze brzmiało wysoko i czysto, jakby żelazo się zdziwiło; potem szła już sama robota — obrót, raz, obrót, raz, snop iskier strzelający w ciemność i gasnący, nim doleciał do klepiska. Robił hak do studziennego łańcucha. Rzecz prosta; ale Doss nie znosił rzeczy robionych byle jak, choćby i najprostszych, i to akurat Bren wziął sobie do serca głębiej niż całą resztę nauki. Hak trzyma wiadro, wiadro trzyma wodę. Robił go więc tak, żeby się potem nie wstydzić — i tyle na razie chciał od życia.

Zginał rozżarzony koniec na rogu kowadła, raz, drugi, aż zawinął się w równe oko — to była jego ulubiona część, bo żelazo pod młotkiem przestawało być sztabą, a zaczynało być rzeczą, która do czegoś służy. Pot wystąpił mu na karku mimo chłodu od progu; otarł go ramieniem, nie odkładając kleszczy. Z drugiego końca rozkuł hak i wygładził go, obracając w palcach, póki nie przestał czuć pod opuszką żadnej szorstkości.

Hartował koniec, gdy światło za drzwiami zrobiło się o ton jaśniejsze, i wiedział, że to już ranek, choć słońca jeszcze nie było.

— Teraz — powiedział, do nikogo, i zanurzył żelazo w korycie. Woda syknęła i buchnęła parą, która pachniała rdzą i mokrym kamieniem.

Doss wszedł, kiedy Bren wycierał hak ze zgorzeliny. Nie odezwał się od progu — stał chwilę, jak co rano, i patrzył, jakby liczył, czy wszystko jest tam, gdzie zostawił. Ciągnęło od niego chłodem i wczorajszym tytoniem. Zanim domknął drzwi, obejrzał się jeszcze na biały od szronu świat za progiem. — Ładnie ściął tej nocy — mruknął, bardziej do mrozu niż do Brena. — Szkoda tylko, że od ładnego nikomu nie cieplej.

— Za płytko grzejesz — rzucił wreszcie.

— Grzeję tyle, ile trzeba.

— Tyle, ile się boisz, że przepalisz. — Doss podszedł do kowadła i sięgnął po hak. I wtedy Bren zobaczył to, co od kilku kwadr udawał, że go nie obchodzi: rękę mistrza. Drżała. Niewiele — tyle, co woda w wiadrze, gdy ktoś przejdzie ciężko obok — ale drżała, i Bren poczuł to drżenie gdzieś pod własnym mostkiem, jak zimno. Nie powiedział nic, tylko pociągnął znów za miech, choć ogień niczego od niego nie chciał.

Doss obrócił hak w palcach, postukał weń paznokciem, posłuchał.

— Ujdzie. — Odłożył go, a potem, zamiast odejść do swoich spraw, sięgnął w kąt po starą sztabę, krzywą, odłożoną do przetopu, i podsunął ją Brenowi. — Stuknij. Tu. I tu.

Bren stuknął młotkiem, raz przy końcu, raz w środku. Dźwięk był prawie ten sam.

— I co?

— W środku głuchszy.

— Bo pęknięta. W środku, pod skórą. — Doss zabrał sztabę. — Okiem byś tego nie znalazł, choćbyś patrzył do wieczora. Tylko uchem i ręką. Zgrzej taką, walnij z rozmachu, i pęknie ci w robocie, akurat kiedy nie trzeba.

Cisnął ją z powrotem w kąt, gdzie zadźwięczała o inne odrzuty.

— Zapamiętasz?

— Zapamiętam.

— To dobrze.

Sięgnął po młotek, jakby chciał pokazać coś jeszcze — jak trzymać rękę nisko, żeby uderzenie szło z barku, nie z nadgarstka — ale palce nie ułożyły się na stylisku tak jak dawniej, i odłożył go, niby się rozmyślił.

— Sam wiesz — burknął.

Bren wziął młotek z miejsca, gdzie mistrz go zostawił, i stuknął raz, nisko, z barku, jak trzeba. Doss patrzył i nie poprawił.

Na ławie przy ścianie leżały okucia do okiennic — trzy pary zawiasów i skobli, które Bren wykuł dzień wcześniej dla Wenny, bo stare puściły na wiosnę i Wenna od tamtej pory groziła nimi co kwadrę. Doss obejrzał je po kolei, podniósł jeden zawias do światła, sprawdził, czy chodzi gładko.

— Wenna ci za nie nie zapłaci więcej, niż musi — mruknął.

— Wiem.

— Ale narobi gadania po całej osadzie, że nie ma lepszego kowala niż jej. — Poprawił się, niby to z niechęcią: — Mojego. — I coś, co u niego mogło ujść za uśmiech, ruszyło mu kąt ust i zaraz znikło. Odłożył zawias przy innych, co do palca tak samo, jak leżał.

Usiadł ciężko na zydlu przy palenisku i wyciągnął ku ogniowi obie ręce, tak naturalnie, że ktoś niewtajemniczony nie zauważyłby, że grzeje je dłużej, niż grzał zimę temu. Bren zauważył.

Od kilku kwadr robił też bez słowa drobne rzeczy, których zimę temu mistrz by nie zniósł: nosił cięższe sztaby pierwszy, podsuwał zydel bliżej ognia, zostawiał Dossowi najprostszą robotę, żeby tamten miał co robić rękami. Robił to tak, żeby nie wyglądało na opiekę.

Nalał z kociołka wrzątku na garść suszonego podbiału i postawił kubek przy zydlu — niby mimochodem, niby tak go odstawił, że gdyby Doss nie chciał, toby nie musiał. Doss wziął. Mruknął coś, co brzmiało jak skarga — że za gorące, że Bren go kiedyś oparzy, że za jego czasów uczeń nie poił mistrza ziółkami jak sąsiadkę. Ale pił, i grzał palce o gliniany bok kubka, i przez chwilę żaden z nich nie musiał nic mówić.

Ogień przygasał; Bren dorzucił węgla, choć nie trzeba było, i żar znów podszedł pomarańczowo. Mróz dobierał się do kuźni od progu, ale przy palenisku było jak zawsze — ciepło, swojsko, z zapachem węgla i starego żelaza. Bren odłamał połowę wczorajszej kromki, a drugą położył mistrzowi przy kubku; Doss sięgnął po nią, nie odrywając oczu od żaru.

— Na jarmark dostaniesz znak — powiedział Doss w żar, nie patrząc na niego. — Czeladniczy.

Bren nie podniósł głowy. Postukał młotkiem w nic na kowadle, dla samego stukania.

— Jeśli będę gotów.

— To się okaże w robocie. — Doss otarł wąsy wierzchem dłoni.

Przez chwilę patrzył w ogień i milczał. Potem chrząknął i wrócił do spraw zwykłych: — Idź no zjedz coś, a po południu zanieś okucia Wennie, bo mi co kwadrę grozi tą okiennicą jak komornik. I weź siostrze chleba, bo znowu nie jadła.

Dom stał trzy zaułki dalej i pachniał inaczej niż reszta jego dni — dymem z drewna, suszonymi jabłkami i tą wilgocią, która wchodziła w ściany na jesieni i siedziała w nich aż do wiosny. Bren odgarnął zasłonę w progu i ciepło izby owinęło mu twarz. Pod powałą wisiały sznury jabłek i pęczki suszonych ziół; w kącie stał worek grochu na zimę i drugi, do połowy pełen suszu. Izba szykowała się na chłód po trochu, garść po garści, tak jak co jesień, odkąd zostali we dwoje.

Sela siedziała przy stole z nożem i koszem jabłek, krojąc je w cienkie półksiężyce na sznurek pod powałą. Pół kosza było zrobione. Drugie pół — zjedzone; poznał to po jej minie i po tym, że kosz stał podejrzanie lekko.

— Mistrz mówi, że nie jadłaś — powiedział, kładąc na stole chleb i kawałek słoniny.

— Mistrz mnie nie zna. — Sela nie podniosła wzroku. — Jadłam. Jabłka.

— Jabłka to nie jedzenie.

— Wszystko jest jedzeniem, jak się chce jeść.

Zanim usiadł, poprawił skobel u okiennicy, który obluzował się od wiatru — wcisnął głębiej, dobił obuchem noża, sprawdził, czy trzyma. Sela nie podniosła nawet głowy; w tym domu naprawiało się rzeczy po cichu, jedno za drugim.

Usiadł naprzeciw, wziął drugi nóż i jabłko, i kroił obok niej, bo tak się u nich robiło od pięciu zim: dwoje ludzi, jeden stół, ręce, które nauczyły się tego samego ruchu, żeby nie trzeba było gadać, jak się nie chciało. Skórka schodziła Seli jedną długą wstęgą, nieprzerwaną; jemu rwała się zawsze, choćby najmocniej uważał — i Sela śmiała się z tego, ilekroć miała okazję, a okazję robiła sobie sama.

Sznury jabłek pod powałą kołysały się leciutko w cieple znad pieca; te z brzegu, już dosuszone, marszczyły się i pachniały najmocniej. Co zimę to samo: kroić, nawlekać, czekać, aż przez całą zimę izba będzie pachniała latem, którego już nie ma. Bren lubił tę robotę bardziej, niż się przyznawał — trochę jak kucie, tyle że na słodko, i nie trzeba było przy niej nic mówić.

Sela kroiła i opowiadała — o wszystkim i o niczym, jak co rano: że u Grety kot się okocił, że woda w studni stoi już niżej, że sąsiadom uciekła gęś aż pod las i wróciła sama, obrażona. Bren słuchał jednym uchem, wtrącał „mhm” w mniej więcej właściwych miejscach, a Sela i tak wiedziała, że nie słucha, i mówiła dalej.

Przy tym stole bywało kiedyś czworo. Bren coraz słabiej pamiętał tamte twarze — rozmywały mu się z zimy na zimę, aż zostawał z nich sam kształt bez rysów. Zaraza zabrała ich w jedno lato, jego i pół ulicy; przyszła, wzięła, kogo chciała, i poszła dalej, jakby się gdzieś spieszyła. Sela miała wtedy osiem zim i nie chciała o tym mówić, a Bren nie umiał, więc nie mówili oboje, i jakoś ich to zrosło — krzywo, ale mocno.

— Doss mówił o znaku? — spytała Sela, niby to do jabłka, ale nóż jej przystanął. — Na ten jarmark?

Bren skinął głową, raz.

— I dasz radę?

— Doss mówi, że dam.

— Doss to nie ja. Ja pytam ciebie.

— Dam radę — powiedział, i sam się zdziwił, że wyszło bez „chyba”.

— To jak dostaniesz znak, będziesz mógł sam sprzedawać na jarmarku. Swoje rzeczy, za swoje. — Sela była już myślami gdzie indziej; nawlekała jabłko za jabłkiem i rachowała coś pod nosem. — Przyjedzie ten miodnik z Rudej, ten z zeszłej zimy, z makowcami. Zostawisz mi łuskę?

— Zostawię.

— Dwa.

— Jeden. I tak zjesz cudze.

Roześmiała się krótko i odkroiła sobie jeszcze plaster, jakby na dowód, że owszem, zje.

— Słyszałeś o magu? — spytała po chwili, znów poważniejąc. Oczy jej rozbłysły, jak zawsze, kiedy miała coś, czego on jeszcze nie miał.

— Słyszałem, że ludzie gadają.

— Umarł jakiś Wieczny. Tu, niedaleko nas. — Powiedziała to z powagą, jaką dzieci wkładają w rzeczy dla nich za duże, i czekała, aż się przejmie.

Bren odkroił równy plaster jabłka i podał jej, żeby miała czym zająć usta.

— To ludzie będą mieli o czym gadać do wiosny. — Wzruszył ramionami. — A i tak prędzej da nam popalić mróz niż jakiś mag, którego nikt z nas na oczy nie widział.

Sela zrobiła minę, która wyraźnie mówiła, co sądzi o mrozie jako temacie przy umarłym Wiecznym, ale plaster wzięła i schrupała.

— Wit o ciebie pytał — dodała po chwili, niby to do jabłka. — Wczoraj, u Wenny. I Tola, i Reda tam były. Mówią, że się nie pokazujesz, odkąd mistrz słabuje.

— Wit przesiaduje u Wenny, zamiast robić — mruknął Bren, prędzej, niż chciał.

— Wit pyta, bo mu zależy. — Sela spojrzała na niego z ukosa. — Mógłbyś czasem usiąść z ludźmi. Nie tylko z żelazem.

— Mam robotę.

— Zawsze masz robotę.

Powiedziała to miękko, bez cienia przygany — bo miała rację. Bren wziął kolejne jabłko i nic nie odpowiedział. Skórka urwała mu się od razu, ledwie zaczął ją zdejmować.

— Zaniosę okucia Wennie po południu — powiedział w końcu, jakby to było ustępstwo, i poniekąd było. — Może zajrzę.

— Zajrzyj. — Sela udała, że jej to obojętne, i wróciła do krojenia o jedno jabłko za szybko.

Wstał, otrzepał z kolan okruchy skórek. Sela wcisnęła mu do kieszeni dwa najlepiej dosuszone jabłka, nie pytając, czy chce.

— Wrócę przed zmrokiem. Nigdzie nie chodź sama nad rzekę.

— Nigdzie nie idę — odparła tonem osoby, która już wie, dokąd pójdzie. Bren udał, że tego nie usłyszał, i wyszedł w ranek. Świat zdążył się rozjaśnić i pobielić od szronu; każde źdźbło na miedzy stało sztywno, jakby je ktoś wykuł na zimno, i Bren przyznał w duchu, że Doss miał rację — mróz był ładny. Postał chwilę na progu, patrząc, jak osada się rozkręca: dym kładł się nisko nad strzechami, ktoś wołał krowę po imieniu, a od brodu niósł się stłumiony, zbity gwar, którego o tej porze dnia być tam nie powinno, ani o tej porze roku. Bren zostawił ten ostatni dźwięk za sobą, jak się zostawia uchylone drzwi, których nie chce się ani domknąć, ani otworzyć szerzej, i ruszył z powrotem do kuźni. Dzień miał się dopiero zacząć na dobre; okucia dla Wenny mogły poczekać do południa.

Breń

Rozdział 2 — Beczki

Doss kazał odnieść obręcz bednarzowi jeszcze przed jarmarkiem, bo bednarz zamówił ją na dużą kadź, a duża kadź czeka na obręcz tak, jak nic innego w warsztacie czekać nie umie — rozeschnięta, rozłażąca się w klepkach, niegotowa. Bren wziął ją na ramię, ciepłą jeszcze od ostatniego prostowania, i poszedł na drugi koniec osady, gdzie pod okapem szopy stało więcej drewna w jednym miejscu niż gdziekolwiek w Ostrowinie: klepki dębowe ustawione w wachlarze do schnięcia, kręgi obręczy, stosy wiórów po kostki, i ten zapach, którego Bren nie umiał nie lubić — świeżo ciętego dębu, żywicy, i pod spodem czegoś gorzkawego, jakby samo drewno pamiętało, że było kiedyś drzewem.

Bednarz hoblował klepkę, przyciskając ją kolanem do kobylicy, i nie podniósł od razu głowy. Dopiero gdy strug doszedł do końca i wiór spadł skręcony na kupę innych, bednarz wyprostował się, otarł czoło wierzchem dłoni i spojrzał na obręcz na ramieniu Brena, nie na samego Brena.

— Dossowa robota — powiedział, i nie było to pytanie; poznawał ją jak po piśmie. — Połóż przy kadzi. — A potem, jakby się dopiero przypomniał, że za obręczą stoi człowiek: — Siadaj, chłopcze. Napijesz się czego ciepłego. Mróz idzie, a ja jeszcze tej kadzi nie domknę, bo mi się klepka jedna paczy i paczy, choć ją moczę trzeci dzień.

Bren postawił obręcz przy wskazanej kadzi i usiadł na przewróconym cebrze, bo odmówić by było nieuprzejmie, a poza tym w szopie było ciepło od ciał i roboty, a w kuźni czekał tylko stygnący Doss i Sela, której wełny myśli Bren nie umiał jeszcze tego dnia udźwignąć. Bednarz nalał mu z garnka czegoś, co pachniało jabłkiem i goździkiem, i wrócił do swojej klepki.

— Zima będzie ostra — rzucił, nie odrywając się od roboty. — Czuć w drewnie. Dąb tej jesieni schnie prędzej niż zwykle; zawsze tak przed mrozem, co ściśnie. Klepka albo pęknie, albo nie. Tyle wiem. — Zdmuchnął wiór. — Twoja kadź będzie trzymać, czuję pod ręką. Powiedz Dossowi, że obręcz dobra. On tam jeszcze kuje sam czy już tylko patrzy?

— Już więcej patrzy, niż kuje — przyznał Bren.

— Tak to idzie. — Bednarz pokiwał głową, bez wesołości. — Ręce pierwsze siadają, potem oczy. Tak ze starym bywa. Dobry był rzemieślnik. Szkoda człowieka.

Bren nie odpowiedział. Siedzieli chwilę w milczeniu.

Maris była w głębi szopy. Bren zobaczył ją dopiero teraz — siedziała na stosie gotowych klepek, z dłońmi w wełnie, którą rozplątywała na motki, i robiła to tak, jak robiła wszystko: szybko, dokładnie, z tą jedną częścią uwagi, która zawsze zostawała jej wolna i wędrowała gdzie indziej. Bo na kolanach, wciśniętą między uda i motek, miała książkę. Otwartą. Czytała ją kątem oka między jednym splotem a drugim, w tych ułamkach, kiedy palce plotły dalej same — kradła sobie zdanie, dwa, i wracała do wełny, nim ktokolwiek zdążył zauważyć, że jej tu nie ma.

Bren zauważył. Ale Bren zauważał o niej rzeczy, których nie zauważał nikt, i nauczył się dawno tego nie pokazywać.

— Kowal przyszedł — powiedziała, nie podnosząc wzroku, tym swoim głosem, który zawsze wiedział o jedno więcej. — Z obręczą. Patrz, ojcze, świat się trzyma w kupie: Doss przysyła żelazo, na czas. Jakby nic się nie miało zmienić.

— A co się ma zmienić — mruknął bednarz, ale powiedział to w klepkę, nie do córki, i Bren usłyszał w tym to samo, co słyszał wczoraj na placu w śmiechu bednarza: człowieka, który bardzo chce, żeby się nic nie zmieniło, i wie, że już za późno.

Maris uniosła wreszcie oczy. Spojrzała na Brena znad książki, którą zaraz przykryła wełną, jakby przykrywała coś żywego.

— Nie powiesz nikomu, że czytam w robocie — rzuciła. — Bo ojciec dostanie nową zmartwę do swojej kolekcji, a ma już pełną.

— Komu miałbym mówić — odparł Bren. — I co. Że bednarzówna umie litery. Wielka zbrodnia.

— Dla niektórych większa, niż myślisz. — Wyjęła książkę spod wełny, jakby na przekór, i pokazała mu grzbiet, przełamany od otwierania w tych samych miejscach. — Ta jest jedyna, jaką mam. Czytałam ją tyle razy, że już nie wiem, czy ją czytam, czy sobie opowiadam z pamięci. Wuj jakiś zostawił, dawno, jak umarł — nikt inny jej nie chciał, bo „co baba zrobi z literami”. To ja wzięłam. — Pogłaskała grzbiet kciukiem, odruchem. — Ciotka miała mi przysłać inną. Siostra matki, za Wełną, w mieście — tam, mówią, jest cała ulica, gdzie papier sprzedają na łokcie, jak płótno. Obiecała list i książkę, jak będę większa. Większa już jestem, a książki nie ma. Może ciotka umarła. Może zapomniała. Może książki to nie taka rzecz, którą się komuś posyła w tę głuszę, gdzie i tak nikt nie ma czym ich czytać.

— To po co ją nosisz, jak ją znasz na pamięć — spytał Bren, bo naprawdę nie rozumiał, a kiedy czegoś nie rozumiał, wolał spytać niż udać.

Maris popatrzyła na niego dłużej, jakby ważyła, czy warto odpowiadać prawdą.

— Bo dopóki ją mam — powiedziała wreszcie, ciszej, żeby ojciec nie słyszał — to mam dokąd pójść. Wystarczy otworzyć. Tu, na klepkach, między wełną a kadzią, otwieram ją i już mnie nie ma w Ostrowinie. Jestem w mieście, którego nie widziałam, na ulicy, której nie ma, i nikt mnie tam nie wydaje za nikogo. — Wzruszyła ramieniem, schowała książkę z powrotem. — Głupie. Wiem. Ale tanie. Na tyle mnie stać.

Bednarz odłożył strug. Podszedł, otarł ręce o fartuch i stanął nad nimi, patrząc na córkę z tą jedną twarzą, której Bren mu na placu nie widział, bo na placu była mina dla ludzi, a tu była twarz dla domu — zmęczona, czuła i winna naraz.

— Dam ci na książkę — rzucił szorstko, jakby mu się to słowo wyrwało przed namysłem. — Jak się wszystko ułoży. Jak ten dług zejdzie. Będziesz miała książek, ile zechcesz, cały kufer, w tym kamiennym domu. Oren nie pożałuje, on porządny, on da.

— Cały kufer książek, których nie będę miała kiedy czytać, bo żona młynarza ma co innego do roboty. — Maris powiedziała to lekko, bez ostrza. — Dziękuję, ojcze. Naprawdę. Tylko wiesz, jak to jest: można komuś dać wszystkie książki świata i odebrać jedyne bicie, w którym by je czytał. I wtedy to nie jest dar. To jest kufer w kącie.

Bednarz nie odpowiedział. Wrócił do klepki, do tej jednej, co się paczyła trzeci dzień, i hoblował ją dalej, mocniej, niż trzeba, jak człowiek, który woli mieć w rękach drewno, co stawia opór, niż słowa, na które nie ma rady.

Maris odprowadziła go wzrokiem, potem spojrzała na własne nogi — na buty, te nowe, grube, ze świńskiej skóry, które wystawały spod spódnicy nie do pary z resztą jej znoszonego odzienia, bo były jedyną nową rzeczą, jaką miała.

— Wiesz, że zbierałam na nie zimę? — powiedziała, nie całkiem do Brena, bardziej do butów. — Każdą rybę u Redy. Zimę śliskich, zimnych ryb. A teraz mi mówią, że żonie młynarza buty niepotrzebne, bo żona młynarza nie chodzi. — Poruszyła stopą, jakby się upewniała, że buty wciąż tam są. — Dziwne, co dają za dług. Dają dom, ciepło, pełną misę. A zabierają nogi i oczy. Najpierw oczy — bo na czytanie nie będzie czasu — potem nogi, bo i dokąd by tu chodzić. Zostaje człowiekowi reszta: ręce do roboty i usta do mówienia „tak”. — Spojrzała wreszcie na niego, krzywo, z tym swoim półuśmiechem. — Nie patrz tak, kowalu. Nie skarżę się. Liczę tylko, co po czym idzie. Lubię wiedzieć, ile co kosztuje, nim zapłacę.

Bren dopił napar. Powinien był wstać, podziękować, pójść — robota czekała, Doss stygnął, dzień się nie wydłużał. Ale siedział jeszcze chwilę, bo coś go trzymało w tej ciepłej szopie pełnej dębu i niedopowiedzeń. W kuźni rzeczy albo się dawały naprawić, albo nie; tu, między beczkami, była trzecia możliwość, najgorsza: rzecz, którą się da naprawić, ale czyimś kosztem, i każdy w tej szopie wiedział czyim.

— Idź już, kowalu — powiedziała Maris, kiedy wstał. Wróciła do wełny, do motka, i książka znów leżała otwarta na jej kolanach, choć ojciec patrzył. — I dziękuję za obręcz. Przynajmniej coś się dziś trzyma, jak ma.

Wyszedł w mróz, ze smakiem jabłka i goździka w ustach i z czymś gorzkim pod spodem, co szło z nim do samej kuźni. Obejrzał się raz, już z drogi. Przez otwarte wrota szopy widać było bednarza pochylonego nad krnąbrną klepką i Maris na stosie drewna, małą w tym całym dębie, z głową odrobinę pochyloną nad czymś na kolanach — i Bren wiedział, choć z tej odległości nie mógł tego widzieć, że to coś to nie wełna.

Rozdział 3 — Targ i dług

Plac w Ostrowinie budził się późno i niechętnie, jak wszystko, co lubi ciepło. Bren przyszedł z koszem drobnicy od Dossa — okucia do wiader, garść haczyków, dwa noże do oprawiania ryb — i rozłożył to na desce przy słupie do koni, bo straganu Doss nie trzymał od wielu zim, a Bren nie zamierzał zaczynać. Pachniało wędzoną rybą, dymem z węgli, na których ktoś prażył kasztany, i mokrą wełną tylu ludzi naraz, że plac parował jak stado.

Szło ciszej niż zwykle. Targ to przecież krzyk: kto taniej, kto świeższe, kto komu został winien miarkę grochu od zeszłej zimy. Dziś ludzie mówili półgłosem i zerkali ku rzece, jakby osada nasłuchiwała czegoś, czego nikt nie chciał wypowiedzieć na głos. Bren zerknął raz w tamtą stronę i wrócił do swojej deski. Nie jego rzecz.

Stach, pastuch Tomka, przepędzał właśnie skrajem placu kilka owiec, które nie chciały iść, i tłumaczył im to spokojnie, po imieniu, jakby owce słuchały imion. Przy beczce z kapustą ktoś targował się zażarcie o rzecz, która i tak była tania. Pies przemknął z kością większą od siebie. Zwykły dzień — tylko ten półgłos pod spodem, jakby ktoś przykręcił w osadzie knot.

— Te do wiader biorę wszystkie — oznajmiła Greta. Z Gretą się nie targowało: ustalała, ile da, dawała tyle, i jeszcze człowiek był rad. Wcisnęła mu w dłoń zawiniątko, w którym coś pachniało miodem i tymiankiem. — A to mistrzowi na ten kaszel, którego niby nie ma. I dopilnuj, żeby to pił co wieczór, bo się zaprze i będzie charczał do wiosny.

— Powiem — odparł Bren, choć i to było łatwiejsze niż prawda.

Dwa stąpy dalej Reda oprawiała węgorze nad skrzynką i wiadrem słonej wody, ruchami tak szybkimi, że nóż znikał i wracał, nim oko zdążyło go dogonić. Nie wołała na kupujących jak inni.

— Doss żyje? — spytała, nie podnosząc wzroku znad ryby.

— Żyje.

— To dobrze. — Rzuciła mu przez deskę dwa węgorze zawinięte w łopuch. — Dla niego i dla małej. Nie próbuj płacić, bo cię oprawię jak tego tu. — I oprawiła tamtego jednym ruchem, a Bren schował rybę.

Onufry-druciarz przystanął przy desce, niby to obejrzeć haczyki, a naprawdę żeby pogadać, bo Onufry przystawał zawsze, żeby pogadać.

— Słyszałeś o bednarzównie? — Zniżył głos do szeptu, który niósł się dalej niż jego zwykła mowa. — Idzie za młynarza. Za Orena! Dług ojca, mówią. No bo jak inaczej — kto by tam szedł z własnej woli za chłopa, co pamięta jeszcze, jak ten młyn stawiali. — Pokręcił głową z lubością. — Choć dom ma z kamienia. Ja bym tam za kamienny dom… no, mnie to co innego, mnie nikt nie chce, ha.

— Haczyk bierzesz czy oglądasz? — spytał Bren.

— Oglądam. — Onufry odłożył haczyk i poszedł oglądać dalej, i opowiadać dalej, bo jedno i drugie szło mu równie sprawnie.

Bren sprzedał noże rybakowi. Jakaś gospodyni oglądała okucie pod światło, postukała w nie, powąchała nawet, jakby żelazo mogło być nieświeże, i targowała się o pół łuski tak długo, że w końcu dorzucił jej haczyk za darmo, byle poszła — z targowaniem nie było mu po drodze, nie tak jak Wennie, która taką babę trzymałaby do wieczora dla samej uciechy. Sprzedał resztę okuć i został mu już tylko jeden haczyk i pół poranka, kiedy po drugiej stronie placu, przy beczkach bednarza, zobaczył to, o czym gadał Onufry.

Oren rzadko schodził na plac. Miał młyn na nurcie i dom z kamienia za młynem, i to ludzie chodzili do niego, nie on do ludzi. A teraz stał przy warsztacie bednarza w dobrym, ciemnym kaftanie i nie oglądał beczek. Bednarz — ojciec Maris — kiwał głową raz po raz, za szybko, jak człowiek, któremu spada z karku ciężar dźwigany za długo. Potem obaj podali sobie ręce. Bren stał daleko, a i tak zrozumiał ten uścisk równie dobrze jak każdy na placu: dług bednarza właśnie przestał być długiem, a stał się czymś innym.

Bednarz roześmiał się przy tym za głośno na to, co właśnie zrobił, i klepnął Orena w ramię. Parę głów na placu obróciło się w tamtą stronę i zaraz odwróciło, bo na cudzy targ patrzy się kątem oka, nie wprost. Ktoś mruknął coś o kamiennym domu; ktoś inny — że za dług bywa i gorzej.

Bren nie zamierzał iść w tamtą stronę. Poszedł, bo zza beczek wychynęła znajoma głowa w za dużej chustce — i ta głowa go zobaczyła, i nie było już jak udawać, że się jest gdzie indziej.

— Kazałem ci siedzieć — powiedział, stając nad siostrą.

— Siedzę. — Sela siedziała istotnie, na przewróconej beczce, machając nogami, które nie sięgały ziemi. — Przy Maris. To nie nad rzeką, tylko na placu, a place są bezpieczne, sam mówiłeś.

Nie mówił, ale nie zamierzał się o to teraz spierać, bo obok Seli, z naręczem wełny, stała Maris i patrzyła na niego znad tego naręcza z półuśmiechem, który niósł więcej, niż wypadało przyznać. Sela wcisnęła się między nią a Brena, jak zawsze, gdy chciała mieć oboje naraz, i Maris bez patrzenia poprawiła jej zsuwającą się chustkę — odruchem tak domowym, że Bren przez chwilę nie wiedział, która z nich jest starsza.

— Kowal. — Maris mówiła do ludzi tytułami, kiedy nie chciała mówić imionami; Bren nauczył się tego dawno. — Doss puścił cię samego na targ? Świat się kończy.

— Doss został przy ogniu.

— Mądry Doss. — Wzięła z jego kosza ostatni haczyk, obejrzała pod światło, odłożyła równo, tam gdzie leżał. Palce miała szybkie, zręczne, ani na chwilę spokojne — pakowała tę wełnę w kosz tak starannie, jakby od równości zwojów zależało coś, czego nie da się ułożyć inaczej. — Sela mówi, że robisz znak na jarmark. Czeladniczy.

— Jak będę gotów.

— Wy obaj z tym „jak będę gotów”. — Kąt jej ust drgnął, ale uśmiech nie doszedł wyżej. — Człowiek czeka, aż będzie gotowy, i tak go zima zastaje z workiem niegotowych rzeczy.

Dalej przy beczkach Wit dźwigał klepki na ramieniu i zerkał ku nim, jakby chciał podejść, ale nie wiedział, czy wypada przy Orenie. Bren skinął mu głową; Wit skinął w odpowiedzi i wrócił do klepek.

Oren tymczasem skończył z bednarzem i podszedł — bo widać dłużej nie umiał stać z boku. Bren wypatrywał w nim okrucieństwa, bo łatwiej byłoby go nie lubić, i nie znalazł; Oren wyglądał na zmęczonego i zawstydzonego, jak człowiek, który kupił coś dużego i nie wie, gdzie to postawić.

— Kowal. — Skinął głową, sztywno, jak ktoś nieprzywykły do kłaniania się komukolwiek poniżej siebie, a teraz próbujący. — Dobre te twoje okucia. Do młyna przydałyby się czasem ręce, co znają żelazo. Koło zawsze coś gubi, a zima idzie.

— Mam kuźnię — powiedział Bren.

— Wiem. — Oren skinął jeszcze raz i nie cofnął się, ale też nie wiedział, co dalej. — Poniosę ci to do wozu — powiedział w końcu do Maris, bo widać to umiał najlepiej: dźwigać rzeczy z miejsca na miejsce.

— Sama poniosę. — Maris nie podniosła wzroku znad wełny. Oren skinął i nie poniósł, i stał dalej, jakby czekał, aż mu ktoś powie, gdzie się podziać.

— Słyszałeś już pewnie — rzuciła Maris do Brena, lekko, za lekko, jakby Orena obok niej nie było. — Ojciec się dogadał. Na wiosnę.

Bren wiedział, co powinien powiedzieć. Coś dorosłego, coś, co się mówi, gdy ktoś znajomy układa sobie życie: to dobrze, Oren porządny, będziesz miała ciepły dom. Słowa stanęły mu w gardle i żadne nie chciało wyjść takie, żeby nie zabrzmiało jak kłamstwo.

— Buty masz nowe — powiedział w końcu, bo to było jedyne prawdziwe, co widział. Wystawały spod spódnicy: porządne, grube, ze świńskiej skóry — nie na pannę młodą, na drogę.

Maris spojrzała na nie, jakby zapomniała, że je ma. Coś przebiegło jej po twarzy i zaraz schowała to z powrotem.

— A teraz mi mówią, że żona młynarza nie chodzi piechotą — powiedziała do tych dobrych butów, i nie dodała, ile ją kosztowały, bo on wiedział.

— Możesz w nich chodzić, gdzie zechcesz — powiedziała Sela lojalnie.

— Mogę. — Maris zmierzwiła jej włosy pod chustką. — Do młyna i z młyna. Wielki świat.

Sela, grzebiąc w koszu za czymś swoim, wyciągnęła zamiast tego książkę — niewielką, w wytartej skórzanej oprawie, z grzbietem przełamanym od otwierania wciąż na tych samych stronach — i Maris zabrała jej ją z rąk prędzej, niż wypadało, jakby to było coś, czego się na targu nie pokazuje.

— Oddaj. To nie zabawka.

— Nosisz ją ze sobą? — Bren wiedział już, że Maris czyta; zdziwiło go tylko, że tę książkę nosi przy sobie nawet tu, na targ, między ludzi. W Ostrowinie liter umiało parę osób, ale czytać dla samego czytania nie umiał nikt; litery były do rachunków i do ksiąg, nie do noszenia w koszu jak chleb.

— Czytam, gdzie się da. — Maris wsunęła książkę pod wełnę, a i tak czubkiem palca przejechała jeszcze po grzbiecie, odruchem, którego pewnie nie zauważyła. — Gadają, że marnuję oczy. Niech gadają. Oczy moje.

Kiedy Sela schyliła się znów do kosza, Maris przestała się uśmiechać — po prostu przestała, jak się gasi świecę, na którą nikt już nie patrzy. Spojrzała ponad placem, ponad dachami, ku ciemnej kresce lasu za rzeką, jakby tam było coś, co rozumie ją lepiej niż cała Ostrowina razem wzięta. Potem Sela odwróciła się z powrotem i uśmiech wrócił na miejsce, gładko, jakby nigdzie nie wychodził.

— Czasem myślę, kowalu — powiedziała, opierając kosz na biodrze — że wolałabym las niż taki młyn. W lesie przynajmniej człowiek wie, co go chce zjeść.

Za beczkami ojciec Maris patrzył na córkę i na Orena, i nie było na placu drugiej twarzy, która tak bardzo chciałaby się cieszyć i tak bardzo nie umiała.

— W lesie są sierpaki — wtrąciła Sela rzeczowo, bo Sela brała wszystko dosłownie, ilekroć bała się tego, co niedosłowne.

— No właśnie. Wiadomo, czego się trzymać. — Maris powiedziała to lekko, na pokaz, i ruszyła, zanim Bren zdążył znaleźć odpowiedź, której i tak by nie znalazł. Patrzył, jak jej nowe buty znikają w tłumie równym krokiem, jakby już dokądś szły.

— Odprowadzę cię kawałek — rzucił do Seli, co u niego znaczyło: idź do domu. Sela zsunęła się z beczki i poszła obok niego, milcząc dłużej, niż umiała milczeć o byle czym.

— Ona nie chce za niego — powiedziała wreszcie, cicho. Nie był to żart ani plotka; mówiła to tak, jak się mówi sekret, który dopiero zaczyna się robić za ciężki. — Powiedziała mi. Tylko mnie.

Bren spojrzał na siostrę — na to, jak niesie ten cudzy sekret: ostrożnie, oburącz, żeby go nie rozlać.

— Mało kto chce to, co musi.

— To głupie. Ty byś tak nie zrobił. Nie oddałbyś mnie za żaden dług.

— Nie mam młyna, żeby cię było komu oddać. — Trącił ją w ramię, żeby zdjąć jej z twarzy tę powagę za dużą na trzynaście zim.

Nie dała się tak łatwo rozpogodzić.

— A gdyby uciekła? — spytała. — Maris. Gdyby po prostu nie chciała i poszła?

— Dokąd by poszła. — Nie było to pytanie; Bren nie znał odpowiedzi i nie chciał, żeby Sela szukała jej za niego. — Ludzie nie uciekają, Selu. Zostają i jakoś żyją. Tak już jest.

— Tak już jest — powtórzyła tonem, który mówił, że wcale nie jest pewna, czy tak być musi.

— Idź do domu. Napal pod kociołkiem. Wrócę przed zmrokiem.

Poszła, oglądając się raz, a jej pytanie zostało: „a gdyby uciekła”. W ustach dziecka brzmiało lekko. Bren niósł je dalej cięższe, niż było, i powtarzał sobie, że to dziecinada.

Wracał skrajem placu, gdzie było luźniej, i tam zobaczył Nivę.

Nabierała wodę przy studni — nie swojej, bo Niva mieszkała na drugim końcu, przy zagrodach, ale do izby, w której leżała jej matka, wody trzeba było codziennie i dużo. Dzban miała za ciężki na ręce po całym ranku innych ciężarów; niosła go i tak sama, bo nie było komu oddać. Rękawy mokre, podwinięte po łokcie — prała od świtu.

Odstawił kosz. Mógłby ponieść. To było proste — podejść, wziąć dzban, przejść trzy zaułki, nic więcej. Dla obcych robił więcej i bez słowa.

Zrobił nawet pół kroku. Ale pół kroku nie chciało zamienić się w cały, bo żeby wziąć ten dzban, trzeba by coś powiedzieć, a Bren bał się, że gdyby raz zaczął, nie skończyłby na dzbanie.

— Niva — powiedział.

Odwróciła się. Twarz miała taką jak zawsze — i Bren, jak zawsze, poczuł to pod żebrami, krótko i niewygodnie — ale pod tą twarzą leżało zmęczenie, jakie zostaje po czuwaniu przy kimś, kto nie wyzdrowieje.

— Bren. — Uśmiechnęła się, i lepiej by było, gdyby się nie uśmiechnęła. — Sprzedałeś wszystko? Mówią, że twoje okucia trzymają lepiej niż niejeden ślub.

— Zostały haczyki. — Zamilkł. Daj, poniosę — leżało gotowe, krótkie, łatwe. — Matka… jak się ma?

— Tak samo. — Wzruszyła ramionami, ale dzban przesunęła wyżej, jakby bała się, że ktoś jej go odbierze, a z nim ten jeden obowiązek, który trzymał jej dzień w całości. — Śpi dużo. Greta dała zioła, pomagają na sen. Na resztę nie ma ziół. Wczoraj nie poznała mnie do południa; dziś poznała od razu, i sama nie wiem, co gorsze. — Powiedziała to bez skargi, jak się podaje pogodę. Potem spojrzała na niego chwilę dłużej, niż trzeba na rozmowę o haczykach. — Muszę iść. Zaraz się obudzi i będzie wołać, a jak wołam ją z powrotem, to się gubi, kto kogo woła.

— Idź — powiedział.

Poszła z tym swoim za ciężkim dzbanem, a Bren został z dłońmi pustymi i otwartymi. Nie wziął dzbana. Nie powiedział nic z tego, co miał do powiedzenia. Nie dlatego, że nie wiedział jak — wiedział, słowa leżały gotowe od czterech zim — tylko że za tym jednym, łatwym zdaniem stało zaraz drugie, i trzecie, i całe to, czego nie umiał wziąć w garść bardziej niż jej dzban. Łatwiej było nie zacząć. Tak robił zawsze: zostawiał rzecz przy drzwiach, niewypowiedzianą, i mówił sobie, że jeszcze nie pora.

Plac się wykruszał. Przekupki zwijały płótna, ktoś rozgrzebywał i gasił węgle pod kasztanami, a z każdą chwilą robiło się bardziej pusto i bardziej zimno; niebo zaszło sinym i szło na wczesny wieczór. Bren podniósł kosz z jednym niepotrzebnym haczykiem i dwoma węgorzami Redy i ruszył ku karczmie Wenny — bo okucia czekały tam od rana, bo Sela kazała mu usiąść z ludźmi, i bo akurat dziś nie miał ochoty wracać do pustej kuźni z wszystkim, czego przez cały dzień nie powiedział.

Niva

Rozdział 4 — Paczka

Bywały takie popołudnia, krótkie i jasne, kiedy mróz odpuszczał na parę bić i osada wychodziła z chałup, jakby chciała się napatrzeć słońca na zapas, nim znów zajdzie za las na pół doby. W jedno takie Bren klepał na progu kuźni okucie do sań — robota głośna i prosta, z tych, przy których głowa odpoczywa — i nie zdziwił się, kiedy zaczęli się schodzić. Bo schodzili się zawsze tam, gdzie był któreś z nich, nie umawiając się.

Pierwszy przyszedł Wit, z klepką pod pachą i miną człowieka, który ma pretekst.

— Ojciec mówi, że twoja obręcz z zeszłej kwadry jest za ciasna o włos — oznajmił, kładąc klepkę na progu, choć klepka nie miała z obręczą nic wspólnego i obaj o tym wiedzieli. — Kazał przynieść do obejrzenia.

— Kazał czy ty się wymknąłeś od strugania? — Bren nie podniósł głowy znad okucia.

— Jedno drugiego nie wyklucza. — Wit usiadł na progu, z westchnieniem człowieka, który ceni siedzenie ponad większość rzeczy na świecie, i wyciągnął nogi w stronę żaru bijącego z kuźni. — U was cieplej niż u nas. U nas wióry, a wióry tylko się walają, nikogo nie zagrzeją. Powiem ci, kim bym był, gdyby mnie nie urodzili u bednarza: kowalem. Albo karczmarzem. Czymś, co stoi przy ogniu, nie przy zimnym drewnie.

— Byłbyś tym, kim jesteś, tylko głodnym — rzuciła Tola, wychodząc zza węgła z dzbanem, którego nikt jej nie kazał nieść, ale Tola nosiła dzbany jak inni nosili nowiny, to znaczy wszędzie i do każdego. — Bo ty, Wit, byś przy każdym fachu znalazł sposób, żeby usiąść. Słyszeliście? — Postawiła dzban, rozejrzała się, czy ma komu, i miała, więc ciągnęła: — Greta gada, że ci od mostu, co przyjechali za magiem, jeszcze nie odjechali. Kwadrę siedzą. Cisi. Onufry mówi, że jeden mu nie odpowiedział na „dzień dobry”, a Onufremu odpowiada nawet pies.

— Bo Onufry samo „dzień dobry” ciągnie pół dnia — powiedziała Reda.

Przyszła od strony rzeki, jak zawsze przychodziła, z workiem oprawionych ryb przewieszonym przez ramię, i usiadła nie na progu, lecz na pieńku trochę dalej, bo Reda lubiła mieć wszystkich w polu widzenia, a nie obok. Wyjęła z zanadrza zwój sieci, którą i tak naprawiała, gdziekolwiek usiadła.

— Dwie dla Dossa — powiedziała, kładąc na progu dwie ryby. — I jedna dla małej, bo mała chuda. Nie dziękuj, bo cię oprawię.

Siedzieli tak, czworo, w tym krótkim słońcu, i Bren klepał, a oni gadali ponad jego klepaniem — albo raczej gadała Tola, a reszta wtrącała tyle, ile trzeba, żeby gadanie nie zostało samo. Nikt nie kazał mu się odzywać.

— U bednarza dziś cicho — rzucił Wit, obracając w palcach klepkę. — Maris przepadła na pół dnia; ojciec ją wołał po całym warsztacie, a ona jak zwykle wlazła w któryś swój kąt z książką. Zna w okolicy każdą dziurę, w którą się można wcisnąć, żeby jej nikt nie znalazł. A jak już się wciśnie, to zawsze tak samo — w kącie, plecami do ściany, w najsuchszym miejscu, jakie znajdzie. Od małego tak ma.

— A poszedłbyś w ten las? — spytała Tola znienacka, ni z tego, ni z owego, bo Tola skakała z tematu na temat jak kamień po wodzie. — Tak naprawdę. Za bród, w głąb. Gdyby trzeba.

— Po co miałbym iść — mruknął Wit, i Bren usłyszał, że żart zszedł mu z głosu.

— Nie wiem. Tak pytam. Mówią, że tam sierpaki.

— Mówią dobrze. — Wit wpatrywał się w żar. — Ja w ten las nie pójdę, i nie wstyd mi tego powiedzieć. Raz, jak byłem mały, zapędziłem się za bród, za kozą. I usłyszałem coś w trzcinach — nie wiem co, do dziś nie wiem — i tak mnie wzięło, że zgubiłem kosz i wróciłem bez kozy, i bez kosza, i ryczałem pół drogi. Od tamtej pory las jest dla mnie ścianą. Patrzę na niego i widzę ścianę. Niech tam sobie będzie, co chce, byle po tamtej stronie wody.

— No i dobrze — mruknęła Reda znad sieci, nie podnosząc wzroku. — Trzymaj się drewna, ja się trzymam wody.

Bren słuchał i klepał, i nie wtrącał. Słońce stało nad lasem, mróz odpuścił, ryby leżały na progu, i czworo ludzi siedziało razem bez powodu, bo bycie razem było wtedy jeszcze czymś, co nie wymagało powodu.

— Zostańcie na kaszę — powiedział Bren, i sam się zdziwił, że powiedział, bo zwykle to inni jego zapraszali. — Sela napaliła pod kociołkiem. Starczy.

I zostali, bo na to akurat nikt z nich nie umiał powiedzieć „nie”.

Sela przyniosła kociołek z izby, dumna, że ma kogo karmić, i rozdała kaszę do mis, których w kuźni nigdy nie było dość, więc Reda jadła z kubka, a Wit z czegoś, co kiedyś było formą do świec. Kasza była rzadka, okraszona tylko odrobiną słoniny, którą Reda wytrząsnęła z zawiniątka, mówiąc, że i tak by się zmarnowała — choć wszyscy wiedzieli, że przyniosła ją umyślnie. Jedli stłoczeni przy palenisku, łokieć przy łokciu, w tym podwójnym cieple, jakie daje ogień i ludzie naraz. Tola opowiadała o weselu w Rudzie, na którym pan młody zasnął przy stole, a Wit dowodził, że to mądrość, bo „mądry śpi, kiedy może, a nie kiedy mu każą”. Sela słuchała z otwartą buzią, bo dla niej ci troje byli prawie dorośli, a prawie dorośli wiedzą o świecie wszystko. Reda mówiła mało, ale raz, gdy Wit się zagalopował, rzuciła jedno słowo, które go ścięło tak, że Tola śmiała się, aż zakrztusiła się kaszą — jedno słowo na dziesięć cudzych, celne jak jej nóż.

Jedli, póki było co jeść, a potem siedzieli jeszcze, póki starczało światła i ciepła, i nikomu nie spieszno było wstać i wrócić do swojego zimnego progu.

Rozdział 5 — Przy trzęsionce

Do karczmy Wenny szło się przez bród, a do brodu przez całą Ostrowinę, która o zmierzchu pachniała inaczej niż za dnia — mniej dymem, więcej zimną wodą i tym gorzkim, co rzeka znosiła z lasu. Bren niósł okucia do okiennic owinięte w szmatę, a błoto trzymało mu się butów jak coś żywego, co nie chce puścić. Mijał okna, w których zapalały się pierwsze ognie, i progi, na których dogasał dzień. Stary Radzim wciągał okiennicę na noc; gdzieś wołano kury do kojca. Zwykła pora, zwykłe rzeczy — a Bren szedł z tym samym uczuciem, co rano przy desce: że osada nasłuchuje, tylko udaje, że nie.

Przy brodzie stała kupka ludzi, za blisko siebie jak na zwykłą rozmowę. Mówili cicho — a nad wodą się nie mówi cicho, nad wodą się krzyczy, żeby przekrzyczeć nurt; to było pierwsze, co mu nie pasowało. Drugie stało trochę z boku: chudy człowiek w ciemnym, prostym płaszczu. Bren, mijając go, zobaczył coś, co potem wracało do niego przez całą noc — buty tego człowieka były czyste. Nie wytarte do czysta; takie, jakby błoto w ogóle ich nie dotykało, jakby ten człowiek przeszedł całą Ostrowinę, a osada zrobiła mu miejsce.

Człowiek nie patrzył na rzekę ani na ludzi. Patrzył na Brena — spokojnie, o ułamek za długo — i Bren przyspieszył kroku, sam nie wiedząc czemu, i wszedł w światło i gwar karczmy z ulgą, która nie całkiem rozumie, przed czym ucieka.

W środku pachniało piwem, tłuszczem i mokrym psem, i był to dobry, ludzki zapach, taki, w którym nic się nie chowa. Ogień huczał w palenisku, na ławach siedziało pół osady, a Wenna stała za ladą i ścierała ją szmatą, choć była czysta.

— Okiennice — rzucił Bren, kładąc zawiniątko na ladzie.

Rozwinęła je, obejrzała każdy zawias pod światłem, postukała paznokciem.

— Solidne. — Nalała mu kufel, choć nie prosił, i wsunęła przez ladę; to było jej podziękowanie, bo słowem by się nie zniżyła. Potem zerknęła ku schodom, gdzie na górze, za zamkniętymi drzwiami, panowała cisza gęstsza niż w pustym pokoju, i głos jej zszedł o ton. — Siądź z młodymi i nie pij za dużo, bo masz małą w domu. I nie pakuj się tam, gdzie cię nie proszą — dodała, niby do kufla, ale Bren wiedział, że nie do kufla.

Przy długim stole pod ścianą siedzieli już jego. Wit zrobił mu miejsce na ławie, nie pytając, czy Bren siądzie, jakby się bał, że jeśli tego nie zrobi, ludzie kiedyś przestaną przychodzić. Reda siedziała z kuflem, którego ledwie tknęła, i patrzyła w ogień jak ktoś, kto woli ogień od rozmowy; w tym akurat byli z Brenem podobni, choć nigdy tego nie powiedzieli. A Tola krążyła między stołami z dzbanem, roznosząc piwo i plotki w równych ilościach — z tą różnicą, że w przeciwieństwie do Wenny lubiła jedno i drugie podawać gorące.

— No nareszcie — powiedział Wit, kiedy Bren usiadł. — Myślałem, że się zakułeś w tej kuźni na amen. Człowiek już zapomniał, jak wyglądasz, kiedy się nie marszczysz nad żelazem.

— Tak samo wyglądam.

— No właśnie mówię. — Wit się rozpromienił, jakby Bren powiedział coś dowcipnego.

Na środku stołu leżała trzęsionka.

Była w karczmie, odkąd ktokolwiek pamiętał: gładka sztabka rzeczy Dawnych, nie większa od dłoni, chłodna jak kamień z dna rzeki. Potrząsnęło się nią kilka razy porządnie — i dawała światło. Nie ogień: światło. Zimne, blade, niebieskawe, jakiego nie daje ani łuczywo, ani łój, ani nic, co Bren znał. Świeciła tyle, na ile starczyło trzęsienia, potem gasła, i trzeba było zaczynać od nowa.

Nikt nie wiedział, jak to robi, i nikt już nie pytał. Rzeczy Dawnych nie pyta się, jak działają — pyta się, ile są warte, bo warte są zawsze, każda co do jednej. Za trzęsionkę dałoby się postawić małą chatę, a i tak była z tańszych, bo cóż z niej za pożytek: nie ugotujesz na niej strawy ani nie ogrzejesz izby, świeci i tyle. Do Ostrowiny trafiła jedna, i trafiła do Wenny — a Wenna jej nie sprzedała ani tym z Gildii, co dawali najwięcej, ani kupcom, co dawali mniej. „Czym bym wam wtedy świeciła” — mówiła, i tyle z niej było kupca; stać ją było, żeby trzymać rzecz wartą chaty tylko po to, by gościom było jaśniej. Dawała ją dzieciom do ręki, jakby nie warta była nic — bo dla Wenny rzeczy były od używania — i teraz też dwoje potrząsało nią pod stołem, aż blade światło skakało im po twarzach jak odblask wody.

— Oddajcie i won, ćmy — rzuciła Tola bez gniewu, odbierając im sztabkę, i dzieci prysnęły ze śmiechem, a światło zgasło im w garści, nim dobiegły do drzwi. Postawiła trzęsionkę przed Brenem. — Potrząśnij. Masz minę, jakbyś zgubił łuskę, a na to potrząsanie pomaga. Sprawdzone na mnie.

Bren potrząsnął. Sztabka rozjarzyła się chłodno, oświetliła na chwilę kufle, łokcie, mokrego psa pod ławą, twarz Wita rozciągniętą w uśmiechu — i zgasła. Potrząsnął jeszcze raz, dla samego patrzenia, jak się patrzy w ogień, którego nie ma po co pilnować.

— Widzisz — powiedziała Tola z satysfakcją. — Już ci lepiej.

— Daj jemu na stałe — wtrącił Wit. — Bren się i tak nie odzywa, niech chociaż świeci za siebie.

Roześmieli się, i Bren z nimi, bo to nie była drwina; to było coś, co ludzie robią, gdy lubią kogoś takim, jaki jest, i dawno przestali czekać, aż będzie inny. Wypił łyk. Piwo było ciepłe i gorzkie, grzało od środka, i przez chwilę cały dzień — Maris przy beczkach, ten półgłos pod brodem — zrobił się dalszy, jak ból, kiedy się go na moment przestaje pilnować.

Wit zaczął opowiadać, jak to bednarz kazał mu dziś nabić obręcz na kadź, a kadź pękła, i jak się potem tłumaczył, i jak i tak dostał po uszach — opowiadał z takim zapałem, jakby to była przygoda, a nie zwykłe niedbalstwo. Tola dorzucała, co u kogo: kto się z kim powadził, komu zdechła koza, kto komu nie oddał miarki grochu. Reda raz na jakiś czas mruknęła coś, co ucinało którąś z tych opowieści w pół i kładło ją celniej niż całe gadanie Wita. Bren słuchał — lubił słuchać, choć sam się nie odzywał; i to mu wystarczało.

Tola postawiła przed nim misę gorącej grochówki i pajdę chleba, nie pytając, bo u Wenny nie pytało się głodnego, czy głodny. Grochówka grzała od środka tak samo jak piwo, tylko uczciwiej.

Tak to u nich było od lata: schodzili się tu wieczorami, nie umawiając, jakby karczma sama ich zwoływała. Bren przychodził rzadziej, niż go chcieli, i siedział ciszej, niż wypadało, a oni i tak trzymali mu miejsce na ławie. Nie pytał czemu. Bał się trochę, że gdyby zapytał, mogłoby się okazać, że nie ma powodu — a wtedy powód mógłby zniknąć.

— Słyszeliście o Maris? — Wit odstawił kufel. U bednarza spędzał dnie, więc wiedział pierwszy i przejmował się najbardziej. — Idzie za Orena. Na wiosnę. Dziś przyklepali, na placu.

— Wszyscy słyszeli, Wit — powiedziała Tola. — Pół osady przy tym stało.

— No ale to Oren. — Wit pokręcił głową. — Maris i Oren. To jak zaprzęgać sokoła do pługa.

— Dług trzeba spłacić — mruknęła Reda. — Bednarz nie ma z czego, więc płaci, co ma.

— Ma córkę, nie monetę. — Wit burknął to ciszej i nie obrócił tego w żart. Bren widział rano, jak Maris patrzy ponad dachami ku ciemnej kresce lasu, i nie zamierzał tego nikomu oddawać — nawet swoim — więc tylko obrócił kufel w dłoniach i nic nie powiedział.

Trwało to dokładnie do chwili, w której Tola zniżyła głos.

— A wiecie, gdzie byłam wczoraj? — rzuciła, a stół pochylił się ku niej, bo po to zniżyła. — Tam. Gdzie go znaleźli. Tego maga.

— Toluś — zaczął Wit, ale przysunął się bliżej, jak wszyscy.

— To kawałek za młynem, w olszynie nad starym korytem. Myślałam, że będzie krew albo coś. Nie było nic. Trawa nawet nie pomięta, jakby nikt tam nie leżał. Tylko zimno. Zimniej niż wszędzie indziej, choć słońce świeciło prosto w to miejsce. — Obejrzała się ku schodom, odruchowo. — Bo oni tam stali. Ci dwaj. W tych swoich płaszczach. Nie robili nic — stali, jakby pilnowali pustego miejsca. I jeden się odwrócił i popatrzył na mnie. Słowa nie powiedział, ręką nie ruszył. A ja wzięłam nogi za pas, sama nie wiem czemu — jakby mi ktoś szepnął do ucha: idź stąd, dziewczyno, póki proszą grzecznie. Tylko nikt nic nie szeptał.

Przy stole zrobiło się cicho, i cisza miała ten sam smak co cisza nad brodem.

— Pewnie szukali śladów — powiedział Wit, za głośno. — Po to Gildia przyjeżdża. Mag umarł, oni patrzą, jak i czemu, normalna rzecz. — Pociągnął z kufla. — A zimno było, bo jesień. Naboisz się raz, to potem we wszystkim widzisz strachy.

— Widziałam buty — powiedziała Tola. — Czyste buty. W olszynie, gdzie błoto sięga kostek.

Bren nie podniósł wzroku znad trzęsionki. Czyste buty stały bicie temu o trzy stąpy od niego, przy brodzie, i patrzyły. Otworzył usta — i zamknął. Na razie zepchnął to w kąt myśli, jak się spycha nogą próg, o który się potknęło.

— Reda? — Tola szukała sojusznika. — Ty mi wierzysz.

Reda wzruszyła ramionami, nie odrywając wzroku od ognia.

— Wierzę, że widziałaś, coś widziała. I że lepiej tam nie chodzić. Tyle.

— O, tu się z Redą zgadzam jak nigdy. — Wit aż klepnął w stół. — Ja tam i za dnia nie wchodzę w las dalej, niż widać karczmę. Niech magowie i mary mają sobie ten las, a ja se przy piwie poczekam, aż wszystko samo minie. — Powiedział to ze śmiechem, ale nie całkiem żartem.

— Samo nie minie — mruknęła Reda do ognia, ale tak cicho, że może nikt poza Brenem nie usłyszał.

Tola potrząsnęła trzęsionką i postawiła ją na środku, żeby świeciła, póki świeci. Śmiech wrócił, zmył tamtą ciszę jak woda ślad z piasku — nie do końca, ale na tyle, że dało się dalej siedzieć. Gadali o rzeczach mniejszych i cieplejszych: o jarmarku, o tym, czy spadnie śnieg przed świętem, o tym, że Wit znów coś stłukł u bednarza i dostał po uszach. Bren mówił mało, jak zwykle, i tylko raz, kiedy Wit przekręcił, ile dni do jarmarku, poprawił go cicho — a Wit ucieszył się z tego sprostowania tak, jakby Bren wygłosił mowę. Siedział z nimi do końca, dłużej, niż zamierzał, i nie spieszyło mu się do pustej kuźni.

Wracał, gdy noc już zapadła i las po drugiej stronie Czarnicy zlał się w jedno ciemne pasmo, w którym oko nie łapało już żadnego drzewa z osobna. Mróz brał ostrzej niż wczoraj; oddech szedł Brenowi białą smugą, a trawa chrzęściła pod butami, jakby ktoś już raz po niej przeszedł. Piwo Wenny grzało go jeszcze od środka, a w głowie miał blade światło trzęsionki i czyste buty, których nie umiał poskładać w jedno — gdy na skraju łąki, tam gdzie trawa przechodziła w pierwsze drzewa, zobaczył wielkiego rogala.

Stał nieruchomo, z głową uniesioną, a poroże miał szersze niż wrota stodoły — ciemne gałęzie kości na tle ciemniejszego lasu. Nie był groźny; wszyscy wiedzieli, że wielki rogal nikomu nie robi krzywdy, chodzi sobie skrajem ludzkiego świata, patrzy, jak ludzie żyją, i odchodzi. A mimo to Bren stanął, i tchu mu na chwilę ubyło. Dziadek, póki żył, mawiał, że dawniej świata było mniej, a lasu więcej, i że las kiedyś zabierze z powrotem, co pożyczył, bo niczego nie daje na zawsze, tylko na chwilę, a chwila u lasu liczy się inaczej niż u ludzi. Bren myślał wtedy, że to gadanie starca, który miesza pamięć z bajką.

Dziś — z piwem stygnącym w brzuchu, z opowieścią Toli i z czystymi butami przy brodzie — gadanie dziadka brzmiało o ton mniej jak bajka. Bren odsunął to od siebie, bo inaczej nie umiał; ale odsunęło się tylko na długość ramienia, nie dalej.

Rogal patrzył na niego długą chwilę oczami ciemnymi i wilgotnymi, w których nie było ani groźby, ani łagodności — sama obecność, ogromna i obojętna. Potem odwrócił głowę, bez pośpiechu, wszedł między drzewa, i las zamknął się za nim, jakby go nigdy nie było.

Bren poszedł do domu szybciej, niż zamierzał, i jak zwykle powiedział sobie, że to przez chłód.

Rozdział 6 — Pusty próg

Wieść przyszła nazajutrz z porannym chłodem, razem z mlekiem i pierwszym dymem, i rozeszła się po Ostrowinie szybciej niż cokolwiek, co rozchodziło się tu kiedykolwiek poza zarazą.

Bren był w kuźni, dokładał do pieca, gdy Wit wpadł przez drzwi bez pukania — z gołą głową mimo mrozu, z twarzą tak białą, że piegi na niej odstawały jak ślady po deszczu.

— Maris — wyrzucił z siebie, łapiąc oddech. — Nie ma jej. Łóżko zimne. Drzwi na poddasze otwarte na oścież. Bednarz lata po placu i pyta ludzi, czy jej nie widzieli, a nikt nie widział, Bren, nikt jej nie widział od wczoraj.

Bren odłożył kleszcze powoli, bo ręce zrobiły mu się dziwnie cudze. W jednej chwili wróciło do niego wszystko z wczoraj naraz: nowe buty wystające spod spódnicy, na drogę, nie na pannę młodą; Maris patrząca ponad dachami ku ciemnej kresce lasu; Sela na zaułku, cicha, pytająca a gdyby uciekła? — i on, mądry, który odpowiedział, że ludzie nie uciekają. Zostają i jakoś żyją.

— Idź. — Doss wstał z zydla; wstał o jeden ruch wolniej, niż wstawał zimę temu, i przytrzymał się kowadła, niby to mimochodem. Nie powiedział nic z tego, co się mówi, żeby uspokoić — że pewnie się znajdzie, że to nieporozumienie. Powiedział co innego, rzeczowo, jak mówi się o robocie: — I patrz, zanim zaczniesz gadać. Ludzie ze strachu zadepczą ci każdy ślad, jaki tam jest. — Spojrzał ku oknu, ku bieli za szybą z deski. — I nie zwlekaj. W taki mróz noc zabija prędko.

Bren wyszedł w mróz, który zdążył już osiąść białym pyłem na każdym progu, i poszedł szybko, potem prawie biegiem. Osada budziła się do tej wieści jak do pożaru: w oknach pojawiały się twarze, ludzie wychodzili na progi z kubkami w dłoniach i pytali jeden drugiego o to samo, czego żaden nie wiedział. Ktoś już szedł ku brodowi, jakby tam, nad wodą, miała czekać odpowiedź. Pod nogami chrzęściło.

Dom bednarza pachniał żywicą i strachem. Na dole tłoczyli się sąsiedzi, mówili wszyscy naraz i nikt do rzeczy; bednarz stał pośrodku tego jak człowiek, któremu wyjęto grunt spod nóg, i powtarzał w kółko, że jeszcze wczoraj była, jeszcze wczoraj kroiła wełnę na placu — jakby powtarzanie mogło ją cofnąć do wczoraj. Nikt mu nie odpowiadał, bo nie było co. Bren przecisnął się między nimi i wszedł po drabinie na poddasze, gdzie nikt nie wchodził — tam była ona, a jej nie było.

Izba od północy, niska, jedno okienko zaszłe szronem. Pod belką wisiała wiązka lawendy, dawno sucha, i pachniała tak, jak pachną rzeczy, które ktoś powiesił, żeby było ładniej, a potem przestał patrzeć. Bren stanął w progu i zrobił to, co kazał Doss: popatrzył, zanim cokolwiek powiedział sobie czy komu.

Łóżko było zasłane. To uderzyło go pierwsze i najmocniej, bo było nie na miejscu: kto ucieka w nocy, nie ściele łóżka — chyba że chce, żeby z rana wyglądało, że nic się nie stało, i chce sobie kupić tym pościelonym łóżkiem te kilka bić, zanim ktoś zajrzy na górę. Maris kupiła sobie bicia. Mądrze. Bren poczuł coś między podziwem a mdłościami.

Reszta mówiła sama, głośno. Skrzynia przy ścianie była uchylona, a w niej dziura tam, gdzie powinny leżeć rzeczy na zimę. Nie było grubej, błękitnej chusty, tej, którą Maris nosiła wczoraj na placu. Nie było zawiniątka, które każda dziewczyna w Ostrowinie chowa na czarny dzień — suchary, płat słoniny, krzesiwo. I nie było butów. Tych nowych, grubych, ze świńskiej skóry. Butów na drogę.

Bren składał to do kupy powoli, jedno po drugim. Wzięła buty. Wzięła zapas. Wzięła ciepło. Pościeliła łóżko. Nikt jej nie wyrwał z tej izby siłą — wyszła z niej sama, na własnych nogach, w tę jedną stronę, w którą w Ostrowinie nie chodzi się nawet za dnia.

A zostało dużo, i to też mówiło. Został grzebień z wyłamanym zębem. Została wstążka, którą wiązała włosy na targ. Została lawenda pod belką. I Bren, patrząc na ten wyłamany grzebień, zrozumiał rzecz, od której ścisnęło go w gardle: że Maris nie uciekała do niczego. Uciekała od.

Na ścianie, nisko, tuż przy poduszce, gdzie kładła głowę, ktoś napisał węglem trzy słowa, drobno, jakby do siebie samej: daleko. póki mogę.

Pod tą ścianą, na podłodze, z kolanami podciągniętymi pod brodę, siedziała Sela. Bren nie zauważył jej od razu, bo zrobiła się mała — tak mała, jak się człowiek robi, gdy chce zniknąć razem z tym, czego nie upilnował.

— Wiedziałaś. — Nie było to oskarżenie; samo wyszło, cicho.

Sela nie podniosła głowy.

— Nie wiedziałam, że dziś. — Głos miała zdarty, jakby już się wypłakała po drodze. — Mówiła różne rzeczy. Ludzie mówią różne rzeczy. „Wolałabym las”. Myślałam, że to się tak tylko mówi. — Podniosła wreszcie twarz, mokrą i zaciętą, i było w niej coś, czego Bren u trzynastolatki widzieć nie chciał: wina w dorosłym rozmiarze. — Ty też słyszałeś. Wczoraj. I powiedziałeś, że ludzie nie uciekają.

Bren nie odpowiedział. Maris widać nie chciała „jakoś”.

Usiadł obok siostry na zimnej podłodze, ramieniem przy jej ramieniu, i przez chwilę nie próbował z niej nic wyciągać. Czuł, że Sela wie więcej — wie, dokąd, albo z grubsza dokąd, bo komu się mówi „wolałabym las”, temu się mówi i resztę — ale czuł też, że jeśli teraz naciśnie, zamknie ją na zawsze, jak zamyka się dłoń, kiedy ktoś szarpie. Więc nie naciskał. Siedział. To było wszystko, co umiał jej dać.

— Znajdę ją — powiedział w końcu, i sam się zdziwił, że to powiedział, bo nie wiedział jeszcze, czy to prawda, czy tylko coś, co się mówi dziecku.

— Nie znajdziesz. — Sela otarła nos wierzchem dłoni. — Nikt nie znajduje, kto wejdzie w mokradła. Sam tak mówiłeś.

— Powiedziała ci, dokąd? — spytał najłagodniej, jak umiał, a i tak poczuł, że pyta źle, bo Sela skuliła się jeszcze bardziej.

— Obiecałam. — Wyszeptała to w kolana. — Obiecałam jej, że nikomu. Mówiła, że jak ktoś się dowie, to ją ściągną z powrotem, i będzie gorzej, niż było. — Spojrzała na niego rozpaczliwie. — Ale jak nikomu nie powiem, to ona tam… — Nie dokończyła. Nie umiała wybrać między dwiema rzeczami, z których każda mogła zabić przyjaciółkę, i Bren widział, że to za duży ciężar na jej ramiona, i że jej go nie zdejmie, choćby chciał, bo to jej obietnica, nie jego.

— Nie musisz dziś — powiedział. — Tylko nie zostawaj z tym sama.

Dużo rzeczy mówił wczoraj, pomyślał Bren. Wczoraj był innym człowiekiem, takim, który wiedział, jak jest. Dziś wiedział mniej, a musiał więcej.

Zszedł po drabinie. Bednarz dopadł go u jej dołu, złapał za rękaw — nie dlatego, że to akurat Bren, łapał każdego, kto schodził z góry, jakby ktokolwiek mógł znieść mu stamtąd inną wiadomość niż ta, którą już znał.

— Widziałeś co? — Oczy miał czerwone, ręce w wiórach, bo nawet teraz, czekając, strugał coś bezwiednie; palce nie umiały inaczej. — Powiedz, że to nie tak, jak gadają. Że poszła do ciotki, że wróci, że…

— Wzięła buty — powiedział Bren cicho, bo kłamać nie umiał, a prawda była łaskawsza niż nadzieja, która i tak by za bicie pękła. — I zapas. Poszła z głową, nie z rozpaczy. To znaczy, że chciała przeżyć. Trzymaj się tego.

Bednarz puścił jego rękaw i osunął się na ławę, i Bren nie wiedział, czy dał mu pociechę, czy odebrał ostatnią, jaka mu została.

Na dole strach zdążył już znaleźć sobie kształt.

— Mokradła ją wzięły — mówiła żona garbarza do drugiej kobiety, jak rzecz wiadomą. — Albo bestia. O tej porze sierpaki schodzą bliżej, pastuch Tomka sam gadał, że jeden chodził koło stada. Sama, w noc, w taki mróz — toż to samo wejście do grobu.

Miała rację — nie co do tego, że Maris ktoś wziął, bo Maris wzięła się sama, ale co do całej reszty: noc, mróz, mokradła i sierpaki czekały za rzeką na każdego, kto był dość nieszczęśliwy albo dość odważny, żeby tam wejść — a Maris była i jedno, i drugie.

Strach garnął się też ku czemu innemu, ku temu, o czym osada szeptała od kwadry. Ktoś rzucił półgłosem, że dziwne to wszystko — najpierw mag umiera, potem dziewczyna znika, jakby jedno ciągnęło drugie; a ktoś inny, że ludzie Gildii pilnują brodu, więc może i o tym wiedzą, tylko nie mówią. Bren słuchał tego jednym uchem i puszczał mimo — wiedział z izby na górze, co naprawdę zaszło, i wiedział, że to nie ma z magiem nic wspólnego, a mimo to ten chłód, który chodził po osadzie, kładł się i na sprawie Maris, jakby wszystko złe było jednej barwy.

W kącie, przy drzwiach, stał Oren. Przyszedł — niedoszły mąż, po którego nie posłano, a który przyszedł sam — i był szary na twarzy, i nie mówił nic, tylko obracał w rękach czapkę, jakby nie wiedział, co z dłońmi począć, kiedy nie ma czego dźwigać. Parę spojrzeń ześliznęło się ku niemu i zaraz odwróciło. Bren to zobaczył i zapamiętał.

— To może ktoś za nią pójdzie — rzucił Bren, głośniej, niż zamierzał.

Izba przycichła, a pół osady spojrzało na niego, jakby powiedział coś nieprzyzwoitego.

— W mokradła? — Garbarz pokręcił głową. — Teraz? Chłopcze, w mokradła nie chodzi się po żywego, tylko najwyżej po ciało, jak zelżeje mróz, żeby je pochować po ludzku. A i to nie zawsze się znajduje.

— A tobie już grób się kopie, ledwie świtało — rzuciła od pieca Greta, nie podnosząc się znad miski. — Dziewczyna wczoraj chodziła po placu, a ty ją już grzebiesz. — Ale i ona nie powiedziała: pójdę. Ani: pójdźmy. Powiedziała tylko tyle, ile trzeba, żeby się nie wstydzić, i wróciła do łuskania fasoli, bo łuskanie nie wymagało odwagi, której tego ranka brakło w Ostrowinie.

Stary Radzim odezwał się od ławy, z rękami na lasce, a że odzywał się rzadko, ucichli.

— Za moich młodych zim trzech poszło w te mokradła za jednym cielakiem — powiedział. — Wrócił jeden. Bez cielaka i bez dwóch palców u nogi. Od tamtej pory się tam nie chodzi. — Postukał laską w klepisko, raz. — I nie dlatego, że nam dziewczyny nie żal. Dlatego, że żywych się nie dokłada do umarłych.

To było uczciwe, i Bren nie umiał temu zaprzeczyć rozumem.

Nikt nie zaprzeczył. Wit wbił wzrok w podłogę i zbladł jeszcze bardziej, jeśli to było możliwe; Bren wiedział, że Wit w las nie wejdzie, choćby go prosić na klęczkach, i nie miał mu tego za złe, bo puszcza za rzeką zabierała ludzi naprawdę, i bać się jej było rozsądkiem, nie tchórzostwem. Tylko Reda, przy drzwiach, nie odwróciła wzroku — patrzyła przez nie, ku rzece, nie na nic ładnego: liczyła nurt, przeprawę, gdzie woda płytsza, którędy by się dało.

Wyszedł na podwórze, bo w izbie zrobiło się za ciasno na to, co rosło mu w piersi. Mróz uderzył go w twarz, czysty i ostry, i przez chwilę było to nawet ulgą. Za Czarnicą stała puszcza — ciemna, zwarta, nie do odczytania z tej odległości na żaden pojedynczy kształt, ta sama co wczoraj wieczorem, ta sama, w którą wszedł wielki rogal — i która przyjęła go bez śladu, jak przyjmuje wszystko. Gdzieś tam, w tej ścianie, była teraz Maris. Żywa — bo wczoraj jeszcze kroiła wełnę, bo zasłała łóżko, bo wzięła te dobre buty, a po to się nie bierze butów, żeby umrzeć pierwszej nocy. Żywa, na razie.

Bren stał i patrzył w tę ścianę, i czuł, jak coś w nim rusza — jeszcze nie postanowienie, bo na postanowienie był za bardzo kowalem, który najpierw patrzy — ale jego początek: ten chłód pod żebrami, który mówił, że jeśli on tam nie pójdzie, to nie pójdzie nikt; a wtedy zostanie tylko czekać, aż zelżeje mróz, żeby pochować po ludzku.

Pięć zim temu, kiedy przy stole zrobiły się dwa puste miejsca, był dzieckiem i nie miał wyboru. Teraz miał.

Interludium I — Maris: Próg

Próg skrzypiał w trzecim miejscu od ściany. Maris wiedziała o tym, odkąd nauczyła się chodzić, i przeszła go bokiem, z butami w garści, żeby ojciec spał dalej w przekonaniu, że nad ranem zastanie córkę tam, gdzie ją zostawił.

To była pierwsza rzecz, którą ze sobą zabierała: wiedzę, gdzie co skrzypi. Dziwne, ile się wie o domu dopiero tej nocy, w której się z niego wychodzi na zawsze.

Bednarzówna w nowych butach — śmiała się Greta, kiedy Maris uzbierała wreszcie na te jedne porządne — chyba się komuś podoba. Nikomu się nie podobała. Wiedziała już wtedy, choć jeszcze nie wiedziała, że wie, na co naprawdę zbiera.

W worku, prócz sucharów i słoniny, niosła jedno zbędne: swoją wytartą książkę, tę znaną na pamięć. Wiedziała, że to głupota — że za każdą zbędną rzecz płaci się w drodze własnymi plecami. Wzięła ją mimo to. Człowiek nie zostawia za sobą jedynego miejsca, dokąd dotąd umiał uciekać, nawet jeśli to miejsce mieści się w garści i waży tyle co ono.

Na dworze mróz wziął ją za gardło od razu, jakby chciał sprawdzić, czy mówi poważnie. Ostrowina spała — ciemne okna, dym ledwo snujący się z kominów, pies, który zaszczekał raz i uznał, że jednak mu się nie chce. Maris obuła buty na progu, zawiązała mocno, na podwójny węzeł, ten splot na krzyż, którego nauczyła ją matka: mocniejsze, niż wygląda.

Mogłaby zostać. Wiedziała to i wypowiedziała sobie uczciwie, bo lubiła patrzeć rzeczom w oczy, nawet tym, od których uciekała. Mogłaby zostać i wyjść za Orena, a Oren nie był zły — i to było w tym najgorsze. Gdyby był zły, byłoby z czym walczyć. Ale Oren był tylko stary, smutny i porządny, i dałby jej kamienny dom, ciepło, dług ojca darowany, i całe życie, w którym nigdy nic złego by się jej nie stało — i nigdy nic. Życie jak izba bez okna: sucho, ciepło, i ani jednej rzeczy do zobaczenia.

Sela płakałaby, gdyby wiedziała. Sela wiedziała. Maris wzięła z niej obietnicę — nikomu, słyszysz, bo mnie ściągną z powrotem — i czuła się z tym podle, bo zostawiała trzynastolatce ciężar, którego sama udźwignąć nie umiała. Ale Sela uniosłaby go; ta drobna dziewczynka była cała jak ten splot na krzyż.

Doszła do brodu, gdzie woda szła czarna i głośna, i gdzie za dnia stali ci cisi ludzie w czystych butach, których cała osada bała się nazwać. Teraz nie było nikogo. Tylko rzeka, i za rzeką ściana lasu — granatowa, bez szczegółów, dokładnie taka, jak ją sobie wyobrażała, i o wiele większa.

Tu była ta chwila, w której rozsądny człowiek zawraca. Maris stała na brzegu i czuła, jak rozsądek ciągnie ją za rękaw do tyłu, do ciepłego łóżka, do butów, które można jeszcze odłożyć nieznoszone. Las nie udawał. Las nie był wyjściem; był tylko innym sposobem, żeby się to wszystko skończyło, może gorszym. Wiedziała o sierpakach. Wiedziała o mokradłach, które biorą. Wiedziała i to, że gdzieś dalej na północy, za rozłogami, biegł ku Wełnie trakt — suchy, ludzki, o połowę krótszy; ale trakt był pierwszym miejscem, gdzie by jej szukali, i jedynym, z którego dałoby się ją przywlec z powrotem — do Orena, do długu, do izby bez okna. W mokradła za nią nikt rozsądny nie pójdzie. To była cała ich zaleta: że są gorsze od pościgu. Wiedziała, że ciotka za Wełną to wiele dni drogi, a ona ma kilka bić przewagi i worek sucharów. Wiedziała to wszystko — a jednak weszła w wodę.

Zimno wbiło jej się w nogi aż po kolana i wyżej, odebrało dech, i przez jedną długą chwilę myślała tylko: zawróć, głupia, jeszcze możesz. Potem druga noga znalazła dno, i trzecia kępa, i czwarta, i ciało zajęło się przeprawą, jak się zawsze zajmuje, kiedy głowa za bardzo się boi. Po drugiej stronie las przyjął ją zapachem mokrej kory i czegoś gorzkiego pod spodem, i zamknął się za nią — nie złowrogo, po prostu obojętnie, jak zamyka się drzwi za kimś, kto sam chciał wyjść.

Obejrzała się raz. Ostrowina była już tylko kilkoma iskierkami po drugiej stronie czarnej wody, mała i ciepła, i cudza.

— No to czytajmy dalej — powiedziała na głos, do nikogo, bo lubiła własny głos bardziej niż ciszę, a cisza tu była ogromna. I weszła głębiej w noc, równym krokiem, w butach zbieranych zimę, bo dokądś przecież szła.

Rozdział 7 — Nie wierzę w klątwy

Do południa Ostrowina zdążyła sobie ułożyć, co się stało, i ułożyła to tak, żeby nikt nie musiał nic robić.

Maris wzięły mokradła — to było pierwsze ułożenie, wygodne, bo na mokradła nikt nie ma wpływu. Drugie ułożenie miało twarz, i to czyniło je gorszym. Zaczęło się od garbarza, jak to u garbarza, przy brodzie, dość głośno, żeby usłyszeli ci, do których mówił niby nie wprost.

— Coś tu śmierdzi — powiedział, dłubiąc pod paznokciem. — Dziewucha znika tej samej nocy, co ją zaręczyli. A ten jej młynarz łazi od rana szary i gęby nie otwiera. Nie mówię, że to on. Ale policzcie se sami.

Oren stał kilka stąpów dalej, bo i on przyszedł nad bród, jak przychodził każdy, kto nie wiedział, co ze sobą zrobić. Nie odpowiedział. To było najgorsze, co mógł zrobić, i Bren wiedział, że tamten o tym nie wie. Kilka twarzy obróciło się ku Orenowi i zaraz odwróciło, ale obróciły się już raz więcej niż wczoraj. Oren zrobił nawet krok ku przeprawie — jakby chciał tam, za wodę, iść jej szukać sam — ale jeden z ludzi Gildii przy brodzie podniósł na niego wzrok i nie spuścił go, i tyle wystarczyło. Oren stanął, postał, cofnął się. Nikt mu nie zrobił miejsca.

Bren obszedł pół osady tego ranka — niby to z okuciami, niby bez powodu — i wszędzie słyszał to samo, w różnych słowach: że szkoda dziewczyny, że okropność, że ktoś powinien coś zrobić. Nikt nie mówił: ja. „Ktoś” było najbezpieczniejszym słowem w Ostrowinie, bo „ktoś” nigdy nie musiał wkładać butów. U Wenny starszyzna gadała wczoraj do nocy i nie ugadała nic poza tym, że trzeba czekać — a na co, nie mówiono głośno przy bednarzu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.03
drukowana A5
za 40.76