E-book
16.38
drukowana A5
34.91
Lemon

Bezpłatny fragment - Lemon


Objętość:
195 str.
ISBN:
978-83-8155-193-9
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 34.91

Jeśli kiedyś znajdziesz się w beznadziejnie ciemnym tunelu, zamknij oczy, a zobaczysz światło. Ono będzie moją wiarą w Ciebie.

Wiersz „Lemon”

Lemon

(modlitewny pastisz)


Drzewo cytrynowe na hiszpańskim Lloret de Mar

wydaje plony w postaci pereł w kolorze fali słońca

lecz rodzi je nocą,

na ołtarzu,

tam gdzie Anioł i Demon.


Drzewo cytrynowe na hiszpańskim Lloret de Mar

ma jeden szczególny ornament —

Lemon,

co fakturą przypomina ludzką skórę.


Ciiisza! Złożone dłonie, serca w górę!:

Oto jest bowiem drzewo cytrynowe

na hiszpańskim Lloret de Mar,

a to jest owoc jego szczególny,

który przez nas i jeszcze przez wielu będzie skosztowany

na

odpuszczenie grzechów

To czynię na własną pamiątkę:

kosztuję go.


***


Drzewo cytrynowe na hiszpańskim Lloret de Mar

ma twarz młodego chłopca o imieniu Lemon.

Powieść „Lemon”

Rozdział 1

Panie, dłonie składam do modlitwy, by wyznać ci moje grzechy i pragnienia. Jest późna sierpniowa noc, jedna z tych, które swym smakiem i zapachem powoli zwiastują nadejście złotej jesieni. Zapach wilgotnej ziemi dobywa mojego powonienia, a ja składam się do snu. Pobłogosław moje myśli, żeby tak bardzo nie bolały…

Jestem sam w pustym pokoju z twarzą przyklejoną do zimnej tafli szkła. Szybę, przez którą patrzą moje oczy, powlekło światło ulicznej latarni i obnażyło w nich łzy. Panie, nie pozwól łzom tym upaść na szkło, by się nie rozbiły. Zapytam cię jeszcze raz: dlaczego nie dasz mi odejść? Dlaczego pragniesz, bym stanowił kontinuum twojego boskiego planu?

Przybądź i ułóż mnie do snu, jak matka swoje dziecię. Przeżegnaj mnie wszechmogącą dłonią, uczyń nią łaskawy znak krzyża na moim czole i pozbaw mnie tych pięknych myśli…

Zapytam cię jeszcze raz:


Dlaczego nauczyłeś mnie tak mocno kochać?…

Rozdział 2

Szczerze powiedziawszy, dokładnie nie pamiętam, ale był chyba jakiś kwietniowy dzień, kiedy gdzieś przed godziną piętnastą na moim biurku zadzwoniła komórka. Fakt ten w żadnym razie nie stanowiłby sensacji, jeśli pominęłoby się to wszystko, czego komórka ta stała się zwiastunem, jednak właśnie dlatego zamierzam rozpocząć swoją opowieść od znienawidzonego przeze mnie dźwięku Bóg wie jak idiotycznego dzwonka. O ile pamięć mnie nie myli, byłem w trakcie przygotowań do zajęć w szkole językowej i bodajże za kilka minut miałem wyjść z domu.

Odebrałem telefon:

— Dzień dobry, z tej strony… — usłyszałem jakieś wyartykułowane dźwięki sygnujące czyjeś imię i nazwisko, które w chwilach zaskoczenia umykają niezrozumiałe, jakby wypowiadano je co najmniej w egzotycznym narzeczu — ...pański numer od Przemka Budzińskiego i dlatego chciałem zapytać, czy pan też jedzie w tym roku do Lloret?…

Zdębiałem. Przyznam również, że kiedy podniosłem słuchawkę, głos miałem, jakbym był obrażony na cały świat, jakbym zrobił komuś łaskę, że odebrałem telefon. Brakowało tylko, żebym dorzucił: Mimo iż śmiałeś przeszkodzić mi w pracy, łaskawie raczę cię wysłuchać, kimkolwiek jesteś, ale nie mam już niestety czasu na kolejne korepetycje, poza tym biorę strasznie drogo za godzinę i w ogóle nie mam ochoty użerać się z kolejnym napalonym pseudouczniem, który po paru miesiącach stwierdzi, że hiszpański jest jednak dla niego za trudny…

Kiedy tak płonąłem wewnątrz samego siebie, zapewne z frustracji braku faceta, głos młodego chłopaka sukcesywnie gasił we mnie ogień i coraz wyraźniej dochodziło do mnie każde jego słowo. Co tu dużo mówić, był całkiem chłopięco rzeczowy, jeśli ktokolwiek wie, co mam na myśli.

Lloret de Mar, pomyślałem. A więc z polecenia. Jakiś obozowicz. Jakiś młodzieniec. Od Przemka Budzińskiego?…

Wybiła trzecia. Słońce marne — jeszcze niedojrzałe po zimie. Wsłuchałem się cierpliwiej w głos nieznajomego.

— Przemek mówił, że z panem jest tak super na obozie…

Teraz, kiedy słucham w pamięci tych słów, jestem jakby nie z tego świata; jakbym był w komnatach Afrodyty. Czuję, jak zawsze w takich chwilach, smak i zapach piżma.

— Cieszę się — odparłem. Zdążyłem wcześniej poprosić go, by jeszcze raz wyjaśnił mi, w jakiej właściwie sprawie do mnie dzwoni, i dopiero pod koniec quasi-monologu miałem jasny obraz sytuacji. Notabene, zaskoczyła mnie ona i wprowadziła w niemałą konsternację.

Przemek Budziński, o którym mówił mój rozmówca, istotnie był moim podopiecznym z obozu w Lloret w zeszłym roku. Ponieważ listy uczestników zawsze przechowuję w domowym archiwum, a w zasadzie trzymam je z jakichś powodów prawie pod ręką, w krótkim czasie mogłem potwierdzić personalia polecającej mnie osoby. Kilka minut później znałem też personalia osoby, która do mnie zadzwoniła, zapodane mi raz jeszcze poprzez zmyślne urządzenie końca dwudziestego wieku o lapidarnym akronimie GG. Tak, wymieniliśmy się numerami i zaczęliśmy ze sobą pisać.

Jego imię brzmiało Avid, a aura, jaką roztaczał, była nieomal tak sakralna jak posąg Michała Anioła. W greckim paradygmacie różnica między nim a antyczną rzeźbą sprowadzałaby się jedynie do tego, iż nie stworzyło go dłuto utalentowanego mistrza, lecz dłoń boga o imieniu Eros. Stąd zapewne moje mityczne poczucie bytności w komnatach samej Afrodyty, poczucie, które zagościło we mnie w dniu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tę postać na własne oczy. Nie potrafię jej jeszcze opisać. Jeszcze nie teraz. Choć tak wyraźnie widzę jego uśmiech, choć tak syntetycznie przenika mnie lazur jego krystalicznej tęczówki, analizy takiej twarzy przeprowadzić na ten czas nie umiem. Jestem jak mędrca szkiełko i oko, tyle że bez mędrca.

Jestem nim — zaczarowany.

Rozdział 3

Siedzę sam w pustym pokoju z twarzą przyklejoną do zimnej tafli szkła. Głowa pęka mi od myślenia. Wzrokiem nie potrafię objąć pastwisk wierszy, które rozpościerają się nieomal za horyzont moich nieerotycznych myśli. Słońce jest w nich obecne; zapach skoszonej sierpniowej trawy, bukietu polnych kwiatów…

Czuję na sobie twoje spojrzenie i oddycham głęboko. Nie wiem jeszcze, czy ze smutku, czy ze szczęścia. Słyszę w sobie głos i dłonie składam do modlitwy, by wyznać ci moje grzechy i pragnienia.

Oto moje przyrzeczenia, Boże:

Totus Tuus

(modlitwa)


W imię ojca i syna i ducha świętego.

Amen.


Panie:

Choć w życiu tyle razy już kochałem

i choć szedłem tak grzesznie przez życie,

oczu takich dotąd nie spotkałem.

Jestem cały Twój, Avidzie.


W moim sercu łzom nie widać końca,

bo łez morze w oczach Twych spotkałem

na Lloret de Mar — łzy jak krople słońca.

Nie poznałeś, lecz ja też szlochałem.


Być może

ze szczęścia.


Boże:

Niech te oczy ze smutku nie płaczą,

niech z radości jeno łzy z nich płyną,

a ja dla nich będę podporą

i miłości siłą!


Bo, zaprawdę powiadam:

Choć w życiu tyle razy już kochałem

i choć szedłem tak grzesznie przez życie,

oczu takich dotąd nie spotkałem.

Jestem cały Twój, Avidzie.


W imię ojca i syna i ducha świętego.

Amen.

Wyznanie przybrało postać wiersza. Wiersz jest modlitwą. Wysyłam ci ten wiersz mailem. Zamykam komputer. Okrywam się kołdrą.

Zasypiam bez ciebie.

Rozdział 4

Na dzień przed wyjazdem jak zwykle dopadły mnie dolegliwości natury gastrycznej, choć nie biegałem co chwilę do toalety, ani nie towarzyszyły temu żadne perturbacje, na dźwięk których człowiek robi się czerwony. Po prostu delikatnie bolał mnie brzuch i po prostu niespecjalnie miałem ochotę jechać do Lloret.

Jako wychowawca i kierownik obozu młodzieżowego wcześniej byłem w Lloret tylko raz, w ubiegłym roku. Uwielbiałem jeździć z młodzieżą, chociaż to kipiące z pożądania miasto potrafiło nieźle zaleźć człowiekowi za skórę i sprawić, że włosy stawały dęba. Czasem myślę sobie, że gdyby co niektórzy rodzice zdawali sobie sprawę z tego, w jakie pielesze kładą swoją dorodną nastoletnią pociechę, wysyłając ją na obóz do Lloret de Mar, zamknęliby ją w domu na wszystkie spusty i nigdy z niego nie wypuścili.

Lloret de Mar było miastem kipiącej wręcz jak lawa Wezuwiusza nastoletniej chuci. Stolicą hiszpańskich dyskotek, zagrodą egzotycznych imigrantów z Maroka, Kuby i Dominikany, którzy całymi stadami zjeżdżali tam w poszukiwaniu hotelowej pracy, z nieśmiałych sprzątaczek przeobrażając się w ośmielone specjalistki od plądrowania portfeli nastoletnich turystów, i synonimem młodości, którą dojrzeć można było na każdym kroku. Lloret stanowiło również swoistą stajnię świńskiej grypy i zatokę wszelkiej maści chorób, od opryszczki płciowej po AIDS. Śmiać mi się chce, kiedy pomyślę, jaką sensację rozdmuchały w tym roku masmedia, w związku z pandemią świńskiej grypy w tym zagajniku samego Lucyfera. O, tak, Lloret można by swobodnie określić takim właśnie mianem, jeśli ma się nieco kąśliwy umysł i zazdrości młodym ludziom tej od groma obecnej przyjemności, jaką potrafi dostarczyć to niewątpliwie urokliwe miasteczko. Moherowe berety żegnałyby się na rogu każdej ulicy, albo — zaślepione pięknem katalońskiej Costa Brava — udawałyby, że niczego nie widzą. Otóż na Lloret de Mar egzotyczni murzyni sprzedawali nie mniej egzotyczne zakazane używki, egzotyczne Marokanki proponowały nie mniej egzotyczne marokańskie usługi (w tym HIV gratis, a scenerią mogła być zawsze kamienista plaża nocą), zaś błyskająca neonami kolekcja bodaj pięćdziesięciu dyskotek oferowała darmowe macanie po dupie, a w wersji soft — mizianie gejowskimi rękoma po heteryckich włosach. Jednym słowem — młodości, dodaj mi skrzydeł, niech odlecę! A odlecieć na Lloret de Mar też można było bardzo łatwo. Wystarczyło kupić sobie flaszkę wódki w międzyhotelowej arkadzie sklepów spożywczo-monopolowych, gdzie przemiłe panie HolaAdios tak samo przemiło sprzedawały wszelkiej maści trunki niespełna siedemnastoletnim turystom i gdzie przemiła pani mosso d” Esquadra (czytaj: katalońska policjantka) udawała ślepą. Wszyscy byli zatem przemili, bo jedni chcieli sobie poużywać, a drudzy chcieli zarobić. W tej cudownej mekce kipiących od pożądania dziewic, płaczliwie przyglądających się każdemu nastoletniemu chłopcu gejów, cyganek okradających bogu ducha winnych nastoletnich turystów, którzy nie zdążyli jeszcze dobrze wysiąść z autokaru i wyjąć z niego bagażu (moją podopieczną okradła w ten sposób jakaś stara złodziejka), było też wiele hiszpańskiego uroku, było w niej słoneczne lato i niekończące się morze z Dzikim Wybrzeżem ze ścianą mokrych od fali skał. Lloret de Mar — to tam pokochałem oczy tego chłopca i to tam miast stracić swoje dziewictwo, odzyskałem je na nowo.

— Marku, mam do ciebie gorącą prośbę — Baśka z Biura, koordynatorka młodzieżowych uciech, zadzwoniła do mnie w przededniu wyjazdu i postawiła mnie przed faktem dokonanym. Byłem akurat na poczcie. — Trzeba by zrobić antenkę z Warszawy przez Kielce do Katowic. Nie pojechałbyś?

Żadnych antenek. Sama droga z Katowic na Costa Brava miała przecież trwać trzydzieści godzin. Trzydzieści godzin ze zgiętymi kończynami w diabelsko klimatyzowanym autokarze i tak przekraczało granice mojej tolerancji lokomocyjnej, a tutaj taki zonk! Miałbym jeszcze jechać wcześniej z Katowic do Warszawy i z powrotem?

— Wiesz. Ja mam znajomą, która mogłaby nam pomóc, ma uprawnienia wychowawcy. Zadzwonię do niej. Daj mi chwilę.

— Bardzo bym ci była wdzięczna. Po prostu nie mamy już tam kogo posłać, a szef mówi, że nie obejdzie się bez opiekuna na trasie.

Woń wanilii w oparach dusznego lata topiła się na kartonowej choince wiszącej w moim samochodzie, jak karmelowy cukierek. Przypomniała o sobie, gdy — przejęty podnoszącą mi ciśnienie informacją — włączyłem klimatyzację. Wanilia działa w sposób błogosławiony na moje mięśnie i zawsze mnie odstresowuje.

Zadzwoniłem do Danusi. Powierniczka moich najskrytszych sekretów i chyba jedyna osoba, która natychmiastowo i bezinteresownie spełnia wszystkie moje prośby, jak zawsze okazała się niezawodna. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego jest moim aniołem stróżem i wybawia mnie z każdej niemalże opresji.

— Kiedy i gdzie mam być? — to jedyne, o co zapytała. Aniołowie o nic więcej nie pytają.

— Przyjedź do mnie na dziewiętnastą — ciągnąłem. — Podrzucę cię od siebie do Katowic.

— Będę o dziewiętnastej. — Aniołowie nigdy się nie spóźniają.

Doznałem ulgi. Oddzwoniłem do Baśki, koordynatorki młodzieżowych uciech, przekazałem jej cudowną nowinę i odjechałem szczęśliwie do domu. Gdyby on wiedział, że to ja miałem go odebrać z samych Kielc, dziś zapewne nie byłby zadowolony. Gdybym ja wiedział, że to on stanie się Morfeuszem moich snów, odebrałbym go z tych Kielc, nawet gdyby były na drugim końcu świata, albo… nigdy nie wyjechał do Lloret. A Lloret, och, Lloret było jak Olimp, na którym bogowie oddawali się niekończącym się uciechom, na którym eliksir młodości lał się strumieniami i odurzał swoim bukietem, a w powietrzu unosiły się głównie męskie feromony i pachnidła o erotycznej nucie. Rozmarzony, stoję teraz w wyobraźni nad cedrowym naczyniem i komponuję zapach Lloret, a w zasadzie to staram się go odgadnąć. Jest jak Mania, jak Black Code albo Emporio — Armaniego. Od strony Santa Clotilde, gdzie rozpościera się semigejowska plaża nudystów, wieje nutą słodkawej ambry i ostrego piżma. Wieje też fetor męskich spoconych ciał. Nad Platja de Lloret, w samym sercu miejscowego wybrzeża, gdzie młodzi ludzie masowo opalają się za dnia, by w księżycową morską noc opaleniznę ostudzić na tejże plaży już w nieco inny sposób, unosi się cała orkiestra zapachów. Drzewo cedrowe gra pierwsze skrzypce, w tle słychać mandarynkę, anyż i cichą nutę szafranu. Kiedy podejść bliżej morskich fal, odzywa się ozon i jod, w promieniach metalicznie lśniącego słońca. Ale kiedy Platja de Lloret robi się nocą wilgotna i granatowa, duet ten gaśnie i wtedy piżmo z ambrą grają na mokrych kamieniach, a ja uświadamiam sobie, że… nie gram. W nic nie gram. Po raz pierwszy od wielu lat nie udaję przed samym sobą i nie prowadzę żadnej gry. Nuta pieprzu zawieruszyła się gdzieś wśród nocnych woni i dotarła do hotelu Don Juan, gdzie mieszkaliśmy. Faktycznie, pomyślałem, pieprzy się całe Lloret. Na Lloret de Mar odbywa się nocna uczta, a ja jestem sam, niezdolny tak ucztować, a przed oczami mam jego oczy, i w oczach swoich łzy. Gdzie teraz jesteś, Avidzie? Czy uczestniczysz w tej namaszczonej zapachami uczcie i nie jesteś wart mojego zaangażowania? Myślę tak sobie, że może wtedy, tej drugiej nocy, gdy zgubiłeś na plaży spodnie z paszportem, może tej drugiej nocy ucztowałeś? Kim tak naprawdę jesteś? Jak bardzo twoje oczy potrafią kłamać? I czy najwyższe piękno jest dziełem szatana?

Jest późny sobotni wieczór, w przededniu wyjazdu. Odzywasz się do mnie na GG i prosisz o potwierdzenie adresu miejsca, z którego Danusia zabierze was do Katowic. Podaję ci adres. Nie wiem jeszcze, że się w tobie zakocham. Nie wiesz jeszcze, że staniesz się obiektem moich westchnień. Dziękujesz mi, tak niewinnie, jak potrafisz dziękować, patrząc ludziom prosto w oczy. Nie wiem jeszcze, jak niewinnie potrafisz dziękować. Spakowany składam się do snu przed wyprawą. Jutro zobaczę cię po raz pierwszy na własne oczy. Jutro uśmiechniesz się do mnie i od tej pory będę pobłażał wszystkim twoim nastoletnim wybrykom.

Jutro twoje oczka kota w butach ze Shreka poczęstują mnie miękkim, kolorowym, soczystym misiem a la haribo o smaku cytrusowym i ukradną moje serce.


Przy tobie dziecinnieję…


Dobranoc, Lemonku.

Do jutra.


(Dolegliwości natury gastrycznej opuszczają mnie i zasypiam wyciszony.)

Rozdział 5

Na parking przy ulicy Niepowiemiaka w Katowicach zajeżdżają, jeden za drugim, dwa luksusowe autokary firmy Jordik’s Fak-T-our, mgr inż. Isak Jordik i Wanna Ssak-Jordik, spółka z o.o. Flota organizująca młodzieżowe uciechy wkracza niemal dostojnie, jest jeszcze nowa, w kolorze wyróżniającego się na tle innych autokarów granatu. Szwagier z siostrą właśnie przywieźli mnie do punktu wyjścia. W oddali widzę koczujących już rodziców ze swoimi pociechami. W Katowicach wsiada najwięcej osób, bo aż trzydzieści jeden z pięćdziesięciu czterech uczestników, których pomieści jeden z autokarów nowoczesnej floty. Nikt zapewne nie domyśla się, że ten chłopięco wyglądający elegancik w białych adidasach sprawował będzie arcypieczę nad ich pociechami; że pozwoli im na uciechy, o jakich sami nie śmieli marzyć, kiedy byli w ich wieku. Deseń wypłowiałych żonkili ledwo przebija się zza chmur. Znika. Żegnam się z siostrą i szwagrem i podążam w kierunku statku, który odpłynie prosto na wybrzeże Lloret. Maszt sterczy nad smutnym niebem, gotowy, aż popchnie go wiatr. Wewnętrzny kompas każe mi włożyć swoje bagaże do lewego skrzydła luku bagażowego. Antenka z Warszawy przez Kielce jeszcze nie dotarła. Idę się przedstawić…

Rozdział 6

Leokadię i Halinę — dwie opiekunki, z których jedna była dodatkowo ratownikiem, a druga pilotką — poznałem dopiero przed autokarem w dniu wyjazdu. Organizator młodzieżowych uciech obarczał zawsze opiekunów podwójną funkcją; obarczył również podwójną rolą te dwie debiutujące niewiasty, które, jak się później okazało, dość mocno wzięły je sobie do serca. Minąłbym się z prawdą, gdybym na didaskaliach niniejszego aktu mowy nie zanotował krótkiego sprostowania: obie świeżo upieczone panie przedszkolanki (tak bowiem pozwolę sobie je od teraz nazywać) miały to niesamowite poczucie władzy pod tytułem „przejęłam ja ci rzemień od losu, co mi dupę lał, i teraz ja ci tym rzemieniem w odwecie w dupsko dam”. Nie pytajcie, proszę, co przez to rozumiem, zrozumcie jedynie, że dwudziestoczteroletnim debiutantkom nie wypada pozować na pana i władcę — a ściślej rzecz biorąc: na panią i władczynię — przed prawie pełnoletnimi dziewczętami, szczególnie że dystans wizualny między obiema paniami przedszkolankami a ich trzydzieściorgiem podopiecznych wynosił może… bo ja wiem… jakiś jeden centymetr… Gdyby się uprzeć, panie przedszkolanki można by wziąć za przedszkolaków; a mimo to obie czuły się nader pewne siebie. Już w pierwszych dniach obcowania z młodzieżą rozbrykały mi się jak nieokiełznane agresywne klacze! Ich galop osobiście musiałem przystopować, kiedy przyszło mi dzwonić do rodziców jednej z podopiecznych i dyplomatycznie przepraszać za to, iż jedna z pań raczyła wytknąć córeczce tatusia, że tą „swędzi cipka”. Tatuśkowie nie lubią, kiedy mówi się, że cokolwiek swędzi ich córeczkę. Oj, nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo tego nie lubią. Halina i Leokadia do dziś żyją w błogiej niewiedzy, w przekonaniu, że sprawa ta tak po prostu sama ucichła i że ich przeprosiny cokolwiek problem rozwiązały. Dorzucę jeszcze, że tatuśkowie reagują też bardzo alergicznie, gdy ktoś stara się im wmówić, że ich ukochana córeczka „przelizała się z połową Lloret”, oj, nie chcielibyście wiedzieć, jak alergicznie reagują wówczas tatusiowie. Pozostawiam to jedynie waszej wyobraźni i przechodzę do meritum.

Halina była dosyć powściągliwą w relacjach z innymi ludźmi, rzetelnie wykonującą swoją pracę absolwentką historii, Leokadia zaś skrajnie ekstrawertyczną optymistką. Jej optymizm epatował w migotliwych oczętach i perlistym uśmiechu, którym od pierwszej chwili próbowała mnie oczarować. Tak bardzo osaczyła mnie przy autokarze swoją czarującą osobowością, że przez tych kilkadziesiąt minut, gdy staliśmy na parkingu w Katowicach, nie widziałem w zasadzie niczego poza jej penetrującym spojrzeniem i śnieżnobiałymi zębami, które mówiły do mnie i mówiły, jak katarynka, a przy tym wykazały się piorunującą znajomością mojej osoby, co już na wstępie naszej relacji dało mi do myślenia. Leokadia bowiem wyszperała w Internecie wszelkie możliwe na mój temat informacje i nie omieszkała podzielić się ze mną tą wiedzą. Mogło mi to imponować, bowiem wyzwalało we mnie pewną próżność, ale mogło też obudzić we mnie czujność, ponieważ przed delikwentami, którzy, zanim cię jeszcze poznają, prześwietlają na wylot twoją osobę w prywatnym procesie lustracyjnym, należy mieć się na baczności. Miałem się więc na baczności już od pierwszej chwili, nie będę jednak ukrywał, że czujność swą zatraciłem na jakiś czas, kiedy w trakcie podróży autokarem (notabene ramię w ramię z Leokadią), utwierdziłem się w przekonaniu, że po prostu jest ona mną zainteresowana. Chociaż trochę krępowało mnie to, że tak bardzo się do mnie przykleiła — w głębi duszy cieszyłem się, że znalazłem świetnego kompana i że tak dobrze się rozumiemy — takie bowiem miałem wrażenie, nim jeszcze załoga nowoczesnej floty Isaka i Wanny Jordików zdążyła wypłynąć na wybrzeże Lloret.

— Ta antenka z Warszawy jeszcze nie dojechała? — w którymś momencie udało mi się wtrącić w rozmowę z Leokadią wyrażające moją rosnącą niecierpliwość pytanie. Uwolniłem przy okazji na chwilę swój wzrok i ogarnąłem nim pieczołowicie pracującą Halinę, która, jak przystało na panią pilot, z listą w ręku wpuszczała zjeżdżającą się młodzież do autokaru. Nie liczyłem na odpowiedź. Pytanie było retoryczne i miało jedynie na celu oderwać się na moment od Leokadii i mimowolnie zasygnalizować jej, że są ważniejsze w tej chwili sprawy od mojej skromnej osoby.

— Racja — uśmiechnęła się do mnie entuzjastycznie. — Są ważniejsze w tej chwili sprawy od twojej skromnej osoby. — I przyznałem w duchu, że była bardzo spostrzegawcza i bardzo inteligentna, a już sekundę później widziałem ją pełną wigoru, jak przymilała się do rodziców jakiegoś chłopca, pozując na jeszcze bardziej błyskotliwą niż była.

Rozglądałem się po nowoprzybyłych. Liczyłem chłopaków. Oceniałem, czy którykolwiek z nich będzie mógł mi posłużyć za natchnienie, ale poza jednym wysokim młodzieńcem w okularach (a w zasadzie pełnoletnim już mężczyzną) nikogo nie usadziłem na ławce rezerwowych kochanków. Nawet gdyby się taki znalazł, to mógłby jedynie zagrać na boisku mojej erogennej wyobraźni — prostuję, by nikt nie insynuował mi, jakoby mój udział w tej imprezie był szemranie… intencjonalny. Można mi zarzucić słabość, ale posądzenie mnie o zamiar uwiedzenia jakiegoś nastolatka byłoby tendencyjne. Do czego zresztą w świetle prawa miałbym prawo, bo — uwaga — intymne relacje pomiędzy dorosłymi a osobami, które skończyły już piętnaście lat, w Polsce były i są dozwolone. Nadmieniam, ponieważ zdecydowana większość społeczeństwa nie jest tego świadoma i chętnie szuka sensacji tam, gdzie jej w żadnym razie być nie powinno. A moi podopieczni dawno mieli ukończone piętnaście lat. Moi podopieczni byli niemalże dorośli… Wiem… to i tak nie usprawiedliwia strony etycznej. Wiem, i niczego nie mogę sobie zarzucić. Może nawet żałuję własnej poprawności.

Matowe żonkile znów wyszły na moment zza chmur — chciałem w pewnej chwili zauważyć, ale słońce wnet się schowało. Masztowiec błysnął na krótko w refleksach światła, gotowy do rejsu ku wybrzeżom Costa Brava, a ja i Leokadia znów mówiliśmy do siebie uśmiechami, dopóki Danusia nie zadzwoniła do mnie z informacją, że właśnie wjeżdżają na parking…

Antenka z Warszawy. Przez Kielce. Z nim.

Rozdział 7

Czarne żużlowe kamyki skwierczą pod kołami białego dyliżansu marki mercedes, pękają, niemalże dymią jak palące się na oleju skwarki. Olej kapie gdzieś spod koni mechanicznych, dyliżans hamuje, konie piszczą, lejce rozrządu muszą się trzymać dosłownie na końskim włosiu. Dyliżans po liftingu, ale bebechy mają zmiany chorobowe. Danusia wyjaśnia mi właśnie, że opóźnienie antenki z Warszawy ma związek z rutynową kontrolą policyjną, którą obozowicze na szczęście przespali, i dopatrzeniem się u dorożkarza braku jakichś papierów.

— Zabrali nas na komisariat — mówi. — Ale wszystko skończyło się pomyślnie.

Słucham jej kątem ucha, malując na twarzy przejęcie. Kątem oka rozglądam się po tych, co wysiadają z dyliżansu.

Dopiero dziś, dopiero teraz czuję, że ogumienie białego mercedesa ma jeszcze na sobie zapach kieleckiego asfaltu. Dopiero dziś, dopiero teraz, gdy stukam w pisarskie klawisze, czuję, że karoseria pojazdu pachnie jeszcze świętokrzyskim nocnym deszczem i ma na sobie świętokrzyski wiatr…

Piździ jak w kieleckim, ale dopiero teraz, dopiero dziś — wokół mojego ciała…

Lemonie, zabierz ten wiatr i rzuć go w żagle masztowca, który popłynie z nami na pokładzie do Lloret! Zrób to dla mnie.

Oczyma pamięci widzę, jak wychodzisz z busa w towarzystwie Łukasza i Blondiny. Blondina ma na głowie jakby słomiane pasemka, Łukasz smukłą twarz nastoletniego anorektyka, ty — krystaliczne, smutne oczy pełne wód przezroczystej laguny. Można by się w niej utopić i nadal widzieć nad głową niebo. W tym smutku można by zanurkować aż ku krawędziom złotego piachu.

Masz chyba niespełna metr siedemdziesiąt wzrostu i głowę trzymasz spuszczoną ku ziemi. Czasem jedynie unosisz świadomie w górę wzrok i uśmiechasz się gorąco. Uśmiechasz się promiennie, uśmiechasz się lękliwie, z cieniem tajemnicy i pasji.

Widzę cię. Stoję jak sierota i nie wiem, jakie właściwie zajmują mnie sprawy, gdy ty udajesz się z przyjaciółmi do luku bagażowego mercedesa. Całą paczką kroczycie po walizki pod skrzydłami pani pilot. O ile pamięć mnie nie myli, jeszcze przez jakiś czas rozmawiam z Danusią, a potem idę ją odprowadzić do samochodu. To jest właśnie ten wycinek czasu, w którym nie wiem, co się z tobą dzieje.

Żegnam się z Danusią. Mówię, jak bardzo jestem jej wdzięczny, że zgodziła się w moim imieniu odbyć kurs do Warszawy. Danusia jeszcze referuje mi przebieg podróży i zaznacza, że raczej nic specjalnego, jeśli chodzi o chłopaków, ale w moim typie powinien być Łukasz, bo taki smukły, w zasadzie najwyższy z nich i nawet dość ładny. Doskonale wie, w jakich mężczyznach gustuję.

— No a jak ten Avid? — pytam, choć zdążyłem już zobaczyć jego postać wysiadającą z autokaru.

— Fakt, ma ładną twarz — mówi. — Ale niziutki chłopak, raczej nie twój typ.

Jakoś mnie nie przekonuje. Chyba jednak nie zna mnie tak dobrze, ponieważ Łukasz nie przykuł mojej uwagi. Co prawda, nic jeszcze o nim nie wiem. Nic nie wiem również o Blondinie, która z całej trójki siedemnastoletnich chłopców ma w sobie najwięcej kobiecych cech, które kilka minut później rzucają mi się ostentacyjnie w oczy, gdy w autokarze podchodzę do Avida i podaję mu dłoń. Pamiętam, że tylko z nim się przywitałem, zupełnie zapominając o Łukaszu, a przecież usiedli razem na siedzeniach. Zreflektowałem się dopiero w trakcie drogi i w lustrzanym odbiciu własnej twarzy na autokarowej szybie zobaczyłem, jak ze wstydu czerwienię się…

„− Nie wie pan, kiedy dojedziemy do Lloret? — To mnie zabolało. Zauważyłem, że mimo uśmiechu, był jakby zdystansowany, co mogło tłumaczyć się wrodzoną nieśmiałością, jakimś nieznanym mi dotąd lękiem, manifestującą się tajemnicą, więc bardzo żywo zareagowałem:

— Dlaczego mówisz mi pan? Przecież na GG mówiłeś mi po imieniu…

Skorygował ostatnie pytanie. Spoufalił się ze mną. W zasadzie przełamał się na moją wyraźną prośbę i dezaprobatę, a gdy udzieliłem mu odpowiedzi, podziękował głęboko oczami i dopowiedział nimi: rozumiem, już wszystko w porządku…”


Matowe żonkile znów wychodzą niespodziewanie zza chmur i tym razem już się nie chowają, z każdą sekundą przybierając na intensywności barw. Masztowiec błyska na dłużej w refleksach światła i rusza w rejs ku wybrzeżom Costa Brava, a ja i Leokadia na nowo mówimy do siebie uśmiechami, mówimy słowami, siedząc jedno obok drugiego, dopóki raz po raz nie obrócę się za siebie i nie spojrzę w oczy, które patrzą gdzieś za okno z siedzenia tuż za moim kręgosłupem. Uśmiechną się do mnie co jakiś czas, a niedługo potem schowają pod powieki, domkną je długie rzęsy, a ja zobaczę, że rzęsy te są jakby mokre…

Udając, że robię to w trosce o dobro moich podopiecznych, że sprawdzam, czy wszyscy na tyłach autokaru należycie się zachowują, będę tak chłonął od czasu do czasu wilgoć twoich rzęs, aż uzbieram kilka kropel, by zaspokoić pragnienie.

Nie jest to pragnienie, o jakim myślisz.

Jest to pragnienie, by cię pokochać.


Pachnie październikiem.

Mokrym asfaltem, ziemią, nocą.

Dym ze śląskich kominów ma smak wieczornej schadzki.

Wysoki biały dom w moich oczach na ulicy Pańskiej…

Rozdział 8

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 34.91