E-book
20.48
drukowana A5
37.94
Legion Cieni

Bezpłatny fragment - Legion Cieni

Narodziny śmierci


Objętość:
236 str.
ISBN:
978-83-8189-154-7
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 37.94

Prolog

Lecąc przez nicość na odległą planetę, z której można trafić prosto do piekła. Nigdy nie był pewny, czy czasem jego szef, wielki Kreator, pan i władca tej planety się nie rozmyśli i wrzuci jego duszę prosto w otchłań piekielną za złe wiadomości. Tym razem ma znakomite wieści, z których z pewnością będzie zadowolony i kto wie, może w końcu trafi do raju, który mu obiecał. Nie tracąc czasu, skierował się prosto do centrali dowodzenia, przepływem dusz na wyższy poziom, gdzie najprawdopodobniej najszybciej go zlokalizuje.

Centrala główna była położona na wyspie z wysokim klifem, porośniętym krzewami z kolcami ostrymi jak brzytwa. Wyspa znajdowała się na samym środku niespokojnego morza z falami sięgającymi do kilkunastu metrów. Promienie słoneczne były zatrzymywane, przez ciemne chmury unoszącymi się nad wyspą. Jedyne światło, które rozświetlało niebo, pochodziło z piorunów. Gwałtowne burze ciągle nawiedzały to miejsce, piękną pogodę znał tylko ze słyszenia.

Chodziła taka plotka, że Kreator specjalnie robił taką pogodę, podobno to mu dom przypominał. Znając dość długo swego pana, był pewny na sto procent, że to była nieprawda, taka osoba jak on, nie posiada żadnych uczuć. Nawet nie był człowiekiem, zaciskając mocno zęby, czuł, jak złość w nim wzrastała, zastanawiając się czemu ktoś taki, jak on może decydować o losach ludzkich. Niestety nie miał wyjścia, widząc jak z biegiem czasu, jego największy wróg, staje się silniejszy i przebiegły. Wyprzedzał cały Legion o lata świetlne, to musiał się przyłączyć do niego, żeby nie być wśród przegranych smażących się w otchłani piekielnej. Bez odpowiedniego ciała i nawigacji, centrala była dostępna dla wąskiego grona dusz, specjalnie wyselekcjonowanych spośród

miliardów potępionych skazanych na piekło.

Cały mokry, zziębnięty, nie lubił tego miejsca, które doprowadzało go do gęsiej skórki. Zazdrościł niektórym, co niebyli narażeni na warunki atmosferyczne, dzięki teleportacji. Dla tego czuł gniew, zazdrość, czystą niesprawiedliwość, ale to jest cena, która musi płacić, żeby być niewykrywalny, przez Legion Cieni. Jakby się oni dowiedzieli, to jego szansa na niebo zmalałyby do zera, a nawet oni by mu te piekło zgotowali. Jeszcze kilka metrów, a będzie na miejscu. Leciał jak ptak, przedzierając się przez kolejną ciemną chmurę. Oprócz odgłosów błyskawic słyszał trzepot swego długiego płaszcza na silnym wietrze. Według przyrządów nawigacyjnych ukrytych wewnątrz swego ciała był już na miejscu. Nigdy nie wchodził głównymi drzwiami, jego wejście do wewnątrz kwatery głównej to parę chmur nakładających się na siebie o dwóch oddzielnych barwach: żółty i czerwony. Bardzo rzucające się w oczach pośród ciemności, jaka go otaczała ze wszystkich stron. Bardzo żałował, że nigdy nie miał możliwości zobaczenie chmurek, nie przy takiej prędkości. Może jakby zwolnił trochę, ale nie miał na to czasu, na pewno nie teraz. W ułamku sekundy zrobiła się oślepiająca jasność, po chwili mrużąc oczy, dotarło do niego, że jest już w środku, w samym centrum, przed siedzącą tyłem dziewczynę.

— Szukam Kreatora, mam dla niego ważną informację — powiedział, widząc potępionych zaskoczonych jego obecnością, gdzie nielicznym grzesznikom wolno było tu przebywać.

— A ty kim jesteś? Jak tu się dostałeś? — zapytała młoda dziewczyna podniesionym głosem.

— Nie twoja sprawa, smarkulo — odpowiedział ostro. — Wołaj go szybko, nie mam czasu na pieszczoty.

— Co ty sobie wyobrażasz Pokrako, że pan i władca tego świata jest na każde twoje zawołanie.

Zacisnął dłonie w pieść „jeszcze jedno słowo, a pożałujesz” pomyślał, z trudem się powstrzymując od zrobienia czegoś bardzo złego z twarzą dziewczyny, dość atrakcyjnej na pierwszy rzut oka. Brunetka o długich kręcących się włosach z niebieskimi oczami, po prostu anioł, bez skrzydeł. Nienawidził tych przybłędów, pupilków Kreatora, gdzie na każdym kroku dają ci do zrozumienia, że jesteś drugiej kategorii z gorszego sortu. Kreator lubił otaczać się swoimi ziomkami, traktował ich wyjątkowo, pozwalał im niemal na wszystko. Sam kiedyś był świadkiem, jak decydowali o losach ludzi, wyręczając swego mistrza, w podejmowaniu decyzji, kto, na jakie piekło zasługuje. To było kiedyś, teraz korzystają z komputerów, sami w tym czasie, szukają nowych piekielnych planet, w którym można zadać jak najwięcej bólu duszy. Nawet mają swoją kategorię, w którym słońce ma dziesięć punktów, ale jak dotąd nie zrobili takiego ciała, które by potrafiło taką wysoką temperaturę wytrzymać. Jak na razie najmocniejsze ciało, które zrobili, mogło wytrzymać na planecie kategorii numer sześć.

— Niech ciemność ogarnie całą Ziemię! — powiedział Kreator, pojawiając się nagle, znikąd, przed nimi.

— I wszechświaty, na których życie znajdziemy — odpowiedzieli równocześnie, przerywając kłótnie.

— Naszym światłem życie im odbierzemy — odparł Kreator.

— Jaka to sprawa niecierpiąca zwłoki, że tak osobiście się narażasz na zdemaskowanie?

— Błagam o wybaczenie, Legion już namierzył Proroka — powiedział, kierując oczy w dół, nigdy nie ośmielił się spojrzeć mu w oczy. Starał się ukryć swoją pogardę dla jego osoby, domyślał się, że to i tak nie ma wielkiego sensu, jak zawsze wie o wszystkim. Musi jakieś pozory trzymać, bo na jego miejsce, Kreator może znaleźć stu innych, którzy tak jak on wszystko zrobią, żeby z tej dziury się wydostać i znaleźć się na drugiej ziemi.

— Doskonale, mam nadzieję, że dołożysz wszelkich starań, żeby im się udało.

W oczach przybysza pojawiło się zagubienie.

— Nie rozumiem, mam im pomóc. — Kreator pochylił się nad jego prawym uchem i szepnął mu parę słów, następnie pokłonił się nisko, i w jednej chwili zniknął, pozostawiając po sobie niezrozumienie u pozostałych obecnych w sztabie.

— Co to oznacza, panie — powiedziała dziewczyna ze spuszczoną głową. Doskonale wiedziała, że jej pan na taką wiadomość czekał parę tysięcy lat.

— Nic takiego, moje dziecko — odparł ze spokojem, puszczając delikatny uśmiech „Panowanie Boga wreszcie dobiega końca” — pomyślał, uśmiechając się w duchu.

Rozdział 1

Ogień w kominku już przygasał, kiedy obudził się i spojrzał na Matyldę, która spała obok niego. W tym świetle wyglądała wspaniale, długie czarne, proste włosy, sięgające aż do pasa. Michał tak godzinami mógł się patrzeć na jej nagie ciało, jak na prawdziwe dzieło sztuki. Wyrzeźbione w pocie czoła na zajęciach fitness, trzy razy w tygodniu. Plus odpowiednia dieta, której bardzo przestrzegała. Licząc każdą zjedzoną kalorię, wystrzegając się wszelkich używek, żeby nie łamać piątego przykazania, które brzmiało „Nie zabijaj” z uśmiechem dodając później — zdrowia własnego.

Przy dobrych okazjach, która była niewątpliwie wczorajsze oświadczyny. Pizzy, z salami, czarnymi oliwkami i serem mozzarellą, do tego jeszcze kieliszek słodkiego wina. Matylda, bez najmniejszych wyrzutów sumienia grzeszyła, rozkoszując się każdym kęsem, zaspokajając swoje spragnione kubki smakowe.

Michał sam nie wiedział, co w nim mogła dostrzec, nawet w połowie nie był tak atrakcyjny, jak ona. Był niedużego wzrostu, na obcasach go przewyższała, i może dlatego wolał, jak miała adidasy na nogach. Chociaż lubił obserwować, jak inne kobiety chodziły na wysokich obcasach. Od ich stukających obcasów włosy jeżyły mu się na głowie, odczuwając przy tym nieziemską przyjemność, wsłuchując się zbliżających kroków do niego.

Ostatecznie w ustronnym miejscu, w atrakcyjnej bieliźnie, nie widział przeciwwskazań, żeby paradowała przed nim na wysokich szpileczkach. Miała idealne ciało do tego jak na rozkładówce playboya.

Ten jego mały brzuszek, kiedy za niego łapie, nazywając go przy tym swoim Misiaczkiem. Pewnie urzekł ją swoją inteligencją, uśmiechem, serdecznością, i Bóg wie czym jeszcze. Tak sobie to tłumaczył, tak naprawdę to zielonego pojęcia nie miał. Nie brakowało mu odwagi, żeby zapytać ją o to, tylko bał się, co ona może mu odpowiedzieć. Tłumaczył sobie tym, że na niektóre pytania warto nie znać odpowiedzi. Bo czasami mogło się to odwrócić przeciwko jemu. Najważniejsze, że są razem. Po wczorajszych oświadczynach na dłuższy czas, a przy sprzyjających warunkach, aż do końca swoich dni.

Minęło już trzy lata, jak ją zna. Wciąż nie może uwierzyć w swoje szczęście, że ją spotkał na ścieżce swojego monotonnego życia. Taką niewiastę, która swoim blaskiem oświetla najciemniejsze zakamarki tego świata.

To był czysty przypadek, raczej wypadek, jak pracował jako sprzedawca w sklepie. Przy pakowaniu 42-calowego telewizora do kartonu po raz kolejny nadwyrężył sobie plecy. Od razu wiedział, że to koniec pracy na dzisiaj. Jak kilka lat temu pierwszy raz dostał takiej kontuzji, to od tego czasu ciągle borykał się z tym problemem.

Tego dnia zapas tabletek na receptę się wyczerpał, które zawsze mu pomagały zwalczyć ból, który się nasilał przy każdym kroku, doskonale widocznym na jego twarzy. Zaciskając mocno zęby, próbował zawiązać sznurowadła. Jedyne, o czym wtedy myślał to, żeby położyć się w swoim ciepłym łóżeczku, na miękkiej puszystej poduszce, przykrywając się delikatną kołderką z owczy wełny, którą jego mama kupiła na wyprzedaży. Zawsze, gdy tak zasypiał, czuł rodzinne ciepło, które można było spotkać w czasie świąt Bożego Narodzenia, czy przy wielkanocnym stole. Z bólem pleców, które paraliżowało jego ciało, nie miał ochoty na nic więcej, a na pewno nie na prawdziwą miłości swego życia, którą dzisiaj może spotkać, to była ostatnia rzecz, o której by pomyślał, zaraz po latających słoniach.

Wtedy było już późno, żeby iść do lekarza, nic innego nie pozostało, jak udać się do szpitala na ostry dyżur, gdzie jego Mati pracowała jako pielęgniarka. Jak pierwszy raz ją zobaczył, zamurowało go, to było jak trafienie pioruna, prosto w serce. Czuł się cały sparaliżowany, od dołu do góry. Świat, w którym żył, do tego momentu, wydawał mu się prosty, normalny, bez najmniejszych fajerwerków. W jednej sekundzie wszystko, to się zmieniło. Świat nabrał kolorów, wszystko wydawało się inne, dużo lepsze. To była właśnie ona, która nadała, życiu sens. Wiedział w jednej chwili, po co i dlaczego ma żyć. Jej słów nigdy nie zapomni.

— Przyszłam panu zrobić zastrzyk. — Odruchowo podwinął rękaw. — To który pośladek woli pan, w lewy czy w prawy? — Powiedziała z promiennym uśmiechem na twarzy.

Do dzisiaj się spierają, kto kogo poderwał.

Matylda otworzyła oczy, delikatnie się uśmiechając.

— Znów to robisz.

— Co?

— Patrzysz się na mnie, kiedy śpię.

— Nic nie poradzę, że jesteś taka piękna, a szczególnie w takim uroczym miejscu.

Przytuliła się do niego, opierając głowę na jego ramieniu, uwielbiała to ciepło, które od niego biło. Czuła się ona, przy nim bezpieczna, atrakcyjna. Idealny ojciec, dla jej nienarodzonych dzieci. Snuła po cichu, marzenia wspólnego rodzinnego życia. Jeszcze z nikim nie było tak dobrze, jak właśnie z nim. Będąc pielęgniarką, miała na co dzień adoratorów. Lubiła z nimi rozmawiać, żartować, to była jedna z nielicznych przyjemnościach w ciężkiej i stresującej pracy. Niestety ani jeden partner, z którym była, nie mógł tego zaakceptować, zrozumieć. Zazdrość górowała, nad miłością, zaślepiając prawdziwe uczucia, jak małe dzieci, w ciałach dorosłych. Najwyraźniej niedojrzali emocjonalnie, tak sobie tłumaczyła, czekając na tego właściwego, normalnego, mężczyzny jej życia.

— Boże, ale jest cudownie, jakbym mogła zostać jeszcze trochę.

Zadowolony z siebie, z jego genialnego pomysłu o wybraniu się do domku w lesie, nie mógł uwierzyć, że wszystko, co zaplanował, udało się w stu procentach. Najtrudniej było znalezienie, wspólnego, wolnego weekendu, gdzie razem na parę dni mogą wyjechać, odpocząć. Uciec od codzienności, robienia wszystkiego na czas, tej całej gonitwy za pieniędzmi, których zawsze brakuje.

— No trzeba wracać do rzeczywistości, rozpowiedzieć o dobrej nowinie, zaplanować ślub, sporządzić listę gości — powiedziała Matylda z błyskiem w oku i wielką radością.

Michał złapał ją za rękę, na której znajdował się złoty pierścionek zaręczynowy, wpatrując się w niego.

— Myślę, że dobrze ci wybrałem, nie jest za duży?

— Jest idealny, ciekawa jestem, skąd wiozłeś miarę? — zapytała go, mrużąc podejrzliwie oko, zastanawiając się, czy stanik dla niej również kupiłby idealny, z czasem nawet sama ma z tym problem.

— A jak myślisz?

— Pewnie pożyczałeś jakiś pierścioneczek z mojej szkatułki.

— Nie, wpadłem na coś o wiele lepszego, pamiętasz, jak na straganie przymierzałaś pierścionek, którego nie kupiłaś?

Matylda niespodziewanie podskoczyła na łóżku, z lekkim uśmiechem klepnęła delikatnie w ramię Michała.

— I wtedy wróciłeś się po niego, żeby go kupić.

— Tak miałem już gotową miarę.

— Muszę na ciebie uważać, kombinator z ciebie.

Michał zaczął ją łaskotać.

— Z ciebie też nie lepsze ziółko, mój ty lewy pośladku.

Rozdział 2

Ottis ocknął się w ślepym zaułku, w prawej dłoni trzymał pustą butelką po winie. Wszędzie było ciemno, panowała jeszcze noc, w oddali paliła się tylko jedna latarnia. Wstając z ziemi, cały obolały, rozglądając się, zauważył bezdomnego, który spał na ulicy pod stertą śmieci. Szybko uznał, że to musi być ten drugi, który miał być oddelegowany do tego zadania. Od początku wydawało mu się to śmieszne, nawet ślepy poradziłby sobie z tym zadaniem. Najwyraźniej górze zależało, żeby to zlecenie zostało jak najszybciej wykonane, bez żadnych niespodzianek.

— Wstawaj! Jesteś już gotowy — warknął Ottis do leżącego na ulicy, we własnych odchodach, jego przyszłego kompana o imieniu Lou. Sam wyglądał niewiele lepiej, w brudnych, śmierdzących ciuchach, z kilkudniowym zarostem.

— Już wstaję, daj mi chwilkę — Powoli podnosząc się z ziemi, otrzepał spodnie, jakby coś miało mu to pomóc. Lou również zmierzył wzrokiem przyszłego partnera.

— Jak zwykle jesteśmy śmierdzącymi dziadami — uśmiechnął się, jakby dla niego to był chleb powszedni. — Może doprowadzimy się do porządku, nowe ciuchy, szybki prysznic, dobre żarcie i zimne piwko.

— Nie ma na to czasu, szybko zrobimy, co trzeba i spadamy stąd — odpowiedział Ottis, rozglądając się za jakimś samochodem.

— Wiesz, gdzie mamy jechać? — zapytał Lou ze smutną miną, mając wszystko, co dobre na wyciągnięciu ręki. Tak rzadko, tu jest, ilość pobytów na ziemi można, byłoby wyliczyć na jednej ręce.

— Tak, znam czas i miejsce naszego zadania, jak tylko załatwimy transport, to jeszcze będzie czas, żeby coś zjeść.

— Z przyjemnością coś bym przegryzł. Jadłem tak dawno temu, że już nie wiem, jak smakuje jedzenie. — Oblizał się ze smakiem, myśląc, że jeszcze wszystko nie jest stracone.

— A kiedy ostatnio tu byłeś, dwieście lat temu? — Odezwał się Ottis. Mając nadzieje, że uda mu się nawiązać nić porozumienia z partnerem, żeby wykonać zadanie, bez przeszkód. Tylko to się dla niego liczyło, niepowodzenie, nie wchodziło w grę. Był przekonany, że jak im się uda wykonać jedno i drugie zadanie, to zmieni ciało na lepsze i być może nie będzie musiał, wykonywać podobnych rozkazów, na których można bardzo łatwo popłynąć i wylądować w piekle.

— Ostatnio, jak dobrze pamiętam, po I wojnie światowej w Niemczech dałem książkę jakiemuś Niemcowi ze śmiesznym wąsikiem.

— Niemcowi z wąsikiem? — Nie dowierzając Ottis, myśląc, że się przesłyszał. Zdawał sobie sprawę, że Kreator miesza się w sprawach ludzi, ale nie sądził, że na taką skalę — A to nie był czasem Hitler?

— Tak, teraz sobie przypominam, ciekaw jestem, czy ta książka podsunęła mu parę dobrych pomysłów.

Widząc zaskoczenie na wiadomość o Hitlerze, Lou rozkoszował się każdą sekundą, że udało mu się przewidzieć reakcję partnera. Wiedział, że jego towarzysz jest łatwowierny i jest skłonny uwierzyć niemal każdą, niedorzeczną bajeczkę, która przyjdzie mu do głowy. Zawsze, dążył, żeby być lepszy, od innych. Niestety wiązało się to z przemocą, kłamstwami i innym złymi rzeczami. Pewnie dla tego po śmierci, robi, to w czym jest dobry, odwalając czarną robotę i tak w nieskończoność. Na myśl o tym, robiło mu się niedobrze, bardzo brakowało mu dawnego życia ziemskiego.

— Tak i to jakich! Dobra, robota czeka, widzę już nasze pierwsze zadanie i transport.

Ottis rozpoznał kierowcę w samochodzie, który zaparkował po drugiej stronie ulicy. Szybkim krokiem podeszli do samochodu, rozglądając się dookoła. Mieli szczęście, o tak późnej porze nikogo nie widzieli na ulicy. Kierowca w samochodzie był sam, zajęty szukaniem jakichś papierów w skrytce na rękawiczki. Ottis zapukał delikatnie w okno, od strony kierowcy.

— Nie mam drobnych — odpowiedział kierowca, wysiadając z samochodu, nie zauważając butelki w ręku nieznajomego.

— Nic nie szkodzi. Ma pan pozdrowienia od Marzeny Herman.

— Kogo? — zapytał się Kierowca, nie dowierzając własnym uszom, poprawiając okulary, które zsunęły mu się z nosa.

— Marzeny Herman, dwadzieścia lat temu zamordowałeś ją i od tego czasu czeka na ciebie, żeby osobiście odesłać cię do piekła.

Na czole kierowcy pojawiły się krople potu, po chwili głęboko już oddychał, najwyraźniej te słowa wywarły na nim duże wrażenie.

— Ja jej nie zamordowałem, to był wypadek — Kierowca, wypowiadając te słowa, skierował swój wzrok na Ottisa, jego źrenice minimalnie się powiększyły i przypadkowo dotknął ręką swojego ciała.

— Usta można zmusić do kłamstwa, lecz nad ciałem trudniej zapanować, a twe ciało mówi nam, że kłamiesz, a poza tym widziałem cię, jak ją mordowałeś.

Ottis po wypowiedzeniu tych słów uderzył butelką w głowę kierowcy z taką siłą, że butelka się potrzaskała. Kierowca, zamroczony, upadł na jezdnię, chwilę później Ottis otworzył bagażnik samochodu. Spojrzał na swojego partnera, który stał bezczynnie. Teraz już był pewny, że mógł to zadanie wypełnić w pojedynkę, oby w następnym zadaniu okazał się bardziej pomocny. Do głowy mu przyszła myśl, że jego partner nie jest do pomagania, ale do pilnowania.

— Chodź, Lou, wrzucimy go do bagażnika — powiedział przyciszonym głosem, biorąc nieprzytomnego kierowcę pod pachy.

Kierowca powoli odzyskiwał przytomność, w bagażniku, łapiąc się za głowę, mrużąc oczy z bólu, który go przeszywał na wylot, nie czuł się zbyt dobrze, kręciło mu się w głowie, poczuł nudność. Miał ochotę zwymiotować, prosto przed siebie, ale wolał nie ryzykować, obrzyganiem napastników, był prawie pewny, że na pewno by się źle skończyło dla niego.

— Zostawcie mnie, czego chcecie? Mam pieniądze, dużo pieniędzy. — Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni grubo wypchany portfel i zaczął nim wymachiwać we wszystkie strony jak chorągiewką.

— Nie chcemy od ciebie pieniędzy, lecz coś o wiele cenniejszego, co zaraz od ciebie weźmiemy.

Lou złapał za głowę kierowcy i szybkim ruchem skręcił mu kark. — Teraz już nie będzie nam przeszkadzał. To umiesz to prowadzić? — zapytał Lou, zamykając bagażnik.

— Tak, chociaż minęło trochę czasu, jak widzę, doszło parę bajerów, ale dam radę. Przez parę tygodni rozmawiałem o nowinkach technicznych ze świeżymi, a o szkoleniach już nie wspomnę.

— To gdzie w końcu jedziemy? — zapytał Lou, ziewając.

— Do domku w lesie, na Leśnej 108, Stare Budkowice w opolskim.

— Mamy tam być nad ranem.

Rozdział 3

Poranne światło, wpadając przez okno, obudziło Michała. Pozostał z zamkniętymi oczami, a jego ręka szukała Matyldy, wyczuwając tylko prześcieradło w miejscu, gdzie leżała wcześniej. Michał otworzył oczy, a ona była nie w cieplutkim łóżeczku obok niego, lecz w drzwiach łazienki, odwrócona w jego stronę, w długiej męskiej koszuli, szczotkując zęby.

— Nie chciałam cię budzić, tak słodko spałeś. Rzadki widok, zazwyczaj, gdy się budzę do pracy, to już cię nie ma.

Przeciągając się w łóżku, spojrzał na zegarek. Była godzina ósma rano, oczy Michała otworzyły się maksymalnie szeroko.

— Zaspałem!

Szybko zakładając spodnie, nerwowo rozglądał się za swoim telefonem. — Może nie jest za późno, jak od razu wyruszymy — nerwowo odezwał się w stronę Matyldy.

— Co byś powiedział na dodatkowy dzień wolny, no wiesz, urlop na żądanie? — Matylda ścisnęła wargi, czekając na odpowiedź. Nie chciała, żeby ten cudowny weekend tak szybko się skończył. Jako mała dziewczynka, marzyła o złotym pierścionku od pięknego bogatego księcia o dobrym sercu, pomagający zwierzętom w potrzebie. Najbardziej w tej chwili nie mogła się doczekać wesela, kiedy tego dnia włoży na miejsce pierścionka zaręczynowego obrączkę.

— W sumie masz rację. — Popatrzył na Matyldę, w jego koszuli wyglądała bardzo pociągająco, sięgająca do połowy pośladków. Michał poczuł pogniecenie na myśl, co będzie robił ze swoją narzeczoną za minutę lub dwie, widział doskonale, że w tym momencie zrobi dla niego wszystko, o co by ją poprosił. Bez mrugnięcia okiem, oddawała mu się tak, jak to robiła zeszłej namiętnej nocy. Małymi kroczkami szedł w jej stronę, żeby ją objąć, poczuć znów jej ciepło. W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Oboje zaskoczeni spojrzeli na siebie. Matylda podniosła wskazujący palec do ust, dając Michałowi do zrozumienia, że będą udawać, że nikogo w domu nie ma. Michał bez protestu zgodził się, kiwając głową, spojrzał na koniec koszuli swojej ukochanej, a później na pomalowane paznokcie w kolorze czerwonym. W tym momencie jego myśli krążyły nie koło drzwi, gdzie ktoś nieproszony stał za nimi i chciał nieświadomie ten piękną chwilę im popsuć, lecz o czerwonych paznokciach, ładnych stopach. Bił się on z myślami, czy już wczoraj miała pomalowane i tego jakimś cudem nie zauważył, czy dzisiaj rano jak spał smacznie to sobie pomalowała, żeby być jeszcze ładniejszą, atrakcyjniejszą dla niego.

Kiedy pukanie ucichło, Michał odezwał się szeptem: — Zawsze, tak robię, kiedy ksiądz chodzi po kolędzie — zażartował.

— Czemu tak robisz? — Wyraz twarzy Matyldy diametralnie się zmienił, znikł, piękny uśmiech a pojawił się zmarszczone brwi, wydęte usta i delikatnie pochylona głowa na lewą stronę.

Michał doskonale znał ten wyraz twarzy, ostatnio jak pamięta, taką minę Matylda zrobiła, jak wrócił o czwartej rano z wieczoru kawalerskiego. Niepotrzebnie wtedy zapragnął sobie zrobić kawę i z niewiadomych dla niego przyczyn półka ze szklankami, kieliszkami do wina i porcelaną spadła, robiąc dużo hałasu, budząc wszystkich domowników wraz z kotem na czele.

Od razu zrozumiał po wypowiedzeniu paru słów związanych z kościołem, że popełnił błąd i będzie się teraz gorzko tłumaczył, co zapewne popsuje ten miły poranek. Zawsze starał się nie wchodzić na tematy kościelne, wiedząc jaka Matylda jest głęboką wierzącą katoliczką. Po chwili zastanowienia, jak wybrnąć z tej sytuacji, dość szybko zaproponował: — To może sprawdzę, kto tak dobijał się do nas.

— Nie odwracaj tematu, nie lubię, jak tak robisz — odezwała się Matylda z założonymi rękami, dając tym samym do zrozumienia, że tak łatwo nie wywinie się, jak kiedyś, po niefortunnym żarcie, o odpowiedzi dziewczynki na pytanie księdza, czy umie się żegnać? „Tak, do widzenia”. Wtedy uratowało go dzwonek telefonu, od jego mamy z wiadomością śmierci ciotki.

— Ale o co ci chodzi, że księdza nie lubię mieć u siebie w domu, żeby mi w każdy kąt zajrzał i wypytywał o życie prywatne?

— Michał poczuł, jak jego serce zaczęło mocniej bić, zanosiło się na dłuższą rozmowę, jakiej chciał uniknąć.

— To jak zamieszkamy razem, to księdza nie będziemy przyjmować, bo ty sobie tego akurat nie życzysz, a ja jestem innego zdania, odpowiedziała Matylda zdenerwowana.

— Wiem, o co ci chodzi, dopiero co się zaręczyliśmy, a Ty już próbujesz wychować mnie na dobrego katolika. To coś ci uzmysłowi, że ja wierzę w Boga, a nie w Kościół, i będę robił to, co uważam za słuszne. A nie, jak ktoś narzuca mi swój światopogląd. — To było silniejsze od niego. Ważniejsze było powiedzenie prawdy, niż życie w ciągłym kłamstwie, udawanie kogoś, kim się nie jest. Po tym wyznaniu poczuł ogromną ulgę, której od dawno nie doświadczał.

Znów rozległo się pukanie do drzwi, głośniejsze od poprzedniego, nie było już najmniejszego sensu udawać dalej. Podszedł do drzwi i energicznie je otworzył. Za drzwiami stało dwóch policjantów w mundurach.

— Dzień dobry, pan Michał Stolarczyk?

— Tak — odparł Michał, totalnie zaskoczony.

— Urodzony 1990 w Częstochowie, syn Leszka i Anny?

— Tak, a o co chodzi? — odpowiedział, zmieszany. Nigdy nie miał do czynienia z policją, nawet mandatu nie dostał ani upomnienia. Tylko raz go spisali, jak po nagłośnieniu sprawy przez media policja szukała ekshibicjonisty, który grasował w okolicach jego pracy.

— Dostaliśmy informację, że był pan świadkiem przestępstwa. Czy możemy wejść?

Jeden z policjantów był barczysty, wysoki o ostrych rysach twarzy z dwudniowym zarostem. Drugi był zupełnym przeciwieństwem pierwszego, mniejszy i drobnej budowy ciała. Obaj wyglądali na około trzydzieści lat.

— Tak, oczywiście, zapraszam. O jakie przestępstwo chodzi?

Matylda szybko założyła spodnie, włożyła swoją koszulkę, spięła włosy w kucyk i wyszła zobaczyć, co się dzieje. Widząc policjantów, podeszła do Michała.

— Czy ktoś jeszcze jest w domu oprócz was? — Wychylając głowę, starał się wypatrzeć, kogoś jeszcze.

— Nie, tylko my — odpowiedział Michał, zastanawiając, czy czasem nie chodzi o jego pracę.

Niższy policjant stanął za nimi, przyglądając się Matyldzie. Drugi w tym czasie wyciągnął notes i długopis, zaczął nim coś notować, nie przerywając, mówił dalej:

— A więc proszę podać swoje dane i co łączy panią z panem Michałem.

„Co ich to interesuje, wyglądają jakoś dziwnie” — pomyślała Matylda. Miała już do czynienia z policjantami, nieraz ich widywała w szpitalu. Z paroma nawet zaprzyjaźniła się, a ci wyglądali, jakby byli z wydziału prewencji.

— Nazywam się Matylda Nowak, mieszkam również w Częstochowie, a ten pan obok to mój narzeczony. A panowie, z jakiego są wydziału?

Policjant stojący za nimi szybko wyciągnął pistolet i nacisnął spust, strzelając prosto w głowę Matyldy. Później skierował pistolet w stronę głowy Michała, a ten zdążył tylko krzyknąć i zrobić krok w kierunku zabitej narzeczonej, która leżała na podłodze. Po chwili znalazł się martwy obok niej, w kałuży krwi.

— No i po wszystkim, gładko poszło — powiedział Gino, chowając pistolet do kabury.

— Po jakiego diabła zabiłeś dziewczynę? — odezwał się drugi policjant, nie ukrywając wielkiego zaskoczenia.

— Jak to po co? Żeby świadków nie było. Miałeś jakieś plany wobec niej? — zdziwił się, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. — A co, wpadła ci w oko? Jest jeszcze ciepła — uśmiechnął się Gino.

— Udajesz idiotę czy nim jesteś? — Pirosowi wcale nie było do śmiechu, wręcz przeciwnie, wyglądał tak, jakby chciał zaraz w niego wpakować cały magazynek, i jeszcze byłoby mu mało. — Teraz Kreator wykorzysta ją przeciwko nam, to tak, jakbyś dał mu prezent na gwiazdkę. I jak przekonamy Michała do nas? Widziałeś jego minę po zastrzeleniu narzeczonej. Nie był zachwycony tym, prawda?

— Ups! O tym nie pomyślałem. I co zrobimy? — zapytał zdenerwowany, ocierający pot z czoła.

— Teraz już nic nie zrobimy, jedziemy do centrali. Mam nadzieje, że oni coś wymyślą, bo jesteśmy głęboko w czarnej…

Rozdział 4

Z pogrążonego we śnie Lou, wydobywały się jakieś dźwięki, później jakiś bełkot, a na końcu imię Beatrice co zdziwiło Ottisa. Nie spotkał się, żeby umarli miewali sny, a szczególnie na ziemi, kiedy ich wizyty nie trwają zbyt długo. Słyszał, że są, tacy co mogą nieskończoność, być na ziemi przerzucając się z ciała na ciało, ale trudno było do nich dołączyć. Nie przyjmują nowych członków, poza tym ciężko ich znaleźć, dobrze się ukrywają przed piekłem, które nieuchronnie na ich wszystkich czeka.

Zaczęło, już świtać jak Lou się przebudził, oblany potem, poczuł, jak ogarniają go dreszcze, organizm domagał się alkoholu. Wiedział, doskonale co mu dolega wielokrotnie, przez to przechodził, wcielając się w takich meneli. „Muszę się napić, a stanę na nogi” — pomyślał.

— Gdzie jesteśmy — zapytał się Lou, rozglądając się podczas jazdy samochodem.

— Jeszcze dwadzieścia minut będziemy na miejscu, właśnie miałem cię budzić. Widzę, że nie najlepiej z tobą, mam coś, co ci pomoże — Ottis otworzył skrytkę na rękawiczki i wyciągnął butelkę wódki, do połowy opróżnioną.

— Były, właściciel samochodu zadbał o nas, ja się już poczęstowałem — uśmiechnął się, Ottis podając butelkę. Lou bez najmniejszego problemu wypił resztę alkoholu.

— Co ci tam się śniło, twoja była?

Ottis od czasu do czasu słyszał drastyczne zbrodnie mężów i żon na Terionie, ale Lou jak na razie przebił ich wszystkich. Żona Lou często cierpiała na migreny, co w jego czasach było dość popularne wśród kobiet, które wymigiwały się od współżycia małżeńskiego, co niektóre robią to, do dzisiejszych czasów. Lou miał już tego serdecznie dość. I pewnego dnia jak żona, z któryś raz rzędu oświadczyła, że boli ją głowa, to wtedy wpadł na pomysł, że raz na zawsze, rozwiąże jej problem, ucinając głowę swojej żonie.

— Moją przyszłość widziałem, jaka czeka na mnie, i muszę ci przyznać, że nie była ona taka kolorowa. Mam obawy, czy nam się uda, uniknąć tego, co od bardzo dawna wisi nad naszymi głowami — patrząc przez okno na mijające drzewa, posmutniał.

— Jak do tej pory nam się udawało, wystarczy tylko robić to, co nam każą.

Samochód zatrzymał się pod samymi drzwiami, drewnianego domu, wykończanego palonymi deskami z zadaszonym gankiem. Wysoka podmurówka z grafitu ładnie komponowała się wśród wysokich drzew. Najbardziej rzucały się duże okna z pomarańczowymi zasłonkami, wnętrze domu delikatnie przysłaniały białe storczyki w doniczkach na parapecie. Obok domu znajdował się pomieszczenie gospodarcze z drzewem. Drzwi były otwarte, można było dostrzec siekierę wbitą w pień, nieopodal dalej znajdował się czerwony samochód. Na widok samochodu Lou się uśmiechną.

— Mamy szczęście, gospodarze są w domu.

Ottis spojrzał na Lou, widząc, że jego partner doszedł już do siebie, najwyraźniej alkohol zaczął już działać.

— Jesteśmy przed czasem i co wchodzimy?

— A mamy jakieś inne wyjście — odpowiedział Lou, wysiadając z samochodu, łapiąc świeży oddech.

— Zawsze możemy wrócić i poprosić, żeby nas odesłał — zachichotał Ottis.

Po paru minutach pukaniu do drzwi z przerwami kilkunastu sekundowymi nikt nie otwierał. Lou podszedł do najbliższego okna, spoglądając, przez nie w prawo dostrzegł zwłoki kobiety i mężczyzny.

— Mamy przerąbane! — krzyknął z przerażeniem, odwracając się w stronę partnera.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 37.94