E-book
2.73
drukowana A5
27.02
Legendy Miejskie Warszawy

Bezpłatny fragment - Legendy Miejskie Warszawy

Mroczne opowieści o zdarzeniach, miejscach, ludziach i duchach naszej stolicy


Objętość:
137 str.
ISBN:
978-83-8104-947-4
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 27.02

Wprowadzenie

Legenda miejska z definicji jest prawdopodobną, pozornie tylko informacją o zdarzeniach, osobach czy miejscach. Zdarzenia te, czy ludzie, budzą niezwykłe emocje wśród słyszących to osób, rodzą plotki i mity. Zazwyczaj nieprawdziwe, aczkolwiek zbudowane na fakcie. Coraz to dalej i dalej, w innej, nieco zmienionej formie przekazywane są z ust do ust. Miejska legenda replikuje i ewoluuje, i gdy zapomniana, wraca po jakimś czasie lekko zmieniona, jako zaadoptowana do bieżących wydarzeń, opowieść. Osobiście uważam, przy czym wielu się ze mną zgodzi, że legendy miejskie, miejskie opowieści czy memy zasługują na to by dawać im coraz to nowe życie. Gdy są zapominane, przywracać je należy pamięci współczesnych. Powinny żyć własnym życiem, ale też rosnąć przez dodawany koloryt, folklor lokalny czy choćby zwykłe, pojedyncze przymiotniki. Legendy takowe są elementem folkloru miasta, miasteczka czy wsi, a ich występowanie wzbudza większe zainteresowanie zamieszkiwanym czy też odwiedzanym miejscem. Twórzmy je zatem, a istniejące ubarwiajmy. Co też ja niniejszym czynię.

Przedmowa

Legenda o Syrence, Złota Kaczka czy opowieść o Warsie i Sawie to zaledwie kilka legend Warszawy, które znane są w całej Polsce, jak długa i szeroka. Stare legendy warszawskich ulic wryły się w kulturę i trwają jako element folkloru. Legendy, które zawiera niniejszy tom to opowieści stolicy minionych stu, a może paruset lat i choć brakuje im elementów bajkowości to są one równie ciekawe i urocze. Starając się stworzyć niniejszy zbiór, zagłębiłem się w lektury legend miejskich i niewyjaśnionych wydarzeń związanych z miastem. Wiele informacji na poruszony temat dostarczył mi dziadek Google i babcia Wikipedia. Na wstępie muszę jednak wspomnieć o podziałach ogólnie przyjętych. Klasyfikacja legend miejskich w przybliżeniu wygląda tak:

Najliczniejszą grupę stanowią legendy samochodowe, chociaż tych stolica nie dochowała się wielu. Najpopularniejsza na świecie odmiana tej legendy to „Znikający autostopowicz” czy „Morderca na tylnym siedzeniu” — legenda o czarnej wołdze.

Drugą grupą są legendy medyczne. Częstym scenariuszem tego typu opowieści są porwania ludzi dla organów bądź krwi. Niewielka grupa nawiązująca do zarażeń wirusem HIV. Często łączą się one z legendami samochodowymi, ale też politycznymi.

Legendy polityczne były szczególnie popularne w okresie PRL-u. Ich bohaterami często byli politycy przedstawiani w niekorzystnym świetle. Do nich można zaliczyć wiele przytoczonych w moim zbiorze.

Co jakiś czas w związku ze śmiercią jakiejś znanej osoby rozpowszechniają się legendy „drugie życie”, mówiące o tym, że zmarły upozorował swoją śmierć i ukrywa się obecnie w jakimś odległym zakątku świata. Te dotyczą zazwyczaj znanych i popularnych osób.

Ostatnią grupą są legendy kulinarne, opowiadające najczęściej o odkrytym w jedzeniu zdechłym zwierzęciu, lub czymś równie obrzydzającym. Legendy kulinarne bywają łączone z medycznymi, gdy legenda mówi na przykład o zarażeniu się wirusem HIV poprzez jedzenie.

Legendy miejskie charakteryzują się strukturą, która bazuje na lękach charakterystycznych dla danego okresu. Zazwyczaj zdarzyły się niedawno i docierają do nas spontanicznie jako opowieść znajomej znajomego sąsiada, którego to ciocia usłyszała od koleżanki… Legendy miejskie maja zazwyczaj charakter lokalny i dzięki temu stają się bardziej wiarygodne. Ewoluują dostosowując się do otoczenia.

Wracając do niniejszej pozycji postaram się przybliżyć kryteria, jakimi sam się kierowałem. Postanowiłem podzielić książkę na trzy rozdziały, które rozgraniczają badany temat według typu opisywanego obiektu. Wprawdzie legendy miejskie można podzielić na wiele rodzajów, to ograniczyłem się do poniższego podziału. Pierwszy rozdział mówiący o ludziach z zasady powinien być największy, lecz badając temat z bardzo wielu legend zrezygnowałem. Opowieści o niechcianych ciążach, hamburgerach ze szczurów czy fishmacu bez ryby są tak nijakie i pospolite, że mogą być przypisane do każdego z większych miast oraz państwa. Dobierając legendy do tego rozdziału starałem się brać pod uwagę te z większą dozą tajemniczości czy mistycyzmu. Wiem, że mimo tej selekcji mogły przekraść się i takie, z których z założenia chciałem zrezygnować. Są też i takie, które mogą bulwersować. To te, które opisują dziwne historie ludzi znanych, często bardzo lubianych. Internet zawiera i takie, które mogą poruszać i drażnić bliskich opisywanych ludzi, bądź nawet ich samych. Legendy te jednak narodziły się w Warszawie i nie można przejść obok nich obojętnie. Drugi rozdział opisuje miejsca, a konkretnie tajemnicze tunele czy budynki, o których mówi się, że istnieją, ale… Trzeci, a zarazem ostatni opowiada wprawdzie też o miejscach w Warszawie, ale traktuje o duchach. Postarałem się zebrawszy jak największą ilość informacji na temat każdej z nawiedzonych budowli, w miarę możliwości, zbadać te miejsca osobiście od środka… Nawiedzone miejsca to nie tylko miejskie legendy, to opowieści, które są znane od wieków. Nie wiem czy pisać o wszystkich takich miejscach, które zdołałem zlokalizować, czy trafić na jakąś wzmiankę o duchu straszącym w tym czy owym miejscu. Jeśli potraktujemy je jako legendy to będzie tego tyle, że można napisać osobną książkę. Na pewno o każdym z nich wspomnę. Czego się dowiedziałem przeczytacie nieco dalej.


Rozdział 1: Ludzie

Legenda o czarnej wołdze

Legenda o czarnej wołdze krążącej po ulicach miasta to warszawska legenda miejska, która jest najbardziej popularna. Opowieści o czarnej, mrożącej krew w żyłach limuzynie, szybko rozprzestrzeniła się na cały kraj. W opowieściach z różnych stron Polski można usłyszeć o pojeździe krążącym po zmroku w poszukiwaniu niczego nie podejrzewających ofiar. Czarny, potężny pojazd podjeżdżał do idącej ulicą osoby, na chwilę zatrzymywał się obok i … chwilę potem odjeżdżał, a ślad po przechodniu bezpowrotnie ginął. Opowieść ta była najbardziej rozpowszechniona w latach 60-tych i 70-tych, ale jej początek wskazuje na lata 50-te, kiedy to krążyła historia, że czarną wołgą jeździ nie, kto inny jak sam diabeł. Różne przekazy opisują pojazd marki GAZ-21 Wołga jako złowieszczy rydwan prowadzony przez siły nieczyste, które upatrzyły sobie za ofiary dzieci, które późną porą zapuszczały się samotnie w boczne, rzadko uczęszczane uliczki. Podobno widywano też drugi model Wołgi tj. GAZ-24, w którym też znikali samotni przechodnie, bo też nie same dzieci porywał diabeł.

Z opisów, jakie znamy z przekazów wiemy, że samochód był charakterystyczny dla diabła właśnie — posiadał rogi zamiast lusterek, a jego rejestracja była cyfrą złego, czyli 666. Samochód, podobno, nie miał klamek, a jego drzwi otwierały się za sprawą złych mocy. Grozę opowieści podnosił szczegół mówiący o bagażniku pełnym zwłok, które ktoś kiedyś widział, gdy auto przejeżdżając obok podskoczyło na wyboju, a oczom przerażonego przechodnia ukazał się widok gęstwy ludzkich rąk i nóg. Bagażnik jednak, tak jak się otworzył, tak szybko sam się zamknął.

Według innych opisów wołga miała białe firanki w oknach na podobę karawanu. Inni podobno widzieli czarna wołgę z białymi oponami. Różne opowieści mówią o tym, kto i dlaczego jeździł po zmroku czarną wołgą. Były to różne grupy (bardziej lub mniej lubiane przez opowiadających historie) społeczne. Podobno jeździli nią Żydzi lub księża czy zakonnice. Ewentualnie wampiry lub sataniści. Jakkolwiek sprawców opisywano różnie, bo też kierowcy nikt nie widział, to cel porwań był zazwyczaj jeden. Ludzi, z początku tylko dzieci, — dla których opowieść o porywającym je czarnym i potężnym pojeździe była powodem, dla którego zaczynały wcześniej wracać do domów — porywano dla krwi, którą spuszczano dla wytworzenia lekarstw dla chorych na białaczkę Niemców. Kolejnym, zbliżony do opowieści z krwią, jest przekaz o tym, że ludzi porywano dla organów wewnętrznych, które po wycięciu przekazywano ww. a ciała wrzucano do Wisły. Istnieje też przekaz, który mówi, że nieprzytomne ofiary porwania zawożono i zostawiano pod drzwiami ich domów z informacją, jaki narząd został im wycięty i aby jak najszybciej udali się do szpitala.

Powrócić jednak musimy do legendy o czarnej wołdze, która prowadzona była przez diabła, a konkretnie przez samego Szatana. Książę piekieł miał podobno w zwyczaju jeździć do najbardziej popularnych miejsc spotkań młodzieży, najczęściej dyskotek, by tam uwodzić najpiękniejsze dziewczyny. Stawiał im drinki, zapraszał do tańca, a gdy te odpowiadały na jego zaproszenie proponował im na koniec odwiezienie do domu. Wtedy wszelki słuch o nich ginął. Niekiedy diabeł miał ponoć w zwyczaju zatrzymywać się koło przechodnia i pytać o godzinę. Gdy ten odpowiedział, wołga odjeżdżała, a przechodzień, następnego dnia o tej samej godzinie umierał, przeważnie w nienaturalny sposób, bądź popełniał samobójstwo. Podobno, aby uniknąć śmierci powinno się odpowiedzieć na pytanie „Godzina wieczna”.

W 1999 powstał reportaż, co prawda nie o Warszawie, który zdaje się potwierdzać opowieści, mówiący o spotkaniach młodych dziewcząt z diabłem w Ostrowie Świętokrzyskim. Te zapytane o godzinę na drugi dzień wpadały w depresje i wieszały się. To, jakoby potwierdzenie prawdziwości legendy, wśród mieszkańców spowodowały dość duża panikę. Przypadek zaginięcia młodych ludzi, a konkretnie pary zakochanych, odnotowano podobno w pobliskim Warszawie Legionowie. Aczkolwiek złowróżbne auto widywano w lesie, toteż fakt ten jest godny odnotowania. W miejscu gdzie widywano wołgę znajdowano ciemną lepką maź klejącą się na śladach opon.

Opowieść o czarnej wołdze prowadzonej przez Szatana powróciła pod koniec XX wieku, gdy wołgę zamieniono na czarne BMW, a diabeł był podobny do skinhaeda, który zabijał przechodniów na miejscu dla niepoznaki pytając o godzinę.

Legenda taka znana była w Polsce dużo wcześniej, bo w czasach polski szlacheckiej, z tą tylko różnicą, że diabeł podróżował czarną karetą zaprzężoną w kare konie.

Kolejną, równie popularną wersją na równi z tą diabelską, była ta, w której czarna wołga była prowadzona przez partyjnych dygnitarzy, którzy porywali przede wszystkim młode kobiety. Były one gwałcone i zabijane, a ich ciała były odnajdywane za miastem.

W tamtych czasach wołgi były na wyposażeniu władz partyjnych i NKWD. Prawdą jest, że funkcjonariusze NKWD jeżdżąc właśnie wołgami dokonywali wielu aresztowań bogu ducha winnych Polaków. Legenda w tej postaci wywodzić się może z Rosji Radzieckiej, a konkretnie z Moskwy. Na pewno czarną wołgą jeździł towarzysz Beria, który z pomocą swoich zauszników, porywał młode dziewczyny by gwałcić je, a później ich zmaltretowane ciała wrzucić do rzeki Moskwy. To też było głównym artykułem oskarżenia dygnitarza sowieckiego podczas jego procesu.

Prawdopodobnym źródłem powstania polskiej wersji legendy była tragiczna śmierć syna Bolesława Piaseckiego, Bohdana. Podobno widziano go ostatni raz, gdy dwóch mężczyzn wciąga go do, prawdopodobnie, czarnej wołgi, opisanej jako taksówka. Sprawa ta zrodziła wiele podejrzeń i narastających plotek, z których niektóre celowo były preparowane przez ówczesne władze. Zwłoki chłopaka znaleziono przypadkiem dwa lata później podczas remontu piwnicy kamienicy w centrum Warszawy. Bolesław Piasecki był przywódcą przedwojennych polskich faszystów, a cios w jego syna wymierzony był prawdopodobnie przez byłych agentów bezpieki, którzy przed ucieczką do Izraela chcieli się zemścić za jego antysemickie poglądy. Sprawa ciągnęła się przez długie lata i swój finał znalazła w sądzie. Najbardziej trafnym określeniem tego czynu było — mord polityczny.

Istnieje też wersja legendy, najkrótsza ze wspomnianych, która mówi o czarnej wołdze jadącej powoli w oparach nienaturalnej mgły. Gdy zbliżał się przechodzień ta w niewiadomy sposób rozpływała się w oparach, które chwilę potem rozwiewał wiatr.

Opowieść ta ma tyle wersji i domniemań jej początków, że wszystkie nie sposób zebrać znajdując świadków wydarzeń czy też choćby znajomych znajomego znajomej, którzy pamiętają tę historie z czasów, kiedy żyła własnym życiem. Było wiele miast, wiele zaginięć, ale początek bezsprzecznie był w Warszawie.

Kto wie, może ktoś w przyszłości ustali, która z wersji jest prawdziwa.

Organy

„Organy”, to legenda w większej mierze o znikających dzieciach. Wprawdzie tytuł kierować nas może w stronę muzyki, ale to ludzkie organy wewnętrzne są bohaterami opisywanych zdarzeń. W Warszawie miało to miejsce w 2006 roku — na ten rok można przyjąć apogeum rozkwitu tej legendy miejskiej — i dotyczyło zaginięć dzieci, które odnajdowano po pewnym czasie z brakującą jedną nerką. Opowieści te lekko zahaczają o te z czarną wołgą porywającą ludzi dla krwi i organów (które wycinano wszystkie), z tą różnicą, że w tym przypadku ofiary się nie odnajdywały.

O znikających dzieciach było głośno w przekazach ustnych. Nigdy nie wspominała o tym prasa czy policja, jednak zasłyszane opowieści i tak wzbudzały blady strach na rodzicach małych dzieci. Legenda mówi ustami kobiety: słyszałam od znajomej, że jej znajomym podczas zakupów zniknęło dziecko, a gdy je odnaleźli na progu domu było wpół przytomne z informacją na kartce — zawieźcie dziecko do szpitala, ma wyciętą nerkę i jest pod narkozą — po zawiezieniu dziecka do szpitala stwierdzano, że faktycznie ktoś pozbawił je jednej nerki. Opowieść przeważnie dotyczyła małych dzieci w wieku od 3 do 6 lat, które zostawiane były w powstających przy centrach handlowych bawialniach. Za każdym razem zniknięciu dziecka towarzyszyło podobno zamknięcie sklepu i przeszukiwanie przez policję dużego obszaru wewnątrz i wokół centrum. Załamani nie odnalezieniem dziecka rodzice pod koniec dnia znajdowali je na wycieraczce domu, ułożone przed drzwiami mieszkania czy nawet w samym mieszkaniu z informacją o dokonanej operacji. Skąd porywacze znali adres rodziny? Dziwnym zbiegiem okoliczności gro wspomnianych przypadków miało miejsce w sklepach sieci IKEA, która to jako jedna z pierwszych wychodząc naprzeciw potrzebom klientów uruchomiła tzw. przechowalnie dla dzieci. Czy legenda jest prawdziwa? Nie wiem. Nasuwają się logiczne przypuszczenia, że opowieść o porwaniach dzieci powstała u konkurentów szwedzkiego potentata meblowego w celu uszczuplenia mu klienteli. Którego, także nie wiem, i nie będę się tej informacji doszukiwał. Istnieje też hipoteza, że legendę sfabrykowali sami pracownicy bawialni mając dość rozwrzeszczanej gromady dzieciaków. Która wersja jest bardziej prawdziwa, ta z nieuczciwą konkurencją czy leniwymi pracownikami — ocenicie sami. Lecz to nie koniec. Ostatnimi czasy pojawiła się wersja legendy traktująca o porwaniach zarówno dzieci jak i dorosłych. Odnajdywani mieli informację o tym, że, oczywiście, są pod narkozą i byli poddani zabiegowi pobrania szpiku kostnego. Po badaniach śladów zabiegu na biodrze okazywało się, że faktycznie miało to miejsce. Opowieść ta mówi o szajce, która specjalizuje się w znajdywaniu dawców szpiku dla chorych na białaczkę bogaczach z zachodu. I w tym przypadku można domniemywać, że historia jest wyssana z palca. W najgorszym przypadku można wysnuć hipotezę, że jest z jednym z elementów kampanii przeciwko propagowanej idei dawstwa szpiku kostnego. Nie wiem, w co wierzyć. Chyba wolę tę wersję o porwaniach dla szpiku, niż myśl o tym, by ktoś wymyślił tę historię by zrazić ludzi do pomagania innym. W pierwszej i drugiej wersji legendy nasuwa się wiele pytań: skąd gang miał dane o grupie krwi porwanego, czy wcześniej przeprowadzano próbę zgodności krwi, gdzie i z kim przeprowadzano operacje, jak transportowano organy…

Miejmy nadzieję, że kiedyś uzyskamy odpowiedzi na wszystkie te pytania.

Kot i mysz

W jednym z bloków na Żoliborzu policja dokonała makabrycznego odkrycia. Przyjechawszy po zgłoszeniu zaniepokojonych sąsiadów, którzy od dwóch dni nie widzieli sąsiadki, otworzyli drzwi domu. Po wejściu do mieszkania policja stwierdziła zgon lokatorki. Prawdopodobną przyczyną śmierci było uduszenie przez … przegryzienie krtani przez kota. — Tak zaczyna się legenda o kocie atakującym śpiącego człowieka. Pierwsze wzmianki o takich wydarzeniach miały miejsce około 20 lat temu. Co dziwne, rozprzestrzeniło się po całej Polsce z dużą szybkością. Pomyśleć by można, że koty nagle upodobały sobie za danie ludzkie grdyki. Starsza pani, po cichu zwana kociarą, ogólnie nielubiana przez sąsiadów, bowiem dokarmiała wszystkie okoliczne bezdomne koty powodując powstanie wokoło bloku dość przykrego zapachu. Pogłoski o tym, że to kot zadusił starszą panią szybko zdementowano, ale legenda miejska już trafiła do obiegu i żyła własnym życiem. Jedną z najbardziej popularnych była historia o tym, że kot zagryzł śpiące małe dziecko. Dziecko spało, ruszała mu się grdyka, którą kot pomylił z myszą… Ludzie, którzy mają z kotami do czynienia na co dzień mówią, że taka rzecz nie miała prawa się zdarzyć. Analizując wszystkie opowieści można początek legendy umiejscowić, tak jak wyżej napisałem, w historiach o zaduszeniu dziecka. Zaakcentować trzeba słowo zaduszenie, nie zagryzienie, o którym mowa w legendzie. Kot, jako zwierzę nocne, posiadając wszelkiego rodzaju instynkty pozwalające mu sprawnie polować nie mógłby pomylić ludzkiej krtani z myszą. Uduszenie dziecka przez kota jest oczywiście możliwe. Koty są ciepłolubne. W mroźną noc szukając ciepłego miejsca znajduje je przeważnie przy ciele człowieka. Istnieją relacje z tego jak kot kładł się na twarzy swojego właściciela. Lubią leżeć u wezgłowia niekiedy zsuwając się na twarz. Niektóre, można by rzec robią to z premedytacją, „podduszając” swojego pana, który kładzie się spać zanim nakarmi swojego pupila. Gdy właściciel nakarmi kota ten daje mu spokój. Śmiertelnym przypadkiem może stać się chwila, kiedy kot szuka ciepła u dziecka. Wyobraźmy sobie kilku kilogramowego kota, który kładzie się na dziecku niewiele więcej od niego ważącym. Kot dosłownie wyciska z niego powietrze. O ile od razu nie położy się na ustach. Postura dziecka i brak siły fizycznej są po stronie nieszczęśliwego wypadku. Zdarzały się przypadki, kiedy koty rzucały się do gardeł ludzi, ale nie z zębami, a pazurami. Były to elementy zabawy. Prawdopodobnie podczas zabawy człowiek ów miał jakieś elementy ubioru zakończone frędzlami — szalik, apaszka czy czapka.

Cegiełką, która kształtuje i umacnia tę miejską legendę i tworzy frakcję przeciwko kotom jest np. toksoplazmoza, a na pewno wszelkiego uczulenia na kocią sierść. Kocie futro jest bowiem silnym alergenem, a jak wiadomo jednym z głównych objawów alergii jest opuchnięcie dróg oddechowych. I to chyba byłoby na tyle. Aczkolwiek znalazłem jeden przekaz, który opowiada o dziecku, które w zabawie wrzuca małe kociątko do palącego się pieca. Zdarzenie to obserwuje kocica, która w zemście zagryza dziecko podczas snu. Rozszarpuje mu tętnicę…

Na szczęście ja nie mam kota.

Jantar

Była wielbiona przez wszystkich Polaków. Na jej koncertach sale wypełnione były po brzegi. Anna Jantar. Zginęła tragicznie w katastrofie samolotu Ił-62 w dniu 14 marca 1980. Wraz z nią straciło życie 87 osób. To była największa do tego roku tragedia lotnicza z udziałem Polaków. Niestety, po dziś dzień nie wiemy wszystkiego.

Jedna z legend miejskich Polski mówi, że Anna Jantar miała być porwana i sprzedana do haremu. Tuż po tragicznym wypadku wśród ludzi rozszerzała się pogłoska, że uroda piosenkarki, tak zachwyciła jednego z szejków arabskich, że postanowił za wszelką cenę zdobyć piękna polkę. Szejk naftowy ukartował to z polskim rządem, a wypadek samolotu miał być przykrywką do jej porwania. Opinie na temat transakcji były różne. Mówiono, że Jantar kosztowała tyle złota ile sama ważyła. W innej opowieści były to kamienie szlachetne. Najbardziej popularna wersja legendy mówi o kontraktach na ropę, które to podpisano z polskim rządem na wyjątkowo korzystnych warunkach. Istniała tez wersja z umorzeniem długu względem naszego kraju. Jednak jakakolwiek cena by nie była wymieniona przedstawiała ona wartość porwanej Anny Jantar. Legenda mówi o tym, że sam wyjazd artystki do USA był planowany tylko i wyłącznie w tym celu. Legenda wróciła niedługo po jej wyciszeniu przez władze. Tuż po drugiej wizycie Ojca Świętego w kraju, w czerwcu 1983 roku pojawiła się plotka niosąca za sobą element watykański porwania. Opowiadano, że Jan Paweł II otrzymał od pewnego szejka w prezencie zegarek. Pod jego wieczkiem znaleziono gryps podpisany imieniem artystki. Co było w liściku i czy w ogóle istniał — o tym Watykan milczy.

Badaniem tematu niniejszej legendy zajmował się kulturoznawca Dionizjusz Czubala, któremu udał się dotrzeć do jeszcze innych, odmiennych wersji legendy. Według tego przekazu została porwana na zlecenie tureckiego bogacza, który zlecił jej porwanie w Stanach Zjednoczonych. Podobno została porwana nago, bez żadnych ubrań. Na jej miejsce został podstawiony sobowtór, który w jej ubraniach wsiadł do wracającego do Polski samolotu. Czubala twierdzi, że dowiedział się o treści grypsu dostarczonego papieżowi. Artystka pisze tam, że jest w Turcji w haremie, żyje i ma tam dziecko, córeczkę. Turek zapłacił podobno pięćset tysięcy dolarów. W jednej z poznanych, nowych wersji jest wzmianka, że Jantar zginęła niejako przy okazji (a raczej jej sobowtór), bo samolotem tym leciało dwóch rosyjskich atomistów, na których to właśnie był wydany wyrok śmierci. Dionizjusz Czubala zaznacza, że legenda o porwaniu Anny Jantar ma związek z nagłośnioną przez prasę w tamtym czasie aferą-legendą o sprzedawaniu polskich dziewcząt za granicę. Podobno w proceder ten zaangażowane było państwo i czyniło to rękami tajnych służb.

Zapytacie, dlaczego Warszawa… Otóż uważam, że legenda tej cudownej artystki, choć obiegła cały kraj, to przez katastrofę na Okęciu swoje narodziny ma na pewno w Warszawie.

Legenda jak każda inna ma w sobie na pewno część prawdy. Anny Jantar nie ma wśród nas. Ale, nawiązując do innego znanego artysty — podobno w kasynie w Las Vegas niedawno widziano Elvisa…

Pani Zosia

Za czasów PRLu w jednym z warszawskich akademików wybuchła panika wśród studentek. Zaprzyjaźniona ze wszystkimi studentami pani Zosia, która prowadziła po cichu sklepik z artykułami pierwszej potrzeby, przekłuwała prezerwatywy! Dziewczyny, jak i cała brać studencka była zszokowana. Prezerwatywy, jako towar ekskluzywny, sprzedawany po cichu miały być przyczyną wielu niechcianych ciąż. Pogłoska głosiła, że pani Zosia, wyglądając ze swojego okienka oceniała czy daną studentkę, czy studenta lubi czy nie. Po pobieżnym zlustrowaniu wyciągała prezerwatywę z lewego bądź prawego kartonika. Babcia celowo przekłuwała prezerwatywy trzymane w jednym z kartonów. Obecnie legenda ta rozprzestrzeniona na cały kraj opowiada o bliżej nieokreślonej kioskarce, typowej „moherowej babci” protestującej w ten sposób przeciwko bezbożnej antykoncepcji. Istnieje też wersja z grupą chłopców, którzy robią to chodząc po supermarketach. Wersja ta jest pewnie powodem, że w niektórych sieciach marketów kondomy znalazły swoje miejsce przy kasach.

W internecie natknąć się można na sprawozdania, tzw. z pierwszej ręki, które mówią o przekłuwaniu prezerwatyw współcześnie. Tym razem jest to brane raczej za zwykły wandalizm, bowiem prezerwatywy cięte są w sposób bardzo widoczny. Widziano jak w jednym z supermarketów młodzieniec w wielu gimnazjalnym grzebie przy kartonach z „gumkami”. Spłoszony przez ekspedientkę uciekł, a ta odkryła, że „towar” został pocięty. Inna historia opowiada o piątce pracowników stacji paliw, którzy z zapamiętaniem dziurawili prezerwatywy. Szef to zauważył i wszyscy pożegnali się z pracą.

Zagłębiając się w lekturę internetowych sprawozdań o przekłutych kondomach można dojść do wniosku, że proceder ten istnieje odkąd wymyślono te gumowe ubranko. Zaraz potem jak trafiło do sklepów, kiosków, barów i tym podobnych.

Nasuwa się też pytanie: ilu warszawiaków zawdzięcza życie rezolutnej pani Zosi?

Termos Kuronia

Legenda Jacka Kuronia urosła po upadku komunizmu. Uczestnik Okrągłego Stołu i członek pierwszego rządu w wolnej Polsce… twórca jadłodajni dla ubogich i bezdomnych. Od jego imienia zwane kuroniówką, do tej pory, utworzono zasiłki dla bezrobotnych. Ale nie o zasługach Kuronia jest ta legenda, ale o termosie, jak w tytule stoi. Kuroń odmienne do całej klasy politycznej ubrany był zazwyczaj w sweter lub jeansową koszulę. Pod pachą nosił osławiony termos, nawet, gdy był posłem czy senatorem. Powstało wiele domysłów i hipotez, co też termos ów zawierał. Mimo wielu rozmów, wielu dyskusji nikt z postronnych nie wierzył, że ten zawiera tylko herbatę. Tutaj należy przytoczyć fragment jednego z artykułów odnalezionych w internecie: Wskazywano raczej na prawdziwą szkocką whisky, lekko rozcieńczoną wodą. Według tych relacji Kuroń był alkoholikiem, więc potrzebował stałego dostępu do mocnych trunków. Nie wystarczała mu jednak zwykła wódka, wolał kupować whisky w Peweksie za dolary otrzymane od CIA. Koniec końców nierzadko częstował zainteresowanych i mówili oni, że istotnie jest to herbata, tylko niebywale mocno zaparzona.

Co zatem uważać za prawdę? Przeczesując strony w internecie natrafiłem na forum, w którym trwała dyskusja o przywarach i przymiotach. Większa część rozmówców mówi o Kuroniu jako osobie krystalicznej, która wiele przecierpiała i jeszcze więcej zdziałała na polu krzewienia demokracji. Inni zaś twierdzili, że nie był aż tak nieskazitelny. Nieźle popijał, a i zdarzało się, że wszczynał awantury… pewnie przy użyciu sławetnego termosu. Zgodzić się pewnie należy z obydwiema stronami…, bo też Kuroń był tylko człowiekiem. Jego życiorys został też podważony, za pomocą legendy o termosie w głosowaniu przez radnych Olsztyna na nadanie imienia Kuronia jednej z ulic miasta.

A co z termosem? Co zawierał…, czym herbatka była zakrapiana — wódką, koniakiem czy whisky? A może był to samogon? Jak wcześniej napisałem, jedno wiadomo — herbata była mocna!

Romans Edyty

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 27.02