E-book
13.65
drukowana A5
37.28
Lato Rudiego

Bezpłatny fragment - Lato Rudiego


5
Objętość:
230 str.
ISBN:
978-83-8126-063-3
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.28

Prolog

Strzępki mgły leniwie unosiły się nad łąkami. Szary świt ustąpił przed długo oczekiwanym rąbkiem słońca i pierwszy promień światła dotknął twarzy Alojzego Hubki, siedzącego na brzegu niewielkiej rzeki. Mężczyzna cierpliwie czekał na tę magiczną chwilę, a od kiedy pamiętał, wschodzące słońce zawsze wywoływało u niego dobry humor.

W niebo wzbił się skowronek, mały furkoczący pocisk, rozpoczynając poranny koncert. Alojzy przyłożył dłoń do czoła i mrużąc oczy, wypatrywał śpiewaka. Wraz z pojawieniem się światła pochowały się gdzieś wszystkie uprzykrzające życie wędkarza komary.

Hubka przeciągnął się, aż zatrzeszczały kości w stawach, a potem ziewnął przeciągle. Wstał, drapiąc się po owłosionej klatce piersiowej. Zrobiło się cieplej, więc zdjął tweedową marynarkę, którą powiesił na kierownicy motocykla. Z wewnętrznej kieszeni wyciągnął mały mieszek i porcelanową fajeczkę. Usiadł z powrotem w zielonym foteliku z brezentu. To wygodne krzesełko, będące ostatnim krzykiem mody sprowadził niedawno z Warszawy. Uwielbiał wszelkie nowinki techniczne, nawet tak drobne, jak nowoczesne siedziska wędkarza.

Powoli rozsupłał woreczek i z namaszczeniem nabił fajkę tytoniem, który zawsze przygotowywał samodzielnie. Skład mieszanki był sekretem przejętym w spadku po ojcu. Zapalił i zaciągnął się głęboko pierwszym dymem, a potem zaczął pykać fajeczkę, delikatnie przytrzymując cybuch palcem. Dokoła rozszedł się aromatyczny zapach dymu. Rozparty wygodnie w foteliku, z przyjemnością oddawał się chwili, a ciepłe promienie słońca, śpiew ptaków oraz wspaniałe widoki radowały oko i duszę.


Alojzy Hubka — dyplomowany farmaceuta i właściciel apteki „Pod Aniołem” w Brzezinach, był człowiekiem poważnym i odpowiedzialnym, a najważniejsze — pełnym dobroci dla bliźnich. Niski i korpulentny mężczyzna z rumianą twarzą, ozdobioną cienkim, zawijanym w górę wąsikiem. Pociągnięte brylantyną włosy, przedzielone przedziałkiem, zaczesywał tak starannie, że nawet kapelusz ich nie poruszał.

Aptekarz miał trzy słabości: wędkowanie, zielarstwo i motocykl — SOKOŁA 600RT. Była to wyprodukowana w Warszawie nowa i ciężka maszyna, którą nazywał z czułością „Zielonym diabłem”.

Uwielbiał jeździć swoim motorem pochylony nad kierownicą, drogami i bezdrożami, wzniecając przy tym tumany kurzu i przeganiając wszelkie żywe istoty. Ryk silnika, basowy i donośny, był już dobrze znany w okolicy.

Warto w tym miejscu powiedzieć o jeszcze jednej miłości pana aptekarza — uczuciu, jakim od bez mała trzydziestu lat darzył żonę, równie jak on okrąglutką i rumianą. Maria Hubka z domu Fent, miała wiele zalet lecz jedną z najbardziej cennych było to, że warzyła najlepsze piwo na Śląsku.

Dobry nastrój i wspaniały widok psuł Alojzemu tylko jeden element, zasieki drutu kolczastego gęsto rozstawione zarówno w miejscu, w którym siedział, jak i na drugim brzegu, oddzielające dwa światy i dwa państwa. Tą barierą była — granica…


Ile to już lat? Będzie chyba z dziesięć, a wydawało się, że jeszcze tak niedawno jeździł rowerem do Bytomia. Teraz owszem, też mógłby to zrobić na motorze, jednak ta przeklęta bariera wymuszała szczególne obowiązki — posiadanie dokumentów, przepustek i innych pierdół, których nie cierpiał. Najgorsze jednak, że ten sztuczny twór ludzkich swarów przeciął Śląsk jak wstrętna szrama. Skończyły się wyprawy do Bytomia i innych miast po niemieckiej stronie.

— Niemieckiej, polskiej… — żachnął się.

Urządziły nas Żabojady i Angole! Oj, urządziły! Mamy teraz gównianą granicę, która podzieliła wszystko, nawet podwórko Kwapisza równo na pół. Krowa w chlewiku stała w Polsce, a świnia żarła z koryta w Niemczech — pomyślał z przekąsem i kolejny raz pyknął fajczanym dymem.

Popatrzył na spławik, ten jednak tkwił w wodzie nieruchomo jak pal. Słońce stało już dosyć wysoko i brania się skończyły.

— Chyba, jak zawsze o brzasku karasie przestały żerować, ale może płotka się skusi? Posiedzę jeszcze chwilkę. — Postanowił, wyciągając z kieszonki spodni zegarek z dewizką.


W tym momencie od strony Bytomia doszły go gwizdy kopalnianych i fabrycznych syren. Lubił ten dźwięk, bo dla niego oznaczał, że miasto tętni życiem — oddycha. Tak jak człowiek, gdy rano ziewa i przeciąga się, zaczynając kolejny dzień. Syreny fabryki, to taka pobudka dla miasta — do roboty! Wieczorem zaś dawały znać, że już pora na spoczynek.

Podniósł wędkę, sprawdzając czy na haczyku jeszcze coś dynda. Oczywiście drucik był pusty.

Dobra, teraz damy szansę płotkom.

Założył przynętę i zarzucił zgrabnym ruchem, a potem odstawił kij na widełki wystrugane z łoziny. Wędzisko z bambusa też ostatnio sprowadził z Warszawy. Składane w dwóch miejscach i wzmocnione mosiężnymi okuciami z bardzo delikatną szczytówką. Kolejny powód do dumy.

Takiej to nawet Tadek Telenga nie ma — pomyślał, patrząc na kij z uciechą.

Sięgnął ręką do emaliowanej na niebiesko bańki, stojącej po prawej stronie krzesła i strząsnął z pokrywki, delektującego się resztkami piwa skorka. Nalał sobie złotego płynu z pianką do zgrabnego kufelka. Zdążył upić spory łyk, nim usłyszał, jak od strony kępy łozin ktoś idzie. Odwrócił głowę w tamtą stronę.

O tej godzinie to może być tylko Straż Graniczna.


Tak się działo od lat, strażnicy wracali tą drogą na posterunek, a szczególnie wtedy, gdy Hubka łowił ryby, bo jak łowił to zawsze miał zimne piwo.

Nie pomylił się, ścieżką szedł znajomy pogranicznik z przewieszonym przez ramię karabinem — przodownik Kazimierczak. Zbliżał się wolnym krokiem, lewą ręką trzymając dyndającą u szyi lornetkę, prawą zaś przytrzymywał pasek broni. Alojzy zawołał.

— Dzień dobry, panie przodowniku!…

— A dzień dobry, dzień dobry, panie aptekarzu — sapnął strażnik i uścisnął wyciągniętą przez Alojzego rękę.

— Napijesz się piwa, Józek? — Pytanie było retoryczne, bo jeszcze się nie zdarzyło, żeby któryś z żołnierzy odmówił.

Z ochotą wypijali kufelek albo dwa, a on zawsze brał tyle piwa, by starczyło dla niego i dla spragnionych pograniczników.

— A pewnie, Alojz, a pewnie. — Kazimierczak miał zwyczaj powtarzania słów.

Jednak zbytnio to nie raziło, bo w ogóle to przodownik mówił mało. Ściągnął z ramienia karabin, siadając obok aptekarza. Zdjął czapkę i lornetkę, a potem wytarł chusteczką spocone czoło. Gdy już doprowadził się do porządku, sięgnął po woreczek z tytoniem leżący na koszu. Wziął szczyptę w palce i równo nasypał na papierową gilzę, skręcając zgrabnie papierosa. Zapalił i zaciągnął się głęboko dymem, obserwując w milczeniu spławik, a potem sięgnął do kosza i wyciągnął drugi kufelek, w który Hubka nalał piwa. Kazimierczak zanurzył usta w kuflu, upił potężny haust i westchnął. Otarł usta z piany rękawem munduru i po chwili odezwał się do Alojzego.

— Dobre robi piwo ta twoja Maryśka. Doobre robi.

Aptekarz kiwną głową z aprobatą, uśmiechając się pod wąsem.

— Co tam na granicy?

— Eeee… Nic. Spokój dzisiaj, spokój. Z daleka tylko przez szkła widziałem dwóch synków, jak wracali do Niemiec. Ale daleko byli, młode chłopaki… — Upił kolejny łyk.

— Jednego pewnie znasz, to ten blondas z Bytomia…

— Znam — przytaknął Alojzy. — Biega w starej kraciastej czapce na głowie. Syn tego inżyniera, co zginął w dwudziestym trzecim — dodał i zdał sobie sprawę, że to już ponad jedenaście lat od strasznej tragedii na kopalni.

Jak ten czas biegnie!…

— No, ten sam. Ten sam… Co oni tam przenoszą w tych plecakach? Tyle, co mięso i jakieś pierdoły. Pierdoły jakieś. — Kazimierczak pociągnął kolejny łyk piwa, odganiając natrętną muchę.

— Hm… — Alojzy zastanawiał się chwilę nad imieniem chłopca.

Rudi! Tak, tak — Rudi… Nie powie mu przecież, że i do niego chłopak zagląda od czasu do czasu po tańsze lekarstwa lub zioła. Chociaż, znając życie…

Hubka kątem oka zerknął na Kazimierczaka, kontynuując swoje rozważania.

Może on wie, że Rudi i inni chłopcy zachodzą do apteki? Ale jak wie, to nic nie powie. Po co robić z igły widły? Mądry ten przodownik i całe szczęście. Tylko tego by brakowało, żeby jacyś nawiedzeni służbiści zaczęli strzelać do ludzi jak do stada wilków. W końcu to my jesteśmy u siebie. Granica to wrzód na dupie jest. Nawet po niemieckiej stronie o tym wiedzą i patrzą na takich synków przez palce. Chociaż z tego, co wie, tam w Niemczech jest gorzej. Ostatnio nawet z psami zaczęli wszystkich ganiać.

Po krótkiej chwili milczenia, gdy obaj byli zatopieni w myślach, Hubka odezwał się:

— Wracasz już na posterunek?

— Taaaa… Wracam, wracam. Najwyższa pora skończyć służbę.

Wypłukał kufelek w wodzie i schował do kosza. Naciągnął czapkę na głowę, podniósł karabin i w formie podziękowania powtórzył:

— Dobre robi piwo, ta twoja Marysia. Oj, dooobre!… — Zasalutował do daszka, odwrócił się i odszedł.

Hubka popatrzył w ślad za nim.

Ten Józek to swój chłop jest, mimo że spod Częstochowy — stwierdził w myślach. Ma nosa do przemytników, jednak zawsze potrafi odróżnić tych, co przemycają faktyczną kontrabandę, od takich właśnie, jak ich określił — synków, co ratują rodziny przed biedą.

Alojzy dopił piwo, umył kufelek, wyskrobał wypalony tytoń i wystukał go z fajki o obcas buta, a na koniec zwinął wędki.

— Na dzisiaj szlus, zaczyna się robić gorąco, czas wracać do domu — mruknął pod nosem.

Spojrzał na „Zielonego diabła” i uśmiechnął się na myśl o czekającej go drodze powrotnej.


***


Na pierwszym piętrze domu, którego ramy okien zgodnie z tradycją pomalowano na czerwono, ktoś odsunął koronkową firankę i ukazała się postać młodej kobiety. Oparta łokciami o kolorową poduszeczkę, zaczęła pilnie obserwować to lewą, to prawą stronę ulicy.

Żeby lepiej widzieć, wychylała się ponad zwisającymi na zewnątrz parapetu kiściami czerwonych pelargonii. Pierwsze, co rzucało się w oczy, patrząc na kobietę, to jej blada cera. Nie była ona jednak wynikiem przebytej choroby, lecz typową karnacją osób o rudych włosach. Nieznajoma miała na sobie jasnoniebieską bluzkę z dobrego materiału, od której ładnie odznaczał się kolor gęstych pukli upiętych w zgrabny kok. Na prostym i wąskim nosie, błyszczały małe okularki w drucianej oprawce o okrągłych szkłach, do których został przyczepiony srebrny łańcuszek. Trzymały się na samym czubku, przez co kobieta patrzyła ponad nimi, co by wskazywało, że służyły wyłącznie do czytania. Cała postać była jakby z innego — lepszego świata, nijak nie pasująca do czerwonych okien robociarskiego familoka. Jak to jednak bywa i tym razem wygląd zwiódł nasze zmysły, bowiem kobieta mieszka w tym domu od ładnych paru lat. Samotnych i ciężkich.


Kiedy nieobliczalny, złośliwy los stwierdził, że pora zmienić życie Zofii Wodniok i wywrócił je do góry nogami, kobieta dzielnie stawiła mu czoła tak, jak umiała najlepiej.


Zimą dwudziestego trzeciego roku na kopalni „Heinitz”1 zdarzył się wypadek i jej ukochany mąż Henryk nie wrócił z szychty2. Wtedy nawet nie dopuściła do siebie myśli, że mogło nastąpić najgorsze. Jej umysł zablokował wiadomości podpowiadające, że zdarzyło się coś bardzo złego. Dlatego traktowała jego nieobecność tak, jakby wyjechał gdzieś daleko i po prostu nie mógł wrócić. Mimo tego, coś kazało jej wychodzić z domu i Zofia codziennie stała z synkiem pod ogrodzeniem kopalni, by jak wiele innych kobiet z nadzieją czekać na powrót męża, brata, ojca…

W końcu i do niej dotarła straszna prawda.

Henryk jest tam, na dole, z wieloma innymi nieszczęśnikami!

Świadomość ta była niczym senny majak i stała się czymś nierealnym. Przerażającym na tyle, że sama myśl o tym sprawiała jej ból. Wyobrażała sobie wtedy, że Henryk siedzi ukryty w jakiejś niszy i czeka na ratunek albo organizuje swoim górnikom drogę ucieczki.

Może jest ranny, albo osamotniony? Przecież wróci! Zawsze wracał!


Stało się inaczej i los pokazał swoje prawdziwe oblicze do tej pory skutecznie skrywane za szczęściem w jej życiu.

Dziewczyna pochodząca ze szlacheckiej rodziny, wychowana została na panienkę z dobrego domu. Troje starszego rodzeństwa otrzymało już wcześniej to, co rodzina mogła im przekazać na nową drogę życia. Dla najmłodszej córki zostało skromne wiano, więc pozostało tylko jedno — znaleźć dobrego męża. Szukała, aż znalazła młodego, wysokiego i postawnego młodzieńca o niebieskich oczach, a stało się to właśnie wtedy, gdy cały wieczór tańczyła bez tchu. Zakochała się w Henryku bez pamięci. Ślązak z dziada pradziada. Sierota wychowany i wykształcony przez wuja, który wyemigrował do Ameryki, by robić tam interesy. Po jakimś czasie słuch po Wincentym Wodnioku zaginął i nikt nie wiedział, co mu się przytrafiło, gdy robił biznesy w nowym świecie. Zaś świeżo upieczony inżynier pracował i żył na Śląsku, mimo, że w tych czasach nie było to wcale łatwe.


Wybranek Zofii, poznany podczas zabawy plenerowej na Fazańcu w Szombierkach3, wyraźnie nie przypadł do gustu reszcie szlacheckiej rodziny. Ich wyobrażenia o partnerze życiowym dla córki i siostry były skierowane w zupełnie inną stronę, wiec gdy Zofia po letnim pobycie u ciotki wróciła do rodzinnego domu, w dobrej wierze wyznając, jakie szczęście ją spotkało, orzekli jednoznacznie:

Co, ona? Zofia Kostrzewska, szlachcianka spod Jędrzejowa, córka Adalberta i Józefiny chce poślubić Ślązaka? Nigdy! …

Poślubiła!

Rodzina w szoku, obraza na całej linii. I nie było ważne, że inżynier, że skończył z wyróżnieniem Uniwersytet Techniczny w Dreźnie, że majętny i ma przed sobą przyszłość.

Za swój czyn usłyszała tylko szorstkie i ostre:

Zofio, nie jesteś już w tym domu mile widziana!

Te słowa na zawsze zakończyły pewien etap w życiu Zosi — panienki z dobrego, szlacheckiego domu.


Została panią sztajgrową4.

Odtrąceniem rodziny i utratą tamtej rzeczywistości przejęła się bardzo. Na szczęście miała oparcie w Henryku i w jeszcze jednej małej osóbce, która wkrótce miała pojawić się w ich życiu.

Kiedy urodził się Rudolf (imię wybrali po dziadku — ojcu Henryka), świat stał się dla nich dobry i piękny! Spokojnie mijały dni i lata, Henryk pracował w kopalni, a synek rósł jak na drożdżach. Mieli piękne, słoneczne mieszkanie na Krakauerstrasse5 w samym centrum miasta, gdzie Zofia przeżyła wiele szczęśliwych chwil.

Wszystko się skończyło owej strasznej zimy w dwudziestym trzecim roku, gdy los zabrał tego, kogo kochała najbardziej.


Zarząd i dyrekcja kopalni „Heinitz”, a jakże, dopełnili obowiązku i dali wdowie odprawę oraz opłacili pogrzeb. Niestety po jakimś czasie skończyły się oszczędności i na mieszkanie w tak drogiej kamienicy nie było jej stać. Zaczęła zalegać z czynszem, a właściciel kamienicy kazał się wyprowadzić… Zabrała więc dziecko i przeniosła się do górniczej dzielnicy Rozbark, zajmując wraz z synkiem w dwuizbowe pomieszczenie na pierwszym piętrze familoka.

Patrząc z perspektywy minionego czasu i tak miała wiele szczęścia. Dzięki wstawiennictwu przyjaciół, związkowców i wielu ludziom dobrej woli, zarząd zgodził się na wynajęcie mieszkania w budynku należącym do kopalni, co wielu uważało za cud. Po pierwsze — była Polką, a po drugie; Henryka uważano w środowisku za socjalistę. Zaiste było to niesłychane w czasach, gdy Hitler już mocno dzierżył władzę, a narodowy socjalizm powoli wypierał wszystkie wartości, które na Śląsku pozwalały żyć we wspólnej harmonii wielu narodom i wyznaniom.


Zofia utrzymywała się z lekcji gry na pianinie, a czasami wykonywała także proste zabiegi pielęgniarskie, co pozwalało zarobić na czynsz i skromne życie. Co prawda łatwo nie było, ale dzięki jej staraniom i pomocy znajomych niczego im, jak do tej pory nie brakowało. Sąsiedzi niezależnie od tego czy byli to Polacy, Ślązacy albo Niemcy, odnosili się do niej z szacunkiem i serdecznością.

Rodzina zapomniała o Zofii, a od śmierci męża otrzymała jedynie dwa listy od matki, w których pytała się; co słychać, dołączając dziesięć złotych dla wnuka.

W całym nieszczęściu jakie ją dotknęło, tylko Rudolf pozostawał promykiem nadziei, ogrzewającym serce i dającym nadzieję na lepsze jutro.

Wysoki, jak na swój wiek chłopak o jasnych włosach, które niesfornie opadały na czoło. Zawsze nosił na głowie zawadiacko przekrzywioną na bok czapkę z daszkiem, która została mu po ojcu, spod której patrzyła na świat para niebieskich i mądrych oczu. Gdy z Henrykiem szli na spacer, ojciec nakładał synowi na głowę swoją czapkę i śmiejąc się wołał do niego:

— Chop bez mycki to mamlas6 i ślimok!7

Bez tej czapki Rudi nigdzie się nie ruszał. To był talizman i pamięć szczęśliwych chwil z ojcem.

Trzeba przyznać, że chłopak od małego ratował skromny domowy budżet groszem, jaki przynosił za prace wykonane dla znajomego rzeźnika — Franciszka Husa. Zofia miała mętne pojęcie o tym, co robił w masarni. No, bo cóż mógł robić u rzeźnika mały chłopiec? Zamiatał, mył gary, jeździł z innymi po mięso na wieś albo roznosił paczki dla klientów.

Rudi, owszem, pracował dla Husa i faktycznie wykonywał proste prace w sklepie albo w masarni. Jednak inne „obowiązki” nie raz, nie dwa, znacznie odbiegały od tego, co sobie o nich wyobrażała. Bo jej synek, bez wiedzy matki, zajmował się szmuglem towarów do, i z Polski.


Granica była jego wyzwaniem, to tam Rudi znajdował przygody, przyjaciół i wrogów.

Przyznać trzeba, że ryzyko jakie ponosił w czasie szmuglu było niewielkie. Owszem, gdyby go złapano nieźle by oberwał, nie mówiąc o tym, że o wszystkim dowiedziałaby się matka, do czego nie mógł dopuścić. Ale, jak na razie, ryzyko nie było zbyt duże, bo pilnujący granicy żołnierze to w większości Ślązacy. Też mieli rodziny i przez palce patrzyli na swoich. Niestety ta sytuacja powoli zaczynała się zmieniać, a dla Śląska i świata nadchodziły ciężkie, bezwzględne czasy.


***


Zofia nie mogła odnaleźć znajomej sylwetki syna pośród przechodniów.

Gdzie ten chłopak się podziewa? Już dawno miał być na obiedzie, a jak zwykle się spóźnia — myślała ze złością i wychyliła się jeszcze bardziej z okna, nabrała powietrza, wołając głośno.


— Ruudolf! Ruudolf! Do domu! Obiad na stole!

Przechodnie z ciekawością spoglądali w górę. W sumie nikogo nie dziwił fakt, że matka woła dziecko. Jednak niecodziennie słyszało się, by robiła to w tak oficjalny sposób! Pełnym imieniem!

Rozdział I

Franciszek Hus uważnie przyglądał się swojemu czeladnikowi Józkowi, który stał okrakiem na samym czubku wysokiej drabiny. Chłopak za pomocą szczotki usiłował zdjąć z wiszącego nad sklepem szyldu puste ptasie gniazda. Ponadto tablica o treści:

Fleischerei — Franz Hus — 19238

była brudna i upstrzona odchodami, co sprawiało niekorzystne wrażenie na klientach.

Nazwę sklepu namalowano eleganckimi zawijasami, które pięknie prezentowały się na ciemnozielonym tle reklamy. Masarnia pana Franciszka mieściła się na parterze małej jednopiętrowej kamienicy, której był właścicielem. Witryny ujęte w drewniane ramy lśniły nieskazitelną czystością. Na szybach widniał taki sam napis, jak na szyldzie, a okna wystawowe przysłaniały żółte, nieco już spłowiałe markizy. Był to typowy sklep rzeźniczy z długą ladą, pod blatem której umieszczono przeszklone, szczelnie zamykane półki. Leżały w nich starannie poukładane kawałki świeżych mięs i wędlin, wymagających chłodu. Ściany sklepu wyłożono białymi płytkami, na których zamontowano stalową rurę z hakami rzeźniczymi. Zawieszono na nich wędzonki i suche kiełbasy. Za ladą znajdowały się drzwi tego samego koloru co szyld, którymi można było przejść na zaplecze sklepu.


Pan Franciszek pilnie obserwował ekwilibrystyczne wyczyny Józka. Już nie raz, był zmuszony łapać chłopaka w locie lub przytrzymać, przewracającą się drabinę, choć ten za każdym razem, gdy tracił równowagę głośno wołał:

— Spokojnie, panie majster! Spokojnie!… Trzymom się!

Tak więc, przedstawienie trwało w najlepsze. Józek robił swoje, a Hus biegał zdenerwowany przez co obrywało się Honzie, drugiemu uczniowi Husa i tak jak on, Czechowi z pochodzenia. Stał z zadartą do góry głową, gapiąc się, co wyrabia kolega. W rękach, jak halabardę, trzymał podniesioną do góry szczotkę z nawiniętą na końcu szmatą. Zaś rzeźnik, co rusz upominał go, by ten najpierw zamiatał, to co zrzucił Józek, a dopiero potem podawał ścierkę.


W pewnej chwili ktoś stanął obok Franciszka.

— Dzień dobry, panie Hus. Cześć, Honza! Cześć, Józek! — przywitał się Rudi.

— Witam, witam. — Rzeźnik odwrócił się do chłopca, podając rękę. — Wszyscy są już w kamerliku9. Brakuje tylko Hansa, ale i on na pewno zaraz się pojawi. Przyjdę do was, gdy tylko Józek skończy swoje akrobacje.

Rudi patrzył jeszcze przez chwilę na wyczyny Józka, a potem wszedł do bramy prowadzącej na tyły domu. Hus dopiero niedawno ją wybudował i zadbał o to, by była szeroka i wysoka na tyle, żeby mógł nią przejechać wóz konny albo mały samochód ciężarowy. Solidne, drewniane wrota tego samego koloru, co szyld, zamykały wjazd od strony ulicy. Jedno z wierzei zaopatrzono w furtkę, do której przymocowano białą emaliowaną tabliczkę z numerem posesji.

Chłopak po kilku metrach znalazł się na obszernym, zabudowanym ze wszystkich stron podwórku, gdzie znajdowało się wejście na tył domu i zaplecze sklepu. Na wprost, warsztat masarski i troje drzwi do różnych innych pomieszczeń: kamerlika, wędzarni i chlewu.

Rudi od razu skierował się do magazynku, skąd dochodziły odgłosy głośnej rozmowy, a gdy otwarł drzwi, będący w środku głośno zawołali:

— Ruudii! — Podeszli do niego, serdecznie się witając na swój ulubiony sposób.

Edek podał rękę, Kulok klepnął Rudiego w plecy tak mocno, że aż zadudniło, a Kifka barkiem zderzył się z ramieniem kolegi. Po powitaniu Kifka wrócił na wysoką, przykrytą brezentem beczkę, która była jego ulubionym miejscem i doskonale nadawała się na siedzisko dla długiego jak tyka chłopaka. Wszyscy inni usadowili się każdy „u siebie”; Edek na starym fotelu bez nogi, Kulok zajął szeroki parapet okna, a Rudi usiadł na zydlu.

— Kaj ta klipa je10? — odezwał się Kifka, mając na myśli Hansa.

— Ja, choć roz przyszołby o czasie11 — dodał Edek.

A Kulok roześmiał się i mówiąc o Hansie, zawołał:

— Toć tyn knajtek i krojcok, mo w rzyci zygor!12.

Hans był synem Niemki i Polaka, a Kulok nie mógł się oprzeć, by co chwila o tym nie przypominać.

— Aa, już sie zawrzyj, yno beblosz i beblosz ło tym krojcoku. Co łon może za to, co jego fater wzion se baba z Konigsgute13 i to cera pastora14 — powiedział głośno i dobitnie Edek, najstarszy i najsilniejszy z chłopaków.

Kulok krzywo popatrzył na Edka i już się nie odezwał. Co mógł poradzić, że lubił denerwować Hansa. Chłopak robił się wtedy czerwony jak indyk, a nerwy i złość powodowały, że zaczynał się jąkać, co Kulok uwielbiał, bo taki miał prześmiewny15 charakter i tyle. Nie raz, gdy przebrał miarkę wywoływał awantury, a nawet bijatyki z chłopakami, czego potem gorzko żałował, trafiając na silniejszego.

Edek zaś kontynuował:

— Kożdy z nos to krojcok. Bez to jakbyś tak doma dobrze poszukoł, to i ty byś takigo kajś znaloz — krojcoka. Widzicie echt Ślonzoka16.

— Ja, jo wiym Ed, jo yno tak blukom. Ale jo lubia, co łon sie bronoci17. — Kulok zaśmiał się głośno, co rozładowało sytuację.


Do magazynku wszedł Hans, który nawet nie przypuszczał, że przed chwilą doszło do kłótni z powodu jego osoby. Gdy chłopcy go zobaczyli, zawołali jak przy powitaniu Rudiego.

— Haans!

Rytuał powitania został powtórzony, a cała grupka po chwilowym zamieszaniu wróciła na swoje miejsca. Rudi od razu zapytał Kuloka, czy wczoraj w nocy wszystko klapło18.

— No jaa… Byli my tukej zaroz u kowala w Brzezinach, ale jak my przełazili bez smyntorz, Kifka mioł takigo stracha19! — Wskazał palcem na drągala i zaczął się śmiać.

— Jo mioł stracha? Jo mioł stracha, ty pieroński giździe!20 — zawołał Kifka.

— No ja, a wto płakoł, coby my cusamen21 szli? — Kulok wstał z beczki. — Kifka idymy22 cusamen, ja? Cusamen? — I zrobił minę, jakby się modlił.

Wszyscy, jak na komendę wybuchnęli śmiechem.

— A potym lecioł23 drapko24. O tak… — I przebierając szybko nogami pokazał, jak Kifka uciekał z cmentarza.

Gdy przegadywanie między kumplami trwało w najlepsze, w drzwiach stanął Hus.

— Ej, czelodka, na ulicy wos słychać! — zawołał od drzwi.

— Ee, panie Hus, my ino łozprawiomy,25 jak to Kifka i Kulok w nocy bez smyntorz szli — odezwał się Rudi.

— No, jo se wyobrażom. Te dwa karlusy26 na smyntorzu i duchy!… — Hus zaśmiał się tubalnym basem.

Przebrał się już w biały fartuch i teraz podniósł ręce do góry niczym duch, pohukując głośno w stronę Kuloka. W tej pozycji zasłonił ciałem prawie całe pomieszczenie, dotykając rękami sufitu, a Kulok skulił się i zasłonił oczy, jakby faktycznie zobaczył ducha. Znowu wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Franciszek Hus do ułomków nie należał, był to, jak mówią — kawał chłopa; wysoki i szeroki w barach. Rodowity Prażanin z Libenia, zawędrował do Bytomia, gdy wracał z wojny, na którą trafił jako poddany CK Austrii. Dopiero co skończył terminarz na mistrza masarskiego, a już upomniała się o niego armia Jego Wysokości Franciszka Józefa, więc co było robić? Dostał kartę powołania i jako jeden z wielu Czechów znalazł się w przemyskiej twierdzy, gdzie gotował, zajmował się wyrobem wędlin i zbierał kucharsko-wojenne doświadczenie. Gdy po kilku latach nastał wreszcie pokój, był już starym wiarusem stacjonującym w Krakowie i robił wyborne wędliny dla elity oficerskiej. Po demobilizacji, wracając do rodzinnej Pragi, zahaczył o Bytom. Stwierdził, że holki (dziewczyny) są tutaj piękne i przydałoby się ożenić, a nawet założyć dobry sklep rzeźniczy. Jak pomyślał, tak zrobił — został.


Tupiąc głośno buciorami, podszedł wolno do fotela zajmowanego przez Edka i usiadł ciężko na bocznym oparciu. Fotel wydał taki dźwięk, jakby zaraz miał się rozlecieć, ale mężnie zniósł sto dwadzieścia kilogramów rzeźnika. Franciszek wyciągnął z kieszeni fartucha papierosy, wysunął jednego uderzając o dno paczki i zapalił. Z głośnym sykiem wypuścił kłąb dymu, a patrząc na Kuloka zauważył z rozbawieniem:

— Ty Kulok, tyż byś se zakurził, pra? Ale terozki możesz yno woniać mlyko alibo kakauszale27. — Te słowa rzeźnika znowu wywołały śmiech.

— Kakauszale, kakauszale… — żachnął się Kulok, nadąsany.

Wszyscy wiedzieli, że Kulok po cichu popala po kątach, za co już nie raz dostał od ojca po uszach. Po chwili Hus zgasił papierosa w starej doniczce, stojącej na parapecie okienka, odwrócił się do nich i powiedział.

— No… karlusy. Wszyjstkie zamówione klamoty28 som, niy ma yno pakietu29 pani Respondek. No, ale… — Odwrócił się do Hansa. — Niy było takich gardinek i tela, bydom niyskorzij30. — To wyjaśnienie Husa potwierdził Hans, kiwając z zapałem głową. — Wszyjstko zostało piyknie zapakowane bez Helynka i schowane do byfyju31. — Wskazał brodą stary kredens, stojący w końcu magazynku. — Jak se już pogodocie, to biercie pakety i zanieście na adresy naszkriflane na papiórze. Yno drapko, co by wos noc nie zastała32 — zaśmiał się.

— Aha, Rudi zapomniałem. Honza mi powiedział, że słyszał na dworze, że mama cię wołała.

Dziwnym zwyczajem, Hus do Rudiego mówił w miarę czystą polszczyzną, a było tak od czasu, kiedy poznał chłopca. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Jednak wszystko wskazywało na to, że Hus darzył wielkim szacunkiem matkę Rudiego, no i po cichu podkochiwał się w młodej ładnej wdowie.

O jego platonicznej miłości do Zofii wiedzieli wszyscy, za wyjątkiem, jak to zwykle bywa, samej zainteresowanej. Franciszek był wdowcem, żona zmarła w połogu, więc samotnie wychowywał córkę Helenkę. Miał od wielu lat w stosunku do Zofii bardzo sprecyzowane plany osobiste, które ściśle wiązały się z chłopcem. Zresztą kochał Rudiego jak syna od dnia, kiedy pierwszy raz go zobaczył. Może właśnie dlatego stosunek Husa do Rudiego był inny niż do reszty chłopaków, można powiedzieć — ojcowski. Hus poznał Zofię w czasach, gdy z synkiem mieszkała jeszcze na Krakauerstrasse, niedługo po wypadku Henryka.


Któregoś dnia weszła do sklepu ubrana na czarno, wysoka i szczupła kobieta. Na głowie miała ładny mały kapelusik z woalką, dokładnie zakrywającą twarz. Za rękę trzymała cztero, a może pięcioletniego chłopczyka. Dziecko od razu przykuło uwagę rzeźnika śmieszną i o wiele za dużą, kraciastą czapką z daszkiem na głowie, spod której wystawały niesforne blond loczki.

Sklep był pusty, a Hus układał na półkach lady świeże wędliny. Kobieta stanęła niezdecydowana w drzwiach, zastanawiając się — zostać i kupić coś, czy też wyjść. Jako doświadczony handlowiec nie mógł pozwolić, żeby klient zrezygnował z zakupów. Ukłonił się szybko i zapytał po niemiecku:

— Dzień dobry, czego szanowna pani sobie życzy?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 37.28