Dedykuję tę książkę Karo alias Kai
z okazji jej osiemnastych urodzin.
Jesteś wyjątkowa we wszystkich swoich wcieleniach.
Kochamy Cię niezmiennie.
Rozdział 1
Połowa lipca. To było najgorsze i najlepsze lato, odkąd pamiętam. Najgorsze, bo właśnie skończyliśmy szkołę podstawową i cała nasza paczka miała rozejść się do różnych szkół średnich. Najlepsze, bo zaskoczyło nas wszystko. Przygody, nowe znajomości, nowe emocje. Wróćmy jednak na start.
Dziś jest początek lata i jednocześnie zakończenie roku szkolnego, który dla nas, absolwentów klas ósmych, jest także końcem podstawówki. Oczywiście obiecujemy sobie, że nic się nie zmieni i wciąż będziemy widywać się po szkole i spędzać czas razem, każdy jednak czuje, że pewna epoka się skończyła i nic już nie będzie takie samo. Przede wszystkim, Pablo wyjeżdża do Wielkiej Brytanii. Pablo to mój najbliższy przyjaciel, jeden z trzech muszkieterów, do których należymy ja, Iga i właśnie Pablo. Jest też dwójka innych kumpli, Łukasz (zdrobniale Luke) i Kacper, ale to raczej wolne elektrony niż trzon naszej paczki. Oczywiście Pablo to też tylko ksywka, tak naprawdę ma na imię Paweł. Pseudonim pojawił się w szóstej klasie, kiedy podczas lekcji plastyki namalował taki bohomaz, że gdy nasza nauczycielka pokazała go klasie, wszyscy ryknęli śmiechem. Paweł jednak zawsze miał dużo pewności siebie, więc, zamiast pokornie przyjąć krytykę, zaczął dyskutować z panią Szafran. Bronił swojego dzieła argumentami, że najwięksi malarze zawsze byli postponowani przez współczesne pokolenia. Brak zrozumienia jego stylu, nie świadczy wcale o braku talentu, wskazuje tylko na niedostatek wyobraźni u patrzących. Kiedy powołał się na van Gogha, Vermeera i Picasso, pani Szafran, choć pod wrażeniem jego wiedzy, aczkolwiek zmęczona przedłużającą się perorą, kazała mu usiąść, nazywając go drogim Pablem.
Od tego momentu wszyscy nazywają go Pablo, ci bardziej kpiący zaś - Picasso, na co Paweł łaskawie się godzi. Trzeba mu jednak oddać sprawiedliwość, że chociaż talentu plastycznego raczej nie rozwinął, to odwagi, pewności siebie i błyskotliwego umysłu zawsze mu zazdrościłam. Początkowo nawet czułam się onieśmielona, gdyż dzięki niesamowitej pamięci i inteligencji był najlepszym uczniem nie tylko w klasie, ale i szkole. Zazdrościłam mu, że nauka przychodzi mu z taką niezwykłą lekkością. Niemniej jednak nie było mu przez to łatwo. Inni chłopcy często mu dokuczali, przezywając od nerdów i kujonów. Większość chłopaków w naszej klasie nie garnęła się do nauki, a książki uważali za relikt skażony jakąś przedpotopową chorobą typu tyfus lub dżuma. Nie mogli przebrnąć przez lektury szkolne, a już fakt, że można sięgnąć po książkę z własnej i nieprzymuszonej woli był dla nich objawem dziwactwa lub wręcz choroby psychicznej. Ja natomiast wkrótce odkryłam, że łączy nas z Pablo ta sama pasja. Kiedyś przypadkiem wpadliśmy na siebie w bibliotece miejskiej przy półce z książkami przygodowymi. Od tamtego czasu zaczęliśmy polecać sobie książki i dyskutować o nich. W tamtym czasie oboje uwielbialiśmy Jacka Londona, Curwooda, Dumasa, Karola Maya, Harry’ego Pottera — J.K. Rowling i Exupéry’ego. Ja wolałam C.S. Lewisa, Pablo bardziej Tolkiena.
Pasja do czytania oraz przygody i psoty, które razem przeżywaliśmy w ostatnich latach podstawówki, wcielając w życie pomysły z książek, tak nas do siebie zbliżyły, że przestałam postrzegać go jako geniusza, a zaczęłam w nim bardziej widzieć przyjaciela, niemalże brata, któremu zwierzałam się z przeróżnych trosk, na które zawsze znajdował jakieś remedium. Teraz zaś miał wyjechać do Wielkiej Brytanii. Okazało się, surprise, surprise, że jego wuj zbił tam majątek i będąc starym kawalerem, zdecydował się zafundować bystremu bratankowi edukację w jednej z najbardziej prestiżowych szkół dla chłopców — Eton. Brzmiało jak bajka, jednakże dla mnie to był raczej koszmar i ogromna strata. Pablo też nie wydawał się tym zachwycony. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że to niesamowita okazja i dar od losu, znaczy wuja, ale widział też ciemną stronę tego prezentu. Odseparowanie od rodziny, gdyż jego rodzice i młodszy brat zostawali tutaj; wyrwanie ze środowiska, które lubił; skok w nieznane wody nie tylko obcego miejsca, ale też innej kultury; do tego zamknięcie w internacie z samymi tylko chłopcami, prawdopodobnie równie uzdolnionymi co on, a może nawet bardziej — wszystko to wydaje się przerażające i rzuca długi cień na tę skądinąd niezwykłą niespodziankę. Chociaż obie z Igą staramy się pocieszać Pablo na różne sposoby, wskazując zalety tego przedsięwzięcia, w duchu obie przeżywamy żałobę nad stratą przyjaciela. Jedyną pociechą jest dla mnie fakt, że Iga wybiera się do tej samej szkoły co ja, czyli niewielkiego liceum w małym turystycznym miasteczku, w którym mieszkamy. Z Igą znamy się od pierwszej klasy podstawówki i z małymi przerwami, kiedy głupie dąsy, czy wyimaginowane problemy rozdzielały nas na chwilę, siedziałyśmy zwykle w jednej ławce i przeżywałyśmy wspólnie wszelkie wzloty i upadki szkolnego życia. Teraz po raz pierwszy nieco się oddalamy, w sensie fizycznym raczej niż duchowym, bo wybieramy się do klas o innym profilu. Ja idę do klasy lingwistycznej, a Iga do geograficzno-społecznej. To też jest nieco przerażające, ale przynajmniej będziemy w jednej szkole. No i mamy jeszcze całe wakacje przed sobą, podczas gdy Pablo wyjeżdża już w połowie sierpnia, żeby pozałatwiać wszelkie formalności. Dlatego chcemy wykorzystać ten czas, jak najlepiej się da.
Rozdział 2
Ja, znana z notorycznego planowania, rozkładam się na łóżku, opierając plecami o ścianę z notatnikiem na kolanach i długopisem gotowym do robienia zapisków. Iga, stojąc przy dużym lustrze wiszącym obok drzwi, poprawia sobie warkocz, który rozluźnił się, gdy pędziła do mnie na rowerze. Patrzę z zazdrością na poskręcane, miedziane włosy, gdy z trudnością zbiera je w gruby warkocz. Moje włosy są bardzo jasne, proste jak druty i dużo cieńsze. Nie starczyłyby nawet na połowę warkocza Igi, co nieodmiennie powoduje we mnie ukłucie zazdrości. Iga natomiast zazdrości mi prostych blond włosów i gładkiej, idealnej cery nabierającej latem brzoskwiniowej opalenizny. Twierdzi, że chętnie zamieniłaby się ze mną na włosy, gdyby tylko mogła pozbyć się problematycznej, jasnej cery usianej piegami, skorej do pocenia się i świecenia. Coś za coś. Obie znamy swoje słabości i czasem lubimy sobie na to ponarzekać.
— No to jaki masz pomysł na najbliższe tygodnie naszych ostatnich wspólnych wakacji? — pyta Iga, rozciągając się przede mną na łóżku i nakręcając kosmyk włosów na palec.
Musimy mądrze to zaplanować, bo już kilka dni za nami i jeszcze ta głupia przeprowadzka, która pochłania multum czasu. Pierwszy tydzień po zakończeniu roku szkolnego, ja wyjechałam z moją rodziną na tydzień do Francji. Rodzice wynajęli mały domek w wiosce niedaleko Saint-Tropez. To były pierwsze tak miłe rodzinne wakacje od dłuższego czasu, bo we wcześniejszych latach tata rozkręcał swoją firmę budowlaną i ciągle spłacaliśmy jakieś kredyty. Niestety mogliśmy pojechać tam tylko na tydzień, ponieważ tata musi pilnować interesów. Poza tym przeprowadzamy się do nowego domu. W międzyczasie Iga wyjechała z rodzicami i bratem nad morze, a ja wybierałam meble do mojego nowego pokoju. We Francji zauroczył mnie styl prowansalski, dlatego wymyśliłam sobie, że pomaluję sosnowe meble, które tata już wcześniej zamówił, na biało. Chciałam, żeby widać było słoje, dlatego malowałam wszystko ręcznie specjalną półprzezroczystą farbą do olejowania. Żmudna robota, lecz przynajmniej nie nudziłam się pod nieobecność Igi. Na szczęście Pablo dotrzymywał mi towarzystwa i pomagał przy szlifowaniu oraz malowaniu. Zdolności do malowania nasz domorosły Picasso ma jednak wyjątkowo słabe, więc często kończyliśmy dzień skłóceni.
W tym momencie dostaję sygnał wiadomości.
— Pablo pyta, co porabiamy.
— Pewnie chce dołączyć. Co ty na to?
— To nasze ostatnie wakacje razem, więc chyba mu pozwolimy? — trochę pytam, trochę stwierdzam, bo chociaż często spotykamy się we troje, to czasem mamy ochotę na czysto babskie rozrywki.
— Dobra, niech wbija — pozwala łaskawie Iga — co trzy głowy, to nie jedna. Będzie więcej pomysłów.
— Zbijamy bąki u mnie na chacie, więc jeśli się nudzisz, to możesz dołączyć — właśnie kończę pisać, gdy słyszę na dole dzwonek do drzwi.
— Anka, Pablo do ciebie! — krzyczy z dołu Julek, mój starszy brat, choć wie, że nie znoszę, gdy tak do mnie mówi. Mam na imię Anastazja i lubię wszelkie zdrobnienia typu Ana, Anusia, Nastka, Nastusia, byle nie Anka. Zanim zdążę zareagować, słyszę szybki trucht po schodach i Pablo wpada z rozpędem do pokoju.
— A zapukać to nie łaska? Mogłyśmy być w negliżu — fukam trochę z przyzwyczajenia.
— Jasne, jasne. Następnym razem zaanonsuję się przez Heralda — odpowiada Pablo, opadając na krzesło i częstując się krówką z miseczki. — To nad czym tak ślęczycie? Wiecie, że mamy wakacje?
— I kto to mówi, kujonie? — rzucam mu karcące spojrzenie.
— Oo, wypraszam sobie. To, że ktoś zostaje prymasem, wcale nie oznacza, że jest kujonem. Nie moja wina, że natura obdarzyła mnie tęgim intelektem.
— Ale z ciebie nadęty bufon! — irytuję się na tak bezczelną pewność siebie. Co innego być genialnym, a co innego się tym chełpić.
— Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale „nadęty bufon” to pleonazm, czyli błąd językowy — szczerzy się bezwstydnie, czym jeszcze bardziej mnie wkurza.
— Chyba zrobię eksperyment i sprawdzę EMPIRYCZNIE, czy jeśli rzucę w ciebie poduszką, to nadmuchane ego of yours, nie zrobi głośnego trach! — koniec mojej wypowiedzi wieńczy mocny zamach poduszką, którą celuję w głowę Pablo.
— Auć! — krzyczy Iga, gdy poduszka uderza ją rykoszetem, po odbiciu przez Pablo. — Możecie przestać wredne bachory?!
— Sorry, Iggs — mówi Pablo, ciągnąc ją lekko za warkocz i wręczając krówkę w ramach przeprosin.
— Próbujemy zaplanować wakacje — odpowiada Iga, wyciągając rękę i odwijając papierek z cukierka — ale w takiej atmosferze, zdaje się, że resztę wakacji spędzę na niańczeniu rozbrykanych dzieciuchów.
— Żółwik na zgodę? — pyta Pablo, sepleniąc ze względu na krówkę, która skleiła mu szczęki. — I co żeście już uradziły?
Wpycha się do nas na łóżko, przez co muszę przesunąć się na krawędź.
— Punkt pierwszy: zrobić coś szalonego razem — odpowiadam łaskawie, wciąż jeszcze nadąsana.
— Okej, może sprecyzujesz? — Iga przewraca się na plecy i patrzy w sufit. — Coś szalonego w stylu: kąpiel nago w świetle księżyca, jazda na oklep na nieujeżdżonym ogierze, czy też podprowadzenie samochodu twojej siostry i jazda w nieznane po bezdrożach?
— Ja się piszę na tę nocną kąpiel! — Pablo z błyskiem w oku unosi rękę, oblizując się przy tym obleśnie.
— Bądźcie poważni! — gaszę ich żarty srogą miną. — Myślałam o spływie kajakowym, może o wypadzie do escape room’u albo o maratonie horrorów.
— A może zrobimy sesję gier RPG? — zapalił się Pablo, który jest fanem wszelkiego rodzaju gier komputerowych, planszowych i interaktywnych.
— Nie bądź typowym nerdem.
— Auuu! Zabolało! — Pablo złapał się za serce, jakby przeszyto go strzałą.
— Są wakacje, więc chcę spędzać czas na dworze. Na kiszenie się w piwnicy będziesz miał całą zimę ze swoimi nowymi kumplami w Eton. Ja chcę nabrać zdrowej opalenizny — wyjaśnia Iga.
— No dobrze — mówię — sporty wodne mi pasują, tylko musimy zebrać większą ekipę i zagadać z JJ-em (Dżej Dżejem, czyli Julkiem od Juliusza, nie Juliana), żeby nas poparł w rozmowie z rodzicami. Mogą nas nie puścić samych.
— Spoko. Zbierzemy większą grupę, to się zgodzą — przytakuje Pablo. — À propos, podobno twój brat i Marcel kupili sobie supy?
— Zgadza się! Więc może zamiast kajaków, namówimy ich na wypad z supami nad jezioro.
— Świetny pomysł! — rozpromienia się Iga, licząc na osobisty trening z moim bratem.
— Ok., więc mamy pływanie na supach i wycieczki rowerowe — powtarzam, zapisując wszystko w notesie
— Czyli praktycznie to, co zwykle — wzdycha Iga.
— A pływałaś już na supie? — kpi z niej Pablo.
— Nie. Supy mi pasują, lecz rowery to żadna atrakcja.
— Możemy tym razem zrobić sobie całodniową wycieczkę z piknikiem i połączyć to z eksploracją spalonego domu — proponuję, bo tyle razy chcieliśmy to zrobić, a jeszcze ani razu nie spróbowaliśmy.
— Byłoby super — zapalił się Pablo, którego fascynują różne tajemnice i nierozwikłane sprawy.
— Czyli wstępny plan ustalony — podsumowuję zadowolona i odkładam notatnik na szafkę nocną. — Będę jeszcze potrzebowała waszej pomocy przy przeprowadzce, bo chyba zaczynamy w przyszłym tygodniu — wzdycham na myśl o zamieszaniu z tym związanym.
Tata, który prowadzi własną firmę budowlaną, w końcu wyszedł na prostą i po długich, ciągnących się niemalże trzy lata pracach budowlanych, postawił dla nas nowy dom. Mimo że miejsce, w którym obecnie mieszkamy, nazywam pogardliwie chatką, ponieważ jest to ciasny i dość wiekowy budynek, po raz pierwszy uzmysławiam sobie, że będę za nim tęsknić. Nie ze względu na styl architektoniczny, ale na wspomnienia, z którymi się wiąże. Chociażby ten pokój. Mały, poddaszowy, niedoświetlony, ponieważ ma tylko jedną niedużą lukarnę. W dodatku, ze względu na niedostatek pokoi, przez wiele lat dzielony ze starszą siostrą, w zasadzie do czasu, gdy Kami (moje dziecięce zdrobnienie od Katarzyna) poszła na studia. Owszem, był czas, gdy płakałam z tęsknoty za siostrą i oddałabym jej swoją część szafy, o którą zwykle się kłóciłyśmy, gdyby tylko Kami nie wyjechała na studia i wszystko pozostało w doskonałym stanie stazy. Z czasem jednak przyzwyczaiłam się do nowych warunków i związanej z tym wygody oraz prywatności. Teraz, patrząc na starą trzydrzwiową szafę, wytarty okrągły dywanik, łóżko nakryte kolorową patchworkową kapą, zrobioną przez ciocię ze Stanów, a przede wszystkim na monstrualne biurko, odczuwam ogromną nostalgię.
— Hej śpiąca królewno! — Iga klasnęła mi przed oczami, widząc zapewne moje nieobecne spojrzenie. — Gdzie odpłynęłaś? Podaj jakieś szczegóły tej katorżniczej pracy, w którą chcesz nas wrobić, żebyśmy wiedzieli, na co się piszemy.
— W weekend mamy wszystko spakować w kartony, a od poniedziałku będą kursować dwie furgonetki z ekipą do przewożenia rzeczy.
— Ja od razu zaznaczam, że w sobotę i niedzielę rano mam zajęcia tenisowe, więc mogę pomagać po południu — mówi Pablo, celując papierkami po krówkach do kosza stojącego po drugiej stronie łóżka. — W poniedziałek i środę mam czas do 17:00, bo jestem umówiony z chłopakami na siatkę.
— W weekend obejdziemy się bez ciebie — mówię nieco urażona jego obojętnością. Ja tu przeżywam przeprowadzkę, jego wyjazd i wszystkie te przerażające zmiany, a ten najwyraźniej świetnie się bawi. — Będziemy zresztą sortować moje ubrania, żeby pozbyć się niepotrzebnych rzeczy, więc rewia mody może cię znudzić.
— Jeśli wchodzi w to także przymierzanie bielizny i różnych damskich fatałaszków, to chętnie posłużę jako sędzia.
— Phi! Też mi ekspert się znalazł! — Iga wydaje z siebie śmieszne parsknięcie. — Pewnie w życiu nie widziałeś dziewczyny w negliżu. Zresztą, tak do końca nie wiadomo, czy taki widok by ci się podobał. Wciąż trwają dyskusje, jaka płeć cię kręci.
— Kto rozpowiada te szkaradne kalumnie?! — Pablo wstaje gwałtownie i ostentacyjnie zakasuje rękawy bluzy na swoich chudych przedramionach. Jego zielono-niebieskie oczy ciemnieją z irytacji.
— Przecież to oczywiste, że podobają mi się dziewczyny. Nie widziałyście plakatów w moim pokoju? — mówi coraz szybciej i coraz piskliwiej, bo ma jeszcze momenty mutacji i gdy się złości jego głos potrafi zmienić się z ciepłej, niskiej barwy na skrzekliwą lub wręcz cienką niczym u dziewczyny.
— Lecz gdyby ktoś nadal miał wątpliwości, powinien obejrzeć moją kolekcję świerszczyków odziedziczoną po wujku.
Gdy zauważa nasze zdegustowane spojrzenia, na jego twarz wypływa rumieniec, który próbuje zamaskować, potrząsając nieco przydługą, rozjaśnioną od słońca grzywką.
— Zresztą, chyba już pójdę, bo faktycznie spędzam za dużo czasu z babami.
Na te słowa podrywamy się z Igą z łóżka i łapiemy go z obu stron pod ramiona.
— A nie wciągniesz małego co nieco do burczącego brzuszka, zanim oddalisz się ku swoim niezwykle ważnym, męskim zajęciom? — zagaduję go, wiedząc, że chłopcy w tym wieku są wiecznie głodni i jedzenie zawsze poprawia im humor.
— A co proponujesz? — pyta już nieco spokojniejszym głosem.
— Nie wiem, zaraz sprawdzimy w lodówce, czy mój żarłoczny starszy brat przeoczył coś, co możemy wykorzystać — mówię, otwierając drzwi i prowadząc ich na dół przy akompaniamencie basów przesączających się przez szparę pod drzwiami sąsiedniego pokoju.
Na dole Iga od razu rzuca się na kanapę i chwyta pilot do telewizora w poszukiwaniu ulubionego serialu. Ja otwieram lodówkę, a Pablo siada na stołku barowym i opiera łokcie na blacie.
— Serio słyszałyście, że ktoś uważa mnie za geja? — pyta już nieco spokojniej, choć z nutką niepokoju w głosie. — Nikt z moich znajomych tak nie uważa.
— Niektóre dziewczyny się nad tym zastanawiały — mówię, wyciągając z lodówki kawałek masła, kostkę żółtego sera i kilka plasterków szynki zawiniętej w folię aluminiową, które jakimś cudem mój brat przeoczył. — To pewnie dlatego, że spędzasz z nami dużo czasu. Zwykle taki babski sołtys jest postrzegany za coś dziwnego, może oznaczać inną orientację. Poza tym to naprawdę cool mieć kolegę geja w tych czasach, więc nie powinno cię to martwić.
— Ale ja naprawdę nie mam ciągot do chłopaków! Zdecydowanie wolę dziewczyny! Znaczy w sensie erotycznym — tłumaczy się niezręcznie.
Gdy na niego spoglądam, nagle spuszcza wzrok i na szyję wypływa mu rumieniec.
— Jeśli chodzi o rekreację, to lubię męskie zabawy. Z chłopakami spędzam tyle samo czasu, ile z wami. Nie moja wina, że faceci w moim wieku później dojrzewają i chcą tylko kopać piłkę. Ja jestem bardziej wszechstronny. Lubię sport, ale też rozrywki intelektualne.
Jego głos znowu zaczyna przybierać piskliwe tony, co jest naprawdę zabawne i słodkie.
— Miło, że zaliczasz nas do rozrywek intelektualnych — śmieję się — ale z tym głosem, ciężko byłoby ci się obronić jako macho.
— Wiecie, co myślę? — wtrąca się Iga, skacząc po kanałach. — To pewnie dlatego, że na balu ósmych klas nie zaprosiłeś żadnej dziewczyny do poloneza, a potem tańczyłeś ze wszystkimi po równo w parach.
— To źle??? — szczęka mu opada ze zdumienia. — Przecież powinny być zadowolone, że zatańczyłem z każdą, zamiast podpierać ścianę jak moi kumple.
— Nie rozumiesz — wtrącam, stawiając przed nim tarkę i kostkę żółtego sera — po prostu zachowałeś się niestandardowo, bo żaden inny chłopak nie tańczył w parze, a ty zatańczyłeś prawie ze wszystkimi dziewczynami.
— Tylko z tymi ładnymi — broni się, ucierając ser na grubych oczkach — co świadczy tylko o tym, że wszyscy moi kumple to tchórze, którzy w dodatku nie potrafią tańczyć. Trzeba sporej odwagi, żeby podejść do dziewczyny, odseparować ją od stada i robić z siebie widowisko na parkiecie, pod taksującym okiem jej rozplotkowanych koleżanek. Traktuję to trochę jak skrzyżowanie polowania z testem na odwagę, czyli męskość.
— Patrząc od tej strony, brzmi całkiem sensownie i odważnie — kiwam z uznaniem głową, rozbijając dwa jajka do miseczki. — Jednak nie wyróżniłeś żadnej, co oznacza, że żadna cię tak naprawdę nie interesuje.
— To jest dopiero pokrętna filozofia! — konstatuje Pablo i podsuwa mi miskę z utartym serem, poprawiając przy tym opadające mu na twarz włosy, co zwykle robi, gdy czuje się zakłopotany.
— Co my tu pichcimy?
Nagle Iga porzuca swoje miejsce na kanapie i podchodzi do nas najwyraźniej znudzona repertuarem w telewizji.
— Składniki mamy tylko na ‘Croque Monsieur’ — odpowiadam i wyjmuję chleb z szafki.
— Uwielbiam twoje tosty — mówi Iga, biorąc z miseczki garść tartego sera i wkładając go sobie do ust.
— Zamiast wyżerać produkty, postaraj się pomóc — odsuwam od niej miskę z serem i ustawiam taśmociąg.
Iga smaruje tosty masłem, Pablo nakłada szynkę i ser, a ja maczam kanapki w jajku i układam na dwóch patelniach, żeby było szybciej.
Piękny aromat, smażonych na maśle tostów, momentalnie rozchodzi się po kuchni, powodując burczenie w brzuchach. Zanim jeszcze wszystkie tosty zejdą z patelni, zapach przyciąga z góry mojego brata. Bezceremonialnie łapie jedną grzankę i wgryza się w nią, nie czekając na zaproszenie ani pozwolenie. Grzanka jest bardzo gorąca, dlatego chrupie ją, otwierając usta, żeby schłodzić się haustami powietrza.
— Dobrze ci tak! — mówię z satysfakcją. — Po pierwsze, nie miałeś zaproszenia, a po drugie, kultura nakazuje poczekać, aż wszyscy usiądą do stołu.
— Zdecyduj się, Mała — śmieje się, ładując drugą grzankę do ust. — Albo nie mam zaproszenia, albo mam czekać przy stole. Niestety nie mam czasu na te dywagacje, bo lecę na siłkę. Mam nadzieję, że nie zużyłaś całego chleba na te głodomory? — pyta, wskazując Igę i Pablo.
— I tak trzeba zrobić zakupy, bo już wyżarłeś wszystko z lodówki — mówię, dźgając go palcem i zabierając mu talerz z grzankami, po tym, jak chwycił trzecią. — W tym tempie rodzice nie nadążą zarabiać, żeby napełniać twój wiecznie pusty sagan.
— Ja też cię kocham, Sis — mówi z pełnymi ustami, pokazując kciuk w górę z uznaniem moich grzanek. — Zrób zakupy, proszę! Okropnie się śpieszę. Obiecuję, że wynagrodzę ci to następnym razem.
— Wisisz mi już jedno odkurzanie i prasowanie! — krzyczę za nim, gdy wbiega po dwa stopnie na górę, więc nie mam pewności czy mnie słyszy.
— Fajnego masz brata — wzdycha Iga, odprowadzając go wzrokiem.
Wiem, że podkochuje się w nim, odkąd połaskotał ją kiedyś, gdy razem oglądaliśmy jakiś film. Jednakże mój brat to kobieciarz, zmienia dziewczyny jak rękawiczki, a Iga jest dla niego tylko smarkatą koleżanką młodszej siostry.
— Fajny? — parskam z sarkazmem. — Głodomór, babiarz i fantasta! — mówię, zabierając dwa talerze z tostami na stolik przed telewizorem.
— O wiele fajniejszy niż mój. Tomek tylko na mnie krzyczy, naśmiewa się albo wykręca mi ręce. A twój nawet wyznaje ci, że cię kocha.
— Jasne, tylko jeśli czegoś chce — mówię, kładąc przed nimi serwetki i zachęcając do jedzenia. — Tomek zaś ma bardzo fajnych kolegów — dodaję, zerkając na nią znacząco.
Tomek jest tylko rok starszy od nas i faktycznie ma bardzo przystojnych kumpli, na których obydwie z Igą po cichu się spalamy. Mój brat Juliusz zaś jest starszy o dwa lata, więc to niemal przepaść pokoleniowa.
— A ja uważam, że kumple Tomka są beznadziejni — wtrąca Pablo z policzkami wypchanymi niczym u chomika. — Nie mają żadnych zainteresowań oprócz siłki i rwania lasek.
— To tak samo, jak mój brat — podsumowuję — a jego raczej lubisz. A tak w ogóle, to czemu ty nie chodzisz na siłownię?
— Ja wolę uprawiać sporty dla rozwijania umiejętności, a nie dla nadmuchiwania mięśni — mówi, nie ukrywając wyższości w głosie.
— Hej Picasso, zagrasz z nami w siatkę wieczorem? — pada pytanie z półpiętra, gdy JJ zbiega z torbą po schodach, szukając kluczy. — Marcel się rozchorował, a tobie nieźle idzie.
— O której? Obiecałem bratu, że pójdę z nim na basen.
— 19:00 w parku sosnowym, dasz radę?
— Dobra, postaram się.
— Siema, małolaty. Anka, nie zapomnij o ryżu i kurczaku dla mnie! — rzuca jeszcze i zatrzaskuje drzwi.
— Ok, ja też już spadam — Pablo wstaje i zabiera puste talerze. — Dzięki za pyszności.
— Iga, pójdziesz ze mną na zakupy? — zagajam, wkładając talerze do zmywarki.
— Spożywka? Nie chce mi się. Zresztą muszę ogarnąć porządek w domu.
— Po drodze zajrzymy do butików — kuszę — nie daj się prosić.
— Niech ci będzie — wzdycha potwierdzająco — pojedziemy rowerami.
Rozdział 3
Dzisiejszy ranek jest prześliczny; słoneczny, chociaż z lekką bryzą łagodzącą narastający upał. W powietrzu pachną kwitnące akacje i śpiewają kosy. Uwielbiamy jeździć rowerami po okolicy. Mieszkamy na osiedlu domków jednorodzinnych na wschodnim przedmieściu naszej turystycznej metropolii. Śmieję się, mówiąc o metropolii, bo miasteczko liczy niespełna dziesięć tysięcy mieszkańców. To jest mały kurort uzdrowiskowy, czasem porównywalny do Baden-Baden, tylko kilkakrotnie mniejszy. Sezon trwa cały rok, chociaż zimą miejsce nie jest aż tak atrakcyjne, jak wiosną czy latem. Mówiąc atrakcyjne, mam na myśli turystów w wieku średnim i emerytalnym, bo tacy właśnie goście ściągają tu najchętniej, aby korzystać z leczniczych wód, kąpieli i innych zabiegów odmładzających. Kliniki Spa i inne ośrodki wczasowe oferują pełen pakiet usług dla mniej lub bardziej zamożnej klienteli. W przerwach zaś pomiędzy kąpielami, masażami czy okładami z błota, kuracjusze mogą przechadzać się po licznych parkach, promenadach i kwietnych alejach, aby zawierać znajomości w przytulnych kawiarenkach, a wieczorami testować swoje odmłodzone ciała w tanecznych piruetach na rozlicznych parkietach dansingowych.
Jeśli chodzi o rozrywki dla nas, czyli nieco młodszej generacji, wybór nie jest zbyt duży. Jedna hala sportowa, parę kortów tenisowych, mini park linowy oraz kilka zjeżdżalni wodnych otwartych w sezonie. To zamyka pole manewru. Na szczęście trzydzieści kilometrów dalej mamy miasto uniwersyteckie, które udostępnia nieco szersze spektrum możliwości. Wielu moich rówieśników wybiera się do szkół średnich właśnie tam, jednak ja, Iga oraz moje starsze rodzeństwo pozostajemy wierni lokalnej szkole i tradycji. Nasze liceum, choć małe, szczyci się wieloma osiągnięciami na polu naukowym, a oprócz tego jest tu, w centrum, więc nie będę musiała zarywać nocy i tracić przynajmniej dwu godzin dziennie na dojazdy. Co więcej, wszyscy znajomi ze szkoły mieszkają na miejscu, więc spotkania towarzyskie będą częste i wygodne.
Teraz jednak myśli o nowej szkole są bardzo odległe. Przed nami prawie dwa miesiące długich, leniwych dni lata, które zamierzamy idealnie spożytkować. Iga właśnie wyciągnęła mnie do świeżo otwartego sklepu z bielizną, żeby kupić sobie nowy kostium kąpielowy. Jedziemy więc uliczkami naszego miłego, sennego osiedla ciesząc się cudowną pogodą i wolnością. Ścigamy się ulicą Poziomkową, a wiatr targa nam włosy. Zwalniamy przed zakrętem w Lawendową, krzyczymy dzień dobry do pani Balek, która jak zwykle pielęgnuje swój ukochany ogród, droczymy się z psami, które ujadają za ogrodzeniem wielkiej willi na rogu, a potem znowu puszczamy się pędem, ile sił w nogach na długiej, prostej ulicy, którą docieramy do małego pasażu z niewielkimi sklepikami i dużym supermarketem spożywczym. Spinamy rowery razem i idziemy do nowego butiku. Faktycznie, asortyment mają duży, niestety ceny również. Na szczęście sprzedawczyni wskazuje nam wieszak z przecenami i udaje nam się wybrać cudowne zestawy. Ja biorę bordowy z falbankami i stanikiem na sznureczkach, Iga zaś woli bardziej zabudowaną górę, ze względu na obfity i ciężki biust, którego ja jej zazdroszczę, a ona nienawidzi.
Kiedy wychodzimy ze sklepu, wpadamy na Tomka z kumplami.
— O, widzę, że zakupy się udały. Gdzie będziecie wystawiać swoje wdzięki na słońce? — podpytuje Wiktor, puszczając do nas oczko.
— Proponuję mecz siatkówki plażowej, żeby przetestować wytrzymałość waszych nowych strojów — rechocze sprośnie Michał, wyobrażając sobie pewnie scenę rodem ze „Słonecznego Patrolu”.
— Sądzę, że wasze nadmuchane mięśnie nie wytrzymałyby takiej próby — odbijam szybko piłeczkę, rzucając im kpiące spojrzenie.
— Zdziwiłabyś się, laleczko! — odburkuje z urażoną miną.
— Przestańcie mleć ozorami do tych smarków, bo spóźnimy się na trening — ucina wymianę zdań Tomek i oddalają się w stronę budynku z siłownią.
— Sam jesteś smarkiem i nogi ci śmierdzą! — wrzeszczy za bratem wściekła Iga, na co ten pokazuje jej tylko środkowy palec, nawet się nie odwracając.
— Serio? Nogi ci śmierdzą? Subtelnie.
— Nic lepszego nie wymyśliłam na poczekaniu. Widzisz, jaki on jest wredny? Nie to, co JJ. Jak ja bym chciała zamienić się na braci.
Dla poprawy humoru wstępujemy do cukierni po pączki, a potem jedziemy nad rzekę przetestować w słońcu nasze nowe kostiumy. Mijamy stoły grillowe, boisko do siatki plażowej i jedziemy trochę dalej w zagajnik na naszą ulubioną polanę. Trzeba zejść z rowerów i przedrzeć się przez krzaki malin, ale widok jest tego wart. Z trzech stron osłonięta gęstwiną, mała trawiasta polanka otwiera się z jednej strony na rzekę, która płynie sobie przed nami powolnym nurtem. Rozkładamy ręczniki, przebieramy się w stroje i zjadamy przepyszne lukrowane pączki. Ja wybieram zawsze z nadzieniem malinowym, podczas gdy Iga woli z ajerkoniakiem.
— W tym sezonie zrobię się na mahoń — stwierdza autorytarnie Iga i układa się na plecach.
— Co roku starasz się opalić na mahoń, a kończy się poparzeniem i schodzącą skórą — mówię, nastawiając alarm w telefonie na pół godziny. Lepiej nie przesadzić z pierwszą kąpielą słoneczną.
— Nie moja wina, że mam uczulenie na słońce i zamiast idealnego brązu uzyskuję szkaradny odcień gotowanego homara — utyskuje rozżalona. — Czytałam jednak w pewnym artykule, że jeśli przeczekam pierwszy stan reakcji alergicznej i będę opalać się dalej, to skóra przywyknie i zacznę normalnie się opalać. Dlatego w tym roku olewam krostki i opalam się do skutku.
— Iggs, co ty bredzisz? Gdzie to wyczytałaś? W poradniku dla masochistek? Wiesz, że net jest zalewany mnóstwem fake’u. Jeszcze trochę, a zaczniesz hodować koty bonsai w butelce!
— A co, to nieprawda?! — jęczy. — Już zamówiłam specjalny inkubator.
Kiedy podnoszę się przerażona na przedramieniu i rzucam jej oburzone spojrzenie, ta wybucha mi śmiechem w twarz — ale cię wkręciłam! Naprawdę masz mnie za idiotkę?!
— No cóż, przypominam ci tylko, że to nie ja pochowałam do szafki talerze spienione od płynu do naczyń, bo tak mówiła reklama.
— Byłam wtedy dzieckiem, a ta reklama była myląca — tłumaczy się mętnie, kładąc się na brzuchu.
— Reklama twierdziła, że naczynia pozostają lśniące bez wycierania, a nie bez spłukiwania — prostuję ze śmiechem — i to było ledwie pół roku temu, więc wcale nie byłaś takim dzieckiem.
— Mama don’t preach! — nuci pod nosem przekształcony refren starego przeboju.
— À propos, jak już zeszło na angielski. Mam newsa, o którym jeszcze nie wiesz — siadam, żeby nasmarować skórę filtrem, bo czuję, że słońce zaczyna mocno prażyć.
— No dawaj — mówi, odwracając się do mnie tyłem, żebym nasmarowała jej plecy.
— Mama mówiła, że moje wujostwo, no wiesz ciocia Ada i wujek Janek wracają z Anglii na stałe.
— Nie gadaj! Ten przystojniak Bastian też?
— Wszyscy przeprowadzają się do naszego miasteczka, oprócz Elise, która jedzie na studia do dużego miasta. Czyli wujostwo, Bastian i Kaja będą mieszkać praktycznie po sąsiedzku. Wujek będzie pracował w firmie taty, a ciocia Ada dostała pracę w jakiejś dużej firmie meblarskiej.
— Ile ten twój kuzyn ma lat? Jest trzy lata starszy od nas?
— Niecałe dwa. Będzie chodził do naszego liceum, a Kaja do przedszkola Kubusia Puchatka.
— Co masz taką smętną minę? Nie cieszysz się? Bastian to ciacho! Że też masz samych fajnych facetów w rodzinie.
— Mała jest słodka, ale trochę mnie martwi Bastian. Czy ty wiesz, jak on mówi po angielsku, skoro wychował się na wyspach?
— Z cudownym brytyjskim akcentem — wzdycha Iga z rozmarzeniem.
— No właśnie! Będzie mi wstyd mówić przy nim, bo wszyscy będą nas porównywać. A przecież idę do klasy lingwistycznej! Zadręcza mnie wizja upokorzenia, gdy wyobrażam sobie kontrast, zwłaszcza że mamy po ojcach to samo nazwisko.
— Przesadzasz! Spójrz na to z innej strony. Zawsze będziesz miała pod ręką kogoś, żeby poćwiczyć konwersacje.
— Zgłupiałaś!? — pukam się w czoło zszokowana na samą myśl. — Język by mi w gardle stanął, gdybym miała się przy nim odezwać po angielsku. I tak pewnie uważa mnie za głupiutką kuzynkę z prowincji.
— Ty naprawdę wymyślasz sobie problemy! — z pobłażliwością macha ręką na moje wydumane według niej lęki. — Zajrzyj mi lepiej pod ramiączko, czy widać różnicę? Wzięło mnie trochę słońce?
Oczywiście, że ją wzięło. Oczywiście za mocno. Całe ramiona ma intensywnie zaczerwienione. Chyba sama to poczuła.
— Dobrze, zróbmy małe selfie na Snapchata i spadajmy — mówi Iga, puszczając całusa do telefonu.
Robimy parę sweet fotek w okularach słonecznych i nowych strojach. Staramy się nie pokazać zbyt wiele ciała, żeby jakiś „zbok” się do tego nie dorwał. Wracając obok boiska do siatkówki plażowej, widzimy Mattiego z kolegami, Pablo, Luka i jeszcze kilku kumpli ze szkoły. Zatrzymujemy się na chwilę, żeby przybić piątkę i patrzymy na kilka serwów. Luke to kolejny kumpel z naszej paczki. On i Kacper należą do klubu piłkarskiego i są zapalonymi kibicami FC Barcelony. Na ogół nie gardzą żadnym sportem. Lubią siatkę, koszykówkę i hokej na trawie. Obaj są dość wysocy, nad czym niższy Pablo mocno ubolewa. Kacper jest bardziej przysadzisty, z mocno przyciętymi rdzawymi włosami, natomiast Luke jest smuklejszy i zwinniejszy. Ma brązowe oczy i lekko kręcone ciemne włosy podgolone po bokach. Uroda południowca, zdecydowanie w moim typie. Podoba się zarówno mnie, jak i Idze, więc zawarłyśmy pakt, że żadna z nas nie będzie się z nim umawiać. Jeśli chodzi o Kacpra, to on i Iga wiecznie się ze sobą kłócą. Moim zdaniem są bardzo do siebie podobni, zarówno z wyglądu — przez te rude włosy, jak i z charakteru. Jest jeszcze Matti, młodszy brat Pablo, czerwienieje po same uszy na widok Igi, bo skrycie się w niej durzy. Jest o rok młodszy od Igi i dwa miesiące ode mnie. Ja jestem jednak w klasie wyżej, bo poszłam wcześniej do szkoły. Iga zawsze się z nim droczy. Lubi wprowadzać go w zakłopotanie. Jest jednak za gorąco, żeby siedzieć w samym słońcu, więc zmywamy się przed końcem. Oczywiście Iga posyła Mattiemu buziaka na odchodne, przez co chłopak prawie potyka się o własne nogi, co Igę wprawia w dobry humor na resztę popołudnia.
Wieczorem, przy kolacji mama zaskakuje mnie jeszcze jednym newsem. Właśnie nakładam sobie paróweczkę zapieczoną z serem i polewam obficie keczupem, kiedy mama wypala ze swoim hitem.
— Nastusiu, wiesz, że wujostwo wracają z Wielkiej Brytanii i będą potrzebowali naszego wsparcia, żeby się tu na nowo zagospodarować? — bardziej stwierdza niż pyta, więc słucham jednym uchem zajęta myślami jak zorganizować całe to pakowanie mojego pokoju. — Ciocia będzie na początku dużo pracowała, bo to nowa firma i musi się wykazać, stąd prośba, żebyś pomogła przy opiece nad Kają. No wiesz, mogłabyś odbierać ją po szkole z przedszkola i zająć się nią trochę do powrotu wujostwa. W końcu będziemy mieszkać po sąsiedzku.
— Słucham?! — grzanka utkwiła mi w gardle z przerażenia. — Chyba nie mówisz serio?! Ja się do tego nie nadaję! Przecież wiesz, jak nie lubię dzieci!
— Nie przesadzaj! Kaja nie jest już takim maluchem i jest przeurocza, a tobie przyda się młodsze rodzeństwo, bo czasem zachowujesz się jak rozkapryszona jedynaczka.
— Ja przesadzam?! — słyszę, jak głos zaczyna mi się łamać z nerwów. — Nie dosyć, że bez mojej wiedzy wynajmujesz mnie jako bezpłatną niańkę, to jeszcze mi ubliżasz?! A co z Bastianem? Dlaczego on nie może zająć się siostrą, w końcu też będzie chodził tu do szkoły.
— Po pierwsze, nie tym tonem, młoda damo! — mama przybiera lodowaty ton. — Po drugie, Bastian też będzie pomagał, tylko że kontynuuje treningi Taekwondo oraz zajęcia rowerowe, więc nie zawsze będzie mógł.
— A co z moim życiem? Z moimi planami i zajęciami? Zaczynam nową szkołę i sama mi mówiłaś, że w liceum to nie przelewki i że będzie dużo trudniej niż w podstawówce. Jak ty to sobie wyobrażasz? Jak pogodzę naukę, lekcje tańca, zajęcia teatralne, konie, nowe znajomości i zajmowanie się dzieciakiem?
— Robisz z igły widły.
Mama bagatelizuje wszystkie moje argumenty, smarując sobie następną grzankę.
— Ustalimy wspólny grafik i każdy trochę pomoże. Zobaczysz, nie będzie tak źle.
— A czemu babcia Jasia nie może się nią zająć? — używam ostatniego argumentu.
— Dobrze wiesz, że babcia Janeczka chętnie pomoże, ale ma też swoją pracę i swoje lata, więc musimy ją trochę oszczędzać.
— Kiedy ona sama się nie oszczędza. Ma osiemdziesiąt lat i nie musi pracować. Robi to, bo lubi. W dodatku ma bujniejsze życie towarzyskie niż ja. Ciągle biega na koncerty, potańcówki albo pilates z koleżankami. A ja mam czas dla siebie tylko w wakacje.
— Teraz to już zmyślasz. Po szkole nie masz prawie żadnych obowiązków, oprócz wstawienia naczyń do zmywarki i wytarcia kurzu dwa razy na tydzień, bo podłogi odkurza robot. Ja w twoim wieku musiałam po szkole gotować obiady, pomagać w gospodarstwie i jeszcze pracowałam w weekendy. Oprócz tego byłam wzorową uczennicą i dawałam innym korepetycje.
— No i tak ci zostało — burczę pod nosem, bo mama po pracy w firmie jako księgowa, pracuje też popołudniami, robi bilanse, rozlicza ludziom pity lub inne dokumenty i tak do późnego wieczora.
— Myślisz, że robię to hobbystycznie? — pyta naprawdę już zdenerwowana. — Wiesz przecież, jak ciężko nam było przez wiele lat, gdy firma taty się rozkręcała i musieliśmy zaciągać ogromne kredyty. Myślisz, że ślęczę nad rachunkami całe dnie i rujnuję sobie kręgosłup, bo mam taką fanaberię? A wyjazdy na wakacje, firmowe ciuszki, które tak lubicie, czy te wszystkie wasze zajęcia dodatkowe i prywatne lekcje to wygraliśmy na loterii?!
— Przepraszam mamo. Wiem, że ciężko pracujesz — mityguję się, bo widzę, że zrobiłam mamie wielką przykrość.
— Nie mówmy już o tym — kładzie mi rękę na ramieniu. — Poradzimy sobie ze wszystkim jak zwykle. Ułożymy grafik i zaplanujemy wszystko tak, żeby grało idealnie.
Wstaję od stołu i cmokam ją w policzek, zabierając brudne talerze. Wciąż jestem rozgoryczona, ale decyzje zostały podjęte i nasze kłótnie nic tu nie zmienią. Pokładam tylko nadzieję, że dobre rozplanowanie uczyni cuda. Tę cechę odziedziczyłam po mamie, muszę wszystko przeanalizować z wyprzedzeniem i ułożyć harmonogram. Nie zawsze potem udaje się trzymać planu, ale samo zrobienie go daje mi poczucie bezpieczeństwa. Iga śmieje się, że jestem „control freak”, a ja po prostu lubię trzymać rękę na pulsie. Z drugiej strony, jestem też impulsywna, spontaniczna i kreatywna, więc czasami mam poczucie rozdwojenia jaźni.
Leżąc w swoim pokoju, dzwonię jeszcze do Igi, żeby się wyżalić, ale słyszę w tle, że ogląda jakiś serial i dochodzi do niej tylko połowa z mojej wypowiedzi, więc daję spokój. Rozglądam się po moim pokoju i ogarnia mnie smutek. Po raz ostatni widzę go w takim stanie jak teraz. Jutro wszystko trafi do kartonów, część rzeczy do śmieci i nigdy nie będzie już tak samo. Czuję, że zostawiam tu swoje dzieciństwo: szafę oklejoną najpierw naklejkami jednorożców i księżniczek, zastąpionych przez nagie torsy idoli filmowych, wielkie biurko z ogromną lampą, przy którym kolorowałam książeczki, wycinałam dekoracje świąteczne, zdobiłam stroje dla lalek, odrabiałam lekcje i rysowałam szkice, karykatury i portrety moich przyjaciół. To na tym biurku siadywałam, gdy chciałam skomunikować się z Pablem. Dom Pablo stoi po sąsiedzku i okno jego pokoju jest widoczne pod skosem w bok. W siódmej klasie nauczył mnie alfabetu Morse’a, więc często, zamiast gadać przez telefon lub pisać wiadomości, siadałam na biurku po turecku, żeby móc wygodnie patrzeć w prawo i wysyłałam sygnały latarką. Czuliśmy się wtedy jak piraci albo inni bohaterowie naszych książek, którzy mają sekretne życie. To było coś wyjątkowego, coś tylko naszego. Oczywiście, wysyłanie takich sygnałów szło dość powoli, więc zwykle przechodziliśmy potem na zwykłe pogaduchy przez telefon, ale wrażenie niezwykłości pozostawało. Jest mi tak strasznie smutno, że to wszystko się kończy i nigdy już nie będzie tak samo. Już nigdy nie dostanę wiadomości alfabetem Morse’a przez małe okienko i nigdy nie usiądę przy tym biurku. Czuję, że łzy ciekną mi po policzku, więc szybko je wycieram i odpycham moje grobowe myśli.
Sięgam po książkę Wilbura Smitha, którą podrzucił mi wczoraj Pablo, bo nic tak nie koi nerwów, jak przeżywanie niebezpiecznych przygód na drugim końcu świata.
Rozdział 4
Dzisiaj obudziłam się wyjątkowo wcześnie, czyli o dziewiątej. Słońce rzuca jasną smugę na sam środek mojego wytartego dywanika, wydobywając kolorowy wzór mający moc spopielenia moich wczorajszych smutków i nostalgii. Słyszę jakieś stuki-puki, szurania, rozmowy. Kiedy zaspana schodzę na dół w piżamie, wszyscy krzątają się po domu pełnym pudeł i kartonów.
— Weź sobie twarożek z lodówki, zostały też kanapki z serem i jajkami — mówi mama, opakowując wielki wazon folią bąbelkową.
Wstawiam czajnik z wodą i wyjmuję twarożek posypany pokrojonym szczypiorkiem. W tygodniu każdy je szybkie śniadanie, kiedy chce, ale w weekendy mama zwykle robi coś lepszego i jemy razem, biesiadując długo i ciesząc się swoim towarzystwem. Dzisiaj jednak najwidoczniej wszyscy wstali wcześniej i już skończyli posiłek, żeby wziąć się do pracy. Zjadam więc bez entuzjazmu swoją porcję, przebieram się w dres i też zabieram do działania.
Pozanosiłam na górę kilka kartonów i wysypawszy zawartość szuflad, wyrzucam niepotrzebne, nagromadzone przez lata drobiazgi, rzeczy ważne i delikatne zawijam w folię bąbelkową, a pamiątki, które muszę jeszcze przekartkować np. stare notatniki, listy czy pocztówki wkładam do osobnego pudła, które otagowuję jako: przejrzeć. Nastrój wciąż mam nostalgiczno-smutny. Jestem beznadziejnie sentymentalna, co jest strasznie niewygodne. Szybko i mocno przywiązuję się do ludzi, miejsc, a nawet rzeczy. Kami twierdzi, że to świadczy o wrażliwości i o tym, że przeżywam wszystko głęboko. I to jest prawda. Potrafię cieszyć się wszystkim i doceniać każdą chwilę, co w dzisiejszych czasach, chyba nie jest takie oczywiste. Nie jest to również proste i nie zawsze przyjemne, bo wpadając w zachwyt nad chwilą, jednocześnie ubolewam nad jej przemijaniem. Bawiąc się świetnie, zarazem martwię się tym, że radość wkrótce się skończy. Takie postrzeganie świata jest bardzo intensywne, ale też bardzo męczące. Żeby przegnać natłok myśli egzystencjalnych, włączam Spotify i wybieram hity rockowe. Jak na życzenie pojawia się utwór „Don’t Cry” zespołu Guns N’ Roses, który wpasowuje się w mój nastrój. Kończę więc pakowanie szafek z zeszytami i bibelotami, śpiewając na całe gardło refren razem z Axl Rose’em.
— Kto tu zarzyna koty!? — Iga wchodzi do pokoju i ścisza muzykę.
— Nie słyszałam, kiedy weszłaś — mówię — ale dobrze, że jesteś. Brakowało mi chórków.
— Myślę, że tego występu nic już nie uratuje — śmieje się, wiedząc, jak słabo śpiewam.
— Ja kładę nacisk na moc i ekspresję.
— Dało się słyszeć. A może w takim razie puścimy coś weselszego? — proponuje.
W porównaniu do moich upodobań rockowych, bluesowych i grunge, ukształtowanych trochę przez starszą siostrę i brata, Iga woli pop, synth pop lub house. Dlatego ja często sięgam po The Rolling Stones, Queen, Nirvanę, R.E.M., czasem Metallicę albo Guns N’ Roses. Ona zdecydowanie wolałaby rap. Żeby się pogodzić i trochę poszerzyć gusta muzyczne wybieramy więc na zmianę. Teraz jej kolej, więc włącza Avicii: „Wake Me Up!”. Też to lubię, więc nie protestuję.
— Może nie jest to szczególnie wesołe, wziąwszy pod uwagę samobójstwo Tima, ale podoba mi się twój wybór.
Śpiewamy więc razem, wyciągając ostatnie rzeczy z szafek. Ja tym razem robię za chórki, bo Iga ma znacznie lepszy głos, więc pozostawiam jej prowadzenie.
— Nigdy tego nie zrozumiem — Iga przerywa śpiewanie — czemu ludzie, którzy odnoszą sukces, docierają na szczyt i w zasadzie zdobywają wszystko, o czym marzyli, popełniają samobójstwo? Chociażby Tim Bergling, Kurt Cobain, Jimi Hendrix, Heath Ledger, czy Matthew Perry, chociaż w przypadku dwóch ostatnich nie ma jasności co do samobójstwa, sugerują raczej utratę kontroli nad opiatami.
— Może właśnie dlatego. Może nie mają już o czym marzyć, może nic ich już nie kręci. Albo nie potrafią odnaleźć spokoju wewnętrznego, bo gdzieś w środku nie wierzą, że zasługują na to wszystko. Myślę, że przyczyny mogą być bardzo złożone.
— Pewnie masz rację — wzdycha, przeglądając play listę.
— Myślę, że najważniejsze w życiu, to umieć cieszyć się chwilą. Tym, co tu i teraz. Jeśli tego nie potrafisz, to czy masz kasę, sławę czy cokolwiek innego, nie jesteś szczęśliwa.
— Święte słowa. To co mam puścić?
— „It’s My Life” — Bon Jovi. To zawsze wprawia mnie w dobry nastrój.
— Idealnie! A teraz co, bierzemy się za szafę? — pyta, otwierając mój sezam ze skarbami odzieżowymi.
— It’s time, isn’t it?
Zabawa się zaczyna. Wyciągamy wszystko po kolei, rozdzielając na trzy grupy: zachować, oddać, wyrzucić, bo wstyd. Praca idzie powoli, gdyż przymierzamy ciuchy, czapki i wszelkie dodatki łącząc je w serię dziwacznych i komicznych stylizacji. Skaczemy przy tym po łóżku w rytm muzyki i robimy setki śmiesznych selfików, które mam nadzieję, Iga potem skasuje. Właśnie pękamy ze śmiechu, założywszy długie kiecki do spodni dresowych, na to jakieś stare staniki mojej siostry, które wypychamy skarpetami i słomiane kapelusze na głowę. Wtedy do pokoju wchodzi Pablo.
— No to jednak doczekałem się tej bielizny! Nieco inaczej to sobie wyobrażałem — szydzi z nas, szczerząc się głupkowato. — Liczyłem na trochę więcej golizny, a nie barchany i staniki wypchane skarpetami, ale cóż mody się zmieniają. Widzę, że nagrywacie rolki na Insta — wskazuje na telefon w ręku Igi. — Myślę jednak, że ten styl długo nie chwyci.
— Iggs ani mi się waż gdzieś to publikować! — patrzę na nią groźnie, bo wiem, jaka potrafi być bezmyślna w kwestii umieszczania różnych rzeczy w Necie.
— Po pierwsze, myślę, że zrobiłybyśmy karierę jako trendsetterki z naszymi pomysłami — marudzi, bo chyba przeszło jej przez myśl, żeby to gdzieś wysłać. — Po drugie, nie wymądrzaj się tak Pablo. Sam nająłeś się tu za modela, więc nie krytykuj, tylko prezentuj! — to mówiąc, zakłada na głowę Pablo ogromne zielone sombrero, do tego owija mu szyję futrzaną etolą babci i szuka w stosie, co by tu jeszcze dołożyć.
Zanim Pablo zdąży zaprotestować, zawiązuję mu w pasie fartuch do gotowania z gołym włochatym torsem na zdjęciu, łapię go za rękę i zaczynam tańczyć do energicznych rytmów: „Boum Boum Boum” brytyjskiego wokalisty o pseudonimie Mika. Iga szybko się przyłącza, więc Pablo, który próbuje się wyrwać, ma trudne zadanie. Na to wszystko wchodzi mama i z pobłażliwym uśmiechem woła nas na lunch.
— Uratowany przez jedzenie — śmieję się, opadając na łóżko, zdyszana.
Rozbieramy się z wielu warstw odzieży i czerwoni od śmiechu schodzimy na dół w jeszcze większe pobojowisko. Salon wygląda jak pole minowe usiane stertami pudeł, kartonów i różnych gadżetów powyciąganych z szafek. Przedzieramy się przez ten labirynt, stawiając nogi niczym czaple brodzące w wodzie. Mama smaży naleśniki, których zapach mile łechce nasze podniebienia.
— Dziś obiad na szybko, bo nie mam czasu stać w kuchni cały dzień — tłumaczy mama, zdejmując kolejny naleśnik na sporych rozmiarów stos.
— To nie obiad, tylko deser — marudzi tata, robiąc sobie kanapkę z kiełbasą, którą smaruje musztardą. — Jeśli ktoś chce, to chętnie podzielę się moją wersją jedzenia — proponuje.
— Naleśniki są w porządku — mówi Iga. — Bardzo dziękujemy za zaproszenie.
— Nie ma sprawy. Weźcie sobie dodatki i powiedzcie, czy wolicie bardziej suche, czy tłuste — pyta mama, bo u nas w domu każdy jada naleśniki inaczej.
Ja i Kami wolimy smażone na dużym tłuszczu, z parchatymi brzegami. Tata i JJ wolą z suchej patelni, z cukrem lub nutellą. Ponieważ w kuchni i salonie jest straszny bałagan, zabieramy naleśniki na taras. Przynosimy do tego różne dodatki: powidła, krem czekoladowy, serek waniliowy, borówki, twarożek ugnieciony ze śmietanką — co kto lubi. Mama przynosi nam też dzbanek lemoniady i serwetki.
— Nastka, ja to chyba pójdę na obiad do domu — mówi niepewnie Pablo.
— Co? Dlaczego? — dziwię się, smarując naleśnik powidłami i serkiem.
— Niezręcznie mi, że ciągle coś u was jem. Pomyślą, że się wpraszam.
— Przestań wymyślać, bo teraz mi jest głupio — wtrąca Iga z pełnymi ustami. — Pyszne! Sama nie wiem, które lepsze.
— Ale ja mieszkam po sąsiedzku, więc mógłbym iść do siebie.
— Gadasz głupoty — macham ręką i zwijam swojego naleśnika w rulon. — Ja jadam u ciebie równie często. I wcale nie ukrywam, że robię to z premedytacją. Twoja mama gotuje po prostu genialnie.
— Serio? Ostatnio dawno cię u nas nie było — uspokojony nakłada sobie naleśnik i smaruje dodatkami. — Nawet mama to zauważyła.
Na te słowa robię się czerwona. To fakt, ostatnio unikam wizyt u Pablo. Głównie ze względu na jego tatę i na blamaż jaki był moim udziałem pod koniec marca. Pablo namówił mnie, żebyśmy urwali się szybciej ze szkoły w dzień wiosny. Po drodze wstąpiliśmy do biblioteki, a wracając, powiedział, że wujek przysłał mu fajną książkę napisaną po angielsku. Ponieważ już skończył, stwierdził, że chętnie mi pożyczy. Dlatego poszliśmy do niego, zagraliśmy w warcaby, posłuchaliśmy trochę Santany, pogadaliśmy o znajomych i już zbierałam się do wyjścia, kiedy usłyszeliśmy klucz w drzwiach. Okazało się, że tata Pablo wrócił po jakieś dokumenty. Było jeszcze wcześnie, więc teoretycznie powinniśmy być w szkole. Tata Pablo pracuje w urzędzie, jest bardzo zasadniczy i surowy. Zauważył, po butach, że ktoś jest w domu, więc zaczął wołać do góry, żeby sprawdzić, kto już wrócił. Wtedy Pablo spanikował. Najpierw nie reagował na zawołania, a potem kazał mi wejść do szafy. Jego tata zaniepokojony dziwną sytuacją wszedł na górę i zobaczył Pablo, który chciał do niego wyjść.
— Czemu nie odpowiadasz? Tak wcześnie wróciłeś? Stało się coś? — indagował zaskoczony zachowaniem syna.
Pablo zaczął coś bredzić naprędce, ale jego tata wystraszony nietypową reakcją Pablo, wszedł do pokoju, rozejrzał się, po czym nie wiadomo czemu otworzył szafę. Ciężko powiedzieć, kto był bardziej zszokowany: on czy ja.
— Dzień dobry — powiedziałam odruchowo, stojąc jak słup ściśnięta między wieszakami, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.
— Dzień dobry, Anastazjo — odpowiedział, po czym bez słowa odwrócił się i zszedł na dół.
Kiedy Pablo poszedł za nim po chwili, żeby wysondować sytuację, powiedział, że się śpieszy i porozmawiają później. To było gorsze niż gdyby się zezłościł albo puścił jakiś komentarz. Wyobrażałam sobie najgorsze rzeczy. Pewnie go rozczarowałam, może myślał, że mam zły wpływ na Pablo, że odciągam go od nauki. Potem przyszło mi na myśl, że mógł wziąć tę scenę za coś niestosownego, jakieś figle damsko-męskie, albo coś w tym stylu. Wtedy dopiero się załamałam. Oczywiście wyładowałam złość na Pablo, który wmanewrował mnie w tę idiotyczną sytuację. Pablo próbował coś tam potem tłumaczyć, ale jego ojciec podobno już nie chciał o tym rozmawiać ani tego nie skomentował. Po prostu koszmar! Pablo całkiem to zbagatelizował i zapomniał już na drugi dzień, a ja od tamtego czasu czuję okropny wstyd na samą myśl, żeby spojrzeć panu Tedowi w twarz.
Dlatego głupie gadanie Pablo, że go nie odwiedzam, wywołało u mnie złość, więc rzuciłam mu złe spojrzenie. Doskonale wie, o co mi chodzi, dlatego spuszcza oczy i zmienia temat.
Po obiedzie zabieramy się za pakowanie książek, co trwa kolejne parę godzin, bo tak jak Igę kręcą stroje, tak ja i Pablo z fascynacją przeglądamy każdą książkę. Iga ulatnia się więc dyskretnie, a my wymieniamy się różnymi anegdotkami na temat bohaterów albo przypominamy sobie fabułę i porównujemy wrażenia. Kiedy wieczorem kładę się spać, pokój jest usiany pudłami ustawionymi w równych kolumnach, ale nie budzi już sentymentów ani żalu. Wspomnienia i pamiątki przenoszą się przecież razem ze mną.
Rozdział 5
— Słuchaj, dokonałam niesamowitego odkrycia — dzwonię do Igi następnego dnia wieczorem. — Kiedy wynieśliśmy wszystkie kartony, zajrzałam jeszcze w każdy kąt i okazało się, że w szafie za szufladą znalazłam podklejony notes. Na pierwszy rzut oka, to pamiętnik mojej babci od strony taty — Pelagii. Zerknęłam tylko pobieżnie, bo nie miałam czasu, ale może być ciekawie.
— Brzmi nieźle! Myślisz, że odgrzebiemy jakieś sekrety rodzinne?
— Całkiem możliwe. Być może babcia miała jakiegoś sekretnego kochanka albo zakopała gdzieś srebra rodowe. Kto wie, co odkryjemy?
— Niestety, lektura pamiętnika będzie musiała poczekać kilka dni, bo jutro wyjeżdżam do cioci na dwa dni, a potem jedziemy do escape room’u, pamiętasz?
— Pewnie, że pamiętam. Mnie też czeka jutro pracowity dzień. Muszę teraz rozpakować wszystko, co z takim trudem pakowaliśmy. Na samą myśl czuję się zmęczona. Przywieź mi na pocieszenie jakiś upominek z wycieczki.
— A co byś chciała? Bryłę soli, czy podstawkę z muszelek? — żartuje, bo takie zwykle prezenty przywoziłyśmy rodzicom z kolonii nad morzem. Obie rodziny i kilku znajomych mają więc kolekcję różnych tandetnych muszelkowo-solnych bibelotów, z których właśnie wczoraj się naśmiewałyśmy, pakując je do pudeł.
— Surprise me! — mówię w odpowiedzi. — Albo wiesz co, brakuje mi jeszcze muszelkowego delfina i solnego hipcia do mojego ulubionego zestawu.
Kiedy kończymy rozmowę, czytam jeszcze wiadomość od Pablo, który przesyła mi głupi mem z orangutanem. Odsyłam mu gif: kota z wyskakującymi oczami i kładę się do łóżka. Dziś po raz pierwszy śpię w nowym pokoju. Nie czuję jednak klimatu. Wszędzie stoją pudła, kartony i inne nieforemne pakunki czekające na rozpakowanie. Zajmę się tym jutro.
Rozdział 6
Rozpakowywanie zajmuje nam prawie dwa dni. Przed południem razem zajmujemy się parterem i rozkładaniem rzeczy w salonie i kuchni. Ja i JJ głównie wykonujemy rozkazy mamy, czasem proponując jakieś usprawnienia. Tata prowadzi firmę, więc pojawia się dopiero w porze późnego obiadu. Mama zaś wzięła dzień wolny. Pracuje jako księgowa w dużej firmie samochodowej. Dopięli właśnie ważny projekt unijny, więc w firmie jest trochę luzu. Spędzamy miło czas. Jest trochę nerwów, ale głównie śmiech i żarty. Jutro przyjeżdża Kami, więc chcemy ogarnąć trochę dół, żeby miała przyjemną niespodziankę. Swój pokój będzie musiała umeblować sama.
Jest bardzo gorąco, dlatego wielkie podwójne drzwi na taras są szeroko otwarte. Lekki wiatr wydyma co chwilę delikatne kremowe firanki. W radio puszczają The Kolors — jakieś przeboje Italo disco, które lubi mama. JJ kręci nosem, bo nie przepada za disco, słucha głównie rapu i hip-hopu. My z mamą lubimy różne gatunki w zależności od nastroju. Dlatego z przyjemnością kręcimy bioderkami w rytm włoskiego przeboju. Dokuczamy Julkowi, że ma dwie lewe nogi i tańczy jak RoboCop.
— To chyba po dziadku Józku — zastanawia się mama, ustawiając książki na półkach — wszyscy inni w rodzinie ruszają się z gracją. Nie przejmuj się jednak Julaszku, w zamian odziedziczyłeś zdolności manualne po tacie i matematyczny mózg po mnie. To bardzo przydatne cechy u faceta.
— Ale z takim stylem tanecznym i talentem krasomówczym, to rodziny raczej nie założy — kpię z jego niezdarności w retoryce, bo choć w działaniu i kreatywnym myśleniu Julek jest nie do pobicia, to jeśli chodzi o wypowiedzi pisemne czy prezentacje, jest nieporadny jak dziecko. Zwykle przychodzi do mnie ćwiczyć swoje wypociny i kończy się na trzaskaniu drzwiami po pierwszych słowach krytyki.
— Jak ty mało wiesz o życiu, Anka — teraz to on się ze mnie nabija. — Żeby poderwać fajną dziewczynę, nie trzeba mówić do niej wierszem. To czyny się liczą, a nie słowa.
Pewnie ma rację, bo na brak adoratorek nie narzeka. Ciągle kręcą się tu jakieś dziewczyny, łażą za nim na treningi albo wydzwaniają po nocach. Może tańczy dziwacznie i wypowiada się lakonicznie, ale jest wysoki, przystojny, ładnie zbudowany, a do tego ma dobre serce, piękny uśmiech i talent do majsterkowania. Tata chciałby, żeby studiował na politechnice, a potem wrócił do jego firmy. Już teraz Julek bardzo mu pomaga i trzeba przyznać, że jest pracowity i zaradny.
— Ja myślę, że to wszystko przez to, że jak byłam z tobą w ciąży, Julaszku, to pojechałam na wycieczkę do Bułgarii. Trochę tam poszalałam, chociaż może nie powinnam — mama uśmiecha się do swoich wspomnień.
— Nie rozumiem związku — zastanawiam się. — Skoro szalałaś, w sensie na imprezach, to Julek powinien dobrze tańczyć. Chyba że tu o inne szaleństwo chodzi. I teraz ważne jest czy z tatą, czy bez niego — ciągnę dziwny wątek, próbując dojść sensu w wypowiedzi mamy. Czasem wiem za kim JJ mówi tak nieskładnie. Mama potrafi mówić alogicznie, łączy wątki myślowe, które są zupełnie bez związku. Tak jakby wypowiedź ustna była tylko zakończeniem toku myślowego, o którym w ogóle nie wspomniała. Ewidentnie JJ odziedziczył tę cechę po mamie.
— Tańczyłam trochę z tatą, trochę bez niego. Chciałam jednak powiedzieć, że babcia Jasia opowiadała, że ma koleżankę, która pięknie tańczy. Jakoś tak „po zagranicznemu”…
— Słucham? — przerywam, parskając śmiechem. Mama potrafi czasem coś palnąć. A babcia jeszcze lepiej. — Nie ma stylu: „po zagranicznemu”. Gdybym się jednak myliła, to Juliusz zdecydowanie tańczy po bułgarsku.
— O, no widzisz! Może właśnie tak — mama potwierdza z poważną miną, a ja nie wiem, czy to sarkazm czy ona tak na serio, bo czasem trudno wyczuć.
— Zejdźcie już ze mnie, ok? — naburmusza się Julek. — Ty tańczysz dobrze, bo chodzisz na lekcje tańca. Ja świetnie gram w siatkę, a ty nie potrafisz zaserwować piłki, żeby przeleciała na drugą stronę boiska. I kto cię uczył jeździć na rowerze, na łyżwach? Gdyby nie ja, nie miałabyś żadnych rozrywek. Każdy ma swoje mocne i słabe strony, normalka.
— Nie gniewaj się JJ, my tak tylko żartujemy — wskakuję mu na barana, wyciągając w jednej ręce batonik Kinder Bueno i machając mu na zgodę przed nosem. On przeskakuje pufę jak koń w horsingu, po czym zrzuca mnie przez ramię na kanapę. Jak byłam młodsza i dużo mniejsza od Julka, często woził mnie na barana, bo zawsze uwielbiałam konie i zanim zapisałam się na zajęcia hippiczne do stadniny, zamęczałam JJa, żeby skakał ze mną na plecach. Najbardziej lubiłam zjazdy na śniegu — Julek na brzuchu, a ja siedząca mu na grzbiecie.
— Uważajcie, bo zarwiecie nową kanapę — mama strofuje nas, ale widać, że oczy jej się śmieją. Lubi, gdy wszyscy spędzamy razem czas i dobrze się bawimy. W ciągu roku szkolnego zwykle nie ma na to zbyt wiele czasu ani okazji, bo rodzice pracują do późnego wieczora, a i w weekendy mamy dużo zajęć i spotkań towarzyskich. Dlatego cieszymy się każdą chwilą razem.
Po obiedzie dołącza do nas tata i kontynuujemy porządki. Ja i JJ idziemy do siebie rozpakowywać kolejne pudła. To żmudna robota. Trzeba wszystko ładnie układać, rozwieszać i metodycznie segregować. Czasem zagląda Pablo, znajdując chwilę między zajęciami z tenisa, siatkówką, basenem z bratem czy lekcjami francuskiego. Właśnie! Od pół roku, czyli odkąd padła decyzja o jego wyjeździe do Anglii, zaczął chodzić na korepetycje z francuskiego. Niemiecki mieliśmy w podstawówce, więc stwierdził, że chce poznać podstawy francuskiego, bo nie był pewien, jaki język będzie rozwijał w Eton.
W środę wieczorem prawie wszystkie pudła są już rozpakowane. Patrzę teraz na mój nowy pokój i po raz pierwszy czuję ekscytację. Już wiem, że to jest pokój moich marzeń. Jest duży i jasny. Jedna ściana jest prawie całkiem przeszklona. Duże okno, a zaraz obok podwójne drzwi na balkon. Tak! W końcu mam balkon, o którym tak marzyłam. Tak naprawdę to taras nad garażem, więc jest ogromny. Co prawda dzielę go z Kami, gdyż z jej pokoju też jest wyjście na ten sam taras, ale ona jest teraz na studiach, więc większość czasu będę miała tę przestrzeń głównie dla siebie. Marzyłam o takim tarasie, odkąd obejrzałam High School Musical i zobaczyłam pokój Gabrieli. Na dużej ścianie naprzeciwko drzwi, pomalowanej na ciepły fiolet w odcieniu ciemnej orchidei, stoi duże łóżko z kremowym, aksamitnym, pikowanym zagłówkiem. Mama była przeciwna temu pomysłowi, twierdząc, że to niepraktyczne. Zagłówki zbierają kurz, a jasny materiał szybko się brudzi. Tata jednak, widząc moją rozczarowaną minę, puścił mi oko za plecami mamy, więc wiedziałam, że da się to zrobić. I oto jest. Moje wymarzone łóżko — skrzyżowanie eleganckiego hotelu z łożem księżniczki. Wygląda nawet lepiej, niż sobie wyobrażałam. Jasny, pikowany kryształowymi guzikami zagłówek cudownie kontrastuje z ciemniejszym tłem. Ściana po lewej stronie, przy której stoi szafa i komoda z szufladami też jest śliwkowa. Pozostałe dwie są kremowe, ale dekoracje na nich są skontrastowane jak w negatywie. Na ciemnej ścianie są zdjęcia w kremowych ramach, a na ścianach w kolorze ecru powiesiłam dekoracje w odcieniach fioletu. Również meble pomalowaliśmy z Pablo na jasno. To był świetny pomysł. Wyszło cudownie! Obok łóżka jest mała toaletka, którą tata zrobił specjalnie dla mnie, a po stronie przeciwnej, obok drzwi jest duże biurko, na którym stoi śliczna lampka z ozdobnie wygiętą podstawą i eleganckim kloszem w kolorze kości słoniowej. Na drzwiach zawiesiłam uroczy wieszak, który znalazłam na pchlim targu, a na nim moje dwie ulubione torebki. Najlepszy jest jednak fakt, iż mam swoją garderobę i łazienkę! No może powinnam dodać, że garderoba jest na korytarzu, a łazienka wspólna z Kami, ale ma za to dwie umywalki, a poza tym, jak już wspomniałam, Kami jest teraz na studiach, więc faktycznie rzecz biorąc, jest moja.
Podsumowując, pokój jest idealny! Gdyby tylko Pablo mieszkał po sąsiedzku i nie wyjeżdżał do Anglii, byłabym w siódmym niebie. Teraz jestem tylko w szóstym.
Rozdział 7
— Siemka! — mówię do Igi i Pablo, wybiegając z samochodu i witając się z nimi na przystanku. — Dobrze, że mama mnie podrzuciła, bo chybabym się spóźniła. Gdzie Lukas?
— Już idzie — Pablo wskazuje głową wysoką, chudą sylwetkę zbliżającą się do nas długimi susami.
— A Kacper?
— Podobno dołączy do nas na miejscu. Musiał jechać wcześniejszym autobusem, żeby coś załatwić — wyjaśnia Iga. — I bardzo dobrze, bo kłócilibyśmy się całą drogę.
— Kto się lubi, ten się czubi — nucę, patrząc na nią znacząco.
— Chyba żartujesz! Ten pacan doprowadza mnie do szewskiej pasji. Tak samo, jak mój idiotyczny brat.
— Zdążyłem — mówi Lukas, przybijając piątkę z Pablo, a do nas uśmiechając się wesoło. Kiedy widzę te śliczne dołeczki w jego policzkach, gdy rozciąga usta w uśmiechu, zawsze żałuję, że nie można go sklonować. Wtedy obie z Igą mogłybyśmy się dogadać i spróbować poderwać po jednym dla siebie. Nie wiem jednak, czy byłybyśmy w jego typie, bo on woli długonogie ciemnowłose piękności w typie meksykańskim. Cóż, zawsze można pomarzyć.
Wtedy podjeżdża autobus i przerywa moje miłe fantasmagorie.
Nareszcie jedziemy do escape room’u na ekscytującą zabawę. Oczywiście nie obyło się bez kłótni. Chłopcy woleli tematykę w stylu: „W Samo Południe” albo „Strefa 51”, ja z Igą optowałyśmy za „Wednesday” lub „Sekretnym Stowarzyszeniem”. W końcu doszliśmy do konsensusu i wybraliśmy „Lot nad Kukułczym Gniazdem”. Jest to tytuł książki oraz kultowego filmu z Jackiem Nicholsonem o domu dla umysłowo chorych, w którym dzieją się straszne rzeczy. Brzmi interesująco.
Przed budynkiem starego fortu czekają na nas Kami z Ignacym — nowym chłopakiem. Chodzi o to, że musi być z nami ktoś pełnoletni i Kami już dawno obiecała mi to w prezencie urodzinowym. Wczoraj przyjechała, ale nawet nie miałyśmy czasu pogadać, bo byłyśmy obie wykończone, ja urządzaniem pokoju, a Kami jakąś imprezą studencką, na której zaszalała. Brakuje nam jeszcze Kacpra. Już wyciągam telefon, żeby zadzwonić, kiedy ten wyłania się ze środka budynku. Wchodzimy podekscytowani. Nikt z nas jeszcze tu nie był, choć każdy znał kogoś, kto znał kogoś, kto był i bardzo chwalił. W końcu odbieramy wejściówki, podpisujemy regulamin i wchodzimy. Dostajemy zeszyt z opisem gry i zamykają nas na dziewięćdziesiąt minut. Rozglądamy się z ciekawością po sporej wielkości zużytym pokoju z obłażącą farbą. Widzimy kilka łóżek sprężynowych rozdzielonych przepierzeniami jak w szpitalu. W rogu stoi żeliwna wanna z uprzężą i kajdankami w środku, a obok, na pokrytym blachą stole leży dziwaczna aparatura. Są tam też obcęgi, piła i inne przerażające narzędzia. Do ściany przymocowano metalowe szafki ze skoroszytami oraz spreparowany spis pacjentów. Za niewielką ścianką jest też fotel przypominający skrzyżowanie archaicznego fotela dentystycznego z ginekologicznym. Oczywiście Kacper wskakuje na siedzisko, wkłada nogi w zawieszone uchwyty i macha nimi w powietrzu odgrywając poród. Pablo zaraz podchodzi z obcęgami i udaje, że wyrywa mu zęby. Kami z Ignacym siadają na łóżku z komentarzem: błazenada i zajmują się totalnie sobą. Wyglądają jak zblazowani opiekunowie małych dzieci. My zaś mamy niezły ubaw, bawiąc się w tortury i robienie śmiesznych fotek.
— Wiecie, że płacimy za to sześć stów? — pyta Kami. — Zabawa polega tutaj na rozwiązywaniu zagadek, a nie na odgrywaniu scen z horroru. Jeśli chcieliście pobawić się w straszenie, mogliście przejechać się kolejką strachu w parku rozrywki. Wyszłoby taniej.
— Dobra, bierzemy się do działania. — Pierwszy ogarnia się Pablo i zaczyna od czytania fabuły gry.
Początek jest jak w filmie. Jest to historia szulera, który chcąc uniknąć więzienia, symuluje chorobę psychiczną i daje się zamknąć w ośrodku, gdzie eksperymentują na pacjentach. McMurphy zostawia pierwszą wskazówkę zapisaną szyfrem bazującym na alfabecie Morse’a. Oczywiście Pablo od razu się orientuje, ale pozwala mi odczytać szyfr. Dość szybko znajdujemy schowek w odkręcanej, metalowej nodze łóżka, gdzie w pojemniczku na leki jest następny trop. Historia prowadzi nas przez różne zagadki. W skrytce pod deską podłogową znajdujemy notes zapisany atramentem sympatycznym. Musimy go podgrzać, więc szukamy zapalniczki. Po przeczytaniu informacji znajdujemy zadanie matematyczne. Dokonując właściwych obliczeń, napełniamy wannę do odpowiedniego punktu i na ścianie zapala się lampka fluorescencyjna, która oświetla ślady przypominające zaschniętą krew z liczbami. Główkując, wspólnie znajdujemy panel w oparciu fotela, a wybierając właściwy kod, uruchamiamy mechanizm, który przekręca fotel dentystyczny. Jest pod nim klapa otwierająca małą komórkę. Tam, zagrzebana wśród sztucznych kości jest skrzynka. Starając się ją otworzyć, uruchamiamy wyjący alarm, który podkręca emocje. Pokój mruga na czerwono w rytm głośnego wycia, ale w końcu udaje nam się wpaść na rozwiązanie i otwieramy skrzynkę. Tym samym kończymy grę, bo w środku jest podsumowanie historii i klucz do wyjścia. Odnaleźliśmy naszego bohatera i pomagamy mu uciec z domu wariatów. Okazuje się, że robimy to w ostatniej chwili, bo jeszcze sześć minut i przegralibyśmy grę. Totalnie straciliśmy rachubę czasu. Wydawało się nam, że minęło pół godziny, a to było już prawie dziewięćdziesiąt minut. Oczywiście nie obyło się bez kłótni i nerwów, ale się udało. Dzięki burzy mózgów i nie oszukujmy się, błyskotliwości Pablo, wygraliśmy kupon zniżkowy na następną przygodę. Jak na pierwszy raz całkiem nieźle! Nawet Kami i Ignacy wciągnęli się do zabawy i stwierdzili, że to nie był stracony czas.
Teraz, pełni emocji podbitych adrenaliną idziemy bulwarem wzdłuż nadbrzeża, w poszukiwaniu przyjemnej, acz niedrogiej pizzerii. Ignacy zabrał Kami do siebie, niby to pokazać jej, gdzie mieszka, ale wszyscy znacząco życzymy im dobrej zabawy. Ja życzę jej zabawy z umiarem, tak na wszelki wypadek, żeby nie straciła głowy.
Mamy szczęście, bo na statku akurat zwolnił się jeden z dużych stołów z widokiem na rzekę. Statek to prawdziwa barka turystyczna przerobiona na dwupoziomową restaurację. Jest na stałe przycumowany do nadbrzeża i ma świetny klimat. Drewniane podłogi, marynistyczne ozdoby, rufa wyglądająca jak kapitańska kajuta z oknem składającym się z małych bulajów, ciepłe oświetlenie podwieszanych lampeczek i kołyszących się przy wietrze latarni składają się na przytulną atmosferę. Jak przyjeżdżam do Toronto (to określenie, którego używamy, a nie prawdziwe miasto w Kanadzie) zawsze staram się tu przyjść.
Zjadamy trzy wielkie kręgi pizzy, wypijamy kilka szklanek coli i wędrujemy na autobus. Powoli zapada zmrok i miasto otula magiczna atmosfera żółtych latarń malujących opowieści na ceglanych budynkach i kolorowych kamienicach starego miasta. W autobusie Iga jak zawsze kłóci się z Kacprem, który kopie w jej fotel dla psoty, albo robi jej mokrego Williego.
Zasypiam pełna miłych wrażeń, które utrwalam na kliszy swojej pamięci.
Rozdział 8
Dzisiaj wstajemy wcześniej, bo JJ obiecał, że zabierze nas nad wodę i pouczy pływać na supach. Jego kumpel Marcel, który ma już prawko, zabiera nas swoim vanem nad pobliskie jezioro. Jedzie nas pięcioro: JJ, Marcel, Pablo, Iga i ja.
Obiecałam przygotować prowiant, więc musiałam wstać wcześniej i skoczyć po bułki. Iga kupuje słodycze, Pablo napoje i kiełbaski, a JJ już wczoraj spakował małego grilla, worek węgla i podpałkę. Składam część bułek z serem i jajkiem na twardo, a część z boczkiem i piklami, zaparzam kawę w termosie i pakuję wszystko do torby termicznej. Jestem taka podekscytowana! Od dawna chciałam nauczyć się pływać na supie, ale mama bała się puścić mnie nad jezioro. Musiałam długo wiercić dziurę w brzuchu Julkowi i naobiecywać mu mnóstwo przysług, zanim zgodził się na tę eskapadę. W dodatku przekonał mamę, żeby mnie puściła. Moja mama jest bardzo ostrożna i nieufna, gdy puszcza mnie gdzieś po raz pierwszy. Może dlatego, że sama boi się wody. To dlatego, że kiedy była młoda, widziała, jak cała rodzina utopiła się w rzece. Igi mama pozwala jej na wszystko. Tak naprawdę, to nigdy nie zadaje zbyt wielu pytań i jeśli tylko ja idę, to Iga z automatu też może. W drugą stronę to niestety nie działa.
Iga jest chyba jeszcze bardziej podekscytowana niż ja. To przez to zauroczenie moim bratem. Wiadomo, że to platoniczna schiza, ale jak jej z tym dobrze, to mi nie przeszkadza.
Około dziesiątej Marcel podjeżdża po nasz dom, więc pakujemy się z JJ-jem i zgarniamy po drodze Pablo i Igę. Ja mam jak zwykle najwięcej klamotów. Plecak, dwie torby i torbę turystyczną. Oprócz rzeczy oczywistych, jak prowiant, stroje kąpielowe, krem do opalania i coś na głowę, wzięłam też ręczniki papierowe, wilgotne chusteczki, zapasowy kostium, repelent na owady, coś na oparzenia i zapasowy ręcznik, gdyby ktoś zapomniał. Control freak, or not?
Dojeżdżamy do jeziora nie od strony głównej plaży, lecz nieco z boku, gdzie jest piaszczyste wejście ukryte między trzcinami. Dobrze, bo nie chciałabym, żeby tłum plażowiczów miał darmowy kabaret podczas oglądania naszych nieudanych prób. W Internecie pełno jest filmików, gdzie ludzie uczący się wstawania na supie wpadają do wody z przeróżnymi akrobacjami nożno-ręcznymi. Na szczęście w miejscu, gdzie parkujemy, jest pusto, więc rozkładamy się na piasku blisko wejścia do wody. Wszyscy mamy już stroje na sobie, dlatego wystarczy zdjąć wierzchnią odzież i możemy iść pływać. Oczywiście chłopcy, jak na komendę wbiegają do wody pędem, wrzeszcząc przy tym na całe gardło. Woda jest chłodna, więc ja z Igą wchodzimy powoli, żeby przyzwyczaić się do temperatury. Niestety nie jest nam to dane, bo jak tylko chłopcy przypominają sobie o nas, zaczynają zawracać i płynąć w naszą stronę. Próbuję uciekać, ale bieganie w wodzie nie jest łatwe. Marcel i JJ zaczynają chlapać w naszą stronę, więc Iga od razu się poddaje i zanurza w wodzie. Jednocześnie Pablo, który niezauważony zakradł się od strony trzcin, łapie mnie w pasie i silnym szarpnięciem przewraca się razem ze mną do wody. Piszczymy i krzyczymy z Igą, ile się da, ale reakcją na nasze protesty i fochy jest tylko mocniejsze chlapanie nas wodą. Dlatego nie pozostajemy im dłużne. Zaczyna się wojna na chlapanie, podtapianie i wodnego berka. Po blisko godzinie tej całkiem przyjemnej zabawy: biegania i pływania za sobą, jesteśmy bardzo zziajani i rozbawieni. Wychodzimy na brzeg, żeby trochę odsapnąć. Chłopcy oczywiście od razu chwytają przygotowane przeze mnie bułki. Znając ich apetyty, zjedliby wszystko w kilka sekund, więc połowę zapasów schowałam przezornie w drugiej torbie na później. Oczywiście nic im nie powiedziałam. Po zjedzeniu kanapek i bananów czujemy się senni, więc kładziemy się na ręcznikach i wchłaniamy słońce, odczuwając absolutną błogość.
JJ nie może jednak usiedzieć długo w jednym miejscu, więc ruszają z Marcelem na spacer do głównej plaży. Znając swojego brata, wiem, że chcą pooglądać dziewczyny w bikini i może jakieś poderwać. Iga wzdycha rozżalona, bo sama chciałaby być tą podrywaną, jednak JJ nie traktuje jej poważnie. To tylko koleżanka młodszej siostry. Dla mnie to lepiej, nie wyobrażam sobie z nich pary. Fuj. Chociaż JJ i Marcel nas porzucili, na nasze szczęście Pablo zostaje z nami.
— A ty nie idziesz gapić się na laski? — szydzi Iga.
— A po co, skoro mi tu dobrze — mówi, mrużąc oczy i przygryzając źdźbło trawy. — Co prawda wasze chude tyłki nie przysparzają aż takich wrażeń, ale jest dużo zabawniej.
— Chude tyłki?! — obruszam się okropnie i walę go kapeluszem w ramię. — Jesteś wstrętny i sam nie jesteś szczytem męskiej urody, więc się odwal! — kończę z wściekłością.
Pablo nie wygląda źle. Ma śliczne niebiesko-zielone oczy, ładne klasyczne rysy twarzy ze zgrabnym, prostym nosem oraz podbródek z dołeczkiem. Jasna grzywa blond włosów ciągle opada mu na czoło, więc potrząsa wtedy głową albo przeczesuje włosy dłonią. Jest jednak niższy i szczuplejszy od swoich kumpli. Chociaż proporcjonalnie zbudowany, to muskulatury się nie dorobił, bo nie chodzi na siłownię jak wszyscy. Wiem, że podoba się dziewczynom, bo ma naprawdę uroczy łobuzerski uśmiech, choć rzadko obdarza nim obcych. Częściej wygląda na tajemniczego i może trochę zarozumiałego, choć wcale taki nie jest. To po prostu nasz Pablo. Mimo że nie jest w moim typie, miło byłoby, gdyby choć trochę docenił nasze wdzięki. A tu taki afront! Chude tyłki! Też mi Adonis!
— Wiesz co? Nie jesteś lepszy niż tamci dwaj, więc równie dobrze możesz sobie biec za nimi. Nic nie wnosisz, więc jesteś zbędny! — dogryza mu Iga, którą też rozwścieczył tym komentarzem.
Postanowiłyśmy zgodnie ignorować go, więc na jego dalsze zaczepki po prostu nie odpowiadamy, plotkując o naszych znajomych. Pablo poddaje się więc z westchnieniem i zaczyna czytać książkę. Kusi mnie, żeby zerknąć, co czyta, ale przecież jestem obrażona, więc nie mogę patrzeć w jego stronę.
W końcu JJ i Marcel wracają. Widocznie łowy nie były szczególnie udane. Nareszcie możemy podjąć próby pływania na supach. Mój brat wciąga deski do wody i najpierw pokazują nam jak usiąść na kolanach, a potem, gdzie rozmieścić ciężar ciała, żeby nie stracić równowagi przy wstawaniu. Deski są trzy, więc po wstępnym instruktażu każde z nas — nowicjuszy, rozpoczyna próby. Ja od razu biorę byka za rogi i wstaję. Bez problemu utrzymuję równowagę. Wydaje mi się to nawet dość proste. Jeśli staniesz we właściwym miejscu i lekko zegniesz kolana, to jest bardzo stabilnie. Być może moje lekcje tańca z elementami baletu okazały się dobrym wstępem do tego sportu. Pablo też radzi sobie całkiem nieźle. Przy wstawaniu chwieje się nieco, ale zaraz staje pewnie i odpycha się wiosłem. Iga natomiast to całkiem inna sprawa. Przy wstawaniu nogi jej się trzęsą, więc chybocze się w przód i w tył. Potem wstaje, ale gdy próbuje nabrać więcej równowagi, odrywa nogę od podłoża i od razu deska zaczyna się kołysać, co powoduje jeszcze większy problem. Iga drepcze do przodu i do tyłu z nagłym przyspieszeniem, aż deska niczym odbita sprężyna wyskakuje jej spod nóg do przodu i Iga ląduje w wodzie na pupę. Wygląda to przekomicznie, więc wybuchamy śmiechem.
— Co się głupio rechoczecie? — Iga wynurza się z wody, łypiąc na nas złym wzrokiem. — Każdemu może się przydarzyć za pierwszym razem.
Marcel przytrzymuje jej deskę, więc Iga ponownie na nią wskakuje i próbuje wstać. Tym razem traci równowagę, unosząc wiosło i deska kołysze się w prawo i lewo. Iga stawia nogę zbyt blisko krawędzi i chlup, noga wsuwa się do wody, a wraz z nią cała Iga. Tym razem maskujemy rozbawienie ostrzeżeni wzrokiem, który miota pioruny. Trzeba jej jednak przyznać, że jest waleczna. Mimo wpadek nadal wspina się na deskę i wstaje, chociaż nogi jej drżą. Za trzecim razem wychodzi jej już bez skoku do wody. Najpierw niepewnie stoi i delikatnie używa wiosła, ale po chwili oswaja się z sytuacją i już pewniej podpływa bliżej nas. Robimy małą rundkę wzdłuż szuwarów w lewo, a potem w prawo, w stronę głównej plaży. JJ i Marcel zabronili nam płynąć na środek jeziora, choć są dobrymi pływakami i wiem, że w razie czego szybko by do nas dotarli. Obserwują czujnie nasze poczynania z brzegu. W końcu, po paru sesjach pływania na stojąco wracamy do nich. Gdy schodzimy, nogi mamy jak z waty. Mięśnie nieprzyzwyczajone do takiego ćwiczenia mocno się napinały, więc teraz drżą po skończonym wysiłku. Ależ będą jutro zakwasy. JJ oddycha z ulgą, gdy jesteśmy już bezpiecznie na brzegu. To było super, ale bardzo męczące.
— A może przepłyniemy się teraz kawałek na siedząco? — proponuje Iga — Widziałam, jak ludzie pływają na deskach jak na kajakach.
— Dobrze, ale tą samą trasą — zgadza się JJ. — Chcę mieć was cały czas na oku.
— Ja zostaję — stwierdza Pablo. — Dość już mam deski na dzisiaj. Zacznę przygotowywać grilla.
Tak więc siadamy z Igą na jednej desce, bierzemy wiosła i na siedząco płyniemy sobie wzdłuż brzegu na małą wycieczkę. Pogoda jest cudowna. Jest gorąco, lecz lekki wiatr od wody chłodzi nam skórę. Na niebie suną białe baranki chmur, a z trzcin dochodzą trele różnych wodnych ptaków. W pewnym momencie przepływa obok nas rodzina perkozów. Rodzice i przedszkole małych pisklaków. Po chwili znikają w trzcinach, gdzie pewnie mają swoje gniazdo. Wiatr wieje nam od strony pleców, więc nie musimy zanadto się wysilać przy wiosłowaniu.
— Gdy będziemy wracać, wiatr trochę utrudni nam zadanie — mówi Iga, jakby czytała w moich myślach.
— Ok., więc może już zawróćmy — popieram jej tok myślenia.
Właśnie mamy to zrobić, gdy na krzaczastym brzegu zakończonym skarpą słyszymy jakiś tumult. Patrzymy zaciekawione, gdy nagle kilka metrów przed nami jakiś ogromny kształt wyskakuje pędem w kierunku skarpy i rzuca się z ogromnym pluskiem do wody. Woda wzburza się, rozpychając okręgiem niewielkie fale, które kołyszą mocno naszym supem. Z przerażeniem patrzę jak w naszą stronę płynie wielka głowa zakończona porożem.
— O matko, to jeleń! — krzyczy spanikowana Iga za moimi plecami. — Machaj wiosłem, bo na nas wpadnie!
Zszokowane unosimy wiosła do góry i machamy nimi, żeby odstraszyć wielką głowę. Jeleń, który chyba przed czymś uciekał, dopiero teraz zdał sobie sprawę z kolejnego niebezpieczeństwa, bo zmienia trajektorię, aby opłynąć nas szerszym łukiem. Niestety podczas prób machania wiosłem, mój pagaj wyślizguje mi się z dłoni i ląduje w wodzie.
— No dobra, spróbujmy je chwycić — mówi Iga, manewrując swoim wiosłem, aby zbliżyć się do trzcin, gdzie unosi się moja zguba.
Już jesteśmy blisko, gdy nagle Iga wydaje przeraźliwy pisk i rzuca się, prawie wskakując mi na plecy. Macha swoim wiosłem, uderzając w wodę i tak szybko wstaje, że nieomal wpada do wody. Gdybym nie siedziała i nie chwyciła jej mocno, pewnie obie już byśmy się kąpały.
— Czyś ty zgłupiała do reszty?! — wrzeszczę na nią, bo widzę zszokowana, że wrzuciła drugie wiosło do wody. — No teraz to już mamy przechlapane!
— Wąż! Tam jest wąż! — panikuje straszliwie, próbując schować się za mnie, bo deska obróciła się teraz dziobem w kierunku trzcin.
— Jaki wąż? — pytam wściekła i wtedy faktycznie widzę małe wijące się długie ciało znikające w trzcinach. — U nas nie ma niebezpiecznych węży. To pewnie tylko zaskroniec — komentuję już łagodniej, żeby uspokoić Igę, która bardzo boi się wszelkich płazów i gadów. Rozumiem ją po części, bo ja zareagowałabym podobnie na widok pająka.
— To żadna różnica! Nie wiedziałam, że te cholerstwa pływają! — w jej głosie wciąż słychać panikę.
— Spokojnie, już odpłynął. Pewnie wystraszył się jeszcze bardziej niż my. Usiądź powoli, bo zaraz obie wylądujemy w wodzie.
— Ciekawe czy ty zachowałabyś stoicki spokój, gdyby sunął na ciebie wielki włochaty pająk. Myślę zresztą, że w tych trzcinach jest ich zatrzęsienie.
— Nie pomagasz! — mówię ze złością, bo uświadamiam sobie, że ma rację, a my jesteśmy coraz bardziej spychane w trzciny przez wiatr.
— Masakra! Jesteśmy uwięzione w tych chaszczach, z nie wiadomo jakim robactwem, bez wioseł i w dodatku wiatr jest coraz mocniejszy i spycha nas coraz głębiej w to tałatajstwo. Jak ja mogłam dać się namówić na takie tortury? — nakręca się coraz bardziej Iga.
— Przestań desperować Mirmiłku! — podnoszę głos, zirytowana. — Po pierwsze, to ty nas wyciągnęłaś na tę wycieczkę, a po drugie twoje lamenty tylko pogarszają sprawę! Trzeba myśleć, a nie biadolić.
— Ale co zrobimy? Nie mamy wioseł, nad nami skarpa, więc nie ma szans wyjść na brzeg, a w tych chaszczach nikt nas nie znajdzie.
— Usypię dla ciebie kurhan i obsadzę różami! — żartuję, cytując fragment naszego ulubionego komiksu.
— Bardzo śmieszne! — krzyżuje ramiona, ale w jej głosie brzmią rozbawione nuty.
— Chyba musimy zacząć krzyczeć — proponuję, nie wpadając na lepszy pomysł.
— Ale tu nikogo nie ma. Brzeg jest zarośnięty i na wodzie nikogo nie widać.
— Na wodzie głos niesie się daleko, więc może ktoś nas usłyszy.
Zaczynamy więc krzyczeć na zmianę, płosząc siedzące w szuwarach ptactwo. Za pierwszym razem nic się nie dzieje. Robimy przerwę i próbujemy ponownie. W końcu w oddali zauważamy sylwetkę człowieka płynącego w kajaku. Zaczynamy krzyczeć głośniej i do tego machać mocno ramionami. W końcu przyciągamy jego uwagę i po chwili podpływa do nas kajak. Siedzi w nim bardzo przystojny chłopak, na oko w wieku mojego brata. Gdy się zbliża, na jego opalonej twarzy po kolei wyświetlają się różne emocje. Najpierw niepokój, potem zdumienie, a na koniec rozbawienie.
— I czemu tak krzyczycie, siejąc chaos w okolicznej faunie? — pyta, ukazując śliczne uzębienie w szerokim uśmiechu.
— Miałyśmy mały wypadek i potrzebujemy wsparcia — mówię z dumnie uniesioną głową. — Byłbyś tak łaskaw i pomógł nam odzyskać wiosła?
— Jakie wiosła? — pyta, unosząc kpiarsko jeden kącik ust.
Rozglądamy się i faktycznie, nie widzimy nigdzie naszych wioseł. Musiały odpłynąć dalej lub utknąć gdzieś w wysokich trzcinach.
— Chyba łatwiej będzie doholować was do brzegu — mówi, wzdychając teatralnie. — Dokąd was podrzucić? — pyta, rzucając nam linkę, której chyba mamy się trzymać.
— Do plaży publicznej lub wejścia parę metrów obok — odpowiadam, zachowując pozory godności.
— Jakżeby inaczej, czyli trzeba wiosłować pod wiatr — komentuje z rezygnacją. — Wisicie mi za to piwo!
— Oczywiście. Będziemy twoimi dłużniczkami — zgadza się Iga, robiąc maślane oczy za jego plecami.
— Prawdziwy gentleman zrobiłby to z czystej kurtuazji, bez mrukliwych komentarzy — nie mogę się oprzeć odrobinie złośliwości, bo nie lubię takich przystojniaczków, którzy uważają się za pępek świata.
— Kto powiedział, że jestem gentlemanem? — śmieje się w odpowiedzi, ale w głosie ma przyjemne nuty. — Jeśli jednak moje usługi wam nie odpowiadają, to zawsze możecie z nich zrezygnować. Nie będę zawiedziony.
— Ona zawsze tak gada bez sensu. Nie słuchaj jej! — Iga rzuca mi miażdżące spojrzenie. — A tak przy okazji, mam na imię Iga, a ty?
— Adrian. A twoja nabzdyczona przyjaciółka?
— O, wypraszam sobie! — podnoszę głos, naprawdę zirytowana. — Nie jestem nabzdyczona. I choć jestem wdzięczna za pomoc, to uważam, że jeśli już podejmujesz się jakiegoś zadania, to trzeba je robić z klasą.
— Uważasz, że brakuje mi klasy? No, no. To ciekawa opinia — komentuje bardziej rozbawiony niż rozzłoszczony, co wcale nie poprawia mi humoru. — A kto tu nawet nie raczył się przedstawić? To ci dopiero styl.
— Anastazja — burknęłam, nieco zbita z pantałyku
— Skąd jesteś? — indaguje dalej Iga, której Adrian najwyraźniej wpadł w oko.
— Z okolic. Mieszkam kilkanaście kilometrów stąd.
Na takiej niezobowiązującej rozmowie mija nam czas podwózki. Musimy wzbudzać niezłe zainteresowanie ludzi na plaży, bo zaczynają pokazywać nas palcami. Sup ciągnięty na sznurku przez kajak. Trochę nietypowo. Na szczęście Adrian skręca w prawo, zanim dotrzemy do pomostu i holuje nas do naszej zatoczki.
— Co wy żeście nawyrabiały?! — JJ jest wściekły, gdy nas dostrzega. Widzę jednak, że czuję ulgę na nasz widok. — Miałyście być w zasięgu wzroku! To ostatni raz, gdy zabrałem was, nieodpowiedzialne smarkule, na jakikolwiek trip — pieni się dalej.
— Przestań wrzeszczeć! — tracę nad sobą panowanie, bo mam dość obrzucania mnie bezpodstawnymi inwektywami. — Miałyśmy niemiłą przygodę. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
Iga opowiada chłopakom nasze niefortunne interakcje z dziką przyrodą. Adrian przedstawia się chłopakom, bo nam jakoś to umyka, więc wszyscy podają sobie ręce.
Zalega niezręczna cisza. O dziwo, JJ najszybciej odzyskuje rezon i jakby nigdy nic radosnym głosem zapowiada, że czas zacząć grillowanie. Zaprasza naszego wybawiciela, by dołączył, na co Adrian, po chwili wahania i zerknięcia w moją stronę, przystaje na propozycję. Pablo ogarnia grilla, my kroimy kiełbaski i rozkładamy wszystko na kocu i małym ceratowym obrusie, który przewidująco zabrałam. JJ z Adrianem najwyraźniej znaleźli wspólny język, bo opowiadają sobie dowcipy i odkrywają wspólnych znajomych. Atmosfera jest jednak nieco dziwna. Iga, niezwykle milcząca, przygląda się dyskretnie Adrianowi, a Pablo i Marcel mają wyjątkowo skwaszone miny. Pablo też czasem zerka na chłopaka, jakby się nad czymś zastanawiał. Pewnie są źli, że nowy skradł im uwagę. Podobno faceci jako typowe samce nie lubią, gdy ktoś nowy wkracza na ich teren. Resztę popołudnia spędzamy, opalając się i pływając w jeziorze bez większych przygód, ale zrobiło się jakoś spokojnie. Nawet gdy Adrian odpłynął, wszyscy pozostają w swoich tajemniczych nastrojach i już nie jest tak wesoło, jak rano. Dopiero w samochodzie, w drodze powrotnej, gdy JJ puszcza radio i zaczyna wyć swoim tragicznym głosem do starego przeboju: „Susanna”, wszyscy odzyskują humor i nabierają energii. Wydzieramy się całą drogę do domu, próbując śpiewać przeboje z radia, aż nas gardła zaczynają boleć. Mam tylko nadzieję, że JJ nie mówił poważnie z tym, że już nigdy nas więcej nie weźmie na wyprawę. Zapowiedział mi jednak, że muszę odkupić im wiosła do supów. To chyba da się zrobić.
Rozdział 9
Właśnie obudził mnie ptak, który śpiewa za oknem od samego rana. Początkowo się zezłościłam, bo kto chciałby wstawać o szóstej w wakacje. Wstaję więc, żeby go przepłoszyć, ale gdy wychodzę na taras i owiewa mnie rześkie jeszcze o tej porze powietrze, pełne cudnych, nieuchwytnych woni, ochota na sen jakoś mi przechodzi. Schodzę po cichutku na parter. Wszyscy jeszcze śpią, oprócz taty, który chyba przed chwilą wyszedł, bo w kuchni pachnie jeszcze świeżo parzoną kawą. Robię sobie kakao i musli z jogurtem, po czym zabieram wszystko na górę. Siadam na tarasie z książką w ręku i owijam się lekkim kocem, ponieważ w cieniu jest jeszcze chłodno. Chyba po raz pierwszy wstałam tak rano w wakacje z własnej i nieprzymuszonej woli. O dziwo, nie chce mi się spać, chociaż wczoraj gadałyśmy z Kami do późna o różnych babskich sprawach. Nareszcie zobaczyła we mnie młodą kobietę, a nie tylko młodszą siostrę. Gadałyśmy o sprawach damsko-męskich i różnych filozoficznych aspektach życia. To był naprawdę miły wieczór i zdecydowanie musimy robić to częściej.
Zerkam na zegarek. To niesamowite, że dziś czas tak miło się dłuży. Zwykle rano robię wszystko w pośpiechu. Wstaję w ostatniej chwili, szybko wyciągam coś z szafy, jem śniadanie w biegu i ciągle coś upuszczam, rozlewam albo uderzam się w palec u nogi. Na ogół, gdy gdzieś wychodzę rano: do szkoły albo na spotkanie towarzyskie, dopada mnie presja czasu i irracjonalna nerwowość. Dzisiaj, mimo że jesteśmy umówieni na wyprawę rowerową i powinnam biegać po całym domu, czuję się zrelaksowana i spokojna. Do wyjazdu mam jeszcze ponad dwie godziny. Wczoraj JJ sprawdził mój rower i podpompował opony, więc tym nie muszę się przejmować. Tata zrobił rano zakupy, więc nie potrzebuję pędzić po bułki, a przygotowanie kanapek i ogarnięcie stroju to nie więcej niż pół godziny. Poza tym jedziemy tylko naszą paczką: ja, Iga, Pablo, Kacper i może Matti, jeśli nie podpadł czymś bratu.
Iga i Kacper jak zawsze się spóźnią, więc nie ma co się spinać. Czytam jeszcze przez chwilę, dopóki słońce nie zaczyna zalewać coraz większej powierzchni tarasu i przypiekać mi stóp. Wtedy zabieram rzeczy do środka, biorę szybki prysznic i idę przygotować prowiant na drogę. Planujemy całodzienną wycieczkę do lasu, aż do spalonego domu. Tam zrobimy piknik i wrócimy późnym popołudniem. Każdy ma wziąć coś do jedzenia, ale znając życie, niektórzy zapomną, lub zjedzą wszystko na starcie, więc muszę zaplanować to logistycznie. Oprócz kanapek biorę kilka jabłek, bananów i batoników zbożowych, z doświadczenia wiem, że chłopacy będą chcieli jeść na każdym przystanku.
Właśnie pakuję wszystko do koszyka przytwierdzonego do bagażnika, gdy słyszę dzwonek rowerowy pobrzękujący co jakiś czas na końcu ulicy. Przy furtce pojawiają się Pablo i Matti, szczerząc zęby w szerokich uśmiechach. Parę minut po nich podjeżdża Kacper, a na koniec, tak jak przewidywałam, z niewielkim jak na nią spóźnieniem, zjawia się zdyszana Iga. Pablo pomaga mi wciągnąć rower po schodkach na ulicę, a Matti swoim zwyczajem, na widok Igi oblewa się rumieńcem po same uszy.
— Sprawdziliście swoje rowery? — pytam, nie mogąc powstrzymać przymusu kontrolowania sytuacji.
— Się wie, pani sierżant — mówi Iga, puszczając oko do Kacpra, co wcale mnie nie uspokaja.
— Spoko, Mała — Pablo kładzie mi rękę na ramieniu. — W razie czego mam pompkę i niezbędnik z narzędziami.
— Nie mów na mnie mała! — fukam, strząsając jego rękę z irytacją. — Umiejętność przewidywania i planowania to oznaka inteligencji — mówię i patrzę znacząco na Igę, która przez swoją niefrasobliwość, często pakuje nas w kłopoty.
— Ja to nazywam nudziarstwem — Iga ziewa teatralnie i wskakuje na rower. — W przeciwieństwie do spontaniczności i beztroski!
Moja cięta riposta zostaje zagłuszona chrzęstem opon na żwirowym poboczu, gdy Kacper z Igą zaczynają ścigać się i pokrzykiwać do siebie jak dzikusy.
Chcąc nie chcąc ruszamy za nimi, żeby nie zostać zbyt daleko w tyle. Najpierw jedziemy cichymi, wąskimi uliczkami naszego osiedla. Mijamy sąsiadów jadących na zakupy, kłaniamy się emerytom pijącym kawę w swoich ogródkach i płoszymy okoliczne koty skradające się przy płotach za wesołymi, świergoczącymi wróblami. Pogoda jest cudowna. Słońce praży i jest bardzo gorąco, choć nie ma jeszcze dziesiątej. Powietrze nad drogą wibruje, tworząc migotliwe fatamorgany. Śmiejemy się radośnie, pędząc rowerami przed siebie, pozwalając, by wiatr chłodził nam twarze i szarpał koszulki. Kiedy wjeżdżamy do lasu, robi się chłodniej i spokojniej. Musimy zwolnić, bo piaszczysta droga pełna korzeni nie pozwala rozwijać zbyt dużych prędkości. Dzięki temu możemy jednak chłonąć niesamowitą atmosferę lasu. Ogromne drzewa tworzą wysokie sklepienie nad naszymi głowami i zapewniają niesamowitą akustykę. Śpiew ptaków wydaje się przez to głośniejszy i czystszy niczym w ogromnej katedrze. Suche, zakrzaczone poszycie iglastego lasu przechodzi wkrótce w wilgotniejsze, ciemniejsze i bardziej omszone tereny z interesująco urozmaiconym drzewostanem, gdzie sosny i świerki ustępują miejsca dębom, leszczynom i wiązom. Atmosfera jest trochę tajemnicza i nieco magiczna.
— Zwykle, gdy tędy jedziemy, to mam wrażenie, jakbyśmy wkraczali do zakazanego lasu, pełnego driad i entów — mówi Pablo.
— Entów? To jakieś zwierzęta? — pyta Matti.
— To drzewce, głupolu, postacie z mitologii Tolkiena — śmieje się z niego Pablo. — Zamiast ciągle strzelać do obcych, mógłbyś czasem przeczytać jakąś książkę.
— Weź się odwal, nerdzie! Sam grasz godzinami w gry, a mnie pouczasz!
— Tak, ale ja mam czas na wszystko: na gry, na sport i na książki. Jestem wszechstronny i rozwijam się równomiernie. Ty zaś niedługo stracisz połowę zwojów mózgowych na rzecz długich kciuków i wybałuszonych oczu.
— Weź się czep swojej matki! — wścieka się Matt.
— A ty swojej! — odcina się Pablo.
Jest to u nich stały element dialogu, tym zabawniejszy, że są braćmi i mają jedną mamę.
— Czuję, że ktoś tu zgłodniał — stwierdzam, próbując ujarzmić braci. — Może mały postój na drugie śniadanko?
Wszystkim bardzo podoba się propozycja, więc zatrzymujemy się nieopodal sterty drewna ułożonej wzdłuż pobocza przez leśników, robiących przecinkę lasu. Siadamy na luźnych kłodach, wyciągając przekąski i wodę. Chłopcy mają głównie kabanosy i chipsy, Iga słodycze, a ja kanapki i owoce. Każdy ma coś innego, więc częstujemy się i dzielimy prowiantem.
— Myślicie, że są tu jakieś dzikie zwierzęta? — Iga rozgląda się dookoła, prawdopodobnie szukając jakichś krzaków, aby pójść za potrzebą.
— A czy dziki srają w lesie? — kpi z niej Kacper. — Pewnie, że są. Przecież to las.
— Wiem, że to las i są tu sarny i dziki — rzuca mu zirytowane spojrzenie. — Chodziło mi o coś bardziej niebezpiecznego.
— Dziki potrafią być bardzo niebezpieczne, szczególnie locha z młodymi. Dlatego trzeba uważać — sugeruje Pablo.
— Mój sąsiad mówił, że jesienią podczas grzybobrania widział watahę wilków. Podobno przepłynęły na naszą stronę przez rzekę.
— Możliwe. Są też lisy, jelenie, łosie, słyszałem też o jenotach — wylicza Pablo. — Większość jednak boi się ludzi, więc na drodze raczej nic nam nie grozi. One wolą głębszą część lasu.
— Wcale mnie nie uspokoiłeś, bo muszę poszukać ustronnego miejsca.
Iga rozgląda się nerwowo za jakimiś krzakami.
— Nie martw się. Narobiliśmy tyle hałasu, że pewnie przepłoszyliśmy zwierzynę w obrębie kilometra.
— Spoko, pójdę z tobą — wspieram Igę, bo też odczuwam potrzebę fizjologiczną.
— Wy lepiej uważajcie na kleszcze, bo to one są u nas największym zagrożeniem dla miłośników przyrody.
— I pająki! — krzyczy za nami Matti, który wie jak panicznie boję się tych obrzydliwych ośmionogów.
Brniemy przez trawy w kierunku gęściejszego zagajnika, żeby ukryć się przed wzrokiem naszych złośliwych kolegów. Oczywiście rozglądamy się obie nerwowo. Iga wypatruje węży lub wilków, a ja macham kijem przed sobą, żeby asekurować się przed pająkami czającymi się na rozciągniętych między pniami pajęczynach. Zrobiwszy co trzeba, pędem wracamy do śmiejących się z nas chłopaków. Oczywiście nie byliby sobą, gdyby nie wymyślili czegoś głupiego, dlatego nie dziwi mnie nagły wrzask Igi, kiedy w jej stronę leci długi giętki ciemny kształt, łudząco przypominający węża. Raban, jaki robi Iga, drąc się panicznie i skacząc nieskładnie we wszystkie strony, aby uciec przed zagrożeniem, płoszy zwierzynę chyba w całym lesie, a u chłopaków wywołuje niepohamowaną salwę śmiechu. Muszę przyznać, że i mnie rozbawia ten żart, gdy widzę, jak śmiesznie podskakuje Iga, by uratować się przed lecącą w jej stronę starą dętką rowerową. Gdy w końcu dochodzi do siebie, zdając sobie sprawę z żartu, wcale nie jest rozbawiona.
— Przyjdzie kryska na Matyska! — grozi im palcem czerwona na twarzy z wysiłku i wściekłości. — Ja się jeszcze odegram, głupki jedne — fuka i zarzucając dumnie włosy na plecy, wsiada na rower. Nie czekając na nikogo od razu rusza, zostawiając za sobą chmurę poderwanego pyłu.
— Hej, Iga, poczekaj na mnie! — krzyczę, próbując ją dogonić. — Ja niczemu nie jestem winna — sapię, bo pedałowanie po suchej, piaszczystej drodze wymaga sporo wysiłku.
W końcu Iga zwalnia nieco, więc udaje mi się zmniejszyć dystans. Panowie też powoli zbliżają się do nas. Droga skręca w lewo, a my odbijamy w prawo w wąską wydeptaną ścieżkę, która wznosi się powoli, zmuszając nas do zwolnienia tempa. Jedziemy teraz gęsiego, ponieważ ścieżka zbliża się do jaru i prowadzi wzdłuż jego krawędzi. Po prawej stronie teren zapada się coraz niżej, tworząc malowniczą, długą i głęboką kotlinę. Jedziemy tuż przy skarpie, podziwiając rozpościerający się przed nami widok, gdy zarośnięte zbocze odsłania nagle panoramę na przeciwległe łąki i pola.
— Spójrzcie! Co za niesamowite zjawisko! — Iga hamuje nagle, nieomalże powodując karambol. Już mam zbesztać ją porządnie za to nieostrożne zachowanie, gdy dostrzegam, co wskazuje ręką.
— Co to jest? — zastanawiam się zdumiona nieoczekiwanym widokiem. Nad niewielką łączką pokrytą małymi polnymi kwiatami wirują białe płatki. Początkowo wygląda to, jak grube płatki śniegu, które orbitują kilka metrów nad ziemią. Dopiero po chwili obserwacji uświadamiam sobie, na co patrzymy.
— To motyle. Cała masa motyli! — odkrywa zaskoczony Pablo.
— Wyglądają jak poruszane wiatrem płatki kwiatów rozsypane przez dziewczynki w Boże Ciało.
— Albo zamieć śnieżna skupiona w jednym miejscu — dodaje Kacper.
— Prześliczne! — mówi Iga i wyciąga telefon, aby nakręcić krótki filmik.
Patrzymy wszyscy przez chwilę zachwyceni tym niecodziennym zjawiskiem, po czym ruszamy w dalszą drogę. Kiedy teren zaczyna się obniżać i ścieżka biegnie w dół, chłopcy dodają gazu i zjeżdżają wyczynowo po torze przeszkód złożonym z poskręcanych korzeni i ostrych zakrętów. Przeskakują lub omijają grubsze konary, pokrzykując przy tym wesoło i głośno. My z Igą jedziemy nieco ostrożniej, choć nie ukrywam, że tyłek odczuwa boleśnie każdy kamień i korzeń, który mijamy, a ramiona czasem zahaczają o ostre krzaki wystające na drogę. Frajda jest jednak warta odrobiny niewygody, bo adrenalina tak nas napędza, że zjeżdżamy niezwykle szybko, a gdy droga się wyrównuje, dopada nas histeryczny śmiech i niewytłumaczalna radość. Po kilkunastu minutach tej szalonej jazdy dołączamy do chłopaków i już razem, pełni wigoru, roześmiani docieramy do strumyka płynącego w dole wąwozu, który nas tu prowadził. Schodzimy nad sam brzeg i postanawiamy zrobić kolejny postój, aby napić się i odsapnąć. Rzucamy rowery na trawiasty, łagodny brzeg i pijemy łapczywie wodę z naszych zapasów. Pablo ściąga buty i skarpety, a potem włazi do strumienia.
— Genialne! — zachwyca się błogim doznaniem. — Woda jest chłodna, ale niesamowicie przyjemna!
— Nie jest zbyt głęboko? — pytam, zazdroszcząc mu miłej ochłody.
— No widzisz. Sięga mi trochę powyżej kostek, ale poczekaj, to sprawdzę dalej — mówi, sunąc powoli ku środkowi strumienia. — W najgłębszym miejscu sięga mi zaledwie do kolan.
Nagle wszyscy wiedzeni tą samą ochotą, ściągamy skarpetki i tenisówki, by już po chwili dołączyć do Pabla.
— Masz rację! Cudowne doznanie — zgadzam się, zanurzając stopy w zimnej wodzie.
Rozgrzane, spocone w ciasnych tenisówkach stopy odczuwają niewysłowioną ulgę. Brodzenie w płytkiej wodzie jest naprawdę fantastyczne.
Chłopcy wędrują wzdłuż strumienia, eksplorując jego brzegi w poszukiwaniu jakichś ciekawostek, a my z Igą myjemy sobie twarze zakurzone na pylistej drodze i chłodzimy głowy, zwilżając nieco włosy.
— Hej, Iga a żab też się boisz? — pyta nagle Matti, trzymając coś w zwiniętych dłoniach.
Zanim Iga orientuje się, co się dzieje, Matti podchodzi do niej i otwiera ręce. Faktycznie trzyma w dłoniach małą zieloną żabkę. Niestety Iga boi się także żab, więc zaczyna piszczeć, machać rękoma i odpychać dłonie Mattiego. Wtedy dzieją się dwie rzeczy. Matti, cofając się, potyka się o wystający korzeń, traci równowagę i kręcąc w powietrzu rękoma, leci do tyłu. Jednocześnie mała skoczna żabka salwuje się ucieczką i daje długiego susa, lądując miękko w potarganej rudej czuprynie Igi niczym w przytulnym gniazdku. To, co się rozpętuje potem, to istne szaleństwo. Iga krzyczy, ile sił w płucach, wymachując rękami wokół głowy. Na zmianę podskakuje w wodzie i potrząsa głową w przód i w tył z rozmachem godnym narowistej klaczy, aby pozbyć się niechcianego pasażera. Choć wystraszona żabka już dawno czmychnęła w wodę równie przerażona co Iga, dziewczyna nieświadoma tego, opętana paniką biega we wszystkie strony niczym byk w korridzie, aż sama potyka się na śliskim kamieniu i przewraca tuż obok Mattiego tak niefortunnie, że uderza go głową w nos. Chłopakowi tryska krew z nozdrzy i teraz oboje zaczynają wrzeszczeć w kuriozalnym unisono.
Ja, Pablo i Kacper obserwujemy całą scenę z otwartymi ustami niczym najlepszą komedię slapstickową. Akcja rozgrywa się tak szybko, że najpierw zastygamy w bezruchu, a potem wybuchamy tak szaleńczym śmiechem, że prawie pękają nam brzuchy. Szkoda, że Iga jest główną bohaterką sceny, a nie jej widownią, bo powstałby niezły filmik. Po chwili jednak komedia przeobraża się w tragikomedię. Iga ze spanikowanej, piszczącej nastolatki przeistacza się w gorgonę żądną krwi, którą notabene zalał się Matti. Idze to jednak nie wystarcza. Rozjuszona do nieprzytomności wstaje cała ociekająca wodą, z rozwianym warkoczem, wyrywając przy tym kępę trawy wodnej, którą chwyciła, próbując się podnieść. Po czym, aby wyładować skumulowane zaskakującymi zdarzeniami emocje, chłoszcze tym wiechciem Mattiego, gdzie popadnie. Scena wygląda tyleż komicznie co przerażająco. Chłopak siedzi w wodzie umorusany krwią, która wciąż kapie mu z nosa i zasłania się ramionami od razów zadawanych mokrą kępą trawy, których nie szczędzi mu wściekła Iga.
— A masz ty gamoniu! — wrzeszczy przy każdym zamachu. — Fajnie to tak? No śmiej się teraz głupolu! To się nazywa: instant karma!
Mimo że chłosta mokrą trawą nie jest szczególnie niebezpieczna ani bolesna, stwierdzamy zgodnie z Pablem, że czas wesprzeć wymizerowanego Mattiego. Ja odciągam zapamiętałą w złości Igę, a Pablo pomaga wstać Mattiemu i podaje mu chusteczki higieniczne, aby wytarł zakrwawiony nos.
Iga mamrocze wciąż pod nosem, próbując wyżąć mokre spodenki, Matti zaś wystraszony, pełen skruchy człapie na brzeg i ściąga koszulkę, aby wysuszyć ją na krzaku. Wyciągam czekoladę z orzechami, którą wzięłam na deser, bo wiem, że nic nie działa tak dobrze na złość Igi, jak odrobina ulubionych słodyczy. Z niechętną miną bierze odłamany kawałek i ignorując resztę towarzystwa, próbuje doprowadzić swój strój do porządku.
— Wiecie, że podczas wojny w tych lasach ukrywali się powstańcy? — zagaja rozmowę Pablo, żeby poprawić nieco atmosferę. — Podobno był tu duży oddział, który robił dywersje na okolicznych stacjach kolejowych.
— A ja słyszałem, że ostatnio policja szukała tutaj grupy satanistycznej, która odprawiała czarne msze — wtrąca ni z gruszki, ni z pietruszki Kacper.
— No na pewno! Skąd ty bierzesz takie głodne kawałki? — prycha niedowierzająco Iga.
— Serio! Czytałem ostatnio w jakimś artykule.
— Tak, tak, historyjki, aby odstraszać dzieci od lasu — popieram Igę, bo Kacper znany jest ze swoich wyssanych z palca sensacyjnych wiadomości.
— Jak babcię kocham! — zarzeka się chłopak. — Mój kuzyn pracuje w policji i mówił o tym ostatnio na imprezie.
— Jeśli spotkamy jakichś satanistów, to chętnie oddam tego głupka w ofierze — Iga wskazuje głową na Mattiego. — Zresztą wygląda, jakby sam chciał złożyć się w ofierze — mówi, a w jej głosie przebrzmiewa już nuta rozbawienia.
W istocie Matti wygląda dość zabawnie. Umorusany śladami rozmazanej krwi, mokry, ze zwieszoną smętnie głową. Niczym baranek idący na rzeź.
— Czekolady? — podsuwam mu ostatnie kawałki na poprawę humoru. Bierze bez słowa, ale widzę, że i jemu oczy zaczynają znowu błyszczeć i rzucać wesołe iskierki.
Zgarniamy swoje rzeczy, podnosimy rowery i szukamy przejścia na drugą stronę strumienia. Z drewnianej kładki, która spinała kiedyś dwa brzegi, zostało tylko metalowe rusztowanie i kilka oberwanych desek. Z pomocą chłopaków przenosimy rowery na drugą stronę tej niestabilnej konstrukcji i tam wsiadamy, aby jechać dalej. Zarośniętą ścieżką jedziemy przez niewielki zagajnik, potem polną łąkę pełną kolorowych kwiatów i motyli, a na koniec docieramy do starego zdziczałego sadu, który wiedzie aż do otwartej polany. Tam zatrzymujemy się i zeskakujemy z rowerów. Między zarośniętym drzewami owocowymi a krawędzią lasu, na ładnej, słonecznej polanie stoi stary dom i kilka zabudowań gospodarczych. Słowo dom jest może nieco przesadzone, bo jest to raczej ruina domu. Częściowo spalony, częściowo zawalony, z chylącym się dachem i osmolonymi pustymi oczodołami okien wygląda dość smutno. Na omszałym dachu wyrasta mała brzózka, wejście jest zawalone starymi, osmolonymi belkami, a całe podwórko zarośnięte wysoką trawą i pokrzywami.
— Wygląda nieco strasznie — mówi cicho Iga.
— Dobra miejscówka na nakręcenie horroru — wtrąca Pablo.
— Takiego, gdzie grupa satanistyczna uprawia swoje mroczne rytuały — podchwytuje Kacper.
— Albo takiego, gdzie grupka nastolatków zostaje schwytana w pułapkę przez jakiegoś maniakalnego mordercę — dodaje Pablo — jak w „Cabin In The Wood”.
— Przestańcie, bo mi ciarki chodzą po plecach — denerwuje się Iga.
— A mnie to miejsce wydaje się po prostu smutne — stwierdzam, odwracając kierunek rozmowy. — Tak tu ślicznie, nad strumieniem, na skraju lasu. Ktoś tu mieszkał, uprawiał warzywa, miał drzewka owocowe, a teraz wszystko poszło w ruinę.
— A duchy właścicieli krążą po obejściu, wabiąc zbłąkanych turystów… — ciągnie swoją wizję Pablo.
— Tak, wabią bardzo przekonująco — wchodzę mu w słowo, gdy odkrywam krzaki pełne dorodnych, czerwonych malin. — Zobaczcie jakie ładne.
— Takie czerwone, soczyste — wtrąca Kacper, zrywając całe garście — pewnie nasiąknęły krwią pomordowanych tu niewinnych dzieci — mówi z pełnymi ustami, co brzmi nieco makabrycznie, gdyż usta i brodę ma czerwone od malinowego soku.
Matti wyciąga w stronę Igi rękę pełną czerwonych owoców. Ewidentnie chce się wkupić w łaski dziewczyny. Iga łaskawie bierze jedną malinę, ale spojrzenie skierowane do Matta jest wciąż srogie.
— „W malinowym chruśniaku, przed ciekawych wzrokiem…” — zaczyna recytować cichutko Pablo, wyciągając w moją stronę rękę z malinami.
— Ależ ty masz pamięć — mówię z podziwem, sięgając po piękne owoce. — Ja pamiętam tylko tytuł.
— To może i lepiej — mówi cicho Pablo, rzucając mi dziwne, długie spojrzenie.
— Pamiętam, że Balladynie również maliny kojarzyły się z krwią.
— Myślę, że Iga i Matti też będą mieć teraz takie skojarzenia — śmieję się lekko.
— A macie coś konkretniejszego niż maliny? — pyta Kacper, który jest wiecznie głodny i znając życie, zjadł już wszystko, co zabrał.
— Masz rację, to odpowiednia pora na piknik — stwierdzam, wyciągając moje skarby z bagażnika.
— Myślałem, że najpierw pozwiedzamy trochę — mówi z rezygnacją Pablo, pomagając mi rozłożyć koc.
— Najpierw musimy się wzmocnić — stwierdza Kacper. — Nie zamierzam umierać z pustym żołądkiem, gdyby się okazało, że czai się tam jakiś duch albo satanista.
Wszyscy śmiejemy się z żartu, chociaż każdy ma lekki dreszczyk na plecach pobudzony wyobraźnią i różnymi opowieściami związanymi z tym miejscem. Do tej pory znaliśmy tę okolicę z opowieści i kilku eskapad, które jednak zawsze kończyły się po drugiej stronie strumienia. Dziś po raz pierwszy wkroczyliśmy na zakazany teren spalonego domu, który był motywem przewodnim wielu historii opowiadanych przez okolicznych mieszkańców.
Powoli na kocu pojawiają się różne wiktuały, które udało mi się uchronić przed wcześniejszymi zakusami chłopaków. Mam więc tosty z serem i parówkami, całą paczkę kabanosów, pudełeczko z pociętymi marchewkami i papryką, oraz duży kawałek placka wiśniowego. Iga wyciąga butelkę wody i delicje, a Kacper paluszki. Rozdaję wszystkim serwetki, a Kacprowi daję po łapach, kiedy wyciąga rękę po placek.
— Deser na końcu, Kacperku! Mamusia nie nauczyła, że najpierw obiadek i warzywka? — uśmiecham się do niego kpiąco. — Od razu zaznaczam, że dzielimy się po równo. Są po dwie grzanki i po dwa kabanosy na osobę, więc nie rzucać się proszę jak barbarzyńcy, tylko delektować jedzeniem, bo więcej nie dostaniecie — mówię dobitnie, patrząc po kolei na chłopaków.
Wszyscy przytakują zgodnie, lecz i tak błyskawicznie porywają swój przydział i pochłaniają go łapczywie w kilku dużych gryzach. Jestem chyba jedyną osobą, która potrafi jeść spokojnie i powoli. Kiedy ja kończę ostatnią grzankę i sięgam po słupek marchewki, pozostali biesiadnicy już dawno zapomnieli, że mieli coś w ustach. Śledzą łakomym wzrokiem każdy ruch mojej ręki niczym wygłodniałe psy czające się pod stołem. Liczą, że zrezygnuję z ostatniego kabanosa, dlatego jeszcze tkwią na miejscu.
Kiedy w końcu lituję się nad nimi i kroję kabanosa na kilka części, wyglądają, jakby wygrali główną nagrodę na loterii. Nie wiem, czy ich kubki smakowe zarejestrowały tak nikłą porcję smaku, ale ich miny świadczą o czymś innym. Gdy na kocu nie pozostaje już nic, co nadawałoby się do przeżucia, rozkładamy się na plecach i z przyjemnością przymykamy oczy. Słońce piecze w twarze, a lekki wietrzyk łaskocze, przesuwając po policzkach luźne kosmyki włosów. W tle słychać cykanie świerszczy i śpiew skowronków. Jest naprawdę błogo.
— Kto idzie penetrować straszny dwór? — siada nagle Kacper, przerywając cichą idyllę.
— A nie boisz się, że Michael Myers czai się gdzieś na stryszku z wielkim nożem rzeźniczym? — pyta żartobliwie Pablo.
— To właśnie trzeba sprawdzić, prawda? Do odważnych świat należy.
— Raczej do mądrych — poprawia Pablo, — ale niech ci będzie, sam jestem ciekaw, co za strachy znajdziemy w tych starych murach.
— Ale pleciecie głupoty — śmieje się z nich Matti, choć w jego głosie przebija nuta niepokoju.
— A tak było miło leżeć na słoneczku, wśród śpiewu ptaków, na łonie natury — wzdycham z rezygnacją.
— Nie musicie iść z nami — komentuje Pablo, — jeśli jednak nie wrócimy za godzinę, albo gorzej, wrócimy zielonkawi na twarzy, krzycząc: brain, brain, to wiejcie, ile sił w nogach.
— Cha, cha — śmieje się Iga — za dużo tych gier o zombi i mózgi już macie jak zielona galareta!
— Będziesz inaczej śpiewać, gdy zostaniecie tu same na pastwę Myersa — odpowiada Kacper, ruszając zarośniętą ścieżką w stronę domu.
Chcąc nie chcąc zbieramy rzeczy i ruszamy za nimi przez zdziczały sad i zarośnięte po pas podwórze.
Z bliska dom wydaje się nieco większy i bardziej zniszczony. Budynek o prostej konstrukcji na bazie prostokąta ze spadzistym dachem i oknami symetrycznie rozstawionymi po obu stronach drzwi robi teraz smutne wrażenie. Z powybijanych, osmolonych dymem okien i drzwi zieje ciemna pustka. Połowa dachu spalona pożarem zawaliła się, pozostawiając tylko sterczące czarne krokwie. Drugi skraj dachu, chylący się pod naporem czasu i roślin, które przejęły nad nim kontrolę, wygląda jak za ciasny beret, wciśnięty nieco na bakier, niezakrywający jednak łysiny właściciela. Zbliżamy się powoli do wejścia, gdzie leżą sterty osmolonych desek i cegieł, tworząc brzydkie gruzowisko.
— A jednak ktoś knuje tu coś niecnego — konstatuje Kacper, który jako pierwszy ostrożnie przekracza próg zatarasowany śmieciami. — Uważajcie na gwoździe wystające z desek — ostrzega nas przewidująco.
Wnętrze jest brudne od sadzy, ciemne i śmierdzące stęchlizną. Pod ścianami walają się śmieci i skruszałe cegły, środek jest jednak pustawy z resztkami popiołu i nadpalonymi polanami.
— Ktoś tu był i palił ognisko — stwierdza oczywistość Matti.
— Pewnie żule mają metę albo bezdomni szukają schronienia na zimę — spekuluję, wyciągając wnioski.
— Myślę, że dla zwykłych pijaczków to zbyt daleko — powątpiewa Pablo. — Oni nie tracą energii na brnięcie kilometrami przez las, kiedy mogą wypić piwo lub flaszkę pod sklepem. To mi wygląda na imprezownię nastolatków, którzy szukają przygód i ustronnych miejsc do zabawy.
— A potem padają ofiarą czającego się w lesie Myersa — dodaje swoje trzy grosze Matti.
— Obczajcie to! Miałem rację! — krzyczy nagle Kacper zza ściany, bo przeszedł przez korytarz na drugą stronę.
Idziemy powoli za jego głosem, ostrożnie stawiając stopy, bo w półmroku łatwo się o coś potknąć.
Gdy przechodzimy przez skrzypiące, wiszące krzywo drzwi widzimy scenę, która sprawia, że ciarki przechodzą nam po plecach. Kacper stoi na środku pustego, w miarę czystego pokoju, gdzie na zamiecionej podłodze wymalowano farbą wielki pentagram. Gdy wszyscy milkniemy, otwierając ze zdumienia oczy, ten zaczyna nagle szamotać się i wydawać dźwięki jakby poraził go prąd elektryczny. Iga zaczyna wrzeszczeć, a ja łapię ze strachu Pablo za ramię. Nagle konwulsje Kacpra przeradzają się w histeryczny śmiech, który uzmysławia nam, że znowu robi sobie z nas żarty.
— Jesteś totalnym idiotą! — komentuje Iga, choć w jej głosie słychać ulgę.
— Przyznaj się, myślałaś, że opętał mnie duch mieszkający w tym domu.
— Nie, gamoniu! Myślałam, że dostałeś apopleksji, albo ataku choroby umysłowej.
— Co wcale nie jest jeszcze wykluczone — dodaje Pablo.
— Cha, cha. I tak wychodzi, że miałem rację — Kacper wskazuje pentagram i zalane steryną świece walające się na podłodze — jakaś grupa satanistyczna odprawia tu czarne msze.
— Albo inne nastolatki bawią się tak jak my w straszenie piskliwych koleżanek — zakpił Pablo.
— Wasze poczucie humoru jest iście prostackie — daję chłopakowi solidnego kuksańca w bok.
— Au! Za co to?
— Za piskliwe koleżanki — stwierdzam, unosząc dumnie głowę i oddalając się z urażoną miną.
Zostawiam za sobą sprzeczające się towarzystwo i ruszam korytarzem, który prowadzi mnie za załom do kolejnego pomieszczenia. Wnętrze, niegdyś najpewniej kuchni, nie jest mocno zniszczone. Przy głównej ścianie stoi stara żeliwna kuchnia węglowa z fajerkami i emaliowanymi, obtłuczonymi garnkami pełnymi pajęczyn. W rogu zaś odkrywam piec chlebowy, który służył prawdopodobnie także jako miejsce do spania, bo ma płaską górę nakrytą spleśniałymi pledami. Oglądam to wszystko z ciekawością niczym Indiana Jones odkrywający świątynię w starożytnych rumowiskach. Moją uwagę przyciąga jednak wnęka w ścianie, która wygląda jak niskie wejście do spiżarni. Jest przywalona wielką belką, ale moja postura pozwala prześlizgnąć się pod nią. Biorę z pieca stary zardzewiały pogrzebacz i macham nim najpierw, aby pozbyć się pajęczyn oraz czających się tam różnych stworzeń, po czym, oświetlając latarką z komórki, zaglądam pod belkę do środka. Jest tam trochę rupieci, wiadra na węgiel, jakieś szufle i inne narzędzia. Już mam się odwrócić, gdy mój wzrok pada na drewniany stopień wystający spod wiszącej u powały szmaty. Pchana ciekawością, poskramiam swój lęk przed robactwem i przeciskam się pod belką na drugą stronę. W ocienionym narożniku, ukrytym za tyłem kuchennego pieca odkrywam wąskie, drewniane schodki prowadzące na strych. Mimo strachu i ciemności, ściskając w ręku długi pogrzebacz, wspinam się po chybotliwych, nadpróchniałych dechach na górę. Jest tam właz przykryty kiedyś klapą, która leży teraz wyrwana na górze. Wychodzę na wąski korytarzyk pomiędzy stromymi krokwiami. Jest tu nieco jaśniej, bo przeciwległy koniec powały zapadł się pod naporem czasu i z dużym wsparciem pożaru. Prawa strona, to po prostu niskie sklepienie strychowe, lewa natomiast to magazynek na drewno, słomę i różne rupiecie. Mnie jednak intryguje murowany fragment wydzielony w środku stryszku. Walcząc z pajęczynami i sypiącymi się z różnych stron trocinami idę powoli po spróchniałych dechach. W pewnym momencie niemal dostaję zawału, gdy wypłoszona z gniazda jaskółka przemyka mi koło ucha. Uspokajam jednak oddech i podchodzę do pomieszczenia zamkniętego drzwiami. Spodziewam się jakiegoś starego gołębnika lub suszarni na zioła, lecz gdy łapię za klamkę i otwieram niewielkie drzwiczki, staję totalnie oniemiała ze zdumienia. Przede mną jest mały, lecz przytulny pokój dziecinny. Pod skośnym dachem stoi wąskie łóżeczko przykryte spleśniałym teraz kocykiem. Na podłodze spoczywają resztki wypłowiałej, wzorzystej wykładziny, a w rogu stoi duża drewniana, malowana w ludowe wzory skrzynia. Przez niewielkie okno dachowe, z zachowaną szybą, która ochroniła to pomieszczenie przed deszczem i ptakami, wpadają ukośnie promienie słoneczne, ukazując wirujące w świetle drobiny kurzu. Plama słońca wydobywa wzór na wyblakłej wykładzinie podłogowej i oświetla leżącego tam zszarzałego ze starości pluszowego misia. Wszystko to robi na mnie niesamowite wrażenie. Jakbym weszła przez przypadek do innego wymiaru lub czasu. Jakbym znalazła przejście do Narni i wróciła po wielu latach nieobecności. Nie wiem, ile czasu tu stoję, gdy nagle czuję czyjąś obecność za plecami.
— Ale mnie wystraszyłaś, dziewczyno! — słyszę zaniepokojony głos Pablo. — Zniknęłaś tak nagle, że już przeszło mi przez myśl, że naprawdę trafiłaś w szpony seryjnego mordercy.
— Zobacz, co odkryłam — mówię w ramach wyjaśnienia. — Niesamowite, prawda? Nigdy nie myślałam, że w tym domu mogły mieszkać dzieci. Zawsze wyobrażałam sobie parę zdziwaczałych staruszków, a tu proszę. Urocze, prawda?
— Ciekawe co się stało z tą rodziną? Pewnie wyprowadzili się, gdy dom spłonął. Czy rozegrała się jakaś tragedia? Skąd ten pożar?
— Mam nadzieję, że dziecku nic się nie stało — wzdycham ze smutkiem. — To takie przejmujące miejsce.
— Raczej nikt tu nie zginął. Nic tutaj nie jest osmolone. Wygląda, jakby pożar ugaszono, zanim dotarł do tej części domu. Idziemy? — zagadnął, jak już zlustrował to miejsce ciekawym wzrokiem.
— Dobrze, bo inni zaraz rozpoczną akcję ratunkową.
— Na razie byli dość zajęci kłótniami i tropieniem śladów satanistycznego kultu.
— Myślisz, że naprawdę odprawiali tu satanistyczne msze? — pytam, zamykając za sobą drzwi do tajemniczego pokoju.
— Coś ty! Myślę, że jakaś grupka dzieciaków wywoływała tu duchy albo bawiła się w okultyzm i magię. No wiesz, takie wyzwanie, kto przetrwa tu noc czy coś takiego.
— Chyba jednak nie trafili tu na górę. Nic nie wskazuje na to, żeby ktoś dotykał czegokolwiek w tym pokoju.
— Masz rację, jest zachowany jak ważka w bursztynie.
— Mam prośbę. Zostawmy go w tym stanie. Nie mówmy o tym odkryciu pozostałym, bo zaraz tu wparują i będą się wydurniać albo rzucać czym popadnie.
Pablo patrzy na mnie zaciekawiony.
— Dobrze, może to pozostać naszą małą tajemnicą. Będziemy o tym mówić szyfrem albo gdy nikogo z nami nie będzie — uśmiecha się przy tym szelmowsko.
— Ok., to będzie nasze małe przejście do Narni — potwierdzam z zadowoleniem, schodząc ostrożnie po schodach.
Kiedy oboje jesteśmy na dole, w kuchni słyszymy śmiechy reszty ekipy. W dziurze pod belką pojawia się głowa Kacpra.
— A wy czego tam szukacie w tej komórce?
— Pewnie zgłodnieli i szukają zapasów na zimę, a może jakiegoś winka pędzonego przez dziadka? — słyszę stłumiony głos Mattiego.
— Albo potrzebowali chwili dla siebie, żeby dać sobie po małym całusie — żartuje Iga.
— Zginęli na tak długo, że to wcale nie musiał być krótki całus — dodaje Kacper, rechocząc.
— Ale śmieszne, to nie amerykański film, że trzeba chować się w szafie, aby dać dziewczynie całusa — komentuje Pablo, a ja czuję, jak uszy zaczynają mnie piec, co jest niechybną oznaką, że na twarzy robią mi się wielkie czerwone rumieńce.
— Chcieliśmy tylko sprawdzić, czy nie ma tam wejścia do piwniczki, ale nie znaleźliśmy nic oprócz starych wiader i narzędzi — mówię szybko, aby zmienić krępujący mnie temat.
— Pająków i myszy też tam raczej nie brakuje — dodał Pablo, aby zniechęcić Igę do włażenia. On też, jak zauważam, poczerwieniał na twarzy, być może z wysiłku, a może też mu niezręcznie słyszeć komentarze kumpli.
Z rozmyślania wyrywa mnie nagle Matti, który zagląda pod pokrywkę rondelka, a następnie przykrywa go szybko i zbliża się w moją stronę z bardzo podejrzaną miną.
Czując podświadomie, że knuje coś niedobrego, zaczynam ewakuować się za plecami Pablo w stronę wyjścia, a gdy chłopak zaczyna mnie gonić, biegnę już całkiem szybko, wrzeszcząc, ile sił w płucach, bo wiem, że w tym rondelku musi być jakiś okropny włochaty pająk. Wypadam na dwór, jakbym miała wygrać maraton i drę się wniebogłosy, płosząc stado szpaków siedzących na drzewach.
Oglądam się w panice i wtedy, niczym w filmie, widzę całą scenę jakby w zwolnionym tempie. Matti, starając się trzymać rondel w jednej ręce i dociskając przykrywkę drugą, potyka się na progu domu i leci jak długi do przodu. Ręce rozdzielają się, z garnka ucieka spłoszony pająk, który po ramieniu wbiega mu szybko na bark. Jest naprawdę duży i włochaty, bo nawet z tej odległości wydaje się przerażający. Matti przewraca się, na szczęście upadając w bujną trawę, ale jego ciało, zamiast zwolnić po upadku i kontakcie z podłożem, wije się na wszystkie strony, jakby turlał się po stromym zboczu.
— Auu, weźcie to paskudztwo! — jego wrzaski prawie dorównują moim. — Wlazło mi pod koszulkę! Auu! — turla się dalej w chwastach.
Na jego krzyki Iga, Pablo i Kacper wybiegają z domu i równie oniemiali co ja obserwują całą scenę. W końcu Pablo pierwszy podbiega do brata, który wrzeszczy, że pająk łazi mu pod koszulką. Kiedy Pablo próbuje unieruchomić Mattiego i wytrząsnąć mu wielonoga spod odzieży, podbiega Kacper i podnosząc rondel porzucony przez ofiarę własnego dowcipu, podchodzi do Mattiego i wali nim chłopaka po plecach.
— Auu! Zgłupiałeś?! — teraz Matti drze się na kumpla.
— No, co?! Chciałem ubić drania.
— A przy okazji trochę mnie poturbować — Matti uspokaja się nieco i wstaje, chwytając za rękę Pablo. Potrząsa przy tym koszulką, ale nic tam już chyba nie ma. — Ale mnie pokąsał! — skarży się, wyginając ciało na wszystkie strony.
— I do tego wpuścił ci mnóstwo jadu — mówi śmiertelnie poważny Pablo, na co Matti blednie gwałtownie. — O kurczę… — zawiesza głos Pablo, wpatrując się intensywnie w szyję brata.
— Co, co jest??? — Matti nie ukrywa już przerażenia.
— Nic, zaczynasz zmieniać się w Spidermana!
— Co?! Co ty bredzisz?
Pablo zaczyna rechotać, a my wszyscy razem z nim.
— Broniąc się przed tym biednym pajęczakiem, wytarzałeś się nie tylko w trawie, ale i w pokrzywach. Stąd te bąble i pieczenie — dusi się ze śmiechu Pablo, tłumacząc bratu przyczynę wysypki i pieczenia.
— Myślałeś, że naprawdę zmutujesz w jakiegoś superbohatera? — kpi Pablo bezlitośnie.
— Wcale nie — broni się Matti. — Po prostu bałem się, że dostanę wstrząsu anafilaktycznego. Co byś wtedy zrobił na tym odludziu? Jak wezwałbyś karetkę? Nie byłoby ci do śmiechu.
— Cóż, zakopałbym cię na tyłach domu, razem z innymi ofiarami Myersa — wzrusza ramionami Pablo.
— Właśnie! — Kacper klepie dłonią o udo. — Nie zajrzeliśmy na tyły domu! Tam możemy znaleźć kolejne ślady szajki satanistów.
— A ten znowu o tym — przewracam oczami z dezaprobatą.
Niemniej jednak wszyscy podążamy w jego ślady, gdy przechodzi przez drewnianą furtkę u szczytu nienaruszonej części domu. Na tyłach jest duże, zarośnięte po pas chwastami podwórze z resztkami zabudowań gospodarczych, które zamykają przestrzeń po przeciwnej stronie. Mimo wcześniejszego zapału Kacpra, wszyscy stajemy na skraju tego zachwaszczonego prostokąta, obejmując wzrokiem różne elementy. Jest tam mała szopa bez przedniej ściany, pod którą leżą porozrzucane szczapy drewna. Obok jest sporych rozmiarów stodoła bez okien z dwuspadzistym, dziurawym dachem i wielkimi wypaczonymi wrotami. Prawa jej strona łączy się z niskim murowanym budynkiem — może warsztatem albo chlewnią.
— Naprawdę chcecie przedzierać się przez te chaszcze, żeby odkryć stary gnojownik albo drewutnię? — pytam z powątpiewaniem w głosie. — Robi się chłodniej, więc myślę, że powinniśmy ruszać w powrotną drogę — odzywa się mój wewnętrzny racjonalista.
— Nastka ma rację — popiera mnie Pablo. — Możemy obejrzeć resztę zabudowań następnym razem. Będziemy mieć motywację, żeby tu jeszcze wrócić.
— To może wejdziemy chociaż do piwnicy — nie poddaje się Kacper, który dostrzega nagle wypukłe murowane podwyższenie przy tylnej ścianie budynku. Jest to pochyły ganek przykryty starą, drewnianą klapą, sugerującą zejście do jakiejś podziemnej komórki.
— Ja odpadam — protestuje kategorycznie Iga, unosząc do góry ręce. — Mam dość na dzisiaj zimnych, mokrych czeluści z czającymi się w nich oślizgłymi paskudztwami.
— Zgadzam się w całej rozciągłości — popieram przyjaciółkę. — Myślę, że większość z nas zaspokoiła na dziś potrzebę kontaktu ze śluzowatymi, czy też włochatymi bezkręgowcami — rzucam znaczące spojrzenie Mattiemu.
— I tak to jest z dziewczynami — skarży się Kacper. — Zawsze kończą zabawę w najfajniejszym momencie.
— Bla, bla, bla! Seksistowskie gadki! — oburzam się na tę niesprawiedliwość. — Mam ci przypomnieć, kto najczęściej kończy zabawy, bo nie umie przegrywać i łapie fochy? — odgryzam się, nawiązując do znanego wszystkim faktu, że Kacper bardzo źle znosi porażkę. Gdy gramy w coś razem i zdarzy mu się przegrać, to albo się wścieka i oskarża wszystkich o oszustwo, albo twierdzi, że gra go nudzi i chce ją jak najszybciej skończyć.
— Pax, Pax między kompanami! — Pablo udaje trochę wielkiego mistrza z „Krzyżaków”, a trochę Cezara unosząc jednak oba ramiona, aby uniknąć skojarzenia z nazistowskim powitaniem — zgadzam się z Nastką, że przygód na dziś było wystarczająco dużo, a czeka nas jeszcze długa przejażdżka z powrotem.
— Jestem za — popiera brata Matti, któremu wyjątkowo dużo dziś się oberwało za próby psot i chyba ma już dość wrażeń.
Cóż, karma czasem robi swoje. Przy akompaniamencie zrzędzenia Kacpra wsiadamy na rowery i ruszamy w drogę powrotną.
Wracamy do domu późnym wieczorem. Głodni, zmęczeni i mocno zakurzeni, ale roześmiani i pełni zabawnych wspomnień.
Kiedy wyciągam się po kąpieli na moim nowym, wygodnym łóżku z wymarzonym zagłówkiem, w głowie wirują mi migawki z całego dnia. Ostatnia myśl przed zaśnięciem dotyczy zagadkowego pokoju na stryszku i związanych z nim tajemnic.
Rozdział 10
Dzisiaj chodzę od rana podminowana. Przyjeżdża wujostwo z Anglii i po południu idziemy do nich z wizytą, trochę towarzysko, a trochę do pomocy przy noszeniu kartonów. Jestem rozdrażniona, bo nie dość, że psują mi taki piękny słoneczny dzień przymusową wizytą, to jeszcze musimy pomagać przy przeprowadzce. Ledwie skończyłam z własnym pokojem, urabiając się po łokcie, a już jestem zmuszona do powtórki tego bajzlu, w dodatku dla kogoś innego.
— Strasznie jesteś dziś naburmuszona — mówi mama przy śniadaniu, patrząc na mnie karcącym wzrokiem, na co zaperzam się jeszcze bardziej. — Nie cieszysz się, że spotkasz się z kuzynami? Zawsze lubiłaś spędzać z nimi czas.
Trzy razy do roku: na Boże Narodzenie i Wielkanoc, plus tydzień wakacji w Polsce lub w Wielkiej Brytanii, to nie to samo co mieć ich po sąsiedzku na co dzień. Owszem, gdy się widywaliśmy, było naprawdę fajnie, lecz spotkania towarzyskie w dużej grupie ludzi, gdy ciągle coś się działo, lub można było ewakuować się w dowolnej chwili, to nie to samo co życie obok siebie.
— To chyba normalne, że nie lubię być zmuszana do męczących czynności w wakacje? — zadaję pytanie retoryczne.
— Nie bądź egoistką! — karci mnie mama. — Wiesz, że jest im ciężko. Wracają po wielu latach i muszą zacząć wszystko od nowa. Ktoś musi im pomóc.
— Ale dlaczego to musimy być my? Mnie nikt nie pomagał, gdy trzeba było ogarnąć wszystko przy przeprowadzce.
— Jesteś okropna! — oburza się mama. — A w dodatku masz wybiórczą pamięć. Pozwól, że ci przypomnę Igę, Pablo i kolegów Juliusza, którzy wspierali was na każdym etapie przeprowadzki. Nie mówiąc o tym, ile wujek pomagał nam, gdy potrzebowaliśmy wsparcia w projekcie. A kto pomagał ci w zadaniach z angielskiego?
— To nie to samo — burczę jeszcze, choć widzę, jak słabe mam argumenty.
— Oczywiście, że nie to samo. Jak ktoś nam pomaga, to normalka, nic takiego, pewnie mają w tym frajdę. Gdy jednak samemu trzeba dać coś z siebie, to wielki wysiłek! — ironizuje mama. — Naprawdę nie myślałam, że wychowaliśmy cię na taką roszczeniową egoistkę. Świetnie wpisujesz się w obecny trend bycia Polakiem — wstaje rozjuszona i odchodzi od stołu. Wszystko się należy, ale żeby samemu coś zrobić, poświęcić swój czas, energię — to atak na wolność.
— Mówiłem, że rozpapraliście ją jak dziadowski bicz — wtrąca swoje trzy grosze JJ. — Zawsze na wszystko jej pozwalacie, bo jest najmłodsza. Nie ma żadnych obowiązków, bo jest najmłodsza.
— Nie wtrącaj się pacanie! — wrzeszczę na niego wściekła do granic możliwości.