Dla tych, którzy nadal patrzą nocą w niebo. I dla wszystkich świateł, które nigdy nie gasną.
Prolog
Niektóre dzieci boją się ciemności. Inne uczą się ją kochać. Staś należał właśnie do takich dzieci. Od zawsze lubił noc. Nie dlatego, że była cicha. Ani dlatego, że można było wtedy dłużej nie spać. Lubił ją ponieważ wydawała mu się prawdziwsza niż dzień. W dzień świat był głośny. Pełno było ludzi spieszących się do pracy, samochodów i rozmów. A nocą… noc oddychała spokojniej, opadał cały zgiełk i można było naprawdę usłyszeć to co najważniejsze.
I wtedy Staś miał wrażenie, że gwiazdy patrzą na niego. Czasami siadał przy oknie i słuchał co kosmos chce mu opowiedzieć. Był pewien, że gwiazdy wydają takie ciche dźwięki, które jeśli się chce usłyszeć, to jest to możliwe.
Jego mama mówiła, że ma ogromną wyobraźnię. Ale Staś dobrze wiedział, że to nie tylko wyobraźnia. Ona przecież nie zostawiała złotego pyłu na parapecie, który mama ścierała i mówiła do Stasia, żeby bawił się klejem z brokatem bardziej ostrożnie. Ani też nie poruszała firanką przy zamkniętym oknie. Ani też nie szeptała wieczorem:,,Hej… wiedziałem, że jeszcze nie śpisz.”
Staś jeszcze wtedy nie wiedział, że niektóre spotkania są zapisane w sercu dużo wcześniej, zanim się wydarzą.
Rozdział 1
- Mamo? — zapytał cicho Staś, leżąc już pod kołdrą.
Spod granatowej pościeli wystawała tylko jasna czuprynka i małe dłonie ściskające pluszową rakietę.
— Tak, kochanie? — mama uśmiechnęła się i pogłaskała go po włosach.
Staś patrzył na okno przez chwilę, a później uśmiechnął się do mamy i zapytał:
— Możemy nie zamykać go na noc?
Mama zaśmiała się cicho.
— Stasiu… przecież jest zima. Nie chcę byś rano zamienił się w mały sopelek lodu.
Chłopiec ścisnął mocniej swoją rakietę.
— Ale gwiazdy nie lubią zamkniętych okien — wyszeptał.
Mama pogładziła go po policzku.
— Kochanie, gwiazdy są magiczne i jeśli ktoś na nie czeka, to zawsze znajdą do niego drogę.
Staś zastanowił się przez chwilę, uśmiechnął się i powiedział:
— No dobra. Dobranoc mamo.
— Dobranoc mój mały podróżniku.
Pocałowała go w policzek i zgasiła lampkę.
Pokój wypełnił się granatowym półmrokiem. Staś otworzył oczy kiedy upewnił się, że mama poszła spać, bo w domu zrobiło się cicho.
Noc mogła się wreszcie zacząć.
Leżał jeszcze długo nieruchomo słuchając wiatru za oknem, jakby za jego sprawą miało się coś wydarzyć…
I w pewnym momencie coś się stało, na co chłopiec czekał. Usłyszał cichy dźwięk, jakby brzęczenie małego dzwoneczka. Staś uniósł głowę i zobaczył, że coś błysnęło na podłodze tuż obok łóżka. To była mała złota gwiazdka, która wtoczyła się po panelach, z delikatnym śmiechem dziecka i zatrzymała przy jego kapciach zostawiając za sobą smugę migoczącego pyłu. Chłopiec uśmiechnął się szeroko.
— Wiedziałem, że przyjdziesz — wyszeptał i usiadł na łóżku.
Firanka poruszyła się lekko, choć okno było zamknięte. Złoty pył zawirował w ciemności przy parapecie. A po chwili z mroku wyłoniła się znajoma sylwetka. Była wysoka, pogodna i migocząca delikatnym złotym światłem, jakby utkana była z nocy i gwiazd.
Latarnik uśmiechnął się ciepło, a w jego oczach odbijały się małe konstelacje.
— Hej! Wiedziałem, że jeszcze nie śpisz — powiedział cicho.
— Długo czekałem.
Latarnik zaśmiał się przyjaźnie, a z jego płaszcza osypały się drobinki pyłu.
— Gotowy, mały podróżniku? Gwiazdy już pytają o Ciebie.
Oczy Stasia rozbłysły.
— Tak! Dokąd lecimy? — zapytał wesoło.
Latarnik wyciągnął dłoń. Nie wyglądała całkiem jak prawdziwa, bo w jej wnętrzu migotały maleńkie gwiazdy, jakby całe nocne niebo ukryte było pod jego skórą.
Staś patrzył na nią przez chwilę z zachwytem. Za każdym razem wyglądała trochę inaczej. Czasami przypominała światło świecy, czasem gwiazdy, a jeszcze innym razem złoty pył unoszący się w promieniach słońca, a czasem widać było całe galaktyki.
Chłopiec bez wahania wsunął swoją małą rączkę w jego świetlistą dłoń.
I wtedy pokój zniknął, jakby rozmazał się w powietrzu niczym sen, jak mgła. Jakby noc zabierała ich ze zwykłego świata. Sufit otworzył się nad nimi jak ogromne, nocne niebo. I po chwili lecieli już wysoko ponad miastem. Staś uwielbiał ten moment najbardziej. Kiedy ziemia zostawała daleko pod nim. Wszystkie troski robiły się wtedy zupełnie małe i nieważne. Światła ulic wyglądały jak małe złote okruszki. Samochody przypominały świecące zabawki, a dachy domów wyglądały jak śpiące wyspy przykryte cieniem nocy.
Zimny wiatr rozwiewał chłopcu włosy, ale wcale nie było mu zimno. Przy Latarniku nigdy nie było zimno. To było dziwne. Powietrze pachniało zimą i nocą, a Staś czuł ciepło. Czuł się spokojnie i bezpiecznie. I był bardzo ciekaw gdzie tym razem polecą.
Lecieli przez miękką ciemność pełną gwiazd. Niektóre mrugały do Stasia, inne zostawiały świetliste smugi, a jeszcze inne nuciły różne melodie, takie jak nucą dzieci przy zabawie.
Wtedy pojawiła się przed nimi świetlista droga. Była szeroka i kiedy stanęli na niej jak na zawieszonym w powietrzu moście, chłopiec poczuł, że jest miękka jak dywan. Taki sam jaki mieli z mamą koło kanapy w salonie.
— Wow! — wykrzyknął chłopiec.
Latarnik uśmiechnął się pogodnie.
— To Droga Śpiącego Nieba — powiedział.
Szli nią powoli, a po obu jej stronach unosiły się księżyce różnych wielkości i kolorów. Niektóre były srebrne, inne niebieskie, a jeszcze inne całkiem różowe. Na każdym rosły ogrody pełne świetlistych traw, liści i kwiatów. Kiedy przechodzili koło nich gwiazdy otwierały się powoli niczym płatki róż. Jedne świeciły ciepłym złotem, inne miękkim błękitem, a jeszcze inne miały kolor jasnego porannego nieba.
Nagle Staś usłyszał cichy szept, po chwili następny i następny. Gwiazdy mówiły delikatnymi głosami:
- Kocham Cię — mówiły jedne.
— Jestem z Tobą — szeptały drugie.
— Jesteś dzielny
— Dasz radę
— Jestem blisko
— Świeć najjaśniej jak potrafisz — mówiły inne.
Staś słuchał tego zaskoczony.
— Latarniku…?
Mężczyzna spojrzał na niego ciepło.
— Słyszysz je? — zapytał chłopiec.
Mężczyzna skinął głową i uśmiechał się trzymając cały czas chłopca za rękę.
— Czemu one to mówią — zapytał Staś.
— Bo to są rzeczy, które każde dziecko powinno usłyszeć chociaż raz — wyjaśnił Latarnik bardzo łagodnie.
Chłopiec spojrzał na niego z uśmiechem i miał wrażenie, że cały kosmos go kocha. A później spojrzał ponad nich i zobaczył jak nad nimi rozciągała się Droga Mleczna. Był to tak piękny widok, że na chwilę jakby wstrzymał oddech. Czasem miał wrażenie, że kosmos jest żywy, że oddycha, że obserwuje ich z czułością.
— Wiesz — powiedział Latarnik — gwiazdy potrafią mówić, do tych, którzy potrafią ich słuchać.
Staś uśmiechnął się i zobaczył, że w oddali migotało słabe światełko. Jakby jedna z gwiazd gasła. Poczuł ścisk w sercu. Nie lubił zgaszonych gwiazd, bo zawsze wyglądały tak samotnie.
— Latarniku, możemy ją uratować? — wyszeptał z nadzieją.
Latarnik uklęknął obok chłopca i odpowiedział z uśmiechem:
— Właśnie po to tu jesteśmy, mały podróżniku.
Wyciągnął rękę i na jego dłoni pojawił się złoty pył.
— Każda gwiazda potrzebuje odrobiny światła — powiedział.
Później delikatnie dotknął środka klatki piersiowej Stasia.
— Ale najjaśniejsze światło zawsze nosi się tu — dodał.
Chłopiec spojrzał w dół i naprawdę wydawało mu się, że pod jego piżamą w miejscu serca coś zabłysło złotym, żywym światłem. Roześmiał się cicho i wtedy mała gasnąca gwiazdka rozjarzyła się mocniej. Wokół nich rozległ się śmiech innych gwiazd. Jakby całe niebo odetchnęło z ulgą.
— Udało się — Staś spojrzał na Latarnika, który uśmiechał się pogodnie, zmierzwił złotą dłonią włosy chłopca, przytulił go i powiedział:
— Wiedziałem, że się nam uda.
Rozdział 2
Następnego ranka świat był cały biały od śniegu, a Staś z mamą szedł do przedszkola, zostawiając za sobą małe ślady na chodniku. Niebo miało kolor jasnego mleka, a mróz szczypał w policzki.
Mama trzymała go za rękę. W drugiej niósł mały granatowy plecak z naszywką rakiety.
— Kosmonauto, wolniej — zaśmiała się mama, kiedy Staś próbował przeskoczyć przez zaspę.
Chłopiec zachichotał.
Od samego poranka kiedy tylko się obudził roznosiła go energia i nie mógł usiedzieć spokojnie przy śniadaniu. Cały czas myślał o poprzedniej nocy, o gwiazdach, o locie nad miastem i o Latarniku.
— Mamo?
— Tak?